Wstęp
Niniejsza publikacja jest próbą zebrania wszelkich dostępnych informacji na temat terapii prowadzonych w zakonie Thamkrabok w Tajlandii. Przedstawia obraz widziany z trzech różnych perspektyw. Choć zostały w miarę poukładane w osobne części, przeplatają się wzajemnie, by czytelnik mógł proces detoksykacji zobaczyć pod różnymi kątami. W pierwszej części omówiłem warunki powstania zakonu i genezę opracowania terapii przez założycieli Thamkrabok. Jest to obraz widziany oczami pierwszego opata, Ajahna Chamroona. Drugą ważną relacją jest opis tej wcześniej teoretycznie omówionej terapii widzianej oczami pacjenta, który odbywa 10-dniową sesję w obszarze zamkniętym. Dziennik został wyłowiony z czeluści Internetu i przeredagowany w sposób utrudniający identyfikację autora i innych uczestników programu. Trzecią perspektywę wniosłem z mojej osobistej obserwacji. Spędziłem w Wat Thamkrabok blisko dwa lata, biorąc czynny udział w wielu prowadzonych na terenie Thamkrabok aktywności. Jest to opis osoby nieuzależnionej, która do klasztoru trafiła kierowana zwykłą ciekawością i chęcią przeżycia przygody życia. Zapewne żadna z tych relacji nie jest obiektywna — czytelnik powinien wyciągnąć własne wnioski i wyrobić sobie własne zdanie. Moja praca jest jedynie materiałem, który zebrałem w celu jak najpełniejszego zobrazowania metod stosowanych w zakonie i ich skuteczności. Podjąłem także nieśmiałą próbę wyjaśnienia procesów terapeutycznych na bazie obecnego stanu wiedzy medycznej. Czytelnik ma tutaj także możliwość zapoznania się z regułą monastyczną, historią buddyzmu, technikami medytacji oraz unikalną ścieżką tajskich mnichów leśnych, zwaną tradycją tudong.
1. Droga do Thamkrabok
Nie każdy facet w sukience to mistrz zen, ale jak spędzisz dwa lata w buddyjskim klasztorze, to przynajmniej możesz udawać, że wiesz, o co chodzi. Moja przygoda z buddyzmem zaczęła się w miejscu, które dla wielu jest ostatnią deską ratunku — w tajskim zakonie Thamkrabok, słynnym na cały świat z terapii uzależnień. Jeśli wyobrażasz sobie buddyjski klasztor jako oazę spokoju, gdzie mnisi godzinami kontemplują w pozycji lotosu, to… cóż, niezupełnie odpowiada to rzeczywistości. Thamkrabok to nie tylko medytacja i mamrotanie buddyjskich sutt. Jest to głównie miejsce, gdzie narkomani, alkoholicy i inni desperaci walczą o nowe życie, wypluwając przy tym własne żołądki — dosłownie i w przenośni.
Dlaczego tam trafiłem? Bo miałem to szczęście (lub pecha, zależnie od punktu widzenia), że zamiast cieszyć się beztroskim all-inclusive w ramionach kolejnych młodych Tajek, postanowiłem spróbować życia mnicha. Nie tylko obserwowałem proces terapii, ale poniekąd też w nim uczestniczyłem, pomagając w klasztornej pracowni zielarskiej i przyswajając kolejne tajniki medytacji. Byłem świadkiem dramatycznych przemian, ale i scen, które spokojnie mogłyby trafić do scenariusza czarnej komedii.
Zakon Thamkrabok to miejsce niezwykłe — poniekąd szpital psychiatryczny, poniekąd buddyjski klasztor, a momentami nawet plan filmowy Tarantino. Terapia w Thamkrabok jest w wersji ekstremalnej. Zamiast luksusowych ośrodków rehabilitacyjnych z podgrzewanym basenem i dietą bezglutenową, pacjenci dostają ziołowy wywar, który w pięć minut zamienia ich w fontanny wymiocin. A to dopiero początek! Jest też przysięga, brzmiąca niczym pakt z samym diabłem, i całkowite odcięcie od świata, które pozwala spojrzeć na swoje życie z nowej perspektywy.
W książce tej nie znajdziesz wielu suchych akademickich teorii na temat uzależnień — zamiast tego opowiem Ci, jak wyglądają one naprawdę. Z humorem, dystansem i szczerością, bo wierzę, że to najlepszy sposób, by mówić o rzeczach poważnych. Będzie o cierpieniu i walce, ale też o absurdach, jakie niesie ze sobą życie w miejscu, gdzie duchowość spotyka się z twardą rzeczywistością i ludzkimi ułomnościami.
Gotowy? No to zapraszam na podróż do zakonu Thamkrabok — miejsca, gdzie buddyzm leczy uzależnienia, a człowiek uczy się więcej o sobie, niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć.
Tajlandia
Po rozwodzie wielu ludzi przewartościowuje swoje cele życiowe. Podczas gdy wcześniej cała ich motywacja opierała się na zapewnieniu rodzinie komfortowych warunków egzystencji, tak przynajmniej wygląda to od strony mężczyzny, to po rozwodzie stan majątkowy byłej małżonki ląduje na samym końcu listy życiowych priorytetów. Ba! Można by zaryzykować tezę, iż w opozycji do niej na dość wysokiej pozycji umacnia się chęć obniżenia tego komfortu jak najbardziej. Byli partnerzy ciężko zarobkują, by utrzymywać sporą grupę prawników zajmujących się utrudnianiem życia stronie byłej miłości życia. Na szczęście mój rozwód odbył się w przyjacielskiej, na ile to oczywiście możliwe, atmosferze i nie wywołał wielu negatywnych emocji. Niemniej jednak misternie konstruowana przez dziesięciolecia lista priorytetów ekonomicznych mających zaspokajać potrzeby członków rodziny runęła z łoskotem, wzbijając jedynie tabuny toksycznego dla umysłu kurzu.
Z boku obserwowałem moją byłą partnerkę, gdy nad ranem wracała z kolejnym podchmielonym młodym chłopakiem wyrwanym na jakiejś imprezie do mojego byłego już domu. Nie ukrywam, że z jednej strony mnie to bulwersowało, z drugiej jednak szczerze jej tej rozwiązłości seksualnej zazdrościłem. Gdy kajdany małżeństwa opadły z jej nadgarstków (i zapewne kostek), rzuciła się w szaleńczy pęd zaspokajania żądz i skrajnej zmysłowości. W krótkim czasie obskoczyła wszystkich moich znajomych. Bez cienia skrępowania zachwali mi jej niespożytą energię seksualną i sięgające niebiańskich sfer fantazje, których przestała się już bać lub kryć realizować. Niektórzy wręcz pukali się w czoło, że takiego potencjału przy sobie nie zatrzymałem. Zaczęło się od mojego niedoszłego wspólnika, który pierwszy zagnieździł się na dłużej w jej łonie, przestałem jednak obserwować jej dokonania, gdy odkryłem, że nawet moja księgowa wdziękom byłej żony nie zdołała się oprzeć.
Cóż! Zatopiony w filozofii chrześcijańskiej i posłuszny zakazowi cudzołóstwa owoc ten uznawałem za niejadalny. Jakże jednak byłem w błędzie! Gdy ruszyłem śladem mojej eksmałżonki, odkryłem to, co święte księgi skrupulatnie próbowały tuszować. Zdobywałem kolejne trofea sypialniane, co rusz obniżając pułap wiekowy moich partnerek. Zalotów zresztą coraz bardziej prostackich. Odkrycie cech umysłu kobiecego, który gloryfikował bogaty wygląd amanta, mocno skróciło drogę do damskiego łona. Tym kluczem do symbolicznego pasa symbolicznej cnoty było dwuosobowe auto z odkrywanym dachem i widocznie ekstrawagancki styl życia, na który dzięki Bogu mogłem sobie z racji prowadzonego biznesu pozwolić.
Mimo dość swobodnego dostępu do wdzięków płci pięknej, który zapewniał mi odpowiednio wysoki dochód, postanowiłem z kolegami odwiedzić światową stolicę rozpusty, Sodomę i Gomorę dwudziestego pierwszego wieku. Takim niechlubnym mianem cieszy się bowiem jedno z nadmorskich miast Tajlandii o wdzięcznej nazwie Pattaya.
Położone niedaleko Bangkoku miasto oferuje wszystko, o czym może sobie zamarzyć spragniony i zamożny człowiek — ze szczególnym podkreśleniem terminu „zamożny”. Piękne i zgrabne młode kobiety gotowe wejść pod stół i na polecenie szczekać, mężczyźni ze sztucznymi piersiami, kobiety bez piersi ale za to ze sztucznymi penisami, mężczyźni bez penisów ze sztucznymi waginami, kobiety w ostatnim miesiącu ciąży… Podobno nawet amatorzy seksu z dziećmi, tygrysami lub strusiami odnajdują się w Tajlandii. Słowa „jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi, luby”, które wkłada w usta młodej szlachcianki Aleksander Fredro, nabierają w Pattaya zupełnie nowego, bardziej literalnego znaczenia, które dla tajskich seks-pośredników wcale nie wyglądają tak abstrakcyjnie, jak w oczach polskich krytyków literackich.
Po powrocie z Tajlandii moje życie stanęło na głowie. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem pierwszego dnia pobytu w mojej firmie, była rezerwacja lotu do Bangkoku. Dopiero później pozwoliłem sobie na zapoznanie się z raportami moich pracowników. Gdy koledzy pytali mnie o pobyt w tym tropikalnym raju, z tajemniczym uśmiechem podpatrzonym u Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem” pokazywałem im zdjęcia. Nie było na tych zdjęciach ani piaszczystych plaż, ani rozłożystych palm lub błękitnej toni Zatoki Bengalskiej. Były na nich mniej lub bardziej ogolone damskie waginy, mniej lub bardziej bujne kobiece piersi, pośladki najróżniejszych karnacji, pomiędzy którymi kontrastowała moja blada i nieatrakcyjna gęba. Trudno o lepszy materiał reklamowy. Nic zatem dziwnego, że następny lot do Bangkoku był już grupowy.
Ekscytacja do tej pory nieznanymi terenami pożądania i rozpusty okazała się równie intensywna co krótkotrwała. Wyjście na ulicę i spośród tysięcy chętnych niewiast wybranie sobie towarzyszki upojnej nocy zapachniało nudą i obowiązkiem bardziej niż euforią. Zdrowe podniecenie coraz częściej wymagało medycznego wsparcia, a wypalenie i rozczarowanie stało się znowu uczuciem dominującym. Pewnego ranka wymeldowałem się z hotelu i pojechałem autobusem do Bangkoku, mając nadzieję na znalezienie natchnienia w ambasadzie, w której zgłosiłem chęć odbycia wolontariatu. Czekając na rozmowę z konsulem, która właściwie nigdy się nie odbyła, nawiązałem konwersację z czekającym po odbiór paszportu Polakiem. Niczym słowik o poranku śpiewał on o tajemniczym zakonie buddyjskim, do którego z Bangkoku można dostać się w dość prosty sposób. Sfotografowałem ulotkę informacyjną, którą mi pokazał, po czym się rozstaliśmy. Noc miałem spędzić z jedną z tajskich piękności, lecz coś we mnie pękło i pogoniłem ją do domu. Rano wsiadłem w autobus i postanowiłem spróbować czegoś nowego, o czym wcześniej nawet nie myślałem — spędzić kilka dni w buddyjskiej świątyni.
Na sfotografowanej wcześniej ulotce zamieszczona była w języku angielskim informacja o sposobach dojazdu. Pierwsze miejsca poświęcono zamawianiu taksówki lub kontaktu z numerem Thamkrabok, którego obsługa miałaby wysłać po odbiór zaprzyjaźnionego z mnichami kierowcę. Samodzielny dojazd transportem publicznym wymagał przesiadek, przez co był operacją delikatną i wymagającą, a przez to dość ryzykowną dla nieobeznanego z tajskimi zwyczajami komunikacyjnymi obcokrajowca. Na sugerowanym dworcu autobusowym nikt nie posługiwał się językiem angielskim — jednak fotografia ulotki zakonu zadanie ułatwiła. Pokazałem ją w informacji i uprzejmi Tajowie zaprowadzili mnie do odpowiedniego pojazdu. Kierowca dał mi na migi znać, że mnie wywoła i wysadzi na odpowiednim przystanku, co też się stało. Gdy busik odjechał, zostałem sam na pustym skrzyżowaniu. W bocznej drodze majaczyła brama z dwoma słoniami na zwieńczeniu trzymającymi w trąbach ziemski glob. Nieco skonfundowany poszedłem tą drogą. Na świątynnej ulotce logo było inne, a tajski alfabet składający się z poskręcanych robaków był mi wówczas jeszcze obcy, więc nazwy klasztoru nie odczytałem. Od bramy do świątyni jest niemal kilometr. Szedłem, podziwiając przepiękną okolicę, zachwycając się tropikalną roślinnością, kolorowym ptactwem i wsłuchując w odgłosy buszu, w który z każdym krokiem zagłębiałem się coraz bardziej. Nie opuszczała mnie obawa, że kierowca wysadził mnie jednak w złym miejscu i że żadnego klasztoru na końcu tej drogi nie znajdę. Z tyłu głowy ciągle miałem wątpliwości, czy aby decyzja o wyruszeniu w odległe miejsce w nieznanym mi kraju i odmiennej kulturze była tą właściwą.
Na końcu drogi klasztor Thamkrabok jednak był. Skierowano mnie do recepcji. Rozmowę ze mną przeprowadziła Angielka ubrana w białą szatę anagārika. Zapytała mnie o przyjmowane substancje. Nie byłem przygotowany na takie bezpośrednie zwierzenia. Wyrwany z kontekstu zauważyłem, że ostatnio viagrę łykałem garściami i przybyłem tu także, by od takiej suplementacji troszkę odpocząć. Na pytanie o konsumpcję alkoholu odpowiedziałem, że raczej unikam. Raz, że viagra wówczas nie działa, dwa że dna moczanowa ostro mnie z takiego spożycia później rozlicza. Biedna kobieta nie wiedziała, jak ze mną rozmawiać. Wyszło na to, że ani nie piję, ani nie palę, ani nie ćpam, a jedynym problemem, z którym się chciałbym w klasztorze zmierzyć, była abstynencja seksualna. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że choć zakon był męski, to w mnisie szeregi wkomponowani zostali dawni pracownicy erotyczni odległego Pattaya, których płeć i preferencje seksualne można by uznać za „nieustalone”. Abstynencja seksualna wymagała zatem pewnej ekwilibrystyki towarzyskiej i nocnego ryglowania się w swojej mnisiej celi.
Na detoksykację się nie nadawałem. Moja wizyta powodowana była ciekawością świata buddyjskiego a nie narkomanią. Gdy o tym wspomniałem, popatrzyła na mnie z niezrozumiałym jeszcze dla mnie politowaniem, zataczając koło, bezwiednie przesunęła palcem po swojej skroni i zaproponowała wizytę u zastępcy opata. Niech on się mną zajmie, jeśli ma na to odwagę. Zorganizowano tłumacza i zaprowadzono mnie do odzianego w brązowe prześcieradło łysego Taja. Po wymianie grzeczności i zreferowaniu potrzeby praktyki buddyjskiej tenże zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów (notabene owo powiedzenie infantylnie zakłada posiadanie przeze mnie dwóch głów, a nie kolejno główki i głowy), po czym zadzwonił do kogoś ze swojego telefonu. Zostałem zaakceptowany do programu post-detoksykacyjnego, w którym międzynarodowi narkomani przechodzą dodatkową terapię już poza ośrodkiem zamkniętym. Podziękowałem potrójnym ukłonem, o którym zostałem poinformowany w drodze na interview, po czym zostałem zaprowadzony w kolejne miejsce.
Zaniedbany wielokondygnacyjny budynek przeznaczono na tymczasowe lokum kilku młodych mężczyzn, którym przewodził mnich z Australii. Okazał się dość przyjaznym facetem i przyjął mnie do swojej grupy szczerze serdecznie. Dostałem własny pokój oraz matę do spania, którą rozłożyłem na pokrytej glazurą podłodze. Pobyt w tym luksusowym kurorcie nie był oczywiście bezpłatny, aczkolwiek cena za nocleg była zdecydowanie atrakcyjniejsza od kwot żądanych w bangkockich hotelach. Zasypiając, zastanawiałem się nad nieprzewidywalnymi ścieżkami życia. Jeszcze poprzedniego wieczora wtulony w kobiece gołe piersi nic nie wskazywało, abym następnego dnia miał wylądować na gołej podłodze gdzieś w odległym lesie pośród łysych facetów w dziwacznych sukienkach.
Thamkrabok po raz pierwszy
Pomimo wczesnych godzin rannych, podczas których podjąłem podróż do Thamkrabok, do samego zakonu dotarłem późnym popołudniem. Moi nowi towarzysze niedoli przywitali się ze mną ostrożnie, po czym zajęli własnymi sprawami, nie wtajemniczając mnie jeszcze w rutynę dnia. Spałem więc do oporu i dopiero rano zająłem się socjalizacją. Poznany w ambasadzie pacjent, który mnie do Thamkrabok przekonał, ucieszył się na mój widok i został moim przewodnikiem po zespole świątynnym. Pokazywał mi wszelkie sekrety zakonu i zaznajamiał z prowadzoną przez mnichów terapią. Swoją rekonwalescencję rozpoczął tu kilka miesięcy temu, dzięki czemu nie był już takim nowicjuszem, jakim ja się okazałem. Mnich z Australii organizował cowieczorną sesję grupową, na której oznajmiał zasady panujące w zakonie oraz doradzał w sprawach technicznych. Plan dnia był wywieszony w aneksie kuchennym i należało go przestrzegać. Ważnym punktem była wieczorna recytacja sutt z mnichami w sali Magsaysay. Obecność była obowiązkowa. Innym obowiązkowym wymogiem była praca. Należało spędzić minimum cztery godziny dziennie na pomaganiu w obowiązkach innym. Do wyboru był cały wachlarz aktywności, takich jak praca w pracowni stolarskiej, rzeźbiarskiej, zielarskiej, prace ogrodowe, porządkowe, przygotowywanie posiłków dla mnichów w kuchni lub zmywanie naczyń po śniadaniu. Gdyby dokładniej przeanalizować ten plan dnia pod kątem czasu wolnego, zbyt wiele nie zostawało do dyspozycji kuracjusza.
Bardzo ważną zasadą obowiązującą na terenie klasztoru był zakaz samowolnego opuszczania świątyni. Cokolwiek miałoby być powodem oddalenia się, należało zdobyć najpierw pisemną zgodę opata. W sali Magsaysay obok posągu Buddy leżały karty zezwolenia na opuszczenie terenu zakonu. Należało taką kartę wypełnić, podając dokładny powód wraz z argumentacją, wpisując datę i godzinę opuszczenia klasztoru oraz datę i godzinę powrotu, po czym udać się do kancelarii opata, porozmawiać z nim o takim wyjściu i zdobyć podpis zatwierdzający opuszczenie terenu. Karta ta była wymagana nawet w celu udania się do dentysty w pobliskiej miejscowości lub do sklepu spożywczego na oddalonej o trzy kilometry stacji benzynowej. Ograniczenie to miało sens ze względu na walkę z uzależnieniem. Rekonwalescenci nadal odczuwają potrzebę wypicia alkoholu lub zażycia substancji psychoaktywnych, nawet jeśli okres detoksykacji już się zakończył. Proces zdrowienia jest długotrwały, często wymaga wielu lat pobytu w odosobnionej placówce, która roztacza parasol ochronny nad uzależnionym do czasu uzyskania przez niego odpowiednio silnej woli. Z drugiej jednak strony ograniczenie wolności mocno kolidowało z moim poczuciem własnej wartości i sprawiedliwości społecznej. Ba! W trakcie pobytu w zakonie dokumenty tożsamości należało deponować w biurze klasztoru, co wiązało się z pobytem w strefie detoksykacyjnej. Po opuszczeniu tej strefy obowiązek depozytu paszportu nie był już formalny, jednak zastępca opata mocno naciskał, by paszporty oddawane mu były „na przechowanie”. Dotyczyło to już nie tylko samych pacjentów, ale jego dyspozycja miała obejmować także przebywające w klasztorze rodziny kuracjuszy a także gości nieuzależnionych, zainteresowanych wyłącznie praktyką buddyjską. Takie postawienie sprawy, które jest niezgodne ani z prawem międzynarodowym, ani z moim poczuciem sprawiedliwości, wywoływało wewnętrzny bunt, owocujący samowolnym opuszczaniem zakonu i udaniem się do miasto na piwo, którego zwykle raczej unikałem. Dusza rebelianta wyciągała mnie coraz częściej na te samowolne eskapady i coraz mniej się z nimi kryłem. Tym bardziej, że cały czas byłem osobą świecką.
Pewnego dnia dołączył do mnie ów kolega z Polski.
Na terenie klasztoru były dwie „restauracje” serwujące proste dania. Tylko mnichom przysługiwały darmowe posiłki, osoby świeckie musiały korzystać z zasobów lokalnych garkuchni. Wybór był skromny a dania zjadliwe, choć tyłka nie urywały. Na obiady wychodziłem więc samowolnie poza klasztorną bramę, gdzie lokalny mistrz kuchni genialnie przygotowywał ryż z mięsem. Dodatkowym atutem jego kulinarnych zdolności było zimne piwko, którym można było ostro pikantne dania popijać. Zimne piwko, choć medycznie dla mnie niewskazane, smakowało w tropikalnym klimacie wyśmienicie, tym bardziej że ze względu na pobliski Thamkrabok stało się owocem zakazanym. Raz przyłączył się do mnie ów Polak. Postawiłem mu obiad. I piwko. Potem drugie. I chyba też trzecie… Do klasztoru wracaliśmy już objęci w pół, tak nietykalni jak profil chmur. W naszych oczach był żar i ogień w nich, gdyśmy nietykalni przez klasztor szli. Mieliśmy świat u swych stóp, głowy pośród chmur, te obłoki niosły nas. Setki spojrzeń złych, ciężkich jak tony słów, chciały ściągnąć nas w dół… I choć można było to dziwne nasze zachowanie jakoś jeszcze wytłumaczyć złym samopoczuciem, kolega ów mój niczym na spowiedzi naszą eskapadę przez mnichem z Australii obnażył, dzięki czemu jako prowodyr całej tej sytuacji z klasztoru niemal w dniu następnym wyleciałem. Jednak jako osobie nieuzależnionej i niezależnej finansowo, wszak płaciłem słono za każdy dzień spania na tej twardej podłodze, został mi ów wybryk wspaniałomyślnie w buddyjskim duchu wybaczony i z ostatnim upomnieniem pozwolono mi w świątyni zostać dłużej.
Na początku mojego pobytu w Thamkrabok nie rozumiałem tych ograniczeń. Uznawałem je za zamach na moją wolność i godność. Nie widziałem i do tej pory nie widzę nic złego w alkoholu. Unikam spożywania go ze względów zdrowotnych, lecz jestem zdecydowanym przeciwnikiem zabraniania czegokolwiek i narzucania komukolwiek swojego zdania. Jeśli ktoś lubi pić, ćpać czy palić — jestem gorącym zwolennikiem depenalizacji alkoholu, narkotyków czy substancji zawierających nikotynę. Posiadanie wolnego wyboru uważam za nadrzędne w stosunku do konsekwencji zdrowotnych czy prawnych. Każdy ma własny rozum i niech każdy bierze odpowiedzialność za własne czyny i poglądy. W Thamkrabok owo moje niezachwiane przekonanie o posiadaniu przez ludzi własnego rozumu zostało jednak z łoskotem obalone.
Penitencjariusze Thamkrabok są głównie osobami z niezwykle słabą wolą, bardzo podatnymi na manipulację i wpływ otoczenia. Trudno szukać wśród nich osób z doświadczeniem biznesowym, które wymaga silnego charakteru, ciężkich, twardych i wielkich jaj, ponadprzeciętnej inteligencji, cierpliwości i samodyscypliny. Tych cech muszą dopiero się nauczyć, wypracować w sobie i utrwalić. Do tej pory szukali zawsze dróg na skróty. Potrzebne pieniądze najlepiej ukraść, żądzę natychmiast zaspokoić a wszelkiej odpowiedzialności niczym ognia unikać. Szczęście można osiągnąć poprzez pracę nad własnymi emocjami podobnie jak pieniądze zdobywać uczciwym etatem. Wstrzyknięciem heroiny uzyskuje się ten sam efekt bez typowych poświęceń. Błogość narkotyczna nie wymaga lat medytacji i doskonalenia samodyscypliny. Pojawia się już tu i teraz po podgrzaniu nad ogniem białego proszku i zaaplikowanie go spragnionemu błogości ciału. Dlatego też rehabilitacja wymaga roztoczenia nad pacjentami parasola, którego zadaniem jest ochrona przed sobą samym.
Atmosfera Thamkrabok jest więc nieco ciężka. Pacjenci, opacznie rozumiejąc politykę zakonu, pilnują innych pacjentów, zamiast poświęcić się pilnowaniu siebie samych. Donoszą na siebie wzajemnie, okradają się i okłamują. Stare zachowania jeszcze długo z nimi pozostaną. Klimat jest więc wymagający. Pozbawieni wolności i środków finansowych uzależnieni albo patrzą na innych z zazdrością, albo robią wszystko, żeby im zaszkodzić, czym zrównaliby ich w pozycji społecznej do siebie samych.
Chamroon Parnchand
Poniższa geneza została oparta na informacjach z oficjalnej strony zakonu Thamkrabok (wat-thamkrabok.org). W książce posługuję się imionami mnichów, które wymieniono na oficjalnej stronie, choć w obiegu zakonu krążą inne ich wersje. Zamieszczone w publikacji wizerunki pierwszych mnichów także pochodzą z oficjalnych źródeł zakonu.
Założycielem zgromadzenia oraz pierwszym opatem zakonu był Phra (mnich) Chamroon Parnchand. Urodził się on 1 kwietnia 1926 roku we wsi Bangli, w dystrykcie Thawong, w prowincji Lop Buri, około 140 kilometrów na północ od Bangkoku — stolicy Tajlandii. Był najstarszym z siedmiorga dzieci lokalnego zielarza Chamlonga Parnchanda oraz jego żony Liam Macharoen.
Rodzice Chamroona nie byli zamożni. Ledwo wiązali koniec z końcem. W wieku siedmiu lat został wysłany do swojego wuja, Sooka Parnchanda, który prowadził sklep z ziołami w dzielnicy Klong Toey w Bangkoku. Pomagał konfekcjonować mikstury zdrowotne, w zamian wuj wysłał go do szkoły, by chłopiec mógł odbyć edukację. Pierwsze trzy lata szkoły podstawowej Chamroon spędził w stolicy. Gdy jego ojciec dostał lepiej płatną pracę na statku rzecznym, rodzice chłopca wraz z jego rodzeństwem przenieśli się do Thon Buri, miasteczka po drugiej stronie rzeki Chao Phraya. Chamroon do nich dołączył i kontynuował naukę w szkole świątynnej (wat) położonej na przedmieściach osady. Szkołę średnią ukończył również w Thon Buri — częściowo w świątyni, częściowo w szkole prywatnej. Aby zarobić na czesne, albo sprzedawał cukierki, albo po lekcjach przeprawiał łodzią przez rzekę ludzi i towary.
W 1943 roku po ukończeniu szkoły średniej (Mathayom 6) podjął pracę w służbie cywilnej działu kanalizacji i melioracji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, ale zajęcie to nie dawało mu satysfakcji. Dwa lata później wstąpił do Szkoły Policyjnej w Bangkoku, a po krótkim kursie został przyjęty do służby jako posterunkowy. W 1948 roku otrzymał nagrodę dla najlepszego funkcjonariusza Departamentu Policji za skuteczność w ściganiu przestępców. Wyróżnienie to wiązało się z dyplomem uznania, papierośnicą i premią w wysokości 150 bahtów — ekwiwalentem ponad dwóch ówczesnych pensji miesięcznych.
Praca w policji zaczęła jednak budzić w nim wewnętrzne rozterki. Jak później wspominał, policjanci często aresztowali niewinnych ludzi i fabrykowali dowody przeciw nim, byle tylko podnieść statystyki wykrywanych przestępstw i tym samym zadowolić swoich przełożonych. Ponieważ unikał angażowania się w takie praktyki, jego dalsza kariera w policji stanęła pod wielkim znakiem zapytania.
Konflikt moralny pomogła mu rozwiązać ciotka Yai, która oddała się świeckiej praktyce zakonnej w jednym z klasztorów buddyjskich. Choć w buddyzmie tajskim nie ma oficjalnego zgromadzenia mniszek, dzięki swojemu oddaniu lokalnej społeczności i proroczym zdolnościom zdobyła szacunek porównywalny z mnichami oraz tytuł Luang Poh Yai (Czcigodnego Ojca). Pewnego dnia rozdarty moralnie zwrócił się do niej o poradę w sprawie nalotu na przemytników opium. W przypływie wizji ciotka powiedziała mu, że znajdzie co prawda narkotyki, ale nie dokona żadnych aresztowań. Jej przepowiednia się spełniła — we wskazanym miejscu Chamroon odnalazł kontrabandę, ale gdy tylko odwrócił od niej na chwilkę uwagę, narkotyki zostały skradzione, a on stracił dowody pozwalające mu na dokonanie aresztowań.
Czasy jego służby w Policji były bardzo niespokojne. Państwo walczyło zarówno z plagą narkomanii, jak i z wpływem ZSRR. Tereny Wietnamu, Laosu, Kambodży i Tajlandii stały się polem mniej lub bardziej brutalnych przepychanek politycznych pomiędzy komunistami i zwolennikami Zachodu. Pewnego dnia Chamroon dostał rozkaz zastrzelenia 30 komunistów. Jego mentorka powiedziała mu wówczas, że zabijanie nie jest rozwiązaniem światowych konfliktów. Zamiast dokonać egzekucji, pozorując walkę, jak wymagali przełożeni Chamroona, postanowił podejrzanych aresztować.
Motorem napędowym pracy w policji był dla Chamroona głód przygód. Czerpał satysfakcję z ryzyka i niespodziewanego rozwoju sytuacji. W pogoni za przestępcami wspinał się na wysokie budynki, wbiegał na niebezpieczne dzielnice, wystawiał tors na strzelane w jego stronę pociski, a jednak wychodził z każdej sytuacji bez szwanku. Z biegiem czasu coraz bardziej zaczął odczuwać, że jest mu potrzebny amulet ochronny, że owo szczęście nie będzie trwać przecież wiecznie. Zapytał swoją ciotkę, czy istnieje jakaś forma duchowego wsparcia, które pomogłoby mu przetrwać w niebezpiecznej pracy policjanta. Wówczas wspólnie udali się na poszukiwanie składników talizmanu zawierającego rtęć, który miał zapewnić mu potrzebną ochronę.
Podróż zaczęli w pobliżu Ayutthayi, historycznej stolicy Tajlandii, kierując się pieszo w stronę Lop Buri. Nocą dotarli nieopodal pewnej świątyni, w której akurat trwała ceremonia pudży. Raptem Chamroon usłyszał wewnętrzny głos: „Czy chcesz ten amulet, czy może zaakceptujesz coś lepszego?”. Odpowiedział, że wybiera tę lepszą opcję, cokolwiek nią miało by się okazać. Według jego późniejszej relacji przestrzeń wokół niego nagle rozbłysła światłem i ujrzał mnicha zmierzającego na północ. Podążył za nim. Postać weszła do świątyni, w której trwała właśnie ceremonia recytacji sutt i zniknęła w posągu Buddy.
Poszukując rozwiązania zagadki otrzymanej właśnie wizji, podszedł do posągu i bezwiednie wypowiedział na głos: „Religia jest najlepszym rozwiązaniem”. Obok stał mnich, który wbrew przyjętym zwyczajom zniechęcał go do wstąpienia na ścieżkę duchową, sugerując zamiast tego, by wydobył cenne relikwie zakopane w chedis (wieżach świątynnych). Chamroon odmówił. Wówczas mnich zmienił ton i zaczął mówić poważnie. ”Niczego nie osiągniesz, jeśli religijne oddanie będzie rozpraszane przez sprawy świeckie”. Chamroon uświadomił sobie wtedy, że praca, obowiązki rodzinne i przyjaciele dla prawdziwego poszukiwacza duchowości są jedynie przeszkodami. W swoim umyśle usłyszał wtedy głos dochodzący jakby z wnętrza posągu Buddy: „Ludzie na ziemi nie oddają mi należytego szacunku”. Zrozumiał to jako przesłanie, że buddyści zaniedbali swoją wiarę. Pełne znaczenie religii obejmuje wszystkie trzy aspekty: fizyczny — reprezentowany przez przyjęcie szaty mnicha, duchowy — poprzez pełne oddanie życiu klasztornemu, oraz zbawienie — wymagające porzucenia świeckich wartości i dążenia do ostatecznego wyzwolenia. Bez oddania się wszystkim trzem, ścieżka buddyjska może nie mieć sensu.
Po tym doświadczeniu Chamroon stwierdził, że dokądkolwiek by się nie udał, przestał odczuwać jakikolwiek niepokój. Coraz bardziej też czuł, że jego przeznaczeniem jest zostać mnichem, że tylko poprzez tę ścieżkę może osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Jego ciotka zachęcała go do studiowania dhammy (buddyjskich nauk), z której, jak mówił, „nauczył się prawdy o życiu i dokładnie zrozumiał, jaką rolę chce odgrywać do końca swoich dni”.
Ostatecznie przyjął święcenia 19 lipca 1953 roku w Wat Klong Mao Thamkosol w dystrykcie Thawong w prowincji Lop Buri, gdzie otrzymał nowe imię Sorajkassapa.
Dusza poszukiwacza przygód i burzyciela utartych schematów dała o sobie znać już na samym początku jego monastycznej drogi. W tradycji therawada, której ślubował wierność, młody mnich powinien spędzić kilka pierwszych lat pod okiem doświadczonego zakonnika, który wprowadza adepta w arkana buddyjskich praktyk i zasady panujące w zgromadzeniu. Przyjmuje się, że jest to obligatoryjne, choć wyraźnego nakazu w tekstach buddyjskich odbywania początkowej praktyki w świątyni próżno by szukać. Sam Budda nigdy w świątyni buddyjskiej nie był, do końca życia podróżując po Indiach piechotą. Podobnie z jego pierwszymi uczniami, którzy stali u Jego boku. Ba! Sugerował, by od siedzenia w jednym miejscu niczym od kobiet się wystrzegać, a jeszcze bardziej by unikać wszelkich uczonych sypiących z rękawa swoimi nieproszonymi mądrościami.
Zamiast przyjąć więc propozycję prowadzenia osadzonego w klasztornych realiach życia mnicha kontemplacyjnego, Chamroon wybrał ścieżkę tudong — wędrownego mnicha, który w porze suchej pielgrzymuje przez kraj. Tradycja tudong jest oparta właśnie na życiu Buddy. Mnisi podróżują pieszo po kraju, szukając schronienia pod dachem jedynie w czasie pory deszczowej, gdy wszelka aktywność zewnętrzna jest utrudniona, a drogi często podtopione i nieprzejezdne.
W pierwszych pięciu latach życia zakonnego (1953–1957) Chamroon przemierzał pieszo zachodnią, północną i północno-wschodnią Tajlandię. Przebył Kambodżę i Laos. Dołączali do niego również inni mnisi, których pociągała praktyka tudong. W Tajlandii ruch ten stawał się coraz bardziej powszechny. Warto wspomnieć, że powstało w tym czasie wiele zgromadzeń nazwanych tajską tradycją leśną. Jednym ze znamienitszych przedstawicieli tego ruchu był znany nauczyciel Ajahn Cha, którego filie powstały także poza Tajlandią — w Stanach Zjednoczonych Ameryki, w Zjednoczonym Królestwie, w Australii czy w europejskich Szwajcarii lub we Włoszech. Chamroon podróżował często w grupie liczącej nawet 37 innych mnichów, testując granice przetrwania w dżungli. Mnisi żywili się tym, co znajdowali po drodze, obserwowali dietę napotykanych zwierząt oraz ptaków, kopiując ich zdolności survivalowe. Mnisi wierzyli, że będąc formą życia inteligentniejszą i zaradniejszą od zwierząt, a także biorąc pod uwagę religijne oddanie i błogosławieństwo samego Buddy, powinni poradzić sobie lepiej niż dzikie zwierzęta.
Wędrowny tryb życia wiązał się także z wieloma wyzwaniami. Podróżowanie po kraju jego grupy, której nie przyświecał żaden konkretny celu przemieszczania się, wzbudziło podejrzenia policji. Tym bardziej, że czasy stały się wówczas wyjątkowo niespokojne! Nic zatem dziwnego, że już po roku pielgrzymowania Chamroon i jego towarzysze zostali aresztowani na trzy miesiące pod zarzutem działalności wywrotowej. Nie ostudziło to jednak zapału mnichów, odmówili propozycji osiedlenia się w którejkolwiek świątyni i kontynuowali swoją wagabundę po Tajlandii.
Dopiero w roku 1957 nastąpił przełom. Gdy mnisi przemierzali okolicę Saraburi (132 kilometry na północny wschód od Bangkoku), Chamroon, jego szanowana ciotka oraz młodszy brat Phra Charoen (który w międzyczasie również przyjął święcenia i przyłączył się do brata) dotarli do wapiennych klifów z jaskiniami, które oferowały doskonałe schronienie w czasie nadciągającej pory deszczowej. Szukali miejsca, gdzie nie będą przeszkadzać okolicznym mieszkańcom i oddadzą się spokojnej medytacji. Wraz z rodziną Parnchardów było jeszcze dziewięciu innych mnichów.
Podczas osobistych refleksji Chamroon zastanawiał się, czy 227 reguł sanghi (monastycyzmu buddyjskiego) wystarcza, by oczyścić umysł ludzki z niewłaściwych uwarunkowań. Uznał, że to jednak zbyt mało. Jego ciotka zaproponowała dodanie dziewięciu dodatkowych zasad, które Chamroon chętnie zaakceptował i wprowadził do reguły własnego zgromadzenia. Jako przywódca wspólnoty i przełożony nowo powstałego zakonu Thamkrabok (Świątyni Bambusowej Groty), ustanowił, że każdy mnich przybywający do ich sanktuarium musi zaakceptować owych dziewięć dodatkowych regulacji:
— Czas trwania praktyki zakonnej musi być określony (w Tajlandii powszechną praktyką jest wstępowanie młodych mężczyzn do klasztoru na czas nieokreślony i możliwości rezygnacji w dowolnej chwili); regulacja Phra Chamroona wprowadzała początkową deklarację długości ordynacji.
— Dozwolony tylko jeden posiłek dziennie, spożywany przed południem; po tym czasie aż do wschodu słońca następnego dnia wolno pić jedynie wodę lub niesłodzoną herbatę.
— Mnisi nie mogą korzystać z żadnych środków transportu. Dozwolone przemieszczanie się ograniczone zostało do marszu (biegania zabraniają regulacje patimokkha obowiązujące wszystkich mnichów buddyjskich).
— Mnichom nie wolno przyjmować żadnych pieniędzy; dary pieniężne muszą być kładzione na ziemi i przejmowane przez osobę świecką. Potrzeby świątyni zaspokajają i nadzorują osoby świeckie.
— Nie wolno im także przyjmować nieodpowiednich podarunków, które wykraczałyby poza praktykę buddyjską; ofiarowane rzeczy muszą zatem służyć dobru całej wspólnoty a nie indywidualnym mnichom.
— Każda osoba musi cały czas przebywać w grupie mnichów i nie może opuszczać jej w pojedynkę. Zasada ta dotyczy ścisłego i literalnie rozumianego przebywania w Sandze.
— Decyzje podejmowane są na drodze konsensusu i muszą być bezwzględnie przestrzegane; nikt nie może podejmować jakiejkolwiek aktywności na własną rękę.
— Lojalność wobec buddyjskiej wiary oraz ideału cnotliwego życia musi być bezwzględna, co wymaga nieustannego oczyszczania umysłu i pracy nad sobą.
— Każdego dnia należy praktykować medytację przez czas spalania minimum jednej kadzidłowej pałeczki lub prowadzić rozmowy o dhammie przez ten czas.
Phra Chamroon i jego towarzysze pokochali porośnięte dżunglą wapienne góry i chłodne jaskinie. Ich odosobniona lokalizacja, z dala od jakiejkolwiek ludzkiej osady, była idealnym tymczasowym schronieniem dla mnichów tudong. Poza porą deszczową miejsce to nie posiadało jednak żadnych zbiorników wodnych, które pozwoliłyby na dłuższe osiedlenie się mnichów. Problem z dostępem do wody powstrzymywał ich przed budową stałego miejsca pobytu. Pewnego dnia Luang Poh Yai oznajmiła, że w swojej wizji ujrzała miejsce, w którym mnisi powinni szukać wody. Gdy szykowali się do kopania, wskazała im konkretne miejsce na klifie. Początkowo wszyscy uznali tę predykcję za absurd, ale posłusznie kopali dokładnie tam, gdzie im wskazała. Prace zostały rozpoczęte 5 kwietnia 1959 roku. Każdego dnia mniszka czuwała nad ich postępami, aż w końcu, zgodnie z jej przepowiednią, odkryli podziemny ciek wodny.
Tego samego roku do jaskiń z mnichami przyszedł starszy mężczyzna, szukając pomocy w wyjściu z uzależnienia od opium. Wówczas mnisi jeszcze nie znali żadnej skutecznej metody leczenia uzależnień, ale postanowili improwizować. Starzec złożył sajja (świętą przysięgę) przed wizerunkiem Buddy, a Chamroon wręczył mu jeden pąk kwiatu lotosu z tradycyjnej ofiary składanej na ołtarzu, mówiąc: „Lotos to święty kwiat. Za każdym razem, gdy poczujesz chęć zażycia opium, żuj zamiast tego pąk lotosu.”
Ku własnemu zdumieniu, w kolejnych dniach starzec odkrył, że metoda ta całkowicie uwolniła go od nałogu. Po powrocie do domu rozpowiedział o swoim „cudownym uzdrowieniu” innym uzależnionym. W kolejnych trzech latach do świątyni przybyło ponad 10 000 osób szukających medycznej pomocy. W tym czasie Phra Chamroon i jego współbracia nadal stosowali głównie efekt przysięgi sajja i pąki lotosu w swojej nowatorskiej terapii. Wielu z tych, którzy w Thamkrabok poddali się leczeniu, powróciło później podziękować za swoją „cudowną kurację”.
Gdy Phra Chamroon zakładał Thamkrabok, jego celem było jedynie znalezienie schronienia dla wędrownych mnichów. Chciał zrozumieć prawdę o życiu i szerzyć nauki Buddy, kładąc nacisk na praktykę sajja, oraz szukać odpowiedniego modelu życia religijnego dla siebie i swoich bliskich. Jednak Luang Poh Yai powiedziała swoim siostrzeńcom, że kraj stoi w obliczu dwóch poważnych problemów społecznych i każdy z nich powinien wybrać jeden z nich do rozwiązania. Phra Chamroon zdecydował się poświęcić walce z uzależnieniem od narkotyków. Natomiast jego brat, Phra Charoen, skupił się na walce z analfabetyzmem wśród ubogich. Po śmierci ich ciotki w marcu 1970 roku (jej ciało zostało umieszczone w specjalnej trumnie w jednym z pomieszczeń klasztoru) Phra Charoen opuścił zakon i osiadł w Lam Narai, około 70 kilometrów na wschód od Saraburi. Tam zakładał i organizował szkoły dla dzieci z ubogich rodzin.
Kiedy w 1959 roku Phra Chamroon po raz pierwszy zajął się problemem uzależnień, handel opium był już oficjalnie zakazany w Tajlandii od przeszło pięciu lat. Zakaz ten nie był jednak skutecznie egzekwowany, ponieważ wielu wysokich urzędników państwowych i policjantów czerpało ogromne zyski z nielegalnego handlu opium. Dopiero w 1958 roku, gdy władzę objął premier Sarit Thanarat, rozpoczęła się prawdziwa walka z narkotykami.
Kiedy w 1954 roku Tajlandia zdelegalizowała opium, liczba uzależnionych wynosiła około 72 000 osób — byli to głównie mężczyźni w średnim i starszym wieku. W 1975 roku szacunki rządowe wskazywały, że liczba osób uzależnionych od narkotyków wzrosła aż do niebotycznych 400 000. Statystyki obejmowały już zresztą nie tylko uzależnionych od opium, ale także od marihuany i od heroiny. Większość ofiar narkotyków stanowili młodzi mężczyźni w wieku od 14 do 24 lat, pochodzący głównie z klasy średniej i robotniczej. W latach 60. coraz więcej studentów z bogatych i arystokratycznych rodzin także zaczęło popadać w uzależnienie, a duża część pacjentów Thamkrabok tego okresu pochodziła właśnie z wyższych warstw społecznych.
Istnieją trzy główne powody dramatycznego wzrostu liczby uzależnionych w Tajlandii:
— Globalny wzrost konsumpcji narkotyków, który dotknął niemal wszystkie kraje świata.
— Łatwa dostępność i niska cena opium i jego pochodnych — morfiny i heroiny — w Tajlandii.
— Presja nowoczesnego życia, która prowadzi młodych ludzi do sięgania po używki.
Od wieków opium było uprawiane w tzw. Złotym Trójkącie — obszarze na pograniczu Tajlandii, Birmy i Laosu, który swoją nazwę zawdzięcza „żółtemu złotu” — zyskom czerpanych z „czarnego złota”, czyli opium. Trudno dostępne górskie tereny północnej Tajlandii sprzyjały uprawie maku lekarskiego, który często był jedyną rośliną przyjmującą się na niewielkich skalistych poletkach. Dodatkową zachętą do jego uprawy było to, że wymagał on intensywnej pracy tylko w okresie zbiorów. Po opadnięciu kwiatów strąki maku były nacinane, a wyciekająca z nich lepka biała substancja szybko brązowiała lub czerniała, zamieniając się w opium.
Większość zbiorów opium pochodziła z Birmy, a następnie przemycana była do Tajlandii, skąd trafiała na rynki krajowe i międzynarodowe. Problem uprawy i sprzedaży opium był w dużej mierze kontrolowany przez państwowo aż do wczesnych lat 50. XX wieku. Wówczas komuniści chińscy zdobyli prowincję Yunnan w południowych Chinach, a resztki nacjonalistycznej armii chińskiej (Kuomintangu) uciekły wgłąb Złotego Trójkąta. Sprzedając swoją broń buntowniczym plemionom birmańskim, osiedlali się tam na stałe — część zajęła się uprawą maku, a część otworzyła sklepy z jego produktami lub stała się pośrednikami w handlu opium.
Według oficjalnych raportów, zarówno birmańscy rebelianci, jak i komuniści chińscy, dążący do obalenia rządu Birmy, finansowali swoją działalność handlem narkotykami. Z kolei dawni nacjonaliści chińscy czerpali ogromne zyski z przemytu opium do Tajlandii, skąd ich współpracownicy rozprowadzali je na rynki Azji południowo-wschodniej i Zachodu.
Nowy sposób produkcji zrewolucjonizował handel narkotykami na początku lat 60. Ponieważ opium ma silny, łatwo rozpoznawalny zapach i zajmuje dużo miejsca, zaczęto je przetwarzać na morfinę oraz bardziej oczyszczoną heroinę. Substancje te są bezzapachowe i zajmują mniej miejsca — z dziesięciu kilogramów opium uzyskuje się jeden kilogram heroiny — co czyni substancję łatwiejszą w przemycie. Szacuje się, że co roku ze Złotego Trójkąta, przez Tajlandię, trafiało wówczas na rynek nawet 700 ton heroiny. W efekcie była ona łatwo dostępna i tania.
Presja nowoczesnego życia i szybkie zmiany społeczne są szczególnie widoczne w dużych miastach, takich jak Bangkok — przeludnionej nowoczesnej metropolii, której tempo życia było nieznane jeszcze kilka dekad wcześniej. Wielu młodych mężczyzn, niepewnych swojej przyszłości, często bez perspektyw na znalezienie pracy pozwalającej na godne życie, żyjących w młodym i niedoświadczonym społeczeństwie, w którym 40% populacji ma mniej niż 15 lat, odwraca się od tradycyjnych wartości ku narkotykom. Ich wyborem najczęściej staje się heroina — tylko starsze pokolenie pali jeszcze opium.
Policja w Malezji i Tajlandii donosi, że komuniści w Azji południowo-wschodniej aktywnie promują handel narkotykami, zarówno jako źródło finansowania swojej wywrotowej działalności, jak i sposób na demoralizację znienawidzonych „burżuazyjnych” społeczeństw. Jako przykład podawany jest rząd komunistyczny Laosu, który po objęciu władzy w sierpniu 1975 roku zalegalizował uprawę maku i produkcję narkotyków w Złotym Trójkącie.
W takiej mniej więcej sytuacji geopolitycznej w 1961 roku Phra Chamroon rozpoczął prowadzenie bardziej zorganizowanych terapii uzależnień. Pacjenci napływali do Thamkrabok szerokim strumieniem, desperacko szukając sposobu na wyjście z nałogu. Klasztor nadal opierał swoje funkcjonowanie jedynie na surowych jaskiniach i kilku prymitywnych bambusowych chatkach, ale dziesięciodniowy program leczenia, który został opracowany przez Chamroona, nie wymagał niczego więcej.
Phra Chamroon od początku zdawał sobie sprawę, że terapia z użyciem pąków lotosu nie jest wystarczająca. Bazując na doświadczeniach z rodzinnego biznesu zielarskiego oraz na konsultacjach ze swoją ciotką, która podświadomie wyczuwała zastosowanie kolejnych dzikich roślin, opracował nietradycyjny i unikatowy lek ziołowy. W latach 1959–1961 testował różne mieszanki na swoich pacjentach, czego efektem powstał wywar oparty na ponad 100 różnych ziołach oraz zbieranych w okolicy korach drzew. To właśnie ten silnie wymiotny środek — wielokrotnie modyfikowany na przestrzeni lat — stosuje się w klasztorze Thamkrabok po dziś dnień.
Receptura i sposób warzenia lekarstwa są tajemnicą zakonu przekazywaną wyłącznie bardzo zaufanemu i nielicznemu gronu mnichów. Tylko wybrani mają możliwość uczestniczenia w zbieraniu w lesie składników oraz w przygotowywaniu mikstury. Mnisi dbają bardzo pieczołowicie o to, by lek nie został skomercjalizowany. Został skomponowany w celu niesienia bezinteresownej pomocy potrzebującym i nie powinien z pracy mnichów nikt czerpać korzyści finansowych.
Phra Chamroon nie tylko zadbał o warstwę medyczną kuracji antynarkotykowej, ale też bardzo dokładnie ułożył harmonogram obowiązujący mnichów w klasztorze. Z najważniejszych punktów wymienić należy trzy:
— Każdego roku klasztor zostaje zamykany na około dwa miesiące i wszyscy mnisi wspólnie wyruszają na pielgrzymkę tudong, której dokładny czas jest zależny od zakładanego dystansu.
— Tudong służy wyciszeniu, zbieraniu ziół i dyskusji o dhammie z napotkanymi po drodze wiernymi.
— Pozostałe dziesięć miesięcy przeznaczane są na leczenie i rehabilitację uzależnionych.
Choć zasady dotyczące przyjmowania pacjentów ustalono jeszcze w 1961 roku, to dopiero w 1963 roku wprowadzono oficjalne formularze rejestracyjne, które pozwoliły na prowadzenie statystyk. Do tego czasu w klasztorze leczono już około 7 000 osób rocznie — głównie uzależnionych od heroiny, w mniejszym stopniu od morfiny, a jedynie nielicznych od opium.
Pewien incydent, który wydarzył się w 1961 roku, w znaczącym stopniu wpłynął na rozwój klasztoru i jego rozpoznawalność w Tajlandii. W lutym opat wraz ze swoimi towarzyszami — których w międzyczasie liczebność wzrosła z pierwotnych 11 osób do aż 67 mnichów — przebywał w Bangkoku na corocznej pielgrzymce tudong. Wówczas w więzieniu niedaleko lotniska Don Muang wybuchł gwałtowny bunt. Zdesperowany komendant policji zwrócił się do przechodzących właśnie mnichów z prośbą, aby ci weszli do zakładu karnego i porozmawiali ze zbuntowanymi więźniami, bo nikt inny nie chciał się podjąć mediacji.
Kiedy Phra Chamroon dowiedział się o trudnej sytuacji, bez zastanowienia podjął się zadania. Wraz z jednym ze swoich asystentów wszedł do zdemolowanego więzienia. Jak sam później opowiadał, podszedł prosto do przywódcy buntowników, poprosił jego oraz innych więźniów o złożenie przysięgi sajja, po czym „przemówił im do rozsądku”. Więźniowie się poddali. Historia szybko dotarła do prasy, a gazety opisały niezwykły wyczyn zakonników z Thamkrabok.
Podczas kolejnego tudong mnisi ponownie odwiedzili owo więzienie, a następnie udali się do Bangkoku, gdzie rozłożyli swoje parasole na trawniku przed Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Nadal pamiętano historię sprzed roku, więc liczne grono osób przychodziły do znanych medialnie mnichów, aby rozmawiać z nimi o dharmie. Jednak wkrótce pojawiła się plotka, jakoby ich obecność w Bangkoku miała na celu wywołanie zamieszek antyrządowych. Phra Chamroon przypuszczał, że za tymi oskarżeniami stoją niektórzy policjanci, którzy poczuli się urażeni, gdy mnisi odmówili przyjęcia pieniędzy na bilet kolejowy po swojej pierwszej wizycie w więzieniu. Mnisi postanowili bowiem dotrzymać swojej przysięgi i wrócić do Saraburi pieszo. Departament ds. Religii przekazał sprawę podejrzenia o wichrzycielstwo premierowi Saritowi, który jako Komendant Policji nakazał aresztowanie mnichów.
Sarit postanowił jednak osobiście zweryfikować oskarżenia — wysłał więc swojego podstawionego agenta, aby ten przebywał z mnichami w areszcie i złożył mu raport ze swojego dochodzenia. Człowiek ten zaprzeczył, jakoby mnisi byli wywrotowcami, zaświadczył wręcz o ich wyjątkowej pobożności, czego dowodem miało być restrykcyjne spożywanie przez nich tylko jednego posiłku dziennie i fakt poświęcania większości czasu sprawom duchowym.
Premier wściekł się na oficjeli tajskiej rady duchownej, którzy przedstawili mu fałszywe dowody. Nakazał natychmiastowe uwolnienie mnichów, którzy po sześciu dniach zatrzymania ponownie wrócili do Saraburi pieszo. Wkrótce po tym wydarzeniu Sarit otrzymał kolejne raporty o zakonnikach. Były to oświadczenia narkomanów szukających pomocy w Thamkrabok i których leczenie okazało się skuteczne. Skłoniło to Sarita do podjęcia kroków mających zbadać prawdziwość relacji. Zlecił więc marszałkowi lotnictwa Dawee Chullasapya, który był wówczas szefem Narodowej Rady Bezpieczeństwa, przeprowadzenie szczegółowego niezależnego śledztwa. Korzystając z okazji, Dawee wysłał swojego młodszego brata, który akurat był uzależniony od opium, na leczenie do Thamkrabok. Kiedy brat nie wrócił w umówionym czasie, zaniepokojony Dawee wysłał do klasztoru swojego informatora, który potwierdził, że jego brat nie tylko uporał się w Thamkrabok ze swoim uzależnieniem, ale także przyjął święcenia i postanowił zostać w klasztorze na stałe.
Poruszony dogłębnie Sarit, który dowiedział się o losie brata swojego przyjaciela, nakazał przekazanie 400 000 bahtów (około 20 000 USD) z tajnych funduszy służb specjalnych na budowę solidnego murowanego budynku w Thamkrabok. Za tę sumę zakupiono 30 rai (4,85 hektara) ziemi i wybudowano spory obiekt, który od tej pory służył jako główna sala rekonwalescencyjna. Dawee powierzył nadzór nad budową oraz opiekę nad klasztorem marszałkowi lotnictwa Prasitowi Sukrapaedowi, który pełnił funkcję głównego skarbnika sił powietrznych. Ze swojej strony Dawee podarował również klasztorowi kawałek ziemi i, mimo śmierci Sarita w 1964 roku, nadal nieformalnie, lecz z zaangażowaniem wspierał finansowo mnichów z Thamkrabok.
Rosnąca reputacja Phra Chamroona jako osoby obdarzonej niezwykłą intuicją i zdolnościami proroczymi przyniosła klasztorowi znaczne środki finansowe. Ilość darowizn rosła lawinowo. Na przykład pewien przedsiębiorca budowlany zwrócił się do Phra Chamroona z pytaniem, czy powinien przystąpić do przetargu na budowę drogi. Mnich poradził mu, aby to uczynił, udzielił mu błogosławieństwa i wskazał konkretną kwotę, którą powinien wpisać w swoją ofertę. Przedsiębiorca przetarg wygrał, a w ramach podziękowania przekazał część swoich zysków na budowę utwardzonej drogi o długości około kilometra, która połączyła teren świątyni z główną drogą.
Darowizny napływały, pacjentów przybywało i klasztor się rozrastał. Do 1975 roku Thamkrabok otrzymał w darze od wdzięcznych rekonwalescentów i ich rodzin około 120 rai ziemi. Tereny te są wykorzystywane do uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw, orzeszków ziemnych, drzew owocowych (m.in. mango, kokosów, bananów, gujawy, jackfruita, tamaryndowca, flaszowca, papai) oraz roślin używanych w pracowni zielarskiej.
Mimo dobrej kondycji finansowej zaplecze terapeutyczne w klasztorze zachowuje swoją prostotę, by leczenie odbywało się w warunkach buddyjskiej skromności.
Wybudowano nowy pawilon — Gusaling Magsaysay, który nazwano na cześć Ramona Magsaysay i Fundacji Nagrody Magsaysay. Dzięki temu klasztor może teraz pomieścić do 400 pacjentów jednocześnie. W klasztorze stale mieszka średnio od 250 do 400 pacjentów oraz około 200 mnichów.
Około 12 mnichów aktywnie opiekuje się pacjentami, zmieniając rotacyjnie tych, którzy w tym czasie medytują, zbierają zioła lub pracują na polach uprawnych. Około 80% wszystkich mnichów to byli pacjenci, którzy po ukończeniu leczenia przyjęli święcenia i pozostali w Thamkrabok na różne okresy czasu. Pomimo dużej rotacji pacjentów, zarządzaniem i leczeniem zajmują się wyłącznie mnisi — klasztor nie zatrudnia świeckiego personelu. Pacjenci jednak aktywnie wspierają mnichów w pracach porządkowych, nie brakuje też wolontariuszy, którzy zainteresowani tematem narkomani chętnie odbywają staże w zakonie. Dzięki temu wszystkie prace przebiegają dość sprawnie.
Przyjęcie na terapię
Leczenie uzależnionych, które opracowali Phra Chamroon i jego ciotka, opiera się na dwóch wzajemnie uzupełniających się aspektach: duchowym i fizycznym.
— Aspekt duchowy — złożenie przysięgi sajja, czyli uroczystego ślubowania, aby nie sięgać po narkotyki. Sajja jest słowem pochodzącym ze starożytnego języka pali, w którym zostały spisane święte księgi buddyjskie (tipitaka), oznaczające prawdę, lojalność, czystość i uczciwość. Przysięga jest niezwykle istotną częścią terapii, można rzec, że również najskuteczniejszą. Pacjent musi trzymać się tej przysięgi do końca jej trwania.
— Aspekt fizyczny — bolesna część terapii, czyli odstawienie narkotyków bez żadnych substytutów, która w języku angielskim znana jest jako metoda cold turkey (zimny indyk), polegająca na nagłym odstawieniu substancji odurzających, bez stosowania leków łagodzących objawy odstawienia.
Po przybyciu do klasztoru każdy pacjent spotyka się z terapeutą, który zadaje mu dwa kluczowe pytania i obserwuje reakcję:
— Czy przyjechałeś tu dobrowolnie?
— Czy naprawdę chcesz zerwać z narkotykami?
Jeśli pacjent waha się lub odpowiada „nie” na którekolwiek z tych pytań, jest natychmiast odsyłany i informowany, że może wrócić dopiero, gdy na terapię będzie gotowy. Mocne postanowienie jest kluczowym warunkiem skutecznej terapii i bez niego wszelkie podejmowane przez mnichów kroki okażą się nieskuteczne.
Jeśli pacjent przejdzie weryfikację pozytywnie i zostanie przyjęty, musi oddać mnichom na przechowanie wszystkie swoje rzeczy, z wyjątkiem przyborów toaletowych oraz koca, jeśli takowy posiada. Jeśli nie ma własnego, klasztor zapewnia mu koc, matę i poduszkę. Następnie jest dokładnie przeszukiwany w poszukiwaniu narkotyków i ostrzegany, że zażywanie substancji w trakcie terapii może okazać się śmiertelne. Narkotyki w połączeniu z leczniczymi ziołami stosowanymi w kuracji mogą prowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych a nawet śmierci.
Leczenie w Thamkrabok jest całkowicie bezpłatne. Koszty pobytu — które wylicza się na 1 dolara dziennie, obejmujące zakwaterowanie, jedzenie, papierosy i leczenie — są pokrywane z darowizn. Nijak ma się ta kwota do pozostałej części życia. Jak podsumował założyciel klasztoru, wychowanie człowieka od jego narodzin do dwudziestego roku życia kosztuje rodziców i państwo niemałą fortunę. Jeśli zostanie on narkomanem, cała ta inwestycja przepada, natomiast potrzeba jedynie 10 dolarów, by przywrócić go społeczeństwu (najkrótsza zalecana terapia trwa zaledwie 10 dni).
Ceremonia ślubowania i pierwsza terapia
W ciągu pierwszego dnia po przyjęciu lub kolejnego, jeśli przyjęcie odbyło się późnym popołudniem, pacjenci składają uroczystą przysięgę sajja. W specjalnej kapicy przed posągiem Buddy powtarzają za mnichem tekst ślubowania, że w określonym czasie nie sięgną po narkotyki ani nie będą namawiać do tego innych. Najpierw recytują inwokację ślubowania wspólnie, a potem każdy składa indywidualną przysięgę. Na koniec ponownie ślubują jako grupa. Ślubowanie odbywa się w starożytnym języku pali, choć indywidualną część tekstu przysięgi można złożyć w języku ojczystym. Jeśli pacjent nie jest buddystą, może złożyć przysięgę w zgodzie z własną religią, np. ślubując zachowanie abstynencji wobec uznawanego przez siebie Boga.
Przysięga dotyczy problemu uzależnienia przede wszystkim. Może się jednak składać z kilku różnych przyrzeczeń jedynie pośrednio dotyczących uzależnienia. Takim przykładem jest ślubowanie, że pacjent przez rok będzie traktował swoich rodziców z należytym im respektem. Mnich prowadzący ślubowanie układa jego treść, korzystając ze swojego bogatego doświadczenia. Intuicyjnie wyczuwając problemy pacjenta, stara się trafić w źródło powodujące uzależnienia. Jako osoba nie posiadająca żadnych uzależnień, składałem między innymi przysięgę dotyczącą poszukiwań świętości. Zadanie stało się dla mnie niezwykłym wyzwaniem, gdyż wymuszało zdefiniowania pojęcia świętości jeszcze przed samym rozpoczęciem ich poszukiwania w otaczającym świecie. Przyznam szczerze, że cały czas tkwię na etapie próby zrozumienia, czym jest ta świętość. Owa przysięga sajja wbiła ćwieka w cały mój system religijny. Ze świętych rzeczy odnajdowałem jedynie co jakiś czas święte odchody, mamrocząc pod nosem „Holly shit”. Nie tylko nie widziałem wokół siebie świętości, ale nawet nie potrafiłem zdefiniować, czym owa świętość jest…
Po ślubowaniu starszy mnich wygłasza krótki wykład o zagrożeniach płynących z zażywania narkotyków oraz o wartości uczciwego życia. Następnie pacjenci zakładają stroje szpitalne — czerwone koszulki z religijnymi tekstami umieszczonymi na plecach i luźne czerwone spodnie. Potem przechodzą do strefy wymiotów, gdzie otrzymują pierwszą z pięciu dawek ziołowego leku. Ze względów organizacyjnych rytuał wymiotny obecnie odbywa się około godziny 15:00. Na przestrzeni lat miał miejsce o różnych porach dnia.
Rytuał oczyszczania organizmu
Sesja wymiotna nie jest zabiegiem indywidualnym. Choć biorą w niej udział tylko nowi pacjenci, którzy jeszcze nie są na terapii dłużej niż 5 dni, wielu innych im kibicuje. Jest to więc wydarzenie dość istotne dla całej rehabilitowanej społeczności. Część mnichów przychodzi w tym czasie do części zamkniętej, by kibicować tym, którzy właśnie środek wymiotny przyjmują. Rytuał ma swoją otoczkę muzyczną — są werble i bębny, są śpiewy i pląsy, panuje wesoła i podniosła atmosfera.
Na dziedzińcu centrum terapii uzależnień, które jest wydzieloną częścią klasztoru, wokół betonowego basenu w kształcie kwiatu lotosu rozstawione są misy lub wiadra z wodą — po jednym dla każdego pacjenta. Pacjenci początkowo stoją w rzędzie i słuchają instrukcji. Następnie mnisi rozlewają niezbyt zachęcająco pachnący i nie najlepiej smakujący brązowy eliksir przygotowywany według receptury zakonnej. Każdy pacjent musi wypić kieliszek (25–30 ml) tego ziołowego wywaru, a następnie natychmiast popić dużą ilością wody. Pacjenci siadają więc na podłodze, w której wybetonowana jest rynna kanalizacyjna i wlewają w siebie litry mono-tlenku di-wodoru. Wymioty zaczynają się niemal natychmiast.
Jeśli jednak pacjent nie wypije wystarczająco dużo wody, doświadcza bardzo bolesnych skurczów żołądka, które mogą wymagać nawet hospitalizacji. Mnisi opiekują się każdym z pacjentów, pomagając im pić wodę i trzymając ich ciała, gdy ci wymiotują. Podtrzymują też pacjenta na duchu, spokojnym głosem zapewniając, że wszystko jest w porządku i że setki tysięcy pacjentów przeszło kurację wymiotną bez żadnego szwanku dla zdrowia. Cały proces oczyszczania jest długotrwałym, wyczerpującym i dość nieprzyjemnym doświadczeniem, ma ono jednak niezwykle wartościowe działanie terapeutyczne. Pacjenci nieprzyjmujący lekarstwa cały czas aktywnie wspierają nowo przybyłych, zagrzewając ich do walki śpiewami, żartami i grą na instrumentach. Wybębniana muzyka dostosowuje swoje tempo do intensywności wymiotów, przez co cała sesja wymiotna przypomina bardziej wesoły i głośny festyn niż dramatyczny moment terapii.
Według mnicha Phra Chamroona, który opracował i wprowadził ową terapię, metoda ta ma kluczowe znaczenie zarówno psychologiczne, jak i fizyczne.
— Pacjenci lepiej oswajają się z lękiem przed mdłościami. Nudności to bowiem jeden z głównych objawów odstawienia narkotyków i nieodłączny towarzysz terapii. Dzięki codziennej sesji prowokowanych wymiotów, pacjenci boją się ich mniej. Celowe wywołanie wymiotów oswaja ich z uczuciem nudności i pomaga je przezwyciężyć.
— Ważnym czynnikiem sesji wymiotnej jest zadanie psychicznego oczyszczenia umysłu. Pacjent odnosi wrażenie, że wraz z wyrzuceniem ze swojego wnętrza brunatnej mazi jego ciało zostało całkowicie oczyszczone z narkotyków.
— Wymioty i związane z nim reakcje chemiczne w mózgu (wyrzut endorfin po zakończonej sesji) maskuje zespół odstawienia. Intensywne wymioty „przykrywają” objawy abstynencyjne, przez co większość pacjentów zapomina o głodzie narkotykowym i jest w stanie przetrwać pierwsze dni bez środków odurzających.
— Niebagatelnym wpływem na skuteczność terapii jest także pojawiające się po sesji zmęczenie organizmu, które owocuje lepszym snem. Osłabienie po intensywnych wymiotach pozwala pacjentom łatwiej zasnąć, do czego nie potrzebują już żadnych środków uspokajających, co jest problemem w terapiach klasycznych.
— Zaaplikowanie sobie takich niezbyt przyjemnych wrażeń fizycznych uwalnia wrażenie odbywania psychologicznej „kary” za grzech narkomanii. Wymioty są postrzegane jako forma pokuty i mocno utrwala się w pamięci pacjentów. Dzięki temu boją się wrócić do nałogu, wiedząc, przez jakie katusze musieliby przejść ponownie.
Kolejne dni terapii
Na terenie klasztoru funkcjonują trzy sauny parowe. Najmniejsza rozpalana jest jedynie okazjonalnie. Drugą mnisi uruchamiają popołudniami. Dostęp do niej jest ograniczony i korzystają z niej głównie mnisi. Trzecia, największa sauna jest ogólnodostępna i funkcjonuje od godzin porannych do zachodu słońca. Podzielona jest na dwa niezależne pomieszczenia — osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn. Jednorazowo w każdym z pomieszczeń może przebywać nawet 40 osób. Para wodna używana w saunie jest aromatyzowana czterema lokalnymi ziołami i trawą cytrynową, które gotują się w kotle parowym. Dzięki ziołom sauna ma swój specyficzny zapach, który utrwala się w skórze na długie godziny. Stosowane zioła mają działanie antyseptyczne dla skóry, a zapach trawy cytrynowej skutecznie odstrasza komary i inne insekty. Po południu pacjenci odbywający rehabilitację obowiązkowo korzystają z parowych kąpieli ziołowych w trzech 10 minutowych sesjach rozdzielonych 5-minutową przerwą na polewanie się zimną wodą.
Stosowanie sauny parowej ma podobnie do sesji wymiotnej bardzo ważne działanie terapeutyczne. Jest to dalsza cześć oczyszczania organizmu z toksycznych narkotyków. Po przewodzie pokarmowym czas na oczyszczanie skóry. W saunie dodatkowo pacjenci mogą się zrelaksować po ekscytujących wymiotach, ciepło pary rozluźnia ich mięśnie i łagodzi ewentualne skurcze, skóra staje się bardziej elastyczna i jędrna, wywołując wrażenie odmładzające i wzmacniając motywację do zerwania z nałogiem (szczególnie skutecznie działając na kobiety).
Regularne kąpiele ziołowe jest kluczowym i dość unikatowym na skalę światową elementem terapii. Zioła wzmacniają uczucie gorąca, a zimne kąpiele w trakcie przerw poza sauną pomagają przyjemnie schładzać organizm. Tym bardziej, że woda jest dostępna w nieograniczonych ilościach, ponieważ wdzięczni pacjenci i ich rodziny sfinansowali dwie studnie artezyjskie na potrzeby klasztoru.
Największym kosztem utrzymania saun jest podgrzewanie wody. Dawniej wykorzystywany był do tego olej napędowy, co stanowiło duże obciążenie finansowe. Dzisiaj sauny opalane są drewnem zwożonym z wycinek drogowych oraz odpadami stolarskimi, co z jednej strony redukuje wymagania finansowe wobec klasztoru, z drugiej jednak jest wielkim wyzwaniem dla lokalnej społeczności chcącej utrzymać darmowy profil tej rekreacji i rehabilitacji. Z sauny korzysta codziennie bowiem kilkaset osób w luźny sposób powiązanych z zakonem, okolicznych mieszkańców i pacjentów niezwiązanych z terapią uzależnień (pracownia zielarska zajmuje się pomocą w całym spektrum różnych dolegliwości zdrowotnych).
Dzień drugi — kluczowy moment
Do pacjentów przechodzących detoksykację podchodzi się bardziej łagodnie. Pozwala im się wyspać i nie narzuca im się jeszcze w tym czasie żadnych obowiązków porządkowych. Rano rezydenci odtrucia otrzymują karty medyczne, które zbierane są przed sesją wymiotów. Jest to także forma sprawdzania obecności. Jeśli kogoś brakuje, rozpoczynane są poszukiwania.
Czerwony uniform, w który obowiązkowo przebrani są pacjenci, sprawia, że potencjalny zbieg jest łatwo rozpoznawalny zarówno na terenie klasztoru jak i poza nim. Okoliczni mieszkańcy często sami odprowadzają uciekinierów z powrotem do klasztoru, rozumiejąc szok pacjentów wychodzących z narkomanii. Najtrudniejszym momentem jest 36. godzina terapii — druga noc po przyjęciu. Wielu pacjentów właśnie wtedy decyduje się uciec. Niewielu z nich udaje się dotrzeć do asfaltowej drogi, która oddalona jest od klasztoru o około kilometr. Zdezorientowani i w amoku spowodowanym brakiem narkotyku często mylą drogę i klinują się w okolicznym buszu. Bez ostrej maczety jest to miejsce trudne do sforsowania. Mnichom nie jest trudno ich wówczas odnaleźć, gdyż bez dobrej znajomości topografii oddalenie się od klasztoru nie jest łatwe.
Uciekinierzy są w szoku spowodowanym odstawieniem. Każdy pacjent przeżywa swoją traumę. Do tej pory narkotyki skutecznie głuszyły wyrzuty sumienia, sztucznie wyrzucając tony endorfin i zanurzając świadomość w świecie narkotycznych fantazji. Gdy ten chemiczny parasol nagle opada, widziany świat zmienia swoją barwę i do głosu dochodzą wspomnienia popełnionych w narkotycznym głodzie czynów. Często są to bardzo kryminalne historie, z zabójstwami włącznie. Kobiety sprzedawały swoje ciała za działkę narkotyku, porzucały własne dzieci, kradły, oszukiwały, kłamały. Nieobce im doprowadzanie swoich najbliższych do bankructwa lub samobójstwa. Gdy to wszystko wreszcie dociera do świadomości pacjenta, czuje on olbrzymi wstyd i obrzydzenie do samego siebie. Uczycie to chciałby jak najszybciej ponownie zagłuszyć narkotykami albo, co gorsza, zaświta w nim myśl popełnienia samobójstwa. Mnisi bardzo dużą uwagę przywiązują do pilnowania pacjentów. Wbrew regule zakonnej pozwalającej wyłącznie na spokojny marsz ganiają za tymi, którym udaje się przeskoczyć okalający teren detoksu mur i próbują uciekinierów unieruchomić. Jest to o tyle ważne, że w tym krytycznym okresie istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo odebrania sobie przez pacjenta życia.
Przeciw ucieczkom z terenu klasztoru przemawia kilka istotnych argumentów. Pacjent w pierwszym dniu składa uroczyste ślubowanie, o którym jeszcze powinien pamiętać. Składa je dobrowolnie i terapię podejmuje także dobrowolnie — oprócz samego narkotycznego głodu i wyrzutów sumienia nie ma powodów ucieczki. Skutecznie przeciw ucieczkom działa także fakt, że pacjenci nie posiadają przy sobie żadnych środków pieniężnych ani kart płatniczych. Wiedzą też, że w okolicy klasztoru ich ubiór będzie rozpoznawalny i każda napotkana osoba okaże swoją pomoc w powrocie na rehabilitację a nie ucieczce z niej.
Stan mentalny pacjenta stabilizuje się po przejściu tego kryzysu. Między 40. a 48. godziną pobytu w ośrodku zaczyna czuć się lepiej. Jak mawiał założyciel Thamkrabok, Phra Chamroon, „dopiero od tego momentu zaczyna się prawdziwe leczenie”.
Dzień trzeci i czwarty — pierwsze oznaki poprawy
Pacjenci budzą się wcześnie i są głodni, ale nie mogą jeść przed sesją wymiotów. Zresztą nawet gdy czują głód, raczej nie mają apetytu i nie są w stanie zjeść całej porcji. Nadal mierzą się z zespołem odstawienia, który jest bolesny i nieprzyjemny. Cały czas są z nimi mnisi, do których mogą się zwracać z każdym swoim problemem. W ciągu dnia prowadzone są terapie grupowe, na których byli pacjenci a już mnisi opowiadają o swoich doznaniach podczas terapii, wskazują na zagrożenia i radzą jak walczyć z pojawiającymi się symptomami. Rozmowy te podtrzymują pacjentów na duchu, dodając im sił i motywacji do dalszej walki z samymi sobą.
Po czterech dniach terapii wymiotnej i kąpielach w saunie parowej pacjenci przechodzą rytuał strzyżenia. Nie jest on obowiązkowy, ale zaleca się go dla dobrostanu psychicznego. Podczas niego mnich obcina lub goli włosy pacjenta. Jest to symboliczne odzyskanie kontroli nad swoim życiem. Stare włosy, które nawiązują do poprzedniego stylu życia, zostają odrzucone. Pacjent otrzymuje szansę na nowe życie, które pojawi się wraz z odrastającymi włosami.
Rytuał golenia głowy jest jedną z praktyk monastycznych buddyzmu. Przyjmując święcenia, adept porzuca dawne świeckie życie, rozpoczynając całkowicie nowy jego etap. Golenie głowy wspierane jest przez porzucenie świeckich ubrań na rzecz mnisiej szaty i przyjęcie nowego imienia. Tym samym cała przeszłość owego człowieka przestaje mieć znaczenie na rzecz przyszłości. Buddyjska ścieżka monastyczna jest skoncentrowana właśnie na pracy z umysłem, trenowaniu silnej woli i porzucaniu swoich uwarunkowań. Z takimi właśnie problemami mierzą się uzależnieni od narkotyków lub alkoholu. Droga zatem mnicha buddyjskiego, który jest uzależniony od dóbr doczesnych, jest zbieżna z drogą osoby uzależnionej od narkotyków. Uzależnienie bowiem jest samo w sobie oznaką słabej psychiki, niezależnie czego ono dotyczy. Zmiana wyglądu zatem poprawia poczucie własnej wartości i daje nadzieję na zmianę dotychczasowego życia.
Dzień Piąty — ostatnia dawka leku
Terapia Thamkrabok oparta jest na założeniu, że lek wymiotny przyjmowany jest obligatoryjnie poprzez pięć pierwszych dni pobytu w klasztorze. W zdecydowanej większości przypadków okres ten jest wystarczający, by poradzić sobie z efektem odstawienia. Piątego dnia pacjenci czują się już znacznie lepiej, są silniejsi i pełni energii. Zaczynają jeść pełne porcje, a często nawet jedzą dwukrotnie więcej niż zwykle. Jeden z młodych pacjentów podsumował:
„Piątego dnia czujesz się jak nowo narodzony. Twój organizm jest całkowicie oczyszczony, nie ma w tobie już ani śladu narkotyków. A potem jesz i jesz przez kolejne pięć dni, a jedzenie tutaj jest naprawdę dobre. Widzisz w oczach, jak ty i inni ekspresowo nabieracie ciała.”
Świadomość rekonwalescentów jest wzbogacona informacją, że ich okres przejściowy zakończył się sukcesem. Od tej pory nie muszą już przyjmować brunatnej mikstury, która powoduje wymioty treści sięgających daleko głębiej niż sam żołądek. Po przyjęciu ostatniej dawki specyfiku ich aktywność ograniczać się będzie do kibicowania tym, którzy rozpoczęli terapię później od nich. W uzasadnionych sytuacjach — na wniosek pacjenta — mnich prowadzący terapię może zezwolić na przedłużenie okresu przyjmowania środka wymiotnego, nie jest to jednak powszechnie stosowana opcja. Wielu kuracjuszy chce kontynuować sesje wymiotne jeszcze długo po opuszczeniu murów ośrodka a nawet po założeniu mnisich szat. Muszę przyznać, że wielokrotnie proponowano mi zażycie tego nektaru bogów. Ba! Byłem do jego wypicia nachalnie nagabywany; nigdy jednak nie odczułem potrzeby spróbowania go. Wystarczała mi sama obserwacja sesji wymiotnych, by jednak kielicha z tym „lekarstwem” nigdy nie przechylić. Niemniej wielu mnichów sporadycznie kontynuowało „oczyszczanie” wymiotami swojego przewodu pokarmowego nawet po kilku latach od zaprzestania stosowania jakichkolwiek używek. Zdobycie tej wartościowej mikstury nie było wszak łatwe. Specyfik ów jest ściśle reglamentowany i niedostępny poza nieliczną grupą mnichów zajmujących się jego konfekcjonowaniem. Moja niechęć do wymiotów i oddanie w pracowni zielarskiej zaowocowało w pewnym momencie nobilitacją zapraszającą mnie do tej grupy mnichów. Wraz z kilkoma innymi szczęśliwcami przez pewien czas zajmowałem się produkcją sekretnego „lekarstwa” zakonu Thamkrabok.
Drugie pięć dni — rekonwalescencja
Od dnia szóstego pacjenci mogą zapomnieć o smaku brunatnej mazi i zawartości kiszki stolcowej, która ta maź przez gardło wyrzuca. Kończy się piekło, rozpoczyna raj; kuracjusze przechodzą w stan euforii. Efekt odstawienia mija i przestają czuć głód narkotykowy, co daje im subiektywne poczucie uwolnienia się od nałogu. Odzyskują apetyt, wraca smak i zapach. Jedzenie staje się wyjątkowo smaczne i odżywcze. Regularne kąpiele ziołowe w saunie parowej nadal pomagają się zrelaksować i lepiej spać. Po kolacji mnisi prowadzą wykłady o buddyzmie lub organizują otwarte dyskusje na temat problemów pacjentów. Wieczorami mogą uczestniczyć w recytacji sutt w sali Magsaysay. Spotkania te są dobrowolne, jednak wyjścia poza strefę zamkniętą, której przez pierwsze pięć dni nie mogli opuszczać, wydają się im bardzo nobilitujące i przez to atrakcyjne. Pacjenci są aktywnie zachęcani do udziału w ceremoniach religijnych zakonu. Oprócz tego mogą pod nadzorem mnichów podejmować prace porządkowe w świątyni, w pracowniach prowadzonych przez mnichów, w kuchni, w ogrodzie itd. Mając zajęcie, ich dni przestają płynąć monotonnie. Aktywnie uczestniczą również w terapii nowo przyjętych, pomagając im przetrwać sytuacje kryzysowe, dzieląc się doświadczeniami z sesji wymiotnych czy omawiając dyskomfort efektu odstawienia.
Terapia opracowana przez Phra Chamroona opera się na 10 dniowym pobycie w wytyczonej i zamkniętej strefie. Jest ona ściśle monitorowana zarówno dniem jak i nocą. Okres ten zostaje w specyficznych przypadkach wydłużany nawet do miesiąca. Na oddział trafiają pacjenci z kilkudziesięcioletnim nałogiem ale także małoletni, którzy ulegli presji otoczenia i zdążyli się uzależnić w ciągu kilku miesięcy. Każdy przypadek jest inny i wymaga odrębnego postępowania.
Pamiętam czternastoletnią dziewczynkę z Czech, którą na terapię przywiozła jej zrozpaczona matka. Kobieta oprócz czeskiego nie znała żadnego obcego języka — zostałem więc poproszony o tłumaczenie. Pobyt dziewczynki z powodu obowiązków szkolnych musiał być krótki. Nawet owe minimum w postaci dziesięciu dni nastręczało nie lada problemów organizacyjnych. Dziewczynka na szczęście ładnie współpracowała z terapeutami i po dziesięciu dniach opuściła klasztor. W tym czasie jej matka dostała pokoik na terenie zakonu i mogła nadzorować cały proces detoksykacji osobiście. W końcowym okresie dołączył do niej partner — z mojej perspektywy dość młody chłopak typu Piotruś Pan. Spędziłem z nimi trochę czasu, gdyż byłem jedyną osobą, z którą mogli jakkolwiek konwersować. Facet nic złego nie widział w paleniu marihuany i oddawał się temu hobby z niezwykłym uwielbieniem. Nie odpuszczał nawet w zakonie, choć starał się z tym hobby kryć — zielsko w Tajlandii jest mocno nielegalne, na dodatek mocno nieetyczne w centrum uzależnień. Próbowałem mu uzmysłowić, że problem córki ma swoje źródło w jego przywiązaniu do konopi, że szansą dla niej jest jego zmiana nastawienia do narkotyków miękkich. Wszystko jednak jak grochem o ścianę. Kategorycznie odrzucił ofertę terapii. Marycha jest zdrowa, zdrowsza od papierosów, działa przeciwbólowo, rozluźniająco i takie tam. Córki uzależnienie upatrywał w kontaktach nawiązanych w szkole i w narkotykach twardych od dealerów. W trakcie rozmów odkryłem, że nie tylko narkotyki miękkie były udostępniane przez ojca nieletniej. Podobno twarde, które zdarzało mu się zażywać, także mu podkradała. Nie widziałem wiązania jakiejkolwiek odpowiedzialności za obecny stan dziecka z własnym uwielbieniem dla narkotyków. Nie chciałem też wywoływać niepotrzebnych kłótni, więc milczałem do samego końca ich pobytu. Dopiero gdy wrócili do Czech, napisałem do kobiety wiadomość, że dziewczynka wróci do narkotyków, jeśli ona nie zmieni upodobań partnera lub samego partnera. Już po kilku tygodniach tak się właśnie stało — dziewczynka wróciła do ćpania, uciekła z domu i żyła z przypadkowymi partnerami w przypadkowych miejscach, dopóki znowu nie odnalazła jej policja. Ponieważ nie była to pierwsza jej ucieczka z domu, sprawa trafiła ponownie do sądu rodzinnego i prawa rodzicielskie kobiecie zostały tym razem całkowicie odebrane a dziewczynka trafiła do placówki opiekuńczej. Dopiero ten fakt potrząsnął kobietą wystarczająco silnie, by zerwać z uzależnionym partnerem i poświęcić więcej uwagi dorastającej córce. Finał na szczęście okazał się pozytywny. Dziewczynka po odseparowaniu od narkotycznego ojczyma wróciła do zdrowia, do szkoły i do normalnego funkcjonowania. Jeśli o jakiejkolwiek normalności po epizodzie uzależnienia można w ogóle jeszcze mówić…
Powrót do normalności
Pacjenci nie mają żadnych obowiązków, aż do dnia wyjazdu, kiedy muszą posprzątać dormitorium. Po piątym dniu leczenia mnisi zachęcają tych silniejszych, aby pomagali w codziennych obowiązkach, terapii nowo przyjętych pacjentów i pracach na farmie klasztornej. Wielu pacjentów zgłasza się do pomocy dobrowolnie.
Ciekawym fenomenem jest fakt, że wśród tych często młodych i pełnych niespożytej energii ludzi — często społecznych wyrzutków, przestępców, degeneratów moralnych — niemal nie dochodzi do agresji, mimo iż dormitoria są zwykle mocno przepełnione. Bójki są naprawdę rzadkością. Pacjenci czują, że łączy ich wspólny los i wspólny problem, rodzi się w nich empatia i pokojowe nastawienie do innych kuracjuszy. Każdy tu jest taki sam, każdy ma tylko czerwony kubraczek, podobne doświadczenia życiowe i żadnych niekoniecznych przedmiotów osobistych — nie ma więc jeszcze zazdrości. Nie ma też w tej chwili sensu przywdziewania maski społecznej. Czas poświęcony terapii jest czasem na radzenie sobie z własnymi słabościami — świat zewnętrzny jest więc w sporej części ignorowany.
Serdeczność z okresu terapii nie jest cechą trwałą. Pobyt w centrum, w którym nie trzeba przed nikim nic już grać ani udawać, ma bardzo dużą wartość terapeutyczną. Pacjenci wyrwani ze świata, w którym dominuje agresywna rywalizacja o wszystko — od pieniędzy po względy partnera lub rodzica — czują się wolni psychicznie a ich stosunek do życia staje się bardziej przyjazny. Owe kilka dni nie zmieni ich trwale, daje jednak perspektywę, której tak potrzebują. Z biegiem czasu obraz Thamkrabok w ich pamięci stanie się bardzo pozytywny mimo tych potwornie niemiłych sesji wymiotnych i bóli efektu odstawienia. Miłe wspomnienia związane są z uczuciem wolności od udawania. Tłumione cechy pozytywne, które w brutalnym świecie zewnętrznym uchodzą za przejaw słabości, wreszcie mogą się ujawnić i zostać skonsumowane. Do głosu dochodzi chęć pomagania zamiast szkodzenia, dzielenia się zamiast zabierania, komunikacji z innymi w sprawach z dna serca zamiast tuszowania ich cynizmem i autoagresją.
Dziesiąty dzień — czas wyjazdu
Dziesiątego dnia rano, po ostatnich naukach, pacjenci mogą wreszcie opuścić klasztor. Co piąty pacjent decyduje się jednak zostać w Thamkrabok dłużej. Czują, że ich terapia nie jest jeszcze zakończona i potrzebują więcej czasu na przeorganizowanie swoich wartości życiowych. Samo 10-dniowe odtrucie jest jedynie preludium długiego okresu rekonwalescencji, który według różnych badań trwa od 6 miesięcy do niemal dwóch lat. W czasie przedłużonego pobytu pomagają nowym pacjentom lub pracują w ogrodzie. Jeśli po kilku tygodniach nadal nie czują się na siłach stawić czoła poza-klasztornej rzeczywistości, przyjmują święcenia i sami stają się częścią zakonu. Ponad 80% mnichów w klasztorze to byli narkomani. Niektórzy z nich podążają ścieżką monastyczną przez kilka tygodni, niektórzy przez kilka lat, a jeszcze inni pozostają w Thamkrabok do końca swoich dni, które trwają nawet do późnej starości.
Poza klasztorem na kuracjuszy nadal czekają zagrożenia, których w okresie pobytu w Thamkrabok mogli uniknąć. Stare środowisko było najczęściej tym, które ich do zażywania narkotyków skłoniło. Powrót do domu wiąże się wszak z powrotem do dawnych znajomych, społeczności najczęściej narkomanów, do miejsc, w których łatwo dostać narkotyki, do złej reputacji wypracowanej sobie w trakcie uzależnienia, powrotu do długów finansowych, których wierzyciele domagają się spłaty, do kartoteki policyjnej i wpisów w rejestrach skazanych, które demolują wszelkie próby znalezienia pracy. Przytłaczający brak perspektyw i trudy sytuacji są znaczącym czynnikiem anihilującym terapię w Thamkrabok i powrotem do uzależnienia, z czego pacjenci zdają sobie świetnie sprawę.
Większość pacjentów zaczęła swoją przygodę z narkotykami w bardzo młodym wieku. Będąc na wiecznym haju, nie podążali ścieżką edukacji, dymem żarzącej się konopi zastępując płomień kaganka oświaty. Długotrwałe zażywanie narkotyków lub alkoholu zdegradowało chemicznie ich centralny system nerwowy, doprowadzając w większości przypadków do trwałej ułomności intelektualnej, problemów z koncentracją i uczeniem się, brakiem podstawowej wiedzy o życiu i świecie. Blisko połowa uzależnionych nie ma zawodu ani stałej pracy. Rozpoczynają nowe życie z wyjątkowo niekorzystnie zlokalizowanego bloku startowego, który nie emanuje nadzieją i wsparciem psychicznym — wręcz przeciwnie, doprowadza do depresji i podwinięcia rękawa pod zewnętrznie podane endorfiny.
Wychodząc naprzeciw tym wyzwaniom, w Thamkrabok prowadzonych jest wiele pracowni rzemieślniczych. Choć zasady monastyczne buddyzmu therawada nie pozwalają mnichom na podejmowanie żadnych prac, w zakonie patimokkha nie jest przestrzegana. Zamiast niej wprowadzane są zasady mające wesprzeć uzależnionych w powrocie do zdrowia. Podczas gdy patimokkha zakazuje mnichom pracy fizycznej, w Thamkrabok jest ona nakazana. Wymusza się wręcz na mnichach minimum czterogodzinną pracę w którejś z pracowni lub w ogrodach zakonu. Dzięki temu uzależnieni mają możliwość nauczenia się nowego rzemiosła, otrzymują wsparcie i przewodnictwo od mnichów bardziej obeznanych z daną dyscypliną. Takich pracowni jest obecnie kilkanaście. Pacjenci z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem mogą otwierać swoje własne pracownie i się w nich sami rozwijać bądź uczyć swojego fachu zainteresowanych nim mnichów. Taka samopomoc w Thamkrabok pozwala uzależnionym lepiej dostosować się do realiów świata zewnętrznego, gdy zdecydują się wreszcie zrzucić szaty i rozpocząć świeckie życie.
Różnice między Thamkrabok a szpitalami rządowymi
Co najmniej połowa pacjentów zakonu miała już wcześniej przyjemność poddania się terapii w szpitalach państwowych lub prywatnych placówkach walki z uzależnieniami. Niektórzy przechodzili taki proces wielokrotnie, stając się stałymi bywalcami detoksów. W tradycyjnej terapii podaje się metadon, który redukuje nieprzyjemne objawy odstawienia i pozwala ten okres przejść bardzo łagodnie. Warunki w takich miejscach są także o niebo lepsze niż w Thamkrabok. Szpitale są dobrze wyposażone, każdy pacjent ma osobne łóżko a często nawet osobny pokój z własną łazienką, jedzenie jest wykwintne i smaczne. Nad dobrostanem pacjenta czuwa lekarz i pielęgniarki, psycholog prowadzi codzienne sesje motywujące. Mimo to, a może właśnie dlatego, skuteczność terapii jest niska. Według różnych statystyk od 80—95% pacjentów do uzależnienia wraca. Przyjemność takiej terapii jest obustronna. Zapewnienie komfortowych warunków i łagodnego efektu odstawienia owocuje zadowoleniem zarówno samego pacjenta, jak i całej ekipy tym pacjentem się zajmującej. Na czele zadowolonych stoi właściciel takiego centrum lub szpitala, który wszak za każdego kuracjusza otrzymuje od rodziny lub od NFZ pokaźne wynagrodzenie. Biznes szpitalny się kręci podobnie jak i kręci się biznes dealerów lub sklepów monopolowych — wszyscy są tu zadowoleni i każdemu, mimo pozornego oddania, zależy na kontynuacji dochodowego procederu.
Sytuacja w Thamkrabok wygląda wprost przeciwnie. Terapia nie kosztuje pacjenta ani jego rodzinę absolutnie nic, mnisi nie dostają żadnego wynagrodzenia, nie podawane są żadne środki farmakologiczne łagodzące objawy odstawienia. Nie ma ekonomicznego powodu, by terapia musiała zostać powtórzona. Ba! W Thamkrabok taką terapię można odbyć wyłącznie raz. Pacjenci, którzy po detoksie wrócili do narkomani lub alkoholizmu, nie są przyjmowani ponownie na oddział. O tej zasadzie są oni informowani w trakcie terapii na każdym kroku. Mnisi wyciągną do ciebie rękę, ale tylko raz. Nigdy więcej!
Bardzo prymitywne warunki pobytu wraz z bolesnym i wyjątkowo nieprzyjemnym efektem odstawienia utrwalają w umyśle pacjenta wrażenie poświęcenia. Wyjście z nałogu kosztuje. Kosztuje jego samego, a nie rodzinę lub zakład ubezpieczeń społecznych. On sam musi zapłacić za swoje słabości i swoją głupotę. Świadomość tego zastaje z nim nawet po opuszczeniu Thamkrabok — za wszystko w życiu trzeba zapłacić, nie ma na świecie nic za darmo. Tymczasem po terapii klasycznej powstaje w umyśle uzależnionego zupełnie inny obraz walki z uzależnieniem — smaczne darmowe jedzenie w komfortowych warunkach niczym w nadmorskim pięciogwiazdkowym resorcie, miła i niezwykle serdeczna obsługa machająca życzliwie na pożegnanie „zapraszamy ponownie, będziemy za tobą tęsknić”. I jak tu z takiej oferty nie skorzystać?!
Jeśli pacjent Thamkrabok wróci do narkotyków, nigdy nie zostanie przyjęty ponownie. Złamanie ślubowania sajja oznacza koniec terapii i przyjęcie na siebie karmicznych tego konsekwencji. Konsekwencji nie tyle samego uzależnienia, co przede wszystkim konsekwencji nieudanej terapii. Poświęcenie mnichów pomagających uporać się z nałogiem jest walutą, którą trzeba bezwzględnie spłacić. Przysięga sajja jest niczym cyrograf z samym diabłem. Dam ci wszystko, czego zapragniesz, panie Twardowski, ale gdy tylko pojawisz się w Rzymie, twoja dusza będzie moja. Tym Rzymem jest substancja zmieniająca stan świadomości, której pacjent ślubuje nie doświadczać ponownie.
Społeczność buddyjska, z której w przytłaczającej mierze składa się Thamkrabok, wierzy w prawo karmy. Jest to pewien rodzaj zasady energetycznej — ile dobra z siebie wydasz, tyle też otrzymasz z powrotem. Podobnie działa to w drugą stronę — całe zaabsorbowane dobro, które wyświadczył świat zewnętrzny pod postacią rodziny lub przypadkowych ludzi, trzeba bezwzględnie spłacić. Nie ma wybacz, nie ma zmiłuj się. Nie jest to prawo podlegające ludzkim inteligentnym zasadom, którymi można manipulować. Jest to prawo bardziej fizyczne, prawo przyczyny i skutku. Jeśli kopniesz kamień do przodu, nie poleci on do tyłu, nie poleci do góry na księżyc ani nie wbije się w płaszcz Ziemi. Zgodnie z prawem fizyki Newtona energia kopnięcia pozwoli kamieniowi przelecieć kilka metrów i się zatrzymać. Podobnie jest z prawem karmy, która działa bardziej w środowisku umysłu. Tam też odbywa się wymiana energetyczna. Ślubowanie zawiera się z samym sobą, z własną podświadomością, ukrytą inteligencją przez życie nas prowadzącą. Jest to bezwzględny i cyniczny sędzia, nie znający litości i nigdy nie zapominający ani wyrządzonych krzywd, ani uczynionego dobra. Cokolwiek w życiu pacjent nawywijał, jest to na zawsze utrwalone w umyśle i przyjdzie czas się z tego rozliczyć.
Zawarcie przymierza z własną podświadomością w formie przysięgi sajja powoduje kosmiczne konsekwencje. To właśnie podświadomość kieruje kroki pacjenta do Thamkrabok, mając jeszcze nadzieję na uratowanie przeklętej duszy. Akt desperacji owej jest aktem finalnym — doświadczenie mnichów Thamkrabok sugeruje, że osoby łamiące ślubowanie kończą zazwyczaj tragicznie. Dlatego uświadamia się pacjentów o jego powadze. Założyciel zakonu Phra Chamroon powtarzał, by przed ślubowaniem wykluczyć osoby z niepoważnym nastawieniem do terapii, gdyż złamanie przyrzeczenia może dla tych pacjentów skończyć się śmiercią. Wskazywał, by leczyć tylko tych uzależnionych, których da się wyleczyć, czyli którzy przychodzą do Thamkrabok z odpowiednim nastawieniem. Pacjenci muszą sobie zdawać z tego sprawę.
Jeden z byłych pacjentów powiedział:
„Gdy składasz to ślubowanie, wiesz w głębi serca, że jeśli je złamiesz, już jesteś martwy.”
Po chwili dodaje, że widział to na własne oczy:
„Ci, którzy złamali ślubowanie, giną w wypadkach, tracą rozum albo popełniają samobójstwo.”
Sam ma kilka dowodów na takie działanie karmy. Jedną z pacjentek była dwudziestoletnia dziewczyna o imieniu Sasza. Pochodziła z Rosji. W ciągu swojego krótkiego jeszcze życia spróbowała niejednego środka odurzającego, bywała też w ekstremalnych sytuacjach życiowych. Piękną drobną blondynkę o słowiańskiej urodzie wykorzystywała narkomańska społeczność na różne sposoby. Jej stan zdrowia podczas pierwszej wizyty był dramatyczny. Nie została przyjęta do ośrodka za pierwszym razem. Matka została poproszona, aby odtrucie przeprowadzono w warunkach szpitalnych, gdyż organizm dziewczyny był skrajnie wyczerpany i metoda cold turkey mogłaby okazać się dla niej zbyt ryzykowana. Po odtruciu została w klasztorze na dłużej. Złożyła przysięgę sajja, wdziała białe szaty anagariki i włączyła się w życie monastyczne. Nie było to życie usłane różami, gdyż przytłaczająca większość mnichów Thamkrabok wywodzi się z kierowanego uzależnieniami świata przestępczego. Nabytych latami uwarunkowań nie da się wymazać w dziesięć dni. Moralność uzależnionych też mocno odstaje od moralności osób z narkotykami i alkoholem nie mających nic wspólnego. Zarząd świątyni nie chciał dziewczynie pomóc w uzyskaniu pozwolenia na pobyt w Tajlandii, więc Sasza musiała opuścić klasztor na kilka dni i udać się do Laosu, by odnowić swoją wizę. Dostała od rodziny pieniądze na podróż, hotel i jedzenie, którymi sama musiała zarządzać. W Laosie zażyła narkotyk. Znaleziono ją martwą w pokoju hotelowym następnego dnia rano. Do rodziny wróciła w czarnym worku.
Innym przykładem jest mój podopieczny Mateusz. Wieloletni alkoholik, po dwóch wszywkach i kilku terapiach. Niezupełnie chciał poddać się leczeniu. Przyleciał na prośbę i nalegania swojej rodziny. Współpraca z nim była usłana cierniami. Oszukiwał, kłamał, udawał — byle tylko ugrać gotówkę. Wreszcie uciekł, upił się i w ambasadzie wyłudził bilet na lot powrotny do Polski. Przestrzegałem go przed takim scenariuszem. „Jeśli przerwiesz terapię i uciekniesz do Polski, to sięgniesz po alkohol i wkrótce umrzesz. Czy masz tego świadomość?” „Nie sięgnę po alkohol już nigdy. Czuję się zdrowy i mocny”. Nic do niego nie docierało. Próbowałem mu wytłumaczyć, jak działa karma i jak długi karmiczne bezwzględnie trzeba spłacać. Nie zdążył nacieszyć się Polską. Na warszawskim Okęciu został zatrzymany za jakieś stare grzeszki. Miał niespłaconą niewielką karę grzywny, którą w międzyczasie zaocznie sąd zamienił na dwa tygodnie pozbawienia wolności. Trzynastego dnia w areszcie zmarł.
Spośród pacjentów przybywających do Thamkrabok około 60 procent początkowo pochodziło z Bangkoku, a reszta z miast prowincjonalnych w całym kraju. W ostatnich latach proporcje się odwróciły i obecnie tylko 40 procent pochodzi ze stolicy. Niektórzy pacjenci przylecieli z kilkudziesięciu krajów zagranicznych, gdyż z biegiem lat terapia Thamkrabok stała się sławna na cały świat. Wśród pacjentów nie brakuje przedstawicieli Europy, Stanów Zjednoczonych, Australii czy Azji. Około 80 procent leczonych przypadków dotyczy uzależnienia od heroiny; pozostałe to marihuana, morfina, barbiturany, metadon i opium, choć z biegiem lat te proporcje się mocno zmieniają. Kobiety stanowią od 1—5% pacjentów. Najczęściej chcą uwolnić się od uzależnienia od tabletek nasennych (barbituranów), które powodują u nich drżenie i nerwowość. Wśród mężczyzn 70 procent jest w wieku od 14 do 25 lat, a około jedna trzecia to studenci. Do ośrodka zgłosiła się kiedyś cała rodzina wraz z małym dzieckiem, które uzależniło się od narkotyków poprzez ssanie mleka matki.
Według prowadzonych badań statystycznych przez mnichów Thamkrabok jedna trzecia młodych dorosłych użytkowników heroiny z obszarów miejskich wykazuje niestabilne cechy społecznoekonomiczne, takie jak bezrobocie i brak wykształcenia, i przyznaje się do działalności przestępczej w celu finansowania swojego nałogu. Grupa ta wyraźnie kontrastuje z użytkownikami opium, z których składali się pierwsi pacjenci Thamkrabok. Ci pochodzili głównie z północnych plemion górskich i około 80 procent z nich miało ponad 30 lat. Obecnie palaczy opium praktycznie już nie ma. W kontraście do uzależnionych od heroiny wszyscy palacze opium posiadali zatrudnienie w różnych zawodach związanych z działalnością wiejską, a zgłaszana działalność przestępcza była znikoma.
Badania statystyczne wykazują, że na całym świecie odsetek trwałego wyleczenia z uzależnień jest bardzo niski. Około 98% osób podejmujących terapię wraca do narkotyków, ponieważ ich sytuacja życiowa się nie zmienia. Samo odtrucie bez zmiany środowiska i przewartościowania życia nie jest skuteczne. Metoda motywacyjna, jaką stosuje się w Thamkrabok, ma jednak wyższy wskaźnik skuteczności. Niebagatelnym czynnikiem jest aspekt religijny. Jak wyjaśnił amerykański lekarz pracujący w Tajlandii z uzależnionymi: „Dopóki wierzą w skuteczność terapii i są wtopieni w społeczność innych wyleczonych uzależnionych, wskaźnik sukcesu jest bardzo wysoki. Gdy jednak opuszczają tę społeczność, czy to w Tajlandii, czy w Ameryce lub Europie, ich wiara w skuteczność powoli zanika i niemal nieuchronnie wracają do uzależnienia.”
W pierwszych latach działalności po opuszczeniu klasztoru przez pacjenta dokumentacja w Thamkrabok była niszczona. Miało to chronić go przed możliwymi konsekwencjami prawnymi, ponieważ wielu z podopiecznych wskazywało swoją przeszłość kryminalną. Większość informacji o losach tych pacjentów pochodziła z ustnych relacji nowych pacjentów, którzy pojawili się w Thamkrabok na podstawie ich rekomendacji. Przybywali tłumnie, ponieważ sami byli świadkami wyleczenia swoich towarzyszy. Później, w odpowiedzi na prośby władz państwowych i innych instytucji społecznych o statystyki dotyczące leczenia w Thamkrabok, Phra Chamroon wprowadził bardziej szczegółowy kwestionariusz rejestracyjny, ułatwiający późniejsze monitorowanie pacjentów. Oprócz imion i adresów członków rodziny lub krewnych, wymagane są również dane bliskich przyjaciół, przez których można się później skontaktować z pacjentem lub uzyskać informacje o jego stanie. Obecnie standardową procedurą jest kontrola po sześciu miesiącach i następnie raz w roku. Na listy i pocztówki wysyłane przez klasztor odpowiedziało 50 procent pacjentów. Z tych odpowiedzi wynika, że tylko około 30 procent wróciło do narkotyków, większość z nich w Bangkoku, gdzie dostęp do środków odurzających jest łatwiejszy. „Pacjenci, którzy najprawdopodobniej pozostaną wolni od nałogu, to ci, którzy mają rodzinę i podjęli pracę” — skomentował to Phra Chamroon.
Na podstawie doświadczeń z około 57 000 uzależnionych leczonych w Thamkrabok pomiędzy 1964 rokiem, kiedy program monitorowania pacjentów faktycznie się rozpoczął, a 1975 rokiem, Phra Chamroon klasyfikuje 60 procent przypadków jako stosunkowo łatwe, a 40 procent jako trudne. Odkrył, że 10 procent pacjentów jest w rzeczywistości „wyleczonych” już w momencie przybycia do klasztoru, ponieważ psychicznie odrzucili oni używanie narkotyków już w fazie przystąpienia do terapii i są zdecydowani to zrobić również fizycznie. Tę grupę w 35% stanowią studenci oraz 30% zatrudnieni. Pozostałe 35 procent, czyli osoby bez stabilnego źródła utrzymania i osoby parające się przestępstwem, są najbardziej narażone na nieskuteczną terapię.
W 1971 roku amerykański personel medyczny przeprowadził badanie 1250 laotańskich uzależnionych wysłanych do Wat Thamkrabok pod koniec lat 60. w ramach programu finansowanego przez rząd USA i nadzorowanego przez Laotańskie Ministerstwo Spraw Społecznych. Ich opinia była jednoznaczna: „Ten program jest skuteczny i powinien być nadal wspierany.” Ocena przeprowadzona po sześciu miesiącach wykazała „stosunkowo wysoką skuteczność.” Program został przerwany dopiero wtedy, gdy w sierpniu 1975 roku władzę przejął komunistyczny rząd Pathet Lao, który uznał kontrolę narkotykową za „kryminalny dowód imperialistycznej inwazji USA na Laos.” Nawet lekarze, tacy jak dr Aroon Shaowanassi, szef oddziału psychiatrycznego w szpitalu wojskowym w Bangkoku, którzy nie byli przekonani, że wskaźnik trwałego wyleczenia jest tak wysoki, jak twierdził Phra Chamroon, zgodzili się, że „ani Wojskowy Szpital Generalny, ani żaden inny ośrodek rehabilitacyjny nie odnosi większych sukcesów w leczeniu uzależnień niż Wat Thamkrabok.” Wyniki Phra Chamroona potwierdzają świadectwa wielu tajskich lekarzy, którzy zgłaszali wskaźnik wyleczeń na poziomie 60–80 procent wśród swoich pacjentów po odesłaniu na leczenie w Thamkrabok.
Phra Chamroon i inni znający działalność Thamkrabok zwracają uwagę, że sytuacja tam różni się od tej w innych ośrodkach. Leczenie prowadzą buddyjscy mnisi, a klasztor znajduje się w kraju zdominowanym przez buddyzm. Mnisi pracują z ludźmi, których wierzenia opierają się na animizmie, duchach oraz doktrynie buddyjskiej o reinkarnacji, według której złe uczynki w tym życiu skazują człowieka na gorszą egzystencję w kolejnym, bez możliwości uzyskania przebaczenia czy łaski w ostatniej chwili. Z kolei jeśli dobre uczynki przeważają nad złymi — choćby o jeden dzień — następne życie będzie lepsze. Mnisi z Thamkrabok starają się przekonać uzależnionego, że może poprawić nie tylko swoje obecne życie, ale i kolejne wcielenia. „Pacjent wzywa duchy w sobie, by były świadkami jego przysięgi. To, czy interpretuje te duchy jako coś zewnętrznego, czy jako swoją własną ‘duszę’, zależy od jego wykształcenia i światopoglądu. Ale ponieważ wierzy, że coś strasznego się wydarzy, gdy złamie przysięgę i wróci do narkotyków, ma silną motywację, by nigdy więcej ich nie zażywać.”
Na przestrzeni lat Thamkrabok spotykał się z krytyką na tle religijnym, politycznym oraz medycznym. Religijna krytyka wynikała z przekonania, że mnich nie powinien pracować ani angażować się w problemy innych ludzi, czego nauczają zasady patimokkha. Tymczasem zakonnicy odpowiadają na to, że mimo ścieżki monastycznej, na której podlegają surowemu zakazowi dotykania kobiety, to gdy budynek stoi w ogniu, a kobieta z okna woła o pomoc — nie mogą tego wołania o pomoc zignorować. Ludzie, którzy przychodzą do klasztoru, potrzebują naszej pomocy, ponieważ nie ma innego miejsca, które mogłoby im tę pomóc zaofiarować. Więc staramy się jak możemy… Nie mamy innego wyboru!
Rządowe ministerstwa zdrowia długo wahały się przed oficjalnym wsparciem działalności terapeutycznej Thamkrabok, ponieważ — jak wyjaśnił dowódca Policji ds. Zwalczania Narkotyków — „to, co robią mnisi, jest dobre, ale w rzeczywistości nielegalne. Nie mają przegotowania medycznego ani pielęgniarskiego. Nie ma tam nawet lekarza nadzorującego działalność klasztoru. Gdybyśmy to miejsce oficjalnie uznali za centrum leczenia uzależnień, moglibyśmy być zmuszeni do aresztowania jego mnichów, a tego robić zdecydowanie nie chcemy. Pomagają wszak oni wielu ludziom.”
Zresztą sam zarząd zakonu podchodzi bardzo ostrożnie do jakiejkolwiek oficjalnej formy wsparcia od rządu Tajlandii. Dzięki niej mógłby wszak pomagać większej liczbie ludzi, lecz kosztem zwiększonych regulacji i paraliżującej biurokracji, które mogłyby okazać się zbyt ograniczające i czasochłonne, a przez to wpłynęłyby negatywnie na skuteczność terapii. Jeszcze większym problemem byłoby udostępnienie delikatnej dokumentacji medycznej osobom spoza zaufanego kręgu mnichów Thamkrabok, co mogłoby zniechęcić uzależnionych do szukania pomocy. Trzeba pamiętać wszak, że wielu pacjentów ma bogatą przeszłość kryminalną. Obawa, że odnajdzie ich policja lub że ich leczenie zostanie ujawnione publicznie i wykorzystane przeciwko nim, zniszczy chęć podjęcia terapii w Thamkrabok. To dotyczyłoby zwłaszcza studentów z wyższych sfer i biznesmenów.
Klasztor pomaga również alkoholikom w ramach programu leczenia uzależnień, a także przyjmuje osoby szukające leczenia na wszystko — od przeziębienia po udar. Ci ostatni nie są specjalnie zachęcani do przyjazdu, ale mogą obozować w schronieniach klasztornych, otrzymują koce i maty oraz mają dostęp do ziołowych kąpieli parowych.
2. Terapia w relacji pacjenta
Poniżej znajduje się opis pobytu w Wat Thamkrabok z perspektywy jednego z pacjentów. Jest to skrócona wersja dziennika znalezionego na stronie prowadzonej przez Hungry Ghost Retreats, która jest organizacją oferującą warsztaty i odosobnienia medytacyjne inspirowane buddyjskimi naukami, skierowanymi głównie do osób zmagających się z uzależnieniami i kompulsywnymi zachowaniami. Założona przez Vince’a Cullena, który od 1998 roku angażuje się w buddyjskie programy wsparcia dla osób w procesie wychodzenia z uzależnień, organizacja współpracuje z Wat Thamkrabok. Imiona przedstawionych osób zostały zmienione, by utrudnić ich identyfikację i by ich problemy mogły pozostać w strefie prywatności. Z tego samego powodu autor tego dziennika także pozostaje anonimowy.
Podróż do Wat Thamkrabok
Tego ranka wyjechałem z Mai Sot o dziewiątej, a podróż do Wat Thamkrabok trwała około siedmiu godzin na mojej Hondzie Wave. Podróż taka normalnie zajęłaby mi znacznie więcej czasu, ze względu na regularne postoje na piwo. Ten dzień był jednak wyjątkowy.
Przystanki na piwo były zwykle z dwóch powodów; pierwszym była miłość do jazdy motocyklem na podwójnym gazie, drugim nałóg pijaństwa. Tego dnia czułem, że powinienem się upić, ale fizycznie byłem do tego niezdolny, chociaż duża część mnie krzyczała, żebym sobie pochlał. W pewnym momencie próbowałem wrócić do mojego hotelu w Mai Sot, ale po prostu nie mogłem utrzymać piwa w żołądku. Jak tylko pierwszy łyk przelał się przez przełyk, złocisty trunek zwymiotowałem. Było to dla mnie ogromnym rozczarowaniem, ponieważ chciałem ostatni raz się upić, zanim przysięgnę, że zrezygnuję z alkoholu na zawsze.
Plan był taki, żeby się upić do południa, a potem przestać i resztę podróży do świątyni spędzić na wytrzeźwieniu, by dobrze wypaść podczas przyjęcia. Nie przyszło mi do głowy, że sam fakt zgłoszenia się na detoks prawdopodobnie powie im o mnie wszystko. Bałem się też, że mnie jednak nie przyjmą, chociaż rozważałem spędzenie jeszcze jednej nocy na piwie w Lampang i zameldowanie się w ośrodku dopiero następnego dnia…
Gdybym napisał, że wytrzeźwiałem dla mojej dziewczyny, skłamałbym. Jej dezaprobata z pewnością nie ułatwiała mi sprawy i nienawidziłem sytuacji, gdy jest mną zawiedziona, ale to nie był wystarczający powód, żebym przestał pić. Jeśli mam być brutalnie szczery, prawda jest taka, że gdybym miał wybierać między rozkoszami upojenia alkoholowego a rozkoszami z nią w pokoju hotelowym, nie byłaby zadowolona z mojej decyzji. Nie byłaby też pierwszą. Miałem wystarczająco dużo szczęścia, żeby mieć w życiu kilka niesamowitych kobiet i nie ma takiej, z którą związku bym żałował. Nie mam pojęcia, co one wszystkie we mnie widziały, ale zawsze wszystko psułem. Byłem oddany alkoholowi i wszystko inne miało drugorzędne znaczenie.
Przypuszczam, że ta świadomość była głównym powodem, dla którego tym razem chciałem rozstać się z alkoholem na dobre. Fizycznie czułem również, że nie jestem w stanie kontynuować uzależnienia. Czułem, jakby moja wątroba krzyczała niczym zarzynany kurczak. Kilka lat wcześniej powiedziano mi po badaniu krwi, że moja funkcjonalność wątroby jest upośledzona, a mimo to kontynuowałem picie, tylko teraz z dodatkowym poczuciem winy, że powoli się zabijam.
Przed wyjazdem do Wat Thamkrabok zdążyły nagromadzić się kolejne cztery lata szkód zdrowotnych. Ostatni czas w Tajlandii spędziłem głównie pijany, więc byłem prawie pewien, że moja wątroba jest w kompletnej ruinie. Od tamtej pory unikałem badań krwi i ignorowałem mniej lub bardziej stały ból brzucha. To jednak nie powstrzymywało mnie od picia; nawet fakt, że kiedy spożywałem alkohol, zaraz niemal od razu go wymiotowałem. Dobry dzień nazywałem takim, podczas którego udawało mi się wciągnąć kilka piw. Jeśli udało mi się przełknąć dwie pierwsze duże butelki, unikałem wymiotów i mogłem się z radością upić. Nie tym razem!
Witamy w Wat Thamkrabok
Nie pamiętam dokładnie, jakiego rodzaju przyjęcia spodziewałem się w świątyni, ale na pewno nie takiego. Przypuszczam, że wśród większości pijaków i ćpunów powszechne jest, że nasz umysł nieustannie waha się między uczuciem, że jesteśmy najniżsi z najniższych, a przekonaniem, że wszechświat kręci się wyłącznie wokół nas.
To był dla mnie wielki dzień, wielki i odważny krok, więc spodziewałem się powitania jak przybywający do Rzymu Juliusz Cezar. Nie zdawałem sobie sprawy, że jestem po prostu kolejną zagubioną duszą wśród wielu innych i moje pojawienie się nie było niczym niezwykłym.
Świątynia wydawała się zajmować ogromny obszar, ale wyglądała na opustoszałą. Objechałem jej teren dookoła na moim motocyklu. Widziałem wiele pustych i rozpadających się budynków, co wglądało trochę upiornie. Gdy wreszcie napotkałem kilku mnichów, wskazali mi drogę do recepcji.
Pewien mnich ze Szwajcarii przeprowadził ze mną wstępny wywiad. Cierpliwie wysłuchał mojej opowieści. Miał w sobie naprawdę zdrowy blask, którego tak brakuje ludziom, z którymi zwykle zadaję się w barach. Wydawał się również bardzo miły i spokojny, wysłuchał mojej historii bez żadnych oznak osądzania. Poczułem, że muszę przekonać go do mojej szczerej intencji rzucenia alkoholu, ale to nie było konieczne. Opowiedział mi o rutynie w świątyni, ale nie przyswoiłem sobie z tego zbyt wielu informacji, ponieważ ciągle cierpiałem na skutki odstawienia.
Nie był to mój pierwszy pobyt w ośrodku odwykowym, ale następny etap długiej historii leczenia, która zaczęła się, gdy miałem dwadzieścia lat. Pierwszy raz pojawiłem się w ośrodku w Dublinie w 1990 roku, gdzie jako pacjent ambulatoryjny uczestniczyłem w dziennej terapii dla alkoholików, narkomanów, schizofreników i osób z zaburzeniami maniakalno-depresyjnymi. Wszyscy otrzymaliśmy takie samo leczenie, z tą różnicą, że alkoholicy zostali poddani abstynencji, co wywołało efekt ciężkiej choroby. Oczekiwano od nas także, że będziemy uczestniczyć w spotkaniach AA.
Uczestniczyłem w kilku spotkaniach AA, ale nie przypadły mi wówczas do gustu, ponieważ nie lubiłem zadawać się z pijakami, którzy byli w większości ode mnie dużo starsi. Właściwie czułem się mniej stygmatyzowany, spędzając czas na rozmowach ze schizofrenikami, maniakalno-depresyjnymi i narkomanami, których uznałem za o wiele bardziej interesujących. Jak można sobie wyobrazić, moje nastawienie oznaczało, że ośrodek leczenia niewiele dał, choć przez następnych kilka miesięcy rzeczywiście trzymałem się z dala od alkoholu.
Następnym razem, kiedy potrzebowałem leczenia, było pięć lat później w Londynie. Tym razem spędziłem cały rok w tzw. „suchym domu” i pozostałem trzeźwy przez dwa lata. Następnie odbyłem kilka innych równie nieskutecznych terapii.
Dwóch mnichów asystowało mi do odgrodzonego obszaru, gdzie wręczyli mi kosz na pranie i kazali zdjąć ubranie. Zasugerowali, żebym wypił cały alkohol, który miałem w torbie, a ja poczułem się oszukany, bo go akurat tam nie miałem. Jedyne rzeczy, które mogłem zatrzymać, to bielizna, kilka książek i przybory toaletowe. Wszystkie pieniądze, ubrania, paszport, telefony komórkowe, aparaty fotograficzne i inne rzeczy zostały zamknięte w szafce. Dostałem dwa czerwone, wyglądające na więzienne mundurki i kilka bonów żywnościowych, po czym mnisi zabrali mnie do zamkniętego obszaru świątyni, w którym przetrzymywani byli moi pobratymcy.
Wewnątrz strefy zamkniętej
Wyjaśniono mi, że czerwony mundurek, który teraz noszę, jest dobrze znany w rejonie Louburi/Sariburi i że jeśli ucieknę, wieśniacy, a w szczególności miejscowa policja, odprowadzą mnie do Thamkrabok, gdybym zdecydował się na ucieczkę. Była ona jednak ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem, zwłaszcza że nie miałem ani pieniędzy, ani kluczyka do motocykla, ani paszportu, a mój dom był oddalony o około 400 km. Ucieczki były jednak regularne, choć uciekali głównie Tajowie. Widocznie zdarzali się też dziwni farangowie (biali obcokrajowcy).
Za bramą zostałem zapytany przez mnicha, jaki narkotyk odstawiam i jak długo zamierzam się nim nie przejmować. Poinformowałem go o moim zamiarze całkowitego odstawienia alkoholu. Powiedział mi, że muszę wziąć udział w ceremonii sajja mającej miejsce po południu i że mam zacząć przyjmować lek już tego popołudnia. Byłem trochę zaskoczony tym pośpiechem, gdyż towarzyszyło mi przekonanie pozostawienia mi przynajmniej jednego dnia na zadomowienie się. Zostałem odprowadzony do mojego pokoju, w którym znajdowały się trzy puste łóżka.
Łóżko obok mnie było zajęte, na co wskazywały rozrzucone wokół niego przedmioty. Zauważyłem też mnóstwo materacy w większym pokoju, który minąłem w drodze do tego mniejszego z tyłu. Najwyraźniej w tym małym pokoju trzymali nowicjuszy. Pokój był bardzo podstawowy, a łóżko twarde, ale nie spodziewałem się luksusów.
Była tam szafka przy łóżku, w której poupychałem książki, bez których nie mogę istnieć. Wziąłem ze sobą tylko kilka z nich, jeden podręcznik medytacji buddyjskiej i lekką beletrystykę. Miałem nadzieję, że na miejscu będzie dostępnych więcej książek, ponieważ podejrzewałem, że będę miał mnóstwo czasu na czytanie. Resztę moich rzeczy stanowiła bielizna, ręcznik i kilka przyborów toaletowych, które zostawiłem w koszyku.
Położyłem się na łóżku i zastanawiałem się, co przyniesie przyszłość. Nie mogłem się doczekać, aż pojawi się mój współlokator, abym mógł zdobyć nowe informacje. Byłem też zdenerwowany spotkaniem z nieznajomym, bo jestem dość nieśmiałym człowiekiem. Próbowałem trochę poczytać, ponieważ miałem kilka godzin przed ceremonią, ale nie byłem w stanie się skoncentrować.
Wkrótce dołączył do mnie Matt, który, co nieprawdopodobne, pochodził z tego samego miasta co ja, z Irlandii. Jakie są szanse, że zapiszę się na detoks w Tajlandii i wyląduję w łóżku obok innej osoby z Dublina?
Matt miał dwadzieścia sześć lat i był tutaj ze swoją żoną Sharon, ponieważ oboje próbowali odstawić heroinę. Ona również pochodziła z Dublina, więc zaczynałem czuć się jak w domu. Matt był pod wrażeniem faktu, że teraz mieszkam w Tajlandii i potrafię trochę mówić po tajsku. Zamieniliśmy kilka słów o Dublinie, ale Matt wkrótce zaczął mieć trudności z mową, ponieważ zaczął odczuwać objawy odstawienia.
Matt i jego żona przylecieli z Dublina poprzedniego dnia rano i według jego relacji ostatni raz zażyli heroinę w toaletach samolotu a teraz nie mieli jej już w organizmie. Słyszałem, że objawy odstawienia heroiny są okropne, ale szczerze mówiąc kiedy zaczął się tarzać po łóżku i wyć z bólu, pomyślałem, że jednak trochę się naćpał. Trudno współczuć komuś innemu, kiedy trzeba się zająć własnymi objawami odstawienia.
Miałem wystarczająco dużo szczęścia, aby nigdy nie doświadczyć poważnych powikłań odstawienia alkoholu. Wiem, że niektórzy ludzie mają drgawki, a wielu zmarło podczas DT. Mam łagodniejsze objawy, które są dalekie od przyjemnych, ale znośne. Główne efekty, których doświadczyłem, to pocenie się, niezdolność do koncentracji, niepokój, drobne halucynacje, ogólny ból ciała i objawy grypopodobne. Najgorsza była świadomość, że mogłyby niby za sprawą czarodziejskiej różdżki zniknąć już po kilku piwach.
Cieszyłem się, że Matt miał już ceremonię inicjacji za sobą, ponieważ jego jęczenie na łóżku bardzo zwiększało poziom mojego niepokoju. Zaczął krzyczeć, że nie radzi sobie z odstawieniem, a ja mogłem mu tylko odpowiedzieć, że tak naprawdę nie ma przecież innego wyboru. Przypomniałem mu, jak mało prawdopodobne jest zdobycie heroiny na tajskiej wsi, zwłaszcza że nie miał pieniędzy i nosił czerwony mundurek narkomana. Ucieszyłem się, gdy wreszcie nadszedł czas ceremonii składania przysięgi i mogłem opuścić pokój.
Sajja
Zostałem zabrany poza zamkniętą część świątyni, gdzie czekał starszy mnich, aby złożyć wobec niego przysięgę sajja, która w moim przypadku polegała na zaprzestaniu picia alkoholu do końca życia. Zauważyłem wielu więcej ludzi, gdy przechodziłem przez kompleks.
Ceremonia odbyła się na kolanach przed posągiem Buddy, a towarzyszył mi młody Taj, który ewidentnie bardzo cierpiał z powodu odstawienia narkotyków. Cały proces odbywał się w języku pali, a ja i drugi uzależniony powtarzaliśmy niezrozumiałe słowa, gdy było to od nas wymagane, najwierniej jak potrafiliśmy.
Ślubowanie sajja do mnie przemówiło, kiedy przeczytałem o Thamkrabok w internecie. Chciałem całkowicie porzucić piecie alkoholu i właśnie sajja wydawała mi się idealną metodą. Buddyzm stał się bardzo ważną częścią mojego życia, odkąd zamieszkałem w Tajlandii, i jestem przekonany, że uchronił mnie przed całkowitym samozniszczeniem. Udało mi się przestać pić przez miesiąc lub dwa w ciągu ostatnich kilku lat właśnie dzięki medytacji i jestem pewien, że moje zdrowie pogorszyłoby się o wiele bardziej, gdyby nie owe przerwy. Buddyzm pokazał mi również, że moje życie może mieć sens.