„Chciałbym móc coś zrobić,
Chciałbym, coś powiedzieć,
Wolałbym teraz jednak,
O niczym, nie wiedzieć.
Ta prawda mnie niszczy,
Niemoc mnie zabija,
Jednak wiedza o tym
Tak straszna, nie mija!
Mógłbym się zabić!
Coś by to zmieniło?
Czy to, że bym umarł,
Coś by odmieniło?
To jest już niedaleko, i
Coraz szybciej się zbliża,
Nieuchronność zdarzenia,
Rozumowi ubliża!
Niechże się to skończy!
Niechże to już minie.
Niech te życie wreszcie,
Ostatecznie, minie!
Niech ciemność ogarnie
To, co było jasne!
Zimno, zamrozi
Odwiecznie gorące.
Na zawsze jednak,
Okrutnie i pięknie,
Blade światło księżyca,
Świecić będzie we mn...”
_________________________________________Tomasz Kucz
PROLOG
Fabryczne osiedle o trzeciej nad ranem wyglądało jak upiorne miasto duchów. Nad osiedlem widać było ogromny jasny księżyc w pełni, który rozświetlał okolice upiornym, zimnym światłem. Puste ulice, migoczące latarnie, cisza przerywana jedynie odległym szumem wiatru. Przy krawężniku stała grupka mężczyzn z piwami w rękach, rozgrzanych alkoholem i nocną imprezą. Ani to, że byłą noc, ani księżyc i gwiazdy, nie mogły im przeszkodzić w spędzaniu czasu z kolegami. Adam trzymał telefon, filmując coś dla żartów. Grzegorz i Kuba stali obok, śmiejąc się i przekomarzając między sobą.
Nagle zza zakrętu z piskiem opon wyłonił się samochód. BMW wyjąc silnikiem jak ranne zwierzę, wypada na prostą. Sądząc po wyjącym silniku obrotomierz pewnie tańczył gdzieś w czerwonym polu. Auto jechało zygzakiem, wyraźnie za szybko, prowadzone przez kogoś, kto nie powinien chodzić a co dopiero trzymać się kierownicy.
— O kurwa, to Romek! — krzyknął Kuba, rozpoznając auto kolegi.
Samochód jeszcze przyspieszył. Sto dwadzieścia. Sto trzydzieści. Latarnie migały po obu stronach jak w jakimś kosmicznym tunelu. Wewnątrz auta widać było dwie sylwetki — kierowca wyraźnie gestykulował jedną ręką, w tym samym czasie pasażer szarpał się w pasach, jakby chciał się odpiąć i uciec z pojazdu już w czasie jego jazdy.
— Co on wyprawia?! Pojebało go?! — Adam instynktownie uniósł telefon wyżej, wciąż nagrywając.
Kolejny zakręt zbliżał się z przerażającą szybkością. O wiele za szybko jak na taką prędkość. BMW gwałtownie skręciło w lewo. Wizg opon rozdarł nocną ciszę — tak głośny, że aż w uszach dzwonił. Auto zaczęło się obracać, ale coś poszło nie tak. Obrót postępował o wiele się za szybko. Świat wokół samochodu zamienił się w wirujący kalejdoskop świateł — latarnie, budynki, niebo, asfalt.
— JEZU! — wyrwało się Grzegorzowi.
Koła po prawej stronie auta oderwały się od ziemi. Przez ułamek sekundy BMW zawisło w powietrzu, przechylone, balansując między ziemią a niebem. Potem przewróciło się na bok. Potężny łoskot rozdarł noc. Metal zgrzytał o asfalt, fontanna iskier wystrzeliła spod samochodu jak fajerwerki, rozświetlając ciemność. Auto zaczęło kozłować. Raz, drugi, trzeci. Z każdym obrotem słychać było trzask tłuczonego szkła, zgrzyt uginającego się metalu, huk uderzających o siebie i asfalt części samochodu.
Trzej mężczyźni stali jak sparaliżowani, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. Przy kolejnym obrocie drzwi po stronie pasażera zerwały się z zawiasów z metalicznym wizgiem. Przez otwór, który pozostał, w następnym ułamku sekundy wyrzucone zostało ciało pasażera. Robert zawirował w powietrzu jak szmaciana lalka, uderzył o asfalt praktycznie płasko wyrzucony siła obrotową z samochodu, odbił się raz, drugi, i prześlizgnął w stronę wielkiej kupy przydrożnych liści pod płotem, które wiatr nawiewał pewnie od kilku miesięcy.
— ROBERT! — krzyknął Kuba, ruszając w tamtą stronę.
Ale auto jeszcze nie skończyło swojego tańca śmierci. Metalowy pocisk z Romkiem w środku wirował dalej, zmierzając prosto w ścianę fabrycznego budynku. Dwadzieścia metrów. Piętnaście. Dziesięć. Pięć. Dach BMW całą swoją powierzchnią, uderzył w ceglany mur. Metal natychmiast sprasował się łatwo jak puszka po coli. Słychać było nagły pisk, zgrzyt i trzask maltretowanego z ogromną siłą metalu — dach został wprasowany do środka. Przednia szyba eksplodowała w milion diamentowych kawałków, które w świetle latarni wyglądy jak uciekające z miejsca katastrofy ogniki. Kolumna kierownicy wbiła się w kierowcę przebijając zarówno jego jak i fotel. Cała góra samochodu zgnieciona została jak harmonia. Auto, teraz już bardziej stos złomu niż pojazd, powoli jakby od niechcenia, opadło z powrotem na koła z jękiem sprężyn i syczeniem pękniętych przewodów hydraulicznych. A potem nastała nienaturalna cisza. Podejrzanie głucha, jakby sam świat zamarł na chwilę w obliczu tak strasznej tragedii. Tylko gdzieś z wnętrza rozbitego pojazdu cicho syczała para z rozbitej chłodnicy.
Adam wciąż trzymał telefon. Chociaż ręka zaczynała mu już bieleć z wysiłku, tak mocno, spazmatycznie ściskał aparat. Jeszcze chwila a sam telefon również ulegnie naciskowi zdrętwiałej z wysiłku ręki i również przestanie istnieć podobnie jak zalegający niedaleko pojazd. Grzegorz stał z szeroko otwartymi ustami, blady jak ściana. Oczy wychodziły mu powoli z orbit, a łzy przerażenia powoli wzbierały aby za chwilę zalać twarz mężczyzny. Praktycznie nie oddychając. Trwał tak, jak w jakimś strasznym, niepojętym stuporze. Chociaż oczy widziały to do przerażonego umysłu nie dochodziło jeszcze czego akurat stał się mimowolnym świadkiem. Kuba, jedyny, który nie poddał się grozie sytuacji, klęczał już przy Robercie, sprawdzając mu puls i oddech.
— Żyje! Ledwo, ale żyje! Dzwońcie po karetkę! Ruszcie się kurwa! Co tak stoicie? — krzyknął do pozostałych. — Sprawdźcie też co u Romka! Szybko. Każda sekunda się liczy!
Grzegorz i Adam wyrwani z szoku przez krzyk jedynego przytomnego w danej chwili kolegi, podbiegli chwiejnie do zmaltretowanego BMW. Przez szparę rozbitego okna było widać wnętrze pojazdu. To, co zobaczyli, sprawiło, że Grzegorz odwrócił się i zwymiotował. Żadna sekunda, ani nawet godzina nie mogła zmienić już nic w zastanej sytuacji. Kabina była zgnieciona do połowy pierwotnej wysokości auta. Dach wprasowany się do środka, praktycznie na płasko, zmiażdżył wszystko, co było pod nim. Przez niewielką szparę między dachem a resztą pojazdu widać było, że kolumna kierownicy wbiła się głęboko w klatkę piersiową kierowcy, wyglądającą jakby była zapadnięta do środka ciała. Głowa zwisała nienaturalnie, pod dziwnym kątem, jakby ktoś próbował ją odkręcić. Krew była wszędzie; — na desce rozdzielczej, na szybach, na suficie, sącząca się krwawym strumieniem przez szczeliny w zgniecionym metalu, tworzyła już półokrąg obok rozwalonej maszyny i dochodziła już powoli do nóg zszokowanych mężczyzn.
Ale najgorsze w tym wszystkim były oczy. Szeroko otwarte, wpatrzone w jakiś punkt przed sobą, już martwe. Puste. Adam nagle cofnął się, pobladły jak papier. Nie mogąc uwierzyć, nawet nie chcąc uwierzyć w to co właśnie widzi na własne oczy.
— On… on… nie żyje. Kurwa, on nie żyje! Romek nie żyje!
Nie było czasu na reanimację, na próby ratowania. Śmierć musiała nastąpić natychmiast, w ułamku sekundy, gdy metal dachu pod naporem ściany zmiażdżył wszystko co żywe w środku. Tak szybko, że ciało nawet nie zdążyło zarejestrować bólu. Tak szybko, że może nawet umysł nie zdążył pojąć, co się dzieje. Twarz wyglądała na spokojną, bez śladów przerażenia spowodowanego nieuchronną śmiercią. W oddali, jakby z innego świata, zaczęły wyć syreny wezwanej karetki. Najpierw jedna, potem druga, trzecia. Ale dla Romka było już za późno. Gwiazdy na nocnym niebie błyszczały obojętnie, jak zawsze. Piękne i zimne, beznamiętni świadkowie ludzkiej tragedii, rozgrywającej się o trzeciej nad ranem na pustym, fabrycznym osiedlu.
Rozdział 1
Dobra, przecież mnie nie zje, pomyślałem i wszedłem do mieszkania. Co prawda nie pamiętam jak się tu znalazłem, ale cóż, na mega kacu to chyba normalne? Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz przywlokę do domu swoje zataczające się z całonocnego melanżu „zwłoki”. Aż sam się ucieszyłem z wymyślonego na poczekaniu żartu!
Kochanie wróciłem! — krzyknąłem od progu do swojej „drugiej połówki”. Połówki! Ha ha ha, od kilku procentowych „połówek” w nocy, wracam do kolejnej rano! Ha ha, znowu wymyśliłem żarcik! Mam dzisiaj wenę twórczą, czy jak to się tam mówi.
Odpowiedziała mi cisza. — Oho, chyba tym razem troszkę przegiąłem. To pewnie przez tę naszą kłótnie przed wyjściem. No ale kto by nie wolał iść z kumplami na jednego czy dwa, mając w perspektywie kolacje z niezbyt lubianą, lub wręcz znienawidzoną teściową? Co z tego, że obiecałem? A bo to raz coś obiecałem a potem sytuacja wymuszała zmianę planów? Kolega wrócił z Anglii, i to tylko na kilka dni. Chciał pochwalić się swoją nową, wypasioną bryką. Mało tego obiecał, że da mi się „przejechać”. Takiej okazji, to raczej nikt normalny by nie przepuścił? Robert, wróci potem z powrotem na wyspy i pewnie długo się nie zobaczymy, a teściowa jak to teściowa, przecież zostanie, niestety i dalej będzie zatruwać mi krew i ryć beret o każdą pierdołę. Przez durnego babsztyla tylko się z żoną kłócę, a i dzieciakom się obrywa przy okazji, gdy jestem wkurzony. No ale to wina jej! Nie moja!
No dobra, przepraszam. — mówiłem idąc chwiejnie przez kuchnie do salonu, — przecież jestem, nie dzwoniłem, bo mi się durna komórka rozładowała. W dodatku gdzieś ją przesiałem i to razem z kluczami od domu i dokumentami. Zostawiłem widać u kolegi. Jutro pójdę i zabiorę. Nie gniewaj się już.
Cisza.
Aha! Rozumiem. Postanowiłaś mnie ukarać, nie odzywając się do mnie. Taki babski foch.
— Dobra, ( powiedziałem sam do siebie ), zobaczymy kto dłużej wytrzyma. Nic nie mówi, to i ja nie będę „na darmo” strzępił języka. Postanowiłem być twardy. Tym razem pierwszy się nie poddam. Nie będę znowu biegł do kwiaciarni, po jakieś udekorowane wiechcie. W ogóle nie rozumiem tradycji, wręczania kobietom martwych roślin z byle okazji. Przepraszał, że to niby moja wina, że to się więcej nie powtórzy, i inne tego typu bzdury.
Mężczyzna, prawdziwy oczywiście, musi mieć własne zdanie, którego będzie bronił i honor, którym będzie się kierował. Nie będę się płaszczył, przed kobietą, która nie rozumie mnie, ani moich potrzeb!
Siadłem do komputera, chcąc przeglądnąć pocztę i zobaczyć co nowego na facebooku. Znajomy miał przesłać tam zdjęcia z imprezki. Ale coś komputer nie chciał się włączyć. Pewnie zołza w złości coś zepsuła. Postanowiłem nie reagować. Nie będę pokazywał, że mnie to cokolwiek obeszło. Zepsuła, dobrze, jak wyjdzie dobiorę się jej do laptopa i założę nowe hasło do systemu. Niech wie, jak to jest bez Internetu i koleżaneczek!
Siedziała na łóżku, więc usiadłem obok. Oglądała jakiś durny serial, jak zwykle, przynajmniej tak mi się wydawało, bo coś zamyślona była. Płakała czy co? Zawsze mnie ciekawiło, po co kobiety to w ogóle oglądają. Po godzinie i tak nic z tego nie pamiętają. A zazwyczaj i tak stukają coś w telefonie! A spróbuj człowieku na mecz przełączyć. Przez dwa dni trzeba do MacDonalda jeździć, bo obiadu nie ma. Ale dobra, będę oglądał, na złość, i jeszcze będę komentował grę tych pseudo- komediowych niby aktorów. Wiem, że tego nie lubi, ale cóż, nie odzywa się, to niech sobie przynajmniej posłucha, hi hi.
Ha, ha, patrz jaki durny lekarz. Ręce szoruje jakby z kopalni wrócił, a i tak zakłada na nie gumowe rękawice. Że niby bakterie i wirusy przez lateks mogą przejść? Bez sensu!
Akurat uwierzę, że za każdym razem, od razu pacjenta na salę operacyjną biorą! Nigdy nie trzeba czekać, aż chirurg skończy poprzednią operacje, zawsze jest zwarty i gotowy. Nie mówiąc już o idealnej fryzurze i zastępie pielęgniarek do pomocy. Zawsze od razu wie co ma robić. Bzdura i tyle.
I po co oni tyle tych fachowych terminów wypowiadają? Tracheotomia, angiografia, angioplastyka, większość oglądających ludzi, nie wie nawet co to jest krążenie pozaustrojowe!
OK., już przestaje. Nie chcesz gadać, ani nawet się pokłócić? Że serial ci psuję. Że durnowate komentarze? To powiedz chociaż, gdzie dzieci są, bo coś za cicho jest w domu. Nie? To chociaż telefon odbierz, bo dzwoni już z piąty raz. No, właśnie ten!
No cześć — usłyszałem — nie chce mi się gadać, co? Naprawdę. Nie, w domu jestem. Sama. Dzieci do babci wysłałam. Nie, nie przychodź. Chcę na razie pobyć w samotności. Nic mi nie jest. Spokojnie, poradzę sobie. Nic nie potrzebuję. Marta! Naprawdę! Chcę mieć teraz spokój! Cześć, narka.
Aha, dzieci u babci. No i dobrze, po co mają widzieć twoje fochy. Swoją drogą mogłaś mi powiedzieć, a nie siedzisz jak obrażona księżniczka. Powiedz coś! Do cholery!
Rozsierdzony, ze złością uderzyłem ręką w stół, aż jakieś kartki poleciały na podłogę. Żona popatrzyła na nie zdumiona, po czym, nic nie mówiąc wstała i zamknęła okno. Nie pozbierała ich nawet. Niby, że sam mam je pozbierać? Ni cholery! Niech sobie leżą! Jak jej nie przeszkadzają to mnie też nie! Dopiero teraz, rozglądając się po pokoju, zauważyłem jaki jest w nim bałagan. Ubrania porozrzucane po całej podłodze. Sterty kubków po kawie, na regale, tuż obok łóżka. Jak ona to zrobiła? W jeden dzień? Musiała się nieźle denerwować, jak tyle kawy wypiła. Pewnie po takiej ilości nie spała całą noc. Nawet to po niej widać. Włosy w nieładzie, oczy podkrążone i czerwone jak u wampira. E tam, mogła się ze mną nie kłócić. Ma nauczkę na przyszłość! Tylko po co dalej siedzi obrażona i się nie odzywa? Pogadamy, przeproszę jak zawsze i będzie po staremu!
Dalej ze mną nie rozmawiasz? To wychodzę! Siedź sobie dalej i użalaj się nad sobą!
Po chwali już byłem na ulicy. Szedłem w stronę centrum i rozmyślałem o wczorajszym wieczorze. Niby było fajnie. Popiliśmy, pożartowaliśmy. Poderwaliśmy nawet jakieś panienki na nowy samochód kolegi. Ale coś było nie tak. Aż tyle wypiłem, że nie pamiętam jak wróciłem do domu? Przecież teraz jestem trzeźwy. Ostatnie co pamiętam, że jechałem z dużą szybkością BMW kolegi, żeby pokazać nowy manewr. Miałem się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni w poślizgu i wrócić tą samą drogą. Manewr miałem opanowany, ale nie pamiętam czy go wykonałem. Dziwne! Ale to pewnie dlatego, że byłem trochę wypity. Tylko trochę! Bo co to dla prawdziwego mężczyzny flaszka czy dwie na łebka?! Tyle co nic! No nic, jak alkohol całkiem wyparuje mi z łepetyny to sobie przypomnę!
Ale ci ludzie na mieście zrobili się kulturalni! Takie tłumy w południe, i nikt mnie nawet łokciem nie potrącił. No i dobrze! Nie mam nastroju na przepychanki z jakimiś brudasami. Mógłbym jeszcze kogoś niechcąco uszkodzić! Swoją drogą, nawet dobrze się czuję! Nic mnie nie boli. Nawet skutków ubocznych wypicia napojów wyskokowych nie odczuwam! Jeść też mi się nie chce. To już jest dziwne. Na imprezie nie miałem czasu na takie przyziemne sprawy jak jedzenie. Szybka lufa i przekrzykiwanie innych. Wszyscy gadali naraz. Żeby dojść do głosu trzeba było krzyczeć, albo palnąć kogoś w łeb! Ha ha! Może coś jadłem, ale nie pamiętam, tak jak powrotu do domu? Na pewno! Tyle się działo!
Postanowiłem podejść do Empiku. Może jakąś nowa powieść Clarksona wyszła? Jakieś, „Świat według Clarksona 10” czy coś podobnego. Było akurat otwarte. Przyspieszyłem kroku, przeskoczyłem ostatni stopień i… jeb!…… Co jest do cholery?
Zderzyłem się z drzwiami, które się nie rozsunęły, aż mi we łbie zahuczało. Zepsute, czy co?
Ej, tam w środku! — krzyknąłem. — Macie drzwi zepsute! Naprawcie je, bo klientów stracicie!
Ty! Nie udawaj, że nie słyszysz, debilu jeden, tylko drzwi otwieraj! — Darłem się do gościa z drugiej strony, który akurat wykładał książki na regały
A w dupie was mam! Nie chcecie zarobić? To idę do konkurencji! Dużo jest innych księgarń w mieście! Udławcie się tym badziewiem dla idiotów, które sprzedajecie!
Pochodziłem jeszcze parę godzin, ale zaczęło się ściemniać, więc postanowiłem wrócić do domu. Może żona już się uspokoiła i będzie można pogadać na spokojnie? Chociaż jak ją znam, to pewnie nie. Zawsze trzyma ją jak w termosie. Uparta baba. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę. Przez dwa tygodnie burczała tylko do mnie, a ja przez pół roku musiałem w celibacie trwać. Jak jakiś idiota ksiądz, czy inny zakonnik. Chociaż tak patrząc na afery z tymi czarnymi nierobami, to pewnie mieli więcej seksu niż ja! Cholera! Tyle razy jej tłumaczyłem, że jak chce się kłócić i obrażać, to chociaż o poważne rzeczy, a nie o jakieś nie wyrzucone śmieci, czy rozlaną herbatę. Ale cóż, kto zrozumie kobietę?
Po chwili byłem już w domu. Nawet szybko poszło, bo nie pamiętam drogi powrotnej. Pewnie się zamyśliłem. I tak jakoś zeszło. Oczywiście! Ta dalej siedzi obrażona. Nawet pozycji nie zmieniła. Mnie by już nogi bolały od takiego siedzenia w kucki przez cały dzień.
Rusz się coś kobieto! Całe życie masz zamiar tak spędzić. Coś do jedzenia byś robiła, albo posprzątała ten syf w domu! Nie? To nie, sam sobie zrobię!
Wyszedłem z pokoju i podszedłem do lodówki, tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Nie mogłem jej otworzyć! Szarpałem i szarpałem, a tu nic. Jak wmurowane!
Co do cholery? Na klej je przykleiłaś? — zawołałem do żony, która oczywiście nawet nie raczyła mi odpowiedzieć. Zaczynało mnie to już coraz bardziej irytować.
Dobra! Teraz się wkurzyłem. O co ci chodzi? Aż do tego stopnia Cię porąbało? Nawet jedzenia mi odmawiasz? Pamiętaj! Ja też zarabiam na to jedzenie! Teraz sama też nie będziesz jadła! Dziecinne zagrywki! Ja sobie jutro pójdę na miasto, zjem dobry obiad kumplami, a ty się głodź jak chcesz! Idę spać! Widzę, że ty nie, to idę do pokoju dzieciaków. Przynajmniej nie będę musiał patrzeć na te twoje fochy!
Następnego dnia obudziło mnie uporczywe dzwonienie do drzwi. Ktoś wisiał na dzwonku, jakby od tego co najmniej zależało jego życie. Postanowiłem nie reagować. Niech się Młoda w końcu ruszy. Obróciłem się na drugi bok, i zakryłem uszy rękoma. Po chwili dzwonienie ustało.
Usłyszałem szczęk otwieranego zamka i kroki dwóch osób idących przez kuchnie do pokoju. Zaciekawiło mnie kto to przyszedł. Sam słyszałem jak Żona wczoraj przez telefon mówiła, że nie chce nikogo widzieć. Wstałem z łóżka. Ubierać się nie musiałem bo spałem w opakowaniu jak przystało na prawdziwego samca Alfa!. Przeszedłem do dużego pokoju. Tam, razem na łóżku, cóż za niespotykany widok! Żona z teściową! Kto by pomyślał!
— O mama! Siemanko! — zawołałem — co to za święto? Że raczyła nas odwiedzić sama szanowna Pani rodzicielka!
Żadna z kobiet nawet jednym gestem, czy słowem nie raczyła okazać, że zauważyła moją obecność. Zmówiły się czy jak?
— No bez przesady! Aż tak nie nabroiłem, żeby wyciągać ciężką artylerie! — próbowałem rozładować sytuację żartem.
A tu nic. Żadnego znaku, że w ogóle mnie zauważają. Zacząłem przyglądać się obu kobietom i zauważyłem pewne podobieństwa. Obie miały zaczerwienione oczy. Ubrania w nieładzie. Mówiły też cicho, czasami nawet popłakując. Co tu się dzieje? Może tu nie o mnie chodzi? Może coś dzieciom się stało? Postanowiłem przysłuchać się rozmowie. Mówiła akurat matka.
— Nie załamuj się, jakoś sobie poradzimy. Będzie dobrze, zobaczysz! Wszystko się jakoś ułoży. Masz dzieci, ja też ci pomogę. Przeprowadzę się tutaj do was. Razem jakoś przez to przebrniemy.
— Ale ja nie chcę przez nic brnąć. Chcę żeby On wrócił! Nie poradzę sobie bez Niego! Potrafił być idiotą, ale kochałam Go! Nadal Go kocham! Chcę żeby wrócił!
Po tych słowach zobaczyłem, jak wstrząsana spazmami płaczu zwija się w kłębek w rogu łóżka. Zacząłem się zastanawiać o kogo może chodzić? Ze słów mojej matki wygląda, że z dziećmi wszystko porządku. Ja tu jestem. Za swoim ojcem to raczej nie przepadała. Kochanka miała, czy jak?
— Pogódź się z tym, On już nie wróci. Trzeba żyć dalej. Mnie też jest ciężko! Przecież to mój syn.
— Zaraz, zaraz, pomyślałem. Przecież ja jestem jedynakiem. Jak to „mój syn”?
— Hola, co to za żarty? Nie uważacie, że już wystarczy? Dostałem nauczkę, więc przestańcie! To przestaje być śmieszne!
Chciałem złapać matkę za ramię, ale stało się coś dziwnego. Jakkolwiek czułem jej ramie, nie mogłem nawet na milimetr jej przesunąć. Nie jestem ułomkiem, ale chociaż naciskałem z całej siły, nic się nie działo. Jakbym próbował mur przesunąć. I wtedy usłyszałem słowa, które matka z naciskiem w głosie, wypowiedziała do skulonej dziewczyny.
— Musisz zrozumieć! Romek zginął w wypadku i już nie wróci! Masz jeszcze dzieci, więc weź się w garść dziewczyno i doprowadź do porządku. Jutro, z samego rana je przywiozę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
— Co? Ja zginąłem? Niemożliwe! Przecież tu jestem! Wtedy do mnie dotarło. Te wszystkie drobiazgi, które mi się przytrafiały od wczoraj. Nie otwierające się drzwi w sklepie. Brak głodu. Milczenie żony, kiedy w durny sposób próbowałem zwrócić na siebie uwagę, komentując serial. Niemożność otwarcia drzwi od lodówki. Nawet to, że nie pamiętam jak wróciłem do domu. Wszystko ułożyło się w logiczną, acz straszną całość. Pierwszy raz w życiu. W życiu? Z całego serca, nienawidziłem w tym momencie logiki. Oczywiście, jeśli stan w którym się akurat znajduję, można nazwać życiem. Niby jestem, a jednak mnie nie ma! Brzmi to jak z kiepskiego kawału o chudzielcu. No! Ale on był, chodź mizerny, a ja? Kim właściwie teraz jestem? A może lepiej by było zapytać czym?
Rozdział 2
Dopadła mnie zimna jak lód panika.
— Kurwa mać! Mam. Miałem? Żonę, dzieci, przyjaciół, plany na przyszłość, kupę niespłaconych rat, nie mówiąc już o marzeniach. Co ja mam teraz ze sobą począć? Co mam robić? Co z rodziną? Cholera! To niemożliwe! To nie może być prawda! Mam już nigdy nie przytulić żony, ani dzieci? Nie wyjechać z nimi na upragnioną wycieczkę do Egiptu? Kij ze mną! Co ma teraz zrobić moja żona? Została sama z dziećmi. A pamiętam, że mamy do spłacenia, czy raczej Ona teraz ma, kilka kredytów i raty za mieszkanie. Nie, nie, nie! To tylko jakiś durny sen, a ja zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Obiecuję, że naprawie wszystko co zepsułem, będę lepszym mężem i ojcem. Tylko… Tylko co? Jestem kurwa martwy i nic tego nie zmieni! Martwy? Ale czy na pewno?
Spojrzałem na ukochaną i dopiero teraz zrozumiałem jak musi cierpieć. Przez cały czas, gdy ja, jak ostatni debil, jak pierdolony pępek świata, próbowałem zwrócić na siebie uwagę, Ona, ledwo żywa ze zmartwienia, płakała, zastanawiając się jak ma sobie teraz poradzić. Jak ma wychowywać dzieci, sama, bez pomocy? Jak poradzić sobie z rachunkami, ratami za mieszkanie, pracą? Jak widać również za ukochanym, czyli za mną, skończonym idiotą!
To wszystko dopadło mnie w ułamku sekundy. Zrozumiałem, tylko, że … zrozumienie nie dało mi spokoju. Wręcz przeciwnie, cały żal i beznadzieja skumulowały się we mnie z taką intensywnością, że aż pociemniało mi w oczach. Nie wiem nawet jak znalazłem się na zewnątrz, wlokąc się przez miasto jak filmowy zombie. Po prostu, tak jak przez całe dotychczasowe ”życie” tak i teraz uciekłem od kłopotów. Nie potrafiłem spojrzeć w oczy ukochanej i Matce. Na samą myśl o dzieciach robiło mi się słabo. Swoją drogą, czy duch może się porzygać? I w sumie czym? Ektoplazmą?
Nie wiem jak długo łaziłem po mieście. Użalając się nad sobą. Dzień, może dwa? Z resztą czas, jako taki, nie miał dla mnie teraz żadnego znaczenia. Nie czułem jego upływu. Tak samo jak nie czułem głodu, zmęczenia, zimna ani gorąca. Jedno tylko nie uległo zmianie. Poczucie straty! Żal był przez cały czas tak samo intensywny, jak w chwili gdy zrozumiałem, że prawdopodobnie przez swoja głupotę, zostawiłem na łaskę losu swoją rodzinę. Prawdopodobnie, bo w dalszym ciągu nie pamiętam co się właściwie stało. Matka mówiła coś o jakimś wypadku. Ale kiedy i jak? Nie miałem pojęcia. Postanowiłem się tego dowiedzieć. Tylko w jaki sposób? Jestem teraz chyba duchem czy jakoś tak. Nie pójdę przecież na policję i nie zapytam jak zginąłem. Nawet gdybym mógł, to co bym powiedział?
— Przepraszam Panie policjancie, mógłby Pan łaskawie sprawdzić w dokumentach jak umarłem? Wie Pan, nic nie pamiętam z tamtej chwili, a z pobudek osobistych trochę mnie to ciekawi.
Przecież po takim tekście, koleś sam by pewnie zszedł na zawał. I miałbym jeszcze jego na sumieniu. Bez sensu! Musiałem znaleźć inny sposób. Doszedłem do wniosku, że najlepiej dowiedzieć się tego od dawnych przyjaciół. Przy okazji dowiem się jak mnie wspominają. Pewnie żałują, że mnie już nie ma. Wszyscy mnie zawsze lubili. Na pewno jeszcze miedzy sobą komentują tamte wydarzenia. Nie minęło przecież dużo czasu od tamtej chwili. Znalezienie moich w sumie już byłych kumpli przynajmniej będzie łatwe. Wszyscy pracowaliśmy w jednej firmie i to większość na jednej zmianie. Dlatego też mieliśmy czas na wspólne imprezy. Firma jest umiejscowiona trochę daleko od centrum, ale ja mam przecież czas! Teraz, to już mi się nigdy, nigdzie nie będzie śpieszyło! Bo niby do czego? A i nogi mnie nie będą bolały od chodzenia, bo na dobrą sprawę, to ja nóg tak naprawę nie mam. Ciekawe, nie mam nóg a chodzę? Ale nie, nie będę się teraz nad tym zastanawiał. Załatwię najpierw jedną sprawę. Detalami zajmę się później.
Do mojego byłego zakładu pracy „doszedłem” koło południa. Z moich obliczeń wynikało, że moja zmiana, znaczy się, była zmiana jest akurat na rano. Muszę się przyzwyczaić do tego, że teraz wszystko jest byłe, lub było. Czyli koledzy jeszcze pracują. Nie chciało mi się wchodzić do środka, więc postanowiłem poczekać obok portierni. Niebo się zachmurzyło i widać było, że zaraz zacznie padać. Złapałem się na tym, że rozglądam się za jakimś schronieniem. Zacząłem nawet iść w stronę zadaszenia na rowery, wtedy „doszło” do mnie, że przecież deszcz nic mi nie zrobi. Chyba! Na wszelki wypadek schowałem się pod ten daszek i kiedy zaczęło padać na próbę wystawiłem rękę poza jego krawędź. Tak jak się można było spodziewać, nic się nie stało. Wyszedłem więc spod tej tymczasowej ochrony i przyglądałem się jak krople wody dotykając mojego „ciała” znikają, by pojawić się jako kałuża pod moimi stopami. Kurde! Czy duchy nie powinny być przeźroczyste? Ja siebie widzę normalnie, tak jak innych ludzi, znaczy się żywych ludzi. Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło. Ale zaobserwowałem już, że jestem dla innych niezauważalny. Ciekawe, czy wszystkie duchy tak wyglądają, czy tylko ja? Drugie pytanie, które samo się nasuwa, jak mam odróżnić innych, to znaczy inne duchy od żyjących, kiedy nie widzę różnicy nawet między nimi a sobą? W sumie to wiele pytań się niejako samo nasuwa, ale teraz muszę się skupić, na dowiedzeniu się co się stało. Akurat zegar umieszczony w oknie portierni pokazał godzinę czternastą, więc za chwile pracownicy z rannej zmiany powinni wychodzić z budynku i kierować się do samochodów lub autobusu. W tym momencie, trochę się skonsternowałem. Koledzy mnie przecież nie widzą, więc jak wsiądą do swoich pojazdów i odjadą to jak mam ich dogonić? Biec za nimi jak pies za rowerem listonosza? Czy jak? Może czepić się zderzaka i niech mnie holują do siebie? Ostatecznie postanowiłem wleźć na dach któregoś i po prostu tak się przemieszczać. Wiatr mnie chyba nie zwieje? Gorzej, jak auto pojedzie, a ja jako że tarcie na mnie nie działa, będę sobie wisiał w powietrzu jak jakiś balonik. Zmodyfikowałem więc plan przemieszczania się na dachu samochodu, dodając wersję z trzymaniem się jego krawędzi. Jak policjanci w filmach akcji!
Wszystko byłoby fajnie, bo jazda na dachu była w miarę wygodna. Ale jednego nie przewidziałem. Mianowicie tego, że kolega którego dachu samochodu się akurat czepiłem, będzie od razu wjeżdżał do garażu. W sumie mogłem o tym pamiętać, gdyż zawsze gdy pada, ten głąb od razu parkuje pod dachem. Sam moknie idąc do domu, ale ukochane autko schowane musi być! Problem wynikał z tego, że garaż ma niski sufit, a ja no cóż, do małych nie należę. Cóż więc się stało? Stało się to, że utknąłem między dachem samochodu a sufitem garażu, i to tak ściśle, że pewnie jak bym nie był duchem to zacząłbym się dusić. Wcale nie pomagało to, że po zrozumieniu absurdu całej tej sytuacji, zaniosłem się śmiechem. No bo jak to? Duch zblokowany w takiej sytuacji? Przecież teoretycznie duchy powinny przechodzić przez ściany i ludzi. A ja co? Zamknięty jak sardynka w puszce! Może jest jakiś sposób? Nie będę przecież czekał aż do jutra, kiedy szanowny Pan kolega znowu będzie jechał do pracy! Postanowiłem maksymalnie skupić swoją wole w chęci przeniknięcia w dół do samochodu. Zamknąłem oczy i ………? Szlag by to trafił, chyba usnąłem?! Bo obudziłem się, gdy na zewnątrz było już ciemno. Jedno na szczęście mnie ucieszyło, chodź nie na długo. Mianowicie, obudziłem się w samochodzie! Nie na długo, gdyż pech dalej mnie nie opuszczał. Jak mam do cholery, wyjść z tego durnego samochodu?! Kurde, tak jak z drzwiami od lodówki. Czuję klamkę, ale ona ani drgnie.
— Do jasnej cholery — zirytowałem się, — Jestem duchem a tu co chwila jakieś przeszkody! Co to ma być? Kara jakaś? Czy co?
Ze złości zamknąłem oczy i próbowałem gwałtownie oprzeć się o siedzenie. Oparłem się i owszem, ale o beton za samochodem! Przeleciałem przez pojazd i… jeb, znalazłem się na podjeździe przed garażem.
— Aha! Jak czegoś nie widzę, to mogę przez to przechodzić!
Doszedłszy do tak budującego wniosku popartego dowodami w postaci betonu za plecami, postanowiłem od razu wypróbować go w praktyce. Podszedłem do drzwi frontowych kolegi i dotknąłem ich ręką. OK., wszystko w porządku! Cofnąłem się, zamknąłem oczy, rozpędziłem się i jeb!… — Znowu?
Wyrżnąłem łbem o drewno z którego zrobione było skrzydło drzwi. Kurde! Gdybym żył, to pewnie bym się zabił! Co za ironia?! O co tu chodzi? Przez samochód przeleciałem i nic nie poczułem. A tu co? Do cholery, zapukać mam, czy co? Może spróbować przez ścianę, a nie przez drzwi. Ściana, jak się po chwili okazało, zareagowała w ten sam sposób. Czyli oparła się naporowi zdesperowanego ducha, wysyłając go, czyli mnie, dokładnie tam gdzie posłały mnie wcześniej drzwi. Czyli znowu zaliczyłem glebę. Przynajmniej za bardzo nie bolało! Jednakże nie zmienia to faktu, że i tak nie mogę wejść do budynku.
Stojąc tak przed budynkiem, jak idiota przed rebusem, zostałem nagle oświetlony przez światła samochody wjeżdżającego właśnie na podwórko. Wysiadło z niego dwóch moich pozostałych przyjaciół. Widocznie znowu szykuje się imprezka! Znowu cała czwórka razem! Znaczy się trójka i duch! Artur, bo to on właśnie był gospodarzem domu, do którego od dłuższej chwili próbowałem się dostać. Wyszedł po kolegów, a ja korzystając z okazji, zostawionych na oścież drzwi, szybko wszedłem do środka.
— Siema! Co tak późno? Myślałem, że już nie przyjedziecie! — zawołał Artur
— W Tesco była kolejka, a piwo przecież musi być! — Odpowiedział Kuba
— Fakt, właźcie i od razu na górę, bo Moja już się krzywi.
Słysząc to, pierwszy pobiegłem na gorę. Drogę znałem, bo już nie raz tu piliśmy, znaczy się, prowadziliśmy subtelną konwersacje, racząc się napojami procentowymi wspomagającymi logiczne myślenie. No prawie logiczne, jak zwał tak zwał. Nie chciałem znowu zostać po niewłaściwej stronie drzwi. Po chwili cała grupa dołączyła rozsiadając się na kanapie obok komputera. Stanąłem sobie z boku i czekałem na rozwój wypadków. Wreszcie dowiem się co się stało!
— No to co? Pijemy? — Kuba zaczynał się niecierpliwić.
— Poczekaj, pięć minut, jeszcze nie jesteś dobrze w środku, a już byś chciał się narąbać! Może wody się najpierw napij? — zaproponował Grzegorz.
— Wody? A co ja zwierzę jestem? Żeby wodę pić?! W wodzie to sa zarazki i ryby się pierd…
— Dobra! Dajcie spokój. Po browarku na początek, żeby się dobrze oglądało. — Rozładował sytuacje Adam
— Co oglądało? Adaś, zrobiłeś ten film z ostatniej imprezki? Kiedy Romek,.. ten, no, wiecie!?
— Tak, jest już gotowy. Trochę musiałem nad nim popracować, bo to w nocy było nagrywane, ale mam.
— Kurde, szkoda chłopa. Debil bo debil, ale swój! Szkoda, że rozwalił się o te ścianę jak ostatni idiota. — skonstatował Kuba.
— Fakt. Kretyn nie z tej ziemi! — Dodał Grzegorz — Jak można będąc tak nawalonym, wsiadać do auta? Popisywać mu się zachciało. Robert też czubek, że mu na to pozwolił. A teraz co? Romek nie żyje. Jego żona nie może z szoku wyjść i jeszcze przecież dzieci miał! Jak dla mnie debil i tyle!
— No nie!, Ładne zdanie mają o mnie ludzie, i to tacy, których zawsze uważałem za przyjaciół.
— Dobra, Grześ, nie gorączkuj się tak. Co było, to było! A o zmarłych należy się z wyrażać z szacunkiem! — Przerwał mu Adam.
— Gówno tam! Na szacunek to trzeba sobie zasłużyć!
— Cholera, Grzegorza zawsze uważałem za najlepszego przyjaciela, a teraz się dowiaduję, co on tak na prawdę o mnie myśli. Gnida jedna.
— Adam! Puszczasz ten filmik czy nie? — Tym razem wtrącił Kuba.- Ile mamy czekać?
— OK. Chodźcie do kompa.
Adam puścił film. Ja oczywiście wisiałem im na plecach, przecież i tak mnie nie widzieli ani nie czuli! Trochę marnej jakości, ale wyraźnie było widać, jak jadące zygzakiem auto, z wyjącym jak opętany silnikiem, wypada zza zakrętu i jeszcze bardziej przyśpiesza. Po chwili jakieś dwadzieścia metrów od ściany budynku, pojazd gwałtownie zakręca. Tu miałem pewnie zrobić ten obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Ale teraz sam widziałem, że przy takiej prędkości i odległości od fabrycznej ściany, to nie miało prawa się udać! Tymczasem auto na filmie, w zbyt ciasnym skręcie, przewraca się na bok, kilka razy koziołkuje. W pewnym momencie było widać jak Robert zostaje wyrzucony z auta. Po chwili samochód z całym impetem uderza o ścianę dachem, po czym bardzo powoli, jakby w zwolnionym tempie wraca na koła. Tyle tylko, że teraz jest o połowę niższe! Żaden kierowca nie miał prawa tego przeżyć. I teraz sądząc w jakim jestem stanie wiem, że nie przeżył. Miałem w tej chwili wszystkiego dość. Z obrazem roztrzaskanego auta przed oczami, zacząłem się cofać, aż sam nie wiedząc kiedy, przeszedłem przez ścianę i znalazłem się poza obrębem budynku.
Wisiałem tak w powietrzu jak idiota patrząc przez chwilę na elewacje. Kiedy dotarło do mnie gdzie jestem, spojrzałem w dół i jeb!……. po raz trzeci zaliczyłem beton. Nawet tego nie komentując wstałem i z mocnym postanowieniem, aby już nigdy tu nie wracać, wyszedłem z posesji i zrezygnowany poszedłem przed siebie.
Nie pamiętam ile tak łaziłem, ale po pewnym czasie przyłapałem się na tym, że od dłuższej chwili chodzę dookoła swojego byłego domu. Postanowiłem wejść i zobaczyć, czy już z żoną jest choć trochę lepiej. Tylko, że i tutaj wystąpił ten cholerny problem z wejściem do środka. Przez chwilę czekałem skonsternowany nie wiedząc jak wybrnąć z tej sytuacji, i chociaż raz szczęście się do mnie uśmiechnęło. Wychodziła akurat sąsiadka, więc udało mi się przynajmniej wejść na klatkę schodową. Do pokonania zostały mi już tylko drzwi od mieszkania. Postanowiłem cierpliwie czekać, aż ktoś z domowników zapragnie wyjść, na przykład do sklepu. Oparłem się więc o drzwi i czekałem. Stojąc tak na zewnątrz, chcąc nie chcąc słyszałem głosy dochodzące ze środka. Przeważał piskliwy głos mojej córeczki. Słysząc go, z żalu aż pociemniało mi w oczach. W dalszym ciągu miałem problemy z zaakceptowaniem faktu, że w realnym świecie już nie istnieje. W sumie to nie potrafiłem pogodzić się nawet z tym, że teraz w jakiś niepojęty dla mnie sposób, nadal tu byłem. Dla innych byłem niewidoczny i niewyczuwalny, ale dla siebie samego jak najbardziej realny. Nadal odczuwałem. Może nie tyle ból fizyczny co ból pochodzący z mojego udręczonego umysłu.
Nagle drzwi się otworzyły i wyszedł mój syn. Miał w ręku reklamówkę, więc pewnie szedł na dół, do sklepu. Chciałem iść za nim, ale przeważyła chęć jak najszybszego wejścia do środka, by zobaczyć córkę i żonę. Syn i tak pewnie zaraz wróci, więc i jego zobaczę. Akurat córka pytała o coś mamę. Powtarzała w kółko to samo zdanie, i nagle z bólem, który wybuchł mi w umyśle, usłyszałem, że pyta właśnie o mnie.
— Mamusiu, kiedy wróci tata?
— Mamusiu, kiedy wróci tata?
— Mamusiu…..
Ponownie nie wytrzymałem. Nie mogłem. Było to tym bardziej trudne, że w tej samej chwili widziałem jak moja ukochana żona, próbuje coś powiedzieć, ale łzy toczące się strumykiem po policzkach i urywany oddech przepełniony szlochem, jej na to nie pozwalały. Ból i rozpacz, widoczne na jej twarzy i w ogóle w całej sylwetce, powaliły mnie na kolana. Nie mogłem się przez chwilę ruszyć, a gdy już odzyskałem władze nad swoim widmowym ciałem, momentalnie zapragnąłem stamtąd jak najszybciej zniknąć. Najlepiej na zawsze. Ten widok udręczonej żony, był nie do zniesienia. A to przecież tylko i wyłącznie moja wina! Nikogo innego! Byłem i widocznie nadal jestem idiotą i tchórzem.
Sam nie wiem jak, ale po chwili byłem już na ulicy i biegłem przed siebie. Przerażony jak nigdy przedtem, chciałem uciec stamtąd jak najdalej i najszybciej. Ból psychiczny był tak intensywny, że co chwilę traciłem wzrok i wpadałem na różne przedmioty. Obijałem się o latarnie, przewracałem o ławki, zderzałem z budynkami. Nic jednak nie mogło powstrzymać mojej panicznej ucieczki. Kiedy już z bólu całkowicie straciłem wzrok, byłem już daleko poza miastem, na jakiejś łące w lesie. Przez chwilę jeszcze biegałem w kółko obijając się o otaczające polane drzewa, aż upadłem pod jednym z nich i tam skulony wyłem pragnąc umrzeć, chociaż zdawałem sobie sprawę, że przecież już jestem martwy. Leżałem tak przez dłuższy czas, aż ból trochę ustąpił i mogłem ponownie cokolwiek widzieć. Usiadłem i rozglądnąłem dookoła, chcąc ustalić swoją pozycje. Pierwsze co zauważyłem, to siedzącego obok mnie jakiegoś człowieka. Nie widok jednak jego samego mnie zdziwił, ale to, że najwyraźniej czekał on właśnie na mnie.
— No nareszcie! Myślałem, że się poddasz i zostaniesz jednym z tych biedaków, którzy nie dając sobie rady z bólem i świadomością swojej śmierci, wariują i snują się bezrozumnie po świecie.
— Ale jak? Co? W jaki sposób? Dlaczego? Jak to możliwe? Przecież… — Próbowałem jednocześnie zadać kilka pytań nieznajomemu i się pogubiłem.
— Spokojnie! — odpowiedział. — Mam odpowiadać na wszystkie pytania naraz? Już teraz? Czy może przejdziemy w jakieś milsze miejsce i pogadamy jak normalni ludzie. Znaczy się duchy, istoty ezoteryczne, czy jak tam siebie teraz nazywasz. — Poprawił.
— Masz rację. — Odpowiedziałem. — Chodźmy gdzieś. Ten las mnie przygnębia.
Nieznajomy, bez słowa złapał mnie za rękę i już po chwili byliśmy w jakimś ładnie urządzonym domu. Mówię po chwili, ale tak naprawdę, było to tak szybko, jakbyśmy to nie my się przemieścili, ale jakby ktoś błyskawicznie zmienił dekorację dookoła nas. Z wrażenia odjęło mi mowę.
— Przyzwyczaisz się. — Powiedział mój nowy znajomy. — Wszystko ci wytłumaczę. Lecz wiele rzeczy, nie jest tak prostych jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Powiedz mi, czego chciałbyś się dowiedzieć na początku, co cię gnębi?
— Może, na początek, tego kim tak właściwie jesteśmy?
— Czyli od początku. Dobrze. Jesteśmy tym co zostaje z nas po śmierci i dodać muszę aby była pełna jasność, że po gwałtownej śmierci. Gwałtownej, gdyż tylko taka śmierć gwarantuje powstanie takich jak my, czyli jak się powszechnie sądzi — Duchów.
— Czyli — Wtrąciłem — Nie jesteśmy duchami?
— I tak i nie. Już wyjaśniam. W czasie życia, w naszych mózgach zachodzą specyficzne reakcje chemiczne, powodujące zapisywanie informacji w neuronach. Informacji, czyli — wspomnienia, nabyta wiedza, nawet samoświadomość, tak zwane JA, nasze jestestwo. Trzeba pamiętać jednak, że to nic innego jak przesyłane wzdłuż synaps nerwowych elektrony. Teraz co się dzieje gdy ktoś umiera? Istnieją dwie opcje; powolna i szybka.
— W czasie powolnej śmierci, prądy błądzące w mózgu powoli zamierają, wraz z obumieraniem kolejnych narządów, aż do całkowitego zaniku, w jakiś czas po zatrzymaniu akcji serca.
— Jak to?
— Śmierć mózgowa nie następuje od razu. Musi minąć trochę czasu, aż niedotlenione komórki mózgu zaczną obumierać. Dopiero gdy ustaną jakiekolwiek reakcje w mózgu można uznać, iż ktoś zmarł. W tej opcji nie powstaje, przyjmijmy nazwę potoczną, duch.
— Odwrotna sytuacja zaistnieje, gdy ktoś umiera nagle. Na przykład w czasie wybuchu, katastrofy lotniczej czy innej tego typu śmierci. Wtedy elektrony nie zanikają, tylko w jakiś nie poznany dotąd sposób, no bo kto niby miałby pracować w tym temacie? Przyciągają się i utrzymują jako całość w swego rodzaju polu elektromagnetycznym.
— I ich energia nigdy nie wyczerpie się, tak jak przy powolnej śmierci? — Zapytałem
— Otóż nie. Funkcjonując jako całość, nie rozpadają się, a nawet więcej, pobierają energię z otoczenia i w ten sposób mogą trwać praktycznie w nieskończoność.
— Tę energię potrzebną elektronom to skąd się bierze? Z kontaktu?
— Ha, ha, sam sobie odpowiedziałeś na pytanie!
— Nie no, Nie żartuj! Mam sobie załatwić kabel i wtyczkę?
— Spokojnie! To proste. Wokół nas jest pełno elektryczności. Zwykłe pocieranie o siebie dwóch materiałów wytwarza tak zwany prąd statyczny. My pobieramy go przez cały czas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ale, nie zauważyłeś ostatnio, żeby ci się ciemno robiło przed oczami, lub żeby ci się jak pijakowi film urwał na jakiś czas?
— Faktycznie, tak było.
— To właśnie był zanik energii potrzebnej do prawidłowego funkcjonowania. Ty, czyli skupisko wolnych elektronów, którym notabene teraz jesteś, miało w swojej strukturze za mało, że tak powiem mocy do pełnego funkcjonowania i wtedy niektóre funkcje są jakby uśpione. Kiedy otrzymają z otoczenia wystarczającą ilość, ponownie wracają do stanu normalnego. Zobaczysz jak będziesz się „czuł” w czasie burzy z piorunami, to prawie jak seks w realnym życiu — aż się sam do siebie uśmiechnął mój rozmówca.
— Ale trzeba uważać na pioruny!
— Dlaczego? Mogą mnie zabić? Przecież już nie żyję!
— A skąd! Na pewno miałeś kiedyś orgazm?
— No, eee, jak każdy.
— To teraz sobie wyobraź, odczucie tysiąc razy silniejsze! Czacha dymi do odcięcia jak mówił mój dawny znajomy. Przyjemność jest tak silna, że aż boli! Świecisz przez chwilę jak choinka. Nawet żywi mogą cię wtedy zobaczyć!
— Jak? Moją postać!?
— Nie! Widziałeś kiedyś piorun kulisty na żywo lub na filmie?
— Tak
— No właśnie! To jeden z „naszych”, który miał to szczęście, czy nieszczęście, zależy jak na to patrzeć, że oberwał bezpośrednio lub pośrednio piorunem. Albo… Nie, to jeszcze nie jest czas aby ci pewne rzeczy tłumaczyć odnośnie tych piorunów. Może w przyszłości.
— Pośrednio?
— No różnie. Trzymał się samolotu, w który uderzył piorun. Lub jak niektórzy z „naszych” stał akurat na jakiejś wieży telewizyjnej czy radiowej. Wielu tak robi.
— Mówiłeś, szczęście lub nieszczęście. Dlaczego?
— Bo to uzależnia. Jak raz Cię walnie, to Ok, ale jak po kilku razach takiego naszego „seksu” ci się to spodoba. To nic innego nie robisz jak siedzisz całe „życie” na maszcie antenowym. Nudy. A potem żywi ludzie przechodzą pod przewodami wysokiego napięcia, a tam aż buczy, od energii wydzielanej przez czekające na następny piorun duchy. Muszą przecież jakoś wydalić energię, która się w nich nagromadziła, bo tylko pierwszy moment uderzenia czuje się jak niesamowitą przyjemność. Nie potrafią już inaczej. Jak narkomani. Z resztą jak u narkomanów, ich struktury się degenerują. Tak jak i u żywych. Nie używasz jakichś mięśni to ulegają atrofii. Nie „ćwiczysz” mózgu — co raz więcej zapominasz i coraz trudniej ci się czegoś uczyć. Tak samo w tym przypadku. Cały czas tylko ładowanie piorunem i rozładowywanie. Po jakimś czasie nic z umysłu pierwotnego człowieka już nie zostaje.
— Hm, mówiłeś wcześniej, skupisko elektronów, ale ja siebie widzę i czuję tak samo jak przed śmiercią. Nie widzę żadnej różnicy.
— Zastanów w się przez chwile, jak działa żywy mózg. Wyjaśnię ci tak skrótowo. To jak żywy człowiek widzi, słyszy czy czuje, to nic innego, jak bodźce z zewnątrz, przesyłane układem nerwowym do mózgu, który na tej podstawie tworzy obraz otaczającego go świata. Sam mózg jest ślepy i tworzy obraz rzeczywistości wewnątrz siebie na podstawie tych właśnie impulsów nerwowych dostarczanych przez zmysły.
— Nie zmienia to jednak faktu, że to nic innego jak tylko impulsy elektryczne pędzące przez nasz organizm. Więc to co widzisz i czujesz to tylko obraz stworzony przez twój mózg!
— Czyli, że widzę i czuje tylko to co generuje mój mózg?
— Otóż to! Przez całe swoje dotychczasowe życie, utrwalił się w twoim umyśle pewien obraz i teraz jest on ci przekazywany na bieżąco, tak jak został zapamiętany.
— To tak naprawdę jak wyglądamy?
— Jak mikroskopijnej wielkości wyładowanie elektryczne lub jak wcześniej mówiłem piorun kulisty. Chyba, że…..
— Tak?
— Chyba, że zgromadzi ktoś wystarczająco dużo energii, a wtedy może nawet wygenerować swój obraz dostrzegalny dla żywych. Ale to wymaga tyle wysiłku, że decydują się na to tylko nieliczny, a i tak tylko na chwilę, bo taki pokaz bardzo szybko zużywa całą zgromadzoną moc, i wtedy taki delikwent, traci świadomość, aż ponownie nie doładuje baterii, hi hi. Musisz wiedzieć, że można gromadzić moc praktycznie bez ograniczeń, Tyle tylko że traci się na to bardzo dużo czasu, lub znajdzie się obfite jej źródło. Pobieranie prądu, jak pytałeś z gniazdka, to też nie taka prosta sprawa. Ile razy jak żyłeś „wywalało” ci tak zwane korki w domu, bez przyczyny? Niby nic nie podłączasz a tu pyk, nie ma prądu!
— No zdarzało się.
— Właśnie! To często próby pobierania energii przez duchy. Nie jesteśmy zbyt kompatybilni i jak tylko za szybko chcemy pobrać prąd, lub jak w Twoim wypadku, ktoś nie umie tego robić w należyty sposób. Zbyt szybki przesył prądu powoduje zaburzenia w sieci elektrycznej. Dlatego trzeba to robić, tak jak wszystko, po prostu z umiarem. Nauczę cię.
— Wiesz, pytanie mam.
— Wal śmiało.
— Dlaczego mi pomagasz?
— Z dwóch powodów. Po pierwsze nudzi mi się, a jak sam wcześniej czy później zauważysz, nuda w naszym obecnym stanie to bardzo duży problem. Po drugie ktoś mi kiedyś w ten sam sposób pomógł. Niejako spłacam dług zaciągnięty u kogoś innego. Może i ty kiedyś komuś pomożesz w taki sposób?
— Powiesz mi jak zginąłeś?
— Nie dzisiaj. To długa historia. Niby mamy czas, jednak ja też muszę się trochę podładować! Chodź ze mną, pokaże ci jak to robić w optymalny sposób.
— Poczekaj! Jak ty masz w ogóle na imię? Chyba, że w świecie duchów to jakieś Tabu?
— A faktycznie, zapomniałem się przedstawić. Jestem Tomasz.
Tomasz ruszył w stronę wąskich schodów prowadzących w dół. Chociaż wyglądaliśmy jak ludzie, on poruszał się z taką lekkością, jakby grawitacja była dla niego jedynie sugestią, a nie prawem fizyki.
— Chodź, młody. Piwnica to najlepsze miejsce na trening. Mało świadków, a instalacja stara, więc nikt nie zdziwi się, jak coś mrugnie — rzucił przez ramię.
Zeszliśmy do pomieszczenia, które pachniało kurzem i zimnym betonem, choć zapach czułem raczej jako wspomnienie zapachu niż realny bodziec. Na ścianie, obok zakurzonego regału z przetworami, widniało pojedyncze, ceramiczne gniazdko.
— Słuchaj uważnie — zaczął Tomasz. — Jesteś skupiskiem elektronów. Twoje „ciało” to tylko projekcja mózgu. Jeśli chcesz pobrać energię, musisz przestać myśleć o sobie jak o facecie z palcami, a zacząć jak o niematerialnej substancji, praktyczne płynnej. Musisz „wypuścić” siebie w stronę źródła.
— Mam tam wsadzić palec? — zapytałem, czując, że jak na ducha, mam podejrzanie mokre czoło. — Przecież mówiłeś, że jak zrobię to za szybko, to będzie dym.
— Nie palec. Skup wolę. Wyobraź sobie, że twoja dłoń się zwęża. Że staje się cienkim, miedzianym drucikiem. Transformacja to podstawa, inaczej będziesz tylko bezużyteczną chmurką energii.
Spróbowałem. Zamknąłem oczy, skoncentrowałem się i wyobraziłem sobie swoją prawą rękę jako bolec od wtyczki. Poczułem dziwne mrowienie. Kiedy otworzyłem oczy, zamiast palca wskazującego miałem coś, co przypominało przerośniętego, wygiętego ogórka kiszonego o niebieskawym odcieniu.
— No, prawie — parsknął śmiechem Tomasz. — Ale z tym to możesz co najwyżej komuś oko wybić, a nie prąd kraść. Spróbuj jeszcze raz. Skup się!
Znowu napiąłem całą swoją „wolę”. Tym razem ręka zamieniła się w coś na kształt widelca do ciasta. Przy trzeciej próbie udało mi się wygenerować cienką, jakby gumową, drgającą wypustkę. Wyglądało to komicznie, jakbym miał antenkę zamiast dłoni, ale Tomasz skinął głową.
— Dobra, celuj w dziurkę. Tylko delikatnie, jak z kobietą! — zarechotał.
Zbliżyłem wypustkę do gniazdka. Czułem przyciąganie, o którym mówił. To było jak magnes, który chciał mnie wessać do środka. Wypustka momentalnie zrobiła się prosta i sztywna, jakby sama chciała jak najszybciej dostać się do źródła prądu. Zamiast jednak powolnego poboru, o którym pouczał mnie mentor, poczułem nagły, potężny zew. Jakbym był na potwornym kacu i zobaczył lodowatą setkę wódki uśmiechającą się do mnie z otwartych drzwi lodówki.
Zassałem. PYK! I …jeb! Zrobiło mi się czarno przed oczami. Oślepłem?
W całym domu nastała absolutna ciemność. W piwnicy zrobiło się czarno jak w grobie, a ja poczułem, że przez ułamek sekundy świecę jak neon nad burdelem.
— Kurde, Romek! Mówiłem: z umiarem! — warknął Tomasz. — Wywaliłeś korki w całym pionie.
— Ja… ja nie chciałem. Samo tak jakoś pociągnęło — wykrztusiłem, czując się niesamowicie „naładowany”, jakbym wypił dziesięć kaw naraz.
Tomasz westchnął i podszedł do tablicy rozdzielczej wysoko na ścianie. Widziałem go wyraźnie, mimo ciemności — jego postać lekko pulsowała. Wyciągnął rękę, która nagle przestała być mglista. Stała się twarda, niemal materialna. Usłyszałem metaliczny zgrzyt, gdy jego palce, z ogromną siłą, przesunęły ciężką dźwignię bezpiecznika.
— Skąd masz tyle pary? — zapytałem pod wrażeniem.
— Trening, młody. Jak zgromadzisz dość mocy, możesz na chwilę oszukać materię. Ale to kosztuje. Będę się musiał znowu mocno doładować, ale to już nie tutaj. Nie chcę staruszce rachunku nabijać. No, chodź na górę. Pani Helena pewnie już szuka świeczek.
— Pani Helena? — zdziwiłem się, idąc za nim do salonu.
— Właścicielka. Starsza pani, która ma więcej wspólnego z naszym światem, niż ci się wydaje. Jest medium. Widzi nas, choć udaje przed sąsiadami, że to tylko „problemy ze wzrokiem”.
Weszliśmy do pokoju, gdzie siwa kobieta w grubym wełnianym swetrze w reniferki, właśnie odstawiała niepotrzebne już zapałki. Spojrzała prosto w miejsce, gdzie stał Tomasz, a potem jej wzrok przesunął się na mnie. Poczułem ciarki, których nie powinienem już czuć.
— Nowy? — zapytała niskim, spokojnym głosem. Coś słabiutko świeci ta iskierka — Tomasz, znowu bawisz się instalacją? Fachowiec od siedmiu boleści.
— Uczę go, Heleno. Musi jakoś przetrwać — odpowiedział Tomasz z wyraźnym szacunkiem. Zwrócił się do mnie: — Pomagam jej. Helena ma ciężkie życie. Bezwzględni urzędnicy z gops-u i komornicy próbują ją wygryźć z tego domu od lat. Twierdzą, że dom jest „niebezpieczny” albo, że ona nie daje sobie rady. Tomasz uśmiechnął się drapieżnie, a w jego dłoni przeskoczyła mała iskra.
— Więc ja dbam o to, żeby każdemu urzędnikowi, który tu wejdzie z papierami, „przypadkiem” spalił się laptop, zaciął zamek w drzwiach albo żeby nagle poczuł lodowaty oddech na karku, gdy próbuje podpisać nakaz eksmisji. Taka mała, pośmiertna pomoc sąsiedzka. Chociaż i tak najwięcej „roboty” mam w urzędach.
— Z resztą, chodź pokaże ci co i jak.
Spojrzałem na panią Helenę. Puściła mi oko. Zrozumiałem, że bycie skupiskiem elektronów może mieć jednak swoje plusy.
***
Wieczorem gmach Urzędu Miasta przypominał wielkie, uśpione cmentarzysko papieru. Ciemne korytarze pachniały tanią pastą do podłóg i martwą nadzieją petentów na szybkie i po ich myśli załatwienie sprawy. Tomasz szedł przodem, a raczej płynął, ignorując wszelkie bariery architektoniczne.
Stanęliśmy przed drzwiami z tabliczką: „Wydział Gospodarki Nieruchomościami”.
— Dobra, młody, czas na lekcję numer dwa: dyfuzja woli — oznajmił Tomasz i bez najmniejszego oporu przeszedł przez dębowe skrzydło drzwi, jakby było zrobione z mgły. Po chwili jego głowa wychyliła się z powrotem prosto z litego drewna. Wyglądało to co najmniej makabrycznie. — No, na co czekasz? Wchodź.
Wziąłem głęboki oddech, choć moje płuca były już tylko wspomnieniem, i ruszyłem przed siebie równie pewnie jak mój nowy przyjaciel, i …jeb! Znane mi już wcześniej uczucie zawodu spowodowane walnięciem łbem o coś twardego. Odbiłem się od drzwi tak mocno, że aż mi zaszumiało w mojej nie-fizycznej czaszce.
— Myśl o atomach! — dobiegł mnie stłumiony głos mentora. — Materia to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pusta przestrzeń. Musisz tylko wpasować się w luki. Nie walcz z drzwiami, stań się ich częścią. Wyobraź sobie, że jesteś wodą wsiąkającą w gąbkę.
Spróbowałem jeszcze raz, tym razem powoli. Przyłożyłem prawą dłoń do drewna. Czułem opór, najpierw jako twarda powierzchnię a po chwili skupienia, coś w rodzaju gęstego, chłodnego kisielu. Zacząłem napierać, aż nagle — jakby pękła jakaś błona — moja ręka zanurzyła się w drzwiach. Potem ramię, głowa… Przez moment widziałem strukturę słoja dębowego od środka. Ciemność, zmniejszający się opór i nagłe „pyknięcie”. Wypadłem po drugiej stronie, lądując na biurowej wykładzinie, w niezbyt szanowanej pozycji, mianowicie po prostu ryjem do podłogi i tyłkiem wypiętym do góry.
— Gratulacje, właśnie straciłeś dziewictwo z materią nieożywioną — zakpił Tomasz, stojąc już przy jednym z biurek. — Teraz do roboty. Szukamy akt Heleny.
— Skąd będziesz wiedział, jak wejść w oprogramowanie komputera? Przecież tu są hasła, zabezpieczenia… — zacząłem, ale Tomasz tylko parsknął śmiechem.
— Romek, ty naprawdę mało o życiu wiesz. Urzędnicy to specyficzna rasa. Boją się informatyków bardziej niż nas. Patrz tutaj.
Wskazał na ramkę monitora. Pod dolną krawędzią przyklejona była żółta karteczka z napisem: „Krysia2023!”.
— Genialne w swojej prostocie, co? — Tomasz wyciągnął dłoń. Jego palce zaczęły pulsować niebieskawym światłem i wydłużyły się, stając się cienkimi, niemal igłowatymi wypustkami.
Zaczął operować nad klawiaturą. Nie dotykał klawiszy fizycznie — widziałem, jak między jego „palcami” a plastikiem przeskakują mikroskopijne iskierki. Każdy przeskok oznaczał zamknięcie obwodu. Komputer, mimo że wyłączony, nagle mruknął, a monitor rozbłysnął trupim, błękitnym światłem.
— Teraz ty. Musisz poczuć impuls. Nie naciskaj, tylko przesyłaj — instruował. — Znajdź folder „Eksmisje — bieżące”.
Podszedłem do stanowiska pani referent. Skupiłem się tak mocno, że aż mi „ciało” zaczęło drgać. Moje palce zamiast w eleganckie igły, zmieniły się w coś, co przypominało napuchnięte parówki, z których wyrastają małe czerwone pomidorki. Próbowałem trafić w kursor, ale moja koordynacja była tragiczna.
— Delikatniej, to nie młot pneumatyczny! — syknął Tomasz.
Udało mi się. Po dziesięciu minutach walki z własną niematerialnością i trzech przypadkowych otwarciach kalkulatora, dokopałem się do pliku. „Helena Kwiatkowska — nakaz opuszczenia lokalu”. Serce, którego nie miałem, zabiło szybciej z satysfakcji.
— Musimy to zaznaczyć i… — zacząłem, ale wtedy poczułem, że zgromadzony we mnie ładunek zaczyna „pływać”. Moja ręka, wciąż nienaturalnie wydłużona i naładowana pośmiertną adrenaliną, drgnęła niekontrolowanie.
Zamiast w klawisz „Delete”, uderzyłem z całym impetem w stojący obok monitora ciężki, ceramiczny kubek. Był wypełniony czymś, co kiedyś było kawą z cukrem, a teraz przypominało czarną, zimną maź z gęstym kożuchem na wierzchu. Kubek wywinął efektowne salto i wylądował prosto na samym środku klawiatury. Ciecz wdarła się między klawisze, a w momencie, gdy moja naładowana ręka wciąż znajdowała się centymetry nad urządzeniem, nastąpiło tragiczne w skutkach spotkanie fizyki z metafizyką.
TRZASK! BZZZT!
Snop błękitnych iskier wystrzelił w górę, oświetlając biuro niczym flesz aparatu. Usłyszałem dźwięk smażonej elektroniki i radosne „pyknięcia” palących się tranzystorów. Z wnętrza komputera wydobył się siwy, gryzący dym, a na monitorze pojawił się ostatni komunikat: „Fatal Error”, po czym wszystko zgasło z hukiem. W pokoju zapadła cisza, przerywana jedynie cichym skwierczeniem topionego plastiku. Smród ozonu wymieszał się z aromatem spalonej kawy „Prime”.
— No i brawo — skwitował Tomasz, patrząc na dymiące szczątki sprzętu. — Miałeś usunąć plik, a zlikwidowałeś całe stanowisko pracy razem z komputerem. Cóż, to… bardzo… radykalne podejście, chociaż nie powiem, całkiem skuteczne.
— Przynajmniej jutro pani Krysia nic nie wyśle do pani Heleny — wykrztusiłem, próbując przywrócić dłoni normalny kształt. — Przez ten komputer to ona już nawet pasjansa nie ułoży.
— To prawda. Ale jutro rano pani referent przeżyje szok życia. Klawiatura zalana zimną kawą w zamkniętym na siedem spustów pokoju, w którym „nikogo nie było”. Pewnie pomyśli, że to przez te jej tabletki na uspokojenie. Chodźmy stąd, zanim z wrażenia znowu coś tu zdemolujesz. Albo nie! Poczekamy spokojnie i popatrzymy. Może i jesteśmy martwi, ale rozrywka od czasu do czasu i nam się należy.
***
Następnego ranka Urząd Miasta tętnił życiem, które dla nas — zawieszonych między gniazdkiem a wiecznością — wyglądało jak film w przyspieszonym tempie. Siedzieliśmy z Tomaszem na szafie z aktami, wygodnie oparci o stertę zakurzonych segregatorów, czekając na wielkie otwarcie.
Punkt ósma zero, zero. Drzwi ustąpiły z impetem, a do pokoju zamaszyście jak jakiś wojskowy sierżant, wmaszerowała ONA, Pani Krysia — kobieta, której fryzura przypominała zastygłą piankę montażową, a wyraz twarzy sugerował, że właśnie cytryna była jej głównym porannym posiłkiem.
Nagle stanęła jak wryta. Jej bystry wzrok, wyszkolony latami wpatrywania się w ekran i petentów, padł na biurko.
— MOJA KLAWIATURA! MÓJ KOMPUTER! — ryk, który wydobył się z jej gardła, sprawił, że kurz na szafie, na której siedzieliśmy, uniósł się w górę. — MOJE STANOWISKO PRACY! KTO TO ZROBIŁ?!
W biurze zapadła grobowa cisza. Pozostali urzędnicy, którzy dopiero co rozstawiali swoje kubki z herbatą, zamarli.
— Przecież to jest sabotaż! — Krysia nie przestawała, jej twarz przybrała odcień dojrzałego buraka. — Kto tu wchodził po godzinach?! Kto wylał tę lurę na mój sprzęt?! Przecież to się lepi, to śmierdzi! To jest mienie państwowe! Wezwę policję! Wezwę informatyków! Sprawdzę monitoring! Wywalę z pracy!
— Krysia, uspokój się, przecież nikt tu nie ma kluczy poza ochroną — próbował mitygować ją młody chłopak z biurka obok, poprawiając okulary.
— Nie mów mi, żebym się uspokoiła, młody człowieku! — odparowała, wycierając klawiaturę chusteczką higieniczną, co tylko pogorszyło sprawę, bo papier zaczął przywierać do spalonego plastiku i zaschniętego cukru z kawy. — To była moja ulubiona kawa! Z dwiema kostkami cukru! Specjalnie ją sobie zostawiłam na rano, żeby mieć siłę na te wszystkie eksmisje i użeranie się z takimi niedoukami jak wy!
Młody urzędnik odwrócił się do monitora i mruknął pod nosem, tak cicho, że tylko my, z naszym wyostrzonym pośmiertnym słuchem, mogliśmy to usłyszeć:
— Sama pinda tę kawę zostawiła na krawędzi, a teraz szuka winnych dookoła… Typowe. Sama siebie wyeksmituj, wiedźmo.
Tomasz szturchnął mnie w ramię i wyszczerzył zęby. — Widzisz to? — szepnął. — Najlepsze jest to, że ona teraz przez tydzień nie wyśle ani jednego pisma do Heleny. Zanim jej wymienią sprzęt, zanim informatycy spiszą protokół zniszczenia, zanim odzyska niezapisane dokumenty i zanim przestanie histeryzować… Wygraliśmy dla staruszki sporo czasu.
Pani Krysia tymczasem wpadła w kolejną fazę furii, bo próbowała nacisnąć klawisz „Enter”, a ten wydał z siebie mokre mlaśnięcie i pozostał wciśnięty na amen.
— ON ŻYJE! — wrzasnęła, gdy komputer, wciąż spięty moim wczorajszym ładunkiem, nagle samoczynnie wyrzucił tackę z napędem DVD, uderzając ją prosto w brzuch.
Nie wytrzymałem. Zacząłem się dusić ze śmiechu, co objawiło się w świecie żywych jako nagły, mroźny powiew wiatru, który rozrzucił papiery na biurku pani Krysi.
— Tu są jakieś przeciągi! Zamknijcie okna! Chcecie żebym zachorowała? — zawyła, kompletnie tracąc panowanie nad sobą.
— A zdychaj! — dało się słyszeć z kilku innych stanowisk. Na tyle cicho jednak aby pani Krysia przypadkiem nie usłyszała, bo faktycznie mogłaby zejść na zawał.
— Chodźmy, Romek — powiedział Tomasz, wstając. — Na dzisiaj starczy. Muszę cię teraz nauczyć, jak nie wywalać całej elektrowni, kiedy będziesz chciał zapalić komuś światło w łazience. Bo na razie jesteś jak chodząca zwarciowa apokalipsa. — Dodał ze śmiechem.
Wyszliśmy przez ścianę, zostawiając za sobą furię Pani Krysi i ciche przekleństwa jej współpracowników. Czułem się świetnie. Pierwszy raz od kiedy umarłem, czułem, że naprawdę „żyję”.
***
Wyszliśmy z urzędu przez tylną ścianę, prosto w zaułek pełen śmietników i szczurów, które — jak zauważyłem ze zdziwieniem — wyraźnie nas wyczuwały. Jeden większy osobnik, z siwą sierścią i brakującym okiem, popatrzył prosto na mnie i pisnął ostrzegawczo.
— Zwierzęta nas widzą? — zapytałem Tomasza, obserwując jak gryzoń zmyka między kontenery.
— Nie widzą w pełni, ale wyczuwają. Instynkt. My jesteśmy zaburzeniem w ich świecie, czymś co nie powinno istnieć, ale istnieje. Koty są najgorsze — te potrafią gapić się na ciebie godzinami, aż robi ci się nieswojo.
Ruszyliśmy w stronę dzielnicy, gdzie mieszkała pani Helena. Tomasz poruszał się z wprawą, jakby dokładnie znał każdą uliczkę, każdy zaułek. Ja wciąż miałem problemy z koordynacją — co chwila potykałem się o krawężniki. Ale tylko jak skupiałem się na chodzeniu. Jeśli o tym nie myślałem, to szedłem bez problemu.
— Niedługo nauczysz się „chodzić” normalnie — rzucił Tomasz, nie odwracając się. — Albo w ogóle przestaniesz chodzić i zaczniesz się po prostu przemieszczać. To kwestia czasu i wprawy.
— Przemieszczać? Jak wtedy, gdy przeniosłeś nas z lasu do domu pani Heleny?
— Dokładnie. Ale to wymaga dużo mocy i wyraźnej wizualizacji miejsca docelowego. Jak spróbujesz teraz, to najprawdopodobniej wyłonisz się z muru w połowie jakiejś ściany i utkwisz tam jak mucha w gęstym syropie.
Minęliśmy park, potem ruchliwą arterię, gdzie samochody przejeżdżały przez nas nie wywołując nawet drgnięcia. Uczucie było dziwne — widziałem zbliżający się grill mercedesa, czułem instynktowny lęk, a potem… nic. Metal, szkło i żywy człowiek po prostu przepływały przez mnie jak woda przez sitko.
— Przyzwyczaisz się — stwierdził Tomasz. — Zresztą, to jedna z niewielu przyjemności naszego stanu. Możesz sobie stać na środku jezdni i nikt cię nie przejedzie. W sensie, przejadą, ale ty nic nie poczujesz.
Po dwudziestu minutach dotarliśmy w rejon, gdzie architektura robiła się coraz bardziej chaotyczna. Nowoczesne, szklane biurowce wyrastały jak betonowe grzyby po deszczu, ale między nimi, tu i ówdzie, zachowały się stare kamienice — liche, przygnębione ciężarem lat, jakby czekały tylko na wyrok do rozbiórki.
I wtedy ją zobaczyłem.
Pomiędzy dwoma identycznymi, bezdusznymi wieżowcami ze szkła i stali, stała niewielka, trzykondygnacyjna kamienica. Wyglądała jak stara pani, która uparcie odmawia zmiany miejsca zamieszkania pomimo nacisków rodziny. Przedwojenna architektura — mocny, ceglany fundament, ozdobne sztukaterie pod oknami, już miejscami obtłuczone. Drewniane okiennice w kolorze wyblakłej zieleni, zdobiące część okien na pierwszym piętrze. Fasada w kolorze brudnej żółci, niegdyś pewnie ciepłej jak miód, teraz przypominała raczej zużyte prześcieradło.
Dach pokrywała stara dachówka — ciemnoczerwona, gdzieniegdzie popękana, z kominami, z których jeden był lekko przechylony. Na dachu rosło kilka kępek trawy i nawet mały krzaczek brzozy, która wyrosła pewnie z nasionka przyniesionego przez wiatr.
Kamienica miała to coś — mimo zniszczeń i upływu czasu, mimo tego, że była otoczona przez ogromne nowoczesne kolosy, którym do piękna było daleko, zachowała swoją dumę. Przysadzista, niewielka, ale solidna. Na parterze znajdował się stary, nieużywany sklep z drewnianymi witrynkami, tak zamglonymi kurzem, że nie dało się przez nie zajrzeć do środka. Nad wejściem wisiał blaszany szyld, kiedyś pewnie jaskrawozielony, teraz zardzewiały — ledwo można było odczytać napis „Sklep Spożywczy — M. Kowalski”.
Wejście główne prowadziło przez solidne, dębowe drzwi z kutą klamką i małym okienkiem z matowego szkła. Obok, na ścianie, tabliczka z nazwiskami lokatorów — większość miejsc pustych, tylko trzy wypełnione nazwiskami, napisanymi pożółkłym pismem na przyklejonych karteluszkach.
— Widzisz ją? — zapytał Tomasz, zatrzymując się po drugiej stronie ulicy.
— Trudno nie zauważyć — odpowiedziałem. — Wygląda jak… nie wiem, jak ocalały z wojny żołnierz.
— Dokładnie tak. — Tomasz skinął głową z uznaniem. — Ta kamienica przetrwała dwie wojny, przetrwała komunę, przetrwała transformację miasta w betonowo szklany obóz pracy. A teraz musi przetrwać urzędników i deweloperów, co jest chyba z tego wszystkiego najtrudniejsze.
— Co masz na myśli?
Tomasz wskazał na otaczające budynek wieżowce.
— Widzisz te szkiełka? Biurowce klasy A, jak to nazywają. Nowoczesne, drogie, pełne prawników, doradców i innych ludzi w garniturach, którzy zarabiają więcej w miesiąc niż pani Helena przez rok. A pośrodku, jak kość w gardle, stoi sobie ta mała, stara kamieniczka. Właśnie na jej miejscu miał stanąć trzeci biurowiec. Cała inwestycja jest blokowana, bo deweloper nie może wykupić tej działki.
— Helena nie chce sprzedać?
— A właśnie! Oferowali jej krocie. Mogłaby kupić sobie willę pod Warszawą i żyć jak królowa do końca dni. Ale ona odmawia. To jej dom. Dom, w którym się urodziła, w którym mieszkali jej rodzice, dziadkowie. Dla niej to nie jest metraż i wartość rynkowa. To jest jej historia, pamięć o rodzinie w której się wychowała w tym domu.
Tomasz zrobił pauzę i spojrzał na kamienicę z czymś, co mogłoby uchodzić za smutek.
— Ja pamiętam, jak tutaj wyglądało pięćdziesiąt lat temu — ciągnął. — Cała ulica była pełna takich budynków. Każdy miał swoją duszę, swoją historię. Sklepy z prawdziwego zdarzenia, nie te franczyzowe sieciówki. Piekarnia Pana Wacława, gdzie chleb pachniał na pół ulicy. Sklep z zabawkami Pani Zofii, gdzie dzieci mogły godzinami wpatrywać się w wystawę. A wieczorami, latem, ludzie wystawiali krzesła na ulicę i gadali ze sobą. Znali i szanowali się wszyscy.
Spojrzał z obrzydzeniem na szklane molochy.
— A teraz? Teraz to biurowce, w których nikt nikogo nie zna. Wchodzisz, machasz kartą, jedziesz windą, siedzisz w boksie, machasz kartą, wychodzisz. Żadnej społeczności. Żadnej historii. Za dwadzieścia lat zburzą te wieżowce i postawią nowe, jeszcze wyższe, jeszcze bardziej szklane. I nikt nie będzie pamiętał, co tu było. Nikogo to nawet nie będzie obchodzić.
— Ale kamienica pani Heleny…
— Kamienica pani Heleny jest jak kamień w bucie tego całego postępu. — Tomasz uśmiechnął się. — Jest dowodem na to, że da się opierać. Że nie wszystko musi być nowoczesne, szybkie, wydajne. Czasem coś starego i zwykłego, może być cenniejsze niż to całe szkło i stal. Dlatego tak bardzo im przeszkadza. Nie chodzi o pieniądze, chodzi o zasadę. Jeśli jedna stara kobieta może im powiedzieć „nie” i wygrać, to co pomyślą inni?
Ruszyliśmy w stronę kamienicy.
— To dopiero początek. — Tomasz mrugnął do mnie. — Mam w planach jeszcze kilka niespodzianek. Ale teraz chodźmy. Helena na pewno już czeka z herbatą. Lubi sobie pić ten napar siedząc przy oknie i obserwować ulicę.
— Ale my przecież nie pijemy herbaty.
— Nie, ale lubię obserwować, jak ona ją pije. Daje to dziwne poczucie… normalności. Przypomina mi, że kiedyś też tak mogłem.
Przeszliśmy przez dębowe drzwi i zaczęliśmy wspinać się po starych, drewnianych schodach.
***
Weszliśmy do mieszkania pani Heleny, która rzeczywiście siedziała przy oknie ze szklanką herbaty w charakterystycznym, srebrnym koszyczku. Skinęła nam głową na powitanie, nie przerywając sączenia naparu.
— Dobra robota, chłopcy — powiedziała, nie odwracając wzroku od ulicy. — Widziałam was przez okno. Tomasz, znowu świecisz jak choinka po dużym ładowaniu.
— To Romek, Heleno. Ma ciężką rękę do elektryczności — odparł Tomasz, siadając na starym fotelu. A raczej próbując usiąść — w końcu przeszedł przez niego i wylądował o dobre trzydzieści centymetrów niżej, w środku siedziska. — Kurczę, znowu zapomniałem się skoncentrować.
Pani Helena parsknęła śmiechem.
Tomasz wstał, tym razem ostrożniej, i stanął przy oknie. Przez chwilę milczał, patrząc na kamienicę naprzeciwko, gdzie akurat ktoś wywiesił pranie na balkonie.
— Romek — zaczął w końcu, nie odwracając się — muszę ci coś powiedzieć. Spędziłem z tobą ostatnie dni i nauczyłem cię podstaw. Wiesz już jak się ładować, jak przechodzić przez ściany… no, mniej więcej, jak wpływać na materię i jak nie spalić całego osiedla próbując zapalić lampkę nocną.
— Mniej więcej to słowa kluczowe — mruknąłem, wspominając moje liczne nieudane próby.
— Właśnie. — Tomasz w końcu się odwrócił w moją stronę. — Ale to już jest więcej niż nic. Większość świeżych duchów błąka się miesiącami, zanim w ogóle zrozumieją, że mogą cokolwiek zrobić. Lata mijają zanim się sami czegoś nauczą. Ty masz przewagę — mnie. I panią Helenę, która nas widzi i może służyć jako łącznik z żywym światem.
— Brzmi jak pożegnanie — zauważyłem, czując narastający niepokój.
— Nie pożegnanie, tylko… przerwa. Powiedzmy techniczna. — Tomasz podrapał się po potylicy, w geście, który pewnie wykonywał za życia. — Widzisz, sporo energii w ciebie zainwestowałem. Nie żałuję oczywiście. Nie martw się o to. Pokazywanie ci wszystkich tych sztuczek, materializacja przy pani Helenie, to przeładowywanie tablic bezpieczników w piwnicy… Jestem prawie na wyczerpaniu. Muszę się porządnie naładować. I to nie jakimś gniazdem w piwnicy, tylko jak należy.
— Jak długo to potrwa?
— Kilka dni. Może tydzień. Zależy jak szybko znajdę dobre źródło. — Tomasz usiadł na parapecie, tym razem uważając, żeby nie przesiąść się przez niego. — W międzyczasie chciałbym, żebyś ty trochę poćwiczył na własną rękę. Bez mojego nadzoru. Musisz nauczyć się radzić sobie sam. Oczywiście możesz tu wracać kiedy chcesz. Ani ja, ani pani Halina nie będziemy mieć nic przeciwko.
— Sam? A co mam robić?
— Na przykład możesz trochę powłóczyć się po mieście, poobserwować inne duchy — w zasadzie nas jest całkiem sporo, jak zaczniesz uważnie patrzeć. Możesz też potrenować precyzję, na przykład próbować otwierać i zamykać drzwi, zapalać i gasić światła nie wysadzając przy tym zasilania w całym budynku. — Tomasz uśmiechnął się lekko. — Ale mam dla ciebie lepszą propozycję.
— Jaką?
— Idź do kościoła.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
— Do kościoła? Ja? Serio? Nie byłem w kościele odkąd… odkąd chyba babcia mnie zaciągnęła na komunię kuzyna, ze dwadzieścia lat temu.
— No właśnie dlatego. — Tomasz skinął głową. — W większości kościołów są duchy. Stare duchy. Niektóre mają po kilkaset lat.
— Czekaj, co? Duchy w kościołach? — Pomyślałem, że to jakiś żart. — Przecież to miejsce święte, woda święcona, krzyże, wszystko takie tam… nie powinno nas tam wpuszczać?
Tomasz roześmiał się szczerze.
— Romek, to nie film o wampirach. Woda święcona to wciąż woda, krzyż to dwa kawałki drewna albo metalu, a kościół to budynek. Nic z tych rzeczy nam nie szkodzi. Przeciwnie — kościoły to jedno z ulubionych miejsc dla duchów. Szczególnie tych starszych.
— Dlaczego?
Tomasz wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Pani Helena, która w milczeniu słuchała naszej rozmowy, dolała sobie herbaty i usiadła wygodniej.
— Bo kiedyś, dawno temu, gdy ludzie, którzy potem stali się duchami jeszcze żyli, nie było elektryczności. Nie było gniazdek, kabli, lamp. Nie było z czego się ładować. — Tomasz zatrzymał się i spojrzał na mnie. — Ale był strach.
— Strach?
— Dokładniej mówiąc, „bojaźń Boża”. — Tomasz uśmiechnął się krzywo. — Ludzie szli do kościoła pełni lęku przed Bogiem, piekłem, potępieniem. Ten strach, ta intensywna emocja, generowała pewien rodzaj energii. Nie elektrycznej, ale emocjonalnej. W mózgu powstawały gęste skupiska elektronów i duchy nauczyły się z tego korzystać i żywić. To było ich gniazdko elektryczne, rozumiesz?
Pokiwałem głową, zaczynając łapać sens.
— I chociaż teraz ludzie już tak bardzo się nie boją, chociaż bojaźń Boża to bardziej figura retoryczna niż rzeczywisty strach, to te stare duchy zostały. Bo przyzwyczaiły się. Bo lubią spokój, ciszę, architekturę. Bo kościoły to jedno z nielicznych miejsc, które przetrwały wieki prawie bez zmian. Tak jak oni. Stary duch może sobie usiąść w ławce, w której siedział jako żywy człowiek trzysta lat temu, i czuć się… jak w domu.
— To dziwne — przyznałem. — Ale ma to sens.
— W kościele Świętego Piotra Apostoła, tu niedaleko, mieszka taki jeden. Bardzo stary. Nie wiem dokładnie ile ma lat, ale jak go poznałem, to wyglądał, jakby pamiętał czasy saskie. Nazywa się Wojciech. Gość jest spokojem i mądrością w jednej osobie. Może ci opowiedzieć rzeczy, o których ja nie mam pojęcia. O śmierci, o przejściu, o tym jak funkcjonują najstarsze duchy. Warto go poznać.
— Kościół Świętego Piotra Apostoła — powtórzyłem. — Dobra, spróbuję go znaleźć.
— Tylko, Romek, uwaga! — Tomasz podniósł palec ostrzegawczo. — Idź do kościoła Świętego Piotra Apostoła. Na Żoliborzu. Nie do kościoła Świętego Piotra Zbawiciela na Powiślu. To bardzo ważne.
— Dlaczego? Co jest w tym drugim kościele?
Tomasz skrzywił się, jakby wspominał coś nieprzyjemnego.
— W kościele Świętego Piotra Zbawiciela… też jest duch. Ale to nie jest taki miły, spokojny staruszek jak Wojciech. To jest… no, nazwijmy go problematyczny.
— Problematyczny w jakim sensie?
— W takim, że zwariował. Kompletnie. — Tomasz westchnął ciężko. — Nazywał się Edmund. Za życia był fanatycznym dewotą, a po śmierci stał się jeszcze gorszy. Twierdzi, że jest osobistym aniołem stróżem tego kościoła i każdego ducha, który tam wejdzie, traktuje jak demona, które trzeba wypędzić. Problem w tym, że nauczył się gromadzić naprawdę dużo energii i potrafi boleśnie „kopnąć” innych niematerialnych. Poznałem go kiedyś, lata temu, i zamieniłem z nim może trzy słowa, zanim zaczął mnie oskarżać o bluźnierstwo i próbował wypalić mi „istotę” świętą wodą, którą jakoś naładował.
— Naładował wodę? To w ogóle możliwe?
— Wszystko jest możliwe, jak masz wystarczająco dużo mocy i wystarczająco mało rozsądku. — Tomasz pokręcił głową. — Edmund ma jedno i drugie w nadmiarze. Po prostu trzymaj się od niego z daleka. Wojciech to twój cel. Kościół Świętego Piotra Apostoła. Zapamiętaj.
— Zapamiętam — obiecałem. — Piotr Apostoł — dobry. Piotr Zbawiciel — zły. Jasne.
— Dobra. — Tomasz podszedł do okna i spojrzał na zachodzące słońce. — Ja idę się ładować. Wrócę za kilka dni. Pani Heleno, jak zwykle, pilnuj domu.
— Oczywiście, Tomku. — Staruszka uśmiechnęła się. — Powodzenia.
Tomasz skinął mi głową i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, rozpłynął się w powietrzu jak dym. Została tylko lekka woń ozonu.
Stałem przez chwilę w milczeniu, patrząc na miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą znajdował się mój mentor.
— No to co, Romek? — odezwała się pani Helena, stawiając pustą szklankę na stoliku. — Idziesz do tego kościoła czy będziesz tu sterczał jak słup soli?
— Idę, idę — mruknąłem. — Tylko muszę najpierw znaleźć ten kościół. Piotr Apostoł. Na Żoliborzu.
— Ulica Wojciechowskiego, przecznica od Placu Wilsona — podpowiedziała staruszka. — Duży, czerwony. Nie pomylisz.
— Dziękuję, pani Heleno.
Ruszyłem w stronę drzwi, tym razem pamiętając, żeby nie próbować ich otwierać, tylko po prostu przez nie przejść. Tym razem wyszło bez problemu. Postęp… Prawie. Bo tak się tym ucieszyłem, że zapomniałem o schodach i… jeb! Wywaliłem się znowu na ryj i zjechałem nim po schodach na półpiętro. Cholerna koncentracja!.
Na klatce schodowej zatrzymałem się jeszcze na moment.
— Piotr Apostoł, nie Piotr Zbawiciel — powtórzyłem na głos. — Dobry, nie zły. Mądry starzec, nie świrus.
Mogłem przysiąc, że usłyszałem stłumiony śmiech pani Heleny dochodzący zza drzwi.
***
Przez kilka godzin błąkałem się po mieście bez konkretnego celu. Było to dziwne doświadczenie — przechodzić przez tłumy ludzi, którzy mnie nie widzieli, obserwować ich życie.
Jakaś para kłóciła się o to, czyja kolej jest teraz wyprowadzić psa. Jakiś spocony gość w garniturze przeklinał przez telefon, gestykulując tak dziko, że przechodnie schodzili mu z drogi. Dzieciak płakał, bo matka nie chciała kupić mu zabawki z automatu.
Wszystko to wydawało się takie… małe. Nieistotne. A jednocześnie tak bardzo istotne dla nich. Zazdrościłem im. Zazdrościłem matce, że mogła powiedzieć „nie” swojemu dziecku, bo ja już swoim nic nie mogłem powiedzieć. Zazdrościłem facetowi w garniturze, że miał telefon, którym mógł rzucić o ścianę, gdyby tylko chciał. Zazdrościłem nawet temu psu, który przynajmniej mógł nasikać na drzewo.
Zrobiło się późno. Słońce chowało się za blokami, malując niebo na pomarańczowo-fioletowo. Przypomniałem sobie, że miałem przecież jakiś plan. Kościół! Tak, Tomasz mówił coś o kościele. Miałem spotkać tam jakiegoś starego ducha, który… no, coś tam mi opowie. O czym? Już nie pamiętam. Ale to nieważne. Ważne, że miał być w kościele.
— Dobra, Romek, skup się — mruknąłem do siebie, zatrzymując się na środku chodnika. Kobieta z torbami przeszła przeze mnie, nie przerywając rozmowy przez telefon. — Kościół jakiś… ze Świętym Piotrem. Tak chyba było.
Święty Piotr. Jasne. Tylko że… Piotr co? Piotr kto? Piotr który?
Cholera.
— Piotr… Apostoł? Piotr… coś tam? — Próbowałem sobie przypomnieć, ale w głowie miałem pustkę. — To może być każdy Piotr. Przecież ten koleś jest patronem połowy kościołów w tym kraju.
Westchnąłem ciężko. Tomasz na pewno podał mi dokładną nazwę. Pewnie nawet On, albo pani Helena powiedzieli mi gdzie konkretnie. Ale ja, jak zwykle, słuchałem jednym uchem, a drugim wypuszczałem. Stara, dobra tradycja, która mnie nie opuściła nawet po śmierci.
— No ale jak trudnym może być znalezienie kościoła ze Świętym Piotrem? — pocieszyłem się. — Wejdę, zapytam ducha, a jak to nie ten kościół, to mi powie gdzie iść dalej. Prosta sprawa!
Ruszyłem przed siebie, rozglądając się za charakterystycznymi wieżami i kopułami. Warszawa miała całkiem sporo kościołów — to musiałem przyznać. Mijałem mniejsze kaplice, większe bazyliki, nowoczesne świątynie ze szkła i betonu, które wyglądały bardziej jak sale konferencyjne niż miejsca kultu.
Po jakichś trzydziestu minutach błądzenia, czy też raczej dryfowania, bo zaczynałem łapać ten sposób poruszania się, o którym wspominał Tomasz, zauważyłem go.
Kościół.
Duży, okazały, z charakterystyczną fasadą i dwiema wieżami po jednej stronie budynku. Jedna z przodu a druga z tyłu. Miał ściany z czerwonej cegły. O tym tez chyba mówił Tomasz. Przed wejściem stał kamienny krzyż, a nad głównym portalem widniał napis: KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA I PAWŁA.
— No! — ucieszyłem się, klaszcząc w dłonie. — Wiedziałem, że w końcu trafię! Święty Piotr i coś tam! Dokładnie to, czego szukałem. Jestem niesamowity!
Nieco spuchła mi głowa z dumy. Tomasz pewnie myślał, że się zgubię, że będę błądzić całą noc, że w ogóle sobie nie poradzę. A tu proszę — znalazłem kościół za pierwszym razem. No, może nie za pierwszym, ale w całkiem rozsądnym czasie.
Zbliżyłem się do drzwi. Były zamknięte — najwyraźniej wieczorna msza już się skończyła i kościół zamknięto na noc. Ale to dla mnie to przecież nie problem. Spojrzałem na masywne, drewniane skrzydło, przypomniałem sobie instrukcje Tomasza, wziąłem głęboki oddech, chociaż w sumie niepotrzebnie, bo oddychać nie musiałem, ale nawyk pozostał i wszedłem.
Tym razem wyszło gładko. Prześlizgnąłem się przez drzwi jak przez kurtynę mgły i znalazłem się w środku.
Wnętrze kościoła tonęło w półmroku. Jedyne światło dochodziło od wiecznej lampki przy ołtarzu i kilku świec, które ktoś zapomniał zgasić. Pachniało kadzidłem, starym drewnem i wilgocią. Wysoki, sklepiony sufit gubił się gdzieś w ciemności powyżej. Ławki stały równo, puste, jak grobowce żołnierzy na cmentarzu.
— No dobra — powiedziałem głośno, rozglądając się dookoła. — Jest tu kto? Jakiś stary duch? Wojtek? Wacek? Jak tam było?
Mój głos odbił się echem od ścian i ucichł.
Cisza.
— Halo? Tomasz mnie przysyła! — spróbowałem ponownie. — Podobno miał tu być ktoś, kto pomoże młodemu duchowi w… w czymś tam. W poznawaniu tajników bycia martwym, czy jakoś tak.
Znowu cisza.
— No super — mruknąłem, siadając w jednej z ławek. — Pewnie wszyscy wyszli na imprezę duchową czy co tam robią duchy, a ja tu sterczę jak palant.
Usiadłem wygodniej i tym razem udało mi się nie przelecieć przez ławkę! Postanowiłem poczekać. W końcu to kościół. Duchy podobno tu lubią przesiadywać. Na pewno ktoś się w końcu zjawi.
Zamknąłem oczy, próbując się zrelaksować…
I wtedy usłyszałem szelest. Nie taki zwykły, powodowany wiatrem czy szczurem grzebiącym w śmieciach. To było coś cięższego. Brzmiało jak szum długiego płaszcza ciągnącego się po posadzce.
Otworzyłem oczy.
Przede mną, w przejściu między ławkami, stała postać. Wysoka, dumna, ubrana w coś, co przypominało staropolski kontusz — długi, bogato zdobiony, w kolorze ciemnej czerwieni. Pod spodem widać było żupan i szeroki pas. Na głowie miał futrzaną czapkę, spod której wymykały się długie, ciemne włosy. Twarz miał pooraną bliznami, z orlim nosem i bystrymi oczami, które teraz wpatrywały się we mnie z mieszaniną ciekawości i podejrzliwości. U pasa wisiała szabla.
— Jam Włodzimierz — oznajmił donośnym głosem, jakby stał na placu boju. — Chędoży tu się Waćpanna?
Patrzyłem na niego przez chwilę w kompletnym osłupieniu.
— Co? — wykrztusiłem w końcu. W tym momencie to był maks mojej zdolności porozumiewania się.
— Pytam, czy chędoży się Waćpanna? — powtórzył szlachcic, tym razem nieco głośniej i wyraźniej, jakby miał do czynienia z kimś bardzo tępym, co w sumie tak całkiem dalekie od prawdy nie było.
— Ja… eee… — Próbowałem przetworzyć to, co usłyszałem. Chędoży? Co to w ogóle znaczy? Brzmi jak jakaś choroba. I czemu mnie Waćpanną nazywa? — Słuchaj, stary, ja jestem facetem. Nie jakąś tam Waćpanną.
Włodzimierz zmarszczył brwi, pochylił się w moją stronę i przyjrzał mi się jeszcze uważniej. Po chwili skinął głową ze zrozumieniem.
— Ach, przepraszam Waćpana najuniżeniej. Mrok w kościele, a oczy moje już nie te co niegdyś. — Skłonił się lekko. — A więc pytam powtórnie: chędoży się Waćpan?
— Ja nadal nie rozumiem co to znaczy „chędożyć się” — przyznałem, drapiąc się po głowie. — To jakieś staropolskie słowo?
— Chędożyć, waćpan! Uprawiać cielesne igraszki! Z niewiastami obcować! — Włodzimierz gestykulował żywo, a potem dodał wprost: — Dupczyć, mówiąc po prostacku!
Przez chwilę stałem z otwartą gębą, próbując przetworzyć to, co usłyszałem. Ten typ właśnie zapytał mnie, czy… czy się… O Jezu.
— Ee… no… — zacząłem, czując, że gdybym jeszcze żył, to pewnie bym się zarumienił. — Nie bardzo rozumiem, czemu o to pytasz w kościele?
— Bo jeśli przyszedłeś Waćpan tu po to, by łożnicę tu czynić z jakąś dziewuchą w świętym miejscu, to precz stąd! — Szlachcic wyprostował się, jakby gotów do walki. — Tu dom Boży, nie lupanar!
— Eeee… Lupanar?
— Kimże, Ty prostaku jesteś, azaliż prostych słów pojąć nie potrafisz? Lupanar, jako i zamtuz to teraz bodajże po nowomodnemu burdel się nazywa!
— Nie, nie, nie! — Machnąłem rękami. — Ja nie przyszedłem tu się… no, tego… chędożyć! W ogóle jestem duchem! Martwy! Jak można w ogóle…?
— A, to inna sprawa! — Włodzimierz wyraźnie się rozluźnił. — Bo widzisz, Waćpanie, duchowa sprawność łożnicowa jest możliwa, acz rzadka i wymaga wielkiej mocy… A wyglądać to może w następujący sposób…
— Dobra, dobra! — Przerwałem mu szybko, zanim zaczął tłumaczyć szczegóły. — Nie chędożę się. Nigdzie i z nikim. Jestem tu w innej sprawie.
Szlachcic zmrużył oczy podejrzliwie.
— A więc nie chędożysz się… to po co tedy przyszedłeś, młodzieńcze? Czas mój cenny pośmiertny marnotrawić? — Powiedział groźnie, wyciągając szablę z pochwy.
Pomyślałem przez chwilę. Ten dziwny typ wyraźnie chce się mnie pozbyć. Może lepiej będzie powiedzieć co chce usłyszeć?
— A co mi tam — westchnąłem. — Tak! Chędożę się! Bardzo się chędożę! Codziennie się chędożę! Rano, w południe i wieczorem!
Włodzimierz pokiwał głową z wyraźnym zadowoleniem i lekkim podziwem.
— No toć świetnie, świetnie! Młodość trzeba w radości przeżyć! — zawołał. — Ależ chędóż się Waćpan dalej… ale opuść ten święty przybytek. Tu miejsce modlitwy, nie łożnicy. Idź sobie w siną dal, młodzieńcze, a ja wrócę do swych doniosłych rozmyślań, których i tak pospolity prostak jak Waćpan nie zrozumiesz.
Machnął ręką w stronę drzwi, jakby odpędzał natarczywą muchę.
Siedziałem przez chwilę, patrząc na niego z niedowierzaniem. Przyszedłem tu przecież z konkretnego powodu. Może nie pamiętam dokładnie jakiego, ale wiem, że z ważnego. I teraz ten dziwoląg w kontuszu chce mnie wyrzucić?
— Słuchaj — zacząłem, wstając z ławki — ja nie przyszedłem się chędożyć. Przysłał mnie tu znajomy. Tomasz. Miałem tu znaleźć jakiegoś starego ducha, który…
— Tomasz? — Włodzimierz przerwał mi, a w jego głosie pojawiło się zainteresowanie. — Znaszli Tomasza od Haliny?
— Tak, to on mnie… nauczył jak być duchem. Mówił, że w kościele Świętego Piotra mieszka stary duch, który może mi opowiedzieć różne rzeczy.
Szlachcic podrapał się po brodzie.
— Hm. Tomasz to dzielny młodzian. Poznałem go lat temu… dwadzieścia? Trzydzieści? Czas inaczej płynie dla takich jak my. — Spojrzał na mnie uważniej. — Ale zaraz, zaraz. Ty jesteś świeżo umarły, prawda? Ledwie co przeszedłeś na drugą stronę?
— Tak jakby. Kilka dni temu. — Wzruszyłem ramionami. — Wciąż ogarniam zasady.
— A jakże zginąłeś, jeśli wolno spytać?
— Wypadek samochodowy — odpowiedziałem, czując jak znowu ogarnia mnie ta dojmująca pustka. — Popisywałem się przed kolegami. Jechałem za szybko. Chciałem zrobić akrobatyczny manewr samochodem i… no, nie wyszło. Dachowałem i rozbiłem się o ścianę. Ot tak. Głupia śmierć.
Włodzimierz patrzył na mnie przez długą chwilę. W jego oczach pojawił się jakiś dziwny blask — pomieszanie smutku, zrozumienia i… rozbawienia?
— Hehehe — zachichotał nagle, a potem roześmiał się głośno, palnął mnie ręką w plecy, że gdybym był żywy, to pewnie bym oddech stracił, że aż echo poszło po sklepieniu. — Ach, młodzieńcze! Jakże mi przypomniałeś moją własną głupotę sprzed wieków!
— Co? — Patrzyłem na niego zdziwiony.
— Siądźmy, siądźmy, pogwarzymy trochę — machnął ręką, wskazując na ławki. — Opowiem ci swoją historię. Może zrozumiesz tedy, iż nie jesteś jedyny, co przez własną pychę głowę stracił. I to dosłownie!
Usiedliśmy obok siebie. Włodzimierz wyprostował się, poprawił kontusz i zaczął opowiadać.
— Było to w roku Pańskim tysiąc siedemset czterdziesty trzecim. Służyłem tedy u księcia Radziwiłła, jako rotmistrz jego gwardii. Byłem młody, przystojny, zuchwały. Szabli używać potrafiłem lepiej niż kto bądź. Koni dosiadałem jakbym się na nich urodził. A kobiety? — Uśmiechnął się szeroko. — Kobiety mdlały na mój widok! Albo przynajmniej tak mi się wydawało w mej pysze. I chędożyłem się z nimi częstokroć, oj częstokroć! Dobre to były czasy!
— Brzmi jak niezłe życie — przyznałem.
— Achoć było! Ależ było! — Włodzimierz klasnął w dłonie. — Aż pewnego razu, onegdaj podczas przyjęcia na dworze, postanowiłem, iżbym zaimponował pewnej niewieście mego serca. Była ona córą wojewody, piękna jak róża, dumna jak paw. I co naturalne, nie rachowała mnie za godnego baczenia. To mnie deprymowało niemożebnie. Jakżeż to tak? Jam, Włodzimierz, rotmistrz gwardii, mistrz szablji i jeździec niezrównany — miałżebym być ignorowany przez ową białogłowę?
— I co zrobiłeś?
— Postanowiłem uczynić efektowne wejście — opowiadał dalej szlachcic. — Dwór akuratnie bawił się w ogrodzie i po części w pałacyku. Panny i niewiasty siedziały przy fontannie, panowie zaś pijali miód pitny i wino. A jam, jam cóż… postanowiłem wjechać konno do środka, przez wrota główne, prosto do komnaty balowej! Chciałem galopem na swym wiernym rumaku, z okrzykiem tryumfu zawołać ku niewieście, przeskoczyć może jeszcze przez jaki stół… jako to bywało niegdyś w onych pieśniach o rycerzach…! Hehehehe!
Widziałem już, dokąd to zmierza.
— I wjechałeś w drzwi? — zapytałem.
— Ha! Nie do końca! — Włodzimierz zaczął śmiać się. — Koń był szlachetny, dobrze wyszkolony. Rzeczywiście galopowaliśmy jak burza. Tętent kopyt słychać było dookoła. Wszyscy patrzyli, a jam czuł się jak bohater! Skierowałem mego wierzchowca prosto w otwarte wrota pałacyku…
— I?
— I nie przewidziałem wysokości ościeża! — zawył ze śmiechu. — Wrota były cokolwiek otwarte, nie powiem, lecz jam był na koniu! Góra ościeża, co oczywiste się stało po chwili, była za niska! Koń wszedł, a ja nie! BAM! — Trzasnął dłonią o dłoń. — Uderzyłem głową w kamienną belkę z taką siłą, iż szyja mi pękła na pół! Przez chwilę nawet widziałem pozostałych biesiadników, co na zewnątrz posiłek spożywali, a znajdować się byli akuratnie idealnie za mną. Spadłem jak wór zboża na wóz młynarza! Koń, uwolniony od mego ciężaru, pobiegł dalej przez izbę, tratując po drodze stolik z ciastkami, a jam leżał na progu z wykręconą głową! Śmierć nastąpiła natychmiast!
Patrzyłem na niego z otwartymi ustami.
— Ja stałem obok ciała swego na posadzce rozłożonego jak żaba jakowaś i wszytkom widział jako bym normalnie żyw był — a przecie nie byłem! — Damy mdlały — ciągnął Włodzimierz, wycierając łzy śmiechu — ale nie z zachwytu, a z przerażenia! Panowie rzygali w kwiaty! A ta jedna, ta co chciałem jej zaimponować? Ona przez trzy miesiące nie mogła spać, bo widok mnie z głową pod niewłaściwym kątem wracał jej w snach! I przez wiele lat opowiadano, iżem to ja najmocniej chędożył się tamtej chwili… ino, że z marmurową posadzką! Hehehehe!
— To… to straszne… Chyba — powiedziałem, choć mimowolnie poczułem, że kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu.
— To śmieszne! — poprawił mnie szlachcic. — I żałosne. I głupie. Tak samo jak twoja śmierć, młodzieńcze. Obaj zginęliśmy przez pychę własną i głupotę. Chcieliśmy popis dać gawiedzi, a popis my dali, ale przed śmiercią! — Roześmiał się jeszcze głośniej.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. Dziwne, ale poczułem jakąś ulgę. Ktoś mnie rozumiał. Ktoś, kto przeszedł przez to samo.
— Więc… co teraz? — zapytałem. — Tkwisz w tym kościele i… co robisz?
— Rozmyślam, młodzieńcze — odpowiedział Włodzimierz, patrząc w stronę ołtarza. — Rozmyślam nad marnym życiem moim, nad głupotą, nad pychą. Czasem konwers jakowyś z innymi duchami, co tu przychodzą przysposobię. Czasem straszyć proboszcza mi przyjdzie, gdy ten zbyt chciwie monety w skarbonce liczy i nie wszystkie do niej na powrót trafiają. — Mrugnął do mnie. — A czasem uczę młodych adeptów, takich jak ty, którzy zagubieni po śmierci gwałtownej, ukojenia szukają w kościele, że śmierć to nie koniec. To tylko… zmiana perspektywy.
Pokiwałem głową.
— Chociaż — dodał nagle Włodzimierz, marszcząc brwi — jedno mnie dziwi. Mniemam sobie, iż Tomasz miał ci polecić kościół Świętego Piotra Apostoła. Tam mieszka stary Wojciech, co to jest spokojny i mądry. A ty trafiłeś do kościoła Świętego Piotra i Pawła. Czyli tutaj. Do mnie. Mniemam więc, że nastąpić musiała niejaka pomyłka, choć całkiem fortunna dla mnie, nie powiem!
— To… to nie ten kościół? — zapytałem, czując jak ogarnia mnie konsternacja.
— Nie, młodzieńcze. To zupełnie inny kościół. — Włodzimierz roześmiał się. — Ale najwyraźniej sam Pan Bóg chciał, ażebyś trafił właśnie tutaj. Do kogoś, kto cię zrozumieć potrafi, a i mnie stare czasy przypomni.
Siedziałem chwilę w milczeniu, przetrawiając tę informację.
— No to git — mruknąłem w końcu. — Trafiłem do niewłaściwego kościoła. Typowe ja.
— Ależ nie, młodzieńcze! — Włodzimierz poklepał mnie po ramieniu. — Trafiłeś dokładnie tam, gdzie powinieneś! Los naszymi krokami czasami kieruje, pomimo naszego pomyślunku. Lub… i jego braku! — Dodał ze śmiechem.
— Powiem ci Waćpan jeszcze jedną rzecz ważną i dobrze sobie zmiarkuj moje słowa! Ja swoją rodzinę i znajomych dawnych już dawno potraciłem i w grobach widziałem, azaliż Ty jeszcze szczęście to masz, iż rodzina Twoja pewnikiem nadal żyje, to i obserwować ich możesz, a nawet wspomóc w potrzebie! Nie zmarnuj tej szansy danej od Boga! A teraz idź, gdyż utrudzonym jest i na spoczynek zmuszonym się oddalić, co by sił więcej mieć na rozmyślania moje.
Wyszedłem z kościoła trochę podbudowany opowieścią Włodzimierza i jego radami na koniec. Zapragnąłem odwiedzić żonę i dzieci, których to od dawna już nie widziałem. Skierowałem się więc w stronę domu. Jednak w połowie drogi, zaczęły mnie napadać wątpliwości co do sensowności tych odwiedzin. Nie wiedziałem czy dam sobie już radę z emocjami. Po chwili przemyśleń, postanowiłem jednak jeszcze odłożyć moją wizytę w domu i poobserwować jeszcze świat od „drugiej strony”. Mogłem przecież wejść wszędzie i oglądać, czy też podglądać wszystkich. Może to da mi dystans do sytuacji i odwagę aby odwiedzić w końcu rodzinę.
Rozdział 3
A poza tym — pomyślałem z rosnącym podekscytowaniem — mam teraz nieograniczony dostęp do każdego miejsca, do którego tylko zapragnę się dostać! Mogę dowiedzieć się na przykład, co naprawdę myślą o mnie ludzie, których znałem. Mogę zobaczyć ich prawdziwe twarze, nie te, które pokazują na co dzień. To jak supermoce! Jak w tych filmach o superbohaterach, tylko, że zamiast latać, mogę przechodzić przez ściany i być niewidzialny.
Pierwsi na mojej liście byli oczywiście moi przyjaciele. Ci sami, którzy rzekomo byli mymi braćmi, kumplami na dobre i złe. Ci, którzy pili ze mną, śmiali się z moich żartów, poklepywali po plecach. Chciałem wiedzieć, co naprawdę o mnie myślą. Wspominają mnie? Tęsknią?
Zacząłem więc swoją przygodę od Kuby. Mieszkał niedaleko, w bloku na osiedlu robotniczym. Dotarłem tam w kilkanaście minut — przyzwyczajałem się już do tego chodzenia, choć wciąż czasami zapominałem o koncentracji i odlatywałem kawałek w górę, lub potykałem się o krawężniki, gdy się za bardzo rozpędziłem.
Przeszedłem przez drzwi bez problemu, praktycznie się nie zatrzymując. Przychodziło mi to już z coraz większą łatwością. W środku było cicho. Kuba siedział sam w salonie, przed telewizorem, z piwem w ręce. Na ekranie leciał jakiś durny teleturniej, ale on nawet nie patrzył. Wpatrywał się w telefon, stukając intensywnie w ekranik.
Podszedłem bliżej, ciekaw co pisze. Nie mogłem zobaczyć ekranu — za bardzo musiałbym się nachylić, a nie byłem pewien czy moja niematerialna głowa nie zanurzy się w jego ramieniu. Jakoś nadal miałem opory aby z własnej woli zanurzać swoje niematerialne ciało w ludzi. Ale po chwili usłyszałem sygnał wiadomości w telefonie trzymanym przez byłego już w sumie kolegę. Kuba aż poderwał się, sprawdził wyświetlacz i uśmiechnął się szeroko. Od razu kliknął w ikonkę telefonu i zadzwonił.
— Cześć skarbie — powiedział miodowym głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałem. — Tak, Beaty nie ma. Wyszła do matki i przez jakiś czas jej nie będzie. Możesz przyjechać na małe co nieco!
Czekaj. Beaty nie ma? Beata to jego żona! Od siedmiu lat są małżeństwem! Mają nawet dziecko!
Po piętnastu minutach rozległo się pukanie do drzwi. Kuba otworzył, a do środka wślizgnęła się młoda dziewczyna — może dwadzieścia kilka lat, szczupła, Czarne długie włosy opadały łagodnymi falami na jej ramiona i plecy. Była w obcisłych jeansach i krótkiej białej kurtce. Po wejściu od razu rzuciła się mu na szyję.
— Tęskniłam — wymruczała, całując go w szyję.
— Ja też, kochanie — odpowiedział Kuba, ściskając ją za tyłek. Jakby nie mógł się już doczekać — Chodź, nie mamy dużo czasu. Stara długo u matki nie wytrzyma.
Pociągnął ją w stronę sypialni. Ja, jak idiota, poszedłem za nimi. Nie wiem czemu. Ciekawość? Niedowierzanie? A może po prostu chciałem zobaczyć, jak głęboko sięga ta zdrada?
To, co zobaczyłem, to było… no cóż. Żenada i rozczarowanie.
W filmach dla dorosłych wszystko wygląda tak… wyreżyserowanie. Piękne ciała, perfekcyjne oświetlenie, muzyka w tle, jęki, które brzmią jak koncert operowy. Seks trwający kilkadziesiąt minut. A tu? Tu była zwykła szara, a raczej goła rzeczywistość.
Kuba ściągnął koszulkę, odsłaniając obrośnięty jakąś wyleniałą i poprzecieraną szczeciną brzuch, który od naszych imprezek z piwem wyraźnie urósł. Dziewczyna zdjęła bluzkę, potem majtki i biustonosz, zwykły, szary, trochę rozciągnięty. Nie było żadnego erotycznego rozbierania, żadnych uwodzicielskich gestów. Po prostu dwie osoby mechanicznie zdejmujące ubrania, jakby szykowali się aby pójść pod prysznic.
A potem… no, zaczęli. I to było jeszcze bardziej żałosne. Kuba sapał jak lokomotywa, dziewczyna wpatrywała się w sufit z wyrazem twarzy mówiącym „kiedy to się w końcu skończy?”. Po niecałych dwóch minutach — dosłownie, patrzyłem na zegar na szafce nocnej — Kuba wydał z siebie coś pomiędzy jękiem a kaszlem, przewrócił się ze stęknięciem rannego bawoła na bok i powiedział:
— Boże, byłaś niesamowita. Kocham Cię!
Dziewczyna tylko westchnęła.
— Tak, ja Ciebie też.
Leżeli przez chwilę w milczeniu. Potem Kuba spojrzał na zegarek.
— Kurczę, Beata zaraz wróci. Musisz już iść. Zdzwonimy się i umówimy na jakąś kolację przy świecach!