E-book
12.29
drukowana A5
69.09
drukowana A5
Kolorowa
106.13
Państwo Zamojskie

Bezpłatny fragment - Państwo Zamojskie

Przeciwko czarownicom, duchom i najeźdźcom


Objętość:
515 str.
ISBN:
978-83-8104-371-7
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 69.09
drukowana A5
Kolorowa
za 106.13

Wstęp

Moja babka widziała śmierć, która kroczyła po polach w okolicy podzamojskiego Sitna. Była to postać wielka i straszna, ale zgodna z dawnymi wyobrażeniami o porządku świata i zaświatów. W dzieciństwie słyszałem też opowieści o błąkających się po wsiach i bezdrożach Zamojszczyzny duchach zmarłych, utaplanych w błocie diabełkach, które siedziały w przydrożnych rowach, oraz o tym, że na bagnach można czasami zobaczyć tajemnicze błękitne ogniki lub — gdy się ma mniej szczęścia — wykrzywione twarze topielców (czyli topczyków). Zawsze groźne były też polne wiry i przeciągi, które mogły sparaliżować człowieka. Słyszało się o takich przypadkach! Dlatego, jak mi tłumaczono, okna w domach i mieszkaniach powinno się szczelnie zamykać.

Do podzamojskiej miejscowości Stanisławka (stamtąd pochodzi część mojej rodziny) przyjechał kiedyś pewien magik. Człowiek ten odwiedzał jeszcze przed ostatnią wojną niektóre domy i tam pokazywał „sztuczki”. Rozdzierał gospodarskie ubrania, dmuchał na nie, co powodowało, że po chwili stare koszule czy spodnie znowu były całe. W prawdziwe zdumienie wprawiała jednak zgromadzonych inna jego umiejętność. Podczas przedstawienia prosił, żeby ktoś pomyślał o wybranej przez siebie karcie. Potem wyjmował z kieszeni całą talię i z wielką siłą rzucał nią o ścianę. Wszystkie karty opadały. Jednak ta jedna, wybrana w myślach (potem to sprawdzano), zostawała przez jakiś czas na ścianie, jakby przyklejona tajemniczą mocą.

W domu moich dziadków odbywały się podczas wojny seanse spirytystyczne. Przepowiednie, wskazówki i komentarze przywoływanych duchów, mocno ograniczone możliwościami kręcącego się na wszystkie strony talerzyka, nie były może zbyt wyszukane, ale robiły wielkie wrażenie. Pokrzepiały serca tych, którzy tęsknili za bliskimi będącymi już po tamtej stronie życia.

Gdy byłem dzieckiem dowiedziałem się także, iż Zamość wybudował Jan Zamoyski (taką opowieść nadal serwują turystom niektórzy przewodnicy turystyczni), niezwykły wódz, organizator i miłośnik europejskiej kultury. Zastanawiałem się, jak to możliwe, iż jeden człowiek — sam i własnoręcznie — postawił słynny zamojski ratusz, kolegiatę, potężne mury twierdzy, okazałe bramy i aż tyle kolorowych kamienic.

Wyobrażałem sobie tego „starożytnego” Zamoyskiego jako brodatego siłacza, który przyodziawszy szlachecki strój roboczy (były takie?) stawiał przynajmniej pół zamojskiego domu dziennie. Niestety, tę dziecinną wizję trzeba było między bajki włożyć, bo Zamość zbudowała cała armia ludzi (tyle że za pieniądze słynnego założyciela miasta). Byli to robotnicy sprowadzani z różnych stron kraju, staropolscy spece od budowlanki, ale także okoliczni chłopi, a wśród nich zapewne moi przodkowie. Na pewno pracowali ciężko, ale czy chętnie? Niestety, los chłopów w dawnej Rzeczpospolitej nie był godny pozazdroszczenia. Jednak to także dzięki ich wysiłkowi o mury Zamościa rozbijało się potem wiele potężnych armii.

O tym, co się działo w XVII w. w zamojskiej twierdzy, także tej oblężonej przez wrogów, dowiedziałem się z niezwykłego źródła. To „Efemeros, czyli Diariusz prywatny pisany w Zamościu w latach 1656–1672”. Twórcą tego dzieła był Bazyli Rudomicz, zasłużony profesor i rektor Akademii Zamojskiej oraz lekarz, prawnik, kronikarz. Na jego unikatowych (i nadal na Zamojszczyźnie chyba zbyt mało znanych) zapiskach oparłem wiele części tej publikacji. Miałem ułatwione zadanie.

Podstawą mojej pracy było obszerne, dwutomowe wydanie diariusza Bazylego Rudomicza przygotowane w 2002 r. przez Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (przekładu tekstu z łaciny dokonał Władysław Froch). Dzięki tym pokaźnym książkom otworzył się przede mną trochę bajeczny obraz codziennego — ale także kryminalnego, religijnego i mistycznego — życia dawnego Zamościa.

Korzystałem także z wielu innych źródeł i opracowań. To m.in. zapiski Zachariasza Arakiełowicza, Stanisława Jana Niewieskiego oraz prace o. Jacka Majewskiego, Stanisława Roszyńskiego, Józefa Kazimierza Kossakowskiego, Zygmunta Glogera, Oskara Kolberga, Adama Andrzeja Witusika. Jerzego Kowalczyka, Mariana Kozaczki, Krzysztofa Czubary, Romana Kalety, Zbigniewa Kuchowicza oraz wielu innych uczonych i kronikarzy, staropolskich i współczesnych.

W założeniu książka miała opowiadać o staropolskim, XVII- i XVIII-wiecznym Zamościu, Ordynacji Zamojskiej oraz losie ówczesnych mieszczan i chłopów. Nie obyło się jednak bez licznych odwołań i wycieczek do współczesności oraz w inne rejony naszego kraju. Czy to jest zaleta, czy wada — czytelnik sam ocieni.

Większość prezentowanych w tej książce szkiców historycznych opublikowano w zmienionej formie w latach 2013–2016 na łamach „Kroniki Tygodnia” oraz „Zamojskiego Kwartalnika Kulturalnego”. Do wydania z 2020 r. dodano także tekst o historii zamku w Szczebrzeszynie, miejscowych duchach i tajemniczych podziemiach oraz m.in. opowieści o niezwykłych zabytkach Lubyczy Królewskiej.

Ilustracje do „Państwa Zamojskiego” wykonała Małgorzata Wiśniewska, a korekty dokonała Anna Rudy. Archiwalne zdjęcia zamieszczone w tej publikacji pochodzą ze zbiorów Adama Gąsianowskiego, Archiwum Państwowego w Zamościu oraz m.in. ze zbiorów prywatnych. Współczesne fotografie wykonał natomiast Kacper Nowak. Cytaty zamieszczone w książce mają oryginalną pisownię.

Książka powstała dzięki wsparciu finansowemu Stefanii Krokiny z Zamościa. W wydaniu z 2020 r. publikacja została rozbudowana i poszerzona.

Twierdza w szczerym polu

Cztery żony Jana Zamoyskiego

Pod koniec XVI w. Zamość był prawdziwym cudem techniki budowlanej. Miasto powstało w ciągu 20 lat, w szczerym polu, na gruntach wsi Skokówka — rodzinnej wsi Jana Zamoyskiego, wybitnego wodza, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego. Nie istniały tam wcześniej żadne osiedla. Jednak ambitnego kanclerza jakoś to nie zraziło. Rozpoczął inwestycję na niezwykłą skalę. Przywilej lokacyjny Zamościa wydano w kwietniu 1580 r. W szczerym polu wytyczono place (wśród nich Rynek Wielki), śródmieście i m.in. mieszczańskie parcele. A potem błyskawicznie zaczęły powstawać miasto i fortyfikacje.

W tym niezwykłym grodzie nigdy nie brakowało osadników — nie tylko z powodu bezpieczeństwa, które zapewniały solidne, nowoczesne fortyfikacje. Mieszkańcy mieli poczucie, iż tworzone — także przez nich — miasto jest niezwykłe z wielu powodów. Plan Zamościa był antropomorficzny, czyli miał nawiązywać do sylwetki człowieka. Pałac miał stać się głową tego miejskiego organizmu, a kolegiata i Akademia — płucami. Ta symbolika nie została tylko na papierze.

Najtęższe umysły

Projekt i budowę miasta Zamoyski powierzył włoskiemu architektowi Bernardowi Morando (w Zamościu pracował od 1578 r. do śmierci w 1600 r.). Jego dziełem były najważniejsze budowle: pałac, ratusz (urzędował w nim sąd grodzki, a później Trybunał Zamojski), kolegiata, arsenał, dwie bramy miejskie: Lwowska i Lubelska, tzw. kamienice wzorcowe oraz m.in. fortyfikacje. Pod jego bacznym okiem powstawały też świątynie katolików, Żydów (m.in. wspaniała synagoga przy dzisiejszej ulicy Pereca) czy Ormian oraz studnie, stajnie i zabudowania gospodarcze.

Jednak Jan Zamoyski uważał, że same mury to nie wszystko. Jego marzeniem było założenie nowoczesnej, kształcącej na dobrym poziomie uczelni — Akademii Zamojskiej. Założycielowi Zamościa taką uczelnię pomógł stworzyć Szymon Szymonowic, poeta i filolog. Postarał się on o grupę profesorów, „najtęższych umysłów” (m.in. Ursinusa, Stefanowica, Starnigela), przygotował podstawy organizacyjne uczelni i jej „plan nauk”. Zorganizował też drukarnię akademicką oraz zgromadził bogaty księgozbiór.

Akademia została otwarta 15 marca 1595 r. Miała dać studentom ze szlacheckich rodzin wiedzę pożyteczną w życiu prywatnym i publicznym, przekazywaną w humanistycznym duchu. Tak też się stało.

Stare Miasto w Zamościu. Widać Ratusz i stare kamienice.

To nowe na mapie Rzeczypospolitej miasto było ściśnięte na niewielkiej przestrzeni. Na początku XVII w. żyło tam jedynie 1300 mieszkańców. Jednak dzięki Akademii, zgromadzonej w niej kadrze naukowej, znakomitym księgom, które w mieście powstawały, oraz m.in. prężnym kupcom i sławie świetnie zarządzanego miasta — Zamość mógł być porównywany z dużymi, znacznie starszymi i ważnymi miastami: Krakowem, Lwowem czy Gdańskiem. Wielu zamościan uważa zresztą, że był — i nadal jest — od nich piękniejszy…

Jak wyglądała oszałamiająca kariera założyciela Zamościa? Jednym ze sposobów na wybicie się ponad przeciętność był w tamtych czasach odpowiedni ożenek. Założyciel Zamościa dokonał tej sztuki w swoim życiu aż cztery razy!

Ożenić się z księżniczką

Jan Zamoyski pod koniec lat 60. XV w. był sekretarzem królewskim. Wraz z kilkuosobową komisją zajmował się m.in. porządkowaniem archiwum skarbu koronnego. Wymagało to żmudnej pracy w stosach zakurzonych, zetlałych papierzysk, często zapisanych niewyraźnym pismem. Nie poszło to na marne. Dzięki tej pracy dowiedział się m.in., jakimi drogami rody magnackie budowały swoje fortuny i jak — np. dzięki odpowiednim koligacjom — stworzyć własną. Spisał się znakomicie!

Jan Zamoyski. Rysunek Małgorzaty Wiśniewskiej.

W nagrodę za tę papierkową robotę w 1570 r. Zamoyski otrzymał od króla starostwo zamechskie, kawał puszczy w ziemi przemyskiej oraz kilka wsi. W styczniu 1571 r. dostał też od ojca Stanisława tzw. wsie dziedziczne: Żdanów, Skokówkę, Kalinowice i połowę „Pniowa”.

Kariera Zamoyskiego zapowiadała się znakomicie. Mógł ją jednak ugruntować dopiero odpowiedni ożenek. Zamoyski na żonę wybrał Annę Ossolińską, bratanicę Hieronima Ossolińskiego, kasztelana sandomierskiego. Niewiele o niej wiadomo. To małżeństwo nie trwało zresztą długo. W 1572 r. na Zamoyskiego spadły dwa potężne ciosy: w Wielki Piątek zmarł jego ojciec (był ponoć „sterany wojnami”), a dziesięć dni później — żona. Zamoyski miał wówczas 28 lat i piastował intratne urzędy (miał już „w posiadaniu” starostwa: zamechskie oraz bełskie i knyszyńskie). Młody wdowiec mógł mierzyć wysoko.

W 1574 r. Krystyna Radziwiłłówna miała zaledwie 15 lat (była bratanicą sławnej królowej Barbary z Radziwiłłów). Jako sierota znajdowała się pod opieką stryja, Mikołaja „Rudego” Radziwiłła, wojewody wileńskiego, oraz czterech swoich braci. Propozycja Zamoyskiego nie spotkała się początkowo z dobrym przyjęciem; myślano o bardziej „godnym” kandydacie.

Zamoyski czekał na odpowiedź trzy lata, ale był wytrwały i coraz bardziej wpływowy. Odegrał m.in. znaczną rolę w elekcji Stefana Batorego, za co potem nowy król obsypał go rozmaitymi „godnościami”. W tej sytuacji Radziwiłłowie przestali się wahać. Ślub zaplanowano w miejscowości Biała (jak wyliczono, „15 mil od Lublina”) na 29 grudnia 1577 r. Ceremonia odbyła się podobno w obrządku katolickim, chociaż panna była kalwinką. Jak pisze historyk Jerzy Kowalczyk, już w dniu ślubu zawarto porozumienie pomiędzy Zamoyskim a braćmi Krystyny. Chodziło o posag. „Oprócz dziedzicznych dóbr opatowskich po matce miała otrzymać 26 tys. zł w gotówce i złocie od braci” — czytamy w jednej z książek Kowalczyka.

Wesele w Białej trwało kilka dni. Potem odbyły się w Warszawie tzw. przenosiny (powtórzenie uroczystości). Zaplanowano je w pałacyku letnim w Ujazdowie. Zamoyski zadbał o odpowiednią oprawę. W przyjęciu uczestniczyli król Stefan Batory oraz królowa Anna (biesiada odbywała się w jej rezydencji), Vincenzo Laureo, nuncjusz papieski, oraz wielu dostojnych gości.

Zamoyski otoczył Krystynę przepychem godnym jej pochodzenia. Kupował jej m.in. luksusowe naczynia srebrne „służące do toalety”. Zachowały się też rachunki na wykwintną biżuterię. Młodzi mieszkali w Warszawie (w tzw. dziekanii — czyli w siedzibie przy kolegiacie św. Jana) oraz w Knyszynie.

Moje najmilsze serce

1 marca 1578 r. Zamoyski został mianowany przez króla kanclerzem wielkim koronnym. Jego uwaga była skupiona m.in. na przygotowaniach Rzeczpospolitej do wojny z Moskwą. Wiele w tym czasie podróżował. Jego listy do młodej żony były jednak ciepłe i pełne uczucia. Zaczynały się na przykład tak: „Moje najmilsze serce”. Małżonka wysyłała natomiast Zamoyskiemu do obozów wojennych m.in. łakocie, czereśnie i pomarańcze. Jeździła też do męża, na przykład do Wilna.

Liczba listów i ich „temperatura” wzrosła, gdy Krystyna zaszła w ciążę. Po zdobyciu przez wojska polskie Połocka (30 sierpnia 1579 r.) Zamoyski zabrał żonę z Knyszyna do Warszawy. Powodem był zbliżający się sejm, ale także konieczność zapewnienia opieki lekarskiej żonie. W lutym 1580 r. na świat przyszła ich córeczka. Otrzymała imię Elżbieta. Niestety, Krystyna Zamoyska zmarła w połogu, w nocy z 28 na 29 lutego (jej zdrowie było nadwątlone, bo cierpiała podobno także na gruźlicę). Miała wówczas 20 lat, a jej mąż 38. Był w rozpaczy. „To, com ja na świecie najmilszego w towarzystwie nierozdzielnym żywota swego miał, małżonkę bogobojną, uczciwą, wstydliwą, pokorną, powolną i posłuszną, wziąć mi i z tym światem nocy poszłej na półzegarzu godzinie rozłączyć (Bóg) raczył” — pisał Zamoyski do Jerzego Radziwiłła kilka godzin po śmierci żony. „Ciosy losu i przeciwności życia ludzkiego uczyłem się jako tako cierpliwie znosić, jednak ten teraźniejszy przypadek taką mi żałość przyniósł, żem od niego jest prawie prostratus (powalony)” — rozpaczał.

Zamoyski był w złym stanie psychicznym. Podejrzewano, że skłoni go to do przywdziania „szat duchownych”. Czy miało to jakieś uzasadnienie? Niewykluczone. Nuncjusz Caligari 4 marca 1580 r. pisał nawet do Rzymu, iż kanclerz „weźmie co wakuje, albo arcybiskupstwo gnieźnieńskie, albo biskupstwo krakowskie”. Planował też jego dalszą kościelną karierę. „Będzie starał się zostać raczej kardynałem” — pisał. Nic z tego jednak nie wyszło.

Pogrzeb na miarę kanclerza

Pogrzeb Krystyny był ważnym wydarzeniem także dlatego, iż kanclerz postanowił dzięki niemu zademonstrować swoją pozycję. Ceremonię wyznaczono na 26 marca. Na miejsce pochówku wybrano kościół św. Anny w Warszawie. Ciało Krystyny „przystrojono” w trumnie w długą, bogatą szatę z czarnego aksamitu. Pozostawiono jej też złoty łańcuszek i pierścień z rubinem. Na piersiach zawieszono jej złotą tabliczkę z imienną inskrypcją.

Dwór kanclerza liczył 75 osób. Dla nich także uszyto żałobne szaty z czarnego sukna i aksamitu oraz czapki, m.in. na futrze. Karetę Zamoyskiego pokryto czarnym suknem, a na konie założono „deki” w tym kolorze. Długi kondukt żałobny przeszedł z domu żałobnego do kościoła św. Anny. Uczestniczyli w nim liczni zakonnicy, bractwa żałobne, księża, żacy i wielu mieszkańców Warszawy. Przybyli także przedstawiciele znakomitych rodów. We wszystkich świątyniach biły dzwony.

W kościele ściany i katafalk (mary) obito czarnym suknem, ozdobionym złoconymi herbami. Po mszy żałobnej ciało Krystyny złożono do krypty grobowej w prezbiterium kościoła, obok grobu księżnej Anny Mazowieckiej. Pogrzeb uznano za godny i okazały (kanclerz wydał na niego 1534 zł). Nie była to jednak jedyna taka ceremonia, którą w tym okresie życia musiał urządzić Zamoyski. Jego córeczka zmarła zimą z 1580 na 1581 r. (według innych źródeł mogła umrzeć rok później). Halszka, bo tak dziecko pieszczotliwie nazywano, została pochowana przy matce. Wiadomo, że pogrzeb córki kosztował kanclerza 97 zł.

Powinowaty wielkiego króla

Życie toczyło się dalej. Ukoronowaniem kariery Zamoyskiego był ślub z Gryzeldą Batory (ur. w 1569 r.), bratanicą króla Stefana Batorego. Ceremonia odbyła się 12 czerwca 1583 r. w katedrze na Wawelu. Uroczystości trwały dziesięć dni. Zamoyski urządził tym razem wspaniałe wesele, uświetnione barwnym widowiskiem na krakowskim rynku. Odbyły się m.in. turniej rycerski i parada przebierańców, którą otwierał wystrojony w zieloną suknię Stanisław Żółkiewski (przyszły hetman), udający rzymską boginię łowów, Dianę.

Małżeństwo trwało kilka lat. Gryzelda miała ogromny posag (podobno wynosił 40 000 zł). W sierpniu 1589 r., po siedmiomiesięcznej ciąży urodziła martwą córeczkę. W 1590 r. powiła kolejną dziewczynkę. Jak podają źródła, na drugi dzień po urodzeniu tego dziecka Gryzelda zachorowała na ospę. Niestety, choroba okazała się śmiertelna. Gryzelda zmarła w Zamościu 14 marca 1590 r. Dwa tygodnie później „pożegnała się z życiem” także jej druga córka.

I znowu Zamoyski zaczął szukać odpowiedniej żony. Ostatnią jego wybranką została Barbara Tarnowska. Była to młodsza od niego o 20 lat córka Stanisława, kasztelana sandomierskiego (jej posag wynosił podobno 8 000 zł). Z zachowanej korespondencji wynika, że była kobietą wykształconą, ale też „religijną, gospodarną, zapobiegliwą i pracowitą”. To ona dała Zamoyskiemu upragnionego syna, Tomasza. Nauczony doświadczeniem kanclerz był jednak pełen obaw. „Zbiegłem tu był z Gródka dla sporządzenia opatrzności około zdrowia żony mej pod połóg” — pisał Zamoyski tuż po urodzeniu syna w liście do Krzysztofa Radziwiłła (kanclerz miał już wówczas ponad 50 lat!). „Ale mi na noclegu dano znać o złym bardzo zdrowiu jej (…). Miasto frasunku, pociechem w domu zastał, że mi Bóg syna z łaski swej dać raczył” — relacjonował.

Coś się jednak zmieniło. Założyciel Zamościa w ostatnim swoim małżeństwie jakoś zapomniał o wielkoduszności. „Okazał się wobec żony człowiekiem skąpym, wydzielającym jej pieniądze, klejnoty” — pisał historyk Zbigniew Kuchowicz. „Tarnowska wniosła mu niewielki posag, co uzależniło ją po śmierci męża od opiekunów syna, spowodowało też, że wielka pani żyła w niełatwych warunkach” — dodawał.

Jan Zamoyski zmarł 3 czerwca 1605 r. Mieszkańcy miasta, które założył, nigdy nie zapomnieli o jego zasługach. „Rano odprawione zostało nabożeństwo żałobne w rocznicę śmierci najpobożniejszego naszego fundatora Jana Zamoyskiego, któremu niech litościwy Bóg da wieczne odpoczywanie!” — pisał 18 czerwca 1666 r. (ponad 60 lat później!) Bazyli Rudomicz, zamojski kronikarz i uczony.

Po śmierci pierwszego ordynata Barbara zamieszkała w oddanym jej „w dożywocie” Krzeszowie nad Sanem (syn Tomasz został w Zamościu). W 1610 r. mocno zapadła na zdrowiu. „Naprzód miałam katar w piersi i duszności, teraz wczora jakieś zagrzanie… Nie frasuj się, proś Boga za mnie” — pisała 19 kwietnia w prawdopodobnie ostatnim liście do syna Tomasza.

Czwarta żona Jana Zamoyskiego zmarła 26 kwietnia 1610 r. Pochowano ją w Zamościu.

Skropić, ale nie przy czeladzi

W XVI i XVII w. uważano w Polsce, że kobieta musi być bezwarunkowo podporządkowana mężczyźnie. Akcentowano „przystojność obyczajową”, bogobojność i pracowitość niewiast. Nie brakowało także głosów, które nawet wskazywały na umysłową i moralną niższość kobiet. Przyklaskiwano teoriom głoszącym potrzebę trzymania żon w „munsztunku” i stosowania wobec nich kar cielesnych. Jedna z ówczesnych teorii (obecna w literaturze dewocyjnej) głosiła: „Kiedy żona zła, harda, rozpustna, z domu wynosząca, próżniacza, albo pijaczka, gdy słowa i perswazja nie pomoże, nie zawadzi jej trochę skropić, prywatnie, nie w obecności dzieci ani czeladzi”.

Ceniono jednak urodę, wdzięk, serdeczność i ciepło ówczesnych kobiet. To one były podporami robiących karierę (polityczną, wojskową) mężczyzn. Nie bez znaczenia były też wnoszone przez nie posagi oraz koligacje rodzinne. Kobiety wywindowały niejedną ówczesną „osobistość”.

Skazaniec wielkiego kanclerza

Samuel Zborowski położył głowę na pniu i poprosił, by kat czekał z uderzeniem, aż trzy razy powie „Jezus”. Odmówił modlitwę, po czym wymówił imię Zbawiciela. Jego głos był podobno tak przejmujący, że kat rzucił miecz i uciekł. Jeden z hajduków zachował jednak zimną krew. Ściął głowę sławnemu watażce.

Tak zakończyła się jedna z najważniejszych kryminalnych spraw w XVI-wiecznej Rzeczpospolitej. Skazańcem był Samuel Zborowski, człowiek wpływowy, ambitny i porywczy, uwikłany w polityczne intrygi. Wyrok na nim wykonano dzięki interwencji Jana Zamoyskiego, kanclerza, hetmana i założyciela Zamościa. Egzekucja położyła się cieniem na tej wybitnej postaci.

Młodzieniec żwawy i płochy

Po śmierci Zygmunta Augusta, ostatniego króla z dynastii Jagiellonów, rozpoczęła się w kraju zażarta walka polityczna. Andrzej Zborowski, miecznik koronny, jeden z ówczesnych możnowładców, forsował osadzenie na polskim tronie Henryka Walezego, francuskiego królewicza. Gdy do tego doszło, Zborowscy (znani z nieokiełznanej natury i „noszenia wysoko głów”) mieli szansę stać się najważniejszymi współpracownikami władcy. Byli zresztą spokrewnieni z najznakomitszymi rodami ówczesnej Rzeczypospolitej — Opalińskimi, Górkami czy Chodkiewiczami — dlatego uważali, że wysoka pozycja im się należy. Te zamiary się nie powiodły. Dlaczego?

24 lutego 1573 r., drugiego dnia uroczystości koronacyjnych Walezego, na krakowskim zamku odbył się turniej rycerski. „Samuel Zborowski (brat Andrzeja — dop. autor) młodzieniec żwawy i płochy, nie mając innego, chwalebnego przymiotu, oprócz zręczności jeżdżenia na koniu i w używaniu kopii, nie ominął tej okazji i zatknął swą kopię wśród innych na dziedzińcu wawelskim, wysypanym piaskiem wiślanym. Wyzywał każdego równego mu rodem i walecznością” — pisał w 1849 r. historyk J. Albertrandi. Początkowo chętnych do walki nie było. Wreszcie wyzwanie podjął niejaki Janusz Kroat, sługa Jana Tęczyńskiego, kasztelana wojnickiego. Zborowski uznał to jednak za wielką zniewagę, chociaż Kroat był szlachcicem. Do walki z nim wystawił swojego sługę, a na pojedynek wyzwał samego Tęczyńskiego. Ten początkowo się wykręcał, ale, nie chcąc uchodzić za tchórza, wyzwanie w końcu przyjął.

Wygnaniec i banita

Następnego dnia odbył się pojedynek sług. Kroat łatwo pokonał człowieka wystawionego przez Samuela (jak pisano wówczas, „przeszył mu nagolennik i kulbakę oraz w lędźwie go uderzył”). Zborowski nie mógł się z tym pogodzić. Wszczął kłótnię i „wielki tumult”, dlatego turniej przerwano. Samuel jednak nadal nie umiał opanować emocji. Gdy jego orszak przypadkowo spotkał się na ulicach Krakowa z orszakiem Tęczyńskiego, doszło do awantury. Zborowski i Tęczyński zaczęli się kłócić, a potem ruszyli do walki jak dwa rozjuszone indory. Zobaczył to Andrzej Wapowski, kasztelan przemyski i towarzysz Tęczyńskiego. Pobiegł, aby rozdzielić napastników. Wtedy Samuel uderzył go dwa razy czekanem w głowę (niektórzy uważają, że zrobił to jeden ze sług). Doszło do regularnej bitwy, która trwała kilka godzin („w późną noc trwało zamieszanie”). Efekt? Wapowski zmarł od odniesionych ran.

Sprowokowane „pod okiem króla” krwawych zajść było wówczas poważnym przestępstwem. Źle wpłynęło także na reputację Zborowskich. Mimo wszystko król Henryk Walezy wydał wyrok, który uznano za łagodny. „Stanowimy iż, Samuel Zborowski na zawsze z Królestwa Polskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego i innych państw koronnych wywołanym być ma, z zabraniem na skarb majątku jego, bez utraty jednak czci i sławy. Rozkazujemy także, aby w miejscach publicznych (…) za wygnańca i banitę go ogłoszono” — czytamy w nim.

Samuel Zborowski.

Banita musiał opuścić kraj, utracił wszelkie prawa, a w razie powrotu groziło mu uwięzienie i wykonanie wyroku śmierci, jednakże po uprzednim porozumieniu starosty (na którego terenie by go schwytano) z królem. Sytuacja w kraju szybko się jednak zmieniała.

Po kilku miesiącach rządów, w nocy z 18 na 19 czerwca 1574 r. Henryk Walezy uciekł do Francji (13 lutego 1575 r. został koronowany tam na króla, jako Henryk III). Gdy korona Rzeczypospolitej trafiła na głowę nowego władcy, Stefana Batorego, nie wszystkim się to spodobało. Andrzej i Krzysztof Zborowscy, bracia Samuela, domagali się jego ułaskawienia. Urażeni faworyzowaniem Jana Zamoyskiego przez nowego króla, przeszli do opozycji (utrzymywali m.in. przyjazne stosunki z Habsburgami). Co ich tak rozzłościło?

Pan jął się nade mną wieszać!

„Bogatszymi starostwami król go (Zamoyskiego — dop. autor) obdarzał i nadto, żeby go sobie przychylniejszym uczynić, za powtórnym jego owdowieniem, synowicę mu swoją, a rodzonego brata swego Krzysztofa Batorego córkę, imieniem Gryzelda, w małżeństwo zaślubił” — wyjaśniał Paweł Piasecki, biskup przemyski, w swojej „Kronice”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 69.09
drukowana A5
Kolorowa
za 106.13