Wstęp
Dlaczego powstała ta książka
To pytanie powinien zadać sobie każdy autor, zanim napisze pierwsze zdanie swojej książki. Po co właściwie ją pisze? Co chce dzięki niej osiągnąć?
Odpowiedź nie zawsze jest oczywista. Autorzy piszą książki z bardzo różnych powodów. Jedni chcą podzielić się swoją wiedzą lub doświadczeniem. Inni próbują uporządkować własne myśli i emocje. Dla niektórych jest to sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej lub rozwinięcie kariery zawodowej. Bywa również, że za pisaniem stoi potrzeba uznania i zainteresowania, której domaga się własne ego. Nie ma w tym nic niezwykłego — każdy autor ma swoją motywację.
Moja jest znacznie prostsza.
Piszę książki przede wszystkim po to, żeby nie odpowiadać po raz setny na te same pytania.
Jeżeli przez wiele lat kolejne osoby zwracają się do mnie z tym samym problemem, wolę poświęcić czas na napisanie jednej rzetelnej odpowiedzi, niż wielokrotnie powtarzać to samo. Taka książka oszczędza czas zarówno mnie, jak i moim rozmówcom.
Wielokrotnie pytano mnie o możliwość wstąpienia na drogę monastycyzmu. Nie miało sensu opisywać tego procesu każdej osobie z osobna, dlatego powstała publikacja Jak zostać buddyjskim mnichem. Równie często spotykałem się z pytaniami o terapię uzależnień praktykowaną przeze mnie w klasztorze Thamkrabok. Odpowiedzią była obszerna antologia Buddyjskie terapie uzależnień. Swoją drogę duchową opisałem w książce Tropem świadomości, aby nie opowiadać tej samej historii wciąż od nowa. Z podobnych powodów powstały również książki poświęcone terapii lęków, depresji i schizofrenii, oparte między innymi na doświadczeniach zdobytych podczas misji humanitarnej w Tanzanii.
Za każdą książką stoi jakaś historia — mniej lub bardziej osobista. Czasami rodzi się z pytań zadawanych przez innych ludzi, a czasami z nieoczekiwanego odkrycia, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Zwykły przypadek potrafi przerodzić się w wielomiesięczne poszukiwania odpowiedzi, a ich naturalnym zwieńczeniem staje się książka.
Tak było podczas mojej podróży po Indiach, gdzie zbierałem materiały do powieści Tropem moralności. Zupełnym przypadkiem natknąłem się wtedy na ślady Apostoła Tomasza. Nie miałem wcześniej pojęcia, że postać znana z ewangelicznej sceny zwątpienia miała według tradycji dotrzeć aż do Indii i właśnie tam zakończyć swoje życie. Ta historia wydała mi się równie niezwykła jak sam Nowy Testament. Im więcej o niej czytałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że zasługuje na znacznie większą uwagę. Tak powstała książka Tomasz Apostoł w Indiach.
Podobnie było kilka lat później, gdy pandemia zatrzymała mnie na wiele miesięcy w pobliżu jaskiń Adźanta. Początkowo chciałem jedynie lepiej poznać historię tego miejsca. Z czasem zainteresowanie przerodziło się w systematyczne studia nad najstarszymi zabytkami buddyzmu. Ich efektem były dwie publikacje — Jaskinie Adźanta oraz Jaskinie Pitalkhora — opisujące jedne z najcenniejszych świadectw początków tej religii.
Badania te doprowadziły mnie do zaskakującego wniosku. Współczesny monastycyzm buddyjski niewiele przypomina ruch śramanów sprzed dwóch i pół tysiąca lat, z którego wyłoniły się buddyzm, dżinizm i adźiwakizm. Im głębiej zagłębiałem się w historię, tym częściej odkrywałem, że powszechnie powtarzane przekonania nie zawsze wytrzymują konfrontację z faktami.
Przez lata przeczytałem tysiące stron książek, artykułów i opracowań. Niektóre z nich uznałem za na tyle wartościowe, że postanowiłem udostępnić je polskim czytelnikom. Tłumaczenie okazało się jednak czymś więcej niż tylko przekładaniem słów z jednego języka na drugi. To jedna z najlepszych metod studiowania tekstu.
Czytając książkę, łatwo prześlizgnąć się nad fragmentem, który wydaje się oczywisty. Tłumaczenie nie pozostawia takiej możliwości. Zmusza do zastanowienia się nad znaczeniem niemal każdego zdania, a często nawet pojedynczych słów. Dopiero wtedy można dostrzec niuanse, które podczas zwykłej lektury pozostają niezauważone.
Właśnie dlatego powstały polskie wydania Rozmów z Ramaną Mahariszim oraz Listów z aśramu Ramany. Korzyść z ich tłumaczenia odniosłem nie tylko ja jako autor przekładu, ale — mam nadzieję — również polski czytelnik.
Sam tekst nigdy jednak nie był dla mnie wystarczający.
Życie Ramany Maharisziego zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłem zobaczyć miejsca związane z jego życiem na własne oczy. Spędziłem kilka dni w jego aśramie, odwiedziłem jaskinie, w których mieszkał, piłem wodę z tych samych źródeł i kąpałem się w zbiornikach, z których również on korzystał.
Nie chciałem jednak ograniczać się do roli turysty.
Jako asceta dołączyłem do grupy lokalnych joginów i przez miesiąc mieszkałem z nimi w śiwaickiej świątyni położonej przy jednej z jaskiń związanych z Ramaną. Spałem na kamiennej posadzce, jadłem z nimi posiłki przygotowane z wyżebranej żywności i godzinami rozmawiałem o praktyce duchowej, wyrzeczeniu oraz drodze do wyzwolenia.
Takie doświadczenia nie czynią człowieka autorytetem. Pozwalają jednak zrozumieć rzeczy, których nie da się wyczytać z żadnej książki. Dzięki nim łatwiej było mi pojąć, czym naprawdę jest droga sanjasina i jakiego poświęcenia wymagała od ludzi takich jak Ramana Mahariszi, Budda czy Mahawira.
Ta książka powstała z potrzeby podzielenia się wiedzą i doświadczeniem zdobywanymi przez ponad pięćdziesiąt lat życia. Jest również opowieścią o przemianie, jaka dokonała się we mnie samym.
Przez wiele lat byłem osobą naiwną i uległą. Łatwo ulegałem presji, miałem trudności z odmawianiem i często przedkładałem potrzeby innych nad własne. Z czasem nauczyłem się rozpoznawać mechanizmy manipulacji oraz techniki wykorzystywane w erystyce. Szybko jednak zrozumiałem, że sama znajomość tych metod nie wystarcza. Człowiek może doskonale wiedzieć, że jest manipulowany, a mimo to ulec emocjom.
Prawdziwa zmiana nastąpiła dopiero wtedy, gdy zacząłem pracować nad sobą. Lata praktyki buddyjskiej nauczyły mnie zachowywać spokój również w sytuacjach konfliktowych. Dziś znacznie trudniej wyprowadzić mnie z równowagi, wzbudzić we mnie poczucie winy czy skłonić do działań sprzecznych z moimi wartościami. Nie oznacza to, że stałem się nieczuły lub nieprzystępny. Wręcz przeciwnie — im większy spokój odnalazłem w sobie, tym łatwiej przyszło mi budować zdrowe relacje z innymi.
Ta książka jest również uzupełnieniem publikacji Jak żyć bez lęku i zmartwień. Dopiero po jej napisaniu uświadomiłem sobie, że poświęciłem zbyt mało miejsca zagadnieniu asertywności. Z czasem doszedłem do przekonania, że trudno mówić o życiu wolnym od lęku i przewlekłego stresu bez umiejętności wyznaczania własnych granic. W pewnym sensie to właśnie asertywność stanowi fundament wewnętrznego spokoju. Tą książką chciałbym uzupełnić tamtą lukę.
Jest jednak jedna rzecz, którą chciałbym podkreślić już na samym początku.
Asertywność nie oznacza braku empatii.
To jeden z najczęściej powtarzanych mitów. Wiele osób uważa, że człowiek asertywny jest chłodny, egoistyczny i obojętny na potrzeby innych. Z mojego doświadczenia wynika coś dokładnie przeciwnego. Im lepiej potrafimy zadbać o własne granice, tym więcej życzliwości możemy okazać innym. Nie musimy już reagować lękiem, złością ani poczuciem wykorzystania, ponieważ wiemy, że w każdej chwili możemy powiedzieć „nie”.
Sam chętnie pomagam innym, gdy naprawdę tego potrzebują i gdy zwracają się do mnie z prośbą o pomoc. Jednocześnie nauczyłem się wyraźnie oddzielać cudzą odpowiedzialność od własnej. Nie przeżywam cudzych problemów tak, jakby były moimi, i nie próbuję ratować wszystkich za wszelką cenę. Wiem, gdzie przebiegają moje granice i świadomie ich pilnuję.
To właśnie one dają mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim w każdej chwili mogę zrobić krok wstecz, jeśli uznam, że sytuacja tego wymaga. Taka świadomość przynosi spokój, a spokój daje pewność siebie.
Co ciekawe, ten spokój udziela się również innym. Ludzie instynktownie lgną do osób opanowanych, życzliwych i pewnych siebie. Nie dlatego, że są one silniejsze czy bardziej charyzmatyczne, lecz dlatego, że nie próbują niczego udowadniać ani nikim manipulować. To właśnie taki rodzaj asertywności chciałbym przedstawić w tej książce.
Mnie dojście do tych wniosków zajęło niemal dziesięć długich lat. Dziś jednak z perspektywy czasu widzę, że wszystko to znajdowało się w zasięgu mojej ręki już kilkadziesiąt lat wcześniej.
Jeszcze jako nastolatek zaczytywałem się w Platonie, chłonąc dialogi sokratejskie niczym gąbka ocet. Niedługo później do grona moich ulubionych lektur dołączyła pełna ironii Erystyka Arthura Schopenhauera. Ogromne wrażenie wywarła na mnie również proza św. Augustyna, którego do dziś podziwiam za niezwykłą przenikliwość i subtelny humor, a także autoironiczne Ecce Homo Fryderyka Nietzschego — książka, która podczas pierwszej lektury niemal wyrwała mnie z butów.
Teoretyczne podstawy miałem więc od dawna.
Brakowało mi jednak czegoś znacznie ważniejszego — doświadczenia pozwalającego właściwie odczytać sens tych wszystkich dzieł.
Dopiero wieloletnie studia nad buddyzmem i praktyka medytacyjna sprawiły, że zacząłem dostrzegać to, co wcześniej umykało mojej uwadze. Nie chodziło o zdobycie nowej wiedzy. Chodziło o zmianę sposobu patrzenia. Zrozumienie natury ego pozwoliło mi dostrzec jego działanie nie tylko u siebie, lecz także w niemal każdej rozmowie i każdej sytuacji konfliktowej.
Nagle okazało się, że Sokrates, Schopenhauer, Augustyn czy Nietzsche od dawna opisywali mechanizmy, których wcześniej po prostu nie potrafiłem zobaczyć. Ich książki przestały być dla mnie jedynie interesującą filozofią. Stały się praktycznym przewodnikiem po codziennym życiu.
To właśnie dlatego w tej publikacji skupimy się przede wszystkim na dialektyce. Rozmowa jest naszym podstawowym narzędziem komunikacji, a jednocześnie miejscem, w którym najłatwiej ujawniają się emocje, potrzeba obrony własnych racji i mechanizmy manipulacji. Umiejętność prowadzenia rozmowy jest fundamentem zdrowych relacji i podstawowym warunkiem prawdziwej asertywności.
Celem tej książki jest nauczenie czytelnika świadomego prowadzenia rozmowy. Asertywność nie polega na zwyciężaniu w dyskusji, lecz na zachowaniu kontroli nad jej przebiegiem.
Wybrałem piętnaście narzędzi, które uważam za najprostsze i jednocześnie najbardziej użyteczne w codziennym życiu. Nie wymagają one szczególnych zdolności ani wieloletnich ćwiczeń. Wystarczy zrozumieć, dlaczego działają, i zacząć świadomie stosować je w rozmowach z innymi ludźmi.
Jestem przekonany, że pierwsze efekty zauważysz szybciej, niż się spodziewasz. Większa asertywność nie oznacza jedynie skuteczniejszej obrony przed manipulacją. Oznacza przede wszystkim większy spokój, lepsze samopoczucie i poczucie, że to Ty kierujesz własnym życiem, zamiast pozwalać, by robili to inni.
Nie ma więc sensu przedłużać wstępu.
Zaczynajmy.
CZĘŚĆ I
Dlaczego rozmowy zamieniają się w walkę
Rozdział 1
Konflikt zaczyna się od słów…
Większość konfliktów międzyludzkich rozpoczyna się i kończy słowami. Oczywiście istnieją również sytuacje, w których konflikt wywołują czyny. Słowa nie są wówczas jego inicjatorem. Można przytoczyć wiele przykładów: ktoś zajmuje twoje miejsce parkingowe, sąsiad przyprowadza psa na twój trawnik, pracodawca „zapomina” zapłacić za nadgodziny, pijak na ulicy łapie cię za tyłek, Trump lub Putin bez uprzedzenia odpalają rakiety w czyjś ratusz, mąż hazardzista potajemnie zastawia telewizor w lombardzie, a hydraulik po partacko wykonanej usłudze przestaje odbierać telefon.
Jednak zdecydowaną większość konfliktów poprzedzają słowa. Ich częstą przyczyną jest brak komunikacji, wzajemnego zrozumienia albo prawidłowego odczytania intencji drugiej osoby.
Dlatego przedmiotem tej książki nie są konflikty wynikające z kolizji interesów, nad którymi często nie mamy kontroli, lecz konflikty powstające i rozwijające się podczas rozmowy. To właśnie one są najczęstszym źródłem napięć w rodzinie, pracy i relacjach społecznych.
Komunikujemy się między sobą na różne sposoby. Używamy gestów, mimiki, rekwizytów, symboli i całej gamy niewerbalnych systemów przekazu treści. Jednak to słowa odgrywają w komunikacji najważniejszą rolę. To z nich powstają zdania, akapity, rozdziały, części i tytuły, które składają się na biblioteczne woluminy.
Z Kapitału Karola Marksa wyłonił się komunizm, a z niego okres zimnej wojny. Z Mein Kampf narodził się nazizm i Holokaust. Z Tory powstał judaizm, a z Koranu islam, wraz z którymi przyszły również współczesne tarapaty Palestyny, Libii i Iranu.
Media każdego kraju terroryzują społeczeństwa słowem. Włodarze zapisują słowami kodeksy, ustanawiają zasady i systemy kar. Politycy manipulują przekazem, aby był zgodny z ich intencjami. Jezus, zanim przybrał postać cielesną, był jedynie Słowem.
Z tej perspektywy słowo zyskuje zupełnie inne znaczenie. Kto włada słowem, ten zyskuje przewagę w świecie komunikacji. Kontroluje ludzkie umysły, tworzy rządy i ustala zasady.
W seminariach duchownych doskonale zdają sobie sprawę ze znaczenia słowa w komunikacji międzyludzkiej. Kandydaci do kapłaństwa uczą się nie tylko teologii, lecz również wystąpień publicznych i dialektyki. W przyszłości przyjdzie im bowiem stawiać czoła nie tylko różnorodnym konfliktom, lecz także ludzkim dramatom.
Słowo ma niebagatelne znaczenie, dlatego należy nauczyć się fechtować nim niczym olimpijczyk szpadą.
Każde słowo niesie ze sobą określone znaczenie. Czasami jest ono jednoznaczne, częściej jednak słowo posiada kilka definicji. Na tym jednak problem się nie kończy. Znaczenie wypowiedzi kształtuje również kontekst — te same słowa mogą oznaczać coś zupełnie innego w zależności od sytuacji, tonu głosu, miejsca czy wcześniejszego przebiegu rozmowy. W ten sposób wokół pojedynczego wyrazu powstaje cały wachlarz możliwych interpretacji.
Jest jeszcze jedna warstwa, znacznie trudniejsza do uchwycenia — intuicja. Nie odbieramy słów wyłącznie rozumem. Interpretujemy je również przez pryzmat własnych doświadczeń, oczekiwań i aktualnego stanu emocjonalnego. Osoba rozgniewana potrafi usłyszeć atak tam, gdzie rozmówca nie miał najmniejszego zamiaru nikogo obrazić. Z kolei człowiek pogodny i spokojny często przejdzie obojętnie obok słów, które dla kogoś innego staną się zarzewiem konfliktu. To nie same słowa zmieniają swoje znaczenie, lecz zmienia się sposób ich odczytania.
Dlatego w każdej poważnej dyskusji należy dążyć do maksymalnego doprecyzowania znaczeń używanych pojęć. Zaskakująco wiele sporów nie wynika z rzeczywistej różnicy poglądów, lecz z faktu, że rozmówcy przypisują tym samym słowom odmienne znaczenia. Kiedy rozmowa zaczyna schodzić na manowce, warto zatrzymać ją na chwilę i zadać proste pytanie: „Co dokładnie rozumiesz przez to słowo?” Bardzo często okazuje się, że to właśnie w tym miejscu tkwi źródło nieporozumienia.
Dobrym przykładem są wulgaryzmy i wyrażenia obraźliwe. Same w sobie niosą jedynie potencjał wulgaryzmu lub obelgi. O tym, czy rzeczywiście staną się zniewagą, decydują intencja mówiącego, kontekst wypowiedzi oraz sposób, w jaki zostaną odebrane przez rozmówcę.
Weźmy choćby słowo „czarnuch”. Wypowiedziane przez białego pod adresem osoby czarnoskórej może zostać odebrane jako obraźliwe. To samo słowo użyte przez osobę czarnoskórą wobec innego czarnoskórego często traci charakter obelgi, stając się żartem lub elementem potocznego języka danej grupy. Nie zmieniło się przecież samo słowo. Zmienił się wyłącznie kontekst jego użycia.
Podobnie jest ze słowem „dziwka”. Skierowane do kobiety niemal zawsze zostanie odebrane jako zniewaga. Rzucone żartobliwie w stronę bliskiego kolegi może natomiast wywołać śmiech zamiast poczucia obrazy. Ponownie nie zmienia się definicja wyrazu, lecz okoliczności, w których został użyty.
To prowadzi do bardzo ważnego wniosku. Słowa nie funkcjonują w oderwaniu od sytuacji. Ich znaczenie nie wynika wyłącznie ze słownika, lecz z połączenia definicji, kontekstu, relacji między rozmówcami, intencji nadawcy i sposobu, w jaki wypowiedź została zinterpretowana. Dlatego w każdej dyskusji warto najpierw zrozumieć, co rozmówca miał na myśli, zanim ocenimy, co powiedział.
Żaden człowiek nie posługuje się definicjami słownikowymi. Każdy używa własnych definicji intuicyjnych, zbudowanych przez doświadczenie, edukację, środowisko i język codzienny. Definicje te jedynie przypominają definicje słownikowe — nigdy nie są z nimi całkowicie tożsame. Na ich podstawie umysł tworzy znaczenie słowa. Ponieważ definicje intuicyjne dwóch ludzi niemal zawsze różnią się od siebie, różnią się również znaczenia, jakie nadają tym samym słowom.
To właśnie dlatego rozmówcy tak często mają wrażenie, że mówią o tym samym, podczas gdy w rzeczywistości rozmawiają o dwóch różnych pojęciach ukrytych pod tym samym wyrazem. Nie da się uzgodnić znaczeń, ponieważ powstają one wewnątrz umysłu. Można natomiast uzgodnić definicję słowa. Im bliżej definicji słownikowej uda się zawęzić definicję roboczą używaną w rozmowie, tym mniejsza będzie rozbieżność znaczeń i tym mniejsze ryzyko konfliktu lub większe szanse na jego wygaszenie.
Dobrym przykładem jest słowo dom. Choć większość ludzi uważa, że doskonale rozumie jego definicję, to znaczenie tego słowa jest dla każdego inne. Wystarczy je wypowiedzieć, aby w umyśle rozmówcy natychmiast pojawiły się obrazy z jego własnego życia. Jedna osoba przypomni sobie zapach obiadu przygotowywanego przez matkę, wspólne rodzinne święta i poczucie bezpieczeństwa. Dla innej słowo „dom” przywoła krzyki rodziców, alkoholizm ojca, przemoc, strach przed powrotem ze szkoły i nieprzespane noce. Ktoś wychowany w rodzinie zastępczej może nigdy nie kojarzyć domu z jednym miejscem, lecz z ludźmi, którzy akurat dali mu schronienie. Osoba od wielu lat żyjąca na emigracji pomyśli o kraju, za którym tęskni, choć od dawna nie mieszka już w miejscu swojego dzieciństwa. Dla bezdomnego dom może oznaczać marzenie, którego nigdy nie udało się spełnić, a dla żołnierza walczącego na froncie — wszystko to, do czego pragnie kiedyś wrócić.
Żaden z tych ludzi nie myśli o definicji słownikowej. Każdy widzi własne wspomnienia, doświadczenia i emocje. Wypowiadając jedno słowo, uruchamiamy więc w umysłach różnych ludzi zupełnie odmienne skojarzenia. To właśnie te indywidualne obrazy tworzą znaczenie słowa. Definicję można zapisać na jednej stronie słownika. Znaczenia nie da się zapisać, ponieważ dla każdego człowieka jest ono inne.
Znaczeniem słów od wielu lat zajmują się również psychologowie. W 1974 roku Elizabeth Loftus i John Palmer przeprowadzili eksperyment, który stał się jednym z klasycznych badań nad wpływem języka na pamięć. Ochotnikom pokazano film przedstawiający kolizję dwóch samochodów. Po jego zakończeniu wszyscy otrzymali to samo pytanie o prędkość pojazdów. Zmieniono jedynie jedno słowo. Część badanych usłyszała pytanie o moment, w którym samochody zderzyły się, pozostali — o chwilę, gdy się roztrzaskały. Ta drobna różnica wystarczyła, aby uczestnicy oszacowali prędkość pojazdów inaczej. Osoby, które usłyszały bardziej sugestywne określenie, częściej twierdziły również, że widziały na jezdni odłamki szkła, choć na nagraniu ich nie było. Film pozostał ten sam. Zmieniło się jedynie użyte słowo, a wraz z nim sposób zapamiętania całego zdarzenia.
Ten sam problem, choć przedstawiony w formie literackiej, opisał Lewis Carroll w Alicji w Krainie Czarów. W rozmowie z Humptym Dumptym padają słowa: „Kiedy używam słowa, znaczy ono dokładnie to, co chcę, żeby znaczyło — ani więcej, ani mniej.” Alicja odpowiada, że pytanie nie brzmi, co słowo ma znaczyć, lecz czy można dowolnie nadawać mu znaczenie. Humpty Dumpty odpowiada krótko: „Pytanie brzmi tylko, kto tu jest panem.” Ten dialog pokazuje, że spór o znaczenie słów jest jednocześnie sporem o sposób postrzegania rzeczywistości. Jeżeli każdy uczestnik rozmowy posługuje się własnymi definicjami, porozumienie staje się dziełem przypadku.
Zależność tę od dawna wykorzystuje również prawo. Sędziowie nie rozstrzygają wyłącznie sporów między ludźmi. Najpierw rozstrzygają spory o znaczenie użytych pojęć. Czy określone zachowanie spełnia definicję groźby? Czy dane działanie można uznać za oszustwo? Czy przedmiot jest bronią w rozumieniu ustawy? Od odpowiedzi na takie pytania zależy niekiedy wyrok sądu. Prawo nie może opierać się na intuicyjnych definicjach stron postępowania. W przeciwnym razie ten sam czyn mógłby prowadzić do zupełnie różnych rozstrzygnięć.
Na podobnym mechanizmie opiera się reklama. Jej zadaniem nie jest wyłącznie przekazanie informacji o produkcie, lecz wywołanie określonych skojarzeń. Słowa takie jak naturalny, tradycyjny, domowy, premium czy luksusowy rzadko posiadają jedną precyzyjną definicję, a mimo to skutecznie wpływają na decyzje klientów. Reklama nie sprzedaje samych przedmiotów. Sprzedaje obrazy, wspomnienia i oczekiwania, które odbiorca sam dopowiada do usłyszanych słów.
Psychologia, literatura, prawo i marketing prowadzą więc do tego samego wniosku. Słowo nie jest jedynie narzędziem opisu rzeczywistości. Potrafi wpływać na pamięć, sposób myślenia, decyzje i zachowanie człowieka. Skoro pojedyncze wyrazy potrafią oddziaływać na ludzi w tak wielu dziedzinach życia, trudno się dziwić, że właśnie od nich rozpoczyna się większość konfliktów międzyludzkich.
Większość ludzi traktuje słowa jako narzędzie przekazywania informacji. W praktyce znacznie większą rolę odgrywa ich zdolność do nadawania znaczeń. Odpowiedni dobór słów wpływa na sposób interpretowania faktów, oceniania ludzi oraz podejmowania decyzji. Mechanizm ten od wieków wykorzystują reklama, polityka, media, propaganda, negocjacje i codzienne rozmowy. Fundamentem dialektyki asertywności jest umiejętność rozpoznawania znaczeń budowanych przez rozmówcę oraz przewidywania znaczeń, jakie własnym słowom nada odbiorca. Świadome posługiwanie się tym mechanizmem pozwala trafniej odczytywać intencje, skuteczniej prowadzić dialog i rozpoznawać próby wywierania wpływu. Kolejne rozdziały przedstawiają narzędzia, które pozwalają rozwijać tę umiejętność w praktyce.
Rozdział 2
Ego jako paliwo konfliktu
Dobrym przykładem problemów wynikających z niejednoznaczności słów jest pojęcie ego. W literaturze psychologicznej, filozoficznej i religijnej termin ten występuje bardzo często, jednak jego znaczenie zależy od przyjętego systemu pojęciowego. Dwie osoby mogą prowadzić długą dyskusję o ego, nie zauważając, że każda z nich posługuje się inną definicją tego samego słowa. W rezultacie spór dotyczy nie poglądów, lecz znaczeń.
W języku potocznym ego najczęściej oznacza przesadnie wysokie mniemanie o sobie lub silne przekonanie o własnej ważności. Mówiąc, że ktoś „ma duże ego”, zwykle mamy na myśli osobę zarozumiałą, skoncentrowaną na sobie i oczekującą uznania ze strony otoczenia. W takim znaczeniu ego posiada wyraźnie negatywne zabarwienie emocjonalne i często staje się synonimem pychy lub próżności.
Psychologia posługuje się tym samym słowem w zupełnie innym znaczeniu. W psychoanalizie Zygmunta Freuda ego jest jedną z trzech struktur psychiki, obok id i superego. Nie oznacza pychy ani zarozumiałości, lecz mechanizm odpowiedzialny za utrzymywanie kontaktu z rzeczywistością oraz godzenie potrzeb organizmu z wymaganiami otoczenia. W tym ujęciu ego pełni funkcję regulacyjną i stanowi niezbędny element prawidłowego funkcjonowania psychiki.
Współczesna psychologia często odchodzi od freudowskiego modelu, zachowując jednak samo pojęcie ego lub zastępując je terminem „ja”. Oznacza ono zespół procesów odpowiedzialnych za poczucie własnej tożsamości, świadomość siebie oraz organizację doświadczeń. Również tutaj ego nie jest oceniane jako zjawisko pozytywne lub negatywne. Stanowi po prostu element opisu funkcjonowania człowieka.
Jeszcze inaczej termin ten rozumiany jest w wielu nurtach filozofii indyjskiej. Pojęcie ahamkara, często tłumaczone jako ego, oznacza mechanizm utożsamiania świadomości z ciałem, umysłem, emocjami i pełnionymi rolami społecznymi. Człowiek przestaje postrzegać je jako zjawiska, których doświadcza, a zaczyna uważać je za własną istotę. W takim ujęciu ego nie jest cechą charakteru ani strukturą psychiki, lecz sposobem interpretowania własnej tożsamości.
Każda z tych definicji jest poprawna w obrębie systemu, w którym została sformułowana. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy rozmówcy nie uświadamiają sobie, że używają tego samego słowa w różnych znaczeniach. Dyskusja o ego bardzo szybko zamienia się w spór pozorny. Każda ze stron przedstawia logiczne argumenty, jednak odnoszą się one do innego przedmiotu. Dopiero wcześniejsze uzgodnienie definicji pozwala prowadzić rozmowę dotyczącą tego samego pojęcia.
Aby zrozumieć, dlaczego ego staje się paliwem konfliktu, należy najpierw precyzyjnie zdefiniować samo pojęcie ego.
W niniejszej publikacji konsekwentnie posługiwać się będę definicją wywodzącą się z tradycji therawady. Ego oznacza w niej system przekonań, doświadczeń i przywiązań, za pomocą których człowiek określa samego siebie. Nie jest to jedynie świadomość własnego istnienia, lecz cały mechanizm samoidentyfikacji. Jestem kobietą lub mężczyzną, młody lub stary, bogaty lub biedny, Polakiem lub Anglikiem, ateistą lub katolikiem — wszystkie te określenia budują obraz własnej osoby. Do ego należą również doświadczenia życiowe, zgromadzona wiedza, pamięć, pragnienia, sympatie, antypatie, emocje i wartości. Innymi słowy, ego stanowi filtr, przez który człowiek interpretuje zarówno samego siebie, jak i otaczającą go rzeczywistość.
To właśnie ego decyduje o sposobie odbierania słów. Człowiek reaguje emocjonalnie przede wszystkim na te wypowiedzi, z którymi się utożsamia. Nazwanie czarnoskórej kobiety „murzyńską dziwką” z dużym prawdopodobieństwem zostanie odebrane jako zniewaga, ponieważ oba określenia odnoszą się do elementów jej samoidentyfikacji. Te same słowa skierowane do starszego białego mężczyzny najczęściej nie wywołają podobnej reakcji. Mogą zostać uznane za głupie, absurdalne lub nietrafione, lecz trudno przypisać im osobisty charakter. Ego nie odnajduje w nich własnego obrazu, dlatego nie uruchamia mechanizmów obronnych.
Zrozumienie tej zależności pozwala lepiej dostrzec sposób działania narzędzi dialektycznych. Emocje wywołują przede wszystkim te słowa, które trafiają w elementy budujące ego rozmówcy. Wypowiedzi pozostające poza tym obszarem są zazwyczaj odbierane jako neutralne, przypadkowe lub bezsensowne. Ta sama zasada dotyczy zarówno inwektyw, jak i komplementów. Pochwała oddziałuje tylko wtedy, gdy odnosi się do cechy, z którą człowiek się utożsamia. Obelga działa na tej samej zasadzie. W obu przypadkach źródłem reakcji nie są same słowa, lecz ich związek z ego odbiorcy.
Pogląd, że reakcje emocjonalne zależą od sposobu, w jaki człowiek postrzega samego siebie, nie jest wyłącznie rozważaniem filozoficznym czy konceptem buddyjskim. Od kilkudziesięciu lat podobne zależności stanowią przedmiot intensywnych badań psychologicznych. Choć poszczególni autorzy posługują się odmienną terminologią, wielu z nich dochodzi do wniosku, że człowiek nie broni wyłącznie swoich poglądów. Znacznie częściej broni własnego obrazu samego siebie.
Jednym z pierwszych badaczy, którzy opisali ten mechanizm, był Leon Festinger. Twórca teorii dysonansu poznawczego zauważył, że informacje sprzeczne z przekonaniami wywołują stan wewnętrznego napięcia. Co istotne, napięcie to rzadko prowadzi do natychmiastowej zmiany poglądów. Znacznie częściej człowiek próbuje zakwestionować niewygodne informacje, znaleźć dla nich alternatywne wyjaśnienie lub wzmocnić wcześniejsze przekonania. Obrona własnego sposobu myślenia okazuje się często łatwiejsza niż jego zmiana.
Późniejsze badania Claude’a Steele’a pokazały, że źródłem tej obronnej reakcji nie zawsze są same przekonania. Równie ważne okazuje się zagrożenie dla obrazu własnej osoby. Steele wykazał, że ludzie znacznie spokojniej przyjmują krytykę, jeżeli wcześniej mieli okazję przypomnieć sobie inne wartości, z których są dumni. Wystarczy krótkie wzmocnienie poczucia własnej integralności, aby zmniejszyć potrzebę obrony przed nieprzyjemnymi informacjami. Sugeruje to, że przedmiotem obrony jest nie tyle pojedynczy pogląd, ile spójny obraz samego siebie.
Wnioski płynące z badań Claude’a Steele’a znajdują również praktyczne zastosowanie w szkoleniach z komunikacji interpersonalnej. Popularna metoda „kanapki”, zalecana między innymi podczas udzielania informacji zwrotnej, polega na poprzedzeniu krytyki pozytywnym komunikatem i zakończeniu jej kolejnym wzmocnieniem. Taki sposób przekazywania uwag zmniejsza poczucie zagrożenia dla obrazu własnej osoby, dzięki czemu odbiorca łatwiej koncentruje się na treści krytyki zamiast na jej odrzuceniu.
Mechanizm ten nie ogranicza się jednak do cech indywidualnych. Henri Tajfel wykazał, że równie łatwo człowiek zaczyna utożsamiać się z grupą. W słynnych eksperymentach uczestników losowo przypisywano do dwóch całkowicie przypadkowych zespołów. Sam fakt przynależności wystarczał, aby zaczęli oni faworyzować członków własnej grupy oraz mniej przychylnie oceniać osoby należące do grupy przeciwnej. Badania te pokazały, jak niewiele potrzeba, aby zwykły podział na „my” i „oni” zaczął wpływać na emocje oraz sposób oceniania innych ludzi.
Współczesne badania prowadzone przez Dana Kahana poszerzyły tę obserwację o sposób interpretowania faktów. Analizując reakcje ludzi na dane naukowe dotyczące zagadnień politycznych i społecznych, Kahan zauważył, że ocena tych samych informacji zależy od ich związku z tożsamością odbiorcy. Im silniej określony pogląd wiązał się z poczuciem przynależności do własnej grupy lub światopoglądu, tym większa była skłonność do odrzucania dowodów podważających to przekonanie. Paradoksalnie osoby o wyższych zdolnościach analitycznych często nie były bardziej obiektywne. Skuteczniej wykorzystywały swoje umiejętności do obrony własnej tożsamości.
Wyniki tych badań prowadzą do wspólnego wniosku. Człowiek reaguje szczególnie silnie wtedy, gdy zagrożone zostają elementy, z którymi się utożsamia. Im głębiej dane przekonanie, rola społeczna lub przynależność wpisują się w obraz własnej osoby, tym większa staje się skłonność do ich obrony.
Jednym z najbardziej obrazowych literackich przykładów ego jako paliwa konfliktu jest Iliada Homera. Właściwa akcja eposu nie rozpoczyna się od starcia Greków z Trojanami, lecz od konfliktu pomiędzy Achillesem i Agamemnonem. Powodem sporu nie są względy militarne ani dobro armii, lecz urażony honor obu wodzów. Żaden z nich nie zamierza ustąpić, ponieważ ustępstwo oznaczałoby utratę prestiżu i pozycji. W rezultacie osobisty konflikt dwóch ludzi przeradza się w tragedię tysięcy żołnierzy. Homer pokazuje w ten sposób uniwersalny mechanizm eskalacji sporów — gdy ego staje się ważniejsze od celu, dla którego podjęto wspólne działanie, konflikt zaczyna żyć własnym życiem i pochłania również osoby, które nie miały z jego przyczynami nic wspólnego.
William Szekspir także wielokrotnie budował oś swoich dramatów wokół konfliktów wynikających z naruszenia ludzkiego ego. Bohaterowie jego sztuk rzadko rozpoczynają spór z powodu chłodnej analizy faktów. Znacznie częściej źródłem tragedii stają się urażona duma, potrzeba uznania, zachwiany autorytet, zazdrość lub pragnienie utrzymania własnej pozycji. To właśnie one uruchamiają wydarzenia, które z czasem wymykają się spod kontroli i prowadzą do katastrofy.
Dobrym przykładem jest Król Lear. Stary monarcha oczekuje od córek publicznego potwierdzenia swojej wielkości i miłości do niego. Dwie starsze córki schlebiają jego ego, natomiast Cordelia odmawia udziału w tym przedstawieniu, odpowiadając szczerze i powściągliwie. Lear odbiera jej słowa jako osobiste upokorzenie, wydziedzicza córkę i rozpoczyna ciąg wydarzeń prowadzących do rozpadu rodziny, wojny domowej i śmierci niemal wszystkich głównych bohaterów. Konflikt nie rodzi się z realnego zagrożenia dla państwa, lecz z potrzeby potwierdzenia własnej wartości.
Podobny mechanizm odnajdujemy w Otellu. Jago nie przekonuje Otella logicznymi argumentami ani nie przedstawia wiarygodnych dowodów zdrady. Wystarczy, że stopniowo podważa jego poczucie godności, honoru i męskiej wartości. Gdy ego Otella zaczyna utożsamiać się z wizją zdradzonego męża, rozsądek ustępuje miejsca emocjom. Tragiczny finał dramatu nie jest skutkiem siły argumentów Jaga, lecz skutecznego wykorzystania elementów, z którymi Otello identyfikuje samego siebie.
Również Makbet pokazuje, jak ogromną siłę konfliktotwórczą posiada ego. Przepowiednia wiedźm trafia na podatny grunt, ponieważ budzi u Makbeta pragnienie władzy i wyjątkowości. Od tej chwili każde zagrożenie dla zdobytej korony odbiera on jako zagrożenie dla własnej osoby. Obrona pozycji prowadzi do kolejnych zbrodni, a konflikt, który początkowo rozgrywa się w psychice jednego człowieka, przeradza się w krwawą walkę obejmującą całe królestwo.
Twórczość Szekspira pokazuje, że wielkie tragedie bardzo często rozpoczynają się od pozornie niewielkiego naruszenia ego. Gdy człowiek zaczyna bronić własnego honoru, pozycji lub wyobrażenia o sobie zamiast szukać rozwiązania problemu, konflikt przestaje być środkiem do osiągnięcia celu i sam staje się celem działania.
Przytoczone przykłady z psychologii, historii i literatury prowadzą do wspólnego wniosku — najczęstszym paliwem konfliktu jest ego. To właśnie ono sprawia, że spór o fakty przekształca się w walkę o własną godność, pozycję, przekonania lub tożsamość. Umiejętne prowadzenie rozmowy pozwala ten mechanizm zarówno świadomie wykorzystywać, jak i skutecznie neutralizować. Warunkiem jest jednak wypracowanie dystansu do własnego ego oraz opanowanie narzędzi, które pozwalają oddzielić własną osobę od dyskutowanej tezy i jednocześnie wyznaczać jasne, nieprzekraczalne granice relacji.
Rozdział 3
Granice dialektyki
W Anglii dużą popularnością cieszą się small talks — krótkie rozmowy prowadzone podczas oczekiwania w kolejce, jazdy windą czy podróży pociągiem. Ich celem jest stworzenie przyjaznej atmosfery i uprzyjemnienie wspólnie spędzonej chwili. Przedmiotem takich rozmów pozostają zazwyczaj tematy neutralne, takie jak pogoda, bieżące wydarzenia czy elementy najbliższego otoczenia. Rozmówcy wymieniają uprzejmości, uśmiechy lub drobne komplementy, dzięki którym codzienne sytuacje nabierają bardziej ludzkiego charakteru.
Tego rodzaju konwersacje opierają się na życzliwości i swobodzie. Każdy uczestnik zachowuje pełną autonomię, a rozmowa rozwija się w naturalnym rytmie. W centrum uwagi pozostaje sama przyjemność kontaktu, a nie osiągnięcie konkretnego rezultatu.
Odmienny charakter mają rozmowy prowadzone w relacjach rodzinnych, zawodowych i towarzyskich. Tutaj konwersacja realizuje określony cel. Matka pyta dziecko o dzień spędzony w szkole, ponieważ uczestniczy w jego wychowaniu. Mąż interesuje się sposobem spędzania wolnego czasu przez żonę, ponieważ wspólnie budują związek oparty na zaufaniu. Żona porusza temat nałogów męża, ponieważ wpływają one na jakość wspólnego życia, poczucie bezpieczeństwa i sytuację materialną rodziny. Rozmowa staje się narzędziem realizacji określonych potrzeb i wartości.
Każda świadoma dialektyka rozpoczyna się od rozpoznania intencji. Zanim przejdziemy do analizy argumentów, warto ustalić, jaki cel realizuje nasz rozmówca. Troska, ciekawość, potrzeba współpracy, chęć przekonania, obrona własnych interesów czy dążenie do uzyskania informacji prowadzą do odmiennych sposobów prowadzenia rozmowy. Rozpoznanie intencji pozwala właściwie interpretować kolejne wypowiedzi i dobierać adekwatny sposób komunikacji.
Najskuteczniejszym sposobem rozpoznawania intencji pozostaje kierowanie rozmowy w stronę celu, który rozmówca zamierza osiągnąć. Pytania o motyw, oczekiwany rezultat lub znaczenie wypowiedzi szybko odsłaniają rzeczywisty przedmiot rozmowy. Dzięki temu dialektyka koncentruje się na rzeczywistym problemie zamiast na jego słownych przejawach.
Intencje bardzo rzadko ujawniają się wprost. Znacznie częściej można je odczytać z kierunku, w którym rozmówca prowadzi konwersację. Każde kolejne pytanie, każdy argument i każda dygresja przybliżają określony cel. Zadaniem dialektyka jest śledzenie tego kierunku i oddzielanie celu rozmowy od jej treści.
Najprostszym narzędziem służącym do rozpoznawania intencji jest pytanie o oczekiwany rezultat rozmowy. „Do czego zmierzasz?”, „Co chciałbyś osiągnąć?”, „Jakiego rozwiązania oczekujesz?” — każde z tych pytań przesuwa uwagę z argumentów na cel całej interakcji. Rozmówca zaczyna wówczas odsłaniać własną motywację, a dalsza rozmowa nabiera znacznie większej przejrzystości.
Dialektyka pozwala również odróżnić intencję od argumentacji. Ta sama teza może służyć wielu różnym celom. Prośba o zmianę zachowania może wynikać z troski o drugiego człowieka, z potrzeby wspólnego rozwiązania problemu, z chęci przejęcia kontroli albo z dążenia do osiągnięcia własnych korzyści. Treść wypowiedzi pozostaje identyczna, natomiast jej znaczenie zmienia się wraz z intencją.
Granice intencji wyznaczają również zakres osób, którym przyznajemy wpływ na własne życie. Każda relacja rozwija się w oparciu o świadomie zaakceptowany poziom zaufania, odpowiedzialności i wzajemnego zaangażowania. Intencje zgodne z naszym systemem wartości wzmacniają relację i tworzą przestrzeń do dalszego dialogu. Intencje nastawione na wykorzystanie, dominację lub realizację jednostronnych korzyści wyznaczają naturalną granicę dalszego zaangażowania. Świadome rozpoznawanie tych motywów stanowi pierwszy krok każdej dojrzałej dialektyki.
Kolejnym krokiem jest zadanie sobie prostego pytania: Czy warto prowadzić tę rozmowę? Czy wpływa ona korzystnie na moje samopoczucie? Czy służy realizacji moich wartości i celów? Czy intencje rozmówcy pozostają z nimi zgodne?
W tradycji buddyzmu therawady zagadnienie zasadności rozmowy zajmuje szczególne miejsce. Praktyka monastyczna przywiązuje dużą wagę do jakości konwersacji i jasno określa sytuacje, w których rozmowa przynosi pożytek oraz te, w których prowadzi jedynie do rozproszenia uwagi. Obgadywanie innych ludzi, wtrącanie się do cudzych spraw, udzielanie nieproszonych rad czy prowadzenie bezcelowych dyskusji zajmują czas, nie wnosząc żadnej wartości do praktyki duchowej. Therawada wyznacza w ten sposób wyraźne granice interakcji i zachęca do świadomego decydowania o tym, komu poświęcamy swój czas i uwagę.
Praktykowanie tej zasady znacząco upraszcza codzienne życie. Oprócz świadomego doboru tematów warto również zwracać uwagę na osoby, z którymi podejmujemy dialog. Tradycja therawady zaleca powstrzymywanie się od rozmów z osobami znajdującymi się pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Stan odurzenia uniemożliwia prowadzenie uważnej, produktywnej i świadomej rozmowy, dlatego taka konwersacja przestaje realizować cele praktyki duchowej.
Granice intencji stanowią pierwszy etap świadomej dialektyki. Ich zadaniem jest ochrona własnego dobrostanu psychicznego i duchowego. Każda rozmowa wnosi do naszego życia określone konsekwencje, dlatego warto świadomie wybierać te interakcje, które służą naszym wartościom i pozostają wolne od niepotrzebnego cierpienia.
Granice definicji
Kiedyś wdałem się w, wydawałoby się, niepotrzebną dyskusję. Chodziło o „wyrwanie się z systemu”. Zrezygnowałem z prowadzenia firmy, rozdałem majątek i zaszyłem się w buszu, na drugiej stronie globu, wśród bandy łysych facetów w sukienkach. Rezygnacja z dóbr doczesnych wydawała mi się ucieczką od systemu, czymkolwiek by ten system nie był.
Tymczasem mój rozmówca dowodził, że z jednego systemu trafiłem do innego — monastycznego. Według niego wyrwanie się z systemu oznacza zamieszkanie w szałasie pośród łąk i samodzielną uprawę żywności. Jeszcze inna osoba utożsamiała wyrwanie się z systemu z osiągnięciem niezależności finansowej. Duże oszczędności pozwalały jej żyć w dowolnym miejscu świata, bez konieczności martwienia się o środki materialne.
Ile osób, tyle definicji wolności. Polska mądrość ludowa mówi, że „gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie”. W tym przypadku bardziej adekwatne wydaje się jednak inne powiedzenie: „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Każdy uczestnik rozmowy wnosi własne definicje pojęć, a wraz z nimi własny sposób rozumienia rzeczywistości. Nie spieraliśmy się więc o wolność. Spieraliśmy się o znaczenie słów „wyrwać się z systemu”.
Dlatego jedną z pierwszych czynności w dialektyce jest ustalenie znaczenia najważniejszych terminów. W przeciwnym razie bardzo łatwo rozpocząć spór, którego przedmiot pozostaje nieokreślony. Ustalenie granic definicji pozwala przynajmniej mieć pewność, czego dotyczy dyskusja i jakie znaczenie uczestnicy rozmowy przypisują używanym pojęciom.
Każda pojawiająca się rozbieżność znaczeniowa stanowi sygnał do zatrzymania rozmowy i doprecyzowania terminologii. Wspólna definicja porządkuje dalszy tok rozumowania i pozwala analizować tę samą tezę zamiast kilku różnych znaczeń tego samego słowa.
Kontrolowanie granic definicji porządkuje również sposób prowadzenia rozmowy. Uwaga skupia się na analizie używanych pojęć, dzięki czemu łatwiej zachować dystans do własnych opinii i skoncentrować się na technicznej stronie argumentacji. Przez cały czas monitorujemy intencję rozmowy oraz znaczenie używanych terminów, utrzymując dyskusję w granicach ustalonych na jej początku.
Definicje mogą oczywiście ulegać zmianie. Każda nowa propozycja znaczenia staje się jednak przedmiotem wspólnego ustalenia. Zatrzymujemy rozmowę, doprecyzowujemy sporne pojęcie i dopiero wtedy przechodzimy do dalszej analizy. Definicja nie musi odpowiadać znaczeniu słownikowemu. Wystarczy, że obie strony przypisują danemu terminowi to samo znaczenie i konsekwentnie posługują się nim przez dalszy tok rozmowy. Dzięki temu analiza koncentruje się na badanej tezie, a nie na nieporozumieniach językowych.
Granica tematu
Analogicznie do granic definicji należy kontrolować granice tematu. Jeżeli dyskusja dotyczy II wojny światowej, nie pozwalamy, aby dygresje dotyczące wojen napoleońskich zmieniły jej przedmiot. Podobnie jak ustalamy znaczenie podstawowych pojęć, warto również określić zakres omawianego tematu. Kontrola granic tematu pozwala zachować higienę rozmowy i utrzymać spójny tok rozumowania. Gdy rozmówca zaczyna odbiegać od ustalonego tematu, przerywamy dygresję, zwracamy na nią uwagę i świadomie wracamy do głównego wątku.
Arthur Schopenhauer w Erystyce, czyli sztuce prowadzenia sporów opisał szereg technik stosowanych w celu uzyskania przewagi nad przeciwnikiem. Znaczna część z nich polega na świadomym lub nieświadomym naruszaniu granic tematu. Rozmówca stopniowo rozszerza zakres dyskusji, zawęża go do pojedynczego przypadku lub przenosi rozmowę na zagadnienie, które łatwiej mu obronić. W rezultacie uczestnicy sprawiają wrażenie, że nadal rozmawiają o tym samym, choć faktycznie analizują już zupełnie inny problem. Po pewnym czasie obie strony zapominają, od czego właściwie rozpoczęła się rozmowa.
Jednym z takich zabiegów jest rozszerzenie tematu. Rozmowa rozpoczyna się od pojedynczego przypadku, lecz po chwili dotyczy już całej grupy zjawisk. Dyskusja o jednym wydarzeniu przeradza się w ocenę całej epoki, jednego człowieka lub nawet całej ideologii. Rozszerzenie zakresu rozmowy pozwala rozmówcy poruszać się po obszarach, w których czuje się pewniej, pozostawiając pierwotny problem bez odpowiedzi.
Drugim sposobem jest zawężenie tematu. Rozmówca wybiera pojedynczy wyjątek i koncentruje na nim całą uwagę, mimo że dyskusja dotyczy zjawiska znacznie szerszego. Zamiast analizować ogólną zasadę, rozmowa zaczyna obracać się wokół jednego szczególnego przypadku. Na przykład ktoś podważa zasadność danych statystycznych swoją pojedynczą obserwacją niezgodną ze średnią lub próbuje zniszczyć całą zasadę jednym wyjątkiem. Takie próby należy umieć rozpoznawać i wychwytywać, by dyskusja zachowywała swoją merytoryczną czystość.
Schopenhauer zwraca również uwagę na podmianę przedmiotu sporu. Rozmówca pozornie odpowiada na zadane pytanie, jednak w rzeczywistości odpowiada na inne — wygodniejsze dla siebie. Dyskusja sprawia wrażenie ciągłej, choć w rzeczywistości analizowany jest już zupełnie inny problem.
Wszystkie te zabiegi mają wspólną cechę. Zmieniają granice tematu bez wyraźnego poinformowania o tym drugiej strony. Dlatego każda istotna zmiana zakresu rozmowy powinna zostać świadomie zauważona i uzgodniona. Jeżeli chcemy przejść do nowego zagadnienia, warto po prostu to zakomunikować. W przeciwnym razie uczestnicy rozmowy mogą odnieść wrażenie, że nadal dyskutują o tym samym, choć w rzeczywistości analizują już dwa różne problemy.
Asertywność w tym kontekście jest umiejętnością wyłapywania takich zabiegów erystycznych i ich korygowania.
Przykładowo już Arystoteles zwracał uwagę, że poprawny argument powinien odnosić się do tezy będącej przedmiotem analizy. W O dowodach sofistycznych opisał sytuacje, w których rozmówca przedstawia logiczne i pozornie trafne argumenty, które w rzeczywistości nie dotyczą omawianego zagadnienia. Dyskusja sprawia wrażenie uporządkowanej, jednak jej uczestnicy analizują już inny problem niż ten, od którego rozpoczęli rozmowę.
Dobrym przykładem jest dyskusja nad ograniczeniem prędkości do 30 km/h w centrum miasta. Jedna ze stron pyta, czy taki przepis rzeczywiście poprawi bezpieczeństwo i czy przyniesie więcej korzyści niż strat. W odpowiedzi słyszy: „Przecież wszyscy chcemy, żeby dzieci były bezpieczne.” Trudno nie zgodzić się z takim stwierdzeniem. Problem polega jednak na tym, że nie stanowi ono odpowiedzi na postawione pytanie. Rozmowa przestaje dotyczyć skuteczności konkretnego rozwiązania, a zaczyna obracać się wokół ogólnej wartości, z którą niemal każdy się utożsamia. Uczestnicy odnoszą wrażenie, że nadal dyskutują o ograniczeniu prędkości, choć w rzeczywistości analizują już zupełnie inny temat.
Arystoteles zauważył również, że odejście od głównego tematu nie musi mieć charakteru gwałtownego. Wystarczy pojedyncza dygresja lub pozornie trafna analogia, aby rozmowa stopniowo zmieniła swój przedmiot. Po kilku kolejnych wypowiedziach uczestnicy często nie zdają sobie sprawy, że pierwotna teza została porzucona, a cała argumentacja dotyczy już innego zagadnienia.
Dlatego kontrolowanie granic tematu stanowi jeden z podstawowych elementów dialektyki. Każdy argument warto odnieść do wcześniej ustalonego przedmiotu rozmowy. Jeżeli wypowiedź nie przybliża rozwiązania analizowanego problemu, lecz kieruje uwagę na inne zagadnienie, warto zatrzymać dyskusję i świadomie powrócić do głównego tematu.
Granice argumentacji
Niemal każdy człowiek podświadomie dąży do wygrania dyskusji. Nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, woli, aby to jego pogląd okazał się słuszny. Obrona własnych przekonań często trwa jeszcze długo po tym, gdy argumenty przestają je wspierać. W takiej sytuacji rozmówca zaczyna sięgać po argumenty, których celem nie jest już poszukiwanie prawdy, lecz osiągnięcie przewagi erystycznej. Dlatego tak istotne jest utrzymywanie merytorycznej czystości rozmowy poprzez stałą kontrolę granic argumentacji.
Podstawą tej kontroli jest zadawanie sobie prostego pytania: w jaki sposób ten argument wpływa na ocenę analizowanej tezy? Jeżeli nie potrafimy udzielić jednoznacznej odpowiedzi, warto zatrzymać rozmowę i ustalić, czy przedstawiona wypowiedź rzeczywiście stanowi argument, czy jedynie opinię, ocenę, dygresję albo próbę zmiany kierunku dyskusji.
Dobra argumentacja przypomina budowę mostu. Każdy kolejny element wzmacnia całą konstrukcję i przenosi ciężar na następny. Wystarczy jednak kilka przypadkowych lub wadliwych elementów, aby osłabić całość. Podobnie wygląda dyskusja. Każdy argument powinien pozostawać w logicznym związku z analizowaną tezą oraz z argumentami przedstawionymi wcześniej.
Jeżeli fundament argumentacji zostanie naruszony przez argument nietrafiony lub błędny, cała konstrukcja staje się podatna na podważenie. Dotyczy to zarówno naszych wypowiedzi, jak i wypowiedzi rozmówcy. Dlatego znajomość zasad argumentacji oraz technik erystycznych nie służy wyłącznie budowaniu własnego stanowiska. Przede wszystkim zwiększa świadomość mechanizmów rządzących dyskusją. Człowiek zaczyna dostrzegać, kiedy argument wzmacnia analizowaną tezę, a kiedy pełni jedynie funkcję manipulacji lub odwrócenia uwagi. Świadomość tych mechanizmów daje większą kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Zamiast podążać za emocjami lub retoryczną sprawnością rozmówcy, możemy świadomie decydować, które argumenty rozwijają analizę, a które jedynie zmieniają kierunek dyskusji.
Znajomość erystyki nie służy zatem temu, aby manipulować rozmówcą. Jej zadaniem jest ujawnianie mechanizmów manipulacji. Świadomość stosowanych technik pozwala odzyskać kontrolę nad przebiegiem komunikacji i świadomie decydować, czy podążamy za tokiem rozumowania, czy za retoryką oponenta.
Wypowiedź składa się ze zdań, zdania ze słów, a to właśnie słowa nadają wypowiedzi treść, tworząc cały wachlarz znaczeń. Znaczenia te mają wartość komunikacyjną o tyle, o ile kształtują stany mentalne rozmówcy. Innymi słowy, rozmowa wywołuje określone reakcje emocjonalne i poznawcze, dlatego warto świadomie kierować jej przebiegiem.
Mechanizmy językowe wykorzystywane w komunikacji od wieków stanowią przedmiot zainteresowania filozofów, logików i językoznawców. Analizowali je Platon i Arystoteles, Kant i Schopenhauer, a współcześnie zajmują się nimi również psychologowie, lingwiści i badacze komunikacji. Zagadnienie to zostało już szeroko opisane, dlatego nie zamierzam tworzyć kolejnej klasyfikacji. Celem tej książki jest zebranie i uporządkowanie mechanizmów manipulacji argumentacją wykorzystywanych w dialektyce oraz pokazanie, jak je rozpoznawać podczas rozmowy.
Spośród wielu autorów szczególnie cenię analizę Arthura Schopenhauera. Jego Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów pozostaje jednym z najbardziej wnikliwych opracowań technik stosowanych podczas sporów. Dlatego w kolejnych podrozdziałach będę często odwoływał się do jego obserwacji, przedstawiając je w kontekście kontroli granic argumentacji.
Argument ad hominem
Jednym z najczęściej spotykanych narzędzi erystycznych jest argument ad hominem. Polega on na przeniesieniu uwagi z analizowanej tezy na osobę, która tę tezę przedstawia. Zamiast oceniać wartość argumentów, rozmówca zaczyna oceniać charakter, przeszłość, kompetencje lub motywacje swojego oponenta.
Wyobraźmy sobie dyskusję o szkodliwości palenia papierosów. Jedna osoba przedstawia wyniki badań medycznych, druga odpowiada: „A ty sam paliłeś przez dwadzieścia lat.” Taka odpowiedź nie odnosi się do przedstawionych dowodów. Przesuwa jedynie uwagę z analizowanej tezy na osobę rozmówcy. Nawet gdyby zarzut był całkowicie prawdziwy, nie zmienia on wartości przytoczonych badań ani nie obala przedstawionych argumentów.
Podobny mechanizm pojawia się w zdaniach: „Nie będę słuchał rozwodnika, który udziela porad małżeńskich.”, „Co ty możesz wiedzieć o ekonomii, skoro zbankrutowałeś?” albo „Nie masz dzieci, więc nie masz prawa wypowiadać się o wychowaniu.” Każda z tych wypowiedzi ocenia człowieka zamiast analizować jego argumentację. Rozmowa przestaje dotyczyć tezy i zaczyna dotyczyć osoby.
Nie oznacza to jednak, że informacje o rozmówcy nigdy nie mają znaczenia. Jeżeli przedmiotem analizy jest wiarygodność świadka, kompetencje eksperta lub konflikt interesów, cechy osoby stają się elementem samej tezy i mogą stanowić pełnoprawny argument. Ad hominem pojawia się dopiero wtedy, gdy ocena osoby zastępuje ocenę argumentu.
Najprostszym sposobem obrony przed tym zabiegiem jest świadomy powrót do analizowanej tezy. Zamiast odpowiadać na zarzut dotyczący własnej osoby, warto zadać krótkie pytanie, w jaki sposób ta informacja wpływa na ocenę przedstawionego argumentu?
Jeżeli rozmówca nie potrafi wykazać takiego związku, dyskusja opuściła granice argumentacji i wymaga powrotu do merytorycznej analizy.
Świadomość tego mechanizmu działa rewelacyjnie także jako forma obrony. Osoba broniąca swojej asertywności może wykorzystać ją jako tarczę. Gdy ktoś próbuje nas skrytykować, nie będąc o tę krytykę wcześniej poproszony, można bronić się argumentem ad hominem. Teściową krytykującą zięcia może on oskarżyć o zaniechania w wychowaniu córki; u mechanika samochodowego wciskającego kit o nieistniejących usterkach, by naciągnąć na niepotrzebne naprawy, można podważyć znajomość zawiłości technicznych lub brak adekwatnego wykształcenia do takiej diagnozy; przykładem może być też sytuacja, w której rozmówca zarzuca nieekonomię — Co ty możesz wiedzieć o pieniądzach, skoro sam zbankrutowałeś?
Argument ad hominem polega zatem na przeniesieniu uwagi na osobę rozmówcy. Przedmiotem analizy przestaje być przedstawiona teza, a staje się człowiek, który ją wypowiedział. Rozmowa zmienia swój kierunek, choć często dzieje się to niemal niezauważalnie. Tym sposobem ostrze w nas wymierzone można łatwo odwrócić w stronę rozmówcy.
Mechanizm ten jest niezwykle skuteczny, ponieważ większość ludzi odruchowo zaczyna bronić własnej osoby. W efekcie porzuca wcześniejszą argumentację i podejmuje nowy temat narzucony przez oponenta. Rozmowa nadal trwa, lecz nie dotyczy już pierwotnej tezy.
Rozpoznanie tego momentu pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem dyskusji. Gdy rozmówca stosuje argument ad hominem, zamiast odpowiadać na ocenę własnej osoby, warto zauważyć, że argumentacja opuściła wcześniej ustalone granice i świadomie powrócić do analizowanej tezy. Z drugiej strony zrozumienie tego mechanizmu pozwala równie łatwo zakończyć atak i ugasić konflikt, zanim ten na dobre rozgorzeje.
Argument ad populum
Argument ad populum jest niezwykle często wykorzystywany w komunikacji. W wielu społecznościach stanowi wręcz podstawowy sposób uzasadniania własnych przekonań. Wszyscy sąsiedzi chodzą w niedzielę do kościoła, więc staje się to niepisanym obowiązkiem. Analiza zostaje zastąpiona opinią większości. Zamiast wykazywać słuszność przedstawionego stanowiska, rozmówca odwołuje się do liczby osób, które rzekomo podzielają jego pogląd. Ciężar argumentacji zostaje przeniesiony z faktów na społeczną akceptację.
W praktyce argument ten pojawia się niezwykle często. Słyszymy stwierdzenia: „Większość ludzi uważa, że…”, „Cały świat o tym wie”, „Tylko foliarze w to wierzą” czy „Nikt rozsądny nie myśli inaczej”. W każdym z tych przypadków liczba zwolenników ma zastąpić rzeczową analizę argumentów.
Siła tego mechanizmu wynika z naturalnej potrzeby przynależności do grupy. Człowiek instynktownie obawia się odrzucenia, dlatego opinia większości wywiera silną presję społeczną. Rozmówca przestaje analizować argumenty, a zaczyna zastanawiać się, czy jego stanowisko nie postawi go poza grupą.
Argument ad populum nie próbuje wykazać prawdziwości tezy. Jego zadaniem jest stworzenie wrażenia, że liczba zwolenników sama w sobie stanowi dowód. W praktyce rozmówca rzadko dysponuje wiedzą o poglądach większości. Najczęściej powołuje się na nie w sposób intuicyjny lub całkowicie arbitralny. Warto więc oddzielić opinię społeczną od argumentacji i świadomie powrócić do analizy omawianej tezy.
Podobnie jak w przypadku argumentu ad hominem, świadomość działania mechanizmu ad populum pozwala przejąć kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Rozpoznanie tego zabiegu umożliwia świadomy wybór reakcji. Możemy zignorować próbę wywarcia presji społecznej i powrócić do analizowanej tezy albo wykorzystać ten sam mechanizm do wygaszenia konfliktu lub osłabienia agresywnej postawy rozmówcy. Stwierdzenie: „Skoro wszyscy tak postępują, mam prawo postąpić podobnie” nie dowodzi słuszności naszego stanowiska, jednak może skutecznie zmienić dynamikę rozmowy. Świadomość, że jest to zabieg erystyczny, pozwala korzystać z niego świadomie, zamiast ulegać mu nieświadomie.
Argument ad verecundiam
Innym niezwykle częstym elementem rozmowy jest argument ad verecundiam, który polega na zastąpieniu rzeczowej analizy odwołaniem się do autorytetu. Zamiast przedstawiać argumenty dotyczące omawianej tezy, rozmówca powołuje się na opinię osoby uznawanej za eksperta, naukowca, polityka, celebryty lub inny powszechnie szanowany autorytet. Ciężar argumentacji zostaje przeniesiony z samej tezy na zaufanie, jakim darzona jest wskazana osoba.
W codziennej komunikacji argument ten pojawia się niezwykle często. Słyszymy stwierdzenia: „Profesor X twierdzi, że…”, „Lekarze są zgodni”, „Naukowcy udowodnili”, „Skoro powiedział to Einstein, musi być prawdą”. Nierzadko autorytetem zostaje również osoba znana z mediów, choć jej kompetencje nie mają żadnego związku z omawianym zagadnieniem. Sam fakt powołania się na uznaną osobę ma wywołać wrażenie, że dalsza dyskusja jest zbędna.
Tymczasem siła tego mechanizmu nie wynika z rzeczywistego stanowiska przywoływanego autorytetu, lecz z naturalnej skłonności człowieka do ufania osobom uznawanym za bardziej kompetentne. Autorytety ułatwiają podejmowanie decyzji i porządkowanie wiedzy, dlatego ich opinie często przyjmowane są bez samodzielnej analizy. W dyskusji mechanizm ten może jednak prowadzić do przekroczenia granic argumentacji. Przedmiotem rozmowy przestaje być sama teza, a staje się osoba, która ją wypowiedziała.
W mediach można znaleźć tysiące cytatów przypisywanych autorytetom. Część z nich jest prawdziwa, lecz zdecydowanej większości nie będziemy w stanie potwierdzić. Wypowiedzi Alberta Einsteina od dawna dominują w mediach społecznościowych i na stronach internetowych, tymczasem ich źródeł próżno szukać w publikacjach samego naukowca. Bardzo często są to zdania wyrwane z kontekstu lub wręcz słowa, których prawdopodobnie nigdy nie wypowiedział.
Szczególnym przypadkiem są na przykład wypowiedzi przypisywane Pitagorasowi. W internecie można znaleźć ich setki, zwłaszcza dotyczących wegetarianizmu i praw zwierząt. Problem polega na tym, że nie zachował się ani jeden autentyczny tekst napisany przez samego Pitagorasa. Nie sposób więc zweryfikować, czy kiedykolwiek wypowiedział przypisywane mu słowa. Mimo to nazwisko słynnego filozofa w sposób absolutnie nieautoryzowany od setek lat skutecznie wzmacnia siłę argumentu, wykorzystując naszą tendencję do zawierzania opinii autorytetu.
Rozpoznanie argumentu ad verecundiam pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Powołanie się na autorytet może stanowić cenną wskazówkę i zachęcać do dalszego poszukiwania informacji, szczególnie wtedy, gdy obie strony zgadzają się z przedstawioną tezą. Nie zastępuje jednak analizy omawianego zagadnienia. Warto więc oddzielić szacunek dla kompetencji danej osoby od argumentów odnoszących się do przedmiotu dyskusji i świadomie powrócić do meritum rozmowy.
Podobnie jak w przypadku pozostałych zabiegów erystycznych, świadomość działania argumentu ad verecundiam pozwala przejąć kontrolę nad komunikacją. Możemy rozpoznać próbę zakończenia dyskusji samym autorytetem lub sami odwołać się do uznanej osoby, gdy naszym celem jest obniżenie napięcia albo zakończenie sporu. Nasz rozmówca będzie miał równie duży problem z potwierdzeniem źródła takiej wypowiedzi, zatem możemy dość swobodnie powoływać się na różnorakie autorytety. Należy jednak pamiętać, że nawet największy autorytet w żaden sposób nie rozstrzyga o prawdziwości tezy. Jest jedynie narzędziem oddziaływania na przebieg rozmowy, którym możemy moderować jej napięcie i kierunek.
Argument ad baculum
Argument ad baculum polega na zastąpieniu rzeczowej argumentacji groźbą lub sugestią negatywnych konsekwencji. Zamiast wykazywać słuszność przedstawionej tezy, rozmówca wywołuje u odbiorcy lęk przed karą, stratą lub innymi nieprzyjemnymi skutkami. Ciężar argumentacji zostaje przeniesiony z analizy problemu na obawę przed konsekwencjami sprzeciwu.
W codziennej komunikacji argument ten pojawia się znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać. Słyszymy stwierdzenia: „Jeżeli tego nie zrobisz, pożałujesz.”, „Lepiej się ze mną nie kłóć.”, „Jeżeli zagłosujesz inaczej, kraj pogrąży się w chaosie.”, „Nie wypowiadaj się na ten temat, bo możesz mieć kłopoty.” W każdym z tych przypadków rozmówca nie próbuje wykazać słuszności swojego stanowiska. Próbuje jedynie sprawić, aby druga strona uznała je z obawy przed możliwymi konsekwencjami.
Tego typu narzędzie jest szczególnie często wykorzystywane w stosunku do osób ugodowych lub o słabej psychice. Ludzie z niewypracowaną asertywnością ulegają takiej argumentacji, choć ona przecież niekoniecznie musi rzeczywiście odzwierciedlać prawdę. Narzędzie to bazuje na naszych lękach lub zmartwieniach, a jego celem jest wywarcie emocjonalnej presji. Siła tego mechanizmu wynika z naturalnego instynktu unikania zagrożeń. Człowiek znacznie szybciej reaguje na możliwość poniesienia straty niż na spokojną analizę argumentów. W efekcie rozmowa przestaje dotyczyć omawianej tezy, a zaczyna koncentrować się na przewidywanych skutkach jej odrzucenia. Granice argumentacji zostają zastąpione granicami strachu.
Argument ad baculum nie musi przyjmować formy otwartej groźby. Bardzo często występuje jako subtelna sugestia, nacisk społeczny, szantaż emocjonalny lub wykorzystanie zależności służbowej. Przełożony może powiedzieć: „Oczywiście decyzja należy do ciebie, ale pamiętaj, kto podpisuje premię.” Rodzic może stwierdzić: „Rób jak uważasz, ale nie licz wtedy na moją pomoc.” W obu przypadkach sednem wypowiedzi nie jest analiza problemu, lecz wywołanie określonej reakcji poprzez wskazanie możliwych konsekwencji.
Rozpoznanie argumentu ad baculum pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Warto oddzielić rzeczywistą ocenę zagrożenia od samej tezy będącej przedmiotem dyskusji. Dopiero wtedy można zdecydować, czy przedstawione konsekwencje są realnym elementem analizowanego problemu, czy jedynie próbą wywarcia presji. Świadomość tego mechanizmu pozwala nie tylko rozpoznać próbę manipulacji, ale również świadomie wykorzystywać go do deeskalacji konfliktu. Odpowiednio użyta sugestia możliwych konsekwencji może zakończyć agresywną konfrontację, zanim przerodzi się ona w otwarty konflikt.
Argument ad misericordiam
Argument ad misericordiam polega na zastąpieniu rzeczowej argumentacji odwołaniem się do współczucia. Zamiast wykazywać słuszność przedstawionej tezy, rozmówca próbuje wzbudzić litość, poczucie winy lub współodpowiedzialności. Ciężar argumentacji zostaje przeniesiony z analizy problemu na emocjonalny stan odbiorcy.
W codziennej komunikacji argument ten pojawia się niezwykle często. Słyszymy stwierdzenia: „Mam trójkę dzieci.”, „Całe życie ciężko pracowałem.”, „Jestem chory, więc należy mi się wyjątek.”, „Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem…”. Każde z tych zdań może być prawdziwe, jednak samo w sobie nie stanowi argumentu odnoszącego się do omawianej tezy. Ma jedynie wywołać współczucie, które wpłynie na decyzję rozmówcy.
Siła tego mechanizmu wynika z naturalnej skłonności człowieka do pomagania osobom znajdującym się w trudnej sytuacji. Empatia jest jedną z najważniejszych cech umożliwiających funkcjonowanie społeczeństwa. Z tego właśnie powodu odwołanie się do współczucia bywa wyjątkowo skutecznym narzędziem wpływu. Rozmówca przestaje analizować przedstawione argumenty, a zaczyna zastanawiać się, czy odmowa nie będzie oznaczała braku wrażliwości lub człowieczeństwa.
Argument ad misericordiam często pojawia się w szantażu emocjonalnym. Prośba o pomoc stopniowo przekształca się w oczekiwanie, a odmowa zostaje przedstawiona jako moralnie naganna. W rezultacie przedmiotem rozmowy przestaje być sama teza, a staje się emocjonalny dyskomfort osoby, do której kierowana jest wypowiedź.
Rozpoznanie argumentu ad misericordiam pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Współczucie może być ważnym elementem podejmowania decyzji, nie zastępuje jednak analizy omawianej tezy. Warto więc oddzielić empatię wobec rozmówcy od argumentów odnoszących się do przedmiotu dyskusji i świadomie zdecydować, czy nasza reakcja wynika z przekonania, czy wyłącznie z wywołanych emocji.
Podobnie jak w przypadku pozostałych zabiegów erystycznych, świadomość działania argumentu ad misericordiam pozwala przejąć kontrolę nad komunikacją. Możemy rozpoznać próbę wywołania poczucia winy lub sami odwołać się do empatii rozmówcy, gdy naszym celem jest złagodzenie konfliktu albo zakończenie sporu. Świadome przedstawienie siebie w roli osoby pokrzywdzonej pozwala lepiej poznać intencję rozmówcy i rzeczywisty cel prowadzonej dyskusji, dlatego może być niezwykle użytecznym narzędziem komunikacyjnym w zdrowych relacjach. Ułatwia ocenę, czy rozmówca koncentruje się wyłącznie na własnych potrzebach, czy potrafi również spojrzeć na sytuację z perspektywy drugiej strony. Dzięki temu łatwiej ocenić jego intencje, o czym szerzej opowiem w rozdziale poświęconym sofistyce sokratejskiej.
Argument chochoła (straw man)
Argument chochoła (straw man) polega na zastąpieniu rzeczywistej tezy jej uproszczoną, zniekształconą lub skrajną wersją. Rozmówca nie odpowiada na przedstawiony argument, lecz na jego własną interpretację. W efekcie przedmiotem dyskusji przestaje być to, co rzeczywiście zostało powiedziane, a staje się teza, której druga strona nigdy nie postawiła.
Mechanizm ten jest niezwykle powszechny w debatach politycznych, mediach i codziennych rozmowach. Wystarczy powiedzieć: „Powinniśmy ograniczyć prędkość w centrum miasta”, aby usłyszeć odpowiedź: „Czyli chcesz zakazać ludziom korzystania z samochodów.” Ktoś proponuje ograniczenie wydatków państwa, a jego rozmówca odpowiada: „Chcesz zlikwidować pomoc dla najbiedniejszych.” Oryginalna teza zostaje zastąpiona łatwiejszą do zaatakowania konstrukcją.
Siła tego mechanizmu wynika z faktu, że większość słuchaczy nie pamięta dokładnego przebiegu rozmowy. Zapamiętują przede wszystkim ostatnią wersję przedstawionego stanowiska. Jeżeli nikt nie zwróci uwagi na zmianę treści argumentu, zniekształcona teza zaczyna funkcjonować jako stanowisko przypisywane rozmówcy. W ten sposób dyskusja zostaje przeniesiona na zupełnie inny temat.
Rozpoznanie argumentu chochoła pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Zamiast bronić stanowiska, którego nigdy nie przedstawiliśmy, warto wskazać moment, w którym nasza teza została zmieniona, i powrócić do jej pierwotnego brzmienia. W praktyce bardzo często wystarcza spokojne stwierdzenie: „Tego nie powiedziałem” lub „To nie jest moja teza. Wróćmy do tego, co rzeczywiście powiedziałem.”
Podobnie jak w przypadku pozostałych zabiegów erystycznych, świadomość działania argumentu chochoła pozwala przejąć kontrolę nad komunikacją. Możemy rozpoznać próbę przypisania nam poglądów, których nigdy nie wyraziliśmy, lub sami świadomie wykorzystać ten mechanizm do zmiany kierunku rozmowy. Należy jednak pamiętać, że skuteczność argumentu chochoła wynika wyłącznie z przekształcenia stanowiska przeciwnika. Nie wnosi on nowych argumentów do dyskusji, lecz zmienia przedmiot sporu na łatwiejszy do zaatakowania.
Fałszywa alternatywa
Fałszywa alternatywa polega na przedstawieniu złożonego problemu tak, jakby istniały wyłącznie dwa możliwe rozwiązania. Rozmówca pomija wszystkie pozostałe możliwości i zmusza odbiorcę do wyboru jednej z narzuconych opcji. Ciężar argumentacji zostaje przeniesiony z poszukiwania najlepszego rozwiązania na wybór pomiędzy dwoma skrajnościami.
W codziennej komunikacji argument ten pojawia się niezwykle często. Słyszymy stwierdzenia: „Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam.”, „Albo mnie kochasz, albo mnie nienawidzisz.”, „Albo przyjmiesz tę ofertę, albo zostaniesz bez pracy.”, „Musisz wybrać: bezpieczeństwo albo wolność.” W każdym z tych przypadków rozmówca przedstawia jedynie dwie możliwości, choć rzeczywistość najczęściej oferuje znacznie więcej rozwiązań.
Siła tego mechanizmu wynika z uproszczenia procesu podejmowania decyzji. Człowiek znacznie łatwiej wybiera pomiędzy dwiema możliwościami niż analizuje wiele dostępnych wariantów. Ograniczenie liczby opcji sprawia wrażenie, że sytuacja jest prostsza, niż jest w rzeczywistości. Rozmówca przestaje zastanawiać się nad innymi rozwiązaniami, ponieważ zostały one usunięte z pola dyskusji.
Rozpoznanie fałszywej alternatywy pozwala odzyskać kontrolę nad rozmową. Warto zatrzymać dyskusję i zadać proste pytanie: „Czy rzeczywiście istnieją tylko te dwa rozwiązania?” Bardzo często już samo postawienie takiego pytania ujawnia, że pominięto wiele innych możliwości. Powrót do pełnego zakresu dostępnych rozwiązań przywraca rozmowę na rzeczowe tory.
Podobnie jak w przypadku pozostałych zabiegów erystycznych, świadomość działania fałszywej alternatywy pozwala przejąć kontrolę nad komunikacją. Możemy rozpoznać próbę zawężenia naszego wyboru lub sami świadomie ograniczyć liczbę rozważanych możliwości, gdy zależy nam na szybkim podjęciu decyzji. Należy jednak pamiętać, że rzeczywistość rzadko ogranicza się do dwóch rozwiązań. Umiejętność dostrzegania dodatkowych możliwości często okazuje się najskuteczniejszym sposobem wyjścia z pozornego dylematu.
Błędne koło (circulus in probando)
Błędne koło polega na uzasadnianiu tezy przy pomocy argumentu, który sam wymaga udowodnienia przez tę samą tezę. Rozmówca sprawia wrażenie, że przedstawia nowe uzasadnienie, jednak w rzeczywistości jedynie powtarza swoje wcześniejsze twierdzenie w nieco zmienionej formie. Argumentacja zatacza koło, nie dostarczając żadnych nowych informacji.
W wielkim uproszczeniu polega to na wypowiedziach typu: „To jest prawda, bo tak jest.”, „Ta gazeta jest wiarygodna, ponieważ zawsze pisze prawdę.”, „Ten człowiek jest uczciwy, bo można mu ufać.” Każdy z tych argumentów jedynie powtarza wcześniejszą tezę, nie przedstawiając niezależnego uzasadnienia.
Siła tego mechanizmu wynika z pozornej logiczności wypowiedzi. Rozmówca używa innych słów, dlatego odbiorca może odnieść wrażenie, że pojawił się nowy argument. W rzeczywistości dyskusja nie posuwa się naprzód. Przedmiot rozmowy pozostaje w tym samym miejscu, a argumentacja nie wychodzi poza pierwotne założenie.
Rozpoznanie błędnego koła pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Warto zadać proste pytanie: „Na czym opiera się to twierdzenie?” lub „Jaki niezależny argument potwierdza tę tezę?” Jeżeli odpowiedź ponownie prowadzi do tego samego założenia, oznacza to, że argumentacja zamknęła się w błędnym kole.
Pytania z ukrytą tezą
Szczególną odmianą zabiegów erystycznych są pytania zawierające ukrytą tezę. Rozmówca nie przedstawia swojego twierdzenia wprost, lecz przemyca je w konstrukcji pytania. Odpowiadając, bardzo łatwo nieświadomie zaakceptować założenie, które nigdy wcześniej nie zostało udowodnione.
Klasycznym przykładem jest pytanie: „Czy przestałeś już bić swoją żonę?” Bez względu na to, czy odpowiemy „tak”, czy „nie”, przyjmujemy ukrytą tezę, że wcześniej biliśmy swoją żonę. Tymczasem właśnie to założenie powinno zostać najpierw udowodnione. Odpowiedź na takie pytanie oznacza więc przekroczenie granic argumentacji i zaakceptowanie niezweryfikowanej przesłanki.
Podobny mechanizm spotykamy w codziennym życiu. „Dlaczego znowu się spóźniłeś?”, „Kiedy wreszcie zaczniesz zachowywać się odpowiedzialnie?”, „Ile jeszcze będziesz okłamywał ludzi?” Wszystkie te pytania zawierają ukryte twierdzenie, którego rozmówca nie próbuje uzasadnić. Zamiast dowodzić swojej tezy, przedstawia ją jako oczywisty fakt.
Najskuteczniejszą obroną nie jest udzielanie odpowiedzi, lecz zakwestionowanie samego założenia pytania. Warto poprosić rozmówcę o uzasadnienie ukrytej tezy lub odmówić odpowiedzi do czasu jej wykazania. Dopiero wtedy możliwa jest rzeczowa dyskusja. W przeciwnym razie rozmowa od samego początku opiera się na nieudowodnionym założeniu.
Rozpoznanie tego mechanizmu pozwala zachować kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Uświadamia, że nie każde pytanie wymaga odpowiedzi. Czasami pierwszym krokiem powinno być sprawdzenie, jakie tezy zostały ukryte w samym sposobie jego zadania. Z drugiej strony można odkryć przed rozmówcą ten mechanizm manipulacyjny lub wykorzystać go przeciwko niemu, by w ten sposób ugasić agresję werbalną.
Rozpoznawanie granic argumentacji jest niezwykle ważną umiejętnością w komunikacji międzyludzkiej. Warto wyznaczyć własne granice rozmowy i pilnować, aby nie były przekraczane. Na tym właśnie polega asertywność — świadoma kontrola emocji oraz sposobu prowadzenia konwersacji. Nie oznacza ona pozbycia się empatii, która napędza naszą egzystencję. To właśnie współczucie nadaje życiu sens i oświetla drogę, którą podążamy. Warto jednak zachować nad nią kontrolę, świadomie stawiając każdy krok naprzód, a jeśli trzeba — również krok wstecz.
W tym rozdziale przedstawiłem kilka wybranych metod argumentowania własnej tezy, które warto znać i rozpoznawać w kontaktach międzyludzkich. Aby argumentacja miała sens, powinna mieścić się w granicach wyznaczonych dla prowadzonej dyskusji. W innej części książki opiszę narzędzia pozwalające wybrnąć z niemal każdej argumentacji poprzez umiejętne przerzucenie obowiązku obrony tezy na naszego rozmówcę.
Rozdział 4
Człowiek i idea to dwa różne byty
Nie jest łatwo wytłumaczyć ludziom koncepcję idei. Wielu filozofów sparzyło się na tym temacie. Przykładowo Platon postawił idee na piedestale, nadając im pierwszeństwo istnienia. Według niego to idee poprzedzały przedmioty. Sporo miejsca temu zagadnieniu poświęcił również Kant. Jego Krytyka czystego rozumu jest cegłą nie dość, że wielkości cementowego bloku, to jeszcze miałką i rozlazłą, przez co wyjątkowo trudną do przełknięcia dla intelektu.
Gdy próbuję uświadomić komuś, czym jest idea, podaję przykład systemu Microsoft Windows.
— Czy ten system operacyjny istnieje? — pytam.
— Oczywiście, że istnieje.
— No to pokaż mi go.
Rozmówca wskazuje ikonę przycisku Start na ekranie.
— Ale to tylko grupa ciekłych kryształów, które pod wpływem napięcia odchylają się pod odpowiednim kątem, przepuszczając światło diod LED znajdujących się za nimi.
Pokazuje naklejkę na obudowie komputera.
— To tylko kawałek plastiku pokrytego farbą.
Wskazuje pudełko z płytą DVD.
— To również tylko kawałek plastiku pokrytego cienką warstwą metalu.
Gdzie zatem jest Windows, skoro nie można wskazać jego fizycznej postaci?
System Windows fizycznie nie istnieje. To jedynie sposób naładowania kondensatorów podtrzymujących otwarcie tranzystorów w pamięci komputera. Układają się one w określony wzór, który jest interpretowany przez kolejne tranzystory. Ta interpretacja porusza ciekłymi kryształami ekranu, wywołując w naszej świadomości obraz, który rozpoznajemy jako system Windows.
Innym przykładem jest kamienna mozaika. Artysta bierze kilkaset różnokolorowych kamieni rozsypanych na stole i układa z nich wizerunek kobiecej twarzy.
— Co widzisz na stole?
— Kobietę. Piękne lico.
— Ale czy na pewno? Czy nie widzisz jedynie kolorowych kamieni?
Wrażenie twarzy kobiety jest ideą przekazywaną przez artystę, który używa kamieni jako nośnika tej idei. Gdy przyjdzie dziecko i pomiesza kamienie, ze stołu nic fizycznie nie zniknie. Zniknie jedynie idea twarzy kobiety. Same kamienie pozostaną dokładnie takie same. Zmieni się wyłącznie sposób ich ułożenia. Artysta może podejść ponownie i z tych samych kamieni ułożyć wizerunek konia lub symbol religijny. Nie zmieni materiału. Zmieni jedynie organizację kamieni, a wraz z nią ideę, którą przekazują.
Zrozumienie idei nie jest łatwe, ale gdy raz uświadomimy sobie jej naturę, pozostanie z nami na zawsze. Jest niczym ekran rozwieszony na ścianie, na którym projektor wyświetla film. Światło maluje na nim postacie, membrana głośnika porusza powietrzem, tworząc wrażenie dźwięku, a my z zapartym tchem śledzimy rozwój akcji. Czy na pewno? Przecież przez cały czas patrzymy jedynie na białą tkaninę rozwieszoną na ścianie. Nie ma na niej ludzi, samochodów ani eksplozji. Muskają ją jedynie promienie światła lampy projektora, przesłaniane przez szybko przesuwającą się celulozową taśmę filmową.
Obraz jest iluzją. Powstaje z kolorowej kliszy, przez którą przechodzi światło lampy projektora. Iluzję ruchu zapewnia prędkość przesuwającej się taśmy filmowej, a iluzję dźwięku — tranzystory poruszające membraną głośnika. Cała ta iluzja jest ideą stworzoną przez artystów: reżysera, aktorów, muzyków, scenarzystów i wielu innych. Ideą przekazaną nam na określonym nośniku.
Podobną iluzją są nasze przekonania, poglądy i osądy. Nie istnieją poza naszym umysłem. Nie są również częścią naszej tożsamości. Raz jesteśmy ekranem, na którym wyświetla się katolicyzm, innym razem buddyzm lub hinduizm. Dziś zajmuje nas jeden polityk, jutro inny program polityczny. Świadomość pozostaje ta sama — niczym ekran w kinie, komputer stojący na biurku czy kamienie rozsypane na stole. Zmienia się jedynie idea, która jest na niej wyświetlana.
Raz jest to Windows, innym razem Linux. Raz film dokumentalny, innym razem kreskówka dla dzieci. Raz mozaika kobiety, raz mężczyzny, konia albo sztyletu. My nie jesteśmy ideą, którą w danej chwili reprezentujemy. Idea jedynie wyświetla się na naszej świadomości, nie jest przedmiotem, lecz znaczeniem, jakie świadomość odczytuje z przedmiotu.
Takie rozróżnienie jest kluczowe dla dalszych rozważań nad asertywnością. Nasz rozmówca jest niczym ekran kinowy, na którym wyświetlają się idee — myśli, opinie, wiedza i niewiedza, emocje, sympatie i antypatie, pragnienia, lęki oraz słabości. Cały wachlarz stanów mentalnych. Żaden z tych stanów nie jest jednak człowiekiem, z którym rozmawiamy. Człowiek pozostaje odrębnym bytem, a my mamy dostęp jedynie do tej projekcji. Ba! Nie mamy dostępu do świadomości naszego rozmówcy. Nie wiemy, co naprawdę myśli, czuje ani jakie ma intencje. Mamy dostęp wyłącznie do własnej świadomości, w której pojawia się wrażenie drugiego człowieka. Jego słowa, mimika, gesty i zachowanie tworzą w nas określony obraz — podobnie jak światło projektora tworzy na ekranie iluzję filmu. To właśnie ten obraz wywołuje nasze emocje. Reagujemy nie na cudzą świadomość, lecz na własne wrażenie na jej temat.
Nie inaczej jest z nami samymi. Człowiek zwykle błędnie utożsamia się z tym, co jedynie opisuje jego osobę. Widzi w lustrze białą twarz, więc myśli, że jest biały. Sięga do rozporka i znajduje penisa, więc myśli, że jest mężczyzną. Posługuje się językiem polskim, więc myśli, że jest Polakiem. W jego głowie powstaje cały system przekonań. Każde doświadczenie odciska swoje piętno na kliszy, przez którą świadomość postrzega świat. Z czasem ta klisza staje się naszym ego — systemem przekonań, z którym zaczynamy się utożsamiać. Ale czy ta klisza rzeczywiście jest nami? Czy film jest częścią kina, czy jedynie iluzją wywołaną światłem projektora?
Człowiek utożsamia się z projekcją własnego ego, zapominając, że jest ono jedynie treścią wyświetlaną na świadomości. Patrzy na swoje ciało i identyfikuje się z jego cechami. W drugim rozdziale wspomniałem, jak istotną rolę ego odgrywa w eskalacji konfliktów. W rzeczywistości jest ono ich głównym źródłem. To właśnie utożsamienie ego ze świadomością rodzi większość problemów międzyludzkich.
W języku funkcjonuje powiedzenie, że słowa mogą kogoś dotknąć. Ale czym właściwie są słowa? To jedynie wibracje powietrza pobudzające błonę bębenkową i kosteczki słuchowe. Mogą też przyjmować postać przebarwień na papierze lub zmienionej polaryzacji kryształów na ekranie telefonu. Są jedynie nośnikiem znaczenia, które nadaje im nasz umysł.
Co zatem może nas dotknąć? Fizycznie — nic. Dotknąć może jedynie treść, którą przypisujemy słowom. Ale czy dotyka ona świadomości? Niekoniecznie. Świadomość jedynie ją rejestruje. Słowa dotykają naszego wyobrażenia o sobie i o świecie. Uderzają w filtr, przez który interpretujemy rzeczywistość. Dotykają ego.
To właśnie dlatego dwie osoby mogą usłyszeć dokładnie te same słowa i zareagować zupełnie inaczej. Jedna wzruszy ramionami, druga poczuje się głęboko obrażona. Nie dlatego, że słowa miały inną moc, lecz dlatego, że trafiły na inną kliszę przekonań, doświadczeń i wyobrażeń. Nie reagujemy na same słowa. Reagujemy na znaczenie, jakie nadaje im nasze ego.
Podstawowym zadaniem osoby praktykującej asertywność jest nauczenie się oddzielania tego, co jest podmiotem, od tego, co jest jedynie przedmiotem naszej świadomości. Człowieka od jego ego. Rozmówcy od reprezentowanych przez niego idei. Dyskusji od jej tematu. Dopiero wtedy możliwe staje się świadome przejęcie kontroli nad komunikacją i prowadzenie jej w sposób zdrowy oraz satysfakcjonujący dla obu stron.
Idea oddzielenia człowieka od treści jego świadomości
Rozróżnienie pomiędzy człowiekiem a treścią jego świadomości nie jest nowym odkryciem. Przewija się przez historię filozofii od ponad dwóch i pół tysiąca lat. Poszczególni myśliciele opisywali je odmiennym językiem, dochodząc jednak do zaskakująco podobnych wniosków. Jedni mówili o poznaniu samego siebie, inni o naturze świadomości, jeszcze inni o procesach poznawczych. Łączyło ich jedno — przekonanie, że człowiek nie powinien bezrefleksyjnie utożsamiać się z treścią własnych myśli.
Już Sokrates zachęcał swoich rozmówców do nieustannego badania własnych przekonań. Nie udzielał gotowych odpowiedzi. Zadawał pytania. Dopytywał o definicje, znaczenia i uzasadnienia. Jego celem nie było przekonanie rozmówcy do własnych poglądów, lecz doprowadzenie go do chwili, w której sam zauważy, że jego przekonania nie są tak pewne, jak dotąd przypuszczał. W pewnym sensie była to pierwsza próba oddzielenia człowieka od poglądu, który w danym momencie reprezentował.
Platon skierował uwagę filozofii w stronę świata pojęć i idei. Niezależnie od tego, czy zgodzimy się z jego teorią, pozostawił po sobie ważną intuicję — człowiek nie żyje wyłącznie pośród rzeczy materialnych. Funkcjonuje również w świecie pojęć, znaczeń i wyobrażeń, które często mają większy wpływ na jego decyzje niż sama rzeczywistość.
Arystoteles obrał odmienną drogę. Zamiast szukać odpowiedzi w świecie idei, skupił się na obserwacji rzeczywistości i analizie sposobu, w jaki człowiek poznaje świat. Zwrócił uwagę, że rozum porządkuje doświadczenie, tworząc pojęcia i klasyfikacje. Już tutaj pojawia się rozróżnienie pomiędzy tym, co istnieje, a sposobem, w jaki zostaje to opisane przez ludzki umysł.
Po wielu stuleciach Kartezjusz postawił jedno z najbardziej fundamentalnych pytań filozofii: czego mogę być absolutnie pewien? Odrzucał kolejno wszystkie przekonania, aż doszedł do słynnego Cogito, ergo sum — „Myślę, więc jestem”. Paradoksalnie jego rozważania otworzyły drogę do dalszego oddzielania świadomości od treści, które się w niej pojawiają. Sam fakt pojawienia się myśli nie oznacza jeszcze, że jest ona prawdziwa.
David Hume poszedł jeszcze dalej. Gdy próbował odnaleźć trwałe „ja”, odkrywał jedynie nieustanny strumień doznań, wspomnień, emocji i myśli. Nie znajdował natomiast żadnego niezmiennego elementu, który można byłoby wskazać jako istotę człowieka. Było to jedno z pierwszych tak radykalnych zakwestionowań utożsamiania człowieka z zawartością jego świadomości.
Immanuel Kant zwrócił uwagę na jeszcze inny problem. Według niego nigdy nie poznajemy rzeczy takimi, jakie są same w sobie. Poznajemy jedynie rzeczywistość przefiltrowaną przez strukturę naszego umysłu. Oznacza to, że między światem a naszym doświadczeniem zawsze znajduje się pewien filtr poznawczy. Ta intuicja pozostaje niezwykle ważna również dla komunikacji. Rozmawiamy bowiem nie tylko o faktach, ale przede wszystkim o ich interpretacjach.
W XIX wieku Edmund Husserl uczynił samą świadomość przedmiotem badań filozoficznych. Zauważył, że każda świadomość jest zawsze świadomością czegoś. Innymi słowy, należy odróżnić akt poznawania od przedmiotu poznania. To rozróżnienie stało się jednym z fundamentów fenomenologii i wywarło ogromny wpływ na współczesną psychologię poznawczą.
XX wiek przyniósł kolejne rozwinięcia tych idei. Filozofowie egzystencjalni zwracali uwagę, że człowiek nie jest zamknięty w jednej, niezmiennej definicji samego siebie. Może zmieniać swoje przekonania, wartości i sposób życia, nie przestając być tą samą osobą. Otworzyło to drogę do współczesnych badań nad tożsamością, obrazem siebie i procesami poznawczymi.
Historia filozofii pokazuje więc, że rozróżnienie pomiędzy człowiekiem a treścią jego świadomości nie jest nowym pomysłem. Nowe jest natomiast zastosowanie tego rozróżnienia do praktyki codziennej komunikacji. W dalszej części książki pokażę, że większość konfliktów rodzi się właśnie wtedy, gdy przestajemy odróżniać człowieka od reprezentowanych przez niego idei, przekonań i emocji. Gdy nauczymy się oddzielać te dwie warstwy, asertywność przestaje być zbiorem technik, a staje się naturalnym sposobem prowadzenia rozmowy.
Co na ten temat mówi współczesna psychologia?
Współczesna psychologia nie posługuje się pojęciem ego w takim znaczeniu, w jakim zostało ono przedstawione w tej książce. Nie oznacza to jednak, że nie opisuje podobnych zjawisk. Wręcz przeciwnie. Przez ostatnie sto lat powstało wiele teorii wyjaśniających, dlaczego człowiek utożsamia się z własnymi przekonaniami, emocjami i obrazem samego siebie. Poszczególne nurty używają odmiennego języka, lecz często prowadzą do zbliżonych wniosków.
Jednym z najlepiej poznanych pojęć jest obraz siebie (self-concept). Psycholog Carl Rogers zauważył, że każdy człowiek buduje w swoim umyśle pewną opowieść o sobie. Składają się na nią wspomnienia, sukcesy, porażki, role społeczne, przekonania oraz oczekiwania wobec własnej osoby. Z czasem ta opowieść zaczyna wydawać się czymś trwałym i niepodważalnym. Gdy ktoś ją kwestionuje, często odbieramy to jako atak na nas samych, mimo że w rzeczywistości podważony został jedynie fragment naszego obrazu siebie.
Podobne obserwacje poczyniła psychologia poznawcza. Zwróciła uwagę, że człowiek nie reaguje bezpośrednio na wydarzenia. Między bodźcem a reakcją pojawia się interpretacja. To ona decyduje o tym, czy dane słowa zostaną odebrane jako komplement, żart czy zniewaga. Dwie osoby mogą usłyszeć dokładnie to samo zdanie, a mimo to przeżyć zupełnie inne emocje. Nie dlatego, że różniły się słowa, lecz dlatego, że różnił się sposób ich interpretacji.
Aaron Beck nazwał te mechanizmy schematami poznawczymi. Są to utrwalone sposoby interpretowania rzeczywistości. Powstają pod wpływem wychowania, doświadczeń życiowych, środowiska i kultury. To one sprawiają, że jedni ludzie wszędzie dostrzegają zagrożenie, inni szukają potwierdzenia własnej wartości, a jeszcze inni spodziewają się odrzucenia. Schematy nie są rzeczywistością. Są jedynie sposobem jej odczytywania.
Z podobnego założenia wychodzi terapia poznawczo-behawioralna (CBT). Jej celem nie jest zmiana świata, lecz nauczenie człowieka rozpoznawania własnych interpretacji. Dopiero gdy zauważymy, że emocje wynikają nie tylko z wydarzeń, ale również z ich znaczenia, odzyskujemy wpływ na własne reakcje.
Jeszcze dalej idzie terapia akceptacji i zaangażowania (ACT). Jednym z jej najważniejszych pojęć jest defuzja poznawcza. Oznacza ona umiejętność patrzenia na własne myśli z dystansu. Zamiast mówić: „Jestem bezwartościowy”, człowiek uczy się zauważać: „Pojawiła się we mnie myśl, że jestem bezwartościowy.” Różnica wydaje się niewielka, ale psychologicznie jest ogromna. W pierwszym przypadku utożsamiamy się z treścią myśli. W drugim jedynie ją obserwujemy.
Podobny kierunek obrały praktyki uważności rozwijane we współczesnej psychologii klinicznej. Ich celem nie jest walka z emocjami ani tłumienie myśli, lecz rozwijanie zdolności ich spokojnej obserwacji. Emocje pojawiają się i znikają. Myśli przychodzą i odchodzą. Człowiek nie musi reagować na każdą z nich. Może nauczyć się dostrzegać je jako zjawiska psychiczne, a nie jako definicję własnej osoby.
Interesującym przykładem jest również psychologia narracyjna. Zakłada ona, że każdy człowiek buduje historię własnego życia. To właśnie ta historia odpowiada na pytania: „Kim jestem?”, „Jaki jestem?” i „Co mnie spotyka?”. Problem polega na tym, że z czasem zaczynamy wierzyć, iż opowieść o naszym życiu jest samym życiem. Tymczasem każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Zmiana narracji często prowadzi do zmiany sposobu przeżywania własnych doświadczeń.
Warto wspomnieć także o programowaniu neurolingwistycznym (NLP), które od lat siedemdziesiątych zdobyło ogromną popularność w szkoleniach z komunikacji i rozwoju osobistego. Choć wiele jego teoretycznych założeń nie znalazło silnego potwierdzenia w badaniach naukowych, niektóre stosowane w nim techniki zwróciły uwagę na rolę języka w budowaniu obrazu siebie.
Zwolennicy NLP zauważyli, że sposób, w jaki człowiek mówi o sobie, wpływa na sposób, w jaki postrzega własną tożsamość. Istnieje ogromna różnica pomiędzy zdaniami: „Poniosłem porażkę” a „Jestem nieudacznikiem”. W pierwszym przypadku opisujemy wydarzenie. W drugim budujemy definicję własnej osoby. Jedno doświadczenie zostaje przekształcone w element tożsamości.
Podobnie działa język używany przez otoczenie. Dziecko, które przez lata słyszy: „Jesteś leniwy”, „Jesteś głupi”, „Nigdy niczego nie osiągniesz”, bardzo często zaczyna traktować te etykiety jako opis własnej natury. Z czasem przestaje odróżniać siebie od opinii, które usłyszało na swój temat. Powstaje ego zbudowane z cudzych słów.
Mechanizm ten działa również w drugą stronę. Powtarzanie komunikatów takich jak: „Jestem zwycięzcą”, „Jestem liderem”, „Jestem wyjątkowy”, może wzmacniać poczucie własnej wartości, ale może także prowadzić do budowania sztywnego obrazu siebie. Wówczas każda krytyka staje się zagrożeniem dla całej tożsamości, a nie jedynie oceną konkretnego działania. W praktyce oznacza to większą podatność na konflikty i silniejszą potrzebę obrony własnego ego.
Filozofia Wschodu
Podczas gdy filozofia europejska próbowała odpowiedzieć na pytanie, czym jest człowiek i w jaki sposób poznaje rzeczywistość, filozofia Wschodu znacznie częściej stawiała inne pytanie — kim jest ten, który poznaje? Zamiast analizować świat zewnętrzny, kierowała uwagę ku samemu doświadczeniu świadomości. W efekcie już kilka tysięcy lat temu pojawiły się koncepcje wyraźnie oddzielające człowieka od jego myśli, emocji i społecznej tożsamości.
Jedną z najstarszych tradycji rozwijających ten kierunek był hinduizm. W tekstach upaniszad wielokrotnie powraca myśl, że człowiek utożsamia się z ciałem, wspomnieniami, pragnieniami i pełnionymi rolami społecznymi, choć żaden z tych elementów nie stanowi jego najgłębszej natury. Tożsamość budowana z doświadczeń życiowych jest zmienna. Zmienia się wraz z wiekiem, okolicznościami i zdobywaną wiedzą. Filozofowie hinduistyczni poszukiwali zatem czegoś, co pozostaje niezmienne pomimo wszystkich tych zmian.
W kolejnych szkołach hinduizmu rozwijano różne odpowiedzi na to pytanie. Łączyło je jednak przekonanie, że człowiek bardzo łatwo utożsamia się z treścią własnego umysłu. Myśli, emocje i przekonania zaczynają być traktowane jako „ja”, mimo że są jedynie zjawiskami pojawiającymi się i zanikającymi. Taki sposób myślenia prowadził do licznych metod samopoznania, których celem było obserwowanie procesów psychicznych z coraz większym dystansem.
Szczególnie wyraźnie pogląd ten rozwinęła Adwajta Wedanta. Jej przedstawiciele twierdzili, że człowiek przez całe życie odpowiada na pytanie „kim jestem?”, wskazując kolejne role i cechy: jestem ojcem, jestem nauczycielem, jestem Polakiem, jestem bogaty, jestem biedny, jestem szczęśliwy lub nieszczęśliwy. Wszystkie te odpowiedzi odnoszą się jednak do zmiennych właściwości człowieka, a nie do samego podmiotu doświadczenia. Celem filozoficznej analizy staje się więc odrzucanie kolejnych identyfikacji i poszukiwanie tego, co pozostaje, gdy wszystkie etykiety zostaną usunięte.
W XX wieku Ramana Maharshi spopularyzował tę metodę w niezwykle prostej formie. Zamiast analizować świat, proponował nieustannie zadawać sobie pytanie: „Kim jestem?”. Nie oczekiwał intelektualnej odpowiedzi. Każda odpowiedź była bowiem kolejną myślą, kolejną etykietą lub kolejnym elementem budującym ego. Samo pytanie miało prowadzić do zauważenia różnicy pomiędzy świadomością a treścią, która się w niej pojawia.