E-book
12.6
drukowana A5
39.68
Dziewczyna ze Wschodu

Bezpłatny fragment - Dziewczyna ze Wschodu


Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8455-611-5
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 39.68

Od autorki

Ta książka powstała najpierw po hiszpańsku, w języku, z którym żyję i pracuję od lat. Kiedy ją pisałam, nie planowałam tworzyć polskiej wersji. Wydawało mi się, że tak lepiej, wygodniej. Z czasem jednak pojawiło się zainteresowanie ze strony rodziny, przyjaciół i bliskich, a ja sama zaczęłam dojrzewać do myśli, że ta opowieść powinna wrócić do Polski.

Polskojęzyczna wersja nie jest przekładem dosłownym. W wielu miejscach pominęłam objaśnienia kulturowe i historyczne, które dla polskiego czytelnika są oczywiste, a które w hiszpańskiej wymagały rozwinięcia. W innych fragmentach dodałam elementy, które wzbogacają tę wersję, ale nie miałyby sensu w oryginale. Obie książki są blisko siebie, lecz nie są identyczne — każda została napisana z myślą o swoim czytelniku.

Do pracy nad niniejszą wersją skłoniły mnie również względy osobiste. Jedna

z bohaterek, mama Agaty, wyrasta z doświadczeń mojej własnej mamy. Ta książka jest kolejnym ukłonem w jej stronę.

Rozdział 1

Kiedy miałam trzynaście lat, ojciec poprosił mnie, żebym przetłumaczyła list. Nie był to żaden specjalny moment ani wyszukany gest: po prostu pojawił się w kuchni z kartką złożoną na cztery, jakby to był jakiś przepis albo lista zakupów. Odrabiałam pracę domową, z łokciami opartymi na stole i otwartym podręcznikiem od matematyki, kiedy położył kartkę obok mnie.

— Możesz przetłumaczyć to na ruski? — zapytał, jakby prosił, żebym podała mu sól. Powiedział to, nie patrząc na mnie, jakby bał się mojej reakcji albo jakby sam nie był pewien, co właściwie robi. Mój ojciec miał taki sposób mówienia: bezpośredni, suchy, bez ozdobników. Ale tym razem było w tym coś jeszcze. Jakaś powściągnięta pilność, nerwowość, której u niego nie znałam.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że drapie się po brodzie — gest, który robił, kiedy był niespokojny. Mimo to moją pierwszą reakcją był sprzeciw. — Co to jest? — zapytałam, marszcząc brwi. — Nic, list — odpowiedział, wzruszając ramionami.

Ale to nie było „nic”. Ojciec nigdy nie pisał listów. Nie pisał życzeń, notatek ani nic innego. To mnie zbiło z tropu i, szczerze mówiąc, wywołało we mnie dziwną mieszankę zażenowania i irytacji. Kiedy ma się trzynaście lat, każdy nietypowy gest rodziców wydaje się zagrożeniem dla normalności, którą próbujemy wokół siebie budować. — Do kogo? — zapytałam. — Do… — zaczął, ale przerwał, jakby szukał słów. — Do pewnych ludzi na Ukrainie.

Ukraina. Słowo brzęknęło w kuchni jak ciężki przedmiot. Dla mnie Ukraina była pojęciem abstrakcyjnym, nazwą pojawiającą się na szkolnych mapach jako część dawnego Związku Radzieckiego, ogromnego bloku ginącego gdzieś po prawej stronie, dalekiego terytorium, o którym nic nie wiedziałam. Nie miałam z tym krajem żadnego związku — ani z jego ludźmi, ani z jego językiem. — A dlaczego po rosyjsku? — zapytałam już zirytowana. — Bo tam… — znów zawahał się. — Bo tam to rozumieją.

Nic więcej nie wyjaśnił. Nic nie rozumiałam. Ani listu, ani tej nagłej potrzeby, ani tonu. A przede wszystkim nie rozumiałam, dlaczego prosił o to właśnie mnie.

Schowałam list do zeszytu od rosyjskiego i zapomniałam o nim. A raczej udawałam, że zapomniałam. W rzeczywistości było to dla mnie takie dziwne, że wolałam o tym nie myśleć.

Język rosyjski był przedmiotem, którego najbardziej nie lubiłam. Nie z powodu trudności — w gruncie rzeczy radziłam sobie całkiem dobrze — lecz z powodu tego, co reprezentował. Choć w wieku trzynastu lat nie umiałabym tego tak nazwać. To, co czułam, było bardziej mgliste: niewygoda, awersja, która skądś się brała, ale której nie potrafiłam wyjaśnić. Domyślałam się jej istnienia z komentarzy dorosłych w domu, z tonu, jakim ojciec wymawiał pewne słowa, z milczenia wokół niektórych tematów. I widziałam to w podręcznikach, gdzie każda lekcja, także rosyjskiego, miała w sobie tę samą powtarzaną na różne sposoby ideę: zjednoczony lud, wspólny wysiłek, wielkość państwa. Proza, która pachniała propagandą, nawet dla trzynastolatki, choć nie wiedziałam jeszcze dokładnie, dlaczego.

Do tego dochodziły apele. W poniedziałki rano, na dużej przerwie, ustawialiśmy się w rzędy na korytarzu albo na sali gimnastycznej. Wciągano flagę, śpiewano. Potem dyrektor czytał komunikaty tygodnia: kto się wyróżnił, kto opuścił lekcje, kto popełnił jakieś przewinienie. Nazwiska padały głośno. To była forma kontroli, która działała właśnie dlatego, że była zbiorowa: wszyscy słyszeli, wszyscy wiedzieli, wszyscy byli obecni

w tym rozliczeniu. Ten, kto się spóźnił, ten, kto nie miał mundurka, ten, kogo przyłapano na paleniu za salą gimnastyczną. Wszystko było odnotowane i odczytane publicznie.


Nie rozumiałam tego jako ideologii. Dla mnie było to tylko nudą i jakimś niejasnym dyskomfortem bycia wystawioną na coś, czego nie wybrałam. Ale co mnie dotykało. Komentarze dorosłych, ton rozmów o rosyjskim, różnica między tym, co mówiły podręczniki, a tym, co działo się w domu. Wszystko to tworzyło jakiś osad, którego nie analizowałam, ale który tam był.

Dlatego rosyjski mi ciążył. Nie jako język — język sam w sobie niczemu nie jest winien — lecz jako symbol czegoś, co nie było nasze, a co nam narzucono bez pytania.

Kilka dni później ojciec zapytał, jak idzie tłumaczenie. Nawet go nie zaczęłam. Jego naleganie mnie irytowało, więc tego popołudnia, już zła, zapytałam mamę: — Po co tata chce wysłać ten list? Po co mu ta Ukraina? Przecież nikogo tam nie zna!

Mama obierała ziemniaki w kuchni. Popołudniowe światło wpadało przez okno i oświetlało jej twarz. Zawsze miała w sobie jakiś spokój, jakby nic nie mogło wytrącić jej z równowagi. — Córciu, przetłumacz to i już. To cię nic nie kosztuje — powiedziała, nie przerywając obierania. — Jego też nie! — zaprotestowałam, choć wiedziałam, że to nieprawda.

Westchnęła, z tym cichym zmęczeniem, które mają tylko matki, bo przeżyły już zbyt wiele niepotrzebnych dyskusji. — Jego to kosztuje. Już sobie nie radzi, ani z rosyjskim, ani z książkami. Tobie pójdzie dużo łatwiej. A to dla niego ważne.

To ostatnie zdanie mnie rozbroiło. „To dla niego ważne.” Mój ojciec rzadko prosił o przysługi. Nie umiał prosić. Jeśli prosił, to rozkazem; jeśli dziękował, to milczeniem. To, że poprosił mnie o coś takiego, z tą niezdarną mieszanką potrzeby i wstydu, znaczyło więcej, niż wtedy mogłam zrozumieć.

Ale miałam trzynaście lat. A trzynastolatka nie chce być żadnym pomostem. Ani tłumaczką, ani mediatorką, ani wspólniczką w tajemniczych sprawach dorosłych. Chce, żeby świat był prosty, żeby rodzice nie robili dziwnych rzeczy.

Pisząc to teraz, widzę, że to było moje pierwsze zlecenie tłumaczeniowe; wtedy mnie nie naznaczyło, ale było zapowiedzią zawodu, który później dał mi tyle satysfakcji.

Więc pewnego popołudnia, zrezygnowana, wyjęłam słownik i zaczęłam tłumaczyć słowo po słowie. Zrobiłam brudnopis pełen skreśleń, a potem przepisałam wszystko na czysto cyrylicą, najładniejszym pismem, jakim potrafiłam. Nie wiedziałam, że to będzie pierwszy z wielu listów, ani że stanę się — niechcący — oficjalną tłumaczką korespondencji, która potrwa miesiące i zakończy się podróżą, która naznaczy moją młodość.

Kiedy tłumaczyłam, ojciec czasem siadał obok mnie, w milczeniu. Nie poprawiał mnie, nie poganiał, nic nie mówił. Po prostu tam był, jakby moja praca była rytuałem, który musiał obserwować. Udawałam, że tego nie zauważam, ale czułam to. Czułam jego wstrzymany oddech, jego oczekiwanie, jego strach.

Bo teraz to wiem: on się bał. Bał się, że nikogo nie znajdzie. Bał się, że znajdzie za dużo. Bał się otworzyć drzwi, które były zamknięte od dziesięcioleci.

Ale wtedy nic o tym nie wiedziałam. Wiedziałam tylko, że mój ojciec, człowiek, który nigdy o nic nie prosił, poprosił mnie o coś. A ja, z niechęcią, mu to dawałam.

Pierwszy list, który przetłumaczyłam dla niego, był krótki, niemal nieporadny. Zdania były proste, trochę dziecinne, jakby język zatrzymał mu się w czasie, zamrożony w pamięci chłopaka, który zbyt wcześnie przeżył zbyt wiele. Przeczytałam go w milczeniu, z mieszaniną ciekawości i konsternacji. Nie rozumiałam, dlaczego ojciec tak nagle uparł się pisać do nieznajomego w dalekim kraju. Ale nie odważyłam się zapytać.

List brzmiał mniej więcej tak: „Jestem synem Emila Mazura. Mieszkaliśmy w Dovhonosach. Szukam rodziny Kowalenko. Byli sąsiadami moich rodziców. Chciałbym wiedzieć, czy wciąż tam są i co się z nimi stało.”

Tekst był prosty, ale niosący ciężar, którego nie rozumiałam.

Przetłumaczyłam go słowo po słowie, z otwartym słownikiem, szukając odpowiedników, sprawdzając każdą odmianę. Kiedy skończyłam, ojciec przeczytał go w milczeniu, poruszając wargami, jakby chciał upewnić się, że każde słowo jest na swoim miejscu. Potem złożył kartkę starannie i schował do kieszeni spodni. Nic nie powiedział. Ale widziałam, jak oddycha głębiej, jakby ten złożony papier był amuletem albo jakimś kluczem.

Minęły tygodnie bez odpowiedzi. Ojciec nie pytał, ale widziałam, że jest niespokojny. Wstawał wcześniej, wieczorami dłużej siedział w kuchni, pijąc swoją mocną, czarną i przesłodzoną herbatę i patrząc w milczeniu przez okno. Czasem wyjmował słownik rosyjskiego — stary, z zagiętymi rogami i tłustymi plamami — i kartkował go bez celu, jakby czegoś szukał, choć nie wiedział czego.

Udawałam, że tego nie widzę, ale obserwowałam go. Pierwszy raz widziałam, że na coś czeka. A czekanie czyniło go kruchym.

Pewnego dnia po powrocie ze szkoły zobaczyłam na stole kopertę. Pożółkłą, z zagranicznymi znaczkami i adresem nadawcy napisanym cyrylicą z tyłu. Mama przygotowywała coś w kuchni i powiedziała: — To dla taty. Przyszło dzisiaj.

Serce mi zabiło mocniej. Nie wiedziałam, dlaczego tak mnie to poruszyło, ale czułam, że ta koperta niesie coś ważnego, coś, co zmieni porządek w naszym domu, choć nie wiedziałam, jak.

Kiedy ojciec wrócił, zastygł na jej widok. Nie dotknął jej od razu. Patrzył na nią, jakby to był jakiś niebezpieczny albo święty przedmiot. Potem otworzył ją ostrożnie, niemal z lękiem.

List był napisany dużym, okrągłym pismem przez kogoś, kto się nie spieszył. Ojciec podał mi go bez słowa. Przeczytałam go po cichu, próbując zrozumieć i tłumaczyć w myślach. Ale potrzebowałam czasu, nie znałam wielu słów. — Jutro się za to zabiorę, tato.

Znów słownik, znów rozszyfrowywanie. Pismo było mi obce. Różnice między cyrylicą drukowaną a odręczną tylko utrudniały sprawę. Ale zaczynało mi się to podobać. To była łamigłówka, która była dla mnie wyzwaniem, a ja postanowiłam ją rozwiązać.

Wołodia — bo tak się podpisywał — pisał, że jest synem Kowalenków, że powiadomiono go w miejscowym kołchozie, tam właśnie ojciec wysłał list, albo raczej my go wysłaliśmy, i że jego rodzice opowiadali mu o tym, co stało się z rodziną Mazurów i innymi polskimi rodzinami mieszkającymi w okolicy. Że mówili o nich wiele razy, że chyba czuli się winni. Że już nie żyją, ale on wciąż tam mieszka.

Ojciec usiadł. Nic nie powiedział. Ale widziałam, jak zaszkliły mu się oczy. Pierwszy raz widziałam ojca wzruszonego. I trochę mnie to przestraszyło.

Od tego momentu korespondencja stała się regularna. Każdy list był małym wydarzeniem. Ojciec podawał mi go bez ceremonii, ale czułam jego oczekiwanie za plecami, kiedy tłumaczyłam. Czasem siadał obok, czasem udawał, że coś robi w kuchni, ale zawsze był blisko.

Listy Wołodii były proste, niemal surowe. Pisał o pogodzie, o zbiorach, o życiu na wsi. Czasem wspominał żonę, dzieci, jakiegoś sąsiada. Tłumaczyłam coraz staranniej. Zaczęłam czuć, że nie przekładam tylko słów, ale coś głębszego: most między dwoma życiami, które historia rozdzieliła.

Pewnego dnia ojciec oznajmił, że chce pojechać do Ukrainy. Powiedział to, nie patrząc na mnie, jakby decyzję podjął dawno temu. — Pojedziemy powiedział po prostu. — Na Ukrainę? — zapytałam wtedy, z niedowierzaniem (dziś powiedzieliśmy „Do Ukrainy” — język też pamięta historię). — Tak. Wołodia nas zaprasza. Przecież wiesz.

Mama przestała kroić kapustę i spojrzała na niego z mieszaniną zaskoczenia i rezygnacji. Nie dyskutowała. Mama rzadko dyskutowała z ojcem, kiedy mówił takim tonem.

Ja natomiast poczułam mieszaninę strachu i ekscytacji. Nigdy nie byłam za granicą. Podróżowanie za granicę było czymś, co robili inni, nie my.

Przygotowania do wyjazdu były prawdziwą odyseją. W komunistycznej Polsce nie podróżowało się tak po prostu. Trzeba było wszystko uzasadnić: kto zaprasza, dlaczego, na jak długo, gdzie się zatrzymasz. Ojciec zebrał listy od Wołodii, skserował je, zaniósł do biura paszportowego. Raz poszłam tam z nim i z mamą — pamiętam szarą salę, drewniane ławki, zapach wilgoci i starego papieru.

Urzędnicy zawsze wyglądali na zmęczonych, zawsze na nieufnych. Patrzyli na dokumenty tak, jakby szukali w nich błędu, który pozwoliłby im powiedzieć „nie”. Ojciec jednak był zdecydowany. Odpowiadał spokojnie, z pewną stanowczością, której wcześniej u niego nie znałam. — To wizyta u przyjaciela rodziny — mówił.

Nie było to do końca prawdą, ale też nie było kłamstwem. W komunizmie prawda była pojęciem elastycznym.

W międzyczasie nadal tłumaczyłam listy. I coś zaczęło się we mnie zmieniać. Rosyjski — czy też ruski, bo tak prawie zawsze go nazywaliśmy — który wcześniej mnie przytłaczał bardziej, niż mi służył, zaczął stawać się narzędziem. Nie był już tylko językiem państwa, lecz drogą do czegoś, czego nie rozumiałam do końca, ale co zaczynałam czuć jako w pewien sposób moje.

Czasem, pisząc cyrylicą, zastanawiałam się, czego tak naprawdę szuka mój ojciec. Przyjaciela? Świadka? Części siebie, która została tam, w tamtych ziemiach, zakopana pod historią?

Nie wiedziałam. Ale przeczuwałam, że ta podróż nie była kaprysem. Była czymś głębszym, starszym. Czymś, co zaczęło się na długo przed moim urodzeniem.

Kiedy wreszcie paszporty były gotowe i mogliśmy je odebrać, ojciec położył je na stole jak skarb. Patrzyliśmy na nie we trójkę. Były czerwone, z orłem bez korony. Dotknęłam ich opuszkami palców, czując mieszaninę dumy i lęku. Mieliśmy jechać. Mieliśmy przekroczyć granicę. Mieliśmy poznać Wołodię.

A ja, nie wiedząc o tym, miałam wejść w historię rodziny mojego ojca.

Zorganizował podróż z precyzją kogoś, kto nie ufa nikomu — nawet oficjalnym rozkładom jazdy. Miał zeszyt, w którym zapisywał przesiadki, nazwy stacji, a nawet szacowany czas między jedną a drugą, jakby pociąg miał obowiązek podporządkować się jego obliczeniom. Mama kiwała głową na wszystko, nie dyskutując. Ja natomiast nie rozumiałam, skąd tyle wysiłku, żeby pojechać w miejsce, o którego istnieniu jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie miałam pojęcia.

Pierwszy etap podróży, po stronie polskiej, był w miarę normalny. Stare wagony, rozklekotane siedzenia. Ludzie z walizkami, płóciennymi torbami, jakimiś koszami. Usiadłam przy oknie, licząc na odrobinę świeżego powietrza, ale wpadał tylko kurz.

Im bliżej granicy, tym atmosfera stawała się bardziej napięta. Nie dlatego, że coś się działo, lecz dlatego, że wszyscy wiedzieliśmy, że coś może się wydarzyć. W komunizmie granica była miejscem, gdzie można było wpaść w kłopoty, nawet nie wiedząc, jak. Nie miałam nic do ukrycia, ale i tak się denerwowałam. Oczekiwanie i nerwowość wisiały w powietrzu. To był mój pierwszy wyjazd za granicę.

Do wagonu weszli celnicy, sprawdzali paszporty, porównując zdjęcia z twarzami, i szli dalej. Najpierw polscy, potem ukraińscy. Ci drudzy wydawali się poważniejsi, mniej sympatyczni. Słyszałam, jak wymieniają krótkie, twarde słowa, których nie rozumiałam. Mówili z prawie zamkniętymi ustami. Patrzyli prosto w oczy, przenikliwie. Spuściłam wzrok, poczułam, jak ściska mi się żołądek. Nie było już odwrotu: byliśmy za granicą.

I wtedy wszystko się nagle zmieniło.

Po przekroczeniu granicy przesiedliśmy się do innego pociągu. Wagony były starsze, głośniejsze, szersze, a zamiast siedzeń były drewniane ławki. W miarę upływu czasu wsiadali ludzie z pakunkami, tobołkami i zawiniątkami spętanymi sznurkiem. Wyglądało to tak, jakby się przeprowadzali, a nie podróżowali. Kobiety miały chustki zawiązane pod brodą i fartuchy w różne wzory. Mężczyźni dźwigali worki, których zawartości nie chciałam sobie wyobrażać.

Zmienił się też zapach. Mniej mydła, więcej potu, tłuszczu. Więcej człowieczeństwa, można by powiedzieć.

Jedzenie też było inne: czarny chleb, smalec, słonina. Jakaś kobieta otworzyła słoik ogórków kiszonych, ich zapach wypełnił wagon. Żołądek mi zaprotestował. Mama podała mi termos z mocną, czarną herbatą.

Upał był nie do zniesienia. Pociąg jechał wolno, jakby ciągnął za sobą całe lato. Każde hamowanie brzmiało jak zapowiedź rozpadu wagonu. Ojciec jednak był spokojny. Patrzył przez okno, jakby coś w tym krajobrazie rozpoznawał, choć wiedziałam już, że nie był tu od dzieciństwa. A może właśnie dlatego patrzył tak uważnie.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Kowla, wysiadłam z poczuciem, że przetrwałam próbę wytrzymałości. Peron był pełen ludzi czekających z tą samą mieszaniną cierpliwości i rezygnacji, którą widziałam w wagonie. I tam, wśród nich, stał Wołodia.

Rozpoznaliśmy go od razu, bo jako jedyny patrzył na każdego pasażera, jakby kogoś szukał. Był ciemnowłosy, krępy, o okrągłej, błyszczącej i ozdobionej wąsami twarzy. Uśmiechał się. Jak się później okazało, to był jego naturalny stan. Miał samochód — rozklekotaną Wołgę — który trzymał się kupy chyba tylko siłą woli. Przywitał nas z entuzjazmem, jakbyśmy byli bliską rodziną. Nie wiedziałam, co zrobić, więc skinęłam głową i uśmiechnęłam się tyle, ile wypadało.

Podróż do jego domu była… interesująca. Samochód wydawał dźwięki, o których nie wiedziałam, że samochód może wydawać. Nie miałam zresztą dużego doświadczenia w jeździe samochodem — tylko jeden z moich braci, Sebastian, miał auto — które, myślę teraz, było idealnym kuzynem tej Wołgi — kultową Syrenkę. W ciągu swojego życia miał ich kilka, a pierwsza została porzucona za stodołą moich rodziców i była moją ulubioną kryjówką w dzieciństwie.

Krajobraz był mieszaniną niekończących się pól, porozrzucanych domów i polnych dróg. Wszystko wydawało mi się jednocześnie znajome i obce. Jakby Polska, ale nie Polska. A może Polska sprzed dekad, której nie znałam.

To właśnie pamiętam z tej podróży: poczucie, że cofnęłam się w czasie. Wyobrażałam sobie, że tak mógł wyglądać mój kraj wiele lat wcześniej.

Dom Wołodii był niską, drewnianą chatą z gankiem, który przechylał się lekko na jedną stronę, jakby poddał się upływowi czasu. Przed domem — studnia. Nie było łazienki ani bieżącej wody. Starałam się nie okazywać zaskoczenia, ale chyba mi się nie udało. W wieku trzynastu lat człowiek myśli, że już wszystko widział, dopóki nie trafi w miejsce, gdzie umycie twarzy wymaga liny, wiadra i odrobiny techniki.

Przyjęto nas obfitym, uroczystym posiłkiem. Pamiętam tylko rosół z kury — nie zapomnę go nigdy, bo wywołał u mnie potężną biegunkę, która trzymała mnie przez kilka dni. Drugiego dania nawet nie spróbowałam. W Ukrainie, tak jak w Polsce, w niedziele, święta i przy specjalnych okazjach podawano taki rosół: z kury, indyka, wołowiny i wieprzowiny, gotowany godzinami… Aromatyczny, wzmacniający, z domowym makaronem, otwierający apetyt na to, co dalej.

Wyborowy rosół, w którym pływają jak wyspy kółeczka tłuszczu z całego tego mięsiwa. Lecz w rosole żony Wołodii wysepki były z wody. Reszta — płynny tłuszcz. Nie mogliśmy tego wmusić w siebie ani ja, ani moi rodzice, ale jako dobrzy goście zjedliśmy prawie do końca to niemożliwe danie, co miało wspomniane konsekwencje.

Drugiego dania rodzice też nie tknęli. Ale uśmiechaliśmy się, kiwaliśmy głowami i mówiliśmy „bardzo dobre, ale za dużo, dziękujemy, dziękujemy, już nie mogę” po rosyjsku albo gestami. Bolały mnie policzki od uśmiechania się, a brzuch zaczynał wydawać dziwne dźwięki.

Ubikacja mnie nie zaskoczyła: drewniana budka z sedesem w formie ławki z otworem — dokładnie jak u nas w Polsce. Tak było na wsiach, a w czasach komunizmu wyposażeniem takich wychodków były pocięte gazety, nabite na gwóźdź albo drut. Papier toaletowy był luksusem. Dwa w jednym, jak by się dziś powiedziało. Siedząc w środku, można było sobie poczytać wybrany fragment, zanim wrzuciło się go w ciemną otchłań. Edukacja ciągła.

Jak bardzo wstydziłam się, że nie mamy ubikacji w domu! Lata później, już w liceum, rodzice postanowili wreszcie przystosować sedes, który mieliśmy w graciarni. Niedługo wcześniej dowiedziałam się, że mamy takowy. Znajdował się w pomieszczeniu prowadzącym do stromych betonowych schodów, które ojciec sam zrobił, budując dom. Nie było dwóch takich samych stopni. Prowadziły na strych — moją kolejną kryjówkę w dzieciństwie, a później, kiedy już byłam nastolatką, miejsce, gdzie paliłam papierosy zimą.

Naprzeciwko drzwi do tego pomieszczenia były kolejne prowadzące właśnie na schody; po lewej stronie — skrzynka elektryczna, wysoko, prawie pod sufitem, żeby dzieci nie dosięgły. Też zrobiona przez ojca. A po prawej — graty. Wiadra z farbą, połamane krzesła, druty, nawet gruz. Pod tym wszystkim znajdował się sedes.

Byłam w szoku. Tyle wstydu przed znajomymi z miasta. Tyle zim i nocy, kiedy trzeba było wychodzić na dwór za potrzebą. A tu — toaleta w domu!

— Dlaczego jej wcześniej nie używaliście? Mamo? — Bo źle działała, ojciec źle zrobił spadek, nie spływało dobrze… i tak zostało. Nie było potrzeby, mieliśmy wychodek. — Jak to nie było potrzeby?! O Boże!

Wychodek u Kowalenków był identyczny. Z otworem w kształcie serca w drzwiach. Zawsze zastanawiało mnie, po co ta dziura. Żeby podglądać? Czy na wypadek, gdyby coś stało się osobie będącej w środku?

Spędziłam tam sporo czasu — wtedy i później. Jak już mówiłam, to było miejsce do czytania i refleksji. A że w drewnianej budce nie było wielu szczegółów, jeśli ktoś nie chciał czytać, mógł patrzeć na to, co było. Serce pełne światła. Oko patrzące na inny świat.

Po obiedzie chcieliśmy zmyć z siebie kurz z podróży. Wtedy poznaliśmy zbiorowe łaźnie dawnego kołchozu. Ogromna hala, rury na wierzchu, betonowa podłoga z odpływami. Nie zdecydowano jeszcze, co zrobić z tymi pomieszczeniami, a Wołodia był jednym z nielicznych, którzy mieli klucze i mogli pozwolić sobie na prawdziwy prysznic, nie tylko kąpiel w balii. Wiedząc, że przyjedziemy, rozpalił piec kilka godzin wcześniej, żebyśmy mieli ciepłą wodę. Kąpiel tam, nago, w otwartej przestrzeni, była niepokojąca. Nie z powodu wstydu, lecz z powodu wrażenia, że znajduję się w miejscu, które nie wiadomo do końca, do czego służy. Lata później, po wizycie w Oświęcimiu, przypomniałam sobie tę estetykę. Nie pomyślałam o tym, będąc w obozie, porównanie przyszło mi do głowy później i pozostało już na zawsze.

Wracając do domu, po przejściu jakiegoś kilometra drogą z ubitej ziemi między polami błyszczącymi pszenicą, dotarłam równie spocona i zakurzona. Prysznic był formalnością, a nie rozwiązaniem.

Drugiego dnia na gospodarstwie Wołodii tata zaczął szukać rozwiązania dla kwestii wody.

Mój ojciec był elektrykiem i wynalazcą. Był przyzwyczajony do braku, do wykorzystywania tego, co jest, i radzenia sobie, jak się da. W ciągu mojego dzieciństwa i młodości zbudował wiele dziwacznych urządzeń, które przyciągały uwagę ludzi. Często były obiektem śmiechu i drwin, ale działały…

Wspomnę kilka: grill-Frankenstein zrobiony z bębna pralki, kierownicy rowerowej i metalowego stojaka od choinki; kosiarka z silnikiem zbudowanym przez niego, z osią z odzysku i metalową naostrzoną podłużną blachą, zamontowaną na podwoziu wózka od taczki. Chyba pomylił kierunek obrotów, bo przy pierwszej próbie blacha się odkręciła i prawie przecięła mi łydkę, przelatując o centymetry, kiedy wracałam ze szkoły.

Zbudował też motocykl-quad z bagażnikiem na zakupy. To był jego ulubiony środek transportu praktycznie do końca życia. Raz zatrzymała go policja, ale zamiast dać mu mandat za jazdę niehomologowanym pojazdem poprosili tylko o możliwość zrobienia zdjęcia temu cudakowi. Nie byli jedyni. Lata później kolega mojego bratanka wysłał mu zdjęcie z wiadomością: „Patrz, jakiego dziadunia widziałem, zobacz, jaką ma maszynę.” Ten spojrzał i rozpoznał swojego własnego dziadka.

Ale wracając do wynalazków ojca — i do tego, który miał najgorszy odbiór: dorożki, którą kupił za bezcen i chciał przerobić, zmotoryzować i jeździć nią z mamą do kościoła w niedziele. Nie doszło do tego, bo żona powiedziała mu stanowczo, że nigdy do tego nie wsiądzie, że nie chce być pośmiewiskiem całej wsi i że go zostawi i wróci do swojej rodzinnej wioski, do swojej siostry, jeśli włoży w ten pomysł choć złotówkę więcej.

Dorożka została w stodole. Ojciec — nie.

Zdobyli dla niego zepsuty silnik, kable i narzędzia. Kiedy tylko je zobaczył, rozświetliła mu się twarz. W kilka godzin przewinął uzwojenia, naprawił silnik i zamontował prowizoryczną instalację na słupie studni, z włącznikiem i osłoną przeciwdeszczową, która nie przeszłaby żadnej kontroli, ale działała.

Wołodia i jego rodzina byli zachwyceni. Nie przestawali dziękować ojcu za pomoc. A ojciec był w swoim żywiole — szczęśliwy, że znalazł coś pożytecznego do zrobienia. Myślę, że dla niego ten silnik był najlepszą częścią całej podróży.

Spędziliśmy tam tydzień. Dla mnie był to czas wypełniony nudą, ale też pełen ciekawości i nieustannej obserwacji. Nie było tam wiele do roboty. Spacery, wycieczki na pola, słuchanie rozmów po rosyjsku, które rozumiałam tylko częściowo. Życie tam było wolniejsze, prostsze. W pobliżu nie było innych domów — tylko pola i pola oraz polne drogi i ścieżki. Chodziłam tam, bo nie miałam nic innego do robienia. Ale było to nudne — w mojej wsi przynajmniej miałam las, łąki, drzewa, towarzyszył mi pies. Tutaj były tylko pola pszenicy, aż po horyzont.

W Kowlu zjadłam najlepsze lody śmietankowe, jakie pamiętam. Sprzedawała je kobieta w chustce, z wózkiem połączonym z rowerem. Wafle miały płaskie dno, a śmietanka była prawie zamrożona — cud, biorąc pod uwagę upał. Nie wiem, jak to robiła. Może lepiej nie wiedzieć.

Sklepy to inna historia. Półki prawie puste, były tylko ogromne słoje z ogórkami kiszonymi ustawione na najwyższych półkach. Dla moich rodziców był to smutny powrót do niedawnej przeszłości. Dla mnie — niezrozumiała niespodzianka. Wielkie domy towarowe, puste, jakby ktoś od miesięcy nie pamiętał o dostawach.

Pamiętam też cysternę na głównej ulicy i kolejkę ludzi. Na początku nie wiedzieliśmy, co to jest. Z tyłu i z boku cysterny wisiały kartonowe tabliczki z napisem: квас. Przeczytałam to na głos, nie rozumiejąc. Kwas. Rodzice zaskoczyli pierwsi. — To musi być kwas chlebowy. — Słyszałam tę nazwę kiedyś, ale nie wiedziałam, co to jest. Mama mi wyjaśniła: fermentowany napój robiony na bazie chleba. Bierze się czarny żytni chleb — prażony albo nawet spalony — i zostawia do fermentacji w wodzie z cukrem i drożdżami. Po kilku dniach powstaje ciemny, lekko gazowany napój, kwaśno-słodki, o intensywnym smaku prażonego chleba. Bardzo orzeźwiający, gasi pragnienie lepiej niż woda.

Postanowiliśmy spróbować. Dla mnie był dość obrzydliwy. I dziwny. Ach, fermenty. Kilka dekad później wróciłam do tej słowiańskiej tradycji tysiące kilometrów od domu, fermentując kapustę, ogórki, robiąc kimchi, kombuchę, kefiry wodne i mleczne oraz chleb na zakwasie.

Ta podróż zapisała się w mojej pamięci jako anegdota z czasów komunizmu: pierwszy daleki wyjazd z rodzicami, moja pierwsza podróż za granicę, pierwszy kontakt z przeszłością, o której nie wiedziałam, że jest moja.

Została mi tęsknota za otwartymi, nieskończonymi polami. Kresy. Słowo, które dla mnie oznaczało właśnie to: bezkres ziemi.

Dużo później — nie na lekcjach historii, których nie znosiłam, lecz słuchając opowieści ojca, a zaczęłam ich słuchać uważnie dopiero jako dorosła — i kiedy sama zaczęłam się interesować, dowiedziałam się, że to było coś więcej: że te ziemie były kiedyś Polską. Że nazywano je kresami, ziemiami przygranicznymi, historycznymi terenami wschodnimi. I to stamtąd pochodził mój ojciec.

A tamten list, ten, który przetłumaczyłam bez ochoty, był kluczem, który otworzył drzwi do całej tej historii.

Rozdział 2

Tam spędził dzieciństwo i być może tam się urodził. W rodzinie już nikt nie pamięta tego z całą pewnością, a mój ojciec nie może już tego potwierdzić. Opuścił wieś, gdy miał osiem lat. To ten wiek, w którym pamięta się pojedyncze rzeczy, obrazy, zapachy, ale nie rozumie się jeszcze żadnego kontekstu. A jednak te obrazy zostają na zawsze.

Ale ojciec pamiętał bardzo dobrze. To ja nie pamiętam. Mimo że tyle razy słyszałam jego opowieści — najpierw podsłuchując, gdy opowiadał je mojemu rodzeństwu, bo byłam „za mała”, żeby ich słuchać, a potem, wiele lat później, gdy prosiłam go, żeby opowiedział je także mnie — szczegóły mi umykają. Nie wiem, czy dlatego, że on już nie opowiadał ich tak samo, czy dlatego, że jako dziecko zapamiętywałam tylko to, co chciałam.

Jako mała dziewczynka chowałam się za drzwiami, kiedy moi bracia lub siostry z nim rozmawiali. To był niemal rytuał: oni siadali, on brał do ręki szklankę herbaty i zaczynał opowiadać. Stałam nieruchomo, wstrzymując oddech, licząc, że mnie nie odkryją. Nie chodziło o to, że moje rodzeństwo nie chciało, żebym słuchała; to on nie chciał. „Jest za mała” — mówił. Jakby słuchanie wojennych historii dało się mierzyć wiekiem, jak filmy dla osób powyżej osiemnastu lat.

Czasem mnie przyłapywali.

— Wynocha — mówił jeden z moich braci, bez złośliwości, ale też bez żadnej możliwości dyskusji.

I odchodziłam zła, przekonana, że ukrywają przede mną coś ważnego.

I miałam rację: ukrywali.

Wiele lat później, kiedy nie byłam już „za mała”, poprosiłam go, żeby opowiedział mi swoją historię. Ale wtedy był już stary, zmęczony. Nie miał ochoty przeżywać tego wszystkiego od nowa. Zaczynał, a potem milkł, zamykał się w sobie i nie potrafił wyjść z zamyślenia, z tego swoistego letargu. Czekałam, myśląc, że podchwyci wątek, ale nie robił tego. Patrzył w jeden punkt, jakby widział tam coś, czego nikt inny nie mógł dostrzec.

Mama mnie strofowała:

— Daj mu spokój. Nie męcz go. Nie widzisz, że już nie ma na to siły?

„Nie męcz go”.

To zdanie mnie denerwowało. Ja tylko chciałam wiedzieć. Ale dla niej wracanie do przeszłości było formą okrucieństwa. I może rzeczywiście nią było. Nie wiem. Nigdy nie wiedziałam, jak bardzo bolało go wspominanie, bo on tego nie mówił. Mój ojciec nie mówił o emocjach. Mówił o faktach. A kiedy fakty stawały się zbyt ciężkie, po prostu milkł.

Dlatego teraz wypytuję o szczegóły tych, którzy jeszcze zostali.

A nie ma już prawie nikogo. Mój ojciec zmarł ponad dekadę temu. Jego bracia wcześniej, siostry także umierały jedna po drugiej. Co pewien czas mama dzwoniła do mnie z wiadomością:

— Zmarł wuj Jan.

Ciotka Zofia dostała zawału.

Barbara, żona Jana, ma raka.

Przez wiele lat prawie zupełnie mnie to nie obchodziło. Męczyło mnie słuchanie o chorobach, śmierciach, pogrzebach. Byli to ludzie, z którymi nie utrzymywałam żadnej więzi; pamiętałam ich z dzieciństwa i niewiele więcej. Ostatnio trudno mi było nawet dopasować do nich twarze. A teraz, kiedy pytam, dziwią się. Po co ci to? Co ci to da? I trudno mi odpowiedzieć. Bo co się zmieniło? Co się we mnie zmieniło? Nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale przeczuwam, że to moja własna droga do źródeł, tak jak droga mojego ojca do Dovhonosów.

A tam, dokąd zmierzałam, też właściwie niewiele zostało. Puste pola, bez ludzi.

Moje rodzeństwo niewiele mi pomaga. Każdy pamięta coś innego. Każdy ma swoją wersję. A ja, która dotarłam do tych historii za późno, próbuję je złożyć najlepiej, jak potrafię, wiedząc, że nigdy nie będę miała pełnego obrazu.

Mówią, że już nie pamiętają za dobrze. Choć „nie pamiętają” nie jest do końca trafne. Raczej nie chcą mi niczego opowiadać. Albo nie chcą wspominać przeszłości, a to nie to samo, choć bardzo podobne. Kiedy naciskam, kiedy pytam po raz drugi albo trzeci, czasem coś z nich wyciskam. Ale odpowiadają mi głosem, który rozpoznaję — tym samym zmęczonym głosem mojego ojca, gdy prosiłam go, żeby opowiadał: krótkie słowa, bez emocji, jakby czytał jakiś raport. Suche fakty. Pusty szkielet.

Nie wiem, czy to dlatego, że naprawdę nie pamiętają, czy dlatego, że wiedzą, iż jeśli sobie przypomną, zaboli. Bo rozdrapywanie ran ma swoją cenę, a oni swoją już dawno zapłacili i nie mają ochoty płacić ponownie. Bo nie widzą w tym sensu. Dla nich te historie nie są książką czekającą na dokończenie, tylko bolącym miejscem, które już mniej więcej się zagoiło i którego wolą nie dotykać.

Dlatego dziwią się, że ja chcę to robić. Mówią mi to czasem, nie ze złośliwością, lecz z autentycznym zdumieniem kogoś, kto nie rozumie, po co grzebać w przeszłości. Po co ci to? Co z tego będziesz miała? Sama nie bardzo wiem, co im odpowiedzieć. A może wiem, tylko nie umiem tego wyjaśnić tak, żeby nie zabrzmiało to jak kaprys albo tania terapia. Że muszę wiedzieć, skąd pochodzę, żeby zrozumieć, kim jestem. Że historie, których się nie opowiada, nie znikają, tylko gdzieś się zasklepiają i wychodzą innymi drogami. Że ktoś musi to zrobić.

Ale tego nie mówię. Pytam o to, o co mogę, zbieram to, co mi dają, i z tym pracuję.

Czasem myślę, że gdybym naciskała mocniej, kiedy mój ojciec miał jeszcze siły, wiedziałabym więcej. Ale wiem też, że nic by to nie dało. On opowiadał tylko to, co chciał opowiedzieć, i wtedy, kiedy chciał. Koniec. Nie był człowiekiem podatnym na naciski. Ani z mojej strony, ani żadnej innej.

Spróbuję to jednak złożyć. Z tego, co mam: z urywków rozmów, różnych wersji, z tego, co opowiedzieli mi ci, którzy jeszcze nie odeszli, i ci, którzy jeszcze będą. To, co naznaczyło mojego ojca na całe życie, zasługuje na ten wysiłek, nawet jeśli obraz nigdy nie będzie pełny.

Było lato 1943 roku. Lato, które nie przypominało żadnego innego.

Najpierw dotarli do Zamościa, a potem do Lublina. Nie wiem, jak długo tam byli ani co tam robili. Ale przypuszczam, że po miesiącach spędzonych w lesie, w ciszy i strachu, musieli czuć się tam bezpiecznie, pomimo nadal trwającej wojny. Wersje się różnią. Jedno jest pewne: kiedy skończyły się walki, nie wrócili do Dovhonosów. Nie było dokąd wracać. Wieś już nie istniała. Albo istniała, ale bez nich. A to, koniec końców, znaczyło to samo.

W mojej rodzinie daty są przybliżone, jakby czas był podczas tej wędrówki pojęciem drugorzędnym. Ważne było, by iść naprzód, choćby powoli. Nikt nie prowadził dziennika, nikt nie zapisywał dni ani miesięcy. Czas mierzyło się w innych jednostkach: głód, zmęczenie, strach, zmarli.

Babcia ojca umarła po drodze. Urodziło się dwoje dzieci. Jedno — siostra cioteczna mojego ojca — zostało sierotą, bo jego matka zmarła przy porodzie. Drugi noworodek był jego własną siostrą, jedną z pięciu, które miał. Lata później dwie z nich trafiły do sierocińca, a najmłodsza została oddana do adopcji. W tamtym czasie życie nie dawało wielu możliwości. Nie było miejsca na dyskusje, liczyło się przetrwanie. Trzeba było podejmować szybkie, twarde decyzje, wymuszone przez okoliczności.

Posuwali się powoli.

Na wozie jechali małe dzieci i ci, którzy nie mogli iść pieszo. Reszta pchała albo ciągnęła wóz wraz z koniem. Jednego dnia pokonywali trzy albo cztery kilometry; innego nie ruszali się z miejsca. Kryli się w lesie. Unikali Sowietów, „banderowców”, UPA, partyzantów i Niemców. Ogień rozpalali tylko wtedy, gdy byli pewni, że nikogo nie ma w pobliżu. Nigdy nie mieli całkowitej pewności, ale czasami chcieli zjeść coś ciepłego.

Głód zmusił ich do zjedzenia konia, kiedy nie był już w stanie utrzymać się na nogach. Nie wiem, czy mój ojciec to pamiętał. Chyba nie wspomniał o tym. Ale ktoś z mojej rodziny opowiedział mi o tym tak, jakby była to rzecz całkiem oczywista, bez żadnego dramatyzmu.

— Zjedli tę chabetę — powiedzieli. I tyle.

Jako dziecku wydało mi się to jednocześnie brutalne i logiczne. Co innego mieli zrobić?

Pewnego dnia znaleźli w lesie, niedaleko spalonej wioski, baranie nogi, które ktoś kiedyś wyrzucił. Na wpół zgniłe, na wpół zjedzone przez muchy. Wygotowali je przez wiele godzin i zjedli to, co zostało. Nie było nic innego.

Marzli i głodowali. Widzieli zniszczone wsie i porzucone na drogach trupy. Z rozłupanymi siekierą głowami, okaleczonymi ciałami; kobiety ze śladami przemocy, poćwiartowane dzieci. Kiedy jako dorosła słuchałam tych historii, próbowałam sobie wyobrazić, jak postrzegał takie rzeczy ośmiolatek. Nie dochodziłam do żadnego wniosku. Mogłam tylko myśleć, że jeśli to widział, musiał gdzieś schować te wspomnienia tak, by nie przeszkadzały zbyt bardzo. Albo tak, by pamiętać o nich zawsze, ale w milczeniu.

Unikali zbliżania się do wsi, ale czasem musieli, żeby szukać jedzenia w piwnicach albo opuszczonych spiżarniach. W okolicach Bożego Narodzenia znaleźli podziemny skład z ziemniakami. Była to dość typowa konstrukcja: dół wykopany w ziemi, przykryty deskami i ziemią albo piaskiem, gdzie ziemniaki przechowywano w temperaturze bliskiej zeru aż do wiosny. Zabrali wszystkie, które mogli unieść. W rodzinie opowiadano, że była to odpowiedź na ich modlitwy. Nie wiem, czy dużo się modlili, ale w takich sytuacjach chyba każdy się modli, nawet ci, którzy twierdzą, że nie wierzą.

Kiedy na Wołyniu coś zaczęło się zmieniać, nic nie wydarzyło się z dnia na dzień. Na początku nie było otwartej przemocy, tylko poczucie, że coś się gotuje. Relacje, wcześniej zwyczajne i codzienne, zaczęły stygnąć bez jasnego powodu. Ukraińcy, którzy wcześniej przychodzili porozmawiać, wymienić się produktami albo po prostu się przywitać, przestali się pojawiać. Spontaniczne wizyty stały się rzadkie, jakby ludzie nie chcieli, by ktoś ich zobaczył.

W polskich domach mówiono, że coś się dzieje, ale nikt nie wiedział, co. Dochodziły pogłoski, że w niektórych pobliskich wsiach znikają ludzie. Nie było dowodów, tylko historie, które krążyły z ust do ust, coraz bardziej niepokojące. Strach, jak sądzę, przyszedł wcześniej niż przemoc.


Ukraińscy sąsiedzi moich dziadków, z którymi mieli bliskie stosunki, rodzice Wołodii, ostrzegli ich, żeby uważali, bo szukają mężczyzn. I że nie mogą się już z nimi widywać. Żeby więcej nie chodzili do nich do domu. Że ludzie patrzą. Że nie mogą już dłużej przyjaźnić się z Polakami. Co za zdanie: „nie możemy już przyjaźnić się z Polakami”. Jakby przyjaźń miała narodowość i datę ważności.

Pewnego dnia spalono polski kościół.

W tamtym regionie większość Ukraińców była chrześcijanami prawosławnymi, spadkobiercami innej religii niż katolicka. Ta różnica, która przez pokolenia współistniała bez większych konfliktów, stała się wtedy kolejną linią, którą niektórzy wykorzystali do oddzielania, wyśmiewania i niszczenia tego, co wcześniej było więzią sąsiedzką.

Wierni wynosili, co mogli, gdy płomienie się rozprzestrzeniały. Jedni zabrali któryś z obrazów, inni kielichy.

Mój dziadek uratował figurę Matki Boskiej. Nie wiem, czy dlatego, że był bardzo pobożny, czy po prostu była to rzecz, którą miał najbliżej. W każdym razie ją zachował. Matka Boska pojawia się i znika w tej historii jak kolejna postać. — Podobno nadal przechowuje ją jedna z przyrodnich sióstr mojego ojca — opowiada mi ciotka Anna.

W obliczu plotek i narastającego strachu wykopał w jednej ze ścian studni lepiankę. Każdego dnia powiększał ją, aż mógł wejść do środka. Spędzał tam noce. Często zabierał ze sobą figurę Matki Boskiej, do której się modlił. To wersja, którą opowiedziała mi Anna, jedyna z rodzeństwa, która jeszcze żyje, najmłodsza ze wszystkich, ta adoptowana.

Pewnej nocy Matka Boska mu odpowiedziała. Oczywiście według niej.

— A ty co tu robisz sam? Powinieneś myśleć o rodzinie, a nie tylko o sobie. Oni też są w niebezpieczeństwie. Wyjdź i chroń żonę oraz dzieci!

Dziadek jej posłuchał. Albo usłyszał coś. Albo uznał, że to już pora.

Nigdy się nie dowiemy, czy był to głos wewnętrzny, halucynacja wywołana strachem, czy zwykła myśl przybrana w formę dialogu. W mojej rodzinie opowiada się to jak fakt. I tak to zostawiam.

Kiedy wracał do domu, dobiegł go głos:

— Хто там ходить?

Odpowiedział też po ukraińsku:

— Господар. А ви? Чого шукаєте?

— „Kto tam chodzi?” — „Gospodarz. A wy? Czego szukacie?”

Odpowiedzieli, żeby wracał do domu, i poszli dalej. Tej nocy z daleka zobaczyli ogień w pobliskim polskim domu.

Wieś była raczej osadą. Domy stały dość daleko od siebie, każdy na własnym kawałku ziemi. Nie było centrum wsi. Tylko kościół i plebania, oba częściowo spalone i zniszczone. Domy, drewniane i kryte słomą, płonęły szybko.

Postanowili wyruszyć tej samej nocy.

W wersji mojej siostry to Kovalenkowie ostrzegli mojego dziadka, Emila Mazura, że tej nocy przyjdą szukać polskich domów, by je podpalić. Dziadek ostrzegł, kogo mógł, i wszyscy ruszyli, gdy zapadł zmierzch. Kiedy dziadkowie dotarli do lasu, obejrzeli się za siebie i zobaczyli już swój dom w ogniu.

Później natrafili na posterunek. Zatrzymano ich i przemówiono do nich po ukraińsku. Emil odpowiedział w tym samym języku. Jemu i jego rodzinie pozwolono przejść. Pozostałych zatrzymano. Później rozległy się strzały. Nigdy więcej ich nie zobaczyli.

To, co wydarzyło się na Wołyniu w 1943 roku, nie było spontaniczne. Było zorganizowane.

UPA, Ukraińska Powstańcza Armia, od miesięcy przygotowywała to, co nazywała „oczyszczaniem” terenu. Celem było wypędzenie albo wymordowanie polskiej ludności z regionu, by stworzyć etnicznie jednorodną Ukrainę. Nie była to seria odosobnionych ataków: była to systematyczna kampania z wyznaczonymi datami, celami i metodami. Historycy szacują, że w latach 1943–1945 zamordowano od 80 000 do 100 000 Polaków na Wołyniu i we wschodniej Galicji.

Pełne rodziny.

Całe wsie.

Metody były celowo brutalne. Nie wystarczało zabić: trzeba było zastraszyć, trzeba było sprawić, by ci, którzy przeżyją, nigdy nie będą chcieli wrócić. Najpierw palono kościoły, żeby zniszczyć centrum wspólnoty. Potem domy. Ciała zostawiano na drogach jako ostrzeżenie.

Relacje ocalałych mówią o siekierach, widłach, kosach, o niemowlętach wrzucanych do ognia, o ciężarnych z rozprutymi brzuchami, o dzieciach z językami przybitymi do drzwi domów. O nocach, kiedy horyzont wypełniał się niekończącym blaskiem płonących wsi.

Nie wszyscy Ukraińcy brali w tym udział. Byli tacy, którzy ostrzegali swoich polskich sąsiadów, ukrywali ich, ryzykowali własnym życiem, żeby ich wyprowadzić. Rodzice Wołodii byli właśnie tacy. To nie jest drobny szczegół: w takim klimacie terroru pomoc Polakowi mogła kosztować życie.

W Dovhonosach przemoc nie przyszła w najbardziej brutalny sposób. Rodzinie mojego ojca udało się uciec. Ale ucieczka nie oznaczała bezpieczeństwa: droga na zachód była innym rodzajem zagrożenia, wolniejszym, bardziej niepewnym. A strzały, które usłyszeli tamtej nocy przy posterunku, po tym jak przepuszczono mojego dziadka, a resztę zatrzymano, były odsłoną tej samej historii toczącej się w różnych miejscach i zbierającej życia innych ludzi.

Mój ojciec nigdy nie opowiedział mi, co wtedy czuł. Tego nigdy się nie dowiem. On nie mówił o uczuciach. Mówił o faktach. A fakty były takie: przybyli, osiedlili się, pracowali, przeżyli.

Czasem myślę, że gdybym sama przeszła coś takiego, wspominałabym to jako traumę. Ale w mojej rodzinie „trauma” nie istnieje. Nie dlatego, że jej nie było, ale dlatego, że nikt nie używał takiego słowa. Było tylko „to, co się wydarzyło”. A to, co się wydarzyło, opowiadano bez ozdobników, bez analizowania, bez dramatyzmu. Jakby to był raport.

Wiele lat później, kiedy mój ojciec był już bardzo stary i schorowany, zapytałam, czy kiedykolwiek chciał wrócić.

— Do czego? — powiedział. I to była cała odpowiedź.

To nie było pytanie retoryczne. Było dosłowne. Do czego miał wrócić? Do pola pszenicy? Do miejsca, gdzie nie ma już nikogo? Do domu, który spłonął na jego oczach?

Mój ojciec nie był sentymentalny. A może był, tylko tego nie okazywał.

W Ukrainie poprosił Wołodię, żeby pokazał mu, gdzie stał dom.

Nie zostało nic. Tylko pola pszenicy. Nie został też ślad po kościele. Wołodia, młodszy od mojego ojca, orientował się po granicach wyznaczonych kamieniami i po tym, co pamiętał z opowieści swoich rodziców.

Chyba pamiętam, że widziałam łzy w oczach taty. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby płakał, i nigdy potem.

Rozdział 3

Emil Mazur urodził się w kraju, który nie istniał. Polska od ponad stu lat była podzielona między Rosję, Prusy i Austrię; w ówczesnych dokumentach urzędowych nie figurowała jako państwo. Jego pokolenie byłoby trzecim lub czwartym pokoleniem Polaków bez ojczyzny, a raczej — z ojczyzną zakazaną. Bo choć po polsku nie wolno było mówić, języka uczono w domach, za zamkniętymi drzwiami, w tajnych szkołach. I wraz z nim uczono historii i literatury. Naród trwał. Państwa nie było, ale była pamięć. A pamięć, dobrze pieczętowana, jest trudniejsza do zatarcia niż granica.

W rodzinie nie ma zgody co do dokładnego miejsca jego urodzenia: jedni wspominają okolice Radomia, inni pobliskie wsie. Nie ma też pewności co do roku. Mój ojciec urodził się w 1934 roku i był drugim dzieckiem; zwyczaj nakazywał żenić się młodo. Według jednych wyliczeń Emil urodziłby się tuż przed 1910 rokiem; według innych zmarł w wieku siedemdziesięciu jeden lat w 1973 roku, co lokowałoby jego narodziny w 1902. Nie istnieją rodzinne dokumenty, które mogłyby to wyjaśnić. W tamtej podzielonej Polsce rejestry zależały od tego, kto akurat administrował danym terenem. Czasem prowadził je Kościół, czasem Imperium Rosyjskie, czasem nikt szczególny. Biurokracja, podobnie jak ojczyzna, była pojęciem zmiennym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 39.68