E-book
29.99 20
drukowana A5
79.99
GAY POWER
30%zniżka

Bezpłatny fragment - GAY POWER

Horror z waty cukrowej


Objętość:
477 str.
ISBN:
978-83-8467-211-2
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99

Różowy brokat i mężczyzna w wannie

Ruben obudził się z przekonaniem, że ktoś przez całą noc dmuchał mu do ucha ciepłym powietrzem, regularnie, cierpliwie, niemal czule, jakby sprawdzał, czy jego ciało wciąż reaguje, ale kiedy otworzył oczy, nie zobaczył przy sobie nikogo, tylko sufit z zatopionymi w tynku drobnymi złotymi punkcikami i brunatną plamą przy lampie, która przypominała kontynent oglądany z bardzo dużej wysokości. Przez kilka sekund patrzył w tę plamę bez ruchu. Nie potrafił rozpoznać pomieszczenia. Nie potrafił również przypomnieć sobie, czy przed zaśnięciem pił, brał coś, z kim rozmawiał ani dlaczego lewe udo miał zdrętwiałe do tego stopnia, że kiedy spróbował nim poruszyć, odniósł absurdalne wrażenie, że dotyka nogi należącej do kogoś leżącego obok. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest nagi. Materac pod nim był twardy, przykryty czymś śliskim, bardziej przypominającym ceratę niż prześcieradło, a pod jego policzkiem znajdowała się poduszka o zapachu wanilii, wilgotnego kurzu i bardzo drogich perfum. Ten zapach znał. Nie potrafił powiedzieć skąd. Należał do tej kategorii zapachów, które nie przywołują konkretnego wspomnienia, lecz całą atmosferę: ciemny przedpokój, czyjąś rękę na karku, skórzane rękawiczki, metaliczny zapach starej windy, światło wpadające przez uchylone drzwi. Zacisnął powieki i spróbował zebrać myśli, ale myśli zachowywały się jak karaluchy po zapaleniu światła, rozbiegały się gwałtownie i nie chciały dać się schwytać. Czuł suchość w ustach, obcy smak na języku i pulsowanie pod czaszką. Najdziwniejszy był jednak dotyk skóry. Coś przylegało do jego klatki piersiowej, ramion i brzucha. Coś drobnego, szorstkiego i lepkiego. Kiedy uniósł rękę, na palcach zalśnił różowy brokat.

Usiadł zbyt szybko i natychmiast zrobiło mu się niedobrze. Pokój przechylił się na bok. Na moment wydało mu się, że ściany nie stoją pionowo, lecz delikatnie zbiegają się ku sufitowi, przez co całe wnętrze przypomina pudełko po luksusowych butach, w którym ktoś zamknął człowieka zamiast pary loafersów. Ruben przytrzymał się materaca i odczekał, aż obraz przestanie falować. Wtedy dopiero rozejrzał się dokładniej. Pomieszczenie było dziwne w sposób kosztowny i tani jednocześnie. Na podłodze leżał puszysty biały dywan z długim włosiem, miejscami poplamiony czymś brunatnym, czego Ruben wolał nie analizować. Przy ścianie stał niski stolik z grubego szkła, a na nim trzy kieliszki, srebrna popielniczka, cztery zgniecione papierosy, jedno zielone winogrono i sztuczna rzęsa. Nad stolikiem wisiał ogromny obraz przedstawiający konia bez oczu. Koń stał w morzu po kolana, chociaż morze miało kolor malinowego mleka, a na jego grzbiecie siedział nagi chłopiec w koronie. Po drugiej stronie pokoju znajdowała się szafa z lustrzanymi drzwiami i właśnie w jednym z tych luster Ruben zobaczył siebie. Potrzebował chwili, by zrozumieć, że patrzy na własne ciało, ponieważ wyglądało ono jak ciało przygotowane do dziwnej ceremonii, której sens znał każdy oprócz niego. Brokat pokrywał mu barki, brzuch, uda i policzki. Na szyi miał rozmazaną smugę ciemnoczerwonej szminki. Na prawym ramieniu widniały dwa sine odciski palców. Dolna warga była lekko spuchnięta. Włosy miał sklejone, jakby ktoś polewał je wodą z cukrem. Ale najgorsze znajdowało się niżej. Na klatce piersiowej, od obojczyka prawie do pępka, ktoś napisał czerwonym kosmetykiem dwa słowa. Litery były ogromne, nierówne, w kilku miejscach rozmazane.

GAY POWER

Przez kilka sekund Ruben po prostu patrzył. Potem dotknął pierwszej litery palcem i roztarł czerwony pigment. Została smuga. Szminka. Prawdopodobnie szminka. Pachniała woskiem i czymś słodkim, może wiśnią. Ruben spróbował się zaśmiać, bo całe to przedstawienie było tak idiotyczne, że śmiech wydawał się właściwą reakcją, lecz z gardła wydobył mu się tylko krótki, zachrypnięty dźwięk. Przesunął dłonią po klatce piersiowej, potem po szyi, jakby chciał sprawdzić, czy pod skórą nie ma jeszcze jakiegoś napisu, niewidzialnego, wypisanego od wewnątrz. Nie czuł bólu. Nie czuł też charakterystycznego napięcia po seksie. Właściwie nie czuł prawie niczego poza suchością, zimnem i narastającą paniką. Wstał. Dywan był obrzydliwie miękki pod stopami. W jednym miejscu włókna przykleiły mu się do palców, bo były wilgotne. Spojrzał w dół, ale nie zauważył żadnej plamy. Wilgoć była przejrzysta. Na stoliku nie znalazł swojego telefonu. Nie znalazł portfela. Nie znalazł spodni, koszulki ani bielizny. Otworzył szufladę pod stolikiem. W środku leżały trzy łyżeczki, rachunek z pralni chemicznej, zużyta gumka do włosów i mały plastikowy ząb. Ząb wyglądał realistycznie, miał nawet ślad różowego dziąsła. Ruben wziął go do ręki, odruchowo nacisnął paznokciem, a potem natychmiast odłożył. W drugiej szufladzie znajdowało się pięć identycznych par białych skarpet, ułożonych jedna na drugiej. Wszystkie były nowe.

— Halo? — powiedział.

Głos zabrzmiał słabo. Pokój odpowiedział ciszą.

— Jest tu ktoś?

Nic.

Dopiero kiedy zrobił krok w stronę drzwi, usłyszał odgłos wody.

Było to bardzo delikatne chlupnięcie, jakby ktoś przesunął stopą w wannie.

Ruben zatrzymał się.

Cisza.

Jeszcze jedno chlupnięcie.

Dźwięk dochodził zza drugich drzwi, tych po lewej stronie obrazu z koniem. Drzwi były pomalowane na brudny odcień kości słoniowej, z mosiężną gałką w kształcie łabędziej głowy. W pierwszej chwili pomyślał, że za nimi znajduje się ktoś, kto pomoże mu zrozumieć sytuację, i właśnie ta myśl przestraszyła go bardziej niż cisza. Jeżeli był tam człowiek, to ten człowiek wiedział, dlaczego Ruben leżał nagi na obcym łóżku, dlaczego był cały w brokacie i kto wypisał mu na skórze slogan przypominający tanią koszulkę z parady sprzed piętnastu lat. Podszedł do drzwi. Z bliska zauważył, że łabędź na gałce nie ma dzioba. Ktoś go odłamał. Przez chwilę trzymał dłoń kilka centymetrów nad metalem. Potem nacisnął.

Łazienka była niemal całkowicie różowa. Nie pastelowa ani pudrowa, lecz różowa w sposób agresywny, cielesny i niezdrowy, jak wnętrze ust albo mięso łososia wystawione zbyt długo na światło. Różowe były kafelki, ręczniki, plastikowy kosz na pranie i dywanik przed umywalką. Lustro miało ramę obsadzoną sztucznymi perłami, a nad sedesem wisiała porcelanowa figurka Marii z błękitnym płaszczem i twarzą tak źle pomalowaną, że wyglądała, jakby miała wąsy. Wanna stała przy ścianie. Była biała. Wypełniała ją woda o kolorze rozcieńczonego syropu malinowego. Na powierzchni pływały płatki róż, dwa niedopałki i coś, co Ruben początkowo uznał za fragment peruki.

Potem zobaczył ucho.

Ciało znajdowało się głębiej w wodzie, przechylone na bok. Mężczyzna miał zamknięte oczy i jasne włosy przyklejone do czoła. Jedna ręka wisiała bezwładnie poza wanną. Palce niemal dotykały podłogi. Na serdecznym palcu błyszczał masywny srebrny pierścień. Ruben poczuł, jak całe ciało nagle mu sztywnieje, ale nie krzyknął. Nie miał w sobie krzyku. Zamiast niego pojawiła się jakaś absurdalna uprzejmość, jakaś część mózgu wciąż próbująca utrzymać świat w granicach rozsądku i podpowiadająca, że mężczyzna może spać, być pijany, odurzony albo prowadzić rodzaj performansu, którego Ruben nie rozumie. Zrobił krok. Potem drugi.

— Hej.

Mężczyzna się nie poruszył.

— Słyszysz mnie?

Woda była nieruchoma.

Ruben patrzył na jego twarz i czuł narastające mdłości, ale nie z powodu śmierci. Chodziło o coś innego. O coś znacznie gorszego.

Znał tę twarz.

Nie znał nazwiska. Nie znał głosu. Nie potrafił przypomnieć sobie miejsca ani sytuacji, w której mogli się spotkać. A jednak wiedział, że oglądał tę twarz już wiele razy. Setki razy. Usta zbyt wąskie. Nos z niewielkim garbem. Blizna pod lewym okiem, cienka jak włos. Charakterystyczne załamanie brwi. Znał je tak dobrze, jak zna się układ mebli w pokoju z dzieciństwa. Problem polegał na tym, że Ruben nigdy wcześniej nie widział tego człowieka na jawie.

Widział go w snach.

Ta świadomość przyszła bez ostrzeżenia, całkowita i zimna. Ruben cofnął się o krok. W dzieciństwie śnił o nim regularnie. Nie zawsze pamiętał te sny po przebudzeniu, ale kiedy tylko zobaczył twarz mężczyzny, całe fragmenty obrazów zaczęły otwierać się w pamięci jak szuflady. Długi korytarz. Hotel albo szpital. Światło pod drzwiami. Mężczyzna siedzący na krześle i trzymający dłonie na kolanach. Ruben jako dziecko stojący naprzeciwko niego. Ktoś płaczący w sąsiednim pomieszczeniu. Zapach mokrej wykładziny. Mężczyzna mówił coś do niego, zawsze coś mówił, ale Ruben nigdy nie słyszał słów. Poruszały się tylko usta.

Wanna zatrzeszczała.

Ruben drgnął.

Ciało przesunęło się w wodzie o kilka centymetrów. Głowa przechyliła się bardziej na bok. Oczy pozostały zamknięte.

— O Boże.

Zbliżył się, choć wszystko w nim chciało uciekać. Dwa palce przyłożył do szyi mężczyzny. Skóra była zimna. Nie lodowata, ale zdecydowanie chłodniejsza, niż powinna. Nie wyczuł pulsu. Spróbował drugi raz. Nic. Cofnął rękę tak gwałtownie, że uderzył łokciem w półkę i strącił z niej flakon perfum. Butelka spadła na kafelki i roztrzaskała się. Zapach natychmiast wypełnił łazienkę.

Wanilia.

Wilgotny kurz.

Te same perfumy co na poduszce.

I wtedy Ruben zwymiotował do umywalki.

Nie miał prawie nic w żołądku, więc wymiotował kwaśną wodą i żółcią, podpierając się obiema rękami o różową porcelanę. Pomiędzy kolejnymi skurczami widział własną twarz w perłowym lustrze. Była biała, z czerwonymi plamami pod oczami, pokryta drobinkami brokatu. Wyglądał jak ktoś, kto wrócił z bardzo złej imprezy albo właśnie został wybrany na królową czegoś upokarzającego. Kiedy wreszcie przestał wymiotować, odkręcił kran i opłukał usta. Woda miała metaliczny smak. Dopiero po chwili zauważył coś jeszcze.

Na brzegu umywalki leżała szczoteczka do zębów. Nowa. Czerwona. Na rączce czarnym markerem napisano RUBEN.

Zrobiło mu się zimno. Nie dotknął jej.

Wyszedł z łazienki, zamknął drzwi i natychmiast otworzył je ponownie, jakby musiał sprawdzić, czy ciało nadal tam jest. Było. Mężczyzna leżał dokładnie tak samo.

Ruben wrócił do pokoju i zaczął szukać ubrań. Teraz robił to gwałtownie, bez żadnej logiki. Otwierał szafki, zaglądał za łóżko, pod materac, pod dywan. W szafie wisiało kilka damskich sukienek w plastikowych pokrowcach, dwa futra i jasnoniebieski garnitur. Na dolnej półce leżały buty w rozmiarach od trzydziestu sześciu do czterdziestu pięciu. Wszystkie były czerwone. Znalazł bokserki, nie swoje, ale czyste. Powąchał. Założył je. Potem wyciągnął z szafy szerokie czarne spodnie i białą koszulę. Spodnie były za duże, więc ścisnął je paskiem znalezionym w szufladzie. Nie znalazł butów odpowiednich do ucieczki. W końcu włożył białe sportowe sneakersy, o pół numeru za małe. Przez cały czas zerkał na drzwi łazienki.

Telefonu nadal nie było. Znalazł za to inny telefon.

Leżał pod łóżkiem, ekranem do dołu. Czarny, bez etui. Ruben podniósł go. Wyświetlacz był pęknięty w rogu, ale urządzenie działało. Nie wymagało kodu. Na ekranie głównym znajdowała się tylko jedna aplikacja poza standardowymi: galeria. Brak komunikatorów. Brak maila. Brak numerów zapisanych w kontaktach.

Galeria zawierała jedno zdjęcie. Ruben otworzył je. Przez chwilę nie rozumiał, na co patrzy. Fotografia przedstawiała chłopca stojącego przed budynkiem o wysokich oknach. Chłopiec miał rude włosy, zieloną kurtkę i zaciśnięte usta. Wyglądał na sześć, może siedem lat. Obok niego stał mężczyzna. Ten z wanny.

Ruben powiększył zdjęcie. Serce zaczęło mu walić. Chłopcem był on.

Nie istniała żadna możliwość pomyłki. Znał tę kurtkę. Pamiętał ją z rodzinnych fotografii. Miał nawet bliznę nad prawą brwią, dokładnie tę samą, którą zrobił sobie, spadając z roweru.

Spojrzał na datę pliku. 14.09.2004

Poczuł nagłe uderzenie gorąca.

Zdjęcie mogło być przerobione. Oczywiście, że mogło. W obecnych czasach pięciolatek potrafił stworzyć realistyczniejsze fałszerstwo w aplikacji, zanim zdążył zjeść śniadanie. Ale to zdjęcie wyglądało staro. Było ziarniste. Kolory wyblakłe. W rogu widniał nawet fragment palca fotografa zasłaniającego obiektyw.

Ruben nie pamiętał budynku. Nie pamiętał mężczyzny. Pamiętał jednak coś jeszcze. Kiedy był mały, przez kilka lat bał się spać przy zamkniętych drzwiach. Matka zostawiała je uchylone, a światło z korytarza tworzyło na podłodze jasny prostokąt. Ruben kładł się wtedy bokiem i patrzył na ten prostokąt, aż zasypiał. Jeśli drzwi zamknęły się przez przeciąg, budził się z krzykiem. Nigdy nie wiedział dlaczego.

Teraz nagle pomyślał o hotelowym korytarzu ze snów. I o człowieku siedzącym za drzwiami. Telefon zawibrował w jego dłoni. Ruben niemal go upuścił. Na ekranie pojawiło się połączenie przychodzące. Nieznany numer. Patrzył przez kilka sekund, a potem odebrał.

— Halo?

Cisza.

— Halo?

Po drugiej stronie słychać było tylko delikatny szum.

— Kto mówi?

Coś zaszeleściło. Potem usłyszał oddech. Powolny. Równy. Dokładnie taki sam jak ten, który wydawało mu się, że czuje przy uchu przed przebudzeniem.

— Kim jesteś?

Oddech ustał. Przez sekundę nie było niczego. Potem bardzo cichy głos powiedział:

— Nie powinieneś był się obudzić.

Połączenie się urwało. Ruben stał bez ruchu. W pokoju panowała cisza. Za drzwiami łazienki coś stuknęło. Raz. Potem drugi. Jak paznokieć o porcelanę. Ruben nie sprawdził. Włożył telefon do kieszeni, chwycił pierwszą kurtkę z wieszaka i wybiegł z mieszkania.

Korytarz na zewnątrz był długi i wąski. Ściany pomalowano na ciemną zieleń. Żadnych okien. Żadnych obrazów. Jedynie rząd drzwi oznaczonych mosiężnymi numerami.

Ruben zatrzymał się. Spojrzał za siebie. Drzwi mieszkania, z którego właśnie wyszedł, miały numer 218.

Między 216 218 nie było żadnych drzwi. Powinna być tam liczba 217. Nie było. Tylko fragment zielonej ściany, idealnie gładki, z wyjątkiem jednej cienkiej pionowej rysy biegnącej od podłogi prawie do sufitu.

Ruben stał i patrzył na nią z niewytłumaczalnym poczuciem, że coś znajduje się po drugiej stronie. Nagle usłyszał windę. Metaliczny dzwonek. Drzwi na końcu korytarza zaczęły się otwierać.

Ruben ruszył w ich stronę. W środku nikogo nie było. Wszedł, nacisnął parter i oparł plecy o lustro. Drzwi zamknęły się. Winda ruszyła. Ruben spojrzał na telefon. Ekran rozświetlił się sam. Nowe połączenie przychodzące. Tym razem numer nie był nieznany. Na ekranie widniało jedno słowo. RUBEN.

Żadnego ciała nie było

Ruben nie odebrał.

Patrzył na własne imię pulsujące na ekranie telefonu, podczas gdy winda zjeżdżała w dół z przesadną powolnością, jakby budynek miał kilkadziesiąt pięter, choć cyfry nad drzwiami zmieniały się kolejno: 4, 3, 2. Telefon wibrował mu w dłoni. Nie był to zwyczajny dźwięk połączenia, lecz jakaś stara melodia, złożona z kilku dziecięcych nut, może granych na cymbałkach, może na zabawkowym pianinie. Ruben znał ją. Oczywiście, że ją znał. Tego ranka wszystko zaczynało być znajome, choć niczego nie potrafił umiejscowić w pamięci. Najbardziej przerażające było właśnie to wrażenie: nie odkrywał nowych rzeczy, lecz przypominał sobie rzeczy, o których istnieniu nie wiedział. Przesunął palcem po ekranie i odrzucił połączenie. Muzyka umilkła. Winda zadrżała, zatrzymała się między drugim a pierwszym piętrem, światło przygasło, a on przez ułamek sekundy zobaczył swoje odbicie w lustrze: rozczochrane włosy, obcą kurtkę, zbyt szerokie spodnie, twarz pokrytą resztkami różowego brokatu. Wyglądał jak człowiek wracający rano z balu przebierańców, na którym wydarzyło się coś, czego pozostali uczestnicy postanowili nigdy nie komentować. I wtedy telefon zadzwonił ponownie. RUBEN.

— Pierdol się — powiedział do ekranu.

Odebrał. Przez chwilę słyszał jedynie szum.

— Czego chcesz?

Szum.

— Kim jesteś?

Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.

— Tobą.

Ruben zacisnął powieki.

— Bardzo zabawne.

— Nie.

Głos był zniekształcony, ale męski. Młody. Mógł należeć do dwudziestolatka albo czterdziestolatka. Nie było w nim niczego szczególnego poza spokojem.

— Skąd masz ten numer?

— Nie wychodź z budynku.

— Dlaczego?

— Bo kiedy wyjdziesz, naprawdę się zacznie.

Ruben roześmiał się. Był to śmiech krótki, pozbawiony humoru.

— Co się zacznie?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Winda ruszyła. Na wyświetlaczu pojawiło się „1”.

— Co się zacznie? — powtórzył Ruben.

— Rozpamiętywanie.

Połączenie zostało przerwane. Drzwi windy otworzyły się. Za nimi znajdował się las.

Ruben nawet nie drgnął. Przez kilka sekund patrzył przed siebie, ponieważ mózg potrzebował czasu, aby zdecydować, co właściwie widzi. Nie było holu, skrzynek pocztowych ani drzwi wyjściowych. Kilka metrów od windy rosły wysokie sosny, ich pnie były mokre i niemal czarne, pomiędzy nimi wisiała mleczna mgła, a ziemię pokrywała gruba warstwa brunatnych igieł. Gdzieś daleko krzyczał ptak. Ruben poczuł zapach wilgotnej ziemi. Prawdziwy zapach. Zimny, ciężki, jesienny. Do windy wpełzła cienka strużka mgły.

Nacisnął przycisk zamykania drzwi. Nic. Nacisnął jeszcze raz.

— Nie.

Drzwi pozostawały otwarte.

— Nie, nie, nie.

Cofnął się pod lustro. Na skraju lasu, może trzydzieści metrów od niego, stało dziecko. Chłopiec. Zielona kurtka. Rude włosy. Ruben przestał oddychać. Chłopiec podniósł rękę. Nie machał. Wskazywał coś palcem. Ruben spojrzał w kierunku, który wskazywał.

Pomiędzy drzewami stała wanna. Biała. Pusta. Kiedy ponownie spojrzał na chłopca, nikogo już nie było. Drzwi windy zamknęły się gwałtownie. Ruben krzyknął. Sekundę później otworzyły się ponownie.

Tym razem za nimi znajdował się zwyczajny hol.

Wyszedł z budynku na ulicę i pierwszą rzeczą, która go uderzyła, była banalność świata. Ludzie chodzili. Samochody jeździły. Tramwaj zatrzymał się na skrzyżowaniu i wypuścił grupę pasażerów. Kobieta w granatowym płaszczu prowadziła jamnika, który z niezwykłą koncentracją obwąchiwał metalowy słupek. Dwóch robotników jadło kanapki przy zaparkowanej furgonetce. Kurier poprawiał paczki na rowerze. Nad wejściem do piekarni świecił czerwony neon. Świat istniał z całą swoją bezczelną normalnością i Ruben poczuł do niego nagłą wdzięczność. Chciał podejść do pierwszego przechodnia, chwycić go za ramiona i powiedzieć: proszę pana, drzewa są tam, gdzie powinny być, niech pan nigdy tego nie lekceważy.

Odwrócił się.

Budynek był szary, sześciopiętrowy, przedwojenny. Nic charakterystycznego. Nad wejściem znajdował się numer 31. Ruben wyjął telefon i zrobił zdjęcie fasady. Potem jeszcze jedno. I trzecie.

Chciał mieć dowód, choć sam nie wiedział na co. Na istnienie budynku? Na istnienie numeru 31? Na to, że potrafił obsługiwać aparat fotograficzny i wobec tego nie utracił jeszcze całkowicie kontaktu z rzeczywistością?

Podszedł do najbliższego skrzyżowania i przeczytał nazwę ulicy. Znał ją. Znajdował się niecałe trzy kilometry od własnego mieszkania. Ta informacja była tak zwyczajna, że niemal się rozpłakał.

Ruszył pieszo.

Po około dwustu metrach zauważył, że ludzie mu się przyglądają. Najpierw starsza kobieta. Potem dziewczyna z kubkiem kawy. Potem dwóch nastolatków. Ruben spojrzał na siebie i dopiero wtedy przypomniał sobie brokat. Na twarzy musiał mieć go mnóstwo. Przetarł policzek rękawem. Materiał pokrył się różowymi drobinkami.

W witrynie zamkniętego salonu fryzjerskiego zobaczył swoje odbicie. Na czole miał napis. Nie zauważył go wcześniej. Niewielkimi czerwonymi literami, tuż przy linii włosów, ktoś napisał: 1/14.

Ruben zatrzymał się. Dotknął czoła. Szminka rozmazała się pod palcem. Jedna czternasta. Jeden z czternastu. Nie miał pojęcia, co to znaczy.

Wszedł do piekarni, kupił butelkę wody i poprosił o możliwość skorzystania z toalety. Sprzedawczyni, drobna kobieta o włosach koloru bakłażana, spojrzała na niego podejrzliwie, potem podała mu klucz przyczepiony do drewnianej figurki precla.

— Ciężka noc?

— Chyba.

— „Chyba” to zwykle znaczy, że dobra.

— Albo bardzo zła.

— To właściwie często to samo.

W toalecie Ruben zamknął drzwi, zdjął kurtkę i koszulę. Napis na klatce piersiowej nadal był widoczny. GAY POWER. Próbował zmyć go wodą i mydłem, ale czerwony pigment tylko rozmazał się po skórze, tworząc różowe smugi. Brokat przyklejał się do mokrych dłoni, szyi, brzucha. Im bardziej próbował się oczyścić, tym bardziej wyglądał jak człowiek umazany resztkami jakiejś dziecięcej dekoracji. W końcu zrezygnował. Spojrzał sobie w oczy w lustrze.

— Co robiłeś wczoraj?

Odbicie milczało.

— Gdzie byłeś?

Nic.

— Kim był ten człowiek?

Przez moment wydawało mu się, że odbicie poruszyło ustami sekundę później niż on.

Ruben cofnął się.

— Nie.

Odwrócił się od lustra.

Na drzwiach toalety ktoś wydrapał kluczem napis: Hotel Eden. Pod nim znajdował się numer telefonu. A jeszcze niżej: Pokój 217.

Ruben patrzył na te słowa tak długo, aż ktoś zapukał.

— Wszystko w porządku? — zawołała sprzedawczyni.

— Tak.

Schował telefon do kieszeni.

— Na pewno?

— Tak.

— Bo jest pan tam już dwadzieścia minut.

Ruben spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. Nie. Niemożliwe. Miał wrażenie, że wszedł może trzy minuty wcześniej.

Do domu dotarł przed południem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było zamknięcie drzwi na wszystkie zamki. Drugą — sprawdzenie mieszkania. Sypialnia. Kuchnia. Łazienka. Balkon. Szafa. Pod łóżkiem. Czuł się idiotycznie, zaglądając za zasłonę prysznica, ale po tym, co zobaczył rano, możliwość znalezienia tam martwego człowieka nie wydawała mu się już szczególnie ekstrawagancka.

Nikogo.

Własne mieszkanie pachniało kawą, kurzem i detergentem. Na stole stał kubek z wczoraj. W zlewie dwa talerze. Na kanapie leżały dżinsy. Wszystko dokładnie tak, jak zapamiętał.

Włączył laptop. Historia przeglądarki. Ostatnia aktywność: 22:41. Wyszukiwał restaurację. Pamiętał. Wczoraj był piątek. Pracował do osiemnastej. Wrócił do domu. Wziął prysznic. Zjadł coś. Potem…

Pustka.

Sprawdził wiadomości.

O 19:12 Milo wysłał mu zdjęcie kota. Ruben odpowiedział sercem. O 20:03 napisał do koleżanki z pracy: Nie idę. Padam.

Na jej pytanie: Na pewno? odpowiedział: Tak. Netflix i śmierć.

Potem nic. Żadnych wiadomości. Żadnych połączeń. Sprawdził konto bankowe. O 23:17 zapłacił kartą 6,80 euro. Miejsce: Eden Bar.

Ruben poczuł napięcie w karku. Wpisał nazwę w wyszukiwarkę. Eden Bar znajdował się kilometr od budynku, w którym się obudził. Zdjęcia pokazywały niewielki queerowy klub w piwnicy, czerwone ściany, tanie światła, półnagich chłopaków podczas imprez tematycznych.

Ruben znał to miejsce. Był tam dwa razy. Nie wczoraj. Bynajmniej nie pamiętał.

Zadzwonił do Milo.

— Żyjesz? — usłyszał zamiast powitania.

— Dlaczego pytasz?

— Bo normalni ludzie mówią „cześć”.

— Milo, widzieliśmy się wczoraj?

— Nie.

— Rozmawialiśmy?

— Pisaliśmy.

— Później.

— Później niż co?

— Po dwudziestej.

Milo milczał przez moment.

— Ruben, wszystko okej?

— Odpowiedz.

— Nie rozmawialiśmy.

— Wyszedłem gdzieś?

— Skąd mam wiedzieć? Nie mieszkamy razem od ośmiu miesięcy, pamiętasz?

Ruben przetarł twarz.

— Byłem w Edenie.

— Okej.

— Nie pamiętam tego.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Ile wypiłeś?

— Nie wiem.

— Brałeś coś?

— Nie.

— Skoro nie pamiętasz, to trochę trudno, żebyś wiedział.

— Obudziłem się w obcym mieszkaniu.

Milo ponownie zamilkł.

— Sam?

Ruben spojrzał na telefon leżący obok laptopa.

— Nie.

— Kto był z tobą?

— Nie wiem.

To nie było kłamstwo. Nie znał nazwiska martwego mężczyzny.

— Seks?

— Nie wiem.

— Ruben.

— Nie wiem, kurwa.

— Dobra. Spokojnie. Masz jakieś obrażenia?

— Nie. — Pomyślał o siniakach.

— Chyba.

— „Chyba” mnie nie uspokaja.

— Milo…

— Co?

Ruben chciał powiedzieć: był tam trup. Nie powiedział. Jeśli wypowie to na głos, stanie się prawdziwe.

— Nic.

— Przyjechać?

— Nie.

— Mogę być za pół godziny.

— Powiedziałem nie.

— Okej.

Ton Milo zmienił się natychmiast. Znał ten ton. Używał go pod koniec ich związku, kiedy przestawał być partnerem, a zaczynał zachowywać się jak człowiek próbujący rozbroić bombę.

— Zadzwoń, jeśli…

— Tak.

— Ruben?

— Co?

— Sprawdź źrenice.

— Co?

— Stań przed lustrem i sprawdź, czy są równe.

— Po co?

— Po prostu sprawdź.

Ruben podszedł do lustra w przedpokoju. Spojrzał. Źrenice były równe. Już miał to powiedzieć, kiedy zauważył coś za swoim odbiciem. W głębi korytarza stał mężczyzna. Jasne włosy. Mokra koszula.

Ruben odwrócił się gwałtownie. Nikogo nie było. Spojrzał ponownie w lustro. Pusty korytarz.

— Ruben?

— Są równe.

— Na pewno?

— Tak.

— To dobrze.

— Muszę kończyć.

— Co się stało?

— Nic.

— Właśnie usłyszałem twoje „nic”. Znam twoje „nic”.

Ruben się rozłączył.

Przez następne dwie godziny próbował zachowywać się racjonalnie. To słowo stało się dla niego niemal zaklęciem. Racjonalnie. Wziął prysznic. Racjonalnie. Włożył czyste ubrania. Racjonalnie. Zrobił kawę. Racjonalnie. Zjadł pół banana, choć zwymiotował go dziesięć minut później. Racjonalnie.

Zapisał wszystko, co pamiętał.

piątek, 18:20 — powrót do domu

19:12 — wiadomość od Milo

20:03 — wiadomość do Klary

23:17 — płatność w Edenie

sobota, około 8:30 — przebudzenie

mieszkanie 218

mężczyzna w wannie

zdjęcie

telefon

las

Przy słowie las zatrzymał długopis. Przekreślił je. Potem napisał ponownie.

las w windzie

Wyglądało absurdalnie. Dopisał: halucynacja? Następnie: narkotyki? Potem: uraz głowy? I wreszcie: ktoś mnie odurzył? To ostatnie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Tylko ciało pozostawało problemem. Ciało i zdjęcie.

Otworzył galerię w znalezionym telefonie. Fotografia nadal tam była. Dziecko. On. Mężczyzna.

Ruben powiększył fragment budynku znajdującego się za nimi. Nad wejściem wisiał szyld, prawie nieczytelny. Przesuwał zdjęcie, zwiększał kontrast, powiększał.

Dało się odczytać jedno słowo. Eden.

Ruben odsunął telefon. Bar? Nie. Budynek na fotografii nie przypominał baru. Wyglądał jak stary hotel albo sanatorium. Wrócił do zdjęcia. Tym razem przyjrzał się mężczyźnie. I wtedy zauważył coś, czego wcześniej nie widział. Mężczyzna trzymał chłopca za rękę. Mały Ruben zaciskał palce na jego dłoni. Nie wyglądał na przestraszonego.

Uśmiechał się.

O trzynastej czterdzieści Ruben zadzwonił na policję. Nie anonimowo. Podał adres. Opowiedział o ciele. Nie wspomniał o lesie. Nie wspomniał o telefonie. Nie wspomniał o fotografii. Dyspozytorka poprosiła, żeby pozostał dostępny pod telefonem. Po czternastej zadzwonił policjant. Po piętnastej Ruben siedział na komisariacie.

Inspektor David Voss wyglądał jak człowiek, którego trudno byłoby zapamiętać po jednym spotkaniu. Miał około pięćdziesięciu lat, krótkie szpakowate włosy, prostokątne okulary i twarz o miękkich rysach, niemal pozbawioną charakterystycznych cech. Dopiero kiedy zaczynał mówić, coś się zmieniało. Głos miał głęboki i niezwykle spokojny. Nie uspokajający. Spokojny. To była różnica. Ludzie o uspokajającym głosie chcieli, żebyś poczuł się bezpiecznie. Voss sprawiał wrażenie człowieka, który już wie, jak wszystko się skończy.

— Jeszcze raz — powiedział. — Od momentu przebudzenia.

Ruben opowiedział. Pominął las. Pominął sny. Pominął napis 1/14. Powiedział o brokacie. O napisie GAY POWER. O mężczyźnie. O wannie.

Voss nie robił notatek.

— Dotknął pan ciała?

— Szyi.

— Dlaczego?

— Chciałem sprawdzić puls.

— I?

— Nie było.

— Jest pan lekarzem?

— Nie.

— Pielęgniarzem?

— Nie.

— Ratownikiem?

— Nie.

— W takim razie skąd pewność?

— Nie mam pewności.

— Powiedział pan dyspozytorce, że mężczyzna nie żył.

— Bo wyglądał na martwego.

— Jak wygląda martwy człowiek?

Ruben spojrzał na niego.

— Jak martwy człowiek.

Voss lekko się uśmiechnął.

— Rozumiem.

— Nie, chyba pan nie rozumie.

— Dlatego pytam.

— Był zimny. Nie ruszał się. Leżał w wannie. Nie oddychał.

— W wodzie?

— Tak.

— Jakiego koloru?

Ruben zmarszczył brwi.

— Co?

— Woda.

— Różowa.

Voss patrzył na niego przez chwilę.

— Różowa.

— Tak.

— Od czego?

— Nie wiem. Płyn do kąpieli. Barwnik. Cokolwiek.

— Krew?

— Nie. Była różowa jak wkurwiony flaming.

Voss skinął głową. Dopiero teraz otworzył notes. Zapisał jedno zdanie. Ruben próbował odczytać je do góry nogami, ale charakter pisma policjanta był drobny i ciasny.

— Piliście alkohol?

— Nie wiem.

— Narkotyki?

— Nie wiem.

— Uprawialiście seks?

— Nie wiem.

— Znał pan zmarłego?

Ruben otworzył usta. To było najprostsze pytanie i jednocześnie jedyne, na które nie potrafił odpowiedzieć.

— Nie.

Voss przestał pisać.

— Zawahał się pan.

— Bo…

— Tak?

— Jego twarz wydawała mi się znajoma.

— Skąd?

Ruben spojrzał na szklankę wody stojącą na stole. Mógł skłamać. Powinien skłamać.

— Ze snów.

Voss nie zareagował. Ani drgnięciem brwi.

— Ze snów?

— Tak.

— Śnił się panu wcześniej?

— Od dzieciństwa.

— Ten konkretny człowiek?

— Tak.

— I dziś rano znalazł go pan martwego w wannie?

— Wiem, jak to brzmi.

— Jak?

Ruben spojrzał na niego.

— Jakbym był pojebany.

Voss odłożył długopis.

— Ludzie, którzy są przekonani, że wariują, zazwyczaj bardzo starannie próbują przekonać mnie, że nie wariują. Pan robi coś odwrotnego.

— Co to znaczy?

— Jeszcze nie wiem.

Do pokoju wszedł młodszy policjant. Nachylił się do Vossa i powiedział mu coś cicho. Voss zmarszczył brwi.

— Na pewno?

Policjant skinął głową.

— Sprawdzili dwa razy.

— Właściciel?

— Potwierdził.

— Monitoring?

— Jest.

— Dobrze.

Młody policjant wyszedł. Voss zamknął notes.

— Panie Ruben.

— Co?

— Moi koledzy byli pod wskazanym adresem.

Ruben poczuł, że żołądek mu się zaciska.

— I?

— Nie znaleźli ciała.

— Co?

— Nie znaleźli żadnego mężczyzny.

— Niemożliwe.

— Wanna jest pusta.

— Ktoś go zabrał.

— Być może.

— No właśnie.

— Tylko że jest jeszcze jeden problem.

Voss przesunął szklankę wody w stronę Rubena, choć ten o nią nie prosił.

— Mieszkanie 218 od siedmiu lat stoi niezamieszkane.

Ruben zaśmiał się nerwowo.

— Byłem tam dzisiaj rano.

— Właściciel twierdzi, że od siedmiu lat nikt go nie wynajmuje.

— To nie znaczy, że nikt tam nie wchodzi.

— Oczywiście.

— Więc?

— Drzwi były zamknięte.

— Miałem klucz? Nie pamiętam.

— Nie znaleziono śladów włamania.

— Przecież byłem w środku.

— Wiem, co pan mówi.

— Mam zdjęcie budynku.

— Nie kwestionuję istnienia budynku.

— Mam telefon znaleziony w mieszkaniu.

Voss spojrzał na niego. Ruben natychmiast pożałował tych słów.

— Telefon?

— Tak.

— Ma go pan?

Ruben zawahał się.

— W domu.

To było kłamstwo. Telefon znajdował się w kieszeni jego kurtki. Voss patrzył na niego odrobinę za długo.

— Będziemy go potrzebowali.

— Przyniosę.

— Dobrze.

Ruben wstał.

— Mogę iść?

— Na razie tak.

— „Na razie”?

— Standardowe sformułowanie.

Ruben ruszył do drzwi.

— Panie Ruben.

Odwrócił się. Voss siedział bez ruchu.

— Jeszcze jedno.

— Tak?

— Jest pan absolutnie pewien, że woda w wannie była różowa?

— Już pan o to pytał.

— Wiem.

— Była.

Voss zdjął okulary. Przetarł szkła kawałkiem materiału wyjętym z kieszeni. Kiedy ponownie spojrzał na Rubena, jego twarz nie była już neutralna. Było w niej coś, czego wcześniej nie było.

Strach.

Niewielki. Dobrze kontrolowany. Ale niewątpliwy.

— Co? — zapytał Ruben.

— Nic.

— Pan też ma swoje „nic”.

Voss znieruchomiał. Ruben sam nie wiedział, dlaczego to powiedział. Policjant założył okulary.

— Proszę wrócić do domu.

— Dlaczego pyta pan o wodę?

— Proszę odpocząć.

— Co pan wie?

— Nic, co w tej chwili powinno pana interesować.

— To chyba ja zdecyduję.

Voss patrzył na niego długo. Potem powiedział:

— Nie.

Wieczorem Ruben siedział na podłodze w kuchni i pił wodę prosto z butelki. Nie zapalał światła. Przez okno wpadał pomarańczowy blask latarni, dzieląc pomieszczenie na prostokąty światła i cienia. Znaleziony telefon leżał przed nim.

Od godziny był wyłączony. Ruben go wyłączył. Mimo to o 21:17 ekran się rozświetlił. Nie zadzwonił. Nie zawibrował. Po prostu się włączył. Na ekranie pojawiła się fotografia. Nie ta z 2004 roku. Nowa.

Ruben siedział na podłodze własnej kuchni. Zdjęcie zostało wykonane z korytarza, może pięć metrów od niego. Dokładnie w tej chwili. Na fotografii trzymał butelkę wody. Telefon leżał przed nim. Ruben przestał oddychać. Powoli podniósł głowę. Korytarz był pusty. Spojrzał ponownie na ekran. Zdjęcie się zmieniło. Nadal przedstawiało kuchnię. Nadal przedstawiało jego. Ale teraz za Rubenem ktoś stał. Mężczyzna z wanny. Mokry. Nagi. Z ręką położoną na jego ramieniu.

Ruben gwałtownie odwrócił głowę. Nikogo nie zobaczył. Kiedy ponownie spojrzał na telefon, zdjęcie zniknęło. Zamiast niego pojawił się biały ekran. Po chwili zaczęły ukazywać się na nim litery, jedna po drugiej, jakby ktoś pisał wiadomość po drugiej stronie.

Nie ufaj Vossowi.

Ruben patrzył. Pojawiło się kolejne zdanie: On tam był.

— Gdzie? — wyszeptał Ruben.

Telefon odpowiedział.

W pokoju.

— Jakim pokoju?

Długa pauza. Potem: 217.

Ruben poczuł, że coś zimnego dotyka jego karku. Nie odwrócił się. Siedział nieruchomo. Na ekranie pojawiło się ostatnie zdanie.

Ty też tam byłeś.

Człowiek ze snów

Ruben nie spał tej nocy, chociaż kilka razy tracił świadomość na tyle długo, by później nie być pewnym, czy siedział na kuchennej podłodze bez przerwy, czy jednak na kilka minut odpływał, wpadając w te krótkie, pozbawione początku i końca sny, które bardziej przypominają uszkodzenia rzeczywistości niż sen. Za każdym razem odzyskiwał świadomość w trochę innej pozycji. Raz z głową opartą o szafkę pod zlewem. Raz leżąc na boku, z policzkiem przyciśniętym do zimnych płytek. O czwartej trzynaście ocknął się siedząc przy stole, chociaż nie pamiętał, żeby wstawał z podłogi. Przed nim stała szklanka mleka. Ruben nie miał w domu mleka. Był tego pewien, ponieważ dwa dni wcześniej wyrzucił ostatni karton, który skwaśniał, i nawet pomyślał wtedy, że powinien kupić następny, choć nie pijał mleka właściwie nigdy. Szklanka była pełna po sam brzeg. Na powierzchni unosił się pojedynczy różowy płatek, tak cienki, że początkowo wziął go za fragment papieru. Nie dotknął napoju. Przez kilkanaście minut obserwował mleko, oczekując, że coś się wydarzy, że płatek zacznie się poruszać, że z dna wypłynie oko, ząb albo mały człowiek — po tym dniu każda z tych możliwości wydawała mu się niemal równie prawdopodobna — ale nic się nie wydarzyło. O piątej siedem wylał mleko do zlewu. Na dnie szklanki znajdował się mały złoty kluczyk.

Nie pasował do żadnego zamka w jego mieszkaniu. Położył go na parapecie. O szóstej rano kluczyka już nie było. Ruben nie szukał go.

Doszedł do wniosku, że istnieje granica liczby rzeczy niemożliwych, którymi człowiek może się zajmować jednocześnie, zanim zacznie zachowywać się jak bohater kiepskiego horroru, sprawdzający piwnicę po usłyszeniu dziwnego hałasu. Miał telefon należący do martwego albo być może wcale nie martwego mężczyzny, zdjęcie siebie jako dziecka z tym samym człowiekiem, policjanta, który przestraszył się informacji o kolorze wody, dziurę w pamięci obejmującą kilka godzin poprzedniej nocy i napis GAY POWER, którego resztki nadal tkwiły w porach jego skóry mimo długiego prysznica. Las w windzie postanowił tymczasowo umieścić w kategorii halucynacji. To była niemal komfortowa kategoria. Halucynacja nie wymagała tłumaczenia lasu. Wymagała jedynie nieprawidłowo funkcjonującego mózgu, a mózg Rubena od pewnego czasu wydawał mu się najbardziej podejrzanym w całej sprawie.

O szóstej czterdzieści pięć wziął drugi prysznic. Stał pod wodą tak gorącą, że skóra na ramionach zrobiła się czerwona, i szorował klatkę piersiową gąbką, dopóki napis nie zniknął prawie całkowicie. Zostały tylko dwa różowawe cienie, jeden pod obojczykiem, drugi nad pępkiem. Kiedy wyszedł spod prysznica i przetarł zaparowane lustro, przez moment zobaczył za sobą hotelowy korytarz zamiast własnej łazienki. Nie mężczyznę. Nie dziecko. Tylko długi korytarz wyłożony bordową wykładziną i rząd identycznych drzwi. Zamrugał. W lustrze ponownie była łazienka.

— Dobrze — powiedział. Powiedzenie tego na głos pomogło.Nie wiedział, co właściwie było dobrze.

Ubrał się, zrobił kawę i otworzył laptop. Potrzebował zwyczajności tak desperacko, że przez pierwsze pół godziny czytał wiadomości o remoncie ulicy, podwyżkach cen energii, konflikcie między dwiema celebrytkami, których nazwisk wcześniej nie znał, oraz o psie, który po sześciu miesiącach odnalazł właściciela w innym mieście. Świat był pełen problemów możliwych do zrozumienia. Ludzie kłócili się o parkingi, zdradzali małżonków, kupowali mieszkania, chorowali, tracili pracę, głosowali na idiotów, robili sobie źle wypełnione usta. Ta przewidywalność była wzruszająca. Ruben pomyślał, że przez całe życie nie doceniał przywileju życia w świecie, w którym szklanka mleka jest po prostu szklanką mleka.

O siódmej trzydzieści zadzwoniła matka. Patrzył na jej imię na ekranie własnego telefonu. Nie odebrał. Po minucie zadzwoniła ponownie.

— Co? — powiedział w końcu.

— Dzień dobry również tobie.

— Jest siódma trzydzieści.

— Niektórzy ludzie o tej porze już żyją.

— Ja właśnie próbuję zdecydować, czy chcę.

— Znowu piłeś?

Ruben zamknął oczy.

— Dlaczego wszyscy zakładają, że piję?

— Nie wszyscy. Ja.

— To ogromna różnica.

— Masz ten głos.

— Jaki?

— Ten po imprezie.

— Nie byłem na imprezie.

— To dlaczego brzmisz, jakby ktoś cię wyciągnął spod tramwaju?

— Źle spałem.

Matka westchnęła. Potrafiła westchnąć w taki sposób, że Ruben natychmiast czuł się winny rzeczy, których jeszcze nie zrobił.

— Śniło ci się?

Otworzył oczy.

— Co?

— Pytałam, czy coś ci się śniło.

— Dlaczego pytasz?

— Bo powiedziałeś, że źle spałeś.

— Nigdy mnie o to nie pytasz.

— Ruben, naprawdę nie mam rano siły na twoje przesłuchania.

— Powiedziałaś: „Śniło ci się?”. Nie „miałeś koszmar?”, tylko „śniło ci się?”. Dlaczego?

Cisza. Krótka. Może pół sekundy. Ale Ruben ją usłyszał.

— Bo tak się mówi.

— Nie.

— Co „nie”?

— Ty tak nie mówisz.

— Od kiedy prowadzisz katalog moich sformułowań?

— Mamo.

— Co?

Ruben wpatrywał się w fotografię otwartą na ekranie laptopa. Mały rudowłosy chłopiec. Mężczyzna. Budynek.

— Kojarzysz miejsce o nazwie Eden?

Po drugiej stronie zrobiło się cicho. Tym razem cisza trwała dłużej.

— Co takiego?

— Eden.

— Jak raj?

— Jak miejsce. Hotel, ośrodek, sanatorium. Cokolwiek.

— Nie.

Za szybko. Odpowiedziała zdecydowanie za szybko.

— Jesteś pewna?

— Tak.

— Mam zdjęcie.

— Jakie zdjęcie?

Ruben zawahał się.

— Nieważne.

— Skoro pytasz, to chyba ważne.

— Jestem na nim mały.

— I?

— Stoję przed budynkiem. Na szyldzie jest Eden.

Matka nie odpowiadała. Ruben słyszał po drugiej stronie jakiś domowy dźwięk, prawdopodobnie czajnik. Potem stuknięcie kubka.

— Mamo?

— Nie pamiętam.

— Przed chwilą powiedziałaś, że nie znasz.

— Bo nie pamiętam.

— To nie jest to samo.

— Ruben, dwadzieścia lat temu jeździliśmy w różne miejsca. Nie mam archiwum każdej wycieczki.

— Z kim tam byłem?

— Skąd mam wiedzieć, skoro nie widzę zdjęcia?

— Mogę ci wysłać.

— Nie teraz.

To „nie teraz” było pierwszą rzeczą, która naprawdę go przestraszyła.

— Dlaczego?

— Jadę do pracy.

— Jest niedziela.

Cisza.

— Mamo?

— Muszę kończyć.

— Przecież nie pracujesz w niedziele.

— Mam rzeczy do zrobienia.

— Jakie?

— Nie jestem na przesłuchaniu.

— Na zdjęciu stoi ze mną mężczyzna.

Matka przestała oddychać. Ruben nie widział jej, ale był tego pewien.

— Jaki mężczyzna?

— Jasne włosy. Blizna pod lewym okiem.

— Nie wiem.

— Nie powiedziałem jeszcze, ile ma lat.

— A co to ma do rzeczy?

— Nic.

— Więc?

— Znasz go?

— Nie.

— Mamo.

— Powiedziałam, że nie.

— Nie wysłałem ci zdjęcia.

— I?

— A ty już wiesz, że go nie znasz.

Połączenie się urwało. Ruben siedział przed laptopem jeszcze przez chwilę. Potem wysłał jej fotografię. Wiadomość została odczytana niemal natychmiast.

Nie odpowiedziała.

O ósmej piętnaście Ruben zaczął szukać człowieka, który nie miał nazwiska.

Było to trudniejsze, niż sugerują kryminały, ponieważ internet nie posiada funkcji „pokaż mi wszystkich jasnowłosych mężczyzn z blizną pod okiem, którzy występowali w moich snach między szóstym a piętnastym rokiem życia”. Próbował wyszukiwania obrazem. Nic. Program rozpoznał w tle budynek, ale wyniki były absurdalne: sanatorium w Czechach, opuszczony hotel w Belgii, dom opieki pod Hamburgiem, szkoła muzyczna, pałac ślubów, a nawet fabryka czekolady. Ruben zapisał kilka zdjęć. Potem wpisał „Eden hotel 2004”, następnie „Eden sanatorium”, „Eden Kinderklinik”, „Eden Therapiezentrum”, „Eden Heim”, „Eden Jugendzentrum”, „Eden Klinik geschlossen”, „Eden 2004 Kinder”. Wyniki mnożyły się, ale żaden nie odpowiadał budynkowi z fotografii.

Po godzinie zauważył coś, czego wcześniej nie dostrzegł.

Na zdjęciu, za prawym ramieniem mężczyzny, w jednym z okien stała postać. Powiększył. Piksele rozpadały się na kolorowe kwadraty. Postać była niewielka. Prawdopodobnie kobieta. Biała twarz. Ciemne ubranie.

Powiększył jeszcze bardziej. Nie. To nie była kobieta. To był chłopiec. Ruben przybliżył twarz do ekranu. Chłopiec w oknie wyglądał jak on. Nie podobnie. Jak on. Ta sama ruda grzywka. Ta sama zielona kurtka. Ruben spojrzał na pierwszego chłopca stojącego obok mężczyzny. Potem na drugiego w oknie. Dwa razy on.

— Fotomontaż — powiedział.

Oczywiście. Fotografia była przerobiona. Ktoś stworzył ją po to, żeby go przestraszyć. To wyjaśniało wszystko. Prawie wszystko. Nie wyjaśniało tylko, dlaczego matka nie chciała jej zobaczyć. Telefon znaleziony w mieszkaniu leżał obok laptopa. Ruben spojrzał na niego. Ekran pozostawał czarny.

Nacisnął przycisk. Telefon się włączył. Galeria. Jedno zdjęcie. Otworzył je. Chłopca w oknie nie było. Ruben zamarł. Spojrzał na kopię fotografii zapisaną na laptopie. Tam nadal był. Telefon. Nie było go. Laptop. Był. Telefon. Nie było.

Przez kilka minut porównywał obrazy, próbując znaleźć różnice. Wszystko poza postacią w oknie wyglądało identycznie. Ta sama data. Ten sam cień. Ten sam fragment palca fotografa.

Wtedy telefon zawibrował. Wiadomość. Bez numeru nadawcy.

Nie patrz długo w okna.

Ruben odłożył urządzenie. Po chwili pojawiła się druga wiadomość: Oni też patrzą.

Ruben zamknął laptop.

O dziesiątej zadzwonił Voss.

— Obudziłem pana?

— Nie spałem.

— Domyśliłem się.

— Skąd?

— Ludzie po takich doświadczeniach zazwyczaj źle śpią.

— Po jakich doświadczeniach?

Voss milczał przez chwilę.

— Po znalezieniu ciała.

— Którego nie było.

— Właśnie.

— Dowiedzieliście się czegoś?

— Chciałem zadać panu kilka dodatkowych pytań.

— Przez telefon?

— Jeśli pan pozwoli.

— Nie wiem, czy pozwolę.

— Rozumiem.

— Nie, pan bardzo często mówi, że rozumie.

— Zboczenie zawodowe.

Ruben wstał i podszedł do okna. Na chodniku poniżej stała kobieta z psem.

— Dlaczego przestraszył się pan różowej wody?

Cisza.

— Nie przestraszyłem się.

— Widziałem.

— Był pan zmęczony.

— To nie odpowiedź.

— A to nie było pytanie związane z moim telefonem.

— To po co pan dzwoni?

Voss westchnął.

— Monitoring.

— Co z nim?

— Budynek ma kamerę przy wejściu.

Ruben poczuł ulgę. Tak czystą, gwałtowną ulgę, że aż usiadł.

— Więc mnie macie.

— Mamy.

— O której wszedłem?

— 23:46.

— Sam?

— Nie.

Ruben zacisnął dłoń na telefonie.

— Z kim?

— Tego właśnie dotyczy moje pytanie.

— Nie rozumiem.

— Na nagraniu wchodzi pan do budynku z mężczyzną.

— Jak wygląda?

— Wysoki. Szczupły. Jasne włosy.

Serce Rubena przyspieszyło.

— Blizna pod lewym okiem?

— Kamera nie daje takiej szczegółowości.

— To on.

— Kto?

— Człowiek z wanny.

— Tego nie możemy stwierdzić.

— Ale wyszedł?

Voss nie odpowiadał.

— Wyszedł z budynku?

— Nie.

— Czyli nadal tam jest.

— Nie.

— Jak „nie”?

— Nie znaleźliśmy go.

— To sprawdźcie mieszkanie jeszcze raz.

— Sprawdziliśmy.

— Piwnicę?

— Tak.

— Dach?

— Tak.

— Inne mieszkania?

— W zakresie, w którym było to możliwe.

— Więc gdzie jest?

— Nie wiem.

Ruben spojrzał na okno naprzeciwko. W jednym z mieszkań ktoś przesuwał zasłonę.

— A ja?

— Co pan?

— Kiedy wyszedłem?

Voss ponownie zamilkł.

— O 8:41.

— Sam?

— Tak.

— Czyli wszystko się zgadza.

— Nie wszystko.

Ruben poczuł, że powraca napięcie.

— Co się nie zgadza?

— Nie widać, żebyście weszli do mieszkania 218.

— Kamera jest na korytarzu?

— Tak.

— Nie zauważyłem.

— Jest dyskretna.

— I?

— Wysiadacie z windy na czwartym piętrze.

— I wchodzimy do 218.

— Nie.

— To gdzie?

— Do 216.

Ruben nic nie powiedział.

— Jest pan tam?

— Tak.

— Twierdzi pan, że obudził się w 218.

— Tak.

— A monitoring pokazuje, że wszedł pan do 216.

— Może później przeszedłem.

— Nie.

— Skąd pan wie?

— Bo kamera rejestruje korytarz przez całą noc.

— Więc?

— Nie wyszedł pan z 216 aż do ósmej czterdzieści jeden.

Ruben poczuł chłód na plecach.

— To niemożliwe.

— Wiem.

— Co było w 216?

— Mieszkanie.

— Kto tam mieszka?

Voss zawahał się.

— Starsza kobieta.

— Była w domu?

— Tak.

— I?

— Twierdzi, że nikogo nie widziała.

— Jak mogła mnie nie widzieć?

— Według niej spała.

— Z obcym facetem w mieszkaniu?

— Z dwoma.

— To nie ma sensu.

— Zgadzam się.

Ruben wstał. Chodził po pokoju.

— A rano? Kamera pokazuje, jak wychodzę z 216?

— Nie.

— Przed chwilą powiedział pan, że wyszedłem o 8:41.

— Zgadza się.

— Skąd?

Voss nie odpowiadał.

— Skąd wyszedłem?

— Panie Ruben…

— Skąd?

— Kamera pokazuje pana pojawiającego się na korytarzu.

— Z mieszkania.

— Nie.

— Z windy?

— Nie.

— Więc skąd?

Voss wypuścił powietrze.

— Ze ściany.

Ruben przestał chodzić.

— Co?

— Tak wygląda nagranie.

— Żartuje pan.

— Nie mam w zwyczaju.

— Człowiek nie wychodzi ze ściany.

— Wiem.

— Więc kamera się zepsuła.

— Najprawdopodobniej.

— Pokaże mi pan nagranie?

— Nie.

— Dlaczego?

— Jest częścią czynności.

— Przecież jestem na nim ja.

— Tym bardziej.

— Voss.

— Tak?

— Co jest między 216 a 218?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Ruben czekał.

— Ściana — powiedział w końcu Voss.

— Nie ma 217.

— Nie.

— Dlaczego?

— Nie wiem.

— A powinno być?

— Numeracja nie zawsze jest logiczna.

— Kłamie pan.

— Na jakiej podstawie?

— Bo za każdym razem, kiedy pan czegoś nie wie, mówi pan znacznie wolniej.

Voss milczał.

— Przyniesie pan telefon? — zapytał w końcu.

— Nie.

— Wczoraj powiedział pan, że go przyniesie.

— Zmieniłem zdanie.

— To może być dowód.

— Czego? Nie ma ciała.

— Właśnie dlatego.

— Nie.

— Panie Ruben…

— Dlaczego różowa woda?

Voss rozłączył się.

Ruben przez następne dwie godziny próbował ustalić, kim był David Voss. Nie znalazł prawie niczego. Kilka artykułów o starych sprawach. Cytaty dotyczące włamań, zaginięcia nastolatki, zabójstwa właściciela restauracji. Żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć rodzinnych. Żadnych profili społecznościowych. Na jednym zdjęciu prasowym sprzed dziewięciu lat Voss wyglądał niemal identycznie jak teraz.

Ruben zapisał fotografię. Potem wpisał: David Voss Eden.

Zero.

David Voss Hotel Eden.

Zero.

David Voss 2004.

Kilka wyników. Jeden artykuł prasowy był niedostępny, ale w podglądzie wyszukiwarki widniał fragment:

„…po incydencie w ośrodku Eden policja odmówiła komentarza. Funkcjonariusz David V…”

Ruben kliknął. Błąd 404. Wrócił. Wynik zniknął.

— Oczywiście — powiedział do laptopa. — Jasne. Czemu nie.

Telefon zawibrował. Tym razem była to matka. Wiadomość: Usuń to zdjęcie. Ruben natychmiast zadzwonił. Nie odebrała. Napisał: Kto to jest?

Przeczytała. Nie odpowiedziała.

MAMO, KTO TO JEST?

Przeczytała. Cisza.

Znałem go?

Tym razem odpowiedź przyszła po minucie. Nie dzwoń do mnie dzisiaj. Ruben patrzył na wiadomość. Napisał: On nie żyje!

Trzy kropki pojawiły się natychmiast. Zniknęły. Pojawiły się ponownie. Zniknęły. W końcu matka odpisała: Skąd wiesz? Ruben poczuł, jak robi mu się słabo. Nie napisała: Kto? Nie napisała: O czym ty mówisz? Napisała: Skąd wiesz?

O czternastej trzydzieści zadzwonił do Milo.

— Przyjedź.

— Co się stało?

— Nic.

— Znowu to twoje „nic”?

— Tak.

— Dwadzieścia minut.

Milo zjawił się po trzydziestu dwóch. Ruben wiedział dokładnie, ponieważ przez cały czas obserwował zegar. Nie był pewien, dlaczego. Ostatnie godziny rozbiły mu poczucie czasu; zaczął sprawdzać godziny kompulsywnie, jakby chronologia była ostatnią konstrukcją, która oddzielała go od obłędu.

Milo wszedł bez powitania, postawił papierową torbę na stole i przyjrzał mu się.

— Wyglądasz okropnie.

— Dziękuję.

— Naprawdę.

— To już mniej miłe.

— Jadłeś?

— Banana.

— Od kiedy banan jest posiłkiem?

— Od kiedy nie jestem twoim chłopakiem.

Milo wyjął z torby dwie kanapki.

— Nie jestem twoim chłopakiem, więc kupiłem dwie. Jako chłopak kupiłbym trzy.

Ruben prawie się uśmiechnął.

Milo miał tę irytującą zdolność przywracania normalności przez rzeczy małe i głupie. Przez trzy lata wspólnego życia Ruben czasami tego nie znosił. Teraz był mu za to wdzięczny.

— Pokaż — powiedział Milo.

— Co?

— To, czego nie chciałeś powiedzieć przez telefon.

Ruben usiadł naprzeciwko. Przez kilka sekund zastanawiał się, od czego zacząć. Potem opowiedział wszystko. Nie pominął lasu. Nie pominął fotografii. Nie pominął ciała. Nie pominął wiadomości. Milo słuchał bez przerywania. Tylko raz jego twarz się zmieniła — kiedy Ruben wspomniał numer 217.

— Co? — zapytał Ruben.

— Nic.

Ruben odsunął się.

— Nie.

— Co?

— Nie rób tego.

— Czego?

— Nie mów „nic”.

Milo spojrzał na niego.

— Dlaczego 217?

— Ja pytam.

— Bo…

Milo przetarł usta dłonią.

— To zabrzmi głupio.

— Milo, dzisiaj widziałem las po otwarciu windy. Próg głupoty został ustawiony dość wysoko.

— Kiedy mieszkaliśmy razem, mówiłeś czasami przez sen.

Ruben poczuł ukłucie pod żebrami.

— Wiem. Każdy czasem mówi.

— Nie tak.

— Jak?

— Rozmawiałeś.

— Z tobą?

— Nie.

— To z kim?

— Nie wiem.

Milo wpatrywał się w stół.

— Na początku myślałem, że odpowiadasz na moje pytania. Potem zrozumiałem, że w ogóle mnie nie słyszysz. Mówiłeś do kogoś.

— Co mówiłem?

— Różne rzeczy.

— Jakie?

— Imiona. Liczby. Czasem płakałeś.

Ruben poczuł suchość w ustach.

— Jakie liczby?

Milo podniósł wzrok.

— Najczęściej 217.

W pokoju zrobiło się bardzo cicho.

— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś?

— Powiedziałem.

— Nie.

— Tak.

— Kiedy?

— Kilka razy.

— Nie pamiętam.

— Właśnie.

To słowo zawisło między nimi. Ruben wstał.

— Masz jakieś nagranie?

Milo spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Nagranie?

— Mówiłeś kiedyś, że nagrywałeś moje chrapanie.

— Bo brzmiałeś jak umierający niedźwiedź.

— Masz je?

— Nie wiem. Może w chmurze.

Wyjął telefon. Przez kilka minut przewijał stare pliki. Ruben chodził po pokoju. W końcu Milo zatrzymał palec.

— Jest.

— Puść.

— Ruben…

— Puść.

Milo nacisnął. Najpierw słychać było szum pościeli. Potem oddech. Głos Rubena. Cichy. Senny.

— Nie otwieraj.

Pauza.

— Nie otwieraj drzwi.

Długi oddech.

— Jest za wcześnie.

Milo na nagraniu szeptał:

— Ruben?

Śpiący Ruben odpowiedział:

— Cicho.

— Z kim rozmawiasz?

— On słyszy.

— Kto?

Długa cisza. Potem głos Rubena powiedział:

— Dwieście siedemnaście.

Nagranie trwało dalej. Milo chciał je zatrzymać.

— Poczekaj — powiedział Ruben.

Z głośnika dochodził oddech. Jeden. Drugi. Trzeci. I wtedy pojawił się inny głos. Dziecięcy. Bardzo cichy.

— Ruben?

Obaj spojrzeli na siebie. Na nagraniu Milo powiedział:

— Co?

Dziecko ponownie:

— Ruben?

Potem słychać było śpiącego Rubena.

— Jestem.

Dziecko zapytało:

— Który?

Nagranie się skończyło. Milo pobladł.

— Tego wcześniej nie słyszałem.

Ruben nie odpowiadał.

— Przysięgam.

— Wyślij mi.

Milo próbował. Plik zniknął. Po prostu. Sekundę wcześniej znajdował się na ekranie. Teraz go nie było.

— Co zrobiłeś?

— Nic.

— Milo.

— Nic nie zrobiłem.

Przeszukał telefon. Chmurę. Kosz. Nic.

— To niemożliwe.

— Witaj w klubie.

Telefon Rubena zawibrował. Obaj spojrzeli. Znaleziony telefon. Nie jego własny. Na ekranie widniała nowa fotografia. Ruben podniósł urządzenie.

Zdjęcie przedstawiało jego sypialnię. Łóżko. Ścianę. Milo śpiącego po lewej stronie. Rubena po prawej. Fotografia musiała zostać wykonana z sufitu. W rogu widniała data sprzed dwóch lat. Ruben powiększył zdjęcie. Między nimi leżało dziecko. Rudowłose. Może siedmioletnie. Miało otwarte oczy. Patrzyło prosto w obiektyw.

Milo wyrwał Rubenowi telefon.

— Co to jest?

— Nie wiem.

— Kto to zrobił?

— Nie wiem.

— To twoje mieszkanie.

— Wiem.

— To nasze stare łóżko.

— Wiem.

— Ruben…

— Wiem!

Milo powiększył fotografię. Dziecko miało na sobie zieloną kurtkę. Tę samą co na zdjęciu z 2004 roku. Na szyi chłopca wisiała mała tabliczka. Na tabliczce znajdował się numer.

1/14.

Milo usiadł.

— Powinniśmy iść na policję.

— Nie.

— To nie jest moment na twoją paranoję.

— Voss coś wie.

— Skąd możesz wiedzieć?

— Bo był związany z Edenem.

— Jakim Edenem?

Ruben odwrócił laptop i pokazał mu fotografię.

— Tym.

Milo spojrzał. Najpierw na budynek. Potem na mężczyznę. Potem na małego Rubena. Jego twarz powoli traciła kolor.

— Co? — zapytał Ruben.

Milo nie odpowiadał.

— Co?

— Widziałem go.

Ruben poczuł, jak coś ciężkiego opada mu w brzuch.

— Kogo?

Milo wskazał mężczyznę.

— Jego.

— Gdzie?

— Nie wiem.

— Milo.

— Naprawdę nie wiem.

— Przypomnij sobie.

— Próbuję.

Patrzył na fotografię przez kilkanaście sekund.

— Na pogrzebie.

— Czyim?

Milo zmarszczył brwi.

— Twoim.

Ruben roześmiał się. Automatycznie.

— Bardzo śmieszne.

Milo nie śmiał się.

— Nie żartuję.

— Na moim pogrzebie.

— Tak.

— Jestem tutaj.

— Wiem.

— Więc nie było mojego pogrzebu.

Milo przycisnął palce do skroni.

— Nie wiem, dlaczego to powiedziałem.

— Co?

— Nie wiem.

— Byłeś na moim pogrzebie?

— Nie.

— Przed chwilą powiedziałeś…

— Wiem, co powiedziałem!

Milo wstał gwałtownie.

— To było jak wspomnienie.

— Jakie wspomnienie?

— Trumna.

— Milo.

— Biała.

— Przestań.

— Twoja matka siedziała z przodu.

— Zamknij się.

— I ten facet stał z tyłu.

Ruben uderzył dłonią w stół.

— Zamknij się!

Obaj zamilkli. Milo oddychał ciężko.

— Przepraszam.

Ruben odwrócił się do okna. Na ulicy przejechał autobus. Ktoś śmiał się na chodniku. Normalny świat trwał.

— Kiedy? — zapytał cicho.

— Co?

— Kiedy miał być ten pogrzeb?

Milo zamknął oczy.

— Nie wiem.

— Ile miałem lat?

— Dziecko.

— Ile?

— Sześć albo siedem.

Ruben odwrócił się.

— Nie znałeś mnie wtedy.

— Wiem.

— Miałeś osiem lat.

— Wiem.

— Mieszkałeś w innym mieście.

— Wiem.

— Więc nie mogłeś tam być.

— Wiem.

— To dlaczego to pamiętasz?

Milo spojrzał na niego. W jego oczach pojawiły się łzy.

— Nie wiem.

Telefon zadzwonił. Ruben spojrzał na ekran.

MAMA

Odebrał.

— Co?

Przez kilka sekund słyszał tylko jej oddech.

— Ruben.

Jej głos był inny. Drżał.

— Co się stało?

— To zdjęcie.

— Tak?

— Skąd je masz?

— Powiedz mi, kim jest ten człowiek.

— Skąd je masz?

— Najpierw odpowiedz.

— Ruben, proszę.

Nigdy nie mówiła do niego w ten sposób. Nie złościła się. Bała się.

— Znalazłem telefon.

— Gdzie?

— W mieszkaniu.

— Jakim mieszkaniu?

— Obudziłem się tam rano.

Matka zaczęła płakać. Nie głośno. Po prostu usłyszał zmianę w jej oddechu.

— Mamo?

— Posłuchaj mnie.

— Słucham.

— Nie szukaj tego miejsca.

— Eden?

— Tak.

— Więc je znasz.

— Nie jedź tam.

— Gdzie ono jest?

— Nie wiem.

— Kłamiesz.

— Możliwe.

Ruben zamarł. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby matka przyznała się do kłamstwa w chwili, w której kłamała. Miała własną technikę: zmieniała temat, obrażała się, atakowała pytającego, przebudowywała przeszłość. Możliwe było czymś zupełnie nowym.

— Kim jest mężczyzna?

— Nie pamiętam jego nazwiska.

— Ale go znasz.

— Tak.

— Skąd?

— Z Edenu.

Ruben spojrzał na Milo.

— Co robiłem w Edenie?

Cisza.

— Mamo.

— Byłeś dzieckiem.

— Widzę.

— To nie powinno wracać.

— Co?

— Nic.

— Nie mów mi, kurwa, „nic”!

Milo drgnął. Matka milczała.

— Co nie powinno wracać?

— Sny.

Ruben przestał oddychać.

— Skąd wiesz o snach?

— Bo już je miałeś.

— Kiedy?

— Wtedy.

— W Edenie?

— Tak.

— Ten mężczyzna mi się śnił.

Matka zaczęła płakać mocniej.

— Mamo?

— Nie.

— Co „nie”?

— On ci się nie śnił.

— Śnił.

— Nie rozumiesz.

— Więc mi wytłumacz.

Po drugiej stronie słychać było szelest, jakby usiadła albo czegoś szukała.

— Ruben, ty najpierw go śniłeś.

— Co?

— A dopiero potem go spotkałeś.

W pokoju zrobiło się cicho. Milo patrzył na Rubena.

— To niemożliwe — powiedział Ruben.

— Wiem.

— Nie można najpierw śnić człowieka, a potem…

— Wiem.

— Kim on był?

— Nie wiem.

— Kłamiesz.

— Nie wiem, kim był.

— Ale?

Matka wzięła głęboki oddech.

— Pojawił się trzy tygodnie po tym, jak go narysowałeś.

Ruben poczuł mrowienie w palcach.

— Narysowałem?

— Codziennie.

— Co?

— Jego twarz.

— Nie pamiętam.

— Wiem.

— Ile miałem lat?

— Sześć.

— Co się wtedy działo?

— Nie chcę tego robić przez telefon.

— To zacznij.

— Ruben…

— Zacznij.

Matka milczała długo. W końcu powiedziała:

— Przez prawie rok nie mówiłeś.

— Co?

— Ani jednego słowa.

Ruben poczuł, że pokój zaczyna się lekko przechylać.

— Dlaczego?

— Po tym, co się stało.

— Co się stało?

Cisza.

— Mamo.

Połączenie zostało przerwane. Ruben natychmiast zadzwonił ponownie. Telefon matki był wyłączony.

Milo został do wieczora.

Nie rozmawiali już wiele. Ruben siedział przy oknie. Milo przeglądał internet, próbując odnaleźć Eden, ale bez skutku. Około dziewiętnastej zamówił jedzenie. Ruben zjadł kilka frytek. O dwudziestej Milo chciał zostać na noc.

Ruben odmówił.

— Nie chcę być sam — powiedział — ale jeszcze bardziej nie chcę, żebyś tu był.

— To ma sens tylko w twojej głowie.

— Wiem.

— Mogę spać na kanapie.

— Nie.

— Dlaczego?

Ruben spojrzał na fotografię, na której między nimi spało dziecko.

— Bo nie wiem, kto jeszcze będzie z nami spał.

Milo nie próbował żartować. Wyszedł o dwudziestej trzydzieści siedem. Ruben sprawdził godzinę. Zapisał ją.

O dwudziestej drugiej wyłączył wszystkie światła oprócz lampy w sypialni. Położył znaleziony telefon na stole w kuchni. Nie chciał go mieć przy łóżku.

O dwudziestej trzeciej czternaście usłyszał pierwszy dźwięk. Delikatne stuknięcie. Z kuchni. Nie wstał. Drugie. Trzecie. Potem cisza.

O dwudziestej trzeciej dwadzieścia telefon zaczął grać dziecięcą melodię. Ruben zakrył głowę poduszką. Melodia trwała. W końcu ustała. Po kilku minutach zasnął.

Stał w hotelu.

Wiedział, że śni, ale świadomość snu nie dawała mu żadnej władzy. Korytarz ciągnął się w obie strony. Bordowa wykładzina była mokra. Przy każdym kroku spod butów wydobywała się woda.

Drzwi.

— 214, 215, 216…

Potem ściana. Ruben podszedł. Na zielonej tapecie ktoś narysował kredką prostokąt. Drzwi. Na środku prostokąta napisano: 217.

— Nie ma tego pokoju — powiedział Ruben.

— Jest.

Odwrócił się. Mężczyzna z wanny siedział na krześle pośrodku korytarza. Był suchy. Miał na sobie biały garnitur. Blizna pod lewym okiem była wyraźniejsza niż w rzeczywistości.

— Kim jesteś?

Mężczyzna uśmiechnął się.

— Pamiętasz mnie.

— Ze snów.

— Nie.

— Widziałem cię.

— Widziałeś coś, co wyglądało jak ja.

— Nie rozumiem.

— Jeszcze nie.

Ruben podszedł bliżej.

— Nie żyjesz?

Mężczyzna spojrzał na swoje dłonie.

— Czasami.

— Co to znaczy?

— To zależy, który dzień pamiętasz.

— Znałem cię jako dziecko?

— Tak.

— Kim byłeś?

— Twoim przyjacielem.

— Nie pamiętam.

— Byłem też twoim lekarzem.

— Co?

— I twoim bratem.

Ruben poczuł złość.

— Nie mam brata.

— W tej wersji nie.

— Jakiej wersji?

Mężczyzna wstał. Był wyższy, niż Ruben zapamiętał.

— Najgorsze w pamięci jest to, że ludzie uważają ją za archiwum. Jakby gdzieś w głowie stały półki, a na nich pudełka z datami. To nieprawda. Pamięć jest zwierzęciem. Karmisz ją, a ona rośnie. Głodzisz, zjada własne dzieci.

— Kim jesteś?

— Pytałeś już.

— Odpowiedz.

Mężczyzna podszedł do narysowanych drzwi.

— Chcesz wiedzieć, dlaczego nie ma pokoju 217?

— Tak.

— Bo nadal w nim jesteś.

Przyłożył dłoń do ściany. Narysowane kredką drzwi otworzyły się. Za nimi nie było pokoju. Było morze. Czarne. Nieruchome. Pośrodku wody stało czternaście dziecięcych łóżek. Na trzynastu ktoś spał.

Czternaste było puste.

— Które jest moje? — zapytał Ruben.

Mężczyzna spojrzał na niego.

— Wszystkie.

Ruben obudził się. Leżał w łóżku. Była trzecia siedemnaście. W pokoju pachniało wanilią. Nie poruszył się. Na krześle przy oknie ktoś siedział. Ruben widział tylko kontur.

— Milo?

Postać nie odpowiedziała.

— Kto tam jest?

Cisza. Ruben sięgnął do lampki. Zapalił. Krzesło było puste. Na siedzeniu leżała kartka. Ruben wstał. Podszedł. Kartka była stara, pożółkła, złożona na pół. Rozwinął ją. Dziecięcy rysunek. Czarny budynek. Różowe niebo. Czternaście postaci stojących przed wejściem. Na górze koślawymi literami napisano: Eden. Na dole znajdował się podpis: Ruben, 6 lat

Odwrócił kartkę. Na odwrocie ktoś dorosłym charakterem pisma dopisał jedno zdanie: Pacjent nadal twierdzi, że czternaste dziecko istnieje.

Ruben policzył postacie. Raz. Potem drugi. Potem trzeci. Na rysunku było ich piętnaście.

Pierwsze zwłoki

Ruben nie zadzwonił do matki od razu. Nie zadzwonił również do Vossa ani do Milo, chociaż przez kilka minut stał przy łóżku z telefonem w dłoni i rozważał wszystkie trzy możliwości tak, jakby wybierał numer ratunkowy w zależności od rodzaju katastrofy: matka należała do przeszłości, Voss do tej części teraźniejszości, która mogła okazać się kłamstwem, Milo do normalnego życia, którego Ruben nie chciał jeszcze całkowicie stracić. Ostatecznie nie zadzwonił do nikogo. Usiadł na podłodze i ponownie policzył postacie na dziecięcym rysunku. Piętnaście. Nie czternaście. Piętnaście. Były nierówne, niektóre złożone właściwie z głowy i dwóch kresek, inne bardziej szczegółowe, z włosami, rękami i czymś, co wyglądało jak identyczne niebieskie koszulki. Jedna postać stała trochę dalej, jakby nie należała do grupy. Miała rudą głowę. Ruben przybliżył kartkę do lampki, potem odsunął. Na odwrocie zdanie było zapisane granatowym atramentem, bardzo równym pismem, bez emocji, pismem człowieka przyzwyczajonego do notowania cudzych problemów. Pacjent nadal twierdzi, że czternaste dziecko istnieje.

To zdanie nie pasowało do piętnastu postaci. Ruben długo próbował znaleźć w tym prostą pomyłkę. Dziecko mogło narysować siebie i czternaścioro innych. Lekarz mógł źle policzyć. Ktoś mógł później dorysować jedną figurę. Tylko że rysunek był wykonany tym samym rodzajem kredki. Kolor nie różnił się. Nacisk ręki był podobny. Całość wyglądała jak coś stworzonego podczas jednej sesji, może w pięć minut, może w pół godziny. Im dłużej Ruben patrzył, tym bardziej postacie zaczynały przypominać ludzi, których znał, choć wiedział, że to mechanizm umysłu, pareidolia, banalna i dobrze opisana skłonność mózgu do szukania twarzy tam, gdzie są jedynie plamy. Jedna figurka wydawała mu się Milo. Druga wyglądała jak Voss. Trzecia jak jego matką. Czwarta była człowiekiem z wanny. Piąta nim samym. Potem dostrzegł, że trzy postacie mają zamalowane oczy.

O czwartej rano wstał i zrobił zdjęcia kartki z obu stron, a następnie wysłał je na własny adres e-mail, do chmury i do Milo, lecz Milo wiadomości nie odczytał. Ruben dodatkowo wpisał treść notatki do kilku aplikacji, jakby chciał ubezpieczyć rzeczywistość od zaginięcia. Potem schował oryginał do plastikowej koszulki i włożył do książki stojącej wysoko na półce. Wybrał zbiór esejów, którego nie otwierał od dwóch lat, bo uznał, że nikt rozsądny nie będzie szukał dziecięcego rysunku między rozważaniami o architekturze modernistycznej. Gdy tylko wsunął książkę na miejsce, poczuł się śmiesznie. Zachowywał się jak człowiek przechowujący dowód zbrodni, choć nie wiedział jeszcze, czy doszło do zbrodni, kto ją popełnił, czy ofiara istnieje i czy dowód nie pojawił się po prostu na krześle w jego sypialni podczas snu. Właściwie samo to ostatnie wystarczało, by każda racjonalna osoba zadzwoniła do lekarza, ale Ruben nie chciał iść do psychiatry. Jeszcze nie. Bał się nie diagnozy, lecz tego, że lekarz powie coś bardzo zwyczajnego. Przemęczenie. Dysocjacja. Intoksykacja. Epizod psychotyczny. Wytłumaczenie mogło być prawdziwe, a mimo to nie rozwiązywało zagadki fotografii, monitoringu, wiadomości i reakcji jego matki. Nie chciał pozwolić, by świat zamknął to wszystko w jednym schludnym słowie.

O piątej dwadzieścia wyszedł z mieszkania.

Miasto dopiero się budziło. Niebo było jasnoszare, jak papier przyłożony do okna. Ulice były prawie puste, witryny ciemne, piekarnie zaczynały pachnieć ciepłym ciastem, a sprzątacze zmywali chodniki wodą, która zbierała niedopałki, liście i fragmenty nocnego życia w małe brudne strumienie. Ruben szedł szybko, bez wyraźnego celu. Po trzydziestu minutach znalazł się przy rzece. Usiadł na ławce i patrzył na wodę. O tej porze miała kolor metalu. Kaczki przesuwały się po powierzchni jak mechaniczne zabawki, a gdzieś po drugiej stronie mostu szczekał pies. Ruben pomyślał, że może właśnie tak wygląda prawdziwe życie po końcu świata: nic nie eksploduje, ludzie nadal kupują pieczywo, autobusy przyjeżdżają zgodnie z rozkładem, tylko jedna osoba siedzi na ławce i już wie, że zasady się skończyły.

Telefon zabrzęczał. Milo. Co to jest?

Ruben odpisał: Nie wiem. Znalazłem to u siebie w nocy.

Milo zadzwonił natychmiast.

— „Znalazłem” jak?

— Na krześle.

— Kto je przyniósł?

— Gdybym wiedział, napisałbym: Ktoś przyniósł mi rysunek.

— Drzwi były zamknięte?

— Tak.

— Okno?

— Też.

— Balkon?

— Czwarte piętro.

Milo przez chwilę milczał.

— Ta notatka…

— Widziałem.

— „Czternaste dziecko”.

— Tak.

— Na rysunku jest piętnaście.

— Tak.

— Policzyłem trzy razy.

— Ja sześć.

— Ruben, musisz pojechać do matki.

— Wiem.

— Nie zadzwonić. Pojechać.

— Wiem.

— Dzisiaj.

— Wiem.

— I nie sam.

Ruben wstał z ławki.

— Milo.

— Co?

— Dlaczego powiedziałeś wczoraj, że pamiętasz mój pogrzeb?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Nie wiem.

— Pomyśl.

— Myślałem całą noc.

— I?

— Mam coś gorszego.

Ruben zatrzymał się.

— Co?

— To wspomnienie nie zniknęło.

— Jakie?

— Pogrzebu.

— Ale powiedziałeś, że to był impuls.

— Wiem.

— Więc?

— Teraz pamiętam więcej.

Ruben zamknął oczy.

— Nie chcę słyszeć.

— Sam zapytałeś.

— Wiem.

— Padało.

— Milo.

— Było dużo ludzi, ale nikt nie rozmawiał. Twoja matka miała biały płaszcz. Dziwne, bo wszyscy byli ubrani na czarno, tylko ona na biało. Trumna była zamknięta. Na wieku ktoś przykleił różową naklejkę w kształcie gwiazdy. I był tam ten mężczyzna ze zdjęcia.

Ruben zaczął iść.

— Przestań.

— Stał z tyłu.

— Przestań.

— A obok niego był policjant.

Ruben zatrzymał się gwałtownie.

— Jaki policjant?

— Nie wiem.

— Jak wyglądał?

— Starszy niż my. Młodszy niż teraz Voss.

Ruben poczuł, jak mięśnie karku się napinają.

— To był Voss?

— Nie wiem.

— Milo.

— Chyba tak.

— „Chyba” to nie wystarczy.

— Nie jestem pewny wspomnienia, którego nie powinienem mieć.

Ruben milczał.

— I jeszcze coś — powiedział Milo.

— Co?

— Ty też tam byłeś.

Ruben zatrzymał się po raz drugi.

— Na własnym pogrzebie?

— Tak.

— Gdzie?

— Stałeś obok mnie.

— Milo, miałem sześć lat.

— Wiem.

— Ty miałeś osiem.

— Wiem.

— Nie znaliśmy się.

— Wiem.

— A teraz twierdzisz, że razem staliśmy na pogrzebie mnie?

— Tak.

Ruben roześmiał się. Tym razem śmiech trwał dłużej, aż przeszedł w coś bliskiego kaszlowi.

— Świetnie.

— Nie jest świetnie.

— Nie, właśnie jest świetnie. To nawet lepsze niż las w windzie. Zaraz się okaże, że jestem własnym ojcem i wszystko zamyka się w eleganckiej pętli.

— Nie żartuj.

— Co mam robić?

— Przyjadę.

— Nie.

— Ruben.

— Najpierw pojadę do matki.

— To jedźmy razem.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo jeśli ona zobaczy ciebie i zacznie krzyczeć, że byłeś na moim pogrzebie, nie wytrzymam.

Milo chciał coś powiedzieć, ale Ruben się rozłączył.

Do matki nie pojechał. Nie od razu.

To była rzecz, którą później wielokrotnie sobie wyrzucał, choć nie potrafił powiedzieć, czy cokolwiek by zmieniła. Zamiast tego wrócił do domu, przebrał się i około dziewiątej wyszedł do pracy. Ta decyzja wydawała się absurdalna, ale właśnie dlatego była pociągająca. Chciał przez kilka godzin funkcjonować jak człowiek mający zwykłe obowiązki. Odpowiadać na maile. Robić zestawienia. Rozmawiać o czymś nieistotnym. Jeść lunch przy automacie z kawą. Udawać, że życie nadal składa się z rzeczy, które można wpisać do kalendarza.

Pracował w niewielkiej agencji zajmującej się organizacją eventów, przestrzeniami reklamowymi i wszystkim, co pod odpowiednio mętną nazwą można było sprzedać firmom jako „doświadczenie marki”. Biuro mieściło się w odnowionej fabryce, gdzie surowe cegły pozostawiono celowo, kable biegły po suficie, a pracownicy siedzieli przy długich stołach udających wspólnotę, choć wszyscy mieli słuchawki. Ruben zajmował się produkcją wizualną, researchami i poprawianiem cudzych pomysłów w taki sposób, by po prezentacji wyglądały na pomysły osoby, która je zgłosiła. Zwykle mu to nie przeszkadzało. Tego dnia każde słowo na ekranie wydawało mu się pozbawione sensu. Przygotowywał ofertę dla producenta napojów energetycznych, który chciał zawłaszczyć język nocnego miasta bez stygmatyzacji miejskiego zmęczenia. Ruben przeczytał to zdanie pięć razy i poczuł, że zaczyna mu się podobać, bo było dostatecznie szalone, by pasować do jego rzeczywistości.

— Ty żyjesz?

Klara pojawiła się przy jego biurku z kubkiem kawy.

— Podobno.

— W sobotę napisałeś, że nie idziesz na imprezę.

— Pamiętam.

— A potem jednak byłeś.

Ruben podniósł głowę.

— Skąd wiesz?

— Nina cię widziała.

— Gdzie?

— W Edenie.

Serce mu przyspieszyło.

— O której?

— Nie wiem. Późno.

— Z kim?

Klara uśmiechnęła się.

— Oho.

— Pytam serio.

— Z jakimś facetem.

— Jak wyglądał?

— Ruben, nie byłam tam.

— Zadzwoń do Niny.

— Teraz?

— Tak.

— Po co?

— Proszę.

Klara przyjrzała mu się uważniej.

— Co jest?

— Nic.

— Wyglądasz jak człowiek, który właśnie odkrył, że ma drugą rodzinę.

— Zadzwoń.

Klara wyjęła telefon. Po chwili rozmawiała z Niną, początkowo zdawkowo wypytując o pierdoły, potem coraz poważniej. Ruben obserwował jej twarz.

— Mówi, że byłeś z blondynem — powiedziała w końcu. — Starszym od ciebie. Może czterdzieści. Elegancki. Biała koszula.

— Blizna?

Klara przekazała pytanie.

— Nie wie.

— Co robiliśmy?

— Rozmawialiście.

— Tylko?

Klara znów zapytała.

— Podobno się kłóciliście.

— O co?

Nina po drugiej stronie powiedziała coś dłuższego. Klara przestała się uśmiechać.

— Co?

— Nic.

— Nie róbcie mi tego dzisiaj.

— Nina mówi, że ty nie chciałeś iść.

— Dokąd?

— Do hotelu.

Ruben poczuł zimno w brzuchu.

— Jakiego hotelu?

Klara ponownie słuchała.

— Nie wie. Usłyszała tylko fragment. Ten facet powiedział coś o pokoju.

Ruben już wiedział.

— Numer?

Klara spojrzała na niego.

— Dwieście siedemnaście.

Ruben wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o stół. Kilka osób odwróciło głowy.

— Ruben?

— Muszę wyjść.

— Co się dzieje?

— Napisz Ninie, żeby do mnie zadzwoniła.

— Teraz?

— Tak.

— Ale…

— I nie mów nikomu o tym.

— O czym?

— Właśnie o tym.

Wziął kurtkę i wyszedł.

Nina nie zadzwoniła.

Ruben próbował sam, ale numer był zajęty, a potem przestał odpowiadać. O jedenastej czterdzieści napisała wiadomość: Oddzwonię później. Dziwne to było. Ruben odpowiedział: Co było dziwne? Wiadomość została odczytana. Brak odpowiedzi.

O dwunastej trzydzieści pojechał pod budynek przy numerze 31. Nie wiedział po co. Może chciał zobaczyć korytarz jeszcze raz. Może sprawdzić, czy ściana nadal stoi. Może udowodnić sobie, że 217 rzeczywiście nie istnieje. Tym razem drzwi wejściowe były zamknięte. Ruben zadzwonił do przypadkowego mieszkania i powiedział, że jest kurierem. Starszy głos w domofonie burknął coś niezrozumiale i drzwi się otworzyły. Wszedł.

Hol był dokładnie taki, jak pamiętał. Żadnego lasu. Winda również zwyczajna. Na czwartym piętrze wysiadł i przez chwilę stał bez ruchu.

— 214, 215, 216…

Ściana.

— 218.

Podszedł do ściany. Rysa nadal tam była. Cienka, pionowa. Przyłożył ucho. Nic. Potem usłyszał bardzo cichy dźwięk. Nie oddech. Muzykę. Dziecięcą melodię z telefonu. Ruben odsunął się. Muzyka ustała. Ponownie przyłożył ucho.

Cisza.

— Jest tam ktoś?

Nie spodziewał się odpowiedzi. Dlatego kiedy usłyszał:

— Tak.

cofnął się tak gwałtownie, że uderzył plecami w drzwi 216.

Klamka opadła. Drzwi otworzyły się. Za nimi stała starsza kobieta. Miała na sobie jasnofioletowy szlafrok, mimo że był środek dnia, a siwe włosy trzymały się jej głowy w kształcie przypominającym rozdeptaną watę cukrową. Przez chwilę patrzyli na siebie.

— Pan — powiedziała.

— Przepraszam.

— Pan tu był.

Ruben zamarł.

— Kiedy?

— W nocy.

— Widziała mnie pani?

— Nie.

— Ale powiedziała pani…

— Słyszałam.

— Co?

Kobieta odsunęła drzwi szerzej.

— Śpiewaliście.

— Kto?

— Dzieci.

Ruben poczuł mrowienie na karku.

— Jakie dzieci?

— Te, które zawsze przychodzą, kiedy pokój jest otwarty.

— Jaki pokój?

Kobieta spojrzała na ścianę.

— Niech pan nie udaje.

— Nie rozumiem.

— Pan był jednym z nich.

Ruben patrzył.

— Kim?

Starsza kobieta zmarszczyła brwi, jakby próbowała dopasować jego twarz do czegoś odległego.

— Tylko wtedy miał pan krótsze nogi.

— Co?

— I tę zieloną kurtkę.

Ruben poczuł, że przestaje oddychać.

— Skąd pani wie o kurtce?

— Bo dzieci zawsze wracają w tym samym ubraniu.

— Jakie dzieci?

— Niech pan nie krzyczy.

— Nie krzyczę.

— Jeszcze.

Kobieta zrobiła krok do tyłu.

— Pani mieszka tutaj długo?

— Czterdzieści trzy lata.

— Co było między 216 a 218?

Jej twarz nagle stała się całkiem nieruchoma.

— Nic.

— Był tam pokój?

— Nie.

— Mieszkanie?

— Nie.

— 217?

Kobieta zamknęła oczy.

— Proszę iść.

— Czy istniało 217?

— Proszę iść.

— Pani mnie zna?

— Nie.

— Ale mówi pani o zielonej kurtce.

— Proszę iść.

— Kim były dzieci?

Kobieta spojrzała mu prosto w oczy.

— Martwe.

Potem zatrzasnęła drzwi.

Ruben wybiegł z budynku i dopiero na zewnątrz zauważył wiadomość od Vossa. Proszę natychmiast się ze mną skontaktować.

Zadzwonił. Voss odebrał po pierwszym sygnale.

— Gdzie pan jest?

— Dlaczego?

— Proszę odpowiedzieć.

— Na ulicy.

— Jakiej?

— Co się stało?

— Czy zna pan Ninę Berg?

Ruben poczuł, jak wszystko w nim zamiera.

— Tak.

— Skąd?

— Koleżanka koleżanki.

— Był pan z nią ostatnio w kontakcie?

— Dzisiaj pisałem.

— O czym?

— Widziała mnie w Edenie.

— Kiedy?

— W piątek.

— Panie Ruben, gdzie pan teraz jest?

— Przy numerze 31.

Po drugiej stronie cisza.

— Proszę tam zostać.

— Dlaczego?

— Jedziemy po pana.

— Co się stało z Niną?

Voss nie odpowiedział.

— Co się stało?

— Znaleziono ciało.

Ruben oparł się o ścianę budynku.

— Gdzie?

— W parku.

— Żyje?

Voss milczał.

— Voss.

— Nie.

Ruben zamknął oczy. Przez chwilę słyszał tylko ruch uliczny.

— Jak zginęła?

— Tego nie będziemy omawiać przez telefon.

— To dlatego chcecie mnie zabrać?

— Między innymi.

— Między innymi?

— Na jej ciele znaleziono napis.

Ruben nie chciał pytać. Wiedział. Mimo to zapytał.

— Jaki?

Voss odpowiedział dopiero po kilku sekundach.

— Gay Power.

Park był zamknięty taśmą policyjną, kiedy Ruben zobaczył go z tylnego siedzenia samochodu. Nie pozwolono mu wysiąść. Voss siedział z przodu i rozmawiał przez telefon. Ruben patrzył przez szybę na drzewa. To był niewielki park między dzielnicą biurową a rzeką, miejsce, przez które setki ludzi codziennie skracały sobie drogę. Znał go. Właściwie znał konkretną alejkę, przy której teraz stały radiowozy. Widywał ją wiele razy. Tylko że dziś coś wyglądało inaczej.

Drzewa. Układ drzew. Ławka. Latarnia.

Ruben poczuł, że skóra na ramionach pokrywa mu się gęsią skórką. Śnił o tym miejscu. Nie wczoraj. Nie kilka dni temu. Dawno. Być może jako dziecko. We śnie park był zalany wodą do wysokości kolan. Na ławce siedział mężczyzna z wanny i palił papierosa. Obok stała dziewczynka w czerwonych butach. Ruben patrzył na nich zza drzewa. Mężczyzna mówił:

— Nie podchodź, dopóki nie skończy.

— Czego?

— Umierać.

Ruben nie pamiętał tego snu jeszcze minutę wcześniej. Teraz pamiętał wszystko. Voss odwrócił się do niego.

— Co?

— Nic.

— Znowu to słowo.

Ruben spojrzał na niego.

— Gdzie ją znaleziono?

— Przy stawie.

— Nie.

— Co „nie”?

— Przy ławce.

Voss znieruchomiał.

— Skąd pan wie?

Ruben patrzył przez szybę.

— Nie wiem.

— Nie opublikowaliśmy miejsca.

— Powiedział pan park.

— Park ma ponad sześć hektarów.

Ruben zamknął oczy.

— Śniłem to.

Voss nie odezwał się.

— Kiedy byłem dzieckiem.

— Co dokładnie?

— Mężczyzna siedział na ławce. Dziewczynka miała czerwone buty.

Voss odwrócił wzrok.

— Co?

— Nic.

— Voss.

— Proszę nie pytać.

— Dlaczego?

— Bo nie chce pan znać odpowiedzi.

— Już dawno minęliśmy etap, na którym cokolwiek zależy od tego, czego chcę.

Voss przycisnął palce do ust.

— Nina Berg miała czerwone buty.

Ruben poczuł mdłości.

— Nie.

— Tak.

— To przypadek.

— Być może.

— Jaki napis?

— Powiedziałem.

— Czym?

— Szminką.

Ruben spojrzał na niego.

— Czerwoną?

— Tak.

— Na brzuchu?

Voss pobladł.

— Skąd pan wie?

Ruben nie odpowiedział. Nie pamiętał, skąd wie. Po prostu wiedział.

Na komisariacie przesłuchanie trwało trzy godziny.

Tym razem w pokoju był również drugi policjant, kobieta o nazwisku Lenz, która robiła notatki i patrzyła na Rubena tak, jak ludzie patrzą na zwierzę mogące nagle ugryźć. Pytali o Ninę, Eden, piątkową noc, telefon, zdjęcia, Milo. Ruben odpowiadał prawie szczerze. Powiedział o fotografii. Powiedział o numerze 217. Powiedział o matce. Nie powiedział o starszej kobiecie z mieszkania 216. Nie wiedział dlaczego. Być może chciał mieć choć jeden fragment historii, który należał tylko do niego.

W końcu Voss poprosił Lenz, żeby wyszła. Kiedy zostali sami, zamknął drzwi.

— Pokaże mi pan telefon.

Nie było to pytanie. Ruben wyjął urządzenie. Voss założył rękawiczki.

— Kod?

— Nie ma.

Otworzył galerię. Jedno zdjęcie. Fotografia z 2004 roku. Voss patrzył długo. Zbyt długo.

— Zna go pan — powiedział Ruben.

— Nie.

— Kłamie pan.

— Nie.

— Kim on jest?

— Nie wiem.

— Był pan w Edenie.

Voss podniósł wzrok.

— Skąd ten pomysł?

— Znalazłem artykuł.

— Jaki?

— Zniknął.

— Bardzo wygodne.

— Milo pamięta pana z mojego pogrzebu.

Voss zamarł. Ruben obserwował każdy ruch jego twarzy.

— Co pan powiedział?

— Że Milo pamięta pana z mojego pogrzebu.

— Pan nie miał pogrzebu.

— Wiem.

— Więc?

— To samo próbuję ustalić.

Voss odłożył telefon.

— Kim jest Milo?

— Byłym chłopakiem.

— Ile ma lat?

— Tyle co ja.

— Znał pana jako dziecko?

— Nie.

— A twierdzi, że był na pana pogrzebie.

— Tak.

— I pan uważa to za wiarygodne?

— Uważam, że dziś rano nie było to nawet w pierwszej piątce najdziwniejszych rzeczy.

Voss wstał i podszedł do okna.

— Panie Ruben.

— Tak?

— Muszę pana o coś zapytać.

— Proszę.

— Czy jako dziecko leczył się pan psychiatrycznie?

Ruben poczuł napięcie.

— Nie wiem.

Voss odwrócił się.

— Jak można nie wiedzieć?

— Matka coś ukrywa.

— Leczenie? Terapia? Hospitalizacja?

— Powiedziała, że przez rok nie mówiłem.

Voss powoli usiadł.

— Po czym?

— Nie chce powiedzieć.

— A Eden?

— Zna.

Voss przetarł twarz.

— Co?

— Pan też zna.

— Nie.

— Widzę.

— Co pan widzi?

— Że za każdym razem, gdy mówię Eden, przestaje pan oddychać normalnie.

Voss patrzył na niego.

— Chce pan wiedzieć, co jest naprawdę niepokojące?

— Od dwóch dni kolekcjonuję takie rzeczy.

— Nazwa Eden nie pojawia się w żadnym oficjalnym raporcie dotyczącym tego budynku.

— Więc?

— A jednak trzy osoby w ciągu dwudziestu lat użyły jej w zeznaniach.

— Jakie osoby?

— Nie mogę powiedzieć.

— Żyją?

Voss nie odpowiedział.

— Czy któraś mówiła o różowej wodzie?

Cisza.

— Voss.

— Tak.

Ruben poczuł, że świat lekko odpływa.

— I o 217?

— Tak.

— I o dzieciach?

Voss spojrzał mu w oczy.

— Tak.

— Ilu?

Voss otworzył usta.

W tej samej chwili znaleziony telefon zawibrował na stole. Obaj spojrzeli. Nowa wiadomość. Bez nadawcy. Voss przeczytał razem z Rubenem.

Pierwsza

Po sekundzie pojawiła się druga: Zostało 13.

Voss sięgnął po telefon. Ekran zmienił się na różowy. Na środku pojawiło się zdjęcie Niny. Żywej. Stała w parku i uśmiechała się do obiektywu. Miała czerwone buty. W tle, za jej prawym ramieniem, stał Ruben. Zdjęcie miało datę z następnego dnia.

Voss upuścił telefon. Ruben patrzył na ekran leżący na stole.

— Jutro — powiedział.

— Co?

— Data.

Voss spojrzał. Była jutrzejsza. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Potem telefon zawibrował ponownie. Trzecia wiadomość.

Nie miała być pierwsza.

I czwarta: Ty miałeś być pierwszy.

Właściwy hotel

Voss nie pozwolił Rubenowi dotknąć telefonu przez następne dwadzieścia trzy minuty, choć urządzenie leżało na stole ekranem do góry, świecąc różowym światłem tak intensywnie, że cała sala przesłuchań zaczęła wyglądać jak wnętrze akwarium dla tropikalnych ryb albo tani gabinet erotyczny wynajęty na godzinę. Żaden z nich nie mówił. Po czwartej wiadomości ekran zastygł, ale fotografia Niny nie zniknęła. Uśmiechała się z niej z lekko przechyloną głową, w czerwonych butach, z dłonią wsuniętą do kieszeni płaszcza, jakby nie miała pojęcia, że kilka metrów dalej, poza kadrem, być może leży już jej własne ciało. Data nadal wskazywała następny dzień.

Najgorsze było jednak to, czego Ruben początkowo nie zauważył: w kałuży za Niną odbijała się zupełnie inna scena niż ta nad nią. W wodzie nie było drzew ani trawnika. Było wnętrze hotelowego korytarza. Bordowa wykładzina, zielone ściany, numer 216, potem pusty fragment, a dalej 218. I mała, bardzo jasna postać stojąca przed ścianą. Ruben przybliżyłby zdjęcie, gdyby Voss mu pozwolił, ale policjant tylko patrzył na ekran, jakby urządzenie mogło eksplodować albo zacząć przemawiać głosem jego zmarłej matki. W pewnym momencie wstał, wyszedł bez słowa i wrócił z przezroczystym workiem dowodowym. Wsunął do niego telefon, zamknął, okleił i zapisał datę. Ruben obserwował, jak czynność urzędowa, banalna i proceduralna, próbuje podporządkować sobie coś, co najwyraźniej nie uznawało ani prawa, ani chronologii, ani podstawowych zasad fotografii. To było niemal komiczne. Wielka maszyna państwa przeciwko różowemu ekranowi.

— Co teraz? — zapytał Ruben.

Voss nie odpowiedział od razu.

— Teraz pojedzie pan do domu.

— Nie.

— To nie jest propozycja.

— A ja nie jestem zatrzymany.

— Jeszcze.

— Więc zostanę.

— Panie Ruben, właśnie dostał pan wiadomość sugerującą, że ktoś planuje pana zabić.

— A pan dostał fotografię z jutra.

— Tym bardziej.

— Chcę wiedzieć, co pan wie o Edenie.

Voss wsunął worek z telefonem do metalowej kasetki.

— Nie dzisiaj.

— Czyli coś pan wie.

— Wiem tylko, że od dwóch dni podejmuje pan bardzo dużo decyzji, które mogą skończyć się źle.

— To nie brzmi jak odpowiedź.

— Nie miało.

Ruben oparł dłonie na stole.

— Kto był pierwszy?

Voss podniósł wzrok.

— Co?

— Wiadomość. „Pierwsza”. „Zostało trzynaście”. Jeśli Nina była pierwsza…

— Nie wiem.

— … z czternastu.

— Być może.

— Ja jestem jedym z czternastu.

— Nie mamy podstaw…

— Na moim czole ktoś napisał 1/14.

Voss znieruchomiał. Ruben od razu zauważył, że tym razem nie chodziło o zaskoczenie. To było rozpoznanie.

— Nie powiedziałem panu o tym wcześniej.

— Widzę.

— A jednak pan wie.

— Nie.

— Właśnie pan zrobił tę twarz.

— Jaką?

— Tę, którą pan robi, kiedy mówię coś, czego pan nie powinien rozumieć.

— To wyjątkowo precyzyjna obserwacja.

— Co oznacza 1/14?

Voss patrzył na niego długo, a potem, ku zaskoczeniu Rubena, uśmiechnął się. Nie był to uśmiech przyjazny ani ironiczny. Bardziej przypominał grymas człowieka, który po wielu latach usłyszał melodię z dzieciństwa.

— Nie wiem — powiedział.

— Kłamie pan.

— Tak.

Ruben aż odsunął się od stołu.

— Co?

— Powiedziałem, że kłamię.

— Dlaczego?

— Bo jeśli powiem panu to, co wiem, zacznie pan szukać.

— Już szukam.

— Wiem.

— Więc nie ma różnicy.

Voss wyjął z kieszeni okulary, położył je na stole i przez chwilę pocierał nos.

— Różnica polega na tym, że teraz szuka pan po omacku. To czasem bezpieczniejsze.

— Dla kogo?

— Dla wszystkich.

Ruben roześmiał się.

— To brzmi absurdalnie.

— Powinien pan zacząć przyzwyczajać się do tego słowa.

— Za późno.

Voss spojrzał mu prosto w oczy.

— Jeśli zobaczy pan hotel, nie wchodzić.

Ruben przestał się uśmiechać.

— Jaki hotel?

— Każdy.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

— Eden?

Voss wstał.

— Proszę iść do domu.

— Co jest w hotelu?

— Nie wiem.

— Był pan tam?

— Nie.

— Kłamie pan znowu?

— Tak.

Ruben patrzył.

— I nadal pan nic nie powie?

— Nie.

— To po co w ogóle pan mówi?

Voss podszedł do drzwi.

— Bo czasem człowiek może uratować drugiego człowieka tylko jednym zdaniem, nawet jeśli ten drugi uważa je za idiotyczne.

— „Nie wchodź do hotelu”?

— Tak.

— A jeśli już byłem?

Voss zatrzymał się.

— To niech pan spróbuje sobie przypomnieć, jak z niego wyszedł.

Ruben wyszedł z komisariatu po osiemnastej. Powietrze było ciepłe, chociaż dzień wcześniej padało, i przez chwilę miał wrażenie, że pora roku zmieniła się w czasie przesłuchania. Na parkingu stały mokre samochody, ale chodnik był suchy. Niebo miało kolor jasnej brzoskwini, niemal zbyt miękki jak na wieczór po znalezieniu martwej kobiety. Ruben ruszył pieszo. Nie chciał autobusu, metra ani windy. Windy szczególnie. Potrzebował poziomu ulicy, asfaltu, świateł, ludzi, hałasu. Przez dwadzieścia minut szedł bez celu, aż dotarł do dzielnicy, której prawie nie znał. Były tam małe sklepy z używaną odzieżą, zakład naprawy zegarków, kwiaciarnia, sklep erotyczny i piekarnia, w której przez szybę widać było kobietę układającą różowe pączki na tacach.

Kolor różowy zaczynał go prześladować w sposób niemal obraźliwy. Różowe parasole. Różowy plecak dziecka. Różowy neon. Różowy papier wokół bukietu. Przez moment pomyślał, że może ten kolor zawsze był wszędzie, tylko wcześniej go nie zauważał, a teraz umysł robi dokładnie to, co robi po kupieniu czerwonego samochodu: zaczyna widzieć czerwone samochody na każdej ulicy. To byłoby pocieszające. Neurologia zamiast metafizyki.

Potem zobaczył znak. HOTEL ORPHEUS.

Ruben zatrzymał się.

Budynek stał po drugiej stronie ulicy. Wąski, sześciopiętrowy, z jasną fasadą i złotym napisem nad wejściem. Nie był stary. Nie wyglądał jak Eden. Nie miał zielonych ścian ani bordowej wykładziny. Zwyczajny hotel biznesowy, taki, w którym konferencje o optymalizacji procesów odbywają się piętro nad parami zdradzającymi małżonków.

Przypomniał sobie słowa Vossa: Jeśli zobaczy pan hotel, nie wchodzić.

— Idiota — powiedział Ruben.

Nie wiedział, czy mówi o Vossie, czy o sobie. Ruszył dalej. Po dziesięciu krokach zatrzymał się. Odwrócił. W jednym z okien na trzecim piętrze stał mały chłopiec w zielonej kurtce. Ruben poczuł, że serce zaczyna mu walić. Chłopiec poruszył ręką. Nie machał. Wskazywał w dół. Na wejście.

— Nie.

Ruben zrobił krok do tyłu. Chłopiec przyłożył dłoń do szyby. Potem drugą. Za nim w pokoju zapaliło się różowe światło. Ruben odwrócił się i odszedł. Szybko. Po dwudziestu metrach usłyszał dzwonek recepcji. Nie powinien go słyszeć z ulicy. A jednak słyszał. Jeden metaliczny dźwięk. Potem drugi. Potem trzeci.

Ruben przyspieszył. W kieszeni zawibrował jego własny telefon. Wiadomość od nieznanego numeru.

Nie ten hotel.

Pod spodem po chwili: Jeszcze nie.

Tej nocy zasnął o dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem. Wiedział to, ponieważ obudził się pięć minut później i spojrzał na zegarek. Tylko że w tych pięciu minutach przeżył sześć godzin. Stał na plaży. Nie wiedział, gdzie jest. Nie było księżyca, gwiazd ani miasta. Morze było czarne i absolutnie nieruchome, jakby wykonane z plastiku. Piasek pod stopami był biały, bardzo drobny, a kiedy Ruben nabrał go do dłoni, zobaczył, że nie jest piaskiem.

Był cukrem. Spróbował. Słodki.

— Nie jedz tego — powiedział ktoś za nim.

Odwrócił się. Milo stał kilka metrów dalej, ubrany w biały garnitur i czerwone buty Niny.

— Co ty tu robisz?

— Nie wiem.

— Śnię?

Milo wzruszył ramionami.

— To zależy, którego zapytasz.

— Którego?

Milo wskazał morze. Na horyzoncie pojawiło się światło. Najpierw małe, potem coraz większe. Budynek płynął po wodzie. Hotel. Ogromny, biały, z setkami okien. Nie dryfował. Sunął w stronę brzegu bez fal, bez dźwięku, bez śladu ruchu na wodzie. Na dachu pulsował różowy neon: Eden.

Ruben cofnął się.

— Nie.

— Co?

— Voss powiedział, żeby nie wchodzić.

Milo roześmiał się.

— Voss zawsze tak mówi.

— Skąd wiesz?

Milo spojrzał na niego.

— Bo już tam jesteśmy.

Ruben odwrócił się. Plaży nie było. Stali w hotelowym lobby. Podłoga była pokryta grubą białą wykładziną przypominającą futro. Z sufitu zwisały setki małych szklanych kul, każda wypełniona różowym płynem. Recepcja była pusta. Na blacie stał złoty dzwonek i wazon z martwymi kwiatami.

Za kontuarem wisiała tablica z kluczami. 214, 215, 216. Puste miejsce.

— 218.

Ruben spojrzał na Milo.

— Gdzie 217?

— Nie pytaj.

— Dlaczego?

— Bo jak pytasz, pojawia się.

Na ścianie obok recepcji coś zatrzeszczało. Farba pękła pionowo. Powoli, niemal elegancko, ze ściany wysunęła się mosiężna tabliczka. 217.

— Widzisz? — powiedział Milo. — Zawsze musisz wszystko wywołać.

Z korytarza dobiegł dziecięcy śmiech. Ruben ruszył w tamtą stronę. Milo chwycił go za rękę.

— Nie.

— Muszę.

— Nie.

— Puść.

— Ruben, nie musisz rozumieć wszystkiego.

— Ty byś tak powiedział?

Milo uśmiechnął się dziwnie.

— Ja nie jestem Milo.

Ruben wyrwał rękę. Twarz Milo zaczęła się zmieniać. Nie gwałtownie. Powoli. Skóra rozjaśniała się, włosy robiły się blond, nos wydłużał, pod lewym okiem pojawiła się cienka blizna. Mężczyzna z wanny poprawił biały garnitur.

— Znów mnie pomyliłeś.

— Kim jesteś?

— To zależy, z którego pokoju patrzysz.

— Powiedz normalnie.

— Nie ma normalnie.

— Dlaczego byłem z tobą na zdjęciu?

Mężczyzna spojrzał na niego niemal czule.

— Bo mnie wymyśliłeś.

— To nie jest odpowiedź.

— To jedyna.

— Moja matka cię znała.

— Twoja matka zna wiele rzeczy, których nie pamięta.

— Voss też cię zna.

— Voss pamięta za dużo.

— Nina?

Mężczyzna uśmiechnął się smutno.

— Nina nie powinna była umrzeć.

— Kto ją zabił?

— Nie ten, kto miał.

— Co to znaczy?

— Błąd w kolejności.

Ruben poczuł złość.

— Czy ja ją zabiłem?

Mężczyzna podszedł bliżej.

— Chcesz?

— Co?

— Chcesz ją zabić?

— Nie!

— To dlaczego o tym pomyślałeś?

— Bo…

— Myśli są bardzo niebezpieczne, kiedy kilka osób śni to samo.

Ruben cofnął się.

— Kilka osób?

— Czternaście.

— Kim są?

Mężczyzna spojrzał na korytarz.

— Śpią.

— Gdzie?

— Tutaj.

Ruszył. Ruben poszedł za nim. Korytarz był długi i nienaturalnie cichy. Pod stopami wykładzina uginała się jak świeży śnieg. Drzwi po obu stronach miały złote numery. Niektóre były uchylone.

W pierwszym pokoju Ruben zobaczył starszą kobietę z mieszkania 216. Spała w dziecięcym łóżku, ubrana w fioletowy szlafrok. Nad nią wisiało trzynaście zegarów. Każdy pokazywał inną godzinę.

W drugim spała jego matka. Jej włosy były długie i czarne, jak na zdjęciach sprzed trzydziestu lat. Trzymała w ramionach pustą pieluchę.

W trzecim leżał Voss. Miał otwarte oczy. Ruben zatrzymał się.

— On nie śpi.

— Niektórzy nauczyli się patrzeć.

Voss odwrócił głowę. Spojrzał na Rubena i powiedział:

— Obudź się.

Ruben drgnął.

— Słyszałeś? — zapytał mężczyzna.

— Tak.

— Nie powinieneś.

Voss usiadł na łóżku.

— Ruben, obudź się.

— Voss?

— Nie idź dalej.

Mężczyzna z blizną roześmiał się.

— Jak to policjant!

Voss wstał.

— Nie otwieraj 217.

— Dlaczego?

— Bo tam nie ma niczego, co jest twoje.

Mężczyzna pokręcił głową.

— Kłamie.

— Wiem — powiedział Ruben.

Voss spojrzał na niego.

— Tym razem nie.

Światło w korytarzu zamigotało. Drzwi wszystkich pokoi otworzyły się jednocześnie. W każdym łóżku siedziało dziecko. Czternaścioro. Wszystkie miały rude włosy. Ruben zrobił krok do tyłu.

— Nie.

Dzieci odwróciły głowy w jego stronę w tym samym momencie. Jedno powiedziało:

— Jeden.

Drugie:

— Dwa.

Trzecie:

— Trzy.

Zaczęły liczyć.

— Cztery.

— Pięć.

— Sześć.

Ruben cofał się.

— Siedem.

— Osiem.

— Dziewięć.

Voss krzyknął:

— Obudź się!

— Dziesięć.

— Jedenaście.

— Dwanaście.

— Trzynaście.

Ostatnie dziecko nie powiedziało nic. Siedziało na końcu korytarza. Było odwrócone plecami. Mężczyzna z blizną wyszeptał:

— Ono nie umie liczyć.

Dziecko odwróciło głowę. Nie miało twarzy. Zamiast niej miało małe drzwiczki z numerem 217.

Drzwiczki otworzyły się. W środku była wanna. Różowa woda. Nina leżała pod powierzchnią. Otworzyła oczy.

— Czternaście — powiedziała.

Hotel zadrżał. Ruben obudził się z krzykiem. Była trzecia czterdzieści jeden. Leżał na podłodze w korytarzu. Nie wiedział, jak się tam znalazł. Miał na sobie piżamę, ale stopy były mokre. Podniósł nogę. Na podeszwie przykleiły się białe kryształki. Cukier.

Ruben usiadł. Przez kilka sekund patrzył na własne stopy. Potem poczuł zapach. Wanilia. Mokry dywan. I coś słonego. Morze. Drzwi do mieszkania były otwarte. Korytarz na klatce schodowej tonął w różowym świetle.

Ruben wstał. Powinien był zamknąć drzwi. Zamiast tego wyszedł. Światło pochodziło z końca korytarza. Tam, gdzie zwykle znajdowała się ściana przeciwpożarowa, stały hotelowe drzwi. Białe. Z mosiężną klamką. Na nich numer: 217.

Ruben podszedł. Każdy krok wydawał się zbyt głośny. Zza drzwi dochodziła muzyka. Dziecięca melodia. Ta sama co z telefonu. Ruben położył dłoń na klamce. Przypomniał sobie Vossa.

Nie wchodzić.

Przypomniał sobie mężczyznę. Bo nadal w nim jesteś.

Nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się. Za nimi nie było pokoju. Było studio fotograficzne. Białe tło. Lampy. Statyw. Na środku stało krzesło. Na krześle siedział Ruben. Drugi Ruben. Nagi. Pokryty różowym brokatem. Na klatce piersiowej miał napis: GAY POWER.

Drugi Ruben podniósł głowę. Jego twarz była starsza o może trzydzieści lat.

— Wreszcie — powiedział.

Ruben nie potrafił się poruszyć.

— Kim jesteś?

Starszy Ruben uśmiechnął się.

— Tobą, kiedy już przestaniesz udawać, że chcesz stąd wyjść.

— To sen.

— Oczywiście.

— Obudzę się.

— Robisz to od dwudziestu lat.

— Nie rozumiem.

— To też robisz od dwudziestu lat.

Za jego plecami błysnęła lampa. Fotograf zrobił zdjęcie. Ruben odwrócił się. Za aparatem stała Nina. Martwa. Miała rozcięty brzuch, ale uśmiechała się.

— Jeszcze jedno — powiedziała.

Błysk.

— Nina…

— Nie ruszaj się.

Błysk.

— Kto cię zabił?

Nina opuściła aparat. Spojrzała na starszego Rubena. Potem na młodszego.

— Jeden z was.

— Który?

— Ten, który pamięta.

Światło zgasło. Ruben obudził się po raz drugi. Tym razem naprawdę. Leżał w łóżku. Była szósta zero trzy. Przez chwilę nie ruszał się. Potem zobaczył coś na szafce nocnej. Polaroid. Sięgnął. Fotografia przedstawiała białe studio. Krzesło. Starszego Rubena pokrytego brokatem. W rogu kadru stała Nina z aparatem. Na odwrocie ktoś napisał: Hotel Eden — sesja 14. Poniżej: Obiekt: Ruben. I jeszcze jedno zdanie: Projekcja ustabilizowana.

Ruben patrzył długo. Na samym dole widniała data.

17.08.2046.

Ludzie, którzy śnią Rubena

Ruben spędził następne dwie godziny na próbie ustalenia, czy fotografia z roku 2046 jest bardziej niepokojąca jako dowód na istnienie przyszłości, czy jako dowód na to, że nawet przyszłość ma fatalne wyczucie estetyki. Starsza wersja jego samego siedziała na krześle w białym studiu z miną człowieka, który albo właśnie poznał sens istnienia, albo dostał rachunek od stomatologa. Brokat pokrywał mu barki i brzuch z ostentacją tak przesadną, że Ruben nie mógł pozbyć się myśli, iż jeśli rzeczywiście miał dożyć pięćdziesiątki, ktoś powinien przynajmniej wcześniej ostrzec go przed tym, że apokalipsa będzie stylistycznie oparta na dekoracjach urodzinowych dla dziewięciolatków. To była myśl głupia, ale bardzo potrzebna. Przez ostatnie trzy dni wszystko, czego dotykał, zmieniało się w symbol, dowód albo halucynację; coraz bardziej brakowało mu prawa do uznania czegoś po prostu za brzydkie.

Wziął polaroid do kuchni, położył go obok filiżanki i obserwował, jak słońce przesuwa się po zdjęciu. Nic się nie zmieniało. Data nadal wyglądała na 17.08.2046. „Projekcja ustabilizowana” nadal brzmiało jak sformułowanie wymyślone przez człowieka, który nie potrafił nazwać niczego normalnie, bo uznał, że jeśli powie „nie wiemy, co się dzieje”, straci grant. Ruben odwrócił fotografię i przez chwilę analizował litery. Charakter pisma był techniczny, drobny, niemal bezosobowy. Znał takie pismo z recept, raportów i uwag nauczycieli, które próbowały udawać neutralność, choć najczęściej oznaczały: pańskie dziecko jest nieznośne. Zrobił kilkanaście zdjęć polaroidu własnym telefonem, a następnie, nauczywszy się czegoś z ostatnich dni, zapisał kopie w trzech miejscach i wysłał do Milo. Po dwóch minutach Milo odpisał: Wyglądasz okropnie na starość. Ruben roześmiał się pierwszy raz od dawna. Po chwili przyszła druga wiadomość: Nie żartuję. Ta broda cię postarza. Trzecia: I co to jest „projekcja ustabilizowana”? Ruben odpowiedział: Najwyraźniej mój nowy status związku.

O ósmej rano polaroid nadal istniał. Było to już niemal rozczarowujące. Ruben przyzwyczaił się do przedmiotów, które znikały, zmieniały treść, dzwoniły z własnym imieniem albo przedstawiały sceny niezaistniałe jeszcze w obowiązującej wersji czasu. Fotografia poprawna i zwyczajna zaczęła wydawać mu się podejrzana. Włożył ją do koperty, kopertę do pudełka po butach, pudełko do szafy, po czym natychmiast pomyślał, że jest dokładnie tym typem człowieka, który w filmie grozy chowa przeklęty przedmiot zamiast go spalić. Następnie uznał, że spalenie przyszłego zdjęcia samego siebie może z kolei uruchomić cały zestaw problemów paradoksalnych, których nie miał ochoty rozwiązywać przed śniadaniem. Zrobił więc to, co robią ludzie wobec metafizycznej katastrofy, kiedy nie mają przygotowania filozoficznego ani arsenalu religijnego: otworzył internet.

Najpierw wpisał Eden wspólny sen, potem hotel we śnie wiele osób, następnie kilka osób śni ten sam budynek, a po pół godzinie, coraz bardziej zirytowany sposobem działania wyszukiwarek, czy ludzie mogą śnić tę samą osobę, do cholery. Otrzymał artykuły o paraliżu sennym, świadomym śnieniu, pseudonaukowe blogi o telepatii, fora ezoteryczne, reklamy kołder obciążeniowych i jeden tekst sugerujący, że wspólne sny mogą być wynikiem „rezonansu dusz w fazie księżyca”, po którym Ruben zamknął stronę z poczuciem, że ludzkość czasem rzeczywiście zasługuje na wyginięcie, ale niekoniecznie w sposób, który wymaga hotelu stojącego na morzu. Wrócił do prostszych słów. Eden dream forum. Eden recurring dream. 217 dream. Green hallway dream. Kilka wyników było starych i martwych. Część prowadziła do nieaktywnych serwisów. W końcu trafił na forum z początku drugiej dekady wieku, którego grafika wyglądała tak, jakby internet próbował ukryć swój wiek grubą warstwą szarego tła i niebieskich linków. Nazwa brzmiała: SOMNIA COLLECTIVA. Ruben przewrócił oczami. Oczywiście. Gdyby forum nazywało się „Ludzie z dziwnymi snami”, świat byłby zbyt łaskawy.

Pierwszy wątek, który przyciągnął jego uwagę, miał tytuł: HOTEL NA WODZIE — KTOŚ JESZCZE? Założono go siedemnaście lat wcześniej. Autor o pseudonimie seablue1979 opisywał sen powracający od dzieciństwa: ogromny hotel stojący pośrodku czarnego morza, niemożliwy do osiągnięcia łodzią, a jednak zawsze znajdujący się kilka kroków od brzegu. W środku miękka biała wykładzina, zielone ściany, złote numery, zapach wanilii i coś „jak mokre futro”. Ruben poczuł mrowienie na karku. Przewinął niżej. Odpowiedzi było ponad dwieście. Większość banalna. Ludzie pisali o podobnych hotelach, wakacjach, serialach, archetypach. Jeden użytkownik sugerował, że hotel symbolizuje macicę, na co ktoś inny odpisał, że jeśli jego macica ma recepcję i minibar, to problem jest poważniejszy. Ruben czytał dalej. Po kilkunastu wpisach znalazł pierwszy szczegół, który zatrzymał jego palec na ekranie.

Czy w waszej wersji między 216 i 218 też nie ma drzwi?

Post pochodził od użytkownika K14. Ruben przeczytał go trzy razy. Niżej ktoś odpowiedział: U mnie są. Ale tylko jeśli pytam o 217.

Kolejny użytkownik: Nie pytaj.

Następny: Za późno.

Potem przez kilka stron rozmowa przeradzała się w klasyczny internetowy chaos, w którym połowa uczestników traktowała sprawę poważnie, druga połowa żartowała, a trzecią połowę, matematycznie niemożliwą, stanowili ludzie przekonani, że wszystko jest częścią eksperymentu wojskowego. Ruben przewijał szybciej. Pojawiały się opisy różowej wody. Dzieci. Brakujące pokoje. Głos liczący do czternastu. Kilka osób wspominało rudowłosego chłopca.

Ruben przestał oddychać. Wrócił. Wpis z 2012 roku, użytkownik milkglass:

Ten dzieciak jest zawsze mokry.

Ma rude włosy i zieloną kurtkę.

Nie wygląda na przerażonego, tylko na wkurzonego.

Jakby czekał, aż ktoś wreszcie zrozumie coś oczywistego.

Kolejny: U mnie jest starszy. Około 20.

Następny: U mnie 30+. Rudy. Jasne oczy. Piegi. Czasem ma napis na piersi.

Ruben poczuł suchość w gardle. Jaki napis?

Pytanie zadał ktoś w 2015 roku. Odpowiedź: Gay Power. Wiem, idiotyczne.

Pod spodem: Serio.

I jeszcze: Myślałem, że to jakiś queerowy Jezus.

Ruben parsknął śmiechem tak gwałtownie, że zakrztusił się kawą. Przez kilka sekund kaszlał, opierając dłonie o stół, a potem wrócił do ekranu. „Queerowy Jezus” był dokładnie tym rodzajem bluźnierczej banalizacji, której potrzebował. Jeśli miał stać się figurą religijną we wspólnym śnie obcych ludzi, liczył przynajmniej na lepszą garderobę.

Przeglądał wątek przez następne dwie godziny. Rudy chłopiec. Rudy mężczyzna. Zielona kurtka. Brokat. Różowa woda. Pokój 217. Hotel. Czternaście łóżek. I jedno zdanie powtarzające się w różnych latach, przez różnych użytkowników: On nie wie, że go śnimy.

Ruben zrobił zrzut ekranu. Następny wpis: Jeśli się dowie, hotel się otworzy. Kolejny: Nie otworzy. Przecież on już tam jest.

Ruben odsunął laptop.

— Fantastycznie.

Nie był pewien, do kogo mówi.

— Naprawdę fantastycznie.

Laptop odpowiedział dźwiękiem nowej wiadomości. Nie z forum. Mail. Adres nadawcy był pusty. Temat: Wiesz już. Treść: Teraz oni też wiedzą.

Ruben zamknął komputer.

— Pierdolcie się wszyscy.

Z łazienki dobiegło ciche:

— Dziękujemy.

Ruben znieruchomiał. Przez kilka sekund nie ruszał się.

— Nie — powiedział.

Cisza.

— Nie będę tam zaglądał.

Nic.

— Możecie sobie siedzieć.

Po chwili z łazienki:

— Siedzimy.

Ruben wstał.

— To jest bardzo słabe.

Odpowiedź:

— Wiemy.

Podszedł do drzwi.

— Milo?

— Nie.

— Voss?

— Nie.

— Kto?

Cisza. Ruben nacisnął klamkę. Łazienka była pusta. Lustro zaparowane. Niemożliwe, bo nikt nie brał prysznica. Na parze ktoś napisał palcem: Nie czytaj forum po 2016.

Ruben westchnął.

— Oczywiście, że teraz przeczytam.

Wrócił do laptopa.

W roku 2016 wątek zmienił charakter.

Najpierw pojawiły się wpisy użytkowników, którzy twierdzili, że widzieli rude dziecko w rzeczywistości. Jedna kobieta w tramwaju. Mężczyzna na lotnisku. Ktoś w galerii handlowej. Opisy były sprzeczne co do wieku, ubioru i miejsca, ale zawsze zgadzały się włosy, oczy i coś, co kilku użytkowników nazywało „nienaturalnym spokojem”. Ruben spojrzał na własne odbicie w czarnym fragmencie ekranu i pomyślał, że jeśli kiedykolwiek wyglądał na nienaturalnie spokojnego, musiało to być przez źle dobrane światło.

Potem wpisy stawały się bardziej nerwowe.

On zaczął patrzeć na nas.

Wcześniej zawsze przechodził obok. Teraz się zatrzymuje.

Wczoraj zapytał mnie, jak mam na imię.

Nie odpowiadajcie.

Za późno.

Mój sen się zmienił po tym, jak odpowiedziałem.

Ruben czytał dalej. Jedna z użytkowniczek, Liora, napisała: Od kiedy podałam mu imię, śnię rzeczy, które wydarzą się dzień później. Nie wszystko. Drobiazgi. Rozbita szklanka. Telefon od siostry. Wypadek rowerzysty. Dzisiaj śniła mi się śmierć.

Potem nie pisała przez trzy tygodnie. Kiedy wróciła, opublikowała tylko jedno zdanie: To nie była moja śmierć.

Pod spodem ktoś zapytał: Czyja?

Nie odpowiedziała. Jej profil był nieaktywny od dziesięciu lat. Ruben zapisał nazwę użytkownika.

Następny post należał do K14: Musimy się spotkać offline. To nie jest już bezpieczne tutaj. Niżej podano miasto i datę spotkania.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99