E-book
4.1
drukowana A5
7.44
Zbyt błotnista bliskość

Bezpłatny fragment - Zbyt błotnista bliskość


Objętość:
14 str.
ISBN:
978-83-8189-924-6
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.44

Ten szał tworzenia czasami też okalecza, choć nie musi bo jego moc to taka giętka burza z barw, która szaloną się nie staje. Rzecz jasna zazwyczaj tak się nie dzieje, ale bywa też i tak, że rani gęstwiną z niepokojąco wiśniowych odczuć. Gęstwina takowa nie jest często widywaną, bo tworzą ją zazwyczaj szaleńcy kochający krwistość i intensywność. Ich patent na życie to nieustanne szukanie wrażeń i to nawet tam gdzie ta zwinna barwność panować nie może, bo tam panuje dość kloaczna atmosfera i nadzwyczaj smoliste zwątpienie. Miejsca tego typu omija dość wielu, ale pewne krzaczaste charaktery przyciąga i to tak jak liźnięcia grypy z nieziemsko bystrych żyletek, liźnięcia takowe stają się płomieniami, tam gdzie jasność powoli pęka.

Tego typu miejsc tak otwarcie nie szukała Aurelia Kikasz, bo ta konkretna dziewczyna bardzo dbała o to by wielu widziało w niej ten bardzo potulny charakter. Dlatego używała odpowiednich słów, nie szukała ostoi liźniętych szpilkowatym chaosem i nie gadała o wszystkim i o niczym tak bardzo chaotycznie. Kluczowe znaczenie miał też jej wygląd, bo jej twarz miała zazwyczaj w sobie to coś, jeśli chodzi o lśnienie myśli, wyróżniała ją też ta dorosłość spojrzenia, której jej nie brakowała, bo intensywnie dbała o własną twarz i o to by jej czarne włosy miały ten połysk zadbanego lakieru samochodowego. Jednak otwarcie te sprawy nazywała drobnymi, bo najważniejsze było dla niej to podróżowanie rowerem po wymagających piaszczystych drogach. Dbałość ta stała się jej cechą kluczową, bo od piętnastego roku życia miała też taki dorosło wyglądający rower zjazdowy, który nie był maszyną wybitnie trwałą, bo raczej pasował do tej średniej półki cenowej jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Ten sprzęt wyróżniał też taki miedziany iskrzący lakier na ramie, sprężynie amortyzatora i na dźwigienkach hamulców. Rowerem tym zaczęła jeździć jakiś tydzień przed własnymi piętnastymi urodzinami i użytkowała go niemal co dzień. Wiele w jej przypadku znaczyło też i to, że o jego wygląd zewnętrzny też wnikliwie dbała, czyli mniej więcej raz na tydzień myła ten rower. Dlatego też nikt nie zwrócił uwagi, że za pomocą tego sprzętu odwiedza miejsca, które kojarzą się jednoznacznie z jakimiś dość krwistymi praktykami. Mowa tu dokładnie o pustostanach, których dachy zaczynają się zapadać. Jeden z nich taki pomarańczowy, prosty z rozpadającym się jednym ze szczytów odwiedzała wyjątkowo często. Elewacja tego budynku już się sypała, czyli na zachodniej jego ścianie odpadała całymi płatami. Drzwi wejściowe już nie istniały, bo zamiast nich była jedynie odrapana gnijąca framuga i jeden zardzewiały zawias, który prawie od niej odpadł. Konstrukcja dachu tego pustostanu zapadała się i to tak dość powoli i od strony zachodniej. Te istotne sprawy ta młoda sprytna dziewczyna uchwyciła na swoim szóstym obrazie namalowanym na płótnie. W przypadku tego dzieła ten konkretny pustostan umieściła na takim dość poetyckim pagórku, czyli między krwistymi trawami i między drzewami sztyletami. Drzewa te miały korzenie, ale jakieś kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem gruntu zmieniały się w poczerniałe, wysokie i wąskie sztylety ociekające taką wymowną i niepokojąco realistyczną krwią. Ta krew po nich spływała i potem trafiała do gruntu, który miejscami tętnił takim złowrogim rubinowym blaskiem. Wszystkie te dodatki miały smak i miały go sporo, ale i tak najistotniejszym był ten pustostan niszczejący na samym szczycie pagórka. Nad nim górował taki bardzo normalnie wyglądający zdrowy dąb, którego pień częściowo brudził taki bardzo dopracowany rozprysk krwi. Ten konkretny rozprysk w większości znajdował się na ścianach tego opustoszałego budynku i po części nawet ściekał z jego prostego dachu. Ten cały krajobraz miał też takie dodatkowe obramowanie z krwistej poświaty. Miała ona jakieś cztery centymetry grubości i bledła od strony wewnętrznej, czyli od strony zdominowanej przez ten budynek, krwistą trawę i drzewa sztylety. To specyficzne obramowanie miało podkreślać motyw centralny, ale poza nim obraz ten dostał też taką typową ramę. Aurelia namalowała go w siedemnaście dni, czyli ostatnie dziesięć dni malowania było powiązane z tym brylantowym dopieszczaniem detali. Wiele znaczyło też i to, że wtedy gdy pracowała nad tym obrazem, to ani razu nie przycięła swoich czarnych włosów i przez niemal cały czas wyglądały one dziko. Ten konkretny obraz tylko przez dwa tygodnie znajdował się u niej w pokoju, bo po piętnastu dniach znalazł się chętny na to dzieło, czyli człowiek, który zapłacił jej za to płótno o wymiarach siedemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów aż siedem tysięcy złotych. Rzecz jasna do transakcji tej doszło zupełnie przypadkiem, bo ta młoda zdolna artystka właśnie wtedy po raz pierwszy pochwaliła się tym dziełem na portalu społecznościowym. Kilka osób skopiowało fotkę tego obrazu i dlatego też powędrowała ona dość daleko. Kluczowe znaczenie miało też i to, że sama fotka wyszła jej dość ładnie, a nabywcy tego obrazu nie poznała, bo zakupił on to konkretne dzieło sztuki przez pośrednika. Tym pośrednikiem był młodzieniec w szaroniebieskiej koszuli i w czarnych spodniach, czyli facet, który miał może trzydzieści lat, a na dokładkę chodził on z taką typowo wyglądającą słuchawką od telefonu w uchu. Aurelii po części spodobała się jego wymowna twarz, ale podczas dopełniania tych kwestii formalnych zachowała się tak jak zbyt rzeczowa profesjonalistka, czyli przekazała mu obraz dopiero po zrobieniu dokumentów. Trzy dni później kupiła sobie taki efektowny i jednocześnie dość drogi plecak taktyczny, który na dokładkę okazał się opcją niezwykle trwałą. W dniu tego zakupu zaczęła też tworzyć nowy obraz, czyli też dzieło powiązane z takim typowym płótnem. Ono też musiało być połączonym z takim polnym pagórkiem, czyli z tym którego ozdobiła pszenica i to taka polana krwią po części. Krew na jej źdźbłach tworzyła takie nieregularne plamy, które oświetlało takie słońce, po części miodowe, ale w większości plujące tym dziwnym lodowatym blaskiem. On tak jakby wygryzał ten potulny waniliowy optymizm, w znacznym stopniu zastępując go taką dość kloaczną niepewnością wyciśniętą z obojętnej bieli. Aurelia tworzenie tej nowości zaczęła od tych swoich oklepanych motywów, ale też zaczęła eksperymentowanie z czymś nowym, a nowości dodawała tak bardzo leniwie, czyli z tym brakiem ognistej pewności siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.44