E-book
10.92
drukowana A5
29.81
Opowiadania niestworzone

Bezpłatny fragment - Opowiadania niestworzone


Objętość:
176 str.
ISBN:
978-83-8126-303-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 29.81

Plejady

Rozpocząłem moją podróż, jedną z wielu, od przeczytania stopą mej lewej nogi rozporządzenia, dotyczącego przekazania mi spadku przez zdetronizowanego króla, ziem którymi władał do czasu owego niefortunnego incydentu.

Nim się spostrzegłem, iż na laku odciśniętej pieczęci widnieje skorpion, już zarzucono mi korupcję, oraz wiele uniedogodnień, w których skwapliwie odnotowywałem co poniektóre ciekawsze uwagi, tyczące się moich niejako byłych rządów.

— " Uskarżam się na bolący zadek, na który upadłam widząc królewski pojazd przejeżdżający tak daleko, iż trzeba było, abym ustawiła optyczny rejestrator oddali”- brzmiało pierwsze.

— " Składam skargę, gdyż wpadłam w tarapaty, ośmielając się nałożyć królewską koronę na głowę swoja dla żartu, gdy ten akurat oddawał stolec, czyli kiedy król chodził piechotą i trochę jeszcze później, pozwalając mi ją potrzymać w obecności wielu strażników. I nie dość, że nie mogłam jej zdjąć przez trzy kwadranse, to jeszcze musiałam wysłuchiwać docinków straży króla, który w tym czasie zajęty był ową czynnością” — to była wypowiedz druga, którą wziąłem pod uwagę, kładąc ją blisko mego serca, bliżej nawet niż rozsądek.

„„Jestem pełen niepokoju, widząc króla w otoczeniu rozochoconych dzierlatek. Wolałbym, żeby to byli mężczyźni "- padła trzecia uwaga.

— " Życzyłbym sobie, aby król stawiał wyżej nogi podczas przemarszu, jak przystoi owemu majestatowi, który dzierży nie tylko w swych dłoniach "- czwarta uwaga była niebanalna.

— " Dysponując takim nakładem kapitału, życzyłbym sobie oraz innym poddanym, aby król wydawał w każdą niedzielę, ucztę dla błaznów nie pytając zanadto o ich zwyczaje”- padła piąta, ale wstała kolumna.

— „Ze wszystkich nakazów, wypowiedzianych pośrednio przez królewskiego posłańca, uważam iż każdy nie był wart więcej od mego kciuka, który obgryzłem sobie, będąc malcem w kolebce, gdyż zęby urosły mi natychmiast po urodzeniu, podobno na moje nieszczęście „- szósta uwaga nakazała mi przyjrzeć się sprawie bliżej.

— „Uważam, że dnia tego a tego(tu była wymieniona data), za wcześnie mnie obudzono, i osadzono w lochach królewskiej mości” — siódma była nieco bardziej krytyczna od pozostałych, wzbudzając moją zadumę, oraz nakazując mi bardziej pielęgnować cudze zwyczaje. Zwłaszcza, iż wrażliwość jest tym, co przysługuje każdemu człowiekowi, jako szata honorowa i powinno stale obowiązywać jej nakładanie.

Co się zaś tyczy mnie, poprawiłem sobie pas i zabrałem się za napisanie odpowiedzi odmownej, odnośnie przyjęcia owego szacownego urzędu, wraz z listem poręczonym, który dostarczy osobiście mój poręczyciel, którym jest krowa.

Mu!

Za żadną cenę nie ruszę się stąd, ani pod byle pretekstem, ani za żadne pochlebstwo, lub obiecany przywilej. Skończyłem.

Podpisano: Orion z psem Syriuszem.

Pożegnanie

Pewnym razem przyśnił mi się ocean wypróżniający swoje fale.

A kiedy się obudziłem, zastanowiło mnie jedno:

Dlaczego garbaty karzełek o wzroście nieprzekraczającym dziesięciu centymetrów, jest stanie skoczyć wyżej niż ja, a na dodatek, dosięgnąć przy tym chmur.

Długo męczyła mnie ta kwestia, nie pozwalając bym przechodził obojętnie wokoło tego zagadnienia, aż pewnego dnia podczas spaceru, na którym odnalazłem moje cztery pary zagubionych spodni, w kolorze oprawcy pasującym do zbrodni, wtedy właśnie najzwyczajniej w świecie uznałem, iż wszystko to jest sprawką mieszkającego na zboczu Odludka z Gbura Pradziada, który mógł mi wynagrodzić swoje towarzystwo jakąś anegdotą, ale najbardziej przysłuży się zdradzając tajemnicę osiągnięcia chmurzystych (ale niekoniecznie pochmurnych) przestworzy.

Poszedłem więc do niego, nie zbaczając na to, iż liczne wskazówki ostrzegały mnie przed różnymi wyjawieniami mego nazbyt wybujałego charakteru, począwszy od stawiania większych niż zazwyczaj kroków, poprzez zmagania się z gorączką hipochondryka. Dalej była jeszcze biegunka, wykryta zbyt wcześnie albo zbyt późno, kaszel wisielca, a także ciągające bajoro i bagno zmartwienia.

Nie zraziło mnie to jednak do szczętu, czy też do szpiku kostnego, i co zamierzałem to uczyniłem, a co uczyniłem to zamierzałem.

A więc udało mi się w końcu jakoś odepchnąć wszystkie swoje niechęci, przełamać (nawet złamać) lody oporu, i zagnać swoje stadko rozjuszonych owieczek, na usługach zmęczenia, do stajenki.

Tak trafiłem w progi Gburowate, i aby się na nie wspiąć, potrzebowałem drabiny, którą szczęśliwym trafem odnalazłem niedaleko, żywo zdradzając zainteresowanie jakie wzbudzam, będąc wystawionym na wszelkie próby, oraz znajdując jeszcze dodatkowo kłody pod nogi, które ktoś umiejętnie pospinał ze sobą (zdaje się iż nie byłem to ja, skoro pamięć nie wraca mnie do owego zdarzenia) w owe tak bardzo potrzebne mi narzędzie.

W czasie wspinaczki towarzyszyła mi gęś, która torowała mi drogę, skubiąc mi przy tym brodę, co uznałem za komplement z jej strony.

W tym mym czasie doznałem licznych upokorzeń, więc było o dla mnie jasnym przebłyskiem, promykiem nadziei, dodającym mi wigoru i krzepiącym moje obmarzłe ciałko.

Gdy w końcu dotarłem, tam gdzie zmierzałem dotrzeć, i zapukałem kołatką w drzwi można by rzec iż stalowe, i gdy otworzył mi Odludek z Gbura Dziada Pradziada, gęś odfrunęła, a ja zostałem zaproszony na zimne kakao i rozgotowane ziemniaki, po czym zacząłem wyłuszczać swoją sprawę, czyli z czym przychodzę, przychodząc z pytaniem.

— Odludku- mówię- jak to się dzieje, że mały garbaty karzełek z Wielobarwnej Tęczy, sięga chmur, a ja nie.

— Muszę pomyśleć- powiedział wyciągając swoje rączki spode płaszcza i gładząc swoją brodę szczytując i pączkującą ku górze, gdy pewnie to był jej okres kwitnienia i nie można się temu dziwić.

Myślał dalej, a ja delektowałem się dalej poczęstunkiem, gdy nagle chwycił mnie mocno i rzekł, chwytając za ramiona.

— Wystarczy tylko, iż zwrócisz mu uwagę, iż jest okropnym łazęgą, i że niektórych czynności nie można czynić publicznie, jak to ma w zwyczaju, przez swoją lekkomyślność.

Na to ja sobie pozwolić nie mogłem.

Romans

Nie minęło zbyt wiele czasu, od chwili gdy przyjęto mnie do bractwa „Opasłego Rycerstwa i Wszystkich Spraw z Nim Związanych”, a już nadano mi tytuł dość znaczący, to jest Tego, który wchodzi do latryny i z niej nie wychodzi.

Podobno (podobno, gdyż wszystkiego nie zamierzam tutaj zdradzać) nawet i tym sposobem można wygrać w Ciuciubabkę, czy też w grę Hide & Seek, czyli Ukryj się.

A więc tocząc dalej swoją opowieść, muszę przyznać, iż istotnie owe przywileje okazały się przydatnymi, zjawiając się zapewne za sprawą wrodzonego szczęścia czy też szczęśliwej gwiazdy, pod którą się urodziłem, a może jak to mówią jestem w czepku urodzony, albo w nim zostałem poczęty.

Właściwie to zostawmy przynależne mojej szczęśliwej passie w zmaganiach z losem, jako wyrażenia odzwierciadlającego ów stan rzeczy

Zdarzyło się jednak pewnego razu, że zjawił się w owym zacnym gronie i kwiecie rycerskich zalet i cnót, panienka której nakazano (z powodu jakiegoś czyhającego na nią niebezpieczeństwa) spędzić ów czas, w towarzystwie w zastępie odważnych i silnych, cnotliwych przy tym mężów, godnych i chętnych bronić honoru owej panny.

Nie dalej, niż tydzień później, spojrzenie naszych ócz spotkało się we wzajemnym położeniu, to jest w taki sposób, iż żadne z nas nie górowało jeden nad drugim, i tylko równorzędnie patrzyliśmy na się wzajem.

Nie uszło to niczyjej uwadze i odtąd nawet częściej i usilniej zapraszano mnie do stołów zasłużonych opojów, aby skraść czy też wydrzeć mi tajemnicę mego wdzięku, który pcha niewiasty w moje objęcia.

Nie zdradziłem się z niczym, a tyko moja paplanina dochodził jakby z kresu mej osoby, po czym znowu obejmowała moją całą postać, nakazując bym mówił, co też ślina na język przyniesie.

Widocznie, akurat to spodobało się owym zacnym przedstawicielom, tego zacnego rodu opasłych opojów, gdyż nawet zarządzono dla mnie ucztę powitalną, a przecież już czas jakiś przebywałem w owym bractwie, dostępując tytułu, który już znacie.

Z czasem, gdy szacunek wzrósł ku mnie jeszcze usilniej, naszła mnie ochota by zorganizować ucztę w szerokim gronie, co też się stało również z moim nakładem sił mych i udziałem mej osoby, a gdy nastał okres w którym wszyscy poczęli zaśmiewać się do rozpuku, chociażby gdyż Rycerz Bokobrody Angelus, wystawił tyłek tak, iż zjawił się jakoby gość (oczekiwany czy też nie) na pogrzebie, dodatkowo uświęcając ów uroczystość donośnym wiwatem, który zdawał się być trzmielem latającym sobie nazbyt swobodnie aż trafiając w ognisko wzbił wielki płomień, i tyle go widziano (niektórzy mawiali, iż widzieli w owym zbitym ogniu jakoweś postaci szkaradne, ale trudno było temu dawać wiary, zwłaszcza, iż mi nie byli do końca przekonani, czy to im się istotnie nie zdawało).

Sami zresztą wiecie, jak to w towarzystwie bywa i rozumiecie, iż niejeden taki żart pada podczas zabawy.

Wtedy nadeszła panna, siadając tuż przy mnie, z czego mogła wywiązać się jakaś awantura (zważywszy choćby na krewki charakter, czy też na swobodną atmosferę owego miejsca),ale na szczęście łagodne obyczaje wzięły górę nad „pokutnikami”, i jako żyw, i jak jeden mąż rozpoczęliśmy nasze pohukiwania, czy też słowne zapasy wymagające od nas tęgiej głowy, zważając jednak na białogłowę.

Po pewnym czasie oczy owej niewiasty oraz moje spotkały się, a ja ośmielony taką jej zachętą, jąłem się do niej zwracać jakoby częściej i serdeczniej.

Odwdzięczała mi się uśmiechem, i po pewnym czasie poprosiła mnie, bym jej towarzyszył w pójściu „na stronę” (może i z racji też mego tytułu, któregom jednak nie został pozbawion).

Nie zwlekałem długo z odpowiedzią i zaprowadziłem ją do ustępu, czyli latryny.

Stojąc tak i cierpliwie oczekując zakończenia owej czynności (bardziej niż niepewnym co dalej uczynić), dostrzegłem jak wyciąga przez okienko u drzwi, chusteczkę bielszą niż śnieg, wymachując nią następnie, po czym nigdy jej już nie ujrzałem.

Myśliwy

Nad rozległym stawem przesiedziałem czas jakiś, wystarczy by rzec, że w pewnym momencie jął się wydłużać, gdym chciał go ująć.

Nic to, rzekłem sobie podejmując kolejne próby, lecz po pewnym czasie zauważyłem, iż mogę go dowolnie naginać wedle mej woli, zarządzającej to czy inne.

W pierwszej kolejności uczyniłem zeń sobie łuk, z którego puszczona strzała zaginała przestrzeń, pozwalając mi zawczasu dostrzec wydarzenie, w którym brałem przecież czynny udział.

Nie minęło sporo czasu, a już zwano mnie myśliwym chimer, widziadeł, okropnych szkarad, czy też złudzeń, oraz już począłem przywdziewać na siebie najrozmaitsze formy ułudy, jakoby odzienie, w którym mogłem czynić wiele cudów, a także zdobyłem parę innych przedmiotów, które także sobie wielce cenię.

Posiadłem na przykład płaszcz z miłosnych zapatrzeń, z których powstało silnie falujące ornamentowanie rozkoszne, pełne nienasyconego uroku, na który gdy tylko się spojrzało, można było dostrzec i w pełni odczuć radosną atmosferę świątecznego dnia, a na dodatek wszelki gwar i nastrój biorący się z kłótni umykał, i nie zjawiał się już więcej.

Posiadłem również buty rozchodzącego się echa, dzięki którym biegłem tam, gdzie wykrzyczałem choćby swoje imię, a biegłem jakoby czyniła to gąsienica, segmentowanym sposobem ruszając się w odstępach przestrzennych, a szybko.

Posiadłem także czapkę z niewymownej uciechy, a gdym w niej chodził, to wszędzie można było dostrzec, jakobym stałym był bywalcem wszystkich wesołych uroczystości, oraz zabaw wszelakich, i muszę przyznać, iż miłe jest to uczucie być tak lubianym.

Muszę także wspomnieć o pasie krystalicznego ujrzenia, i to właśnie dzięki niemu, każde źródło posiada swój aromat, który tylko ja rozpoznaję, a jest ich wiele, i warto jest poznać każdy jeden, jeśli nie wszystkie (jeśli jest jakaś różnica, a jest!)

Mam także szal starożytnych ceremonii, i jeśli nie jest mi z nim do twarzy, jest on za to zaznajomiony bardzo dobrze z czarami i rytuałami, a których także jest wiele, i można nimi wiele rzeczy uczynić, na tym świecie.

Jest jeszcze antidotum wydarzenia, i tylko dzięki niemu nie wpadam w pułapki losu, także maść przyozdobienia, dzięki czemu łatwo wykrada się całusy każdej pannie, oraz strzelba, która wystrzeliwuje nabojem zapoczątkowanego karnawału.

I gdy tak chodzę ubrany, oraz uzbrojony w owe wszelkie dodatki, wiem iż nie muszę udawać przed sobą niczego.

Dociekliwy Newton

Z której strony, i na którą stronę upadło jabłko, to jest bardzo ważna kwestia, i też tym pytaniem rozpoczyna się cała moja wypowiedz kierowana do tych was, którzy to czytają; a zaczęło się od tego:

Gruba Dopinga nadęła się pewnego razu, i na oczach całej widowni, bowiem był to jej popisowy numer, strzeliły jej wszystkie guziki u kiecki i wtedy pokazały się dwie duże dynie, oraz ogródek w którym te dynie leżały, a Gruba Dopinga zbierała oklaski oraz zapały niewyżytych nawet młodzieniaszków, to było jej szczytowym osiągnięciem.

Nazajutrz wszystko znowu było po staremu, więc tym razem aby sobie poprawić nastrój, naliczono każdemu kto szedł do ogródka aby ukraść dwie dynie, karę w której to musiał przebraniu Stracha na Wróble stać w owym ogródku, dopóki Dopinga nie znudziła się tymi słomianymi wyczynami.

Przez resztę dni można było czas inaczej spędzić i niektórzy najzwyczajniej w świecie leniuchowali, a inni uganiali się za dziewczętami, a w tym drugim przypadku było podobnie, czasami nawet tak samo.

Wszystko szło niejako po staremu, gdy nagle Gruba Dopinga, znalazła sobie Lewarowego Zraszacza, i teraz dynie kwitły jeszcze dobitniej, a ogródek zawsze był wypielęgnowany oraz odpowiednio nawodniony.

W pewnym nie tak ulotnym momencie, narodził się w ich domu Malkontent Wszystkożerny, i tak zaczęła się prawdziwa historia, niejako meritum owej opowieści, a to dlatego, że Malkontent od swojej wczesnej młodości, był uznany za prymusa, przynosząc do domu tylko wysokie stopnie, a więc nie tylko był uznany, ale i dowodził tego.

Niedługo trzeba było także czekać, by ujrzeć go na olimpiadach, i w szerokich kręgach naukowych nawet już, wymawiano jego imię z szacunkiem.

Minął czas jakiś, i Malkontent został zatrudniony przez wybitne Naukowe Laboratorium Stosowanych Demencji, dzięki czemu tytuły honorowe i inne zaszczyty były tylko kwestią czasu.

Nagle na jego horyzoncie pojawiła się Zdębiała Frywolnica, i kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

Ich serca przylgnęły do siebie, zakochali się w sobie, i w doświadczeniach mikrobiologicznych, mając tylko na uwadze swoje postępy w dziedzinie genetyki zarodkowej, krzyżując na przykład pałeczki anorektycznych prostaczków, z prążkami zarodników Wymiotnych Figlarzy, gdyż takie nadano imiona owym chorobom, nie bez powodu.

Wkrótce okrzyknięto ich najzdolniejszą parą, w miesięczniku Despotyczny Katatonik, i teraz nie stało im już nic na przeszkodzie, aby zyskać ogólnoświatowy prestiż -nic, prócz światowej sławy profesora Opętanego Jamochłona, który spędzał sen z powiek, najznamienitszym nawet uczonym, znajdując błędy w wypowiedziach i odczytach, oraz wskazując na niedbały charakter pisma.

Nie jest to takim zresztą osobliwym, iż zwraca się uwagę na takie drobnostki, a o czym być może nie każdy pamięta, by nie nakładać pazura kury, co jest powszechnym zwyczajem, praktykowanym ogólnie, i podobno z pożytkiem dla pracy zawodowej; podobno, oraz od czasu do czasu.

Nikt zresztą nie uniknął wpadki, prócz samego profesora Jamochłona, a siła ciążenia znalazła naszą parę- Malkontenta Wszystkożernego oraz Zdębiałą Frywolnicę pod drzewem jabłoni, gdzie nie oparli się pokusie „skosztowania jabłuszka”.

No więc z której strony, i na którą stronę upadło jabłko.

Rotacja jest bardzo istotną kwestią

Wyprawa

Nic nie stoi na przeszkodzie, gdy idę drogą, po której jeszcze nikt nie stąpał (naturalnie w obrębie mego gatunku rzecz jasna. -A jakiż to gatunek? — tak, żarty trzymają się każdego, choć z drugiej strony nie wszystko musi być znowu aż takim oczywistym.), więc i tym razem zażyczyłem sobie tego, zmierzając w kierunku, gdzie nikt jeszcze się nie udał, ani nawet nie zamierzał się udać, ani też gdzie nie zamierzał się pojawić świadomie, czy też zupełnie przypadkiem.

Poczyniłem więc stanowcze i staranne przygotowania, aby nikt nie odkrył mych planów, i także abym nie wypowiedział tego, czego nikt się nie powinien dowiedzieć z mych ust, gdyż zarówno jak nie zawierzałem nikomu, tak samo nie zawierzałem i sobie.

Obwiązałem więc sobie usta chustą, by nie padło ani jedno słowo z mych ust, ponadto w dniu, w którym zamierzałem wyruszyć, umorusałem się przeto cały błotem, by nikt mnie nie zaniepokoił, bowiem stało mi się coś strasznego, i z tragedii raczej nie powinno się śmiać.

Było jednakże inaczej, gdyż zauważywszy mnie, zbiegano się na mój widok, a ja odpędzić się od prześmiewców tego dnia już nie mogłem.

Musiałem więc przeczekać dzień cały, a następnego znowu udałem się drogę, tym razem udając, iż ot tak sobie chodzę, i że niby nie i w ogóle to niby jak, dlaczegóż i skądże.

Tym razem więc się udało, uznano mnie za nudziarza i zostawiono w spokoju, więc nareszcie wolny i opuszczony przez skrzeczące stadko, wyruszyłem na poszukiwanie własnego przeznaczenia.

Nie minęła długa chwila, a już odkryłem że idę stąpając po kolorowych ogrodach, których wielobarwne motyle sfruwały ku mnie, nucąc cudowną melodię, której znaczenia nie pamiętam, ani też z jakich nut czy też dźwięków złożony był ów utwór.

Nagle na moim horyzoncie ujrzałem całe mnóstwo świecących punkcików, i każdy odsłaniał mi, kiedym spoglądał do jego wnętrza, cały świat wielorakich barw, kształtów i postaci.

Nie minęła długa chwila, a każdy punkcik przylgnął do mnie, a wtedy dostrzegłem już nie wyłącznie, iż znalazłem się w jeszcze bardziej malowniczej krainie, której dziwne kwiaty strzelały w niebo swymi płatkami, a każdy płatek podobny był harpunom, jakie wystrzelone w niebo, godziły w nie, aż broczyło krwią.

Czyniły tak wiele razy, aż posoka lała się niczym wodospad, i wtedy można było usłyszeć okrzyk radości, a raczej jak żądne krwi mordy, oraz rzucone na świat plagi.

Potem nakazano mi, odcisnąć swoją stopą ślad, który gdy oderwałem nogę ku górze, zamienił się nagle, czy też był od razu, jakby drugim mną, tyle że ani ja go ni poznałem, ani on mnie rozpoznał, tylko od razu nadział mnie na włócznię, i tak powiesił mnie na niej, stawiając ją na ziemi, i kręcąc mną niczym bączkiem, lub też jakoby wskazówką zegara.

Czas przeciągał się w nieskończoność, i z trudem udało mi się jakoś znowu stanąć o własnych siłach, i na własnych nogach, znajdując się na powrót na ziemi, oraz skąd wyruszyłem.

Natychmiast więc cofnąłem się do wielobarwnych ogrodów, i jeszcze bliżej, pamiętając, aby następnym razem, wybrać zupełnie inną drogę, a może tylko trochę inną.

Sprzyjające okoliczności

Ostatecznie wypadło na mnie.

To ja musiałem odbyć daleką podróż, przez tereny na których zamieszkiwała Straszliwa Marbelia i jej Łazęgowatość Rozlazła, aby dotrzeć do źródła, które miało w sobie magiczną moc spełniania życzeń.

Nie czekałem nazbyt długo, lub też wcale, chwytając szybko co było pod ręką, i ruszyłem dumny z tego, że mnie wybrano; jeśli wszak jesteś wybrany, to przecież nawet nieważne jest w tym wszystkim, iż nikogo chętnego prócz mnie nie znaleziono by, i że nie mógł znienacka, albo z jakiejś innej przyczyny.

Najważniejsze było to, że mogłem wykazać się swoimi zdolnościami do stawiania czoła niebezpieczeństwu, któremu dumnie spoglądałem w samą głębię przepastnych źrenic, pozostając na straży swych obowiązków, które mnie zobowiązywały do trzymania choćby kłódki na zamkniętych ustach, albo do dochowania tajemnicy jednym okiem, a drugim do wypatrywania czającego się gdzieś złowrogiego aktu nie nagości, ale gwałtu jakowegoś.

Jednakże te dwa ostatnio wymienione nie kolidowały ze sobą aż tak bardzo, czasem nawet jedno przypominało drugie, i można się całkiem pomylić, oraz przybrać nie tę formę odpowiedzialności, co przystoi zwłaszcza temu, kto nie powinien oddawać się uciesze nie tylko oka, ale w pełni sprostać wymaganiom jakie się na niego nakłada.

Tak szedłem więc, nie zaniechawszy owych myśli, które jęły teraz mnie dopadać w samotnym marszu, aż po pewnej chwili, już nie byłem w stanie zupełnie się od nich odpędzić, jakby od najcięższej zarazy, jakby ktoś mógłby wymyślić, gdyby tylko zechciał, albo dyby dano mu takową szansę.

W końcu nadszedł czas najwyższy ku temu, aby powiedzieć wojnę mym myślom, zrywając wcześniejszy pakt o nieagresji, i rzuciłem ku nim moje najtęższe zbrojne siły, w postaci Chwiejnej Opinii, a także ukrywanym gdzieś w chaszczach Nieskładnym Durniu, którzy już nieraz mi się przysłużyli, wśród okopów, a także na polach chwały.

Po pewnym więc czasie odnalazłem spokój, i mogłem już swobodnie bez napinania swych mięśni, także i tych szczątkowych (choć przecież nie w zaniku), osiągnąć to co zamierzałem, oraz do czego zostałem wyznaczony.

Gdy już pora nadeszła, by wszystkie cienie wyszły z ukrycia, wtedy też zjawiała się naprzeciw mnie Straszliwa Marbelia i jej kurzochatka Łazęgowatość Rozlazła, i wtedy zdałem sobie jasno sprawę z tego, iż przede mną leży najcięższa część, przed samym nosem, owej misji, a Straszliwa Marbelia łypiąc na mnie swym jaszczurczym okiem, szybko obkręciła nim wewnątrz swego oczodołu, po czym spytała mnie w swym języku, który był mi znany, gdyż lubiłem zapoznawać się z innymi kulturami, a chyba one lgnęły tak samo, albo jeszcze bardziej ku mnie, więc uważam się za względnie obytego.

— Gdzie ciebie twoje wrzody niosą, oraz białka-patrzałka- spytała, zdzielając swą miotłą Straszliwa Marbelia, i chwilę później kurzochatka mnie przycisnęła do ziemi, aż zmarszczyło mi się całe czoło z rozpaczy.

— Tam, gdzie płynie Oczopląs, aby mu się przyjrzeć lepiej- odrzekłem jeno, a Łazęgowatość Rozlazła już mnie wbijała w ziemię, jakoby klin jakiś czy też kołek, jako też jedno z glebą.

Tedy Straszliwa Marbelia nakazała mi wstać, i pójść swoją drogą, i nie zapomnieć o niej.

Jakże mógłbym, i gdy tylko ujrzałem źródełko, zapragnąłem by Straszliwa Marbelia i jej kurzochatka Łazęgowatość Rozlazła wywaliły obie jęzory przede mną, i tak dojdę po nich na koniec tęczy.

Ostatecznie wypadło na mnie.

Akt odwagi

Właściwie to nawet nie powinienem o tym wspominać, lecz jakaś część mnie, nakazuje mi wręcz opisać ze szczegółami ów incydent, który stał się na tyle doniosły w swym znaczeniu, aby o nim nie zapomnieć, ani o okolicznościach mu towarzyszących.

Otóż pewnego dnia stało się jasnym, iż długo nie zabawię już w królestwie Elryka Mózgookiego, którego zwano tak ze względu na to, iż gdy intensywnie rozmyślał, widać było jak na dłoni, że pracuje jego oko, wykonując jakąś skomplikowaną operację, jakby jakaś zaklęta maszynka chcąca narozrabiać, kierując wzrok i spojrzenie po wszystkich na sali obecnych, podczas owej uczty królewskiej zebranych i przybyłych co znaczniejszych gości.

Był tam Liliput Przezorny, który zawsze zabierał ze sobą, w swym woreczku Byleznajdę, a była to grająca jakąś wschodnią, orientalną muzykę szkatułka, i podobno była potrzebna po to Liliputowi, czy też Przezornemu, a może po prostu Liliputowi Przezornemu, aby uwodzić damy podatne na takie aromaty dalekich krain.

Także można było ujrzeć Zakutą Pałę, ubranego w rycerską zbroję, której magiczne właściwości, pozwalały ją nosić bez żadnego wysiłku, lekką jak piórko, a także w razie czego złożyć tak, iż mieściła się na koniuszku czy też czubku palca, więc taki był z niej pożytek.

Nie mogło zabraknąć także Złowrogiej Nekromantki, której odruchy bezwarunkowe, były przyczyną wskrzeszenia co poniektórych zmarłych, których lepiej jednakże byłoby nie wskrzeszać, nawet tylko chociażby jako widziadła, co mogło także być przyczyną niepokojących zdarzeń i zaszłości. Darowano jej jednak owe pomyłki, ze względu na miłe i łagodne usposobienie.

Zjawił się także na uroczystość Natrętny Przylep, który rozdawał każdemu dziwny liść, którego gdy się choćby skosztowało, można było chodzić po ścianach komnat, a nawet po suficie, do góry nogami więc, zwieszając się tak, jak to nietoperze zwykle czynią, czy też miewają w zwyczaju.

Można jeszcze wymienić, a przecież jest tak, iż last but not least, czyli ostatni, ale nie najgorszy, choć akurat nie jest jeszcze ostatnim na liście Zgadulec Długonosy, a ten z kolei posiadał bardzo wartościowy zbiór magicznych zaklęć, które w porę chociażby zagrożenia, wywoływał przed swój nos swymi zagadkami, którym to organem mógł wypisywać owe ukazane czarodziejskie nie sztuczki, ale dziwy.

Jest jeszcze Zębata Pluskwa, lubiąca pokazywać swój naszyjnik, ze zębów różnych przedziwnych stworzeń, jakie udało się jej kiedyś upolować i posmakować ich mięs, a każdy z zębów posiadał również różne cudowne moce, i trzeba było uważać by choćby nie stać się za bardzo lubianym przez dziwaczne czy też groteskowe i straszne stworzenia, przybywające z krainy, z której nie pochodzą, a które to przywiódł nasz urok czy też zapach kojarzący nas z posiłkiem, a także by nie zapomnieć choćby ważnego czaru zanikania, czy też niewidoczności, podczas zakradania się do twierdzy wrogiego władcy na przykład, przez co można by zostać narażonym, na liczne nieprzyjemności czy też i nawet niebezpieczeństwa, a może i nawet źle skończyć, jak to w takich razach bywa.

No i byłem jeszcze ja, który dawno już pokłonił się królowi, a zwałem się Plądrem Zuchwałym, i nijak nie można było mnie powstrzymać, od tego com zamierzał, choćby z pomocą dziwnej sztuki, stawania się samym sobą, na czas długi w jednym miejscu, podczas gdy w tym właśnie czasie można znaleźć się zupełnie już gdzie indziej, i sobie choćby wypoczywać, a przydybać mnie mogli wtedy tylko najtrwalsi obserwatorzy.

I gdym tak zaczął czynić poruszenia swoje ze zdolności czarodziejskich wzięte, wtedy zdołałem chwycić niezwykle szybko oraz umykając przed wszelkiego wzroku, placek wiśniowy największy jaki zdołałem wypatrzyć, i nałożyć go sobie na głowę, albo na któregoś z gości, wybierając siebie, tedy król jął mi się przypatrywać nagle baczniej, a wszyscy goście zamilkli, a ja pozostałem w owym dziwacznym nakryciu głowy, i udałem naraz, iż nic się nie wydarzyło takiego szczególnego i tak powiódł się mój niecny plan, jaki mi zaświtał, gdy naszła mnie odwaga, któregoś tam dnia.

A królowi tam tego dnia, miast mózgu w oku zjawiła się wisienka, i była w tym też i moja jaka zasługa.

Najlepsze z wcieleń

Podobno jest tak, iż jedno życie wpływ na drugie, i nie można temu zapobiec, nawet jeśliby się chciało.

Otóż opowiem wam pokrótce, co się stało takiego w mym okazałym, czy też najwspanialszym wcieleniu jak mawiają niektórzy.

Zwano mnie i zwałem się Skarconym Łazęgą, i moje życie poczęło nabierać rozpędu, gdy osiągnąłem wiek dojrzały.

Wcześniejszy okres mego żywota nie przebiegał podług mych życzeń, i był skierowany jakby w przeciwną stronę mych usilnych starań, przyprawiając mnie niemal o rozpacz.

Gdy osiągnąłem więc wiek męski, wtedy też zawezwano mnie przed oblicze Najjaśniejszej Gwiazdy, rozsyłającej swoje blaski wśród różnych stanów i zawodów.

Był to władca, któremu przypatrywało się dwanaście ibisów, a władca obejmował także osiem swych postaci, spijających nieustannie oraz wiecznie, źródło olśniewającej rozkoszy.

Nad mną czuwały tedy cztery hipopotamy, toczące ku sobie kulę ze złota podług wyznaczonych nieznanymi mi prawami przekątnych, oraz flaming czerpiący swoją postać ze znajdującego się tam stawu, którego kształt odzwierciedlał jego postawę.

Kiedy indziej, można było ów staw uznać za zbiornik, w kształcie klepsydry, tylko że dolna część zasypana była piaskiem, i to także miało znaczenie, jak choćby skrywane przeznaczenie- i tam flaming towarzyszył sumowi o szmaragdowych wąsach, delikatnie wibrujących przestrzeń.

Co do mnie, to władca przyjął mnie ze swym uśmiechem, równym nieobjętym skrytym pięknościom o szatach prześwitujących, oraz przetykanych Tajemnicą Istnienia.

Nakazał mi przyjąć kwiat, który gdym go wziął, zapewnił mi widzenie wszystkiego w nieprzeliczonych barwach, którego kolory odmieniał także i mnie, tak iż mogłem stać się również orszakiem samego władcy, wśród niekończącej się jego gościnności.

Nic nie było skomplikowanym, ani nic nie wydawało się być zbyteczne, choć nie można by przecież powiedzieć, iż brakowało w tym wszystkim zbytku.

Mogłem teraz całkiem dowolnie, w otoczeniu dziesięciu złotonogich pawi, o wachlarzach ze swych piór mieniących się zmysłowością i czujnością, przechadzać się gdziekolwiek tylko sobie zażyczyłem, czy gdzie niosły mnie moje pragnienia.

Sam stałem się subtelnym Nienazwanym Zamysłem jeszcze w świetle dnia, i wkrótce można było mnie podziwiać, gdym rozchodził się ze swymi postaciami, a każda jedna była czarodziejskim śnieniem.

Polubiłem tedy swoje przechadzki, oraz swoje istnienie, a gdy złoty lampart o kończynach dłuższych, niż szyje ptaków sięgających niebios, przyodzianych w sekretne mity uwiedzeń, dostąpił mej łaski, wynagradzając mi wszelkie zachwyty, spełnionymi obietnicami, naznaczając swym pazurem to co się dzieje, a nie odwrotnie, nie mogłem już obejść się bezeń, i gdy każdy kwiat skrywający postaci niewieście był podarunkiem Gwiazdy, tedy podarowałem mu swoje westchnienie rozchylające się jakoby kielich sprowadzający ku niemu zadumienie kobiece, osiadające na szatach, aby opłacić to, co było gościnnością i takim miało pozostać.

To co dobre nie powinno się kończyć, lecz krzyżując swymi szmaragdami w przestrzeni sum oznajmił spływając w dolne rejony klepsydry, gdzie ornamenty uwięziły jego korpus, osiadając łagodnie na mych powiekach, jakoby delikatnym łaskotaniem, iż nadszedł już mój czas.

Utrata pamięci

Nie było nic zdrożnego ani upiornego w tym, iż wraz ze zwycięstwem Kleofasa Jutrzenki, również i ja przywdziałem na siebie laur zwycięski, i począłem obnosić się z nim, po każdej części królewskiego zamku, jakobym to ja stoczył wiele bitew i wojen.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 29.81