E-book
10.92
drukowana A5
28.97
drukowana A5
Kolorowa
53.08
Życie na dłoni

Bezpłatny fragment - Życie na dłoni


Objętość:
114 str.
ISBN:
978-83-8221-296-9
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 28.97
drukowana A5
Kolorowa
za 53.08

Sukienka z czarnej koronki

Kupiłam ją na karnawał 2009 roku. Nie mam zdjęć z tego balu. Minął — jak wszystko, co dobre, a sukienka wylądowała w szafie. Wiosną, ni z gruszki, ni z pietruszki przyśniło mi się, że umieram.

Sukienka z czarnej koronki… We śnie poleciłam córce, aby mnie w nią ubrała do trumny. Rano wstałam i nie w głowie mi było umieranie. Jak zwykle wyszłam do pracy nie pozwalając sobie na zajmowanie się snami i głupstwami.

Kilka dni po tym wydarzeniu zaczęły mnie boleć zęby, które według dentysty, nie powinny boleć. Z oczu i z nosa lało mi się jak z kranika. Neuralgia nerwu trójdzielnego — stwierdzono. Rezonans magnetyczny wykazał, że mam guza kąta mostowo-móżdżkowego, do niedawna śmiertelną chorobę. Leczenie radiologiczne nie dało efektu. Umrę, myślałam — podświadomość nie kłamie. W 2011 roku, o ironio zaraz po ślubie córki, miałam mieć operację głowy. Profesor pocieszał:

— Jest dobrze i będzie dobrze.

Dobrze? Przecież ostrzegano mnie, że po operacji podstawy czaszki grozi: porażenie twarzy, opadanie powieki, ślepota i głuchota. Kiedy obudziłam się po narkozie polecono mi uśmiechnąć się oraz zamrugać lewym okiem. Mogłam. Na stronie tytułowej podarowanej operującemu mnie chirurgowi Arturowi Ozięble, książki mojego autorstwa napisałam:

Za mruganie okiem, za ocalony na mojej twarzy uśmiech, za zdjęty z niej straszny ból — dziękuję doktorze!

Guz okazał się niezłośliwy i już we wrześniu wróciłam do pracy w szkole.

W styczniu 2014 roku, tym razem naprawdę szampańsko, rozpoczęłam karnawał w tej samej koronkowej sukience. Miała być do trumny… Obecnie, przechodzona, „opatrzona” wisi w szafie. Związany z nią sen wzbudził we mnie refleksje. Spowodował, że najpierw czas choroby, a potem całe życie stanęło mi przed oczyma.

Wywołane wspomnienia

Chwytam ten obraz i oglądam swoje życie na wyciągniętej dłoni. Widzę miejsce mojego urodzenia, czyli dużą, podmiejską miejscowość na Podkarpaciu. Są lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. To na te trudne powojenne czasy przypadło moje dzieciństwo. Pierwszy obraz, jaki pamiętam to swoje odbicie w lustrze. Trzyletnia dziewczynka o złotych lokach. Potwierdzała to moja mama.

— Byłaś taka jak Zosia — mówiła, patrząc na moją dwuletnią wnuczkę, swoją imienniczkę.

Niestety, nie mam zdjęć na potwierdzenie naszych słów. (Pierwszą fotografię na jakiej jestem zrobił kuzyn Ludwik Lenik z Haczowa. Mam na niej z dziewięć lat. Zdjęcie jest słabej jakości, ale i tak widać jak źle wyglądam, jestem smutna, wychudzona, nieuczesana). Po tej dygresji wrócę jeszcze do chwili swojego pierwszego odbicia w lustrze i dobrze zapamiętanego uczucia niepokoju. Lęku, który już nigdy nie opuszczał mojej podświadomości. Utrwalony w pamięci obraz dotyczył uboju na wsi. Przedstawiał umazane w zwierzęcej krwi ręce mojego ojca. Powiązany z krzykami i emocjami stał się dla mnie symbolem przemocy. Niestety, czy stety, od małego byłam nadwrażliwa.

Bliskie natury życie na wsi narażało mnie i moich bliskich na liczne stresy. Burze z piorunami, pożary, czary, naznaczały moje dzieciństwo. Pamiętam jedno takie posądzenia o czary. Otóż do obory sąsiadów pod postacią żaby przychodziła czarownica. Na szczęście spokrewniona z nami rodzina Janików nie rzucała podejrzeń na nas, tylko na nielubianą osobę z sąsiedztwa. Podobno ta wiedźma „zaczyniła” i „odejmowała” krowom mleko.

Dobrze, że nie wierzono w zmory… W naszej rodzinie było siedem córek. W ludowym wierzeniu jedna z nich musiała być zmorą. Jak znam życie, to ze swymi niekonwencjonalnymi poglądami byłabym nią jak ulał.

Były i inne pogańskie, ale także zamorskie misteria. Podczas najkrótszej nocy z 23 na 24 czerwca, w pobliżu kapliczki św. Jana paliło się sobótki. Nazywałyśmy te obrzędy nocą świętojańską. A w listopadzie, o zgrozo, chodzili przebierańcy i straszyli nas lampionami z dyni.

Inne zachowania i przesądy miały źródło w chrześcijaństwie. Niektóre były nastrojowe i piękne, jak chociażby śpiewanie w majowe wieczory pod kapliczkami pieśni maryjnych. Niektóre zachowania wynikały zaś z lęku. W każdej niebezpiecznej sytuacji odmawiano pacierze, a podczas gwałtownych burz palono gromnicę lub wystawiano w oknie święte obrazy. Na domach nie było piorunochronów, więc pożary wybuchały we wsi często. Ostatni zapamiętany grom z jasnego nieba trafił w słynny dąb Królowej Jadwigi, który od wieków rósł na górze na granicy naszej wsi. Piorun bardzo go uszkodził.

Po to, by były lepsze plony, pola kropiono święconą wodą i robił to nasz, wydawałoby się racjonalny tata. Czynności te na szczęście nie były fanatyczne i nie pamiętam jakiegoś strasznego zastraszania czy manipulowania uczuciami.

To, że we wsi nie było kościoła, wpływało na zdroworozsądkowe spojrzenie ludzi, na ich racjonalizm, który wtedy był większy niż w innych, opisywanych w literaturze polskich wioskach.

Teraz, gdy w mojej rodzinnej miejscowości jest kościół i gdy jeżdżę tam na pogrzeby (taka jest w moim wieku rzeczywistość), zauważam, że pobożność wzrosła i sądzę, że nie jest ona tylko obrzędowa i kulturowa. Na dodatek nakręcana jest spirala datków i jeden przez drugiego płaci.

Z wczesnego dzieciństwa miło wspominam drewniany dom oraz widoczny z niego ogródek. Wyzierałam z dwóch południowych okienek. Było sporo kwiatów, ale szczególnie zapamiętałam różowe serduszka i piwonie. Takie serduszka usiłowałam uprawiać na swojej działce, bo przypominały mi babcię Wiktorię i mamę. Serduszka nie zniosły podtopień i wyginęły. Za to piwonie u nas rosną pięknie. Ogromny bukiet białych piwonii wzięłam na pogrzeb Krysi. Lubiła ich zapach…

Za ogródkiem był sad. Rosły w nim jabłonie oraz szlachetna grusza, którą posadził tata. Owoce musiały się zależeć i wtedy były pyszne.

Z tamtych lat została mi także pamiątka. „Pamiątka z tuberkulozy”. Zaraziła mnie chyba babcia, opatrując poparzoną wrzącym mlekiem nogę. Babcia Wiktoria sama potem zmarła na gruźlicę nadnerczy. Moja infekcja dotyczyła skóry i węzłów chłonnych. Gdy byłam starsza poszłam do lekarza Stroińskiego, który był moim wykładowcą od chorób skórnych w szkole pielęgniarskiej. Zbiegiem okoliczności przyjmował w naszym wiejskim ośrodku. Inspiracją był wykład o gruźlicy skóry. Zaczęłam podejrzewać ją u siebie. Bez opieki osoby dorosłej odważyłam się prosić o pomoc. Chodziło mi oczywiście o efekt estetyczny, bo jako nastolatka bardzo wstydziłam się czerwonej zmiany na nodze, a później doszedł także motyw zdrowotny. W obecnych czasach lekarz by mnie nie przyjął, bo nie miałam skończonych szesnastu lat. Nie wiem jakie wtedy były przepisy, ale przyjął mnie i skierował do Poradni Skórno-Wenerologicznej w Rzeszowie.

Pojechałam wtedy sama do naszego wojewódzkiego miasta. Na dworcu wzięłam taksówkę i podałam adres. Kierowca, chyba po to, by kurs był opłacalny, obwoził mnie wkoło, bo okazało się, że było to bardzo blisko dworca. W przychodni były złe warunki, cienkie ściany, jak to w PRL-u, drzwi były cienkie, paździerzowe. Słychać było wszystkie rozmowy. Do dzisiaj pamiętam podniesiony głos i presję lekarza na młodego pacjenta z chorobą weneryczną. Chodziło o ujawnienie partnerów seksualnych. Ja na szczęście miałam mniej wstydliwą chorobę. Pobrano mi wycinek i po jakimś czasie miałam diagnozę. Gruźlica skóry. I tak rozpoczęło się leczenie. Brałam zastrzyki streptomycyny i inne doustne leki przeciwgruźlicze. Przed szkołą biegałam do Ośrodka Zdrowia, który był oddalony o półtora kilometra. Leki doustne miałam brać trzy razy dziennie i sama musiałam pilnować terminów. Nie raz zażywałam je na pusty żołądek. Nic dziwnego, że potem przez całe dorosłe życie miałam z nim kłopoty. Już w dzieciństwie musiałam sama zadbać o zdrowie i tak mi już zostało na całe życie. Muszę leczyć się sama i czasem wyciągać z psychicznego dołka za przysłowiowe włosy.

Jako małe dziecko byłam pod opieką lekarki z Krosna o nazwisku Petryńska. Mama ją chwaliła. Pediatra nazywała mnie rzodkiewką, bo byłam zawsze rumiana. Leczyła mnie na zatoki i na zapalenie węzłów chłonnych. Kiedyś usunięto mi węzły pachwinowe z pewnością zajęte przez opisywaną powyżej gruźlicę. Nazywano tę zmianę dymienicą. Badania bakteriologicznego oczywiście nie zrobiono, a wykwitów na podudziu tej samej nogi nie skojarzono z guzem w pachwinie. Była to typowa służba zdrowia PRL-u. Szczepienia, prześwietlenia płuc, WR, próby tuberkulinowe, to wszystko było na pierwszym miejscu. Można się temu dziwić, jednak to dzięki tej profilaktyce, znane mi dzieci z naszego pokolenia prawie wszystkie się uchowały. Były jeszcze przypadki gruźlicy opon mózgowych, ale osobiście miałam chore tylko węzły chłonne i kawałeczek skóry. Kiedy byliśmy już w Radomiu, po dwóch porodach i przeciążeniu organizmu zmiana skórna się odnowiła i leczenie trzeba było powtórzyć. Na szczęście były już leki nowej generacji i wyleczono mnie całkowicie. Brak pachwinowych węzłów chłonnych spowodował, chyba, że w pobliżu jajnika mam dwa guzy, podobno o gruźliczym pochodzeniu.

Powinnam teraz napisać, że w dzieciństwie bawiłam się lalkami. Szkopuł w tym, że to były żywe lalki. Pierwszą tego typu lalką była Krysia. Miałam dwa latka, gdy się urodziła. To oczywiste, że tego nie pamiętam. Pamiętam za to Halinkę, bo bawiłam ją i bujałam w kołysce. Miałam już wtedy ponad cztery lata, więc sobie to zapamiętałam. Prawdziwej lalki nigdy nie miałam, a w każdym razie żadnej nie pamiętam. Uczyłam się, że życie nie jest zabawą, udawaniem i kolorową bajką? Chyba tak, bo zawsze byłam poważna nad wiek.

Obrazy, sytuacje… Niektóre, trochę sielankowe, opisałam w „Pogrzeb nogi dziadka i jego ideałów”. Nie wspominałam o tym, że od dzieciństwa towarzyszył mi lęk i niepewność losu. O mojej ówczesnej kondycji psychicznej świadczy chociażby sen, wizja, jak to w Wielką Sobotę po szorowaniu z mamą drewnianej podłogi szłam do kościoła z brudnymi nogami. Od kolan na dół biegły ciemne strugi pomyj. Mogłam mieć z osiem, dziewięć lat. Powyższa fobia prześladowała mnie bardzo długo. Było to więc w czasach opisywanego wyżej rodzinnego zdjęcia, na którym wyglądam jak dziecko Oświęcimia.

Pamiętam też jak zaszywałam się pomiędzy łanami zbóż lub na poletku kukurydzy, marzyłam — tym razem na jawie. Niestety codzienność wiejskiego życia w wielodzietnej rodzinie ściągała mnie na ziemię. Powalona na kolana podnosiłam się i znów wspinałam się w górę na przykład na stóg siana, bo z górki lepiej i dalej widać. Odkrywałam, co jest za horyzontem, rozmyślałam o przyrodzie i o świecie. Wiedziałam, że nie tak dawno była wojna, że teraz będą duże gospodarstwa, spółdzielnie, pegeery, czyli kołchozy. Moja intuicja podpowiadała mi, że ta sprawa bardzo mieszkańców niepokoi. Czułam, że nie akceptują powojennego ustroju i wynikających z niego zmian.

Zapamiętałam sobie samotną podróż autobusem z Krosna po tym jak rodzice się nie dogadali, czy po prostu ojciec zapomniał i nie odebrał mnie z naświetlań zatok lampami Solux. Bardzo się wtedy bałam i kiedy odprowadzona przez pracownicę i wsadzona do autobusu dotarłam do domu, byłam smutna, opuszczona i przejęta. Myślałam, że się mną nie zajmują, wcale mnie nie kochają, zostawili mnie i porzucili.

Jeszcze gorszy nastrój miałam podczas pobytu w szpitalu z powodu żółtaczki zakaźnej. Zamknęli mnie na oddziale i nikt mnie nie odwiedzał. Miałam chyba z dziesięć lat, więc byłam już duża, ale bardzo cierpiałam i cichutko płakałam. Gdy zobaczyłam przez okno tatę pracującego na budowie nowego budynku szpitalnego, wstałam z łóżka podeszłam do oszklonych drzwi i machałam do niego ręką. Ojciec mnie też zobaczył. Odwzajemnił gest, ale siostra zakonna, która pełniła w tych czasach rolę pielęgniarki, odciągnęła mnie od okna i zagoniła do łóżka. Strasznie wtedy rozpaczałam. Nawet opisałam to kiedyś w szkolnym wypracowaniu. Była to chyba pierwsza próba mojej twórczości i forma psychoterapii — takiej na miarę dziecka. Jako nastolatka byłam często wylękniona i niepewna siebie. Chciałam wygrywać rywalizację w grupie poprzez dobrą naukę. Kiedyś pani od fizyki zadała zadanie do domu. Dotyczyło kół zębatych, ich obrotów i wynikających z nich zależności. Cały dzień myślałam i wyobrażałam sobie ich ruch. Liczyłam powoli, ale policzyłam i rano jako jedyna w klasie miałam rozwiązanie (teraz gdy wiem, że mam dyskalkulię, doceniam ten wyczyn jeszcze bardziej). Klasowe dziewczynki w tej rywalizacji w ogóle się nie liczyły. Chodziło mi o kolegów. Urosłam trochę w oczach niektórych, ale nie na tyle, aby mnie adorowali. Był jeden chłopak w klasie zdolniejszy ode mnie, pięknie rysował, pisał dobrze, ale z matmy nie błyszczał. Został potem prawnikiem. Czasy szkolnej rywalizacji jawią mi się nie najlepiej. W szkole medycznej było nieźle. Otrzymywałam bardzo dobre oceny i nawet raz byłam przewodniczącą klasy, ale przegrałam tę pozycję w klasowej społeczności dość szybko. Jak widać, wszystkie moje zabiegi o miejsce w zespole kończyły się fiaskiem.

Po wielu latach chciałam spojrzeć na te moje koleżanki rywalki i ciągle im chciałam udowadniać swoją przewagę. Dosyć szybko się zorientowałam, że jestem mądrzejsza. W myślach pokazywałam im moją wyższość, awans społeczny, dobrą rodzinę. Były pewniejsze siebie i na nie to nie działało. (Szerzej o tych problemach piszę w e-booku „Z pamiętnika dyslektyka”). Usiłowałam to uczucie niepewności racjonalizować, ale i tak objawiało się tym, że szukałam potwierdzenia w cudzych oczach i byłam bardzo na tę akceptację wyczulona.

Czytam moje egzaltowane listy z tych czasów. W listach chwalę się zdobyczami, podrywaniem chłopaków, ale jest to tylko przesadna afektacja. Wyrażanie uczuć także tych wyższych, które odróżniam od kokieterii. Wydaje mi się, że umiałam je uzewnętrznić. Wylewały się zresztą ze mnie poprzez mowę ciała, błysk w oku, mówiłam o tym, pisałam, marzyłam. Z mężem byliśmy w tym niezbyt dobrani, nie lubił mówić o uczuciach.

Wybrałam średnią szkołę medyczną. Wprawdzie marzyłam o akademii medycznej i o wydziale lekarskim, ale z niewiadomych mi jeszcze wtedy względów, nie mogłam tam studiować. Wmawiałam sobie, że i tak rodziców nie stać na studia, że lepiej być dobrą pielęgniarką niż marnym lekarzem. Czy nią byłam?

Praca, podobno nadgorliwa

Moja kariera zawodowa to wielki rozdział w moim życiorysie.

W 1969 roku, zaraz po odebraniu dyplomu pielęgniarki, zgłosiłam się do pracy w szpitalu w Brzozowie. Skierowano mnie na oddział dziecięcy. Warunki na oddziale były straszne. Do ogrzewania służyły kaflowe piece opalane węglem. Paliły w nich salowe. Architektoniczny wymysł: przeszklony dach nad holem powodował, że woda się na nim skraplała. W zimie ślizgałyśmy się, bo woda zamarzała i robiło się tam lodowisko. W lecie wszyscy cierpieli od upału. Za pierwszą zarobioną marną pensję kupiłam sobie nie nowe ciuszki lecz… encyklopedię, która o dziwo była tak jak wiele ciekawych książek na półkach księgarni w tym powiatowym miasteczku.

Praca na oddziale dziecięcym to była ogromna lekcja życia i samodzielności. W tamtych czasach był zakaz odwiedzin i rodzice nie mogli być na sali razem dzieckiem. Maluszki płakały, a my miałyśmy mnóstwo roboty. Bardzo źle znosiłam nocne dyżury. Rano szłam niewyspana i zmęczona do nieprzytomności. Zdarzało się, że byłam na dyżurze sama i opiekowałam się dziesiątkami dzieci. Czasem w nocy umierało ich dwoje.

Obecnie jest to niewyobrażalne. Porównuję sobie te brzozowskie czasy do okresu wojny. Pomyślmy… Jeśli teraz umrze z powodu infekcji jedno dziecko, to mówią o tym we wszystkich wiadomościach i staje się to ogólnopolską tragedią. Wtedy niemowlęta umierały na zapalenie krtani, czyli tak zwany pseudo-krup, na zapalenie płuc, na biegunki, na zapalenie mózgu i inne wirusowe i bakteryjne choroby. To było tak powszechne, że zapamiętałam tylko roczne dziecko uratowane z ciężkiego wirusowego zapalenia płuc, bo moja koleżanka Basia, z którą chodziłam do Liceum, a teraz pracowała w tym samym szpitalu, oddała krew i ta transfuzja uratowała dziecko. Problem był w tym, że Basia była po grypie i jej krew miała przeciwciała. Myślę o tym teraz w dobie koronawirusa. Teraz też nie ma leków na zapalenie tego typu i lekarze proszą o krew ozdrowieńców.

Pamiętam dobrze chłopca na obserwacji brzucha. Bardzo cierpiał. Zlecono mu badania, między innymi sondę żołądkową. Po tym zabiegu, który robiłam osobiście, zaczęło się… W treści żołądkowej stwierdzono krew i zaraz potem nastąpił krwotok z przewodu pokarmowego. Krew wylewaliśmy nocnikami. Zmierzyłam ciśnienie, bo w szkole uczono mnie, że tak się postępuje przy każdym większym krwawieniu. Okazało się, że ciśnienie przekraczało 300 mm słupa rtęci. Zrobiła się wielka afera, bo dotychczas żaden z lekarzy nie zmierzył dziecku ciśnienia. Jestem pewna, że przed krwotokiem było jeszcze wyższe. Sekcja wykazała, że to guz nadnerczy i wynikająca stąd choroba nadciśnieniowa, która spowodowała krwawienie na całej długości jelit, były przyczyną zgonu chłopca. Niestety, szpital zawalił podczas procesu diagnozowania i nie wiem jak się z tego wybronił, ale wtedy spraw sądowych prawie nie było. Były protesty, ale ustne.

Jeden pamiętam. Dotyczył ślicznej, pięcioletniej dziewczynki, która podczas pobytu w domu babci w ostrym bieszczadzkim klimacie, zachorowała na zapalenie płuc. Dziadkowie przywieźli ją w ciężkim stanie. Lekarze robili wszystko co tylko było w ich mocy. Gdy na oddział dziecięcy dojechał jej ojciec, już nie żyła. Krzyczał bardzo na ordynatora i na nas, że są przecież żelazne płuca, że to nasza wina. Słyszał pewnie o nich z czasów epidemii choroby Heinego-Medina z lat pięćdziesiątych. A przecież funkcja tzn. żelaznych płuc była całkiem inna. Miały one zastąpić porażone mięśnie klatki piersiowej, a nie same płuca, których nie da się zastąpić. Wszyscy pracownicy bardzo przeżywali tę tragedię.

Niestety. Wtedy nie było dobrych antybiotyków, leczenie antywirusowe dopiero raczkowało, nie było szczepionek przeciw pneumokokom wywołującym tę chorobę, ani nie szczepiono na meningokoki, wywołujące zapalenie mózgu. Kilka lat później od tych bakterii zachorował na zapalenie opon mózgowych mój czteroletni synek, a synek mojej siostry zmarł z ich powodu.

Oddział chorób wewnętrznych

Po wyjściu za mąż i przeprowadzce do Jedlicza pracowałam na oddziale wewnętrznym krośnieńskiego szpitala. To ten oddział, który budował nasz tata, w czasie gdy jako dziesięcioletnia dziewczynka leżałam w szpitalu zakaźnym chora na żółtaczkę. Z tej pracy zapamiętałam dwa wydarzenia.

Kiedyś polecono mi zaprowadzić pacjentkę do rentgena. Była „chodząca”, czyli wstawała z łóżka i chodziła sama po oddziale. Byłam wtedy w dziewiątym miesiącu ciąży. Z chęcią zgodziłam się przeprowadzić szczupłą, starszą panią do innego budynku szpitalnego.

— Jest piękne lato, ciepło, będziemy mieć spacer po świeżym powietrzu — pomyślałam.

Pod oddziałem zakaźnym kobieta upadła. W tej sytuacji nie mogłam jej nawet ratować. Wzywałam tylko pomoc krzycząc i gestykulując. Niestety pacjentka zmarła. Było na mnie, bo nie wzięłam wózka. Przeżyłam bardzo tę śmierć i oskarżenia chociaż były bezpodstawne. To oczywiste, że na wózku i to takiej jakości jak były wtedy, nie dałabym rady po windach i podejściach. Nikt mi zresztą tego nie polecił, przecież kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży nie może dźwigać ciężarów.

Drugą zapamiętaną dobrze sytuacją z pracy na oddziale wewnętrznym był dzień mojego porodu. Przyjechałam na dyżur popołudniowy z odległej o kilkanaście kilometrów miejscowości. Już w autobusie poczułam bóle. Po przyjeździe na oddział, powiedziałam koleżance, z którą miałam być na zmianie, że rodzę.

— Żartujesz chyba! Zostanę sama na tyle osób! Nie mogłaś wcześniej powiedzieć! — pyskowała, bo była na mnie bardzo wściekła.

Nie mogłam, nie było wtedy komórek, a telefony były rzadkością. Nie dziwiłam się, że jest wściekła i skruszona wzięłam się za robotę. Zaczęłam chodzić od sali do sali i rozdawać termometry. Co chwila łapały mnie bóle. Kryłam się wtedy w dyżurce i w samotności czekałam aż ustąpią. Tak przepracowałam kilka godzin. Po czym poszłam na porodówkę, która była w tym samym szpitalu powiatowym. Rozpoczął się mój pierwszy poród.

Do trzeciego porodu, już w Radomiu, jechałam czerwonym kursowym autobusem MZK. Był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci. Niedawno skończył się Stan Wojenny. Miałam bóle i mimo to z jednego czerwonego autobusu przesiadłam się do innego. Tego przysłowiowego. Zanim położyłam się na porodówce zaglądnęłam do szpitalnej auli, gdzie trwało zebranie partyjne PZPR. Zajmowałam się trochę polityką, a że czasy robiły się bardzo gorące byłam ciekawa co się dzieje.

Aby nie było, że młodszy syn swoje wariackie pomysły z polityką ma z nie wiadomo skąd, powiem, że kiedyś wygłosiłam w tej auli płomienne, ale konkretne przemówienie. Było to zaraz po stanie wojennym, a chodziło o organizację służby zdrowia, która, wierzcie czy nie, już wtedy była reformowana w sposób jaki tylko można było w tamtym, totalitarnym podobno systemie, zrobić.

Potwierdzam także: to prawda, że w PRL- u kobieta nawet w widocznej ciąży bez problemu znalazła zatrudnienie, a potem też nie doznawała z tego powodu szykan i nieprzyjemności od pracodawców, bo był on jakby fikcyjny, państwowy. Ale jak dzieci chorowały było nieciekawie. Jednak można było wykorzystać 60 dni zwolnienia. Przy córce wykorzystałam prawie wszystkie, bo często chorowała. Przeszła choroby zakaźnie wieku dziecięcego jak z podręcznika do pediatrii. To było normalne, że kobiety brały wtedy opiekę nad dzieckiem i zwyczajowo wykorzystywało się ją w całości.

Tutaj mam ciekawą i zastanawiającą zbieżność faktów. Otóż Ania chorowała prawie zawsze w rytm mojego cyklu miesięcznego. Mówiłam znajomej lekarce, że zauważyłam taką zależność, przyjęła to jako ciekawostkę. Teraz wiem, że to mogło mieć związek z moją nerwowością w tych dniach, czyli z zespołem napięcia około miesiączkowego. Moja teoria jest taka, że stres udzielał się dziecku, które łapało wtedy każdą infekcje. Teraz takie ciężkie odmiany Zespołu Napięcia Okołomiesiączkowego nazywane PMDD (Przedmiesiączkowe Zaburzenia Dysforyczne) się leczy; wtedy nikt nie zwracał na to uwagi. Odchorowałam to potem poważniej.

Praca w szkole

Szkoła. Ile to lat swojego życia jej poświęciłam? To fakt, że ta praca była mi wtedy na rękę, bo wychowywałam trójkę dzieci. Należała ona do tych samodzielnych i mnie, indywidualistce, bardzo przypadła do gustu. Bardzo ważne, że szkoła była w pobliżu domu. Cieszyłam się z tego, ale aby nie było tak pięknie, musiałam poradzić sobie ze współpracownicą, która niewiele robiąc, powtarzała: nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm. To powiedzenie było pod moim adresem.

Pracę podzieliłabym na dwa etapy — przed rokiem 2000 i po 2005 roku, gdy wróciłam z Włoch. Ciekawe moim zdaniem jest porównanie, jak się to ma do postępu i do transformacji ustrojowej w naszym Kraju, bowiem przed i po systemowych przemianach pracowałam w tej samej osiedlowej szkole. Było w niej w szczytowym okresie 2200 uczniów, a z filiami podobno ponad trzy tysiące.

Na Ustroniu i Prędocinku mieszkało dużo inteligencji. Ich dzieci, ale nie tylko, zdobywały laury w licznych konkursach i olimpiadach. Szkoła miała bardzo dobrą markę. Jakie miejsce w rankingu? Wydaje mi się, że wtedy takowych nie było. Wiem tyle, że dzieci, które zdobyły u nas podstawy wykształcenia zasilają całą Unię Europejską a nawet Amerykę w fachowców i w ogóle w wartościowych ludzi.

W tamtych czasach spotykałam wiele biednych, brudnych i zaniedbanych dzieci. Higiena była na bardzo niskim poziomie. Uczyłam wraz z nauczycielami jej podstaw. Mycia rąk, kąpieli, zmiany bielizny.

Zapamiętałam sprawę ręczników w domach uczniów. W blokowych mieszkaniach w dużym mieście, na szczęście już w łazienkach. Przyznam, że to była moja żyłka. Uparłam się, aby wyplenić zwyczaj dwu ręczników: jeden, czyściejszy i ładniejszy do twarzy, drugi do nóg i dolnych części ciała, które to „szmaty” były używane przez wszystkich domowników. Uczyłam dzieci, że każdy powinien mieć swój ręcznik i tego, że po dokładnym umyciu nie ma części ciała gorszych i lepszych. Poglądy, że tyłek jest gorszy niż twarz, były pozostałością po pruderyjnym podejściu, które starałam się tępić. Słynna była moja zagadka:

— W domu jest mama, tata i troje dzieci. Ile ręczników wisi w łazience?

Teraz, gdy wymieniania się ręczniki po każdej kąpieli, jest to nie do pomyślenia. Wtedy sukcesem było, aby każdy domownik miał swój, wymieniany raz w tygodniu ręcznik.

Najgorsze, że w szkole zdarzało się nawet kilkaset przypadków wszawicy. Dobrze pamiętam dzień, kiedy nauczycielka ze świetlicy przyprowadziła mi dziecko, które rozsiewało wokół siebie wszy. Mimo, że nie było to moim obowiązkiem, szybko się nim zajęłam. Był w apteczce zalecany wtedy Delacet i zrobiłam prędko „czepiec”. Dziewczynka miała włosy, które pasowały do opisu „plica polonica”, czyli kołtun polski. Ręcznik, który służył do zabiegu był czarny od insektów.

Muszę się pochwalić, że zanim w roku 2000 na pewien czas odeszłam ze szkoły, zdobyłam środki (były one już skuteczniejsze — z Zachodu) i rozniosłam je po środowiskach. W ten sposób przyczyniłam się do zlikwidowania ostatnich, jak mi się wydawało, stu przypadków wszawicy.

Już w drugim etapie, kiedy pracowałam w Gimnazjum, a potem w Liceum w ramach indywidualnego kontraktu z NFZ, tylko kilka razy rozpoznałam tę chorobę pasożytniczą. Na marginesie, to już są nowe czasy i pielęgniarka szkolna nie może, tak sobie, sprawdzać dziecku głowy, trzeba uzyskać zgodę rodziców.

To tyle na ten mało literacki temat.

Co do przeglądów, to popieram obecne przepisy o nietykalności cielesnej dzieci i jestem za niezaglądaniem im bez powodu pod koszulkę. Według mnie uczy to większej pewności siebie i wpływa na obraz własnego ja. Nie wyobrażam sobie sytuacji sprzed lat, że bez ostrzeżenia wchodzę do klasy, oglądam głowy, paznokcie, bieliznę… itp.

Według mnie taka procedura to pozostałość po przedmiotowym traktowaniu ludzi, a najokrutniejszym tego przejawem była wojenna i powojenna przemoc. Jej reminiscencję w późniejszych latach przeżyłam w wielu aspektach życia.

Tak w ogóle to lubiłam dzieci z III RP. Były czyste, miłe, ładnie ubrane w przewiewne higieniczne T-shirty i bawełniane dresy, a nie jak kiedyś w sztuczne, naelektryzowane, uszyte ze stylonu fartuszki. Nie miały zasmarkanych nosków, nosiły chusteczki, a jak które nie miało, to znajdowało je u mnie pod dostatkiem. Znakiem czasów było i jest do teraz, że szkoła — tak jak społeczeństwo — jest bardziej elitarna i dzieci wzorem rodziców prześcigają się w strojach i gadżetach raniąc w ten sposób te biedniejsze. Na początku transformacji ustrojowej bardzo mnie to raziło, ale teraz stosując zasadę: co możesz zmienić — zmień, a pogódź się z tym, czego zmienić się nie da — jakoś żyję.

Jednak nie znoszę, gdy w tym nowym systemie dzieci w niektórych szkołach są okłamywane, na przykład, że kreacjonizm to jest teoria równorzędna z teorią ewolucji. Są indoktrynowane religijnie i czasami politycznie. U nas też jest coś na rzeczy, bo po trzydziestu latach pracy pierwszy raz zdarzyło mi się, że dziewczynka, jakaś ciotka obecnej rewolucji, zwróciła mi buńczucznie uwagę, że nie mam w Gabinecie Medycznym krzyża. Nie miałam go przecież w gabinecie przez całe lata, bo o dziwo, szkoła w PRL-u była świecka. Mam wrażenie, że polski kołtun na głowie został zastąpiony innym, dla mnie nieznanym i jeszcze wstrętniejszym.

Praca w szkole. Akcja „Czarnobyl”

Szkoła na Ustroniu C powstała w 1985 roku. Zanim nauczanie początkowe przeszło do największej filii szkoły przy ulicy Lipskiej, dzieci urodzone w czasie wyżu demograficznego musiały zmieścić się w budynku głównym przy ulicy Osiedlowej, a ja z nimi.

Budynek wprawdzie był nowy, dość duży i słoneczny, ale wewnątrz znajdowało się coś na kształt ogromnego zbiegowiska, coś na podobieństwo stadionu wypełnionego dziećmi i dorosłymi. Ponad dwa tysiące dzieci, około dwieście osób dorosłych, gwar i zgiełk oraz apele, przerywane przeraźliwym dzwonkiem. Gdyby nie to, że dzieci były wtedy zahukane, posłuszne i w porównaniu do współczesnych — spokojne, nie dałoby się w środku takiego kolosa pracować i w dodatku wszystko ogarnąć.

Pamiętam, że po otwarciu drzwi do pokoju nauczycielskiego wydostawały się kłęby papierosowego dymu. Był on jednym ze znaków PRL-u; mieszkania, kawiarnie, pociągi i każda publiczna przestrzeń, może prócz autobusów, gdzie był zakaz palenia, była zadymiona. Pamiętam, że palili lekarze, pielęgniarki, a w szkole medycznej do której uczęszczałam, jeden wykładowca, nota bene lekarz — palił podczas lekcji. To palenie było też pozostałością po wojnie.

Warunki sanitarne w szkole były na niskim poziomie, w każdym razie na bloku sportowym unosił się przykry zapach moczu i dymu. W drzwiach były ostre klamki, na które nabijały się biegające dzieci, dotkliwie i niebezpiecznie się raniąc. Kiedyś biegnący chłopiec nabił sobie klamkę między mięśnie ramienia. Przybiegł do nas po pomoc. Z rozerwanej tętnicy krew tryskała po ścianach. Toczyłam o te klamki batalię. W końcu zostały zamienione przez nową dyrektorkę na kuliste.

W pewnym momencie uświadomiłam sobie różnicę między czasami PRL-u, a obecnymi dotyczącą Pogotowia Ratunkowego. Obecnie przyjeżdża ekipa ratowników medycznych i mówi rodzicom, że muszą jechać z nimi i być przy dziecku w karetce. Dawniej było odwrotnie, rodzice chcieli jechać, niektórzy się awanturowali, ale na nic: nie wolno im było wejść do karetki.

Wypadki: złamania, zwichnięcia, zranienia zdarzały się często. Jak to w takiej dużej szkole… Zdarzało się, że rodzice byli nieosiągalni i wtedy osobiście zawoziłam dziecko na izbę przyjęć, czekając w kolejce do późnych godzin, podczas gdy moje dzieci były w domu same.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 28.97
drukowana A5
Kolorowa
za 53.08