3 pytania do… Agnieszki Kuchalskiej
Macie ochotę przeczytać coś niesamowitego? Z całego serca polecamy „Emitum” i „Śnieżnonifi”, a z ich autorką będziecie mogli spotkać się w ramach krakowskich Targów Książek i tego wywiadu. Zapraszamy!
Dziś rozmawiamy z Agnieszką Kuchalską, absolwentką Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydziału Filologicznego. Ukończyła studia podyplomowe i liczne kursy. Wychowała się w wielopokoleniowej rodzinie, przesiąkniętej miłością do książek.
Ridero: Co zainspirowało Cię do napisania „Emitum”?
Agnieszka Kuchalska: „Emitum” powstało pod wpływem wnikliwej obserwacji świata i jego nieustannego pędu. Obecnie już chyba nikogo nie dziwi klonowanie, manipulacja DNA itp. Warto zauważyć, że „dziś” nabiera innego znaczenia niż „wczoraj”, a nikt nie wie, co też przyniesie jutro. Właśnie ta zagadkowość, wielość naukowych informacji i ich różnorodność przyczyniła się do powstania mojej książki.
Ridero: Czy możemy myśleć o „Emitum” jako fantastyce naukowej? Czy odnosiłaś się np. do prac Stanisława Lema w swojej książce?
Agnieszka Kuchalska: Myślę, że tak. Zresztą fantastyka naukowa- tak jak i wszystko wokół – ewoluuje. Coraz częściej wydaje mi się, że ulega podziałom i trudno jest ją klasyfikować.
Jeśli chodzi o wybitnego wizjonera – jakim bez wątpienia jest Stanisław Lem – myślę, że jego utwory na każdym z nas wywarły mocne wrażenie. Ja, pisząc „Emitum”, starałam się stworzyć oryginalny i nowatorski zapis przyszłych czasów. Gdybym miała w trzech słowach określić „Emitum”, wskazałabym: zagadkowość, powiew świeżości i zaskoczenie.
Ridero: Jaki jest według Ciebie najwaźniejszy wątek „Śnieżnonifi”?
Agnieszka Kuchalska: Zapewne byłby to wątek Ojca (Przechytry Lis) i jego relacji z Synem (Agra). Jednak najbliższa mi jest postać Małego Koliberka i jej nadludzka mądrość. Ona to poświęciła własne życie by ratować innych. Potem też pod postacią ptaka czuwała nad bliskimi i próbowała ich chronić.
„Emitum” jest niezwykłą książką o przyszłych losach ziemi. Tytuł jej nawiązuje do fikcyjnych postaci Emitów, pilnujacych przejścia między przestrzenią a czasem. Częścią ich jest również kobieta – Emi i mężczyzna – Tum. Emitum jest niczym klucz, który „otwiera drzwi” do nieznanego świata i uchyla rąbka tajemnicy.
„Śnieżnonifi” opowiada o przeszłości i pełnych niezwykłości czasów. Są tam trzy tajemnicze krainy i niecodzienni bohaterowie. Uwagę przykuwa trudna relacja Ojca z Synem – okraszona magią. Występują liczne postacie (Starcy, Szaman, Wilczonifi, Mały Koliber), ciekawe przygody i dziwne zbiegi okoliczności.
Książki kupisz tutaj.
3 pytania do… Cezarego Czyżewskiego
Gotowi na Targi Książki w Krakowie? Odbędą się tuż, tuż! Dziś porozmawiamy z naszym autorem, Cezarym Czyżewskim, którego książkę („Alazza”) będzie mogli kupić na naszym stoisku.
„Kronika nieformalna” Stefana Ogidela [RECENZJA]
„Kronika Nieformalna” Stefana Ogidela to pozycja bardzo specyficzna. Dawno nie natrafiłam na tego typu dzieło w żadnej księgarni, a może zwyczajnie takowego nie poszukiwałam? W każdym razie jest to książka okraszona anachronicznym stylem, aczkolwiek absolutnie nie w negatywnym tego słowa znaczeniu.
W pierwszym rozdziale zauważymy duże podobieństwo do twórczości Juliana Tuwima czy Jana Brzechwy. Autor za pomocą białych, rymowanych wierszy opowiada nam lekkie historie – prawdopodobnie swoje i autentyczne, stąd nazwa „Kroniki” – nadające się idealnie do czytania dla dzieci. Dowiemy się z nich m.in. o przygodach Kapitana Milo, czy też o tym „Co powiedział nam Franek”. Zarówno forma jak i rymy są dosyć proste i bardzo rytmiczne. Idealnie nadawały by się na piosenkę dla dzieci – zwłaszcza, gdyby wsadzić ją w usta legendarnego Pana Yapy, lub jakiegoś współczesnego następcy słynnego rapera dla dzieci.
Rozdział drugi to już zdecydowanie poważniejsza i bardziej refleksyjna tematyka. Autor przedstawia nam w nim jeden, lecz za to długi wiersz „Wojnopisanie”. Jak nie trudno się domyślić, opowiada on o wojnie i przeżyciach jego bohatera z nią związanych. Próżno szukać w sieci informacji na temat autora, lecz natrafiłem na jeden opis „Kroniki Nieformalnej” w którym napisano
„Wszystkie opisane w niej sytuacje i przemyślenia powstały w oparciu o informacje pozyskane jako w 100% prawdziwe”.
„Wojnopisanie” autor zaczyna od słów „Ledwie piętnaście lat miałem, kiedy mroźną nocą wojna, wzięła mnie w swe szpony krwawe (…)”, co może wskazywać na opisywanie historii swojego ojca lub dziadka. W każdym razie trzeba przyznać, że wiersz ten jest niezwykle ciekawy i wciągający oraz bardzo dynamicznie opisuje historię jego bohatera.
Po rozdziale II, następuje rozdział kolejny – tym razem posiadający nazwę. „Odpryski” – bo tak nazwał go autor – to zbiór krótkich wierszy o różnej tematyce. Warto zaznaczyć, iż pierwszy z nich, czyli „Alfabet” datowany jest na 1970 rok i w porównaniu z obecnymi wierszami autora, jest on niemalże w identycznej formie, co świadczy o wiernym trzymaniu się jednego, wyrobionego przez lata stylu. Jedyną aberracją od stylu jest króciutkie haiku noszące nazwę… „Haiku”.
„Kronika Nieformalna” wydaje się być zbiorem całej twórczości autora, a przynajmniej tą jej częścią, którą chciał się z nami podzielić, resztę zachowując w szufladzie. Pomimo, iż całość jest dosyć krótka, to każdy powinien znaleźć w niej coś dla siebie. Nadaje się zarówno do refleksji jak i do czytania dzieciom.
Autor recenzji: Karolina Chłoń
Tytuł: „Kronika nieformalna”
Autor: Stefan Ogidel
Data premiery: wrzesień 2016
Wydawnictwo: Ridero
„Kochaj” Adriana Zawadzkiego [RECENZJA]
„Kochaj” sprawdza kondycję człowieka współczesnego. Tego, który otoczony ludźmi, musi znaleźć najpierw siebie, aby się z sobą pogodzić i żyć szczęśliwie (…).
Ten fragment zamieszczony przez Adriana Zawadzkiego w posłowiu jego książki „Kochaj” idealnie streszcza sens całego dzieła. Człowiek współczesny jest w tym rozumieniu zdefiniowany jako dziecko dekadencji, które mierzy się ze światem o jakim jego dziadkowie, a nawet rodzice z pewnością nie chcieliby słyszeć. Jednocześnie w tym dwubiegunowym świecie zmuszony jest egzystować, często dryfując pomiędzy moralnością „dawną” a „współczesną”. Współczesny człowiek czuje się zagubiony. Z jednej strony ograniczany jest dzięki kulturze, która przez setki lat ukształtowała naszą rzeczywistość, nierzadko wbrew naszym własnym przekonaniom, z drugiej zaś kuszony jest życiem łatwym, lekkim, wolnym, znacznie bardziej dostępnym w erze dzisiejszej globalizacji i unifikacji, do której ta kultura dąży. Każdy z nas musi walczyć z mętlikiem w głowie, ze światem, który znacznie bardziej niż kiedyś nas zadziwia. Musi otaczać się ludźmi, którzy są znacznie bardziej zróżnicowani niż dawniej. Musi stawić czoła polaryzacji społecznej, napędzanej przez politykę i religię.
Lila, która jest narratorką „Kochaj”, mierzy się właśnie z takimi problemami. Uderzona przez swojego chłopaka Igora pozostaje w rozsypce, nie wiedząc czy ma poddać się uczuciom, nie umiejąc ich nawet dokładnie zdefiniować przez pryzmat dzisiejszego świata, czy może dumie, której kobiety nie są już nagminnie pozbawiane przez współczesną kulturę. Jak to bywa w czasach obecnych, w sukurs przychodzi często alkohol, który nas, ludzi rozdartych pomiędzy równoległymi rzeczywistościami, potrafi wprowadzić w stan chwilowego odcięcia się od ich obu.
Zagubionej Lily z pewnością nie pomaga przyjaciel Igora, Wiktor, co do którego zaczyna żywić również bliżej nieokreślone, lecz kojarzące się jej z miłością uczucia, oraz zagmatwana relacja pomiędzy Igorem a Wiktorem, którzy również czują do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń. Cała trójka koegzystuje w trójkącie, zarówno seksualnym, jak i w trójkącie nieszczęśliwych i zagubionych uczuciowo młodzieńczych umysłów. Każdy czuje do każdego coś ciężkiego do zdefiniowania. Czy jest to właśnie miłość? Jeśli tak, to czy można kochać równocześnie dwie osoby i to różnych płci? Czy można wydrzeć się z więzów kultury, która nas ogranicza, a jeśli tak, to czy inny świat rzeczywiście oferuje nam coś lepszego?
Kochaj nie odpowiada nam na to pytanie. Zostawia tą kwestię otwartą i bardzo trudną do pojęcia. Być może odpowiedzi na to pytanie po prostu nie ma… Współistnienie tych dwóch światów świetnie obrazuje plakat znajdujący się w piwnicy… niebo, które styka się pośrodku, lecz wyraźnie się kontrastuje.
„Kochaj” to niełatwa pozycja, wymagająca od nas wiele dojrzałości i krytycznego spojrzenia na nas samych oraz świat, który nas otacza i który jest tak bardzo różny…
Autor recenzji: Karolina Chłoń
Tytuł: „Kochaj”
Autor: Adrian Zawadzki
Data premiery: wrzesień 2017
Wydawnictwo: Ridero
„Lato Rudiego” Sergiusza Jana Urbanowicza [RECENZJA]
Przez ostatnich kilka lat karmiłam się głównie reportażami, ponieważ nikt i nic nie pisze takich historii jak samo życie. Tym razem jednak postanowiłam sięgnąć po coś zupełnie innego, mianowicie po „Lato Rudiego” autorstwa Sergiusza Jana Urbanowicza. Szybko okazało się jednak, że książka ta nie tak bardzo odbiega od reguł, jakimi kieruje się literatura non-fiction. Przedstawione w niej postacie swój pierwowzór miały bowiem w realnym życiu, miejsce i czas akcji również są prawdziwe – jest to przedwojenny Bytom. Wszystko to tylko spotęgowało moją ciekawość, więc ochoczo zabrałam się za czytanie „Lata Rudiego”.
To, co od razu rzuciło mi się w oczy, to język, jakim posługuje się autor. Poetyckie i mocno działające na wyobraźnię opisy otaczającego bohaterów świata to jedno, prawdziwą perełkę stanowi jednak użyta w książce śląska gwara. Jest to nie lada wyzwanie dla kogoś takiego jak ja, czyli gorola, który nigdy ze Śląskiem do czynienia nie miał. Na szczęście pan Urbanowicz pomyślał i o tym, dlatego profilaktycznie na końcu książki umieścił słownik, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna.
Oprócz Śląska w „Lecie Rudiego” przewija się też wątek odległej Japonii. Autor wdzięcznie wplata w fabułę sekrety sztuk walki oraz obyczajowość i rytuały Dalekiego Wschodu, co z kolei stanowi ciekawe urozmaicenie dobrze znanego nam z lekcji historii historycznego tła powieści – czasów przed wybuchem II wojny światowej. Ukazany jest Śląsk podzielony na część polską i niemiecką, w którym splatają się losy górniczych rodzin, praskiego rzeźnika, japońskiego inżyniera, niemieckiego porucznika i jego dzieci, skwapliwie pobierających nauki w Hitlerjugend. Taka mieszanka na pierwszy rzut oka może budzić u czytelnika wątpliwość zarówno co do prawdziwości owych zdarzeń, jak i sensu całej historii. Wystarczy jednak poczytać odrobinę na temat samego autora, by przekonać się, że w „Lecie Rudiego” zawarł on wszystko to, czym interesuje się na co dzień.
Książka wciąga, z każdą kolejną stroną nie mogłam się doczekać, co będzie dalej, jak sympatyczny, troskliwy, a zarazem mocno doświadczony przez życie Rudi, główny bohater, wybrnie z kolejnych tarapatów. W tej książce znajdziecie wszystko: jest przygoda i beztroska oraz młodzieńcza, niczym jeszcze niezmącona radość; jest przyjaźń – taka na śmierć i życie, są i pierwsze miłostki; ale jest też zwykła ludzka zazdrość i nienawiść, intryga i męska rywalizacja. Są momenty, które wzruszają – jak chociażby rozmowa Rudiego z matką o jego ostatnim wspomnieniu nieżyjącego już ojca – ale i takie, które mrożą krew w żyłach i trzymają w napięciu: zasadzka, pościg i strzelanina. Takie, które irytują, bo mają w sobie wiele prawdy, np. prawa, jakimi rządziło się Hitlerjugend, oraz to, jaki miały one wpływ na ówczesną młodzież i jej podatne na propagandę umysły. Jest też dużo o wzajemnym szacunku do drugiego człowieka, o niesieniu bezinteresownej pomocy wszystkim tym, którzy jej potrzebują, bez względu na wiek, płeć czy poglądy polityczne. I to właśnie sprawia, że „Lato Rudiego” staje się książką ponadczasową, którą polecam do przeczytania każdemu młodemu człowiekowi.
Autor recenzji: Karolina Chłoń
Tytuł: „Lato Rudiego”
Autor: Sergiusz Jan Urbanowicz
Data premiery: sierpień 2017
Wydawnictwo: Ridero
3 pytania do… Anny Wysłouch
Dzisiaj mamy dla Was wywiad ze specjalnym gościem – Anną Wysłouch. Jej książka „Głośna cisza” została przetłumaczona i jest dostępna w Ridero. Książkę będziecie mogli kupić na stoisku Ridero w trakcie Międzynarodowych Targów Książki w Ridero.
Anna Wysłouch (a właściwie Ludmiła Szylina) – publicystka, redaktor literacki, pisarka. Członkini Związku Dziennikarzy Rosji oraz Międzynarodowego Związku Pisarzy “Nowyj Sowremennik”. Absolwentka wydzialu ekonomicznego Wyższej Szkoły Inżyniersko-Budowlanej w Woroneżu oraz kursów literackich przy Instytucie Literackim w Moskwie. Jako dziennikarka współpracowała z największymi mediami w Rosji, np. z czasopismem MSZ Rosji „Russkij wiek”. W roku 2014 została finalistką konkursu czasopisma „Russkij Stil” (Niemcy) w kategorii „Proza”. Autorka zbiorów opowiadań, powieści „Głośna cisza”, opowiadań przygodowych dla dzieci, powieści biograficznych. W roku 2014, z książką „Zając w dzieciństwie nie jest tchórzem”, brała udział w Międzynarodowych Targach książki w Lipsku (Niemcy), w roku 2016 jako przedstawicielka wydawnictwa Ridero brała udział w II edycji Międzynarodowego Festiwalu „Plac Czerwony”, prezentując książkę „Głośna cisza”. W roku 2017 – uczęstniczka Międzynarodowych Targów Książki w Moskwie.
Ridero: Twoja książka, „Głośna cisza”, jest przejmującą, ale i zabawną opowieścią matki, która opisuje swoje zmagania z spektrum autyzmu, które tyczy Twojego syna. Czy pisanie książki było dla Ciebie formą terapii?
Anna Wysłouch: Bardzo mi się spodobało to pytanie, jeszcze nikt mnie o to nie pytał. Zastanowiłam się – rzeczywiście, dokładnie tak to było. To była pewnego rodzaju terapia, satysfakcja po tych latach wałki i poniżenia, które oczywiście nie najlepiej odbiły się na moim stanie nerwowym. Opisując krok po kroku nasze życie, jakby przeżywałam to wszystko od nowa, ale już z pozycji człoweika, który przezszedł przez wszystkie „kręgi piekła”. Byłam w stanie poparzeć na moje przeżycia z dystansem i zaakceptować życie takim jakie jest. W końcu zaakceptowałam wszystko, co się z nami wydarzyło i zrozumiałam, że przez te lata nie potrafiłam pogodzić się z tym, że mój syn nie jest taki, jak inni. Opisując zaś tę historię, nagle zrozumiałam – tak to jest. I poczułam ulgę. Prawdopodobnie dlatego, że nie opisywałam wszystkiego co się z nami wydarzyło krok po kroku, jak w poradniku, chociaż na początku planowałam napisać właśnie poradnik. Natomiast nie zawiera ona nawet 10% tego, co działo się w rzeczywistości, i pisząc tę książkę, zrozumiałam, że opisywanie całej historii nie jest potrzebne. To, co opisałam i co oferuję swoim czytelnikom, już dało mi ulgę i pozbawiło mnie poczucia winy, które sama na siebie wzięłam.
Ridero: Przetłumaczyłaś swoją publikację na język polski – czego spodziewasz się po polskim czytelniku? Czy sądzisz, że odbiór książki może być inny?
Anna Wysłouch: Tak, wydaje mi się, że w dzisiejszej Rosji, nawet mimo tego, że problem traktowania dzieci z niepłnosprawnością przykuwa dużo uwagi, temat ten jeszcze nie znajduje się na takim poziomie dyskusji publicznej jak na Zachodzie, mianowicie w Europie i Polsce. Podczas pisania książki przeczytałam dużo literatury specjalistycznej, również takiej, którą pisały matki takich dzieci. Wszystkie te książki zostały przetłumaczone na rosyjski, najczęściej z angielskiego, ponieważ nie było jeszcze podobnej książki napisanej w języku rosyjskim. W Rosji nie przyjęło się, by tak szczerze opowiadać swoją prywatną historię, tym bardziej, jeśli jest ona związana z jakimikolwiek problemami. Na rynku wydawniczym jest dość mało przypadków, kiedy taka książka odniosłaby sukces. Jestem również zdania, że współczesny czytelnik z krajów Zachodu będzie zainteresowany życiem w tej Rosji, o której nie ma pojęcia. Im więcej będziemy o sobie wiedzieć, tym lepiej będziemy się rozumieć nawzajem, a to jest bardzo ważne.
Ridero: Jaką najtrudniejszą przeszkodę musiałaś pokonać jako pisarka?
Anna Wysłouch: Podczas jednego ze spotkań autorskich powiedziałam: „Mam krwawiące serce. Maczałam pióro we własnej krwi i pisałam”. To jest oczywiście metafora literacka, ale jeśli zastanowić się, nie jest ona tak daleka od prawdy. Proces pisania nie był łatwy, miałam przed sobą trudne zadanie – nie pogrążać w szczególach, nie przejść do narzekań i zarzutów, tylko opowiedzieć ludziom o problemach dzieci i dorosłych dotkniętych autyzmem, opowiedzieć, przede wszystkim, o wyzwaniach związanych z edukacją takich dzieci, ponieważ większość z nich przy odpowiednim podejściu potrafi osiągnąć taki sam sukces jak „normalne” dziecko. Potrafią studiować na uczelniach wyższych i pracować. Innymi słowy, takie osoby mogą (i muszą!) zostać pełnowartościowymi członkami społeczeństwa. Myślę, że mi się udało. „Pani dała nam nadzieję” – napisała do mnie jedna z czytelniczek.
Informacja o książce.
3 pytania do… Magdaleny Chomuszko
Z możliwości wydania książki z Ridero korzystają też specjaliści. Dzisiaj zapraszamy Was do rozmowy z dr Magdaleną Chomuszko. A jej książkę będziecie mogli kupić na stoisku Ridero w ramach Międzynarodowych Targów Książki w Ridero.
Morderstwo, do którego zaangażowały się siły nadprzyrodzone (recenzja książki „Alazza”)
Cezary Czyżewski, w swej debiutanckiej książce pt. „Alazza”, połączył współczesny świat z lekką i przyjemną fantastyką. Cała historia rozpoczyna się od wątku kryminalnego i opiera na skrupulatnie prowadzonym przez bohaterów śledztwie, do którego autor bardzo zręcznie wplótł elementy magii, demonów oraz paranormalnego świata. Taka mieszanka dwóch wątków ożywia całą historię, nadaje całości tajemniczej atmosfery i bezwiednie wciąga w coraz to mroczniejsze zakamarki podziemnego królestwa.
Czytelnik w wyobraźni przenosi się do świata przenikającej się fikcji i rzeczywistości, w której wszystko co do tej pory nierealne staje się możliwe…
Na jednym z bydgoskich osiedli odkryto zmasakrowane zwłoki mężczyzny. Jak się szybko okazuje nie było to samobójstwo, a w całym zdarzeniu musiały brać udział osoby trzecie. Główny bohater powieści Tadeusz, fizyk i wykładowca jednego z bydgoskich uniwersytetów, zostaje zaproszony przez policję do udziału w śledztwie. Dochodzenie toczące się w spawie okazuje się niezwykle trudne i wcale nie posuwa się do przodu.
Samotny mężczyzna, nieutrzymujący żadnych kontaktów z otoczeniem, bezproblemowy, zafascynowany okultyzmem, magią i demonami, to dotychczas jedyne informacje, jakie udało się zebrać policji na temat ofiary. Brak punktu zaczepienia powoduje, że trudno jest powiązać śmierć denata z jakimkolwiek środowiskiem, które byłoby zdolne do tak nieludzkiego czynu. Jedyny dowód, początkowo absurdalny, wskazuje na działanie pewnej siły, która okazuje się być trudna do wytłumaczenia za pomocą wiedzy naukowej. Tadeuszowi ciężko uwierzyć w istnienie czegoś, czego nie da się skonfrontować z twardymi regułami fizyki. Ruszając za tropem świata tajnych sekt okultystycznych, odkrywa krainę, o której istnieniu do tej pory nie miał pojęcia. Władające tam duchy i demony próbują teraz wkroczyć do świata ludzkiego. Czy zagrożą one współczesnemu światu? Jaką walkę ze złem i magicznymi siłami będzie musiał stoczyć główny bohater?
Postać Tadeusza, choć na pierwszy rzut oka może się wydawać mało interesująca, a jego życie nudne i monotonne, tak ostatecznie to właśnie on staje się jednym z ciekawszych bohaterów powieści. Widać, że cała historia jest przemyślana, a każda część książki prezentuje nieco inne, choć cały czas nawiązujące do poprzednich rozdziałów przygody.
„Alazza” to książka o niezwykłym klimacie, którą śmiało możemy zaliczyć do podgatunku urban fantasy. Cezary Czyżewski wymyślił opowieść, która naprawdę wciąga i zasługują na uwagę. Zachwyceni powinni być zwłaszcza miłośnicy fantasy i jej wszelakich form. W powieści nie brakuje również humoru, dużo się dzieje, a szybka akcja powoduje, że pochłania się ją błyskawicznie. Lekkie pióro autora sprawia, że książka nie męczy, a odłożenie jej przed poznaniem zakończenia jest wręcz niemożliwe. I choć nie jest to lektura wymagająca, tak z prawdziwą satysfakcją przekładamy kartkę za kartką, by dowiedzieć się jakie będzie jej zakończenie. I jak to zwykle bywa, książka szybko się kończy, ale wciąż wiele wątków pozostaje otwartych (co wygląda na bardzo świadome działanie autora). W głowie rodzą się pytania co dalej i możemy się tylko zastanawiać jakie były motywy działania niektórych bohaterów. Teraz mogę jedynie stwierdzić, że z niecierpliwością czekam na kolejną część. Bo choć „Alazza” nie jest książką wybitną, to naprawdę jest całkiem dobrze napisana i zabiera czytelnika na kilka dobrych godzin do zupełnie innego i równie interesującego świata.
Autor recenzji: Magdalena Liszka
Tytuł: „Alazza”
Autor: Cezary Czyżewski
Data premiery: listopad 2016
Wydawnictwo: Ridero
3 pytania do… Ewy Busse-Turczyńskiej
Ewa Busse-Turczyńska, absolwentka Filologii Romańskiej UMCS w Lublinie (1980) oraz Podyplomowego Studium Bibliotek Naukowych Inst. Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych UW (1995). Od 1985 r. pracowała w Bibliotece Głównej AM w Lublinie, od 2001 r. jako kustosz dyplomowany, w latach 2004-2010 pełniła funkcję Zastępcy Dyrektora Biblioteki, od grudnia 2010 r., po przeprowadzce do Warszawy, pracuje jako kierownik Biblioteki Wydziałowej UW – obecnie Biblioteka Wydz. Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. Od połowy lat 90. zajmowała się projektowaniem i wdrażaniem automatyzacji w Bibliotece AM w Lublinie oraz zarządzaniem informacją online (współredakcja strony internetowej, administrowanie dostępami do wydawnictw elektronicznych). Współuczestniczyła w tworzeniu bibliograficzno-bibliometrycznej bazy danych Bibliografia Pracowników Naukowych AM w Lublinie. Publikowała m.in. w „Zagadnieniach Informacji Naukowej”, „Rocznikach Bibliotecznych”, „e-Politikon”, „EBIB”, „Stosunki Międzynarodowe” i innych. Oficjalna strona: https://www.blogger.com/profile/26991985
Ridero: Kiedy postanowiłaś, że napiszesz książkę o historii swojej rodziny?
Ewa Busse-Turczyńska: Na decyzję o napisaniu historii rodziny miało wpływ kilka zdarzeń, prawie jednoczesnych. Dwa lata temu, w Dniu Babci, wpadły mi w ręce różne artykuły o babciach, i olśniło mnie wówczas, że ja przecież jako małe dziecko znałam i bardzo lubiłam moją prababcię Annę, która mieszkała w Warszawie (a ja wtedy –w Lublinie), dlaczego więc nie wiem nawet, gdzie jest pochowana? Nie mam już kogo o to zapytać, bo rodzice i dziadkowie nie żyją. Zaczęłam więc szukać w wyszukiwarkach cmentarzy i odnalazłam jej grób na Powązkach. Jest pochowana ze swoją mamą Marią, czyli moją praprababcią. Pomyślałam wówczas, że warto byłoby odnaleźć również informacje nt. tej Marii, a także jej drugiej córki Zofii. Wiedziałam z opowiadań rodzinnych, że Zofia Pflanz-Dróbecka była znaną tancerką na początku wieku XX. Tutaj pomocne były zwłaszcza archiwa czasopism, zawarte w Federacji Bibliotek Cyfrowych, gdzie odnalazłam wycinki prasowe nt występów Zofii. W pewnym okresie jeździła na tournée m.in. ze słynnymi Baletami Rosyjskimi Diagilewa. Zajmuję się zawodowo wyszukiwaniem informacji naukowej w bazach danych więc zmysł poszukiwacza jest mi bliski. Przypadkiem w Internecie, na stronie Towarzystwa Genealogicznego – Geneszukacz, odnalazłam też wówczas akt małżeństwa babci i dziadka z 1924 r., spisany w parafii Św. Aleksandra w Warszawie, co było dla mnie ważnym i emocjonalnie poruszającym odkryciem. Babcia była niezwykłą osobą, moim największym przyjacielem. W tym okresie, podczas rodzinnego spotkania z naszymi wnuczkami w atmosferze wspomnień o dziadkach, uświadomiłam sobie, że warto byłoby dla dzieci utrwalić w książce jak najwięcej faktów, które uda się odnaleźć, dotyczących historii życia najbliższych. W obszarze psychologii, rozważa się, że istotne jest, a nawet niekiedy wyzwalające dla człowieka, poznanie własnych korzeni. Mam już od kilku lat konto na stronie genealogicznej MyHeritage i sporządziłam drzewo genealogiczne. Zbieranie danych o przodkach zaczynało mnie coraz bardziej zajmować. Odwiedziłam w Olsztynie 99-letniego wujka mojej mamy, który jest pasjonatem genealogii i także zainspirował mnie do pisania i kontynuowania badań genealogicznych. Z racji obowiązków zawodowych, mam na swoim koncie sporo publikacji, z bibliografii i informacji naukowej. Wydałam zbiór poezji pt.: „Znikanie” . Uznałam więc, że warto również spróbować prozy, aby podzielić się swoimi odkryciami.
Ridero: Który element pracy był najtrudniejszy? Zbieranie materiałów czy samo pisanie?
Ewa Busse-Turczyńska: Zbieranie materiałów było nie tyle trudne, co wymagało dużo czasu i dokładności, wiązało się z pracą niemal benedyktyńską, z tworzeniem „miliona” zapisków w sposób uporządkowany, z ustaleniem ich hierarchii ważności. Większość materiałów odnalazłam w Internecie, także w tym ukrytym – w bazach danych, czy archiwach nie zawsze indeksowanych w Google. Trzeba było zaplanować odwiedziny w Bibliotece Uniwersyteckiej, Narodowej w celu przejrzenia starych książek. Nawiązać korespondencję z Archiwum. Trudny był czas podjęcia decyzji o kształcie książki – najważniejsze było zaplanowanie kompozycji zebranego materiału. Zdecydowałam się na podzielenie książki na dwie główne części, pierwsza, o charakterze popularno-naukowym, zawiera historię rodziny opracowaną na podstawie dokumentów. Druga część, autobiografia, nawiązując do pierwszej, wynika z konieczności zachowania ciągłości historii. Lubię pisanie i nie sprawia mi trudności, poza tym, że mam skłonność do konstruowania zbyt długich zdań, które czasem zaciemniają przekaz. Podczas autokorekty starałam się tą wadę przewalczyć.
Co poradziłabyś osobie, która chciałaby spisać historię swojej rodziny?
Ewa Busse-Turczyńska: Jak piszą genealodzy-amatorzy, poszukiwanie informacji o przodkach jest na tyle wciągające, że trudno jest zaprzestać tych poszukiwań, bo każde odkrycie wiąże się z kolejnymi. A im te odkrycia są starszej daty – zdają się być coraz bardziej ciekawe i często zapowiadają kolejną zagadkę czy tajemnicę. Osobiście, aby poznać zasady pisania historii rodzin, przejrzałam kilka poradników genealoga, książek genealogicznych i biografii, które są ulubionym gatunkiem literackim moich lektur. Poleciłabym zwłaszcza książkę Małgorzaty Nowaczyk: „Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego”, Podkowa Leśna, 2015. Ważna też jest umiejętność przeszukiwania zasobów Internetu. Myślę, że przynajmniej pięć lat mogłyby mi zająć podróże i odwiedziny archiwów tradycyjnych w celu potwierdzenia faktów i dokumentów, o których piszę w książce, której przygotowanie zajęło mi około 1 roku. Podzieliłam się też swoim doświadczeniem – opracowałam artykuł w formie poradnika nt. self-publishingu dla genealogów na łamach czasopisma elektronicznego „MoreMaiorum„, w czerwcowym numerze 2017 r. Aby spopularyzować treści książki, przeredagowuję jej fragment – na podstawie rozdziału o Zofii i Stanisławie Dróbeckich opracowuję również artykuł, który będzie opublikowany na portalu historycznym „HistMag”.
„Kryształki pojednania”, Eleonory de Nehl (pseud.), to spisane dzieje rodzin. Książka, na podstawie odnalezionych przez autorkę dokumentów, odkrywa ponad 200 lat historii życia: Bronikowskich, Kęszyckich, De Nehl — z ziemi kaliskiej; Pflanz, Zdrójkowskich – z Warszawy; Mroczkowskich, Strawińskich – z Podola. Autorka, w drugiej części książki, przedstawia również swoją autobiografię. Nie może pominąć tego, co zapamiętała jako najważniejsze w jej życiu. Jest przecież kolejnym „kryształkiem” tej rodzinnej konstrukcji. Nie może też ukrywać przed światem swoich cennych odkryć. Warto wskazać tutaj na prezentację, wzbogaconą fotografiami o wartości historycznej, sylwetek związanych z polskim baletem: Zofii Pflanz-Dróbeckiej — polskiej tancerki z początku XX w., czy jej męża, Stanisława Birmy-Dróbeckiego — literata, choreografa i sekretarza Sergiusza Diagilewa, twórcy słynnych Baletów Rosyjskich. Lektura może także zachęcić czytelnika do stworzenia w Internecie własnych drzew genealogicznych,









