E-book
9.63
drukowana A5
48.64
drukowana A5
kolorowa
77.75
Suplement do Niepowtarzalnych

Bezpłatny fragment - Suplement do Niepowtarzalnych

Zadziwiające losy lekarzy zwierząt

Objętość:
333 str.
ISBN:
978-83-8104-858-3
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 48.64
drukowana A5
kolorowa
za 77.75
Dr Włodzimierz A. Gibasiewicz


Książkę dedykuję wszystkim ludziom dobrej woli

i dobrej myśli.

Włodzimierz A. Gibasiewicz

Duszniki, 2017



Choć stawiamy pomniki naszym Wielkim Duchom, te duchy nie żyją, bo żyć nie mogą, w kamieniu, w brązie, w metalu pomników. Żyją wśród nas, obcując z nami, rozmawiając z nami, śmiejąc się i płacząc z nami. Śmiejąc się z siebie i z nas, płacząc nad sobą i nad nami. Życie ich, nieśmiertelność ich na tym i tylko na tym się zasadza: że żyją wśród nas, że rozmawiają z nami. Ta rozmowa między żywymi a zmarłymi jest warunkiem istnienia, warunkiem życia naszych Wielkich Duchem. I jest warunkiem naszego istnienia. Żyjemy o tyle, o ile zdołamy się skomunikować z naszymi zmarłymi: bo żyjemy tak, jak oni tego pragną, jak oni sobie życzą, jak oni nam każą. I oni, nasi zmarli, żyją o tyle, o ile zdołają skomunikować się z nami: bo żyją tak, jak my sobie życzymy, jak my pragniemy, jak my im każemy. Mówiąc inaczej: rozmowa między nami a naszymi Wielkimi Duchami jest niezbędnym i wystarczającym warunkiem istnienia naszej kultury.

Jarosław Rymkiewicz

Do swoich skromnych prac jako motta staram się wybierać zwięzłe wypowiedzi związane z tematyką moich dociekań obejmujące szersze rozumienie opisywanego zjawiska. Staram się by były one ponadczasowe. Tym razem cytuję doskonały fragment z otrzymanego od prof. Teresy Zaniewskiej fragmentu tomiku Jarosława Rymkiewicza Juliusz Słowacki pyta o godzinę.


W poprzedniej książce Po wielu z nich płaczę jako motto zacytowałem krótki wiersz Güntera Kunerta. Przeglądając dzisiaj tomik poezji tego poety z tamtego okresu Nie tylko dla mnie natrafiłem na kolejny niezwykle interesujący wiersz doskonale oddający moje obecne poszukiwania historyczne.

Wiersz Wędrówka 1945 w tłumaczeniu Janiny Brzostowskiej:


Wędrówka 1945

Idę przez szare domy,

Oświetlone zawsze zbyt słabo:

Przytułki tych, którzy dawno odeszli.

Iskrzy się wilgoć na ścianach

Jak łzy zwietrzałe, nieobeschłe.

Wędruję przez wszystkie wyblakłe kuchnie,

Mroczne sypialnie, gdzie na ścianach

Żółkną zdjęcia zaginionych mężów,

Rozstrzelanych synów.

Przez podwórza, korytarze, piwnice,

Pod wielu sennymi lampami.

Przez wiele, wiele pokoi.

Żadnych tajemnic nie ukryto

Za ich drzwiami.

Poza wszystkimi odnajduję

Lęk i nadzieję,

Odwagę i słabość.

I nie spotykam za nimi nikogo

Oprócz samego siebie.

Wstęp

I

„Suplement do Niepowtarzalnych” to nic innego tylko uzupełnienie, a właściwie ciąg dalszy wszystkich wcześniejszych moich publikacji z cyklu historycznego. „Niepowtarzalni” to w subiektywnym pojęciu autora wszyscy zaprezentowani lekarze weterynarii z tamtych lat.

Pierwsza moja książka z tego cyklu wydana została w 2009 r. przez Krajową Izbę Lekarsko-Weterynaryjną w Warszawie. Równolegle z nią powstawała kolejna pozycja, wydana rok później już w profesjonalnym wydawnictwie, w Oficynie Wydawniczej FINNA z Gdańska. I tak się składa, że po różnych poszukiwaniach wydawnictw i wydaniu następnych publikacji — a było ich po drodze jeszcze sześć — w Bellonie (1), Warszawskiej Firmie Wydawniczej (4), Ludowej Spółdzielni Wydawniczej (1) — właśnie z ostatnią swoją pozycją, zamykającą ten cykl, trafiłem do inteligentnego systemu Ridero. Efekt pracy tego systemu przed Państwem.

Niniejsza publikacja nawiązuje do treści przedstawionych w pierwszych moich publikacjach książkowych prezentujących biografie lekarzy weterynarii z okresu II wojny światowej i nie tylko wojny ale i powojnia a także sporadycznie czasów np. Powstania Wielkopolskiego czy walk roku dwudziestego — NIEPOWTARZALNI. Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej czy NN — Nieznani Niepowtarzalni. Zadziwiające losy lekarzy weterynarii. Pozwolę sobie w tym miejscu wymienić tytułu książek z tego cyklu:


• Niepowtarzalni. Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej (KIL-Wet., Warszawa 2009, s. 200);

• NN — Nieznani niepowtarzalni. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt (FINNA, Gdańsk 2010, s. 200);

• Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej (Bellona, Warszawa 2011, s. 352);

• Życie godne pomnika (Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2011, s. 288);

• Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt (Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2013, s. 280);

• Utrwalone skrawki życia (Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2014, s. 358);

• Okruchy godnego życia (Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2015, s. 478);

• Po wielu z nich płaczę (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2016, s. 290).


Pozostawiłem społeczności weterynaryjnej około 2700 stron materiałów historycznych zebranych w znacznym trudzie oraz 1100 fotografii koleżanek i kolegów z tamtych lat. I kiedy pada pytanie: dlaczego poświęcam swój prywatny czas na wieloletnie badania losów lekarzy weterynarii i ich opisy, najczęściej odpowiadałem, że nie wiem. To oni mnie wybrali — dodawałem po chwili. Pod koniec swoich poszukiwań uzmysłowiłem sobie jednak, że zawdzięczam to podświadomości i wielogodzinnym rozmowom ze znanym podróżnikiem i reżyserem Stanisławem Szwarc-Bronikowskim, kiedy to kilka dni i nocy spędziłem w jego domu na Bemowie, serdecznie przyjęty przez Zosię (Joasię) — żonę Stanisława (Piotra) oraz ich córkę Weronikę i syna Łukasza i ich psa Kronosa. Było to w czasie przygotowywania książki „Psy znanych i lubianych” (wyd. SAWW, Poznań 1992). Na poparcie powyższego wywodu przytoczę kilka zdań z wypowiedzi Stanisława Szwarc-Bronikowskiego: „Proszę sobie wyobrazić — lato 1940 roku. Czasy AK. Z lasu, wieczorem i konspiracyjnie, przyjechałem do rodzinnego domu po lekarstwa. Nocowałem jednak w oddali, w trzcinowym szałasie stróża, obok parku. O świcie obudziło mnie ujadanie ogrodowych psów i dziwne inne skomlenie. Wyjrzałem zaspany — wokół rodzinnego domu kręciły się obce wilczury wśród jakiegoś rezedowo zielonego pola… Oprzytomniałem od razu. To oddziały żandarmerii i SS, leżąc na ziemi, z bronią skierowaną ku oknom, otoczyły cały budynek. Mówiąc prawdę i ze wstydem, moim wybawicielom — ogrodowym psom, nawet w myślach nie przesłałem wówczas podziękowania. Skok przez płot do parku i wzięcie wierzchowca z zarośli nie stanowiły większego problemu”.

Swoją cegiełkę do podświadomości autora dołożył również reżyser filmowy Tadeusz Chmielewski, gdy w 1990 roku u niego w domu dyskutowaliśmy o epizodach w jego filmach z okresu II wojny. Tadeusz Chmielewski wyreżyserował m.in. takie filmy: „Ewa chce spać”, „Gdzie jest generał”, „Jak rozpętałem II wojnę światową, cz. I — III, „Nie lubię poniedziałku”. Motyw ucieczki do „wewnątrz” obozu porucznika lekarza weterynarii Alojzego Neterowicza (Oflag VII A Murnau) wykorzystał Tadeusz Chmielewski w doskonałym filmie „Jak rozpętałem II wojnę światową” — do dzisiaj pamiętam aktora Mariana Kociniaka jak ziemię schowaną w woreczkach w nogawkach rozsypuje na placu apelowym, jak gramoli się do skrytki za pomocą rur wodociągowych.

II

Podczas pracy twórczej zdarzają się takie dni, że już mamy wszystkiego serdecznie dosyć, gdy samo spojrzenie na komputer i jego otoczenie nieubłagalnie zbliża nas do torsji. I właśnie będąc w pobliżu setnej strony niniejszej książki dopadła mnie ta przypadłość. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. I stąd II część Wstępu, którego wcześniej nie planowałem. Aż tu raptem, zmaltretowany psychicznie, czytam zdanie:

„Ta „lista skazanych przez sądy wojskowe na karę śmierci ...jest oskarżeniem systemu, który bezprawie, a jakże często i zbrodnię, przyoblekał w majestat prawa. Jest ona oskarżeniem samego prawa, które ten system chroniło, oraz oskarżeniem sądownictwa wojskowego jako całości, któremu powierzono rolę egzekutora owego prawa. Pod każdą z w/w pozycji kryje się konkretny człowiek — ofiara systemu. W sąsiednich rubrykach widnieją nazwiska sędziów i tych, którzy mieli władzę wyrok zatwierdzić lub skazanego ułaskawić. Na każdy wyrok pracowali oficerowie śledczy, prokuratorzy. Ktoś tych ludzi aresztował, ktoś może zadenuncjował, ktoś przesłuchiwał i zmuszał do przyznania się do rzeczy niepopełnionych, ktoś fałszywie bronił, ktoś wreszcie rozstrzelał, jeśli wyrok został zatwierdzony. Ktoś tworzył to „prawo” które skazywało na śmierć człowieka za najmniejszy odruch sprzeciwu” — pisał na stronach 227 i 228 już w roku 1992 w zakończeniu wstępu do swego artykułu płk dr Stefan Zwoliński”.

Te wstrząsające słowa podaję za Edwardem Romanowskim „Stalinizm w Polsce” i już wracam do rzeczywistości. Okazuje się, że po lekturze tego artykułu mogę jednak pracować. O takim postępowaniu „wymiaru sprawiedliwości” w latach powojennych będzie jeden z przygotowywanych rozdziałów dotyczący skazanego na śmierć lekarza weterynarii. Zastanawiające: ile tysięcy ludzi ma na sumieniu „wymiar sprawiedliwości” i ludzie z tym wymiarem powiązani?!

Doskonałą dodatkową ilustracją narzuconego siłą państwom Europy środkowej zbrodniczego systemu totalitarnego są również wydarzenia dotyczące Rumunii i lat 1948—1958 i także związane z przedstawicielem zawodu lekarzy od zwierząt. Grupa Capoty-Dejeu. W Rumunii chłopi sprzeciwiając się kolektywizacji w 1948 roku musieli uciekać w Góry Zachodniorumuńskie. Przyłączyli się do nich walczący z komunizmem byli żołnierze, leśnicy, duchowni i inni. „Powstał z nich oddział zbrojny, na czele którego stanął lekarz weterynarii Iosif Gheorghe Capotă, który był lokalnym sekretarzem Narodowej Partii Chłopskiej oraz dr Alexandru Dejeu z Huedin, także działacz tej partii. Brakowało im uzbrojenia. Partyzanci podzielili się faktycznie na dwie grupy, działające oddzielnie w rejonie wsi Brăişor i Hadiş oraz w rejonie wsi Dragu. Kolportowały one materiały z propagandą antykomunistyczną i zajmowały budynki lokalnych władz, gdzie niszczyły dokumenty związane z kolektywizacją. Nie prowadziły natomiast akcji zaczepnych przeciwko oddziałom bezpieczeństwa i milicji. W grudniu 1957 roku oddział został rozbity przez organy bezpieczeństwa po donosie jednego z mieszkańców okolicznych wsi. Po brutalnym śledztwie I. G. Capotę i A. Dejeu trybunał wojskowy w Cluju skazał na przełomie maja i czerwca 1958 roku na karę śmierci, wykonana we wrześniu w więzieniu w Gherla. Reszta aresztowanych dostała wyroki wieloletniego więzienia”.

Tak niestety wyglądają czasy utrwalania władzy. W okresie powojennym utrwalano władzę ludową i znacznie później — autorytarną. Za czasów umacniania władzy ludowej ludzi skazywano na śmierć, zasądzano wobec wielu niegodne wyroki podczas sfingowanych procesów. Natomiast podczas umacniania władzy autorytarnej przystąpiono do wyrzucania ludzi z pracy, zastępowano fachowców swoimi miernymi ale wiernymi, przygotowywano naciągane komisje śledcze i procesy itd. Autor w takiej sytuacji musi postawić podstawowe pytanie — czym wymienione umacniania władzy się różnią?

Człowiek wcale nie brzmi dumnie… i niech ten „dumny” człowiek wreszcie zastanowi się nad sobą, swoim sumieniem i swoimi poczynaniami.

III

Wykorzystuję okazję by zamieścić sprostowanie daty śmierci prof. dr hab. Edmunda K. Prosta, jaką podałem w „Po wielu z nich płaczę” s. 148. Podałem 2007 r., a Profesor odszedł w 2008 r. Na ten błąd autorowi zwróciła uwagę prof. dr hab. Elżbieta Pełczyńska. Nie wykorzystała tego jednak w swojej pięknej recenzji tej książki zamieszczonej w Medycynie Weterynaryjnej. Skromną formą przeproszenia i podziękowania niech będzie przytoczenie tej recenzji:

Zło niewątpliwie jest tylko jedno: krzywda bliźniego.

Stefan Żeromski

II wojna światowa — ofiara, cierpienie, wierność przysiędze, bohaterstwo — stały się także udziałem polskich lekarzy weterynarii. Ich wojenne i powojenne losy opisuje w kolejnej, najnowszej książce dr Włodzimierz Gibasiewicz.

Na treść opracowania składa się 30 rozdziałów zawierających biogramy lekarzy weterynarii zamordowanych w kaźniach na Wschodzie, internowanych w Rumunii, Szwajcarii, na Węgrzech i Litwie, uczestników kampanii wrześniowej, żołnierzy Armii „Poznań” i Armii Krajowej, a także tych represjonowanych po wojnie. Szereg biogramów, które znalazły się we wcześniejszych opracowaniach Autora, zostało tu przywołanych ponownie ze względu na nowe informacje, jakie przyniósł czas. Niektóre biogramy nie są kompletne, bo życie nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, inne powstały przez szczęśliwy przypadek, wiele uzupełniono dzięki wspomnieniom rodziny i znajomych opisywanych postaci. Wszystkie szczegóły tak skrzętnie zebrane przez Autora, czynią te biografie żywymi portretami ludzi, którzy podejmując próbę godnego życia, w większości je tracili.

Benedyktyński trud, dociekliwość badacza, podziwu godna umiejętność poruszania się wśród dokumentów historycznych i widoczne na kartach książki emocjonalne zaangażowanie Autora udzielające się czytelnikowi sprawiły, że powstała książka niezwykła. Głębokie emocje i refleksje, które budzi, powodują, że lektura jej nie należy do łatwych, ale pytania o człowieczeństwo i godność dają asumpt do głębokich przemyśleń.

„Po wielu z nich płaczę” — to tytuł nadany książce przez Autora, lecz dzięki temu, że powstała, każdy jej bohater otrzymał cząstkę horacjańskiego non omnis moriar.

Elżbieta Pełczyńska

Rozdział 1:
Oni także walczyli w Powstaniu Warszawskim

W „Życiu Weterynaryjnym”, w czasopiśmie samorządu weterynaryjnego (miesięcznik o niebywałym nakładzie 15 tysięcy egzemplarzy) ukazały się w poprzednich latach artykuły prezentujące sylwetki lekarzy weterynarii walczących w Powstaniu Warszawskim. Prof. Jan Tropiło omówił 61 postaci. Ponieważ w trakcie własnych poszukiwań w tym roku natrafiłem na kilka kolejnych osób (7), postanowiłem ich biografie przybliżyć i dzisiaj możemy mówić o 68 lekarzach weterynarii walczących w szeregach powstańców Warszawy.

Lekarze weterynarii i osoby, które po wojnie zostały lekarzami wet., uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim (1 sierpień 1944 — 3 październik 1944) jako żołnierze w pierwszym szeregu walk, jako sanitariusze i saperzy, lekarze punktów sanitarnych, zajmujący się zaopatrzeniem w żywność, leki, broń itp., uczestniczyli w produkcji broni (granatów), w trakcie uboju zwierząt bądź odzyskiwaniu mięsa ze zwierząt zabitych, w służbie ochrony Powstania czy w żandarmerii. Podsumowując udział lekarzy weterynarii w Powstaniu — śmiało można powiedzieć, że jak zwykle, ta skromna grupa ludzi o tak specjalistycznym wykształceniu, uczestniczyła w szerokim wachlarzu działań związanych z Powstaniem Warszawskim oddając swoje zdrowie i życie dla dobra ukochanego miasta i Ojczyzny.

W Powstaniu Warszawskim walczyli: Konstanty Bartoszuk, Piotr Bylina, Antoni M. Cholewa-Huczyński Stanisław Cymerman, Bogdan W. Czapliński, Bohdan Didkowski, Jan Duda, Stanisław Filipowicz, Edward K. Fischer, Zbigniew Gliński, Jan Gordziałkowski, Rajmund Gościcki, Jarosław W. Grabiński, Bohdan Gronczewski, Jerzy Harland, Jerzy Hołociński, Rudolf Johann, Antoni Kafarski, Stanisław Karaszewicz-Szczypiorski, Jan Kiszkiel, Stefan L. Koeppe, Anastazy T. Koskowski, Henryka Kowalewska (Ponge), Zbigniew Kowalski, Jan Kozielski, Jan Kukuła, Januariusz M. Lech, Eugeniusz Lejbrandt, Stefan Lesiński, Mieczysław Matuszewski, Władysław Mazurek, Jan Mendyk, Antoni Nachowski, Zygmunt Noceń, Tadeusz Nowosielski, Waldemar M. Olbrysz, Tadeusz Olędzki, Janina Poplewska-Oyrzanowska, Wiesław Opieliński, Mirosław Pastwa, Aleksander Perenc, Marek Pęski, Waldemar Pilarski, Edward Pluszyński, Stefan Pruski, Władysław J. Rogowski, Tadeusz Roskosz, Tadeusz Rostkowski, Ryszard Rowiński, Henryk Skorecki, Jerzy L. Strzelec, Ernest T. Sym, Jerzy Szabłowski, Halina Szparowska-Gąsiorowska, Edward Szyfelbejn, Władysława Trzaska-Piotrowska, Jerzy Tyrawski, Zbigniew Ussorowski, Eugeniusz Wajgiel, Wiktor Walczak, Tadeusz Wojewoda, Stanisław Jakub Zakrzewski, Jerzy Zasadziński, Jan Zenkner.


W 2013 r. zaprezentowałem szeroki biogram niezwykle interesujący Mikołaja Dunin-Marcinkiewicza. Temu wspaniałemu lekarzowi weterynarii poświęcę w tym miejscu chociaż kilka dłuższych zdań. Oprócz niego omówię życiorysy: Kazimierza Dmowskiego, Zbigniewa Kowalskiego, Kazimierza A. Skoczka i Egona K. Saperskiego. Biografię Jerzego Tyrawskiego ps. „Tomaszewski” omówiłem w rozdziale „Dziwne okoliczności śmierci”, s. 108 w książce Po wielu z nich płaczę, a biografię Stanisława Jakuba Zakrzewskiego w Odnalezionych głosach., s. 173—176.


MIKOŁAJ DUNIN-MARCINKIEWICZ

Fot. 1. Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz — fot. ze zbiorów J. Kurdwanowskiego (www.sppw1944.otg).

Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz urodził się 30 listopada 1916 roku w Płotnicy (Rosja). Syn Aleksandra i Olgi. Aleksander natomiast urodził się 23 listopada 1896 r. w Saratowie w rodzinie pułkownika Dominika Dunin-Marcinkiewicza. Ponieważ życiorysy przodków Mikołaja są niezwykle interesujące, chociaż kilka zdań o każdym pozwolę sobie tutaj zamieścić.

Dominik był pierwszym dowódcą formowanego w Nowomikołajewsku 14 listopada 1918 r. 2. Pułku Strzelców Polskich na Syberii. Pułk walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Dominik przez dwa lata był więziony i po zwycięstwie Polaków w 1920 r. w wyniku wymiany więźniów został uwolniony.

Synem Dominika był Aleksander, który wraz z ojcem przebywał w młodych latach na Syberii i był pod wpływami żołnierskimi. W efekcie został saperem. Walczył w Powstaniu Warszawskim ps. „Marek”. Poległ 1 sierpnia 1944 r. podczas patrolu w ruinach Zamku Królewskiego.

Mikołaj natomiast w 1936 roku ukończył gimnazjum w Gdyni i wstąpił do Szkoły Podchorążych Artylerii w Grudziądzu. W kampanii wrześniowej 1939 roku uczestniczył w stopniu podporucznika w 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej im. Marszałka Rydza-Śmigłego. Pułk stacjonował w Warszawie w nowych koszarach na Boernerowie. W 1939 r. zgodnie z planem mobilizacyjnym „W” utworzono 26 samodzielnych pododdziałów przeciwlotniczych. Dowódcą 107 Plutonu Półstałego Artylerii Przeciwlotniczej był właśnie ogniomistrz podchorąży Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz. Zadaniem plutonu była obrona mostów przed bombardującymi je samolotami niemieckimi. Apoloniusz Zawilski w książce „Bitwy polskiego września” napisał: „Nieliczna polska artyleria przeciwlotnicza próbowała stawić czoło nalotom, ale gęste dymy pożarów przesłaniały cele. Do walki stanęły również kompanie cekaemów przeciwlotniczych, zwłaszcza gdy powietrzni piraci, zachęceni bezkarnością swej niszczycielskiej akcji, obniżali się ponad dachy kamienic i razili ludność z broni pokładowej. W walce tej strącono 13 samolotów”.

Jeden z tych strąconych samolotów był sukcesem Mikołaja Dunin-Marcinkiewicza, za co został odznaczony (inf. od rodziny). Czy tym samolotem był zestrzelony 23 sierpnia 1944 r. Ju-87 D-5 należący do roju bojowego por. H. J. Klussmanna? Raczej nie, gdyż w literaturze przedmiotu wymienia się dwóch potencjalnych bohaterów: Jerzego Ciszewskiego „Motz” i Jana Korzubskiego „Irma”.

Przedstawiona sytuacja dotyczyła 23 — 24 września, natomiast o 27 września A. Zawilski zauważył: „W tym czasie na stanowiskach większości polskich baterii znajdowało się już tylko po kilkanaście pocisków na działo, artyleria przeciwlotnicza zupełnie nie miała amunicji”.

Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz w trakcie walk w obronie Warszawy w okresie od 1 do 29 września 1939 roku zostaje „trzykrotnie ranny i kontuzjowany. W dniu 27 września 1939 roku zostaje odznaczony przez Dowódcę Obrony Warszawy generała Juliusza Rómmla Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari — legitymacja nr 59”.

Natomiast Zbigniew Moszumański opisując lata 1920 — 1939 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej na s. 93 podał: „24 września dowódca Armii „Warszawa” gen. dyw. Juliusz Rómmel odznaczył Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari dowódcę 103. Baterii Półstałej Artylerii Przeciwlotniczej ppor. Wiesława Kędzierskiego, dowódcę 107. Plutonu Półstałego Artylerii Przeciwlotniczej ppor. Mikołaja Dunin-Marcinkiewicza i dowódcę 18. Kompanii Przeciwlotniczych Karabinów Maszynowych por. Antoniego Jaźwieckiego”.

Ze strony internetowej dws.org.pl dowiedziałem się, że Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz otrzymał 1 września 1939 roku przyspieszony awans na podporucznika i przydział do 1 PAPL.

W okresie okupacji brał udział w konspiracji. Był zastępcą dowódcy plutonu III kompanii „Anna”, która wchodziła w skład batalionu AK „Antoni”. Batalion „Antoni” pod dowództwem por. Stanisława Mrozińskiego zorganizowany został w 1942 r. w ramach Narodowej Organizacji Wojskowej. 19 listopada 1942 roku nastąpiło połączeniu NOW z Armią Krajową. A kompania „Anna” powstała w wyniku scalenia kompanii „Doroty” i „Danuty” w maju 1944 roku. Od lipca 1944 r. por. Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz był dowódcą Grupy Szturmowej „Lis” wchodzącej w skład batalionu „Chrobry I”, zgrupowania „Sosna”. W Powstaniu Warszawskim Oddział walczył na odcinku Wola — Stare Miasto — Śródmieście. Kilka zdań o swoim dowódcy we Wspomnieniach napisał „Krok” Jan Kurdwanowski: „dowódca mój, śniady brunet o krzywym nosie, por. „Lis”, jest kawalerem Krzyża Virtuti Militari. Otrzymał go w 1939 r.”.

Dr Jerzy Jastrzębski z Łomży opisując ten okres podkreślił: „Walczył na terenie Woli, Starego Miasta, Śródmieścia do 3. 10. 1944 roku, będąc kilkakrotnie lekko i ciężko ranny”.

W materiał pochodzących z Muzeum Powstania Warszawskiego dowiadujemy się, że po przebraniu w cywilne ubranie opuścił Warszawę z ludnością cywilną.

Podczas Powstania poznaje przyszłą żonę — Wandę. Nie mają dzieci — to już informacja od p. Hanny Dunin-Marcinkiewicz z Warszawy.

Kolejne informacje o jego losach to zapis J. Jastrzębskiego: „Następnie wstępuje do Wojska Polskiego, w którego szeregach kończy wojnę jako dowódca baterii dział 76 mm 38 Pułku Piechoty. W 1948 roku zostaje zwolniony z wojska w stopniu kapitana artylerii, nadanym mu 19 sierpnia 1946 r.”.

38 Pułk Piechoty sformowany został w Łodzi 15 marca 1945 roku z zadaniem obrony zachodniej granicy. Pułk stacjonował w Gubinie. Na wyposażeniu posiadał 4 armaty 76 mm. Dowódca pułku powołał komendantów wojskowych miejscowości nadgranicznych. Por. Mikołaj Dunin został komendantem gminy Wężyska i dowódcą baterii 76 mm.

Zwolniony z Wojska Polskiego w 1948 roku. Podjął studia na Wydziale Weterynaryjnym SGGW w Warszawie, które ukończył w 1955 r.

„Po uzyskaniu dyplomu lekarza weterynarii podejmuje pracę kolejno w województwie gdańskim i warszawskim, a w 1972 roku zostaje kierownikiem PZLZ w Kadzidle — woj. ostrołęckie — pisze we Wspomnieniu dr Jerzy Jastrzębski. I dalej — „Po przejściu na emeryturę w 1976 roku pełnił do 15 października 1980 roku obowiązki zakładowego weterynaryjnego inspektora sanitarnego w Zakładach Mięsnych w Ostrołęce”. Pani Hanna Dunin-Marcinkiewicz podaje w rozmowie telefonicznej z autorem, że pracował także w Sobieszowie i Różanie. Opowiadając o Mikołaju wspomina, że był to „człowiek pełen humoru, potrafił się śmiać z samego siebie, wesoły, szczęśliwy i optymistycznie patrzący w przyszłość”.

— Pamiętam — wspomina Pani Hanna — gdy obok mnie przechodził z kolegami ślicznie ubranymi w gimnazjalne mundurki, koloru granatowego z czerwonym lampasem i pozdrawiał kłaniając się wylewnie i mówiąc — witam Ciocię, a ja miałam wówczas 4 latka. I jeszcze jedno zdarzenie. Śmiał się z orzeczenia lekarskiego, w którym zaznaczono, że był ranny wielokrotnie tu i tam oraz w głowę i itd. Ciekawe co to jest za miejsce — powtarzał — to tu i tam itd?

I już poważnie dodała — Mikołaj miał stryja Włodzimierza, który był artystą malarzem. Zginął on w obronie Oksywia.

Mikołaj Dunin-Marcinkiewicz lekarz weterynarii zmarł 23 kwietnia 1982 r. w Ostrołęce.

Kazimierz Dmowski

Urodził się 16 listopada 1905 r. w Skupiach woj. lubelskie, s. Antoniego i Anny z d. Księżopolska. 31 maja 1926 r. uzyskał świadectwo dojrzałości w Gimnazjum Państwowym im. B. Prusa w Siedlcach (nr 73/23/26). Na Wydziale Weterynaryjnym UW immatrykulowany 8 października 1926 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego (nr 130) uzyskał 19 stycznia 1931 r. na Uniwersytecie Warszawskim.

Fot. 2 — Kazimierz Dmowski — fot. z Archiwum UW.

W 1939 r. pracował jako samorządowy lekarz weterynarii w powiecie warszawskim w miejscowości Skorosze. Członek Polskiej Armii Ludowej (utworzona 7 kwietnia 1943 r. w Warszawie). 27 lipca 1944 r. PAL podpisało porozumienie o podporządkowaniu się podczas powstania AK. Kazimierz Dmowski w 1944 r. uczestniczył w Powstaniu Warszawskim ps. „Wilczur” w Batalionie AK „Kilińskiego” w 6 kompanii „Wawer”, którego dowódcą był kpr. pchor. Zbigniew Jarkiewicz „Krzeczkowski”. 6 kompania uczestniczyła w zdobyciu Prudentialu, gmachu Poczty Głównej, najwyższego gmachu w Warszawie — PAST-y. Obsadzali rejon ul. Bagno, Królewskiej, Marszałkowskiej, Granicznej, Grzybowskiej i Dzielnej. We wrześniu walczyli w rejonie ul. Nowy Świat.

Lekarz weterynarii Kazimierz Dmowski „Wilczur” od 22 września 1944 r. w niewoli niemieckiej. Nr jeńca 1791. Osadzony w obozie jenieckim w Stalagu VI K Senne. Ostatecznie przeniesiony do Oflagu VII A Murnau.

Po wojnie wrócił do kraju i pracował w pow. Nowy Dwór Mazowiecki jako kierownik Lecznicy dla Zwierząt w Łomiankach.

Zmarł 16 stycznia 1985 r..

Zbigniew Kowalski

Urodził się 14 maja 1925 r. w Wilnie. Zasadnicza część życiorysu to obszerny cytat z nekrologu zamieszczonego w „Życiu Weterynaryjnym”: „Mając 16 lat wstąpił do Armii Krajowej, przyjmując pseudonim Kato. Przeszedł przeszkolenie minerskie oraz ukończył kurs niższych dowódców. W czasie Powstania Warszawskiego dołączył do swojego oddziału trzeciego dnia walki. Włączony w stopniu kaprala z cenzusem do plutonu 215 Zgrupowania „Żbik”. Walczył początkowo w obronie klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek (ul. Krasińskiego), a później na dolnym Żoliborzu w obronie tzw. Szklanego domu przy ul. Mickiewicza. 15 września 1944 r. został ranny w czasie najcięższych walk o barykadę przy tym domu. Do końca walk leczył rany w prowizorycznym szpitaliku w bloku na rogu Krasińskiego i Suzina”.

W aktach Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się informacja, że początkowo był członkiem zgrupowania „Żyrafa” (dowódca ppor. Ryszard Wołczyński „Tatar”) plutonu 215 wchodzącego w skład 1. kompanii, której dowódcą był ppor. Marian Mehrenhole „Wiktor”. Najcięższe walki w rejonie „Szklanego domu” oraz ul. Bohomolca. Od 11 sierpnia 1944 r. w zgrupowaniu „Żbik” (dowódca M. Masłowski „Gawron”, po jego śmierci 15 września 1944 r. ppor. A. Ważyński „Habdank”) także pluton 215. Przez cały czas walczył na Żoliborzu. Właśnie 15 września 1944 r. wraz z odniesionymi ranami zakończył się dla niego udział w Powstaniu. Zaczęła się walka o przeżycie.

Po kapitulacji osadzony w obozie przejściowym w Pruszkowie, a następnie wywieziony do obozu jenieckiego Stalagu XI-A Altengrabow, gdzie był uwięziony do końca wojny. Numer obozowy — 46429, w Komando — I baon z kapo na czele, grupa podchorążych. Do Polski powrócił w lipcu 1946 r., a w 1952 r. ukończył studia weterynaryjne na Uniwersytecie Warszawskim.

Ciąg dalszy życiorysu to kolejny fragment z cytowanego powyżej nekrologu: „W ramach nakazu pracy skierowany do województwa białostockiego, gdzie otrzymał zadanie zorganizowania lecznicy w Śniadowie. W 1953 r. awansował na stanowisko kierownika lecznicy dla zwierząt w Łomży, gdzie został też nauczycielem zawodu w Państwowym Technikum Weterynaryjnym. Pracował tam do 1965 r. do czasu przeniesienia do Kolna, gdzie do 1967 r. zajmował stanowisko powiatowego lekarza weterynarii. Następnie do 1974 r. pracował na różnych stanowiskach w Wojewódzkim Zakładzie Weterynarii w Olsztynie. (…) Od 1974 r. do czasu rozwiązania Kętrzyńskiego Zjednoczenia Rolniczo-Przemysłowego pracował tam w charakterze głównego specjalisty ds. weterynarii, organizując i nadzorując pracę tej służby. W 1982 r. przeszedł na emeryturę”.

Zmarł 22 października 2015 r.


KAZIMIERZ ALOJZY SKOCZEK


Urodził się 27 sierpnia 1904 r. w Sokalu, syn Bronisława i Reginy Kąkolewskiej. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1936 r. we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Pracował jako samorządowy lekarz weterynarii. W 1939 r. mieszkał w Stołpcach. Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. w stopniu podporucznika WP. Uniknął niewoli. Rodzice mieszkali w Warszawie przy ul. Filtrowej 39/10.

W 1944 r. wziął udział w Powstaniu Warszawskim w batalionie „Zaremba-Piorun”, w plutonie gospodarczym, którego dowódcą był mjr Tadeusz Stefanowicz „Konwalia”. Ppor. Kazimierz A. Skoczek używał pseudonimu „Kazimierski”. I pod tym „nazwiskiem” można odnaleźć go także w kartotekach Muzeum Powstania Warszawskiego.

W niewoli niemieckiej od 5 października 1944 r. Początkowo osadzony w Stalagu 344 (VIII- B Lamsdorf — Łambinowice), następnie przeniesiony do Stalagu 318 (VIII-F) i 19 października 1944 r. trafił do Oflagu VII A Murnau. Nr jeniecki 102326.

Egon Karol Saphier v. Saperski

Urodził się 15 lutego 1917 r. w Brzeżanach. Weterynarię studiował przed II wojna światową we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej, jednakże dyplom lekarz weterynarii uzyskał kończąc studia we Wrocławiu w 1958 r. Podczas wojny mieszkał w Warszawie przy ul. Słowackiego 5/13 m. 72.

W okresie okupacji niemieckiej był członkiem AK i uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, jako podchorąży używając pseudonimu „Karol”. W kartotece Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się informacja, że należał do pułku „Baszta”, batalionu „Bałtyk” — kompania B-2, którego dowódcą był por. Jan Kułagowski „Krzem”. 1 sierpnia 1944 r. baon „Bałtyk” przy współudziale kompanii B-2, 0—3 i B-1 uderzył na budynek Szkoły Rękodzielniczej (ul. Narbutta) broniony przez silny oddział SS (ok. 400 żołnierzy). Natarcie powstańców załamało się, gdyż Niemcy nie dali się zaskoczyć. Zadanie bojowe nie zostało zrealizowane — zostało wielu rannych, poległo 38 żołnierzy AK…

Kilka dłuższych zdań pozwalam sobie zacytować ze „Wspomnienia byłych żołnierzy AK zamieszkałych w Australii”wyd. 1986, jakie przedstawił Egon Saperski w tej publikacji w kilku miejscach:


„SIERPIEŃ 1944 — FRAGMENT DRAMATU WARSZAWY. Pod koniec lipca 1944 roku ukończyłem ostatni kurs konspiracyjnej podchorążówki pułku „Baszta”. Ze względu na stan wyjątkowy poprzedzający powstanie formalny egzamin został odwołany i mieliśmy go zdawać w akcji.

Zawiadomiony tuż przed godziną „W” o miejscu zbiórki przy ulicy Narbutta na Mokotowie zdążyłem o godzinie 17-tej z trudem dojść do placu Unii Lubelskiej, a stamtąd skokami, pod obstrzałem do wlotu ulicy Puławskiej. Schroniłem się pod numerem 11-tym przy rogu ulicy Skolimowskiej. Znalazłem się więc na wprost „Flakkaserne” jednego z najważniejszych obiektów strategicznych dzielnicy, który pozostawiony w rękach nieprzyjaciela uniemożliwiał połączenie rejonów powstańczych Mokotowa ze Śródmieściem. W momencie rozpoczęcia walki naliczyłem na dostępnym dla mego oka terenie około 12 żołnierzy Wehrmachtu zgrupowanych wokół c.k.m.- u z obstrzałem w głąb ulicy. Zaabsorbowani całkowicie niebezpieczeństwem zagrażającym od południa nie zwracali uwagi na przeciwną stronę ulicy, gdzie stałem ukryty za ażurową bramą niewielkiego podwórza. Mały lecz dobrze uzbrojony oddział powstańczy mógł z mojej pozycji zlikwidować obsługę c.k.m.- u, zdobyć opustoszałe w tym momencie koszary i przy odpowiednio przygotowanym wsparciu zadecydować ewentualnie o losie dalszych walk na Mokotowie. Zgnębiony przymusową bezczynnością spowodowaną brakiem broni śledziłem ruchy nieprzyjaciela z tej pozycji przez pół godziny, a potem z okna pierwszego piętra w pokoju oddanym do mej dyspozycji przez rodzinę folksdojczów.

Znajomość z tą rodziną miała raczej dość niezwykły początek. Znajdowałem się na klatce schodowej, gdy nagle z hukiem otworzyły się drzwi od podwórza i na parter wpadło paru SS-manów z dzikim wrzaskiem. Pochyliłem się do skoku w kierunku górnych pięter, ale powstrzymała mnie młoda kobieta.

— Proszę nie uciekać — szepnęła — Oni pana zabiją… ja im powiem, że pan jest moim kuzynem. Widząc moje wahanie dodała:

— Bo widzi pan my jesteśmy folksdojczami… mąż nazywa się Rosenzweig… z takim nazwiskiem było niebezpiecznie, więc podpisaliśmy folkslistę. Z domu jestem Sianowska Halina… pochodzimy z Łodzi i czujemy się Polakami… Proszę wejść do mieszkania.

Wnętrze było skromne, lecz ludne i poza niemowlęciem leżącym cichutko w kołysce nie było widać nikogo. SS-mani ulotnili się bardzo szybko, ale gospodyni zaoferowała mi największy pokój z oknem wprost na bramę koszar. Potem wprowadziła do mniejszego pomieszczenia i przedstawiła dwóm młodym, rosłym blondynom o nazwisku Szatan, którzy byli jej kuzynami. Bracia Szatan domyślili się natychmiast mej przynależności do A. K., gdyż nosiłem oficerskie buty. Obdarzyli mnie zaufaniem ujawniając swą przynależność do S. A. Dla rozwiązania ewentualnej wątpliwości pokazali mi w szafie błyszczące złotymi guzikami mundury. Zapoznali mnie także z pisemnym rozkazem otrzymanym w przeddzień powstania, polecającym natychmiastowe opuszczenie Warszawy i zameldowanie się w jednostce S. A. w Krakowie. Powiedzieli, że nie wykonali tego rozkazu, bo czują się Polakami. Nie było to przekonywujące, niemniej zapewniłem ich, że w razie nadejścia powstańców mogą liczyć na moją pomoc.

Ukryty za futryną okna, obserwowałem uzbrojone w broń maszynową oddziały SS zajęte metodycznym podpalaniem budynków i ostrzeliwaniem okien tych, które jeszcze były zamieszkane. Przy takiej okazji butla soku w moim oknie rozprysła się czerwoną jak krew plamą nad tapczanem.

Noc była bezsenna. Nazajutrz od wczesnego ranka widziałem ponurą defiladę mężczyzn z rękami na karku, w niekompletnej garderobie, eskortowanych pośpiesznie przez SS-manów w kilkudziesięcioosobowych grupach w kierunku placu Unii Lubelskiej.

Od czasu do czasu wychodziłem na schody by podnieść na duchu kilkunastoosobową grupę ludzi, którzy tak jak i ja znaleźli w tym domu schronienie. W ten sposób poznałem szereg osób nawiązując z paroma nic wzajemnej sympatii. Pierwszym, który przylgnął do mnie był korpulentny konduktor kolejki grójeckiej Józef Lipski z ulicy Leszno. Dobroduszny ojciec sześciorga drobnych dzieci, w wieku około 35 lat, z nieodłączną torbą konduktorską na wypukłym brzuchu podążał za mną krok w krok powtarzając w kółko:

— Panie Karolu d… z nas. My już stąd nie wyjdziemy.

Czwartego dnia dowódca „Flakkaserne” w randze kapitana zapowiedział ewakuację naszego budynku i jego spalenie. Właściciel kamienicy był sparaliżowanym starcem i leżał w łóżku pod portretem Führera ozdobionym swastykami. Oficer należał również do starszej generacji, powitany hitlerowskim pozdrowieniem, dowiedział się ze zdumieniem, że nie tylko właściciel jest Reichsdeutschʼem ale i lokatorzy są volksdeutschʼami. Wzruszony spotkaniem rodaka wstrzymał ewakuację i zarządził sprawdzenie dokumentów. Wyznaczeni żołnierze również nie byli już młodzi, więc nie zdradzali zapału do wspinania się po niepewnych piętrach. Tym bardziej, że na parterze odkryli pokaźny zapas alkoholu. Czego więc nie mogli skonsumować na miejscu włożyli do plecaków i zameldowali dowódcy, że wszyscy lokatorzy posiadają niemieckie dokumenty. Wobec tego kapitan wykaligrafował wielkimi literami na arkuszu tektury: „Reichdeutsches Haus — nicht brennen” (Dom czysto niemiecki — nie podpalać) i umieścił ją na frontowej ścianie. Wtedy uchyliły się po raz pierwszy drzwi jednego z polskich mieszkań i jego gospodarz poczęstował mnie lampką wina przechowywanego na dzień wyzwolenia.

Późnym popołudniem piątego sierpnia dom otoczyło Gestapo. Któryś z Gestapowców krzyknął:

— Wszyscy Niemcy wyjść! Polacy pozostać!. Zamknąłem na 13-tej stronie powieść F. A. Ossendowskiego „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”. Zrozumiałem natychmiast, że mam zginąć w płomieniach, a na takie zakończenie krótkiej kariery wojskowej nie byłem przygotowany.

Ewakuacje Niemców ograniczono do 15 minut i każdy miał prawo zabrać ile mógł unieść. Moi gospodarze przygotowani na taką ewentualność spuścili z okna na sznurach wielki kufer i maszynę do szycia. Ja zaś od paru minut stałem na podwórzu rozważając szanse ucieczki. Nie było żadnej. Gestapowiec sprawdzający w bramie dokumenty obserwował mnie spod hełmu trzymając w pogotowiu szmajsera.

— Jestem folksdojczem — oświadczyłem po niemiecku, zbliżywszy się do niego.

— Dowód osobisty — zażądał ostro, wyciągając rękę. Podałem „kartę rozpoznawczą”.

— Wynoś się, ty przeklęta polska świnio — ryknął wściekle i pchnął mnie lufą automatu.

— Jestem Niemcem, tu mieszka moja rodzina — łgałem, nie mając nic do stracenia — legitymuję się polskimi papierami, bo złożyłem podanie o niemieckie obywatelstwo zaledwie przed dwoma tygodniami i nie otrzymałem jeszcze dokumentów, są na pewno w drodze. Chyba jasne, że jeśli moja rodzina je posiada to i ja jestem Niemcem.

— Za późno i wynoś się! — wrzasnął — To pewnie ty jesteś tą polska świnią co strzelała z tego domu do niemieckich żołnierzy.

Pani Halina Sianowska wybiegła wreszcie z budynku, więc szepnąłem:

— Proszę powiedzieć kuzynostwo.

— Panowie, puście go, to mój kuzyn — powiedziała wybuchając płaczem. Gestapowiec zareagował wściekle odpychając mnie jeszcze bardziej brutalnie, a inny obrzucił dodatkowymi przekleństwami. Pani Halina potwierdzała moje kuzynostwo rzewnymi łzami. Wtedy podszedł komendant oddziału o filigranowej sylwetce piętnastoletniego chłopca i wyciągając mnie na ulicę, powiedział:

— Skoro ona twierdzi, że kuzyn, to go puście, my to potem sprawdzimy.

Stałem więc na tramwajowej wysepce w zapadającym zmroku w grupie kilkudziesięciu folksdojczów, oczekując dalszego rozwoju wypadków. Oprawcy tymczasem wrzucili na parter wióry drzewne nasycone naftą i pokój stanął w płomieniach.

— Ty, młody — zawołał gestapowiec — Pójdziesz z tym policjantem — rozkazał wskazując starszego przodownika granatowej policji — Wyniesiesz z nim kufer z piwnicy.

Policjanta poznałem w pierwszym dniu powstania. Pokazał mi rozkaz ewakuacyjny z Białegostoku. W przejeździe zatrzymał się w tym domu u krewnych. Po wykonaniu zadania otrzymałem polecenie zniesienia z piętra sparaliżowanego Reichsdeutschʼa. Staruszek opierał się ewakuacji, więc ubrałem go wbrew jego woli i z przydzielonym mi do pomocy folksdojczem znosiliśmy go ze schodów. Podbiegł wtedy do mnie stary Kowalczyk z drugiego piętra i narzuciwszy na mnie jesionkę oraz kapelusz pilśniowy, powiedział:

— Niech pan to doręczy synowi… na pewno go pan spotka w mieście. Nazywa się Marian Kowalczyk. Wyszedł z domu w letnim ubraniu, a noce są teraz chłodne.

Gdy już wychodziliśmy na podwórze, konduktor Józef Lipski zawołał: — Mówiłem panu, że w d… z nas i my już stąd nie wyjdziemy.

W mieszkaniu właściciela pozostały jego dwie siostry, staruszki nierozumiejące otaczającej je grozy. Gdy dym z dolnej kondygnacji zaczął przenikać zeszły na podwórze. Prawdopodobnie nie posiadały żadnych dokumentów. Jeden z gestapowców zastrzelił je przykładając lufę na wysokości nerek. Chude sylwetki osunęły się wolno na bruk jak snopki słomy. Wtedy do komendanta Gestapo podszedł kapitan i protestował przeciwko zniszczeniu niemieckiej własności, której nienaruszalność on zagwarantował honorem niemieckiego oficera.

— Wykonujemy rozkazy naszych władz i dla pana kapitana będzie bezpiecznej nie wtrącać się w te sprawy — ostrzegł groźno gestapowiec.

Przed frontem koszarowej bramy stało około 30 żołnierzy. Kilku starszych ocierało łzy. Jeden nie pytając o pozwolenie, wszedł do płonącego budynku i po chwili wyłonił się z naładowanym plecakiem.

— Co tam masz? — zapytał głośno kapitan, czekając na niego w bramie.

— Wyniosłem kilka drobiazgów, które spłonęłyby za chwilę — odpowiedział prężąc się przed dowódcą.

— Odnieś to natychmiast i zamelduj się próżnym plecakiem! — ryczał na całe gardło oficer — Żołnierz niemiecki nie jest złodziejem!.

Z okna drugiego piętra wychyliła się kaszląca główka 8-letniej Kowalczykówny. Gestapowiec wypalił krótką serię i kaszel urwał się nagle. Za ażurową bramą podwórza stała od dłuższego czasu młoda kobieta z niemowlęciem jęcząc monotonnie w kółko:

— Panowie gestapowcy wypuście mnie. Mój mąż pracuje w Gestapo i nazywa się Krauze.

— A co twój mąż robi w Gestapo? — zapytał wreszcie któryś.

— Jest tapicerem. Gestapowcy wybuchnęli śmiechem i komendant polecił wypuścić ją.

Ściemniło się już zupełnie. Otworzyły się boczne drzwi od ulicy Skolimoskiej i na tle płomieni rozpoznałem sylwetkę z torbą konduktorką na brzuchu. Za konduktorem stał postawny mężczyzna w średnim wieku o nazwisku Rapacki, o którym krążyły pogłoski w tym domu, że się ukrywa.

— Dokąd? — warknął gestapowiec.

— Do domu — wyjaśnił Lipski całym swym zasobem niemieckich słówek.

— Z powrotem — zakomenderował Niemiec ostro… a potem padły dwa strzały.

Gdy kilka lat później wróciłem na miejsce dramatu przy ulicy Puławskiej 11, stanąłem w zadumie nad świeżo otwartą mogiłą w podwórzu. Dziwnym zbiegiem okoliczności tegoż właśnie dnia przed południem ekshumowano zwłoki 36-ciu męczenników wśród których było kilku moich przyjaciół.

Powieść Ferdynanda A. Ossendowskiego „Przez kraju ludzi, zwierząt i bogów” zamkniętej przeze mnie 5-go sierpnia 1944 roku na 13 stronie nie wziąłem już nigdy do ręki”.

Kolejny fragment zatytułowany: KOMPANIA „ŻNIWIARZ”:

— Zameldujecie się u porucznika „Szeligi”, dowódcy 9-tej Kompanii Dywersji Bojowej „Żniwiarz” — polecił prokurator wojskowy — Kieruję was do najlepszej jednostki bojowej Żoliborza.

Porucznika nie zastałem na kwaterze, ale podchorąży „Szumski” (Zygmunt Wisłouch) poradził mi czekać na niego przed latryną, skąd miał się udać bezpośrednio na odprawę do „Żywiciela” — dowódcy Żoliborza. Gdy zająłem stanowisko przed drewnianą komórką na podwórzu, odezwała się artyleria nieprzyjaciela na pobliskim Burakowie i jeden z pocisków eksplodował za ustępem obsypując go gradem kamieni. „Zabiją go zanim zdąży mnie przyjąć do swego oddziału” — pomyślałem zaniepokojony płaszcząc się na ziemi.

Po chwili jednak skrzypnęły zawiasy i w otwartych drzwiach ukazała się sylwetka postawnego oficera w angielskim „battle dress” z dobrze już podłysiałą głową.

— Panie poruczniku! Wywiadowca „Karol” melduje się posłusznie z rozkazu prokuratora — wyrecytowałem zrywając się na nogi.

— Słyszałem o was — wycedził oficer przez zęby powoli, lustrując mnie pobieżnie nie wypuszczając z ust źdźbła trawy.

— Zameldujecie się u podchorążego Szumskiego. Niech was wcieli do drużyny „Antka”. Zajmiecie miejsce „Długiego Janka”, który wczoraj nie wrócił z patrolu.

Przypadkowo znałem z widzenia niefortunnego poprzednika. „Długi Janek” Jan Pohoski, syn zamordowanego przez Niemców wiceprezydenta Warszawy był to wysoki, chudy i lekko przygarbiony mężczyzna. Tym też odznaczał się wśród rówieśników.

Podchorąży „Antek” — Kazimierz Sheybal wciągnął mnie do rejestru i przedstawił swojej drużynie. Nie zdążyłem się jeszcze zainstalować na kwaterze, gdy zadzwonił telefon. Zawiadomiono mnie o niespodziewanym ataku nieprzyjaciela na pozycje „Żniwiarza” w zakładach samochodowych Opel. Pluton formował się pośpiesznie do wymarszu na odsiecz zagrożonej placówce.

— Strzelałeś z r.k.m.-u? — zapytał mnie Antek już na schodach w biegu.

— Nie, ale dam sobie radę panie podchorąży — dodałem zaraz w obawie by nie przydzielił r.k.m.-u komuś innemu.

— Jesteś wobec tego karabinowym. Kładź go na ramię i ruszamy — odpowiedział na to.

Na ul. Suzina przywitał nas natychmiast gęsty ogień artylerii. Jeden z żołnierzy łączności reperował przerwany przewód polowego telefonu nie zwracając uwagi na rozrywające się szrapnele.

— Pojedynczo, skokami — spokojnie zakomenderował Antek.

Na czoło wysunęły się łączniczki. Były bardzo młode i na nich, ku memu zdziwieniu, obstrzał nie robił większego wrażenia, podczas gdy ja czułem się nieswojo”.


Jeszcze jedno „wspomnienie” Egona K. Saperskiego: PODCHORĄŻY „ZAREWICZ”.


„Dobiegał końca drugi miesiąc warszawskiego powstania. 29-go września po zlikwidowaniu Mokotowa nieprzyjaciel przystąpił do rozstrzygającego uderzenia na Żoliborz. Broniliśmy się zaciekle, ale pod naporem przeważających sił byliśmy spychani do Wisły. Na przeciwległym brzegu biwakowały od dwóch tygodni oddziały radzieckiej i polskiej armii, i tylko stamtąd mógł jeszcze nadejść ratunek przed niechybną zagładą, ale zapowiadana pomoc nie nadchodziła.

30-go września po południu trzymaliśmy się jeszcze w trójkącie ulic odchodzących na północ i na wschód od Placu Wilsona. Właśnie wydostałem się z płonącego i ostrzeliwanego przez czołgi „Znicza”. Biegnąc rowem łącznikowym przeskakiwałem przez ciała kolegów wśród których rozpoznałem też piękną Danusię z małej kawiarenki na Placu Wilsona. Zatrzymałem się na chwilę w podziurawionym jak sito „Szklanym Domu”, gdzie otrzymałem rozkaz włączenia się w obronę bloku Krasińskiego 10.

Pochylony posuwałem się skokami. Opodal podchorąży „Zarewicz” (Witold Lisowski) dowódca plutonu 229 odpierał ataki piechoty, nacierającej pod osłoną czołgów od Pl. Wilsona. Ogień ich dział i broni maszynowej przykuł mnie do ziemi. Zaskoczony serią z boku schroniłem się w ciasnym ustępie na końcu wąskiego korytarza, gdzie na powierzchni metra kwadratowego znalazło się nas chyba dziesięciu. Przylepiłem się jako ostatni, ale moje plecy wystawały na ostrzeliwany korytarz. Odbiłem się więc od sprasowanej masy ludzkiej i wylądowałem znowu na podwórzu. Podchorąży „Zarewicz” był teraz ranny i cicho wzywał pomocy. Spokojnym głosem, bez cienia emocji informował mnie, że dostał w biodro i nie może się poruszać. Dzieliła nas przestrzeń 20 kroków, ale ogień nieprzyjaciela raził nisko przy ziemi i niepodobna było podnieść głowę. Nagle zjawiła się sanitariuszka, jakby spadła z nieba. Podczołgała się do mnie ciągnąc za sobą nosze. — „Posuwaj się za mną” — rozkazała — „przeniesiemy go w bezpieczne miejsce”. Skóra cierpła mi ze strachu, ale poczołgałem się za dzielną dziewczyną. Podwórze było upstrzone ekskrementami, więc starałem się omijać je, ale było ich za wiele i żołądek wynicowany mdlącą wonią podskakiwał do gardła. Na szczęście był pusty. Dotarliśmy wreszcie do rannego i nasunęliśmy go na nosze. Sanitariuszka pociągała nosze, ja zaś popychałem je jedna ręką, bo w drugiej trzymałem kurczowo karabin. W końcu znaleźliśmy się w bezpiecznym miejscu. Niedaleko w piwnicy był szpital. Podchorąży leżał cicho nie okazując niepokoju lub cierpienia. — Zaopiekujcie się nim troskliwie — poprosiłem przełożoną — podchorąży „Zarewicz” jest jednym z najdzielniejszych żołnierzy, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych. — Bądźcie spokojni — odparła życzliwie. Oczy rannego wyrażały zdumienie. Nie mógł widocznie zrozumieć, skąd nieznany mu żołnierz zna jego bojową historię. — Jaki twój pseudonim? — zapytał przyglądając się z zaciekawieniem ukrytej w bandażach twarzy. — Strzelec „Karol” pluton 230, drużyna podchorążego „Antka” — odpowiedziałem. — Dziękuję” — wyszeptał ściskając mi rękę. — Do zobaczenia panie podchorąży. Muszę wracać na linię frontu — odpowiedziałem mu. — Wojna się jeszcze nie skończyła. Opuszczając go myślałem: „Zarewicz mając dopiero 23 lata był jednym z najdzielniejszych żołnierzy Podziemia. Odznaczył się w wielu akcjach dywersyjnych podczas okupacji”. Dowiadywałem się potem o jego dalsze losy, lecz niewiele wiedziano, prócz tego, że nie żyje. Przed kapitulacją został przeniesiony do szpitala i najprawdopodobniej jak wielu innych został dobity. Pośmiertnie został awansowany na podporucznika i odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, o czym dowiedziałem się znacznie później”.


I jeszcze jeden, ostatni dostępny autorowi fragment „Wspomnienia”: „KONIEC ŻOLIBORSKIEJ RAPSODII”.

„Przewaga niemiecka była teraz przygniatająca i walczyliśmy już tylko o honor polskiego żołnierza. Straciliśmy łączność z dowództwem i każdy działał na własną rękę. Zmieniając stanowisko ogniowe strzelałem do sylwetek nieprzyjaciela przesuwających się z Dziennikarskiej na Dygasińskiego.

Naszymi przeciwnikami były znowu oddziały RONA, znane już dobrze ze swego okrucieństwa. Straty ich przekraczały 50 %. Jeden z mołojców strzelał do mnie zawzięcie zza sterty kamieni i ślady jego pocisków wykwitały postrzępionymi otworami w futrynach okien. Zlikwidowałem go celnym strzałem w sklepienie hełmu. Została po nim brązowa teczka, po którą ukryci za węgłem bandyci wysłali starszego pana w czarnym palcie i meloniku, zmuszając nas do chwilowego przerwania ognia.

Późnym popołudniem do akcji włączyły się niespodziewanie samoloty sowieckie. Z odległości około 200 metrów wyraźnie widać było na nich czerwone gwiazdy sowieckie. W niskim locie nad dachami ostrzeliwały z broni pokładowej małe wille przy ul. Promyka wzniecając pożary. Nadal strzelałem do przebiegających sylwetek, a gdy zapadła noc, kierowałem lufę do ich cieni. Zmieniłem się w automat pozbawiony emocji. Straciłem poczucie czasu i przestrzeni.

Moje myśli powędrowały do dalekiego Podkarpacia. Żegnałem się z żoną i maleńką córeczką w przekonaniu, że za chwilę zostanę rozszarpany granatem lub dosięgną mnie miotacze płomieni. Nie zauważyłem nawet, kiedy umilkły okrzyki kolegów i zostałem sam w zadymionym budynku. Ignorowałem nawoływania do przerwania ognia, uważając je za podstęp wroga. O poddaniu się nie było mowy, jeńcy byli natychmiast rozstrzeliwani. Strzelałem więc jeszcze długo w ciemność nocy rozjaśnionej łunami nie wiedząc, że wojna się skończyła.

Nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu i odwróciłem się gwałtownie.

— Przestań strzelać! — powiedział chłopiec z opaską na ramieniu.

— Dowództwo podpisała kapitulację. Przyznano nam prawa jeńców. Idziemy do niewoli.

Zeszliśmy na palący się parter, a stamtąd na podwórze. Przed bramą na stercie gruzów leżał trup wielkiego mężczyzny z monstrualnie rozdętym od żaru brzuchem. W blasku migających płomieni wyglądał upiornie. Parę kroków w lewo, w przyciemnionym kącie podwórza stała w skupieniu mała grupa żołnierzy Wehrmachtu. Spoglądali z zaciekawieniem uśmiechając się nieśmiało. W zakurzonych twarzach nie było nienawiści. Byłem ostatnim żołnierzem opuszczającym pozycję obronną Żoliborza.

Nieco dalej w prawo zmęczeni powstańcy, stojąc grupkami wokół gruzów nowoczesnego domu, opowiadali w podnieceniu szczegóły ostatnich walk i dyskutowali niepewną przyszłość. Najmłodsi żałośnie szlochali jak dzieci, którym przerwano zabawę. Ktoś groził samobójstwem, oskarżając dowództwo o zdradę, a ten i ów dyskretnie porzucał broń i mieszał się z ludnością cywilną.

W tym tłumie żołnierzy przesiąkniętych goryczą klęski odnalazłem paru kolegów i dowódcę kompanii por. Szeligę. Uwielbiałem tego wspaniałego oficera saperów i byłem zdecydowany przebić się z nim przez Wisłę. Uzupełniłem więc swe uzbrojenie dwoma znalezionymi pistoletami maszynowymi i wyładowałem kieszenie amunicją.

Wkrótce jednak otrzymaliśmy rozkaz przygotowania się do składania broni i o godz. 22.30, 60-ciu niedobitków 9-tej kompanii Dywersji Bojowej „Żniwiarz” liczącej na początku 150 żołnierzy pomaszerowało w milczeniu ciemnymi ulicami w nieznana przyszłość, zostawiając za sobą gruzy pięknego Żoliborza i ciała poległych kolegów.

Przy wejściu na Plac Wilsona oczekiwał nas szpaler niemieckich żołnierzy. Głowa w bandażach, pod pogiętym hełmem żandarma, dwa pistolety maszynowe i Mauser w czarnej kaburze wzbudziły najwidoczniej sympatię szpakowego feldfebla.

— Nie martw się — powiedział klepiąc mnie przyjaźnie po ramieniu — Tu nie ma gestapo, policji ani Ukraińców, tylko Wehrmacht.

Cztery czołgi ustawione w kwadracie oświetlały reflektorami plac składania broni wskazując środek lufami pochylonych dział. Podchodząc czwórkami, rzucaliśmy ją na stos.

— Rzuć hełm! — rozkazał nadzorujący podoficer.

— Jest pogięty i przestrzelony. Wam się już na nic nie przyda. Zatrzymam go na pamiątkę — powiedziałem.

— Unmöglich! Das ist verboten — wrzasnął Niemiec.

Rozstałem się opornie z podziurawioną blachą, której zawdzięczałem życie. Dołączyłem do szeregu.

W chwile później maszerowaliśmy Aleją Wojska Polskiego do niemieckiej niewoli. Dopiero teraz odezwała się radziecka artyleria, ścieląc trasę ostatniego marszu obrońców Żoliborza śmiercionośnym ogniem.

We wściekłym huku rozrywających się szrapneli milkły ostatnie akordy Żoliborskiej Rapsodii”.

Podchorąży Egon K. Saperski dostał się do niewoli niemieckiej. Nr jeńca 46443. Osadzony w Stalagu XI-A Altengrabow.

Po wojnie wrócił do Polski. Ukończył studia w 1958 r. na Wydziale Weterynaryjnym Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu. Następnie na emigracji. Po nostryfikowaniu dyplomu lekarza weterynarii w Australii tam pracował i tam zmarł w 2010 r.

Rozdział 2:
Cywilne ofiary Powstania Warszawskiego także wśród lekarzy weterynarii

W poprzednim Rozdziale wymieniam lekarzy weterynarii uczestniczących w Powstaniu Warszawskim, którzy nie zostali uwzględnieni w pięknie wydanym opracowaniu prof. Jana Tropiło. Omawiając cierpienia osób walczących w szeregach polski podziemnej nie pochylamy się nad cierpieniem ludności cywilnej. W ciągu 63 dni powstania w Warszawie życie straciło (według różnych badań) niemal 150—200 tysięcy osób. Nie wspomina się trudnych do ustalenia liczb osób zaginionych i rannych. Natomiast walczących Powstańców zginęło ok. 20 tysięcy, ok. 5 tysięcy zaginęło i 25 tysięcy zostało rannych.

W przygotowanym rozdziale staram się braki te uzupełnić. Cywilnymi ofiarami Powstania Warszawskiego 1944 r. okazali się dwaj lekarze weterynarii: Wacław Kalkstein i Czesław Meringer.

Wacław Michał Kalkstein

Urodził się 30 września 1863 r., s. Avrahama. Dyplom lekarza weterynarii uzyskał na Uniwersytecie Warszawskim w 1889 r. Według Konrada Millaka: „Pracował w Rosji, był punktowym lekarzem wet. w Bukiejewskiej Ordzie gub. Astrachańskiej (1892), pomocnikiem Okręgowego Inspektora wet. w Temir-Chan-Szura (1902—1910), po czym wrócił do kraju i był punktowym lekarzem wet. w randze radcy stanu w Sosnowcu (1913). Po wojnie światowej był miejskim lekarzem wet. w Warszawie (1923—1931) i zamieszkiwał tam w 1939 jako emeryt”.

Obronił pracę doktorską. Mieszkał w Warszawie przy ul. Malczewskiego 1. W wyniku walk 2 września 1944 dom ten został zbombardowany i dr wet. W. Kalkstein zginął pod jego gruzami.

Ówczesne walki w Warszawie tak prezentuje w internecie strona wikipedia: Naloty na północny Mokotów. Podczas bombardowania szpitala przy ul. Malczewskiego 3/5 (które nasiliło się po wywieszeniu flagi z symbolem Czerwonego Krzyża), zginął docent UW, dr Piotr Słonimski, brat poety Antoniego Słonimskiego. Tego dnia polegli także Róża Maria Sapieha, Hanna Bińkowska, Maria Swierczewska, Teresa Krassowska i Władysław Krzysztof Grabiński. Tego dnia niemiecki sprawozdawca wojenny Deutsches Nachrichtenbüro napisał:

Żadne miasto nie doświadczyło podobnego piekła. Nasze samoloty rzucały bomby na domy północnej dzielnicy. Nasze moździerze strzelały, „goliaty” rzucano na barykady, zastosowano ciężką artylerię, stworzono piekło, jakiego nie doznało żadne miasto.

Czesław Meringer

Urodził się w 7 października 1898 r. w miejscowości Uładówka (Winnicy?), s. Józefa i Stanisławy Pstrągowskiej. Świadectwo dojrzałości uzyskał w Gimnazjum w Ufie w 1917 r. W 1927 r. zdał egzamin uzupełniający wobec Państwowej Komisji Egzaminacyjnej powołanej przez Kuratorium Warszawskiego Okręgu Szkolnego. W teczce studenta — syg. RP 8714 — znajduje się informacja o immatrykulowaniu na Wydziale Lekarskim UW 29 stycznia 1921 r. Jednakże ukończył studia weterynaryjne. Dyplom lekarza weterynarii otrzymał 6 października 1930 r. na Uniwersytecie Warszawskim. W 1939 r. pracował jako samorządowy lekarz weterynarii w miejscowości Bieżuń pow. sierpecki. W okresie wojny obronnej 1939 r. mieszkał w Warszawie przy ul. Kaczej 21/14.

Fot. 3. Cz. Meringer — fot. z Archiwum UW.

Cywilna ofiara powstania warszawskiego w 1944 r.

W Zestawieniu nazwisk lekarzy wet., którzy figurowali w „Spisie lekarzy wet. w Rzeczypospolitej Polskiej” ogłoszonym w marcu 1939 r., a nie podali się rejestracji po wojnie” Ministerstwo Rolnictwa i Reform Rolnych na s. 81 wymienia Czesława Meringera ale urodzonego w 1890 r., który dyplom otrzymał w 1913 r. we Lwowie? Natomiast we wspomnianym „Spisie z 1939 r.” znajduje się Czesław Meringer urodzony w 1898 i dyplom lekarza wet. w Warszawie w 1930 r.

Rozdział 3: Zamordowany w Gross-Rosen. Uzupełnienie biografii

Stanisław Garczarczyk


Po omówieniu ponad 440 biogramów zamordowanych lekarzy weterynarii mogło się wydawać, że limit tych, którzy oddali swoje życie za wolną Polskę, dawno został już wyczerpany. Niestety ciągle znajduję dokumenty świadczące, że było inaczej. Ciągle dopisuję nowe nazwiska — to cytat z Utrwalonych skrawków życia. Konieczne jest więc dopisanie nazwiska Stanisława H. Garczarczyka.

Stanisław Henryk Garczarczyk

Urodził się 23 lutego 1905 r. w Sączowie w pow. będzińskim. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1933 r. we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Pracował jako samorządowy lekarz weterynarii. W 1939 r. mieszkał w Przedborzu pow. konecki. W „Drugim słowniku biograficznym polskich lekarzy weterynarii” znajduje się skromna informacja, że: Garczarczyk Stanisław Henryk po II wojnie światowej nie poddał się rejestracji.

W kartotece z Państwowego Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy widnieje następujący zapis: Garczarczyk Stanisław, data urodzenia — 23-02-1905, miejsce urodzenia — Sączów, data śmierci — 08-07-1944, zawód — weterynarz, miejsce zatrzymania — Przedborze, data zatrzymania 30-11-1943, rodzaj uwięzienia — obóz koncentracyjny, miejsce osadzenia — GROSS-ROSEN, data osadzenia — 19-01-1944, data śmierci — 08-07-1944.

Natomiast w Księdze zmarłych więźniów KL Gross-Rosen, cz. II — podano inną datę śmierci — 06—07—1944 r. Obok zapisków znajduje się znaczek mówiący, że „dokument dotyczy egzekucji więźnia lub jeńca wojennego, także wyroków policyjnych sądów doraźnych w ramach tzw. Sonderbehandlung „specjalnego potraktowania”.

Od publikacji powyższego tekstu minęły trzy lata i teraz szczęśliwie odnajduję kolejne dane. W „Przedborskim Słowniku Biograficznym”czytam:

„W okresie 1 X 1930 — 30 IX 1933 r. pracował w Zakładzie Farmakologii Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie początkowo jako wolontariusz, a od 1 X 1931 r. jako zastępca asystenta i „powierzone obowiązki wykonywał sumiennie”. Zdaniem zastępcy profesora, doc. dr. Skowrońskiego: „jest pracownikiem zdolnym, posiada takt umiejętnego obchodzenia się z ludźmi. Dlatego też może spełnić przyjęte zadania w każdej dziedzinie działalności lekarza weterynaryjnego. Odszedł z zakładu tylko dlatego, że przepisy nie pozwalały na dłuższe zatrudnienie na tym stanowisku jak 2 lata”.

Od połowy listopada 1933 r. przez miesiąc uczęszczał do rzeźni miejskiej i na targowicę zwierząt rzeźnych we Lwowie w celu bliższego zapoznania się z czynnościami lekarza weterynaryjnego. W tym czasie kierował też rzeźnią gminną w Krzyczycach pod Lwowem.

Fot. 4 — Stanisław H. Garczarczyk — fot. ze zbiorów Haliny Zielińskiej w art. Wojciecha Zawadzkiego „Przedborski Słownik Biograficzny” www.psb.przedborz.pl/2009.

Zarząd Miasta Przedborza zatrudnił go, jako miejskiego lekarza weterynarii z dniem 25 III 1934 r. Do jego obowiązków należało sprawowanie kierownictwa rzeźni miejskiej przy ul. Cegielnej 3, nadzór nad targowicą zwierząt rzeźnych na Widomie (obecnie teren Liceum Ogólnokształcącego) oraz wykrywanie nielegalnego uboju zwierząt.

W 1937 r. ożenił się z Janiną i zamieszkał w mieszkaniu przy ul. Pocztowej 4 w Przedborzu. Wkrótce przyszła na świat córka Hanna.

W tym okresie władze miejskie miały wiele zastrzeżeń do jego pracy z powodu spóźnień do pracy, nieterminowego prowadzenia dokumentacji a powiatowy lekarz weterynarii stwierdził popełnienie błędów fachowych. Burmistrz wypowiedział mu pracę z dniem 1 X 1938 r. Jednak w rzeczywistości, od tego dnia w świetle obowiązującego prawa przeszedł na zatrudnienie Wydziału Powiatowego w Końskich.

Podczas okupacji niemieckiej przystąpił do Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej. Powierzono mu sprawowanie kierownictwa wywiadu na Przedbórz i okolice. Podlegał komendantowi miasta Kazimierzowi Trepczyńskiemu ps. „Wytrzymały”, a merytorycznie por. Bronisławowi Skoczyńskiemu ps. „Robotnik” i por. Zbigniewowi Sojczyńskiemu ps. „Andrzej”.

Aresztowany na podstawie donosu do żandarmerii o udziale w nielegalnym uboju trzody. Mogła to być zemsta za meldowanie o wykryciu nielegalnego uboju zwierząt jeszcze sprzed wojny.

Osadzony 19 I 1944 r. w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, nr obozowy: 16341. Później zesłany do pracy w filii: AL. Dyhernfurth II. Powrócił do obozu głównego 7 VII 1944 r., został tam rozstrzelany 6 VIII 1944 r.”.

Rozdział 4:
Byli tacy co przeżyli Gross-Rosen

Czesław Skorski


Po poświęceniu ponad 2500 stron jednej tylko grupie zawodowej lekarzy od zwierząt wydawać by się mogło, że zaprezentowane zostały biografie wszystkich ofiar z okresu II wojny światowej. Zaskoczony podkreślam, że w archiwach czy pamiętnikach ciągle natrafiam na nowe osoby, nowe nazwiska. W niniejszym rozdziale przybliżę losy studenta weterynarii z Lwowa, który dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał we Wrocławiu. Kilkuletnia przerwa to okres właśnie II wojny światowej i walki z okupantem niemieckim i sowieckim, więzienia i obozy.

Czesław Skorski

Urodził się 28 marca 1913 r. w Suchowoli, pow. Sokółka, s. Antoniego i Pauliny. Świadectwo dojrzałości otrzymał w Gimnazjum w Wąbrzeźnie w 1934 r. Studia weterynaryjne podjął w 1936 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Przerwał je wybuch II wojny światowej. Zmobilizowany został do Wojska Polskiego w stopniu kaprala podchorążego.

W Archiwum Korporacyjnym znajdują się dalsze informacje: „Więziony w radzieckim więzieniu w Białymstoku, w konspiracji AK, więziony przez Niemców na Pawiaku w 1944 i zesłany do obozu Gross-Rosen 1944—45”.

Przeglądam dostępne kartoteki. Archiwum Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy, gdzie w danych osobowych podano, że był „weterynarzem”. Aresztowany w Warszawie, mieszkał przed zatrzymaniem w Warszawie, a zatrzymany 9 kwietnia 1944 r. za działalność w ruchu oporu, uwięziony w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen 4 lipca 1944 r.

Natomiast w kartotece Fundacji Polsko-Niemieckiego Pojednania znajduję dodatkowe informacje: zwolniony z obozu Gross-Rosen w maju 1945.

Główny obóz Gross-Rosen został ewakuowany i ostatni transport z niego odszedł 13 lutego 1945 r. Możliwe, że bohater rozdziału był uwięziony w którymś ze 100 podobozów.

Dalszy ciąg biografii lekarza wet. Czesława Skorskiego przedstawię w formie bardzo zwięzłej cytując biogram ze strony Archiwum Korporacyjnego: „Po wojnie kierownik majątku Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 1945—48, student i absolwent Wydziału Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1948—49), lekarz wet., kierownik sekcji kontroli technicznej: ”Bacutil” przy R.P.P. Odpadów Zwierzęcych i Roślinnych w Warszawie (1949—1955), w latach 1955—78 kierownik lecznicy dla zwierząt w Mierzeszynie w woj. gdańskim, wykładowca w Szkole Przysposobienia Rolniczego 1957—70, radny w Gminnej Radzie Narodowej w Trąbkach Wielkich (1973—77, 1984—88, 1990—94).

Odznaczenia: Złoty Krzyż Zasługi, Medal Zwycięstwa i Wolności, Krzyż Kawalerski OOP, Krzyż Oświęcimski i inne.

Poprosiłem o wypowiedź na temat kolegi mojego przyjaciela, pracującego przez wiele lat na Wybrzeżu, dr. Tadeusza Zdunkiewicza. Oto cytat z listu jaki otrzymałem:

„Wspaniały Kolega. Nie żywił nienawiści do Moskali ani do Szwabów. Chociaż z czułością się o nich nie wyrażał. Do końca swoich dni mieszkał w Mierzeszynie. Był operowany w Gdańsku na Łąkowej i niestety tam zmarł. Wielu kolegów, dzisiaj już starszych, odbywało u Niego praktyki i staże. Nota bene w niedzielę spotkaliśmy się na faworkach w Starogardzie i przypadkowo wspominaliśmy także Mierzeszyn i kolegę Czesława Skorskiego jako „szczęśliwego” weterynarza. Jego córka Ewa była absolwentką weterynarii w Olsztynie i tam pracowała na Uczelni. Kilka lat temu miała wypadek i odeszła tragicznie. Żona dr. Skorskiego, Urszula, po tym wypadku wyprowadziła się do Warszawy do rodziny… Wychowankami sensu stricte weterynaryjnego są koledzy z Pszczółek (Wojtek Kazimierczak) i Trąbek Wielkich (Andrzej Pyliński)”.

Lekarz weterynarii Czesław Skorski zmarł 15 sierpnia 1994 r. w Gdańsku.

Rozdział 5:
Człowiek może dużo wytrzymać

Jan Salicki


Profesor Jan Tropiło w książce „Lekarze weterynarii w Powstaniu Warszawskim” wskazał na trzy grupy uczestników. Wymienił grupę walczących lekarzy weterynarii, grupę powstańców warszawskich, którzy po wojnie uzyskali dyplom lekarza weterynarii oraz tych, którzy w okresie powstania byli dziećmi a później zostali lekarzami weterynarii.

Do tej pory zajmowałem się opisywaniem losów lekarzy weterynarii i pomijałem tych młodych ludzi, którzy później wybrali zawód lekarza zwierząt. Publikacja prof. Jana Tropiło uzmysłowiła mi, że o tych młodych ludziach także należy pamiętać. Początek zrobiłem drukując wspomnienia Egona Saperskiego i prezentując jego losy związane z Powstaniem Warszawskim oraz losy Czesława Skorskiego.

Takim doskonałym przykładem są także losy Jana Salickiego, które postanowiłem opowiedzieć opierając się przede wszystkim na jego wspomnieniach.

Jan Salicki

Urodził się 22 października 1922 r. w Kozowie, pow. konecki, s. Władysława i Feliksy. Szkołę powszechną ukończył w Końskich. W połowie listopada 1939 r. podjął działalność konspiracyjną przyjmując pseudonim „Hamera”. Okres wojny bliżej przestawi sam bohater w spisanym wspomnieniu. Po wojnie podjął naukę na Wydziale Weterynaryjnym w Warszawie, który ukończył w 1959 r. w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Fot. 5 — Zaświadczenie Jana Salickiego.

Przeglądając kartoteki natrafiłem na informację pochodzącą z Archiwum Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych następującej treści: „uwięziony — przeżył, rodzaj uwiezienia — więzienie, miejsce osadzenia — HITLEROWSKIE WIĘZENIE, data osadzenia — 1—12—1944, data zwolnienia — 1—12—1944”.

Okazuje się, że Jan Salicki został aresztowany przez Niemców w kwietniu 1942 r. i dostarczony do więzienia w Tomaszowie Mazowieckim a stamtąd wywieziony do Bliżyna, który był podobozem obozu koncentracyjnego Majdanek. W grudniu 1942 r. z obozu uciekł.

Zapraszam do zapoznania się ze wspomnieniami lekarza weterynarii Jana Salickiego:


„Gdy sięgam pamięcią wstecz, zastanawiam się, jak wiele człowiek mógł przeżyć, jak wiele przecierpieć walcząc w konspiracji i partyzanckim oddziale z dużo silniejszym okupantem hitlerowskim. Ile ryzyka było w tej walce i zarazem szczęśliwych przypadków, które pozwoliły przeżyć ten koszmar.

Urodziłem się w 1922 roku w leśniczówce w pobliżu wsi Kozów, powiatu koneckiego. Ojciec mój był leśniczym, a ponieważ często zmieniał leśniczówki w których pracował, poznałem wiele tajników lasu i wiele leśnych dróg, co okazało się bardzo przydatne w mojej późniejszej działalności konspiracyjnej. Szkołę powszechną ukończyłem w Końskich, po której — za radą i protekcją mojego nauczyciela i wychowawcy, p. Jana Stoińskiego — wstąpiłem do wojskowej orkiestry 72 pp Leg. w Radomiu w charakterze elewa. Na kilka dni przed wybuchem wojny 1939 roku zostałem zdemobilizowany jako małoletni.

W połowie listopada 1939 r. rozpocząłem działalność konspiracyjną, składając przysięgę przed moim byłym nauczycielem ze szkoły powszechnej, ppor. Stoińskim ps. „Brzoza” i pełniąc funkcję zaufanego łącznika między „Brzozą”, a oddziałem mjr. H. Dobrzańskiego „Hubala”. Po krótkim przeszkoleniu przyjąłem zadania wywiadowcze i sabotażowe.

W kwietniu 1942 r. zostałem wysłany przez ppor. Stoińskiego z meldunkiem do por. Ślązaka ps. „Malwa”. W czasie przejazdu pociągiem zostałem na stacji kolejowej w Opocznie zatrzymany i przewieziony do więzienia w Tomaszowie Maz., a następnie w grupie aresztowanych (skutych parami) skierowany do obozu pracy w Bliżynie (zamienionym później na oddział obozu koncentracyjnego Majdanka).

Na wydzielonym terenie, ogrodzonym od nas zasiekami z drutu kolczastego utrzymywanego pod napięciem elektrycznym, przebywało tam już kilka tysięcy Żydów. W obozie pracowaliśmy wspólnie z nimi w kamieniołomie odległym o kilka kilometrów. Tylko grupowych mieliśmy innych. Nasi byli względnie lojalni wobec nas, więźniów, natomiast Żydów pilnowali ich „policjanci”, szczególnie służalczy wobec Niemców. Nawet pod nieobecność strażników niemieckich, grupowi policjanci żydowscy napędzali swoich rodaków do aktywnej roboty, często używając „argumentu” — drewnianej pałki. Wycieńczeni głodem i ciężką pracą Żydzi padali na ziemię nie mając siły się podnieść. Tych natychmiast strzałami dobijali strażnicy niemieccy.

W ramach udzielanej nam przez miejscową ludność pomocy udało się z zewnątrz obozu organizować przerzuty żywności (głównie chleba), którą dzieliliśmy się również z Żydami.

W czerwcu 1942 r. podjąłem próbę ucieczki z obozu, zostałem jednak wytropiony przez psy i schwytany. Za karę okrutnie mnie pobito i umieszczono na 3 dni w ciemnym bunkrze, bez jedzenia i picia. Po odbyciu kary zostałem na wieczornym apelu, dla ostrzeżenia innych, ponownie pobity. Jednak w grudniu tego samego roku podjąłem kolejną próbę ucieczki z obozu nocą, wspólnie z innym więźniem, Józiem (N.N.), elektrykiem ze Skarżyska, który przeciął naelektryzowane druty. Tym razem ucieczka powiodła się.

Powróciłem do Końskich, gdzie dowiedziałem się, że nocą z 1 na 2 listopada 1942 r. Niemcy aresztowali niemal cały sztab Obwodu koneckiego AK, a komendant Obwodu, por. Jan Stoiński „Brzoza”, „Górski”, oraz por. Tomir Tworzyański „Borsuk” zostali zabici podczas ucieczki. Dekonspiracja sztabu Obwodu AK nastąpiła w wyniku zdrady plut. Maksymiliana Szymańskiego „Relampago”. Nawiązałem kontakt z por. Antonim Piwowarczykiem „Wąsowicz” (który niemal cudem uniknął aresztowania) pełniącym dwie funkcje — zastępcy komendanta Obwodu AK i komendanta BCh na powiat konecki. Ponieważ byłem spalony na terenie Końskich, skierował mnie na placówkę BCh „Zofia” w Polnej Rzece, którą kierował ppor. Bronisław Ejgird „Molenda”. Był to styczeń 1943 r.

Tutaj dopiero rozpoczęła się moja prawdziwa walka z okupantem. Masowo rozbrajaliśmy żołnierzy niemieckich, magazynowaliśmy broń, rozbijaliśmy posterunki i zajmowaliśmy hurtownie oraz urzędy niemieckie, odbijaliśmy aresztowanych, rozkręcaliśmy szyny kolejowe, prowadziliśmy wywiad i kolportaż prasy konspiracyjnej. A poza tym zwalczaliśmy złodziejskie bandy i w wolnych chwilach odbywaliśmy szkolenie i ćwiczenia wojskowe, często z użyciem ostrej amunicji. W akcjach tych dowodzili nami porucznicy: Antoni Piwowarczyk „Wąsowicz”, Bronisław Ejgird „Molenda”, Józef Madej „Jerzy” i Władysław Piwowarczyk „Zbigniew”.

Wiosną 1944 r. nasza grupa BCh pod dowództwem por. Jana Piotrowskiego „Junosza” została włączona do grupy AK, tworząc samodzielny oddział w sile batalionu pod dowództwem ppor. „Poleszuka” Władysława Skorupskiego. Za udział w walkach pod Kazanowem, Plenną, Kozowem i in. zostałem wyróżniony dyplomem uznania, awansowany do stopnia kaprala i mianowany d-cą I drużyny w III plutonie por. „Zbigniewa”. Dodatkowo zostałem wyznaczony do pełnienia funkcji zaopatrzeniowca.

Podczas akcji „Burza” nastąpiła koncentracja wszystkich oddziałów z rejonu świętokrzyskiego w dniu 15 sierpnia 1944 roku w lasach przysuskich pod wsią Długa Brzezina, skąd mieliśmy maszerować D. P. Leg. Całość stanowił Korpus Kielecki — AK „Jodła”. Była to jednostka licząca ok. 6500 żołnierzy, w tym ok. 1000 z BCh, dość dobrze uzbrojona, dowodzona przez płk./gen. Jana Zientarskiego „Ein”, „Mieczysław”.

Nasze oddziały 2 D. P. Leg. pod dowództwem ppłk. Antoniego Żółkiewskiego „Lin” rozpoczęły prawdziwą wojnę z okupantem, który został teraz zmuszony do wystawienia przeciw nam dużych jednostek zmotoryzowanych, często przy wsparciu samolotami. Dochodziło do krwawych walk, wśród których należy wymienić zwycięski bój w Radoszycach 2 i 3 września 1944 r., w którym zginęło 2 naszych żołnierzy (razem z cywilami 22 osoby), a wśród nich mój kolega, kpr. Kazimierz Proskurnicki „Korwin”, a 5 zostało rannych. Niemców jednak zginęło 24 i 10 było rannych.

11 września, w boju pod Krosną, 3 pp dowodzony przez por. „Jerzego” i por. „Wąsowicza” uderzył na oddział Wehrmachtu pacyfikującego wieś i po dłuższej walce wyparł go ze wsi, zabijając 5 Niemców, a 4 raniąc. W walce tej została wyróżniona moja drużyna, ale w czasie boju skonał na moich rękach śmiertelnie raniony nasz ukochany dowódca por. Józef Madej „Jerzy” z Ruskiego Brodu. W dwa dni później, 13 września, zostaliśmy dwukrotnie zaatakowani przez duże siły Wehrmachtu, które udało się nam odeprzeć, ale straciliśmy dwóch dzielnych żołnierzy, pchor. „Kruka” — Kaliksta Kwapińskiego i kpr. „Mecha” — Władysława Nowaka. Niemców zginęło znacznie więcej. Dowodził nami kpt. Antoni Heda „Szary”.

16 września walczyliśmy o przejazd przez tory kolejowe broniony przez placówkę niemiecką w osłonie bunkra, który rozbiliśmy. Straty niemieckie — 6 zabitych, a 10 żołnierzy uciekło. W następnych dwóch dniach, 17 i 19 września, miał miejsce ciężki, ale zwycięski bój pod Szewcami k. Kielc, gdzie Niemcy ponieśli poważne straty. Zginęło ponad 30 ich żołnierzy, a kilkudziesięciu było rannych. Straty własne — 3 zabitych i 11 rannych.

27 września nastąpiła udana, zwycięska akcja na nieprzyjacielu pacyfikującym wsie Zakrzów i Wołkonary Górne. W całodziennym boju liczącą ponad 1000 żołnierzy hitlerowską ekspedycję pacyfikacyjną, wspieraną bronią pancerną, udało nam się rozbić, w tym też kilka ciężkich samochodów i jeden pancerny, a także czołg „Tygrys”, który został uszkodzony naszym piatem, ja zaś celnym rzutem gamona rozbiłem go doszczętnie, ratując również od pewnej śmierci por. „Morwę”, który w tej akcji stracił tylko lewe oko. Walk tych było dużo, że nie sposób wymienić wszystkich w tym opisie, nawet takich, jak zaatakowanie niemieckiej kolumny zmotoryzowanej koło wsi Piła, walki w gajówce Piaski, we wsi Drutani oraz wielu innych.

Pod koniec 1944 r. nasza 2 D. P. Leg., z powodu m.in. bardzo ostrej zimy, została częściowo zdemobilizowana, a na resztę Dywizji obozującej w lasach przysuskich Niemcy ściągnęli duże siły, okrążając nas. Walki trwały kilka dni, w czasie których straciliśmy kilkunastu żołnierzy. Ja miałem dużo szczęścia, gdyż jakaś zabłąkana kula lekko drasnęła moją prawą nogę, chociaż w płaszczu były też dziury. Należy podkreślić, że dzięki naszym doświadczonym dowódcom, zwłaszcza kpt. „Szaremu” i por. „Wąsowiczowi”, wszystkie starcia z wrogiem należy uznać za zwycięskie, gdyż straty Niemców w ludziach i sprzęcie były znacznie większe od strat naszych.

Kiedy wydawało mi się, że to już koniec zmagań z okupantem, nastąpiła niespodziewana wpadka. Jadąc bowiem rowerem do Modliszewic z meldunkiem do por. „Poleszuka” zostałem zatrzymany i doprowadzony na żandarmerię w Końskich, gdzie po krótkim przesłuchaniu i odebraniu rzeczy osobistych, skuty z tyłu kajdankami, byłem prowadzony przez jednego uzbrojonego żandarma. Manipulując kajdankami udało mi się uwolnić ręce i korzystając z okazji zacząłem uciekać. Niemiec strzelał za mną, ale niecelnie. Uciekając wpadłem na druty kolczaste, o które zaczepiony spodniami upadłem. Zanim się podniosłem Niemiec był już przy mnie, a za chwilę zjawiło się ich kilku. Bezskutecznie usiłowałem się bronić. Związali mnie powrozami i tak prowadzili przez całe miasto do więzienia. Ponieważ całą drogę szarpałem się, ludzie na ulicach krzyczeli do Niemców, aby mnie puścili wolno.

Po wprowadzeniu na więzienny korytarz czterech żandarmów zaczęło mnie bić metalowymi batami po całym ciele. Z bólu wpadłem w szał, chwyciłem jednego z nich za głowę, przycisnąłem do siebie i odgryzłem mu kawałek nosa. Pozostali przestali mnie bić, a zajęli się krwawiącym. Wepchnięto mnie do celi nr 7, w której samotnie przebywał mój kolega, Sylwek Jaworski ps. „Strzemię”, ze zwiadu konnego mjr. „Nurta” (c.c. Kaszyński Eugeniusz), który natychmiast zaopiekował się mną.

Nazajutrz była niedziela, więc Niemcy dali mi spokój, ale w poniedziałek wyciągnęli mnie na salę tortur i tam bez słowa zaczęto mnie bić. W pewnym momencie chwyciłem za krzesło i zacząłem atakować bijących mnie, ale jeden z oprawców uderzył mnie czymś twardym w tył głowy tak, że straciłem przytomność. Pewnie bito mnie nadal, gdyż zmasakrowanego, zalanego krwią przywleczono mnie za nogi do celi, gdzie po pewnym czasie odzyskałem przytomność. Po tej bestialskiej katordze przez kilka dni karmili mnie i nosili do latryny koledzy z celi Nr 13 „Straceńców”, w której teraz zostałem umieszczony. W celi przebywało nas 12 więźniów. Po „ostatnim słowie” i podpisaniu wyroku śmierci Niemcy wywozili skazanych na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwali. Według Niemców była to śmierć „honorowa”.

Wiedziałem, co mnie czeka, gdyż wyrok śmierci już otrzymałem w wigilię Świąt Bożego Narodzenia, ale postanowiłem za wszelką cenę jeszcze raz spróbować ucieczki. Ustaliłem plan obezwładnienia, zmniejszonej w okresie Świąt służby strażniczej przez samych więźniów i uwolnienia wszystkich pozostałych, ale z powodu braku jednomyślności, plan ten upadł. Postanowiłem wówczas zaryzykować ucieczkę w pojedynkę.

W trzeci dzień Świąt, gdyż była to niedziela, podczas rozlewania zupy na kolację, wykradłem klucze na podwórzec więzienny, którymi otworzyłem drzwi, a po moim wyjściu natychmiast je zamknął jeden z kucharzy (Mietek N.N.). Po wyjściu na zewnątrz, korzystając z wieczornych ciemności, przystawiłem znajdującą się na dziedzińcu drabinę do dachu szopy przylegającej do więziennego muru i po wspięciu się po niej na dach udeptałem na murze szkło, poodginałem kolczaste druty i następnie zsunąłem się po murze poza więzienie.

Upadając na ziemię stłukłem prawe kolano (na które potem długo chorowałem). Kulejąc spotkałem kolegę z oddziału Władysława Rakowskiego, który jadąc na rowerze odwiózł mnie na nim na Koczwarę do mojej siostry. Podczas rekonwalescencji przebywałem na kilku melinach, u p. Sztufrowskiej, st. pielęgniarki w Pile, u pp. Szażyńskich w Gowarczowie i u pp. Ślęzaków we wsi Skrzyszów, a leczył mnie nasz lekarz, M. S. Serdakowicz, Gruzin — i to z dobrym skutkiem.

Armia radziecka wkroczyła do Końskich 18 stycznie 1945 roku, a już w połowie lutego nastąpiły masowe aresztowania żołnierzy AK. Również i mnie aresztowało UB i przewiozło do swojej siedziby. Kilkudziesięciu zatrzymanych chłopców wpędzono do piwnic z wodą sięgającą kolan, a przesłuchiwanych wszystkich kolejno tak straszliwie bito, że kilku zamordowano. W bestialstwie szczególnie wyróżniał się por. Parczewski. Wiedząc o takiej sytuacji postanowiłem przyjąć postawę obronną. Do piwnicy nie dałem się wprowadzić i zażądałem rozmowy z komendantem, oświadczając też, że jeżeli o taką Polskę walczyłem, to proszę mnie rozstrzelać. Pozostawiono mnie więc na korytarzu do rana i wtedy zjawił się komendant UB z Końskich, kpt. Pluta, który zwolnił mnie z pobytu w piwnicy zalanej wodą i nakazał umieścić w separatce, do czasu wyjaśnienia mojej sprawy.

Dopiero po kilku tygodniach trzymania mnie w separatce zostałem wezwany na przesłuchanie, już jako ostatni z zatrzymanych. Ze względu na moją postawę oraz stan zdrowia, tym razem bicie mnie ominęło. Podpisałem zobowiązanie wstąpienia do 9 pułku zapasowego w Olsztynie, po czym udałem się do Kielc na zbiórkę, skąd pociągiem wyjechaliśmy do Olsztyna. Z takiej sytuacji byłem nawet zadowolony, gdyż w moim ekwipunku zabrałem klarnet z myślą, że znowu będę grał w orkiestrze.

Wypadki potoczyły się jednak inaczej. Gdy dojechaliśmy do Torunia, trzeba było wysiąść z pociągu, ponieważ dalej tory kolejowe były zniszczone, a innych środków transportu nam nie przydzielono. Konwojujący nas podoficerowie gdzieś się zapodzieli, zapasy żywności skończyły. Wobec takiej sytuacji rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę. Ja udałem się do Warszawy i jeszcze w czerwcu 1945 r. zdałem eksternistyczny egzamin na 3 rok konserwatorium (w klasie skrzypiec prof. Jarzębskiego), a następnie wstąpiłem na SGGW, gdzie ukończyłem Wydział Weterynarii.

Z amnestii skorzystałem dopiero w roku 1947. Nadmieniam, że w walce o niepodległość Ojczyzny zginął w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen-Oranienburg, w wieku 52 lat mój ojciec Władysław, a młodszy 25-letni brat, również Władysław, zakatowany w koneckim UB. Ja cudem ocalałem, bo nosiłem pod klapą munduru ryngraf Matki Bożej Częstochowskiej, który mi moja mama wszyła, gdy wychodziłem do oddziału partyzanckiego. Wierzę w tę opiekę gorąco, a ryngraf ten pieczołowicie do dziś przechowuję na pamiątkę”.

Rozdział 6:
„Ramzes” ukończył weterynarię i medycynę

Stanisław Krzaklewski


Przeglądając materiały biograficzne dotyczące Mariana Krzaklewskiego z „Solidarności” natrafiłem na akapit mówiący, że jest on bratankiem Stanisława Krzaklewskiego, lekarza weterynarii i medycyny. Podejmuję temat. W „Drugim słowniku biograficznym” przygotowanym do druku przez A. Schollenbergera hasło takie nie występuje. Zainteresowanie narasta.

Stanisław Krzaklewski

Urodził się 4 maja 1921 r. w Rzeszowie. W 1950 r. ukończył Wydział Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu i Politechniki [we Wrocławiu — dop. W. A. G.], zaś w 1963 r. Wydział Lekarski AM we Wrocławiu — to cyt. ze „Słownika biograficznego lekarzy weterynaryjnych Dolnego Śląska 1945—1999”. I jeszcze zdanie: Jako lekarz wet. po ukończeniu studiów podjął pracę w PGR.

Prof. Bolesław Broś wspomina:

„Dzieciństwo i młodość spędził Stanisław w rodzinnym domu, na Kolonii Profesorskiej, na górnym Łyczakowie we Lwowie. Ojciec Stanisława był profesorem gimnazjum. Stanisław uczęszczał do cieszącego się dobrym imieniem VIII Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego we Lwowie. Od wczesnych lat należał do harcerstwa, do 1 Lwowskiej Drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki, najstarszej drużyny harcerskiej w Polsce.

Wakacje spędzał często na koloniach TNSW w Siankach, na granicy polsko-czechosłowackiej, wspólnie m.in.: z Feliksem Całym, Andrzejem Hiolskim, Witoldem Szolginią, Bolesławem Brosiem.

W latach II wojny światowej w domu rodzinnym Krzaklewskich znalazł schronienie „cichociemny” kpt. Michał Wilczewski, ps. „Uszka”, pochodzący z okolic Nowej Uszycy na Ukrainie, na wschód od Kamieńca Podolskiego. Kpt. Wilczewski, przydzielony do Okręgu Stanisławowskiego AK, rozpoczął formowanie z młodzieży lwowskiej oddziału Dywersyjno-Dyspozycyjnego, stanowiącego jednostkę 11 Karpackiej Dywizji AK. Do oddziału tego wszedł Stanisław Krzaklewski, noszący pseudonim „Ramzes”. Uczestnicy tej jednostki zostali przerzuceni do bazy partyzanckiej AK w Korczunku koło Stryja, zaopatrywanej w broń i wyposażenie ze zrzutów lotnictwa brytyjskiego.

Zadaniem oddziału było przerzucanie broni i amunicji z bazy w Korczunku do oddziałów polskiej samoobrony i oddziałów AK w rejonie Bitkowa, koło Nadwornej. Rajd o trasie 140 km rozpoczęty w ostatnich dniach czerwca 1944 r. dobiegł końca 21 lipca 1944 r., a jego droga przebiegała m.in. przez olbrzymi masyw leśny, tzw. Czarny Las nasycony bandami UPA, z którymi unikano kontaktów. W okolicach Bitkowa doszło do walki z wojskami niemieckimi. Rannych w oddziale kpt. Wilczewskiego udało się przy pomocy miejscowych członków AK przerzucić do szpitala. Broń i wyposażenie należało w Nadwornej przewieźć przez most na rzece Bystrzycy, kontrolowany przez posterunki niemieckie. Broń ukryto na furze wypełnionej sianem, przewożonej przez łączniczkę AK, przebraną w wiejski strój. Szczęśliwie przewiezioną broń złożono na plebanii w Nadwornej u księdza Łączyńskiego, który nie bacząc na kwaterujących u niego oficerów niemieckich przyzwolił na to i dał schronienie członkom oddziału partyzanckiego.

Fot. 6 — Stanisław Krzaklewski — fot. Archiwum, www.przegladkolbuszowy.pl — autor art. S. Gorzelany “Przypominamy”.

Wkrótce na tereny te wkroczyły wojska sowieckie, a w ślad za nimi frontowe NKWD (Smiersz), masowo aresztujące Polaków. Stanisław Krzaklewski wraz ze swoim kolegą z AK Romanem Dmytrachem znaleźli się podówczas w Stanisławowie. Obaj zostali tam aresztowani przez Smiersz i uznani za „germańskich szponów” i jako tacy przeznaczeni do natychmiastowej egzekucji. Od niechybnej śmierci uratowała ich nadgorliwość kobiety-pułkownika NKWD, która dowiedziawszy się, że obaj uwięzieni nie zostali przesłuchani, przełożyła egzekucję na dzień następny, by dokonać przed tym formalnego przesłuchania. Do Komendy, usytuowanej po drugiej stronie rzeki Bystrzycy konwojowało więźniów trzech bojców. W oczekiwaniu na wolne przejście prowizoryczną kładką w miejscu zniszczonego mostu na rzece usiedli oni, by zapalić „skręta”. Korzystając z tego Dmytrach, który uprawiał sportowo boks, powalił nagle bojców na ziemię, a obaj więźniowie korzystając z mroku rzucili się do brawurowej ucieczki w przyległe kartofliska. Serie z broni maszynowej omijały ich szczęśliwie. Korzystając z pomocy kolegów z AK Staszek wracał do rodzinnego Lwowa.

W dniu 22 grudnia 1944 r. Stanisław Krzaklewski idąc ulicą we Lwowie zostaje nieoczekiwanie aresztowany i osadzony w więzieniu przy ul. Łąckiego. Z tego więzienia wyruszył 11 lutego 1945 r. duży transport więźniów na Wschód, w nieopalanych bydlęcych wagonach. Z pociągu tego udało się Staszkowi wyrzucić skrawek papieru z wiadomością dla matki i narzeczonej. Po ośmiu dniach dramatycznej podróży dowieziono więźniów do Donbasu i osadzono w łagrze w Krasnodonie. /…/ Stanisław Krzaklewski pracował w nieludzkich warunkach głęboko pod ziemią, w kopalni węgla kamiennego. Lekarz-więzień, dr Bolesław Waligórski, ojciec Andrzeja, poety i satyryka, wyleczył tam Staszka z ciężkiego przypadku zakażenia krwi. W dniu 11 września 1945 r. Stanisław Krzaklewski zostaje zwolniony z łagru w Krasnodonie i udaje się do swojego miejsca zamieszkania we Lwowie. Wobec dalszego zainteresowania się nim przez NKWD wyjeżdża na Zachód i osiedla się we Wrocławiu”.


W tej opowieści znajdujemy jeszcze starania dr. Stanisława Krzaklewskiego o sprowadzenie do Wrocławia Panoramy Racławickiej ze Lwowa oraz utworzenie Towarzystwa Miłośników Lwowa.

Na zakończeniu biogramu jeszcze jedno zdania ze Wspomnienia prof. B. Brosia: „Nawiązując do słów brytyjskiego publicysty — Timothy Garton Asha o tym, że: „polskie miasto Lwów przenosiło się do niemieckiego Breslau przekształcając je we Wrocław” należy mocno podkreślić, że dr Stanisław Krzaklewski w tym przekształceniu zdruzgotanej wojną niemieckiej Festung Breslau w polski o lwowskim kolorycie Wrocław odegrał wielką i chlubną rolę”.

Po ukończeniu medycyny poświęcił się patologii ciąży. Pracował w ZOZ Matki i Dziecka. Opublikował 4 książki i 161 artykułów naukowych. Zajmował się także zoonozami współpracując z Wydziałem Weterynaryjnym Akademii Rolniczej we Wrocławiu.

Dr Stanisław Krzaklewski zmarł 13 czerwca 2002 r.

Rozdział 7:
Zginął w Lipawie

Włodzimierz Czenze


W „Przeglądzie Bałtyckim” natrafiłem na informację, że lekarz weterynarii Włodzimierz Czenze zaginął w Lipawie. Ponieważ w swojej publikacji „Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej” nie wymieniam tego Kolegi rozpoczynam więc rutynowe poszukiwania.

Co to znaczy rutynowe poszukiwania? Przeglądam Spisy lekarzy weterynaryjnych z 19391931 r. — nie ma takiego nazwiska. W Drugim słowniku biograficznym polskich lekarzy weterynaryjnych pod red. prof. J. Tropiło — także nie figuruje. Może więc u K. Millaka? Jest.

Mam potwierdzenie. Włodzimierz Czenze był jednak lekarzem weterynarii. Dalsze poszukiwania, to już IPN i Archiwa Państwowe.

Włodzimierz Michał Czenze (Vladimir Michal Tschense)

Urodził się w 1882 r. w Lipawie, s. Juliana i Walerii Marcinkowskiej. W tym czasie Lipawa była miastem rosyjskim. „Ur. w 1882 w Kraju Nadbałtyckim, uzyskał dyplom lekarza wet. w 1909 w Dorpacie. Służył w Rosji w Stadninach Państwowych i wojsku; był młodszym lekarzem wet. Orenburskiej Stajni Hodowlanej (1911), a następnie 3 zapasowego pułku kawalerii; po 1911 wyszedł z wojska rosyjskiego” — to cytat ze „Słownika polskich lekarzy weterynaryjnych 1394—1918” s. 37.

Mieszkał w Lipawie [stąd u Millaka — Kraj Nadbałtycki] przy ul. Alejas 10. Dom, w którym mieszkał dr Włodzimierz Czenze wykupił na własność od miasta w 1929 r. „Ostatnia informacja o nim pochodzi z 1941 r., kiedy to pełnił funkcję miejskiej inspekcji kontroli mięsa w Nowej Lipawie. Według przekazów rodzinnych miał zginąć po zajęciu Lipawy przez Armię Czerwoną” — to cytat z „Przeglądu Bałtyckiego” z art. Marka Głuszko.

Ponieważ mogą nasuwać się pewne wątpliwości narodowości naszego bohatera mówiące, że przecież Lipawa była miastem rosyjskim, gdy się urodził, po I wojnie światowej — łotewskim, by przybliżyć „polskość” rodziny Czenze, przytoczę jeszcze kilka zdań ze wspomnianego artykułu.


Julian Czenze (1851—1910) pochodził ze szlachty węgierskiej. Jego przodkowie mieli majątek ziemski koło Czerniowiec (południowa Ukraina). Za udział w Wiośnie Ludów 1848 r. ich majątek został zarekwirowany przez władze austriackie. Rodzice Juliana przenieśli się wtedy do guberni płockiej w Królestwie Polskim, będącym wówczas częścią Imperium Rosyjskiego. Tu urodził się w 1851 r. Julian. Następnie rodzina osiedliła się w Lipawie, gdzie ojciec Juliana założył firmę przewozową drogą morską, odziedziczoną później przez syna. Przez całe swoje życie zawodowe Julian Czenze związany był z życiem gospodarczym Lipawy /…/


Julian Czenze od 1877 r. żonaty był z Walerią Marcinkowską. Mieli 6 dzieci: Marię, Włodzimierza, Zofię, Stanisławę, Jadwigę i Leona. Najmłodsze ich dziecko, syn Leon, urodził się w 1896 r. Ukończył Szkołę Realną w Lipawie. Był zawodowym wojskowym, absolwentem szkoły oficerskiej, dowódcą dywizjonu artylerii w randze kapitana. Aresztowany w 1939 r. przez NKWD, zamordowany wiosną 1940 r. na Ukrainie. Podobny los spotkał syna najstarszej córki Juliana i Walerii, Marii Czenze, zamężnej z Zygmuntem Marcinkowskim. Ich syn, Jerzy Marcinkowski, urodzony w Lipawie w 1906 r., był absolwentem Wydziału Inżynierii Wodnej Politechniki Warszawskiej, pracował w Zarządzie Miejskim w Warszawie. Zmobilizowany we wrześniu 1939 w randze podporucznika i przydzielony do 81 pułku piechoty, aresztowany przez NKWD, zamordowany w Katyniu. Wśród ofiar Katynia znaleźli się zatem syn i wnuk Juliana i Walerii Czenze.


Waleria Czenze przeżyła męża o 2 lata, zmarła w 1912 r. i została pochowana obok Juliana. Spośród ich szóstki dzieci tylko syn Włodzimierz zdecydował się pozostać w Lipawie po 1918 r.


Swoimi wątpliwościami dotyczącymi pochodzenia bohatera niniejszego rozdziału podzieliłem się z autorem wspomnianego powyżej artykułu, Markiem Głuszko. Otrzymałem interesującą odpowiedź:


„Pana wątpliwości dot. pochodzenia/narodowości Włodzimierza Czenze to oczywiście nie łatwa kwestia, szczególnie z dzisiejszej polskiej, jakby nie było mono-etnicznej perspektywy. Szukając odpowiedzi trzeba jednak pamiętać o całym wielokulturowym i wieloetnicznym dziedzictwie dzisiejszych krajów bałtyckich. W okresie, kiedy przyszedł na świat Włodzimierz Czenze na dobrą sprawę nikt nie miał okazji urodzić się w Polsce (bo takiej przecież nie było). Używając dzisiejszych kategorii Włodzimierz miał po ojcu krew węgierską, a po matce polską. Żeby było ciekawiej Julian Czenze (ojciec Włodzimierza) uważany był w Lipawie za Niemca. Grób rodziców Włodzimierza na ewangelickim cmentarzu w Lipawie (ojciec był ewangelikiem, matka katoliczką) opisany jest jednak w języku polskim — to zawsze ważne kryterium (i ogromna rzadkość na ewangelickich cmentarzach na Łotwie). Pamiętajmy, że brat i siostrzeniec Włodzimierza zginęli w Katyniu. Dla mnie nie ulega wątpliwości — Włodzimierz Czenze był obywatelem Łotwy polskiego pochodzenia. A że służył w carskiej armii — gen. Anders i setki innych również, takie były losy Polaków przed 1918 r. Badając losy Polaków na Łotwie często można spotkać się z pięknymi, bardzo polskimi historiami ludzi, którzy nigdy w Polsce nie byli, którzy znali Polskę jedynie z opowieści, książek”.


Od Marka Głuszko otrzymałem także informację, że możliwe iż żona doktora Włodzimierza Czenze w latach trzydziestych była bibliotekarką w polskiej szkole w Lipawie. Pan Marek w liście do autora, dodaje: „Jego losy nie są też bliżej znane mieszkającym w Warszawie wnukom siostry Włodzimierza”.


Z Instytutu Pamięci Narodowej (BU I 3—5502—72(2)16 z 29. 02. 2016 r.) otrzymałem krótką odpowiedź: „W sprawie Włodzimierza Czenzego, który zginął w Lipawie po wkroczeniu Armii Czerwonej, informuję, że przeprowadzono kwerendę w dokumentach archiwalnych dotyczących losów obywateli polskich na ziemiach wschodnich II RP oraz na terenie ZSRR w latach 1939—1956, a także w bazach danych programu „Indeks Represjonowanych”, dokumentującego losy obywateli polskich represjonowanych przez organa władzy sowieckiej w latach 1939—1956. /…/ W wyniku przeprowadzonej kwerendy nie odnaleziono żadnych materiałów dotyczących Włodzimierza Czenzego”.

Rozdział 8:
We wspomnieniach żony

Stefan Szczeciński


Przeglądając „Dramatyczne wspomnienia z Turobina, Izbicy, Gródek” prof. Romana Tokarczyka, znajduję wspomnienia żony lekarza weterynarii o znanym mi nazwisku Szczeciński. Cały szczęśliwy zasiadłem do opracowywania biogramu tego lekarza. Szybko okazuje się jednak, że było dwóch lekarzy weterynarii o tym samym nazwisku, a ja przed oczyma miałem kolegę, który zamordowany został w Katyniu w 1940 r. — Kazimierza Juliana Szczecińskiego z Jędrzejowa. Urodził się w 1912 r. W 1939 r. był jeszcze studentem Wydziału Weterynaryjnego Uniwersytetu Warszawskiego. Zmobilizowany do 4. Pułku Piechoty Leg. W niewoli sowieckiej i osadzony w Kozielsku.

Natomiast we wspomnieniach Marii Szczecińskiej czytam opis losów Stefana Szczecińskiego, który w 1939 r. odebrał już dyplom lekarza weterynarii na Uniwersytecie Warszawskim i podjął pracę w zawodzie.

Stefan Szczeciński

Fot. 7 — Stefan Szczeciński — fot. z Archiwum UW.

Urodził się 15 lipca 1914 r. w Warszawie, s. Zygmunta Franciszka i Marii Apolonii Kozierskiej. Świadectwo dojrzałości otrzymał w Państwowym Gimnazjum im. S. Batorego w Warszawie 25 maja 1932 r. (nr 178). Immatrykulowany na Wydziale Weterynaryjnym UW 13 października 1932 r. Dyplom lekarza weterynarii uzyskał 28 lipca 1939 r. na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego. Żonaty z Marią. W styczniu 1940 r. przeniósł się z Warszawy do Turobina i podjął pracę lekarza od zwierząt. 29 sierpnia 1942 r. aresztowany przez Niemców i uwięziony w Izbicy, przeniesiony na „Zamek Lubelski”. Przesłuchiwany „Pod Zegarem”. W 1944 r. przeniósł się do Włodawy na stanowisko powiatowego lekarza weterynarii. W lutym 1945 r. w Ciechanowie także na stanowisku powiatowego lekarza weterynarii.

Obszerne fragmenty Wspomnień pozwalam sobie przytoczyć ze względu na ich „duże znaczenie dokumentacyjne i kulturotwórcze”, jak podkreślił prof. R. Tokarczyk. O zgodę na przedruk wystąpiłem właśnie do prof. Romana Andrzeja Tokarczyka. I takową otrzymałem. Za co dziękuję.


Pani Maria Szczecińska:


„W czasie obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. byłam sanitariuszką, zaś w drugiej połowie stycznia 1940 r. osiedliliśmy się z mężem w Turobinie. /…/ Ponieważ głównym zajęciem mieszkańców Turobina, jako małej osady, było obserwowanie życia sąsiadów, mogłam usłyszeć od wszystkich wiele różnych informacji. Wkrótce też wymienialiśmy między sobą ukłony i przyjazne spojrzenia. W jakiś rok, czy półtora mój mąż, Stefan Szczeciński, zawarł bliższą znajomość z porucznikiem Czachorowskim. Jako lekarz wet. mąż często wyjeżdżał do Guzówki, majątku pp. Kiełczewskich, gdzie spotykał się z porucznikiem. Wracał wówczas ożywiony, minęło typowe załamanie psychiczne z początku okupacji. Przez okno naszego mieszkania, które wychodziło na ulicę, Stefan często zza gęstej firanki wypatrywał nowego znajomego. Intuicyjnie wyczuwałam, że łączyło ich coś więcej niż wieź koleżeńska, było to coś głębszego, jakaś spójnia duchowa. Towarzyszyła mi przy tym niepewność o losy osoby najbliższej w dobie tak wówczas tragicznej, kiedy łapanki, rozstrzeliwania na miejscu osób zatrzymanych, bez żadnych dowodów rzeczowych, były na porządku dziennym. Okupant działał metodą zaskoczenia, zastraszenia ludzi o słabych charakterach, nie wytrzymujących upodlenia wojny. Nigdy jednak nie ujawniałam swych obaw co do częstych, dłuższych pobytów męża mego w Guzówce. Rozpoczął się okres, w którym mówiło się już głośno w Turobinie o stworzeniu z mężczyzn nocnych wart, co noc zmienianych przez sąsiadów, które miały ostrzegać w nocnych wyprawach esesmanów miejscowego oddziału. Warty te były imiennie ustalane przez mieszkańców.

Istnienie partyzantki w naszych okolicach z dnia na dzień dawało o sobie znać. Z biegiem miesięcy 1941/1942 r. ujawniły się różnice ugrupowań: AK, BCh, AL, PPR. /…/ W tym czasie Niemcy w Turobinie i okolicy rozpoczęli wyniszczanie ludności żydowskiej, która stanowiła połowę naszej osady. Masakry po domach, strzelanie po nocach do uciekających ulicami, trupy na drewnianych chodnikach pełnych zakrzepłej krwi — tego byliśmy świadkami. /…/ W owym czasie chowałam dwa psy. Jeden był młodym owczarkiem podhalańskim czasem złośliwym. Drugi, 5-letni był czystej rasy seterem irlandzkim, bardzo do mnie przywiązanym, obronnym. W czasie okupacji mąż nie polował, więc psisko nie było wybiegane, raczej spokojne, ale z natury czujne. Psom tym zawsze wynosiliśmy dwie duże miednice obiadowego pożywienia. Jedną stawiałam tuż za stodołą, zawartość jej była pokryta kośćmi, druga pod grochem — wówczas wysokim i gęstym. Ukryte w nim dzieciny żydowskie wiedziały, że ta miska jest dla nich. Psy nasze, pouczone uprzednio, były na tyle mądre i szlachetne, że dopadłszy swojej obfitej miednicy, pochłonięte gryzieniem kości, nie przeszkadzały zgłodniałym dzieciom. Szlachetne instynkty nakazywały im ustępstwa dla brudnych, wylękłych, czarniawych istot. Dobra komitywa kwitła. /…/ Wraz ze wzmożeniem działań frontowych zaczęto wydawać na początku 1943 r. ulotki — biuletyny informacyjne „Bojownik Polski” — wydawany w Turobinie organ rejonu I AK i BCh Krasnystaw Obwód 633 — czerpał informacje z nasłuchu w Guzowie i z kilku innych źródeł. Redaktorami byli: nauczyciel z Turobina Rudolf Kogut ps. Sański, Stanisław Kisler ps. Alb, Zbigniew Kiełczewski ps. Róg z Guzówki, Stefan Szczeciński ps. Słomka z Turobina, Stanisław Mościcki ps. Ślepowron z Guzówki. Spotykaliśmy się w restauracji Piotra Puchali w Turobinie w pobliżu Rynku, w piwnicy było radio. Tam wtajemniczeni czerpaliśmy ową upragnioną strawę duchową — komunikaty były pocieszające. /…/ Pewnego dnia przybyła nam jeszcze jedna osoba. Znany memu mężowi Michał Wlizło, współpracujący z nim przy kastracjach koni, handlarz koni ze wsi Gródki, osierocony przez zmarłą żonę, pozostawszy sam z ośmiorgiem dzieci, jednego ranka przyprowadził nam swoją najstarszą córkę ze słowami: „Nie macie państwo dzieci — weźcie Natalkę za swoją. Na wsi w okolicy kręci się pełno Niemców, a ja stale w podróży, boje się o nią”. Była to śliczna dziewczyna o pięknych błękitnych oczach i wspaniałych, koloru słomy włosach, splecionych w koronę. No i zostałam jej „mamą”, tak mnie do dziś nazywa. „Dziecię” miało 18 lat, a ja 28. Dostała przydział pracy: krojenie chleba dla dzieci żydowskich i karmienie psów. /…/

Zdarzało się, że wieczorne „kapcioszki” były nawiedzane przez niespodziewane wizyty esesmanów miejscowego oddziału pod pretekstem wezwania męża do psów śledczych chorych na nosówkę. Straty były dla oddziału ogromne, bo specyfika tresury takich psów przecież trudna. Esesmani starali się przedłużyć swój pobyt, aby mieć czas na przejrzenie kątów i zapamiętanie twarzy obecnych danego wieczoru. Przyczyny tych najść były dokładnie upozorowane. Miały nie budzić zbędnych podejrzeń przy dochodzeniu co się w tym domu właściwie dzieje. Szpiegowano sprytnie, aby nie płoszyć, a mieć w ręku jak najwięcej podejrzanych i wtedy zrobić czystkę. /…/ Którejś nocy, podpity, z kumplami niższej rangi zaczął brutalnie dobijać do naszych drzwi na ganku. Natarczywość i siła uderzeń groziły wywaleniem drzwi, a dom nie był naszą własnością. W ten wieczór mąż mój wyjechał gdzieś do wypadku, wezwany do zdychającego konia, pozostawiając w domu trzy kobiety. Korzystając z wolnego wieczoru zajęłyśmy się prasowaniem jego białych fartuchów oraz bielizny pościelowej. /…/ Drżącymi rękami zapaliłam naftową lampę, którą wzięłam w jedną rękę, w drugą zaś na skróconych smyczach trzymałam dwa moje potężne psy. Nakazałam im milczenie. Otworzyłam drzwi. Chwilowy spokój. Psy nieruchomo stały przy moich nogach. A ja w beznadziejnej jakieś determinacji, pełna godności Kobiety-Polki, oświetliłam podniesioną wysoko lampą twarze i całe postacie stojące w progu. Zdumieni i zaskoczeni zastygli w gniewie, jak skamieniali. Za mną stały przerażone jak ja — Natalka Wlizło i moja przyjaciółka Ina. Niebaczące na ryzyko utraty życia, uzależnione od pijanych bestii. Kisoffa na progu nie było. Musiał zostać z innymi w głębi ganku, w gęstwinie dzikiego wina. Mocnym i nieco ochrypłym ze zdenerwowania głosem zapytałam po polsku, czego sobie życzycie? Oznajmiłam, że doktor wyjechał do wypadku i nie wiadomo kiedy wróci. Nastąpiła kompletna cisza — byli zaskoczeni moją postawą. O dziwo, nie strzelili do mnie ani moich psów, które zjeżone drżały. Psy przez cały czas były spokojne, ale czujne. Niemcy milczeli, spojrzenia nasze krzyżowały się — upiorne, nienawistne. Nagle powzięli decyzję odwrotu. /…/

Wtedy to, pod koniec czerwca 1942 r. zdarzył się jeszcze jeden wypadek. Pech chciał, że w pobliżu naszego ganku na chodniku padł koń, zbyt późno prowadzony do leczenia. Był wczesny ranek niedzielny. Ludzie odświętnie ubrani szli tłumnie do kościoła. Koń leżał na drewnianym chodniku tuż koło domu sąsiada Wernika. Nagle, jak spod ziemi, we wspaniałym humorze, wyrósł Kisoff w towarzystwie dwóch esesmanów. Jego tygrysia twarz na ten widok zmieniła się momentalnie. Wymachując szpicrutą i uderzając nią po wysokich cholewach, a przy tym rzucając przekleństwami kazał przywołać mego męża, po czym rzucił się na niego i zaczął go okładać szpicrutą po twarzy, szyi i klatce piersiowej. Stefana zalała krew… /…/

Mimo to było piekielnie gorąco. Cywiński leżał na wznak i potężnie chrapał. Żadne z nas nie mogło usnąć, była północ. Gdzieś z miasteczka zaczęły dochodzić szczekania psów, jakieś okrzyki, łoskot uderzeń do bram zabudowań, rozwalanych drzwi. Tu i ówdzie słychać było strzały pojedyncze i seryjne z karabinków szybkostrzelnych. Wrzawa wzrastała. Sądziliśmy, że to ostrzał magazynów zbożowych, atakowanych przez partyzantów por. Czachorowskiego. Okrzyki i tupot wzmagały się jednak z każdą chwilą i wkrótce ogólnym zamętem został objęty nasz dom. Silne uderzenia raz po raz następujące rozwaliły zaryglowaną zasuwę i podważone drzwi wejściowe pokoju runęły do wnętrza mieszkania. Weszli dwaj uzbrojeni żołnierze z miejscowego oddziału SS z lejtnantem Zibolcem na czele — skąd Zibolc w takiej akcji? Przerażeni stanęliśmy w kuchni przy Natalce. Tymczasem Cywiński leżał ledwie przebudzony w pokoiku, jak gdyby nic się nie działo, nie wyściubiał nawet nosa, choć znał wspaniale język niemiecki.

Jakieś krzyki, odgłosy szamotaniny i płacz błagalny dochodziły także z sąsiedniego przez ścianę pomieszczenia. Jak się później okazało, dwaj inni oprawcy przyszli tam po 76-letniego starca — naszego gospodarza Franciszka Bielińskiego. Drzwi Bielińskich były przysłonięte naszą szafą. Z dwóch stron Cywiński słyszał więc odbywające się aresztowania. Sądząc z dalszych jego poczynań był ich sprawcą. Wracając do nas, oto lejtnant Zibolc, ten sam, który jeszcze wczoraj dowcipkował na inspekcji Cywińskiego przy znakomitej kawie, teraz stał skupiony i poważny, oznajmiając Stefanowi, że przyszedł po niego z nakazem aresztowania. Podsunął mężowi papier pisany na maszynie, długa listę nazwisk. Spoglądając przez ramię zauważyłam, że nazwisko Stefana Szczecińskiego widniało na samej górze, dopisane ołówkiem figurowało na pierwszym miejscu. Stefan próbował po polsku porozumieć się z Zibolcem (przecież ten Niemiec doskonale znał język polski), twierdząc, że to prawdopodobnie pomyłka. Ten jednak krzyknąwszy „prędko” kazał mu się ubierać. Delikatnemu, wrażliwemu Stefanowi trzęsły się ręce, nie mógł zasznurować półbutów… /…/

Była godzina 2.00 w nocy. Cywiński chrapał nadal. Aż tu nagle usłyszałyśmy znów nocne krzyki w oddali, coraz głośniejsze, zbliżające się do naszego domu. Kroki przeszły w głośny tupot podkutych butów. Znów seria mocnych dobijań do drzwi. Światło się paliło. Wszystko było widać przez okno. Spokojnie otworzyłam, wpuszczając ich do wnętrza. Bełkotali coś po niemiecku, byli bez dystynkcji, zwykli żołnierze ze stacjonującego w Turobinie oddziału. W zdenerwowaniu nie zauważyłam ich twarzy w nasuniętych hełmach polowych. Ostro gestykulując, kazali mi się „prędko” ubierać, gdyż jestem aresztowana. /…/

…Z całą siłą wcisnął mnie do szoferki. Tłum sąsiadów i rodzin zgromadzonych na placu koło gminy, niebaczny na konsekwencje, ukląkł na chodniku i jezdni ze szlochem, żegnając znakiem krzyża aresztowanych. Był poranek 30 sierpnia 1942 r. Odetchnęłam z ulgą gdy samochód ruszył… /…/ Jechaliśmy niedługo, tablice kierunkowe wskazywały Izbicę. I to był nasz pierwszy etap. Rodzaj „trupiarni” jak ją tu zwano, z którego rzadko kto wychodził. Ofiary morderstw grzebano to w sadzie to i parku otaczającym zabudowania byłej posiadłości zamordowanego przez gestapo rejonowego lekarza weterynarii dr Wójtowicza. /…/ Zostaliśmy dowiezieni na wielki plac — podwórze dawnych zabudowań dr Wójtowicza, zamordowanego przez miejscowych gestapowców. /…/ Po południu wzywali nas kolejno do ich gabinetu mieszczącego się w domku mieszkalnym dr. Wójtowicza. /…/

Rozwścieczony Engels porwawszy jedną z motyk zaczął nią okładać więźniów z całej mocy. Silny, mały, krępy, dobrze odżywiony wyżywał się na całego. Ogarnięty wściekłością rzucał się, katował, kalecząc ostrzem brudnej, zardzewiałej motyki co popadło. Dopadł oszalały mojego męża, przewrócił go i walił motyką, przecinając skórę na plecach głęboko pod łopatkami. Krew lała się strumieniem. Nie skończył na tym, zaczął ciąć mocno po dłoniach i rękach. Szczególnie mocno miażdżył prawą rękę z dziką zajadłością unieszkodliwienia prawej ręki lekarzowi. Czy był to atak furii szaleńca, czy perfidia kata? /…/ Stefana i Władka Kwita karmili przyjaciele. Oddałam Stefanowi butle z kawą, gorączkował, rany przysychały, ale opuchlizna rąk postępowała. Prawa dłoń była przerażająco sina. Wargi miał spieczone, krwawiące plecy zaschnięte w skorupę mimo prowizorycznych podwiązań. /…/

Zabrzęczały klucze, otwarto celę. Ze śmiechem weszły cztery młode Żydówki, mówiące między sobą dużo i szybko z dziwnym akcentem, przeplatając zwrotami czeskimi polską mowę. Wniosły atmosferę młodości i, o gorzka ironio w tym pomieszczeniu, radość życia. Były bardzo elegancko ubrane. /…/

W pewnej chwili usłyszałyśmy ostre kroki zmierzające do naszej celi. Z szatańskim jakimś rechotem, pokrzykując gromko „prędko, prędko, bandytki”, wpadli Klim i Engels. W rękach mieli odbezpieczone karabinki. Klim ryknął „stanąć pod ścianą, odwrócić się tyłem”. Stanęłyśmy drżące i przerażone. Padło sześć strzałów. Ciemno w oczach, jakieś wilgotne rozpryski, odgłos padających ciał na asfaltową posadzkę. Nie czułam bólu, drżałam nerwowo, w oczach na przemian migały mi czerwone pieniste plamy. Zatoczyłam się, namacałam ścianę, zupełnie zdrętwiała wystawiwszy szeroko ręce z całej siły się o nią oparłam. W jednej sekundzie szarpnięto mnie i popchnięto na środek celi, one leżały a ja żyłam. /…/

Klim wyprowadził mnie na podwórze, gdzie szeregiem stali już moi współtowarzysze niedoli z Turobina. Nerwowo szukałam twarzy Stefana i Władka Kwita. Znalazłam, zatrzymując na nich serdeczne spojrzenie. Byli nieogoleni, mieli zniszczone twarze, pełne bólu i trwogi. Stefan „Słomka”, miał prawą rękę na prowizorycznym temblaku, zawiniętą w szary papier z opakowań paczek chlebowych. Straszne cierpienie malowało się na jego twarzy. /…/ Padł rozkaz Klima, aby więźniowie kolejno wchodzili do samochodu, kładąc się na jego dnie jak uprzednio. /…/

Wjazd nasz na Zamek Lubelski 28 września 1942 r. zapamiętałam jako symboliczny obrazek umęczonej Polski, twardej jednak i nieugiętej. /…/. Stan ręki Stefana był wprost tragiczny. Cuchnęła na odległość. Na twarzach stojących obok widać było, że zaduch jest nie do zniesienia, w miarę możliwości odwracali się, utrzymując dystans. Jeden jedyny tylko, z całego serca mu oddany przyjaciel, dr Władek Kwit trwał przy nim ustawicznie, czuwając przy chorym i ofiarując mu wsparcie psychiczne tylko, innego nie mógł w tak tragicznych warunkach więziennych. /…/ Jednego dnia Loda Wyszyńska przyniosła mi radosną wiadomość, Stefan Szczeciński i Władek Kwit są w więziennym szpitalu i przebywają na jednym łóżku. /…/

Zbiegiem okoliczności jednocześnie zabiegał o Stefana powiatowy lekarz weterynarii z Krasnegostawu dr Stanisław Piwowarczyk, któremu mój mąż podlegał. Twierdził, że w jego powiecie szerzy się ostra forma nosacizny u koni oraz świerzb. W promieniu 30 kilometrów jest tymczasem sam, bez pomocy rejonowego lekarza, i chciałby wiedzieć czy ma występować o urzędowe zastępstwo. Forma owego wystąpienia była bardzo urzędowa, uzasadniona, nie wzbudzała podejrzeń o rodzaj przyjacielskiej troski. /…/

Wprowadzono mnie doń, a tu wokół wielkiego stołu nasi turobiniacy, więźniowie wspólnej celi z Izbicy, jakże bliscy wspólnymi przeżyciami. Szczęśliwi z uzyskiwanej wolności. Witałam ich radosnym spojrzeniem szukając wśród nich twarzy mojego Stefana. Niestety, nie dostrzegłam. Byli dr Władek Kwit, dr Bydołek, dr Stocki, wójt nasz Wiktor Fik, wyzwolony w dzień imienin, inspektor Tański i inni mi znani, których nazwisk bliżej nie pamiętam. Było nas razem 10 osób. /…/ Dotarłam do zamieszkałej w Lublinie rodziny… /…/ Mój mąż wrócił kilka dni po mnie. /…/ Aby dopełnić drogi służbowej, w ramach przedłużonego zwolnienia lekarskiego pojechaliśmy do Krasnegostawu do powiatowego lekarza weterynarii dr. Stanisława Piwowarczyka, który interweniował w sprawie zwolnienia Stefana. Mieszkał on naprzeciw budynku gestapo w Krasnymstawie. Okna pokoju, w którym mieścił się jego skład leków, szczelnie obił dwoma kocami, aby jego wnętrze nie było widzialne przez owych sąsiadów, i w tym gościnnym pomieszczeniu urządził nas, rekonwalescentów więziennych. Porcje żywnościowe zwiększał bardzo racjonalnie z dnia na dzień, aby nie stworzyć dla naszego zdrowia bardzo przykrych komplikacji. Byliśmy jednak bardzo kłopotliwymi gośćmi. Stefana ręka goiła się bardzo powoli, a ja na domiar złego cierpiałam na odleżyny na wystających kościach stawów biodrowych. Doktor Stasio, ofiarny i braterski, własnoręcznie zrobił jakieś wspaniale własnej kompozycji mazidło, które fantastycznie skutkowało. Przygarnął nas serdecznie w tajemnicy, nawet przed swoją sąsiadka narzeczoną. Dopiero przed samym naszym odjazdem dowiedziała się o tym. Wyrobiwszy uprzednio Stefanowi potwierdzenie ponownego objęcia stanowiska rejonowego lekarza w Turobinie, wynajął sanie „dwukonkę” i upakowawszy żywności co niemiara, powiózł nas do Turobina. /…/ Stefan był w tym czasie pochłonięty pracą zawodową, a ja doprowadzałam do ładu nasz zrujnowany dom. /…/ Po jego rozwiązaniu i wejściu naszych wojsk w sierpniu 1944 r. wyjechałam z Turobina. Mąż mój został przewieziony do Włodawy i mianowany tam powiatowym lekarzem weterynarii. Maria Szczecińska „Szczęsna”, Ciechanów 1984 r.”.


Lekarz weterynarii Stefan Szczeciński zmarł w 1972 r.

Rozdział 9:
Pochowany we wspomnieniach

Franciszek Wójtowicz


Podczas czytania Wspomnień p. Marii Szczecińskiej opowiadającej na łamach książki prof. Romana Andrzej Tokarczyka o losach swoich i męża lekarza weterynarii z czasów II wojny światowej spotkałem przerażające zdanie: „Ofiary morderstw grzebano to w sadzie to i parku otaczającym zabudowania byłej posiadłości zamordowanego przez gestapo rejonowego lekarza weterynarii dr Wójtowicza”. I kilka zdań dalej: „Zostaliśmy dowiezieni na wielki plac — podwórze dawnych zabudowań dr Wójtowicza, zamordowanego przez miejscowych gestapowców”.

Mając takie informacje ze zdziwieniem stwierdzam, że w moich opracowaniach wśród zamordowanych lekarzy weterynarii nie ma tego nazwiska. Muszę to koniecznie wyjaśnić.

Franciszek Wójtowicz

Urodził się w 1904 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1931 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. W 1939 r. mieszkał w pow. krasnostawskim w Os. Izbica i pracował jako samorządowy lekarz weterynarii. W Spisie lekarzy weterynaryjnych RP z 1939 r. figuruje jako Franciszek Wojtowicz ur. 1904 r. i informacja, że dyplom lekarza otrzymał w 1931 r. Natomiast w Spisie z 1931 r. uzyskujemy informację, że urodził się w 1906 r. i dyplom na AMW otrzymał w 1930 r. i że mieszkał w Turobinie. W Spisie lekarzy weterynarii, którzy nie poddali się rejestracji po wojnie nie figuruje.

Nie został więc zamordowany przez „miejscowych gestapowców”.

Zmarł w 1979 r.

Podsumowując należy podkreślić, że dr Franciszek Wójtowicz przedwcześnie pochowany został przez Marię Szczecińską. Dodatkowo nie figuruje w wykazie osób represjonowanych przez okupanta (ww.straty.pl).

Rozdział 10:
Miłe wspomnienia

Stanisław Piwowarczyk


Maria Szczecińska we Wspomnieniach opowiada również o pobycie po zwolnieniu z więzienia u powiatowego lekarza weterynarii w Krasnymstawie u dr. Stanisława Piwowarczyka. Ponieważ opisałem tragiczne losy lekarza weterynarii Piwowarczyka ale Zdzisława (który zginął podczas bombardowania portu i statku Cap Arcona w Zatoce Lubeckiej) postanowiłem także przybliżyć biografię tego kolegi.

Stanisław Piwowarczyk

Urodził się 27 lipca 1907 r. w Sosnowej Woli, pow. kraśnicki, woj. lubelskie. Po zdobyciu świadectwa dojrzałości w 1930 r. podjął studia weterynaryjne na Uniwersytecie Warszawskim, które ukończył w 1936 r. Będąc studentem pracował jako młodszy asystent u prof. R. Poplewskiego na Anatomii Prawidłowej, a następnie u prof. Z. Szymanowskiego w Katedrze Mikrobiologii. Zajmował się gruźlicą zwierząt. W 1937 r. obronił prace doktorską Badania nad różniczkowaniem szczepów gruźlicy. W 1938 r. został starszym asystentem w Katedrze Mikrobiologii.

W 1939 r. zmobilizowany do wojska do 9. Dywizjonu Artylerii Ciężkiej w stopniu porucznika. 9. Dywizjon zbyt długo nie uczestniczył w kampanii wrześniowej, gdyż zakończył swoje działania wojenne już 3 września 1939 r. O losach tego dywizjonu czytamy na stronie internetowej: „9. Dywizjon Artylerii Ciężkiej (9 dac) został sformowany w marcu 1939 roku na bazie 9. Pułku Artylerii Ciężkiej dla 9. Dywizji Piechoty. W kwietniu wszedł w ugrupowanie macierzystej dywizji. 1 września dywizjon zajmował stanowiska ogniowe w pobliżu stacji kolejowej Brzuchowo i wspierał 35 pułk piechoty, który bronił północnego odcinka w rejonie Pamiętowo — Wałdowo. W dniu następnym pod Klonowem wspierał ogniem natarcie 34 i 35 pp. 3 września uczestniczył w spotkaniu odciętych oddziałów 9 i 27 dywizji w rejonie błądzimskiego skrzyżowania dróg kończąc swoje istnienie”.

Doktor Stanisław Piwowarczyk nie trafił do niewoli niemieckiej lecz podjął praktykę weterynaryjną w woj. lubelskim. W 1942 r. został powiatowym lekarzem weterynarii w Krasnymstawie. W 1948 r. przeniósł się do Warszawy i pracował początkowo jako starszy asystent, później adiunkt. W 1954 r. został profesorem nadzwyczajnym. Od 1953 r. kierował Zakładem Klinicznym Chorób Zakaźnych przy Katedrze Epizootiologii Wydziału Weterynaryjnego SGGW. W 1971 r. został profesorem zwyczajnym.

Zmarł 22 grudnia 1978 r. w Warszawie.

Rozdział 11: W Brygadzie Świętokrzyskiej

Marian Franciszek Fajfer


W ostatnim czasie pojawiło się kilka informacji o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ dowodzonej przez ppłk. Antoniego Szackiego ps. „Bohun”, „Dąbrowski” i ożywiona dyskusja o ich wyjściu na Zachód… W swoich publikacjach często podkreślam, że spotykam lekarzy weterynarii w niemal wszystkich większych patriotycznych zrywach czy poczynaniach z okresu II wojny światowej. I w związku z tym zastanowienie — czy w Brygadzie Świętokrzyskiej liczącej ponad 1400 żołnierzy znalazł się także „nasz człowiek”? Rozpoczynam więc wstępne poszukiwania.

Jest. Oczywiście. Przez wiele ostatnich lat określany jako NN „Pogończyk” i nie było wiadomo o kim mowa. W materiałach przekazanych w 20 kartonach do Polski w lipcu 2005 r. do Biblioteki Jagiellońskiej dotyczących Brygady Świętokrzyskiej NSZ z Orchard Lake (st. Michigan USA — ks. prałat Roman Mira) znajdują się informacje mówiące o „Pogończyku” p.o. szefa weterynarii. Dopiero uzupełnienia dostarczone przez jego krewnych — Sławomira Jeleńskiego i innych, pozwoliły wyjaśnić, że chodzi o ich dziadka czy pradziadka lekarza weterynarii Mariana Franciszka Fajfera.

Marian Franciszek Fajfer

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 48.64
drukowana A5
kolorowa
za 77.75