Ridero
978-83-8126-521-8

Nie ma miłości bez wzajemności

Drukowana Elektroniczna

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Autor książki

O książce

Jest to fascynująca powieść psychologiczna, ukazująca krętą drogę głównej bohaterki do spełnienia. Autorka tworzy doskonałe portrety osobowościowe występujących w niej postaci, dzięki czemu czytelnik może poznać ich wnętrze. Wprowadza go w świat amnezji i psychozy, w najciemniejsze zakamarki umysłu ludzkiego. W świat luksusu i nędzy. Wspaniale opisuje siłę miłości i namiętności, której przeciwstawia pasję społecznikowską, stwarzając intrygującą opowieść z zaskakującym zakończeniem.

O autorze

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka jest dziennikarką, poetką i powieściopisarką, absolwentką Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W 1983 roku uzyskała honorowe dożywotnie członkostwo Arizona Press Club w Phoenix (USA), dokąd wyemigrowała po internowaniu. Obecnie mieszka w Wiedniu. Na polskim rynku wydawniczym ukazało się dotąd jej przeszło dwadzieścia powieści.

Brak opinii o tej książce. Napisz pierwszą opinię.

Blog

FRAGMENTY POWIEśCI 1. Nina siedziała na ławce w wiedeńskim Parku Miejskim i przyglądała się swoim polakierowanym na brązowo paznokciom. Wyglądała malowniczo w bawełnianej rdzawej minisukience odsłaniającej jej długie nogi, kokieteryjnie założone. Spod dużych słonecznych okularów po jej policzkach spływały łzy. Była w ponurym nastroju z powodu widoku, który ją przed chwilą poruszył. Najpierw przeraził i napełnił obrzydzeniem, lecz wkrótce zamienił się we współczucie. Przyszła do parku po śniadaniu i ujrzała śpiących na ławkach jednej z alei bezdomnych. Był to koszmarny widok. Poowijani w piernaty wyglądali obrzydliwie z zarośniętymi, zapijaczonymi, pomarszczonymi mordami. Śmierdzieli na odległość. Koczowali tam, gdyż był to nieogrodzony park, niezamykany na noc. Zawsze pamiętała o tym, żeby omijać tę alejkę, lecz tym razem nieopatrznie na nią weszła. Wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia, lecz gdy w pewnym momencie ujrzała wśród tych ludzkich wraków starszą kobietę, ogarnęło ją współczucie. Przecież to są ludzie, pomyślała. Tacy sami jak ja — wypielęgnowana, pachnąca, po kąpieli, po dobrym śniadaniu. A oni…? Gdyby istniał dobry Bóg, kochający wszystkich i każdego z osobna, nie dopuściłby do takiego nieszczęścia, do takiej degrengolady, do takiego upodlenia człowieka. Zawstydziła się swego wyglądu i bogactwa. Nie potrafiła uwolnić się od wyrzutów sumienia, chociaż jej mąż, za jej namową, przeznaczał duże sumy na cele charytatywne, płacił wysoki podatek na kościół i przekazywał spore sumki na „Caritas”, który zajmował się ubogimi. Tym ludziom nie da się pomóc, uspokajała się. To są alkoholicy i narkomani. Przecież jest tak wiele przyzwoitych noclegowni. Przypomniała sobie, jak kiedyś, w letnie przedpołudnie weszła do jednej z nich prowadzonej przez „Caritas”. Właściwie przez pomyłkę, gdyż myślała, że jest to krypta kościelna, ponieważ zauważyła napis „Gruft”, co po polsku znaczy „krypta”, tymczasem okazało się, że jest to nazwa noclegowni dla bezdomnych przy jednym ze śródmiejskich zabytkowych kościołów „Mariahilfe”, do którego lubiła wchodzić. Ujrzała siedzących na krzesłach w czystym, ozdobionym doniczkami z egzotycznymi roślinami korytarzu, przyzwoicie wyglądających ludzi, porządnie ubranych, zachowujących się spokojnie. Na pierwszych drzwiach był napis „Odzież”, na drugich „Łazienka”, na trzecich „WC”, na czwartych „Przychodnia lekarska”. Przez otwarte na oścież dwudrzwiowe wrota zobaczyła ogromny, długi stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem i ładną zastawą w niebieskie wzorki, ozdobiony flakonikami z kwiatkami, przy którym uwijały się młode dziewczyny w białych fartuszkach, ustawiając smakowicie wyglądające potrawy. Z ciekawości zajrzała do „WC”. Ze zdziwieniem stwierdziła, że wyłożona białymi kafelkami toaleta lśni czystością. Okazało się, że przyzwoici bezdomni, niepijący i nienarkotyzujący się mogą tam kulturalnie egzystować. 2. Nina leżała w błękitnym peniuarze na empirowej kanapie. Jej mąż wyszedł zaraz po śniadaniu, a ona nie miała ochoty na ubieranie się i robienie makijażu. Na nic nie miała ochoty. Jak co dzień. Wiecznie była znudzona, zdegustowana. Tym razem jednak było coś, co ją pobudzało do marzeń. — Kajetan… Kajtek — wyszeptała. — Hmm… Ładne imię. To spotkanie poruszyło w jej sercu najczulsze struny. Od czasu tragicznej śmierci rodziców z nikim nie rozmawiała po polsku. W środowisku, w którym przebywała, nie było Polaków. Tymczasem ona wciąż myślała w ojczystym języku, czytała polskie gazety i książki, oglądała polską telewizję. Jednak zżymała się na wszystko, co działo się w jej kraju. Nie wyobrażała sobie życia w nim. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wciąż się nim interesuje. Psychoterapeuta. Chyba dobrze sytuowany, skoro ma gabinet w centrum Warszawy… Z takim to i w Polsce można by żyć — rozmarzyła się. Piękny mężczyzna! Pociągający, sympatyczny… — Ani mi się waż! — usłyszała w mózgu głos matki. — Źle ci? Żyjesz sobie jak hrabianka. Mąż nosi cię na rękach. Spełnia wszystkie twoje zachcianki. Uważaj, żebyś nie zrobiła jakiegoś głupstwa. — Łatwo ci mówić, bo nie musisz z nim sypiać! — krzyknęła ze złością. — Wytrzymałaś z nim już dziesięć lat. Czas najwyższy, żebyś się do niego przyzwyczaiła. Cholera jasna, to babsko nawet po swojej śmierci nie daje mi spokoju, pomyślała ze złością. Nigdy się od niej nie uwolnię… Przecież nie jestem schizofreniczką. Ona naprawdę wciąż mną rządzi z zaświatów… Siedzi w moim mózgu. — Machnęła ręką z rezygnacją i wstała, by się ubrać. Miała wyrzuty sumienia z powodu nienawiści do matki. Tak naprawdę znienawidziła ją dopiero po jej śmierci, gdyż ubzdurała sobie, że jej dusza zagnieździła się w jej własnej świadomości. Często słyszała w mózgu jej głos wydający rozkazy. Najgorsze były ordynarne przekleństwa, które sama wypowiadała, choć nigdy nie czyniła tego przed śmiercią matki. Widziała ją wiecznie rozczochraną, naburmuszoną, palącą papierosa i narzekającą na przemęczenie wynikające z tego, że dom był wiecznie pełen krewnych ugaszczanych obfitymi posiłkami. Mimo, że w domu się nie przelewało, kupowała i gotowała o wiele za dużo. Nina nienawidziła tych wszystkich obżerających się i upijających gości. Od czasu wyjścia za mąż nie utrzymywała z nimi kontaktów. Gdy jej rodzice zginęli w wypadku drogowym, urządziła dla nich oczywiście stypę, lecz rozpacz z powodu utraty rodziców nie pozwoliła jej uczestniczyć w tej uczcie. Usiłowała przypomnieć sobie matczyną czułość, pieszczoty… Przecież ona musiała ją kochać. Niestety, okazywała jej to tylko we wczesnym dzieciństwie. Później traktowała ją w sposób apodyktyczny. Ten głos w mózgu zaczął ją prześladować do czasu snu, który nawiedził ją w nocy po pogrzebie rodziców. Ujrzała rozpromienioną matkę, odmłodzoną, z czarnymi lokami wokół głowy. Taką, jaką pamiętała z czasów wczesnego dzieciństwa. — Teraz dopiero będę mogła ci pomagać, bo jestem wszędzie i wszystko widzę — powiedziała. — Nie odstąpię cię ani na krok. Będę cię prowadzić za rękę… W tym momencie obudziła się. Nie wiedziała, czy cieszyć się, czy martwić. Bo jak dotąd nie wyszła dobrze na słuchaniu matki. To nieudane małżeństwo to był jej pomysł. Nina dała się do niego przekonać, choć od początku czuła obrzydzenie do przyszłego męża. Od najwcześniejszych lat stanowiła obiekt westchnień kolegów. Wszyscy się w niej podkochiwali. Jednak żaden nie ośmielił się do niej zbliżyć. Była wyniosła i nieprzystępna. Ale tuż przed maturą sama się zakochała. W młodym nauczycielu matematyki. Gdy zwierzyła się z tego matce, ta ją ofuknęła: — Chcesz całe życie sprzątać, gotować, prać? Jesteś piękna, stać cię na bogatego męża, żebyś nie musiała męczyć się tak, jak ja. Dała się przekonać, bo istotnie nie wyobrażała sobie stania przy garach, gdyż matka nie dopuszczała jej do kuchni. — Dlaczego nie chcesz, by Nina pomagała ci w weekendy? — spytał kiedyś nieśmiało ojciec. — Spraszasz wiecznie wszystkich krewnych i masz mnóstwo pracy z gotowaniem. — Nie zamierzam wychowywać jej na kucharkę, tylko na wielką damę. Przed świętami dziewczyna ciekawa była pieczenia ciast, lecz matka czyniła to w nocy, bo twierdziła, że czyjaś obecność jej przeszkadza. A potem w czasie Wigilii usypiała przy stole, ku konsternacji zaproszonych gości. Nina nie znosiła świąt, gdyż kojarzyły się jej z widokiem zaniedbanej, przemęczonej matki siedzącej przy stole z ponurą miną. Kobieta przez wiele lat leczyła się z bezpłodności, więc gdy wreszcie urodziła córeczkę, zwariowała na jej punkcie. Chuchała na nią, nacierała olejkami, lakierowała jej paznokcie, stroiła w szyte własnoręcznie sukieneczki. Wyobrażała sobie, że jej córka wyjdzie bogato za mąż i… będzie sobie „leżeć i pachnieć”. 3. Gdy Zenon wpuścił ją do mieszkania, ujrzała go w całej okazałości. Był zupełnie nagi, co ją niesamowicie podnieciło. Kiedy zamknął za nią drzwi, błyskawicznie zdjęła sukienkę i odbyli stosunek tak, jak stali. — Wypijmy za twoją karierą filmową — rzekł, gdy skończyli. Znowu wlał jej do kieliszka z koniakiem krople Hot sex girl. Nadzy usiedli w fotelach i tak długo sączyli koniak, aż wypili do dna. Następnie Zenon wciągnął ją do swego ogromnego łoża w sypialni. Nina straciła poczucie rzeczywistości. Zdawało się jej, że znajduje się w piekle z Nocy w Walpurgii w operze Faust, którą oglądała parę dni temu w Teatrze Wielkim. Brała udział w szatańskiej orgii. Nie zdziwiła się, gdy oprócz Zenona w łóżku znalazły się dwa inne diabły, które obracały ją na zmianę na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy zupełnie wyczerpana usnęła nad ranem, zza kotary wyszedł reżyser i operator w jednej osobie, wspólnie z którym Zenon produkował swoje „artystyczne dzieła”. — No chłopcy, wstawać, ubierać się i już was tu nie ma! — potrząsnął dwoma facetami, którzy brali udział w orgii. — Jutro się rozliczymy — dodał, kiedy zerwali się z łóżka. — Tylko cichutko, żeby nie obudzić naszej królewny. — Super — szepnął zadowolony, kiedy zostali sami. — Nie przypuszczałem, że to tak szybko pójdzie. — Nakręciłem tyle ujęć, że wystarczy na dwa filmy. — Dzięki Bogu, bo ja bym już nie miał więcej siły — jęknął wykończony Zenon. — Miałeś świetny pomysł, żeby ściągnąć tych dwóch palantów. Ona w niczym się nie zorientowała. Była zupełnie nieprzytomna. To jakaś wariatka. Zdawało się jej, że jest w piekle. Ale… jak to wyjdzie? Była bez makijażu. — Nie szkodzi. Cały czas miała twarz zakrytą tymi wspaniałymi długimi włosami… Jak się obudzi, daj jej na kaca koniaku i podsuń do podpisania umowę. Przygotowałem na wszelki wypadek. Leży na stoliku. Wpisz jej prawdziwe nazwisko i adres, żeby się potem nie wymigiwała. I wymyśl jakiś pseudonim… Ja też się zmywam. Idę się wyspać. Po jego wyjściu Zenon wziął kąpiel i odświeżył się, po czym wszedł do kuchni. Zaparzył mocną kawę, by postawić się na nogi i zabrał się do przygotowywania solidnego śniadania. Tymczasem Ninę dręczył senny koszmar. Śniło się jej piekło ze straszliwymi diabłami, które miały rogi i ogromne członki. Dwa z nich trzymały ją swymi łapami jak w kleszczach, ponieważ usiłowała się wyrwać, a inne potwory gwałciły ją na zmianę. Wrzeszczała wniebogłosy. Wzywała na pomoc Boga, a czarty śmiały się przeraźliwie. Zajadający jajecznicę na boczku Zenon usłyszał nagle krzyk, z którym obudziła się znękana kobieta. Była sama w pokoju podobnym do widzianego we śnie piekła. Ściany pomalowane były na czarno, okna zasłonięte grubymi czerwonymi zasłonami, przez które z trudem przeciskało się światło. Czuła się fatalnie. Bolała ją głowa i każda cząstka zmaltretowanego ciała. Nie zdołała oprzytomnieć, gdy zjawił się jej szalony kochanek w rozchylonym czerwonym szlafroku, ukazującym jego „klejnoty”. Wyglądał jak jeden z diabłów z jej koszmarnego snu. W ręku trzymał kieliszek koniaku. — O Jezu! — krzyknęła. — To nie był sen. Jestem w piekle. — W jakim piekle? Raczej w niebie — rzekł łagodnie. — Jesteś u mnie, u Zenona. No przypomnij sobie, jaką rozkosz przeżyłaś dziś w nocy. Wytrzeszczyła na niego oczy i milczała. To prawda, że z początku było niesamowicie ekscytująco, pomyślała. To normalne w piekle. Ale później… Dobrze, że w końcu te diabły znikły i został tylko jeden. — Napij się, to cię postawi na nogi. — Dobrze — mruknęła pod nosem. Bała się mu sprzeciwić. Gdy piła małymi łykami, dotarło do niej wreszcie, gdzie się znajduje i z kim ma do czynienia. — Może weźmiesz kąpiel? — spytał. — Nie, nie — zaprzeczyła. — W domu się wykąpię. Chcę stąd jak najszybciej… uciec. — Dlaczego uciec? Wciąż ci się wydaje, że jesteś w piekle, baby? — Nie. Ale tu jest tak… strasznie. — No dobrze. Tylko najpierw podpisz umowę. — Zaraz, zaraz, jaką umowę? — spytała, patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem. — No, jak to jaką? Przecież obiecałem ci główną rolę w filmie. — Główną rolę w filmie — powtórzyła za nim. — Naprawdę? — Oprzytomniała natychmiast. — Mam tu przygotowaną umowę, tylko muszę wpisać dane personalne. Masz przy sobie dowód osobisty? Gdzie jest twoja torebka? — Chyba… zostawiłam ją w przedpokoju. Zenon przyniósł ją do sypialni, otworzył, wyjął z niej portfel z wężowej skórki, a z niego kartę kredytową i austriacki Ausweis. Przez chwilę zaniemówił. Nie wierzył własnym oczom. — Proszę, proszę, kogo my tu mamy? Bogatą Austriaczkę. To ty nie jesteś Andżelika tylko Nina? — stwierdził podekscytowany.

Poleć znajomym

Twoi znajomi mogą rozpowszechnić informację o Twojej książce,
bo jest to łatwe a Tobie sprawi przyjemność