Synu, uważaj na Jaja
— Synu, uważaj na Jaja. Synu, uważaj na Jaja.
Bełkoczę to przez sen, choć moja matka nie żyje od sześciuset trzydziestu faz, a może żyje, tylko się do mnie nie odzywa, co w naszej rodzinie oznacza mniej więcej to samo. Jej głos wraca zawsze wtedy, kiedy jestem zmęczony, pijany albo znajduję się w odległości mniejszej niż trzy parseki od czegoś, co może mnie zabić. Tym razem spełniam dwa z trzech warunków, a jeśli urządzenia nawigacyjne nie kłamią, za kilka godzin spełnię wszystkie.
— Synu, uważaj na Jaja.
— Mamo, wiem.
Otwieram jedno oko.
Drugiego nie otwieram, ponieważ Kapitan Moooszna nigdy nie podejmuje pochopnych decyzji.
Po chwili otwieram drugie.
Przede mną ciągnie się Wszech.
Czarny, ogromny, pełen migoczących punktów i zdecydowanie zbyt pewny siebie. Zawsze mnie wkurwiała ta jego maniera. Leży sobie dookoła, nieskończony, tajemniczy, majestatyczny, jakby oczekiwał oklasków. Gwiazdy świecą. Mgławice się wiją. Galaktyki obracają dupami. Czarne Dziury połykają wszystko, co podleci za blisko, i jeszcze fizycy nazywają to „fascynującym zjawiskiem”, zamiast powiedzieć po ludzku: wielka kosmiczna menda żre, co popadnie.
Wracam z Galaktyki Analnej. Tak, Analnej. Nie wiem, dlaczego chichoczesz. Wy, Ziemianie, mieliście Drogę Mleczną i jakoś nikt nie pytał, kto kogo wydoił. Galaktyka Analna jest moim domem. Miejscem pięknym, starym i pełnym tradycji, z których większość została zakazana przez Unię Międzygalaktyczną po incydencie z delegacją z Andromedy. W jej centrum znajduje się Dupsko, najjaśniejsza gwiazda naszego układu, której nazwa pochodzi ze starożytnego dialektu analnego i oznacza mniej więcej „to, na co przyjemnie patrzeć z bezpiecznej odległości”.
W Galaktyce Analnej się urodziłem. Tam dorastałem. Tam pierwszy raz prowadziłem statek. Tam pierwszy raz dostałem mandat. Tam pierwszy raz zobaczyłem Jajo. I właśnie dlatego moja matka powtarzała:
— Synu, możesz ufać kurwie, możesz ufać politykowi, możesz nawet ufać mechanikowi, który mówi, że wymienił filtr, ale nigdy, przenigdy nie ufaj Jajom.
Mądra kobieta. Trochę rasistka, ale mądra.
Przeciągam się w fotelu dowódcy Pierdziawiska i patrzę na panel nawigacyjny. Migają na nim trzy czerwone kontrolki. Pierwsza oznacza niedobór paliwa. Druga oznacza przegrzanie reaktora. Trzecia miga od czterystu faz i Peniliozzza twierdzi, że nie wie dlaczego. Dlatego przykleiłem na niej naklejkę z napisem „CHUJ WIE” i problem został administracyjnie rozwiązany. Pierdziawisko sunie w stronę Drogi Mlecznej. Dawniej był to jeden z najbardziej interesujących układów w tej części Wszecha. Dzisiaj jest trochę jak opuszczona toaleta na dworcu: niby nie ma po co tam zaglądać, ale człowiek i tak zerknie, bo może ktoś zostawił coś ciekawego.
Przed katastrofą znajdowało się tu kilka znanych planet. X. Neptun. Uryna. Saturn. Kurwisz, dawniej Jowisz, gazowy śmierdziel. Mars. Ziemia. Wenus. Merkury. Ziemia interesuje mnie najbardziej. Nie dlatego, że była szczególnie ważna. Ziemianie sami uważali, że była ważna, ale to dość częsta choroba młodych cywilizacji. Odkrywają ogień, koło i kredyt hipoteczny, po czym natychmiast dochodzą do wniosku, że Wszech powstał specjalnie dla nich.
Ziemia była natomiast fascynująca z innego powodu. Była jednym z najwspanialszych przykładów zbiorowego spierdolenia sprawy. Miliony lat zajęło życiu, żeby się tam rozwinąć. Najpierw jakieś glutowate drobnoustroje. Potem ryby. Potem stwory, które wyszły z wody i najwyraźniej natychmiast tego pożałowały. Następnie dinozaury, ssaki, małpy, ludzie, influencerzy i koniec.
Ewolucja naprawdę potrafi skręcić w dziwną uliczkę. Osiemdziesiąt faz temu Ziemia była jeszcze zamieszkana. Dziś przypomina kotlet pozostawiony przez pijanego kucharza na patelni. Sucha. Czarna. Spękana. Miejscami zeszklona. Nie ma mórz, lasów, miast ani tych małych sklepów, które według archiwów były otwarte w niedzielę, ale tylko w określone niedziele, czego nawet nasze komputery kwantowe nie potrafiły logicznie wyjaśnić.
Przez długi czas próbowaliśmy ustalić, dlaczego Ziemianie nie uciekli. Mieli przecież technologię. Wiedzieli, że planeta się nagrzewa. Obserwowali zmiany klimatu. Przeprowadzali badania, konferencje, szczyty i debaty. Produkowali raporty, które następnie drukowali na papierze pozyskiwanym z drzew, których brak był jednym z problemów opisanych w tych raportach.
Muszę przyznać: imponująca konsekwencja. Według jednej z teorii w ostatnich stuleciach istnienia Ziemi największą przeszkodą w ewakuacji były kulty. Religie. Polityka. Pieniądze. I coś, co nazywano „komentarzami w internecie”. Tego ostatniego do dziś się boimy. Zachowaliśmy fragmenty. Nie polecam.
W ruinach znaleziono również ślady ziemskich bóstw. Najpotężniejsze z nich występowały na ruchomych obrazach przechowywanych w prymitywnych systemach pamięci. Jedną z takich bogiń była Nicki Minaj. Patronka Anakondy. Anakonda, jak ustalili nasi archeolodzy, była ogromnym ceremonialnym stworzeniem, którego kult wymagał potrząsania pośladkami w rytm muzyki. Nie śmiej się. Wasza cywilizacja nie zostawiła instrukcji obsługi. Mamy tylko dowody.
Na jednym z zachowanych nagrań bogini Nicki występuje w otoczeniu kobiet o pośladkach osiągających parametry niespotykane w żadnej znanej nam populacji humanoidalnej. Początkowo sądziliśmy, że były to królowe. Później profesor Bum wysunęła hipotezę, że chodziło o wojowniczki.
Peniliozzza twierdził, że to „teledysk”. Peniliozzza zawsze wszystko psuje. Ludzie byli zresztą gatunkiem fascynującym. Pochodzili od małp, ale obrażali się, kiedy im o tym przypominano. Dzielili się na narody, rasy, klasy, religie, orientacje, partie, kluby piłkarskie oraz ludzi wkładających ananasa na pizzę i tych, którzy chcieli ich za to zamordować. Potrafili polecieć w kosmos, ale nie potrafili ustalić, w którą stronę powinien wisieć papier toaletowy. Budowali bomby zdolne unicestwić miasta, a potem tworzyli instrukcje na szamponach, żeby przypadkiem nie wypić zawartości.
Przez tysiące lat wybijali inne gatunki. Jedne zjadali. Drugie przerabiali na futra. Trzecie na buty. Czwarte zamykali w klatkach i chodzili oglądać z dziećmi. Później odkryli, że zwierzęta cierpią. Następnie część ludzi przestała jeść mięso. Następnie pozostali ludzie zaczęli się z nimi kłócić. Potem wszyscy wymarli. Wszech nie lubi marnować czasu na puenty.
Najbardziej jednak fascynuje mnie ziemskie pismo. Wyobraź sobie cywilizację, która przez kilka tysięcy lat nie potrafi rozwinąć pamięci biologicznej, więc zapisuje najważniejsze informacje na martwych drzewach. Genialne w chuj. Masz wiedzę całego gatunku. Historię. Filozofię. Medycynę. Poezję. Instrukcję budowy reaktora. Przepis babci na sernik. I wszystko to może wpierdolić jeden pożar. Później wynaleźli tablety. Nazwa przez wiele faz sprawiała nam problemy. Profesorowie z Instytutu Archeologii Ziemskiej podejrzewali, że „tablet” pochodzi od pradawnego określenia niewielkiej tabliczki wykonywanej z napletków pozyskiwanych podczas obrzezania. Peniliozzza twierdzi, że to bzdura. Ja twierdzę, że brzmi przekonująco. Poza tym słowo „tablet” wywołuje u mnie dziwne mrowienie w odbycie.
Milczę. Patrzę na Wszech. Pierdziawisko leci dalej. Dupsko zostało daleko za mną, a przed statkiem rozciąga się martwa Droga Mleczna. Przez chwilę ogarnia mnie smutek. Ziemia była głupia. Ludzie byli głupi. Ale mieli wódkę. I muzykę. I frytki. I potrafili wymyślić słowo „kurwa”, które pasowało praktycznie do każdej sytuacji: bólu, zachwytu, strachu, miłości, gniewu, zdziwienia oraz momentu, w którym człowiek zobaczył rachunek za prąd. Nie była to całkiem zmarnowana cywilizacja.
— Kurwa — mówię więc ceremonialnie.
Pierdziawisko odpowiada piknięciem. Dobrze. Jeszcze pamięta ziemski. Przede mną pojawia się niebieskawy obłok pozostałości Układu Słonecznego. Za nim przestrzeń staje się coraz ciemniejsza. I wtedy przypominam sobie, po co właściwie tu przyleciałem. Nie dla Ziemi. Nie dla Nicki Minaj. Nie dla historii tabletów-napletów. Nie nawet dla wódki, choć z szacunku dla zmarłych mam na pokładzie dwieście czterdzieści siedem butelek. Mój cel znajduje się znacznie dalej. Za Drogą Mleczną. Za Terytorium Jaj. W miejscu, do którego rozsądna istota nie poleciałaby nawet za darmowy parking.
Galaktyka Odbytu. A w samym jej centrum znajduje się ona. Czarna Dziura.
Od kilku faz zachowuje się w sposób, który eksperci określili jako „wysoce nietypowy”, wojskowi jako „potencjalnie katastrofalny”, profesor Bum jako „interesujący”, a Peniliozzza jako „o ja pierdolę”. Kręci się nie tak, jak powinna. Rośnie. Pulsuje.
I regularnie wyrzuca z siebie potężne porcje energii, którym towarzyszą grzmoty słyszalne z odległości kilku galaktyk oraz smród tak intensywny, że dwa bezzałogowe statki badawcze same dokonały autodestrukcji. Świetlik Galaktyki Analnej wezwał więc najlepszego człowieka do tej roboty. No dobrze. Nie człowieka. Człowiek wymarł. Najlepszego kapitana. No dobrze. Pierwszych siedmiu odmówiło. Ósmy miał sraczkę. Dziewiąty nie odebrał. Więc wysłali mnie.
Kapitan Moooszna.
Syn Galaktyki Analnej. Postrach Jaj. Dowódca Pierdziawiska. Odkrywca trzech planet, z których dwie już nie istnieją z powodów, o których nie będziemy teraz rozmawiać.
Patrzę na czarną przestrzeń przede mną i czuję, jak po moich dwóch podbródkach przechodzi lekki dreszcz. Za Drogą Mleczną zaczyna się Terytorium Jaj. A potem już tylko Galaktyka Odbytu. Czarna Dziura. I prawdopodobnie śmierć.
Uśmiecham się.
— No to chuj — mówię.
Włączam napęd. Pierdziawisko ryczy. Gwiazdy rozmazują się przed szybą. I dokładnie wtedy komputer pokładowy oznajmia:
— KAPITANIE MOOOSZNO. WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA.
Zamieram.
— Gdzie?
Cisza.
— Komputerze, gdzie?!
— NA POKŁADZIE.
Patrzę przed siebie. Potem na drzwi. Potem znowu przed siebie. W mojej głowie odzywa się głos Matki.
Synu, uważaj na Jaja.
— O kurwa.
Pierdziawisko wchodzi na Terytorium Jaj.
Jaja na pokładzie
— KAPITANIE MOOOSZNO. WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA NA POKŁADZIE.
Nie ruszam się.
Czasem największą oznaką odwagi jest bezruch. Czasem jest nią rozwaga. Czasem człowiek — albo przedstawiciel wyższej, piękniejszej i posiadającej dwa podbródki rasy — musi po prostu usiąść, pomyśleć i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów.
A czasem jest zwyczajnie zesrany ze strachu.
— Powtórz.
— WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA NA POKŁADZIE.
— Tę część zrozumiałem. Pytam, gdzie.
— NA POKŁADZIE.
Zamykam oczy. Peniliozzza. Oczywiście.
System sterowania głosowego mojego Pierdziawiska zaprojektował inżynier Peniliozzza, najwybitniejszy specjalista od napędów międzygalaktycznych, mechaniki kwantowej, elektroniki analnej oraz doprowadzania mnie do kurwicy. Człowiek — używam tego określenia umownie, bo Peniliozzza człowiekiem nie jest, a gdyby był, ludzkość prawdopodobnie wymarłaby kilka faz wcześniej — potrafił skonstruować silnik zdolny zagiąć przestrzeń, ale nie potrafił zaprogramować odpowiedzi na pytanie „gdzie?”.
— W której części statku znajduje się obca forma życia?
— ANALIZUJĘ.
— Świetnie.
— ANALIZUJĘ.
— Wiem.
— ANALIZUJĘ.
— Zamknij pizdę i analizuj po cichu.
— POLECENIE „ZAMKNIJ PIZDĘ” NIE ZOSTAŁO ROZPOZNANE.
— To się, kurwa, naucz.
Komputer milknie. Kapitan Moooszna zwycięża technologię. Pierwszy sukces tej fazy.
Wstaję z fotela i patrzę na schemat Pierdziawiska. Statek jest moją dumą, domem, środkiem transportu i jedyną nieruchomością, której nie zajął mi Urząd Podatków Międzygalaktycznych po nieporozumieniu dotyczącym importu czterech ton narkotycznego pyłku z Panny.
To naprawdę było nieporozumienie. Zamawiałem pięć.
Pierdziawisko powstało krótko po moich narodzinach. Wtedy wyglądało jeszcze przyzwoicie: kadłub błyszczał, siedzenia pachniały nowością, toaleta nie bulgotała podczas przyspieszania, a w sali bilardowej nie było tej dziwnej plamy, której nikt nie potrafi zidentyfikować.
Dzisiaj Pierdziawisko jest trochę jak ja. Nadal imponujące z daleka. Z bliska lepiej nie świecić ultrafioletem.
Statek ma sześć kondygnacji, siedem, jeśli liczyć magazyn nielegalnie dobudowany przez Peniliozzzę, i osiem, jeśli liczyć przestrzeń między ścianami, w której kiedyś przez trzy fazy mieszkała rodzina pasożytów z Wagi. Najniżej znajduje się śluza wejściowa. Nad nią magazyny. Wyżej maszynownia, laboratorium, kuchnia, sala bilardowa, bar, Gabinet Kapitana, kokpit i pomieszczenie oznaczone na planach jako „X”.
Nie wiem, co znajduje się w X. Peniliozzza twierdzi, że też nie wie. Raz próbowałem wejść. Drzwi powiedziały:
— NIE.
Uszanowałem. Każdy ma prawo do prywatności. Na schemacie pojawia się zielony punkt. Dolny pokład. Śluza. Oczywiście.
— Czy to Jajo?
— ANALIZUJĘ.
— Czy istnieje prawdopodobieństwo, że to Jajo?
— TAK.
— Jakie?
— SZEŚĆDZIESIĄT OSIEM PROCENT.
Nie jest źle.
— PO KOREKCIE: DZIEWIĘĆDZIESIĄT SIEDEM PROCENT.
Jest źle.
— Dlaczego korekta?
— CZUJNIK ZAPACHU WŁAŚNIE SIĘ ROZPUŚCIŁ.
Siadam. To zmienia postać rzeczy. Jaja śmierdzą. Nie w znaczeniu metaforycznym. Nie chodzi o to, że nie używają dezodorantu, jedzą dużo cebuli albo mają problemy z higieną osobistą. Jaja biologicznie śmierdzą. Ich organizmy produkują ponad dwieście substancji lotnych, z których trzydzieści siedem uznano w Galaktyce Analnej za broń chemiczną, jedenaście za broń biologiczną, a jedna jest stosowana w perfumach na planecie Łoju, ale mieszkańcy Łoju są pojebani i do nich jeszcze wrócimy.
Jajo można wyczuć z odległości kilometra. Stado Jaj z dziesięciu. Jajo po wysiłku fizycznym z czterdziestu. Martwe Jajo najlepiej wyczuwa się z innej galaktyki. Nikt nie wie, dlaczego ewolucja stworzyła coś takiego. Najpopularniejsza teoria mówi, że Wszech miał wtedy zły dzień. Wracam myślami do Matki. Kiedy byłem mały, siadała przy moim łóżku i opowiadała mi bajki. Nie o księżniczkach. Nie o bohaterach. Nie o miłości. O Jajach.
— Jaja przyjdą, kiedy będziesz spał — mówiła łagodnie, poprawiając mi kołdrę. — Najpierw poczujesz smród. Potem usłyszysz szuranie. A potem będzie za późno.
— Mamo, boję się.
— I bardzo dobrze. Strach przedłuża życie.
— Mogę spać z tobą?
— Nie.
Piękne dzieciństwo. Rodzinne. Pełne wartości.
Po śmierci Matki znalazłem w jej rzeczach siedemnaście poradników wychowawczych. Żadnego nie przeczytała. Szanuję konsekwencję.
Zielony punkt na ekranie przesuwa się.
— Kurwa.
— POTWIERDZAM.
— Nie ciebie pytałem.
Punkt sunie ze śluzy w stronę korytarza transportowego.
— Uruchom zabezpieczenia antyjajeczne.
— KTÓRY POZIOM?
— Wszystkie.
— TO MOŻE SPOWODOWAĆ USZKODZENIE STATKU.
— Pierdziawisko przeżyło orgię dyplomatyczną z delegacją z Panny. Przeżyje Jajo.
— NIE POSIADAM DANYCH DOTYCZĄCYCH ORGII DYPLOMATYCZNEJ.
— I niech tak zostanie.
Światła przygasają. Gdzieś pode mną otwierają się metalowe grodzie. Uruchamia się Kombajn do Zbioru i Młócenia Jaj. Nazwa jest trochę myląca. Nic nie zbiera. Nic nie młóci. Peniliozzza uważał po prostu, że „Automatyczny System Neutralizacji Organizmów Wrogich Typu J” brzmi zbyt urzędowo. Kombajn działa bardzo prosto. Kiedy wykrywa Jajo, zamyka wszystkie przejścia, wypuszcza gaz usypiający, następnie zasysa intruza do komory i wyrzuca go w przestrzeń kosmiczną. Humanitarne. A właściwie jajitarne. Nie jestem potworem.
— URUCHOMIONO KOMBAJN.
— Pięknie.
— WYKRYTO CEL.
— Pięknie.
— GAZ UWOLNIONY.
— Pięknie.
— CEL ZNEUTRALIZOWANY.
— Kapitan Moooszna!
Podnoszę ręce.
— Kapitan jebany Moooszna!
Cisza. Lubię takie chwile.
Człowiek powinien celebrować swoje sukcesy. Wy, Ziemianie, mieliście z tym problem. Osiągaliście coś, po czym natychmiast patrzyliście, czy sąsiad nie osiągnął więcej. Kupowaliście samochód i martwiliście się, że ktoś ma większy. Kupowaliście dom i martwiliście się, że ktoś ma basen. Robiliście sobie usta, cycki, dupy, włosy, zęby, paznokcie i nosy, aż w końcu wszyscy wyglądaliście jak wariacje tej samej osoby, a potem wymarliście.
Kapitan Moooszna zna wartość samoakceptacji. Dlatego codziennie rano staję przed lustrem, patrzę na swoje dwa majestatyczne podbródki przypominające mosznę i mówię:
— Przystojny skurwysyn.
To działa. Siadam ponownie w fotelu. Terytorium Jaj rozciąga się przede mną. Jeszcze półtorej fazy i będę po drugiej stronie. Potem turbulencje. Potem Galaktyka Odbytu. Potem Czarna Dziura. Potem chwała albo śmierć. A jeśli chwała, to mam nadzieję, że bez przemówień. Ostatnim razem, kiedy dostałem medal, ceremonia trwała sześć godzin, ponieważ przedstawiciel Unii Międzygalaktycznej miał dziewięć ust i każde chciało coś powiedzieć.
Próbuję zasnąć. Nie mogę. Myślę o Kłaczku. Zostawiłem go w domu. I dobrze. Kłak jest moim pupilkiem, choć słowo „pupil” nie oddaje jego natury. Został wyhodowany z włosów z nosa pieszczocha, stworzenia wymarłego po epidemii depilacji totalnej. Ma wielkość ziemskiego kota, konsystencję mokrego swetra i inteligencję przeciętnego ministra kultury.
Nie mówi. Podskakuje. Kiedy jest szczęśliwy, podskakuje szybko. Kiedy jest smutny, wolno. Kiedy jest głodny, wpierdala meble. Kiedyś zjadł mi fotel. Peniliozzza pytał, po co mi coś takiego.
— To takie ludzkie, Moooszna — powiedział.
— Fascynuje mnie Ziemia.
— Ziemianie trzymali zwierzęta, które srały im w domach.
— Koty.
— I kochali je za to.
— Koty.
— A inne zwierzęta jadły własne wymiociny.
— Psy.
— I też je kochali.
— Psy.
Peniliozzza patrzył wtedy na mnie długo.
— Ziemianie byli popierdoleni.
— Byli samotni.
To go zamknęło. Czasem mówię coś mądrego. Nie lubię tego. Psuje wizerunek. Kłaczek przynajmniej nie sra. Nie posiada odbytu. Nie posiada też genitaliów, układu pokarmowego ani większości organów, które zwykle uważa się za przydatne do życia. Funkcjonuje dzięki fotosynoksie, procesowi, którego nie będę wyjaśniał, ponieważ sam go nie rozumiem.
Peniliozzza rozumie. Ale Peniliozzza rozumie wszystko. To bardzo irytująca cecha u atrakcyjnych mężczyzn. Inżynier Peniliozzza jest bowiem, muszę przyznać, kawałem ciacha. Wkurwia mnie to. Ma ciało smukłe, skórę błyszczącą jak polerowany metal i trzy sutki rozmieszczone z matematyczną precyzją. Nosi włosy zaczesane do tyłu, choć w próżni nie ma wiatru, więc jest to czysta próżność. Jego rasa posiada zdolność zmiany koloru oczu zależnie od emocji.
Niebieskie — spokój. Zielone — zainteresowanie. Czerwone — podniecenie. Fioletowe — kłamstwo. Przy mnie najczęściej ma fioletowe.
— Mówiłeś, że jestem przystojny.
Fiolet.
— Mówiłeś, że świetnie prowadzę.
Fiolet.
— Mówiłeś, że mój podbródek wygląda majestatycznie.
Fiolet.
Skurwysyn. Ale Pierdziawisko zbudował znakomicie.
Przesuwam palcem po ekranie i uruchamiam archiwum ziemskie. To moja słabość. Ziemia. Martwa planeta, która pozostawiła po sobie więcej śmieci niż wiedzy i więcej pornografii niż filozofii.
Kilka faz temu znalazłem niewielki dysk. Pięć gigabajtów. Śmieszna pojemność. Mój ekspres do kawy przechowuje więcej danych o temperaturze mleka. A jednak na tym dysku znajdował się fragment świata. Muzyka. Filmy. Książki. Zdjęcia. Dokumenty. Przepisy. Pornografia. Bardzo dużo pornografii. Nieproporcjonalnie dużo.
Przez pewien czas nasi naukowcy sądzili nawet, że Internet był ziemskim systemem reprodukcyjnym. Trudno ich winić. Na dysku znalazłem Lady Gagę, Rihannę, Nicki Minaj, przepisy na karkówkę, instrukcję rozliczenia podatku dochodowego, trzydzieści osiem zdjęć kota, kurs rosyjskiego i film zatytułowany „HOT STEPMOM NEEDS HELP WITH PLUMBING”. Obejrzałem. Hydrauliki tam niewiele. Peniliozzza odtworzył dane. Siedzieliśmy przez pół fazy przed ekranem, oglądając wymarły gatunek.
— Patrz — powiedziałem. — Tańczą.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Czy to rytuał godowy?
— Możliwe.
— Dlaczego ten mężczyzna trzyma rękę na kroczu?
— Być może sprawdza, czy nadal ma Jaja.
Peniliozzza pobladł. Nie lubi tego słowa. Nikt nie lubi. Ziemianie natomiast używali go swobodnie.
„Ale jaja”.
„Robić sobie jaja”.
„Jaja jak berety”.
„Mieć jaja”.
Nie wiedzieli, z czym igrają. I być może właśnie dlatego wyginęli…
Wtedy rozlega się sygnał. Krótki. Cichy. Inny niż poprzednio.
Spoglądam na ekran. Zielony punkt. Jeden.
— Komputerze?
Cisza.
— Co to jest?
— NIE WIEM.
— Przecież Kombajn zneutralizował intruza.
— POTWIERDZAM.
— Więc dlaczego nadal widzę zielony punkt?
— NIE WIEM.
— Czy to awaria czujnika?
— PRAWDOPODOBIEŃSTWO: CZTERY PROCENT.
— Czy na pokładzie znajduje się druga forma życia?
Długa cisza. Nie lubię długich cisz. Długie cisze są jak wiadomości zaczynające się od „musimy porozmawiać”.
— ODPOWIEDŹ NIEJEDNOZNACZNA.
— Co to, kurwa, znaczy?
— CZUJNIKI WYKRYWAJĄ OBECNOŚĆ.
— Jaką obecność?
— NIEZNANĄ.
Punkt przesuwa się. Powoli. Dolny pokład. Korytarz. Winda. Patrzę, jak zbliża się do mojego poziomu.
— Zamknij windę.
— NIE MOGĘ.
— Zablokuj drzwi.
— NIE MOGĘ.
— Wyłącz zasilanie.
— NIE MOGĘ.
— Co ty w ogóle możesz?!
— MOGĘ ODTWORZYĆ MUZYKĘ.
Patrzę w sufit.
— Jaką?
— OSTATNIO ODTWARZANY UTWÓR: „BAD ROMANCE”.
— Nie.
Pierwsze dźwięki rozchodzą się po Pierdziawisku.
— WYŁĄCZ!
Muzyka cichnie. Winda jedzie w górę. Poziom drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Mój. Drzwi kokpitu znajdują się siedem metrów ode mnie. Nie mam broni. To znaczy mam, ale znajduje się w szafce trzy metry od drzwi, ponieważ profesor Bum uznała, że trzymanie miotacza plazmy przy fotelu pilota jest „nieodpowiedzialne”.
Dziękuję, profesor Bum. Jeżeli przeżyję, wyślę jej własne zwłoki pocztą. Rozlega się dźwięk windy. DING. Nienawidzę tego dźwięku. Drzwi windy otwierają się gdzieś na korytarzu.
Cisza.
Potem: szur. Przerwa. Szur. Przerwa. Szur.
— Mamo — szepczę.
Synu, uważaj na Jaja.
— Wiem, kurwa.
Szur. Coś zbliża się do kokpitu. Podchodzę do szafki. Powoli. Jeszcze dwa kroki. Jeden. Otwieram. Miotacz plazmy. Biorę go do ręki. Ciężki. Piękny. Ziemianie mieli broń palną. Prymitywne urządzenia wyrzucające kawałki metalu z ogromną prędkością. My uznaliśmy, że skoro już trzeba kogoś zabić, dobrze byłoby przy okazji zrobić ładny efekt świetlny.
Miotacz zaczyna buczeć. Szur. Szur. Szur. Coś stoi za drzwiami. Czuję zapach. O Jezu Chryste. To również ziemskie wyrażenie. Nie wiemy dokładnie, kim był Jezus Chrystus. Z zachowanych materiałów wynika, że był synem Boga, cieślą, Żydem, królem, rewolucjonistą, blondynem, brunetem, białym, śniadym, przeciwnikiem bogactwa i jednocześnie patronem wielu niezwykle bogatych organizacji. Ziemia. Nie próbuj zrozumieć. Smród staje się mocniejszy. To Jajo. Na pewno. Palec kładę na spuście.
— Komputerze. Otwórz drzwi.
— CZY KAPITAN JEST PEWIEN?
— Nie.
— CZY MAM OTWORZYĆ?
— Tak.
— POTWIERDŹ.
— Otwieraj, pizdo!
— POLECENIE PRZYJĘTE.
Drzwi rozsuwają się. Strzelam. BŁYSK. Huk. Smród. Coś wrzeszczy.
— AAAAAAAAA!
— AAAAAAAAA! — wrzeszczę również, bo sytuacja tego wymaga.
Strzelam drugi raz.
— PRZESTAŃ, TY PIERDOLNIĘTY DEBILU!
Zamieram. Jaja nie mówią. To podstawowa wiedza. Jaja wyją. Charczą. Bulgotają. Czasem wydają dźwięk podobny do mokrego klapka odklejanego od podłogi basenu. Ale nie mówią. Przede mną stoi istota. Wysoka. Obślizgła. Włochata. Zielonkawa. Kształtem przypomina Jajo, gdyby Jajo poszło na siłownię, zrobiło doktorat i zaczęło gardzić resztą Jaj. Dymi jej lewe ramię. Patrzy na mnie. Ja patrzę na nią. Ona na miotacz. Ja na jej włosy. Ona na moje podbródki.
— Nie jestem Jajem — mówi.
Robię krok do tyłu.
— Jajo mówi.
— Powiedziałem, że nie jestem Jajem.
— Jajo twierdzi, że nie jest Jajem.
— Bo nie jestem.
— Typowe dla Jaja.
Istota przewraca oczami. Jajo przewraca oczami. Pierwszy raz widzę coś takiego.
— Posłuchaj mnie, Moooszno.
Zimno przechodzi mi po plecach.
— Skąd znasz moje imię?
— Wszyscy znają Kapitana Mooosznę.
Od razu czuję się lepiej.
— No.
— Jesteś idiotą.
Gorzej.
— Terrorystą.
Jeszcze gorzej.
— Alkoholikiem.
Bez przesady.
— I podobno przeleciałeś ambasadora z Wagi podczas szczytu pokojowego.
— To była dyplomacja.
— Ambasador miał dziewięćdziesiąt faz.
— Miłość nie zna wieku.
— Był w śpiączce.
— Obudził się.
Istota milknie. Nie ma argumentu. Kapitan Moooszna jeden. Jajo zero.
— Po co tu jesteś? — pytam.
— Ostrzec cię chcę.
— Przed Jajami?
— Przed Dziurą.
Uśmiech znika mi z twarzy.
— Co wiesz o Czarnej Dziurze?
Istota patrzy w stronę przedniej szyby. W oddali, za Terytorium Jaj, przestrzeń rzeczywiście wydaje się ciemniejsza.
— To nie jest zwykła Czarna Dziura.
— Wiem.
— Nie wiesz.
— Wiem, że nie wiem.
— To akurat pierwszy inteligentny komentarz, jaki od ciebie usłyszałem.
Podnoszę miotacz.
— Uważaj.
— Bo co? Zastrzelisz mnie trzeci raz?
— Jeżeli będzie trzeba.
— Nie będzie.
— Skąd wiesz?
Istota uśmiecha się. Nie podoba mi się ten uśmiech. Ma za dużo zębów.
— Bo potrzebujesz mnie żywego.
— Do czego?
Podchodzi bliżej. Cofam się.
— Stój.
Nie staje.
— Powiedziałem: stój.
Jeszcze krok.
— Jajo, kurwa!
Istota zatrzymuje się. Jej twarz drga.
— Ostatni raz, Moooszno. Nie jestem Jajem.
— To czym jesteś?
Cisza. Statek leci. Gwiazdy przesuwają się za szybą. Gdzieś daleko Dupsko świeci jak mały, złoty pryszcz na czerni Wszecha. Istota pochyla się ku mnie.
— Jestem Jądrem.
Patrzę. Mrugam.
— Czym?
— Jądrem.
— O rzesz w Dupsko.
Miotacz wypada mi z ręki. W całym Wszechu istnieje kilka rzeczy, których Kapitan Moooszna naprawdę się boi.
Jaj. Kontroli skarbowej. Trzeźwości. I Jąder. Ponieważ Jaja są głupie. Jądra nie. Jądra dowodzą Jajami. Jądra myślą. Jądra planują. Jądra potrafią wejść do organizmu żywiciela i przejąć kontrolę nad jego układem nerwowym. Jądra są powodem, dla którego połowa Terytorium Jaj została objęta kwarantanną. A jedno z nich właśnie stoi na moim statku.
— Jak dostałeś się na Pierdziawisko?
— Sam mnie wpuściłeś.
— Kłamiesz.
— Przeleciałem przez śluzę razem z Jajami.
— Kombajn.
— Zabrał Jajo.
— A ciebie?
Uśmiecha się.
— Nie wykrył.
Patrzę na zielony punkt na ekranie. Rozumiem. Pierwszy alarm. Jajo. Drugi sygnał. Jądro.
— Czego chcesz?
— Ciebie.
— Oczywiście.
Poprawiam włosy.
— Nie w tym sensie.
— A.
Trochę szkoda. Jądro robi jeszcze jeden krok.
— Moooszno, zawróć statek.
— Nie.
— Nie leć do Galaktyki Odbytu.
— Muszę.
— Nie.
— Mam misję.
— Zginiesz.
— Wiele razy ginąłem.
— Nie.
Patrzy mi prosto w oczy.
— Tym razem nie będzie czego wskrzesić.
Przez chwilę robi się naprawdę poważnie. Nie lubię, kiedy moja historia robi się poważna. Poważność jest pierwszym objawem literatury wysokiej, a stamtąd już tylko krok do nagrody, wywiadów i odpowiadania na pytanie, co autor miał na myśli. Ja wiem, co mam na myśli. Zwykle dupę.
— Co znajduje się w Dziurze? — pytam.
Jądro milczy.
— Co tam jest?
— Nie „co”.
— Więc kto?
Jego źrenice rozszerzają się.
— Jeszcze nie wiem.
— To po chuj mnie straszysz?
— Bo Dziura się otwiera.
— Czarne Dziury się nie otwierają.
— Ta się otwiera.
— Na co?
— Nie wiem.
— Znowu.
— Ale wiem jedno.
Jądro podchodzi tak blisko, że czuję jego oddech. Pachnie miętą. Dziwne. Spodziewałem się gówna.
— Kiedy się otworzy — mówi — cały znany Wszech może zostać wciągnięty do środka.
Milczę.
— Galaktyka Analna?
— Tak.
— Panna?
— Tak.
— Byk?
— Tak.
— Pizza Cztery Sery?
— Tak.
— Bliźniaki?
— Tak.
— Magazyny wódki na Alfie?
Jądro wzdycha.
— Tak, Moooszno. Również wódka.
Patrzę mu prosto w oczy. Teraz sprawa jest osobista.
— To skurwysyństwo.
— Dlatego musisz zawrócić.
— Właśnie dlatego nie zawrócę.
Jądro marszczy czoło.
— Nie rozumiesz.
— To ty nie rozumiesz.
Podnoszę miotacz. Nie celuję w niego. Opieram go o ramię. Kapitan Moooszna odzyskuje majestat.
— Jeśli coś chce zniszczyć Wszech, ma prawo próbować. Jeśli chce pożreć Galaktykę Analną, może spróbować. Jeśli chce zabić mnie, niech stanie w kolejce.
Podchodzę do fotela dowódcy.
— Ale jeśli chce zniszczyć dwieście czterdzieści siedem ostatnich butelek ziemskiej wódki…
Włączam napęd maksymalny. Pierdziawisko drży. Silniki ryczą. Alarmy wyją. Jądro chwyta się ściany.
— ...to właśnie popełniło największy błąd swojego jebanej egzystencji.
— Moooszno!
— Kierunek: Galaktyka Odbytu!
— MOOOSZNO, NIE!
— Pełna moc!
Pierdziawisko wystrzeliwuje naprzód. Terytorium Jaj eksploduje przede mną tysiącem świateł. Jądro przeklina. Komputer informuje, że przeciążenie silnika wynosi sto trzydzieści procent. A ja się uśmiecham. Bo Kapitan Moooszna może być idiotą. Może być narcyzem. Może mieć problemy z alkoholem, autorytetami, podatkami, monogamią i rozumieniem podstawowych zasad bezpieczeństwa. Ale jednej rzeczy nie można mu zarzucić. Kapitan Moooszna nigdy nie zostawia roboty niedokończonej. No, chyba że chodzi o seks oralny. Wtedy różnie bywa.
Jądro patrzy na mnie z przerażeniem.
— Ty naprawdę jesteś pojebany.
— Dziękuję.
— To nie był komplement.
— Za późno.
I wtedy światła gasną. Całe Pierdziawisko pogrąża się w ciemności. Silniki milkną. Komputer milknie. Nawet alarmy milkną. Po raz pierwszy od wielu faz statek jest całkowicie cichy.
— Co zrobiłeś? — szepcze Jądro.
— Nic.
— Moooszno…
— Tym razem naprawdę nic.
Za przednią szybą pojawia się światło. Nie gwiazda. Nie planeta. Nie statek. Coś ogromnego przesuwa się przez przestrzeń przed nami. Najpierw widzę tylko kontur. Potem włosy. Potem następny. I następny. Setki. Tysiące. Jądro cofa się od szyby.
— O nie.
— Co?
Nie odpowiada.
— Co to jest?
Pierwsze stworzenie obraca się w naszą stronę. Ogromne. Włochate. Obślizgłe. Jajo. Za nim drugie. Trzecie. Setne. Całe Terytorium przed nami zaczyna się poruszać. To nie asteroidy. To nie planety. To Jaja. Miliony Jaj. A wszystkie patrzą na Pierdziawisko.
— Moooszno — mówi Jądro. — Chyba właśnie obudziłeś Gniazdo.
Przełykam ślinę. Głos Matki wraca po raz ostatni.
Synu, uważaj na Jaja.
— Mamo — szepczę — trzeba było, kurwa, powiedzieć, że jest ich aż tyle.
Gniazdo
Miliony Jaj. Nie przesadzam. Miliony.
Jeśli ktoś kiedykolwiek powiedział ci, że „strach ma wielkie oczy”, to znaczy, że nigdy nie widział miliona Jaj lecących jednocześnie w jego stronę. Ja widzę. I muszę przyznać, że wyglądają gorzej, niż sobie wyobrażałem.
Pierwsze suną przez przestrzeń jak wielkie, włochate meteoryty. Drugie obracają się wokół własnej osi. Trzecie skaczą między nimi, jakby prawa fizyki były jedynie luźną sugestią. Niektóre są zielone. Inne brunatne. Kilka ma kolor, którego nie potrafię nazwać bez obrażenia czyjejś matki.
Wszystkie śmierdzą. Próżnia nie przenosi zapachu. Wiem. One też powinny to wiedzieć. Nie wiedzą. Smród wdziera się przez filtry statku, wentylację, ekrany, przewody, zamknięte grodzie i prawdopodobnie pamięć genetyczną.
— O kurwa — mówię.
Jądro patrzy na mnie.
— Teraz rozumiesz?
— Nie.
— Nie?
— Nadal nie wiem, dlaczego jest ich tyle.
— Bo to Gniazdo.
— To już mówiłeś.
— Nie. Powiedziałem, że je obudziłeś.
— A czym dokładnie jest Gniazdo?
Jądro długo milczy. To zaczyna mnie denerwować. Każda istota, która wie coś ważnego, zawsze milczy przed odpowiedzią. Profesorowie tak robią. Lekarze tak robią. Urzędnicy tak robią. Nawet Peniliozzza tak robi, kiedy pytam, ile będzie kosztować naprawa. To chwyt teatralny. Nie znoszę go.
— No? — ponaglam.
— Gniazdo to nie miejsce.
— Świetnie.
— To organizm.
— Jeszcze lepiej.
— Całe Terytorium Jaj jest jednym organizmem.
Patrzę na niego.
— Nie.
— Tak.
— Nie.
— Moooszno.
— Nie.
— To fakt.
— To głupi fakt.
Jądro wzdycha.
— Jaja nie są osobnymi istotami w takim sensie, jak myślisz. To części większej struktury. Każde Jajo jest czymś w rodzaju komórki.
— Czyli całe Terytorium…
— Jest ciałem.
— A Jaja?
— Tkanką.
— A ty?
Jądro robi minę człowieka, który właśnie żałuje, że rozpoczął rozmowę.
— Mózgiem.
Milczę.
Po chwili wybucham śmiechem.
— Ty?
— Tak.
— Mózgiem?
— Tak.
— Tego?
Wskazuję szybę. Za nią kilka milionów Jaj właśnie wpada na siebie i odbija się jak pijani goście weselni podczas oczepin.
— Tak.
Śmieję się jeszcze głośniej.
— Wszech ma poczucie humoru.
— Zamknij się.
— Przepraszam. Naprawdę. To bardzo poważne.
Próbuję się uspokoić. Nie potrafię.
— Mózg Jaj.
— Moooszno.
— Jądro-Mózg.
— Zamknij mordę.
— Dobrze.
Milczę przez siedem sekund. To dużo.
— Czyli jak jesteś mózgiem, to czemuś taki głupi?
Jądro rzuca się na mnie. Odsuwam się. Niepotrzebnie. Nie atakuje. Łapie za panel sterowania.
— Musimy odzyskać zasilanie!
— Kapitan wydaje rozkazy na Pierdziawisku.
— Więc wydaj jakiś użyteczny.
— Komputerze, odzyskaj zasilanie.
Cisza.
— Widzisz?
— Widzę, że jesteś idiotą.
— To nie jest użyteczne.
Pierwsze Jajo uderza w kadłub. BUM. Pierdziawisko drży. Drugie. BUM. Trzecie. BUM.
— Kurwa.
— To dopiero zwiad.
— Zwiad?!
— Najmniejsze osobniki.
Patrzę za szybę. Jedno z „najmniejszych” Jaj ma rozmiar niewielkiego księżyca.
— Wasza skala jest trochę pojebana.
— Nasza?
— Twoja rasa.
— Nie nazywaj ich moją rasą.
— Przed chwilą powiedziałeś, że jesteś ich mózgiem.
— To skomplikowane.
— Nie lubię skomplikowanych rzeczy.
— Wiem.
— Lubię proste.
— Wódkę?
— Właśnie.
Znów uderzenie. Tym razem mocniejsze. Pierdziawisko przechyla się. Lecę na ścianę. Jądro wpada na mnie. Przez chwilę leżymy razem na podłodze. Jego twarz znajduje się kilka centymetrów od mojej. Patrzymy na siebie.
— Zła chwila? — pytam.
— Bardzo.
— Pytam dla pewności.
— Moooszno…
— Dobrze.
Odsuwam go. Wstaję. Kolejne uderzenie. Alarmy nagle wracają. Wszystkie naraz. Światła zapalają się na czerwono. Komputer budzi się jak urzędnik pięć minut przed końcem pracy.
— ALARM, PIZDO, ALARM!
— Peniliozzza.
— ALARM, PIZDO, ALARM!
— Wyłącz ten komunikat!
— JESTEŚ ATAKOWANY PRZEZ JAJA.
— ZAUWAŻYŁEM!
— PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRZEŻYCIA: SIEDEM PROCENT.
— Ile?!
— PO KOREKCIE: CZTERY.
— Przestań korygować!
Jądro odpycha mnie od panelu.
— Daj mi sterowanie.
— Nie.
— Moooszno, jeśli nie zrobisz tego teraz, zginiemy.
— Pierdziawisko słucha tylko mnie.
— To zmień autoryzację.
— Nie wiem jak.
— Oczywiście.
— Peniliozzza wie.
— Gdzie on jest?
— W Galaktyce Analnej.
— To go wezwij!
Patrzę na ekran. Łączność działa. Trochę. Pojawia się obraz. Najpierw szumy. Potem plamy. Potem czyjś tyłek.
— Peniliozzza?
Obraz przesuwa się. To rzeczywiście on. Leży na czymś przypominającym leżak. Obok niego stoją dwa drinki i trzy istoty z Panny.
— Moooszno? — mówi z irytacją. — Wiesz, która faza?
— Gówno mnie obchodzi, która faza!
— Mnie obchodzi.
— Mam Jaja!
Peniliozzza mruży oczy.
— Gratuluję.
— Na statku!
Siada.
— Co?
— Jaja atakują Pierdziawisko!
— Ile?
Patrzę na szybę.
— Dużo.
— „Dużo” to jednostka?
— Miliony!
Peniliozzza zrywa się. Jedna z istot z Panny spada z leżaka.
— Gdzie jesteś?
— Na Terytorium Jaj.
— Po chuj?!
— Bo tędy szybciej.
Peniliozzza patrzy w kamerę. Nie mówi nic. Nie musi. Jego twarz wyraża wszystko.Rozczarowanie. Ból. Pogardę. I coś jeszcze. Może głód.
— Ostrzegałem cię — mówi.
— Nie pamiętam.
— Bo byłeś pijany.
— To nie jest argument. Wtedy najwięcej pamiętam.
Jądro wchodzi w kadr. Peniliozzza zamiera.
— Co to jest?
— Jądro.
— Widzę.
— Mówi, że jest mózgiem Jaj.
Peniliozzza blednie. Potem robi rzecz, której nigdy wcześniej u niego nie widziałem. Krzyżuje palce. Ziemski gest.
— Moooszno, słuchaj mnie bardzo uważnie.
— Słucham.
— Nie dotykaj go.
Patrzę na Jądro.
— Trochę za późno.
Peniliozzza zamyka oczy.
— Dotknąłeś?
— Wpadł na mnie.
— Gdzie?
— Co gdzie?
— Gdzie cię dotknął?!
— Wszędzie.
— MOOOSZNO!
— No co?!
— Jądra przenoszą zarodniki.
Patrzę na Jądro. Jądro patrzy na mnie.
— Nie powiedziałeś.
— Nie pytałeś.
— O takich rzeczach się mówi!
— To niegroźne.
Peniliozzza zaczyna krzyczeć.
— NIEGROŹNE?! Jądro może stworzyć Gniazdo w ORGANIZMIE!
Milczę. To jedno z tych zdań, po których człowiek żałuje, że posiada wyobraźnię.
— Gdzie? — pytam.
Peniliozzza milczy.
— Peniliozzza.
— Zależy od drogi zakażenia.
— Jakiej drogi?
— Skóra, śluzówki, układ pokarmowy…
— A tyłek?
Peniliozzza patrzy na mnie z rezygnacją.
— Zwłaszcza tyłek.
Chwytam się za pośladki.
— O nie.
Jądro przewraca oczami.
— Nic ci nie jest.
— Skąd wiesz?
— Bo nie chciałem cię zarazić.
— A jakbyś chciał?
— Już byś wiedział.
— Po czym?
— Nie pytaj.
— Pytam.
— Moooszno.
— Pytam!
Jądro podchodzi i szepcze mi coś do ucha. Moja twarz tężeje.
— O.
Peniliozzza patrzy z ekranu.
— Powiedział?
— Tak.
— Rozumiesz?
— Tak.
— Dobrze.
— Wolałem nie rozumieć.
Kolejne uderzenie. Panel eksploduje iskrami. Łączność zanika. Peniliozzza znika.
— Świetnie — mówię.
— Musimy zejść niżej.
— Po co?
— Ręczne sterowanie napędem.
— Nie.
— Dlaczego?
— Maszynownia.
— I?
— Jest daleko.
Jądro patrzy na mnie.
— Statek jest atakowany przez miliony Jaj.
— Wiem.
— Zaraz nas rozszarpią.
— Wiem.
— A ty nie chcesz zejść dwie kondygnacje, bo jest daleko?
— Schody.
— Jest winda.
— Nie ufam windom podczas ataku.
— Możemy zginąć.
— Możemy też się zmęczyć.
Jądro bierze mnie za kołnierz.
— Rusz dupę.
Patrzę mu w oczy.
— Tak się nie mówi do Kapitana.
— Rusz swoją majestatyczną, historyczną, międzygalaktyczną dupę.
— Lepiej.
Biegniemy. Korytarz Pierdziawiska trzęsie się jak tania pralka na wirowaniu. Światła migają. Z sufitu sypią się kawałki izolacji. Na ścianach wiszą stare plakaty. Jeden przedstawia Galaktykę Analną z hasłem: NIE ŚMIEĆ. WSZECH TO NIE ZIEMIA. Drugi: JEDNO JAJO TO O JEDNO ZA DUŻO. Przy trzecim zatrzymuję się.
— Moooszno!
— Chwila.
To reklama starej kampanii zdrowotnej. BADAJ JĄDRA. NIE KAŻDE JEST TWOJE. Patrzę na Jądro.
— Przypadek.
— Ruszaj!
Biegniemy dalej. Winda nie działa. Oczywiście. Schody. Nienawidzę schodów. Na trzecim stopniu łapię zadyszkę.
— Ile masz lat? — pyta Jądro.
— Osiemset faz.
— To dużo?
— Dla mnie nie.
— Dla twoich płuc chyba tak.
— Kapitan Moooszna nie ma słabych płuc.
— Sapiesz.
— To bojowe oddychanie.
Docieramy do pokładu technicznego. Tam smród staje się mocniejszy. Zatrzymuję się.
— Czujesz?
Jądro także staje.
— Tak.
— To wy.
— Nie.
— Jak nie?
— To nie Jaja.
— Pachnie jak Jaja.
— Gorzej.
— Co jest gorsze od Jaj?
Jądro odwraca głowę. Na końcu korytarza coś się porusza. Małe. Obślizgłe. Włochate. Przypomina Jajo wielkości arbuza. Potem drugie. Trzecie. Dziesiąte. Wychodzą z wentylacji.
— O ja pierdolę.
— Larwy.
— Jakie larwy?!
— Gniazdo próbuje wejść do statku.
— One się rozmnażają?!
— Wszystko się rozmnaża.
— Nie wszystko powinno.
Pierwsza larwa skacze. Jądro robi unik. Larwa trafia mnie w pierś.
— AAAAAAAAA!
Zrzucam ją. Kopie. Ślizga się po podłodze. Wstaje. Patrzy na mnie. Ma jedno oko.
— Obrzydliwe.
Larwa piszczy.
— Nie obrażaj jej.
— Przed chwilą chciała mnie zjeść!
— Jest młoda.
— Młodość nie usprawiedliwia wszystkiego.
Druga skacze. Kopię ją. Odlatuje. Trzecia. Czwarta. Nagle mamy ich dziesiątki.
— Do maszynowni! — krzyczy Jądro.
Biegniemy. Larwy za nami. Jedna przyczepia mi się do nogawki.
— ZDEJMIJ TO!
Jądro odrywa ją.
— Trzymaj.
— Co?
Wciska mi larwę w ręce. Piszczy. Patrzę na nią. Ona na mnie.
— Co mam z tym zrobić?
— Wyrzuć.
— Gdzie?
— Nie wiem!
— To po co mi ją dałeś?!
Larwa gryzie mnie w rękę.
— AAAAAAAAA!
Rzucam nią o ścianę.
— Pojebane dziecko!
— Nie dramatyzuj.
— Ugryzło Kapitana Mooosznę!
— Przeżyjesz.
— Zostanie blizna!
— Masz ich trzydzieści.
— Każda ma historię!
— Ta też będzie miała!
Wpadamy do maszynowni. Zamykam drzwi. Larwy uderzają z drugiej strony. Pyk. Pyk. Pyk. Nie brzmi groźnie. To najgorsze. W maszynowni ciemno. Tylko reaktor pulsuje niebieskim światłem. Podchodzę do konsoli.
— Ręczny zapłon.
— Znasz procedurę? — pyta Jądro.
— Oczywiście.
Nie znam. Ale nie może wiedzieć. Otwieram panel. W środku znajduje się dwadzieścia przycisków. Każdy czerwony. Peniliozzza. Skurwysyn.
— Który?
Jądro patrzy.
— Mnie pytasz?
— Jesteś mózgiem.
— Jaj.
— To teraz bądź mózgiem przycisków.
Uderzenie. Cały statek drży. Reaktor gaśnie na sekundę.
— Moooszno, szybko!
Przypominam sobie coś. Peniliozzza kiedyś mówił: „Jeśli wszystko padnie, wciskasz ten największy.”
Patrzę. Wszystkie są takie same.
— Peniliozzza, ty chuju.
— Wybierz.
— Intuicja.
— To mnie właśnie przeraża.
Zamykam oczy. Wciskam przycisk. Nic. Drugi. Nic. Trzeci. Rozlega się syrena.
— AUTODESTRUKCJA AKTYWOWANA.
Otwieram oczy.
— Nie ten.
Jądro patrzy na mnie.
— Wyłącz.
— Próbuję.
— ILE CZASU?!
Komputer odpowiada:
— DZIESIĘĆ.
— Dziesięć czego?!
— DZIEWIĘĆ.
— MOOOSZNO!
— OSIEM.
Wciskam wszystko.
— SIEDEM.
— Kurwa!
— SZEŚĆ.
Jądro też zaczyna wciskać.
— PIĘĆ.
— Nie dotykaj!
— CZTERY.
— Właśnie dotykaj!
— TRZY.
Nagle gasną czerwone światła. Cisza. Potem komputer mówi:
— AUTODESTRUKCJA ANULOWANA.
Oboje stoimy bez ruchu.
— Wiedziałem — mówię.
Jądro uderza mnie w twarz.
— Za co?!
— Profilaktycznie.
Reaktor nagle ryczy. Silniki wracają. Pierdziawisko rusza. Tak gwałtownie, że obaj lądujemy na podłodze. Larwy za drzwiami piszczą. Potem wszystkie lecą w stronę rufy. Statek przyspiesza. Jedno Jajo. Drugie. Setki. Zostają za nami. Uśmiecham się.
— Kapitan Moooszna.
— Nie zaczynaj.
— Kapitan Moooszna!
— Moooszno.
— Kapitan Moooszna uratował…
Wtedy przed nami otwiera się coś ogromnego. Nie Czarna Dziura. Jeszcze nie. Przestrzeń. Jakby pękła. Z ciemności wyłania się olbrzymia, czarna ściana. Nie ma końca. Nie ma początku. Zasłania gwiazdy. Jądro przestaje oddychać.
— Co to jest?
Nie odpowiada.
— Jądro.
Milczy.
— Co. To. Jest.
Patrzy przed siebie. Po raz pierwszy naprawdę się boi.
— Granica Gniazda.
— Czyli jesteśmy bezpieczni?
— Nie.
— Jak to nie?
— Bo za nią zaczyna się Galaktyka Odbytu.
Uśmiecham się.
— Czyli prawie na miejscu.
Jądro odwraca się do mnie.
— Moooszno, jest jeszcze coś.
— Oczywiście.
— Czego ci nie powiedziałem.
— Oczywiście.
— Czarna Dziura nie tylko rośnie.
— Oczywiście.
— Ona coś wyrzuca.
— Energię.
— Nie.
— To co?
Jądro patrzy na mnie długo.
— Planety.
Milczę.
— Jakie planety?
— Nowe.
— Niemożliwe.
— Jedna pojawiła się sto jedenaście faz temu.
Przypominam sobie archiwa. Planeta X.
— X.
— Tak.
— To ona wyszła z Dziury?
— Tak.
— A teraz?
Jądro zaciska szczękę.
— Teraz wychodzi coś większego.
— Planeta?
— Nie wiem.
— Gwiazda?
— Nie wiem.
— Coś żywego?
Milczy. To wystarcza. Patrzę na czarną ścianę. Pierdziawisko mknie prosto ku niej. Za plecami mamy miliony Jaj. Przed sobą Galaktykę Odbytu. A gdzieś w jej centrum Czarną Dziurę, która zaczęła rodzić.
— No dobrze — mówię.
Jądro patrzy na mnie.
— Co?
— Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego nikt inny nie chciał tej misji.
I wtedy przebijamy się przez Czarną Ścianę.
Galaktyka Odbytu
Czarna Ściana nie wygląda z bliska jak ściana. To pierwsze rozczarowanie. Spodziewałem się czegoś monumentalnego. Czegoś, przy czym Pierdziawisko wyglądałoby jak robak. Czegoś z hukiem, błyskami, może jakimś dramatycznym pęknięciem przestrzeni. A tu nic. Ciemność. Gęsta, lepka, głucha ciemność, która po prostu połyka światło.
Wpływamy w nią. I nagle przestaję widzieć cokolwiek.
— Komputerze?
Cisza.
— Jądro?
— Jestem.
— Gdzie?
— Obok ciebie.
— Nie widzę.
— Ja ciebie też nie.
— Dobrze.
— Co w tym dobrego?
— Nie muszę patrzeć na twoją mordę.
— A ja na twoją.
— To mamy chwilę pokoju.
Pierdziawisko leci dalej. Nie słyszę silników. Nie czuję drgań. Nie widzę kontrolek. Przez moment mam wrażenie, że statek w ogóle się nie porusza. Potem coś ociera się o kadłub. Długi, wilgotny dźwięk. Jak paznokciem po balonie.
— Co to było? — pytam.
— Nie wiem.
— Ty ciągle czegoś nie wiesz.
— Bo nikt nie lata przez Czarną Ścianę.
— Ja latam.
— Właśnie dlatego większość ludzi uważa cię za kretyna.
— Nie ludzi.
— Istot.
— Lepiej.
Znów szuranie. Tym razem z drugiej strony.
— Coś jest na zewnątrz.
— Moooszno.
— Słyszę.
— Nie reaguj.
— Dlaczego?
— Bo nie wiemy, co to jest.
— To właśnie dlatego powinienem reagować.
— Ty na wszystko reagujesz.
— Kapitan musi być czujny.
— Ty kiedyś strzeliłeś do własnego odbicia.
— Było podejrzane.
Ciemność zaczyna mnie drażnić. Nie lubię rzeczy, których nie rozumiem. A najbardziej nie lubię takich, których nie widzę. W Galaktyce Analnej wszystko jest jasne. Dupsko świeci. Planety świecą. Statki świecą. Nawet śmieci świecą, bo Unia wprowadziła obowiązkowe fluorescencyjne oznaczenia po tym, jak ktoś wleciał w kontener z odpadami i pozwał cały sektor.
Tutaj nic. Nagle przed nami pojawia się cienka, biała linia. Rośnie. Rozszerza się. Czarna Ściana pęka. Pierdziawisko wypada z ciemności. I widzę Galaktykę Odbytu. Milczę. Jądro też. Pierwszy raz od dawna nie mam głupiego komentarza. Bo to miejsce jest… piękne. Wkurwiająco piękne. Ogromne, purpurowe mgławice wiją się między gwiazdami jak dym. Planety mają kolory, których nie widziałem nigdzie indziej: granat, fiolet, czerń, głęboki róż, metaliczna czerwień. W centrum wszystkiego pulsuje olbrzymi, ciemny obszar, wokół którego światło zakrzywia się w długie łuki.
Czarna Dziura. Jeszcze daleko. Ale widać ją już stąd. Jak oko. Jak rana. Jak coś, co patrzy.
— Kurwa — mówię cicho.
— Wreszcie coś sensownego.
— Zamknij się. Psujesz chwilę.
Galaktyka Odbytu zawsze uchodziła za miejsce niebezpieczne. Nie z powodu samej Dziury. Z powodu mieszkańców. Krążyły o nich legendy. Podobno nie używali pieniędzy. Podobno rozmnażali się przez dotyk. Podobno jedli własne wspomnienia. Podobno potrafili odróżnić dobre wino od drogiego. Ostatnie było dla mnie najbardziej niepokojące.
— Byłeś tu wcześniej? — pytam.
Jądro kiwa głową.
— Raz.
— I?
— Nie chcę o tym mówić.
— To na pewno było coś seksualnego.
— Nie.
— Czyli tak.
— Nie.
— Jeszcze bardziej tak.
Jądro odchodzi od szyby.
— Moooszno, musimy lecieć prosto do Dziury.
— Świetnie.
— I nie możemy się zatrzymywać.
— Dlaczego?
— Bo Galaktyka Odbytu ma obronę.
— Jaką?
— Sam zobaczysz.
Nie lubię takich odpowiedzi. To język ludzi, którzy wiedzą, że za chwilę stanie się coś chujowego, ale chcą zachować przewagę informacyjną.
— Powiedz teraz.
— Nie.
— Jądro.
— Nie.
— Jak cię właściwie nazywać?
Patrzy na mnie.
— Słucham?
— Nie będę przez całą podróż mówił „Jądro”.
— Czemu?
— Brzmi, jakbym gadał z własnym kroczem.
— To twój problem.
— Masz imię?
Milczy.
— Oczywiście, że masz.
— Nie używam go.
— Dlaczego?
— Jądra nie potrzebują imion.
— Wszystko potrzebuje imion.
— Nie.
— Ziemianie nazywali wszystko.
— I wyginęli.
— Szczegół.
Podchodzę bliżej.
— No?
— Nie.
— Powiedz.
— Nie.
— Powiedz.
— Moooszno.
— Powiedz.
Jądro zaciska szczękę.
— Zalupa.
Milczę. Potem zaczynam się śmiać. Nie trochę. Nie elegancko. Składam się wpół.
— Zalupa?!
— Zamknij mordę.
— Nazywasz się Zalupa?!
— Tak.
— Jądro Zalupa!
— MOOOSZNO!
— Przepraszam.
Nie przepraszam.
— To imię rodowe?
— Tak.
— Piękna tradycja.
— Zabiję cię.
— Ale najpierw uratujemy Wszech.
— Najpierw przestań się śmiać.
Ocieram łzę.
— Dobrze.
Patrzę na niego.
— Zalupa.
Zalupa rzuca we mnie narzędziem. Unikam.
— Agresywny jesteś.
— Zastanawiam się, czemu.
Wracam do sterowania. Pierdziawisko sunie przez Galaktykę Odbytu. Czarna Dziura powoli rośnie przed nami. I wtedy pojawia się pierwsza anomalia. Na radarze wyskakują dziesiątki punktów.
— Co to?
Zalupa natychmiast podchodzi.
— Zwolnij.
— Mówiłeś, żeby się nie zatrzymywać.
— Zwolnij, nie zatrzymuj.
— Zdecyduj się.
— Moooszno, kurwa!
Zmniejszam ciąg. Punkty zbliżają się. Najpierw widzę je na radarze. Potem za szybą. Wylatują z mgławicy. Ogromne. Okrągłe. Mięsiste.
— Nie.
Zalupa milczy.
— To nie może być to.
Milczy.
— Zalupa.
— Tak.
— To są…
— Tak.
Cycki. Ogromne. Kosmiczne. Lecą prosto na nas. Pierwszy ma średnicę większą niż Pierdziawisko. Drugi jest mniejszy, ale posiada coś, co wygląda jak złoty kolczyk. Trzeci obraca się majestatycznie wokół własnej osi. Za nimi kolejne. Dziesiątki. Setki.
— Co to, kurwa, jest?
— Strażniczki.
— Czego?
— Dziury.
— Oczywiście.
— To Cyce Grawitacyjne.
— Nie.
— Tak.
— Nie zaakceptuję tego.
— Nie musisz.
— Kto je nazwał?
— One same.
— Mają świadomość?
— Tak.
Pierwszy Cycek zbliża się. Na ekranie pojawia się komunikat. NIEAUTORYZOWANY WJAZD.
— Rozumieją pismo?
— Tak.
— My jesteśmy niepiśmienni.
— Komputer przetłumaczył.
— Dobrze.
Pojawia się drugi komunikat. PROSZĘ ZAWRÓCIĆ.
— Bardzo grzeczne.
Trzeci. OSTATNIE OSTRZEŻENIE.
— Mniej grzeczne.
— Moooszno, skręć.
— W którą stronę?
— W lewo.
Skręcam. Cyce również.
— Dalej.
Skręcam bardziej. One też.
— Zalupa.
— Widzę.
— One nas gonią.
— Tak.
— Cycki mnie gonią.
— Tak.
— Marzenie z dzieciństwa.
— Skup się!
Pierwszy Cycek przyspiesza. Uderza w Pierdziawisko bokiem. BOOOOM. Statek wiruje. Lecę przez kokpit. Zalupa łapie się fotela. Komputer wyje:
— USZKODZENIE KADŁUBA. USZKODZENIE KADŁUBA.
— Wiem!
— POZIOM USZKODZENIA: DWANAŚCIE PROCENT.
— Da się przeżyć.
Drugi Cycek uderza. BOOOOM.
— TRZYDZIEŚCI PROCENT.
— Mniej dobrze.
Trzeci. BOOOOM.
— CZTERDZIEŚCI OSIEM PROCENT.
— Cycki są twarde.
Zalupa patrzy na mnie jak na idiotę.
— To teraz odkryłeś?
— Empirycznie.
Chwytam ster.
— Mam pomysł.
— Nie.
— Jeszcze nie powiedziałem.
— Tym bardziej.
— Wchodzimy między nie.
— Co?
— Są duże.
— Wiem.
— I ciężkie.
— Moooszno.
— I głupie.
— Mają większą inteligencję niż ty.
— Niepotrzebna uwaga.
Przyspieszam. Pierdziawisko leci prosto w stado Cyców. Zalupa krzyczy. Ja też. Ale u mnie to bojowe. Przelatujemy między dwoma. Pierwszy próbuje nas uderzyć. Drugi również. Zderzają się ze sobą. Dźwięk jest monumentalny. PLASK.
— Ha!
— To było głupie.
— Ale zadziałało.
Kolejne dwa. Skręt. Unik. Zderzenie. PLASK.
— Kapitan Moooszna!
— Nie zaczynaj!
— Kapitan Moooszna!
Lecimy dalej. Cyce zostają za nami. Nie wszystkie. Kilka nadal goni.
— Rakiety? — pytam.
— Nie możesz do nich strzelać.
— Dlaczego?
— Są chronione.
— Przez kogo?
— Unię.
— Unię?!
— Gatunek zagrożony.
— Mnie też zaraz zagrożą!
— To nadal nielegalne.
— Jebać Unię.
— To twoje motto życiowe?
— Jedno z.
Nagle komputer krzyczy:
— NADCHODZI OBIEKT.
— Jaki?
— NIEZNANY.
— Skąd?
— Z CZARNEJ DZIURY.
Zalupa zamiera.
— Co?
Na radarze pojawia się jeden punkt. Ogromny. Rośnie. Bardzo szybko. Patrzę przez szybę. Dziura pulsuje. Jej środek robi się jeszcze ciemniejszy. Potem coś zaczyna z niej wychodzić.Najpierw czubek. Potem powierzchnia. Potem cały obiekt. Planeta. Czarna. Gładka. Ogromna.
— To X? — pytam.
— Nie.
— Więc co?
Zalupa patrzy.
— Nowa planeta.
— Właśnie się urodziła?
— Tak.
Planeta wysuwa się z Dziury. Wokół niej krążą fragmenty skał. Błyskawice. Chmury. I coś jeszcze. Na jej powierzchni coś się porusza.
— Powiększ obraz.
Komputer przybliża. Najpierw piksele. Potem obraz staje się wyraźniejszy. Widzę miasta. Nie ruiny. Miasta. Światła. Budynki. Ruch.
— Zalupa.
— Widzę.
— Tam jest życie.
— Niemożliwe.
— Patrzę na nie.
Komputer analizuje.
— WYKRYTO AKTYWNOŚĆ BIOLOGICZNĄ.
— Ile?
— DZIEWIĘĆ MILIARDÓW ORGANIZMÓW.
Milczę. Zalupa też. Nowa planeta właśnie wyszła z Czarnej Dziury. Z gotową cywilizacją. Z budynkami. Z oceanami. Z mieszkańcami. Jakby istniała już wcześniej. Tylko gdzieś indziej.
— To nie rodzenie — mówi Zalupa.
— Co?
— Dziura niczego nie tworzy.
Patrzymy na planetę.
— Ona coś przenosi.
— Skąd?
Zalupa odwraca się do mnie.
— Z drugiej strony.
— Jakiej drugiej strony?
Nie odpowiada. Komputer nagle piszczy.
— ODEBRANO TRANSMISJĘ.
— Z planety?
— TAK.
— Odtwórz.
Ekran śnieży. Pojawia się twarz. Humanoidalna. Blada. Przerażona. Istota mówi w obcym języku. Komputer tłumaczy.
— Jeśli ktokolwiek nas słyszy…
Szum.
— ...nie zbliżajcie się do Dziury…
Obraz drga.
— ...to nie jest przejście…
Zalupa podchodzi bliżej.
— ...to paszcza.
Transmisja urywa się. Cisza. Patrzę na Czarną Dziurę. Zalupa patrzy na mnie.
— Moooszno.
— No.
— Zawracamy.
— Nie.
— Słyszałeś.
— Słyszałem.
— To jest paszcza.
— Tym bardziej chcę zobaczyć, co ma w gardle.
Zalupa zamyka oczy.
— Jesteś najgorszą istotą, jaką spotkałem.
— A spotkałeś miliony Jaj.
— Właśnie dlatego to dużo znaczy.
Uśmiecham się. Pierdziawisko leci dalej. Ku Dziurze. Ku paszczy. Ku czemuś, czego nikt jeszcze nie rozumie. I wtedy z dolnego pokładu dochodzi dźwięk. Szur. Zalupa patrzy na mnie. Ja na niego. Szur.
— Larwy? — pytam.
— Nie.
— Skąd wiesz?
— To za ciężkie.
Szur. Coś przesuwa się po korytarzu. Powoli. Bardzo powoli. Komputer odzywa się:
— WYKRYTO FORMĘ ŻYCIA NA POKŁADZIE.
— Znowu?!
— TAK.
— Jajo?
— NIE.
— Jądro?
— NIE.
— To co?
Chwila ciszy.
— NIEZNANY TYP.
Zalupa blednie.
— Co?
— Nic.
— Wiesz coś.
— Nie.
— Zalupa.
— Moooszno…
Szur. Dźwięk jest bliżej.
— Powiedz.
Zalupa patrzy w stronę drzwi.
— Nie otwieraj.
— Dlaczego?
— Bo to coś nie powinno istnieć.
— Idealnie.
Sięgam po miotacz.
— Mówiłem: nie otwieraj.
— A ja jestem Kapitanem.
— To nie jest argument.
— Dla mnie jest.
Drzwi zaczynają się powoli rozsuwać. Najpierw szczelina. Potem ciemność. Potem coś fioletowego. Małego. Włochatego. Stworzenie wyskakuje na środek kokpitu.
Patrzę. Ono patrzy. Zalupa patrzy. Stworzenie podskakuje. Raz. Dwa. Trzy.
— Kłaczek?
Podskakuje.
— KŁACZEK?!
Rzucam miotacz. Biorę go na ręce.
— Co ty tu robisz?!
Kłaczek podskakuje z radości. Jest fioletowy. Cały.
— Kto cię, kurwa, pofarbował?
Zalupa cofa się.
— Moooszno.
— Nie teraz.
— Moooszno.
— Mój piesek wrócił.
— To nie jest twój piesek.
Patrzę na niego.
— Co?
Zalupa wskazuje Kłaczka.
— Spójrz na jego włosy.
— Fioletowe.
— Właśnie.
— I?
— Jaja nie barwią na fioletowo.
— To wiem.
— Jądra też nie.
— To kto?
Zalupa szepcze:
— Dziura.
Kłaczek otwiera coś, czego nigdy wcześniej nie miał. Usta. Patrzę. Zalupa patrzy. Kłaczek mówi:
— Kapitanie Moooszno.
Upuszczam go.
— O kurwa.
Kłaczek uśmiecha się.
— Czarna Dziura czeka.
Kłaczek mówi
Kłaczek nigdy wcześniej nie mówił.
To ważna informacja. Nie dlatego, że brakowało mu języka. Nie dlatego, że brakowało mu inteligencji. Kłaczkowi brakowało wszystkiego. Nie miał gardła, płuc, krtani, zębów, języka, strun głosowych ani nawet porządnego otworu, z którego można byłoby wydobyć dźwięk. Był kłębem włosia żywiącym się światłem, emocjami i od czasu do czasu tapicerką.
A teraz leżał na podłodze mojego kokpitu, fioletowy jak siniak na dupie arcybiskupa po trudnym konklawe, patrzył na mnie czymś, co również wcześniej nie było oczami, i powiedział:
— Czarna Dziura czeka.
Zalupa cofnął się pod ścianę. Ja zrobiłem krok do przodu.
— Kłaczku?
Stworzenie przekrzywiło głowę.
— Kapitanie Moooszno.
— To ja.
— Wiem.
— Wiesz?
— Wiem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. To bardzo rzadka sytuacja.
— Powiedz coś jeszcze.
Zalupa spojrzał na mnie.
— Naprawdę?
— Muszę sprawdzić.
— Co?
— Czy mówi płynnie.
Kłaczek siedział.
— Pierdziawisko wymaga czyszczenia filtrów wentylacyjnych.
Poczułem się osobiście zaatakowany.
— Mówi.
— I najwyraźniej ma rację — zauważył Zalupa.
— Nikt cię nie pytał.
Podchodzę bliżej.
— Kłaczku, pamiętasz mnie?
— Tak.
— Gdzie byłeś?
— Tam.
— Gdzie „tam”?
Kłaczek unosi łapę. Nie miał wcześniej łap. To zaczyna się robić niepokojące. Wskazuje Czarną Dziurę. Zalupa od razu syczy:
— Nie.
— Co nie?
— On stamtąd wrócił.
— Widzę.
— Nie rozumiesz.
— To mi wytłumacz.
Zalupa podchodzi powoli, nie spuszczając wzroku z Kłaczka.
— Nic nie wraca z Czarnej Dziury.
— Planeta wróciła.
— Nie wiemy, czy wróciła.
— Wyszła.
— To nie to samo.
— Semantyka.
— Fizyka.
— Jeszcze gorzej.
Kłaczek obserwuje nas bez ruchu. To jest właśnie najgorsze. Normalny Kłaczek w tym momencie podskakiwałby, tarzał się po podłodze albo próbował zjeść zasłonę termiczną. Ten siedzi. Myśli. Czeka.
— Kłaczku — mówię. — Jak dostałeś się do Dziury?
— Zostałem zabrany.
— Przez kogo?
— Nie wiem.
— Jak wyglądał?
— Nie wyglądał.
Zalupa szepcze coś pod nosem.
— Głośniej — mówię.
— To nie jest Kłaczek.
Zamieram.
— Jest.
— Nie.
— Jest.
— Moooszno, popatrz na niego.
Patrzę. Fioletowa sierść. Nowe oczy. Usta. Łapy. I coś jeszcze. Kłaczek ma cień. Normalnie to oczywiste. Tyle że cień pada w złą stronę. Światło w kokpicie znajduje się nad nami. Mój cień rozciąga się za mną. Cień Zalupy również. Cień Kłaczka ciągnie się w stronę światła.
— Kłaczku — mówię ciszej.
— Tak, Kapitanie?
— Dlaczego twój cień jest pojebany?
Kłaczek patrzy na podłogę. Potem na mnie.
— Bo nie jestem cały tutaj.
Świetnie. Po prostu świetnie. Mam na statku mówiącego Kłaczka, który był w Czarnej Dziurze, wrócił fioletowy, ma części ciała z najnowszej aktualizacji i istnieje tylko częściowo w naszym Wszechu. I ja mam rozwiązać ten problem. Ja. Kapitan Moooszna. Człowiek, który kiedyś przez trzy fazy szukał okularów, mając je na twarzy.
— Co znaczy „nie cały”?
— Część mnie została po drugiej stronie.
— Jakiej stronie?
— Tej, której nie widzisz.
Zalupa podchodzi do konsoli.
— Musimy zawrócić.
— Nie zaczynaj znowu.
— On jest dowodem.
— Na co?
— Że Dziura łączy dwa miejsca.
— To już wiemy.
— Nie. Nie dwa miejsca w przestrzeni.
Patrzę na niego.
— A co?
— Dwa Wszechy.
Cisza. Nienawidzę, kiedy mówi coś ważnego i potem robi pauzę.
— Dwa Wszechy? — pytam.
— Być może.
— „Być może”?
— Nie wiem.
— Mózg Jaj.
— Zamknij się.
Kłaczek wstaje. Jego cień przesuwa się niezależnie. Nie podoba mi się to.
— Tam nie ma drugiego Wszecha.
Zalupa zamiera.
— Skąd wiesz?
— Byłem tam.
— Więc co jest?
Kłaczek patrzy na Czarną Dziurę.
— Wszystko, czego tu już nie ma.
Milczę. Zalupa też.
— Co to znaczy? — pytam.
— Rzeczy utracone.
— Jakie?
— Planety.
— X.
— Tak.
— Ludzie?
Kłaczek nie odpowiada. Serce mi przyspiesza. Nie wiem dlaczego. Ziemian nigdy nie poznałem. Znałem ich tylko z nagrań, dokumentów, książek i pornografii, której ilość nadal uważałem za fenomen godny badań.
Ale sama myśl, że gdzieś mogą nadal istnieć…
— Czy tam jest Ziemia?
Kłaczek patrzy na mnie.
— Jest wiele Ziem.
— Wiele?
— Każda, która mogła być.
Zalupa siada. Ja nie. Kapitan Moooszna nie siada, kiedy dowiaduje się, że rzeczywistość jest bardziej pojebana, niż dotychczas zakładał. Kapitan Moooszna stoi. To dodaje powagi.
— Wyjaśnij.
— Nie potrafię.
— Spróbuj.
— Dziura nie prowadzi do miejsca. Prowadzi do możliwości.
— O nie.
— Co? — pyta Zalupa.
— Filozofia.
— Moooszno…
— Wiedziałem. Wiedziałem, że z tego wyniknie filozofia. Zawsze tak jest. Najpierw kosmos, potem fizyka, potem ktoś zaczyna pierdolić o naturze istnienia.
Kłaczek nie reaguje.
— Tam — mówi — wszystko zdarza się naraz.
— To brzmi męcząco.
— Każda decyzja.
— Każda?
— Każdy wybór.
— Czyli istnieje Wszech, w którym nie poleciałem tutaj?
— Tak.
— Rozsądny skurwysyn.
— Jest też taki, w którym zginąłeś.
— Ile?
Kłaczek milczy.
— Kłaczku.
— Dużo.
Zalupa się uśmiecha.
— Nie śmiej się.
— Nie śmieję.
— Śmiejesz się oczami.
— Nie wiedziałem, że potrafisz to zauważyć.
— Jest też taki, w którym Zalupa ma przyjemny charakter?
Kłaczek odpowiada natychmiast:
— Nie.
Parskam. Zalupa patrzy na niego z nienawiścią.
— To naprawdę twój Kłaczek.
— Wiedziałem.
— Nadal nie.
— Zazdrościsz więzi.
— Zazdroszczę mu braku mózgu.
— Teraz chyba ma.
— I już popełnił błąd, wracając do ciebie.
Podnoszę Kłaczka. Jest cięższy.
— Po co wróciłeś?
Kłaczek odpowiada:
— Żeby cię ostrzec.
— Przed czym?
— Przed tym, co wychodzi.
— Planetą?
— Nie.
— Tym czymś większym?
— Tak.
— Co to jest?
Po raz pierwszy Kłaczek wygląda na przestraszonego. Włosy na jego grzbiecie stają. Fiolet ciemnieje.
— Nie wiem.
— Widziałeś?
— Nie w całości.
— Jak wygląda?
— Za duże.
— Jak duże?
— Za duże dla Wszecha.
Zalupa podchodzi.
— Czy to żyje?
Kłaczek długo milczy.
— Tak.
— Czego chce?
— Wyjść.
— Dlaczego?
— Bo po tamtej stronie już nic nie zostało.
To zdanie robi na mnie większe wrażenie, niż powinno. Zalupa blednie.
— Co znaczy „nic”?
Kłaczek odwraca głowę.
— Zjadło.
— Co?
— Wszystko.
Przez kilka sekund słychać tylko silniki Pierdziawiska. Czarna Dziura rośnie za szybą. Pierścienie światła wyginają się wokół niej. Nowa planeta oddala się powoli, jakby została wypluta. Dziewięć miliardów istot, które jeszcze chwilę temu żyły gdzie indziej, teraz dryfuje w obcym Wszechu.
— Dobra — mówię.
Zalupa patrzy na mnie.
— „Dobra”?
— Tak.
— Kłaczek właśnie powiedział, że coś zjada całe Wszechy.
— Usłyszałem.
— I „dobra”?
— Panika nic nie da.
Zalupa przez chwilę wygląda na podziwiającego mnie. Wreszcie.
— Poza tym mam wódkę.
Podziw znika.
— Oczywiście.
Podchodzę do barku. Otwieram. Dwieście czterdzieści siedem butelek ziemskiej wódki. Duma mojej kolekcji. Najstarsze pochodzą z ostatnich dekad istnienia Ziemi. Kilka znalazłem w bunkrze, którego właściciel zgromadził wodę, konserwy, amunicję i trzydzieści sześć litrów alkoholu. Człowiek wiedział, co ważne. Biorę jedną butelkę.
— Nie pij teraz — mówi Zalupa.
— Nie zamierzam.
— Co robisz?
— Myślę.
— Z butelką?
— Pomaga.
— Jak?
— Ciężarem.
Stawiam ją na stole. Kłaczek zbliża się. Patrzy na nią.
— To może pomóc.
Zalupa spogląda na niego. Ja też.
— Słucham?
— To.
Wskazuje wódkę.
— Wiedziałem.
Zalupa zakrywa twarz.
— Nie.
— Wiedziałem!
— Moooszno, nie.
— Ziemianie jednak byli geniuszami.
— Kłaczku, co wódka ma wspólnego z Dziurą?
Kłaczek patrzy na butelkę.
— Tam nie ma alkoholu.
— Potworne miejsce.
— Nie ma niczego, co może zmienić stan świadomości.
— Piekło.
— Moooszno.
— No co?
— Kontynuuj — mówi Zalupa do Kłaczka.
— To, co jest po drugiej stronie, nie rozumie zaburzeń percepcji.
— Jak to?
— Istnieje jednocześnie we wszystkich możliwościach. Nie zna niepewności. Nie zna błędu. Nie zna iluzji.
Zalupa zaczyna rozumieć. Ja nie. Ale nie pokazuję.
— Alkohol może zaburzyć jego sposób odbierania rzeczywistości — mówi Zalupa.
— Właśnie — odpowiada Kłaczek.
Oczy mi się rozszerzają.
— Chcecie upić Czarną Dziurę?
Kłaczek milczy. Zalupa też.
— Chcecie, kurwa, upić Czarną Dziurę?!
— Nie Dziurę — mówi Zalupa.
— To coś za nią.
Patrzę na butelkę. Potem na Dziurę. Potem na swoje dwieście czterdzieści sześć pozostałych butelek.
— Nie.
— Moooszno.
— Nie.
— To może być jedyny sposób.
— Nie.
— Chodzi o Wszech.
— Nie interesuje mnie.
— Przed chwilą chciałeś go ratować.
— Ale nie wiedziałem, ile mnie to będzie kosztować!
Kłaczek patrzy na mnie. Zalupa patrzy na mnie. Wódka patrzy na mnie. Dobrze. Ostatnie jest metaforą. Jeszcze nie jestem pijany.
— To ostatnia ziemska wódka.
— Wszech też może być ostatni.
— Nie stosuj logiki.
— Moooszno.
— Zamknij się.
Chodzę po kokpicie. Dwieście czterdzieści siedem butelek. Jedna z Krakowa. Jedna z Warszawy. Jedna z miejsca o nazwie Biedronka, które początkowo uznaliśmy za sanktuarium owadów. Mam nawet smakową. Nie piję jej. Nie jestem barbarzyńcą.
— Może wystarczy jedna? — pytam.
Kłaczek patrzy na Dziurę.
— Nie.
— Dwie?
— Nie.
— Dziesięć?
— Nie.
— Dwadzieścia?
— Nie.
— Sto?
— Nie wiem.
— To już coś.
Zalupa krzyżuje ręce.
— Jeśli stawką jest istnienie wszystkiego, oddasz całość.
— Ty łatwo rozdajesz cudzą wódkę.
— Nie piję.
— Właśnie dlatego nie masz prawa głosu.
Na ekranie pojawia się alarm. NIEZNANY OBIEKT ZBLIŻA SIĘ.
— Z Dziury? — pytam.
— NIE.
— Skąd?
— Z TYŁU.
Odwracam się do radaru. Punkt porusza się szybko. Bardzo szybko. Zbyt szybko jak na zwykły statek.
— Co to jest?
Komputer analizuje.
— IDENTYFIKACJA W TOKU.
— Szybciej.
— IDENTYFIKACJA W TOKU.
— Ja ci zaraz zrobię tok.
— ROZPOZNANO JEDNOSTKĘ.
— No?
— KLASA: KONDОMEROL.
Zalupa zamiera.
— Niemożliwe.
— Co?
— Kondomerol?
— Znasz?
— Każdy zna.
— Ja nie.
— Oczywiście.
Na ekranie pojawia się obraz. Statek. Ogromny. Czarny. Wąski. Pokryty setkami kolców, anten i dział. Na dziobie widnieje symbol. Dwie skrzyżowane kości. Nad nimi rogi. Pod nimi płonące serce.
— Kicz — mówię.
Zalupa nie reaguje.
— To statek Szatana Diabła.
Milczę.
— Tego Szatana Diabła?
— Ilu znasz?
— Jednego.
— Więc tego.
Uśmiecham się.
— Szati.
Zalupa natychmiast się odwraca.
— Nie nazywaj go tak.
— Czemu?
— Nienawidzi tego.
— Wiem.
— To czemu?
— Właśnie dlatego.
Kłaczek zaczyna syczeć. Na ekranie pojawia się połączenie. Obraz miga. Czerń. Ogień. Dym. Potem twarz. Rogi. Czarne oczy. Skóra o kolorze spalonego mięsa. Ogon przesuwa się gdzieś z tyłu. Szatan Diabeł patrzy prosto na mnie.
— Moooszna.
— Szati!
Cisza. Zalupa zamyka oczy. Szatan uśmiecha się.
— Nadal jesteś irytującym skurwysynem.
— Ty też wyładniałeś.
— Kłamiesz.
— Tak.
Szatan pochyla się do kamery.
— Co robisz w Galaktyce Odbytu?
— Turystyka.
— Moooszna.
— Badam Dziurę.
— Wiem.
— To po co pytasz?
— Chciałem sprawdzić, czy jeszcze potrafisz kłamać.
— Potrafię.
— Widzę.
Jego wzrok przesuwa się na Zalupę.
— Jądro.
— Szatan.
Potem na Kłaczka. I wtedy twarz Szatana zmienia się. Uśmiech znika.
— Skąd to masz?
— To mój Kłaczek.
— To nie jest Kłaczek.
Zalupa patrzy na mnie znacząco.
— Nie zaczynajcie.
Szatan przybliża twarz do ekranu.
— Moooszno, posłuchaj mnie pierwszy raz w swoim żałosnym życiu.
— Nie lubię, kiedy zaczynasz tak dramatycznie.
— Wyrzuć go ze statku.
Patrzę na Kłaczka.
— Nie.
— Teraz.
— Nie.
— On jest znacznikiem.
— Czego?
— Tego, co jest po drugiej stronie.
Zalupa sztywnieje.
— Znacznikiem?
Szatan kiwa głową.
— Ono wie, gdzie jesteście.
Kłaczek patrzy na ekran.
— Wiedziało od początku.
Szatan milczy.
— Ono mnie wypuściło — dodaje Kłaczek.
— Po co? — pytam.
Kłaczek odwraca się do mnie.
— Żeby znaleźć ciebie.
Czuję coś dziwnego w brzuchu. Nie strach. Raczej coś pomiędzy strachem a potrzebą natychmiastowego wypróżnienia.
— Dlaczego mnie?
Szatan odpowiada:
— Bo jesteś najbliżej.
— To wszystko?
— Nie.
— Co jeszcze?
Szatan przez chwilę milczy.
— Bo już kiedyś cię widziało.
— Gdzie?
— W innym Wszechświecie.
Zalupa patrzy na mnie. Kłaczek patrzy. Ja patrzę na Szatana.
— I co tam robiłem?
Szatan się uśmiecha.
— To samo, co zawsze.
— Czyli?
— Wszystko spierdoliłeś.
Połączenie urywa się. Cisza.
— Nie lubię go — mówię.
Zalupa prycha.
— A on ciebie uwielbia.
— Mieliśmy historię.
— Nie chcę wiedzieć.
— Liceum.
— Tym bardziej.
Kłaczek nagle podnosi głowę. Jego fioletowa sierść robi się niemal czarna.
— Ono nadchodzi.
Światło wokół Czarnej Dziury gaśnie. Nie przygasa. Gaśnie. Planety zwalniają. Gwiazdy zaczynają drżeć. Przestrzeń przed nami rozciąga się jak materiał. Coś naciska od drugiej strony. Coś ogromnego. Najpierw pojawia się wypukłość. Potem druga. Zalupa szepcze:
— To niemożliwe.
— Ostatnio często to mówisz.
— Bo ostatnio często dzieją się rzeczy niemożliwe.
Kształt wychodzi coraz dalej. Dwie olbrzymie, czarne struktury. Zaokrąglone. Symetryczne. Sprężyste. Patrzę. Zalupa patrzy. Kłaczek patrzy.
— Czy to…
— Nie mów — odpowiada Zalupa.
— Ale…
— Moooszno.
— Wygląda jak…
— Nie.
Z Dziury wyłania się kolejny fragment. Potężny. Czarny. Długi. Zalupa zakrywa twarz. Ja nie. Kapitan patrzy prawdzie w oczy. Nawet jeśli prawda wygląda jak największy kutas w historii kosmologii.
— O ja pierdolę.
Kłaczek zaczyna piszczeć. Komputer wyje:
— OBIEKT PRZEKROCZYŁ DOPUSZCZALNE PARAMETRY POMIAROWE.
Patrzę na Zalupę.
— To jest to?
Zalupa bardzo powoli kiwa głową. Czarna Dziura otwiera się szerzej. A coś po drugiej stronie zaczyna wchodzić do naszego Wszecha.
— Moooszno — szepcze Zalupa.
— No.
— Mamy problem.
Patrzę na gigantyczny kształt przed nami.
— Nie.
Biorę butelkę wódki. Odkręcam.
— Mamy imprezę.
Wóda kontra Wszech
— Mamy imprezę.
To powiedziałem. Tak. W obliczu końca wszystkiego, co istnieje, wszystkiego, co kiedykolwiek istniało i wszystkiego, co mogłoby jeszcze istnieć, Kapitan Moooszna powiedział:
— Mamy imprezę.
I nadal uważam, że było to rozsądne. Zalupa nie podzielał mojego zdania. Patrzył na mnie, jakbym właśnie zaproponował ugotowanie zupy na reaktorze.
— Ty naprawdę chcesz teraz pić?
— Nie.
— Trzymasz otwartą butelkę.
— To element strategii.
— Jakiej?
— Jeszcze nie wiem.
— Czyli pijesz.
— Nie upraszczaj.
Kłaczek siedział na konsoli i patrzył w stronę Czarnej Dziury. Coś wyłaniało się z niej nadal. Powoli. Potwornie. Zbyt wielkie, żeby objąć je wzrokiem. Najgorsze było to, że kształt rzeczywiście przypominał fallusa. Nie chciałem być tym, który pierwszy to powie. Zawsze znajdzie się taki moment w historii cywilizacji, kiedy wszyscy widzą to samo, ale nikt nie chce wypowiedzieć prawdy. W końcu Zalupa westchnął.
— To wygląda jak kutas.
— Dziękuję.
— Za co?
— Bałem się, że tylko ja tak myślę.
— To nie jest śmieszne.
— Jest trochę.
— Moooszno.
— No co? Wszech właśnie kończy się przez gigantycznego chuja. Jest w tym pewna poetycka sprawiedliwość.
Zalupa spojrzał na mnie z obrzydzeniem.
— Ludzie zniszczyli Ziemię.
— Wiem.
— A teraz coś takiego chce zniszczyć Wszech.
— Wiem.
— I ty widzisz w tym żart?
— Jeśli przestanę, zacznę się bać.
Zalupa zamilkł. O. Znowu powiedziałem coś mądrego. Fatalnie. Muszę uważać. Jeszcze kilka takich zdań i ktoś nazwie mnie bohaterem tragicznym. Odkręciłem butelkę. Zapach ziemskiej wódki wypełnił kokpit. Kłaczek natychmiast zareagował. Fioletowa sierść zadrżała.
— To działa.
— Co działa? — spytał Zalupa.
— Zapach.
Kłaczek zeskoczył z konsoli. Podszedł do butelki.
— Tamto czuje.
— Tamto?
— To, co wychodzi.
— Czuje alkohol?
— Nie alkohol.
— To co?
Kłaczek zamknął nowe oczy.
— Nieporządek.
Zalupa podszedł bliżej.
— Nieporządek?
— Alkohol zmienia sposób, w jaki świadomość interpretuje rzeczywistość.
— Czyli jednak upijamy potwora.
— Nie dokładnie.
— Dla mnie wystarczy.
Nalałem trochę wódki do szklanki. Zalupa jęknął.
— Co robisz?
— Test.
— Jaki?
— Naukowy.
— Od kiedy ty przeprowadzasz testy naukowe?
— Odkąd mam szklankę.
Wypiłem. Zalupa zakrył twarz.
— Moooszno.
— Czekaj.
— Na co?
— Na efekt.
— Znamy efekt.
— Ale teraz kontrolnie.
Usiadłem. Świat nadal istniał. Dobry znak.
— No?
— Jestem odważniejszy.
— Byłeś idiotą przed wypiciem.
— Teraz jestem odważnym idiotą.
— Kapitalnie.
Kłaczek obserwował Dziurę. Nagle coś drgnęło. Olbrzymi czarny kształt cofnął się. Minimalnie. Ale cofnął. Zalupa zauważył.
— Jeszcze raz.
— Wiedziałem.
Nalałem.
— Nie tobie!
— A.
Kłaczek wskazał system wentylacyjny.
— Rozprowadź.
— Wódkę?
— Parę.
Zalupa zrozumiał pierwszy.
— Jeśli odparujemy alkohol i wypuścimy go w stronę Dziury…
— …to może zaburzyć percepcję tego czegoś.
— Dokładnie.
Patrzyłem na nich. Potem na butelkę. Potem na barek. Dwieście czterdzieści sześć butelek. Moje serce pękało.
— Nie.
— Moooszno.
— Nie.
— Chcesz uratować Wszech?
— Tak.
— To dawaj wódkę.
— Inaczej.
— Nie mamy „inaczej”.
— Zawsze jest inaczej.
— Jak?
Myślę. Myślę bardzo mocno. To boli.
— Bimber.
Zalupa zamiera.
— Co?
— Zrobimy bimber.
— Z czego?
— Ze wszystkiego.
— Nie mamy czasu.
— Mamy kuchnię.
— To nie wystarczy.
— Mamy też laboratorium.
— Moooszno.
— I ziemniaki.
— Skąd masz ziemniaki?
— Pytanie obraźliwe.
— Skąd?
— Kolekcjonuję.
Zalupa patrzy na mnie.
— Kolekcjonujesz ziemniaki?
— Ziemskie.
— Ile?
— Sto osiemdziesiąt kilogramów.
— Po co?
— Na czarną godzinę.
Cisza.
— To jest czarna godzina.
— Właśnie.
Kłaczek kiwa głową.
— Ziemniaki zawierają skrobię.
— Widzisz?
— Można ją przetworzyć.
— Widzisz?!
Zalupa podnosi ręce.
— Dobrze. Róbcie bimber.
— Nie „róbcie”. Robimy.
— Ja nie.
— Ratujesz Wszech.
— Nie będę obierał ziemniaków.
— Będziesz.
— Nie.
— Zalupa.
— Nie.
— Jesteś mózgiem Jaj.
— I?
— Użyj intelektu.
— Do obierania ziemniaków?
— Każdy bohater ma swoją rolę.
Kłaczek podskoczył. Po raz pierwszy przypominał dawnego siebie. Wzruszyłem się.
— Kłaczku.
Podskoczył.
— Mój chłopiec.
— Moooszno.
— Co?
— Nie mamy czasu na sentymenty.
— Mamy.
— Nie.
— Dwie sekundy.
Przytuliłem Kłaczka. Zalupa zaczął odliczać.
— Dwa.
— Ty bezduszny ch…
— Jeden.
— Dobrze.
Ruszyliśmy do kuchni. Pierdziawisko trzęsło się coraz mocniej. Coś za nami warczało. Czarna Dziura pulsowała. Olbrzymi kształt wychodził dalej. W kuchni otworzyłem magazyn. Zalupa zamarł.
— Ty naprawdę masz ziemniaki.
— Mówiłem.
— Sto osiemdziesiąt kilogramów?
— Sto osiemdziesiąt dwa.
— Skłamałeś.
— Zaokrągliłem.
— Po co trzymasz tyle żarcia na statku?
— To nie żarcie.
— Ziemniaki są żarciem.
— To relikwie.
Zalupa złapał się za głowę.
— Ziemianie jedli to przez tysiące lat. Robili frytki, kluski, placki, chipsy, spirytus.
— I wyginęli.
— Znowu argument z wyginięcia.
— Dobry argument.
Kłaczek podszedł do worka. Ugryzł ziemniaka.
— Nie!
Wyciągam mu z pyska.
— To na bimber.
Kłaczek zrobił smutną minę.
— Później.
Zalupa patrzył na nas z niedowierzaniem.
— Naprawdę rozmawiasz z nim jak z dzieckiem.
— Jest rodziną.
— Jest kłębkiem włosów.
— Ty jesteś Jądrem.
— To nie to samo.
— Masz rację. On jest milszy.
Zabraliśmy się do pracy. Kapitan Moooszna obierał ziemniaki. Tak. Zapiszcie to. Historycy przyszłości. Jeśli jakaś będzie. Nie uratowałem Wszecha mieczem. Nie uratowałem go laserem. Nie uratowałem go heroicznie stojąc na dziobie statku z rozwianym włosem. Obierałem ziemniaki. Zalupa mieszał. Kłaczek wciskał przyciski. Co pewien czas wciskał złe.
— Nie ten.
Podskok.
— Ten.
Podskok.
— Nie.
Podskok.
— Kłaczku, przestań.
Podskok.
— Będzie kara.
Zatrzymał się. Zalupa spojrzał.
— Rozumie „kara”?
— Rozumie ton.
— Fascynujące.
— Nie dotykaj.
— Nie zamierzałem.