E-book
13.65
drukowana A5
62.79
drukowana A5
kolorowa
96.43
Uciekany

Bezpłatny fragment - Uciekany

Na wielokulturowej Zamojszczyźnie


5
Objętość:
447 str.
ISBN:
978-83-8155-789-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 62.79
drukowana A5
kolorowa
za 96.43

Sąsiedzi i „obcy”

Bogdan Nowak, dziennikarz, autor książek („Państwo Zamojskie. Przeciwko czarownicom, duchom i najeźdźcom”, „Wizjoner na strychu. Wojenna Zamojszczyzna”, wydał też zbiór dramatów), artysta (śpiewa, gra na gitarze i komponuje) oraz miłośnik i zbieracz ciekawostek historycznych, w tym tych dotyczących dawnej obyczajowości, przygotował kolejny zbiór artykułów i felietonów, z których większość opublikował wcześniej na łamach lokalnej prasy, w „Kronice Tygodnia”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, a także na portalu internetowym ezamość. Ich wspólny tytuł — „Uciekany. Na wielokulturowej Zamojszczyźnie” — od razu kieruje myśl czytelnika ku głównemu tematowi zbioru. Będzie to więc książka o relacjach zamościan, mieszkańców regionu i szerzej Polaków z przedstawicielami innych narodowości i religii: Ukraińcami (przez wieki żyliśmy blisko, jak to na pograniczu), Żydami (których w naszych miastach bywało więcej niż Polaków), Ormianami, Rusinami i Rosjanami, Niemcami, Austriakami, Turkami, Kozakami itd., z unitami i prawosławnymi, czyli z sąsiadami i „obcymi”, przyjaciółmi i wrogami, bliskimi i „tymi innymi”.

Drogi historii bywały kręte, więc autor pisze i o zwykłym życiu dom w dom, i o wojnach. Jedno i drugie poznajmy głównie na podstawie zapisków pamiętnikarskich i wspomnieniowych, a potem także zapisków z archiwalnej prasy. Autor je także kolekcjonuje.

Pierwsza cześć tytułu — “Uciekany” — stawia przed nami zagadkę. Słowo to autor wyłowił, ratując zapewne od zapomnienia, właśnie z archiwalnej relacji świadka historii. Znaczy ono tyle co “bieżeńcy”. I tak oto trafiamy w rok 1915, na wschodnie rubieże i też stajemy się świadkami wielkiej tułaczki kilku milionów ludzi zmuszonych do opuszczenia domów przez przegrywającą wojnę Rosję. Dziś mówi się o nich “zapomniani uchodźcy”.

Nową książkę autor ułożył w zbiór ciekawostek i anegdot historycznych i obyczajowych z różnych czasów, od wieku XVI po XX, tworząc coś na kształt “silva rerum” i patrząc na historię z perspektywy pojedynczego człowieka. Podobnie skomponował swoje poprzednie zbiory historycznych tekstów, których uzupełnieniem jest “Uciekany…”.

Anna Rudy

Twarz wesoła, ale poważna

Stolica wojennego Boga

To było niezwykłe wydarzenie w dziejach Rzeczpospolitej. 10 kwietnia 1580 r. Jan Zamoyski wystawił akt lokacyjny Zamościa, który potem został potwierdzony przez króla. Jednak rozpoczęcie budowy tego wówczas w Rzeczpospolitej nietypowego, bardzo nowoczesnego i wielokulturowego miasta nie było łatwym zadaniem. Zwłaszcza gdy się taką inwestycję sponsorowało, przebywając właśnie… w oddaleniu o setki kilometrów.

„Dai mi snacz [znać — dop. autor], ieślisz iusz grobli dosipał pod Sdanowem [Żdanowem]. Rachunek kostu [kosztu] około niej vipisz mi. Takze tesz mozes-li drugą na dole ku Ploskiemu na lato dokonczivsi [korygowano wówczas układ wodny powstającego miasta, czemu miała służyć budowa grobli „pod Żdanowem” i „ku Płoskiemu”] tei privej iacz się, na ktori mi siła nalezi dla obroczenia tam gosczincza (gościńca, czyli drogi), zaczembi miasteczko [chodzi o Zamość] richlei osiadalo [rychlej osiadało]” — pisał z Wilna 3 października 1579 r. Jan Zamoyski, założyciel Zamościa, wówczas kanclerz wielki koronny oraz starosta bełski i knyszyński, w słynnym liście do Macieja Topornickiego.

Mało za to pokazał

A w innym miejscu dodał: „Niech mi malowanie rosmierzenia placzu [chodzi o rysunek lub projekt budowlany] na miasteczko posle Bernardo [Morando — włoski architekt], bo mi się nagadzaja stricharz, koval, slosarz, stolarz, które mi tam trzeba posadzicz (…), musse ia sam kilka domow (…) zbudovacz, abi na ten fiserunk ini się budowali [chodzi o budowę wzorcowych kamienic]”.

Zamość został założony w szczerym polu czy, jak mówią historycy, „na surowym korzeniu”. Było to nie lada zadanie. Fundator musiał zadbać o potężne środki finansowe na ten cel, zatrudnić specjalistów od budowlanki, postarać się o odpowiednie materiały, ale także o poparcie króla, a nawet akceptację Stolicy Apostolskiej. Potrzebny był także odpowiedni projekt budowy miasta.

Plan Zamościa opracowany w 1936 roku przez S. Herbsta i J. Zachwatowicza.

Teresa Zarębska w swoim studium „Zamość — miasto idealne i jego realizacja” pisze, iż taki plan na pewno istniał, ale nie powstał „od jednego rzutu”, lecz rozwijano go przez pierwsze ćwierćwiecze budowy miasta. Te roboty prowadzono pod kierunkiem wybitnego architekta Bernarda Moranda. W Zamościu pracował on od 1578 r. do śmierci w 1600 r. Jego dziełem były najważniejsze miejskie budowle: pałac, ratusz, kolegiata, arsenał, dwie bramy miejskie: Lwowska i Lubelska, oraz m.in. wspaniałe fortyfikacje.

Nie od początku doceniano jego zalety i zdolności. Dowiadujemy się tego z „Archiwum Jana Zamoyskiego, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego” (publikacja została wydana w 1904 r. „nakładem hr. Maurycego ordynata Zamoyskiego”). Zamieszczono tam list Macieja Topornickiego, starosty zamechskiego, do fundatora miasta, który podróżował wówczas m.in. po Litwie i Inflantach. Topornicki zdaje w nim sprawę z robót przy budowie „późniejszego Nowego Zamościa”.

„Oddal my Bernath [chodzi o Bernarda Moranda] lyst od WWlm. [waszej wielmożności] abym mu doplaczyl tey rathy ostatek, to yest dvyesczje zlotich, ktorąm zaraz dal, alyc zaraz upomyna szye yuz trzeczjej (…)” — relacjonuje 4 marca 1579 r., wyraźnie zdegustowany tym faktem Maciej Topornicki. „Pysze tam do WWlm. Bernardo, tak my sam povyadal, o 400 zlotich, które jeśly WWlm. raczj rozkazacz, dam. Alecz to już wzyąl tiszjącz zlotich, a malo za to pokazal”.

Z tego listu sprzed prawie 440 lat wyraźnie wynika, że dobrze opłacany Morando (otrzymał już przecież 1 tys. zł) nie zyskał wówczas uznania Topornickiego (bo mało za te pieniądze pokazał).

Rysunek projektowy

Poważne roboty ruszyły w maju 1579 r. Wymierzono wówczas teren pod budowę Zamościa. Potem dostosowano pierwotny plan do potrzeb i warunków terenowych. Czy był to jakiś dokument, który stopniowo modyfikowano? To bardzo prawdopodobne. Może chodzić np. owe „malowanie rozmieszczenia placu na miasteczko”. Według historyka Wojciecha Kalinowskiego ów nieistniejący dzisiaj „rysunek projektowy miasta” może stanowić jedną z najciekawszych zagadek rozwoju polskiej myśli urbanistycznej. Prawdopodobnie rozrysowano na nim miejsca dla przyszłych osadników, pierścień zamojskich fortyfikacji oraz wyobrażono „koncepcję usytuowania zamku i kościoła”.

Taki projekt na pewno nie powstał spontanicznie (niektórzy uważają, że był wspólnym dziełem fundatora i włoskiego architekta). Musiał mieć solidną podbudowę teoretyczną. Jaką? Można się domyślać, że Bernardo Morando korzystał wówczas np. z dostępnych „podręczników urbanistyki”. Najważniejszym z nich był traktat Pietra Catanea, urodzonego w Sienie matematyka, architekta i teoretyka architektury (żył w latach 1510–1574). W swoim dziele postulował on, aby układ zakładanego miasta był ortogonalny (unormowany, z ulicami prostopadłymi do siebie), ujęty w wieloboku bastionowych fortyfikacji. Dzieło zilustrował licznymi schematami, które także mogły być studiowane przez Bernarda Moranda.

Być może korzystał Morando także z teoretycznych projektów Francesca di Giorgia Martiniego (żył w latach 1439–1502), włoskiego architekta, rzeźbiarza, inżyniera i malarza ze szkoły sieneńskiej. Stworzył on koncepcję harmonii w architekturze, opierając ją na porównaniu poszczególnych części miasta z funkcjami różnych organów i części ciała człowieka (często takie „antropomorficzne” porównania są stosowane także dla dawnego Zamościa: pałac uważa się z głowę miejskiego organizmu, a np. budynki kolegiaty i akademii za jego płuca). Większość swoich rozważań zawarł w bogato ilustrowanym dziele pt. „Trattato d’archittetura civile e militare”, wydanym w 1482 r.

To wszystko było także zgodne m.in. z doktryną Cycerona, który uważał, że różne elementy miasta muszą być pomyślane „na zasadzie harmonii”.

Miasto w budowie

Od architektonicznych teorii szybko udało się przejść w Zamościu do czynów, także dzięki owocnej współpracy kilku osób: Macieja Topornickiego, Mikołaja Uhrowieckiego, rotmistrza królewskiego, i Jakuba Snopkowskiego, wojskiego chełmskiego. Byli oni pomocnikami Jana Zamoyskiego. W liście do założyciela miasta z 2 kwietnia 1579 r. Topornicki znowu pisał o tym, iż Morando upomina się o pieniądze. Dowiadujemy się z niego również, iż architekt chce niezwłocznie rozpocząć budowę pałacu (zebrał już wówczas na to „wiele materiału”).

Miała to być rezydencja okazała i szykowna. Na początku Topornicki i jego towarzysze zastanawiali się nad jej ewentualną lokalizacją w pobliżu Żdanowa, starej wsi należącej do Zamoyskiego. Plany jednak zmieniono. Uznano bowiem, że rezydencja (zwana także zamkiem) powinna stanąć w dogodniejszej lokalizacji. Wytypowano do tego celu wysoki brzeg rzeki Kalinowicy (dzisiejszej Łabuńki). Przygotowywano się także do budowy potężnych murów obronnych miasta. Pierwsze, jeszcze drewniane domy postawiono natomiast dla rzemieślników budowlanych na Przedmieściu Lubelskim. W jednym z nich zamieszkał Bernardo Morando, w innym m.in. Wojciech Wnuk, pierwszy wójt i „osadźca” miasta.

10 kwietnia 1580 r. Jan Zamoyski wystawił akt lokacyjny Zamościa. Natomiast król Stefan Batory 12 czerwca 1580 r. wydał dla niego przywilej. Dokument potwierdzał akt lokacyjny i nadał mu „moc wieczystą”.

„Mając na względzie bezpieczeństwo i pożytek nie tylko mój i przyjaciół moich, ale całego sąsiedztwa oraz poddanych z sąsiednich wsi moich, postanowiłem zbudować miasto połączone z tym zamkiem i świątynią, które to miasto wałem i fosą wzmocnione kosztem moim” — czytamy w akcie lokacyjnym (dokument został przetłumaczony z języka łacińskiego). „Temu miastu nadaję nazwę wraz zamkiem Zamoście nad Wieprzcem [dawna nazwa Topornicy]”.

Pałac był już wówczas w budowie (trwała ona w sumie osiem lat). Stawiano go w zachodniej części tzw. tarasu przeznaczonego na przyszłe miasto. Zaczęto ściągać także pierwszych osadników. W tym celu fundator zwolnił przyszłych mieszkańców miasta na 25 lat od opłat i „wszelkich ciężarów” na rzecz właściciela. Nic dziwnego, że Zamość szybko stał się wielkim placem budowy.

Jedno miasto — wiele narodowości

W 1580 r. planowano, iż miasto będzie zasiedlone jedynie przez rzymskich katolików. Jednak już w 1585 r. Zamoyski wydał przywilej dopuszczający osiedlanie się Ormian, w 1588 r. — Żydów, a w 1589 r. — Greków. Kłóciło się to może z włoską koncepcją miasta idealnego, ale w naszym kraju nie było czymś niezwykłym.

„W wielonarodowościowej Rzeczpospolitej XVI–XVIII w. tolerancyjność religijna była zjawiskiem odróżniającym ją od niemal całej Europy, gdzie współcześnie spotykamy się nie tylko z walkami religijnymi, ale także prześladowaniami czy inkwizycją” — zauważył w 1983 r. Wojciech Kalinowski. „Ta koncepcja miasta wielowyznaniowego może być przypisywana wyłącznie Janowi Zamoyskiemu i odbiegała zapewne daleko od poglądów Bernarda Moranda”.

„O kształcie Zamościa zadecydowała włoska teoria budowy miast, dostosowana do lokalnych wymogów obronności i warunków terenowych” — podsumował natomiast w jednej ze swoich książek Adam Andrzej Witusik.

Na początku XVII w. żyło w Zamościu 1,3 tys. mieszkańców. Miasto słynęło m.in. z potężnych fortyfikacji. Było architektonicznym cudem, który opiewano w wierszach.

„Pora zanucić o Zamościu pienie/ Sam Bóg do murów powołał te cegły/ Oto rzucone węgielne kamienie/ (…)” — pisał w 1584 r. poeta Sebastian Klonowic w poemacie pt. „Roxolania”, który opisywał miasta, wsie, obyczaje ludu na Rusi Czerwonej. „Tam kują mury wieżycą spiżową/ To postrach wrogów, to twierdza Gradywa/ I Mars zawołał: To moje Zamoście/ Tutaj stolica wojennego Boga/ Prędzej tu działa spiżowe zanoście/ Tu sarmackiemu rycerstwu załoga!/ Siła turecka w tych murach się złamie/ Tych baszt spłoszony Tatar nie zdobędzie”.

Pod kanclerskimi skrzydłami

„Wiadomo czynię tym listem moim, komu to wiedzieć należy, wszem wobec i każdemu z osobna: i gdy z nacyej ormięski niektóry wielebny xiądz Krzysztof Kałast, tej nacyej i poczciwy Murad Jakubowicz Ormienin, z państwa tureckiego, przyjechawszy do miasta mego Zamościa, do niego się przenieść, swe zabawy, handle, rzemiosło odprawować umyślili i przede mną to jaśnie wypowiedzieli, gdym ich do tychże praw i wolności, któremi się inni mieszczanie szczycą, przyjął” — czytamy w przywileju wydanym 30 kwietnia 1585 r. przez Jana Zamoyskiego.

Oryginał tego dokumentu nie zachował się. Jednak w Bibliotece Ordynacji Zamojskiej przechowano jego kopię pt. „Historja kościoła zamojskiego ormiańskiego, z wyrażeniem przywilejów, przepisów, transakcji do kościoła tegoż należących sum i obligacjów od roku 1585 do roku 1700”. Tekst tego najstarszego dokumentu dotyczącego losów zamojskich Ormian został opublikowany w drugim numerze „Teki Zamojskiej” z 1920 r. (w opracowaniu dra Kazimierza Sochaniewicza).

Aby krzywdy nie mieli

Ormianie stracili niepodległość jeszcze we wczesnym średniowieczu (ich kraj był podbijany m.in. przez Bizancjum). Później ich ojczyzna przez całe stulecia pozostawała pod panowaniem muzułmańskich Turków Osmańskich. Ormianie byli na swoim terytorium prześladowani i dyskryminowani. Wielu musiało uciekać. Ostoją dla tych, którzy pozostali, stały się kościoły, którymi był usiany niemal cały kraj. Wiele z tych niezwykłych budowli sakralnych powstało w okresie od IV do XII w. To dzięki wierze i bogatej tradycji Ormianie zdołali przez wieki zachować narodową tożsamość.

Ulica Ormiańska w Zamościu oraz ratusz i kamienice przy Rynku Wielkim.

Wielu z nich miało talent do interesów i handlu. Udowodnili to także w Zamościu. Bo wieść o budowie tego niezwykłego miasta niosła się nie tylko po XVI-wiecznej Europie. Wiadomo, że do Zamościa wówczas przybyli znakomici Ormianie: Murat Jakubowicz z Kaffy (chodzi o Teodozję na Krymie) oraz ks. Krzysztof Kałast. To właśnie na ich ręce Jan Zamoyski, hetman, kanclerz wielki koronny oraz założyciela Zamościa, 30 kwietnia 1585 r. złożył przywilej zezwalający na osiedlenie się przedstawicielom tej nacji w granicach miasta.

„Ja, aby tym łatwiej miasto ode mnie założone krzewiło się i handlami kupieckiemi bogaciło, dobrowolnie i chętnie to uczynić [przyjąć Ormian] umyśliłem, aby wszystkich tych wolności i praw, które tak od J.K. Mości, tak ode mnie samemu pomienionemu miastu przedtym nadane są, uczestnikami sami i potomkowie ich byli (…)” — czytamy w owym przywileju. „Osobliwie, aby od nikogo krzywdy nie mieli, będę się starał i bronił, nie tylko w domach ich, ale też na wszelkim miejscu bezprawia i krzywdy nie dam im czynić, a okrom tych placów, które już ode mnie otrzymali w rynku wielkim, osobliwa pierzej [północno-wschodnia pierzeja rynku], albo ulice [późniejsza ul. Ormiańska], gdzie by swe place i budynki dla swego wczasu mieć mogli, z tymże prawem jak inni mieszkańcy otrzymali”.

Pod magnackimi skrzydłami ormiańska społeczność mogła czuć się bezpiecznie. Ponadto, tak jak inni mieszczanie zamojscy, przybysze byli zwolnieni od podatków. Mogli też wybudować w Zamościu swoją świątynię.

„Niewiele nabożeństwo ormięskie od katolickiego różne i nie trzeba się obawiać, aby się katolicy ich religją gorszyć mieli, albo jaką mieć przeszkodę, tedy na tej ulicy, którą dla ich mieszkania naznaczę, kościół także, gdzie im wolno będzie nabożeństwo swoje odprawiać, skoro się zjadą, zbudować obiecuję pozwolić” — pisał Jan Zamoyski. „Przy którymże Wielebny xiądz Krzysztof Kałast ma być, tedy temu dla pożywienia sześćdziesiąt złotych jurgieltu rocznego naznaczam (chodzi o roczną pensję). Do kościoła zaś pole i łąki, dom i ogród będzie naznaczono i wydzielono ode mnie. Co wiecznemi czasy przy kościele ma zostawać i od tych, którzy będą przełożeni przy kościele ormięskim, w posesyej trzymane”.

Jak przewidywał Jan Zamoyski, Ormianie wkrótce się „zjechali”. Zamojska gmina ormiańska szybko stała się jednym z najdalej wysuniętych na zachód ośrodków osadniczych tego narodu. Rozwijała się znakomicie.

Rodzic mój z Krymu

W Zamościu rzeczywiście powstała świątynia ormiańska pw. Wniebowzięcia Bogarodzicy Marii Panny (dzisiaj stoi tam hotel Renesans). Najpierw była ona skromna, drewniana. Od 1623 r. zaczęto jednak gromadzić pieniądze na budowę kościoła murowanego. Prace budowlane ruszyły dwa lata później. Ostatecznie zakończono je podobno dopiero w 1654 r. Wtedy odbyła się konsekracja kościoła. Wiadomo, że w ołtarzu głównym świątyni umieszczono obraz Matki Boskiej Łaskawej „z sukienką aksamitną i złoconymi koronami”. Cieszył się on wielkim poważaniem wśród wiernych.

Jeszcze w 1589 r. Ormianie zamojscy otrzymali kolejne przywileje. Zezwolono im na „szynkowanie” miodu, wina i piwa. W mieście powstał też ormiański sąd oraz samorząd. Wybory do niego odbywały się raz w roku, w tzw. piątek wstępny wielkiego postu. Jednym z wójtów ormiańskich był słynący z bogactwa kupiec Warterys Kirkorowicz, który w 1634 r. przekazał ten urząd Gabrielowi Ariewowiczowi. Ormianie wybierali także swoich „egzektorów” podatków i szafarzy, pod opieką których znajdowały się kościelne fundusze.

„Gminy ormiańskie w swojej strukturze z natury rzeczy musiały przyjąć formę zbliżoną do otaczającego środowiska” — zauważyła Mirosława Zakrzewska-Dubasowa w swojej książce pt. „Ormianie w dawnej Polsce”. „Dlatego też istniały duże podobieństwa w organizacji urzędu ormiańskiego i miejskiego”.

Wiadomo, że w Zamościu działał ormiański browar oraz warsztaty rzemieślnicze. Wyrabiano w nich m.in. safian (cienka, miękka skóra koźla lub barania), kurdybany (skóry garbowane i barwione, zdobiono je we wzory tłoczeniami, malowidłami lub m.in. złoceniami) oraz wysokiej jakości kobierce. Kwitło ormiańskie złotnictwo i miniatorstwo, czyli sztuka malowania miniatur m.in. na rękopisach i dawnych księgach. Powstawały wówczas prawdziwe arcydzieła. Kwitła plastyka ornamentalna.

W XVII w. żyło w Zamościu ok. 300 Ormian (w 1678 r. stanowili 15 proc. mieszkańców miasta). Byli oni właścicielami 29 zamojskich kamienic. Początkowo przyjeżdżali głównie z Armenii i ówczesnej Turcji, a potem m.in. z Jazłowca i Kamieńca Podolskiego. Losy niektórych z nich były skomplikowane. Często też zmieniali miejsca pobytu.

„Rodzic mój z Krymu, a matka z Tochatu, kupiecztwem się bawili, ale nie wiem czy żyją, bom stamtąd wyjechał jest lat z piętnaście do Jazłowca i przy krewnym swym byłem, przy panu Chydyrze, który teraz mieszka w Stanisławowie” — czytamy w liście urodzenia Eliasza Kistesterowicza, który przedstawiał się jako patrycjusz zamojski urodzony w Izmaelu nad Dunajem (jego relacja znajduje się w Archiwum Państwowym w Lublinie, w zbiorze „Acta Armenica Zamoscensis”).

Potem Eliasz Kistesterowicz przebywał w Jazłowcu, w Jassach, a stamtąd wyruszył do Węgier. Tam handlował końmi i wołami. Następnie wrócił do Stanisławowa. Nie pobył tam długo. „Znowu stamtąd do Waręża. Z Waręża przyjechałem z panem Mikołajem Kamieńczaninem do Zamościa” — wyliczał Ormianin. „Z Zamościa pojechałem na jarmark do Jarosławia, z panem Mikołajem i z panem Iwaszkiem z Jarosławia do Waręża, przyjechałem z Jakubem Ajwazem, krewnym swoim do Zamościa i począłem się akomodować [przymilać się, nadskakiwać] Browarównie”.

Była to córka Zachariasza Browara z Zamościa, która po owych przymilaniach została jego żoną. Po pewnym czasie Kistesterowicz… zarąbał ją szablą. Podobno próbował zamordować także ich wspólne dziecko. Został schwytany na gorącym uczynku. Trafił przed sąd, a potem go stracono.

Derhy, dywdyki i kiecze

Ormianie w Zamościu piastowali wiele ważnych „godności”. Niektórzy z nich byli profesorami Akademii Zamojskiej, burmistrzami, rajcami, zasiadali w miejscowym trybunale. Utrzymywali się jednak przede wszystkim z handlu, który prowadzili na wielką skalę. Wiadomo, że kupcy ormiańscy jeździli po towary w najdalsze zakątki Europy i Azji (ci z Zamościa często bywali w Lizbonie). Przywozili z wojaży jedwab, kilimy, futra, drogie kobierce, namioty, ale także biżuterię, broń i woły.

Sylwetka dawnego kościoła ormiańskiego w Zamościu. Widać ją na pomniku, który stanął przy ul. Łukasińskiego.

„Ormianie, Persowie, Grecy, Turcy do Korony wprowadzają: (…), kobierce jedwabne ze złotem, dywańskie, milihbasze, japrachły adziamskie, tureckie kilimy, tapezany, kiecze, dywdyki, derhy, pasy sekieskie, stambulskie, angurskie, kołdry, czemlety, muchajery, chustki, zawoje, rzędy, czapragi itd.” — czytamy w jednym z dokumentów z 1643 r.

Domyślamy się, że były to towary luksusowe, na których można było zbić ogromną fortunę. Niektórym to się udawało. Do najbogatszych kupców ormiańskich należeli w Zamościu: Abram i Warterys Kirkorowiczowie (pierwszy pozostawił po sobie zawrotny majątek wartości 900 tys. zł, drugi podobno dał córkom w posagu po 54 tys. zł; dla porównania — pod koniec XVI w. konia można było kupić za 20–22 zł), Sołtan Sachwelowicz czy Paweł Derbedroszewicz. Znany był także Szymon Lehaci (urodził się w Zamościu w 1584 r., zanim wydany został przywilej Jana Zamoyskiego; nazywano go także Szymonem z Zamościa lub Zamojszczykiem). Na początku XVII w. wielokrotnie przemierzał on kupieckie szlaki Europy i Azji. Dotarł do Mołdawii, zwiedził Kair, Smyrnę, Jerozolimę, Stambuł i Rzym, gdzie został przyjęty na audiencji przez papieża Pawła V. „Notatki podróżne” Szymona Lehaci są cennym źródłem dla badaczy dziejów polskich Ormian.

Zdarzało się nawet, że zasłużeni zamojscy Ormianie dostawali tytuły szlacheckie. Tak się stało w przypadku Mikołaja Hadziejowicza, zdolnego dyplomaty, który ponoć skłonił Tatarów do zerwania sojuszu z Bohdanem Chmielnickim.

Zamość mógł pochwalić się także znakomitym kronikarzem pochodzenia ormiańskiego. Był to Zachariasz Arakiełowicz (fragmenty jego unikatowych relacji znalazły się w dalszej części książki). Istnieją też zapiski, w których pojawiają się słynni awanturnicy pochodzenia ormiańskiego. Znany był np. niejaki Warterys Balejowicz, który rzucił się na miejscowego wójta z laską. Nie podobało mu się, że ten prosi o zaległe podatki.

Odczuwam w sercu ciepło

Pod koniec XVII i na początku XVIII w. wojny prowadzone przez Rzeczpospolitą ograniczyły możliwości handlu. Na krajowych traktach było coraz bardziej niebezpiecznie. Dlatego Ormianie stopniowo z Zamościa wyjeżdżali. Ich gmina podupadła, aż w 1738 r. została zlikwidowana. Kasata zamojskiego kościoła ormiańskiego odbyła się natomiast w 1802 r. Potem budowla zaczęła stopniowo popadać w ruinę. W 1826 lub 1827 r. roku została zburzona. Większość Ormian w tym czasie wyjechała z miasta, inni się spolonizowali. Nie zapomniano o nich.

W 2013 r. z kilkudniową wizytą przyjechał do Polski Serż Sarkisjan, prezydent Armenii. Uczestniczył w międzynarodowym forum gospodarczym. Spotkał się z Bronisławem Komorowskim, ówczesnym prezydentem RP, oraz premierem Donaldem Tuskiem. Potem odwiedził Lublin i Zamość. Podczas tej wizyty prezydent Armenii przyjechał też do Zamościa, gdzie zwiedził Muzeum Zamojskie, a potem wybrał się na spacer po Rynku Wielkim. Tam wygłosił krótkie oświadczenie. Mówił o współpracy polsko-armeńskiej oraz rozkwicie obu krajów, a wizytę uznał za owocną. Zapewniał także, że jest dumny z historii swego narodu. „Odczuwam dzisiaj w sercu ciepło” — podsumował wizytę prezydent Armenii.

To wszystko miało swoje konsekwencje. Przy ul. Łukasińskiego w Zamościu odsłonięto we wrześniu 2018 r. pomnik upamiętniający pobyt Ormian w tym mieście. Stanął on z inicjatywy J.E. Edgara Chazaryana, ambasadora nadzwyczajnego i pełnomocnika Republiki Armenii w Polsce, w miejscu, gdzie funkcjonowała kiedyś świątynia (co ciekawe, na tablicy umieszczonej na pomniku możemy przeczytać, iż została ona zburzona w 1812 r.) oraz cmentarz ormiański. Na pomniku znalazł się wizerunek św. Tomasza Apostoła oraz sylwetka nieistniejącego kościoła ormiańskiego w Zamościu. Ten pomnik przypomina o naszych wspólnych dziejach.

Akademia i choroba ruskich stron

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 62.79
drukowana A5
kolorowa
za 96.43