E-book
6.83
Z rodzinnego gniazda

Bezpłatny fragment - Z rodzinnego gniazda

Krajoznawcza gawęda o niezwykłych atrakcjach Wielkiego Zakola Narwi


Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-65543-20-2

Nad rodzinnym gniazdem

chociaż tu nie mam już nic swojego

i choć nie stoi już tu mój dom

jak uśmiech wiosny

zostało w sercu mi coś ciepłego

dziecięca miłość do mojej wioski

i do tych pięknych rodzinnych stron


a więc z nostalgią lotem bociana

nad starym gniazdem w promieniach słońca

zataczam myślą kolejny krąg

i chociaż wioska już nie ta sama

tu wciąż zachwyca mnie śpiew skowronka

ludzka życzliwość

i rześki zapach lasów i łąk


dlatego proszę Cię dobry Boże

dla mojej wioski o kilka łask

proszę o miłość

by zawsze rosła tutaj jak zboże

by każdy człowiek z pomocą boską

cieszył się zdrowiem i żył tu długo

miał w oczach uśmiech i szczęścia blask

Drodzy Mieszkańcy i Sympatycy wioski — Łaś oraz całej tej, tak bliskiej memu sercu okolicy!

Książka ta nie jest fachową monografią ani typowym, turystycznym przewodnikiem, ale ma ona charakter bardzo osobistej i wręcz sentymentalnej gawędy. Dlatego oprócz licznych osobistych dygresji, spotkamy tu bardzo dużo, może nawet nazbyt dużo — pogrubień konkretnych słów i fragmentów tekstu. Jest to zabieg, może niezbyt estetyczny, ale celowy i jak sądzę — pogłębiający koncentrację potencjalnego Czytelnika oraz jego duchową i emocjonalną więź z autorem, na czym bardzo mi zależy.

Mimo owocnej współpracy redakcyjnej z kilkoma osobami, a zwłaszcza z koleżanką Anną Nosek, w tym szybkim, nowym wydaniu, pewnie nie udało się uniknąć wielu literackich błędów oraz zecerskich chochlików, za co z góry przepraszam. Chcę tu jednak dodać, że jest to tzw. egzemplarz autorski, pozbawiony profesjonalnej korekty, ale za to opublikowany własnym sumptem, bez żadnych dotacji i bez angażowania jakichkolwiek sponsorów.

Poprzednie wydania tejże książki, a także jej wersja elektroniczna, spotkały się z nadspodziewanie dużym zainteresowaniem Czytelników, mimo że ebooki, nie są jeszcze w naszym kraju zbyt popularne i że tematyka tejże książki jest przecież tylko regionalna. Około 3 tysiące pobrań, w dosyć krótkim czasie i przy korzystaniu tylko z jednego kanału dystrybucji (Wydaje.pl), świadczy o tym, że warto było ją napisać, i że jest to chyba dobra promocja naszej Małej Ojczyzny.

Tą właśnie książkę, w wersji tradycyjnej (drukowanej), chcę podarować każdej rodzinie z wioski — Łaś. Mam nadzieję, że zostanie ona życzliwie przyjęta i jeszcze bardziej ożywi miłość do tych ciekawych, i pięknych — rodzinnych stron. Z serdecznym pozdrowieniem Ryszard Makowski.

Wstęp, czyli — zaproszenie na szlak

Z rodzinnego gniazda wyfruwamy często już we wczesnych latach swego życia. A jednak jak jaskółki, czy bociany — z sentymentem i radością wciąż tam powracamy — aby się trochę wzmocnić, odpocząć i coś cennego znowu dostać na drogę. Tak jest i ze mną! Wszystko co tu teraz napiszę, będzie tylko jakimś skromnym szkicem niezwykle barwnego i drogiego mi obrazu moich rodzinnych stron, który otrzymałem w prezencie na całe życie i schowałem, gdzieś głęboko w swoim sercu i w duszy. Odnawiam go spontanicznie przy każdym powrocie i przy każdej sprzyjającej okazji. Jest to bowiem obraz nie tylko tej wioski — która jest, ale i tej — której dawno już niema — wioski mojego dzieciństwa i mojej młodości. Bardzo bym chciał, aby ta prosta gawęda oraz dołączone do niej dodatkowe informacje i wiersze były odczytane, jako wyraz mojej szczerej wdzięczności, za wszystko to, co z tego rodzinnego gniazda dotąd otrzymałem i nadal dostaje.

Nie zamierzam tu oczywiście, pisać jakiejś dokładnej monografii tych terenów — zostawiam to fachowcom. Będzie to raczej sentymentalna gawęda, z licznymi dygresjami, która mam nadzieję, zainteresuje mieszkańców mojej wioski Łaś, a może — nie tylko ich? Zahaczam tu bowiem, także o inne, sąsiednie miejscowości, z których w sposób szczególny, pragnę potraktować Sanktuarium Świętej Rozalii. Podaję też trochę istotnych informacji na temat, największego na świecie deszczu meteorytów, zwanego — „Meteorytem pułtuskim.

Chciałbym, aby ta gawęda była także serdecznym zaproszeniem dla osób, pragnących lepiej poznać te malownicze i ciekawe tereny. Natomiast dla ludzi autentycznie zakochanych w swoich własnych wioskach — być może będzie to także jakaś dodatkowa zachęta oraz konkretna inspiracja — aby je także opisać.

I. O Łasi — gawęda

Pewien mieszkaniec wioski Łaś (czyli tzw. „Łasiak”), po uważnym przeczytaniu wcześniejszej wersji mojej książki, powiedział mi tak: „żyję tu już tyle lat, a wcale nie wiedziałem, że mieszkam w tak ciekawym miejscu”. Otóż, bardzo bym chciał, aby wszyscy zacni mieszkańcy naszej wioski i całej tej okolicy, mieli pełną świadomość, że jest to rzeczywiście niezwykle ciekawe i piękne miejsce, które powinni szanować i być z niego dumni. Właśnie temu celowi, ma służyć ta gawęda oraz cała moja książka.

Mam, też wielką nadzieję, że dla dwóch wybitnych osób (opisanych w dalszej części tejże książki), pochodzących z Łasi: ks. Wacława Karłowicza oraz ks. Jana Abramskiego — uda się kiedyś fundować specjalne, pamiątkowe tablice, które można by umieścić np. przy wiejskim krzyżu lub w jakimś innym godnym miejscu. Dlaczego? Bo swoim pięknym i chwalebnym życiem — z pewnością na to zasłużyli!


Łaś jest jedną z największych i najstarszych wiosek leżących na pograniczu Kurpiowszczyzny w dużym zakolu Narwi. Wyróżnia się też pięknym położeniem i bogatą ludową tradycją.

Wioska ta leży na ciekawie uformowanych wzgórzach, przy tzw. „Mazurskim gościńcu”, pomiędzy PułtuskimRóżanem, na krawędzi rozległej wysoczyzny, powstałej w okresie zlodowacenia środkowo-europejskiego. U jej stóp, po stronie północno — wschodniej, leży zielona pradolina, płynącej tu kiedyś, polodowcowej rzeki, a po stronie południowo- wschodniej, ciągną się torfowe łąki, tzw. biele — pozostałość po jakimś dawnym wielkim starorzeczu. Łąki te, aż do czasów przedwojennej melioracji, były niebezpiecznym trzęsawiskiem, w którym tonęły często zwierzęta i ludzie. Zwłaszcza podczas różnych, dawnych wojen, podstępnie zwabiano tu napastników i zatapiano ich tu razem z końmi i całym wojennym sprzętem. Według miejscowej legendy, w taką zasadzkę wpadł ponoć m.in. pewien oddział Szwedów, podczas pościgu za miejscowym, majętnym szlachcicem. Wszyscy wówczas potonęli w bagnach, a zatopione tam szlacheckie złoto, „jeszcze dziś świeci czasem nad łąkami jakimś dziwnym, upiornym blaskiem”, którego ludzie trochę się boją i nazywają tu — świetlikami (chodzi tu być może, o wydzielające się niekiedy z torfu oraz z mogił, bardzo lekkie i blado świecące związki fosforu). W tych bagnach, podczas jednej z powstańczych potyczek, zatonął też prawdopodobnie lub celowo został tam wrzucony, słynny „powstańczy jaszczyk” (specjalny kufer) z cennymi dokumentami i licznymi kosztownościami. Mimo ostrych represji Moskali, i zarządzeniu kilku usilnych poszukiwań, nigdy tej skrzyni nie wyłowiono i Rosjanom nie oddano. Nieżyjący już ostrołęcki etnograf i archeolog — Juliusz Korsak chciał nawet kiedyś zorganizować ponowne poszukiwania tego cennego kufra, z użyciem nowoczesnego sprzętu, ale jego przedwczesna śmierć zniweczyła te ambitne plany.


Wioskę Łaś ze wszystkich stron, w niewielkim oddaleniu, otaczają rozległe, mieszane lasy, o bardzo bogatej faunie i florze. W lasach tych żyją między innymi: łosie, wilki, dziki, jelenie i daniele oraz rosną potężne lipy, świerki i sosny, a także okazałe pomniki przyrody — prawie tysiącletnie dęby. Wąskie, kręte ścieżki, prowadząc przez urocze leśne dolinki i strome zbocza, zapraszają do ciekawych spacerów i rozmyślań. Być może dlatego te lasy, niektórzy nazywają tutaj „świątynią dumania”.


Łaś, dzięki swemu położeniu ma znakomity klimat i bardzo korzystne nasłonecznienie. Z niektórych wzgórz roztacza się tu piękny, rozległy widok. Są tu też niezłe warunki narciarskie, zwłaszcza do uprawiania narciarska śladowego i biegowego.

Być może te lasy i ten znakomity mikroklimat decyduje o tym, że jest to wioska ludzi naprawdę długowiecznych. Z pośród okolicznych wiosek to tu w ostatnich czasach było najwięcej stulatków oraz ludzi dosyć sprawnie funkcjonujących jeszcze grubo po osiemdziesiątce.


Wioska jest bardzo stara. W czasach, kiedy to administracyjnie należała do miasta Różan, tj. w XVI w. była już miejscowością wysoce znaczącą. Leżała przecież tuż przy dawnym, bardzo ważnym handlowym szlaku. Ciągnęli więc tędy bogaci kupcy, polskie i obce wojska, zuchwali rozbójnicy, a nawet książęta i królowie. Zachwycała się ponoć pięknym położeniem tejże wioski, królowa Bona, podczas podróży, związanej z wizytowaniem swoich zamków w Różanie, Sieluniu i Łomży, a później podziwiał ją także Napoleon Bonaparte. Ten ostatni oczywiście tylko podczas wyprawy na Moskwę, bo w drodze powrotnej jadąc tym samym gościńcem, na żadne zachwyty nie miał już pewnie ochoty ani nawet czasu.

Działające tu z dawien dawna, przydrożne karczmy, słynęły z dobrego miodu, kozicowego piwa, żwawej muzyki i spontanicznej gościnności. Musiały one chyba pracować na bardzo wysokich obrotach, skoro zatrudniano w nich często wielu młodych pomocników nie tylko z Łasi, ale i z innych okolicznych wiosek. Była też tu swego czasu, na skraju lasu taka karczma, której właścicielka miała ponoć aż 24 dzieci. Większość z nich, to były niezwykle urodziwe, rozśpiewane i bardzo wesołe dziewoje, więc nic dziwnego, że owa karczma była wtedy, nie lada atrakcją na tym sławnym, międzynarodowym szlaku.


Łaś od wieków szczyciła się też bardzo rzadką w dawnych czasach, swobodą i wolnością. Nie była to bowiem ani wieś szlachecka ani pańszczyźniana. Początkowo zarządzali nią biskupi z pobliskiego Pułtuska, a potem funkcjonowała przez długie lata, jako tzw. „Królewszczyzna”, a następnie jako „Wieś rządowa”. W porównaniu z pobliskimi wioskami, Łaś miała więc specjalne prawa i liczne przywileje, a jej mieszkańcy cieszyli się znacznie większą swobodą i byli na ogół zamożniejsi niż ich sąsiedzi z okolicznych wiosek. Po carskim ukazie z połowy XIX wieku — aż 28 miejscowych gospodarzy zdołało tu wykupić ziemię i założyć własne, dość pokaźne gospodarstwa. Ci, których było na to nie stać, zostali niestety tzw. wyrobnikami, żyjącymi znacznie biedniej — głównie ze zbieractwa (w okolicznych lasach) oraz służby i pracy dorywczej u tutejszych gospodarzy. Mimo tego materialnego zróżnicowania i dość wyraźnego podziału, wioska była zawsze „bardzo zgrana” i we wszystkich istotnych sprawach, ludzie doskonale się tu rozumieli, i zazwyczaj mówili jednym głosem. Byli to bowiem ludzie szczerzy i prości, o wysokim poczuciu honoru i własnej godności.


Jeszcze do niedawna, zamykanie drzwi przed kimkolwiek, podczas nieobecności domowników, uznawane było jako dziwactwo i wielki nietakt. Można, to było robić, jedynie wtedy, gdy w okolicy kręcili się Cyganie, ale i tak było to zwykle zamknięcie tylko symboliczne, przy pomocy prostego skobelka i patyka. Zresztą Cyganie, ciągnący co roku swymi barwnymi taborami byli, zwłaszcza dla dzieci, nie lada atrakcją, więc mimo ich nieco złodziejskiej natury, przyjmowano ich tu zawsze bardzo życzliwie. Szkoda, że pod tym względem, czasy się tak radykalnie zmieniły i dzisiaj nawet w Łasi, można zobaczyć żelazne sztaby i patentowe zamki.

Inną stałą cechą mieszkańców tej wioski oraz całej okolicy, był tu naturalny, głęboki patriotyzm i silne przywiązanie do tradycji, religii i rodzimej ziemi. Tu nigdy, żadnemu zaborcy ani okupantowi, nie udało się pozyskać ani przychylności, ani zaufania tych prostych ludzi. Mimo ogromnych nacisków nie udało się też na tych terenach utworzyć żadnej Spółdzielni Produkcyjnej, ani żadnego PGRu. Totalnym fiaskiem kończyły się też wszelkie akcje i szkolenia propagandowe. Dobrym przykładem może tu być pewien „słynny popis” jakiegoś, partyjnego prelegenta, podczas obligatoryjnego, wiejskiego szkolenia w strażackiej remizie. Ów prelegent, bardzo się starał, udowodnić, że żadnego Boga nie ma, a ten cały wielki wszechświat i to bogate życie, powstało zupełnie przypadkowo. Tłumaczył to wszystko z dużym zaangażowaniem i bardzo obrazowo, posługując się przy tym dosyć sprytną maszynką. Kręcąc korbką, mieszał on różne naturalne składniki i wywoływał efektowne błyski i grzmoty, które miały ilustrować te pierwotne, kosmiczne procesy. Trzeba przyznać, że ten ciekawy pokaz, zrobił na słuchaczach duże wrażenie, więc prelegent był coraz bardziej pewny siebie i wielce zadowolony. W pewnym momencie wstał jeden ze starszych gospodarzy, podszedł do prelegenta, obejrzał dokładnie tę maszynkę i przenikliwie patrząc prelegentowi w oczy, zadał mu proste pytanie — a kto wtedy kręcił korbą tej wielkiej, kosmicznej maszyny? Prelegent zdębiał, zaczął się jąkać, coś tam wykrzykiwał, żywo machając rękoma, na to ludzie parsknęli głośnym śmiechem i zaczęli bić brawo. Pytanie, może nie było zbyt oryginalne, ale głupkowata mina i reakcja tego kompletnie zaskoczonego prelegenta, była wtedy naprawdę warta obejrzenia.


Nasza wioska, ze względu na swe strategiczne położenie, była niestety bardzo często plądrowana i niszczona przez różne obce wojska. Podania głoszą, że szczególnie dużo napastników, a zwłaszcza Szwedów, pochłonęły pobliskie bagna, które wtedy były doskonałą pułapką — o czym już wcześniej tu wspomniałem. Dzisiaj są tam tylko spokojne i bardzo malownicze łąki, ale kto wie, co się na prawdę pod nimi kryje, zwłaszcza pod głębokimi pokładami torfu.

W Łasi bardzo żywa była też tradycja narodowych powstań. Garnęła się do nich zwłaszcza tutejsza młodzież, a miejscowi chłopi, chętnie udzielali powstańcom wszelakiej pomocy, mimo ostrych, rosyjskich represji. Wiele z okazałych, dawnych sosen w tzw. „Łaskim lesie”, służyło wówczas Moskalom za szubienice, zwłaszcza w obrębie dwu zarośniętych dziś polan, zwanych Stegnami. Pamiętam, jak moja babka, w dzieciństwie pokazywała mi te polany i powtarzając wieści uzyskane niegdyś od swojej matki opowiadała mi różne powstańcze historie. Mieszkańcy naszej wioski, przez wiele lat mieli na karku, kwaterujące tu carskie wojsko i różnych, niebezpiecznych szpiegów. Buntującej się młodzieży groziła śmierć, Sybir albo dosyć często tu stosowane, przymusowe wcielanie do carskiego wojska i to aż na 25 lat.

Mimo tych represji i bezpośredniego, wojskowego dozoru, Łaś bardzo skutecznie opierała się rusyfikacji. Działała tu nawet, dobrze zakonspirowana, polska szkoła, mimo, że jej ewentualne wykrycie, byłoby bardzo tragiczne zarówno dla nauczyciela jak i dla wszystkich jego uczniów.

Po uzyskaniu niepodległości, mieszkańcy Łasi, nadal chętnie pielęgnowali narodowe tradycje. Pogrzeb osiedlonego tu powstańca o nazwisku Bojarski, był w latach trzydziestych wielką patriotyczną manifestacją, z udziałem władz i wojska, przywołującą żywą pamięć tamtych trudnych i chwalebnych dni.


W latach międzywojennych Łaś była bardzo ludną i wesołą wiosko. Tu krzyżowały się często szlaki okolicznej młodzieży i tu prężnie działała własna strażacka orkiestra, którą przez szereg lat prowadził znakomity kapelmistrz z Pułtuska — Stanisław Wiśniewski. Co roku w wakacje przyjeżdżało do Łasi wielu wczasowiczów, głównie z Warszawy. Ulubionym miejscem letnich spotkań ówczesnej młodzieży była piaszczysta skarpa i łąka nad stawem, który wtedy był dużo większy niż dzisiaj, dość głęboki, okrągły i ciekawie położony u stóp pagórkowatego, starego lasu. Nad tym stawem często organizowano wówczas tzw. „majówki”, czyli potańcówki na świeżym powietrzu. Całonocne „tańce pod gwiazdami”, odbywały się zwykle w obrębie odpowiednio przygotowanego koła, udekorowanego wbitymi w ziemię brzózkami oraz rozwieszonym, wokół, rześko pachnącym tatarakiem. Takie sympatyczne majówki, były organizowane tu także w naszych powojennych czasach, mimo, że funkcjonuje też we wsi, normalna, strażacka remiza. Widocznie urok, takiego „tańca pod gwiazdami”, w ciepłe, letnie noce — jest bardziej pociągający i bardziej romantyczny.


Bardzo mocnym atutem mojej wioski była też zawsze — szkoła. W czasach zaborów, było to tylko, jak już wspomniałem, bardzo ryzykowne, tajne nauczanie. Po uzyskaniu niepodległości, nauka nadal odbywała się jeszcze przez kilka lat w domach prywatnych. Ale w 1933 roku oddano do użytku okazały budynek nowej szkoły, który mimo wojny oraz różnych politycznych i ekonomicznych zawirowań, przetrwał do dziś. Tę szkołę, swoimi rękoma, pod fachowym nadzorem, wybudowali z własnej inicjatywy mieszkańcy Łasi oraz trzech innych, okolicznych wiosek: Rostek, KapturTłuszcza. Stanęła więc ona przy szosie pod lasem, na pograniczu tych czterech wiosek, w odległości 2—3 km. od każdej z nich. Było to rozwiązanie kompromisowe, finansowo bardzo wtedy opłacalne, ale niezbyt wygodne, zarówno dla dzieci jak i dla nauczycieli. Trzeba tu jednak podkreślić, że w tamtych czasach, była to naprawdę jedna z najładniejszych okolicznych szkół, zbudowana społecznie, bardzo szybko i solidnie.

Ta szkoła w Łasi, od samego początku zasłynęła z niezwykle wysokiego poziomu nauczania. Przed wojną, przodującymi nauczycielami było tu małżeństwo Jurczyńskich. Zwłaszcza pani Jurczyńska, która po śmierci swego męża, sprawowała aż do wojny funkcję kierownika tejże szkoły, cieszyła się tu szczególnie wysokim autorytetem i uznaniem zarówno wśród uczniów, jak i dorosłych mieszkańców owych czterech wiosek. Szkoła pełniła wtedy nie tylko funkcje czysto oświatowe, ale była także cennym ośrodkiem wiejskiej kultury. Organizowano w niej liczne przedstawienia, zabawy i występy. Ogromną wagę przywiązywano wówczas do wychowania patriotycznego. Z tego pięknego okresu przetrwało w pamięci uczniów tej szkoły jeszcze wiele ciekawych piosenek i wierszy. Jednym z nich, jest cytowany w tej książce, szczególnie wzruszający wiersz o mogile nieznanego żołnierza. Dostałem go od mojej matki, która bardzo go lubi i często recytuje. Podczas przedwojennej ministerialnej wizytacji, pracę tejże szkoły oceniono bardzo wysoko i na podsumowaniu stwierdzono wówczas, że tylko jedna z warszawskich szkół żydowskich, prezentowała wtedy podobnie wysoki poziom nauczania i podobne zaangażowanie zarówno uczniów jak i nauczycieli.


Podczas okupacji szkołę oczywiście zamknięto, choć ciche nauczanie mimo śmiertelnego zagrożenia trwało we wsi nadal. Wraz z nadejściem frontu, radykalnie zmieniło się przeznaczenie tego mocnego i peryferyjnie położonego budynku. Po wysiedleniu wszystkich mieszkańców z naszej wioski, stał się on bowiem naturalnym schronieniem dla kilku rodzin podczas ciężkich walk i licznych bombardowań na tych strategicznych terenach. Mimo, że cała ta wioska, została doszczętnie zniszczona, budynek szkoły szczęśliwie ocalał i zapewne też ocalił nie jedno ludzkie życie. Chwile wielkiej grozy przeżyli tu kiedyś, ciasno stłoczeni ludzie, kiedy to przez okno wleciał do nich odbezpieczony granat. Jedynie przytomność umysłu i szybki refleks pana Stanisława Lipki uratował wtedy wszystkich przed niechybnym kalectwem lub śmiercią. Zdążył on bowiem do tego furkoczącego granatu gwałtownie doskoczyć i wyrzucić go za okno, gdzie natychmiast się rozerwał. W trakcie najcięższych walk, w szkole tej funkcjonował wojenny szpital. Umieralność rannych była tu chyba bardzo wysoka, gdyż w pobliżu na polu państwa Samorajskich zorganizowano wtedy specjalny, żołnierski cmentarz, dla tych co tu zmarli lub polegli. Jeszcze wiele lat, po zmianie miejsca ich pochówku, na rosnącym tutaj życie można było wyraźnie dostrzec liczne kępy znacznie ciemniejszego i wyższego zboża, ułożone w długie cmentarne szeregi, nieistniejących tu już grobów radzieckich żołnierzy. Wielu natomiast poległych tutaj Niemców, pochowano na sąsiednim polu państwa Pogorzelskich.

Po wojnie nasza szkoła nadal z powodzeniem pełniła swoje funkcje oświatowe i kulturotwórcze. Oprócz zwykłego nauczania, przez kilka lat prowadzono tu także dokształcanie dorosłych, dzięki czemu, ci ludzie którym dzieciństwo i naukę tak brutalnie przerwała wojna, mogli teraz bezpłatnie uzupełniać swoje podstawowe wykształcenie, i to bez względu na wiek, i faktyczny zasób posiadanej wiedzy. Znowu zatroszczono się o bardzo wysoki poziom nauczania. Pierwszym po wojnie nauczycielem i kierownikiem tejże szkoły był pan Ślusarski. Z pośród bardzo wielu pracujących tu po wojnie nauczycieli, w mojej, a jestem przekonany, że nie tylko w mojej wdzięcznej pamięci — pozostaną na zawsze tacy wspaniali ludzie, jak: Władysław Szumiński, Ryszarda Olender, państwo Stanisław i Zofia Paczyńscy, oraz pani Teresa Kamińska i pani Henryka Brdękiewicz. Bylli to naprawdę wspaniali nauczyciele, których zawsze bardzo ciepło wspominam i których we własnej pedagogicznej pracy, starałem się często naśladować.

Zwłaszcza nasz kierownik — Władysław Szumiński był nie lada oryginałem i świetnym matematykiem. Fascynowało go wiele różnych rzeczy, takich jak np: społeczne życie pszczół, oryginalna historia Kurpiowszczyzny czy — groźna i piękna przyroda Syberii. Swymi rozległymi zainteresowaniami oraz ciekawą gawędą, potrafił on też skutecznie zarażać swoich słuchaczy, więc mimo różnych jego dziwactw, bardzo go ceniliśmy, chociaż zawsze stawiał nam wysokie wymagania i serwował znacznie zaniżone stopnie. Oceny te jednak miały wysoką rangę w okolicznych szkołach średnich, gdzie jako matematyk był on bardzo znany i szanowany. Jednym z jego uczniów jest dziś wysoko ceniony nie tylko w Polsce, ale również w świecie, znakomity matematyk — nasz szkolny kolega z sąsiedniej wioski Kaptury — Stanisław Matysiak.

Najbardziej ulubioną nauczycielką w tej szkole, była jednak nasza wychowawczyni — pani Ryszarda Olender. Ją też interesowało niemal wszystko i na każdy temat mogła zawsze nam wiele powiedzieć, co nieco przy tym fantazjując. Robiła z nami bardzo ciekawe wędrówki po okolicy, często z wytrwałym pokonywaniem różnych terenowych przeszkód, co zawsze miało posmak emocjonującej przygody. Myślę, że swoje wciąż żywe zainteresowania survivalem oraz ambitną turystyką kwalifikowaną, zawdzięczam właśnie panu Szumińskiemu i pani Olender. Jestem też przekonany, że to właśnie ona była dla mnie i tylko dla mnie tym pociągającym przykładem wspaniałego nauczyciela, którego chciałem po swojemu naśladować, wybierając taki sam zawód. Tego wyboru nigdy nie żałowałem, więc dzięki jej za to i dzięki tym wszystkim wspaniałym nauczycielom, którzy mnie w tej szkole uczyli, i to nie tylko zwykłych przedmiotów, ale także — życia.

Sympatyczną tradycją tejże szkoły były też powroty do niej — jej dawnych absolwentów — oczywiście w roli nowych nauczycieli. Mogę tu wymienić przynajmniej trzy takie osoby: pani Rutkowska, która przez wiele lat była tu dyrektorem, Sławomir Gos — mój kolega z tej samej klasy (także żywo zainteresowany historią naszej wioski), oraz moja siostra — Irena Jankowska. Myślę, że jest to bardzo wzruszające i piękne, jeśli ma się okazję pracować w tej samej szkole, w której się kiedyś nie tylko uczyło, ale też i nieźle rozrabiało, czyż nie?! Ja też w tej naszej szkole trochę sobie popracowałem, ale niestety tylko we śnie. Był to jednak sen niezwykle ciekawy i barwny, a przy tym kilkakrotnie się powtarzający, więc na pewno, będę go długo pamiętał. Pamiętał też będę bardzo dokładnie owe „wielkie szkolne miłości”, którymi „tak się zadziwiłem, bo po raz pierwszy właśnie, jak w jakiejś pięknej baśni — niezwykłe te odczucia — spotkałem i odkryłem”.

O ile z wielką radością wspominam zawsze tamtą naszą szkołę, o tyle dziś — myślę o niej z głęboką nostalgią i smutkiem. Stoi ona teraz, wystawiona na sprzedaż — zupełnie cicha i pusta. Serce się kroi. Zamknięto ją bowiem z powodu niżu demograficznego, nowej rejonizacji i ponoć „ekonomicznej konieczności”. W najbardziej ucywilizowanych krajach świata, wielkim dydaktycznym marzeniem są takie właśnie małe, przyjazne uczniom szkoły, ale u nas jest odwrotnie — u nas preferuje się koszmarne molochy, gdzie rzetelna pedagogika tak często się dziś ściera z bardzo groźną, szkolną patologią. Jako długoletni wychowawca, nauczyciel i dyrektor poprawczaka, dobrze wiem co to znaczy.


Pisząc bardzo sentymentalnie o swej rodzinnej wiosce — Łasi, jak to już zaznaczyłem na początku, nie silę się na naukowe opracowanie jej bogatej historii. Jest to bowiem zadanie nie dla jej wiernego miłośnika, ale dla obiektywnego i wnikliwego fachowca. Mimo to, zahaczam tu często o szczególnie ciekawe lub dramatyczne dzieje tej ziemi i jej mieszkańców, gdyż bez tego, ta moja spontaniczna gawęda, byłaby zawieszona w jakiejś dziwnej, historycznej próżni.


Oprócz lat pięknych, pomyślnych i ciekawych, moja wioska przeżywała oczywiście, także czasy bardzo trudne, a nawet tragiczne. Takim czasem był tu na pewno okres ostatniej wojny. Niemcy, jak wiadomo, nie lubili takich ludnych i aktywnych wiosek. Wyczuwali w nich przecież stałą tendencje do buntu i bardzo realne zagrożenie.

Już w pierwszych dniach września 1939 r tuż za pierwszymi niemieckimi żołnierzami, którzy próbując zdobyć minimum zaufania, częstowali tutejszych ludzi czekoladą i papierosami — pojawili się wkrótce fanatyczni hitlerowcy w czarnych mundurach, z trupimi czaszkami na czapkach. Ci już nie rzucali papierosów ani niemieckich czekoladek, którymi zresztą i tak demonstracyjnie tu pogardzano, ale ostro zabrali się do totalnej pacyfikacji całej naszej wioski. Wyciągnięto z domów wszystkich mężczyzn i umieszczono ich stodole miejscowego gospodarza, pana Franciszka Lisieskiego. Cały ten budynek obłożono słomą i przygotowano duży zapas benzyny. Niektórzy ludzie, jak np. mój dziadek — Stanisław Kajma, czy pani Krzynowa, znali dosyć dobrze język niemiecki, więc na podstawie podsłuchanych rozmów, oraz tych wyraźnie widocznych przygotowań, szybko się zorientowali, że Niemcy postanowili spalić całą wieś, wraz z wszystkim mężczyznami, uwięzionymi w stodole, a kobiety i dzieci, zamierzają przymusowo wysiedlić. Miała to być krwawa zemsta, za dwóch niemieckich żołnierzy, których ponoć ktoś zasztyletował w pobliskim lesie. Mężczyźni tylko cicho się modlili, czekając na niechybną śmierć w płomieniach, ale kobiety były tym wszystkim bardzo zszokowane i przerażone, więc głośno rozpaczały i prosiły Niemców o zaniechanie tej okrutnej zbrodni. Jednak ani ich głośny płacz ani błagalne prośby, nie robiły na Niemcach żadnego wrażenia. Wydawało się, że wszystko jest już przesądzone i wkrótce dojdzie tu do ogromnej tragedii. A jednak… a jednak w ostatniej chwili, z niewyjaśnionych do końca przyczyn, odwołano tą krwawą akcję. Podobno nagle zjawił się tu jakiś wysokiej rangi niemiecki oficer, który podczas pierwszej wojny był tu ranny i zapamiętał, że wówczas ludzie z tej właśnie wioski udzielili mu życzliwej pomocy. To on według tej wielce prawdopodobnej wersji odwołał ów straszny rozkaz i ocalił życie uwięzionych ludzi. Zginął wtedy tylko jeden człowiek — miejscowy wójt — Stanisław Gos, którego Niemcy schwytali na polu i wkrótce rozstrzelali w pobliskich olszynach. Jako czynny niegdyś żołnierz, przeżył on szczęśliwie pierwszą wojnę, niemiecką niewolę, a także wojnę polsko — bolszewicką, a zginął nieopodal własnego domu, w swej rodzinnej wiosce, w której był kiedyś sołtysem. Po zabiciu wójta i tym zaskakującym odwołaniu akcji pacyfikacyjnej, uwolniono kilku starszych ludzi, a resztę wywieziono do Prus na tzw. przymusowe roboty.

Mimo tego porażającego przeżycia w pierwszych dniach wojny i takiej ostrej akcji profilaktycznej, wielu mieszkańców Łasi szybko zaangażowało się jednak w działalność konspiracyjną. Wkrótce powstała na tym terenie ściśle tajna placówka AK, która weszła w skład kompanii „Czarnego” z pobliskiego Chrzanowa. Akowcy ci brali m.in. udział w brawurowej akcji uwolnienia z niemieckiego aresztu w Szelkowie — komendanta obwodu AK Maków Maz. — Aleksandra Piasecznego. Prowadzono też różne akcje sabotażowe i dywersyjne. Tutaj jak zawsze, mocno wierzono w ostateczne zwycięstwo. Mimo ciągłego zagrożenia, częstych kontroli, licznych egzekucji i aresztowań, mimo narzuconej godziny policyjnej, większość młodzieży cały czas próbowała się często spotykać, trzymać się razem i żyć odważnie swoim własnym, młodzieńczym życiem. To było naprawdę imponujące.

Dla stacjonujących w pobliskim Rzewniu żandarmów, dużym problemem były częste ich wyjazdy do Makowa. Musieli bowiem jechać przez duży las, więc panicznie bali się partyzantów. Postanowili więc zbudować nową drogę, która by przebiegała odkrytym terenem przez dobrze kontrolowane wioski oraz znacznie już osuszone bagna.

Ta tzw. „Rzewieńska droga”, to prawdziwa Kalwaria okolicznych Żydów. Budowali ją oni w strasznych warunkach, pod ogromną presją brutalnych ciosów i śmiertelnych strzałów hitlerowskich zbirów. Dochodziło tu często do ciężkich wypadków i okaleczeń. Wówczas Niemcy albo niezwłocznie dobijali takich pechowców, albo kazali zakopywać ich żywcem, na oczach ich własnych rodzin i współtowarzyszy. Miejscowa ludność, bardzo głęboko przeżywała ten żydowski, wielki dramat i na różne sposoby próbowała pomagać tym wciąż gnębionym nieszczęśnikom. Było to jednak niesłychanie trudne, bo każdemu, kto im podał nawet kromkę chleba, albo szklankę wody, groziły tortury, wysyłka do obozu lub śmierć. Zresztą i Polaków Niemcy traktowali tu bardzo okrutnie. Jednego z najzdolniejszych młodzieńców z naszej wioski — Witolda Wasilewskiego, zamordowano gdzieś na przymusowych robotach, a jego bardzo cichego i spokojnego brata — Henryka, żandarmi dosłownie zatłukli kijami we własnej zagrodzie, na oczach jego matki. Za co? — Za nic — byli po prostu pijani i zrobili sobie taką bestialską zabawę. Niemcy wywieźli też do katowni w Ostrołęce pana Romana Kuchtę razem z dwoma jego synami, gdzie ich wkrótce bestialsko zamordowano. Była to bardzo biedna rodzina, więc czasem po kryjomu, ich ojciec polował na zające, a to już wystarczyło, aby wszystkich skazać na tortury i śmierć. Panem życia i śmierci był wówczas w Ostrołęce zagorzały hitlerowiec — niejaki Boger. Dał się on później poznać, jako jeden z największych katów Oświęcimia. Jego pomysłem były m.in. tzw. huśtawki Bogera oraz wiele innych, wyrafinowanych narzędzi tortur.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.