E-book
16.38
drukowana A5
28.26
drukowana A5
Kolorowa
52.91
Ciosy w punkt

Bezpłatny fragment - Ciosy w punkt


5
Objętość:
121 str.
ISBN:
978-83-8221-387-4
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 28.26
drukowana A5
Kolorowa
za 52.91

Dla G.

Dziękuję Z., E. i Eleuterii.

Ból. Odbyt, jelito. Strach. Odliczanie

Skurcz. Smutek, złość i niechęć. Głowa w lewo, głowa w prawo. Rozluźnia oczy, nos, teraz szczęki. Oddech. Głębiej. Czoło staje się chłodne — powtarza. Oddycha, ciągnie powietrze do gardła, do serca, do brzucha. Zakręca. Oddycha głęboko. Rozluźnia prawą stopę, rozluźnia lewą stopę. Oddycha głęboko. Ciągnie powietrze przez kolana do lędźwi, do brzucha, do serca. Oddycha. Oddycha głęboko. Jej czoło staje się chłodne. Jej twarz rozluźniona. Oddycha głęboko. Rozluźnia prawą rękę, lewą rękę. Moje ciało staje się odprężone. Oddycham głęboko, powietrze dociera do żołądka, do serca, do gardła. Wydycham powietrze przez czubek głowy i przez stopy. Oddycham równo, głęboko. Wdycham powietrze. Moje czoło jest chłodne, twarz rozluźniona, moje nogi i ręce są ciepłe. Oddycham głęboko, wydycham powietrze, moim brzuchem, sercem, gardłem. Oddycham głęboko…

Przysypiam i lęk opuszcza mnie na chwilę… oddycham.


***

Idę do pracy i czasem się modlę. Klepię bezmyślnie Ojcze nasz, przeganiam ból, przerażenie. A w niedzielę jadę do kościoła. Wrzucam 22 zł do skrzynki pod ołtarzykiem św. Antoniego. Czy on coś dla mnie wyprosi? Co? Że odnajdę spokój. Odkąd pamiętam, nie lubiłam myśli o poniedziałku, o szkole. A teraz o pracy. Okropny, fałszywy piaskowy dziadek w niedzielę wieczorem. Matka mówi, że najlepszy na trudne sprawy jest wtorek. Wtorek to dzień Merkurego, bystrzaka ze strzałkami przy czapce i piętach, kupca i plotkarza, roznosiciela gazet. Nigdy nie lubiłam swojej pracy, nawet tej, którą teraz wspominam z czułością. Męczy przyzwyczajanie się do wymagań i ten strach przed krzywym spojrzeniem. Dopiero kokon znajomości potrafi mnie nieco otulić przed nienawiścią. Ojciec często zmieniał pracę. To było dziwne w tamtych czasach. Bo prawie wszyscy pracowali od początku do końca w tym samym miejscu. No, może jedna, dwie zmiany w życiu. Ale nie on. Nie on — gnany swoimi lękami, niechęciami i pogardą. Chcę się budzić radosna. A znowu wstaję przegrana.


***

Przygnębia mnie jak bardzo jestem powtórką rodziców. Mam pięćdziesiąt lat, a ciągle nie odcięłam pępowiny. A kiedy miałam dziewiętnaście, to wydawało mi się, że ją odgryzłam. Wyjechałam. Zostawiłam kartkę pod lustrem. Ale wracałam, rzadziej, częściej. I zawsze lepiej przez telefon.


***

Jestem matką uzależnionego chłopca. Piszę chłopca, choć ma ponad trzydzieści lat. Jest chłopcem, chłopczykiem. Nie wyrósł z wygłupów, żartów. Może się bawić. Rzucać, pruć, niszczyć. Gry, narkotyki, alkohol, seks. Kocham go. Kogo kocham? Nie znam go zbytnio. Nie wiem, jaki jest, co myśli, gdzie chodzi. Wyobrażam sobie, że jest bardzo samotny. Nadal, bo zawsze był. Przyjaźnie są trudne, zbyt wymagające i niezrozumiałe. Choć chciałby o mnie zadbać, to chciałby o mnie zapomnieć. A nie umie ani jednego, ani drugiego. Ja matka jestem w nim, jestem tam gdzieś w jego zwojach, myślach, opozycjach. Starzeję się, przemijam i marzę, aby był w moim życiu dojrzałym człowiekiem. Ale jest smutkiem i bólem, zmartwieniem. Odcinam się i kocham. Myślę, myślę, czy żyje, czy nie zaćpał, czy walczy. Nie walczy, choć walczy. Życie go zjada, a ja nie mogę pomóc swojemu synowi. Mówią, że można pomóc tylko sobie i zadbać o siebie. Bardzo się staram, bardzo. I mam nadzieję, że to pomoże jemu. Nie pomoże? Kto wie, kto jest taki mądry, że wszystko wie? Że może i wiedzieć, że pomoże, albo że nie pomoże. Kto wie. Kto zagwarantuje, że jak zrobię tak, to będzie dobrze? Dla kogo dobrze, dla kogo ma być dobrze? Dla nich? Dla mnie? Dla mnie, ale nie ma pewności. Bo nawet, jeśli pójdzie na terapię, to nie ma gwarancji–tak mówi psychiatra. Nie ma żadnych gwarancji, kiedy rodzisz i wychowujesz dziecko. Idziesz w ciemno.

***

Nie jestem nadęta, kiedy idę wyprostowana. Sprawdzam czy się nie garbię, czy nie tnę głową powietrza. Mam zwyczaj pochylać się do przodu i ciągnąć ciało, a nogi zostają z tyłu, potykają się czasem, plączą. Brzydko chodzę, więc prostuję się, patrząc w odbicia witryn, wciągam brzuch, wypinam piersi i drobię kroczkami, bo nogi mam krótkie. Zmuszam usta do uśmiechu, wyciągam je tak, aby mój mózg zgłupiał i się uśmiał, abym mogła poczuć coś lekkiego, frywolnego w sobie. Ulecieć, śmiejąc się w gębę, swoją i cudzą. Odważyć się zrobić tak, jakby się miało plan, dodatkowe drzwi. Wyjść z uśmiechem na twarzy, modelować głupkowate, ponure usta innych. Ale tak nie będzie, bo tylko wzruszą ramionami i zapomną, nie wiedząc, że jestem wolna. Choć przez chwilę. A potem dalej, aby tak nie cierpieć i nie bać się, że nie wrócę.

Idę więc przez plac, raczej wyprostowana, bo tutaj są witryny i widzę, jak idę. Patrzę też na dom, stary, wysoki, samotny. Jest ładny i myślę, jak wyglądał wśród płomieni. Wszystko się skopciło, a on został. Została też niema boczna ściana bez okien i ścian innych budynków. Nie pasuje, pamięta, jest z innej epoki. Ja tu pasuję, wyglądam jak wszyscy, spieszę się do pracy, choć raczej z zimna lub dla sportu. Prostuję się i uśmiecham. Uśmiech jedynie nie pasuje. Nikt się nie uśmiecha, oczy nieobecne, pośpiech. Pasuję — uśmiech fałszywy w końcu, tak jak pośpiech, tak jak cała ja. Jestem tu na chwilę, przechodnio, nie zostanę. Potrzebuję tymczasowości. A kiedyś myślałam, że jest jakieś zawsze.

***

W budynku spotykam kobietę, jestem na nią zła, sprawia mi kłopot, bo muszę do niej przyjść. Wymaga ode mnie decyzji. A jednak patrzę na jej drobne ciało, słucham cichego głosu i dostrzegam zmartwionego człowieka. Jak bardzo brakuje mi przyjaciółki! Dzieli nas wiele lat, a łączy potrzeba pochwały. Kiedy chcesz, by cię chwalono, kiedy nie kwitujesz obojętnością krytyki, przegrywasz. Stajesz się gównem na wietrze, nie wiadomo, gdzie spadniesz. Obie takie właśnie jesteśmy. Gówniane w gównianym świecie. I takie zakończenie mają moje sny o potędze. Upadam przed pychą. Nie tylko ja. Dlatego nigdy nie pozbędziesz się strachu, dopóki nie będzie ci wszystko jedno, co gadają. Będziesz pić, ćpać, aby nie czuć, że żyjesz, bo nie masz siły umrzeć. Nie masz motywacji, synu.

***

Ból jelit, wiec łykam tabletkę. Wydaje mi się czasem, że mam nieco lepiej niż inni. Tylko ta głowa, te zmartwienia. Już tu niejedną wykończyli, oprawcy w białych rękawiczkach. Kultura, jakość, a zawsze buzują hormony. Żadnej miękkości, żadnego razem, zawsze ktoś winien. Jeden tylko otwarcie chamski prostak. Poszła więc każda stąd się leczyć. Może się leczy, a może nie. Raczej nie. Siedzę i staram się być uprzejma, nawet mi to wychodzi, jestem kompetentna. Tyle, że widzę tę smutną grę o pieniądze, to żebranie o grosze. Wystąpienie prostaka zawiera także rozrywkę teatralną „popatrzcie jakim jestem geniuszem finansowym”. Kilka pytań prezesa, do prezesa. Mamy też pana od noszenia teczki — teczkowego. Bardzo grzeczny dla prezesa, puk, puk — czy można Panie Prezesie? Oczywiście pisane, mówione wielką literą. Teczkowy, nie dajmy się zwieść, myśli o swoich drobnych interesikach, o dupczeniu, o imprezkach. Chyba wszyscy to widzą, nie tylko ja? Łykam więc tabletkę.

A teraz jestem rozbawiona. Śmieszy mnie taka jedna babka. Jest głupio przejęta swoją rolą. Rozbawiam się i wkurzam, kiedy próbuje wciskać mi swój świat do głowy. Mam ochotę plasnąć ją słowem w pysk. Może się opamięta. Kiedy gada to syczy przez zaciśnięte szczęki i strzela okularami. Widzę w korytarzu jej zdjęcie, była obfita. Może zmiażdżę ją tłuczkiem jak grzbiet kurczaka, podrę jej tkankę na włókna. Białe ugotowane mięso, temperatura głupoty. Zostaną tylko grube, machające nogi.


***

Dzieciaki. Bawią się, gadają i śmieją. Pachną delikatnie. Myślę, co z nich wyrośnie? Są miłe, dają sobie radę. Liczysz na to, że zawsze tak będzie. A jednak! Co poszło nie tak? Gdzieś pojawiło się zgrzytnięcie, wiór, który wyżłobił rysę tak dużą, że nie sposób ją zakleić. Słyszę, że mam przygotować się na jego koniec. Niby tak jest, ale przecież nie koniec. Jest nadzieja lub beznadzieja, ale jest i życie. To ja dałam mu życie. To znaczy urodziłam go, wychowałam. Każdego dnia dbałam, uczyłam po kolei. Jak można być teraz przygotowaną, pogodzoną?! Obojętną! Im bardziej pragnę jego wyzdrowienia, tym bardziej tego nie ma. Nie dlatego, że za karę, ale dlatego, że obsesyjnie, nieustająco powraca myślenie o nim. Są momenty, kiedy odrywam się do innych zmartwień, ale to nigdy naprawdę nie przemija. Co poszło nie tak? Kiedy można było jeszcze zatrzymać to cierpienie? Kiedy można było krzyknąć, zabronić, odebrać? Mówią mi, że to nie moja wina. A jednak przegapiłam coś ważnego, przegapiłam kogoś, kogo powołałam do życia i nie nauczyłam jak żyć, nie umierać. Każdego dnia ani nie żyje, ani nie umiera. Jest nadzieją, choć powinno mnie to nie obchodzić. Tak mówią. Jak może matkę nie obchodzić jej syn? I jego życie, a nawet półżycie, zaćpane życie? Sama musi być naćpana, żeby jej to nie obchodziło! Po co mi to mówią, po co, po co? Nie nauczyłam go, jak żyć z bólem, sama tego nie umiem. Jestem na początku uczenia się. Twardnieją mi myśli. Źle. Dobrze. Twarde myśli dają dystans. Patrzysz, słyszysz, ale nie chce ci się dyskutować lub przekonywać. Mam to w dupie i boli mnie odbyt.


***

Tęsknię. Ci ludzie uzależnieni, są już nie nasi. Tracimy ich, ale najpierw oni tracą wszystko. Zdrowie, urodę, zęby, relacje, świadomość. Tęsknię i żegnam się. Żałoba, rozpacz, umieranie. R.I.P. Płaczę po spotkaniach rodzinnych, tak bardzo chcę, aby tam był. Tak bardzo boli pustka po nim, kiedy widzę innych w jego wieku, którzy są tu z nami, rozmawiają, cieszą się, boją, żyją. On tam gdzieś umiera i nawet nie jest tego świadom, umiera, umiera, umiera… Mój syn. Jestem straszliwie, bezradnie, podle bezsilna. Tylko myśl i tylko łzy od czasu do czasu. Nie zawsze, bo nie mam na to siły. Odpycham myśl, odpycham wolę pomocy.

Codziennie zmagam się ze śmiercią, codziennie. Przyzwyczajam się, poznaję. I cały czas spodziewam się telefonu, że umarł, że znaleziono go w mieszkaniu w nieczystościach, z wykrzywioną twarzą i skręconym nienaturalnie ciałem. Dziwi się ktoś, że jestem świadoma śmierci? Jest baba, która krytykuje mój pesymizm. Pesymizm? Chyba to dość realne, co myślę? Tak mi się zdaje, że lepiej się przygotować.

Przygotowanie to też nawyki. Codziennie ćwiczę ramiona, smaruję je kremem, podobnie jak twarz, nogi. Mam zwisającą skórę, odkąd wychudłam. Szukam sposobów, aby przetrwać. Dziś dotknęłam cudownego wiadra, w którym były śruby do budowy domu dla uzależnionych. Habitat. Jego tam nie będzie dopóki nie wyjdzie po terapii. On nie idzie na terapię. Jak to mówi, radzi sobie sam. Chyba to realizm, kiedy myślę o śmierci? Ludzie lubią mówić — nie martw się. Mają mój problem z głowy. Mają mnie z głowy i jego też. A więc zajmij się sobą kobito. Nie dręcz tych malutkich, którzy są nieśmiertelni. No, przecież co tyyy…, nie można tak ciągle o tej śmierci. Nie można? A gdzie ją wcisnąć?! Podobno nie wszystek umrę, tak chcielibyśmy. Dlatego stawiamy sztuczne pomniki na cmentarzach i sztuczne kwiaty. Sztuczna chwała. Pamiętamy. Próbuję zostać stoiczką. Słabo wychodzi, ze łzami w oczach. Ogromnie za nim, za tamtym tęsknię.

***

Jest już PO. Po przeprowadzce, po rozmowie, po pomaganiu. Kurwa! Jestem kompletnie rozwalona, wyżęta. Kosmicznie maleńka, posłusznie zniszczona. Zgodziłam się na to, BO…? Bo jestem grzeczna, miła, usłużna. Zawsze na posterunku, zawsze do usług, niezwodna. Dlaczego? Super Star, super podpórka. Wysiadka, jestem taka wściekła! Wydaje mi się, że inni powinni docenić, być wdzięczni, być gotowi oddać. Ale wcale nie! Są kolejne roszczenia. Domagania. Spirala ludzkich potrzeb i pretensji. Opuszczają, powierzają mi swoje obowiązki. Jestem oburzona i czuję się zbawczynią. Hah, ha. Zamordowaną przez własną głupotę, toksyny ambicji i potrzeb. Jak mi miło, kiedy jestem ważna, kiedy inni zauważają moją nieobecność. Niestety wykorzystują lekko, kiedy mogą mną się wyręczyć. Synek jak dziecko odrzuca moją pomoc, bo jest nie taka. Nie zapłacę jego długów, nie przypilnuję przelewów, nie zafunduję płatnej, komfortowej kuracji. Taka pomoc jest pierdolona. Jak śmiem! A z drugiej strony nie ma planu na leczenie, wszystkie miejsca są głupie, jest ZMĘCZONY. Hęę?

Ratuje mnie gong

Charyzmatyczny psychiatra jest dla mnie oponentem. Na początku nie wiem, czemu nie mogę mu zaufać. Ma wiedzę, ma doświadczenie. Ale autorytet u niego jest dla mnie zbyt autorytarny. Konfrontuję się z nim. Nie pozwalam, aby mnie oceniał. I nie odkrywam, co jest kluczem niechęci. Czy są to pieniądze? Nie. Czy jest to rząd dusz?. No cóż, charyzmat tak działa. Czy pomoże? Nie wiem. Pracuję nad sobą, łykam tabletki, ale serce mam jak flak. Pustka. Smutek i klęska. Paskudna samotność, pogardliwe kontakty. Cały czas ssie mnie brak. Znajduję dziś w łazienkowej szafce płyn na komary z dalekiego świata. Przeterminowany. Nie wyrzucam, bo jest jak brzytwa dobrych czasów, marzeń i nadziei. Ostry okruch dni lepszych. Tak samo jest z kamieniami w gablocie. Patrzę na nie, mam nadzieję, że coś jeszcze nie umarło.

Podejmę próbę po raz kolejny.


***

Znalazłam dawną kartkę — z jakichś zajęć? Czytam zatem o znaczeniu trudnych emocji. Ojej, ojej, ojej.

Gorycz

Pokazuje, za co, osądzam innych ludzi i siebie i nad czym mam pracować, aby odpuścić stawianie ocen sobie i innym.

Rozżalenie, oburzenie

Pokazuje miejsca, momenty, w których żyję przeszłością i nie pozwalam rzeczywistości, teraźniejszości być jaka jest.

Dyskomfort, niewygoda

Pokazuje na co, właśnie w tej chwili, zwrócić uwagę, ponieważ pojawia się okazja do zmiany, do zrobienia czegoś inaczej, nie tak jak robiłam to zazwyczaj.

Gniew

Pokazuje pasję, ważkość pewnych spraw, moje granice i wiarę w to, jak można zmienić świat na lepsze.

Rozczarowanie

Pokazuje, że o coś się staram, że się nie poddaję apatii, że ciągle mi zależy.

Poczucie winy

Pokazuje, że ciągle ważne jest to, czego oczekują ode mnie inni i to, co oni myślą o tym, jak powinnam działać.

Wstyd

Pokazuje, że uznałam za własne zdanie innych, jaką mam być osobą i jak żyć i, że powinnam odzyskać kontakt z autentyczną sobą.

Niepokój

Pokazuje, że potrzebuję się obudzić właśnie teraz, że potrzebuję być obecna, że utknęłam w przeszłości i żyję w strachu przed przyszłością.

Smutek

Pokazuje głębię moich uczuć, głębię mojej troski o innych i o świat.

Dziś spokój i muzyka rockowa. Co zrobić, aby to zatrzymać? Nie wiem, skąd takie poczucie. Nie wiem. Wczoraj — Sylwester, cieszyłam się fajerwerkami, graliśmy w planszówkę, raz przegrałam, raz wygrałam, tańczyliśmy i czytaliśmy wiersze. Koniecznie — grać w zadowolenie, zawsze można się z czegoś cieszyć, można zrobić, to co ode mnie zależy, niezależnie jak trudna jest sytuacja! I nie zapominać o tym! O kurde, trudne! Czy to stosuje się do jęczydupy? Spieprzaj stąd głupoto myśli!

On nie przyjdzie. Źle. Jak teraz zrobić, żeby nie bolało? Boli. Byłoby dziwne, gdyby nie. Smutek. Myśleć — nie wszystko stracone. Co mogę zrobić sensownego w tej sytuacji? Jestem bezradna. Zajmę się sobą, zjem obiad, to najlepsze, co mogę zrobić w tych okolicznościach. Inne matki też. I inni ojcowie. I inni w pobliżu i wszystkie ciule, takie jak ja i niepodobne też!

Kolejny dzień. Jestem udręczona. Smsy, telefony, obietnice, spotkania. Wszystko wokół narkomana. To jest przemoc wobec mnie. Gdzie jestem ja? Ze mnie tylko ból brzucha, sranie ze strachu, głowa w dół, piekące oczy. Jak ja mam tego kurwa dość!!! Jak mam dość swojej głupoty i dupowatości. Porażka. Mechanizm, który każe rodzicom dbać o dzieci, jest pokręcony. Jak bardzo chcę żyć!!!

Odczepić się. Oto moje dążenie. Oczepić się i zachować życzliwość, zamiast zalewającej mnie goryczy i gniewu. Lęk przed śmiercią nic nie pomoże. Mówię do męża:

— Musimy sami zbudować sobie raj na ziemi. Nikt nam tego nie da. I nawet, jeśli najbliżsi będą nam w tym przeszkadzać, nie możemy im pozwolić. Życia mamy coraz mniej.

Dziś tak właśnie myślę. A czy jutro? Proszę siebie o pamiętanie. Choć na razie pomaga mi złość i gniew. Dopiero uczę się przeczucia raju.

Runda 1. Przyznaję, że to, co zrobiłam, nie przyniosło tego, czego oczekiwałam

PRÓBOWAŁAM. Nic z tych moich prób nie wyszło. Ani troska, ani chłód. Pomysły, propozycje. Wiosną — próba detoksu, latem — szpital psychiatryczny, kontakty z terapeutą, psychiatrą. Szkoda gadać, szkoda pisać. Jestem bezsilna. Nawet mój ostatni pomysł, aby umówić go na leczenie substytucyjne — odpadł. Słyszę, że idzie już do ośrodka, już jutro, już w piątek…. Bo leczenie stacjonarne jest do dupy. A potem cisza. Dzwoni, bo chce wylać swoją złość, wrogość, potrzebuje poduszki do łez, a potem cisza.

Myślę, jak mu pomóc. Jestem jego matką. Jego branie, to moja klęska. Chciałam — chcę — kontrolować, co robi. Dzwoniłam w piątki, aby przyszedł do nas w sobotę, albo w niedzielę. Żeby nie pił, nie brał, nie był sam. Nie umarł. Już tak nie robię. Zamiast tego myślę, że leży w swoich szczynach i gównie. Znalazłam dziś jego pasek. Bardzo zniszczony. Powąchałam. Śmierdział moczem. Wyrzuciłam go. Miał ten pasek przez 20 lat, przywiozłam mu go z Grecji. Timberland. Był chłopcem. A przyszedł śmierdzący, pozwoliłam mu się umyć, zjeść. Zostawił pasek. Dziś go wyrzuciłam.

***

Nie zależy mi na towarzystwie. Jestem sama. Nie muszę słuchać. Nie lubię słuchać. Rzadko ludzie mówią coś ciekawego. Ale co innego Hawking. Bilans energetyczny wszechświata jest taki sam, jak nicości. Zatem nie potrzebujemy boga do stworzenia świata. Klepanie pacierzy nie pomoże zmienić ćpania w niećpanie. Może tylko zmieni moje myśli z czarnych, na… jakie? Srakie? Wcale nie pomaga zmienić. Terapeutka mówi:

— Bez czarnych scenariuszy. Stop takim myślom.

Zamiast tego mam myśleć o trzech scenariuszach. Jak się zachowam, kiedy przyjdzie do mnie śmierdzący i bezdomny.

***

Śnię, że skaczę w dół. Boję się, jestem wręcz przerażona. Coś mnie tam pcha. Ambicja? Podporządkowanie? Ciekawość? Przeznaczenie? Teatr? Staram się zsunąć po murze. Jak najwolniej. Może przetrwam, może się nie roztrzaskam! A potem zmiana tematu i broczę w wodzie. Pagórkowate łąki pełne wody. Samochód mógłby ugrzęznąć, baję się, że woda wpadnie do środka. To pierwszy sen od dawna. Rzadko teraz śnię. Kiedyś co noc śniłam fabuły pełne kolorów. Były ciekawe nawet dla innych. M. która wyciszała mnie dźwiękiem z mis tybetańskich, czekała na moje senne opowieści. A teraz biorę pastylkę na sen. I cieszę się, że dosypiam. I rzadko śnię. Jedna z moich babek pisała baśniowe opowieści. Może ona dała mi moc we śnie. Ale ją straciłam. Oto jakie jest moje życie duchowe. Przyczajony tygrys czy ukryty smok? Sraka de kapulos! Wszystko przeminie utracone…

Akceptacja. Zaakceptuj sytuację. Przeżywam, męczę się ponieważ nie mogę, nie chcę, nie potrafię tego zaakceptować. Zdarzyło się tak w moim życiu, jak wszystko, przypadkowo. Wynik wielu możliwych zdarzeń. Efekt wielu zmiennych. A ja nie byłam na to gotowa. Byłam przerażona i to NIE mogła być PRAWDA. Co mam zmienić w sobie, aby się uspokoić, aby przyjąć, że jest jak jest? I co to właściwie znaczy ta akceptacja? Ile w niej rezygnacji? Czy to znaczy poddanie się, pokonanie mnie, nicość mnie?

***

Boleśnie trafia we mnie miłość. Rozpacz miłości. Jej nieuchronne cierpienie. Powtarza się ten motyw w moim życiu w różnych konfiguracjach. Ojciec, mężczyźni, syn. Jakiś heroizm poświęcenia, kochania, upodlenia. Ofiara. Mogłabym to zmienić.

Pisze:

— Zbieram wszystkie siły, aby wyjść z tej najciemniejszej doliny i jutro chcę, aby rozpocząć.

Ujmuje mnie ten styl. Chcę, aby rozpocząć. A dalej:

— Jest niewyobrażalne, jak mogłem dobrowolnie tu wejść.

— Ten proces jest poza moim wyobrażeniem, więc gdyby mi się nie udało, to chciałem powiedzieć że kochałem Cię tak jak umiałem, myślę, że najbardziej jak tylko się dało.

— Teraz mnie nie ma. To znaczy jestem pamięcią o swojej dawnej świadomości. Przypomniało mi się, jak bardzo tęskniłem za Tobą, jak byłem na pierwszych koloniach. Wtedy przynajmniej byłem świadomy.

Ból. Jestem tylko bólem. Serce pęka. Płaczę.

***

Pytanie o bezsilność w moim życiu. Moje bezsilne życie seksualne. Pragnę, ale jestem niezdolna do współżycia. Zasypiam. Sen jest silniejszy, a moje potrzeby zmniejszone. Tęsknię, ale to mglista tęsknota. I kiedy wyobrażę sobie wysiłki, które mam podjąć, to zasypiam z przyjemnością. Z poddaniem. Z Morfeuszem.

***

Znowu pytanie — jak ja tego dużo mogę znieść, wytrzymać, zrobić? Bardzo dużo rozczarowań, zawodów, a ponownie daję się ująć na ten sam tekst. Miłość, klucz, który drży w moich rękach. Spada i zostawia ból. Co to jest miłość? Wielkie słowa? W końcu to nie jest opowieść, ale współpraca, działanie razem. To nie jest heroizm, a codzienność. Np. śniadanie do pracy, spacer, koszule wyprane, umyte plecy. Zakupy i sałatka do obiadu. Telefon, co słychać? Smutki wspólne i radości wspólne. Bycie razem, ale i oddzielnie.

***

Kochałem, jak umiałem. I tyle. Paf!

***

Czy mam prawo przejść do kolejnej rundy? Czy wypłakałam ból zrozumienia niemocy? Czytam w Dzienniku takie zdanie:

— Żadna prośba nie jest zbyt śmiała, żadna potrzeba nie jest zbyt wielka. A nadzieja na cud nigdy nie jest absurdalna.

No, nie wiem, no, nie wiem… Mam zdartą skórę, ale nie jest tak zdarta, jak przy upadku na chodnik. Mam na myśli SKALP. A może całe życie byłam przygotowana (ale przez kogo?) do takiej sytuacji z synem? Umierania bez skalpu.

Płaczę pod powiekami przed snem. Cicho i z pełną rozpaczą. Usypiam. Rano słyszę Króla, który śpiewa przez moje serce — bo my chcemy tylko do domu i karę mieć, nawet do końca życia. Ja o niczym nie marzę tak, jak o powrocie do domu. Syna. I karę dam. Wróć. Proszę.

***

Nic się nie zmienia. Mija miesiąc. Czasem cierpię tak bardzo, że myślę o śmierci. Czasem ból cichnie, pojawia się złość, oburzenie, bojowość. A potem refleksja, że nic nie zmienię, że jedyne, na serio, jedyne, co mogę zrobić, to uciszyć myśli. Zostawić miłość w sercu, kochać go, a nienawidzić nałogu. Na tym polega siła bezradności. Już to wiesz, że nic nie możesz zmienić — oprócz swojej głowy. Zewrzyj się z taką myślą i wyświetlaj ją w swoim kinie, tak często, jak przychodzą inne projekcje do głowy. Defensywny klincz.

Runda 2. Muszę się zwrócić do kogoś o pomoc

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 28.26
drukowana A5
Kolorowa
za 52.91