E-book
8.19
drukowana A5
39.66
Spragniona miłości

Bezpłatny fragment - Spragniona miłości


Objętość:
238 str.
ISBN:
978-83-8126-206-4
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 39.66

Rozdział 1

Mała Kazia budzi się w środku nocy. Otwiera oczy i widzi w mroku zwisającego nad nią tatusiowego siusiaka. Jest ogromny i złowrogi. Dziewczynka wpatruje się w niego rozszerzonymi z przerażenia oczyma. Chce krzyknąć, lecz nie jest w stanie wydobyć z siebie głosu.

Skonfundowany nagi mężczyzna szybko wychodzi z pokoju. Zszokowane dziecko długo leży bezsennie, trzęsąc się ze strachu. Gdy wreszcie nad ranem usypia, dręczy je koszmarny sen:

Widzi ledwo tlące światełko, nikłe i mdłe, a w nim przeraźliwe potwory, jakieś stwory nie z tej ziemi, gigantyczne czarne ptaki, monstrualne pająki. Odczuwa niesamowity lęk ściskający gardło i serce.


Dzwoni budzik. Kazia otwiera oczy zlana zimnym potem. Rozgląda się po jasnym, przytulnym pokoiku. Z ulgą uświadamia sobie, że to był tylko sen. Trzeba wstawać i iść do szkoły. Jest już pierwszoklasistką.

Przed wejściem do łazienki biegnie do przedpokoju i wykręca w telefonie numer starszej kuzynki.

— Dzień dobry, Madziu. Muszę z tobą porozmawiać — mówi drżącym głosem.

— Obudziłaś mnie, Kaziu. Jezus Maria, co się stało? — niepokoi się starsza kuzynka.

— Nie mogę powiedzieć, wstydzę się. Przyjedź do nas.

— Nie mam czasu. Opowiedz mi przez telefon.

— Widziałam u tatusia jego… no… tego… Naprawdę wstydzę się powiedzieć.

— No wyduś to z siebie wreszcie. Zobaczyłaś jego członka, tak? — dziwi się kuzynka.

— To jest naprawdę coś obrzydliwego! — krzyczy mała. — Nie wyobrażam sobie, żeby tego siusiaka mieć w sobie. Przecież on jest ohydny. I taki duży.

— Uspokój się. Nic strasznego się nie stało, nie histeryzuj. No, co to strasznego? Mężczyźni mają takie przyrodzenie. To jest normalna rzecz. Musisz się do tego przyzwyczaić. Jednak, jeśli cię to tak przeraziło, nie myśl o tym na razie. Jak podrośniesz i będziesz miała chłopaka, inaczej na to spojrzysz. A gdzie podpatrzyłaś tatę? To nieładnie.

— Ja go nie podglądałam. Obudziłam się w nocy i zobaczyłam… no… tego… to… przyrodzenie tatusia. Stał nagi przy moim łóżku.

— Niemożliwe. Chyba ci się coś przyśniło.

— Nie. Nie przyśniło mi się.

— Opowiedz spokojnie, jak to było.

— Już ci powiedziałam. Obudziłam się nagle i ujrzałam, że zwisa nade mną… no to… Jak tatuś zobaczył, że się obudziłam, uciekł w popłochu z pokoju.

— Dziwne. I nic więcej sobie nie przypominasz? Nic innego się nie wydarzyło? Jesteś tego pewna?

— A co się miało wydarzyć? Było tak, jak mówię.

— Może zdarzyło się coś… złego. A co ci się śniło?

— Nie pamiętam. Po wyjściu tatusia długo nie mogłam usnąć. Udało mi się dopiero nad ranem. I wtedy przeżyłam we śnie coś… strasznego, ale nie potrafiłabym tego opowiedzieć.

Nie podoba się to Magdzie, jednak nie dopytuje się o szczegóły.

— Wiesz, co? To był sen. To, że widzisz nagiego tatę. Jestem pewna, że to był sen. W twoim wieku ma się takie sny. Zapomnij o tym — kończy rozmowę.


Jednak dorastająca dziewczynka nie potrafiła tego zapomnieć. Zastanawiała się nieraz, czy nie zwierzyć się najbliższej przyjaciółce Anecie, ale się wstydziła. Często o tym myślała. Wiecznie dręczyły ją koszmary senne.

Chyba z tego powodu wiosna jej życia obrosła w mroczne przeczucia i rozdzierającą tęsknotę. Zagłuszał je śpiew ptaków i sny o romantycznej miłości. Zakochiwała się wiecznie, marząc o uściskach, o pocałunkach, o czułości doznawanej w dzieciństwie ze strony ojca. Gdy zaczęła chodzić na dyskoteki, ziściły się te marzenia. Ściskała się z chłopakami, całowała, lecz kiedy odmawiała zbliżenia, którego się panicznie bała, żaden nie chciał się z nią więcej spotykać. Za każdym razem przeżywała to dramatycznie. Czuła się wiecznie odtrącana. Wpadała w rozpacz, która — na szczęście — nie trwała zbyt długo. Wkrótce zakochiwała się w kimś innym. I znów żyła nadzieją, że to będzie romantyczna miłość. Pragnęła być kochaną. Brakowało jej pieszczot taty, które skończyły się w wieku dojrzewania.

Często marzyła o tym, jak to będzie ten pierwszy raz, kiedy znajdzie się sam na sam z ukochanym. Wprawdzie wyobrażała go sobie całkiem mgliście, bo nie miała pojęcia, jakby to było, jednak odmalowywała sobie tak… odświętnie jako coś pięknego, najpiękniejszego w życiu. Jako coś, po co właściwie żyła. W końcu odważyła się spytać o to Magdę.

— Różnie to bywa, ale na ogół zaczyna się od pocałunków — wyjaśniła kuzynka. — Następnie mężczyzna wszystko z ciebie zdejmuje, bierze cię na ręce i zanosi do sypialni. Całując cię po całym ciele, sam rozbiera się błyskawicznie, kładzie się na tobie, pieści twoje piersi i wtedy… reszta odbywa się spontanicznie. Zaboli, ale tylko przez moment. Nawet do głowy ci nie przyjdzie, żeby się bać jego członka. W ogóle nie będziesz o tym myślała… Tak było w moim przypadku, ale może też być inaczej.

***

Ojciec Kazi pochodził z rodziny repatriantów ze Wschodu. Dziadkowie mieli trzech synów i córkę — ciocię Irenkę, „starą pannę z powodu wygórowanych aspiracji”, jak mawiał o niej tata.

Z tą ekstrawagancką kobietą wiązało się pierwsze traumatyczne wspomnienie dziewczynki:

Ciocia Irenka leżała w trumnie na katafalku. Bez makijażu, bez fryzury, z siwym odrostem. Zawsze była taka piękna, żywotna, elokwentna, energiczna, wprost pełna życia. W pełni życia. Kazia wyobraziła sobie, jak bardzo ciocia musi się wstydzić, że wszyscy oglądają ją w takim stanie. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nikt poza nią nie płakał. Jak to możliwe? Przecież to było takie straszne, ta śmierć! Często spotykana, bliska osoba, piękna kobieta lubująca się w jaskrawych kolorach, czym ściągała powszechną uwagę, zamieniła się w poczerniałe zwłoki w czarnej sukni. W powietrzu unosiła się jakaś złowroga woń przemieszana z zapachem kwiatów.

Nigdy już cioci nie zobaczę, nigdy już nie będę mogła z nią porozmawiać — rozpaczała dziewczynka. — Pustka po niej zostanie. Puste miejsce przy stole. Nic. Po prostu nic… To tak jakby nagle powstała dziura w niebie.

— Przestań wreszcie ryczeć! — zezłościła się w końcu jej mama, gdyż przez cały dzień po pogrzebie pochlipywała po kątach. — Ciekawa jestem, czy po mojej śmierci też będziesz tak płakała?

— Wtedy chyba umrę z rozpaczy, mamusiu — zapewniła. — Dlaczego ludzie muszą umierać? — spytała. — To takie straszne!

Przez długi czas modliła się za duszę cioci Irenki, a ona wiecznie ukazywała się jej we snach. Nie mogła się nadziwić, jak to możliwe, że ona żyje, skoro widziała ją w trumnie. Czasami bała się, ale na ogół godziła się z tym, że ciocia dalej żyje, mimo swojej śmierci.


Dwaj bracia ojca ukończyli studia, pożenili się i wyprowadzili się z domu. Natomiast jej ojciec kontynuował rodzinną tradycję. Po skończeniu nauki w technikum samochodowym objął po ojcu warsztat. Mieszkał wraz z żoną, córką i rodzicami w ich dawnym dużym mieszkaniu w najgorszej, nędznej i brudnej dzielnicy Bytomia, na Rozbarku, przy ulicy Królowej Jadwigi. Wyremontował je, urządził nowymi meblami, lecz nie wyprowadził się z odstręczającej kamienicy, bo w pobliżu, przy przelotowej ulicy Witczaka, znajdował się jego świetnie prosperujący warsztat samochodowy. Zmodernizował go i zatrudnił trzech pracowników. Powodziło mu się o wiele lepiej niż jego wykształconym braciom.

Kochał żonę, zaspokajał jej wszystkie pragnienia, nigdy nie zdradził, jednak czuł się w tym małżeństwie samotny. Kobieta nie znała czułości, której był spragniony. Gdy urodziła się Kazia, przelał na dziecko całą miłość odtrącaną na co dzień przez oschłą kobietę. Opiekował się nim jak najlepsza matka, nosił je na rękach, pieścił. Córeczka była jego oczkiem w głowie. Towarzyszył jej w zabawach, nauczył jeździć na rowerze, spełniał każde życzenie, czytał bajkę na dobranoc. Najbardziej lubiła Kubusia Puchatka. Bardzo mu współczuła, gdy w zimie padał śnieg, a jemu marzły paluszki. Nawet później, gdy dorosła, w ciężkich chwilach szeptała:

„I nie wie zwierz ni człek, i nie zwierz ni człek” …

Była to mantra, która działała na nią pocieszająco i uspokajająco.

Gdy się złościła, słowa te zastępowały cisnące się na usta przekleństwo.

I nie wie zwierz ni człek, jaka jestem wkurzona! — krzyczała wówczas.

Jednak na ogół wystarczało powtarzanie w kółko: „I nie wie zwierz ni człek, i nie wie zwierz ni człek.”


Od czasu, gdy ojciec wycofał się z ciepłych gestów, poczuła się odtrącona i osamotniona. Uwielbiający ją dziadkowie już nie żyli, a oschła z charakteru matka nie potrafiła okazać serca. Kazia zwróciła się ze swoimi problemami do córki jednego z braci ojca. Starsza kuzynka Magda stała się jej powierniczką. Mieszkała teraz w Katowicach i studiowała prawo. Nie znajdowała zbyt wiele czasu dla podziwiającej ją kuzyneczki.

Rozdział 2

Coraz gorzej czuła się w rodzicielskim domu, który po śmierci dziadków stał się ponury. Kiedy żyli, hołubili ją i spędzali z nią wiele czasu. To oni nauczyli ją pacierza i wierszyka: „Kto ty jesteś? Polak mały”. Z tym, że słowa „Polak mały” zamienili na „Polka mała”. Wieczorami rodzice na ogół oglądali telewizję, a babcia i dziadziuś, przy jej akompaniamencie na pianinie, śpiewali wraz z nią patriotyczne piosenki, których ją nauczyli, a które znali od swoich rodziców. Do dziś je pamiętała i gdy ogarniał ją żal po ich śmierci, grała je sobie i śpiewała. Kiedy umarli, jedno po drugim, najpierw dziadziuś, a babcia w niespełna pół roku później, skończyły się te wspaniałe wieczory, ponieważ rodzice w ogóle się takimi pieśniami nie interesowali. Jej natomiast przypadły do serca. Na przykład:

Legiony to żołnierska nuta,

Legiony to straceńców los,

Legiony to żołnierska buta,

Legiony to ofiarny stos.


My pierwsza brygada,

Strzelecka gromada,

Na stos!

Rzuciliśmy

Nasz życia los,

Na stos, na stos!

lub

Wojenko, wojenko,

cóżeś ty za pani,

że za tobą idą,

że za tobą idą

chłopcy malowani,

albo

O mój rozmarynie

rozwijaj się,

o mój rozmarynie

rozwijaj się.

Ułani werbują,

strzelcy maszerują,

zaciągnę się.

Najbardziej lubiła „Czerwone maki na Monte Casino”.


Gdy wracała ze szkoły dziadkowie witali ją na progu. Cieszyła się już po drodze na spotkanie z nimi. Na stole w kuchni czekały trzy nakrycia, bo ojciec i matka wracali do domu później i we dwójkę jedli odgrzany przez babcię obiad.

Podczas ich wspólnego posiłku dziadek zawsze opowiadał coś ciekawego.

Z rozczuleniem wspominał szczęśliwe dzieciństwo w Kałuszu położonym w pobliżu Stanisławowa, wojewódzkiego miasta Podola. Miasteczko było bogate, ponieważ znajdowała się w nim kopalnia eksportowanych za granicę soli potasowych. Słynęło też jako siedziba firmy Felczyńskich — kolebki polskiego ludwisarstwa, która po wojnie przeniosła się do Przemyśla i na Śląsk, gdzie w dalszym ciągu kontynuowała działalność jako jedyna w Polsce odlewnia dzwonów kościelnych.

Najbardziej utkwił Kazi w pamięci okolony drewnianym krużgankiem, biało otynkowany dom, z niewiadomych względów kojarzący się jej z dworkiem z „Pana Tadeusza”. Głównie chyba z powodu owej bieli „widocznej z daleka”, nieznanej na górniczym Śląsku, do którego dziadkowie jako dzieci zostali wraz z rodzicami przesiedleni. Większość mieszkańców Kałusza pracowała w kopalni, podobnie jak mieszkańcy Bytomia. Różnili się jednak diametralnie, tak samo jak miejsca ich pracy. Biel soli potasowych i czerń węgla wyznaczały symbolicznie kontrast między rodzinnymi stronami dziadków a ponurym miejscem, w którym przyszło im żyć obecnie. Ich zdaniem oczywiście. Kazia czuła się w Bytomiu doskonale, wydawał się jej wspaniałym miastem, jednak ten Kałusz wspominany przez dziadka musiał być jeszcze wspanialszy.

Przedwojenna Polska stanowiła dla dziadków „raj utracony”. Nie było już bogatego Kałusza, zastąpiło go jakieś biedne ukraińskie miasteczko. Dziadek opowiadał, jak jego rodzice odwiedzili w czasach Związku Radzieckiego siostrę pradziadka, która wyszła za mąż za Ukraińca. Wrócili stamtąd załamani.

— Tam teraz panuje „bród, smród i ubóstwo”, opowiadała mi mama — wspomniał kiedyś dziadek. — Wszędzie śmierdzi. W domach, na ulicach. Wszędzie. Największe rozczarowanie przeżyli rodzice w Stanisławowie przemianowanym na Iwanofrankiwsk. Sapieżyńska, najpiękniejsza ulica w tym wojewódzkim mieście, kusząca przed wojną reklamami i luksusowymi towarami na wystawach sklepów, zamieniła się w pustą, zaniedbaną, z walącymi się domami, na rogu wybudowano ohydny betonowy dom towarowy, gdzie w ogóle nie było żadnych towarów tylko kolejki ludzi zapisujących się na ich dostawy… Zabytkowe budowle i kościoły zupełnie zniszczały… Lepiej o tym nie myśleć — machnął ręką.

Nie mogła odżałować, że dziadkowie nie doczekali rozpadu Związku Radzieckiego i uniezależnienia się Polski.


Po ich śmierci z niechęcią wracała z nowoczesnego budynku szkoły do starej, czarnej kamienicy. Gdy wchodziła do paskudnej, odrapanej, śmierdzącej uryną bramy i na drewniane trzeszczące schody, najchętniej uciekłaby na koniec świata z tego obrzydliwego miejsca. Ugotowany przez mamę obiad nie był tak smaczny, jak ten przygotowywany przez babcię.


Dopiero po śmierci dziadków odczuła, że nie ma wytęsknionego przez nią piękna w tym zakątku świata. Przedtem tego nie zauważała. Teraz widziała, że ulica jest brudna i zaśmiecona… No i w ogóle… Beznadzieja! Czuła, że szczęście jest… zamknięte w walizce. Chciała wyjechać daleko w świat, wszystko porzucić, zaspokoić pragnienia i tęsknoty, znaleźć skarby nowych wrażeń. Czasami śniła, że wchodzi nocą do nieznanego domu w tej czarownej przedwojennej Polsce ze wspomnień dziadków, gdzie spokojny sen porusza ludzkie piersi, i znajduje tam bratnie dusze. Złe myśli umierają śmiercią naturalną. Szpak śpiewa pieśń poranną, ziszczają się marzenia…

Często stawała przy wychodzącym na podwórko oknie, przed którym rosła lipa. Najbardziej lubiła się jej przyglądać podczas burzy. Smagane szpicrutą wiatru drzewo wymachiwało rozpaczliwie gałęziami, jakby przyzywało na ratunek.

Co zrobić? — myślała. — Jak pomóc? Jak odwdzięczyć się za świeże powietrze, za radość oczu, za cień chroniący przed skwarem, za pocieszanie w smutku?

Kochała drzewa. Na wagary ze swoją najlepszą przyjaciółką Anetką zawsze chodziła do Parku Miejskiego, gdzie królowało piękno natury. Dziewczynki poznały się w pierwszym dniu nauki. W pachnącej farbą, świeżo wymalowanej szkole zderzyły się ze sobą tornistrami przy wejściu.

— Przepraszam — wyszeptała zalękniona Kazia i spojrzała w roześmiane chabrowe oczy pulchnej dziewczynki z dołeczkami w policzkach.

— Nic się nie stało — odpowiedziała Anetka, uśmiechając się szeroko.

— Idziesz do pierwszej A?

— Tak, ty też? To idziemy razem.

Już od tego momentu dziewczynki poczuły do siebie sympatię, chociaż — a może właśnie dlatego — różniły się wyglądem i usposobieniem. Kazia była introwertyczna, małomówna, melancholijna. Podczas lekcji myślała o niebieskich migdałach. Natomiast Anetka miała niezwykły temperament, często chichotała. Śmiech wydobywał się jej z gardła lekko i swobodnie, jakby zawsze gotowy był do kolejnego wybuchu. Jak zaczajony pod skórą burzył się, wprost kipiał w krwi. Wystarczył jakiś drobiazg, żeby się roześmiała. Musiała nieraz siłą trzymać się ławki i mocno zagryzać usta, żeby nie parsknąć nagle podczas lekcji przy jakimś dziwnym słówku wypowiedzianym przez nauczycielkę. Niewiele było trzeba, żeby pobudzić ów wezbrany, zanoszący się sam sobą dziecięcy śmiech, który eksplodował przy byle iskierce, zawsze obecny i zawsze w gotowości, swawolny i łobuzerski. Nazywano ją „chichotką”. Potrafiła nim zarazić poważną przyjaciółkę, rozpędzając wiszące nad nią chmury po każdym, kolejnym zawodzie miłosnym.

Gdy się poznały, Kazia była chudą, mysią blondyneczką z warkoczykami i wytrzeszczonymi czarnymi oczami. Dopiero w okresie dojrzewania pociemniały jej włosy i przybrała na wadze. Natomiast Aneta wyglądała jak aniołek z jasnymi lokami, ogromnymi bławatkowymi oczami i małym noskiem.

Nauczycielka zauważyła, że podczas zabawy na podwórku, od której zaczęła zajęcia z dziećmi, dziewczynki mają się ku sobie, więc posadziła je obok siebie. I odtąd stały się nierozłączne aż do matury. Czasami sprzeczały się, obrażały się na siebie, lecz nigdy nie trwało to zbyt długo, gdyż nie mogły się bez siebie obejść.

W liceum zaprzyjaźniły się z nową koleżanką, Ślązaczką Elą. Właściwie wyłącznie z jednego powodu. Obie miały dwóję z matematyki, a Ela była najlepszą uczennicą w klasie, lecz niestety z tego powodu strasznie zarozumiała. Arogancka i zgryźliwa. Chociaż miała zdolności do przedmiotów ścisłych, to jednak tak „wkuwała” humanistyczne, że w nich też brylowała. Nikt jej w klasie nie lubił, jedynie Kazia i Anetka przyjaźniły się z nią, ponieważ odpisywały od niej rozwiązania zadań matematycznych. Jednak dziewczynka nie pasowała do nich i nie podzielała ich zainteresowań. Była szara od stóp do głów. Szare włosy, szare oczy, szara cera z haczykowatym nosem, nawet sukienka. Czyniła wrażenie myszy, która dopiero co wyszła spod ziemi. A w dodatku miała zeza. Wiele wycierpiała w powodu tej wady wzroku. Od dziecka nosiła specjalne okulary, nie zdejmowała ich nawet na noc. Wytrwale robiła zalecone przez lekarza ćwiczenia, jednak nic to nie dało. Jej rodzice obawiali się, że po operacji mogą pojawić się różne problemy, nawet utrata wzroku, więc trudno im było się zdecydować. W końcu jednak, gdy była już w dziewiątej klasie, poddała się operacji. Niestety, po czterech miesiącach zez powrócił. Należało przeprowadzić kolejną, jednak ona nie chciała już o tym słyszeć, ponieważ po tej pierwszej pojawiła się opuchlizna i krwiak. Długo się męczyła, zanim oko się wyrównało. Obawiała się, że druga operacja też pomoże tylko na jakiś czas. A przy tym narazi ją znów na przykre dolegliwości. Kazia współczuła jej i chyba dlatego ją lubiła.

Natomiast Aneta wręcz jej nie znosiła, nie tylko z powodu jej przykrego charakteru, lecz również ze względu na brak urody. Wiecznie się z nią sprzeczała. Nie utrzymywała z nią bliższych kontaktów, ale w dalszym ciągu korzystała z pomocy w matematyce. W odróżnieniu od niej, spędzającej czas głównie na nauce, obie serdeczne przyjaciółki były zagorzałymi kinomankami, kolekcjonowały fotografie aktorów, rozczytywały się w powieściach oraz kobiecych i plotkarskich pismach, z czego Ela często kpiła. Ona czytała wyłącznie szkolne lektury. Irytowało ją też ich przesadne dbanie o wygląd i strojenie się.

Matka Kazi również patrzyła na to niechętnym okiem, chociaż sama przesiadywała u fryzjera i kosmetyczki. Była korpulentną brunetką o dużych malachitowych oczach, które dziewczynka po niej odziedziczyła. Kobieta uważała, że córka powinna bardziej przykładać się do nauki. Tymczasem ta nie lubiła odrabiania lekcji. Wolała rysować, grać na pianinie i czytać powieści, co czyniła nieraz nawet w szkole, trzymając książkę pod ławką na kolanach. Ojciec opłacał prywatnego nauczyciela muzyki, który przychodził do nich dwa razy w tygodniu. Z nauki gry na fortepianie wyniosła umiłowanie klasycznych utworów. Często słuchała płyt CD i chodziła z rodzicami do opery. Urzekało ją królujące tam piękno, a muzyka uszczęśliwiała i pogłębiała egzaltację. Nie słuchała uszami, lecz sercem. Identyfikowała się z tenorem lub sopranistką, wyśpiewującymi całą piersią miłość, rozpacz, wszelką namiętność. Marzyła wówczas o ukochanym darzącym ją taką samą czułością, jak ojciec w dzieciństwie. To opera ukształtowała świat jej uczuć i wyobraźni. Łatwo wpadała w zachwyt i uwielbienie.

Rozdział 3

Kazia wiecznie była zakochana. Pisała długie, miłosne listy do starszych chłopców, lecz oni ją ignorowali. Gdy jednak jeden z kolegów z maturalnej klasy wziął na serio jej wyznania i usiłował zgwałcić, zaniechała tej staromodnej epistolografii, zastępując listy krótkimi, tajemniczymi esemesami. A przede wszystkim starała się atrakcyjnym wyglądem ściągnąć na siebie uwagę obiektu swych wzdychań. Po wielu niepowodzeniach ograniczyła się do marzeń, z których zwierzała się przyjaciółce Anecie i kuzynce Magdzie.

Tata nie skąpił pieniędzy na ciuchy i kosmetyki, w których lubowała się od najmłodszych lat. Wiedziała, że będzie kosmetyczką, by poprawiać kobiecą urodę, a w tym zawodzie matematyka nie była potrzebna. Dobre stopnie miała tylko z trzech przedmiotów — z zajęć artystycznych oraz z języków polskiego i niemieckiego, który opanowała dość dobrze dzięki babce — Ślązaczce rozmawiającej z nią po niemiecku; szczęśliwej, że przynajmniej wnuczka lubi ten język, bo córka w ogóle go nie znała.

Ojciec był z tego niezadowolony.

— Twoja mama chce z niej zrobić Niemkę! — krzyczał do żony.

— Jaką Niemkę? Zwariowałeś! Przecież to dobrze, że będzie znała język sąsiadów.

— Sąsiadów? Wrogów!

— Niemcy to nasi przyjaciele. Dobra znajomość niemieckiego może się w życiu przydać… Zresztą… Niech ci będzie, że to nasi wrogowie. Ale język wroga też dobrze jest znać.

Chyba przekonała go tym argumentem, bo nigdy więcej się z nią o to nie spierał.

Kazia była świadkiem tej awantury, lecz nie zastanawiała się nad tym, bo miała na głowie inne problemy. Naraziła się wychowawczyni z powodu mocnego makijażu, który ta starała się jej wybić z głowy, grożąc obniżeniem stopnia ze sprawowania.

Co ona się tak do mnie przyczepiła? Jak mogła powiedzieć, że wyglądam jak prostytutka spod latarni — denerwowała się. — Przecież inne dziewczynki też się malują… No tak, trochę dyskretniej. Chyba będę musiała robić takie cieniutkie, niedostrzegalne kreski nad oczami, lekko potuszować rzęsy i nie malować ust, tylko, niestety, będę brzydsza z tymi wypukłymi powiekami. Cóż, muszę, bo mama chyba by mnie wyklęła, gdybym miała obniżoną notę ze sprawowania.

Przesadne zainteresowanie wyglądem miało też związek ze zmianą zachowania ojca. Ubzdurała sobie, że przestała mu się podobać. Obawiała się, że wobec tego nie spodoba się też żadnemu innemu mężczyźnie. Starała się więc za wszelką cenę poprawić urodę. I to się stało dla niej najważniejsze.

Po wielu romansowych niepowodzeniach doszła do wniosku, że już nigdy nikt jej nie pokocha. Postanowiła spełnić się w pracy zawodowej. Po zdaniu matury ukończyła kurs kosmetyczny. Rozpoczęła praktykę w katowickim oddziale renomowanego instytutu doktor Ireny Eris, gdzie poznała wszelkie arkana kosmetyki pielęgnacyjnej. Uczestniczyła w szkoleniu samodzielnego prowadzenia gabinetu w ramach tak zwanej „franczyzy” zapewniającej jednolity wizerunek wszystkich punktów należących do sieci Eris. Wkrótce z zapałem przystąpiła do urządzania własnego gabinetu w Chorzowie, bo mieszkała w pobliżu tego miasta, a tam nie było jeszcze punktu tej sieci. Zataiła swoje nielubiane imię Kazimiera. Była teraz Leną i tym imieniem ochrzciła swój salon kosmetyczny.

Nie narzekała na brak klientek, ponieważ okazało się, że jest predysponowana do tego zawodu. Spełniała się w nim. A przy tym wykazywała niebywałą przedsiębiorczość i pomysłowość. Zatrudniła fryzjerkę, manikiurzystkę, recepcjonistkę. Był to gabinet kosmetyczny co się zowie. Oferowano w nim najnowsze usługi upiększające. Manikiurzystka skończyła kurs robienia tipsów, a także przedłużania rzęs, fryzjerka potrafiła nawet przedłużać włosy, a Lena była mistrzynią masażu twarzy i sporządzała dla swoich klientek własne firmowe kremy.

Dla klientek stała się kimś w rodzaju powierniczki. Stwarzała im relaksową atmosferę, w której podczas zabiegu otwierały serce, zdradzając jego tajniki. Bardzo jej to odpowiadało. Wczuwała się w ich problemy. Najbardziej lubiła, gdy zwierzały się z miłosnych zawodów lub kłopotów w małżeństwie. Pocieszała się wówczas, że nie tylko ona ma pecha. Stopniowo nabierała poczucia własnej wartości.

Pomogło w tym też, stanowiące rekompensatę za odtrącenie przez ojca, zbliżenie do matki, która była z niej teraz dumna. Regularnie przyjeżdżała do gabinetu i korzystała z darmowych zabiegów. Chwaliła gust i przedsiębiorczość córki. Lena czuła się tym podbudowana, bo dotąd przyzwyczajona była do strofowania i połajanek ze strony matki. Teraz wszystko się zmieniło. Była górą, dbając o poprawienie matczynej urody i wysłuchując narzekań, ta bowiem z niczego nie była zadowolona. Sama jednak nie zwierzała się matce, która tak bardzo była skoncentrowanej na swojej osobie, że nie interesowały jej zbytnio problemy córki, której zazdrościła samodzielności i niezależności. Sama nigdy tego nie zaznała, choć bardzo pragnęła. Nie chciała być „kurą domową”. Ukończyła technikum ekonomiczne, jednak nie znalazła zatrudnienia. Wciąż narzekała, że nie ma swoich pieniędzy.

Rozdział 4

Lena wspaniale czuła się w kupionym dla niej przez ojca mieszkaniu na Osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, które tonęło w zieleni. Przed domem znajdował się gazon z różnymi gatunkami kwiatów i rozciągał się staw otoczony ścieżką rowerową, po której czasami jeździła. Zachwycona była zmianą otoczenia po wyrwaniu się z ponurej dzielnicy Bytomia.

Mieszkała w pobliżu najstarszej części Parku Śląskiego ze słynną Żyrafą przy wejściu, ze wspaniałymi bukami, kasztanami, brzozami, lipami, z przepięknym Rosarium, atrakcyjnym Zoo i Wesołym Miasteczkiem. Najbardziej lubiła przechadzać się po Rosarium, podziwiać różnorodne, dorodne róże. Kochała naturę, stapiała się z nią.

Chorzów niezbyt się jej podobał, lecz przebywała tam tylko w swoim gabinecie. Natomiast w Katowicach czuła się doskonale. Od dziecka lubiła wielkomiejski ruch i gwar. Zadowolona była, że tak blisko ma teraz do Teatru Śląskiego i do galerii artystycznych, ponieważ często w tych miejscach gościła. Cieszyła się, że udało się jej wyrwać z ponurego, walącego się Bytomia. Zmiana otoczenia uszczęśliwiała ją.

Lubiła nowoczesność, lecz przede wszystkim uwielbiała starocie, antyki, zwiedzanie zabytków. Często ogarniała ją tęsknota za pięknem gotyckich katedr i starych zamków, z którymi się zetknęła podczas urlopu we Francji. Zwiedziła też Włochy — Wenecję, Mediolan, Florencję i Rzym — gdzie przeżyła istne olśnienie.

Największe estetyczne wzruszenia wzbudził w niej Rzym. Była tam jesienią. Widziała jak zwiewne mgły unoszą się nad miastem uśpionym dawnych wieków wspomnieniem. Odnosiła wrażenie, że przetrwały tam jedynie dobro i piękno. Niespieszno im było do walki z plugastwem i złem, które na siłę się wciskało. Drzemały sobie spokojnie, raz po raz jedno oko otwierając. Śledziły, jak ich wrogowie nawzajem się wykańczają. Wiedziały, że „przemija postać tego świata”, a pozostaną tylko one — dobro i piękno. Tak to Lena odczuwała.


W niedzielę często jeździła do Krakowa, gdzie spotykała się z Anetą, która po maturze rozpoczęła studia aktorskie. Oczarowana chodziła po ulicach Starego Miasta urzekającego ją metafizyczną tajemniczością. W powietrzu snuła się aura dobrych duchów przeszłości utrzymujących dziejową ciągłość w tym niezwykłym mieście, uszanowanym nawet przez hitlerowskich zbrodniarzy. Wokół niej wibrowały fluidy szczęścia, radości i miłości, o której tam szczególnie często marzyła, bo spotykała w lokalach i na ulicach przystojnych mężczyzn, jakich w Katowicach rzadko widywała.

Jeździła do tego miasta na ogół przy pięknej pogodzie, gdy niebo było bezchmurne. Miała stałą trasę. Kierując się w stronę Teatru im. Słowackiego, łapczywie pochłaniała wzrokiem Planty i dawne budowle. Przed teatrem zatrzymywała się, przyglądając się jego pięknej neobarokowej fasadzie ozłoconej promieniami słońca. Przechodząc obok Barbakanu, wchodziła na dziedziniec, stała tam przez chwilę, rozpamiętując juwenaliowe zabawy, w których do niedawna, co roku uczestniczyła wraz z Anetą. Następnie szła powoli ulicą Floriańską, oglądając wystawy sklepów. Gdy znalazła się na Rynku, niezmiennie doznawała oczarowania. Zachwycała ją szczególna atmosfera tego pięknego zespołu renesansowej architektury z oryginalnymi, jedynymi swego rodzaju sylwetkami Sukiennic i Bazyliki Mariackiej. Chłonęła ekscytującą atmosferę wypełnionych po brzegi tarasów kawiarń, z których dochodził pomruk ściszonych rozmów i tłumionego śmiechu, jakby w obawie, by nie prysł czar tego natchnionego miejsca.

Następnie udawała się ulicą Grodzką na Wawel. Po wejściu do Katedry zawsze odczuwała wzruszenie. Drżała na całym ciele, jej oczy zachodziły mgłą. Ogarniała ją tęsknota za życiem w dawnych historycznych czasach, kiedy to w tym miejscu władcy przyjmowali królewską koronę, zawierali śluby, chrzcili dzieci. Kontemplowała każdy szczegół, chodziła dokoła, podziwiając wciąż na nowo wszystkie kaplice. Najdłużej stała przed Czarnym Krzyżem, pod którym ongiś modliła się Królowa Jadwiga. Wyobrażała sobie, jak wiele wycierpiała ta węgierska młodziutka dziewczyna zakochana w Wilhelmie Habsburgu, kiedy zmuszono ją do wyrzeczenia się miłości i do małżeństwa dla dobra przybranej ojczyzny ze starszym człowiekiem, księciem litewskim Jagiełłą. Królowa ta uczyniła tak wiele dobra, że została świętą.

W komnatach wawelskich Lena wyobrażała sobie przechadzającą się w nich królewską świtę. Wyobrażała sobie, że jest jedną z dworskich dam. Potem spacerowała po dziedzińcu. Słuchała klasycznej muzyki nadawanej ze sklepu z płytami CD, podziwiała piękne kwiaty. Siadała w znajdującej się tam kawiarni i ciekawie przyglądała się turystom.

Po królewskim obiedzie u „Wierzynka” szła do Muzeum Narodowego, gdzie spędzała wiele czasu. Stawała przed niektórymi obrazami jak wryta. Nogi przyrastały jej do ziemi, unieruchomione impulsem z rzeczywistości duchowej, lecz także zmysłowej, bo pobudzającej bicie serca. Odnosiła wrażenie, że to jest prawdziwy świat, a rzeczywistość, w której żyła, jawiła się jej jako sen.


Była wiosenna pogodna niedziela. Po bezchmurnym niebie od czasu do czasu przesuwały się małe obłoczki, pogłębiając jego błękit. Na Plantach rozwijały się pąki drzew. Zapach ziemi drażnił nozdrza. Gołębie na rynku gruchały, kwiaciarki sprzedawały kolorowe tulipany i żółte narcyzy.

Po przemierzeniu rutynowej trasy i zjedzeniu obiadu spotkała się w ogródku kawiarni „Ratuszowej” z Anetą, która po ukończeniu studiów aktorskich została zaangażowana do teatru w Nowej Hucie. Ta piękna kobieta przeżyła niedawno tragedię. Była na inwalidzkiej rencie, gdyż po nieszczęśliwym upadku podczas wykonywania ekwilibrystycznej sceny, doznała ciężkich obrażeń. Utykała i miała trudności z chodzeniem. Na domiar złego porzucił ją mąż dla młodszej teatralnej koleżanki, czego nie potrafiła przeboleć. Przez cały okres studiów byli nierozłączną, szczęśliwą parą. Zaangażowali się do tego samego teatru.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 39.66