E-book
9.56
drukowana A5
15.8
Więzy

Bezpłatny fragment - Więzy

poemat


5
Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-65543-15-8
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 15.8

ZAMILCZ


I nie mów, że poeta traci słowa, że już mową swoją nie chwyta narody za serca.

ON SIĘ ODRODZIŁ!

A niechaj świat kryje niedoskonałości — Poeta się odrodził, powstał niczym Feniks z marności popiołów i krzyczy i naucza podniesionym głosem — może w rozpaczy, może tylko w chwilowej niemocy… Naucza!

A ty narodzie drżyj przed głosem… sumienia, przed krzykiem poety!


Więzy, to jest moje przechodzenie od jednej rzeczywistości w inną. To związek… z życiem, z duszą, ze śmiercią.

WIĘZY są w każdym z nas. Są miłością i… świętem… i grzechem — są wszystkim

A kiedy przychodzi czas i odchodzimy na Twoją stronę Panie, stajemy się wolni. Bez ziemskich kanonów, bez tego cholernego płaszczenia się i potykania w ukłonach. Jesteśmy Panami po tamtej stronie… Wolnymi — Panami.

Więzy, to jest mój most; moje mosty, one łączą błyskiem w oczach, zmieniają życie w coś wielkiego, szlachetnego, wspinającego się ku wyżynom. Mosty — więzy, rodzą się za moją przyczyną, za moją zgodą. Więzy łączą społeczności, niczym mosty odległe brzegi.

Pierwszy most podarowała mi matka, w pierwszą rocznicę mojego życia. Często przechodziłem nim na drugą stronę rzeki. Przechodziłem do kolejnych doświadczeń, do kolejnych zdarzeń, wydarzeń… i do swojej babci… tak, tak — do swojej babci.

Kiedy będę umierał, zabiorę most ze sobą. Na cóż pokoleniom mój most i moje doświadczenia?


Rzeko mojej młodości, rzeko przypływu i umierania. Tyś mi matką, kiedy w twoich nurtach schylałem głowę, by oddać ostatni oddech… by zgłębić twoje tajemnice w mrocznych głębinach.

Tyś mnie w swoje ramiona wzięła i delikatnie położyła na brzegu., bym żył — jeszcze żył.

Rzeko — węzłem spowita, dobre połączyły nas drogi. Tam, gdzie twoje nurty, tam moje ślady… i moje ponowne narodzenie.


Pogubiły się myśli — bo to taka przestrzeń, ona wciąga i zagarnia pod siebie wszystko — i zło, i dobro, i niechęć, nienawiść i miłość — Tak, miłość również.

We mnie pustka… pustka. Ja wiem, ja się ciągle uczę, ja miłości pragnę; w słowach, w spojrzeniu, może tylko w uśmiechu. Uśmiech wystarczy za wszystkie gesty, nawet za oddanie… Tylko uśmiech, niech będzie szczery.

I wy? Wy się uczcie; wy wszyscy, którzy tak dużo o niej mówicie. Bo miłość to odkupienie.

Nie możemy porównać miłości do pogody. W niej nie powinno być nastrojów. Miłość winna być pewnością… Bez pewności są tylko łzy i lęk.


Dotykam cię delikatnym muśnięciem ręki i boję się twojego przebudzenia. Przebudzone kobiety bywa złe — objawia się w geście, w spojrzeniu, ostrym słowem. Ale ty jesteś inna — łagodna, dobra. Więc dlaczego we mnie ciągła obawa? Pamięć tamtych kobiet, jak zadra, jak wyrzut sumienia, jak strach… tak, jak strach!

Bo strach we mnie, to obraz przeszłości i niepewność przyszłości.

Zamknąć swoje życie i przejść w niebyt? Nie! Nie potrafię, bo jakież to proste i tchórzliwe zarazem.


Często postępujemy nierozważnie: zamykamy rozdział życia i na tym poprzestajemy, nie otwieramy się na następny, przychodzi zniechęcenie, zastój, niewiara w sukces. Jest to może wygodne, pozbywamy się problemów. Zamknąć się w takiej czasoprzestrzeni… Fe! Tchórzem podszyte (moim zdaniem jest to czasoprzestrzeń i tchórzostwo zarazem), a potem… czekamy. Na co? Sami się wyautowaliśmy. Tam, po drugiej stronie lustra nie wiemy kto nas przywita, jak przywita i czy rzeczywiście przywita. Jest to tajemnica nieśmiertelności i tajemnica śmierci.

Otworzą się bramy: (trzy bramy) — Nieba, Czyścica i Piekła. Przyjrzę się nowej przyszłości i albo odejdę z mojego świata bez prawa powrotu, albo odejdę z nadzieją, że ponownie powrócę… Czyż warto więc roztrząsać problem śmierci i ziemskiego bytu?


Zabierz ode mnie obawę w śmierć, a stanę się wiecznym życiem. Niechaj inni odpływają, niechaj odejdą w nicość, ja pozostanę… może zaledwie tylko w tobie, ale pozostanę. Będę grzał swoje stare, scerowane serce i myślał o tobie, o sobie i pisał… pisał. Na przekór świętym krowom, które już spisały mnie na straty… będę pisał… pisał… Bo, co? Bo nie jestem w świętym miejscu gdzie grób moich rodziców, gdzie kości mego brata i ślady moje na ulicach tamtego miasta?

Mam umierać, gdzie Oni umierali? Ja jeszcze świat chcę poznawać i cieszyć się jego urokiem.

Niechaj zapisane kartki poprzedniego życia pozostawią ślad i pamięć, a moje Ojczyzny duchowe, moje drogi tajemnicze, moje nowe „Ja” pozostanie tu — na ziemi nowych doznań, nowych miłości i nowego życia.

Jeszcze nie umieram, jeszcze drogi moje nie giną w mroku. Ja jeszcze zwyciężam śmierć. A na pohybel śmierci dajcie wina w szklanicy. Upijmy się nowym zmartwychwstaniem poety!


Ja jestem ponad czasowy. Mnie nie trzyma w swych sidłach wiek i strach przed przemijaniem, to wszystko jest groteską rzuconą w przestrzeń, w czasoprzestrzeń. Obojętność ludzka była, jest i zawsze będzie… Ale we mnie tylko radość spełniona miłością.


Bo cóż to jest przemijanie? Odchodzenie w inny wymiar, to jak pokonywanie pięter, zbliżających nas do Boga. Śmierć powinna być spełnieniem dobrego życia? Poeta — Szlachcic, tak naprawdę nie umiera. Tym imieniem nazywam wielkich poetów.


Poetą stać się możesz od pierwszego wiersza, od pierwszej myśli. Kiedy ogarnia cię złość — pisz. Kiedy miłość topi ci serce — pisz i kiedy ziemia rodzi łzy — pisz.

Pisz, albo umieraj. Oto definicja mojego czasu i mojego nieprzemijania. Przemija tylko wiek ogromnego zegara, przemijają obrazy życia, ale samo życie nigdy nie przeminie.

Z przemijaniem niechaj staczają boje naukowcy, nie poeci — poetów przemijanie nie dotyczy. Poeci są nieśmiertelni.


Ja nie będę przechodził przez etapy ludzkiego istnienia. Nie chcę ponownie stać się małym chłopcem, by nagle wpaść w dorosły wiek błędów. Nie chcę tych powrotów.

Nie chcę powrotu do dawnych miłości, pomyłek, nie chcę poszukiwać medykamentów, które pozwoliły by stać się mądrością… swoją i mądrością narodów, a może tylko rodziców. Tak! Mądrość rodziców, byłaby moim spełnieniem.


Ja pragnę stabilizacji — Pragnę spokoju dla siebie, ciszy stukającej klawiatury. To niechaj będzie mój świat, moja mądrość i moja droga.

A jestem niepewnością czasu. Mnie łatwo zranić słowem, czynem, gestem. Łatwo zniszczyć we mnie nadzieję, pewność dziecka wierzącego w uczciwość ludzi.

Proszę, nie niszczcie mej wieczernicy. Niech ona płynie nadzieją dobrego słowa, nawet na wzburzonych falach życia, ale niechaj płynie i do mnie przypływa.


Wieczernico moja, poezjo; tyś przez wieki w naszych domach, w sercach naszych. Kto ciebie nie rozumie, ten świata nie zrozumie. Kto ciebie nie pamięta, ten pamięć stracił.

Wieczernico, jesteś moim spotkaniem przy księżycu, spojrzeniem w oczy zakochanych… smutkiem i radością.

Wieczernico — podam ci delikatność moją, byś została we mnie… na zawsze.


To nic, że tak boli, w środku… boli. Musi być rana, kiedy padło złe słowo. To nic, że cios trafił w głupie serce. Mego bólu nie zrozumie, ten, kto sam go nie doświadczył.

Nie oczekuję miłości, kiedy roztrząsam doświadczenia życiowe.

Poeta jest duszą nieodporna, bojaźliwą, błąkającą się tu i tam, szukającą przystani.

Ja ciągle poszukuję przystani dla umęczonego ciała i czerpię nadzieję. Poetę należy uskrzydlić, tylko czyńmy to delikatnie, z wyczuciem, a on mądrością w słowach się odwdzięczy.

Poeta wyróżnia się inną naturą, niespotykaną w dzisiejszym świecie, choć bywa, że i poeci kłamią, lecz nigdy Poeta — Szlachcic.


Kwiaty perliste, spływają ranną rosą, a nie wiem czy to mój czas na umieranie przychodzi, czy jeszcze na dotyk życia? Kwiaty przynoszą w podarunku uśmiech, obiecują uczucie miłości, ale również i pożegnania. Dużo kwiatów wokół mnie.

Tylko kwiaty nie tracą pamięci, one pamiętają pierwsze słowo życia i ostatnie słowo.

Kwiaty na moim stole… to właśnie pamięć. Bez tej pamięci, burzona jest przeszłość, niepewna przyszłość.


O świecie, jeśli nie chcesz się odkrywać przed poetą, pozostań zamkniętym, bądź tajemnicą, lecz pozostaw nadzieję na twoją, niczym nie skażoną przyszłością, a przyjdzie wówczas wybawienie.


O, świecie, kiedy moja matka zamykała ostatnią kartę swojego życia, ja zacząłem oczekiwać dnia, w którym będę musiał zdać rachunek sumienia za wszystko, co zostało za mną i co jest teraz i co przyniesie los, zdać rachunek za więzy z matką, za dawanie jej radości, ale czasami szła ku niej przykrość.

Jej śmierć rzuciła mi w twarz samotność dziecka, mimo dorosłego wieku.

Teraz niczego nie oczekuję; jestem biernym odbiorcą wszystkich zdarzeń, wydarzeń, one nieprzerwanie kręcą się wokół mojego życia, a ja robię zdziwioną minę, bo wokół mnie, jeszcze coś się dzieje. A przecież przestaję marzyć. Kiedyś budziłem się każdego ranka z podziwem dla nowego dnia, dla nowej godziny, że to jeszcze trwa, że jeszcze kręci się ta cała „karuzela”. Dziś już nie.

Przerażają mnie zmiany, budzenie się czegoś nowego… Niechaj życie odpłynie ode mnie, jeśli ma się skończyć paskudną perfidią drugiej osoby. Niechaj goniące się nawzajem wydarzenia zamkną się definicją, że w pewnym wieku nie należy oczekiwać cudu. A jeśli się już zdarzy, przyjąć z szacunkiem, ale nigdy z niedowierzaniem. I dbać o ten cud, pilnować, by nie minął bezpowrotnie.


Każdego wieczoru przychodzą do mnie myśli, przelewają się na papier, budują, coś większego. I to jest piękne. Milczenie jest katuszą dla poety.

Mówcie, piszcie, tylko nie milczcie — milczenie zabija. Każdego wieczoru oczekuję listów z podziękowaniem za swoje wiersze.

Pozwolić umrzeć poecie, to popełnić na nim zbrodnię. Ta więź, która łączy z życiem jest dla niego błogosławieństwem, a słowa stają się modlitwą.


Bez poezji świat stanie się miejscem ordynarną areną zmagań, z głupcami w roli głównej.

W nas pozostanie… jedynie śmiech i pogarda historii.

Księżyc popłynie w szczęśliwsze miejsca, gwiazdy utracą swój srebrzysty blask, domy przymkną powieki w oknach, odejdzie dobre słońce. Między ulicami unosić się będzie głośny chichot, rodzących się błaznów.


Rok milczenia stał się rokiem szukania uzdrowienia dla serca, on okazał się pustką, cierpieniem, przemijaniem i brakiem odpowiedzialności za sens życia. I tak oto znikają ślady mojego bytu w tym świecie. Bowiem moim śladem, są moje książki, a jeśli nastąpi brak słów, zniknie pamięć.

Rok milczenia dla poety, to samobójstwo. Po roku nikt cię nie poznaje, nie pamięta twoich wierszy. Po roku milczenia zaczynasz od nowa, albo umierasz.

Po roku milczenia przyjdzie torbę podróżną zabrać ze sobą i zgubić się, gdzieś między dworcami.


A może zacznę odwiedzać muzea, aby w nich odnaleźć pierwszą drogę, ku cywilizacji, odnaleźć Człowieka w sobie? Muszę zapomnieć o wielomilionowych grobach, by zataić zbrodnie pokoleń — naszych pokoleń. Nie jesteśmy święci, nigdy nie byliśmy święci, nie ma świętych ludzi.

Po cóż przechowywać dowody na szlachetność ludzką w muzealnych salach, kiedy osiągnięcia narodów stają się widmem złych uczynków, złą przeszłością i nie ciekawą przyszłością.


Czasami słowa stają się zaprzeczeniem myśli — a myśl nie zawsze jest dowodem na czystość sumienia.

My nie jesteśmy zepsuci. Nie! Nie jesteśmy! Człowiek ma wahania… w tym, co robi, popełnia błędy, staje na rozdrożu decyzji, waha się, w którą stronę pójść. Mimo władzy umysłu, bywa słaby, zagubiony. Jakże często samo życie przerasta człowieka i gubi go… gubi.


Pęd do nowych wyzwań jest w dzisiejszych czasach tak ogromny, że przerasta nas, przestajemy sobie radzić. Świat wywiera na nas presję, otoczenie wywiera na nas presję. Narzucone tępo dwudziestego pierwszego wieku, nie każdy sprosta Nie wszyscy dobrze się w tym czują, w tym wyścigu „szczurów”.

Sukces — osiągnięcie sukcesu; za każdą cenę, sukces — kosztem zdrowia, kosztem życia — swojego — rodziny, kosztem zatracenia.

Bo ktoś ma więcej, bo ktoś stoi wyżej. Trzeba być lepszym, jeszcze lepszym, bogatszym, bardziej zaradnym, zamożnym.


A niech tam, niechaj na piedestały wchodzą inni. Niech im pomniki stawiają, mnie do nich nic.

Dziś pieniądze, to już nie pieniądze, a forsa, „szmal” — One zyskują wartość — jedyną wartość w ludzkim życiu.

A NIECH TAM!


Nałożę czerwoną czapkę na głowę i Stańczykiem się stanę. Taka moja rola. Z tej roli się cieszę.


Jego Królewska Mość — August Stary obudzi się z wiecznego snu i zaczniemy rozważać stan umysłu Polaków, będziemy rozprawiać nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością narodu.

Być może, to właśnie wówczas obudzi się mądrość Polaków, przegonimy złych polityków, oddamy w ręce sprawiedliwości nikczemnych duchownych, choćby Biskupami byli, choćby Panami naszych dusz, odsuniemy od ołtarzy.

Odejdą mary senne, polityka i całe zło mojej Ojczyzny.

Nam na dzisiejszy, trudny czasy Stańczyk potrzebny.

Przywołajmy Stańczyka, w nim zawsze mądrość i nauka. W nim nadzieja.


Ja skromny, mnie wielkość — nie potrzebna, ja tylko o szacunek wołam dla siebie, dla ciebie, dla nas, dla wszystkich godnych pamięci. Proszę o szacunek.. A wam? Cóż wam potrzeba — Kłamstwa. Nienawiści. Oszustwa rzuconego w twarz Polakom? Dzielenie, na gorszych i lepszych.


Ojczyzno — kraju tak często zapominany przez młodych, uciekających na obczyznę, tam poszukujących swojego miejsca, ucieczkę usprawiedliwiając słowami „Tam Ojczyzna, gdzie pieniądze”.

Ojczyzno… Biedna, opuszczona… zakłamana. Ojczyzno małych ludzi, którzy w swej pysze uznali, że można cię zdeptać, zniszczyć dobrą pamięć o Tobie, a ty im wszystkim wybaczysz, przygarniesz, nie opuścisz w potrzebie. Ty nie, lecz twoje dzieci…?

Żywią się obcą kulturą przy stole wigilijnym, obcego kraju i są szczęśliwi wśród obcej mowy.

Durnie… durnie… po stokroć durnie… a może ja jestem głupcem, wyrwany z innego świata, z innej epoki, rzeczywistości, a przede wszystkim z innej moralności? Ja — kochający Polskę, mimo jej błędów, bo tu moje miejsce urodzenia, nie porzucę cię za garść srebrników, nie ostawię w niepamięci.


Wołam do Ciebie, rzucę się na kolana i będę prosił — zostaw to, co tak późno od Ciebie otrzymałem. Nie po to ofiarowujesz cud starszemu panu, by z uśmiechem cynicznego starca zabrać.

Zostaw nadzieję, miłość, a potem mogę odejść, szczęśliwym.


CZŁOWIEK CYNICZNY — to człowiek przechodzący obok drugiego człowieka z obojętnością, graniczącą z pogardą.

Człowiek słaby, niepewny losu, niepewny dnia.

Człowiek szary, bo biedny, bo zagubiony, bo nie kochany..

Człowiek wiecznie kłaniający się i proszący, i przepraszający.

Tłum — Tłumy

Gwar!

Wrzask!

Hałas!

A gdzie tu miejsce na szlachetność ludzką?

W wieczornych godzinach na moim ramieniu zasypiają gwiazdy, czuję ich zapach i tulę każdą chwilą spokojnego snu, i wierzę w dobrą wróżbę. Jestem szczęśliwy. Układam wiersze, by nimi ocalić pustkę i mocniej zespolić się z gwiazdami?

W takich chwilach jestem pewien swej drogi, swego zegara i staję się pewny sobie. Mogę góry zdobywać.

Przechodzę metamorfozę i coś się zmienia w moim życiu. To jakby jaskółka pukała w szybę okna.

Przychodzi spokój, wiara, nadzieja.

Można wierzyć w dobrą przyszłość, ale niech ona postępuje ku człowiekowi. Jak długo można karmić się nadzieją? Aż do skutku. Jeśli w tobie jest cudowny zapach, kwitnie nadzieja. Jak długo życie będzie bawić się poetą? Na to pytanie już nie odpowiem Życie bywa często zaskakująco nieprzychylne poecie.

Obawa przed nowym miejscem siedzi jeszcze we mnie, ale z wolna staję się jednym z was — wędrowcem ulicami Warszawy.


Czyż można trwać w miejscu pustym, nie mającym przyszłości? Historia tworzy się każdego dnia, każdej godziny i nie koniecznie wyłącznie w miejscu urodzenia. Puste kartki życia zostają zapisane nowymi wydarzeniami, one tworzą dalszy ciąg. A, że już w innym miejscu? Kogo to obchodzi?


Zaczarowany świat dawno przeminął., odpłynęły światła kolorowych snów. Życie przestaje cieszyć. Świat widziany oczami dorosłego bywa szary, pełen niepokoju.

Przychodzi strach przed przyszłością, przed ludźmi i przed każdą nową decyzją — podjąć ją, czy nie?

Dlaczego — tak się dzieje, nawet w późnym wieku?

Każdy z nas kiedyś czepiał się spódnicy matki, każdy z nas w dziecięcym wieku czytał bajki i tęsknił do kolorowego, bajecznego świata, do bohaterów swoich książek.

A dziś? Wkraczając w dorosły wiek, zmieniamy, inaczej patrzymy na świat, na życie, na ludzi. Stajemy się kimś, kto potrafi zacisnąć pięść, krzyknąć, kto potrafi uderzyć, a nawet zabić.

Gdzie ulotnił się świat bajek, bajkowego życie…? Odszedł, nie ma, nie istnieje.

Świat już w innym wymiarze… traci barwność, mimo że przyroda jego niezmienna.

Teraz to my rozdajemy klocki, ustawiamy żołnierzyki, tworzymy konflikty, one wojny. Czynimy tak...do czasu… kiedy to natura dojdzie do głosu, zaskoczy nas i przerazi. Wtedy stajemy się bezradni, oszołomieni wielkością katastrofy i tak bardzo zdziwieni, iż nad nami jest Ktoś, może Coś, silniejszy, potężniejsze.

A przecież wystarczy byśmy zatrzymali się w drodze do samozagłady, a świat stanie się ponownie zaczarowany, tworzący doskonałą przyszłość. Każdy następny dzień nie będzie budził lęku, ale radość, spoglądamy przez okno, bez obawy ujrzenia coś strasznego. Spojrzymy w słońce, zaczniemy rozmawiać ze sobą.


Odpuść sobie — zamknij drzwi, pozostań w domu. Za oknem przystanęła gwiazda, zdecydowana towarzyszyć tobie przez całą noc. Czy jej nie chcesz? A może chcesz wskoczyć na piedestał i krzyknąć pełną piersią, że ty od dziś wielki, tworzący dzieła. Inni mają natychmiast z piedestału zejść — cokół, tobie się należy. Tylko tobie!

Niechaj więc ludzkość rozstrzygnie, kto z nas wielkością dzieł swoich. Nieśmiertelny, pozostanie dla historii?


Ale ja na pamięć potomnych nie chcę czekać — oni mnie albo zapamiętają, albo w nicość obrócą. Ludzie nie dysponują wieczną pamięcią, w nich pamięć słaba, nie pamiętliwa. Szczególnie u Polaków, nasz naród prędko traci pamięć, a jeśli pamięta, to wyłącznie wybiórczo.


Odpuść więc sobie i odejdź — może z przeświadczeniem złego życia? Ale odejdź. Zostaw mnie moja pamięci. Nie dręcz wspomnieniem, nie dręcz wyrzutem sumienia.

Tu mam spokój… I dawno już po walce, w poszukiwaniu sensu życia, szukanie mądrości, talentu, by życie nie stało się krzywdą dla samego siebie, nie zagubiło się w krzywym zwierciadle.

Tu panuje jasność dnia i być może chwała… tam możliwe odpuszczenie grzechów, ale jeśli grzechy pozostaną, to droga ku bramie świętej zamknięta. Już jej nie przekroczę.


Och, jakie stany osiągasz — idziesz drogą, za tobą las, przed tobą otwarta przestrzeń, piaszczysta, wiesz, że każdy kamień, każde uderzenie gorąca, ciepło piasku pod stopami, jest dotykiem, jest tobą, jest nadaniem życia, i jest jego cierpieniem.

Dotyk! Dotyk! Czujesz, że przez dotyk oddychasz

Idziesz i w tobie dotyk.

Tak bosymi stopami przez świat, przez życie. I tylko dotyk… czujesz.

Poplątanie, splątanie, zauroczenie… choć dotyk przynosi również ból.


Jeszcze wczoraj paliły się światła na wieżycach, które każdego dnia zdobywałem myślą, uczynkiem i wiarą w swój intelekt. Dzisiaj jest tam ciemność i przychodzi brak wiary.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 15.8