„Kapitan Moooszna i tajemnice Czarnej Dziury” to książka tak bezczelnie absurdalna, że bardzo szybko przestaje się człowiek zastanawiać, czy autor przekroczył już granicę dobrego smaku, i zaczyna czekać, jak daleko odważy się zajść dalej. A odważa się bardzo daleko — przez Galaktykę Analną, Odbyt, Pierdziawisko, Czarne Dziury i całe zastępy śmierdzących Jaj.
Największą siłą tej historii jest jednak to, że pod warstwą wulgarnego humoru i kosmicznego idiotyzmu kryje się zaskakująco sprawnie poprowadzona przygoda. Moooszna jest kapitalnym antybohaterem: narcystycznym, nieodpowiedzialnym, bezczelnym, a jednocześnie dziwnie sympatycznym. Jeszcze lepiej wypada jego relacja z Kłaczkiem, Peniliozzzą, Szatanem i całą galerią postaci, przy których normalność wydaje się wyjątkowo nudnym zaburzeniem.
Humor jest ordynarny, kampowy i świadomie przesadzony, ale właśnie konsekwencja tej konwencji sprawia, że książka działa. Autor potrafi rozciągnąć jeden głupi żart do rozmiarów międzygalaktycznej katastrofy, a chwilę później wrzucić zaskakująco celny dowcip o rodzinie, władzy czy ludzkiej potrzebie kontrolowania wszystkiego dookoła.
To zdecydowanie nie jest książka dla każdego — i całe szczęście. Jest nieprzyzwoita, groteskowa, chwilami kompletnie popieprzona i absolutnie nie próbuje nikogo przepraszać za własne poczucie humoru. Dawno nie czytałem czegoś, co z taką radością robiłoby sobie jaja z science fiction, patetycznych kosmicznych sag i samej idei bohaterskiego kapitana.
Pierdziawisko odlatuje, Wszech się rozp******a, Kłaczek podskakuje, a czytelnik przewraca kolejne strony z pytaniem: „co oni jeszcze, k***a, wymyślą?”. I to chyba najlepsza możliwa rekomendacja.