E-book
20.48
drukowana A5
40.14
Bez stresu

Bezpłatny fragment - Bez stresu

i inne opowiadania


Objętość:
256 str.
ISBN:
978-83-8155-210-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 40.14
Gdy napisałem pierwsze opowiadanie to poczułem
w sobie wolność, jakbym opuszczał mury Alcatraz.
Ta swoboda z dnia na dzień narastała we mnie bezwstydnie, 
aż poczułem chęć bezwarunkowego oddania się jej. 
Oczywiście trochę czasu upłynęło zanim zdałem 
sobie sprawę z tego, że ideałem byłoby tworzyć 
i przeżywać te cenne chwile od zarodka do zwłok. 
Jednak najważniejsze jest uczestniczyć w tym całym tworzeniu 
na swój sposób, upajać się modelowaniem sytuacji 
i dostrzegać wszystko jak się chce. 
Postanowiłem pisać i niestety lub stety 
nie zamierzam przestać. 
Tylko żebym nie dostał od tego rozwolnienia, 
przecież to takie częste zjawisko dzisiaj. 
Tematy czerpię w mniejszym lub większym stopniu 
ze swojego życia, zabarwiam je trochę i poddaję ocenie. 
Chwile są ulotne, dlatego warto je opisywać. 
Cieszę się z tego co robię. 
Ma mi to sprawiać przyjemność i tak się dzieje. 
Piszę o rzeczach i gestach postrzeganych, 
by uczynić je bardziej widocznymi. 


Marek Tykwa 




Chciałbym podziękować mojej żonie Agnieszce, 
przede wszystkim za to, 
że jest przy mnie pomimo moich wariactw. 
Za miłość, zrozumienie i wytrwałość, 
za doping, bycie prawdziwym krytykiem, 
i że nigdy nie przestała we mnie wierzyć. 
Myślę, że dzięki temu w jaki sposób piszę 
i kieruję wyobraźnią 
spowodowało nasze pierwsze spotkanie 
i rozpoczęło całkiem nową drogę życia.

Psychiatryk

Przyjaciela mi zamknęli w psychiatryku. Co prawda miał słabszych kilka miesięcy i przestał pracować, ale żeby od razu z grubej rury? Kto wiedział, że przez nikogo nie spodziewana redukcja etatów się do tego przyczyni. Inny koncern wykupił i wyciągnął swe łapska po swoje. Nadszedł czas zmian, w którym jeden z lepszych pracowników firmy okazał się toaletowcem. Szarym, leżącym w porcelanie i spłuczką odepchniętym w nieznane. Nie powiem, zdarzało się nie raz, że leżał pijany na zapleczu, ale któż tego tak naprawdę w gastronomi nie przeżył? No, ale nie o tym mowa. Zaciągnięty kredyt na dom utkwił jak gwóźdź w trumnie. Małżeństwo młode, naiwne, uparte. Każde chce swego i na swoim postanowić, więc docierania i zgrzyty to norma. Dzieci małe, nie wiadomo z czego nie zadowolone, ryczą non stop. Przewijanie, karmienie, wpychanie smoczka, bujanie, nazat i od nowa. Kiedy akurat dzwonię w trakcie procesów fizjologicznych nawijka kumpla jest ciągle taka sama — Dzień i noc babrzę się w gównie. Po prostu nie ma zmiłuj. Mózg u kresu, nadziei brak. Zero snu, oczy na zapałkach. Powieki ciężkie jak podkowy. Pierwszy siwy włos i kompletny wyczes na maxa. Do tego ten szum we łbie od czarnych myśli, pęd, potknięcia, upadki. A przede wszystkim zamartwianie się o byt, czy wystarczy do pierwszego, i groteska drobnych alkoholowych nałogów z tego tytułu odcisnęły już mocno swoje piętno. Nie wytrzymał nerwowo. A kto by wytrzymał? Ja też tam kiedyś trafię. Myślę, że nadaję się w stu procentach. Złapali go w domu. Nie miał najmniejszych szans — Dobrze, że nie w sieć — rzekłby Kali, złapany przez plantatora kawy w Rio. Zresztą, nie ma różnicy gdzie i jak, mieli złapać to złapali, nie ważne w co, uwięzili. W kuchni sobie siedział i palił papierosa. Druga połówka w tym czasie oglądała familiadę. Po uprzednim rozwieszeniu prania, przy pomocy dosii spoczęła w fotelu z pilotem od tiwi. Pokłócili się z rana. Jak to czasem bywało. Nie spodziewał się zdrady. No bo kto by się jej spodziewał pod własnym dachem? Szanowna małżonka wezwała po cichu. Niewiarygodne. Połączenie uzyskała nie ze stacjonarki, ale bezpośrednio z buraka. Że niby nadpobudliwy. Że to dla jego dobra i w ogóle wszystkich. Własna żona judaszem. Kto by się spodziewał? To wszystko przez te gazetki, które czyta — wyżalił się później kumpel. Te domowe porady, w których się zatraca. Te testy, które rozwiązuje — Sprawdź z kim mieszkasz pod jednym dachem. Czy aby na pewno we własnym związku nie jesteś niewolnicą? Pomóż sobie, pomóż innym, zdobądź tytuł pomocolożki roku. Damski kapo 2010. Przytulny, domowy krwiopijca. A budka suflera ostrzegała — nie wiesz nigdy kobiecie. No wyobraźmy to sobie, zaciągamy się dymkiem, pyknięte kółeczko unosi się pod sufitek, czas zatrzymuje się na chwilę w słoiku z dżemem. Powieka spontanicznie opada. Podróż w nieznane daje upust komfortu. Luz, relaks, marzonko — normalnie rzęsa nie drgnie, a tu znienacka w kaftan, jak małpę. Adrenalina większa niż w sinema siti. Szok termiczny lodowatego wybudzenia ze snu powalił kumpla na podłogę, jak miecz świetlny wadera. Do tego małe wierzganko, bluzgi niedowierzania, przyterakotnio założony karcerek i do bagażnika. Jak kundla złapanego przez hycla. Jedyne co zapamiętał to uśmieszek adolfa i totalny zighajl na do widzenia. Nie miał nic do powiedzenia. Mowę mu całkiem odjęło. Był odrętwiały, zawiedziony i niewyobrażalnie zaskoczony. A kto by nie był? Ja z pewnością. Oczka porozbiegały się jak karaluchy przy zapalonym świetle. Takie tempo, że Gucwińscy nie zdążyliby nakręcić. I aż trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się zaledwie dwa tygodnie temu. No cóż, życie, bywa. Ta cała sytuacja mocno weszła mi w łeb i nie wiedziałem co czynić. Miałem wahania co do odwiedzin, ale jadę. Od czego się ma w końcu przyjaciół. W takich chwilach trzeba być przy człowieku. Podtrzymywać na duchu, wspierać i wmawiać, że nie potrwa to długo. Nawet jeśli to nieprawda. Wszystkie sposoby są dobre, aby wyciągnąć kogoś z nizin. Właściwie sprzedanego kitu nigdy za wiele. Przecież człowiek to nie nostradamus, nie przewidzi co go czeka, gdzie go napadną i co straci. Ale jakby się nie starał i gdzie nie ukrywał to zawsze go napadną i na pewno straci. Nawet w rodzinie nie można być niczego pewnym. Wszędzie trzeba się przyczajać i spoglądać za siebie. Zdrada czai się zawsze najbliżej. Jest pod ręką. Pod nosem, pachą, a nawet nie czuć, że jest. To tak, jak z kradzieżą. Pierwsze co, to sprawdzą sąsiadów. Normalka. Człowiek się codziennie wita, niby zna, uśmiecha, pożycza szklankę mąki, a jednak do końca nie można wierzyć skurwielom. Trzeba chodzić zawsze plecami do ściany. To też odnosi się do małżeństwa. Nigdy człowiek nie wie gdzie trafił i na jak długo. Niby rodzina, jest miło, uprzejmie, serdecznie, a jednak da się wyczuć chłodek, bo całe życie obserwują, jak obcego. Nie mogąc pogodzić się z nurtującym pytaniem, czy aby na pewno oddali swoją jedyną córunię w dobre ręce. Przyłażą, węszą, pokazują palcami, przeciągają swoją córkę, a czyjąś żonę na swoją stronę, buntują i czekają na potknięcia losu. Żeby przyłapać na gorącym uczynku, rozdzielić i wydedukować jedynaczce — Kochanie, a pamiętasz jak mamusia cię ostrzegała, że to nie jest mężczyzna dla ciebie? Człowiek cały czas walczy o zaufanie, jakby był potencjalnym złodziejem (a raczej już dokonanym, bo w końcu ukradł jedynaczkę, bezczelny) i musi udowadniać na każdym kroku swoją niewinność. Gdy ma się pecha i trafi na kiepskich teściów, to najlepiej od razu dupę nasmarować, żeby nie bolało. Jak się uprą, to mogiła. Nic a nic, nie oszczędzą człowieka. Cały czas tylko czołganie i czołganie, a spróbuj łeb wystawić, wychylić się. Tylko na to czekają. Cała rodzinka w pogotowiu. Nawet do trzech pokoleń wstecz. Same pijawki. Tylko patrzą, jakby ci tu pobrać większą ilość krwi do przetoczenia, dla własnych, egoistycznych korzyści. I weź się z takimi użeraj. Oczywiście można też wysłać w paczce obciętą głowę zdechłej ryby, z informacją o rozpoczętej wojnie, jak w ojcu chrzestnym, ale czy to coś da? Myślę, że nic. A może po prostu łapać punkty podlizywaniem się, jak przeciętny Kowalski? O nie! To nie dla mnie. Nołfakingłej. Wolę się wynieść. Ulica Nowowiejska 27. Tutaj, wzdłuż parkanu każdy patrzy na mnie dziwnie. Gdy mijam furtkę, już nie. Jakby to przejście na drugą stronę utwierdziło gapiących się, że już wiadomo o co chodzi. Że się nie pomylili co do mnie. Na murze przed wejściem ktoś napisał węglem „Trudno nadać sens porządkowi, który dzieje się wbrew rozumowi” W takim miejscu to niezwykle trafne spostrzeżenie. Pokonuję schody i drzwi. W przedsionku, z tablic informacyjnych dowiaduję się, że w ogóle nie trafiłem na czas odwiedzin. Można powiedzieć, że się z nimi minąłem dwie godziny temu. Przy okienku recepcji spotykam się z grzeczną, ale zdecydowaną odmową. I jak to bywa zawsze w takich sytuacjach musiałem posłużyć się kłamstwem, że jestem spod granicy białoruskiej. Jako krewny z dalekiej rodziny. Że pociągiem 12 godzin jechałem. Że wiozę dary od całej wsi. No i w ogóle żem brata 10 lat nie widzioł. Chyba nie spodziewali się takiego obrotu sprawy, bo nie za bardzo wiedzą co mają teraz uczynić. Nie przeszkolili ich z rozdziału pt: jak pozbyć się natręta. Przecież nie odeślą z kwitkiem 500 kilosów nazat. Wrodzona przyzwoitość im na to nie pozwoli. Patrzą na mnie, jak na wariata, a przecież nie zszedłem z góry. Oni tutaj za pewne na każdego tak patrzą. Takie zboczenie zawodowe. Dobre, jak każde inne. Jakby co, lepiej się mile zaskoczyć, niż rozczarować. To przyzwoite dziołchy, tylko nie chcą naginać regulaminu. Rozum walczy z sercem, ale chyba przegrywa. W sumie, dla dobrego uczynku można raz skłamać. Zresztą, jeszcze nie słyszałem, żeby małe kłamstwo przeszkodziło komuś w życiu. Ja bym powiedział, że nawet bardziej pomogło. No, dziewczyny, nie róbcie mi tego, zlitujcie się. Spójrzcie mi w oczy. Czyż nie dostrzegacie w nich smutku, zawodu i alienacji? Czy nie wyglądam na sierotę opuszczonego przez matkę w domu handlowym? Czy nie słyszycie drżącego, łamiącego się głosu? Help, help. W końcu dyżurna kiwa na mnie palcem — No chyba, że na chwilę — jej słodki głos rozlewa przede mną całą swoją dobroć. Piersi miękko ułożone na biurku przed okienkiem poruszyły teraz moją uwagę. Aż mi się gorąco zrobiło. Soczewki prze kierowane w tamtą stronę usiłują złapać kontrast. Są cudowne i big wyraźne, jak haidyfiniszon/16:9. Boże, pozwól mi ich dotknąć. Chociaż raz. Spraw, by rozkazała mi iść natychmiast do swojego gabinetu i tam zaczekać na siebie. By zamknęła okienko i przyszła do mnie. Jednak w momencie, kiedy miała to już właśnie oznajmić, zaprosić na seans energoterapeutyczny, przynajmniej tak się wydawało, a mi z tego powodu na samą myśl już stanął, zauważyłem za sobą dwie kobiety w białych kozaczkach. Zmęczone czasem i niewiarygodnie sapiące, tzw. polskie kwarcowe latynoski. Wprost spod pręgierza solarki. Kwalifikujące się raczej pod ostry dyżur, a nie na odwiedziny pacjentów. I ochota mi przeszła. Fak. Ludzie to zawsze pojawiają się w nieodpowiednich momentach i niszczą marzenia innych. Wzgórek zakrywam kurtką, ale gwałtowność tego ruchu została niestety zauważona. Gapią się na bezczela, a w kurzych móżdżkach pojawia się myśl — Jak nic, zbok. I cóż w takiej sytuacji pozostało z moich obnażonych pragnień? Jedynie kubeł zimnej wody, obciach, małe niestety i naoczny dowód wstydu. Niezły szit.

— No jasne szefowo, że na chwilę — odpowiadam. Chciałbym przy cukrzyć, dotknąć dłoni, wyżebrać numer telefonu, no cokolwiek, ale poparzone ryje z kolejki czuwają, więc trochę głupio — A w ogóle jest ktoś w stanie wytrzymać tu dłużej? — dodaję i to by było na tyle.

Chyba powiedziałem o jedno zdanie za dużo. Nic już nie mówi, nawet nie spojrzy. Tylko wskazuje ręką, w którym kierunku mam się udać. Koniec marzeń. Poszedłem. Zdaje się, że uraziłem ją tym stwierdzeniem, a przecież nie miałem na myśli jej stażu. Se zamiotłem. Na oddziale śmierdzi mokrym psem, albo tym co serwują na obiad. Jak kto woli. Wszędobylski aromat mięsa drugiej kategorii zawisł jak obłok. Gularzyk. Tutaj to dopiero trzeba uważać. Przeszukują mi ubranie. Wiadomo, nie można ufać nikomu. Tym bardziej z zewnątrz, gdzie więcej jest nie leczonych, niż tu. Jak mawiają, swój swojego zawsze pozna. Świry od razu się powychylały z klatek. Zwęszyły sensację nowo przybyłego. Suną w moim kierunku, jak statek widmo. Grymasy śliniących się zapowiadają nadciągające niebezpieczeństwo. Cofam się o dwa kroki.

— Niech się pan nie boi — mówi lekarz, którego wygląd przypomina jednego z nich.

— Ja tak na wszelki wypadek — odpowiadam. — Jakby co, to zawsze będę bliżej wyjścia.

— Oni naprawdę nic panu nie zrobią — ten dalej swoje.

— Ta, jasne — drwiąco patrzę na lekarzynę — Chyba raczej chciał pan powiedzieć, że im nic później nie zrobią, gdy najpierw zrobią coś mi. To brzmi bardziej prawdopodobnie, nie sądzi pan? A wystarczyło zamienić kilka szczegółów w zdaniu.

Zresztą, jak można wierzyć osobnikowi ze spinaczami od bielizny w uszach i śladami własnej lub cudzej kupy na szyi. Lekarz wskazuje ręką w dal, jakby określał horyzont, jak jeti — Po prawej stronie — mówi. — Pokój numer 13-cie. Tam ponoć znajduje się osobnik wskazany przeze mnie. Idę korytarzem. Ktoś liże ścianę i wyje jak wilk. Dalej, facet idzie na czworakach niosąc na plecach jabłko, pewnie udaje jeża. Za jeżem, po całej linii parkietu gostek ubrany jak króliczek plejboja zaczyna stepować. Wygląda jak gerlsa z piórem w dupie od lajkersów. Oczywiście pani siedząca z prawej pod telefonem wiszącym na ścianie nie za bardzo wie, że słuchawka od niego nie służy do bicia się po głowie. Już teraz wiem dlaczego jest ciągle zajęte. Na drzwiach od pokoju wiszą sylwestrowe konfetti, a przecież mamy lato. W pokoju zalegają dwie osoby. Jedna przypięta pasami, z wyrazem twarzy wyczerpanego pacjenta. Od drugiej jedzie geriavitem i wytrzeszczem merdającej głowy. Rambos maluje obraz na podstawie tej pierwszej. Pozuje, jakby nic innego w życiu nie robił. Zawodowiec. Leży nieruchomo i nigdzie się nie wybiera. Pewnie domator od urodzenia. Witam się i zerkam na dzieło. Ma talent, jak mało kto, kogo znam. Zdolniacha.

— Nieboszczyk, jak żywy — zaczynam pogaduchy.

— A tylko spróbuj mu odpiąć pasy, to zobaczysz — mówi Robo nie odrywając pędzla — Ty, wiesz co mi powiedział mój stary, jak tu był ostatnio.

— Nadawaj

— Widzę synu, że w twoim cabanie jest od chuja anomalii. Napraw zepsutą głowę i wracaj. To wszystko, co z siebie wydusił i poszedł.

— No, zajebał nieźle — mówię patrząc przez kraty — Nie ma to jak dobre kontakty ze starym, który jest oliwą.

— Mam to w dupie — odpowiada stanowczo, ale wiem, że chciałby dla niego dobrze — Ja nie wiem kurwa. On cały czas myśli, że ja będę jakimś gościem od cegły albo glazury. Ciągle ma jakieś aluzje w tym kierunku. Jak mu kiedyś wyznałem, że zostanę malarzem i pójdę na asp, zresztą wiesz, bo ci nie raz o tym mówiłem, to co odpowiedział? — To się super składa synu, właśnie myśleliśmy z matką, żeby odnowić całe mieszkanie. On nawet do tej pory nie wie co to znaczy asp.

— Niezłą tu macie twierdzę — zmieniam temat.

— Dokładnie. Lepsza niż w Malborku, tylko mostu zwodzonego brakuje. Chyba się boją, że większość tu zebranych zdecydowałaby się polatać. Nawet harego potera nie wyświetlają aby nie zachęcać.

Rambos przez chwilę nic nie mówi. Gwiżdże sobie. Wkłada pędzel do słoika z wodą. Zatrzaskuje farby pokrywkami i odsuwa sztalugi pod okno.

— Choć, oprowadzę cię po małpim gaju — sprawdza, czy wziął papierosy i wychodzimy z pokoju.

Idziemy korytarzem, trzymając się blisko prawej strony, jak w ruchu ulicznym. Po chwili dołącza niedołęstwo. Obustronne podpieracze ścian, męskie cyborgi i człapiące wielbłądzice. Tak sobie myślę, że chyba mnie nie ruszą przy swoim. Jesteśmy w kupie, jak jakaś szajka przed stadionem polonii. Stajemy przy windach. Ciasno. Liczba mnoga to za mało powiedziane. Nowi kumple z oddziału milczą. Wszyscy smolą. Jeden nie ma, prosi o sztukę. — Wyjebuj! — Robo do niego — Ten to zawsze chce więcej niż dostaje. Od razu przypomina mi się zawodówka i oblegany kibel na przerwie. Pospolite sępostwo o szluga, i wyuczona na tą okazję regułka — „mam tylko jednego”, albo „ostatni” Chmura dymu wygląda jak atomowy grzyb. W kącie człek starszy napiera na sprzęt od mycia, usiłując zakamuflować się w sznurkach mopa. Wszyscy poruszeni nieoczekiwanym przedstawieniem, nawet lekki doping w tle, jakby trwał konkurs. Obserwacja w toku. Nikt nie pomaga. Nikt się nie rusza. Nawet dym przestał kołtunić. Dziadek nagle upada i zaczyna robić orła, takiego jak na śniegu. Czysty surrealizm. Kwintesencja dołerstwa. A wśród tego wszystkiego ja, jak świadek historycznej chwili.

— A jak w ogóle ci się tu żyje? — zaciągam się mocno. — Poza tym oczywiście co widać.

— No cóż, nieustające pasmo sukcesów, jak widać — z poważną miną, ale się zgrywa.

— A tam, gdzie nie widać, jak jest? W porządku już? — badam teren, humor dopisuje, więc chyba dobrze.

— Zamkniesz się w końcu!? — Robo jedzie po jakimś niedołężnym, który nawija za naszymi plecami jakieś niezrozumiałe hieroglify, dusząc swój banał w stanie delirycznym. Na dodatek trzyma w ręku swój miecz świetlny dżedaj i wymachuje nim na wszystkie strony — Jak będę chciał z tobą pogadać, to ci powiem i schowaj go natychmiast, nie wstyd ci? — Mam wrażenie, że Robo uchodzi tutaj za zakładowego kimdżonkila — Lepiej, lepiej — teraz mówi do mnie, ale określa się oszczędnie. Chyba dlatego, że nie jesteśmy sami — Jadę na prochach. Trochę przyjebany jestem, ale jest o.k. Jak tu przyjechałem było najgorzej, teraz w porównaniu do tego to luksus.

— No i o co chodzi, przejrzeli labirynt, rozszyfrowali niewiadomą? — brnę, żeby wiedzieć więcej.

— Podejrzewają schizofrenię. Powiedziałem im o tych głosach w głowie.

— Super naprawdę, a oni co?

— Nic, kiwają tylko głowami, jak nienormalni.

— No to niezły czad, kiedy mają zamiar oddać łyżwy?

— Tydzień, dwa, może dłużej — nie wie.

— Brakuje ci czegoś? — pytam z grzeczności, bo raczej tu nie wrócę.

— Nie, mam wszystko. Teraz, jak przywiozłeś kartom fajek, to wystarczy mi na długo — taka odpowiedź mnie w pełni satysfakcjonuje.

— Bo wiesz, jak trzeba to załatwię — obiecuję, ale nie chcę kłamać.

— Dobra, jak coś będzie to dam znać — kiwa głową. — Zresztą, za dużo tu nie wniesiesz.

— Będę dzwonił, tylko oderwij tą psycholkę od słuchawki, bo ciągle zajęte.

— To niemożliwe, stary. Ona cały dzień tak potrafi. Rano jak siada, tak wieczorem dopiero wstaje i idzie do pokoju.

— Nie boisz się spać przy nich? Za normalni to oni chyba nie są?

— Trochę się dygam. Dzisiaj i wczoraj w ogóle oka nie zmrużyłem. Nawet prochy przed snem nic nie dały. Ostatnio przecież był wypadek. Znaczy tak to określają, ale wiadomo, że to czyste morderstwo. Choć nagram ci sprawę.

Z prędkością szczura z biegunką, opuszczamy grono wielbicieli klatką schodową w dół. — Jak nie zatrybią na czas, to nie polecą za nami — mówi Robo. Chowamy się na chwilę, nadsłuchując, czy nie będzie stadnego tupania. Za szybą sanitariusz dogląda porządku. Zerka na nas. Nieufny z wyglądu i obejścia. Aż trudno się dziwić. Wchodzimy na świetlicę. — E! Nie pogadasz — podziwiam exclusive — Telewizorek, kudłata wykładzinka, open bar, open kręgle, a na dodatek cało zakładowy nordikłolking, oczywiście bez kijków (jeszcze by się nimi napierdalali)

— Nie świruj i tak się dobrze bez tego prezentujesz.

— Dzięki stary. Staram się jak mogę. Jak mnie zamkną, to przynajmniej nie powiedzą, że mam problemy z dostosowaniem się.

— No chyba. Widzisz tego przy stole do pingla? — wskazuje postać wielkości ogryzka jabłka.

— No, co naczeczenił karlik?

— Udusił poduszką sąsiada z łóżka obok. Tamten nie mógł się bronić, bo był w kaftanie.

— Niezły error, pewnie gangsterskie porachunki — śmieję się — Załatwiaj szybko te sprawy z lekarzami i spierdalaj stąd, bo nie zdążysz jeszcze wyjść. Teraz sam nie wiem, czy dobrze zrobiłeś nie dając tamtemu fajki przy windach. Przyjdzie ci taki do pokoju pod wieczór i powie — Jesteś następny.

Podjeżdża obiad. Wszyscy zaalarmowani do zbiórki. Jak trusie stanęli w jednym rządku i dopingują salową, żeby się pośpieszyła. Walą łyżkami o gumowe miski. Odgłos jakby testowali nowe pały przed atakiem na niesfornych kibiców. Po chwili hałas ustaje. Wszyscy zawzięcie wcinają, choć nie wiadomo, co się za tym kryje. Słuchać pomruki i mlaskanie.

— Da się wyrzygać? — pytam, a propos obiadu.

— Mięso suche jak cipa węża i tak samo śmierdzi, ale nie trza narzekać. Trzeba jeść co dają — nie wątpliwie przeżuwając to coś.

Później następuje poobiednie leżakowanie. Cała ludność znika w swoich utopijnych historiach. Rambos siedzi przy sztalugach. Po uprzednim nakarmieniu gościa od pozowania kończy obraz. Ponoć teściowie razem z żoną i rodzicami Roba zaplanowali ten nalot na niego już od dawna. Dopięli swego. Pewnie teraz są bardzo z tego powodu zadowoleni, dopijając swoje kawki w salonie. Dowiedział się o tym przypadkiem. Ojcu się chlapnęło niechcąco. No cóż, najebany był znowu. Odtąd Robo nie chce widzieć nikogo na świrowni. Żadnych odwiedzin. Jest zły na cały świat, a na myśl o żonie zaciska zęby.

— Chcieliśmy ci pomóc. Dajże sobie wytłumaczyć. — tak się zazwyczaj zaczynała krótka rozmowa z rodziną.

— Wynocha! — a tak kończyła.

My z Rambosem znamy się, jak dwa łyse konie. Przyjaźnimy się od zawodówki. Gdzie od razu przypadliśmy sobie do gustu. W całej klasie tylko my dwaj nie byliśmy idiotami. Może dlatego. Od tamtej pory przebrnęliśmy przez nie jedno. Pamiętam jak w Nowym Dworze u Roba na chacie nie raz zarywaliśmy noce. Siedząc przy uchylonym oknie nawaleni, wsłuchiwaliśmy się w przejeżdżające pociągi. Gwizd i walenie kół o tory kolejowe zagłuszało w radiu utwory dead can dance. Zawzięcie snuliśmy to kim będziemy. Chcieliśmy być inni. Artystycznie oryginalni. Zdarzało się, że w środku nocy brnęliśmy w utopię miasta wszczynając burdy z tutejszymi. Jak nas któregoś razu z Szygłówka zgarnęli. Za jazdę pociągiem, siedzących ze zwieszonymi nogami na zewnętrznych zderzakach ostatniego wagonu. Nie mieliśmy biletów, a wrócić do domu jakoś trzeba było. Za to i owo, nie raz się spało na komisariacie. Znali nas dobrze. Wołali po imionach. Stary Rambosa zawsze po nas przychodził. Był wojskowym, a tacy wtyki mają wszędzie. Przynosił pół litra, gadał z nimi i żartował. Upiekało się nam jakoś. Przez to wszystko udowadnialiśmy sobie, że możemy wiele zdziałać. Iść własną drogą. Wzgardzić systemem, wypiąć na innych. A teraz już wiemy, że gówno wyszło. Całe życie poszukiwanie. Wzloty i upadki. Odchyły, walki z nałogami. Utopia niespełnienia. Wyprute flaki, nostalgia. Zwykła szarość i męka. Masa pojebanych pomysłów, o których nie wspomnę. Wyrabianie gliny zwędzonej z ceglarni. Malowanie niewytłumaczalnych obrazów i pisanie śmiesznych opowiadań, w których wyciągaliśmy na wierzch głupotę znajomych. Trochę tego było. Trudno spamiętać. Dzisiaj jest inaczej. Zgaga minęła. Człowiek się już nie szarpie. Nie zabiega. Coś się zmieniło. Zalało formę.

— Co nie Robo? — utwierdzam się w naszych wspomnieniach.

— Pewnie. Oby mi tylko tych prochów nie zabrali to będzie fantastycznie.

— Twój stary już nie jest wojskowym?

— Na emeryturze, ale nie bój się. Jak trzeba to załatwi — śmiejemy się.

— Dobra, chyba będę się zbierał.

— Poczekaj jeszcze chwilę, nie mam tu z kim nawet pogadać.

— I tak mnie zaraz sami wyproszą.

— Choć, odprowadzę cię, to zajaramy jeszcze.

Nałóg

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 40.14