E-book
9.56
drukowana A5
31.45
Geografia modlitwy

Bezpłatny fragment - Geografia modlitwy

I inne szkice


Objętość:
145 str.
ISBN:
978-83-8189-515-6
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 31.45

Książkę tę dedykuję mojej Mamie — Teresie Okoń


POWIEDZMY, ŻE TO BROOKLYN ROZLEGŁYCH WZGÓRZ

Substancja materialna miast, zwłaszcza zabudowa, o wiele skuteczniej opiera się upływowi czasu, niż jej wiejska odpowiedniczka, o której odwiecznym istnieniu świadczą dzisiaj już tylko drewniane kościółki. Średniowieczne kamienne starówki stoją jak stały. Włoskie miasta uniwersyteckie czy francuskie Carcassonne udostępniają współczesnemu szkiełku i oku krajobraz z najdawniejszych lat. Powtarzamy do znudzenia, że „czas tu się zatrzymał”. Wąskie uliczki, którymi chadzali Dante i Petrarka, a później też Kopernik i Kochanowski, istnieją nadal. Tu, na tym oto lub na tamtym kamieniu brukowym, postawił jeden z drugim swoją stopę. Przestępował codziennie przez ten próg. Przed tym ołtarzem klęczał.

Powojenna odbudowa Starego Miasta w Warszawie uświadomiła nam, że za niezmienioną zewnętrzną fasadą następuje wszakże zmiana cywilizacyjna, wyrażająca się zaopatrzeniem mieszkań w tzw. wygody: łazienkę z WC, sieć elektryczną, wodociągową i telefoniczną, urządzenia kuchenne oraz nośniki obrazu i dźwięku. Zniknęły natomiast rynsztoki. W mieszkaniach żyją współcześni ludzie, nie zastanawiający się, że są dziećmi i dziedzicami minionych epok. Wychodzą z nobliwych kutych bram lub ciężkich drewnianych wrót, idą gdzieś, jadą gdzieś, i po chwili otacza ich najoczywistsza nowoczesność biur i fabryk, w których pracują. Nie dostrzegają jednak zmiany, nie przeszli przez żadną strefę buforową, żadną komorę dekompresyjną. Teraźniejszość rozlana jest bowiem jednako nad nowoczesnością jak i nad odwieczną zabudową.

Substancja ludzka z łatwością przystosowuje się do otoczenia, które zapisało na kamieniu ślad stopy św. Franciszka Bernardone. Nie jest to kąpiel w historii. Przynależymy do naszego wieku, a telewizja nakierowywuje wrzenie wspólnych emocji na walkę wyborczą, na konflikty poglądów, zmagania dwóch drużyn piłkarskich, z których o jednej mówimy „Pany”, a o drugiej „Psy”. Przyznajmy, że mniej to wszystko obiektywnie ważkie niż zamierzchłe wydarzenia historii powszechnej. Jednak kamienne domy służą nam, współczesnym, nie jako skansen czy muzeum, lecz jako cząstka codzienności. Są nam rówieśne. W naszej myśli są nam rówieśne. W kamiennych domach z czasów króla Ćwieczka przeżywamy nowoczesność, nie historię. Dlatego nasze domy są nam rówieśne. Starzeją się razem z nami, potem dorastają z naszymi dziećmi. Nie mamy nic wspólnego z tłumem, który zaludniał niegdyś ulicę Świętojańską czy Kanoniczą, z patrycjatem miejskim i szewcem Dratewką. Pojęcie „Przodkowie” nie jest tu wystarczające. Ani nawet „Rodacy”. Trudno nam wręcz uwierzyć, że nasz pokój był przytulnym kątem średniowiecznego/renesansowego żaka. A było mu tu dobrze, jak nam, jestem tego pewien.

Nasze uczucia nie sięgają tak głęboko wstecz. Zatrzymują się bodaj na dziadku i babci. Głębiej nie mamy rodziny, choćby przeczyło temu drzewo genealogiczne. Historię zamieszkują obcy ludzie. Dlatego w średniowiecznym tłumie nie szukamy tego, który nas „zrodził”. Bywa nawet, że nie trzeba cofać się aż o stulecia: są miasta, gdzie za naszej (lub rodziców) pamięci nastąpiła całkowita wymiana substancji ludzkiej, społeczności, kultury i tradycji. Repatrianci nie znajdą swych korzeni w zasiedlonym mieście, nie istnieją tu stare groby ich przodków. Ale substancja materialna trwa niezmiennie, co dokumentują stare pocztówki: te same domy, ulice i parki — jakby nic się nie stało; tylko ci staroświeccy Niemcy na trotuarach nie są z pewnością naszymi dziadkami. Tak na stare pocztówki patrzą zapewne w ukraińskim dziś Lwowie.

Jednak kamienne mury muszą w końcu przywołać refleksję również nad historią. Nie jesteśmy bowiem kimś więcej niż nasi średniowieczni przodkowie czy nieznani z nazwiska obcoplemieńcy, którzy przegrali wojnę. To miasto zostało nam dane tak samo jak wcześniej im, by tu zasłużyli na niebo. Sięgamy więc czasem w głąb dziejów, szukając człowieka przystającego do nas. Zdaje się, że z tamtych lat nie ocalał nikt poza wielkimi świętymi, do których ciągle jeszcze chodzimy po prośbie.

Kwestia naszej własności odziedziczonej po dawnych wiekach znajduje swe rozwiązanie w nas samych, w naszym historycznym statusie ludzi współczesnych. Patrzymy wstecz, w dawne dzieje, które — choć opisane i poznane — jako minione nie istnieją już realnie. Nie patrzymy w przyszłość, gdyż ta nie istnieje jeszcze, a jako taka jest wciąż beztreściowa. Jedynie prorok mógłby już dziś wypełnić nią księgę. Ale my także jesteśmy ludźmi średniowiecza dla mieszkańców odległej przyszłości. Będziemy im pewnie obcy, może obcoplemienni. Lecz nasze domy stać będą, jak stały, gdy do naszych ciepłych kątów wprowadzą się ci obcy ludzie. Co rano wychodzić będą przez nobliwe kute bramy lub ciężkie drewniane wrota, ich kroki rozbrzmiewać będą na średniowiecznym bruku, i na jakiejś stacyjce wsiądą w pociąg na Marsa, gdzie mieścić się będzie ich warsztat pracy lub biuro. Każdy bieżący remont im właśnie przygotowuje szczęście. Mój dom już dzisiaj może być nazwany ich domem.

— Cóż tedy jest między nami? Czym jest liczenie dziesiątek czy setek lat między nami? — pytał Walt Whitman w „Crossing Brooklyn Ferry”.

Nieraz nachodziła mnie myśl, żeby ich jakoś pozdrowić, tych moich współlokatorów, jak prorok uprzedzając ich zaistnienie. Stawiałem pytania Whitmana. To, co łączy mnie z nimi, jest bowiem czymś więcej niż tylko substancją materialną, niż ja sam, niż oni sami. Nie tylko czas nas dzieli. I nie łączy nas obcowanie świętych, choćby byli świętymi przyszłości. Dziś, kiedy to zapisuję, żyję jeszcze, jestem, a ich jeszcze nie ma i pewnie długo jeszcze nie będzie. Lecz nie łączy nas też science fiction, skoro jest fikcją. Jawią się w mojej myśli jako osoby z ciała i krwi, które po to zostaną stworzone, by żyć z Bogiem przez łaskę. Przeto mają już mój szacunek i przyjaźń. I pozdrowienie będzie tu na miejscu.

Też byłem ciekaw: Czy to Bóg mnie z nimi połączył? Biblioteka, historia, Kościół? Przestrzeń i czas? Wyobraźnia?

Walt Whitman był jednym z nielicznych, którzy zawczasu pomyśleli o mnie, domyślili się mnie, spostrzegli mnie obok siebie — poprzez owe dziesiątki czy setki lat. Było to na promie brooklyńskim, którym przeprawiał się na drugi brzeg. Opierając się o reling, tłumaczył mi cierpliwie, wyczerpująco i prosto, jak dziecku: — Czymkolwiek to jest, nic nie znaczy, odległość nic nie znaczy i miejsce nic nie znaczy, Ja także żyłem, Brooklyn rozległych wzgórz był mój, Ja także chodziłem ulicami wyspy Manhattan i kąpałem się w otaczających ją wodach….

PIERWSZA WOJNA

ARLINGTON, Va — The last American veteran of World War I has been laid to rest. Frank Buckles was buried yesterday at Arlington National Cemetery, just 50 yards from the gravesite of General John Pershing, under whose command he served. Buckle’s flag-drapped casket was carried to the gravesite on a caisson led by seven horses.


„The Boston Globe” 2011, 17 March

„Pierwsza wojna, pal ją sześć” — śpiewał Okudżawa. Cóż powiemy o jakimś jednym jej epizodzie, bitwie, pojedynczym czynie. To już tyle lat.

Ale oto i ona we własnej osobie, owa Pierwsza Wojna („Cóżeś ty za pani?”):

Oddział żołnierzy (opowiadanie Faulknera „Czeluść”) posuwa się brzegiem zapory ogniowej postawionej na terenie wcześniejszych walk. Musiały rozgrywać się tu n i e g d y ś (przed dwoma laty? trzema?) dantejskie sceny frontowe, musiały ścierać się potężne siły, jakaś historia była teraźniejszością. Tamten front już dawno stąd odszedł. Teraz walki toczą się gdzieś indziej, oddział ma dołączyć do swoich, a to nieznane pobojowisko nie należy do historii oddziału. Kredowa gleba odsłania leje nienaturalnej, zda się, wielkości.

Nagle grunt usuwa się żołnierzom spod nóg i zapadają w czeluść pieczary. Światło latarki wydobywa z ciemności to oto: „W tunelu wyprostowane, oparte o ściany stoją i siedzą nad zbutwiałą bronią szkielety w ciemnych kurtkach i workowatych spodniach żuawów…”. To szkielety żołnierzy senegalskich z jakiegoś oddziału, o który nie upomniał się pies z kulawą nogą. Nie jest trudno odtworzyć fakty: oto tam, gdzie poległy oddział szukał schronienia, dosięgła go chmura gazów bojowych. A więc owa ziemia, nękana teraz tylko sporadycznie i z daleka, była wcześniej sceną rzeczywistego, dynamicznego dramatu. Działo się tu coś, co dzieje pisane zapewne jakoś nazwą, może tak jak domyślny kapitan: „walki majowe tysiąc dziewięćset piętnastego”.

Żywi, którzy uczestniczą w tym samym dramacie wojennym, co tamci Senegalczycy zdają się jednak przynależeć do innej epoki. W odtwarzaniu faktów podobni są archeologom, którzy zdarli warstwę ziemi i z wykopalisk wnioskują o nieznanej, obcej cywilizacji. Wyczuwa się brak jedności i ciągłości w relacji żywych do poległych. Senegalczycy przynależą do innej epoki, jak gdyby do innej wojny, nie tej naszej. To nie są nasi koledzy — mówi nam chłód żywych — to są starogreckie skorupki, których miejsce w British Museum. Nasza wojna i nasi koledzy, nasze życie i nasza śmierć — nie tu, a na horyzoncie i za horyzontem.

Kampania majowa tysiąc dziewięćset piętnastego należy do przeszłości. Lecz w Dakarze, w Dendoudi, w Tambacounda Wielka Wojna zdaje się toczyć jeszcze dziś. Wszędzie tam, gdzie ostatnie sieroty po owych żołnierzach dopełniają miary swych dni na wspomnieniach, modląc się za „tatę”, który z a g i n ą ł w służbie Francji, na europejskiej wojnie, miniona bitwa oparła się upływowi dziesięcioleci. Działa wciąż grzmią i mgły gazowe pożerają lej za lejem. Jest w tym trwaniu ta sama nadzieja, co w słowie „zaginiony”: jeszcze nie wszystko stracone.

Gdy przemija cywilizacja, epoka, nie pali się dla niej żadna lampa w oknie. Gdy wody potopu pokryją ziemię, nowi jej mieszkańcy zobaczą oceany i morza tam, gdzie ongiś kwitło życie. Nie przyjdzie im na myśl, że na dnie mórz i oceanów, zapisany w pamięci Boga, rozgrywał się dramat człowieczeństwa, ze swą historią zbiorową i osobistą, że działała tam łaska, że coś się tam działo ważnego. Któż pomyśli, że i tam czekają zapomniane ciała, prochy, kości, cząstki organiczne — na ów dzień, kiedy umarli z grobów powstaną, na zmartwychwstanie ciał?

Nigdy nie byliście samotni, Senegalczycy. Ale to nie my, odkrywcy waszych grobów, wydobywamy was na światło. To wy czekacie na nas.

CYLINDER RZEKOMO PUSTY

Gdy wypowiadamy sądy kategoryczne, wówczas najczęściej jesteśmy w błędzie. Dlaczego tylko zakochani mieliby być zaślepieni? Nasze sądy o świecie muszą minąć się z prawdą, gdyż wierzymy wyłącznie świadectwu naszych zmysłów, a te dostarczają za mało danych, by ferować wyroki. Rzeczywistość podobna jest do kuglarza, który z pustego cylindra wyjmuje królika. Jedynie ten kuglarz mógłby powiedzieć, że pusty cylinder wcale nie jest cylindrem pustym — przeciwnie: jest cylindrem pełnym królika.

WARIANTY

Kiedy próbujesz opisać wydarzenie, widok, problem, i z tęsknoty za doskonałością czynisz to po kilkakroć, za każdym razem inaczej, szukając słów, korelatów i obrazów, które zbliżą cię do ideału, wtedy zdajesz się sobie najbardziej bezradnym z ludzi. „To prawda — przekonujesz sam siebie — że pisarz to ten, któremu pisanie sprawia o wiele większą trudność niż innym”. A jednak udało się i oto masz przed sobą nie jedną, a kilka udanych prób, z których każdej nadałeś niepowtarzalną wartość. Żal postawić na zaledwie jedną (którą); a zespolić ich w jedno nie sposób. Wraz ze śmiercią prób gorszych umrą jakieś obrazy, jakieś celne i zgrabne zdania. Umrą i zostaną zapomniane. Znają ten żal poeci, gdy przyjdzie rozstać się z wariantem wiersza czy zwrotki. Znał to na pewno Proust. Musiał tego doświadczać Camus. A dla Josepha Granda, urzędnika merostwa w zadżumionym Oranie, stało się to pułapką błędnego koła, obsesją. Jakże niewinnie wygląda to diabelskie zdanie, z którego nie mógł się już wydostać! „W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.”

Więc przybądź Pierwszy Poruszycielu! Przyjdź Sprawco chcenia i działania! Ingressum instruas, progressum dirigas, egressum compleas…

UMARŁA EPOKA

Przeszłość jest we mnie zapisana. Jej własne życie, ograniczone do chwili bieżącej, skończyło się, materia jej wydarzeń umarła. To, co istnieje w mej pamięci, istnieje już tylko na sposób myśli, idei. Stanowi zarazem coś w rodzaju kodu genetycznego, z którego w swoim czasie możliwe stanie się — jak sądzą niektórzy — realne odtworzenie wszystkiego. Wspomnienia każą myśleć o odpowiedzialności, której nie uniknę, a głos sumienia przypomina o wydarzeniach brzemiennych w konsekwencje. Wydarzenia umarły, lecz pamięć o nich pozostała żywa. I wciąż mogę spotkać na swojej drodze współuczestników minionych wydarzeń, ostatnich Mohikanów tamtych lat.

To właśnie z ich powodu, w równej mierze co z powodu mojej żywej pamięci, w której ta wciąż świeża dla mnie przeszłość dzieje się nadal, powinienem widzieć w niej tę samą jednoczesność, jaką ma w teatrze akt drugi dramatu względem trzeciego, który stanowi dla publiczności teraźniejszość. To integralność dramatu powoduje, że akty wcześniejsze nie zostają skasowane przez upływ czasu, nie odchodzą w przeszłość, przynależą do tej samej przestrzeni scenicznej i egzemplarza dzieła. Póki żyją świadkowie, uczestnicy minionych dni, a jestem jednym z nich, ta przeszłość przynależy do integralności ich i mojego życia.

A nasze życie jest dziejącą się historią Zbawienia, każda jego chwila zbliża do ostatecznego celu. Nie ma dla nas innej racji istnienia. Lecz póki żyjemy, aspekt historyczny zdaje się nie istnieć, podobnie jak w tamtych aktach dramatu. Walka o nasze zbawienie wciąż rozgrywa się na bieżąco, jest czymś dziejącym się, jeszcze nie zapadła kurtyna.

Wyznaczona nam miara lat nie obejmuje cywilizacji, nie obejmuje epok. Mimo to, jakże często niektóre okresy naszego życia, zwłaszcza zakończone istotnym wydarzeniem, spektakularnym lub tragicznym, czyimś odejściem, zmianą warunków bytowania — jakże często nazywamy te okresy zamkniętym rozdziałem. W moim życiu skończyła się pewna epoka — mówi ktoś, a ja go rozumiem. Odtąd będzie inaczej. Tamta epoka zaznaczyła się wpływem czyjejś osobowości, wykształciła moją dzisiejszą rutynę, ustaliła system wartości, a kiedy udowodniła mi w ten sposób, że „takie jest życie”, odeszła w przeszłość, umarła. A teraźniejszość rzecze: „Nie znasz życia”.

Bardzo nam dopomaga świadomość istnienia naszych zmarłych, ich życia pozagrobowego. Dostąpili zbawienia nie podług teraźniejszości, w której są nieobecni, lecz podług martwej epoki, według wydarzeń przysypanych ziemią, zalanych wodami potopu. Minione epoki istnieją, bo i nasi zmarli istnieją. To, co dla nas jest zaledwie grecką skorupką, przed Bogiem stawia się nienaruszone i żywe. Nasze czyny idą za nami poza śmierć. Epoki naszego życia nigdy nie zostają skasowane.

I obecna teraźniejszość też będzie przeszłością. Już dziś taki mam do niej stosunek. Jest częścią tego bagażu, z którym stawię się przed Bogiem. Nie jest lepsza od przeszłości. Ma jednak nad nią tę przewagę, że pozwala mi działać i mnożyć czyny, które przedłożę Bogu. Moja przeszłość jest jak czyściec, w którym nic już dla siebie nie zrobię; pozostaje jedynie wierzyć, że tamte dobre uczynki, t a m t e modlitwy działają w teraźniejszości, świadczą o mnie i mnie konstytuują; i czynią dobro, o którym nie muszę już wiedzieć.

Pamiętam także o złu. Nie zagłuszę głosu sumienia, choćby pył drogi oślepił mnie i odebrał wrażliwość, choćbym nie był już nakłaniany do ekspiacji i zadośćuczynienia. Obecność ostatnich Mohikanów umarłej epoki przypomina mi o tym i owym. Ale w głosie sumienia nie chcę widzieć jedynie oskarżyciela, skoro wiem, że jest głosem Miłości. Stąd i świadomość, że waga wspominanych spraw może okazać się w końcu inna niż ta wynikająca z mej prywatnej aksjologii. Odpowiedzialność spoczywa jednak na mnie. Czynem dokonanym dziś, raz na zawsze ustalonym, wybiegam w przyszłość. „Jakie słowo produkuję dziś, takie będzie czytane jutro” — ostrzegał pisarzy kardynał Wyszyński.

Oby moje teraźniejsze czyny, czyny rzekomo „nowej” epoki, nie ograniczyły się do skończonego dokonania, zdeponowane aż do dnia sądnego w magazynie spraw zamkniętych lub umorzonych z powodu niewykrycia sprawcy, odłożonych ad acta, lecz by owocowały dobrem także w przyszłych teraźniejszościach. Bo tylko w ten sposób miniona epoka zaprzeczy pogłoskom, jakoby umarła.

BUŁKI FRANKLINA

Beniamin Franklin miał siedemnaście lat, kiedy w roboczym ubraniu, z kieszeniami wypchanymi brudną bielizną, zszedł ze statku na nadbrzeże przy Market Street w Filadelfii, czterysta mil od swego bostońskiego domu rodzinnego. Człowiek, który w przyszłości miał rozsławić Filadelfię i uczynić ją kolebką „amerykańskiego ducha”, pierwsze swe kroki skierował do piekarza, gdzie za trzy pensy zakupił trzy duże bułki. Jedną napoczął w drodze, a dwie pozostałe — z braku miejsca w kieszeniach — przytrzymywał pod pachami.

W pozornie mało znaczącym opisie pierwszych kroków postawionych w obcym mieście jaśnieje wszakże pewna marginesowa scena, która ma dziś dla mnie znaczenie większe niż jej funkcja elementu w psychologicznym autoportrecie geniusza. Wracam do tego miejsca w jego „Żywocie własnym”, ilekroć refleksja wiedzie ku alchemii słowa i czynu, czyli ku sekretom twórczego życia.

Punkty wyjścia słabiej zapadają w pamięć od punktów dojścia. Nie dziwi przeto powszechne sprowadzanie jego osoby do rzędu odkrywców czy wynalazców (elektryczność dodatnia i ujemna, piorunochron) lub twórców amerykańskiej państwowości z twarzami na dolarach. Fundamenty położone są jednak w młodzieńczych latach, gdzie rzadko doczytujemy się mądrości. To jeszcze nie ten czas, kiedy przykazał sobie: „Naśladuj Jezusa i Sokratesa”.

W owym pierwszym dniu w Filadelfii siedemnastoletni Franklin nie miał nie tylko pomysłu na życie, ale nawet dachu nad głową i kubka wody. Wrócił na nadbrzeże i zaspokoił pragnienie, pijąc wodę z rzeki. Siedziała tam kobieta z dzieckiem, która — jak zapisał — przybyła tym samym statkiem i czekała na dalszą podróż. Jej maleństwo musiało być głodne. Dał jej dwie pozostałe bułki, te, które niósł pod pachami. Zdaje mi się dziś, że to właśnie tam, na nadbrzeżu przy Market Street, wszystko się dla niego zaczęło.

Nie pozostawił nam nazwiska tej kobiety. Sam go chyba nie zdążył poznać, nim odpłynęła dalej. Lecz w pewnym sensie pozostała w tym miejscu na zawsze: odczytywana na nowo, stale obecna i dostępna refleksji. Niemy świadek jednego dobrego serca. Niemal widzę jej pełne czułości spojrzenie, którym odprowadza darczyńcę. Bądź, chłopcze, pewien wdzięczności!

W kończącym się roku 300-lecia urodzin Franklina kolejne już odczytanie „Żywota własnego” wymalowało mi w prezencie cudowny wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, unoszącym dłoń w geście błogosławieństwa.

PODWÓJNIE WYGNANI

Jesteśmy ludem w drodze. Stronie czynnej naszego życia (dobre uczynki, wypełnianie przykazań) towarzyszy strona bierna (upływający czas), na którą nie mamy żadnego wpływu. Żyjemy, ale też przecież — jakkolwiek niegramatycznie miałoby to zabrzmieć — „jesteśmy życi”. Każdego dnia wiara i uczynki zbliżają nas do Boga, a kalendarz do progu śmierci i aż za ten próg. Co jednak bardziej posuwa nas naprzód: owo własne działanie, czy raczej unoszenie się na fali czasu? Dla chrześcijanina nie powinno to być otwartym problemem. Uznając bowiem jedno i drugie za prawdziwe, opowiedzieć się musi za większą wartością uczynków i modlitw, do których jedynie sprawiedliwy jest zdolny, podczas gdy dzwon bije jednako i dobrym i złym. Ku temu zdaniu skłonią również konteksty, w jakich Chrystus ocenił niektórych: „Niedaleko jesteś Królestwa Niebieskiego…”.

Ale powyższe wprowadzenie jest zaledwie dygresją wobec prawdy, iż w chwili bieżącej nie przebywamy w swej niebieskiej ojczyźnie. Jesteśmy poza nią, „na zewnątrz niej”, choć świadomość jej istnienia wciąż nam towarzyszy. Mówimy o rzeczywistości „transcendentnej” lub wprost o Transcendencji. Związki z nią, dostarczane przez religię, mają w sobie coś z fluidów, jakie emanują z rodzinnych pamiątek ocalonych z pożogi. Zamieszkując ziemię i tu przeżywając życie, nie zapominamy, że wypędzono nas z raju i nakazano czynić sobie ziemię poddaną. Wbrew pozorom, nigdzie na ziemi nie jesteśmy u siebie. Wszyscy rodzimy się na ziemi wygnania, choć najczęściej wśród swoich i w miejscu, które zwiemy ojczyzną. Im głębsza wiara, tym większa też świadomość wygnania i tym dotkliwszy kompleks wygnańca. Jeśli możemy z tym w ogóle żyć pośród świata, to dlatego, że niebieska ojczyzna nie jest z tego świata, a chrześcijańska nadzieja czyni resztę.

Stwierdzamy jednak istnienie także, a raczej „przede wszystkim”, wygnania materialnego, ziemskiego. Nieobcy jest nam widok uchodźczej furmanki wyładowanej szeroko, wysoko, jak wóz z sianem. Cenimy sobie jako zdobycz cywilizacji istnienie urzędu Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców. Minione dwa wieki wprowadziły w sferę rzeczywistości wiele tzw. „wielkich emigracji”, co znaczyło nie tylko banicję, ucieczkę, emigrację, lecz również wspólnotę ludzką żyjącą z takichże powodów wśród obcych. Naszym ziomkom, którym ów los przypadł w udziale, przypisujemy jakieś szczególne uczucia, zrodzone z doznanej krzywdy i doświadczanej nostalgii, jakiś szczególny rodzaj cierpienia, nieznany innym. Wiemy już, że nieraz dochodziło tam do erupcji talentów na skalę globalną, a pożywką zrodzonych dzieł była miłość ojczyzny, pragnienie powrotu i bezpiecznego w niej życia. „Smutno mi, Boże”.

Cierpiąc podwójną separację (wygnanie, emigrację, obcość), cierpią ci ludzie bardziej od tych, którzy nie emigrowali. Cierpią podwójnie, jeśli możliwa jest w ogóle jakaś miara cierpień. Podwójni wygnańcy są wszakże mądrzejsi od nas o widzialne znamiona swego wygnania, o rzeczywistość, która stanowi ikonę naszego pielgrzymowania do niebieskiej ojczyzny. Tak łatwo tu o porównania i analogie. Jest to wszakże, jak twierdzą niektórzy, wiedza niepotrzebna, nabyta z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego. „ — Czy warto przenosić się z celi do celi?” — pytają sceptycy. Wygnańcy zmagają się już nie o sukces życiowy, jak to jest u miłośników świata, lecz o chleb powszedni i dach nad głową. Dlatego niewiele wśród nich postaci otoczonych szacunkiem obcego sobie plemienia, niewielu tam bogaczy. Słowacki nie był kimś wielkim dla francuskiego sąsiedztwa, raczej jakimś tam pewnie cherlakiem. Tylko my, Polacy, zdolni byliśmy ocalić jego istotny, choć ukryty przed „obiektywnym” wzrokiem obcych, ludzki rozmiar: był królom równy.

Prawdziwa i pełna integracja na wygnaniu, jakkolwiek możliwa, osiągalna jest jedynie wówczas, gdy wyprzemy się korzeni i nie przyznamy się do nich, gdy zapomnimy swojego języka. Gdy wyczyścimy naszą pamięć, wiedzę, wdzięczność, szacunek do rodziców i dziadków, do naszych wieszczów, naukowców i świętych, gdy znikną z oczu obrazy z dzieciństwa, rzeka, dom, widok z okna. Wiemy, że zdarza się to w drugim lub trzecim pokoleniu. Ale nawet zachowując to wszystko, coś przecież tracimy. „Po latach wygnania — zapisał Miłosz — człowiek próbuje sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy nie żyje się na wygnaniu”. Dlatego nie dziwmy się, że można też zeświecczyć się, ugrząźć w sprawach materialnych, zająć się konsumpcją dóbr tego świata. A nawet przestać wierzyć w istnienie niebieskiej ojczyzny. Jak przez piekielnie długi czas nie było Polski na mapach Europy, tak może nie być Boga w rozdartych sercach tak wielu ludzi.

ŚWIATEŁKO

Rzadko kiedy wypowiadamy te słowa samokrytycznie: „Wiara bez uczynków martwą jest”. Raczej kujemy z nich oręż na współzawodników w wyścigu ku świętości. Dziwnym trafem ostrze skierowane jest zawsze w stronę mistyków i dusz kontemplatywnych. Wyjąwszy funkcję apologetyczną, która wyraża się w użyciu tej prawdy w odpowiedzi na protestancką naukę o usprawiedliwieniu przez wiarę, odczytujemy tam zarówno zachętę jak i zbawczy przymus. Radzi bylibyśmy przymusić wszystkie Marie, które lepszą cząstkę obrały, by nam pomogły w przyziemnych naszych zatrudnieniach. Dobre uczynki zdają się unaoczniać czyjąś wiarę i weryfikować chrześcijanina. Przypomnij sobie swoją tajną karteczkę, na której przed pierwszą komunią świętą wpisywałeś w sąsiadujące tabelki: po stronie lewej — dobre uczynki, po stronie prawej — grzechy śmiertelne. Dbałeś o szalkę z czynami dobrymi, dosypując tam w razie czego. Miała przeważyć i wysłużyć ci Niebo.

Przekonania o znaczeniu dobrych uczynków nie zawdzięczamy naszym mędrcom, choć nawet ci niewierzący zdolni byliby w końcu ustalić skutkowanie dobra i skutkowanie zła, i opowiedzieć się za dobrem. Czyż nie tak powstał „zakład Pascala” (lepiej wierzyć w Boga niż w niego nie wierzyć)? My jednak nasze przekonanie zaczerpnęliśmy z Objawienia, wierząc weń niemal jak ci, co nie widzieli a uwierzyli. Wiara ma swoje wymagania, a znikomy czas tego życia przynagla do działania. Tylko póki żyjemy w ciele, zdolni jesteśmy do czynienia wymaganego dobra. Okoliczności życia nastręczą okazję, nadadzą czynom odpowiedniego kształtu, stosownie do wyzwań i do posiadanej przez nas wolności. Nie wszyscy bowiem możemy tyle samo. Nie zawsze możemy też czynić teraz to, co czyniliśmy wcześniej lub co uczynimy później. Bywa, że budujemy kościoły i hojnie rozdzielamy jałmużnę. Zostają po nas ławki kolatorskie i kamienne tablice wmurowane w ściany świątyń.

W innych okolicznościach życia stać nas będzie na podanie spragnionemu szklanki wody. Może tylko na słowo pociechy. Wydaje nam się, że to nic nie kosztuje, i że zawsze będziemy w prawie przynajmniej tyle uczynić. A jeśli i tego zakażą? Choć wydaje się to w pierwszej chwili nieprawdopodobne, to refleksja uczyni swoje. Światełka świecą w największych ciemnościach. Niebo naszego życia bywa podobne do nocnego nieba, na którym zabłysła dopiero pierwsza gwiazdka. Utrata wolności zewnętrznej nie zagasi tego promyczka. Jakieś słowa Miłości zostały przemycone za druty i zachowane na tę właśnie okazję. Chrześcijaninem jest się zawsze, nawet wówczas, gdy rozum zawodzi. Dlatego również w ciemnościach obozu zagłady z szeregu szkieletów wyszedł śmiało numer 16670, by prosić Boga o łaskę oddania życia za przyjaciół swoich. To jedno światełko w tamtej chwili świeciło. I lagerfűhrer Fritzsch nie potrafił odmówić. Nie był to z pewnością czas perykopy o weselu w Kanie Galilejskiej, czytanej zwykle przed młodą parą. „Jedna mi świeci gwiazda” — jak w refrenie banalnej piosenki.

Trudno wyobrazić sobie jakieś większe jeszcze zewnętrzne zniewolenie niż owo oświęcimskie. Ale oto i jest, stawia się niezawodnie. Człowiek przybity do drzewa krzyża. Ręce, od których oczekujemy podania szklanki wody, nie zdołają tym razem oderwać się od narzędzia swej tortury. Jest to chwila triumfu ciemności. Gwiaździste niebo Afryki, które Daniel-Rops podziwiał z dachu hotelu, zdaje się wówczas nie istnieć. Gdzie jesteś, „pyle złota i ognia”? Gdzie jesteś, „roju świetlistych ziarn”? Nie zostaliśmy jednak opuszczeni. Także teraz zasłona nocy przepuszcza jakieś jedno światełko. Wiele zawdzięczam poszukiwaczom światełek w ciemnościach: Pascalowi, Saint-Exupèry’emu i wielu innym, nawet Kantowi. W nabożeństwie Drogi Krzyżowej powtarzałem za kardynałem Wyszyńskim: „Nawet krzyż mój, do którego jestem przybity, przyjmę z pełnym zaufaniem, bo jeszcze mogę na nim rozmawiać z moim Bogiem. Jeszcze mogę Mu oddać to, co mam najszlachetniejszego — ducha mego; Ojcze, w ręce Twoje…”.

Światłość w ciemnościach świeci i ciemność jej nie ogarnęła, czyż nie tak?

Więc świeć, moja gwiazdo, i mów do mnie jeszcze, jak tylko ty potrafisz. Gdziekolwiek jestem i dopokąd idę.

DYSONANS

Napisałem był swego czasu tekst, w którym wykorzystałem rozpowszechniony pogląd i pospolity stan wiedzy. Nie sposób zadać kłam czemuś takiemu. Nie obawiając się więc popełnienia błędu rzeczowego, skupiłem się na rytmie i melodii, komponując coś nieźle sklepionego, wpadającego w ucho, gdy to głośno przeczytać. Zaglądałem tam przez kolejne dni, odczuwając dumę. Widziałem w tym przykład dobrej literackiej, żeby nie rzec artystycznej, roboty. I byłbym pewnie zaraz to opublikował, gdyby dana mi była wówczas jakaś adekwatna platforma publikacji, odpowiednia do tematu i sposobu jego wyrażenia. Na razie jednak tekst wylądował w szufladzie, nazywanej w tamtym czasie „dojrzewalnią”, gdzie na wzór serów szwajcarskich miał przybrać jakiś ostateczny dojrzały kształt. Od czasu do czasu należało tam zaglądnąć, coś z tego przeczytać, nad czymś powtórnie popracować. Po kilku latach leżakowania wyszło z tej serowarni, wierzcie lub nie, kilka niezłych kąsków.

Tym razem wszakże nie trwało długo, a natrafiłem na pracę naukową, która w pewnym punkcie dezaktualizowała słuszność rozpowszechnionego poglądu i pospolitego stanu wiedzy, i w konsekwencji czyniła mnie (w moim własnym sumieniu) odpowiedzialnym za błąd. Nie muszę mówić, że poczucie winy pochodziło z mojej nowej wiedzy, którą nabyłem jako czytelnik owego naukowego dzieła. Uczciwość nakazywała mi coś zmienić, wyjaśnić, dopisać. Uczyniłem to, bądźcie pewni, niezwłocznie. Świadomość istnienia jednego człowieka (w tym przypadku owego naukowca), dla którego pierwotna wersja mojego tekstu obnażała poważną lukę w stanie mej wiedzy, byłaby dla mnie nie do zniesienia. Bo gdzieś przecież spotkam tego człowieka. To, co dla innych jest niewyobrażalnym przypadkiem, dla mnie stanowi w pewnym sensie nieuchronność. Drogi niektórych Profesorów są bowiem również moimi drogami, a ich myśli moimi myślami.

Poprawkowa ingerencja w tekst, która momentalnie nastąpiła, naruszyła wszakże ową melodię zdań, do której zdążyłem się już przyzwyczaić, nazywając ją wytworem mego własnego niepowtarzalnego stylu. Tekst zmienił się tylko trochę, dopisałem zaledwie jedno zdanie wtrącone, a tymczasem usłyszałem melodię z innej, zda się, opery. Było to tak, jak gdyby w orkiestrze pojawił się nadliczbowy instrument i samowolnie włączył się w koncert. W miejscu, gdzie uprzednio płynął strumyczek fletów i skrzypiec, zaryczały gwałtownie: talerze, bęben i tuba. Teraz mój tekst wydaje się wyśpiewywać całkiem inną arię, choć sens pozostał ten sam. Naukowiec, jeśli kiedyś przeczyta mój tekst, nie znajdzie już w nim przekłamań. Dziwne doprawdy, ale to właśnie on, nieznany milionom moich bliźnich, którzy niosą w sobie błędny a rozpowszechniony pogląd i pospolity stan wiedzy — on właśnie, ten nosiciel mało znanej prawdy, został wybrany przez Boga, by być moim sędzią.

Dlatego żegnam cię bez żalu, jak gdybyś nie istniała nigdy, piękna stara wersjo, którą zachowam tylko pod powieką.

DROBNI NIEDOSKONALI

Jeśli pominąć jako wyjątek od reguły pewną niemałą grupę ludzi doskonałych (któż ich nie zna?), którzy wszystko wiedzą, wszystko potrafią i są we wszystkim lepsi od nas, to pozostanie jakaś nieudana większość, reszta świata, czyli my sami, żałośni wyznawcy reguły głoszącej, iż „nikt nie jest doskonały”. Stanowiąc większość, stanowimy jednak prawa i normy. Nie pozwalamy więc, by ktokolwiek poniżał nas z powodu jakichś drobnych naszych niedoskonałości, zwłaszcza że wiele uczyniliśmy, by nie zaistniały medialnie.

Wiecie pewnie co to grające rury. Otwierasz, bracie, kran, a cała instalacja wodna wpada w rezonans. Trzęsie się cały dom, a muzyki takiej nikt nie wytrzyma, bo jest z tych nowoczesnych. Zapowietrzyło się. Pierwszą myślą jest zawsze hydraulik. Nic prostszego jak zadzwonić po jednego. Ale oto nagle coś nas oświeca i przekręcamy kurek jeszcze trochę. Teraz już rury nie grają. Od dziś tak właśnie będziemy przekręcać: troszkę szybciej i dalej. Żeby już nie grało i nie denerwowało. A o hydrauliku pomyślimy kiedy indziej.

Albo drzwi skrzypiące. Skrzypią, gdy je otworzyć. Właściwie piszczą, jakby skrzypce grały. Pierwszą myślą jest naoliwić. Ale oto przychodzi myśl druga, empiryczna. Drzwi skrzypią, gdy otworzyć je na oścież. Nie od razu więc skrzypią. Otwarcie wąskie, takie do połowy, jeszcze jest bezdźwięczne. Cóż więc zrobimy? Będziemy otwierać do połowy i jakoś się przeciśniemy, a drzwi będą milczeć. Przypomina się Pomysłowy Dobromir z Dobranocki. O naoliwieniu pomyślimy więc kiedy indziej.

Nauczywszy się takiego używania naszych kranów, drzwi i wszelakich niedoskonałych sprzętów, żyjemy w ciszy i spokoju. Grające rury nie grają, skrzypiące drzwi nie skrzypią. Ale niech no odwiedzi nas dalszy krewny (komunia, urodziny, pogrzeb), nie przedstawiony dotychczas naszym kurkom i drzwiom. Oto nagle rury nasze znów grają i wyją, póki nie nauczysz krewnego; i drzwi nasze skrzypią jak na filmach Hitchcocka. Tłumaczymy krewnemu, jak należy prawidłowo posługiwać się kurkiem i drzwiami.

Drobne niedoskonałości nie eliminują człowieka z życia. Również lekarze nie są skłonni przyznać z ich powodu zwolnienia. Przykładem niech będą migrena, zgaga, katar, wzdęcie. Wiemy, jak bardzo potrafi to zniechęcić do obowiązków i do życia w ogóle. Trzeba z tym jednak żyć, chodzić do pracy, w odwiedziny, biesiadować. Pokrewna jest trema, która powstrzymuje erudytów od publicznych występów. Grona pedagogiczne roją się od takich zmuszonych do milczenia mędrców, mówiących już tylko do stada baranów.

Z biegiem lat kształtuje to charakter. Stąd biorą się domatorzy, odludki, samotnicy. Stąd też kategoria cierpiących, obwinianych na ogół o lenistwo. Przeświadczenie o dobrym stanie ich zdrowia jest powszechne i wynika z naocznego oglądu. „- Stękają i kwękają jak zwykle” — mówi się o takich. „- Ale nic im nie jest. Robić im się nie chce, ot co” Okresowe badania lekarskie potwierdzają to przeświadczenie. Bóle w sercu to zaledwie nerwica, a otyłość to „taka już pańska uroda”.

Nie będąc więc wyeliminowanymi z życia podlegamy obowiązkowi szkolnemu i musimy chodzić do pracy. Zdarza się nawet, że żenimy się i za mąż wychodzimy. Obowiązki swoje wypełniamy na czas, choć pewni jesteśmy, że nie zdążymy ze wszystkim i że nasza nieudaczność się wyda. Ale ograniczenia, którym podlegamy, nie pozwalają nam forsować się lub wystawiać na złośliwy osąd. Jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz — oto nasza dewiza. Nie pchamy się przeto na afisz.

Unikamy dalekich podróży, marząc o nich od dziecka. Pożegnaliśmy się z Wenecją („-Ach, Wenecja! Piękne miasto. Chciałbym tam jeszcze raz pojechać, bo już raz chciałem”). Pożegnaliśmy się w końcu z marzeniami. Cud, że chodzimy jeszcze do kościoła. Ale wśród parafian „zaangażowanych” też tylko cudem nas ujrzysz. Rozumiemy jednak, i to nie wiarą a doświadczeniem, że wybrał Bóg to co słabe i głupie w oczach świata. Na drogach naszej niedoskonałości jesteśmy więc szczęśliwi i pokój jest w naszych sercach.

Nauczyliśmy się z tym żyć i nie utrudniamy innym życia. Schodzimy zdrowym (doskonałym) z drogi, ustępujemy im należnego miejsca. Rzekłbym, że przegrywamy konkurencję, gdybyśmy w ogóle ośmielili się wystartować w jakiejkolwiek. Ale pozostajemy takimi grającymi rurami, które przeważnie nie grają. I jesteśmy takimi skrzypiącymi drzwiami, które wszakże nie skrzypią. Idźcie do specjalisty, mówią nam, jakby proponowali odpowietrzenie lub naoliwienie. Po co? — pytamy. Przecież nie gramy i nie skrzypimy.

INTEGRACJA

Istnieje taki rodzaj integracji z obcym środowiskiem, który z pobieżnego oglądu wydaje się być wręcz przykładem mimikry. Oto Wielcy Polacy przynależący do równie Wielkiej Emigracji, i również ci z powojennego demobilu. Posiadając stałą pracę, własny dach nad głową, wtopili się w lokalną społeczność, nie rzucając się za bardzo w oczy.

Gdyby szukać wzoru doskonałego zintegrowania z francuskim otoczeniem, za wzór ten posłuży pewnie redakcja paryskiej „Kultury”. Własna firma (biznes), biuro, księgowość, odprowadzanie podatków — urzędy Republiki musiały być z tych obywateli zadowolone. Było to ognisko domowe dla wielu, taki nowy Hotel Lambert, z nowym już Księciem.

Wystarczy wszakże sięgnąć po świadectwa epoki, np. po dzienniki Juliena Greena czy bloc-notes François Mauriaca, gdzie nie pominięto żadnej zamieszkującej ówcześnie Francję wielkości, by pozbyć się złudzeń. Nasi najlepsi są tam trwale nieobecni. Nic nie wskazuje na to, by Francuzi byli świadomi prawdziwego wymiaru ludzi, których z litości ugościli.

Integracja nastąpiła na jakimś najniższym poziomie. Na co dzień nasi (ale tylko nasi) Wielcy ukryci byli za nicością: robili zakupy w sklepie spożywczym, chodzili na pocztę, wyprowadzali psa. Nie sprawiali kłopotów (wychowawczych). Również Mickiewicz był wieszczem tylko dla nas. Dla Francuzów był klientem, sąsiadem, oswojonym dzikusem, przechodniem.

UCHO IGIELNE

Z powieści „Drogi morza” François Mauriaca wynotowuję takie oto „zasady ładu, ekonomii, oszczędności”: „Wydawać połowę dochodu, lokować resztę. Lokaty powinny osiągnąć pewną równowagę, opartą na zasadzie: rozkładać ryzyko, nie trzymać wszystkiego w jednym miejscu i zachować dosyć płynnej gotówki…”. Doradcy finansowi nazywają to dywersyfikacją portfela. Również mądrość ludowa napomina, by nie trzymać wszystkich jajek w jednym koszyku: w razie czego zawsze coś się ostoi. Bardziej istotne jest tu jednak to, że oryginał cytatu wyszedł nie spod pióra Maxa Webera (luteranina), autora dzieła „Etyka protestancka i duch kapitalizmu”, czy z kręgu Stowarzyszenia Biznesmenów Pełnej Ewangelii, organizacji założonej przez amerykańskiego milionera Demosa Shakariana (zielonoświątkowca), lecz z książki pisarza o niekwestionowanej proweniencji katolickiej.

André Gide wytknął Mauriacowi w liście, że „być pisarzem katolickim to wygodny kompromis, pozwalający czcić Boga, nie tracąc z oczu Mammona”. Przypominam to, bo nie znajduję lepszego przykładu zamożnego literata, który złożyłby wobec współczesnego świata równie żarliwe świadectwo żywej wiary, co właśnie Mauriac, ów nieodrodny syn właścicieli sosnowych lasów, winnic i piwnic z winem Bordeaux, niemal arystokrata. Świadectwo Mauriaca było wszakże świadectwem kontemplacyjnym, nie jałmużniczym. Kto nie miał do czynienia z jego biografią, nie uwierzy zrazu, że Imię Jezus wchodziło do jego dzienników w charakterze codziennego gościa; wymawiał je i zapisywał nie nadaremno, bez najmniejszej żenady, pośród blichtru wielkiego świata. Przyjęty do Akademii Francuskiej (zwanej „gronem nieśmiertelnych”) i ubogacony tysiącami dolarów z Nagrody Nobla zdołał ocalić swą własną pokorną regułę, podług której żył: poranna msza i komunia, medytacja, pustelnia gabinetu. Tak tworzył własne „Dzieje duszy”, różnie w końcu zatytułowane, rozproszone po wielu książkach.

Ucho Igielne to jedna z mniejszych bram w murach starej Jerozolimy. By wielbłąd obładowany towarem mógł się tamtędy przecisnąć, trzeba go było rozjuczyć. A i tak na drugą stronę przechodził z trudem, nieźle podrapany, ze zmierzwioną sierścią. Tak i bogaci nie zabiorą swych bogactw ze sobą, gdy przyjdzie umierać. Zostaną na swój sposób rozjuczeni. Można przypuszczać, że będzie to trochę bolesne, niestety. Zaprawdę, nie dla swego kaprysu zakonnicy ślubują ubóstwo.

Mauriac zapisał też to oto: „Tout est possible à Dieu… Même de sauver autant de riches qu’il lui plaira d’en sauver… — „U Boga wszystko jest możliwe… Nawet zbawienie tylu bogaczy, ilu tylko zechce…”.

TOŻSAMOŚĆ UBÓSTWA

Widzimy wielką chwałę w tym szczególnym ubóstwie, które towarzyszy osobom „do wyższych rzeczy stworzonych”. Bogobojnym duszom nie przystoi opływać w bogactwa. „Nie możecie służyć Bogu i Mammonie”. Zakonny ślub ubóstwa wyraża to w sposób najbardziej strukturalny, ujęty w regułę. Na terenach laickich ubieramy to przekonanie w obrazowe mity, które przydając mu jakąś nazwę zdają się ręczyć za jego trafność. Mit „chudego literata” jest tu może najbardziej rozpowszechniony. Zasadnicza tożsamość takich ubogich (zakonnik, literat, poeta, uczony, bojownik o wolność, student) odejmuje ich ubóstwu hańbiące znamię, zastępując je chwałą „poświęcenia dla sprawy”. Tonący w długach Balzac budzi naszą sympatię. Zaprawdę, przystoją mu te długi!

O BIEDNYCH I BOGATYCH

Święty Wawrzyniec miał do czynienia z pieniędzmi, i to z dużymi pieniędzmi. Funkcja diakona nakładała nań obowiązki przyziemne, podjęte niejako w zastępstwie, by nie musieli się do nich zniżać biskupi. W jego przypadku oznaczało to zarząd finansami kościelnymi. Uprzedzając rekwizycje okresu prześladowań, przezornie rozdał ten majątek ubogim. Wkrótce potem władze rzeczywiście zainteresowały się skarbem Kościoła. Przymuszany do wydania pieniędzy prześladowcom, Wawrzyniec wskazał na najuboższych: „- Oto prawdziwy skarb Kościoła!” Upieczono go za to żywcem na żelaznej kracie.

Odpowiedź na pytanie o podmiotowość w Kościele zawsze wskaże na biednych. Dodajmy do tego chorych i płaczących, a będziemy w komplecie. To jest żywa substancja Kościoła, jego norma i standard, tak długo, jak długo zbawcza misja realizować się będzie na padole łez. Przynależąc do sytej cywilizacji europejskiej (i północnoatlantyckiej) zapominamy, że normy bytowe ludzkości nie wyrażają się demokracją, braterstwem, konsumpcją i dobrobytem, lecz tyranią, nietolerancją, torturami i niedożywieniem. W takich właśnie warunkach żyje zdecydowana większość ludzkości. Bogactwo jest ewenementem, wyjątkiem, który potwierdza regułę.

Józef z Arymatei, ów biblijny „dobrze sytuowany”, trafia się rzadko. Jednak i u nas o jego niegdysiejszym rzeczywistym istnieniu świadczą ławki kolatorskie i złote wota, widywane w starych świątyniach. To „panowie szlachta” stawiali kościoły, nim z konieczności sięgnięto po nasz wdowi grosz. Nie wykreślimy bogatych z historii naszych wspólnot. Byli wśród nas, istnieli, łączyło nas z nimi braterstwo w Chrystusie. Bądźmy pewni, że po kilku latach niezakłóconego rozwoju znów ich ujrzymy. Wzejdą jak lilie odgrodzone od cierni, wypłyną jak oliwa, jak śmietana. Już dzisiaj szukam wśród nich tego właśnie Józefa, który ofiarowuje Ukrzyżowanemu swój własny grób, i całun, na którym odciśnie się posoka umęczonego Ciała.

WYBRANI NA ŻYCIE

Gdyby ziemskie nasze życie trwało odpowiednio dłużej, być może zdążylibyśmy poznać wszystkie święte żywoty, zachwycić się z osobna każdym. Bo i na jeden z nich konieczny jest jakiś czas. A fascynacja, która jest najsłuszniejszą reakcją na takie poznanie, zapewne nie pozwoliłaby skrócić spotkania, przerwać je przedwcześnie. Gdybyśmy więc zdążyli poznać dobrze każdego z owych godnych podziwu, nie wydawałby się jeden większym od drugiego. Chyba że potrafilibyśmy ułomnymi zmysłami odczytać różne stopnie blasku chwały, o którym wspominają „pisma” i uczeni w nich.

Ale życie jest krótkie (to uważa się tu za banał). Czas ucieka — wieczność czeka (to za rymowankę). Zdążymy zaprzyjaźnić się z jednym, dwoma, a w perspektywie całego naszego życia z kilkunastoma co najwyżej świętymi. I tylu powinno wystarczyć na życie. Może to będzie św. Józef, robotnik, może św. Antoni Padewski, tak popularny, może św. Tereska od Dzieciątka Jezus, tak kochana. A może święty znany nielicznym: św. Mikołaj z Flüe albo bł. Maria Teresa Ledóchowska. A może ktoś ze Sług Bożych, jeszcze przed beatyfikacją, jak Wanda Malczewska, pochowana w krypcie kościoła w Parznie, lub brat Antoni Kowalczyk OMI, spoczywający w St. Albert koło Edmonton.

Którykolwiek z nich „zdąży” to za naszego życia być i ilukolwiek miałoby ich być, żadnemu z nas nie braknie w życiu — również dzięki nim — cudów, przyjaciół, dumy, szczęśliwych chwil, a może nawet oczyszczających udręk — tego wszystkiego, co w danej chwili wydaje się być jakby nie z tej ziemi — bo takie właśnie jest, bo rzeczywiście nie jest z tej ziemi, i takim się w końcu też okazuje.

W PORZE WYPRASZANIA DZIKICH KOTÓW

Przed północą wychodziliśmy jeszcze przed dom. Była to pora wypraszania dzikich kotów, które o poranku przywlekały się z pola, by przez cały Boży dzień kolegować się z trzema kotami domowymi. Wujek dawał im jeść, a one na swój koci sposób okazywały swą wzajemność, częstując go upolowaną myszą. Składały zdobycz u wujkowych stóp i nie rościły już sobie do niej pretensji.

Po wieczornym różańcu te koty musiały się wynieść.

„ — Na pole! Na pole!” — pokrzykiwał wujek. Jego głos rozcinał ciszę niczym nawoływanie pierwszej straży nocnej. Było to jednocześnie najpewniejsze rozgraniczenie dnia i nocy: gdy przebrzmiewała ostatnia sylaba, noc stawała się bez wątpienia nocą, bo oto zostało to urzędowo poświadczone. Potem staliśmy jeszcze przez jakiś czas na tarasie. Wujek czekał cierpliwie.

Zadzierałem głowę, przenosząc wzrok ponad czarne korony kasztanów, i jeszcze wyżej, ponad wieżę kościoła, którego najbliższa ściana wyrastała o jakieś czterdzieści metrów od nas; a ta wieża również była czarna na tle nieba. Pomarańczowy prostokąt światła — okno stojącej po sąsiedzku plebanii — nie rozjaśniał ciemności. Nie czyniła też tego daleka niska łuna na południowym horyzoncie (światła Warszawy).

Wypatrywałem spadających gwiazd, które w sierpniu spadają ponoć najgęściej. Nie licząc dwóch Niedźwiedzic, użytecznych do wyznaczania kierunku, z żadnym gwiazdozbiorem nie byłem na ty. Mapa nieba wydawała mi się równie tajemnicza, co mapa Oceanii, a konstelacje równie trudne do nazwania co archipelagi wysp koralowych: w istocie były nie do nazwania. Myślałem o jakichś dawno minionych sierpniach, kiedy to gwiazdy — jak zaręczał wujek — śmigały jedna za drugą, gdy pełno ich było, gdy jeszcze pozwalała się widzieć wieczorna gwiazda Wenus, a po Mlecznej Drodze leniwie posuwały się amerykańskie i ruskie sputniki.

W porze wypraszania dzikich kotów chciałem przywołać tamte sierpnie. Lecz tylko kark bolał od zadzierania głowy. Gwiazdy spadały, gdy nie patrzyłem. Zdawały się wręcz wyczekiwać chwili, gdy spuszczę wzrok, gdy odwrócę głowę. Czyżby sądziły, że moje życzenia zostały już spełnione — co do jednego? Posądzałem je o to, nie mając innego dowodu, jak tylko wujkowe zapewnienie: „ — Ty to jesteś szczęśliwy”. Na próżno wypatrywałem. I sputniki gdzieś się zapodziały.

GODZINA JUTRZNI

Jest to godzina, kiedy ranne wstają zorze. W pierwszym, nagłym promieniu słońca zasłona mgły rozprasza się, jakby roztapiała się niepostrzeżenie w rzeźwiejącym powietrzu. Na tle rąbka tarczy słonecznej, rąbka czerwonego i nie rażącego w oczy, otoczonego wstydliwym różem wschodniego nieba, sylwetka wujka stukającego młotkiem w drewniany daszek stogu wydaje się być całkiem czarna, podobna wycinance z papieru, jakie w nadmorskich kurortach wyczarowują na poczekaniu kilkoma wprawnymi ruchami nożyczek. Wysoki lot jaskółek wróży pogodę. To samo iskrząca się rosą trawa. Z boku, zza ciemnej ściany lasu, dobiega mnie wesołe wołanie dziecka: „ — Tato! Tato!” To poranni zbieracze malin.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 31.45