CENA REPUTACJI
Tom I trylogii
ROZDZIAŁ 1 — FABRYKA ESEJÓW
Biblioteka Wydziału Prawa St. Jude zawsze pachniała tak samo: przegrzanymi kserokopiarkami, tanią kawą z automatu i ludźmi, którzy od trzech pokoleń nie musieli pytać o cenę czegokolwiek.
Amelia Vance siedziała w sekcji archiwalnej, w najdalszym kącie, gdzie światło jarzeniówek mrugało w rytmie agonii, a kurz osiadał na tomach orzeczeń sądowych, których nikt nie otwierał od lat dziewięćdziesiątych. Było tu zimno — chłód, który przenikał przez jej cienki sweter i zostawał pod skórą na długo po wyjściu z budynku.
Przed nią stał jej własny laptop, stary model z wytartymi klawiszami.
Amelia pisała o prawie spadkowym. Dla Arthura Montgomery’ego, którego nazwisko właśnie widniało w nagłówku dokumentu, było ono abstrakcją, którą zajmowali się księgowi jego ojca.
— „Analiza porównawcza zapisów windykacyjnych w systemie kontynentalnym i anglosaskim…” — wymruczała pod nosem, poprawiając zsuwające się z nosa okulary.
Jej palce poruszały się po klawiaturze rytmicznie, niemal bezmyślnie. Znała tę definicje na pamięć. Wiedziała, gdzie postawić przecinek, by profesor Brown nie miał się do czego przyczepić, i wiedziała, jak ułożyć zdania, by brzmiały jak przemyślenia kogoś, kto spędza wieczory na jachtach, a nie przy zmywaku. To nie był zwykły esej. To był produkt. Precyzyjnie skrojona usługa, za którą Montgomery zapłaci tyle, ile ona wydawała na jedzenie przez miesiąc.
Czuła pieczenie pod powiekami. Nocna zmiana skończyła się o szóstej rano, a ona miała tylko dwadzieścia minut na szybki prysznic w ogólnodostępnej łazience akademika, zanim ruszyła do biblioteki. Jej dłonie wciąż pachniały gorzkim ziarnem kawy i tym specyficznym, chemicznym płynem do dezynfekcji blatów.
Policzyła do siedmiu. Wdech. Wydech.
Nagle powietrze w archiwum zmieniło gęstość. Było to znajome uczucie — swędzenie na karku, które ostrzegało ją przed nadchodzącym zagrożeniem. Usłyszała kroki. Miarowe, pewne siebie, bez cienia pośpiechu, który towarzyszył innym studentom. James Thorne nie musiał się śpieszyć. Czas w St. Jude płynął pod jego dyktando.
Pojawił się między regałami z prawem karnym jak cień, który ma zbyt wiele klasy, by być mrocznym. Ciemny, idealnie dopasowany garnitur, koszula tak biała, że aż raziła w oczy w tym przygaszonym świetle i krawat w barwach uczelni. James Thorne był definicją prestiżu. Syn sędziego Sądu Najwyższego, złote dziecko systemu, chłopak, który miał zostać przyszłością tego kraju, a zamiast tego bawił się w zarządzanie podziemną fabryką esejów.
Szedł przez środek czytelni w towarzystwie Nicholasa Williamsa. Nicholas, z rozpiętym guzikiem pod szyją i nonszalanckim uśmiechem, był żywym dowodem na to, że w St. Jude można być jednocześnie arystokratą i lekkoduchem.
— Thorne, jeśli jeszcze raz zmusisz mnie do słuchania o precedensach w drodze na śniadanie, przysięgam, że znajdę sobie mniej nudnego przyjaciela — rzucił Nicholas, mrugając do jednej ze studentek przy stole.
James odpowiedział mu krótkim, niemal niedostrzegalnym uśmiechem, ale nie zwolnił kroku. Po drodze skinął głową dwóm starszym rocznikom i odpowiedział na ciche „cześć, James” rzucone przez kogoś z boku. Ludzie rozsuwali się przed nimi naturalnie, jakby ich obecność na korytarzu była zjawiskiem atmosferycznym, którego nie należy ignorować.
Nicholas zatrzymał się przy regale z historią prawa, wyciągając telefon.
— Idź, załatw swoje „interesy”. Spotkamy się pod dębem — rzucił za Jamesem.
Zatrzymał się dwa kroki od niej. Za blisko. Pachniał sandałowcem, cytrusami i chłodnym, jesiennym powietrzem.
— Montgomery twierdzi, że twój ostatni wywód o sukcesji był tak dobry, że Brown zaczął podejrzewać u niego nagły przypływ geniuszu — odezwał się. Głos miał niski, aksamitny, ale podszyty tym rodzajem cynizmu, który Amelia potrafiła wyczuć z kilometra. — Musisz się trochę hamować, Vance. Jeśli Arthur nagle zacznie pisać jak przyszły sędzia, to nawet on nie wybroni się z oskarżeń o plagiat.
Amelia nie podniosła wzroku. Zapisała plik i zamknęła klapę laptopa z suchym trzaskiem, który odbił się echem od regałów.
— Arthur nie odróżniłby geniuszu od dobrze sformułowanego zaproszenia na jacht, James. Właśnie za to mi płaci. Tobie zresztą też, skoro bawisz się w jego posłańca. Chociaż wciąż nie rozumiem, po co ci ta rola. Masz więcej zer na koncie niż ja mam godzin snu w tygodniu.
James podszedł o krok bliżej, opierając się o krawędź ciężkiego, dębowego stołu. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę i położył ją obok jej sfatygowanej torby.
— Twoja dola. Montgomery dodał bonus, bo podobno uratowałaś mu tyłek przed skreśleniem z listy po tym, jak zawalił kolokwium u Marshalla — powiedział, przyglądając jej się z tą swoją irytującą, analityczną uwagą. — Wyglądasz fatalnie. Kiedy ostatnio spałaś więcej niż trzy godziny?
Amelia wsunęła kopertę do wnętrza torby, starając się, by nie zauważył, jak drżą jej dłonie.
— Spanie to luksus dla ludzi, którzy nie muszą martwić się o stypendium rektorskie — ucięła, wstając. — Coś jeszcze? Czy to już wszystkie wieści z wielkiego świata?
James nie poruszył się, blokując jej jedyną drogę wyjścia z archiwalnej alejki. Jego wzrok spoczął na jej twarzy — na cieniach pod oczami i zaciętych ustach.
Zastanawiała się nieraz, dlaczego on to robi. Na pierwszym roku, kiedy na wykładzie z prawa konstytucyjnego ośmieliła się publicznie wypunktować błędy w najsłynniejszym wyroku jego ojca, wszyscy myśleli, że James ją zniszczy. On jednak podszedł do niej tydzień później i zaproponował układ. Zamiast zemsty wybrał współpracę. Myślała, że to był jego sposób na bunt — cichy, inteligentny i wyjątkowo dochodowy sabotaż wszystkiego, co reprezentował jego ojciec, ale nie była tego taka pewna.
Widziała w nim mieszankę odpowiedzialnego lidera, który trzymał wszystkich w ryzach, i kogoś, kto najchętniej podpaliłby całe St. Jude, byle zobaczyć, jak płoną te wszystkie rodowe herby.
— Mam nową ofertę — zaczął, ignorując jej wrogość. — Olivia Cartwright. Esej o zniesławieniu w common law. Płaci podwójnie, jeśli styl będzie wystarczająco… onieśmielający. Chce pokazać ojcu, że nadaje się do kancelarii w Londynie.
Amelia parsknęła śmiechem, który brzmiał bardziej jak kaszel.
— Cartwright? Ta dziewczyna uważa, że stypendyści to błąd w systemie, który należy naprawić za pomocą grubszej warstwy pudru. Gardzi mną, James.
— Właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje twojej głowy — James nachylił się nieznacznie, naruszając resztki jej przestrzeni osobistej. — Ona wie, że twój umysł to jedyna rzecz w tym budynku, której nie może odziedziczyć ani kupić na aukcji. Może go jedynie wypożyczyć.
W kącikach jego ust drgnął cień uśmiechu. Ten sam, który sprawiał, że Amelia czuła się jednocześnie wściekła i dziwnie pobudzona intelektualnie. James Thorne nie szukał w niej ofiary. Szukał kogoś, kto byłby godnym przeciwnikiem, nawet jeśli to on rozdawał karty.
— Powiedz Olivii, że cena wzrosła o dwadzieścia procent — rzuciła, przewieszając torbę przez ramię i zmuszając go, by się odsunął. — Skoro chce udawać kogoś, kim nie jest, niech chociaż to odczuje.
Ruszyła w stronę wyjścia, czując, jak serce bije jej zbyt szybko.
— Miłego dnia, Vance — rzucił za nią, a w jego głosie znów usłyszała ten specyficzny ton. Jakby wiedział o niej coś, czego ona sama jeszcze nie chciała przyznać.
Nie odpowiedziała. Wyszła z biblioteki prosto w chłodne, jesienne powietrze kampusu, czując na plecach ciężar jego spojrzenia. Od początku wiedziała, że ten układ to pętla na jej szyi. Byli wspólnikami w zbrodni przeciwko reputacji St. Jude i oboje wiedzieli, że to ryzykowna gra, której zasad nikt im wcześniej nie wyjaśnił.
James stał jeszcze chwilę w archiwum, patrząc na puste miejsce po Amelii. Lubił patrzeć, jak walczy. Była jedyną autentyczną rzeczą w tym teatrze pozorów i zamierzał dopilnować, by nie zniknęła z tej sceny zbyt wcześnie.
*
Wieczór w pokoju numer 304 zawsze pachniał tak samo: mieszanką herbaty Earl Grey, drogiego lakieru do włosów Sophie i starego kurzu, którego nie dało się wywietrzyć z akademickich murów St. Jude. Amelia siedziała przy biurku, wpatrując się w pusty dokument tekstowy. Światło biurkowej lampki wycinało z mroku tylko jej dłonie i ekran, na którym kursor pulsował złośliwie, odliczając czas do porannego seminarium.
Drzwi otworzyły się z charakterystycznym impetem. Sophie wpadła do środka, rzucając markową torebkę na łóżko z niedbałością kogoś, kto nigdy nie musiał sprawdzać stanu konta przed wyjściem na miasto.
— Żyjesz? Wyglądasz, jakbyś właśnie wróciła z przesłuchania przed komisją dyscyplinarną — rzuciła Sophie, siadając naprzeciwko przyjaciółki i wyciągając nogi na biurku, tuż obok stosu podręczników do prawa cywilnego.
Amelia nie odrywała wzroku od ekranu. Czuła, jak każde uderzenie serca pulsuje jej w skroniach.
— Fletcher nie dał mi podwyżki. Stwierdził, że na moje miejsce ma kolejkę chętnych, a moje wyniki na prawie nie mają dla niego żadnej wartości rynkowej.
Pieniądze, które James Thorne zostawiał jej w kopertach między regałami, były jedynym powodem, dla którego mogła teraz zacisnąć zęby i nie rzucić tym fartuchem prosto w twarz szefa. Bez tego „brudnego” dodatku do pensji, dzisiejsza odmowa podwyżki oznaczałaby dla niej konieczność rezygnacji ze studiów przed końcem miesiąca.
To była cena, którą płaciła za marzenie o byciu prawniczką: praca dla człowieka, który jej nie szanował, i współpraca z człowiekiem, który nią zarządzał.
Sophie westchnęła i zaczęła masować stopy, zrzucając szpilki na podłogę.
— Bo Fletcher to drobny ciułacz, który nie rozumie, że inwestuje się w ludzi, a nie w godziny. Zresztą, to nazwisko krążyło dziś w kuluarach w dziwnym kontekście. James pytał mnie po wykładzie, czy wciąż bierzesz nocki w kawiarni.
Amelia zesztywniała.
— Pytał o kawiarnię? Po co?
— Pewnie sprawdzał, czy Montgomery nie kłamał, mówiąc, że termin oddania eseju jest zagrożony, bo „jego asystentka” jest przemęczona — Sophie skrzywiła się i sięgnęła po kubek z wystygłą herbatą. — Znam go od piaskownicy, Amelia. James zawsze był chorobliwie drobiazgowy. Pamiętam, jak w wieku ośmiu lat potrafił przez tydzień obserwować gniazdo os, żeby sprawdzić, o której dokładnie wylatują po jedzenie. On po prostu lubi wiedzieć, jak działają mechanizmy, których używa.
Amelia spojrzała na współlokatorkę. Obraz Jamesa Thorne’a jako cierpliwego obserwatora os wydawał się w jakiś sposób złowieszczy.
— Teraz przeniósł swoje obserwacje z ogrodu do archiwum biblioteki, uroczo.
— Może — Sophie wstała i położyła dłoń na ramieniu Amelii. Jej dotyk był ciepły, pozbawiony tej całej prawniczej chłodnej gierki, w której Amelia tkwiła po uszy. — Odpuść na dziś te eseje. Chodź ze mną na piwo. Postawię ci.
Amelia uśmiechnęła się blado, ale pokręciła głową, wracając wzrokiem do dokumentu z nazwiskiem Cartwright.
— Muszę skończyć ten rozdział o zniesławieniu. Inaczej jutro rano nie będę miała z czego zapłacić za kolejny tydzień tego luksusu — zatoczyła ręką krąg, wskazując na odrapane ściany pokoju.
Kiedy Sophie wyszła do łazienki, Amelia ponownie spojrzała na kursor. Informacja o pytaniu Jamesa huczała jej w głowie głośniej niż szum starego wentylatora w laptopie. Nienawidziła myśli, że jest pod jego lupą nie tylko wtedy, gdy siedzą między regałami. To poczucie bycia obserwowaną — metodycznie, precyzyjnie, bez emocji — sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej osaczona.
Wpisała kolejne zdanie, czując, jak zapach kawy z kawiarni Fletchera wciąż dusi ją w gardle. James Thorne mógł sobie zbierać swoje dane, ale Amelia Vance wiedziała jedno: w St. Jude jedyną osobą, która mogła ją uratować, była ona sama.
Nawet jeśli musiała do tego użyć jego pieniędzy.
ROZDZIAŁ 2 — CECHY STRAŻNIKA
Zapach starego papieru w czytelni głównej był niemal dławiący, a jednak Amelia wolała go od stęchlizny archiwum. Przynajmniej tutaj słońce, przedzierając się przez wysokie, witrażowe okna, kładło na dębowych stołach długie, złociste pasy, dając złudzenie, że świat na zewnątrz wciąż istnieje.
Esej o zniesławieniu dla Olivii Cartwright szedł jej zaskakująco gładko. Może dlatego, że pisanie o wpływie na cudzą reputację za pomocą słów wydawało się Amelii wyjątkowo bliskie. Sama właśnie to robiła — budowała fałszywe pomniki intelektu ludziom, którzy na to nie zasługiwali.
Musiała na chwilę odejść od stolika, by odnieść tom orzeczeń do działu zwrotów. Przy automatach z kawą, tuż za rogiem wysokiego regału, zauważyła Nadię Bell i Olivię Cartwright. Stały tyłem do niej, opierając się o marmurowe kolumny. Ich śmiech był wysoki, czysty i pozbawiony jakichkolwiek trosk.
— …naprawdę nie rozumiem, po co marnują te miejsca stypendialne — głos Olivii był przesiąknięty nudą. — Takie jak Vance i tak nigdy nie wpasują się w strukturę prawdziwej kancelarii. Brakuje im tego… instynktu. Wyglądają, jakby każde zajęcia były walką o życie. To robi się męczące.
— To tylko statystyka, kochana — odpowiedziała Nadia, poprawiając jedwabną apaszkę. — Uczelnia potrzebuje ich do raportów o „równości szans”. Są jak te ekologiczne żarówki w holu: mało wydajne, ale dobrze wyglądają w prospekcie rekrutacyjnym.
Amelia zacisnęła palce na grzbiecie książki tak mocno, że aż pobielały jej kostki. Czuła na twarzy uderzenie gorąca, ale nie ruszyła się z miejsca. Słowa zabolały. Właśnie to była prawdziwa cena jej obecności w St. Jude: mogła pisać najlepsze eseje, a i tak była tylko elementem wizerunkowej strategii.
Wróciła do stolika, wciąż czując echo głosu Nadii w uszach. Właśnie kończyła akapit o różnicy między libel a slander, gdy ciszę biblioteki rozdarł dźwięk, którego każdy stypendysta bał się bardziej niż oblania egzaminu: suchy stukot ciężkich butów o marmur holu.
Amelia drgnęła. Nad stolikami przeszedł dreszcz. Trzech mężczyzn w ciemnych garniturach z identyfikatorami działu IT i bezpieczeństwa szło tuż obok prorektora ds. studenckich.
— Proszę o uwagę — głos prorektora odbił się echem od wysokiego sufitu. — W związku z podejrzeniami o naruszenie regulaminu korzystania z zasobów cyfrowych, przeprowadzimy wyrywkową kontrolę zawartości plików na komputerach osobistych. Proszę nie zamykać systemów.
Serce Amelii uderzyło o żebra z brutalną siłą. Krew odpłynęła jej z twarzy, zostawiając jedynie lodowaty dreszcz na karku. Na ekranie jej laptopa widniał otwarty dokument: Z_CARTWRIGHT_FINAL.docx. W metadanych pliku wciąż było jej nazwisko. Jeśli to zobaczą, stypendium zniknie w ułamku sekundy, a ona wróci do mieszkania w Lincoln z bagażem długów i biletem w jedną stronę donikąd.
Jej palce zawisły nad klawiaturą. Próba zamknięcia klapy laptopa teraz byłaby jak przyznanie się do winy. Panika zaczęła wypełniać jej płuca, gęsta i czarna.
— Zacznijmy od tego rzędu — wskazał prorektor, kierując się prosto w stronę jej stolika.
Amelia policzyła do siedmiu. Nie pomogło. Zamknęła oczy, czekając na koniec, gdy nagle powietrze obok niej znów zmieniło gęstość.
— Panie prorektorze, czy to naprawdę konieczne, by zakłócać ciszę w ten sposób? — chłodny, znajomy głos przeciął napięcie jak skalpel.
James Thorne stał przy sąsiednim regale, trzymając w ręku oprawiony w skórę tom kodeksu karnego. Wyglądał, jakby przed chwilą oderwał się od wyjątkowo nużącej lektury, ale Amelia zauważyła, że jego wzrok jest nienaturalnie ostry. Nicholas nonszalancko opierał się o stolik obok, rozbawiony — bo bawił go każdy chaos rozgrywający się na jego oczach.
— Panie Thorne, to rutynowe działania zabezpieczające… — zaczął prorektor, wyraźnie tracąc pewność siebie. Nazwisko sędziego Thorne’a miało w St. Jude siłę grawitacji.
— Rutynowe? — James zrobił krok w stronę urzędnika, stając dokładnie na linii wzroku między nim a Amelią. — To oznacza dostęp do prywatnych danych na urządzeniach osobistych, a to łatwo mógłby stać się tematem bardzo interesującej debaty na jutrzejszym seminarium u dziekana. Chyba że dział IT ma oficjalny nakaz podpisany przez radę powierniczą?
Prorektor zająknął się. James nie ustępował. Przesunął się o kolejny centymetr, jego ciało tworzyło teraz fizyczną barierę, zasłonę, której nikt nie odważyłby się przekroczyć.
— Rozumiem troskę o regulamin, ale mój ojciec zawsze powtarza, że procedury bez podstaw prawnych to tylko uprzejma forma tyranii — dodał James z lekkim uśmiechem, w którym nie było ani grama wesołości.
W bibliotece zapadła martwa cisza. Amelia czuła, jak klatka piersiowa Jamesa niemal dotyka jej ramienia. Czuła ciepło bijące od jego ciała i zapach sandałowca, który teraz nie wydawał się już tak irytujący. Wręcz przeciwnie — był kotwicą.
Cisza przeciągnęła się o ułamek sekundy za długo.
Prorektor zawahał się. Spojrzał na ludzi z IT, jakby szukał potwierdzenia.
— Sprawdzimy najpierw serwery ogólne — powiedział w końcu. — Urządzenia prywatne zostawmy na później.
Kiedy stukot butów w końcu ucichł w oddali, Amelia poczuła, że znów może oddychać. Jej dłonie drżały tak mocno, że musiała je schować pod blatem stołu. James nie odsunął się od razu. Stał tam, wciąż osłaniając ją przed resztą sali, patrząc przed siebie z tą samą, kamienną maską prefekta, którą nosił na co dzień.
— Zamknij plik, Vance — szepnął, nie odwracając głowy. Jego głos był niski, niemal pozbawiony emocji, ale wyczuła w nim nutę, której wcześniej nie znała.
Wcisnęła kombinację klawiszy, patrząc jak dokument znika z pulpitu. Dopiero gdy ekran stał się czarny, James odwrócił się ku niej.
— System nie mruga. Jak raz cię złapią, nie będzie odwrotu.
Spojrzała na niego, a jej wściekłość na moment przegrała z czymś, co przypominało… uznanie. Po raz pierwszy zobaczyła w nim kogoś więcej, niż tylko aroganckiego pośrednika. Zobaczyła kogoś, kto potrafił stanąć między nią a przepaścią.
— Chronisz własny interes, Thorne. Gdybym wyleciała, musiałbyś sam pisać te bzdury dla Olivii — odparła, starając się, by jej głos brzmiał tak twardo, jak zwykle.
James uśmiechnął się krzywo, a w jego oczach mignął ten niebezpieczny błysk, który tak bardzo ją drażnił.
— Oczywiście. Mój interes jest dla mnie najważniejszy — odparł, prostując się. — Ale na twoim miejscu zastanowiłbym się, czy naprawdę chcesz testować, jak długo starczy mi cierpliwości do pilnowania twoich pleców za darmo.
Odwrócił się i wyszedł, zostawiając ją w ciszy biblioteki. Amelia patrzyła na swój czarny ekran, czując, jak serce powoli wraca do normalnego rytmu. Wiedziała, że to, co zrobił, nie było aktem altruizmu. W St. Jude nic nie działo się bezinteresownie. Ale wiedziała też, że w tym świecie pełnym drapieżników, James Thorne właśnie pokazał jej swoje kły. I po raz pierwszy nie były one skierowane przeciwko niej.
*
Godzinę później Amelia siedziała w stołówce naprzeciwko Sophie. Jej dłonie wciąż lekko drżały, gdy trzymała kubek z kawą.
— James mnie dzisiaj wyciągnął z bagna — powiedziała cicho, relacjonując wydarzenia z biblioteki. — Stał tam i kłamał prorektorowi w twarz, używając nazwiska swojego ojca jako tarczy. Nie rozumiem go. Przecież ryzykuje własną reputację dla głupiego eseju Olivii.
Sophie mieszała sałatkę, nie wydając się ani trochę zdziwiona.
— Nie zrobił tego dla eseju, Amelia. Zrobił to, bo on taki jest.
Amelia prychnęła.
— Jest cynicznym pośrednikiem, Sophie. Chroni swój biznes.
— Może teraz tak to nazywa — Sophie odłożyła widelec i spojrzała jej prosto w oczy. — Ale znam go od czasów, gdy wspinaliśmy się na stare dęby w posiadłości jego ojca. Kiedy mieliśmy osiem lat, James wziął na siebie zbicie ulubionego wazonu sędziego Thorne’a. Wiedział, że dostanie za to zakaz jazdy konnej na miesiąc i tydzień zamknięcia w pokoju. Zrobił to tylko dlatego, że to ja trzymałam wtedy piłkę. Siedział w tym pokoju i ani razu nie pisnął, czyja to była wina.
Amelia poczuła dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Obraz małego Jamesa Thorne’a, który milczy pod karzącą ręką ojca, by chronić przyjaciółkę, zupełnie nie pasował do człowieka, którego znała z archiwum.
— Ludzie wyrastają ze szlachetności, Sophie — ucięła, choć jej własny głos brzmiał mało przekonująco.
— James nie wyrósł. On ją po prostu bardzo głęboko schował pod tymi swoimi garniturami i cynizmem. On nie szuka ofiar, Amelia. On szuka kogoś, kto byłby wart tego, żeby za niego skłamać.
Amelia wróciła do jedzenia, ale słowa Sophie nie dawały jej spokoju. Jeśli James Thorne naprawdę był „strażnikiem”, to znaczyło, że jej obraz świata — w którym każdy gra tylko na siebie — właśnie zaczął pękać. A to było o wiele bardziej niebezpieczne niż kontrola IT.
ROZDZIAŁ 3 — BŁĄD W KODZIE
Sala wykładowa numer jeden była tym miejscem na St. Jude, gdzie architektura robiła za argument. Sześć rzędów amfiteatru, dębowa boazeria, okna sięgające niemal sufitu — wszystko zaprojektowane tak, żeby siedzący za katedrą profesor Brown wyglądał jak ktoś, kto nie tyle naucza, co ogłasza wyroki.
Amelia weszła dokładnie o dziesiątej czternaście. Nie przez przypadek. Punktualność była przewidywalna, a spóźnienie o czternaście minut dawało czas, żeby wszyscy zdążyli usiąść, a ona mogła wybrać miejsce bez pośpiechu. Druga ława od tyłu, środek, lekko z lewej.
Brown był już w połowie koncepcji odpowiedzialności deliktowej. Miał ten specyficzny rodzaj suchości, który odróżniał naprawdę dobrych wykładowców od tych, którzy tylko lubili słuchać własnego głosu: ani jednego zbędnego przymiotnika, żadnych anegdot, które nie prowadziły donikąd. Same fakty układane w stos jak drewno przed zimą.
Amelia wyjęła notes i długopis. Zatrzasnęła torbę.
— Foreseeability w systemie anglosaskim — mówił Brown, nie patrząc na audytorium — to pytanie o to, czy rozsądna osoba na miejscu pozwanego powinna była przewidzieć szkodę. Nie czy była ona możliwa. Subtelna różnica. Wiele karier skończyło się właśnie tutaj.
Zapisała foreseeability z podkreśleniem.
Jeden rząd za nią ktoś przesuwał długopis po blacie w regularnym, denerwującym rytmie. Nadia Bell. Bell zawsze robiła coś z rękami, kiedy wykład szedł za szybko.
Brown przeszedł do Donoghue v. Stevenson. Amelia znała tę sprawę na pamięć, ale pisała dalej — notowanie nie było dla niej techniką zapamiętywania, tylko sposobem myślenia inaczej niż wszyscy wokół, którzy albo nagrywali wykład telefonem, albo udawali, że nagrywają.
— Kto może mi powiedzieć, dlaczego ta sprawa była przełomem, a nie tylko precedensem? — zapytał Brown, podnosząc wzrok po raz pierwszy od dziesięciu minut.
Cisza.
Amelia czekała trzy sekundy.
— Bo wprowadziła duty of care jako odrębną kategorię prawną, niezależną od umowy — powiedziała. — Wcześniej odpowiedzialność deliktowa wymagała zazwyczaj istniejącej relacji kontraktowej. Po Donoghue wystarczyło wykazać rozsądną przewidywalność szkody. To zmieniło cały zakres podmiotowy i otworzyło system na roszczenia osób trzecich.
Brown skinął głową tak minimalistycznie, jak to tylko możliwe, i wrócił do tablicy.
Wiedziała, że ktoś się odwrócił. Zawsze ktoś się odwracał. Już dawno zdążyła wyrobić sobie dość dokładną mapę sali i wiedziała, że rząd przed nią, kilka miejsc w lewo, siedzi Olivia Cartwright.
Cartwright nigdy się nie odzywała na wykładach. Przez pierwsze zajęcia Amelia myślała, że to kwestia temperamentu. Potem zrozumiała, że milczenie jest dla niej pozycją. Cartwright zbierała informacje i czekała, aż będzie wiedziała, co z nimi zrobić.
Spojrzała na prawo od Olivii. James siedział dokładnie w połowie auli, w miejscu, które wydawało się być nieoficjalnym centrum grawitacji sali. Obok niego, na krześle rozłożył się Nicholas, z nogą założoną na kolano, szeptem komentując coś, co wywoływało stłumione parsknięcia u studentów siedzących przed nimi. Zauważył Amelię, uniósł dwa palce w górę w krótkim pozdrowieniu, na co James jedynie zmrużył oczy, wracając do notatek. Nicholas był jedynym, który odważył się publicznie zauważyć jej obecność w sposób tak swobodny.
Brown wrócił do pytań. Wyłączenie odpowiedzialności, volenti non fit iniuria, przypadki graniczne. Amelia pisała. Rytm wykładu był stabilny — gdyby nie to uczucie na karku, stałe i precyzyjne jak powietrze z klimatyzacji skierowane w jedno miejsce.
Tutaj wszyscy obserwowali wszystkich. Uwaga była walutą, wydawaną oszczędnie i inwestowaną z rozwagą.
Brown zamknął notes.
— Na przyszły czwartek Hargreaves, rozdziały szósty i siódmy. Chcę wiedzieć, z czym się nie zgadzacie — powiedział i zszedł z katedry, zanim ktokolwiek zdążył zapisać zadanie.
Audytorium ożyło. Szmer rozmów, trzask zamykanych laptopów. Amelia złożyła notes i odwróciła się przy wstawaniu.
Olivia Cartwright pakowała rzeczy bez pośpiechu. Ciemny sweter, spodnie bez jednej zmarszczki, torba, która kosztowała tyle, ile Amelia zarabiała przez trzy miesiące. Jej twarz była skupiona i spokojna. Ale zanim Amelia zdążyła odwrócić wzrok, Olivia podniosła głowę.
Przez sekundę patrzyły na siebie.
Cartwright uniosła brew — ledwo, jakby właśnie potwierdziła coś, o czym wiedziała już od dawna — i wróciła do pakowania.
Amelia ruszyła do wyjścia z wrażeniem, że właśnie znalazła się w czyjejś notatce na marginesie. Na razie tylko z podkreśleniem. Bez komentarza.
*
Przypadek miał niewiele wspólnego z tym, co wieczorem zrobiła Olivia Cartwright — córka człowieka, który zanim skończył czterdzieści lat, zasiadał w radach nadzorczych trzech spółek giełdowych i jednego funduszu hedgingowego. Przypadek był dla ludzi, którzy nie planowali wystarczająco wcześnie.
Siedziała przy biurku w swoim pokoju w Hartley Hall, z dwoma kawami i stosem prac z seminarium prawa deliktów. Profesor Reeves zadał temat otwarty — analiza porównawcza odpowiedzialności za produkt w systemach common law i kontynentalnym — i poprosił, żeby uczestnicy seminarium wymienili się pracami przed piątkiem. Wzajemna recenzja, powiedział. Dobra praktyka.
Czytała trzecią pracę z rzędu, kiedy zatrzymała się na środku akapitu. Wróciła o trzy strony. Wzięła drugą pracę, przerzuciła do rozdziału drugiego. Porównała.
Struktura argumentacji była identyczna. Sposób, w jaki autor przechodził od teorii ryzyka do odpowiedzialności obiektywnej, miał ten sam, specyficzny rytm. Nawet błąd — rzadki, niemal niedostrzegalny przecinek stawiany przed spójnikiem w łacińskich sentencjach — powtarzał się w obu tekstach z matematyczną precyzją.
Jedno podobieństwo mogło być zbiegiem okoliczności. Olivia znalazła cztery.
Pierwsza praca: Arthur Montgomery. Druga: Edward Rowe. Obaj z jej roku, obaj z grupy, która robiła wszystko głośno — egzaminy, imprezy, sojusze. Olivia wiedziała, że żaden z nich nie potrafiłby sformułować zdania o „ontologicznej spójności deliktów” bez słownika w ręku.
Spojrzała na e-maila od Jamesa, w którym przesyłał jej gotowy esej. Otworzyła właściwości pliku. Metadane były wyczyszczone, ale styl… styl był znajomy. Ta sama chłodna precyzja, ten sam onieśmielający dobór słów.
Przymknęła oczy, przypominając sobie głos z dzisiejszego wykładu. Głos dziewczyny z drugiej ławy, która jako jedyna nie bała się Browna.
Wzięła do ręki długopis i zaczęła oznaczać fragmenty żółtym markerem, uśmiechając się z satysfakcją.
*
James dowiedział się o tym przed południem, kiedy wciąż miał nadzieję, że dzień będzie normalny.
Ojciec zadzwonił między dziewiątą a dziesiątą, kiedy James siedział przy śniadaniu w pustej jadalni Hartley Hall z kawą i notatkami do kolokwium, które miał za dwa tygodnie. Odebrał odruchowo, zanim zobaczył numer.
— Rzecznik dyscyplinarny wszczął postępowanie — powiedział ojciec bez wstępu, bez „dzień dobry”. — Nieoficjalnie na razie.
James odstawił kubek.
— W jakiej sprawie?
— Plagiat. Kilka prac, kilka nazwisk. Twoje podobno nie figuruje na liście, ale uczelnia zawsze rozszerza zakres postępowania, kiedy znajdzie pierwszy wątek. — Krótka pauza. — Powiedz mi, że nie wiesz, o co chodzi.
— Nie wiem, o co chodzi.
— Dobrze. — Głos ojca był tym rodzajem spokoju, który oznaczał, że decyzje zostały już podjęte, zanim zadzwonił. — W takim razie zadbaj, żebyś nie wiedział nadal. Cokolwiek widziałeś w tym roku, cokolwiek słyszałeś przy kolacji albo w bibliotece — przestało istnieć. Rozumiemy się?
— Rozumiemy.
Połączenie się urwało.
James siedział przez chwilę nieruchomo z telefonem w dłoni. Przez okno jadalni widać było dziedziniec, szary i pusty o tej godzinie. Ktoś szedł przez niego szybkim krokiem z kapturem nasuniętym na głowę — nie było widać twarzy.
Dopił kawę. Była już zimna.
*
Lista obserwowanych studentów nie była oficjalnym dokumentem. Nikt jej tak nie nazywał — formalnie było to „wstępne zestawienie osób, których prace wymagają weryfikacji w ramach postępowania wyjaśniającego”. Asystent rzecznika dyscyplinarnego, Martin Ash, który miał zwyczaj mówić za dużo przy złej kawie w pokoju socjalnym, wspomniał o tym szczegółowo doktorantce z jego roku, a ta powiedziała komuś innemu, i tak dalej, tak jak zawsze działają informacje, o których ktoś powie, że są poufne.
Amelia Vance znalazła się na tej liście trzeciego dnia, bo jej nazwisko pojawiło się w kontekście Arthura Montgomery’ego, który płacił za prace i który je zlecał, w kontekście pytania, które ktoś zadał rzecznikowi: skoro Arthur Montgomery kupował teksty, kto je pisał?
Amelia nie wiedziała jeszcze o liście. Siedziała w tym czasie w czytelni z rozłożonymi przed sobą materiałami do seminarium i myślała, że najgorsze, co ją dziś spotka, to zepsuta drukarka w bibliotece.
*
Kuluarowe korytarze St. Jude miały jedną właściwość, której nie opisywał żaden prospekt: wszystko tutaj było słyszalne. Nie dlatego, że ściany były cienkie, ale dlatego, że głosy dostosowywały się do przestrzeni — ściszały do właśnie takiego poziomu, który pozwalał udawać, że się nie słyszy, i jednocześnie słyszeć wszystko.
Sophie znalazła Jamesa za kolumną przy głównym wyjściu z budynku D.
Stał z plecami do ściany i telefonem w dłoni, ale nie patrzył na ekran. Wyglądał na zamyślonego. Sophie znała ten wyraz twarzy. Widziała go u siebie w lustrze w dniu, kiedy dostała list z kancelarii o odrzuceniu podania o praktykę.
— James — rzuciła, siadając na parapecie naprzeciwko, jakby właśnie tędy przechodziła i zatrzymała się przez czysty przypadek. — Co się stało?
James podniósł wzrok. Przez sekundę miał minę człowieka, który rozważa, czy odpowiedzieć, czy udać, że wszystko jest w porządku.
— Sophie — odparł powoli. — Zawsze jesteś w tym samym miejscu co problemy.
— Problemy lubią dobre towarzystwo — wzruszyła ramionami.
Przez chwilę nic nie mówili. James przesunął kciukiem po ekranie telefonu, nie patrząc na niego — odruchowy gest, który nie miał nic wspólnego z przeglądaniem czegokolwiek.
— Słyszałaś o postępowaniu? — zapytał.
Sophie zmrużyła oczy.
— O jakim? — odpowiedziała pytaniem, bo na St. Jude słowo postępowanie miało kilkanaście możliwych desygnatów i żaden z nich nie wróżył niczego dobrego.
— Dyscyplinarnym. Handel esejami. — Zawiesił głos na ułamek sekundy. — Kilka nazwisk, kilka prac. Na razie nieoficjalnie.
Sophie wyprostowała się na parapecie, lustrując jego twarz. Milczała przez chwilę, patrząc na korytarz. Gdzieś w tle trzaskały drzwi do sali wykładowej — zajęcia się kończyły, zaraz zrobi się tłok.
— Chcesz, żebym powiedziała ci, że to nie twój problem — odezwała się w końcu.
— Nie — odparł. — Chcę, żebyś miała na nią oko.
— Miała na nią oko — powtórzyła, ważąc każde słowo jak punkt w umowie. — To brzmi jak prośba od kogoś, kto nie może jej sam obserwować bez wzbudzania podejrzeń.
— Tak to można ująć — przyznał bez owijania w bawełnę.
Zmierzyła go wzrokiem. Kiedy ich ze sobą poznała, Jamesa i Amelię — dwa lata temu, na pierwszym roku, przy hałaśliwej kolejce do rejestracji — wiedziała od razu, że James wyda się jej nowej współlokatorce dokładnie tym, na kogo wyglądał: człowiekiem, dla którego St. Jude było kolejną oczywistością w długim ciągu oczywistości. Potem Amelia weszła w jego orbitę przez to ich głupie dorabianie na pracach, a Sophie zaczęła zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie widziała i trochę ją one martwiły.
Zacisnęła usta, gdy w jego głosie nie usłyszała tej kalkulacyjnej pewności, którą kojarzyła z galami i kolacjami u ojca. Było w tym coś sztywniejszego. Coś, co sprawiało, że brzmiał jak człowiek, który właśnie zdał sobie sprawę, że nie może telefonem naprawić tego, co może się wydarzyć.
— Ona nie wie jeszcze — domyśliła się Sophie. — Że jej nazwisko tam jest.
— Nie, i nie chcę, aby wiedziała.
— I nie masz jak jej powiedzieć bezpośrednio, bo to zmieni jej zachowanie w sposób, który może wszystko skomplikować bardziej niż samo postępowanie, prawda?
James nie odpowiedział. Co oznaczało: tak.
Sophie zeszła z parapetu. Poprawiła pasek torby.
— Ile zyska na tej niewiedzy? Dwa dni spokoju? — zapytała i westchnęła ciężko. — Dobrze, będę mieć na nią oko.
— To wszystko?
— Na chwilę obecną — odparła. — Jak tylko dojdę do wniosku, że musi wiedzieć, powiem jej sama. Bez pytania ciebie o zgodę.
James skinął głową, jakby właśnie potwierdził warunek w umowie, na który nie miał podstaw się nie zgadzać.
— Jedno jeszcze — dodała Sophie, zatrzymując się. — I bądź szczery. Dlaczego chcesz to ukryć?
Patrzył na nią chwilę.
— Bo jak powiem jej, że jej nazwisko jest w obiegu przez przypadkowy kontekst z Montgomerym… — zaczął spokojnie — to pierwsze, co zrobi, to zapyta mnie, skąd wiem. Drugie: postawi tę samą ścianę, którą stawia zawsze, kiedy myśli, że ktoś próbuje nią zarządzać. A trzecie… — zawiesił głos — ...musiałbym jej powiedzieć, że nie wiem, jak to zatrzymać.
Sophie patrzyła na niego przez sekundę.
— Czyli w sumie — powiedziała — nie mówisz jej, bo boisz się, że tym razem nie będziesz miał do zaoferowania niczego poza problemem.
James nie zaprzeczył.
Sophie odwróciła się w stronę korytarza.
— Dobra, w porządku — rzuciła. — Mam na nią oko. Ale tylko dlatego, że ona jest moją przyjaciółką, a nie dlatego, że ty masz plan. Jak twój plan się zacznie kłócić z tym pierwszym, to wiesz, po czyjej jestem stronie.
— Wiem — powiedział.
Ruszył w przeciwnym kierunku, zanim zdążyła dodać cokolwiek więcej.
ROZDZIAŁ 4 — ULTIMATUM SĘDZIEGO
Rezydencja Thorne'ów w Hampstead stała przy końcu ślepej uliczki, za bramą, która nie wyglądała jak brama — wyglądała jak fragment muru, który postanowił nie wpuszczać nikogo, kto nie wiedział już, jak go otworzyć.
James znał kod od dwunastego roku życia. Od tego samego dnia, kiedy ojciec wręczył mu go, sprawiając, że pękał z dumy przez kilka miesięcy.
Nacisnął cyfry z pamięci, nie myśląc o nich.
Dom był duży w sposób, który był naprawdę imponujący. Żadnego przepychu dla samego przepychu. Kamień, drewno, szkło we właściwych proporcjach. Biblioteka na pierwszym piętrze. Gabinet na drugim. Jadalnia, która wymagała minimum ośmiu osób, żeby nie wyglądała na zbyt pustą, i w której James od lat szkolnych jadał sam.
— James — odezwał się głos z gabinetu, zanim zdążył dotrzeć na górę. — Wejdź.
Oczywiście.
Gabinet osiągał dokładnie ten efekt, do którego został stworzony: sprawiał, że wchodzący czuł się mniejszy, niż był.
Robert Thorne siedział za biurkiem. Miał sześćdziesiąt dwa lata i niemal całkowicie siwe włosy. Twarz — te same kości policzkowe co u Jamesa, ta sama linia szczęki, ale coś innego w kącikach oczu; jakby brakowało wyrazu ciepła, którego nigdy tam nie było.
Nie zaczął rozmowy od razu. Kończył czytać dokument, co James od dawna rozpoznawał jako sygnał: jesteś ważny, ale nie tak ważny jak to, czym się właśnie zajmuję.
— Siadaj — powiedział w końcu, odkładając stronę.
James usiadł. Nie w fotelu z miękkim oparciem. Na krześle przy ścianie, które ojciec trzymał tam dla sekretarki podczas dyktowania wyroków. Oparcie twarde, nogi równe, żadnego zapadania się.
Robert Thorne spojrzał na niego i przez sekundę cień irytacji przemknął przez jego twarz.
— Mówiłem ci rano o postępowaniu — zaczął.
— Tak.
— Mówiłem, że twoje nazwisko nie figuruje na liście.
— Tak.
— Chcę, żebyś zrozumiał, że to zdanie ma termin ważności — powiedział spokojnie, jakby czytał wyrok w sprawie, do której nie miał emocjonalnego stosunku. — Postępowanie dyscyplinarne na uczelni jest jak pożar w archiwum. Zaczyna się w jednym miejscu, ale dym idzie wszędzie.
James nie odpowiedział. Wiedział, że to nie była część, w której powinien cokolwiek mówić.
— Są dwa problemy. — Ojciec złożył dłonie. — Pierwszym jest to, że twoje imię pojawiło się w rozmowach nieoficjalnych jako ktoś, kto wiedział o pracy w archiwum. Ktoś, kto nie zareagował. To wystarczy, żeby niektórzy zainteresowani zaczęli pytać „dlaczego”.
— A drugi? — zapytał James.
— Drugi to Nadia Bell. — Robert Thorne powiedział to nazwisko bez akcentu, bez zmiany tonu, jakby wymieniał punkt z listy kontrolnej. — Jej ojciec jest w radzie nadzorczej fundacji, która współfinansuje trzy katedry na wydziale. Nadia opowiedziała ojcu, że widziała cię w archiwum z jednym ze studentów, których teraz szuka rzecznik. Ojciec Nadii zadzwonił do mnie.
W gabinecie było cicho poza cichym tykaniem zegara na kominku. James nie wiedział, dlaczego ojciec trzymał tam zegar mechaniczny, skoro nigdy nie patrzył w tamtym kierunku.
— Co chcesz, żebym zrobił? — zapytał w końcu.
Robert Thorne wstał. Podszedł do okna. Stał przez chwilę tyłem do niego.
— Twoje życie przez ostatnie dwa lata dostarczyło mi materiału na kilka rozmów, których wolałbym nie prowadzić — powiedział. — Archiwum. Znajomości. Ten klub w marcu. — Odwrócił się. — To nie jest kwestia moralna. To kwestia zarządzania narracją.
— Rozumiem.
— Nie sądzę. — Głos ojca był spokojny, ale w sposób, który dawał do zrozumienia, że spokój jest wyborem, a nie stanem naturalnym. — Jeśli wyjdzie cokolwiek powiązanego z naszym nazwiskiem w kontekście tego postępowania, to nie skończy się na zawieszeniu. Masz mieć w przyszłym roku rozpatrywaną aplikację. Są dwie kancelarie, które czekają na sygnał z tej uczelni. Jeden zły nagłówek — i te sygnały nie przyjdą.
James patrzył na ojca przy oknie. Na jego sylwetkę, pewną i wyprostowaną, która nigdy — przez całe jego życie — nie pochyliła się ani o centymetr.
— Co chcesz, żebym zrobił? — zapytał ponownie.
Robert Thorne wrócił do biurka. Usiadł. Znów złożył dłonie.
— Potrzebuję, żebyś przez najbliższe miesiące prezentował się jako ktoś, kto ma poukładane życie. Nie jako student, który kursuje między archiwum a zamkniętymi klubami, tylko ktoś ustatkowany. Stabilna historia. Widoczna, spokojna, wiarygodna. — Zawiesił głos, jakby dobierał słowa z tą precyzją, którą stosował w pismach procesowych. — Ktoś, kto jest z tobą publicznie. I kto ma wystarczająco nienaganną opinię, żeby ta historia miała sens.
James siedział nieruchomo.
— Nie mówisz poważnie… — powiedział po chwili.
— Zawsze mówię poważnie.
— Chcesz, żebym miał partnerkę jako element strategii PR.
Robert Thorne spojrzał na niego z tym samym wyrazem twarzy, z którym patrzył na każdego, kto formułował sprawę oczywistą, jakby była odkryciem.
— Chcę, żebyś miał obok siebie kogoś — powiedział — komu ludzie będą ufać. Niekoniecznie lubić. Ufać. Kogoś, kto ma wyniki. Pozycję na uczelni. Nazwisko, które brzmi stabilnie, nie wystawnie. — Podniósł dokument ze stołu i przesunął go przez biurko w stronę Jamesa. — Przejrzałem listę stypendystów z tego roku.
James spojrzał na kartkę.
Na środku strony, podkreślone jednokrotnie:
Amelia Vance.
Gabinet stał się cichszy. Zegar tykał.
James podniósł wzrok.
— Nie — powiedział ostro.
— To nie jest propozycja, którą odrzucasz — odparł ojciec bez emocji.
— Ona też będzie brana pod uwagę w postępowaniu. Jest na liście rzecznika.
— Wiem. — Robert Thorne lekko uniósł brew. — Dlatego jest właściwą osobą. Ona potrzebuje ochrony, ty potrzebujesz narracji. To nie jest manipulacja, James. To jest symetria.
James odłożył kartkę.
— Amelia Vance za mną nie przepada — powiedział spokojnie.
— Sympatia jest emocją. Emocje da się negocjować, kiedy po obu stronach stołu stoi wystarczająco dużo do stracenia. — Ojciec sięgnął po długopis i wrócił do dokumentu, który czytał przed jego wejściem. — Masz tydzień.
James znał ten sygnał tak samo dobrze jak kod do bramy.
Wstał. Zabrał kurtkę z oparcia krzesła.
— Coś jeszcze? — zapytał, bo zawsze pytał. Ponieważ raz nie zapytał i okazało się, że było coś jeszcze.
— Tak. — Ojciec nie podniósł wzroku. — Następnym razem, kiedy ktoś będzie chciał z tobą porozmawiać w kontekście tego postępowania — nieoficjalnie, prywatnie, przy kawie — nie rozmawiaj. Skieruj go do mnie.
— Rozumiem.
— I James.
— Tak?
Robert Thorne spojrzał na niego. W jego oczach przez ułamek sekundy pojawiło się coś, co w innym człowieku mogłoby być czymś bliskim trosce. U ojca wyglądało jak kalkulacja.
— Tym razem nie ma miejsca na błąd.
James wyszedł bez odpowiedzi.
Na korytarzu stanął chwilę przy oknie na pierwszym piętrze. Na dole, przez szybę, widać było ogród — przystrzyżony z geometryczną precyzją, bez jednej trawy rosnącej poza swoją rubryką.
Wyciągnął telefon. Przez chwilę wpatrywał się w imię Nicholasa w książce adresowej. Ostatecznie napisał do Sophie: Możemy się spotkać?
Odpowiedź przyszła po czterdziestu sekundach: Klub Hendersona. 20:00.
James schował telefon do kieszeni i zszedł po schodach, nie oglądając się za siebie.
Brama zamknęła się za nim z charakterystycznym, cichym kliknięciem.
*
Klub Hendersona nie był miejscem, które się reklamowało.
Nie miał szyldu przy wejściu, tylko numer nad drzwiami i portiera, który znał twarze i nazwiska. Wnętrze było ciemne w sposób przemyślany: niskie lampy nad stolikami, mahoniowe oparcia, ściany wyłożone ciemnym suknem, które pochłaniało dźwięk tak skutecznie, że rozmowy przy sąsiednich stolikach były słyszalne wyłącznie jako szum, nie jako słowa. To była jedna z cech, za które płaciło się roczną składką: możliwość mówienia głośno i bycia niesłyszanym.
Sophie siedziała przy stoliku przy ścianie, z lampką wina, którego jeszcze nie tknęła, i miną kogoś, kto zdążył już wyrobić sobie opinię na temat wieczoru, zanim ten się zaczął. Kiedy James wszedł, podniosła wzrok i przez sekundę zrobiła to, co zawsze — szybkie, pionowe spojrzenie od góry do dołu, które w ich wspólnym słowniku od piaskownicy oznaczało: oceniam, jak bardzo jest źle.
— Siadaj — powiedziała. — Zamówiłam ci whisky. Bez lodu, bo pamiętam, że kiedyś lód uważałeś za atak na godność trunku.
— Nadal tak uważam — odparł, siadając naprzeciwko.
— Przynajmniej coś się nie zmienia. — Sięgnęła po swoje wino, ale tylko przekręciła nóżkę kieliszka między palcami. — Jak rozmowa z ojcem?
— Jak zawsze.
— Czyli sądownie i bez obiadu.
— Tym razem również bez kolacji.
Sophie postawiła kieliszek.
— James.
— Sophie.
— Nie rób tego — powiedziała spokojnie, tym samym tonem, którym rozmawiała z nim od zawsze, kiedy chciał odgrywać kogoś, kto ma wszystko pod kontrolą. — Zapytałeś, czy możemy się spotkać przed dwudziestą trzecią, co w twoim systemie komunikacji jest odpowiednikiem SOS.
James wziął szklankę ze stołu. Przez chwilę trzymał ją w dłoni, nie pijąc.
— Ojciec ma plan — powiedział.
— Twój ojciec zawsze ma plan. Zazwyczaj jest to plan dotyczący ciebie, w którym ty jesteś najsłabiej poinformowaną stroną.
— Tym razem poinformował mnie bezpośrednio.
— To chyba gorsze. — Sophie oparła łokcie o stół. — Mów.
James mówił. Krótko, w tym trybie, który Sophie znała z trudnych rozmów — bez ironii, bez dystansu, tylko fakty układane w porządku chronologicznym. Postępowanie. Lista. Nadia Bell i jej ojciec. Tydzień. Kartka z nazwiskiem.
Sophie słuchała, nie przerywając. Tylko raz, przy nazwisku Amelii, jej usta zrobiły coś, czego nie próbowała ukrywać — krótkie, mimowolne ściśnięcie kącika ust.
Kiedy skończył, przez chwilę siedziała cicho.
— Chcesz wiedzieć, co mnie w tym wszystkim denerwuje najbardziej? — odezwała się w końcu.
— Powiesz mi niezależnie od odpowiedzi.
— Denerwuje mnie — ciągnęła, jakby nie słyszała — że twój ojciec wybrał ją, bo pasuje do narracji. I że ty stoisz tutaj przede mną z tą swoją twarzą człowieka, który ma plan, a ja wiem, że ta twarz jest fałszywa, bo znam cię odkąd miałeś osiem lat i przez tydzień obserwowałeś gniazdo os.
James patrzył na nią.
— I? — powiedział po chwili.
— I powiedz mi, że Amelia Vance to dla ciebie naprawdę tylko narracja. Powiedz mi to wprost, a uwierzę ci i wrócimy do tematu, jak ją z tego wyciągnąć bez szkód.
Cisza.
W tle klubu ktoś zamawiał przy barze. Szum pochłoniętych przez sukno głosów. Słabe, żółte światło lampy na ich stoliku.
James odstawił szklankę.
— To skomplikowane — powiedział.
— To jest najprostsza rzecz, którą powiedziałeś od początku tej rozmowy — stwierdziła Sophie — i właśnie dlatego mi nie odpowiada.
— Sophie.
— James. — Pochyliła się lekko. — Ona ma swoje problemy. Ma postępowanie, które może ją kosztować więcej niż ciebie. Ma matkę w klinice, prace, studia i notesy pełne cudzych esejów, za które nikt jej publicznie nie podziękuje. I teraz twój ojciec chce jej zaoferować wyjście, które kosztuje ją kilka miesięcy życia i podmiotowość.
— Sama zdecyduje, czy jej to odpowiada — powiedział James.
— Przy czym opcje to albo tak, albo poniedziałkowe przesłuchanie bez zaplecza. Postępowanie, o którym jeszcze nie wie… — odparła Sophie bez zmiany tonu. — To nie jest wybór, James. To jest widelec z jednym zębem.
James milczał.
— Słuchaj — odezwała się Sophie łagodniej. — Nie mówię, że to zły plan. Może nawet jest dobry, jeśli ona faktycznie na tym skorzysta. Mówię tylko, że ty wchodzisz w to z czymś więcej niż taktyka, i że ona będzie to czuła od pierwszego dnia, i że to może wszystko skomplikować w sposób, którego ani ty, ani twój ojciec nie wpisaliście do arkusza kalkulacyjnego.
— Ona mnie nawet nie lubi — powiedział James.
— Ona ci nie ufa — poprawiła Sophie. — To inna kategoria. Nielubienie mija. Ale zaufanie buduje się latami.
James wziął szklankę i dopił resztę whisky jednym, spokojnym łykiem.
— Co byś zrobiła na moim miejscu? — zapytał.
Sophie odchyliła się na oparcie.
— Na twoim miejscu? — zastanowiła się chwilę. — Powiedziałabym jej wszystko. Że Olivia doniosła. Że lista ma termin. Że twój ojciec wybrał jej nazwisko, bo jest wygodne, i że ty nie dostałeś żadnego wyboru. I dałabym jej czas.
James patrzył na nią.
— Nie mamy czasu — powiedział.
— Wiem. Ale ona też wie — powiedziała Sophie. — W takim razie chociaż powiedz jej, że wiesz, że to widelec z jednym zębem. Że nie udajesz, iż jest inaczej. Że jedyne, co możesz jej zaoferować, to być w tym z nią zamiast nad nią.
Przez chwilę w rozmowie było coś, co nie było słowem ani gestem — tylko tą ciszą, która między ludźmi znającymi się od dziecka ma własną gramatykę.
— Boisz się o nią — powiedział James w końcu.
— Martwię się o nią — poprawiła Sophie. — O ciebie też, ale ty przynajmniej masz ojca z planem. Ona ma tylko siebie.
James skinął głową.
— Nadal miej na nią oko — powiedział.
— Miałam na nią oko, zanim mnie poprosiłeś — odparła spokojnie. — Tak działa przyjaźń, na wypadek gdybyś zapomniał.
James uśmiechnął się.
— Dziękuję — powiedział.
— Wiem — odpowiedziała Sophie i sięgnęła po kartę dań. — A teraz zamów mi coś do jedzenia, bo żyję od rana na samej kawie i cudzych dramatach, i mam prawo do pożywnego posiłku.
James otworzył kartę.
— Mają tu zupę z palonej marchewki — powiedział. — Podobno doskonałą.
— Doskonała zupa z marchewki brzmi jak oksymoron.
— Wszystko tu brzmi jak oksymoron — odparł. — To jeden z powodów, dla których ojciec lubi to miejsce.
Sophie przyjrzała mu się przez sekundę ponad kartą.
— Wyjdziesz z tego — powiedziała cicho.
— Wiem.
— I ona też.
James nie odpowiedział od razu. Patrzył na kartę, ale Sophie wiedziała, że jej nie czyta.
— Miejmy nadzieję — powiedział w końcu.
ROZDZIAŁ 5 — LEGALIZACJA GRZECHU
Amelia dowiedziała się o wezwaniu we wtorek rano, między ósmą piętnaście a ósmą dwadzieścia jeden.
Zapamiętała godzinę, bo patrzyła na zegarek, kiedy wychodziła z czytelni, a potem nie pamiętała już nic z kolejnych czterdziestu minut — ani jak dotarła do budynku administracyjnego, ani co miała w ręce, kiedy przeczytała maila po raz trzeci.
Wezwanie do stawienia się w Biurze Rzecznika Dyscyplinarnego. W związku z postępowaniem wyjaśniającym. W charakterze świadka.
Świadka. Nie strony.
Różnica była subtelna i przez to znacznie gorsza, bo świadek to ktoś, kto wie, a wiedza w kontekście „handlu esejami” miała bardzo konkretne implikacje. Ktoś gdzieś zdecydował, że jej nazwisko pasuje do postępowania.
Siedziała na ławce w bocznym korytarzu budynku A przez prawie dwadzieścia minut, z telefonem obróconym ekranem do dołu na udzie.
Potem wstała, wzięła torbę i poszła na zajęcia, próbując nie myśleć o wezwaniu.
*
James znalazł ją po południu.
Stał przy wyjściu z budynku prawniczego, z jedną ręką opartą o ścianę i z kawą w drugiej, i mógł równie dobrze czekać na kogokolwiek. Amelia zorientowała się, że to nie jest przypadek, dokładnie w momencie, kiedy było już za późno, żeby zawrócić bez wyglądania na kogoś, kto zawraca.
— Vance — powiedział, kiedy przechodziła.
— Thorne — odpowiedziała jego nazwiskiem, nie zwalniając. Po tylu latach powinien nauczyć się, jak ma na imię.
— Wiem o wezwaniu.
Zatrzymała się.
James patrzył na nią z tym swoim uważnym spokojem, który zawsze działał jej na nerwy, bo nigdy nie wiedziała, ile z tego jest prawdziwe, a ile wyćwiczone.
— Skąd?
— To nieważne, skąd.
— To bardzo ważne, skąd — odparła cicho — i dobrze o tym wiesz.
Przez sekundę coś przemknęło przez jego twarz. Coś bliższego temu, jak człowiek wygląda, kiedy przyznaje punkt w argumentacji, której wolałby nie prowadzić.
— Chodź — powiedział zamiast odpowiedzi. — Nie tutaj.
— Nie mam zamiaru nigdzie…
— Pięć minut — przerwał spokojnie. — Korytarz B jest teraz pusty. Jeśli po pięciu minutach będziesz chciała odejść, to odejdziesz, i nie będę robił scen.
Amelia spojrzała na niego przez chwilę.
Pięć minut. Jakby miała cokolwiek lepszego do roboty niż siedzieć z tym wezwaniem w głowie i udawać, że skupia się na Hargreavesie.
— Cztery — powiedziała. — I mówisz od razu, o co chodzi.
Korytarz B o tej porze był faktycznie pusty — jedno skrzydło w remoncie, połowa żarówek wymieniona na tymczasowe, charakterystyczna woń farby i kurzu. Amelia oparła się o ścianę naprzeciwko okna. James stał kilka kroków dalej, z rękami w kieszeniach.
— Twoje nazwisko jest na liście — powiedział. — Jako potencjalne źródło. Ktoś zadał rzecznikowi pytanie: skoro Montgomery kupował teksty, kto je pisał?
Amelia nic nie powiedziała. Jej żołądek zrobił nieprzyjemne, dobrze znajome ściśnięcie.
— Mam propozycję — ciągnął James.
— Słyszałam legendy o twoich propozycjach — powiedziała. — Na ogół oznaczają, że ty masz coś zyskać, a ktoś inny nie.
— Tym razem zyskujemy oboje — odparł. — To jedyna różnica.
Amelia skrzyżowała ramiona.
— Mów.
James patrzył na nią przez chwilę. Widziała tę minę w tej szkole setki razy — wyglądał jak ktoś, kto decyduje, ile prawdy w tym momencie warto taktycznie zdradzić.
— Mój ojciec chce, żebym przez najbliższe miesiące wyglądał na kogoś, kto ma poukładane życie — powiedział w końcu, z tym poziomem bezpośredniości, którego się po nim nie spodziewała. — Stabilna historia. Ktoś obok. Ktoś z nienagannymi wynikami i opinią, która trzyma się faktów, a nie plotek. Wybrał ciebie.
Amelia uniosła brwi, ale słuchała dalej.
— W zamian — kontynuował — twoje nazwisko znika z listy rzecznika. Ponieważ nie będzie podstaw, żeby tam było. Mój ojciec zna zakres postępowania. Może upewnić się, że pytanie o źródła tekstów nie pójdzie w twoją stronę, jeśli nie będzie powodu, żeby poszło.
Cisza.
W oddali, gdzieś za ścianą, słychać było kroki robotników i miarowe uderzenia młotka.
— Rozumiem — odezwała się Amelia w końcu głosem, który był równy tylko dlatego, że skupiła całą swoją wolę, aby taki był. — Chcesz, żebym była twoją dziewczyną na pokaz.
— Na jeden semestr. Może dwa.
— Żebym siedziała przy twoim stole, uśmiechała się do twojego ojca i wyglądała jak właściwy wybór.
— Tak.
— I za to twój ojciec zdejmuje ze mnie postępowanie?
— Za to mój ojciec upewnia się, że pytania idą w innym kierunku — poprawił. — To nie to samo.
— To dokładnie to samo — powiedziała. — Po prostu ładniej powiedziane.
James nie zaprzeczył.
Amelia odwróciła wzrok w stronę okna. Na zewnątrz zaczęło mżyć, a ona poczuła chłód na całym ciele.
— Mam pytanie — powiedziała w końcu.
— Słucham?
— Dlaczego ja?
James milczał przez sekundę za długo.
— Bo pasujesz do narracji — powiedział.
— To nie jest prawdziwa odpowiedź.
— To jest część prawdziwej odpowiedzi.
Amelia znowu na niego spojrzała. Wciąż stał przy ścianie, z rękami w kieszeniach, bez żadnego z tych gestów, których używają ludzie, kiedy kłamią albo kiedy proszą. Był po prostu tam, z tą swoją cholerną pewnością, która — i to Amelię denerwowało najbardziej — wydawała się dzisiaj o jeden ton ciszej niż zwykle.
— A reszta? — zapytała.
— Reszta… — powiedział — to to, że nie chcę, żebyś wyleciała z powodu pytania, które ktoś zadał przez przypadek w złym kontekście. I że to jest moje postępowanie, bardziej niż twoje. I że mój ojciec sobie tego zażyczył. I że… — urwał na ułamek sekundy — …wolę, żeby to był układ z tobą niż z kimś, kto nie będzie miał żadnych zastrzeżeń.
Amelia zmrużyła oczy.
— Ktoś bez zastrzeżeń byłby dla ciebie bardziej wygodny…
— Ktoś bez zastrzeżeń byłby mniej uczciwy — odpowiedział. — A w tej chwili mam bardzo mało w życiu, czego mogę być pewien.
To zdanie brzmiało inaczej niż reszta.
— Potrzebuję czasu.
— Ile?
— Tyle, ile potrzebuję.
— Rzecznik wyznaczył datę przesłuchań na przyszły poniedziałek — odparł spokojnie.
— W takim razie mam czas do niedzieli — odparła w tym samym tonie.
Wzięła torbę i ruszyła w stronę końca korytarza.
Dopiero przy zakręcie zatrzymała się, nie odwracając.
— Thorne?
— Tak?
— Jeśli powiem tak — zaczęła. — To chcę to na papierze. Warunki. Zakres. Daty. I podpis.
— Nie ma problemu — powiedział James.
*
Spotkali się w sobotę. Amelia przyszła z listą. Napisaną ręcznie w notesie, a potem przepisaną na czysto na kartce A4, bo pierwsza wersja miała zbyt wiele skreśleń i wyglądała jak dokument kogoś, kto nie wie, czego chce. A ona wiedziała dokładnie, czego chce. Tylko musiała to najpierw powiedzieć sama sobie wystarczająco dużo razy, żeby przestało brzmieć jak kapitulacja.
Weszła do małej sali seminaryjnej w budynku C, zarezerwowanej na trzy godziny pod hasłem przygotowanie do kolokwium.
James był punktualnie. Oczywiście.
Wszedł, zamknął drzwi, rozejrzał się po sali i usiadł po drugiej stronie stolika. Miał ze sobą teczkę. Cienką, skórzaną, którą odłożył na stół, nie otwierając.
Amelia siedziała już przy stole z kartką przed sobą.
Patrzyli na siebie przez chwilę.
— Masz listę — powiedział James, patrząc na odwróconą kartkę.
— Mam listę — potwierdziła.
— Ja też. — Położył dłoń na teczce. — Możemy porównać.
— Za chwilę. — Amelia oparła ręce na stole. — Najpierw chcę powiedzieć jedną rzecz, zanim zaczniemy cokolwiek zapisywać.
James skinął głową.
— Wchodzę w to, bo mam ograniczony wybór — powiedziała. — Dlatego, że poniedziałek jest za dwa dni i że lista rzecznika nie jest abstrakcją. To jest jasne?
— Jasne — powiedział.
— I chcę, żebyś wiedział, że ta jasność obowiązuje przez cały układ. Jeśli w którymkolwiek momencie spróbujesz powiedzieć mi, że powinnam być wdzięczna, albo że to dla mojego dobra, albo cokolwiek w tym rodzaju… — urwała. — Kończymy. Natychmiast.
— Rozumiem.
— Dobrze. — Odwróciła kartkę.
Lista miała siedem punktów. Napisanych drobnym, równym pismem, z numeracją, bez ozdobników.
James pochylił się lekko, żeby ją przeczytać. Amelia obserwowała jego twarz — szukała czegoś, co ją zdenerwuje: pobłażania, kalkulacji, tego subtelnego wyrazu, który mieli ludzie, kiedy czytali coś, czego i tak nie zamierzali zaakceptować, bo mieli własną agendę. Nie znalazła nic z tych rzeczy. Czytał jak prawnik, który czyta projekt umowy — od początku do końca, bez pomijania.
Skończył. Podniósł wzrok.
— Punkt trzeci — powiedział.
— Słucham.
— Żadnych nieuzgodnionych publicznych gestów. — Przeczytał na głos. — Potrzebuję doprecyzowania. Co rozumiesz przez nieuzgodniony?
— Jeśli mam wziąć cię za rękę, chcę o tym wiedzieć zanim to się wydarzy — wyjaśniła. — Jeśli mam usiąść przy twoim ojcu przy stole, chcę wiedzieć, kto będzie obok mnie i o czym nie rozmawiać. Jeśli ktoś zrobi nam zdjęcie, chcę wiedzieć, gdzie może się pojawić.
— To jest wykonalne — powiedział. — Z zastrzeżeniem, że część sytuacji jest nieprzewidywalna i nie będę w stanie skonsultować każdego uścisku dłoni z wyprzedzeniem pięciu minut.
— Tego nie oczekuję — odparła. — Oczekuję, że standardowe reguły zostaną ustalone z góry, a wyjątki omówione po fakcie. Bez ukrywania.
— Zgoda. — Przesunął palcem do punktu czwartego. — Akademik pozostaje moją przestrzenią. Żadnych nieuzgodnionych wizyt. — Spojrzał na nią. — To rozumiem, ale Sophie mieszka z tobą, a z nią się widuję.
— Sophie jest moją przyjaciółką, nie częścią układu — powiedziała Amelia. — Jeśli chcesz się z nią zobaczyć w naszym pokoju, uzgadniasz to ze mną, nie z nią.
— Znam Sophie od dziecka — powiedział spokojnie.
— Wiem. — Amelia nie zmieniła tonu. — I właśnie dlatego ustalamy to teraz, żeby nie było nieporozumień co do tego, do kogo należy dana przestrzeń. Poza akademikiem możesz się z nią umawiać, kiedy tylko najdzie cię ochota.