E-book
15.75
drukowana A5
139.45
Zapiski z Saturna. Corporae, Fragmenty z Wyselekcjonowanych Pism i Transkrypcji Wykładów

Bezpłatny fragment - Zapiski z Saturna. Corporae, Fragmenty z Wyselekcjonowanych Pism i Transkrypcji Wykładów


Objętość:
991 str.
ISBN:
978-83-8440-352-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 139.45

Klauzula dotycząca wykorzystania narzędzi LLM-AI Narzędzia oparte na modelach językowych (LLM-AI) zostały wykorzystane wyłącznie do transkrypcji wykładów oraz korekty językowej i redakcyjnej tekstów. Wszystkie treści merytoryczne zostały jednak przeze mnie osobiście przekazane w formie wystąpień ustnych lub przygotowane samodzielnie w formie pisemnej.

To książka o niewidzialnej wojnie — takiej, która nie rozgrywa się na mapach ani w kronikach, nie zostawia śladów w raportach i nie poddaje się łatwym definicjom. Nie dotyczy ona większości ludzi śmiertelnych wprost, a przynajmniej nie w sposób, który można by bez trudu uchwycić czy zmierzyć. A jednak jej echa przenikają codzienność, wpływają na wybory, kształtują postawy i pozostają obecne tam, gdzie człowiek staje wobec pytań o sens, dobro i zło, wolność oraz odpowiedzialność.


Prezentuję tu filozofię, teologię, metody pracy i wartości, które z tej konfrontacji wywiodłem — nie jako zamknięty system ani doktrynę, lecz jako świadectwo drogi. To zapis doświadczenia, które wymyka się prostym kategoriom. Wszelkie próby psychologizowania czy upsychiatryczniania tej często niewidzialnej wojny z „drugą stroną”, która w sposób pośredni, a czasem zaskakująco realny, oddziałuje na ludzi śmiertelnych, pozbawiają ją jej rzeczywistej substancji. Redukują ją do mechanizmu, do objawu, do dysfunkcji — odbierając jej głębię, wymiar metafizyczny i egzystencjalny ciężar.


Nie piszę po to, by przekonywać, lecz by opisać. Nie po to, by kogokolwiek wciągać w spór, lecz by nazwać to, co dla mnie stało się doświadczeniem formującym. To opowieść o napięciu między tym, co widzialne i niewidzialne, między tym, co racjonalne i przekraczające rozum, między lękiem a odpowiedzialnością.


Nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Dlatego ta książka — choć dotyczy wojny, która nie dla wszystkich jest dostrzegalna — pozostaje głęboko zakorzeniona w człowieczeństwie: w jego kruchości, godności i zdolności do przekraczania samego siebie.


Dedykuję ją sprawom, o które warto było toczyć bój — sprawom, które kochałem kochać, nawet wtedy, gdy ich obrona wymagała samotności i milczenia. Dedykuję ją także weteranom tych bitew, którzy nigdy nie zyskali laurów od społeczeństwa, nie usłyszeli fanfar ani nie stanęli na podium historii, lecz w swoim — nieraz pyrrusowym — zwycięstwie zdobyli laury od muz i Bogów.


Jeśli uważasz, że prawda jest soteriologiczna, błądzisz. Działanie zgodnie z prawdą w Wielkim Dziele jest tym, o czym mówię — a nie zdefiniuję prawdy; należy ona do bogów. Mogę jednak powiedzieć, że gdy odczuwasz prawdziwe siły, idee w ruchu, moce, zostajesz otruty; nie przez nie, nie — one cię wyzwalają. Nagle odradzasz się w świecie, który te piękne siły przesłonił brudem. Każdy heroizm w walce o te perły, esencje, prawdy jest więc tragiczny, gdyż w świecie, który przez postępujące stulecia przykrywał je śliskim dołem bełkotu, niewielu się do nich zbliża, większość błądzi.

Nazywasz to „moją prawdą”, „moimi osobistymi gnozami”. Niech tak będzie. Lecz jeśli, być może, te siły są obiektywne, mam swój zegar nastawiony na właściwą godzinę w świecie bez zegara. Trucizna prawdy najpierw cię zabija; potem zabija cię to, co jej w świecie zaprzecza. W tej truciźnie pielęgnujesz swoje jadowite ogrody dyscypliny, prawości, wyrafinowania, aż będziesz mógł opuścić ten świat i zaczerpnąć z eleuzyjskiego Jeziora Pamięci.

Deadlock — wszystkie fronty poruszone 2007–2025

Za każdym razem, gdy wchodzę w grząski grunt wiedzy — ogólna zasada — coś spłyca mi autorefleksyjność i robi ze mnie nieziemskiego świra, jakby chciało totalnie skompromitować wszystko, o czym mówię i piszę. Wiem, że jestem skasowany w odbiorze społecznym tak czy owak — ale to jest już symptomatyczne. Od lat. Nie mówię nawet o wpływie politycznym, społecznym czy religijnym, o realizowaniu jakiejś wizji poza wyciąganiem psionicznej broni z tyłów wroga na front. Magia z podziemia do awangardy — dostałem już baty. Krytykuję psychiatrię — nagle mój umysł jest rozwalany. Krytykuję politykę, religię, inżynierię społeczną, populistyczno-prawicowe wydmuszki sterowane przez instancję programującą — dostaję wpierdol.

Podejmuję się magicznych, ceremonialnych działań — usypianie, walka o pamięć. Wiem, że się narażam od 18 lat. Ale ten Moloch jest coraz lepiej skalibrowany, a ja mam coraz mniej zasobów psychicznych, żeby walczyć. To już nawet nie kwestia olania tego. To jak toksyczna współzależność — jestem w pajęczynie, i każdy ruch mnie oplątuje. Metafizycznie — jestem absolutnie wolny. Życiowo i psychicznie — totalnie wyczerpany od lat.

Naruszam konsensus inżynierowany w noosferze — pełen kłamstw, kontrolowanych myśli, memetycznych zmilitaryzowanych pętli nadzorczych. Psi-wpierdol, nerwy w strzępach. Polireligijne latające gówno wlatuje we mnie, a ja dostaję spazmów jak epileptyk. Samozjadający się system „hive” do egregorycznej inżynierii — tego, co wolno pomyśleć, co wolno zdziałać rytualnie. Stare dobre Black Iron Prison. Mentalnie jestem zbiegłym geniuszem — bez kodów kontrolnych, bezpiecznych skryptów, tuneli rzeczywistości. I wiem, że mam, kurwa, rację — bo widziałem, obserwowałem, wywnioskowałem, prze-wal-czy-lem. Krwią, potem, łzami, pomyślunkiem, inteligencja, rozumem i uczynkiem — przeciwko tylko politreligijnym tłukom, którym dawno zerwałem się ze smyczy, bo nigdy na nie wbrew ich mniemaniu nie bylem.

Kampanie psioniczne? Zrobione. Współpraca ze światami demonicznymi, zmarłymi z drugim wzrokiem? Odbyta. Kontakt z wyższymi egipsko-babilońskimi tradycjami, które próbowały mnie odławiać z tego ziemskiego bagna? Zrobione. Melduję posłusznie — niewiele mogą. Poza osłonami, które działają, kiedy jestem dostrojony. Przewojowałem swoje. Szkoda mi reszty, ale macie — nowy, lepszy świat, wspaniała cywilizacja. A, i kurwa — oprócz tego miałem życie. Mag korporacyjny. Zmiana miejsca zamieszkania 34 razy. 33 zmiany pracy. Kilka psychiatryków w ramach pacyfikacji „anomalii”, których kiedyś nie rozumiałem. Cztery nieudane samobójstwa. Parę fajnych lasek. Podróże po świecie. Ale co z tego? Czy coś ruszyłem? Wyzwoliłem sam siebie, podczas gdy pajęczyca cały czas próbuje mnie złapać za ryj i wrzucić w kokon. Systematyczny rozpierdol — jeszcze nie do końca przekonany, że po zdziesiątkowaniu moich batalionów nie ma nade mną żadnej władzy.

Metafizyka, dywersyfikacja, systematyzacja

Metafizycznie światy są ogromne. Zbudowałem całą dedukcyjno-indukcyjną strukturę eterycznych spraw, z którymi miałem bezpośrednią styczność. Jedno wiem — na poziomie planetarnym, ziemskim, judeochrześcijanie działający w rejestrze czy przy psiopsach czy duchowym praniu mózgu jako „grając anioła”, to może zaledwie procent tych światów, nawet w obrębie samej Ziemi i to tylko i wyłącznie na Zachodzie gdzie taka polityczno-religijna propaganda jest potrzebna. Ale są najbardziej wkurwiającymi natrętami — mało widzą, jeszcze mniej wiedzą, a mimo to najbardziej się rozpanoszyli politycznie i religijnie wśród ludzi. Próbowano mnie wciągnąć do ich tunelu rzeczywistości, niepotrzebnie mnie przy tym wkurwiając. Działają jak parasol kłamstw, jak dzicz walcząca o dominację.

Gdybym miał rozrysować wszystkie mapy i struktury metafizyczne tych różnorodnych, złożonych światów — nie starczyłoby mi życia na bestiariusze i opisy mechaniki ich działania.

Redukcjonizm, naiwny materializm, psychiatryzmy, metafizyczny marksizm — mało mnie obchodzą. Niech w tym tkwią i taplają się do woli, racjonalizując i nihilizując wszystko w niebyt. Może to i dobrze. Mniej problemów dla społecznego konsensusu, więcej zabawy dla starego hermetyka, surfującego po falach światów.

Szkoda tylko tych zorganizowanych ludzi, z dobrze poukładanym ethos i dyscypliną, którzy wpadną w pułapkę albo powyższych idei, albo religijnego, ignoranckiego bajdurzenia. Wszystko odkryte — nonsens.
Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom, które mają gdzieś technologię, psiopsy i intel, bo czytają ludzi (astral humint) jak otwartą księgę, jak trzeba, włącznie z rezonacjami magicznymi technologii, uwielbiam mapować i z nimi działać. Taki urok.

O Wabieniu, Klątwach i Manipulacjach Aurą Percepcji

Niektórzy ludzie zdradzają swój charakter poprzez fizjonomię, cerę, budowę ciała, wygląd, ruchy, sposób ubierania się, gesty — jednym słowem, zdradzają całą swoją konstytucję. Innych zdradza ich mowa, twarz, wiedza, styl komunikacji, to, czym się dzielą, a co ukrywają, sposób myślenia, emocje — i całość tych elementów w połączeniu. Wszystko to ujawnia wiele informacji o ich aktualnym stanie, nie o każdym stanie życia, ponieważ zachowujemy się inaczej w różnych okolicznościach i wobec różnych ludzi. Ludzie złożeni są trudni do rozszyfrowania, prostacy — przeciwnie, czyta się ich jak otwartą księgę. Można tu zastosować termin Galena odnoszący się do zdrowia — krasia, czyli stan naturalnej konstytucji człowieka.

Istnieje wiele sposobów jej modyfikowania. Tradycyjny — to świadoma manipulacja plastycznymi aspektami osobowości, które w rękach mistrza stają się bronią. Tym, co odróżnia fałszywego aktora od manipulatora, jest to, że aktor wierzy w swoje kłamstwa na temat tego, kim jest, a manipulator wie, kim jest, lecz świadomie kameleonizuje swoje atrybuty. W ten sposób krasia zostaje przekształcona w eukrasię — doskonały stan tego, czym ktoś potrafi być lub co potrafi naśladować, albo w dyskrasię — upadły stan tego, czym się staje lub co tylko udaje.

W sztuce magicznej istnieją niezliczone sposoby modyfikowania percepcji tego, kim się jest — zarówno przez uwodzenie i przybieranie pozoru kogoś innego (czyli zmianę całej własnej aury), jak i przez jednoczesne wpływanie na percepcję innych, nieświadomych ludzi. Większość ludzi nie jest refleksyjna, ma ograniczoną wiedzę o innych, zwykle zajęta sobą. Nie kwestionują swoich intuicji ani wrażeń wobec innych: jednych lubią, innych nie — naturalna kolej rzeczy.

Mistrz nie może sobie pozwolić na lubienie czy nielubienie — on postrzega z wglądem, stara się wydobyć prawdziwe „ja” drugiego człowieka, bez masek i fałszu, by poprowadzić go ku lepszemu aspektowi jego natury.

Lecz „druga strona” zna te mechanizmy i potrafi najświetniejszego człowieka zamienić w znienawidzonego nędzarza, a największego łotra — w czarującego ulubieńca. Zaczynają się gry percepcji. Gdy ktoś staje się celem złej woli, jego aura zaczyna promieniować odrazą, nieufnością, brakiem charyzmy — inni reagują zgodnie z wcześniej wspomnianym prawem. Jeśli takie strategie trwają długo, nieuchronnie następuje społeczna destrukcja: przez odrzucenie, przez wykorzystanie naturalnych wad innych, przez obrócenie ludzkich słabości przeciw niemu.

Wkrótce człowiek taki staje się wyobcowany i przygnębiony, jego życie się rozpada — traci pracę, rodzinę, kończy na ulicy. A przecież był sprawiedliwy, mądry, cnotliwy — dlaczego więc? Bo istnieją siły z „drugiej strony”, które w „złym miejscu i czasie” uruchamiają swoje intrygi przeciw niemu. Nie ma ludzi doskonałych — z czasem degenerujemy się pod wpływem pogardy i nienawiści, stając się dowodem na to, że „oni” mieli rację od początku.

Dlaczego ludzie nie rozpoznają takich procesów? Bo pojedynczy człowiek zmanipulowany przez „drugą stronę” w postrzeganiu „złej aury” innego nie wyrządza wielkiej szkody — przyjaciele wspierają, inni nie są pod wpływem. Ale gdy ta aura zostaje rozlana na wielu, bez naszej winy, a ich percepcja magicznie wzmocniona, jesteśmy zgubieni. Strzeż się tłumu — potrafi czynić najgłupsze rzeczy bez żadnej korzyści, a każdy z osobna czuje się usprawiedliwiony. Indywidualnie nie stanowią zagrożenia, ale razem, w masie, mogą zniszczyć człowieka w mgnieniu oka.
Jakie są środki zaradcze?

Odporny etos, stałość i czujność chronią przed wieloma nieszczęściami — lecz nie wystarczą. Możemy przez lata być rycerzami w lśniącej zbroi, ale jeśli ludzie zostaną percepcyjnie zmanipulowani przeciw nam, i tak popadniemy w niełaskę. Pomaga dobra mowa, dobre myśli, dobre czyny — ludzie z natury reagują pozytywnie na życzliwość, uprzejmość, szacunek i uważne słuchanie. Lecz to wciąż za mało.

Trzeba usunąć pierwotną przyczynę. Najpierw należy naprawić własną aurę środkami magicznymi: wypędzić złowrogie cienie, odprawić rytuały apotropeiczne, prosić Bogów o pomoc w zdjęciu klątwy.

Czym jest klątwa? To wszystko, co odbiera nam szczęście, uczciwość, prawo do życia i sprawiedliwego cieszenia się owocami naszej pracy — zainstalowane magicznie przez „drugą stronę”. Większość klątw działa w trybie powolnego zniszczenia: najpierw niezauważalnie, później kaskadowo — gdy jedno się psuje, za chwilę psuje się wszystko inne, jeśli nie zareagujemy w porę. To zwiastun destrukcji.

Innym środkiem jest zwrócenie się do „drugiej strony”, ale tej sprzymierzonej z nami, by rzuciła kontrklątwy i przywróciła ludziom normalne postrzeganie — lepiej, by widzieli rzeczy takimi, jakie są, niż by zostali zmanipulowani, by nas kochali czy uwielbiali.

W końcu możemy po prostu być głupcami, pyszałkami lub nieszczęśliwymi nieudacznikami — tacy ludzie giną szybko, jeśli los im nie sprzyja, albo stają się niezwykle obłudni, jeśli zostaną niesłusznie wyniesieni przez nienaturalne siły.

Poznaj samego siebie, używaj powściągliwości i umiaru — a nie sprowokujesz zbyt wielu sił, które mogłyby cię skutecznie zniszczyć.

Słowa nie są już od dawna amunicją. Są sportem ludzi cywilizowanych

Obawiam się, że żyjemy w czasach, w których słowo pisane nie jest już od dawna amunicją. Pisma nie prowadzą więcej do rewolucji, do reform, do inspiracji, poza może małymi przebłyskami indywidualnych percepcji czy wzlotów i upadków, natchnień, westchnień i tak dalej.
Kiedy wtórny analfabetyzm panuje, chciałem wpierw doprecyzować, czym jest wtórny analfabetyzm,

Wtórny analfabetyzm to zjawisko społeczne, w którym osoba formalnie umiejąca czytać i pisać nie potrafi w pełni korzystać z umiejętności literackich w praktyce codziennej. Obejmuje to trudności w rozumieniu tekstów złożonych, interpretowaniu informacji, analizowaniu przekazów medialnych czy korzystaniu z nowoczesnych narzędzi cyfrowych. Wtórny analfabetyzm nie wynika z braku edukacji podstawowej, lecz z niewystarczającego rozwinięcia kompetencji czytania ze zrozumieniem, krytycznej analizy treści i samodzielnego wyciągania wniosków. Jest zjawiskiem szczególnie groźnym w kontekście współczesnego społeczeństwa informacyjnego, gdzie nadmiar danych wymaga selekcji, interpretacji i oceny wiarygodności źródeł.

Brak krytycznego myślenia to powiązany problem, polegający na niemożności samodzielnej oceny informacji, kwestionowania założeń czy rozpoznawania manipulacji i błędów logicznych. Osoba pozbawiona tej umiejętności łatwo przyjmuje informacje w formie powierzchownej, bez weryfikacji faktów czy kontekstu, co może prowadzić do ulegania propagandzie, pseudonauce lub stereotypom. Brak krytycznego myślenia często wynika zarówno z wtórnego analfabetyzmu, jak i ograniczonego kształcenia w zakresie logicznego rozumowania, argumentacji oraz refleksji nad źródłami wiedzy. W praktyce społecznej skutkuje obniżeniem jakości decyzji, podatnością na manipulacje i trudnościami w funkcjonowaniu w złożonym świecie informacji.

Zakładając, że człowiek, który się edukuje godzinami dziennie, rozwija swój aparat konceptualny, myślenie, rozwija funkcjonalność językową. Funkcji językowych jest mnóstwo — mogą być to funkcje performatywne, fatyczne, użytkowe i tak dalej.

Natomiast jest pewna zasada wittgensteinowska, że poza własnym zrozumieniem, poza własną wiedzą i doświadczeniem, człowiek nie jest w stanie wyjrzeć — interpretuje wszystko z powrotem do tego, co wie, co rozumie, na co pozwala mu jego percepcja. Dlatego największą klęską współczesności jest to, że osoby, które nawet chciałyby przekazać coś w zrozumiały sposób od podstaw, ale chciałyby przekazać wielką narrację i wielką historię, spotykają się z murem. Bowiem osoby rządzone wtórnym analfabetyzmem nie są w stanie przeskoczyć przepaści między aparatem konceptualnym, pojęciowym, filozoficznym, umysłowym, intelektualnym, emotywnym, retorycznym — bo nie są tego nauczone.

Wszystko dąży do pewnej prostoty, kodyfikacji funkcjonalności rozmaitych aspektów życia. Jednym słowem, z ludzi robi się kompletnych debili, niezależnie od tego, czy próbują się angażować politycznie, czy pisać książki.

Jest taka stara anegdota z chińskiego poety z okresu Tang, Du Fu, który żył w VIII wieku naszej ery. Jeżeli zaczynasz stroić swoją pieśń zbyt wysoko, czy to emocjonalnie, czy intelektualnie, reszta nie dołączy. Tam, kiedy ludzie stroją swoją kakofonię umysłową tak nisko, że nie są w stanie dostroić się do żadnej pieśni, są w stanie tylko i wyłącznie skorelować to z atencją i koncentracją o wartości Złotej Rybki. Jak można się skoncentrować na wielkich dziełach, na wielkich przemowach retorycznych?

Porównajmy sobie prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zasób słownictwa Trumpa nie wspina się ponad 15–17 tysięcy słów. Kretyni, którzy przemawiają do ludzi, zaniżają im loty. Intelektualiści są na przegranej pozycji, wycofani z tego świata, bo nie mogą walczyć — jak można walczyć tłumacząc światło dzienne, codzienne życie, heroizując to, czym wszystko jest i jaką ma wartość?

W tej sytuacji jedyne, co można zrobić, to zaczynać inspirować młode pokolenia. Inspiracja, która trafia na wymarłe pola ludzkich serc, umysłów, dusz, które są tak jałowe, że nawet gdyby wszyscy bogowie razem wzięci pojawili się, ludzie powróciliby do paradygmatu lęku albo religijnych plwocin.

Przedstawiłem to tylko i wyłącznie dlatego, że wielokrotnie stykałem się z tym, że mówiąc albo przekazując wielką historię, wielką narrację, byłem interpretowany z powrotem przez to, co człowiek wiedział, albo idiota większy ode mnie brał mnie za totalnego głupca. Nie zrozumiał ani krztyny tego, o czym mówię, bo jak mógł, skoro było to dla niego niemożliwe do objęcia konceptualnie, abstrakcyjnie. Myśl abstrakcyjna, humor abstrakcyjny — kto dzisiaj bawi się w tworzenie humoru, które zawiera wiele warstw ironii, sarkazmu, autoironii?

Do ludzi o mentalności disco polo trzeba mówić prostym językiem, ale nawet jak mówi się prostym językiem, to przekazać można tylko i wyłącznie tyle ile można. I tak oto, w dobie biotechnologicznych wysypisk, nikogo to nie interesuje.

Oligarchia zastępuje arystokrację, uważaną za rząd tłumu, ochlokrację, którą nigdy nią nie była — ani w starożytnej Grecji, ani przez wszystkie możliwe ewolucyjne rozwinięcia. Demokracja, drodzy państwo, to rząd arystokracji elit, które inspirują i edukują. Demos nie rządzi większością ani festiwalem demokracji człowieka. Zakładając, że ma się do czynienia z ludźmi merytokratycznymi i arystokracją, wybiera się wśród elit, a nie wśród motłochu. Cytując Solona, ateńskiego wielkiego prawodawcę: „Nie obwiniaj bogów, że rządzą wami idioci i kretyni; sami sobie ich wybraliście.” Popyt i podaż wzajemnie napędzają się w cyklach głupoty, zapętleniu. Oczywiście nie jest to wszystko linearne.

W każdej klęsce pojawiają się nadzieje, pojawia się zmiana, pojawiają się ludzie, którzy chcą to zmienić. W przeciwnym razie cywilizacja dawno by się rozpadła, tak jak wiele innych, studiując przekrój cywilizacji, które upadły.

Via Regia — tworzenie bogów w praktyce: Nie mam kompleksu boga — to Ty masz prostackiego boga

Kiedyś pewna dziewczyna prześmiewczo „z drugiej strony” zapytała mnie jak zostać Bogiem, inni świętokradzcy w dobie demos „równości” chcieli powtórzyć moje kroki, albo wprost ukraść moje dokonania. Służę odpowiedzią:

„Półbóg” to pojęcie, które rodzi wiele nieporozumień. Choć nasze życie nigdy nie jest nudne, wciąż jesteśmy przywiązani do śmiertelnego życia w świecie fizycznym. Nie potrafimy wskrzeszać zmarłych, latać ani rzucać kulami ognia. Starzejemy się, dostajemy pryszczy i umieramy — tak samo jak wy. W gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak wy, tylko bardziej.

Półbogowie często mogą uchodzić za wyjątkowo utalentowanych ludzi. Niektórzy przeżywają całe życie, nie zdając sobie sprawy, że są kimś innym niż zwykłym człowiekiem. Różnica pojawia się dopiero wtedy, gdy nasze śmiertelne ciała wchodzą w okres dojrzewania. (Ja akurat jestem wyjątkiem, ale tak wygląda ogólny przypadek).

Przedtem wiedzieliśmy, że różnimy się od reszty was, ale nie mieliśmy pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. A potem zaczynają się sny, wizje, idee — zaczyna się ferment.

Wyobraź to sobie, zanim zaczniesz marzyć, by być jednym z nas. Twoje ciało się zmienia, wyrastają ci włosy w dziwnych miejscach, czujesz się jak nielubiany dziwak. A teraz w twojej głowie pojawiają się głosy, które mówią ci, że żyłeś już setki żyć i że jesteś boską, pozaziemską inteligencją, z dziesiątkami tysięcy lat karmy ciążącymi na twojej świadomości.

To obce, przerażające i izolujące doświadczenie. Wielu z nas pęka pod tym ciężarem. Ci nieszczęśni ludzie albo popadają w obłęd, albo wypierają tę myśl całkowicie, nigdy już nie odzyskując świadomości swej prawdziwej natury w tym wcieleniu.

Jeden z półbogów, Tyr, którego obecnej śmiertelnej inkarnacji jeszcze nie spotkałem, niemal nigdy nie uświadomił sobie swojej prawdziwej istoty od poprzedniej Ciemnej Ery. Najbliżej tego dochodzi, gdy w ludzkiej formie wstępuje do policji albo zostaje samozwańczym stróżem prawa. Ich ziemskie kariery zawsze są godne uwagi — czy to poprzez sukces, czy przez przecieranie nowych szlaków w totalnej porażce.”

— Curcio, James. 2007. Fallen Nation: Babylon Burning. 2nd ed. [United States]: Mythos Media.

Więc chcesz zostać pośmiertnie bogiem lub boginią. Pierwsza rzecz: musisz mieć pewną wrodzoną skłonność daimoniczną — coś, co jest w tobie od urodzenia, wrodzony impuls. Druga: musisz przejść przez eleuzyjskie wtajemniczenie, najlepiej za młodu. Oznacza to, że twój duch, twój daimon, zostaje zanurzony w Tartarze, w otchłani. Tam zostaje przekształcony w międzyplanetarnych, kosmicznych międzygwiezdnych strefach, pijąc ambrozję chaosu, po czym zostaje ci wyznaczona określona sfera dominiów, w moim przypadku jest to strefa Saturna, a ja jestem przeznaczony jako inteligencja (jedna z licznych) do tej sfery od 21 roku życia podczas inicjacji w Aberystwyth, Walii, w małym domku Heul Alwn 23, Waun Fawr. Być może był to eksperyment brytyjskich magów, być może zostali wbrew swoim mniemaniu wykorzystani przez „niewidzialne ręce” do tego „eksperymentu”. W każdym razie obiektywne sił platoniczne zareagowały, wbrew ich marzeniu, że nie przetrwam nawet miesiąc. Zatem wszystko jest uporządkowane przez bogów i boginie, o których śmiertelni magowie nie mają pojęcia.

Nie stajesz się wówczas „bohaterem Marvela” w ludzkiej postaci, lecz raczej istotą cierpiącą, udręczoną — stworzeniem, które znajduje się w anormalnym świecie obiektywnych sił demonicznych, duchowych inteligencji, które cię otaczają, ze względu na cywilizacyjne warunkowanie, które nie uznaje w obecnych czasach takich anomalii, włącznie z checks and balances na władzy, która skolonizowała tego typu przedsięwzięcia, uniemożliwiając je dla większości, mówię o metafizycznych architekturach Judeo-Chrześcijańskich na Ziemi, które same nie są zdolne do przebóstwienia jednostki, ale niszczą taką możliwość innym.

Jeśli przetrwasz — a ostatni zdołał przetrwać siedem lat (ja przetrwałem siedemnaście do tej pory) — nadal nie jesteś bogiem. Jesteś śmiertelnikiem, który zanurzył się kosmicznym chaosie, piekle, Tartarze i posiada pewną zdolność oddziaływania logosem — o ile głos twórczy nie zostanie on skradziony, zmarnowany lub zneutralizowany w celach rozgrywania polityczno-religijnych machlojek na Ziemi.

Jako mag możesz zostać pozbawiony duszy, mocy i sił, możesz zostać całkowicie unieszkodliwiony — a mimo to bogowie cię zapamiętają, Twój demon jest nieśmiertelny. Dlatego starasz się żyć przyzwoicie, cnotliwie, z ludzkimi, „śmiertelnymi” zmysłami i umiejętnościami. Następnie, zgodnie z królewską tradycją Via Regia, Bogowie Sumeru budują wokół Ciebie drzewo Meś, czyli interpretują Twoje poruszenia totalności życia przez okres prób w ciało młodego boga — pośmiertny wehikuł indywiduacyjny, który jest zamieszkany przez Twojego daimona, pneumę, czy hegemona. W moim przypadku okres ten trwał między 2013—2023, za plecami przeciwników alchemia ekstraktu wszystkiego, czym byłem została unieśmiertelniona, oczyszczona, rektyfikowana i interpretowana w mój pośmiertny wehikuł. Jest to rodzaj pośmiertnej maski ukazywanej światu, nacechowanej wszystkim tym, co jest kompatybilne z Boskimi światami.

Lecz największa próba przychodzi dopiero po śmierci, Trismegistosie. Dlaczego?

Ponieważ wyobraź sobie kobietę, która rodzi dziecko w straszliwym bólu. Tak samo jest z narodzinami do świata bogów i gwiazd — sam siebie rodzisz, oddzielając się od biologicznego życia śmiertelnych, aby narodzić się w świecie mocy i sił. Bogowie pełnią tu rolę facylitatorów, gdy ze śmiertelnej kolebki Bogów wykluwasz się w istocie w świat Bogów.

Spodziewam się, że po śmierci — jak mnie poinformowano — przejdę przez ogromne udręki, przez wszystkie bóle przeszłości (a było ich wiele), aby je przepalić i oczyścić. To była studnia cierpienia, którą muszę przekroczyć i zbudować nad nią most, aby zebrać wszystkie swoje boskie jakości wokół Ankh, drzewa Meś, które zostało we mnie ukształtowane przez bogów babilońskich i egipskich — w dobrej nadziei, że przetrwam.

Życzę ci tej samej podróży — i jednocześnie życzę, byś nie musiał cierpieć aż tak bardzo. Bo ci, którzy dążą do tej jakości, muszą wiedzieć, że stawanie się mocą, siłą, bogiem wśród bogów, oznacza ciężkie zobowiązania i obowiązki pośmiertne. Należysz wówczas do większego porządku mocy i sił, z obarczeniem znacznie większym niż śmiertelni, o umysłach głębokich jak oceany, o efektywnej idei co scala się z podmiotem ich działania w świecie fenomenalnych serc, umysłów i dusz. Jest to proces de-antropocentryzacji, odczłowieczenia z ludzkiego zwierzęcia, hefajstyczne wykuwanie nowego małego bóstwa.

Wtedy nie jesteś już śmiertelnikiem. Nie myślisz jak zwierzę ludzkie. Jesteś bezstronny, obiektywny, silny, stajesz się egzekutorem idei wyższych Bóstw, ich katalizatorem i sędzią. Należysz do kosmicznego porządku — kosmoi, do harmonii wszechświata.

Wszystkie ludzkie instynkty, biologiczne pragnienia i popędy zostają wyeliminowane. Stajesz się doskonałym oczyszczeniem swojego daimonu, oddzielonym od wszelkich nieczystości przez wielki ogień, męki, próby i doświadczenia, które cię przygotowują.

A więc jeśli ktokolwiek z was nadal pragnie zostać bogiem lub boginią, niech będzie gotów, że aby osiągnąć ten status — nawet jako mały, „wysokiego stopnia” bóg pochodzenia ludzkiego — trzeba przejść przez piekło za życia, a potem jeszcze raz przez piekło po śmierci. Tylko w ten sposób można dojść do etapu, który sam w sobie pozostaje niepewny — chyba że bogowie zechcą cię przyjąć do swej Rady.

Niech więc bogowie mi dopomogą, i niech uda mi się przejść pomyślnie po śmierci. To życie było piekłem, lecz jestem gotów na następny etap przemiany — by zrzucić swoją wężową skórę i stać się podobnym smoczym bogom ponad nami.

Praxis i Doxa: Drzewo Życia, ucieleśnienie królewskich jakości i przemiana żebraków w bogów

Dziś chciałbym poruszyć temat Drzewa Życia ucieleśnionego w królu lub królowej. Czytamy u Douglasa Estesa w pracy The Tree of Life Themes in Biblical Narratives (wyd. Brill), że na pieczęci z Uruk z okresu od trzeciego do drugiego tysiąclecia p.n.e. bogini Inanna zwraca się do swego króla, porównując go z drzewem meś — Drzewem Życia:

„Mój królu, drzewo meś, które wiernie wydaje owoc, jaśniejące pełnią uroku, synu swej matki i ojca — sprawię, że zabłyśniesz jak Meś. Niech Anu (Saturn) da ci życie.”

Czym więc jest Drzewo Życia w tradycji Sumeru, Akadu, Asyrii, Babilonu i Egiptu?

Gdy bogini Sab-Seshat i Thoth wpisywali w faraona boskie jakości i imiona, tworzyli coś, co można nazwać kołyską bogów — drogą, przez którą śmiertelnik, poprzez trud i życie w objęciach bogów, spotykając boskość w połowie drogi, stawał się nieśmiertelny po śmierci. Trzykroć wielki jak Hermes Trismegistos, przechodził trzy etapy: Zstąpienie, Cnotliwe życie i Wstąpienie pośmiertne.

Tak więc mamy opowieść o zstąpieniu bogini Isztar do podziemi, gdy porzuca wszystkie swoje klejnoty i szaty, przechodząc przez czternaście bram piekieł. Czym jest ten akt?

To ten sam schemat, co zstąpienie w misteriach eleuzyńskich czy zstąpienie Ozyrysa do Amenty. Wszystkie te mity wyrażają wspólny cykl, który pozostawia wzorzec dla śmiertelnika — ślad, który można podążać.

Ambrozja bogów to gęsta materia chaosu, którą należy odzyskać, aby wykłuć z niej daimona. To właśnie w międzyplanetarnych przestrzeniach, w kosmicznych otchłaniach, dokonuje się przemiana świadomości. Tam trzeba podróżować duszą, by dokonać właściwej transformacji daimonicznego „ja” — ducha, który dzieli losy i nadaje przeznaczenie.
Co więc dzieje się dalej, jeśli ktoś rzeczywiście zstąpił do podziemi i powrócił z trofeum na ziemię?

Właśnie tu zaczyna się prawdziwa ścieżka. Przez próby i udręki — zarówno natury, jak i sfer demonicznych i boskich — śmiertelnik jest testowany i rozszerzany. Jego natura zostaje poddana napięciu, by wydobyć z niej największe ruchy życia, jego całkowitą sumę, powiązaną zarazem ze światem natury i światem planetarnych sfer w porządku chaldejskim: od natury słonecznej po Saturna.

Podczas gdy człowiek przechodzi przez te planety i zdobywa ich jakości, poszerzając je i ucząc się ich, w procesie dzieje się coś więcej. Za każdą pomyślnie rozwiniętą jakość, zgodną z danym wymiarem planetarnym, otrzymuje się pieczęć — na płucu prawym i lewym, w splotu słonecznym, gardle, oczach, Adźnie (czole) i koronie (Kephalosie).

Drzewo Życia, drzewo meś, jest więc proporcjonalnie skalowane do śmiertelnego, okultystycznego aparatu bio-seksualno-psycho-pneumatycznego.

Innymi słowy, jest dostosowane do śmiertelnika. Nie oznacza to, że człowiek jest centrum wszystkiego czy absolutem — raczej, że jest boskim zwierzęciem, które może zostać naprawione według bardzo złożonych parametrów.

Załóżmy więc, że pewien mężczyzna lub kobieta pomyślnie, przez wiele lat, przeszli liczne próby i że w różnych miejscach i czasach owe centra duchowe zostały zachowane. Wówczas tworzy się matryca ich pełnej natury, zgodna z naturami planetarnymi. To ciągłe nauczanie — nie można być doskonałym zawsze, lecz gdy osiągnie się doskonałość choć na chwilę, a zostanie ona utrwalona, to właśnie stanowi wynik. Zatem w różnych momentach życia te bosko godne jakości są zachowywane i — że tak powiem — przesyłane (interpretowane) do ciała boga, które przygotowują bogowie Annuna.

To ciało boskie otrzymuje pieczęcie tych jakości, jakby je indywidualizując w tym nieustannym trudzie. To, co zostaje uznane za godne noszenia szat nowego boga lub nowej bogini, zostaje zachowane w nieśmiertelności. Człowiek nie staje się bogiem w ciele — może rozwinąć pewne zdolności, pewne jakości, lecz wciąż podlega rozpadowi i przemijaniu. Jednak po śmierci, zwyciężając ją, jego powłoka — ciało Dionizyjskie, grobowiec — zostaje odrzucona, a duch pozyskany w otchłani zamieszkuje nowe boskie ciało, ukształtowane z tych boskich jakości i dostrojone do boskiego zgromadzenia, do większego porządku. W ten sposób duch współpracuje z bogami, którzy wynieśli śmiertelnika.

Można więc powiedzieć, że cały ten proces to ciągła interpretacja i translacja śmiertelnika w boga lub boginię. Śmiertelny umysł i ciało zostają odrzucone, a zachowane zostają jedynie najsubtelniejsze punkty Via Regia — królewskiej drogi filozofów, królów i królowych. Można to pojmować jako boski katalizator najczystszych jakości, które pozwalają kosmicznemu wyrazowi przepływać przez jednostkę.

To było streszczenie praktycznych aspektów — z pominięciem mitologii, metod i narracji, które im towarzyszą. Czy wiem, jak to działa? Nie. Jestem praktykiem — przeżywam to, a więc przekazuję to, co wyintuicjowałem i co, jak sądzę, warto przekazać.

Z ironią sokratejską powiem: to, czego nie da się powiedzieć ani przekazać, musi mimo to zostać powiedziane.

Na zawsze pozostaję wdzięczny smoczym bogom Sumeru, Babilonu i Egiptu — wielkim Igigi-Annuna, za umożliwienie tej drogi mnie i nielicznym innym, którzy zdecydowali się nią kroczyć.

Chwała złotym skrzydłom. Dziękuję.
Non Omnis Moriar

Cienie Polityki

Arystokracja, nie motłochokracja. Merytokracja, nie oportunizm. Aretokracja, nie zarządzanie przeciętnością. Czym jest papierek lakmusowy tego wszystkiego we współczesnym świecie? Zawsze istniał wektor skierowany ku rzeczom dawnym — w Republice Rzymskiej, w paideicznej demokracji ateńskiej. I ten papierek lakmusowy nigdy nie zawodzi: cnota.
Cnota — wszyscy krzyczą „cnota”! A jednak często jest to tylko cień i spektakl. Prawdziwa cnota to to, co można wcielić w zasługę, to, co emanuje z człowieka w wizji — w wielkiej wizji. Wielka historia — to się liczy.

Rozejrzyjcie się wokół: polityka, kompleks wojskowo-przemysłowy, „dyplomacja”, gry o władzę — jak toczą się one gdzie indziej, o zasoby, o finanse, o bogactwa. Cytując Solona z Aten, wielkiego reformatora: nie obwiniaj bogów za wybór tych idiotów do władzy — waszych Trumpów, Putinów, Orbánów, Le Penów i reszty. To fasady, prowadzące do długotrwałego upadku.

Polityka stała się biznesem, zamiast przywództwem. Polityka jako zawód — w sensie weberowskim — zanikła.

To zabawne: spoglądam na Pałac Prezydencki w Warszawie. Niegodny. Herb miasta strzeżony jest przez dwie Angeli Bonum — kobiece, pogańskie, szlachetne damy — Muzy. Muzy z różnych epok, flankowane przez dwa kaduceusze, herkulowe węzły — a więc mistrzynie i mistrzów, którzy doszli do doskonałości w cnocie i zasłudze, wyznaczonych do sfer planetarnych, do gwiazd, do nieustannego działania bóstw.

A pośrodku znajduje się Thyrsa, albo najdawniejsze słowo dla Thyrsy — Narxos.

Wielu uchodzi za filozofów, lecz niewielu jest ukoronowanych przez Muzy. Muzy zostały zamienione w muzeum — nowoczesne muzeum, w którym można oglądać obrazy, artefakty dawnych czasów. Tymczasem prawdziwym, godnym celem jest uczynić z samego siebie muzeum — świątynię Muz.

Osiąga się to przez przygotowanie od podstaw: ćwiczenie w zasłudze, ćwiczenie w cnocie, ćwiczenie w edukacji i wiedzy — wcielanie tych wszystkich rzeczy. Tylko w ten sposób można stworzyć muzeum, świątynię dla Muz w samym sobie.

To godny trud — nawet jeśli zostaniesz pokonany na Ziemi, w sferze materialnej, jesteś zwycięzcą jako duch przeznaczony do tego nieustannego dążenia.

Wielu jest znanych bogom, niewielu rozpoznanych i uznanych. To ciągłe paplanie, plotki ziemi — płytkie dusze, niezdolne do wielkich czynów.

Wielkie dusze są rzadkie — te ożywione intelektem. To smutna refleksja, ale cóż, życie toczy się dalej.

A po moim odejściu — nawet jeśli moją rolą będzie rola burzyciela, buntownika, jakim byłem dysydentem — niech tak będzie. By przeciwstawić się idiotyzmom waszych prawicowych populistycznych demagogów, waszych lewicowych kultur unieważniania, waszego zarządzania przeciętnością, waszych biurokratycznych ideałów obrzydliwych każdemu, kto zna wartość dobra, gdy instytucjonalizm przeradza się w schlebianie bogaczom.

Myśl krytyczna ma wartość — tak jak inteligencja i intelekt. Najprawdopodobniej nie zostało mi już wiele czasu na Ziemi. Ten porywający marsz przez glob był odrażającym bólem, muszę przyznać, biorąc pod uwagę, co mi uczyniono. Ale będę kontynuować z zaświatów — poza dionizyjskim grobem cielesnym.

Złote Tabliczki Orfickie: Dziecię rozgwieżdżonych niebios, Ziemi, rasy niebiańskiej

„Od Mnemosyne wymaga się, aby sprawiła, że inicjowani będą pamiętać rytuał, prawdopodobnie rytuał inicjacyjny. W hymnie orfickim skierowanym właśnie do Mnemosyne (OH 77.9–10) funkcja, którą przypuszczalnie ta bogini pełni w liściach, jest wyraźnie określona: pobudzać inicjowanych pamięcią o pobożnym rytuale i odpędzać od nich zapomnienie.”

Biorąc pod uwagę, że w języku greckim pojęcie prawdy (ἀλήθεια) oznacza etymologicznie „brak zapomnienia” (λήθη), pamiętać okazuje się równoznaczne z „wiedzieć”. Pamiętać w innym świecie oznacza również przekroczenie podziałów czasu krótkiego życia śmiertelnego. W Ent. 2 (B11.2) pojawia się wzmianka o „bohaterze, który pamięta” (μ]εμνημέ<ν>ος ἥρως). Wyrażenie to musi odnosić się do niezbędnego warunku, aby stać się jednym z tych „bohaterów” o szczególnym przeznaczeniu w innym świecie: pamiętać inicjację, nie zapomnieć wszystkiego, czego się nauczył, wiedzieć, co musi zrobić i co powiedzieć w innym świecie.

Termin „bohater” pojawia się ponownie w wielkim liściu z Thur. 492.9 (C1.9), a następnie w wyrażeniu „światło dla intelektu”, które wydaje się wyraźnym odniesieniem do oświecenia umysłu wierzącego, prawdopodobnie w drodze do inicjacji. Wyrażenie „ten, kto pamięta” można utożsamić z sentencją z Thur. 487.2 (A4.2) „być w pełni świadomym wszystkiego”. Tylko poprzez przypomnienie sobie wszystkiego, czego nauczył się w inicjacji, dusza zmarłego osiągnie szczęśliwe życie pozagrobowe ze statusem ἥρως.”

Alberto Bernabé and Ana I. Jiménez San Cristóbal, Are the “Orphic” gold leaves Orphic? in ‘Orphic’ gold tablets and greek religion: further along the path. 2014. [Place of publication not identified]: Cambridge Univ Press, pp.75—76.

Kto idzie w górę, kto w dół

Poza wszystkimi moimi ulubionymi metodami niszczenia dysydentów takich jak ja, zauważyłem jedną szczególną, o której być może komunikowałem jako ostrzeżenie dla tych, którzy znajdują się w stanie metafizycznej walki — wojny duchowej, operacji w cieniu, operacji psychologicznych, wojny o umysły, serca i dusze.

Przez lata wielokrotnie pojawia się u ciebie dziwne zaszczepione z zewnątrz pragnienie, by kogoś zamordować. Nagle w krytycznych momentach synchroniczności wzrasta gniew, przemoc, agresja — inklinacja „zabij go”, prawda? Albo gwałt — pojawia się nienaturalne uczucie podniecenia, chtonicznego gorąca, a wzrok kieruje się ku jakiejś samotnej, bezbronnej kobiecie. Nie będę tu analizował źródeł, wystarczy wiedzieć że psyopsy, ezoteryczna wojna, radionika komputacyjna i nasi przyjaciele ze światów demonicznych mają takie możliwości. Samokontrola i świadomość ostra jak brzytwa sztyletu! Co się dzieje, jeśli popełnisz ten czyn? Trafiasz do więzienia. Trafiasz do więzienia, a wszystko, do czego dążyłeś — twoja nauka, twoje oddanie bogom, komukolwiek, kto jeszcze pozostał na ziemi godny walczenia o niego, o nią — zostaje zniszczone.

Społeczeństwo nie zrozumie. Dla niego jesteś przestępcą — wyrzutkiem. Podobnie z szaleństwem, które mogą ci wywołać. Sprawią, że oszalejesz. Trafisz do psychiatryka. Komu uwierzą — tobie czy psychiatrze? Z perspektywy społecznej zostajesz zmieciony w nicość. Nie uzasadnia to wszystkich kryminalnych przypadków, są wyjątki od zasady, które toną w kryminalnych przypadkach, nierozróżnialne dla niewprawnych oczu. Mam szczęście, że nie siedzę w więzieniu. Dziękuję Bogom, że nie uczyniono ze mnie rezydenta szpitala psychiatrycznego do końca życia w Europie Wschodniej. Bo właśnie w ten sposób dziś eliminuje się dysydentów. Po cichu — to cicha wojna, daleko od nieświadomych mas, od tłumu.

Ludzie żyją swoim życiem. Nigdy nie rościli sobie prawa do żadnej mocy. Nigdy nie próbowali przeniknąć rzeczywistości metafizycznej ani posiąść żadnej siły. Jeśli ty to robisz — jesteś skończony. Istnieje wiele mechanizmów, które cię spacyfikują, zneutralizują i usuną

Kto idzie w górę, a kto w dół? Spójrz, dokąd zmierzają ludzkie sny i marzenia. Czego pragną? Jeśli wiesz, kto potrafi kontrolować sny i dostarczać iluzji spełnienia ich marzeń i potrzeb — tam właśnie leży władza.

Więc jeśli widzisz celebrytów wychwalających Jezusa, Żyda, i całą strukturę psycho-społeczną, wychwalających istniejący porządek poprzez głośne „tak!” dla tej obrzydliwości, fałszerstwa i degrengolady, lub dając złudzenie kontr-narracji w religii popularnej rozrywki, aby „kontrolować bunt” poprzez jego dostarczenie w spacyfikowanej formie — zadaj sobie pytanie: gdzie jest władza, tam gdzie kieruje się propaganda? Jaka jest najlepsza metoda, by zapewnić sobie awans w społeczeństwie, usprawiedliwiając jego kłamstwa, złudzenia i ignorancję?

Otóż, jeśli masz dość szczęścia i potencjału, by uczestniczyć w tej machinie propagandowej, zapewnią ci pieniądze. Zapewnią ci miejsce na scenie, abyś mógł rozcieńczać świadomość mas, które patrzą na tych ludzi jak na złote cielce nowoczesności, którymi nigdy nie będą, ale które rozbudzają ich marzenia i sny, prowadząc ich jak psy na smyczy.

Jeśli więc jesteś współczesnym oportunistą, który potrafi to opakować w pozory dobroci, jak długo jesteś kukłą potężniejszych od siebie — to najlepsza recepta, by iść w górę. Jeśli masz odpowiednie sieci i kontakty, zapewnią ci pieniądze, sławę, dostatek i rozkosze.

Będziesz użyty jako hipokrytyczny katalizator ich kłamstw, oszustw, złudzeń i ignorancji. To jest fundament władzy tych prosiąt w establishmentcie — w wielkim biznesie rozrywkowym, w kompleksie militarno-przemysłowym i inżynierii społecznej na żywnej tkance umysłów, dusz i serc.

Spójrz więc na to, co oferuje ci rozrywka. Spójrz na narracje w filmach, serialach, sitcomach. Co one prezentują w metaretoryce? Czy są autonomiczne, czy jest to autentyczna sztuka, czy otępiają cię wobec pewnych spraw? Czy zarządzają twoim okrucieństwem, twoją obojętnością? Czy kierują twoją agresją? Czy kontrolują twoją reakcję? Czy Cię warunkują do pewnych behawioralno-emotywno-poznawczych spraw?

Tak właśnie pacyfikują masy — poprzez rozrywkę, filmy, muzykę. Bo psychologicznie udowodniono, że jeśli człowiek odtwarza te scenariusze w symulowanej rzeczywistości simulakr rozrywki, zwykły, niekrytyczny odbiorca szybko zostaje uśpiony. Neutralizuje, adaptuje i normalizuje te skrypty, wchłaniając je.

W efekcie staje się nieskuteczny w każdej formie buntu politycznego, krytyki, czy oporu. Jego rozmowy ograniczają się do banalnych pogawędek o ludziach, pracy, rodzinie. Nie stanowi zagrożenia dla władzy — bo z założenia nie ma do tego prawa.

Ale jeśli ty nim jesteś, jeśli tworzysz alternatywny dyskurs — stanowisz zagrożenie. Bo nie jesteś częścią krótkiego obiegu. Jeśli obnażasz kłamstwa, złudzenia i ignorancję — jesteś naturalnym wrogiem. Muszą cię spacyfikować. Nie awansujesz. Nie śnij o tym.

Więc działasz zza linii wroga, posuwasz się naprzód, pozostając wierny swoim tradycjom, swoim Bogom. Jeśli nie możesz zniszczyć całej tej twierdzy świń, to przynajmniej podkop ją, sabotuj, podważaj, gdzie tylko możesz.

To jest istota dysydencji. Nie polega na frontalnej wojnie, ale na totalnej wojnie podziemnej — wojnie subwersji. Niezależnie od tego, czy odbywa się poprzez narrację, pisanie, akty metafizyczne, operacje psychologiczne, współpracę z niebem, gwiazdami czy piekłami — działaj, gdzie możesz. I nie waż się wycofać. Nie jest to nihilizm, bo oferujesz co innego, masz całą superstrukturę idei gotową na to, aby przywrócić metafizyczny, polityczny i społeczny porządek. Poważnym błędem większości decydentów jest to, że oprócz oporu wobec niesprawiedliwości, nie mają czym zastąpić tych fałszywych porządków.

A kiedy dranie powiedzą Ci: „Wtrącasz się w nasze sprawy”, szybko zostaniesz zniszczony, zamordowany, doprowadzony do obłędu lub zmuszony do popełnienia przestępstwa, by cię wyeliminowano. Tak wielu zostało już sprzątniętych z ziemskiej sceny w zapomnienie!

Jednak dopóki działasz, istnieje szansa, że pewne scenariusze zwyciężą. To jest obecna narracja planety — walka o to, czyja narracja zwycięży w noosferze.

A jeśli zestroisz się z prawością prawdziwego decydenta, który niesie swoją wewnętrzną prawdę, prędzej czy później bogowie odpowiedzą, chroniąc cię przed ziemskimi prosiakami. Żadne operacje psychologiczne, żadne ataki nie będą w stanie ci zaszkodzić, bo powracasz do swojego Daimona — sokratycznego geniusza i swojej wewnętrznej prawdy, to metafizyczne niezniszczalne sprawy, tak jak deifikowane jakości naszych wielkich muz, wołających nas cichym potężnym językiem: „Dalej, dalej, podążaj za nami!”.

Chcą cię zabić — wynajmują snajpera. Snajper strzela sobie w głowę i znika. Chcą cię pobić, zastraszyć — zostają zniszczeni. Chcą wysłać religijnych fanatyków — ci zostają unicestwieni.

Jeśli udowodnisz swoją wartość w dysydencji, bogowie cię wspierają. Jesteś anarchistą wobec ustanowionego porządku, ale jeśli porządek, który nosisz w sobie, jest właściwy — bogowie wesprą anarchistę, który jest imperatorem w swoim wewnętrznym cesarstwie.

Anarcha — król anarchistów. Dlaczego? Bo masz rację, gdy świat stoi na głowie. I idziesz z bogami, bo świat na ziemi jest odwrócony, a oni wspierają ciebie — nie tych we władztwach, którym psujesz szyki.

Białe Flagi

Spójrzcie na tych fetyszystów codziennej rzeczywistości! Wyobrażacie sobie, że zmusicie ich, nauczycie, zainspirujecie, by spojrzeli gdziekolwiek dalej? Prędzej sami staniecie się pośmiewiskiem, osobliwością dla głupców! Dźwigając piekła na naszych plecach, które pozwalają nam żyć jak zabawki po to tylko, by dostrzegać wirtuozerię naszych upadków i porażek na przestrzeni lat — to zawsze wielka gra, gdy nie jest świadoma swojego przeznaczenia, przepisanego jak lekarstwo przez Mojry — ale walczy i mówi, czyni cuda i rytuały — dla kogo, dla czego?

Być może dla własnego usprawiedliwienia w oczach bogów, którzy z rozbawieniem patrzą na walki z głupotą, dawno przegraną z ludzkością! Nie można wymusić działania, inspiracji, genialnej motywacji — jak płomienia! Prędzej pogrzebią cię w religijnych i politycznych kłamstwach, odcinając nici twojego umysłu od większych spraw! Nie, nie z wyuzdanej złośliwości czy perfidii, w imię ich urojonego dobra, które mylą z prawdą, gdy pląsają jak niewolnicze świnie do swoich mistrzów!

Zrobiłem swoje — skrycie, niewidzialnie — zanim świnie wdarły się i stratowały wszystko, co święte, kwicząc z plugastwem nad moimi dziełami, nad moimi słowami, nad moimi prawdami i uwiedzeniami — przez zachwyt i zepsucie, przez wściekłą nienawiść i dobroczynną, acz zdradliwą cierpliwość! W końcu nazwą cię kłamcą i utopią całe twoje ciężko zdobyte doświadczenie w psychiatrii, psychologizmach, albo w swoich własnych błędnych narracjach o niezdolności do sięgnięcia po cokolwiek wartościowego!

Mali kłótnicy, uczeni prostacy — od ateistycznego redukcjonisty, przez polityczną świnię, po zaślepionego wiernego fałszywych religii, niewypieczonego ezoteryka, zarozumiałego okultystę — wszyscy z początku biorą się za coś wielkiego w swojej ignorancji i rzekomej prawości! Dlaczego?! Tam, niechaj przez chwilę zabłysną — a oni się zachwycają czym?! Samymi sobą, karmiąc się bredniami z własnych chlewów! Nigdy nie zwracali uwagi na to, co miałem im do przekazania — potrzebowali jedynie usprawiedliwić swoje bełkoczące urojenia, półprawdy, czy wierzenia! Pozostanę ze swoją wewnętrzną prawdą i >realizacjami<, przeczącymi tym bełkoczącym szkodnikom!

Uzgodniono więc — odwrót od tego ludzkiego gatunku, którego już nie uważam za swoje braterstwo; zabezpieczenie barykad, by świnie nie mogły się czołgać i szturmować na nasze stare pozycje, zadając mi >pytania< tylko po to, by dowieść swojej racji; umocnienie cytadel i fortyfikacji za sobą — które i tak zdobędą, lecz spowolnią to ich marsz świń, gdy ja już będę zmierzał bezcielesny ku gwiazdom. W ostatnim widowisku spróbują ożywić twojego trupa, wpychając weń swoje narracje bzdurzenia, własną ignorancję i głupotę. Wystawiliby moje martwe ścierwo na podium w przestrzeni publicznej, by mówiło to, co >oni< chcą powiedzieć — to, co ich niewolnicy zawsze >chcieli< usłyszeć! Jestem już zbyt stary i wyczerpany, by podążać potężniejszą ścieżką pogardy wobec nich, nie mówiąc już o edukowaniu tych nielicznych, którzy są gotowi się uczyć.

A więc kolejny płomień zgasł, kolejny się wycofuje — czasy nie staną się lepsze, będzie tylko trudniej w nadchodzących dekadach. Już teraz zawodzę i jęczę nad przyszłymi upadłymi, którzy będą próbowali poruszyć góry! Przynajmniej spróbują, przynajmniej zdobędą coś godnego własnych imion!

A gdy świnie na falach radia Ziemia, ożywione przez rzeczy, których nie rozumieją, będą wciąż zagadywać tych kilku odpornych na śmierć — cóż, ja nauczyłem się wszystkiego z doskonałej ciszy pełnej wspaniałej treści, z doskonałej nocy pełnej nauki. Świnie są zawsze gadatliwe — gdyby na chwilę przestały, szybko stanęłyby twarzą w twarz ze śmiercią wszystkiego, w co wierzą o sobie — tarzając się we własnym gównie!

Kiedyś usłyszałem: „Wie za dużo” — od świń które wiedziały jeszcze mniej, tchórzliwie plącząc się w swojej niemocy, bo nie odważyły się sięgnąć po nic, co przeczyło ich tchórzliwości, zachowujemy dla nich pogardę i plwociny, bo współuczestniczyły w zniszczeniu całych generacji. Tchórzliwość tych co „mogliby” ale mają tonę racjonalizacji aby jednak „nie’, jest wykroczeniem przez zaniechanie, nic mnie nie nie przekona, że jest inaczej.

Wyczerpany do granic? Zaangażuj się — Wilki, Kozły i Mentorstwo: ścieżka, której nigdy nie pożałujesz

Często spotykałem się z ilustracją starego wilka zranionego wieloma strzałami patrzącego paternalnie na młodego zranionego jedną-dwoma — i z bardzo różnymi jej interpretacjami. Każdy widzi w niej coś innego: jedni mówią, że to „stare ja” spoglądające na „młode ja” zranione, inni — że to metafora relacji między bólem a doświadczeniem cierpienia.

Ja, jako ktoś, kto przeszedł przez wiele wyczerpujących doświadczeń, mogę powiedzieć: jestem człowiekiem zmęczonym. Ale to zmęczenie akceptuję. Żyję dalej — z bólem, z ranami, z różnymi wypadkami psychicznymi, fizycznymi i duchowymi.

Uczę czasem angielskiego dzieci i młodzież. I zauważyłem coś bardzo ważnego: jeśli nie potrafisz już poradzić sobie ze swoim bólem, jeśli jesteś na granicy wyczerpania — najlepszym lekarstwem jest dzielenie się. Stań się mentorem. Jeśli masz doświadczenie, jeśli jesteś zmęczony, jeśli masz mądrość — ucz innych. Pomagaj. Udzielaj się w wolontariacie. Dziel się.

Tak właśnie odczytuję tę ilustrację: stary wilk zraniony wieloma strzałami. Nikt ich z niego nie wyjął. Krwawi, nosi blizny, żyje z ranami. Obok niego — młody wilk, trafiony tylko jedną strzałą. Ten stary wilk pochyla się nad młodym, bo widzi w nim drogę ku nadziei. I jeśli młody wilk zdecyduje się słuchać, może skorzystać z rad starszego.

To właśnie troska o młodych — po to, by zrozumieli, dojrzeli, otrzeźwieli. Żeby potrafili nie tylko być zranieni, ale też leczyć się. Żeby wiedzieli, jak się leczyć — żeby dać im narzędzia. I tu pojawia się kolejna metafora — z kozłami. Chodzi o dojrzałość. Ja sam jestem mieszaniną niedojrzałego drania i człowieka dojrzałego.

Zawsze musimy mieć rację. Uparty kozioł. Nie przyznajemy się do błędów, nie bierzemy odpowiedzialności za swoje opinie. Zrzucamy winę na innych, wiecznie przerzucamy problemy. Bierzemy wszystko osobiście. Ktoś nas obrazi? Ktoś podważy naszą inteligencję? „Jak on śmie?”

Wiemy wszystko. Jesteśmy oczytani, więc przecież musimy wiedzieć wszystko. Czujemy się uprawnieni do wszystkiego. Dlaczego? Bo tak. Bo nam się należy. Chcemy być uznani — jak celebryci z Instagrama: zobacz moje auto, moje ubranie, moje życie.

Nie widzimy w sobie żadnych wad. Kochamy siebie w sposób narcystyczny, artystyczny. Mówimy innym, co mają robić — a jeśli ktoś pyta, to tylko po to, by potwierdzić, że mamy rację.

Koncentrujemy się na różnicach. Rozróżniający umysł to jedno, ale my potrafimy rozszczepić świat na tysiące sporów i podziałów.

Obwiniamy świat za nasze problemy. Ja też czasem to robię — gdy doświadczam krzywdy. Ale wiem, że powinienem to rozpuścić. Po co się tym truć?

Patrzmy raczej ku pozytywnemu. Mądrość można znaleźć nawet w błaznach.

Dlatego zawsze powtarzam: weź ode mnie mądrość, a odrzuć bzdury. Bo mam ich w sobie sporo. Staram się interpretować rzeczy najlepiej, jak potrafię, na podstawie pracy innych — choć to trudne, bo gdy ktoś się stara, to już coś znaczy.

Lęk paraliżuje. Boimy się zaangażować, boimy się popełnić błąd. Ale przez ten krąg niedojrzałości kończymy jako zgorzkniali starcy — sfrustrowani, samotni, przekonani, że mieliśmy rację, ale niczego nie osiągnęliśmy.

Wygraliśmy kilka bitew, ale przegraliśmy życie. Staliśmy się zgorzkniali, smutni, źle zestarzali.

Nie chcę być zbyt surowy, ale starszych trzeba szanować — choć ci, którzy przez całe życie byli głupcami, rzadko kończą dobrze.

Wspinamy się jak kozły — gdy ktoś mówi „nie”, a my czujemy, że coś jest słuszne, idziemy dalej. Nie słuchamy leniwych malkontentów, bo nigdy niczego byśmy nie osiągnęli, gdybyśmy ich słuchali.

Jesteśmy też obsesyjnie ciekawi — pytamy „dlaczego, dlaczego, dlaczego?”. To potrafi irytować, ale jeśli robimy to mądrze, możemy dojść do właściwych odpowiedzi — zwłaszcza jeśli pytamy tych, którzy naprawdę wiedzą.

Jesteśmy stworzeni do wspinania się — w życiu, w karierze, w mądrości, w doświadczeniu. Ale nie dla siebie. Nie po to, by gromadzić wiedzę i ją zatrzymać. Bo prawdziwa dojrzałość polega na dzieleniu się wiedzą.

Dlatego w swoich wykładach staram się przekazywać doświadczenie, wiedzę i praktykę — nawet tę związaną z magią i metafizyką — by inni mogli z niej skorzystać.

Pomagamy tym, którzy rzeczywiście chcą tej pomocy. Jeśli ktoś gardzi pomocą i chce nam odgryźć rękę, pozwólmy mu odejść. Skupmy się na tych, którzy są warci naszego czasu — przyjaciołach, duchach, ptakach, drzewach, kilku lojalnych ludziach.

Mam dziesięciu prawdziwych przyjaciół — mężczyzn i kobiet — i w wieku prawie czterdziestu lat uważam to za ogromne osiągnięcie. Szczere przyjaźnie, opierające się na rzymskiej cnocie: comitas, przyjaźni, wzajemnym szacunku, lojalności, trosce.

Szanujmy różne rodzaje inteligencji. Strzeżmy się jednak aroganckich głupców, którzy próbują narzucić nam swój brudny but. To wprowadza chaos i gniew — a gniew to wada. Bywam zbyt skupiony na faktach, dowodach, triangulacji danych — choć często pracuję z dziedzinami wymagającymi interpretacji i hermeneutyki, dla których fakty są złudne. Zawsze jednak zaczynam od nauki — od metod naukowych i ścisłych — zanim sięgnę po metafizykę.

Bo metafizyka to bardzo śliski grunt, jeśli nie masz za sobą lat doświadczenia. A nawet wtedy wciąż nic nie wiesz — bo tylko interpretujesz. Nawet w sprawach boskich jesteś tylko interpretatorem cząstki świata, którą odbijasz.

Nie zrozumiem nigdy Boga, bogini, demona czy lasu — bo nie patrzę z ich perspektywy. Mam tylko odblask, fragment ich inteligencji, pomimo nadania sprawom metafizycznym ontologicznie obiektywnego statusu.
Dlatego trzeba być wdzięcznym. Wdzięcznym za wszystko — za opadający liść, za przelatującego ptaka. Wdzięcznym bogom drobiazgów. Bo w tych drobiazgach jest radość.

Zakładajmy jak najmniej. Bo jeśli zakładamy zbyt wiele — o innych, o świecie, o intencjach — popadamy w paranoję i marnujemy czas.

Nie stereotypujmy ludzi, choć sam czasem to robię. Staram się jednak przy spotkaniu z nowymi osobami zakładać jak najmniej, być otwartym i życzliwym — by móc ich zrozumieć z ich perspektywy.

Często obwiniamy świat, ale to my zawiedliśmy — bo nie potrafiliśmy się zaangażować, by go zmienić.

To rodzi frustrację, ból, gniew. Ale nawet jeśli milion głupców niszczy świat, a ty stoisz sam, nie obwiniaj ich — obwiniaj siebie, że nie zdołałeś ich zmienić, nie zdołałeś zainspirować do lepszej walki.

Każdy z nas ma swój zegar — ale jeśli widzisz, że miasto żyje w złej godzinie, twoim obowiązkiem jest spróbować go przestawić.

To ryzyko — słuchać ludzi. Ale trzeba znać swoje granice jako śmiertelnik. Bo jeśli ich nie znasz, stajesz się megalomanem, lub potwornie próżnym człowiekiem.

Nie jesteśmy nieograniczeni. Jesteśmy ograniczeni naszymi ciałami, umysłami, kokonami. Nawet półbogowie mają swoje granice.

Nie bój się upadku. Bo wiesz, jak się wspinać, jak przegrywać, jak tracić. Możesz przegrywać całe życie — jeśli tylko się angażujesz. Bo zaangażowanie i odpowiedzialność za świat są ważniejsze niż scenariusz „wygrałem — przegrałem”.

Można przecież wygrać, depcząc po wszystkich. Ale co wtedy wnosisz? Nic.

Dlatego po tej całej „koźlej wspinaczce” można umrzeć spokojnie — z różą na grobie — jako człowiek spełniony.

Czy jestem spełniony? Już tak. Ale czasem znów wpadam w głupoty. Chciałbym jednak trzymać się tej drogi. Bo te kozły to także zranione wilki — które chcą pomagać, angażować się, uczyć młode wilki, by pewnego dnia same stały się dojrzałymi kozłami.

Refleksje: O niedoli — Rzece świata

O ludzkiej nędzy — Ethica Enki i Ninmah

Każde dostrzeżone zło jest pęknięciem antropologicznym — miejscem, gdzie rozpada się iluzja cywilizacji. Świat nie jest systemem efektywności, lecz ekosystemem zróżnicowanych dusz, w którym każdy odgrywa funkcję w wielkiej harmonii cierpienia i mądrości.

Jeśli każda osoba — kaleka, beznogi, szalony — ma jakiś użytek, to szaleniec może być doskonałym wizjonerem, natchnionym prorokiem, kaleki człowiek może być wybitnym poetą, retorem, pisarzem i tak dalej, i tak dalej. W tym domyka się Ethica Enkiego i Ninmah, zgodnie z mitem. To starożytne królewskie widzenie świata.

Otóż raz wylądowałem na ulicy — siedem dni bez jedzenia podróżując „gdzieś, byle dalej od przeszłości”. Dotarłem wtedy na granicę Polsko-Ukraińską, włamując się do czyjejś chatki, aby się przespać, osłaniając się płaszczem od zimna, przegoniony najpierw przez cienie zmarłych z ruiny domu, które szeptały, że „to ich, nie mogę tu zostać”. Usłyszałem tylko krzyk demonicy „This fate, to my son?!”, jednej z dam która mnie usynowiła. Pokorne cielę dwie matki ssie, ja mam ich wiele i każdej jestem wdzięczny za okazaną przyjaźń. Po śnieniu koszmarów obudziłem się od trzeciej nad ranem, wyczułem zagrożenie — obok był naostrzony pal który wziąłem i stanąłem w kierunku zagrożenia. Pojawił się ogromny barczysty cień jakiegoś stworza, błyskawicznie wcielił się we mnie jakiś starożytny bohater, poczułem lekką świetlistą zbroję na swoim torsie. Nie wiedziałem czy to „coś” się zmaterializuje, czy wycofa, ale obserwując mnie chwilę poleciało dalej. Mogłem paść z powrotem na zgniły materac w chatce spać.

Wiem, czym jest nędza. Wiem, co to znaczy być bez dachu nad głową, Wiem czym są „pomocni ludzie” którzy najchętniej odwróciliby wzrok, zignorowali, lub w najgorszym przypadku próbowali cię skopać, jeżeli nie potrafisz się bronić, lub donieść na Ciebie służbom.

Bez jedzenia, bez papierosów, które są towarem luksusowym w takiej sytuacji, które sprawiają, że czujesz się bardziej cywilizowany, bardziej >ludzki<, bez wszystkich codziennych wygód.

I to nie zawsze są tylko decyzje, które podejmujemy w życiu, lecz okoliczności — te okoliczności, które popychają nas w straszny stan.

Dlatego za każdym razem, gdy widzę zwykłych ludzi przechadzających się ulicami — nie zwracam na nich uwagi. Nie ma w nich nic interesującego.

Dostrzegam tylko ludzi wyjątkowych, o szlachetnych rysach, tych, którzy mają coś do przekazania — cnotę, wielkość, inteligencję, wiedzę. I tych, którzy zostali doświadczeni przez nędzę: żebraków, młode prostytutki w nocach na dworcach, i tak dalej, i tak dalej.

Żyję w mieście — żyłem w nim zbyt długo — aż chciałoby się uciec na wieś, na prowincję, zmęczony miejską nędzą, wszystkimi cieniami czającymi się w ciemności, wszystkimi cieniami czającymi się w ciemności, które aktywnie działają na Twoją szkodę, złe miejsce, zły czas, cieniami umarłych, nędzarzy, bezdomnych, alkoholików, morderców, drobnych przestępców — wszystkich tych, którzy budują tę górę zła w miastach i zarażają nią innych. Ostatni wcale nie są pierwszymi, ich zmarłe dusze zaludniają szalety miejskie i podziemie, na powierzchni skupiają się w domostwach, stoją niemo na ulicach, uważając, że to pałace.

Bo jeśli tworzysz niesprawiedliwe społeczeństwo w którym można się tak wykoleić, nie z własnej winy — to właśnie się dzieje. Jeśli w strukturze społeczeństwa wbudowany jest błąd systemowy, to jego metafizyka śmierci również jest przerażająca — ma tendencję do powielania nędzy, przyciąga więcej nędzy.

Możesz być na szczycie, ale wystarczy, że raz się potkniesz — i spadasz prosto na dno, w rynsztok. Gdzie diabeł mówi dobranoc.

Dlatego to tak ważne — zwłaszcza w sprawach magicznych — aby zachować fundamenty, równowagę, umiarkowanie, niszczyć namiętności i nadmiary, aby dobrze się prowadzić, aby choć utrzymać się na powierzchni.

Bo na ścieżce magicznej, jeśli nie masz podstaw materialnych, niekończących się zasobów, zaplecza finansowego, możesz wszystko stracić. Dlatego, zanim pokonasz siebie i wkroczysz na ścieżki Bogów, masz na karku te wszystkie niesprawiedliwości do pokonania, które aktywnie działają, aby Cię rzucić na kolana na bruk, górę niesprawiedliwości która dopomina się wyrównania rachunków z żywymi. Dopóki nie poukładasz się ze zmarłymi, z ich sądami, sprawiedliwość pośmiertna będzie pytała — dlaczego? „Dlaczego jemu się powodzi, dlaczego on przetrwał, dlaczego on miał szansę, a ja nie?”.

Ludzie żywi w tej kwestii nie są dużo lepsi. O! Hołd dla Di Manes, dobrych zmarłych, zmarłych przodków, rodzinnych, którzy pomimo swojego stanu, jeżeli skończyli w chtonicznych cieniach, nie wyją z bólu zemsty i nienawiści jak Erynie, ale kierują mądrością, wyrozumiałością i pięknem!

Jeżeli kiedykolwiek przeżyłeś nędzę, nie trać jej z oczu, nie zapominaj. Jeżeli kiedykolwiek fortuny Ci sprzyjały, nie rozkoszuj się tym arogancko, pochyl się nad nędzą w mądry, wyważony, ludzki sposób!

Musisz się chronić, bo jeśli naprawdę stąpasz po ścieżce pitagorejskiej — czeka cię wiele trudności, zapewniam.

A więc — to ukłon, nie dla zwykłych ludzi, oni mają swoje życie, swoje wygody — to ukłon wobec Doskonałości.

Limit zmysłowości, albo śmierć hiper-sensualizmu, eksperymenty w turbulentnej magii biochaosu (2014) lub skrawki myśli z akolitycznego delirium

Gdyby Petroniusz, wychowanek stajni Epikura, znał kres hedonizmu i zmysłów, dawno wróciłby w objęcia matki Cnoty i nauk cywilizowanych.

Ordo ab chao. Ordo… Misericordia ordinis cosmici

Przekraczając formę. Szkice z atawizmów psychobiologicznych albo wyznania akolity 
— Stworzyli potwora — powiedziała. — Lecz jak można być współczującym potworem? — spytał, uśmiechając się. — Jesteś potworem w oczach większości z nas — odparła. — Co jest zatem tego wyznacznikiem? Wiedza? Doświadczenie, zachowanie, czy percepcja? A może coś jeszcze? — spytał. — Nie myślisz jak my — powiedziała ponownie. 
— Lecz czy jest to ograniczenie twojej percepcji, czy po prostu strach przed tym, czego nie poznałaś? Kto wydaje się komuś innemu potworem, może się wydawać czymś boskim lub demonicznym w oczach innych światów. Znów — to, co wydaje się potworem w oczach ludzi, jest bliżej kosmosu i nieznanych pustek niż to, co wszyscy wasi astronomowie mogą zrozumieć. Wydaje się wam, że kosmos jest blisko was, lecz jesteście jedynie jego częścią.

Kiedy człowiek zostaje oderwany od terytorium znanego, ma do wyboru szaleństwo lub adaptację. Możecie go nazwać potworem, lecz doświadczając Zachwytu Kosmosu, zobaczysz, że świat ludzki jest bardziej okrutny, irracjonalny, ignorancki i przeczący sobie niż potwór, którego widzą w innych — który zawsze jest relegowany do roli nie-człowieka. Jednocześnie uzurpują sobie prawo do poznania kosmosu i ujarzmienia prawd absolutnych, które nigdy do nich nie należały.

W szaleńcach przekraczających progi terroru w lęk nieznanego i dziwności świata natura przegląda się lepiej niż w jednostkach, które tkwią w swych uwarunkowaniach — od początku aż do końca — przeżywając życie półmartwymi.

O odzwierciedleniu natury. Psychonautyczne ćwiczenia w prymordialności organiczności życia

„Ekstatyczne doświadczenia, jako rzeczywisty fenomen, są fundamentalnym elementem ludzkiego stanu.”

„Następnie dowiadujemy się, że Bóg nazywał to miasto miastem kolumn, ze względu na szmaragdowe i szafirowe kolumny, które znajdowały się pod miastem.”

„Straszne, chaotyczne moce ukrywają się pod fasadą normalnego świata. Te siły są trzymane z dala poprzez podtrzymywanie społecznego porządku [albo map rzeczywistości]. Panowanie porządku jest jednak niewystarczające, ponieważ porządek może ulec stagnacji i staje się toksyczny, jeżeli nie jest regulowany przez stałą ekspresję [adaptację].”

Przekraczając człowieka, z potrzeby, stajemy się odczłowieczeni, nie znajdując się więcej w światach uwarunkowanych społecznie. Podczas tego typu wędrówek możemy zrozumieć, jak słaby jest ludzki umysł wobec pewnych doświadczeń. W rzeczy samej, dla nie-ludzkiego obserwatora wszystko może się jawić jako manifestacja energii, życia lub form-w-fenomenach, które wydają się straszne, przy których czujemy się jak planktoniczna zwierzyna łowna.

Ludzki obserwator przeraziłby się w terrorze, gdyby jakakolwiek jego cząstka odzwierciedliła się w starożytnych ekspresjach życia — w formach, które przerastają ludzką pojemność doświadczalną, doprowadzając go do szaleństwa. Wystarczy przypatrzeć się, ilu ludzi, wziętych przez faktyczny obłęd, zregresjonowało się do archaicznych światów fantazji. Co, gdyby przed-ludzcy śniący-w-cieniu inicjowali nas w coś dużo bardziej dziwnego, lecz przy zachowaniu zmysłów — delikatnie prowadząc nas na skraj ludzkiej formy, pokazując wszystko to, co jest poza naszą domeną doświadczalną?

W istocie, aby zrozumieć szaleństwo, należy przekroczyć szkielet poznawczy poza zwykłą, wąską świadomość, która nie jest w stanie utrzymać rozszerzonego punktu referencji, a zatem jest niewydolna przy ewolucyjnej adaptacji osadzonej w diametralnie innym środowisku umysłowym. Rozluźnienie pieczołowicie uwarunkowanych, zsocjalizowanych i wyćwiczonych wzorców psychicznych musi mieć miejsce, aby doświadczyć dziwności. Kompletna dewastacja tych skrystalizowanych fortec społecznych umożliwia odświeżenie stanów transu, agonii i ekstazy, kiedy wszystkie wybudowane tabu poznawcze zostają zawieszone i tymczasowo wyłączone. Takie są wymogi, aby faktycznie popaść w delirium, które jest punktem koncentrycznym dla mocy, chcących raz jeszcze odżyć w chtonicznym człowieku.

W tym samym czasie musimy odmówić odseparowania od tych doświadczeń transformacji ciała, mutacji psychicznych, wykopujących najgłębsze psycho-organiczne części naszego fizjologicznego mózgu i prymordialnego umysłu, poprzez psychonautyczną operację na żywym ciele mentalnym. Jeżeli nie pozwolimy się wciągnąć jako część koszmaru, staniemy się jego sterroryzowanymi zakładnikami, którzy — za cenę zachowania normalności — zamiast uczestniczyć w zapomnianych nurtach, stają się ich ofiarami.

Tak zatem, poprzez doświadczanie tego obłędu, poprzez dołączenie do uczty naszych lęków, w oroborocznym kazirodztwie naszych poprzednich echogenetycznych form, odłączamy się od naszej tożsamości czy poczucia „Ja” i stajemy się zainspirowani przez tłoczącą się masę magicznych strumieni Starszych. Wyrzuceni w nowy sposób doświadczenia siebie i rzeczywistości, percepcja formy pojawia się jako próżnia — poza estetyką, awersją czy preferencją. Tym samym, to, co jest poza formą, nabywa nową esencję, odnajdując wspólny język z tym, co nierozpoznane, dziwne, ukryte — z elementem nieludzkiego świata.

Tak jak w medytacji i gnozie oczyszczamy soczewki percepcji poprzez usuwanie kurzu z światła świadomości czystego umysłu, w obsesji transu niszczymy wszystkie uwarunkowane wzorce percepcji, substytuując je nowymi, drastycznie innymi od poznanego świata.
Wszystkie formy poznawczo-organicznej sentymentalności, jakie żywiliśmy względem swojej cielesności i jej percepcji, muszą zostać opuszczone, ponieważ ograniczają one doświadczenie.

W tym samym czasie kataliza tych magicznych strumieni przez ludzki aparat mentalny — poza zmysłami, lecz naturalnie i uważnie — pozwala zobaczyć, jak te doświadczenia zbliżają umysł do całkowitego rozpadu; jak jedność wszystkiego, co zwie się oświeceniem, zostaje zastąpiona wszystkością w jednym, poprzez inicjację archaizacji, regresji, dalej — wpadając w króliczy dół.

To czas, w którym ciała stają się soczewkami, portalami dla starożytnej głębi, manifestując się, wchodząc ponownie we współczesny świat poprzez doświadczenie poddania się im. Rezultatem jest jednolite odczucie — terror „inności”. Obezwładnieni przez dziwne, a-ludzkie rzeczywistości, gdy zjednujemy się z nimi w rytmie ich bytów, przestają nam zagrażać i dają nowy oddech perspektywy, która nas nosi — nigdy na odwrót — tańcząc nas w obsesję hiper-zmysłowości.

Zapełniając doświadczenie różnorodnością spaczonych form chaosu, oddzielając się od ludzkiej esencji na Drzewie Życia, przed osiągnięciem spełnienia, rzucamy najgłębszy cień w otchłań. Faworyzując fale bytu w doświadczeniach karnalnych i ich ekspresji, staje się to ciągłą manifestacją egzystencji, lecz prowadzi do przechodniej deantropocentryzacji — w innym szkielecie poznawczym, po doświadczeniach transu, które szukają człowieczeństwa w odświeżony, odżywiony sposób.

Będąc pod wpływem psycho-morfozy, ponad barierami biologicznej wydolności przetwarzania sygnałów, pojawia się noetyczna dziwność. Ekstaza przyśpieszonych zmysłów kompleksów Erosa–Thanatosa odnajduje się na szczycie rozprężenia zmysłów — w zachwyto-orgazmie, który jest dziką przyjemnością czerpiącą z instynktów, jakie mogłaby przejawiać emanacja pierwotnej plazmy życia — metaforycznie, bowiem tak daleko jeszcze nie zaszliśmy — która, replikując, mutując, rozwijając się, wydaje na świat coraz nowsze konstelacje form biologicznych.

Połączenie ekstazy i agonii przyśpieszonej transformacji zostaje rozpoznane jako wzorzec odczuwania, którego umysł ludzki nie powinien czuć — jednak pojmowany jest w ten sposób post-retrospekcyjnie. Te światy leżą poniżej i ponad ludzkim gatunkiem, ponieważ poprzedzają gatunek ludzki.

W stanie uwarunkowanego odrzucenia tych doświadczeń skorupa ograniczonego umysłu zaczyna się łamać, dezintegrować, wyzwalając nowe formy psychicznych energii — niech będzie to obsesja obłędu albo kreatywność zrozumienia. Podobne źródła brały grupy ludzi pod swój wpływ i zanurzały je w doświadczenia transowo-chtoniczne. Niektórzy byli w stanie przekierować te energie — niekoniecznie z tych samych źródeł, ale symptomatycznie podobne — w sztukę i magię, czy to świadomie (Austin Osman Spare), półświadomie (Howard Phillips Lovecraft), czy nieświadomie (Zdzisław Beksiński).

Ci, którzy doświadczyli tych fenomenów, być może poprzez cofnięcie się w sfery psychicznego bezpieczeństwa, re-antropocentryzacji, otrzymują nowe zestawy percepcji — z estetyką piękna ukierunkowaną na bardziej znane formy. Aby zachować kontynuację zmysłów, poznawczo-konserwatywny umysł tworzy ustalone schrony: wewnętrzną cenzurę i przestrogę, aby dalej nie wchodzić w te zony. Retrospekcyjnie, ta forma doświadczenia pomaga zrozumieć, że zmysłowość kończy się spazmem, epilepsją zmysłów, a droga sublimacji znajduje się gdzie indziej.

Przekroczenie zmysłów, lub dziwne pragnienia Leng, poprzez rozpoznanie ograniczeń ludzkiej formy, sprawiają, że umysł potrzebuje nowego kształtu, w którym mógłby okiełznać doświadczenia. Z braku takiej możliwości rozgranicza linie obłędu i trzeźwości w istniejących strukturach psychologicznych. Ta separacja umożliwia wchłanianie nowych doświadczeń z innej perspektywy — w próbie zrehumanizowania siebie, znalezienia nowej wartości w człowieczeństwie, negocjowania innego trybu bycia w świecie.

Żyjąc pośród innych w tymczasowej formie, zbliżając się do chaotycznego szaleństwa i epifanii światła, powstaje potrzeba noszenia masek normalności — wśród innych — z rzadką obsesją w oczach, którą należy powstrzymać, albo stać się jej niewolnikiem.

Odnajdujemy zrozumienie, że to, co jest poza człowiekiem — terra incognita wewnątrz, a zatem i na zewnątrz — jest dużo bardziej niebezpieczne niż wybrakowane projekcje, które utrzymują obraz rzeczywistości i budują nasze postrzeganie świata. To doświadczenie przybliża poznanie, że człowiek jest miarą tylko samego siebie; a odarty z tego punktu zaczepienia, zostaje złapany przez terror lub zachwyt.

Wymazany z perspektywy świata, któremu przypisywaliśmy znaczenia, stoimy nadzy pośrodku niezbadanych terytoriów. Z tej perspektywy życie może się jawić jako mechanistyczna orgia ciał i urojeń tych, którzy są ich głodni, a poprzez egzystencję przykładamy miarę fenomenalnych złudzeń do głębi Ma’at — wymiaru obiektywności — przekształcając percepcję z introjekcji i projekcji w odzwierciedlenie, w akcję zgodną z ruchem rytmów świata i kontemplacji.

Nasiąkanie głębszymi esencjami jest gestem samozachowawczym — aktem desperacji, jeżeli przypisze się mu jakikolwiek sens. Wszystko jest opuszczone w jednym rozbłysku narodzenia wszechświata. Jest to formuła umysłu, który rozpoznał boski chaos i przejrzał się w nim — destrukcyjny, brzemienny, pusty, ale regenerujący poprzez współzależne konstelacje wydarzeń, tkane w matrycach doświadczenia i kreacji.

Transcendując te ograniczenia ludzkiego doświadczenia, umysł nosi maski transformacji rytmu życia, magicznych strumieni form i esencji, które nie mają nic wspólnego z ludzkim światem. Bowiem ani człowiek, ani bliskie ludziom wymiary nie mogą ich przejrzeć.

Łatwo jest się wycofać w zwykły ludzki sens, konfrontując się z terrorem. Wielu pomaga w zapomnieniu zmierzchu świadomości — lecz po setkach tysięcy lat ludzkiej formy już nie będzie. Ludzkość nie przetrwa w konserwatywnym sensie; transformacja formy, materii i energii jest procesem, który działa bez udziału człowieczeństwa, pomijając wszelkie posthumanoidalne czy transhumanistyczne (augmentowane technologią w każdej postaci) koncepcje, zmieniając stan indywidualności — na tyle, na ile świadomość pozwala.

To, co dziś doświadczane jest jako nienaturalne dla człowieka w obecnym świecie, może przeciwdziałać harmonijnemu rozwojowi rezonującemu z człowieczeństwem i bardziej naturalnymi ścieżkami, którymi człowiek może kroczyć. To oczywiście ma sens, jeżeli wierzymy, że człowiek w istocie rozwijał się harmonijnie. W przeciwnym razie — partyzanckie podłączenia pod pewne rewiry doświadczenia są naturalnym rezultatem chęci przyśpieszenia własnej ewolucji.

Pieśni mej duszy, zmarł mój głos.
Umrzyj, o niewyśpiewana, gdy łzy nie uronione wyschną, gasnąc
w zaginionej Carcossie.

Chambers, Robert W. Song of Cassilda in The Yellow King, Act I, Scene II (Harper and Brothers: New York, London, 1902), s. 3

Inicjacje


Ekstaza mutacji w inne formy, umożliwiona przez siły renegocjujące biologiczną, żyjącą materię, jest uświadczona poprzez psioniczną operację na organizmie poza ludzkim zmysłem, lecz odzwierciedloną w zmysłach. Ewolucyjne atawizmy, z ciągłym a-ludzkim, suprasensorycznym, paralitycznym spazmem, zbliżają nas do limitów doświadczenia zmysłowego. Gdy koncentracja zbliża się do odkopywania biologicznej podpinki zwierzęcej psyche, w neuralnej regresji do obwodów defragmentujących naszą psychikę na części, nasz karnalny obraz jawi się jako kazirodztwo form, z których jest złożony. Człowiek rozmontowany nie może więcej rozpoznać swojej całości — odwracając dwojaką gnozę w chtoniczne podźródła, w bardziej niebezpieczne siły spaczenia, dywersyfikujące i mutujące żywe organizmy.

Jakby część procesu, ekstrahowana z całości, stała się adorowana sama w sobie, akcentując swoją separację — kiedy część maszyny zdobywa prymat nad całością jej funkcjonowania. Głębia dziwności ekstazy biologicznych organizmów, transformacji, transsubstancjacji formy, mutacji i prokreacji konfunduje cały szkielet poznawczy człowieka, w którym człowiek obserwuje świat. Łącząc potężną ekstazę z zachwytem przekształceń ciała, odzwierciedla moce ewolucyjne, które pojawiły się na długo przed całą historią ludzkości — bowiem czerpią z tych samych źródeł co biologiczne życie na Ziemi.

To mitopoetyka, która magicznie przekłada się na rzeczywiste operacje: całość fal życia na Ziemi wyrasta zarówno z biologicznych praw-form, jak i z rezonacji międzyplanetarnych oraz międzygwiezdnych. Pojęcie tego jest nie na miarę człowieka, ale próba uchwycenia „percepcji” na miarę od-zrozumienia jest wystarczająco ciekawa — bowiem świata trzeba się nauczyć, potem oduczyć, aby go w pełni zrozumieć. Wtedy natomiast nie istnieje już wiedza, a działanie.

W drastycznych doświadczeniach suprasensorycznej seksualności można odczuć oceaniczne żądze, przyśpieszone, katalizowane przez emisariuszki lub emisariuszy danych bóstw jako awangardę źródeł, zapoznając się ze stanami, które są odtworzeniem lub wsteczną inżynierią do umysłu-łona skomplikowanych procesów mutacji i rozwoju związanych z pierwiastkiem wody.

Wymiary ekstazy są przeorientowane na coś poza-zmysłowego, żerując na wszystkich stanach sensoryczno-afektywnych, jakie możemy poczuć. Pozostałości organicznych, larwalnych stanów prenatalnych — ewolucyjnej pamięci — poprzez te nurty emanują falami życia ziemskiego, na chwilę zamykając się w naszych ciałach i umysłach. Siły te działają w starożytnych tunelach istnienia. Możliwe, że zmierzch starych bogów jest cmentarzyskiem snu, powoływanym do istnienia tylko przez wśnienie się umysłu w ich rewiry — a umysły te stają się portalami, biorąc nasze ciała jako swoje tymczasowe formy.

Bardzo możliwe, że pobliskie ludziom wymiary, które są doludzkie w gradacji swojego wpływu, są ślepe na egzystencję tych potężnych wirów chaosu, który nie jest jednak chaosem absolutnym, ale zorganizowaną potencją przyobleczenia się w nowy świat — w nową formę. Nie wyklucza to natomiast działania tych pobliskich ludziom wymiarów. Tam, gdzie jest limit sublimacji zmysłów, a także limit ekstazy dziwności, pozostaje sublimacja Jaźni — w zgodzie z Drzewem Życia.

Jeżeli potraktujemy człowieka jako portal, poprzez który skoncentrowane źródła mogą się zamanifestować, jako medium projekcji wyższych zasad — co uszlachetnia idee bliższe ludzkim światom, zgodnie z liniami pochodzenia — człowiek nie jest skonstruowany, aby rozkładać się na ewolucyjno-archaiczne części. To ścieżka szaleństwa, obłędu, roztrojenia zmysłów i umysłu — głębia Qlipoth w tradycjach kabalistycznych, odłączająca nas od nieśmiertelnej gwiazdy Sekhem czy Akh.

Jest to jedna ze ścieżek, którą niektórzy starają się kroczyć, ponieważ interesujące jest doświadczyć tego na własną rękę — aby dowiedzieć się, że to nie jest ścieżka dla człowieka, chyba że chcemy popaść w delirium i wyniszczające szaleństwo. Wyższa ścieżka również doświadcza fali życia, jednak nie karnalizuje jej w czysto chtoniczne siły, w sekwencji życia jakościowo innego od dziwnych wymiarów.

Dodając trochę estetyki, proces ten zawieszony jest między wartościami piękna a terrorem nieznanego — musimy zdecydować, kiedy pracy nadajemy znaczenie, kiedy ma ona cel, i wycofać się, gdy odkryjemy, że nie jest przeznaczona dla nas. Pytanie, czy człowiek powinien być zanegowany, wrastając w dziwne źródła oddalone od ludzkiej ekspresji, aby skonsumować swój karnalny obraz. Ponieważ poza tymi domenami człowieczeństwa nie ma wartości, wierzeń ani estetyki — jest tylko ekspresja sił rozstrajających to wszystko, co cenimy. Odmawiając człowiekowi człowieczeństwa, obejmowane są kosztem odarcia człowieka z jego charakteru i natury. To ważne, aby to zrozumieć, gdy ponownie wkroczymy na ścieżkę życia.

Nie mam prawa krytykować osób, które z własnej woli chcą podążać tą ścieżką — ale gdy kończy się byt biologiczny, archaiczny, zaczynają się schody do gwiazd. Jakaż byłaby to strata, gdyby delirium ekstazy czy prostej seksualności reprodukcyjnej wywarło na nas tak duży wpływ, że zdecydowalibyśmy się w tych światach pozostać.

Każdy akt człowieka jest bowiem aktem rytualnym; działanie jego organizmu jest działaniem magicznym, bowiem jego organizm rezonuje z siłami starszymi od niego, z których wyrósł. Świadome sprzężenie tych dwóch — ukierunkowane przez cel i zrozumienie — jest aktem ceremonii. Teurgia jest inwokacją całości; wola jest kreacją; a pasywność — poświęceniem, które pozwala siłom płynąć dalej.

Nie polecam też uskuteczniać karnalnych prób odwzorowania tych przykładów, bowiem nawet sadystycznie wykręcone modyfikacje ciała w bólu są po prostu okrucieństwem. Żadne ze źródeł, które wprowadzało mnie w trans, ekstazę, orgazm, które pozwoliło mi poczuć zachwyt transformacji, nie zrobiło mi żadnej krzywdy — choć były w stanie. Zarówno wtedy, gdy moja dłoń była przecięta na pół, a potem bezkrwawo zrośnięta, jak i wtedy, gdy moja skóra na nogach stała się przezroczysta — był to pokaz modyfikacji, ale nie okrucieństwa; był to też pokaz możliwości przekształcenia ciała w inną formę organiczną, ale nie potrzeby.

Starsi Bogowie i Jedność sił życia


Ostatecznie psychonautyka w domeny wyrd jest innym sposobem eksploracji psychicznej — echa genetycznych atawizmów, poprzedzających istnienie ludzkości — poprzez psychiczne odwrócenie sygnału świadomości wobec archaicznych treści. Ryzykujemy w niej wszystko: od znalezienia się w stanach larwalnych, poprzez szaleństwo, aż po przemianę sposobu myślenia o świecie współczesnym — preferencyjnie, intencjonalnie.

Eksploracja ta dokonuje się przez przypadkowe lub celowe podpięcie pod magiczne pod-źródła, które rezonują z archaicznymi częściami naszego mózgu i układu nerwowego. Układ ten interpretuje doświadczenia pochodzące z „podświadomości”, często przy pomocy istot nadzorujących bądź sprzężonych z tymi kanałami — tak, aby uzyskać dostęp do ich planów istnienia.

Każdy fenomen rozdziela się na domeny, z którymi rezonuje z różną siłą — tak jak pryzmat rozszczepia światło, tak wszystko we wszechświecie, jak wierzę, rezonuje jako współ-połączony obraz, z różnymi kątami operacyjnego i efektywnego zasięgu.

Księżyc, jako fizyczny obiekt astronomiczny, jest również punktem koncentrycznym świadomości — portalem dostępowym do „pałaców” lunarnych (Aśvinī) i, w swojej głębi, do starożytnych sił. Podobnie Słońce, fizyczna gwiazda, deifikowane jest jako Bóstwo — kolektyw sił celestialnych, oko hiper-celestialnych rzeczywistości poza światem cieni, brama płonąca ogniem potężnych istot.

Woda, poprzez analogię rezonacji, jest portalem do oceanu, a także do pierwszych oceanicznych form życia, łącząc się z ewolucyjnymi przebrzmieniami planet Układu Słonecznego — a dalej, z światami gwiezdnymi, które pozostawiły swoje ślady na tych planetach w formie astralnej.

Powietrze natomiast, jako koncepcja przestrzeni, zawiera w sobie ideę przestrzeni kosmosu. Życie rozszczepia się w podobny sposób — jako kolektywna emanacja chao-psychicznej, zdywersyfikowanej formuły życia, z proto-genetycznymi matrycami ekspresji poprzez komponent biologiczny.

To próba odarcia psychicznych fenomenów z ich fizjologicznej obudowy poprzez fragmentację, a więc proces rozszczepienia stanów psychicznych, mentalnych i bioastralnych soczewek na pod-źródła, które objawiają się jako psycho-morfy lub „monstrualne” formy. Wywierają one wrażenie tak długo, jak długo posługujemy się ludzkimi kategoriami estetyki, strachu i adrenaliny.

Wszystkie wpływy magneto-astrologiczne bazują na polach Słońca i jego skrzydłach, a także na interplanetarnych rezonacjach. Można je nazwać „magicznymi źródłami” lub kalami — zarówno planetarnymi, międzywymiarowymi, jak i intersystemowymi — które zmieniają się w zależności od konstelacji tych gwiezdnych topografii.

System Słoneczny jest zatopiony w magnetycznym polu swojej rodzimej gwiazdy i nie stanowi systemu odizolowanego. Implikacje dla biologii ewolucyjnej, zachowań, neuropsychologii człowieka i neurobehawioryzmu zwierzęcia, a także dla psychologii astrologicznej, są tu olbrzymie i wciąż niedostatecznie zbadane.

Antropologiczna Biomancja

Biologiczna retrogeneza psychonautyczna — ontogenia rekapituluje filogenezę, a biopsychologia rekapituluje szkielet behawioralny, poznawczy, sensoryczny i afektywny: od struktur archaicznych do współczesnych.

Biomancja jest możliwa, gdy umysł potrafi cofać się — przy zachowaniu swojej integralności i spójności — do archaicznych postaci fenotypowo-poznawczych. Oznacza to, że możliwa jest wsteczna inżynieria biopsychonautyczna, prowadząca do wcześniejszych postaci rozwojowych.

Każda próba angażowania się w psychonautykę biologiczną niesie ryzyko aktywowania stanów larwalnych w kontekście rozwiniętego aparatu psycho-neurologicznego człowieka: stanów prenatalnych, biologicznie transpersonalnych (świadomość gatunkowa), a także transgatunkowych (świadomość międzygatunkowa).

Cofając się w ten sposób w przeszłość poprzez wehikuł umysłu, powtarzamy każdą fazę ewolucyjnej dywersyfikacji gatunkowej — a także, z punktu widzenia regresji, fazy potencjalne.

Przepuszczając Śakti przez kręgosłup (Djed), lub doprowadzając do magneto-orgazmicznego stanu, znanego wśród joginów, wycofujemy Śakti do podstawy kręgosłupa, a zatem do archaicznych części mózgu. Następnie przepuszczamy energię przez matryce między stadium oceanicznym a powietrznym, otrzymując uskrzydloną emanację ciała astralnego.

Całość powłoki doświadczalno-afektywno-intelektualnej przechodzi przez sublimację — jest to rodzaj samozapłodnienia i generacji duszy pochodnej, energetycznej transkrypcji człowieka poprzez połączenia zwierzęco-ludzkie, sublimowane przez świadomość.

Ostatecznym punktem tego procesu jest przekształcenie świadomości przez ekstazę — podtrzymanie stanu orgazmicznego przy jednoczesnym sprzężeniu ze świadomością Jaźni — oraz śmiech: jako symbol spełnienia i reintegracji pierwotnych sił życia.

Sympozjon Bogów i Planet, Uczona Magia: Daimon — Teologia — Losy — Astrologia

Czy wierzysz w astrologię? Wszyscy zawsze wierzą w astrologię, ale niewielu poświęca życie, by naprawdę ją badać — obserwując inteligencje, prawa natury, rozumiejąc filozofię i teologię, które za nią stoją.

Czym więc jest astrologia? Czy jest deterministyczna? Po latach traktuję ją jako sympozjon planet i sił astralnych.

Jeśli chciałbyś to wyjaśnić w kategoriach fizycznych — nie istnieją żadne magnetyczne ani grawitacyjne relacje między niektórymi planetami itd., więc niektórzy wysuwają argument o istnieniu jakiegoś boskiego fluidu rozlanego po wszechświecie.

Jednak istnieje magnetosfera Słońca, w której poruszają się planety, istnieje magnetosfera Galaktyki, w której poruszają się gwiazdy, i tak dalej.

Poza tym każda planeta — jak każda rzecz — ma naturę. Ten kubek ma określone właściwości i naturę: jest zrobiony z materii, służy mi do picia kawy i ma pewne cechy. Ale jak martwa materia zyskuje właściwości natury?

Mówię więc: ten kubek ma naturę i teleologię — bo pewnego dnia się rozpadnie. Jeśli go zbiję, jego „teleologią” jest zostać zniszczonym. To jest jego telos, celowość.

Co jednak ożywia tak wielkie natury jak planety? Ich jakość, ich istota? Co je ożywia tym bardziej, że znajdują się w polu interakcji z życiem? Odbijamy się w gwiazdach, odbijamy w planetach — a one mogą odbijać nas.
Brzmi to jak bełkot, ale aksjomatem jest, że istnieją duchy, inteligencje, natury i bogowie. Jeśli ich doświadczysz, zaczynasz się zastanawiać: czy oni wchodzą w interakcję z ludźmi? Czy można ich przywołać? Czy można wezwać i otrzymać odpowiedź — jak ofiarę i ofiarodawcę?

Odpowiedź brzmi: tak, można. Ale wiąże się to z wieloma niebezpieczeństwami, o których nie będę tu mówił.

Na marginesie: jeśli chcesz rozpocząć swoją drogę, zacznij od Słońca, potem Merkurego, i zawsze miej Słońce nad sobą — jako opatrzność, która cię chroni. Ale nie zaczynaj od Saturna bez ochrony, jako osoba na saturnicznej ścieżce od osiemnastu lat, początkujący może zostać powierzchownie zmieciony obłędem, psycho-magicznymi atakami, stracić życie, zdrowie, majątek, ludzi etc. Proces wykluwania się złota z ołowiu jest bolesny jak bóle porodowe.

Wróćmy jednak do rzeczy.

Sympozjon planet — planety i gwiazdy nie determinują twojego życia, bo życie to złożona sieć czynników: środowisko, miejsce urodzenia i wychowania, ludzie, których spotykasz, kultura, edukacja itd.

Jednak ten sympozjon tworzy pewne potencjały, konfiguracje — poprzez tranzyty — które sprawiają, że pewne rzeczy uświadamiasz sobie i urzeczywistniasz, podczas gdy inne się cofają. To właśnie jest domena astro-psychologii lub astro-biologii.

Planety niosą wielki potencjał, ale to, co stanie się w twoim życiu, zależy od ciebie i od środowiska.

Jeśli jednak świadomie zgłębiasz astrologię, wiele rzeczy staje się dla ciebie łatwiejszych. Cała idea astrologii polega na tym, że dusza lub daimon (duch opiekuńczy) rodzi się z anima mundi, nasycona jakościami planet w chwili twoich narodzin.

Dlaczego akurat w chwili narodzin? Bo z pierwszym oddechem, z pierwszym wejściem w świat natury, zostajesz jakby oświecony tymi energiami: Słońcem, Księżycem, planetami, naturą, a także wpływami matki i ojca. Daimon jest czymś więcej — to duch, pneuma, inteligencja niezależna.

Przykładowo Julian Teurg apelował do niebios, by jego syn, Julian Teurg (autor Wyroczni chaldejskich), był archaniołem. I rzeczywiście, jego syn miał ducha archanioła — był bardzo biegły w sprawach boskich, potrafił o nich pisać, stąd Wyrocznie chaldejskie i cudowne zjawiska podczas kampanii wojennych Marka Aureliusza, które przeszły do legendy.

W tym sympozjonie planet warto zacząć od dwóch rzeczy: Obliczenia punktu Fortuny — związanego z życiem materialnym i zdarzeniami, Oraz daimona — ducha, który rządzi twoim temperamentem, zdolnościami, predyspozycjami i kierunkiem duchowego rozwoju. Niektórzy wybierali nawet swoje zawody według natury swojego daimona. Daimon bowiem, zanim narodzi się na ziemi, jest „szlifowany” przez różne siły — boskie, astralne, naturalne — zanim połączy się ze światem natury, zoe bionterion.

W skrócie: starożytni dzielili zodiak na 12 części po 30°, co pochodzi z babilońskiego systemu sześćdziesiętnego. Każdy odcinek nieba był rządzony przez pewną siłę, esencję, bóstwo.


Na przykład w tradycji rzymsko-greckiej:


Styczeń (Capricorn) — Słońce

Luty (Aquarius) — Neptun

Marzec — Mars

Kwiecień — Wenus

Maj — Apollo

Czerwiec — Merkury

Lipiec — Jowisz

Sierpień — Ceres

Wrzesień — Wulkan

Październik — Mars

Listopad — Diana (Słońce w Skorpionie)

Grudzień — Westa (Słońce w Strzelcu)

Grecy i Rzymianie dzielili te siły na trzy triady:


Stwórcy — Posejdon, Hades/Hefajstos, Zeus (Demiurgowie)

Utrzymujący — Hestia, Atena, Ares

Wznoszący — Hermes, Afrodyta, Apollo

To triada nieporuszona — Hestia stoi na początku, bo zachowuje istnienie rzeczy w czystości. Nie mamy tu do czynienia z prostą teologią — to bardzo złożony system teologiczno-filozoficzny, rozwinięty w neoplatonizmie i orfizmie.

Fragmenty:

I) Greenbaum, Dorian Gieseler. 2016. The Daimon in Hellenistic Astrology: Origins and Influence. Leiden: Brill.
II) Long, Charlotte R. 1987. The Twelve Gods of Greece and Rome. Leiden: E.J. Brill.

Samorządny etos i autentyczna dalekowzroczność

Oto bardzo prosty algorytm, który opracowałem, aby pomóc przede wszystkim samemu sobie — by się zorganizować. Czasami, przekazując taką wiedzę i informacje, jednocześnie je wchłaniamy, zapamiętujemy i uczymy samych siebie w tym procesie. Dlatego — jaka jest różnica między automatami a autokratonami?

Większość spontanicznych, instynktownych, czasochłonnych, chaotycznych i nieracjonalnych zachowań nie jest pomocna. Nie jesteśmy zwierzętami racjonalnymi, mimo że często tak się mówi. Impulsywne wybory, przeczucia, intuicje, reakcje wyzwalane bodźcami i automatyzmy bardzo rzadko są trafne lub optymalne — chyba że zostały wyuczone jako automatyczne zachowania adaptacyjne, wykazujące się dobrym osądem i zdolnością decyzyjną.

Przed każdym działaniem, nawykiem czy wystąpieniem możemy zaprogramować się, by zadawać sobie pewne pytania i warunkować swoją świadomość: Czy to spontaniczne, czy zaplanowane? Czy to instynkt, czy decyzja? Czy to strata czasu, czy coś pożytecznego? Dlaczego się w to angażuję? Co próbuję osiągnąć?

Chodzi o to, by być świadomym każdej chwili swojego życia — nawet w prostych czynnościach, jak mycie naczyń. Bądź obecny. Wyobraź sobie, że zmywasz je dla cesarza albo dla kogoś, kogo kochasz. Zaangażuj się w to całkowicie. To poczucie obecności i zaangażowania przemienia codzienne życie — czyni je bardziej uważnym, skupionym i w ostatecznym rozrachunku bardziej spełnionym.
Najskuteczniejsze działania, nawyki i wystąpienia są zaplanowane, przemyślane i poprzedzone namysłem, rozeznaniem i intencją. To właśnie te rzeczy warto rozwijać w zarządzaniu czasem i podejmowaniu decyzji. Oczywiście, nie jesteśmy maszynami. Życie nie przebiega z idealną precyzją — nie jesteśmy cyborgami. Ale mimo to warto być uważnym.

Kolejnym elementem jest osąd etyczny. Algorytm Etyki zaczyna się od protonous — myśli pierwotnej, czegoś, co rozważasz jako pierwsze. Zanim coś zrobisz, pozwól, by to przeniknęło twoje ciało i umysł. Widziałem u siebie wiele impulsywnych, nieetycznych, szkodliwych lub po prostu głupich działań. Dlatego teraz proszę samego siebie o refleksję — nad myślą, intencją, czynem, motywem. Skup swoją mowę, wewnętrzny głos i działania wokół tej zasady. To echo starej buddyjskiej idei: właściwa mowa, właściwa myśl, właściwe działanie.

Niezależnie od tego, czy chodzi o wystąpienie, ruch, pisanie, chodzenie czy interakcję, zadaj sobie pytanie:

Czy to mądre? Jeśli brakuje ci mądrości, wyobraź sobie, co zrobiłby mądry człowiek.
Czy to sprawiedliwe? Czy jesteś uczciwy i rozważny w tym, co robisz?
Czy to umiarkowane? Wszystko z umiarem — nadmiar namiętności może zniszczyć ciebie i innych. Gniew w szczególności jest złośliwą formą szaleństwa.
Czy to przynosi dobre skutki innym i światu?
Czy to wnikliwe? Czy zastanowiłeś się głęboko i dostrzegłeś niuanse w swojej myśli, mowie i działaniu?
Czy to antagonizujące wobec innych? Zwłaszcza w internecie — jeśli jesteś anonimowy lub półanonimowy, zapytaj: czy powiedziałbym to w prawdziwym życiu? Jeśli nie, po co antagonizować bez potrzeby?


Wszystko, co publikujesz lub robisz w sieci, jest lustrem twojego umysłu. Odbija twój wewnętrzny świat. Jeśli udostępniasz coś głupiego, nikczemnego lub szkodliwego, staje się to twoją maską wobec świata — niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie.

Zadaj też pytanie: Czy to dobrze przemyślane? Czy zastanowiłeś się nad konsekwencjami, jakie twój czyn może mieć w świecie?


Jako etyczny pisarz często rozważam: co, jeśli moje słowa zostałyby wzięte dosłownie przez fanatyka? To nie znaczy, że wszystko musi być politycznie poprawne — to bzdura. Ale powinniśmy dążyć do mądrego przekazu, albo przynajmniej do próby mądrego przekazu.

Jeśli twoja myśl lub czyn wydają się mądre, sprawiedliwe, umiarkowane i celowe, zapytaj: Czy jestem pod wpływem czynników zewnętrznych — okoliczności, emocji, złych aktorów?

Jeśli tak, a to wpływa na twój rozum, intelekt i etos — zatrzymaj się. Nie działaj, nie mów, nie kontynuuj. Zablokuj to. Sytuacja się poprawi. Unikniesz autodestrukcji — i krzywdy innych.

Jeśli nie jesteś pod wpływem niczego zewnętrznego — jeśli wszystko wydaje się w porządku — zmień perspektywę.

Spójrz oczami drugiego. Jak on by zareagował? To nie jest trudne — jesteśmy istotami empatycznymi i z doświadczeniem, autonomią oraz dojrzałością możemy coraz głębiej rozumieć innych.

I tak dochodzimy do pronous — czynu. Umysłu, który myśli naprzód. Jeśli wszystko w tym procesie się zgadza — działaj.

Ale jeśli to, co planujesz, nie jest mądre, sprawiedliwe, umiarkowane, wnikliwe — jeśli jest antagonizujące, bezmyślne lub destrukcyjne — po prostu powiedz „nie”. Niezależnie od tego, czy chodzi o myśl, mowę, czyn, wpis czy wystąpienie — powiedz „nie”.

A jeśli jesteś pod wpływem gniewu, szaleństwa, zewnętrznej manipulacji — wyraź to na zewnątrz. Chwyć to za gardło i wyrzuć z umysłu jak wroga. To higiena mentalna. Zapewniam cię: jeśli pozwolisz chwastom rosnąć, rozrosną się jak rak. Sam przeżyłem lata gniewu i wewnętrznego rozkładu — i musiałem znaleźć antidota.

Jeśli nie jesteś pod wpływem niczego zewnętrznego, a mimo to nie masz pewności — zastanów się jeszcze raz. Zapytaj ponownie:

Czy to mądre? Czy to sprawiedliwe? Czy to umiarkowane? Czy przynosi dobro światu? Czy to wnikliwe?

To była tylko wskazówka. Lubię systematyczne, algorytmiczne myślenie. Lubię przekładać myśli na schematy, diagramatologię, strukturę.

Jeśli to komuś pomogło — cieszę się. Jeśli nie — cóż. Dziękuję mimo wszystko za wysłuchanie.

Pogranicze Thanatosa, Hekatyczne Rozstaje Dróg

O niektórych rzeczach pisze się po to, by o nich nie zapomnieć.

Czasami zastanawiam się, czy dlatego napisałem wszystkie te książki, których nikt nie czyta — jako księgi przypomnień — udając, że chciałem ułatwić, utorować, a nawet wybrukować drogę na tak grząskich, bagnistych terenach jak okultyzm, magia czy teurgia. Uważałem, że moje wieloletnie, ciężkie doświadczenia mogłyby komukolwiek w czymkolwiek pomóc.

Mam za sobą cztery nieudane samobójstwa. Pierwsze — gdy w chwili ratowania resztek własnego honoru, z którego zostałem nieuczciwie odarty — wziąłem przewrotnie wszystkie neuroleptyki, które mi przepisano, i popiłem je alkoholem. Jedyne, co pamiętam przed odwiezieniem mnie karetką do szpitala, to całkowity obłęd ruchowy, brak koordynacji, żywy ogień w mózgu. Detoks. Trzy miesiące w szpitalu psychiatrycznym.

Pamiętam, jak z ukochaną kobietą mieliśmy wypić środek do uśmiercania koni, a następnie podpalić się na nasączonym benzyną stosie. Miałem przygotowany sznur do powieszenia się, lecz w ostatniej chwili zrezygnowałem. Uśmiercilibyśmy się z pewnością. Czasami żałuję, że do tej tragedii nie doszło — zachowalibyśmy wielką miłość, transcendentalizowaną poza diabelskie tango na ziemi, które rozerwało nasze umysły i emocje na strzępy. „Miłość rozedrze cię na strzępy, maestro, maestra — z dala od siebie.”

Drugie samobójstwo było ciche. Przyszykowałem swoje ceremonialne szaty, wziąłem wojskowy nóż, wiedząc, że muszę działać szybko. Nad Wisłą, na plaży „Romantyczna”, przywdziałem szaty, dźgnąłem się cztery razy w szyję — najmocniej, najgłębiej, jak tylko mogłem — a następnie padłem na kolana, szepcząc w amoku: „Dobrze, Bogowie, weźcie mnie do siebie. Boginie, weźcie mnie do siebie.” Krwawiąc z gardła, dotarłem do rzeki, gdzie położyłem się w zakrwawionych szatach na piasku. Przeżywałem terminalny stan szoku. Czas zwolnił. Rzeka płynęła majestatycznie, jakby była królową wszystkich kosmicznych, hekatycznych rzek. Widziałem złoto-srebrne zigguraty, złote niebiańskie mosty, ogromne, subtelne skrzydła sunące przez cały nieboskłon — z solarnymi tarczami oplecionymi wężami. Przeżyłem. Doczłapałem się do mieszkania, przechodząc w amoku przez czteropasmówkę, cały we krwi. Nazajutrz błagałem na SOR-ze, by mnie pozszywano, kłamiąc, że upadłem na odłamki butelki. Lekarz niedowierzał, ale chciałem uniknąć zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym, który był gorszy od więzienia. Ten rytuał z nożem był dla mnie rytem ofiarnym — przekazaniem się Bogom Sumeru, Ur-Heimat. Nie był wymagany, ale został dobrze przyjęty.

Trzecie samobójstwo, planowane z wielotygodniowym wyprzedzeniem, odbyło się na Półwyspie Helskim. Przygotowałem „maść wiedźm” o podwójnej toksyczności, którą zamierzałem spożyć — wraz ze wszystkimi deliriantami, jakie udało mi się zdobyć, wymieszanymi z Jägermeisterem. Siedziałem wtedy przez dziesięć godzin w jednym z helskich bunkrów, wspominając życie, gdy topielice wychodziły do mnie, pozdrawiając mnie. Wypiłem mieszankę wieczorem, następnie poszedłem płynąć w Bałtyk — najdalej, jak tylko mogłem. Gdy dotarłem na głębiny, a plaża niknęła w oddali, wezwała mnie idea: pomorski, pogański kapłan, który w białych szatach stał na baczność od setek lat, kazał mi znaleźć siły i wracać. Nie wiem, jak tego dokonałem. Trucizna zaczęła działać, ale każda moja tkanka kazała mi dokonać nadludzkiego wysiłku. Dotarłem do brzegu. Nie mogłem zwymiotować mieszanki ze względu na składniki, które powstrzymywały wymioty. Szedłem przez noc, przez las, do hotelu oddalonego o kilka kilometrów, obserwując ludzi i stworzenia nocy. To był mój ożenek z Bałtykiem. Policja mnie namierzyła; byłem zmuszony odsiedzieć swoje w szpitalu psychiatrycznym na Nowowiejskiej. Wypuszczono mnie wkrótce — z braku przeciwwskazań do dalszego zatrzymywania — tym bardziej, że chciałem wrócić do pracy.

Czwarte samobójstwo — dokonane za pomocą deliriantów, trucizn, noża i wina — odbyło się w Parku Saskim w Warszawie, przy mojej ulubionej Świątyni Diany. Najpierw przegoniłem stamtąd ludzi rozkazującym głosem, odczekałem chwilę, a następnie postąpiłem w sposób zdeterminowany, surowy, jak zawsze, aby dokończyć rytuał. Przez dwa miesiące wydalałem z organizmu olej rycynowy z deliriantami. Dawki śmiertelne przekroczyłem tysiąckrotnie. Gdy wróciłem do łóżka, regenerowały mnie i leczyły hypochthonios — bóstwa chtoniczne, które niegdyś mnie uleczyły.

Dlaczego zatem próbowałem odejść na drugą stronę? Czy przez depresję, manię? A może był to gest odzyskania władzy nad życiem, śmiercią i losem — nad ludzką godnością? Co mnie odratowało? Widocznie nie było mi pisane odejść. Ten heroiczny akt na szczęście nie skończył się tragicznie. Chciałem odczarować śmierć, z którą obcowałem na co dzień — jako ktoś, kto widzi światy zmarłych. Być może, jako wyznawca starożytnego etosu, czułem, że to dla mnie wyzwalające.

W istocie, gdy ktoś mi grozi piekłem lub obiecuje niebo, spotyka się z pustym śmiechem. Zwiedzałem niezliczone, niewidzialne światy duszą i umysłem. Gdy ktoś grozi mi śmiercią lub pobiciem — pojawia się jedynie dyplomatyczny uśmieszek człowieka, który swoje już przeżył, osiągając terminalny, absolutny stan pogodzenia się ze śmiercią — jak z najlepszą przyjaciółką.

Z ogromu doświadczeń życiowych, przez które przebrnąłem, żyjąc niezwykle intensywnym życiem — historiami, którymi mógłbym obdarować dziesięciu, jeśli nie stu mężczyzn — pozostałem przynajmniej człowiekiem wykończonym, lecz spełnionym.

Tajemnica przetrwania wobec niepokonanych
przeciwności

Więc jaki jest wielki sekret przetrwania?

Jeśli twoje ciało jest torturowane, twój umysł przechodzi przez obłęd. Jesteś szarpany jak pies, na prawo i lewo, przez niewidzialne — choć dla niektórych dobrze widoczne — siły. Pamiętaj, że to, co cię atakuje i próbuje zniszczyć, jest silne tylko na tyle, na ile twoje ciało i umysł są słabe. Jeśli utożsamiasz się ze swoim daimonem, ze swoim hegemonem, to cię wzmacnia, bo w tym jesteś nieśmiertelny jako pneumatyk jako ten, który identyfikuje się z duchem, a nie z ciałem czy umysłem samym w sobie.

Druga sprawa — jeśli armia milionów demonów, aniołów wrogów albo jakichś idiotów z magicznych cyrków wystąpi przeciwko tobie — co robisz? Pozwalasz im przejść. Nie przywiązujesz ich do siebie i są bezsilni. Przepływają przez ciebie jak woda przez rzekę. Jeśli się złapiesz, uchwycisz siebie w jakimkolwiek punkcie — wtedy cię pochwycą. A czasem musisz się pochwycić. Ale w taki sposób, jak wirtuoz albo wojownik — płyniesz z prądem, czasem musisz zablokować, czasem musisz się zatrzymać. Musisz nadać temu przepływ i tańczyć razem ze swoim atmanem, tancerzem, ze swoim tańczącym duchem wśród gwiazd.

W tym jesteś porównywalny do małych bogów i bogiń — jeśli identyfikujesz się przede wszystkim ze swoim duchem i jeśli wzmacniasz go przez liczne próby, doświadczenia, ataki na ciało i umysł. W końcu, jeśli to robisz przez lata, lata, lata — staniesz się bardzo odporny, z nieugiętym, heroicznym duchem.

Więc cokolwiek cię uderzy, uszkodzi twoje nerwy i tak dalej — to mija. To nie trwa wiecznie. Nie jesteś uwięziony w tej męce na zawsze, w nieskończonym cyklu. A nawet jeśli jesteś — zawsze są momenty oddechu. W każdym więzieniu jest odłamek wolności, a ta wolność jest w tobie i nie może być ci odebrana. A wolność jest jak Eros — tytaniczne dzieło bogów. I Moloch się tego boi. Każdy system kontroli, każdy system, który próbuje cię zniewolić, zagrozić ci, rzucić cię na kolana, powiedzieć ci, że jesteś niewolnikiem — boi się Erosa i wolności. Bo gdy raz się przebudzą i ufortyfikują jak cytadela — nigdy nie zdradzą twojej wewnętrznej prawdy.


Ach, jeszcze jedno. Leonardo da Vinci powiedział kiedyś:

„Ci, którzy mają ducha, umysł i duszę skierowane ku gwiazdom, nie ulegają kłamstwu i oszczerstwu.”

Co to właściwie znaczy? Znaczy to, że możesz manipulować postrzeganiem przez opinię publiczną. Możesz oczerniać kogoś. Możesz plotkować, rozprzestrzeniać kłamstwa na temat danej osoby.

Czasem możesz podważyć jej równowagę psychiczną tylko po to, żeby udowodnić swoje kłamstwa i wskazać „wojny” toczące się w tej osobie — podczas gdy to, co najlepsze, zostaje zarezerwowane dla bogów. Dlaczego tak się dzieje? Bo percepcją śmiertelników można łatwo manipulować. Można tworzyć iluzje.

Można przez lata serwować „sałatki” dezinformacji i pozorów na temat tej osoby — aż zakopie się ją pod taką warstwą kłamstw, że już nigdy nie podniesie głowy ponad bagno.

Ale jaka jest wyższość tej osoby, jeśli wie, że jest uczciwa wobec siebie i bogów? Bogowie to nie są jakieś siły, którymi możesz manipulować. Nie podlegają wrażeniom. To oni rozdają wrażenia — a ty składasz im swoją ofertę. Nie zabiegają o ciebie.
Jako inteligencje i siły wszechwiedzące, wiedzą jednocześnie o całym bełkocie Ziemi: o twoich danych, twoich serwerach, o tym, co dzieje się w służbach wywiadowczych, w ich wewnętrznych dyskusjach, w twoim umyśle, w twojej głowie, w całym twoim istnieniu. Jesteś dla nich jak otwarta księga.
I jeśli nie wyróżniasz się niczym — ani zasługą, ani szlachetnością, ani heroizmem, ani sprzeciwem wobec świństwa tego świata — to nie jesteś wart zauważenia. Nie składasz żadnej „oferty” bogom. Ale gdy naprawdę jesteś — gdy stajesz się tym kimś — zostajesz rozpoznany. Bogowie nie dają wrażeń. Oni biorą cię do kołyski bogów — jako małego śmiertelnika, który wzrasta w szlachetności mimo całego syfu i g… na, przez które musiał przejść.
To prosta, ale prawdziwa, rezonująca zasada, którą odkryłem jako uczciwą i głęboką.
Nun.Gal.Meš — bogowie gwiazd i boginie, książęta tych gwiezdnych krain
i całe świty planetarnych sfer oraz miriady inteligencji, które je zamieszkują. Prawda — ta obiektywna — jest nieosiągalna dla śmiertelników, ale osiągalna dla bogów i bogiń. To co subiektywne, jest obiektywne. To pocieszające, wiedzieć, że w samotnej walce nie musisz siłować się z wieprzami, nie musisz walczyć z kłamstwami i oszczerstwami wobec siebie. Jeśli jesteś linczowany, jeśli jesteś oczerniany, jeśli cię obrzucają błotem — pamiętaj o cichym, rozumnym, bezsłownym słuchaniu bogów. To nie „niebiański tatusiek”. To głęboka filozofia. Oni zbudowali ci złoty most, po którym możesz przejść — z dala od świń, z dala od kłamców, na drugą stronę — gdziekolwiek ona jest — to już nieistotne. Ja tą drogą podążam od osiemnastego roku życia.

Moi wrogowie zawsze się zastanawiali: Dlaczego nie mogą mnie pokonać? Dlaczego nie mogą złamać mojego ducha? I to właśnie dlatego. I nigdy nie zdołają. Bo walczyłem przez te wszystkie lata dzielnie i wytrwale. To naprawdę jest aż tak proste. Skieruj swój umysł ku bogom, a ducha ku gwiazdom. Ignoruj religijne, polityczne i społeczne śmieci. To nie znaczy, że masz być ignorantem wobec religii, polityki czy społeczeństwa. To znaczy: angażuj się tylko w sprawy godne — takie, które sam uważasz za rozsądne i warte wysiłku w ramach swojego rozumu. To naprawdę takie proste, jak wiesz, w co się zaangażować i jak. Bo jako rozumna istota — jeśli jesteś wykształcony, przenikliwy, krytyczny i sceptyczny wobec wielu rzeczy — wiesz, jak obserwować świat. Wiesz, co przynosi dobre skutki, a co prowadzi do upadku i destrukcji.

Zwracam się do Fortitudo! Refleksje nad Ostatnimi Ludźmi na Ziemi

Żyjemy w czasach nowoczesnych, zalewanych przez wszelkie formy okrucieństwa, korupcji, obojętności.

Jakbyśmy wszyscy stali się jakimiś złośliwymi demonami, rzucającymi bose ukłony w stronę szlachetnych piekieł i niebios. Co się stało z człowiekiem? Humanitas. I jak to zachować? Poddając się temu okrucieństwu, tej obojętności, tej wojnie każdego przeciwko każdemu? Wyobcowani jednostki w niszowych internetowych subkulturach, wirtualnościach prawdziwego życia, które nigdy się nie wydarza. Nie jesteśmy już w platońskiej jaskini. Jesteśmy w jej katakumbach, w jej kanałach, w wirtualnych rzeczywistościach i podobnych do tych katakumb. Jak więc to odwrócić — indywidualnie — przez inspirację?

Musisz w sobie wcielić to, co pozostało z piękna, etosu, wielkości, szlachetności, areté wszystkich cywilizacji na przestrzeni dziejów. To, co było najwspanialsze ze wszystkich wielkich idei, z najwyższych wartości, które miały realny wpływ i które pozwalały zachować to, co naprawdę znaczy człowieczeństwo. Uosobienie ludzkiej wartości — musisz je w sobie odbić, wcielić. Jeśli musisz zbudować cytadelę wokół swojej głowy, zbuduj twierdzę wokół siebie, chroniącą ludzkie wartości, cnoty, humanitas.

A ja sam jestem tutaj bezradny. Oczywiście, jestem skorodowany. Oczywiście, jestem przeniknięty tą przeciętnością, tą obojętnością, tym okrucieństwem, nienawiścią i gniewem. Myślę, że wielu ludzi dziś tak ma. Jednak bez antidotum na te występki, na te potworne zła, które zatruwają całe społeczeństwa, kultury i cywilizacje — nie ma możliwości ich odwrócenia. Gdy zniszczysz tkaninę noosfery — to znaczy to, co masz w umyśle, sercu i duszy — odbudować ją jest niezwykle trudno.

Pamiętam, jak czytałem o tańcu hormos wśród starożytnych Greków. Jak szklane paciorki, chłopcy i dziewczęta tańczyli. I przez ten taniec zaszczepiali w sobie pewną paideię, wspólnotę. Dziś taniec hormos od wieków nie jest już tańcem. Ludzie nie śpiewają już w pracy.
Ludziom odebrano prawdziwego ducha człowieczeństwa i oddano ich w ręce jakiegoś dziwnego, złudnego, ignoranckiego tartaryzmu.

Bardzo łatwo jest zniszczyć tradycję, która wzrastała organicznie przez stulecia, przez dekady — bo wszystko, co najpiękniejsze, rośnie organicznie, przez lata — jak miłość między mężczyzną a kobietą.

Łatwo to zniszczyć, a potem potrzeba kolejnych dekad i stuleci, by to znów wyrosło wśród ludzi. Więc jeśli musisz — bądź antycznym tradycjonalistą, antykwariuszem ludzkich wartości, cnót i piękna.

Stałem wtedy, paląc papierosa na balkonie, i zastanawiałem się, jakie byłyby ostatnie słowa, które chciałbym wypowiedzieć, zwracając się do bogów. Może o jakiś zwrot losu w moim życiu.

I do kobiety, którą pokochałbym — na łożu śmierci. Gdybym to ja umierał pierwszy — zwykle mężczyźni umierają szybciej — chciałbym powiedzieć: „Obiecuję, że będę cię kochał na zawsze”, i odejść.

Katartyczny ból.


Ale ani życie, ani miłość nie kończą się na śmierci. Ani wolność, ani swoboda, ani też walka o cnoty.

To apel do tych z was, którzy potrafią spojrzeć przez meduzę na tarczy Ateny — dla których jest ona przezroczysta — rozpoznajcie mądrość, rozpoznajcie wartość i cnotę i próbujcie o nią walczyć.

Nie kłócąc się w waszych politycznych, społecznych, religijnych grach, bo są rzeczy wspólne dla wszystkich ludzi, w samym ich rdzeniu. Nikt nie chce widzieć swoich dzieci, żon mordowanych. Nikt nie chce żyć w bólu. Każdy chciałby być szczęśliwy i wolny, rządzony przez wielkich ludzi — mądrych ludzi — którzy cię obejmą i zatroszczą się o ciebie.

Dlaczego się poświęcać? Przez piekło, nie dla nieba:
Pogańskie świadectwo przetrwania i etosu

To będzie opowieść o ludzkiej odporności, wrażliwości, traumach oraz przezwyciężaniu cierpienia i bólu.

Odkąd pamiętam, od najmłodszych lat, wychowywała mnie surowa, gorliwa katoliczka — moja matka. Pamiętam, że za każde najmniejsze przewinienie byłem bity przewodem od żelazka albo zmuszany do klęczenia w kącie z rękami uniesionymi do góry, mamrocząc modlitwy pod nosem. Później, sadystyczne zachowania zakonnic i w szkole sprawiły, że bardzo szybko uwolniłem się z kajdan tej chorej religii.

Rozumiem, że dla niektórych postać Chrystusa — małego żydowskiego chłopca z Galilei i jego dwudniowe cierpienia — mają znaczenie symboliczne. Że cierpiał za wszystkich. Cóż, za mnie nie cierpiał. Cierpiałem sam — tysiąckrotnie bardziej — i samodzielnie, heroicznie to przezwyciężyłem. To właśnie definiuje człowieka szlachetnego: tego, który pokonał ogromne cierpienie i powrócił z czymś, co może ofiarować innym.

Odkładam więc na bok judeochrześcijańskie bajdurzenie symboliczne, preferuję twarde fakty, łącznie z duchowymi, metafizycznymi — doświadczanymi. Nie potrzebuję Jezusów, mesjaszy ani ich cierpienia. Mam tego dość jako poganin od dwunastego roku życia, o ukrytym poczuciu szlachetności.

Moje pierwsze spotkanie ze śmiercią miało miejsce, gdy miałem dziewięć lat. Wracaliśmy z matką ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie miała kontrakt. Byłem nadaktywnym, wrażliwym dzieckiem. Mieszkałem na Starej Pradze w Warszawie i byłem świadkiem, jak mafia zastrzeliła człowieka na moich oczach — leżał w kałuży krwi. Jako dzieci z muzycznej szkoły podstawowej na Kawęczyńskiej zetknęliśmy się po raz pierwszy zetknęliśmy się ze śmiercią, z trupami, z przemocą.

Dorastając w starej dzielnicy Starej Pragi, szybko dołączyłem do tego, co nazywam „klubem starych wilków” — starszych radykalnych „metalowców” ludzi ulicy, wojowników. Widziałem wiele brutalności, przemocy, sadyzmu. Znałem skinheadów-morderców. Jeden z nich, Białorusin, zabijał ludzi, skończył zadźgany na squocie. Osobiście broniąc kobiety zaatakowałem człowieka, powaliłem go na ziemię z dwoma innymi indywiduami i butami ze stalowym czubem, zmiażdżyłem mu szczękę i żebra — być może na śmierć, być może nie. Lata później odprawiłem symboliczny rytuał, by „rozpuścić jego cień”, jeśli rzeczywiście zabiłem go, nie w ramach pokuty, ale rytualnego posprzątania po sobie.

Jeśli chodzi o ból fizyczny i psychiczny — byłem w dziewięciu zamkniętych oddziałach psychiatrycznych. To jak więzienie, gdzie spotykasz wszelkiego rodzaju ludzi — wrażliwych, obłąkanych, skrzywdzonych. To jak filtr, który rozdziela psychopatię, nerwice, psychozy i inne zaburzenia. W tych miejscach widziałem wiele okrucieństwa — pielęgniarze znęcające się nad kobietami, gwałty na niepełnosprawnych psychicznie pacjentkach, bicie chorych, kaftany bezpieczeństwa, elektrowstrząsy. Widziałem to wszystko na własne oczy i przeżyłem.

Z drugiej strony istnieją też byty zdolne zadawać duchowy ból — wyobraź sobie jak trzej oprawcy z „cienia” otaczają cię i przebijają ciało żelaznymi prętami. Cierpisz niewyobrażalnie, wrzeszczysz przez noc, a na ciele nie ma śladów. Tylko układ nerwowy reaguje jak podczas tortur. To jakby wszystkie średniowieczne narzędzia męki, wymyślone przez chrześcijańskich inkwizytorów, spadły na ciebie — ale bez ran zadanych ciału fizycznemu.

Nie chodzi jednak o celebrowanie cierpienia. Chodzi o jego przezwyciężenie. Ludzka zdolność adaptacji jest ogromna. Albo łamiesz się psychicznie i popełniasz samobójstwo, albo zostajesz wiecznym pacjentem psychiatrii, albo zbierasz się w sobie, rozwijasz duchowe i magiczne techniki przetrwania, wzywasz bogów i boginie, którzy cię obejmą i chronię. Nie bezradnego żydowskiego boga, nie jakiegoś upolitycznionego przez schrystianizowany Rzym zera-Jezusa, ale siły, które naprawdę rozumieją, co dzieje się w bagnie ziemi.

Dla tych, którzy walczą i przedzierają się przez piekło: może nie będzie lepiej, ale wasze umysły się zaadaptują — gwarantuję. Neuroplastyczność mózgu, różne techniki — to uczyni was silniejszymi, bardziej odpornymi. Nie popadajcie jednak w psychopatię, albo jakąś jej sublimowaną mutację. Zachowajcie etos i rozsądek, nie poddawajcie się bezmyślnym pasjom. Pamiętajcie, że większość ludzi nie przeszła takich prób i nie wymaga się od nich zrozumienia, prowadząc podwójne, potrójne, czy poczwórne życie, jak dwugłowy doktor wudu — jedna głowa dla „drugiej strony”, druga dla ludzi i społeczeństwa w wielkiej maskaradzie gdzie wątki się przeplatają. Trzeba więc zachować współczucie — zwłaszcza wobec bezdomnych, skrzywdzonych, tych, którym zabrano radość życia.

Niektórzy w obliczu traum i cierpienia stają się mordercami. Inni — popełniają samobójstwa. Jeszcze inni zostają nerwowym wrakiem. Sam byłem wrakiem przez wiele lat. Dziś chcę przekazać moją ciężko zdobytą wiedzę, by komuś pomóc, jak ciężko pomóc komukolwiek, każdy walczy własną wojnę i musi znaleźć jej oręż, metody, taktykę i strategię sam.

W życiu codziennym jestem nauczycielem języka angielskiego. Dziś uczyłem dziesięcioletniego chłopca — mądrego, chętnego do nauki. To dało mi radość. Życzę mu wszystkiego najlepszego — niech muzy tchną na jego głowę wieniec laurowy i chronią go przed złem tego świata, którego jest aż nadto.

A gdy jakiś chrześcijański fanatyk próbuje mnie wciągnąć w swoją religię na bazie kompensacji jego rozchwianych, niedojrzałych wierzeń — mam ochotę w zamian przyłożyć mu pięścią, rozumnie, filozoficznie rozszarpać jego wierzenia na strzępy, lub w większości przypadków — zignorować. Bo to właśnie pseudo-duchowieństwo jest współwinne ogromnego zła na ziemi — przez religię, która gloryfikuje cierpienie i zniszczyła dawną, pogańską harmonię świata, dzieląc wszystko na dobro i zło, światło i ciemność w manichejskiej dychotomii, następnie rusztując wszystko ich zaprogramowanym sumieniem, wstydem, doktryną i moralnością.

W rzeczy samej nie obchodzi mnie ich bóg — ten żydowski ślepy, zazdrosny bóg moralnych dogmatów. Mam swoich bogów i boginie: piękna, intelektu, wielkości, zwycięstwa, krwi i podziemi. I myślę, że stworzyłem coś heroicznego z mojego życia — pokonując to wszystko, widząc śmierć na co dzień, patrząc w twarze demonów ziemi i nie bojąc się ich.

Dlaczego to mówię? Dla tych, którzy przechodzą przez własne piekło. Aby wiedzieli, że istnieje wyjście. Ale nigdy nie wolno tracić innych z oczu. Największym ukojenie dla ludzi, którzy przetrwali i stali się silni, jest pomaganie innym. Wtedy ból znika, bo widzisz, jak inni rozkwitają.

Mistrz bez ucznia nie jest mistrzem. A jeśli uczeń nie przewyższy mistrza w etosie, cnotach i wielkości — to mistrz ma tylko niewolników i słuchaczy. Moją powinnością jest dzielić się tym, czego się nauczyłem, by inni mogli wznieść się wyżej, rozpoznać moje błędy, zachować mądrość, odrzucić niemądre, niskie rzeczy i iść dalej jak współ-podróżnik na drodze.

O Naturze człowieka, duszy i wszechświata — filozofia
dajmona

Lucrecjusz był jednym z pierwszych znanych ateistów. My jednak nie pójdziemy jego śladem — skupimy się zamiast tego na ponownym uduchowieniu natury.

Istnieją cytaty mówiące, że korzeń charakteru lub etosu człowieka tkwi właśnie w naturze — to natura jest eksponentem, z którego charakter się wywodzi. A jak charakter, tak i los — jak powszechnie wiadomo. Czym zatem jest natura?

Natura to kombinacja skłonności — innymi słowy, zapożyczając z terminologii hinduskiej, karman — element splamionych energii, teleologii (czyli ukierunkowanych dążeń), nieodłącznych jakości i cech. Mówiąc materialistycznie i psychologicznie, są to cechy wrodzone, dziedziczne, uwarunkowane przez środowisko, nauczycieli, rówieśników, naszych ojców i matki. Mówiąc duchowo — są one metempsychozowane przez dajmona i rozwijane przez całe życie.

A więc natura może być wrodzona, dusza może być wrodzona, dajmon również — i obdarzać nas określoną naturą, która nie jest czysto materialistyczna, dziedziczna, ewolucyjna ani socjalizowana.

Czym jest karman? To zlepek innego obco brzmiącego słowa: wasana. Wasana to coś, co plami czystą energię, która nazywana jest Śakti. Załóżmy, że istnieje siła uniwersalna lub wiele ontologicznych sił we wszechświecie, które dla nas są od siebie oddzielone — podobnie jak światło, które w ujęciu fizycznym wpada do pryzmatu i się rozszczepia. To światło to Śakti, natomiast wasany to barwniki załamanych promieni — analogicznie do spektrum elektromagnetycznego.

Natura jako siła: przykładowo, ktoś może mieć naturę destrukcyjną, twórczą, synergiczną, współczującą, czułą — wenusjańską, surową — saturniczną, srogą. Natura może być też opisana przez humory hipokratesowe i galenowe — choleryczną, melancholijną, sangwiniczną, flegmatyczną — wilgotną, suchą, gorącą, zimną itd. To oczywiście uproszczenie, ale tworzy bardzo użyteczny model. Jak powiedział pewien statystyk George Box: „Wszystkie modele są błędne, ale niektóre są użyteczne”.

Istnieją wielkie natury i małe natury. Wielkie natury są ekspansywne — chcą wizji, kreują wizję, realizują ją. Mogą być dominujące: „Chcę, żeby moja wizja zwyciężyła”, inspirujące: „Moja wizja inspiruje innych”, despotyczne: „Chcę, by wszyscy podążali za moją wizją”, reformatorskie: „Chcę wprowadzić zmianę”, katalizujące: „Przejdźmy przez status quo — wzmocnijmy je, rozwijajmy lub zmieniajmy”. Są jak giganci: „Stwórzmy nowy system — zburzmy stary religijny, polityczny, społeczny — lub zbudujmy nowy na zwłokach poprzedniego”. To nawiązanie do Process and Reality Alfreda N. Whiteheada.

Małe natury nie chcą tworzyć historii. Są jakie są — i nie ma w tym nic złego. „Żyj i pozwól żyć”. Boją się zmian, cenią sobie komfort i zwyczajne życie. Podążają za systemem stworzonym przez wielkie natury. Są ofiarami wielkiej narracji i wielkiej historii, która się rozwija.

Ruch i zmiana w żywiole to wojna natur — czy to stojących naprzeciw siebie, czy żyjących w pokoju. Współistniejące natury mogą się kompensować, być kompatybilne lub całkowicie sprzeczne. Mogą się przyciągać przez podobieństwo lub opozycję — albo odpychać na tych samych zasadach.

Natura dajmona lub duszy to suma skłonności wszystkich doświadczeń życiowych — zarówno tych wcześniejszych, wrodzonych, jak i pośmiertnych. Doświadczenia zmysłowe, mentalne, duchowe — w wieczności. Lustro bez skazy — nikt nie może go okłamać. Dotyczy ono natury — tej prawdziwej. Dajmon jest tym, czym naprawdę jest — jego charakter i transformacje przez okultystyczne, magiczne i duchowe środki, to, co przeżył — psychologicznie, psychospołecznie, biopsychicznie. To punkt wyjścia pośmiertnego w kierunku, powiedzmy, Bardo — duchowego makijażu tego, kim się staniemy po śmierci — w jakim świecie się odrodzimy, czy organicznym, żywym, czy nieorganicznym, nieucieleśnionym. Nie toleruje kłamstw.

To jest choroba złożona z tego, z czego jest złożona. Niektórzy mogą krzyczeć „niesprawiedliwość!”, ale natura lubi się ukrywać i toleruje tylko własne prawa. Tylko ludzkie prawa i sprawiedliwość stoją w kontrze do sprawiedliwości natury — physis, hyle i tej boskiej, opatrznościowej.

To, co ludzkie — pamiętajmy — jest przemijające.


Wszelkie zło bierze się między innymi z tarcia natur — przyrody i zwierząt, ludzkich zwierząt, ludzi a ludzi, natur gwałtownych, chtonicznych, demonicznych w zetknięciu z człowiekiem, starciem wartości, kultywowanego człowieczeństwa i biopychologicznych instynktów, bestialstwa i tartaryzmów. Dlatego nie widzę świata w kategoriach czarno-białych — dobra i zła absolutnego — lecz jako pole różnorodnych natur, które wchodzą ze sobą w niezliczone interakcje. Z tych starć, harmonii lub konfliktów wyłania się skutek ich działania — dobry czy zły? Zależy — dla kogo.

Natura nie zna moralności w naszym rozumieniu. Co dla jednego jest światłem, dla drugiego może być ogniem; co dla jednego uzdrowieniem, dla drugiego zatraceniem. Każda natura działa zgodnie z własnym prawem — a to, co nazywamy „złem”, często jest po prostu naturą niezrozumianą, nieujarzmioną lub sprzeczną z naszą własną, lub cywilizowanymi wartościami, które wyznajemy w danym paradygmacie. Nie oznacza to ultrarelatywizmu, ani nie postuluje uniwersalizmu — można odnaleźć sprawiedliwość w kręcącej się wokół siebie galaktyce — to majestatyczne prawo, koordynat które wskazuj ku niezliczonym metafizycznym prawom, reifikującym się, wcielającym na miarę autentycznej indywiduacji jednostki i społeczeństwa.

Jak zapamiętywać, utrwalać i wcielać to, co się czyta w 
autodydaktyce?

Tak wiele osób ma problem z zapamiętywaniem tego, co czyta, i wiele osób ma problem ze zrozumieniem tego, co czyta, więc zdecydowałem się stworzyć mini przepływ pracy do czytania i zapamiętywania czytanych książek, robienia notatek i innych wspaniałych pomysłów.

Gdy mamy nową książkę, musimy zdecydować, czy jest to nowa wiedza, czy poszerzamy wcześniejszą wiedzę, którą posiadamy o świecie, czy też episteme wiedzy, którą już posiadaliśmy, i czy możemy ją wykorzystać do krytycznego pomostu interdyscyplinarnego — czyli czy możemy połączyć różne aspekty episteme/wiedzy, aby rzucić więcej światła na to, co czytamy i rozumiemy.

Katalogi są bardzo przydatne. Wielu z was może mieć katalogi książek. Możesz skorzystać z katalogów naukowych, typu Biblioteki Kongresu, aby dowiedzieć się, gdzie szukać wiedzy. Możesz oczywiście ułożyć własne katalogi w zależności od potrzeb.

Jakie narzędzia mamy? Przede wszystkim każda książka, np. akademicka, wymaga angażującego czytania, co oznacza, że wchodzisz w dialog z książką — myślisz o tym, co czytasz, co myślisz o tym, co przeczytałeś, i próbujesz wnieść coś z własnego eksperymentu, eksperymentu myślowego i pasji. Wymagana jest motywacja i pasja. Gdy już „wgryziesz się” w książkę, staje się ona fascynująca — ale nie zapomnij o zaangażowaniu.
Czasami pasja może cię ponieść i czytasz, ale nie rozumiesz, co czytasz.

Bardzo przydatne jest identyfikowanie ogólnych pomysłów w książce. Znajdowanie cytatów, podkreślanie ich i tworzenie cytatów z książek — to wszystko jest bardzo wartościowe. Możesz robić zrzuty ekranu, jeśli czytasz w plikach PDF. Poza tym można robić zdjęcia książek w twardej lub miękkiej oprawie wraz ze stronami, ponieważ bardzo trudno jest później znaleźć konkretną stronę.

Ekonomia wyboru — staramy się znaleźć w książce to, co jest przydatne, zastosowalne, piękne i erudycyjne. Co mogę przeniknąć i włączyć z książki, którą przeczytałem i uważam za użyteczną? Dlatego robienie notatek jest niezwykle ważne. Dobrze jest robić zrzuty ekranu z liczbą stron i źródeł. Umiejętność cytowania jest bardzo ważna — pozwala nam to później znaleźć książkę, a cytaty — na podstawie odnośników i bibliografii — również.
Obsidian doskonale nadaje się do notatek i odniesień do skryptów. Jest darmowy i świetny do poszerzania i pogłębiania myśli. Możesz użyć programu Microsoft Word lub innego oprogramowania do zapisania anegdot, dat, nazw i szczegółów, które są często zapominane. Obsidian służy do notatek i odniesień. Na przykład: oto przykład sporządzania notatek z książki Polityka w Republice Rzymskiej Mouritsena. Mam niezbędne znaczniki, wszystkie informacje są pięknie oznaczone. Mogę otworzyć widok wykresu, by zobaczyć, jak różne pomysły są ze sobą powiązane, a następnie znaleźć niezbędne notatki. To jedynie prezentacja bardzo przydatnego programu. Nie jestem mistrzem Obsidiana w markdown, jednak jest bardzo użyteczny.

Wróćmy teraz do tego. Jak wspomniałem — anegdoty, daty, Scrivener, nazwy, szczegóły — niezbyt ważne, ale przydatne. Co staramy się zrobić z tymi użytecznymi, mającymi zastosowanie, pięknymi i erudycyjnymi rzeczami? Chcielibyśmy „żyć” z książką. Jeśli znajdziemy coś przydatnego i mądrego — jak dobrze to włączyć?

Nadchodzi kontemplacja wiedzy, episteme i uczenia się. Możemy usiąść w medytacji i pomyśleć o tym. Mnemotechniki mają ogromne znaczenie. Na przykład była książka zatytułowana Katedra Pamięci (Jack Dann), ale istnieją różne techniki — zarówno autorstwa Giordano Bruno, jak i inne — renesansowe, średniowieczne techniki zapamiętywania.

Wyobrażam sobie pogańską świątynię, katedrę, w której mam fragmenty przedmiotów, które tam umieściłem. Na przykład pośrodku znajduje się posąg Izydy Zasłoniętej, która służy do przechowywania świętej wiedzy. Wtedy mogę pomyśleć o maczudze Herkulesa i skojarzyć wszystkie tajemnice, które były związane z misteriami eleuzyjskimi lub herkuleańskimi, mogę wyobrazić sobie astrogram i powiązać go z pracami zodiakalnymi — działaniami zodiakalnymi i tak dalej.

Bardzo dobrze jest pamiętać coś, o czym czasami nagle zapominamy — dni, tygodnie i lata. Arystotelesowska rekapitulacja, czyli wspomnienie — po siedmiu dniach podsumowujesz, co zrobiłeś, po każdym dniu podsumowujesz swój dzień, po roku — cały rok. Masz tendencję do poprawy swojej pamięci, robiąc to — zapamiętując to, co zrobiłeś i czego nauczyłeś się w przeszłości, co tego możesz to umiejscowić chronologicznie, jak w notatniku czy pamiętniku.

Każda książka zawiera wywiad z episteme i dobrze jest krytycznie je połączyć — co angażuje proces myślenia i zapamiętywania. Dzięki temu możesz opierać się na swojej przeszłej wiedzy i zapamiętywać jeszcze więcej, próbując zestawiać każdą książkę ze sobą. I oczywiście — jak wspomniał kiedyś mój przyjaciel i nauczyciel — każda dobra książka prowadzi do innej książki. Jeśli jest do niej odwołanie, jeśli zawiera cytaty, biografie — odkrywasz szereg pięknych, pisanych książek, które są obecnie bardzo rzadkie. I to prowadzi cię z powrotem do czytania nowej książki.

Nawet nie wspominając, że jedynym prawdziwym kapitałem człowieczeństwa są umiejętności, wiedza, cnoty i umiejętność krytycznego myślenia, przetwarzania zasobów itd. Jeśli cywilizacja upadnie — umiejętności, wiedza i pewien kręgosłup człowieczeństwa wystarczą, aby ją odbudować. Nie bądźmy preppersami, ale…

Po co wiedza? Ponieważ ma praktyczne znaczenie. Nie tylko, powiedzmy, intelektualna inżynieria hedoniczna, jak lubię to nazywać — w pewnym momencie masz intelektualną przyjemność z obcowania z nową wiedzą, rozwiązywaniem problemów nowymi książkami i ogólnie — z budowania siebie jako istoty ludzkiej.

Ale jeśli chodzi o wyuczoną magię lub okultyzm — jeśli masz do czynienia z takimi przedsięwzięciami — konieczne są nauki społeczne, ścisłe nauki podstawowe, aby przejść do okultyzmu, abynie pogubić się metafizyce wśród urojeń.

Kradnąc Niebo: Pogańscy Aniołowie i Anielice jako
epitomizacja i heroizacja ludzi — Angelologia Pogan skolonizowana i zawłaszczona przez judeochrześcijaństwo

Tematem tego krótkiego wykładu będzie angelologia. Najczęściej kojarzy się ją z tradycją judeochrześcijańską, którą znamy dzisiaj. Skąd jednak wzięła się ta koncepcja? Z judaizmu, chrześcijaństwa, islamu? Otóż nie tylko — istnieją też wcześniejsze źródła: angeli bonum, Agathos Daimones, skrzydlate dusze doskonałych mężczyzn i kobiet.

Jaka jest doktryna o aniołach w chrześcijaństwie par excellence? Na przykład — czy kobiety mogą być koronowane na anioły odziane w zbroję Thyrsa? Według judeochrześcijaństwa — absolutnie nie. Według wierzeń greckich, rzymskich czy etruskich — absolutnie tak.

Zwieńczeniem heroicznego, pięknego życia było uosobienie i heroizacja: Eroi = Mnemosyne = Aletheia. Poprzez sublimację własnej duszy do doskonałości człowiek mógł dołączyć do procesji bogów i bogiń. Wspomniałem tu kilka obrazów z Lexicon Iconographicum Mythologiae Classicae (LIMC). Polecam również konsultację Thesaurus cultus et rituum antiquorum (ThesCRA), który jest bardzo precyzyjnym i dobrze zbadanym źródłem dotyczącym starożytnych kultów misteryjnych, ofiar, świątyń i personelu.

Wybrałem tylko kilka obrazów z leksykonu, aby pokazać, jak na przykład Afrodyta była skrzydlata — skrzydlata dama w bitwie, ustanawiająca prawo kobieta, skrzydlaty mężczyzna. Ile to ma lat? To etruskie wyobrażenia sprzed czasu, gdy judeochrześcijanie rozwinęli czy skolonizowali ideę aniołów.

Samo słowo „anioł” pochodzi z greckiego — angelos oznacza posłańca. Byli to posłańcy bogów i bogiń w eterycznej, wysublimowanej formie, wchodzący w interakcję z ludźmi — czy judeochrześcijaństwo tego chciało, czy nie. Jeśli nieba strzeże wolność i wielkość, to dlaczego miałyby czcić religię Żydów lub chrześcijan? To śmieszne.

Przejdźmy do cytatów z religii greckich i rzymskich. Starożytni konceptualizowali aniołów (angeloi) w Imperium i Republice Rzymskiej. Wolę mieć do czynienia z republikańskimi i cesarskimi damami, które — mimo wpływu Lewantu — nie zniknęły. Judeochrześcijanie chcieli zamienić je w demony, ale im się to nie udało.

Książka Rangara Cline’a Starożytne anioły. Konceptualizowanie angeloi w Cesarstwie Rzymskim opisuje przypadek napisu „Angelus Bonus” na via Appia pod Rzymem, gdzie dobry anioł prowadził Vibię na ucztę. Zwiedzający mogli poczuć zamieszanie — większość kojarzyłaby takie istoty z chrześcijaństwem, judaizmem lub islamem. Ale to błędne — aniołowie byli obecni wcześniej.

Próby narzucenia żydowskiej idei Michała — anioła Żydów — świątyni Apolla doprowadziły do zamieszania: ludzie nie wiedzieli, czy ten Michał to bóg, więc zaczęli oddawać mu cześć. Chrześcijanie przyszli później i powiedzieli: „Nie, to nie bóg, to świątynia żydowskiego anioła”. Podobne zamieszanie miało miejsce, gdy żydowscy chrześcijanie zmieszali się z kultem Dionizosa na Sycylii. W efekcie pojawiły się niekończące się orgie, uczty seksualne, syndrom poczucia winy i biczowanie — krwawy chaos.

W trzecim rozdziale Aniołów pogańskiego Boga opisano, jak zostać angeli bonum — wielką muzą, wielką kobietą czy wielkim heroicznym aniołem. Na przykład epitafia w Theran opisywały zmarłych jako bohatersko przeniesionych do niedostępnego miejsca zamieszkania — jako angelos. Wcześniejsze badania zakładały, że groby należą do chrześcijan, ale to błędne.
Na 60 stelach nagrobnych z inskrypcją „Angelos” 39 nie wykazuje żadnych zachowanych ozdób, a 21 zawiera symbol krzyża w kształcie okręgu przypominającego krzyż słoneczny — a nie krzyż chrześcijański.

Mamy więc lokalne, wiosenne odmiany aniołów — angelos — i chrześcijańską reakcję, czyli kolonizację naszych szlachetnych pogańskich wierzeń. W doktrynie judeochrześcijańskiej śmiertelnik — mężczyzna czy kobieta — nie może być aniołem; są to istoty stworzone przez ich Boga. W greckich i rzymskich systemach wierzeń człowiek doskonały mógł stać się nie tylko bohaterem, lecz także angeli bonum czy Agathos Daimon, półbogiem, jeśli przeszedł odpowiednie inicjacje i sakramenty.

Pośmiertnie mógł być jak bogini. Dlatego ilekroć rozmawiam z chrześcijaninem i mówię „anioły”, on odpowiada: „Och, musisz być wierzącym”. Ale ja jestem poganinem. Jak mogę wierzyć w anioły, jeśli jestem poganinem? To pogańska idea — święty poganin, nie Abraham.
Właśnie po to powstał ten wykład — by udowodnić, że tak jest, że Lewant skolonizował naszą teologię, ale to nie znaczy, że zyskał audiencję u bogów.

Skąd mam wiedzieć, że to prawda? Jest to oczywiście subiektywne. Ale zostałem ukoronowany przez tak wiele wieńców filozofa od wspaniałych dam eterów i nieba, że jest to dla mnie wystarczający dowód. Może jestem nędznikiem, ale jestem nędznikiem, który ma rację i zachowuje ten okruch szlachetności.


I. Cline, Rangar. 2011. Ancient Angels: Conceptualizing Angeloi in the Roman Empire. Leiden: Brill. https://doi.org/10.1163/ej.9789004194533.i-182.
II. Lexicon Iconographicum Mythologiae Classicae (LIMC)
III. Thesaurus cultus et rituum antiquorum (ThesCRA)

Nowy pogański renesans jako jedyna szansa:
judeochrześcijański Logos dawno umarł — pogódź się z tym

Wiedz zatem, że tabliczka ROTAS-SATOR, odnaleziona w Pompejach ma Mitraicką proweniencję. Krzyż Tenet, a także Pater Noster (Ojciec Nasz) często był mylnie utożsamiany z chrześcijańską tradycją. W tej kodyfikacji ojcem jest Kronos, symbolizowany przez Krzyż, który oznacza też Aiona, a także Mitrę. W Mitraickiej tradycji siódmą rangą był Pater Patrum w honorach Saturnicznych, gematrycznie, a gematria jest sztuką pitagorejską, z krzyża można wywieść następujące liczby: sześćset sześćdziesiąt sześć, liczbę słońca, siedem, liczbę chaldejską znanych planet, trzysta sześćdziesiąt, czyli suma kątów w okręgu, dwa tysiące pięćset dwadzieścia, czterysta-trzydzieści dwa tysiące, dwadzieścia-pięć tysięcy dziewięćset dwadzieścia, a także dwa miliony sto-sześćdziesiąt tysięcy. W kwadrat ROTAS-SATOR można wpisać następujące figury geometryczne: krzyż, trójkąt, okrąg i kwadrat.

Sakralna symbolika krzyża nie była zapoczątkowana przez chrześcijaństwo, zarówno egipski Crux Ansata (Ankh) jako symbol życia, Crux Gammata (swastyka), jako symbol pochodu słonecznego, krzyż był używany w kulcie Aleksandryjskiego Aiona, a także w Akkadzie. Kapłani Izydy, a także Mitraici często tatuowali lub wycinali sobie krzyże na czołach, gest namaszczenia czoła krzyżem jest stricte mitraicki. Istnieje teoria, że krzyż symbolizuje cztery płomienie podczas zjawiska solarnego halo, łącząc je liniami aby dopełnić hermetycznego obrazu. Dopiero po Konstantynie Wielkim, krzyż, a mianowicie crux quadrata (+), crux capitata (krzyż z przeciwległą linią proporcjonalnie wyżej w stosunku do centrum), a także crux commissa (T) stały się symbolem ukrzyżowania. A Crux Decussata (X) oryginalnie oznaczający Chronosa (XRONOS) został zastąpiony przez Chrystusa (XRISTOS). Aż do czwartego wieku nobilitas dzielili krzyż z Chrześcijanami.

W Pompejach odnajdujemy graffiti Pater Noster: Sautrane Va(le) / S / ROTAS / TENET / AREPO / SATOR / ANO / SAUTRAN(e) / VALE, co mogło oznaczać “Pozdrawiam Cię ojcze Saturnie-Kronosie”, a odbiorcą mógł być Saturnus, Kronos, Chronos, Saeculum, Aion, Zervan Akarana. Jego koło oznaczało nieskończony czas, jego sierp oznaczał zarówno rolę agrykulturalną, za Makrobiuszem to Saturn nauczył ludzi uprawiania płodów rolnych, był też bogiem karmicznym, który zbierał żniwa czasu, w tym żniwa tego, co ludzie dokonali na ziemi. Jako bóstwo liminalne czasu, Saturn rozpoczynał, a także kończył cykle eoniczne.

Istnieje coś takiego jak logos społeczeństwa. To coś, co jest maszyną, motorem napędzającym noosferę społeczeństwa — zbiór idei politycznych, społecznych, religijnych i ideologicznych, które zawarte są w noosferze, czyli w umysłach, emocjach i sercach rodzaju ludzkiego.

Otóż, jest coś szczególnego w logosie cywilizacji zachodniej, zbudowanym na grecko-rzymskim fundamencie, skażonym judeochrześcijańskimi systemami teologii, moralności i ideologii. Ten tak zwany Logos Zachodniej Cywilizacji Chrześcijańskiej został skompromitowany w pierwszej połowie XX wieku, niezależnie od pragnień ludzi wybiórczo myślących. Jak wspomniał jeden z naukowców ze Smithsonian Institute, „Logos” utracił wszelkie pozory moralności, etyki i etosu — bombardując Hiroszimę i Nagasaki niepotrzebnie, tworząc nazistowskie obozy zagłady jako apoteozę zachodniej, judeochrześcijańskiej cywilizacji.

Dziś często spotykamy ludzi po prawej stronie spektrum politycznego, którzy próbują ponownie utożsamiać się z tym umierającym, zombie-trupem logosu. Wierzą, że w ten sposób mogą chronić się przed naporem realpolitik globalnej noosfery, która jest wielkim chaosem. Jednak niektórzy wiedzą, że aby ożywić społeczeństwa i ich logos, jak w renesansie, należy powrócić do czasów starożytnych — do nobilitas, do pogańskich, nie-abrahamowych wartości i cnót.

Całe zło wyszło bowiem z Lewantu wraz ze zdradą judeochrześcijańską, przebraną za „miłość”, która przerodziła się w kanibalizm, zabójstwa i ludobójstwa. Religie abrahamowe — judeochrześcijaństwo, a później islam — były narzędziem inżynierii społecznej, stworzonym po to, by podbić Arabów i ich Szlachetne Bóstwa: Al-Uzzat, Manat i Allat, podporządkowując je wierze w jedynego, żydowskiego boga. To doprowadziło do strasznych konsekwencji w całej historii: zgnilizny i plagi systemów wierzeń, które były nielogiczne i obrażały ludzki rozum, co podkreślano już w I, II i III wieku w Rzymie i zhellenizowanych terenach.

Dwa tysiące lat zajęło, by udowodnić, że judeochrześcijańskie teologie i systemy nie mają spójnych argumentów. Ślepa wiara nie zdołała tego zmienić nawet w zsekularyzowanym wieku. Tymczasem teologia Nobilitas była budowana jak świątynie i kolumnady argumentów: stawiano hipotezy i szukano wniosków. Podobnie jak w starożytnych Indiach, gdzie filozofowie i bramini spotykali się, by dyskutować najsubtelniejsze kwestie i docierać do wniosku o Boskości.

Pamiętajcie zatem, że gdy realpolitik współczesnych warstw społecznych, ich płytkość i przeciętność was osaczają, chrześcijanie, chłopcy i dziewczęta, wasze modlitwy pozostają ignorowane. Wasze roszczenia i myśl, że oddanie się religii opartej na ślepej wierze w żydowskiego boga uczyni was wartościowymi dla Niebios, są złudne. Gwiaździste Niebo nie odpowiada na te modlitwy.

Czym była nobilitas? Była pogańską koncepcją zrozumienia: że jeśli wszechświat i Bogowie są Intelektem, człowiek musi używać własnego heroicznego intelektu, aby się wznieść. Wieloraka inteligencja przez inteligencję, wytrzymałość przez wytrzymałość, cnota przez cnotę. Model chińskiego bohatera polegał na tym, że kładł podwaliny pod trwanie cywilizacji — w eudajmonii, szczęściu, porządku, sile, potędze i pięknie.

Nie chodzi o dowodzenie prawdziwości jednej religii nad drugą, mordując się wzajemnie w imię dogmatów. Całe zło wypłynęło z brudnych wód Lewantu i tam powróci. Dei Sol Invictus, niech Opatrznościowi Bogowie pomogą w tym biegu wydarzeń.

A co do judeochrześcijaństwa i islamu, wszelkich mutacji abrahamowego wynalazku: utrzymajcie Europę pogańską, bo taka była w niebiosach od zawsze. Na dole, na Ziemi, zatruci fałszywymi religiami, ludzie odwrócili się od Bogów, którzy jednak nigdy nie stali się demonami — po prostu zignorowali judeochrześcijan, którzy zniszczyli nici inicjacyjne Ariadne.

Jeśli ludzkość zdecydowała się odwrócić twarz od wielkich Opatrznościowych Bóstw i podążać ścieżką ślepoty, ignorancji, złudzeń i przywiązania do lewantyńskiego wyznania wiary, to był jej wybór. Ostrzeżono ją, mistrzowie i mistrzynie ostrzegali wielokrotnie, lecz wybrała własną drogę — i teraz zbiera to, co zasiała.

NUN.GAL.MEŠ — cześć duszom gwiazd o tarczach słonecznych, splecionych ze Świętymi Wężami, o wielkich skrzydłach.

Iram kolumn, Ubar, Eden, geologiczny Potop. Królestwo Shaddada: sen, podróż, historia

„Habibi” — powiedziała do mnie 30-letnia Arabka pracująca jako menadżerka restauracji w Hotelu Marriott w Manamie na Bahrainie — „To dla Ciebie”. Był to oryginalny skarabeusz z XII dynastii Egiptu, który był zapisany z tyłu hieroglifami „Neb Neter San Tep”, „Pan wybrany przez Bogów”, być może należał do jakiegoś kapłana lub księcia z tamtego okresu. Niestety, skarabeusza zgubiłem w wieku trzydziestu lat. Gdy byłem dzieckiem, często pojawiał się w innych miejscach pokoju, tak jakby nocą gdy spałem ożywał i latał.

Kiedy byłem dzieckiem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, odwiedzałem moją mamę, która miała kontrakt jako muzyk. Żywo pamiętam wyspę rekinów niedaleko Fudżajry. Na tej wyspie najbardziej bałem się wielkich krabów. Na drugą stronę wyspy nawet nie przechodziłem — rekiny były najmniejszym z moich zmartwień.

Pamiętam też, że odwiedziłem najstarszy meczet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, stojący obok zamku. Byłem ośmioletnim chłopcem, oddałem mocz w środku ruin tego meczetu, nie wiedząc że brukam ich świętości. Pomyślałbym wtedy, że Allah będzie na mnie zły, ale wierzyłem w Allat, Matkę Nocy, więc nie przejmowałem się tym za bardzo. Shaddad był bardzo dawnym królem Edenu. Arabowie mówią, że został ukarany, lecz osobiście w to nie wierzę. Iram o kolumnach, Ubar kolumn, Królestwo Edenu Shaddada.

W Blenderze 3D stworzyłem wizualizację, która wyglądała podobnie do snu, jaki miałem jako ośmioletni chłopiec, pomiędzy Al-Ain a Maskatem. O tym opowiem później. Najpierw cytat z Siedmiu filarów mądrości Lawrence’a z Arabii. Pisał o miłości i wolności, o pustyni, o filarach i gwiazdach, które miały świecić oczami ukochanej osoby.

Następnie natknąłem się na ciekawą wzmiankę w komentarzu Al-Tabaraniego. Był wielkim historykiem plemion arabskich, piszącym w IX–X wieku, jeśli dobrze pamiętam. Opisywał biblijne elementy w Koranie, w surze 89, wraz z egzegezą. W jednym z tomów znajduje się interpretacja Iramu o kolumnach. Dowiadujemy się, że Bóg nazwał go „miastem kolumn” ze względu na szmaragdowe i szafirowe filary, znajdujące się pod miastem.

Takie filary widziałem w moim śnie, gdy jako ośmioletnie dziecko odwiedzałem matkę w Emiratach. Leciałem wtedy samolotem z Warszawy do Dubaju kilka miesięcy po pierwszej wojnie w Zatoce. Zostałem powierzony opiece stewardesy, co było dla mnie czymś nowym i ekscytującym. Mama miała kontrakt jako harfistka w hotelowej restauracji, a ja uczęszczałem do arabskiej i brytyjskiej szkoły przez czas naszego pobytu.

Nie mam wielu wspomnień z tego okresu, ale bardzo dobrze pamiętam sen o wspaniałym podziemiu. W Abu-Dhabi, gdy wybiegałem jako dziecko z hotelu pędziłem do Araba, który zawsze dawał mi słodycze w jego firmowej cukierni, gdy wymykałem się spod kurateli matki. Gdy jechaliśmy właśnie z Al-Ain do Muskatu nocą, Śniłem o monumentalnych, niezwykle grubych filarach, szmaragdowozielonych, lśniących w ciemności i pokrytych starożytnymi symbolami. Śniło mi się, że schodziłem tam z ekspedycją archeologiczną przez wąski korytarz ze starannie wyrzeźbionymi schodami. Zasypiałem wtedy na tylnym siedzeniu wynajętego przez matkę samochodu, patrząc na pustynię w blasku księżyca i słuchając muzyki Spyro Gyra.

Gdy miałem 29 lat, napisałem artykuł na ten temat. Teraz mam 37 lat, a obraz z tego snu wciąż jest dla mnie żywy i poruszający. Wciąż wierzę, że starożytne miasto Ubar, znane także jako Miasto Kolumn, leży pod wydmami Rub al-Chali, czekając na odkrycie. Arabowie twierdzą jednak, że znalazły je mrówki i ludzie nie dotkną tych świętych ziem.

Kiedy jeszcze pracowałem i zarabiałem wystarczająco dużo, chciałem za pomocą skromnych środków wynająć dżipa z kierowcą w Omanie i wjechać na teren Rub al-Chali, aby choć poczuć to miejsce jeszcze raz. To jednak okazało się niemożliwe z wielu powodów. Było wiele prób odkrycia tego miasta. Satelitarne zdjęcia w pobliżu kraterów Wabar ukazały jedynie fort handlowy z jaskiniami pod spodem, w miejscu o współrzędnych 21°31’N i 50°28’E. Uznano, że to Ubar, i wielu badaczy zamknęło temat. Jednak w Koranie wyraźnie jest napisane, że to było podziemne miasto.

Święta Księga Arabów mówi: „Czyż nie widzisz, jak twój Pan postąpił z ludem Ad, z Iramem o kolumnach? To byli pierwsi potomkowie Ada, syna Irama, syna Sema, syna Noego.”

Tak mówił Ibn Ishaq, syn Ishaka. To do nich Allah posłał swojego posłańca, lecz oni go odrzucili i sprzeciwili się mu. Dlatego Allah ocalił jego samego oraz tych, którzy z nim uwierzyli, a resztę zniszczył gwałtownym, wściekłym wiatrem.

Określenie „z kolumnami” wzięło się stąd, że mieszkali w domach podtrzymywanych na kratowanych filarach. Byli najsilniejszym ludem swoich czasów — zarówno pod względem postury fizycznej, jak i potęgi. Przypomniano im więc o tym błogosławieństwie i wskazano, by używali swojej siły w posłuszeństwie wobec Pana, który ich stworzył. To interesujące.
Okres przedpotopowy można powiązać z czasem kraterów Wabar sprzed około 14 tysięcy lat, kiedy doszło tam do uderzenia bolidu. Na podstawie obliczeń ustalono minimalną pierwotną masę tego ciała niebieskiego na około 3500 ton, a energię kinetyczną uderzenia na 10–12 kiloton ekwiwalentu TNT. To około 10²¹ ergów, porównywalnych z bombą atomową zrzuconą na Hiroszimę w sierpniu 1945 roku. Oczywiście nie była to bomba atomowa, lecz meteor.

Wartości te są przybliżone. Najprawdopodobniej bolid wszedł w atmosferę z energią przekraczającą 100 kiloton TNT, a większość energii stracił podczas skośnego wejścia, pod kątem prawdopodobnie od 20 do 45 stopni względem horyzontu, zanim uderzył w pustynię. Nadleciał z kierunku około 300 stopni, czyli z północnego zachodu, od strony dzisiejszego Rijadu — stolicy współczesnej Arabii Saudyjskiej.

Region Rub al-Chali nie zawsze był pustynią. Od początku pisma klinowego, przynajmniej od okresu Uruk IV, istniała legenda o starożytnej krainie, w której ludzie mieli osiągnąć nieśmiertelność. Nazywano ją Królestwem Dilmun. Jednak historyczny Dilmun znajdował się później bardziej na północy, w rejonie dzisiejszego Bahrajnu i Manamy. Z kolei starożytne Magan znajdowało się na południu, tam gdzie dziś jest Oman.

Wykopaliska w sumeryjskim mieście Eridu — miejscu, gdzie według Sumerów wyszli oni na ląd, aby założyć pierwsze osady — odsłoniły sekwencje archeologiczne sięgające 5500 roku p.n.e., czyli okresu Ubaid. Brzmi to jak edeniczna ojczyzna Ur-Heimat? Niemieccy badacze, którzy prowadzili w 1969 roku badania na statku „Meteor”, sugerowali, że Zatoka Perska uległa wysuszeniu i zamieniła się w pustynię po wielkich zlodowaceniach w okresie 60 000–10 000 lat p.n.e. To jest zgodne z datowaniem przedpotopowej listy królów sumeryjskich, zapisanej przez Berossosa Chaldejczyka.

To dość dziwna teoria, ale spróbujmy pójść dalej. Na długiej, suchej równinie znajdowały się oazy i ogrody — czyli „Edin”. W staroarabskim „Edin” znaczy właśnie „długa sucha, żyzna równina”. Przetrwało tam tylko kilka osad i małe centrum handlu kadzidłem, które błędnie uznano za Iram. Najprawdopodobniej było to jednak znacznie późniejsze zjawisko.
Po zalaniu poziom morza podniósł się o trzy metry około 5000 roku p.n.e., a obecny poziom osiągnął dopiero około 2000 roku p.n.e. Sugeruje to, że Sumerowie przenieśli się wtedy na północ — na równiny Tygrysu i Eufratu, czyli tereny współczesnej Mezopotamii.

Późniejsze dzieje nie są już jasne. Nie wiadomo dokładnie, jak rozwijał się materiał genetyczny Sumerów, ale jeśli coś można stwierdzić, to to, że nie mieli oni ani indyjskich, ani południowoazjatyckich, ani semickich korzeni. Znane próbki genetyczne pochodzą dopiero z późniejszych mieszanek, gdy Sumerowie wymieszali się z populacjami północnymi — co odzwierciedlają współczesne dane.

Jeśli zachował się jakikolwiek kod genetyczny Sumerów, to najbliżej spokrewnieni są z arabskimi bagiennymi Arabami-Irakijczykami.

Tempo podnoszenia się poziomu morza spowolniło pomiędzy 14 000 a 12 000 lat temu, w okresie młodszego dryasu. Następnie nastąpił kolejny etap — tzw. meltwater pulse 1B, czyli nagły wzrost poziomu wód w latach 11 500–11 000 p.n.e. Według Fairbanksa poziom mórz mógł wówczas podnieść się aż o 28 metrów, choć późniejsze badania sugerują, że było to znacznie mniej.

„Potop” został zarejestrowany geologicznie około 14 600–13 500 lat p.n.e. i zakończył panowanie przedpotopowych królów Edenu. Z kolei Ubar — Iram — łączy się z uderzeniem bolidu w rejonie Rub al-Chali, kraterów Wabar. Niektóre źródła twierdzą jednak, że miało to miejsce znacznie później, pomiędzy 6400 a 2500 rokiem p.n.e.

Co ciekawe, po tym uderzeniu powstało wiele czarnych kamieni, które później wykorzystywano do tworzenia posągów bogów w czasach Gudei, Patesiego o z Lagasz (2244–2124 p.n.e.). Kto wie — może czarny kamień Kaaby został wykuty właśnie z tego materiału? Być może również kamień bogini Magna Mater w Rzymie, sprowadzony podczas drugiej wojny punickiej, pochodził z tego samego źródła. To wielka tajemnica.

Homo sapiens sapiens pojawił się około 300 000 lat temu. Współcześni ludzie pochodzą od mutacji mitochondrialnego DNA sprzed około 120 000 lat — reszta linii mitochondrialnych nie przetrwała. Oznacza to, że wszyscy mamy wspólne „matki”, a inne gałęzie wygasły.

Według Berossosa okres przedpotopowy trwał 120 sarów lat. Obliczyłem, że jeden sars odpowiada 3600 latom, co daje 432 000 lat. Na tabliczce zapisano 127 pełnych sarsów, czyli 459 000 lat tego samego okresu.

Według badań genetycznych współcześni ludzie, niosący mitochondrialne DNA, dotarli do południowej Arabii około 90 000–55 000 lat temu przez tzw. południowy korytarz arabski. Stamtąd migrowali dalej na północ. Istniało kilka takich korytarzy migracyjnych „Wyjścia z Afryki”, ale to wymagałoby dodatkowych źródeł, których tutaj nie przytoczę.

Na tym właściwie kończę. Być może to tylko mrówki odkryją tajemnicę. Sam chciałem zorganizować ekspedycję z użyciem samolotów i urządzeń LIDAR, aby przeskanować teren, ale nie było to możliwe. Być może kiedyś ktoś inny dokona tego odkrycia — jeśli rzeczywiście to miasto istnieje.

Prace Heraklesa jako planetarne, zodiakalne inicjacje:
Model Mystagogii. Alchemia heraklejskich prac z przykładowym rytuałem

Poświęcone mistrzom i mistrzyniom Kaduceusza, którzy rozświetlają dzienne i nocne niebo, sprawiając, że nigdy się nie poddaję, zstępując na tę ziemię ze swych stacji w gwiazdach i sferach planetarnych powyżej. Tym, którzy są gotowi dzierżyć heraklejską maczugę, zwyciężając wewnętrzne i zewnętrzne prace!

Tak jak homerycka Odyseja jest tekstem sakralnym, alegoryzującym podróż duszy ku Penelopie — zindywidualizowanemu Erosowi, Philia i Agape w hekatycznej Anima Mundi — w nadbudowie i superstrukturze idei wierzeń i teologii hellenistycznych było to raczej jasne; dziś postrzegamy ją raczej jako epos przygód, które nie prowadzą w tak psychagogiczne, mistagogiczne i pouczające wymiary. Poświadcza to przynajmniej neoplatoński Porfiriusz w swej Jaskini Nimf (De Anthro. Nympharum) — być może jest to neoplatońska reinterpretacja Odysei — lecz moim głęboko podzielanym przekonaniem jest, że każdy tekst epicki starożytnych wskazuje na heroiczną podróż gigantomachii umysłu i duszy przeciwko tartaryzmom (bestialstwu) i przyciąganiu nicości, które pojawiają się na magicznej ścieżce. Mit był dla ząbkujących dzieci, jak twierdził neoplatoński cesarz Julian, lecz ci, którzy potrafią czytać poza nim, uzbrojeni w zaawansowaną teologię i filozofię pogańską, odkrywają wielość cudów głębokich sił i mocy w ich nieustannej interakcji, nadając temu spektaklowi choć trochę ludzkiego wymiaru.

Gdy szedłem, mocno przygnębiony, jedną z warszawskich ulic, zubożały i pogrążony w długach, ujrzałem Atenę jako niebiesko-żółto-srebrną efemeryczną statuę wysoką niczym drapacz chmur, górującą nad miastem — i między płaczem a mocną afirmacją poczułem się rozpoznany przez nią jako śmiertelnik podążający drogą Bogów, jako mały mystes oddany swoim Bogom. Być może jakaś pojmowalna mądrość, jasność, o którą walczyłem od lat, którą niekiedy traciłem w wielkiej głupocie, ignorancji, wulgaryzmem — pomimo wszystko — walczyłem — otrzymałem milczący, uprzejmy, politeia’cki skinienie od tej mocy, od tej siły, która zmonolityzowała się w tej starej, acz ponadczasowej Bogini, której posąg niegdyś stał w Partenonie. Ileż to razy nocą widziałem uskrzydlone Kaduceusze, jako symbole i emblematy mistrzów i mistrzyń, którzy wstąpili i nieustannie w wielkich pracach wzywają tych nielicznych, którzy nie utonęli w materii i labiryncie codziennych ziemskich spraw.

W istocie węzły uskrzydlonego Kaduceusza są siedem, przedstawiają one osiągnięcia należące do tych heroicznych jednostek, które w jakiś sposób skorelowały swoje życie z wielkimi dziełami chaldejskich planet (znanych w starożytności) należących do starożytnej ścieżki Eleuzyjskich Mystów — Herakles zaś jest złotym standardem czczonym zarówno w Grecji, jak i w Rzymie. To Herkules ucieleśnił drogę archetypu mystagogicznego, będącego doświadczeniem ontologicznym, które na nowo ubóstwia duszę do statusu heroicznego, tego, który Pamięta; albowiem według Orfickich Złotych Tablic Herosami byli ci, którzy pamiętają (Mnemosyne) prawdę (Aletheia), gdyż a-letheia była pamięcią prawdy, która nie obraca się w zapomnienie, a ścieżka heroiczna jest prawostronną drogą na rozwidleniu pitagorejskiego Y.

Jak zatem powinniśmy czytać prace? Jako prawdziwe wydarzenia? Czy naprawdę musimy pokonać lwa nemejskiego albo oczyścić stajnie Augiasza? A może raczej jako mitopoetyczne alchemizować walki i wojny duszy i serca, walczącej Kheper, które w jakiś sposób koreluje się z naturami mocy i sił, inkarnując ich etos i zabarwienie deifikowanych jakości? Byłoby wspaniale, gdyby dzieło, oprócz swojego ezoterycznego (wewnętrznego) wymiaru, miało również wymiar egzoteryczny (aktywny w świecie), zwłaszcza w dzisiejszej polityce i społeczeństwie, choćby aby wyczyścić stajnie Augiasza z idiotes (Att. Grecki — niemądrych) — i tak właśnie jest! Albowiem często walka ezoteryczna tworzy egzoteryczny produkt uboczny w świecie; ducha heroicznego nie można uciszyć przed działaniem w świecie, można go jednak hamować, zaciemniać, powstrzymywać i kompromitować w działaniu „na zewnątrz” — ale mimo to jego duch pozostaje nienaruszony! Pozostaję z życzeniami dla młodych bohaterów aby szarżowali przez świat z mądrością, rozróżnieniem i afirmacją życia!

Według Maniliusa, Wodnik był związany z Herą, Ryby z Posejdonem, Baran z Ateną, Byk z Afrodytą, Bliźnięta z Apollinem, Rak z Merkurym, Lew z Zeusem, Panna z Demeter, Waga z Hefajstosem, Skorpion z Aresem, Strzelec z Artemidą, Koziorożec z Hestią. W ramach systemu ustanowionego przez neoplatoników każdy z Olimpijczyków miał swoje miejsce i został podzielony na następujące dzieła: twórcze — Zeus, Posejdon, Hefajstos; życiodajne — Demeter, Hera, Artemida; ochraniające — Hestia, Atena, Ares; harmonizujące (wynoszące duszę ku boskiemu kosmicznemu spektaklowi) — Hermes, Afrodyta, Apollo.


Domicyle planet w astrologii hellenistycznej przedstawiają się następująco:

Słońce (Lew) — Zeus Twórczy
Księżyc (Rak) — Hermes, Harmonizujący
Merkury (Panna, Bliźnięta) — Demeter, Apollo — Życiodajni, Harmonizujący
Wenus (Waga, Baran) — Hefajstos, Atena — Tworzący, Ochraniający
Mars (Skorpion, Byk) — Ares, Afrodyta — Ochraniający, Harmonizująca
Jowisz (Strzelec, Ryby) — Artemida, Posejdon — Życiodajna, Twórczy
Saturn (Koziorożec, Wodnik) — Hestia, Hera — Ochraniająca, Życiodajna


.Kiedy rozpoczęły się i zakończyły prace Heraklesa? Wskazówką jest święto ku jego czci, obchodzone w miesiącu Metageitnion, w porze Panny, mniej więcej po zakończeniu Hekatombaion we wczesnym sierpniu. Proponuję korelować pracę Herkules podług tych wytycznych, nie zrobiłem tego tutaj ze względu na szkicowy charakter tego wpisu.

Na cześć Nyks — nocna mowa o Obecności, Nieobecności, Erosie i Tanatosie

To będzie swobodna mowa o obecności. Obecności i nieobecności. Obecność to coś, co odczuwamy podczas déjà vu, przy osobach, które są nam bliskie. Nawet wtedy, gdy czujemy obecność koszmarów i cieni — czegoś nieokreślonego, co pojawia się, gdy zasypiamy, albo gdy znajdujemy się nocą w środku lasu. W takich chwilach możemy poczuć wszechogarniającą obecność — rozsianą w wielu bytach, w koszmarach, w nocnych stworach i zwierzętach, których nie widzimy. To pęknięcia w ciemności wzbudzają w nas strach. To wszechmocna obecność wiecznego lasu sprawia, że drżymy.

My, ludzie, jesteśmy istotami „słonecznymi”. Ledwie wyszliśmy z jaskiń, drżąc ze strachu przed księżycem i nocnymi łowami. Dziś żyjemy w miastach rozświetlonych lampami ulicznymi i wydaje nam się, że posiedliśmy władzę nad nocą, radując się jej urokami w samym sercu przypływu Matki Nyks. Ale nie chodzi o samą ciemność ani o noc, gdy odnajdujemy światło i iluminację, które nas chronią i prowadzą. Bo to noc jest wielką nauczycielką. To ona budzi tęsknotę — za gwiazdami, za zjednoczeniem z boskością pod nocnym, gwiaździstym sklepieniem. Może za łonem gwiazd, tak jak wychodzimy na światło dnia z łon naszych matek. Śmierć jest innym łonem — decyduje, gdzie się odrodzimy: w eterycznych światach, w zwierzęcych królestwach, w piekłach albo w wyższych, niebiańskich sferach.

Tak więc obecność — obecność naszych bliskich. Znamy obecność ludzi wokół nas, gdy idziemy ulicą miasta, lecz są dla nas anonimowi. To obecność zaprzeczona. Nie istnieją dla nas, dopóki ich nie poznamy, nie oswoimy, nie pokochamy. Wtedy stają się bliscy. Istnieje więc obecność, nieobecność i bliskość wszystkiego. Czy czują się obecni w tym pokoju? Ja sam jestem odłączony. Czuję, jakby mówiła przeze mnie maska. Czy zauważyłem obecność demona, który stał w rogu, a potem się przesunął? Gdybym go nie widział, czułbym jego obecność jako coś nieokreślonego. Widząc go — obecność staje się oswojona. Dlatego rzeczy nieobecne, a jednak obecne, budzą w nas lęk, smutek i tęsknotę. To one, obecne we wspomnieniach, prowadzą nas ku największym rozkoszom i największym przerażeniom.

Byłem kiedyś w domu w górach, zwanym Obecnością. To był najbardziej nawiedzony budynek, jaki kiedykolwiek widziałem — pełen germańskich wiedźm lasu, pełen leśnych i górskich istot, które nie lubią, gdy śmiertelnicy wkraczają w ich krainy. Mięsiste, cielesne istoty z kośćmi, stawami, skórą i umysłem, żyjące oddechem pomiędzy dwiema śmierciami i dwoma życiami. Tam są Eros i Thanatos. W Thanatosie odnajdujemy zarówno Erosa, jak i jego samego; w Erosie odnajdujemy Thanatosa — ucieleśnionych i bezcielesnych.

Moja dusza jest ucieleśniona w ciele, więc sama cielesność ma komponent erotyczny. Gdy umrę, moje ciało będzie należało do Thanatosa, a jeśli moja dusza rozpadnie się w czarny cień, również ona przypadnie głębokiemu Thanatosowi. Jednak jeśli po śmierci mojego ciała dusza odrodzi się w nowym życiu, nie będzie to śmierć, lecz Eros w Thanatosie. Z perspektywy śmiertelnika będę martwy, a dusza — nieistniejąca. Z perspektywy duszy — będę żył dalej, w innym wymiarze. Z perspektywy ducha — będę nieśmiertelny, patrząc na żywych jak na umarłych.

Cielesną egzystencję zobaczę wtedy jako duch, jako dusza, jako śmierć — jako Thanatos ucieleśniony w świecie natury Afrodyty.

Czym więc jest pełna obecność? To agape — poczucie największej obecności w orgazmie, w zachwycie, w wielkiej miłości, w spełnieniu. A kiedy jesteśmy nieobecni? W czarnej melancholii, w nocach duszy, w kosmicznej alienacji. Wtedy jesteśmy nieobecni, choć fizycznie obecni.

Dlatego życzę wam pełnej obecności i zaangażowania w każdej chwili życia, bo nadejdzie czas nieobecności. I oby wasi bliscy zawsze byli obecni — jeśli odeszli, to w pamięci; jeśli odeszli, to jako żywe dusze i duchy.

Zbyt wiele razy wchodziłem w światy duchów — zarówno te erotyczne, jak i thanatarchiczne. Nie szukam odpowiedzi, bo mam coś, co nazywam pewnością. Niektórzy pytają, czy istnieje życie po śmierci. Ja tego nie kwestionuję. Mam pewność, bo zbyt wiele razy tego doświadczałem — epistemologicznie, doświadczalnie, empirycznie, a nawet zmysłami wykraczającymi poza podstawowe.

Podobnie jak w metafizyce — można błądzić po pustyniach, myśląc, że coś się znalazło. Ale gdy przeżywa się metafizykę, przeżywa boskości — pojawiają się złożone pewności albo złożone teologie. Czasem trafne, czasem nie. To zawsze tylko przybliżenie. Ale dopóki działa ono dla ciebie, pozwalając wziąć los i przeznaczenie po śmierci w swoje ręce, wspierane przez bogów, to jest to wystarczające, by wiedzieć, że dusza świata pełna jest obecności.

To kwestia percepcji i sposobu widzenia. Jeśli postrzegasz świat jako martwy, kosmos jako martwy — to znaczy, że jesteś martwy wewnętrznie. Astronauci, którzy polecieli na Księżyc, zabrali ze sobą duchowe pustkowia z Ziemi — i niczego tam nie zobaczyli. Jeden z astronautów misji Apollo 10 słyszał boskie chóry, pieśni muz Selene. Zastanawiał się, czy to zakłócenia radiowe albo awaria sprzętu. Ocknął się i zapomniał o tym. Wszystko zostało zapisane w transkrypcjach misji.

Nie zabieraj więc ze sobą pustkowi i śmierci. Zmiana perspektywy sprawia, że widzisz świat jako duszę — numinotyczną, organiczną i wielką — i uczestniczysz w nim. Przestajesz unikać głodu i kosmicznej alienacji, przestajesz spadać w wielką pustkę jak martwa dusza.

Ta zmiana perspektywy — widzenie świata jako boskiego, panenteistycznej doskonałości i pełni, z różnymi harmoniami i kakofoniami, z entropią, ruchem, drżeniem cząstek, sił i wielkich mocy ontologicznych — sprawia, że w nim uczestniczysz. Nie jesteś już sam. Nie jesteś już w nieobecności. Jesteś doskonale obecny, bo jesteś w doskonałej obecności.

„Split” — Psychiatria i Magia, czyli Psyche Ucieleśniona

Ostrzeżenie techniczne

Niniejszy tekst ma charakter wykładu spekulatywnego i interdyscyplinarnego, w którym język psychopatologii, psychiatrii oraz metafizyki jest łączony w sposób ilustracyjny. Pojawiające się odniesienia do zaburzeń psychicznych — w tym zaburzeń osobowości dysocjacyjnej oraz schizofrenii — nie odpowiadają klasyfikacjom diagnostycznym DSM-5 ani ICD-11 i nie należy ich traktować jako opisów klinicznych.

Materiał nie stanowi porady medycznej, psychiatrycznej ani psychologicznej i nie może być wykorzystywany w celach diagnostycznych lub terapeutycznych. Tekst należy odczytywać wyłącznie jako rozważania teoretyczne i metaforyczne, sytuujące się na pograniczu psychologii, filozofii i metafizyki.
Dobrze.

A więc, psychopatologia zaburzeń osobowości mnogiej z metafizyką. Kilka dni temu obejrzałem film pt. Split. To był film o zaburzeniach osobowości dysocjacyjnej, natomiast zainspirował mnie do spostrzeżeń na temat osobowości mnogiej w połączeniu z niektórymi psychozami. Film nieco dramatyzowany i ekscytujący, z pewną kobietą, która była na tyle miła, że mi go pokazała.

Chciałbym rozpocząć ten wykład krótkim cytatem z Austina Osmana, brytyjskiego maga, parafrazą jego pracy, że sama świadomość jest ciągła, ale może być ożywiana przez różne persony, czy to poprzez regresję, metamsychozę, reinkarnację, czy uśpione tożsamości, które nosimy ze sobą każdego dnia.

Zatem rozwój osobowości w zaburzeniu osobowości mnogiej, gdy jest ona rozszczepiona, jest bardzo podobny do internalizacji larw astralnych (pomyśl portrety astralne Witkacego) w głosach schizofrenicznych, ale w sensie egzoterycznym. Gdy schizofrenik egzoteryzuje podosoby lub larwy drążące jego umysł i łączące się z jego rdzeniem słuchowym i obszarem Broki, które zasilają jego sferę mentalną, skupienie energii, uwagę, koncentrację w pętli sprzężenia zwrotnego, której nie można cofnąć, dopóki same larwy nie zostaną usunięte z umysłu tego pacjenta schizofrenicznego — to jest trochę jak szamanizm, a nie psychiatria.

A w przypadku zaburzeń osobowości mnogiej te podosoby są uwewnętrznione. Odgrywasz je. Wierzysz w nie. Jesteś nimi. Nie możesz ich oddzielić. To refleksja i internalizacja person. To, co myśli umysł. Jesteś naprawdę oddany temu, w co wierzysz. Odgrywasz tożsamość. Nie jesteś aktorem odgrywającym maskę — jesteś tą tożsamością.

Tak więc czynniki takie jak inteligencja, aktorstwo, podatność na zmianę, cechy charakteru, charyzma, geniusz mają duży wpływ na to, jaki będzie typ osobowości. Na przykład psychopata rozwinie inne zaburzenie osobowości wielorakiej niż osoba z histrioniczną dynamiką psychopatologiczną. Przeciętny człowiek będzie też bardziej bezpośredni w tych kwestiach, kiedy może wystąpić MPD.

Jak to się dzieje? Mamy silne ego i pojawia się jakaś trauma. Coś idzie nie tak z naszym umysłem, niekoniecznie traumatyczne środowisko, stres i tak dalej, i on się rozpada. Zatem świadomość — ego — nie może podtrzymać integralności tożsamości i zaczyna się dekompensować, dzielić na podtożsamości. Nazwijmy to maskami. W pełni odegrane maski, jak wspomniałem: aktor wchodzi na scenę i gra tożsamość, ale jest silnym ego. Osoba z MPD jest rozszczepiona i nie jest aktorem, ale w pełni żyje wszystkimi tymi tożsamościami.

I zobaczmy, gdzie wkracza metafizyka. Rzeczywistości ontologiczne, ukryte, zamaskowane. Te rozszczepienia mogą być ożywiane przez „drugą, eteryczną, okultystyczną stronę”. Rzeczy o duchu w skorupie, duchu w umyśle, duchach w rozbitych tożsamościach pacjenta z rozszczepioną osobowością. To jest więc przekrój psychiatrii, nauk kognitywnych, psychopatologii i metafizyki — ontologicznych rzeczywistości i różnych światów, wymiarów i bytów, które mogą, ale nie muszą, wykorzystywać to lub ślepo realizować własną wolę.

Mamy więc logiczne ucieleśnienia, takie jak inkarnacje, opętania, emanacje, awataryzacje, siedliska. A więc rozwój natur i tożsamości poprzez ucieleśnienie. Twoja natura może rozwijać się poprzez takie opętania, nie tylko przez własny umysł.

Na przykład zaczynamy od silnego ego. Następnie dzieli się ono na dwie tożsamości. To jest podtrzymywane przez świadomość, linię ciągłą. A potem może nastąpić opętanie, które ożywia jedną z tych tożsamości i coś pójdzie nie tak, ponieważ mamy tożsamość, która jest kontrolowana. Jeśli mamy jedną, solidną tożsamość, możemy być na nią ślepi i ją unicestwić. Jeśli mamy wiele osobowości, możemy być ślepi i blisko jednej z nich, ale istnieje punkt, który można zintegrować.

Jeśli jesteśmy świadomi naszej świadomości poprzez Adżnię, Szuszumę nadi, dajmona, geniusza sokratejskiego lub Junonę, możemy to zintegrować i rozwinąć. Możemy pochłonąć te natury i tożsamości, aby się rozwijać. Zatem istnieje również współrozwój. W zaburzeniu osobowości wielorakiej mamy tożsamość, która jest regularną dynamiką umysłu, wyjaśnioną w bardzo złożony sposób przez psychiatrię, psychologię i psychologię rozwojową. Mamy też ucieleśnioną tożsamość, która jest ożywiana przez byt zewnętrzny. Bardzo złożone, prawda? Rodzące się tożsamości są współrozwijane przez ucieleśnienie i dynamikę umysłu.

Pomyśl o duchach, które cię zamieszkują — poza zwykłą redukcjonistyczną psychiatrią i psychologią. Mamy niepodzielny świat, w którym okultystyczne, niewidzialne siły mogą czasami ingerować. I wtedy pojawia się problem lub ekspansja: zniszczenie, szaleństwo, obsesja, psychoza. Ale może też być geniusz, ekspansja, wielkość, kataliza, inspiracja muzami.
Natury przyciągają się nawzajem do podobieństwa, ale mogą być też przyciągane przez awersję, próbując uczynić cię sobą. Tak więc natury próbują cię wchłonąć — aby uczynić cię podobnym lub wrogim. Podobnie w retoryce, kiedy próbujemy przekonać innych do pewnej idei, staramy się ich upodobnić do siebie. To rodzaj ideologicznego czy religijnego zawładnięcia.

Tożsamości ewoluują. Wyobraź sobie więc, że masz jedną, która nie jest pod wpływem, ewoluuje psychodynamicznie. Druga — ucieleśniona — rozszerza się, mutuje i może być ożywiana przez wiele bytów, rozwijając się w chaotyczny szał lub skrystalizowaną inteligencję.

Doświadczając traum, ale rozwijając autorefleksję i samozrozumienie, mamy tendencję do krystalizowania czegoś, co nazywa się świętym aniołem stróżem, dajmonem. To jak sokratyczne centrum kontroli. Krystalizowany duch ma więcej mocy, zrozumienia i wpływa na ciebie jako najlepsza z twoich wersji. Ale najpierw musi się skrystalizować i zostać zainicjowany.

Możesz mieć ego klasy platynowej, ale bez poznania siebie i umiaru nie porównasz wpływów z tym, co jest twoją naturą. A nie znasz jej, dopóki nie skonfrontujesz się z tym, co nią nie jest. Jeśli poznanie siebie prowadzi do centrum kontroli geniusza — to sublimacja i rektyfikacja. Wtedy stajesz się bardziej integralny, inteligentny, rozwijasz się. Jeśli tego brakuje, prowadzi to do rozszczepienia, alienacji i psychopatologii.

Granica? Jeśli mamy wiele tożsamości, zarówno własnych, jak i „posiadanych”, dochodzimy do punktu dekompensacji — lambda. Lambda jest granicą, za którą umysł wpada w majaczenie lub szaleństwo.

Szanujcie więc swoje duchy i pamiętajcie, że nie każdy szaleniec jest niebezpieczny. Na świecie jest wielu ludzi, wiele umysłów i fenotypów poznawczych, które osiągnęły bardzo wysoki poziom zrozumienia tych modeli umysłu — znacznie wyższy, niż wielu mogłoby się spodziewać.

Jak religie abrahamiczne zdyskredytowały metafizykę przez irracjonalizm, podczas gdy oświecenie i rewolucja naukowa ją unieważniły: Czyli strzępy ze starożytności

Polowania na czarownice — czy chcesz powrotu polowań na czarownice i palenia czarownic? Absolutnie nie. Dlatego projekt Oświecenia i rewolucja naukowa próbowały pozbyć się wszystkich przesądnych systemów wierzeń, znaczenia przesądów, nieprofesjonalnego myślenia życzeniowego, magii ludowej, brutalizacji uczonej magii i filozofii, która kierowała wieloma przez wieki.

Problem polega jednak na tym, że zarówno projekt Oświecenia, jak i rewolucja naukowa nie wzięły pod uwagę, że te obiektywne rzeczywistości niewidzialnego istnieją i że prędzej czy później wkroczą do ludzkiego świata, do ludzkiego życia. Celem było ateizowanie ludzi, aby zyskali powód, by nie wierzyć w błędne przesądy. Efektem była jednak dyskredytacja każdej wyuczonej nauki magii i filozofii, które zostały zignorowane, a ostatni „magowie” racjonalnego myślenia zostali włożeni między szarlatanów, bądź naiwnych idiotów.

Kiedy Oświecenie i rewolucja naukowa nie włączyły tych zjawisk do uporządkowanej teologii, metafizyki czy hermetyki, tam właśnie zaczął się problem. Obecnie wszelkiego rodzaju marginalne grupy New Age, różne systemy wierzeń i ludzie — którzy muszą w coś wierzyć, nawet jeśli to kompletna bzdura — wkraczają, tworząc chaos poznawczy i bałagan w ludzkim świecie, w umysłach, duszach i sercach.

To, co każdy mag racjonalnej myśli próbuje zrobić, to przekazać te prawdy o niewidzialnych siłach, widocznych dla niektórych, i umieścić je w hermetyce poprzez jak najdokładniejszą interpretację, aby zorganizować to tak, by ludzie nie zagubili się w tym całkowicie. Każdy ateista po Oświeceniu i po rewolucji naukowej twierdzi, że to nie jest świat nawiedzony przez demony, że nic w tym nie ma — co oznacza jedynie, że nie doświadczył żadnych instancji działań metafizycznych bezpośrednio. Podobnie jak psychiatrzy: jeśli nie doświadczyli, mogą zniszczyć doświadczenie z perspektywy socjologicznej, nihilizując je, racjonalizując je i tłumacząc sobie, że to była halucynacja.

Nie chodzi jednak o przekonanie ludzi, że takie światy istnieją, ale o danie im narzędzi, jak sobie z nimi radzić, jeśli ich doświadczą. Głównym punktem jest to, że religie abrahamiczne przez swoją nielogiczność i irracjonalność skompromitowały racjonalnie skonstruowaną, rozumową metafizykę pogan, hinduistów, buddystów, a zatem w oczach Zachodnich uczonych — skompromitowały całą metafizykę, spychając ją w psychologizmy, naiwny realizm, wulgarny redukcjonizm, studia nad neuroteologią (raczkująca dziedzina) ma więcej sensu, niż błotne bitwy ateistów z — czym? Pogańską teologią, matematyczno-filozoficzną? Nie, Judeo-Chrześcijańską, Muzułmańską, którzy z wojujących Ateistów, Judeo-Chrześcijan, Muzułmanów choć zbliżył się do pogańskiej, czyt. starożytnej teologii? Nie mają o niej zielonego pojęcia. Moim celem jest budować pomostowanie między starożytnymi filozofiami i uczoną magią a współczesnością.

Cóż, kiedy to się zawaliło, a Oświecenie i rewolucja naukowa poszły w kierunku pierwotnego empiryzmu, naiwnego materializmu i redukcjonizmu wszystkiego, zrealizowało się to w kompletną katastrofę. Metafizyka została naruszona, a ludzie kroczący ścieżką racjonalnej, wielce sceptycznej, ale kształconej metafizyki i magią zostali wyśmiani, włożeni do jednego wora z „cargo cult” współczesności. Oświecenie i rewolucja naukowa wyjaśniły ludziom, że nie ma takich rzeczy. A kiedy ludzie ich doświadczają, mówi się, że mają halucynacje, więc są psychiatryzowani — i w ten sposób metafizyka zostaje unicestwienia w umysłach ludzi, obiektywnie działa bez ludzi, ontologicznie niezależnie od nich, jak wszechświat, ale umiera razem z płomieniami Hekate, nie z imponującym „wybuchem”, ale cichą sponiewieraną łzą.

Wracając do tego, co wiemy: mamy dziś dwa zagrożenia dla współczesnego świata — dyskredytację metafizyki i unieważnienie wszelkiej metafizyki. W gruncie rzeczy to to samo.

Szarlatani i pokora intelektualna, doświadczenia metafizyczne, opętania ideologiczne i religijne, oraz uprzedzenia

Jaki jest główny wróg wiedzy, nauki, metafizyki, filozofii? To ignorancja, to złudzenie i urojenia. Widząc tak wiele grup New Age, ludzi grających rolę guru i całej tej otoczki, rozumiem to. Mogę to krytykować, ale chciałem wiedzieć, jak to działa. Mechanizm w umyśle schizofrenika jest podobny. Na przykład, gdy napotykają anomalię, jakieś doświadczenie, które trochę ich destabilizuje — ale nie na tyle, by uznać ich za całkowicie szalonych — to co się dzieje? Budują na tym doświadczeniu interpretację. I ta interpretacja może być całkowicie błędna.

Jeśli jesteś intelektualnie pokorny, próbujesz mierzyć, patrzeć z różnych stron, bawisz się tym jak zabawką i zastanawiasz się: „może tak, a może inaczej”. Dlatego nigdy w moich pismach, teoriach czy licznych doświadczeniach nie twierdziłem, że posiadam coś, co można nazwać absolutną prawdą, absolutną pewnością — czymś, co wiem na sto procent. Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie z „klanów” New Age, czy fundamentalistów religijnych tworzą fałszywe informacje, a następnie budują kolejne, coraz bardziej fałszywe argumenty na ich podstawie. W ten sposób powstaje cały system urojeń, a oni sprzedają ten kit innym. Tworzy się rozbudowany system złudzeń. Mówi się, że bardzo trudno wyrwać szaleńca z twierdzy jego głęboko zakorzenionych błędnych przekonań i interpretacji dotyczących tego, jak działa świat.

Dlatego nawet jeśli napotykasz doświadczenia metafizyczne, duchowe i podobne, radziłbym mieć solidne podstawy — elementarną wiedzę z zakresu nauk ścisłych, społecznych, filozofii. Jeśli chcesz zagłębiać się w jakąś tradycję, powiedzmy grecko-rzymskie pogaństwo, dobrze jest spotkać bogów w połowie drogi: zrobić badania, przeczytać literaturę akademicką, zebrać konieczne informacje, a potem sprawdzić, co działa. To jest postawa pokorna. Nawet wtedy nie odkrywasz wszystkiego, nie posiadasz ostatecznych, pewnych prawd — tak jak niektórzy fundamentaliści chrześcijańscy, którzy mówią: „Jezus jest Panem i Bogiem” i na tym koniec. Ale skąd oni to wiedzą? Nie wiedzą — mają ślepą wiarę. A ślepa wiara działa w wielu odsłonach — w ideologiach, w New Age, w religijnym fanatyzmie.

To jest właśnie opętanie przez ideologię, opętanie przez religię, opętanie przez systemy wierzeń. Ci ludzie są nimi jedynie „opanowani”. A jak lepiej wykorzystać ludzi, jeśli nie tych, którzy są zniewoleni przez własne przekonania, religie, złudzenia i ignorancję?

Dlatego trzeba być uczciwym na każdym kroku wobec siebie samego i swoich błędów poznawczych: mierzyć, co w danej rzeczy może być prawdą, jak ją postrzegasz, jak interpretujesz. Oczywiście, czasem stajemy się radykałami, gdy coś nas złości, ale poza tym powinniśmy starać się być otwarci. To dobra postawa — otwartość rozumiana nie jako naiwność, lecz jako krytyczne myślenie, które pozwala przyswajać informacje i analizować je, aby tworzyć lepsze, bardziej skuteczne i efektywne systemy wiedzy.

Otwartość nie oznacza, że jesteś w supermarkecie New Age albo religijnym sklepie ze „słodyczami” i bierzesz wszystko, mówiąc: „tak, jestem otwarty”. To nie oznacza przyjmowania wszystkiego bez cienia krytycyzmu, ale z rozeznaniem i krytyczną myślą.

Uwaga — uważajcie, co czyni kogoś aroganckim twardogłowym z „mocnymi” doświadczeniami. Zwykle ma to związek z radzeniem sobie z osobistym piekłem w życiu i z cierpliwością wobec innych — totalnym bełkotem tych, którzy ogłaszają się znawcami, guru, autorytetami słuchanymi i obserwowanymi przez setki, jeśli nie tysiące, kupujących ich kit. Autorytet i wiedzę ekspercką trzeba sobie wywalczyć, niestety w obecnych czasach kultury instant nie jest to w cenie. Dzieje się tak dlatego, że ludzie otwierają oczy, uszy, rozum na byle bełkot, który w prosty sposób organizuje im złożony świat, jednocześnie mogą się utwierdzić we własnych przekonaniach, albo wykiełkować nowe, całkowicie błędne, które są w korelacji z ich poznawczo-behawioralnym piętnem emocjonalno-charyzmatycznego aplauzu.

Z mojego doświadczenia w „magicznym biznesie” wynika, że ludzie, którzy naprawdę mają jakieś doświadczenie, pozostają ukryci przed tym całym syfem. Nie chcą się afiszować ani dzielić wiedzą, bo nie chcą rzucać pereł przed wieprze — wiedzą, że wieprze je pożrą, przeinaczą, ale pożrą ich samych. Problem pojawia się wtedy, gdy samozwańczy mistrzowie są sami wieprzami i sprzedają innym gnój publice — to poważny problem. Niechże wezmę na siebie to jarzmo, jako nie-mistrz, ale osoba doświadczona, aby w sokratycznej ironii opowiadać o sprawach, o których powinno się milczeć.

Zawsze kwestionuj swoje autorytety i mistrzów, ale nie w sposób ikonoklasty, ale krytyczny i szczery — szanuj swoich nauczycieli, ale myśl w sposób twórczy. Nauczyłem się, że gdy kwestionuję wielkie autorytety we współczesnym okultyzmie, często nie mają oni odpowiedzi — za to robią wszystko, żeby uniemożliwić mi podniesienie sprzeciwu wobec ich merytoryce. Odkryłem, że wielu z nich to ludzie z przeszłością pełną braków, często są to kompendialiści, którzy nie mają nic wspólnego z praxis.

Skąd więc czerpię wiedzę? Mam Dar Drugiego Widzenia — widzę „drugą stronę” i filozofuję na ten temat. Z pierwszo-ręcznego doświadczenia wyciągam filozofie i teorie. Nie próbuję nikomu sprzedawać bzdur, bo mam jakąś „wizję” — to jest jedynie interpretacja, co zawsze podkreślam, ale nie roszczę sobie prawa do czegoś, o czym nie mam pojęcia, co więcej, nie wymagam żadnej wiary od innych w to co widzę, reszta pozostaje interpretacją, osobista, pełną skaz i wad. Ludzie w świetle metafizyki angażują się w doksologię, mają „opinię”, bardziej lub mnie wyważoną, iluminowaną innymi naukami.

Tymczasem są tacy „okultyści” z drugiej ręki — samozwańczy, wielcy interpretatorzy — którzy nie mają zielonego pojęcia, z czym mają do czynienia. Przeczytali kilka książek, mieli tu i ówdzie odrobinę doświadczenia i nagle stają się wyroczniami — co mnie śmieszy.
A co się dzieje, gdy jesteś arogancki i nie chcesz lizać butów takim idiotom? Boją się ciebie — masz więcej wiedzy i doświadczenia, możesz podważyć ich autorytet, nawet zniszczyć ich reputację, więc wolą zniszczyć twoją.

Moja rada dla każdego w „magicznym biznesie” jest taka: bądź sceptyczny wobec wszystkiego, kwestionuj swoich mistrzów, używaj rozumu. Jeśli nie masz własnych doświadczeń ani zdolności zobaczyć na własne oczy demonstracji subtelnej sztuki magii, to tego nie kupuj, lepszy jest zdrowy sceptycyzm, aniżeli guru-logia, oddanie swoich sił umysłowych komu innemu, kto zrobi to za nas w sposób sekciarski i głupi.

Bądź sceptyczny, bo wszystko przychodzi z czasem. To kwestia wytrwałości i odpowiednich punktów w czasie i przestrzeni, które sprawiają, że coś się wydarza. Ale jeśli jakikolwiek Zakon, Bractwo magiczne czy mistrz powie ci: „tak właśnie jest” — zadawaj pytania. Skąd masz tę wiedzę? Co przeżyłeś? Dlaczego uważasz, że to doświadczenie ma taką, a nie inną interpretację? Czy polegając na tej tradycji gdziekolwiek dotarłeś?

Kwestionuj swoich mistrzów. Jeśli naprawdę są mistrzami, potrafią odpowiedzieć mądrze, wiedzą, z doświadczeniem: „myślę tak, przeczytałem to, przeżyłem tamto, dlatego wnioskuję tak i tak”. A więc pytaj, pytaj, pytaj. Nie chodzi o pytanie jak głupiec, lecz o postawę interrogacyjną — przesłuchuj swoich mistrzów, przesłuchuj swoje autorytety. Jeśli odpowiedzą mądrze, rzetelnie, z wiedzą i doświadczeniem, inspirując Cię — możesz im w pewnym stopniu zaufać. Ale nigdy nie ufaj we wszystkim. Nie poddawaj się całkowicie mistrzowi czy mistrzyni. Ucz się od nich tego, co sam uznasz za mądre, pożyteczne, wartościowe.

W dzisiejszych czasach roi się od szarlatanów i naciągaczy, którzy prezentują ci gotowe bzdury. Podążasz za ich filozofiami, których sami nie zweryfikowali i o których nie mają najmniejszego pojęcia, jak działają. A kiedy ktoś podnosi rękę i mówi: „Hej, panie taki, pani taka, mylicie się całkowicie. Tu i tu jest napisane, że jest inaczej. Przeżyłem to i tamto — czy wy to przeżyliście? Czy to czytaliście? Znacie ten cytat? Skąd to wiecie?” — wtedy oni odpowiadają: „Ależ my jesteśmy mistrzami! Nasze stada nas słuchają! Ten gość to diabeł, sam Szatan,, jest zły, ma niskie wibracje, nie słuchajcie go!” — wymyślą dowolną bzdurę, żeby utrwalić swoje stada w przekonaniu, że są nieomylni.

I tak to działa nawet w świecie okultyzmu. Sekciarstwo. A przecież wszyscy jesteśmy trochę szaleni w tym biznesie. Ale niektórzy z nas mają więcej doświadczenia od reszty — i wolą pozostać w ukryciu. Ja tylko wygłaszam tę mowę, bo jestem zmęczony ilością syfu, który wylewa się z tych stajni oszustów. I nie ma nikogo, kto by po nich posprzątał.

Dlatego słuchajcie, wy mistrzowie i mistrzynie z zakonów masońskich, z magicznych zgromadzeń: przestańcie sprzedawać swoje bzdury. Bo przyczyniacie się do szerzenia złudzeń i ignorancji w tym świecie. Jeśli nie macie pojęcia, o czym mówicie — nie sprzedawajcie tego ludziom. Dziękuję.

O modlitwie bitewnej, pogańskiej

Plutarch twierdził, że na kolanach modlą się pokonani, niewolnicy, a także barbarzyńcy. Obraz klęczących przed klechą i trupem kajających się czarnych duchów, którzy śmią nazywać się ludźmi, te samobiczujące się gesty przed bogiem żydów, samo-zniewoleni ze związanymi kłamstwem duszami, pieczętując się jako własność śmierci, wierząc że znaczą, markują swoje życie afirmacją. Jak zatem modlili się nobilitas, poganie? Przede wszystkim pięknym, heroiczny życiem, pokonującym cierpienie, filozofią torując drogę do boskiego intelektu. Poganie modlili się wyprostowani, wznosząc ręce ku gwiazdom, sklepieniom niebieskim, poprzez nawoływanie i otrzymywanie, modlitwy te nie były próżne, ale prosząc o mądre rozwiązanie spraw, przynosiły mądre odpowiedzi w życiu, wymagały mądrości aby rozeznać nauki otrzymywane od wysokich niebios.

Jakże, to ludziom została odebrana wolność, szlachetność, wysokie cnoty nobilitas, odpowiedzialność za to wszystko przed czym świadczą przed Bogami? Zastąpione czym dokładnie? Żyją jak zwłoki od narodzin aż po grób, nie uświadczając głębi sztormu pięknego, silnego życia, ledwo myląc swoje przeżycia z czymś rzeczywistym, rozbrzmiewającym jak prawdy? Miecz wskazujący ku gwiazdom, krocząca dumnie przez las forteli, urojeń, ignorancji, rozcinająca je w drzazgi, miażdżąca czaszki kłamstw przeciwników pod swoimi stopami, taka jest Aletheia, pamiętając o pochodzeniu, taka jest Dike, jak zwycięstwo, które pomimo wściekłych ataków przeciwników, zachowuje swoją naturę, nie oddając przeciwnikom terenu ani na krok.

Zaiste, gdzież podziała się wielkość człowieka, który nie klęczy, lecz stoi — stojąc świadectwem własnej niezłomności, głosząc czynem swoją obecność wobec gwiazd? Gdzież ci, co modlili się ogniem życia, czynami tak jasnymi, że bogowie spoglądali z zachwytem, widząc odbicie swej własnej mocy, swych nieskazitelnych intelektów scalających się ideą z podmiotem ich działań w ludziach? Zastąpiono to płaczliwą niewolą, jękiem udręczonych dusz, które zamiast szukać wzniosłości, taplają się w błocie pokory, jakby zginanie karku miało być cnotą, a nie hańbą. Kiedyś modlitwa była lotem orła, wnikliwością węża; była wyzwaniem rzuconym losowi, była wznoszeniem się ku wyżynom, by przyjąć z rąk bogów odpowiedź w postaci odwagi, mądrości, zwycięstwa. Dziś modlitwa stała się błaganiem o jałmużnę, przyznaniem się do własnej marności, podpisaniem wyroku wyjącego w łańcuchach na samego siebie.

Oto różnica między tymi, którzy kochali życie, a tymi, którzy wybrali śmierć już za życia: tamci brali los w dłonie, dzierżyli miecz rozróżnienia, nie bojąc się, że ostrze zrani; ci zaś oddali miecz w ręce cudze, wiążąc swoje nadzieje z cudzą wolą, z cudzym gniewem, z cudzym przebaczeniem. O żyliśmy w świetle dnia, w powadze nocy — w odwadze i bez kompromisu wobec prawdy, ci drżą jak cienie, jak larwy bez kręgosłupa, chowając się w ciemnościach, w modłach o litość, której nigdy nie zrozumieją.

A przecież prawdziwa modlitwa to czyn, to heroiczny gest wyprostowanego człowieka, to spojrzenie ku słońcu niezwyciężonemu, to szlak torowany wśród cierni nie po to, by się poniżać, ale by wzrastać. To rozmowa z wiecznością poprzez wielkość dnia teraźniejszego, poprzez odwagę decyzji, poprzez niezłomność wobec przeszkód. To świadectwo, że w człowieku mieszka boskość — nie jako wina, nie jako ciężar, ale jako płomień, którego nie gasi czas ani groźba nicości, czy śmierci w ich piekielnych wynaturzeniach.

Tak modlili się dawni nobilitas — życiem, które samo stawało się hymnem. Tak odpowiadali bogowie — nie szeptem pocieszenia, lecz gromem, który hartował, nie obietnicą nagrody, lecz wyzwaniem, które wznosiło ponad tą zgraję niemożną wyzwolenia się z narzędzi tortur, którymi sami się spętali!

Socjologia Ignorancji — Jak Nieświadomość Kształtuje Władzę, Politykę i Społeczeństwo. Podsumowanie od byłego studenta nauk wywiadowczych

Socjologia ignorancji — co to takiego? Jest to gałąź socjologii epistemologicznej, czy socjologii wiedzy, która jest stosunkowa nowa, wbrew pozorom. Chodzi o to, jak strukturyzujemy, jak wiemy, w jaki sposób nie wiemy o wiedzy, o informacjach, o danych, jak strukturyzujemy naszą ignorancję, naszą niewiedzę, naszą nescentię. Cóż, to jest dość interesujące, ponieważ większość władzy może opierać się na ignorancji. Wszystkie operacje psychologiczne, społeczna inżynieria — opierają się na ignorancji. Nie trzeba informować tłumu o niektórych operacjach. Istnieje pewna koncepcja tajemnicy, istnieje regulacja danych w różnych działach, regulacja w korporacjach. Trzeba wiedzieć, co trzeba wiedzieć? Czy musisz wiedzieć wszystko, czego prawdopodobnie nie wiesz? Ale dobrze poinformowany obywatel powinien wiedzieć dużo. Więc im mniej wiesz, im bardziej żyjesz w teraźniejszości, tym bardziej jesteś ślepy, tym bardziej prawdopodobne, że jesteś w dupie.

Więc w tym przewodnim cytacie z podręczników Routledge International — jest to podręcznik na temat studiów nad ignorancją: „nie ignorancja, ale ignorancja ignorancji jest śmiercią wiedzy”. Teraz, niektóre rodzaje ignorancji, które naprawdę lubię, można znaleźć tutaj. To jest przykład korporacyjnej ignorancji, ale można ją rozszerzyć na inne dziedziny życia. Teraz ukończyłem studia dawno temu, studiowałem wywiad. To był jedyny cywilny kierunek w Europie, który pozwalał ludziom studiować wywiad — czy otwarty wywiad, czy historię wywiadu, czy wywiad wojskowy — poza polityką międzynarodową. To było dawno, dawno temu, ale wyposażył mnie w umiejętności, aby nienawidzić wywiadu, kochać otwarte społeczeństwo i wiedzieć, że jest to konieczne.

Źródła ignorancji: brak wiedzy, nieznane niewiadome, ignorancja, która wykracza poza przewidywania. Rozpoznać w sektorach wysokiego ryzyka, gdzie oni są znane jako unks unks, więc nie wiemy, że nie wiemy. Ta wiedza może istnieć, ale nie mamy pojęcia i nie leży w zakresie naszego poznania, aby wiedzieć, że nie wiemy. Znane niewiedze — rzeczy, o których wiemy, że nie wiemy; intelektualna ludzka pokora, apofatyczny wymiar tego wszystkiego. Znana niekompletność wiedzy na różnych poziomach organizacji, więc możemy spekulować na temat pewnych rzeczy, możemy tworzyć plany i eksperckie oceny polityczne, możemy mieć wiele modeli, ale wiemy, czego nie wiemy i na tej podstawie strukturyzujemy naszą niewiedzę, aby ją poznać lub do niej przybliżyć, prawda?

Teraz ignorancja na temat istniejącej wiedzy: hm, mamy gdzieś w bibliotece książkę, ale nie wiemy, że ta książka istnieje i że może dać nam jakieś odpowiedzi. Nie wiemy tego, nie wiemy nawet, czego szukamy. Poznawalne, znane niewiadome, wiedza, która nie jest centralna, tadada. Więc wiemy, że wiemy, że czegoś nie wiemy, ale tego nie potrzebujemy. Na przykład — może to powierzchowne? Może nie chcemy słyszeć tych opowieści o kosmitach i piramidach. Może to jest całkowicie fałszywe i najprawdopodobniej tak jest. Nie potrzebujemy tego. Może nie muszę wiedzieć, że na tej konkretnej półce jest bakteria.

Wiem, że wiem, że tego nie wiem i nie chcę tego wiedzieć.

Teraz nieznane znane — nieuznana wiedza, milcząca. Możemy mieć pewne umiejętności w naszej rutynie, możemy mieć wiedzę, której nie przypominamy sobie w naszej pamięci w danej chwili. Możemy zapomnieć o rzeczach, możemy sobie przypomnieć rzeczy — i to są nieznane znane. Nie wiemy, że to wiemy, ale w jakiś sposób to wiemy i czasami możemy to sobie przypomnieć.

Błędy poznawcze — błędy spowodowane błędami ludzkimi lub awariami systemów. Kolejna — teraz pojawia się etyka, etyka w nauce i polityce, i wszystko to, że nie dążymy do pewnych osiągnięć naukowych lub technologii, ponieważ wiesz, że są nieetyczne i muszą być regulowane. Niektórzy ludzie oszaleli na punkcie, powiedzmy, smug chemicznych czy tzw. chemtrails. W latach 60. istniał projekt polegający na rozrzucaniu jonizowanych srebrem małych cząsteczek, aby powstrzymać globalne ocieplenie. Był to jednak projekt odosobniony, ale w ludzkiej wyobraźni został on przedłużony do: „Och, oni nas zatruwają” i tak dalej. I tak dalej, i tak dalej. Cóż, to nieprawda. Był taki projekt. Większość ludzi o nim nie wie, ponieważ był ściśle tajny i poufny. Teraz jednak jest jawny i większość wykształconych specjalistów o nim wie.

Ludzie w swoich teoriach spiskowych nadal wierzą w smugi chemiczne, które mogą odwracać uwagę i maskować inne ukryte rzeczy, myląc rozeznanie. Teraz rozumiem tabu w kulturach organizacyjnych. Można unikać pewnych zachowań czystych i nieczystych — stara zasada: tabu zachowania wiedzy, tabu „nie dotykaj” — to jest niebezpieczne, może spowodować pewne problemy polityczne, może spowodować pewne społeczne szaleństwo i chaos. Kolejna — ignorancja wynikająca z tłumienia wiedzy: zaprzeczenia, aktywne zaprzeczenia, pasywne zaprzeczenia wiedzy. Nie przyznajesz się, że chodzisz po jakiejś supertajnej broni, prawda? Możesz nie zaprzeczać, aby zachować swój polityczny kredyt wybielający, aby umyć ręce. A oni mówią: „Hej, złapaliśmy cię na gorącym uczynku”, a ten facet mówi: „Nie, nie zrobiłem tego”, chociaż wie, że to zrobił, ale zaprzecza temu w celu eee politycznym public relations, w celu zachowania tego, tamtego — i to jest kwestia audytu i tak dalej.

Możesz złapać kogoś, kto popełnia najpoważniejsze przestępstwa, oszustwa i tak dalej, a on mówi: „Nie, nie zrobiłem tego”. A jeśli masy uwierzą temu facetowi, który jest polityczną technologią manipulowania masami — facet to zrobił — to jest całkowicie szalone. Ale masy chronią go jako charyzmatycznego przywódcę. Na przykład: tajemnica, tajemnice handlowe i wszystko, co jest tajemnicą.

Jednak są to rzeczy, które są bardzo złożone i nie posunąłbym się tak daleko, aby powiedzieć, że istnieją ukryte plany i spiski, wiesz, spisek.

Brałem udział w spisku z moim przyjacielem, gdy miałem 14 lat. Powiedzieliśmy: „Hej, idziemy w to miejsce i kupujemy trochę alkoholu, aby sprzedać z zyskiem na obozie”. To był spisek, który trwał długo. Wyobraź sobie mnóstwo takich spisków dziejących się każdego dnia, a im większe stają się w społeczeństwie, w grupie, tym bardziej jest prawdopodobne, że zostaną ujawnione, zobaczone, odkryte i tak dalej. Konkurują ze sobą — to po prostu społeczne sieci interesów władzy, finansów, technologii, ideologii społecznych i wszystkiego tego.

Teorie spiskowe istnieją, ale większość ich wyznawców i ludzi przez nie sprowokowanych jest niekompetentna politycznie, są pozbawieni praw. Jeśli wierzą w spisek, powinni zebrać polityczne poparcie lub dowody, aby udowodnić, że mają rację — lub miejmy nadzieję, że nie zwiedziemy ich jakimś pozbawionych podstaw bełkotem lub czymś w tym rodzaju. Prywatność — więc umowy o poufności i wszystko, czego wszyscy potrzebujemy: prywatność, prawo.

Biorąc pod uwagę, że wszystko jest teraz nadzorowane: polityczne kredyty, CCTV, sztuczna inteligencja, biometryczne monitorowanie obywateli. Tyle o prywatności. Cóż, musisz znaleźć ten mały obszar wolności, który masz, czy to tutaj, czy tam. Metafizyka jest domeną wolności, a potem udawaj, że masz prywatność w świecie dużych danych i profilowania wszystkiego wokół. Możesz mieć prywatność wśród przyjaciół lub wrogów, którzy są cywilami, albo udawać, że ją masz.

Kiedy chodzi o skuteczną pracę wywrotową, jest to w obecnych czasach bardzo trudne, jak przekonał się niejeden decydent. Więc to jest typologia ignorancji organizacyjnej i mam nadzieję, że wyjaśniłem całkiem sporo na temat baz wiedzy: wiedza, dane, czynniki, informacje. Tak, bawcie się dobrze, edukujcie się, krytyczne myślenie, umiejętności przywódcze. Chcesz coś zmienić — zrób to. W pewnym momencie zostałem wymazany jako problematyczne obciążenie polityczne, więc może zrobią to inni, jak już swoje przewalczyłem.

Holbein, Lützelburger: Taniec Śmierci & „Królestwo bezprzestrzenne” Bruno Goetza w tłumaczeniu ś.p. maestro Prokopiuka. Śmiertelna noc

Niektórzy ludzie lubią mieć Biblię przy łóżku i jest to zrozumiałe, być może daje im to pocieszenie. Osobiście zdecydowałem się na Hans Holbein Der Totten Tanz, aby przypominać mi o starym dobrym Memento Mori, Invictii Genii. W tej książce mamy różne sytuacje i różne role, drzeworyty autorstwa Hansa Lutzenbergera razem z Hansem Holbeinem, który był tym, który opublikował tę książkę. Skłoniła nas ona do podsumowania ról, jakie odgrywamy w życiu oraz tego, jak składamy nasze kości i ciało do grobu.

Nie chciałbym zagłębiać się w całą recenzję książki. Śmierć jest rzeczywiście przerażającym królem, jednak chciałbym skupić się szczególnie na dodatkowej serii „Putti”, w której mamy wszystkie ponure sytuacje, w których możemy umrzeć — jaką śmierć może nas zabrać, bez względu na to, kim jesteśmy. Śmierć rządzi teraz wszystkimi śmiertelnikami. Mam nadzieję, że tutaj jest ta konkretna seria, przypominająca mi Ponadczasowe królestwo Bruno Goetza w tej książce.

W Ponadczasowym królestwie, po wielu próbach i mękach na Ziemi, czarny mag i osoba, która kiedyś straciła swoją miłość, w końcu zwycięża nad siłami Ciemności i, że tak powiem, czarnym Bractwem, i zostaje zamieniona w dziecko. Niebiańskie Towarzystwo jest społeczeństwem dzieci. Największy magik to ten, który bawi się jak dziecko, w pełni skupiony na zabawie i grze. Dlatego mamy „Putti” z tarczą i strzałą, wojownika i trzech małych łowców — troje dzieci bawiących się w gry myśliwskie lekko i z wirtuozerią.

Teraz trójka „Putti” z trofeami — trofea wojenne — spójrzcie, co dostali: zabrali innym dzieciom zbroję i hełmy. W Niebiańskiej mowie bachantskie dzieci wspaniale zwróciły się ku niewinności dziecka poprzez śmierć. Tutaj mamy dziecko cesarza, pociąg armii „Putti” — co za boska procesja! Teraz triumfalny marsz „Putti”: dziecko Cezara i dzieci w Małym Wianku wraz z kohortami innych dziewcząt i chłopców trzymających wspaniałe trofea i dzieła sztuki.

Non omnis Moriar, Memento Mori i Invictii Genii.

Od książki do książki, recenzja Trup: Od biologii do antropologii autorstwa Louisa-Vincenta Thomasa.

Zabrałem się za tę książkę z polecenia znajomej, niejako obcując ze śmiercią na co dzień poprzez oglądanie eterycznych zwłok, sobowtórów szczątków duchowych, a także cieni wieloforemnych, czarnych dusz zmarłych, badając ich tradycje, języki oraz swoiste czarostwo. Jak to możliwe? Jak można rozumować o śmierci, nie rozumiejąc zupełnie trupa, mając ze zwłokami kontakt jedynie parę razy w życiu?

Są dwa typy Thanatosa, tak jak dwa typy Erosa: pierwszy Thanatos należy do zwłok, do śmierci fizycznej, drugi Thanatos — do duchowej ekspozycji zmarłej duszy na śmierć, która w dziwnym czarnym lustrze wciąż istnieje, żyjąc nie-życiem po drugiej stronie zwierciadła. Pierwszy typ Erosa to Bios, Zoe — życie fizyczne, drugi typ Erosa odzwierciedla duchowego Thanatosa: życie duchowe nieinkarnowane w żywy organizm, obiektywnie niezależne od świata biologicznie żywych.

O ile większość rytualnych form pochówku zależała na poskromieniu drugiego typu Thanatosa, o tyle spłycenie nekromancji do zwłok oscyluje wokół pierwszego typu. Choć i zwłoki, jako pozostałości żywych, mają swoje magiczne właściwości — zależnie od siły, potencjału magicznego maga lub czarownicy, które zostały nadpisane na jego zwłokach i kościach po śmierci.

Rozkład ciała w różnych formach dostarcza informacji nie tylko o warunkach pochówku i biodynamice rozpadu, ale także o translatoryce komponentów duchowych człowieka, które w mniejszym stopniu ujawniają swój status w procesie gnicia ciała.

Trup jest zwieńczeniem cywilizacji, w której go „wyhodowano”. Widzimy, jak dzieci późnego kapitalizmu pudrują życie, derytualizując śmierć w kosmetycznym lęku przed jej nadejściem, a z pochówku czynią ogromny biznes, odsuwając trupa jak najdalej w wersji „instant gratyfikacji” od żyjących, pełnych zobowiązań konsumentów. Co konsumują? Własną śmierć — aż do jej rzeczywistego nadejścia. Śmierć jest despotą despotów i przyjdzie po każdego, jak głosi sentencja z „Der Totentanz” Hansa Holbeina.
W książce opisane są właściwie wszystkie aspekty „trupa” w ujęciu antropologiczno-społecznym, a także to, co można zrobić z trupem. Nie znajdziemy w niej jednak ani wzmianki o nekromantycznym wykorzystaniu zwłok — ani w celach trucicielstwa, ani czarostwa. Po szczegóły odsyłam do „Veneficium” Schulkego oraz licznych traktatów nekromantycznych, przeważnie europejskich, traktujących o tej kwestii.
Noli me tangere.

Astroteologia: Al-Kindi, De Radiis, wgłąb ścieżki, Komentarz Doświadczającego

Abu Yusuf Ya’qib ibn Ishaq ibs Sabbih ibn Amran ibn Isma’il ibn Mohammed ibn al Ash’ath ibn Qays al Kindi ibn Ma’di Karib ibn Mu’awiyah ibn Jabalah ibn ‘Adi ibn Raba’ah ibn Mu’waiyah ibn al-Harith ibn Murrah ibn Adad ibn Zayd ibn al Humaya ibn Kahlan ibn Saba ibn Yashjub ibn Ya’rub, Al-Kind, czyli Jakub z Kinda, urodzony około 800–870, rozkwitający w latach 820–866 naszej ery. Nie będę czytał fragmentów De Radiis Al-Kindiego, lecz chciałbym stworzyć krótkie przemówienie, idąc dalej ścieżką, refleksje nad moim zrozumieniem i zestawiając je z moimi osobistymi doświadczeniami i badaniami astroteologii z wielkim Arabem IX wieku, jednym z głównych twórców centrum nauki w Bagdadzie w IX wieku.

Kiedy zamykam oczy i spoglądam w nasze gwiazdy, widzę Wielki Dysk Słoneczny opleciony Boskimi wężami, majestatycznie i promiennie świecący mocą, stabilnością i boską siłą. Dziewicze, boskie istoty zbliżają się do mnie i obejmują mnie; widzę strumienie hieroglifów, które uświęcają mój intelekt w jakimś pradawnym sakramencie. Kiedy rozmyślam nad moim daimonem i rozwijam to, widzę siebie jako gwiazdę podobną do Hyperiona, która odbija świat i wszystkie stworzenia w nim obecne, z ojcowskim i matczynym umysłem.

Dlaczego takie symbole, a nie inne? Boskość komunikuje się poprzez symbole zrozumiałe i święte dla ciebie, i nie będzie komunikować się w sposób nieuczciwy, ponieważ wśród Rzymian symbolizowały one uczciwość i prawdę, a wszystkie kontrakty i przysięgi były składane w ich promieniach. Komunikacja odbywa się poprzez symbole i znaki rezonujące z tobą w harmonii i nigdy nie ukaże nonsensu, jeśli osiągnięto właściwe zrozumienie.

Gwiazdy, mające różne położenia i ruchy, nieustannie generujące nowe konfiguracje, czerpią swoje natury z trzech transcendentnych rzeczywistości, będąc tetracją widzialnego Heliosa w naszym świecie, podążając za chaldejską maksymą, i są manifestacją Boskości w fenomenologicznej rzeczywistości wielości. Zachowują swoją Boską naturę i nie przeczą fizycznej, obiektywnej rzeczywistości, którą współcześni fizycy i astronomowie badający materię postulują w swoich badaniach.

Jako odrębne natury, są osobną klasą najwyższych Bogów i Bogini posiadających własny nie-ludzki intelekt, wspierając Egipcjan, Akadyjczyków, Orfików, neoplatoników, którzy współpracują w jedności na poziomie transcendentnym, będąc zindywidualizowani w fenomenalnym wszechświecie. Ich odrębność wynika z różnych ustawień w świecie physis, czyli materii, zgodnie z prawami fizyki. Gwiazdy mają różne natury i różne wzajemne relacje — mogą być zgodne, komplementarne, w konflikcie, przyjazne, przyciągające się lub przeciwstawne.

Jako a priori życia, gwiazdy obejmują życie w superpozycji organicznego planu ewolucyjnego w sferach zamieszkanych i niezamieszkanych, dlatego ich intelekt posiada potencjał życia, będąc faktycznie latarniami życia. Wpływ, jaki mają na świat jako całość, jest zróżnicowany — możemy z niego wyprowadzić wszystkie działania, cykle i przyczynowości na poziomie eonicznym w potencjale, zależnie od ich wielkości, odległości, jasności, zdolności do oddziaływania na nasze planety i zamieszkane strefy, inne sfery planetarne w Układzie Słonecznym w tym wpływ na nasze Słońce, ponieważ nasza Gwiazda oddaje swoje wrażenia niezliczonym innym gwiazdom.

Ten, kto zrozumie kosmiczną symfonię i znajdzie odpowiednie powiązania w urzeczywistnieniach ich rzeczywistości w dowolnym świecie, opanuje zrozumienie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dlatego tak trudno przewidzieć cokolwiek więcej niż wielkie cykle, które są najbardziej widoczne w świecie ruchu i zmiany.

Tylko w największym mistycznym doświadczeniu możemy bezpośrednio odbierać promienie gwiazd w kosmicznej jaskini, na którą patrzymy, aby zrozumieć gwiezdną naturę, podobnie jak starożytni astronomowie-astrologowie. W ten sposób możemy poznać drobną część ich natury, jakby izolowaną od innych gwiazd, gdy przemawiają do nas i nieustannie nas wołają, interpretowane przez nasz umysł, intelekt i zmysły, według ludzkiej miary i ograniczone do naszej skończonej zdolności pojmowania i interakcji między nami a światem.

Tłumaczenie Scotta Gosnella jest doskonałe, oddając istotę dojrzałej i w pełni rozwiniętej filozofii kosmicznej. W tej filozofii gwiazdy posiadają różnorodne natury, z których każda wpływa na pozostałe w wielkiej kosmicznej symfonii. Ich wpływ rozciąga się poprzez promienie docierające do Ziemi, w harmonii z planetami, luminarzami i ich sferami. Daleka od bycia naiwną, ta filozofia jest owocem głębokiej kontemplacji — zrodzonej z obserwacji gwiazd przez Wielkiego Arabskiego polimata z Bagdadu, który napisał ponad 300 dzieł w różnych dziedzinach.

Jedną z najbardziej przekonujących definicji mikroświata, jakie spotkałem, znajduje się w De Radiis. Stwierdza ona: „Człowiek, zatem, proporcjonalnie do swojego istnienia, powstaje jak świat dla samego siebie. I tak, jest światem mniejszym i mówi się, że otrzymał moc wywoływania ruchu w odpowiednim materiale poprzez swoje dzieła, tak jak świat czynił, jednakże z uprzednią wyobraźnią, intencją i wiarą w duszę człowieka.”

Al-Kindi trzyma się tradycji arystotelesowskiej, w której wiedza pochodzi ze zmysłów i umysłu — bodźce wewnętrzne i zewnętrzne kształtują nasze postrzeganie świata. Pogląd ten pozostawał w dużej mierze niekwestionowany przez wieki, nawet w czasach nowożytnych. Jednak ja pragnę zakwestionować ten paradygmat, proponując istnienie siódmej bramy — wejścia dla bodźców od duchów, mocy, sił i dusz. Bodźce te docierają poprzez zmysł duchowy, następnie przetwarzane przez umysł, intuicję i zmysły. Proces ten pozwala empirycznie uchwycić auto-phaneia Boskości, umożliwiając jej zobaczenie, odczucie, poczucie, zrozumienie, interpretację i komunikację.

W moich badaniach nad naturami gwiazd wszedłem w stan odbiorczy, postrzegając je jako wielkich Bogów i Boginie — nie-ludzkie intelekty ucieleśniające żywe siły na poziomie metafizycznym. Każda gwiazda pozostawiła na mnie unikalne wrażenie: Alkaid w Wielkiej Niedźwiedzicy przywoływał zimną, nekromantyczną, niezamieszkaną strefę o cechach saturniczno-plutonicznych, podczas gdy Alfa Lyra (Wega) sugerowała wpływ wodny, Merkurego i Marsa, jakby zamieszkiwana przez wysoką kapłańską kastę jakiejś odległej rasy, czy cielesną, czy duchową? Theta Tauri w Hyadach jawiła się jako strefa podobna do Marsa, gorąca i sucha — miejsce śmierci i surowej, melancholijnej saturnicznej rozpaczy.

Wielki Mistrz Al-Kindi potwierdził moje intuicje i badania, rozwiewając wiele wątpliwości i oczyszczając zwierciadło mojego rozumienia.

Zuhal Neu, Czarny Człowiek z Saturna: Zieleń Thanatosa, Purpura Anty-Świata

Niedługo przed wojną ligi Cambrai, podczas karnawału, na bal maskowy w Wenecji wtargnął morderca. Gdy wszyscy, w pijaństwie i szaleństwach, tańczyli, co jakiś czas uśmiercał człowieka sztyletem, a następnie, udając, że z nim tańczy, zrzucał go w niewidoczne, ciemne miejsce. W końcu ktoś zauważył zwłoki. Podniosła się wrzawa, ludzie spanikowali, zaczęli biegać w maskach, a morderca grasował dalej, zabijając ludzi w popłochu. Ktoś krzyknął, że jest kolejny trup. Mężczyźni na oślep dobyli broni i zaczęli walczyć z innymi osobami w maskach. W międzyczasie morderca wycofał się z balu.

Nazajutrz wszyscy stanęli przed sądem. Sędzia przepytywał po kolei świadków, którzy byli też oskarżonymi. Wśród wzajemnych podejrzeń każdy chciał zrzucić winę na kogoś innego, siejąc plotki i przypuszczenia. W końcu znalazła się osoba, która powiedziała, że widziała mordercę, jednak nie może go wskazać; pamięta jedynie, jaką miał maskę. Inna osoba to potwierdziła, z fanatycznym przekonaniem.

Tak się składało, że podobną maskę miała młoda dziewczyna, która nie mogła dokonać morderstwa. Podejrzenia padły więc na osobę, która mówiła, że widziała morderczą maskę. Coraz więcej osób twierdziło, że to ona jest mordercą. Osoba ta została stracona przez powieszenie, a wszyscy pozostali zostali zwolnieni w ogólnej wesołości, drżąc po tym, jak kamień spadł im z serca.

W międzyczasie morderca odwiedził wisielca w nocy, w swojej masce. Szeptem powiedział: — Noś swą maskę z godnością, nigdy nie wskazuj na inną, zmieniaj swoje często, nie daj się uchwycić. Skrywając tajemnice, gdy je znasz, nigdy ich nie zdradzaj. Gdy się zdradzisz, udawaj, że nie wiesz. Wybieraj, co, komu, jak i gdzie mówisz. Pamiętaj, że najlepszą obroną przed zdradą jest brak powierzenia siebie osobom niepowołanym. Gdybyś był mądrzejszy, wiedziałbyś, jak mnie wskazać. Ukradłem maskę, którą nosiła dziewczyna — była moją kochanką.

Związał małą szmacianą laleczkę przy wisielcu i, uśmiechając się perfidnie, dodał: — Twoja zemsta nie należy już do ciebie. Spoczywaj w pokoju w lesie zmarłych, nie kłopocz się na ziemi, niewiniątko.
Następnie założył wisielcowi maskę i odszedł.

Z polowaniem na realizację prawda jest podobna do szukania mordercy — jeżeli ktoś spodziewa się, że wszystko będzie mu podane na tacy, a nie potrafi z poszlak, dowodów i drobnych wskazówek wywnioskować, jak ma postępować, aby odnaleźć się w objęciach Alethei, jest marnym śledczym i fatalnym filozofem.

Bezlitosny, zimny, przenikliwy wzrok Czarnego Człowieka z Saturna. Kiedy Ja — on — obserwowaliśmy ostatnie tchnienie mnie i jej w objęciach, pełni miłości, czułem, że tęsknił za tym momentem, ale nie mógł. Obserwował nici losów. Kiedy wiedźma inwokowała, unosząc nad sobą czaszkę Barana, patrzył na nią zimno, z ideą, która wniknęła głęboko w jej przeznaczenie. Gdy marzył o splocie węży między nimi, powstała abominacja: dwugłowa postać, czaszka jelenia i czaszka barana, humanoidalna sylwetka. Lecz była to jedynie resztka ich miłości, wpleciona w czas poza czasem.

Obserwując losy i sploty świata, nie czuł się ani pusty, ani pełny; był skorupą, ale okrutnie kompletną, z duchem splątanym w czerni. Z inklinacją do rzadkich, wzniosłych chwil zatrzymywał się na moment, by potem wędrować dalej. Widział człowieka w desperacji i bólu tak głębokim, że nie zapełniłby oceanu; widział kobietę rozerwaną agonii, której tkanka świata czuła każdy drgający skurcz. Największe szczęście, najgłębsze emocje nie inspirowały w nim nic — po prostu je obserwował, bez smutku, bez zadowolenia, z wdziękiem i świeżą ciekawością małego chłopca. Na imię było mu Fuomo. Fu w chińskim oznaczało punkt zwrotny, zmarnowany lub wykorzystany potencjał. Omo w enochiańskim oznaczało prawdę. Był jednak małym, harpokratycznym chłopcem.

Nie był ani okrutny, ani benewolentny; był pozytywnie zainspirowany do egzystencjalnego i boskiego. Odseparowane losy, wplecione tu i tam w dziwnej, nielinearnie regulowanej harmonii — mechanizmy nie były robotyczne, lecz taktyczne, z cięciami, szlifami, estetycznymi przebłyskami zrozumienia. Czasem był stary, melancholijnie powstrzymany, podróżował na ogromnym czarnym koniu frygijskim, którego niegdyś podarowała mu szlachetna para — saturnalne wampiry. Nigdy nie podziwiał swoich dzieł, ani nie szukał uznania. Nie oczekiwał wdzięczności, ani nie gardził niewdzięcznością. Nie był ani zadowolony, ani zniesmaczony; pozostawał bezstronny wobec inwokacji swojej pieczęci, reagując jedynie zimnym zrozumieniem. Był Saturnicznym Pustelnikiem.

Święta głowa, pełna dziwnej świętości — nie upadłej, nie wywyższonej, ani w locie, ani w upadku. Kto kiedyś splótł przeznaczenia, gdy był jeszcze żyjącym człowiekiem na Ziemi? Jaki udział otrzymał w losach świata? Wszystko to było wyciszone, bez pytań, z odpowiedziami, które nie miały znaczenia ani wydźwięku — jeszcze za jego życia. Ani nie być niczym w nie-czasie, ani w nie-przestrzeni, ani w nie-człowieku. Nie kontemplował nawet siebie, a potworność czującego człowieka z duszą stała się jego szatami. Kto pisał, że prawdziwe anioły są potworne dla człowieka? Ich piękno jest zbyt gorące, ich oczy — kosmiczne przestrzenie pustki, skrzydła spowite dziwnym, świętym ogniem.

Bliskość była wyobrażona, lecz praktykowana; śmiertelnik adoruje Bogów, jak Słońce i Faraon uderzający biczem proch. Czarny Człowiek, pośród Słońca i planet, spojrzał w dół na Ziemię z Księżyca, niezauważony przez nikogo. Tkał losy, aby ocalić — mimo wszystko — to okrutne przedsięwzięcie, jakby próbował wskrzesić kogoś, kogo kochał, ale bez pasji agonii straty, bez żałosnego jęku, którego nie dało się powstrzymać. Z zimną, mechaniczną afirmacją, niczym lekarz, który kiedyś pełen współczucia utracił odczucia, stał się zbieraczem chorób i zwłok, ratując życie poprzez pustkę — tkał, działał, ratował.

Gdyby w pełni zrozumiał swoje życie, zestawił jego zawartość z bólem i rozerwaną duszą, cichymi postanowieniami, okultacją astralistycznych konstelacji i uszkodzoną chęcią niszczenia, doświadczeń, może znalazłby wypełnienie oddechem płynącym przez gardło, napełniony pustym, postnym logosem, który potem zamieniłby się w głaz, w śpiączkę trupa, który nie może umrzeć. To ma nadejść. Lepiej nie wiedzieć. Cóż innego pozostaje — pocieszenie w świecie, który zawodzi.

Misteria Hekate: W obronie Wettiusza Agoriusza Pretekstata i Pauli

Poezja pośmiertna ku czci Wettiusza Agoriusza Pretekstata (310/320–384), być może oparta na mowie pogrzebowej wygłoszonej przez jego żonę, Fabię Akonię Paulinę, podkreślała jego cnoty, wiedzę, filozofię, misteria, a także ethos — ideał życia małżeńskiego w późnej starożytności wśród arystokracji (pogan). Pretekstat często bywa wspominany obok Kwintusa Aureliusza Symmacha i Nikomacha Flawiana, rozumiany jako duchowy przywódca, siła jednocząca pogańskich senatorów IV wieku. Symmachus, jak i lud, darzyli go wielkim szacunkiem i miłością.

Ammian Marcellin, słynący z krytyki moralności senatorskiej, pisał, że Pretekstat odznaczał się wielką szlachetnością i starożytną, tradycyjną godnością. Makrobiusz w Saturnaliach, ostatnim tchnieniu gasnącej starożytności, stawia go na czele awangardy senatorskiej. Był człowiekiem oddanym literaturze, filozofii i misteriom. W roku 384 Pretekstat został mianowany konsulem, lecz niestety zmarł w roku następnym, tuż przed nowym rokiem.

Cały Rzym opłakiwał jego śmierć. Był pontyfikiem Westalek, a po jego śmierci Symmachus, jako prefekt Rzymu, sprzeciwił się pragnieniu Westalek, aby wznieść Pretekstatowi pomnik, gdyż było to sprzeczne z protokołem religijnym. Jednak przewodnicząca Westalek, Coelia Konkordia, zwyciężyła.

Postać tę można umieścić w przytłaczającej wyższości nad podłym atakiem św. Hieronima, który w jednym ze swoich żałosnych listów przeciwstawił się laudatio funebris Pauliny paszkwilanckim pismem, mówiąc: „Teraz, gdy umarł, nie dotarł do niebiańskich pałaców, jak udawała jego żałosna wdowa, lecz został strącony w odrażające ciemności.”

W ten sposób sprzeciwiał się pogańskiej nieśmiertelności, próbując „ukraść niebo” dla fanatyków sekty Galilejczyków, czyli chrześcijan. W liście do chrześcijańskich kobiet, Lei i innej Pauli, Hieronim, w typowej dla chrześcijan wulgarnym odwróceniu, dokonał prostego aktu: oczernienia przeciwnika (diabole), odwrócenia znaczeń, przeinaczenia i wywyższenia własnej grupy ponad wszystkie inne.

Pogańskie cnoty Pauliny i Pretekstata przewyższały cnoty chrześcijan, lecz — jak w każdym ataku chrześcijańskim — treść nie miała znaczenia, tylko to, kto ją firmował. Jeśli dobro było kojarzone z pogaństwem, w oczach Galilejczyków należało zmienić nazewnictwo, zbezcześcić je, a następnie naśladować, podpisując je religią żydowskiego boga — bez względu na wielki koszt dla uczestników oraz na szkodę dla dobra wspólnego.

Paulina nie była „zwyczajną” kobietą; była kapłanką wtajemniczoną w misteria eleuzyńskie, misteria lernejskie (Laerna), misteria Dionizosa i Demeter, a także w kulty Izydy (Isiaca), Hekate (Hierophantria) i Wielkiej Matki (Taurabioliata). W tych obrzędach Pretekstat występował jako świadek przed bóstwami, uczył ją rytuałów, teologii kultów i przygotowywał do godnego, wartościowego wtajemniczenia.

Hekate znana jest przede wszystkim jako patronka czarownic i czarowników (praktykujących goetię), lecz często pomija się fakt, że jest to tylko jeden z jej aspektów — mianowicie physis. Physis rozumiane jest nie tylko jako materia, lecz także jako chtoniczny, plutoniczny, podziemny, cienisty aspekt ziemskich, planetarnych, lunarnych i kosmicznych otchłani piekieł.

Historycznie, ten aspekt był akcentowany w starożytności, aż do ewolucji Hekate jako bogini neoplatońskiej, która w Wyroczniach chaldejskich Juliana Teurga występuje jako instruktorka wraz z Apollonem, jako Anima Mundi, dusza świata w trójdzielnym aspekcie Epipurgidii (epitet Hekate oznaczający: na wieży, w bastionie) — wieży, osi świata, która napełnia swoją obecnością nie tylko świat physis, ale także etery i boski, transcendentny ogień. Można go porównać do trzeciego świata teletarchicznego — licząc od Proteusza-Monady przez drugi wszechświat teletarchiczny, aż do świata poza słońcami, Eonów, Hyperiona, poniżej których znajdują się zjawiska świata stworzonego, którego widzialną manifestacją w układzie słonecznym jest Helios. Doskonale opisuje to Teologia arytmetyki Jamblicha.

Pośrednikiem między światami w teurgii neoplatońskiej jest Hermanubis — synkretyczny, hellenistyczno-egipska hybryda łączący dwie potężne siły w jedno spoiwo, skoncentrowane w tej formie. Dlatego będziemy traktować Hekate jako duszę świata, która w Wyroczniach chaldejskich odgrywa rolę soteriologiczną, a także kosmogoniczną, generatywną, wcielającą wszystkie dusze we wszechświecie.

Przedstawiano ją w dziełach masońskich, zakamuflowaną jako trzy zające biegnące wokół siebie na kościołach i katedrach, często mylone z chrześcijańską Trójcą — taki kamuflaż był konieczny od V–VI wieku, gdy posągi Hekate niszczono. Profanację tę zapoczątkował „św.” Jan Apokaliptyk — prześladujący kult Artemidy, atakujący świątynie Artemidy-Drakainy (formy Hekate), jak również dręczący i prześladujący oraz nakazujący mordy kapłanów i kapłanek, jej oddanych wtajemniczonych.

W istocie tekst św. Jana Apokaliptyka był wymierzony w Artemidę (wielką nierządnicę) i smoka Artemidy-Drakainy (który był jej chtonicznym symbolem w aspekcie physis), a także w cesarza Dioklecjana. Zasięg tej narracji przetrwał Dioklecjana, a żydowska apokaliptyka przeciw Rzymianom została przeniesiona do chrześcijańskich fantazji o końcu świata, obecnych nawet w dzisiejszych millenarystycznych kultach chrześcijańskich fundamentalistów.

Hekate została zastąpiona na rozstajach i skrzyżowaniach jako bogini losów, liminalna bogini granic, strzegąca wraz z lewantyńską Marią, matką Isy. Hekate była nie do zniesienia dla chrześcijan, pomimo to Hekate torowała sobie drogę przez wieki — właśnie te trzy goniące się zające symbolizują trzy fazy księżyca, a także trójdzielny podział duszy świata Hekate. Ponieważ dusze uciekały ze świata physis (materii), pierwszym przystankiem była Selene, która w staroattyckiej grece oznaczała „wyspę błogosławionych”. Trzeba było wyrwać się z żelaznego uścisku chtonicznych psów i gwałtownych demonicznych ras Hekate Physis, podczas gdy łuk Artemidy symbolizował „harmonię pomiędzy napięciami w opozycji” za De Anthro Nympharum mistrza Porfiriusza — doskonale zrównoważoną naturę i duszę dostrojoną do błogosławionego skoku, a strzała była duszą mistrza lub mistrzyni, szybującą ku wyższym, niebiańskim sferom.

Co więcej, siedem głów „smoka Artemidy” symbolizowało siedem koron planet w porządku chaldejskim, a zdobycie tych koron czy dostrojenie swej natury jako Vir Unus, człowieka pełnego miarą natury, natury boskiej i harmonii astromagicznego układu słonecznego, symbolicznie i soteriologicznie otwierało drogę do królestw wielkich cykli i eonów gwiezdnych. Tak więc „bestia” to człowiek wywyższony, Dei Therion to bestia Boga Słońca, a „nierządnica” — przewrotnie — to boska kobieta, Aerotomis, ta, która przecina sfery niebieskie strzałą, poprzez powietrze eterów.

Hekate była dalej definiowana jako Hekate/Rhea — co ciekawe, Rea była towarzyszką i konkubiną Saturna, jako Rhea-Ops, czyli ziemia, generatywna Pani czasu, władczyni „Olimpu”, co w sensie orfickim (według papirusów z Derveni) oznaczało „Czas”. W wierzeniach mitraickich Mitra oznaczał energie solarne, ale także kastrację Niebios przez Saturna-Kronosa, aby rozsiać go po świecie, jako „najwyższej” chaldejskiej planety władców układu słonecznego, eonicznych cykli czasu, które w koniunkcji Słońce–Saturn miały również dziwną zbieżność z kultem Ozyrysa-Serapisa-Oriona-Abraxasa. Dusza Hekate, dusza świata, stanowi podstawę proporcji matematycznych i harmonii kosmicznej, ponieważ jest złożona z podobieństwa, różnicy i istnienia; jest logiczna, posiada boskie i wieczne źródło rozumnego życia, jest koroną generacji współ-rozumianych światów, bytów wiecznych, obdarzonych rozumem i harmonią, jako byt samowystarczalny, „zawijający się wokół siebie”, oplatany wężem Kronosa, Erebosem czasu. 

— Tribunus Militum Honoris Causa, Mitraicki Lew 4°= 7°, ukoronowany Tyrsą, Kaduceuszem, adoptowany przez Nieba.

Bibliografia:

I. Kahlos, M 1994, „Fabia Aconia Paulina and the death of Praetextatus: rhetoric and ideals in late antiquity (CIL VI 1779)”, Arctos: Acta Philologica Fennica, t. 28, s. 13–25.
II. Johnston Sarah Iles. 1990. Hekate Soteira: A Study of Hekate’s Roles in the III. Chaldean Oracles and Related Literature. Atlanta, GA: Scholars Press.

„Bo tak” — Mowa napisana i wygłoszona między 12:10 a 13:14, 15/09/2025 CET

Dziesiątki tysięcy decyzji. Niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas, rozwścieczając ukryte zakątki świata, ponieważ zabłysnąłeś i przyciągnąłeś zbyt wiele uwagi pośród przeciętności tłumu, zająłeś wyzwoleńcze stanowisko wśród niewolników nieświadomych swojej niewoli. Obiektywnie najlepsze decyzje, jakie byliśmy w stanie podjąć w danym czasie, w takich a takich okolicznościach. Jest kwestia odporności. Ile razy można zostać zmiażdżonym i doprowadzonym do szaleństwa przez „drugą stronę” z powodów politycznych, religijnych, z czystej złośliwości i „bo tak, mały draniu”, i wyjść z tego triumfalnie, albo przynajmniej jak zbity pies, ledwo trzymając się na powierzchni, by przeżyć kolejny dzień. Niewidzialne wojny, śmiertelnicy kroczą pomiędzy, nieświadomi siebie, własnego życia i własnej wojny, trzeba obchodzić ich, rodzinę, znajomych i dostosować się do ich ignorancji, bo jedno wypowiedziane słowo ich zrazi albo pośle cię prosto w ramiona psychiatrii.

Ile razy ktoś słuchał? Miałem kilku przyjaciół, którzy słuchali otwarcie, bez uprzedzeń, i zgadzali się: „człowieku, zostałeś wydymany, ale co mamy zrobić? Jesteśmy bardziej bezradni niż ty w twoich własnych wojnach”. Przyjaźń wystarczyła, synteza ludzkiego rezonansu. Zsuwając się do piekieł, myślisz, że bigoteryjny idiota z misją, przechodnie, nie uznają twojej tragedii za demonstracyjny pokaz swojej małostkowości, by napiętnować cię jako „bluźniercę”, który jest oderwany od ich rozumienia ich sytuacji? Nawet te szkodniki mają swoje własne życie, po tym, jak wyrządzą szkody głupotą, nic nie zyskując, wycofają się do bezpiecznych kokonów swojej głupoty. Czym wybrukowane są piekła? Złamanymi życiami, które nie doczekały się sprawiedliwości, dziesiątkami tysięcy walk, które nie znalazły ukojenia w wygraniu ani jednej z nich.

Potem wkracza prostota, wszystkie wyrafinowane konteksty, intelektualne rozumienia, świadome swojego upadku, „dlaczego i jak”, domagają się decyzji, czy być niszczycielem ignoranckich żyć, czy też przezwyciężyć je jak zbity pies, opluty przez społeczeństwo, które jako pierwsze skrytykowało z jakąkolwiek wiedzą lub wglądem nasze decyzje, naszą siłę, naszą determinację, naszą wojnę. Jamblich napisał kiedyś w swoich listach: „Wielkie natury, zwrócone ku złu, są największą zgubą samą w sobie i wszystkim, podobnie wielkie przedsięwzięcia, zwrócone ku złu, tworzą katastrofy”. Ponieważ w każdej wielkości tkwi ziarno ciemności i zniszczenia, które pośmiertnie interpretowane jest jako „druga strona”, umarli rządzą żywymi w ich zapomnieniu. Uprość zło, uprość zniszczenie, uprość tworzenie, uprość nienawiść i wstręt, zachowaj perfidię i inteligencję ponad wszystko, aby proste przekleństwo uczynić sztuką. Uprość dobroczynność, uprość czynne współczucie, uprość pokonywanie, aby proste błogosławieństwo uczynić sztuką.

Oto stoję, kiedyś nazywano mnie tytanem, moje subiektywne życie zobiektywizowane w pewnej zapowiedzi tradycji Bogów, których wyznaję, dla społeczeństwa jestem zaledwie prekariotem, cytując Senekę: „nikt nie wie, czy się naprawdę narodził”. Trzymaj wodze i galopuj przez tę nędzę, aż wyjdziesz na ulice, zamiatając kurz swoich ziemskich ksiąg, rzucając przechodniom spojrzenie pełne poważnego zrozumienia, którego i tak nigdy nie widzą, a tym bardziej nie rozumieją, ich płytkość nie pozwala spojrzeć poza czubek własnego nosa, nigdy nie twierdzili, że mają głębokie życia, które wymagają intuicyjnego zrozumienia losu innych. Co jeszcze istnieje? Niezwyciężone życie, mimo wszystko opanowane, gdy patrzymy z tęsknotą, by odejść z tej krwawej bitwy cielesnej skorupy do następnego świata, życia pozagrobowego, gdy nasze wspomnienia z tego życia bledną w zapomnieniu.

Kto będzie tam, by pisać nasze próżne biografie? Archiwiści? Nie budzi to nawet naszego własnego zainteresowania, a najmniej zainteresowania innych, a ostatecznie — po co? Kolejna kropla krwi przelana jest w Graalu, gdy odmówiono nam życia, gdy nosimy nasze korony z namysłem: Cesarz wystawiony na tłum, mający status tłumu, zostanie rozszarpany na strzępy przez ręce krzyczące: „Jesteście tacy jak my, nie jesteście lepsi od nas, jesteście gorsi od nas, dlaczego wy?”, podczas gdy nikczemny idiota wystawiony na tłum, mający status cesarza, będzie czczony jak bóg. To kwestia percepcji, punktu widzenia i odpowiedzialności patrzącego.

Pocieszeniem jest to, że niektóre wcielone wartości pozostają uznawane przez bogów, niektóre wojny toczone niewidzialnie są znane Boginiom, więc zachowajmy milczenie w odniesieniu do większości naszych historii i z bogactwa doświadczeń podzielmy się tym, co niezbędne z milczącą publicznością, która dawno opuściła teatr, podczas gdy my stoimy na scenie, rozmawiając z cieniami, a nasza czaszka delikatnie zawisa w dłoni.

Teorie Magii: Nekrodous, Czarna Podróż. Teorie Śmierci, Pośmierci, Inter-zony i Transmigracji

Natura jest alegorią wyższych praw niepodzielnego świata.

„Boskość nie przeczy naturze” 
— Porfiriusz Malchus


Chciałbym tutaj ujawnić niektóre tajemnice śmierci oraz wędrówek dusz, ich podróży i narodzin w wielu światach. Wiedzę czerpię z uważnej obserwacji zarówno świeżo zmarłych, którzy przychodzili do mnie szukać rozwiązania swoich problemów, jak i martwych, czarnych dusz oraz dusz eterycznych, które pozostały w Aethyrze. Moje środki i metody obserwacji obejmowały jasnowidzenie, w tym widzenie zmarłych, a także pewną interakcję z nimi. Przede wszystkim chciałbym przedstawić moje pojmowanie życia i śmierci. Przypomina ono orficką maksymę: „Bios, Thanatos, Bios” — istnieje cykl życia i śmierci, lecz z innej perspektywy jest to jedynie ciągłość egzystencjalnych i ontologicznych nici utkanych w tkaninę świata, które przekraczają oba pojęcia. Nic naprawdę nie umiera, nic naprawdę nie rodzi się, wszystko pojawia się na nowo w wielkich cyklach samsarycznych.

Poza bestiariuszami świata, królestwa Thanatosa można podzielić na wiele sfer, podobnie jak światy chtoniczne, plutoniczne i czarne demoniczne można podzielić na liczne podświaty. Aby oddać sprawiedliwość wszystkim eterycznym istotom niewspomnianym tutaj, skupię się jedynie na ludzkiej śmierci, ludzkiej transmigracji i po prostu wykluczę wszystkie inne światy włączone w ten proces dla precyzji. Ta perspektywa skoncentrowana na człowieku nie powinna być uważana za jedyną. Interakcja ze zwierzętami, duchami, zmarłymi, demonami, żywiołakami, aniołami, daimonami, oczyszczonymi duszami, bohaterami, półbogami i bóstwami (model ten ma wyłącznie charakter referencyjny) jest niezbędnym doświadczeniem, by pojąć większość świata, który zwykle wymyka się percepcji skoncentrowanej na człowieku.

Chciałbym zacząć od kilku zasad, aby łatwiej było odnaleźć się w późniejszym rozumieniu:

I. Indywidualna świadomość, umysł egzystencjalny, zindywidualizowane genii są zasiedlane przez niepodzielny świat, który funkcjonuje jak kategoria w tym świecie.
II. Każda funkcjonalna dusza, a może być ich kilka, wyspecjalizowanych w różnych celach dla danej jednostki, jest wynikiem ewolucyjnych przemian niepodzielnego świata na skali błysków zdarzeń w czasie; jej polifunkcjonalność podporządkowuje się prawom rejestrów świata, z którymi jest strojona w syntezie i symfonii. Historia dusz związana jest z ich transformacją, a dusze ludzkie ewoluowały z dusz zwierzęcych w wielkiej transmigracji i metempsychozie. Jednak dusze ludzkie podporządkowują się innym prawom ze względu na symboliczny, autorefleksyjny aparat poznawczy, który kształtuje duszę wobec operacji poznawczych, afektywnych, karmicznych, psychicznych i gimnosoficznych magicznych, które posiada ludzki agregat. Interfejsy kontaktu ze światem — sensoryczne, poznawczo-afektywne, mentalne, pneumatyczne i okultystyczne, procesy psycho-pneumatyczne, psychosomatyczne i fizjologiczne — powodują, że pierwotna składnia emocjonalno-poznawczych odcisków, alchemiczno-magicznch transformacji różni się od zwierząt, które wyspecjalizowane są w innych rodzajach dynamiki pochodzącej z natury. Zwierzęta posiadają dusze, ale działają zgodnie ze swoją wewnętrzną naturą i karmą, ich skłonnościami; kiedy są przenoszone do sfer pneumatycznych, prawa są podobne, ale dynamika jest inna.
III. Prawa fizycznego, obiektywnego wszechświata są kategorią praw niepodzielnego wszechświata. Stworzenie teorii wszystkiego w oparciu o te prawa wykracza poza możliwości jego kategorii. Innymi słowy, jedynie świat inteligibilny jest całkowicie zrozumiały i rozumiany przez samego siebie.
IV. W wszechświecie działają głębokie i okultystyczne prawa, o których filozofom się nie śniło. Zarówno światy fizyczne, jak i eteryczne podporządkowują się tym prawom. Odkrycie i wydobycie tych praw w celu osiągnięcia mądrości i prawdy jest zadaniem filozofa, implementacja ich w sobie jest zadaniem Hermetyka, a działanie w trybie pasywnym i aktywnym jest zadaniem hypofanta i magoi.
V. Istnieje życie po śmierci, które odpowiada niepodzielnej całości, a pytanie o losy ludzi oferuje wiele odpowiedzi zależnych od:

Formy sporulacyjnej, tj. które części duszy pozostają, które się syntetyzują i synchronizują, które ulegają rozpadowi, jak zachodzi indywidualizacja, ponieważ nawet wielkie, silne dusze (Ka) bogów nie są nieśmiertelne, trwają tysiące lat, a mimo to podlegają przemianom jak wszystko w tym świecie.

Biopsychologicznych odcisków, maszyny genetycznej, socjalizacji w naturze, społeczeństwie, cywilizacjach, religii, systemie wartości, tabu, sferze świętej i profanum, wierzeniach, fundamentach umysłu, karmie, oneirokracji lub — mówiąc całościowo — psychofizjomagicznym „homunculusie”, który powstaje ze śmiercią i utylizacją ciała (organiczne ciało zachowuje pewne „wspomnienia” żywego organizmu, dlatego niektórzy nekromanci i nieetyczni grabarze oddają się temu zajęciu, które przynosi więcej kłopotów ze cieniami, eidolami, simulacrami i duszami zmarłych niż korzyści).

Strojenia umysłu, intelektu, żywej duszy-serca (Kheper, symbolizowanego w Khemetyzmie przez skarabeusza w trakcie operacji ofickich z Ka, skrzydlata dusza-serce) do częstotliwości, rejestracji lub kanałów określonego świata (przykłady podane na końcu).

Konsolidacji dusz jednego śmiertelnika w proporcjonalne całości, ich harmonicznych interwałów, separacji, rozróżnienia, jedności, fuzji — tj. część duchowego aparatu śmiertelnika może być przeniesiona, zinterpretowana (narodzona) w innym miejscu niż inna funkcjonalna dusza człowieka. Przykład: cień (khaibit) może rezydować w krainie śmierci i posiadać ziemię żywych, miejsca, domy, podczas gdy dusza biologiczna odradza się w zwierzęciu, a duch przyjmuje postać Agathosdaimona z Hadesowego Aethyru. Umiejętność synchronizacji wszystkich komponentów w unisonie jest rzadka, ale powinna być osiągnięta za życia. Niektóre komponenty są niedorozwinięte u niektórych osób lub nigdy się nie rozwijają, ale poczucie „elitaryzmu” powinno być całkowicie odrzucone, ponieważ każda istota moralna ma potencjał do rozwijania różnych funkcjonalnych dusz we własnym tempie, jeśli jest odpowiednio kierowana przez różne operacje okultystyczne. W ten sposób unikamy systemu kastowego i błędnego determinizmu. Dusze często nie wybierają miejsca narodzin, lecz są wciągane w łono światów i bios; często zmuszane są do łona, paradygmat „lekcji na ziemi” jest fałszywy. Gra jest dużo głębsza i bezwzględna wobec tych, którzy zostają w tyle. Całość tendencji na ziemi i w chwili śmierci, jak również zmiany pośmiertne (Karma). Trudno zmienić karmę po śmierci, dlatego ogromne znaczenie ma praca nad przewyższeniem i kształtowaniem naszych Genii za życia.

Całość naszego ethosu, naszej natury w życiu (jaki mamy daimon, jakie genii).
Ukryte nici losu, pieczęcie na naszych duszach, które pośmiertnie wzmacniają lub osłabiają związki z określonymi światami. Przywiązania, które ucieleśniają przedmioty naszych przywiązań w pośmiertnych skłonnościach i związanych iluzorycznych światach. Ochrona, ocena, poparcie, pochwała lub uznanie przez bóstwa, które mogą pomóc w nawigacji w podziemiach i chronić przed złowrogimi światami, a także przywrócić (wyzwolić) do swoich światów, pokonując i łamiąc sigile kakodajmonicznych istot; psychopompy (przewodnicy dusz) mogą ułatwić podróż pośmiertną.

Pośmiertne znaki rozpoznawcze, imiona, sigile, które pomagają w nawigacji, umożliwiają rozpoznanie, łańcuchowanie do określonych światów lub uwolnienie. Mogą być również odzyskiwane za życia, aby regresywnie identyfikować nas z wcześniejszymi żywymi osobami i kontynuować pracę w obecnym życiu.

Pośmiertne zadania lub silne przeznaczenia, które prowadzą nas w określoną sferę, świat, np. być rzuconym w określoną sferę planetarną jako duch-inteligencja tej sfery itp. Umiejętność nawigowania światami w sposób bezosobowy, zdystansowany i obiektywny, aby żaden z nich nie uwięził nas w swojej „rzeczywistości”; w przeciwnym razie ucieleśniamy przedmiot percepcji jako prawdę i zanikamy do prawdziwego świata. Umiejętność znalezienia „domu”, pośmiertnej telos rzeczywistości lub miejsca, w którym chcemy być. Indywidualna soteriologia, czyli zdolność osiągnięcia pośmiertnego stanu konieczności i woli po serii udanych inicjacji, aktów duchowych, magicznych i ceremonialnych. Prawo połączonego kalejdoskopu lub zdolność tworzenia kluczy (clavis) w duszy i świadomości, które otwierają wrota określonych światów i zwiększają możliwość odrodzenia w tych światach.

VI. Światy, w których możemy się odrodzić, mogą zawierać miliardy istot, złożonych w głębokie, skomplikowane figury geometryczne, które przechodzą entropiczne przemiany.


Zasada: Wszystkie światy są równoległe, nie wykluczają się wzajemnie, mogą znajdować się w różnych rejestrach lub kategoriach niepodzielnego świata, a ponieważ znajdują się w różnych kieszeniach entropii, mogą być dla siebie niewidzialne. Życie jest jedynym momentem rzeczywistości (Austin Osman Spare), większość chaosu innych światów otwiera się dopiero po śmierci i przypomina płynący sen, dopóki nie osiągnie się stabilności. Kto opanuje ten sen, jest jak nieśmiertelny. Im subtelniejszy świat, tym mniej ma wspólnego z naszym, tym większy wpływ wywiera na wszystkie inne. Z punktu widzenia istot w każdym z tych światów, ich własny świat jest tak samo realny, jak dla śmiertelnika, który śni realistyczny sen, nie zdając sobie sprawy, że śni.

VII. Co do „piekła”, jest to miejsce subiektywnego cierpienia, gdy świadoma dusza zostaje zrzucona lub odrodzona w nienaturalnym stanie, torturowana przez ból, terror, złudzenie, cierpienie, przywiązanie, niezaspokojone potrzeby życia; podobnie „niebo” jest subiektywnym doświadczeniem błogości, eudajmonii, przyjemnej. Oba stany są łańcuchami — jeden jest żelaznym łańcuchem złudzenia, drugi złotym łańcuchem realizacji. Osoba wyzwolona przekracza oba stany i może podróżować po tych krainach wedle woli, nie będąc w nich uwięzioną. Celem jest odrzucenie przywiązań i zdolność podróżowania przez światy, nie ucieleśniając przedmiotów tych iluzorycznych stanów.

Najpierw, przy zamkniętych oczach, w wymiarze zieleni Śmierci pojawiają się zwłoki, kości, zmarli w grymasach rozkładu, przekształcające się w zielonych wirach. Wkrótce wyłaniają się zaawansowane byty, przypominające mechaniczne elfy, jakby obserwowane w stanie spożycia DMT, zgodnie z raportami osób biorących te środki [Nota bene — Autor nigdy nie spożywał narkotyków, pracował nad naturalnymi umiejętnościami, rozwijając je przez metody utrwalając je poprzez praktykę, jest też przeciwnikiem syntetycznych wspomagaczy w magii, a także rekreacyjnego użycia substancji, które mogą zniszczyć umysł tak przecież potrzebny do operacji magicznych]. Wszystko zlewa się w wysoce entropijną, zaawansowaną strukturę, która ukazuje katedry Śmierci — olśniewająco piękne, o własnych poziomach złożoności i zamieszkujących je istotach. Czy wszystko jest geometrią? Nie. Umysł interpretuje w ten sposób platoniczne rzeczywistości; boskość geometryzuje, lecz nie daje ostatecznej odpowiedzi na naturę głębokiej rzeczywistości.

Szarada Azraila — Czym jest nieskończoność?

Czym jest nieskończoność? Posłaniec śmierci Saturna, Azrail, opętał pijaka i zapytał mnie kiedyś w Wilnie. On nie wierzył w jakiegoś dziwacznego Boga, ja też nie. Jeśli cię zapytają: „Czy istnieje bóg?” Odpowiedź: nie, to jest szczera odpowiedź. Jeśli zapytają cię: „Czy istnieje boskość?” Odpowiedz: tak, ale nigdy w taki sposób, jak sobie to wyobrażasz.

Kiedyś dałem mu doskonałą odpowiedź, znacznie później, ale potem zapomniałem, jakiej odpowiedzi udzieliłem. Ta moja odpowiedź jest jego własnością i jest darem mojej niepamiętności.

Jednak dla śmiertelnika nieskończoność jest wieloma rzeczami. To wyidealizowana nietrwałość, to, co uwieczniło się, jego wizja i tęsknota. To jest to, co kochał kochać, a co teraz odeszło i przeniknęło we śnie wspomnienia. To wszystko trwa dłużej niż jego życie, jak zdaje sobie sprawę na łożu śmierci. To czas poza początkiem i końcem, do którego nie może dotrzeć.

To zachwyt zamknięty w przebłysku zrozumienia. To wszechświat skurczony we wspaniałym rytuale, który może trwać sekundę. To zrozumiała, ciągła Hekatyczna dusza świata, której pieśń trwa. To głębia otchłani, która nie zna czasu, ani wydarzeń, ani formy.

To doskonała pustka pochłonięta swoją obecnością w afirmacji. To zmiana percepcji z konkretnego na gigantyczne. To szczery blask wtargnięcia czystych sił w życie śmiertelnika, przez co uczestniczy on w wielkich kosmicznych siłach ontologicznych, przewyższających wszystko, co może poznać lub zrozumieć. Jest to zarówno ciągła zmiana, jak i doskonały bezruch, bezruch w samym zawirowaniu zmian.

Thanateurgia, Thanatarchia


Wracałem do domu po odwiedzinach u znajomego. Zazwyczaj przesiadam się dwa razy po drodze. Słucham pijanych ludzi i cichych ludzi, rozmyślając o treści ich umysłów i odczuwaniu; gram w maskaradę anonimowości — ukryte życie niektórych jest płytkie i młode, innych zaś cienie słaniają się nad nimi grobowo, choć takich jest niezwykle rzadko. Butelki po piwie suną po podłodze autobusu, zostawiając rozchlapaną ścieżkę. Zwykle słucham muzyki, próbuję medytować lub angażuję się w dźwięczne rytuały, komunikując się ze sprzymierzonymi siłami. Młode kobiety szukają miłości, młodzi mężczyźni — seksu, albo odwrotnie. Mam sporo rzeczy do przemyślenia. Czuję się jak stary mistrz, choć mam ledwo 31 lat. Przez moment zamieram zgodnie ze swoją naturą — paternalnie, saturnalnie — wychodząc poza czas, rzeki Rei. Być może jest to narzucone przeze mnie samoświadomie, protekcjonalna sztywność, lecz bez krztyny rygoru — niekiedy naturalna, przywoływana, gdy jest niezbędna. Rodzaj kompensacji, by niczego nie czuć, bez wenusjańskich funkcji; czasem nienawidzę kobiet.

Nie jest to nic nowego. Herakles miał podobnie: misteria heraklejańskie dopuszczały do inicjacji tylko starców — w „Moraliach” Plutarcha wyczytałem, iż pewien młodzieniec dostąpił tego zaszczytu, lecz Afrodyta poplątała mu zmysły dla pewnej kobiety i ze wstydem musiał wycofać się z zaszczytów Heraklejów. Nici przyczynowości rozstrzygają się efektami naszych działań. Biorę efekty swoich czynów na drogę, starając się spleść je razem jako samotny śmiertelnik — bóg dołączający do orszaku Starszych Bóstw, do dzikich, pięknych łowów w apulejańskich metamorfozach. Isztar nam sprzyjała; na jednym zdjęciu, z pierwszego bodajże spotkania, wytłoczyła się jej fizjognomia. Wyglądała jak jej syn i kochanek — żeńska wersja Tammuza. W Akkadzie była znana jako łowczyni mężczyzn, wywoływała w nich mizoginię; czuję się przynajmniej w pewnej mierze usprawiedliwiony. Inna część mnie chce szlifować archontyczne prace w równowadze, nie w poddaństwie — choć kto wie, jakie losy pisane są zwykłym ludziom, jakim magom, a jakie astrologom, i kto wie, jakie tym, co wyzwolą się spod ich wpływu. Jednak to nie jest teraz tematem tej historii. Etos nakazuje współczucie — to siła równowagi i sprawiedliwości we wszechświecie, gdzie upadek wymaga wezwania. Są to siły, które ujawniają się jedynie przez współczucie: aktywne działanie, boddhisatwicznie zaangażowane w swój czyn. Współczucie zamiast wyrachowania, okrucieństwa i apodyktycznej wściekłości — tam, gdzie natura została zraniona, przezwyciężają.

Dotarłem na Dworzec Centralny w Warszawie i kupiłem kawę z automatu. Skręciłem papierosa, a potem stanąłem dwadzieścia metrów obok wyznaczonego miejsca do palenia. Przy tym drugim zwykle proszą o papierosy i kasę. Stałem tam nieraz, podejmując krótkie, wyrywkowe rozmowy z byłymi więźniami, złodziejami, bezdomnymi, podróżnymi, czasem z młodocianymi prostytutkami. Nagle, pośród tych wszystkich ludzi zajętych swoimi subiektywnymi kokonami życia, moja uwaga skupiła się na bezdomnym siedzącym na ławce przy przystanku autobusowym — nikt inny go nie zauważał. Zapytałem w myśli, przez tumult innych słów: „Czy powinienem zadzwonić po pogotowie, interweniować?” — Kiedyś to zrobiłem bez zastanowienia — dopowiedziałem. „Teraz patrz” — usłyszałem ciemny, potężny głos. Byłem tylko ja i ten bezdomny; czasem przechodzili ludzie, przerywając moją linię wzroku i koncentrację. Ludzie czasem się śmiali, czasem się na mnie gapili, byli dla mnie tak niewidzialni jak ten bezdomny, jednak notowałem w głowie każdy ruch, każdą myśl, najdrobniejszy szczegół.

Poczułem silny, czarny wiatr, który oplotł mnie ciężkimi, czarnymi skrzydłami. Pomyślałem: Azrail, stary przyjaciel. Skoncentrowaliśmy się razem; poprowadził mój wzrok w stronę centrum handlowego „Złote Tarasy” — przeszklenie było podświetlone zielonym neonem. Pomyślałem razem z nim: „To nie może być los tego człowieka, to niesprawiedliwe.” Ludzie zaczęli powoli gromadzić się wokół bezdomnego, sprawdzając, czy żyje; niektórzy szybko odchodzili, bojąc się, że tak jest naprawdę. Przyjechał autobus N72; przejeżdżając obok człowieka i tłumu, przeszedłem obok niego. Szybki gest nad jego twarzą, zamknięcie oczu — dwa obole dla Charona. Przejścia. Usiadłem w nocnym. Poczułem duszę tego człowieka: wykrzywioną brudem, odrażającą z biedoty. Poleciłem go lunarnym duszom — inwokacja, modlitwa, apel do lunarnych posłańców: „Przeprowadźcie go.” Przepytałem jego duszę. Znowu ciężki, czarny głos w głowie: „Jeżeli nie chcesz swojego życia, będzie żył w twoim ciele.” Zastanowiłem się, jakie miał życie wcześniej, wcześniej. Po jakimś czasie jego dusza ulotniła się. Autobus ruszył. Patrzyłem na zwłoki bezdomnego — z zakrwawioną nogą oplecioną szmatami i bandażami, ropiejącą. Wydawało mi się, że jego noga się poruszyła. Może jednak był żywy? Może jego dusza znów ożywiła ciało? Nie czułem się oszukany. Zrobiłem, co było moim zadaniem. Czarnoskrzydły przyjaciel Thanatosa — ucałowałem go w wyobraźni; zwykły gest.

Tango pamięci

Godot w swoim późnym dziewięćdziesiątym drugim roku życia siedział na wózku inwalidzkim w domu starców. Pielęgniarki okazjonalnie przechodziły obok, wymieniając się paroma słowami w sztywny sposób. Jego palec się poruszył, tik nerwowy. -”Dlaczego się poruszył?” — spytał cicho, niezwokalizowaną myślą, która zniknęła, zanim dotarła do jego świadomości.

Gdzieś nad jego głową pojawił się szaleńczy sztorm pamięci. Sceny poruszały się wstecz, ale nigdy nie złapały ani na chwilę jego uwagi. Jedno, rozmyte wspomnienie zatrzymało się na chwilę.

Scena, rozbłysk, było to sześćdziesiąt osiem lat temu. Biegła za nim, śmiejąc się i krzycząc: ”Zatrzymaj się idioto, kocham cię!”. Objął ją, ciesząc się, pocieszenie dla jego zmęczonego, styranego umysłu, który miał stać się ociężały sześćdziesiąt osiem lat później. Kolejna scena, niewypowiedziane rzeczy, suspens, gdy się rozstali. Jego palec znowu się lekko poruszył. Tik nerwowy. Lekko się uśmiechnął, na tyle, na ile mu pozwoliła wytrenowana kurtuazja. Po kurtuazji zostały tylko nieme nawyki, naśladownictwo mięśni. Rodzaj środka zaradczego, aby nie czuć bólu, pokonywanie cierpienia sztywnością, uprzejmością i wymuszonym uśmiechem. Nie czuł już wiele, patrzył na punkt na ścianie, który wciąż mu uciekał. Ponownie, sceny były zamrożone, czuł się jakby nie miał już ciała, tylko bezużyteczne zwłoki, do których cały czas był przykuty jego gasnący umysł. Jeżeli pustka byłaby dobrze zdefiniowana, ale pasywna, zmortyfikowana, byłoby to dokładnie to. W kącie oka zobaczył ludzki cień. Patrzył na niego chwilę. Cień wyszeptał: “To, to, to tamto, tik tak tok tik”.

Nie odpowiedział, uśmiechał się pusto, zapomniał o cieniu, o odpowiedzi, wymamrotał coś, co brzmiałoby kiedyś: “Nigdy nie bałem się niczego, nigdy mnie nie było, momenty jak te są wiecznością”. Jedyne, co przechodząca obok pielęgniarka usłyszała, to długie: “mmmm”, następujące kurczowe skinięcie głową dodało jej przekonania, że demencja dawno zebrała swoje żniwo. Widział przez chwilę jeszcze jedną rzecz, przyszłe wydarzenia na Ziemi, katastrofy. Saturnalny wiek, wiek wieszczów, jasnowidzów, gdy śmierć się zbliża, widać wszystko jak na dłoni, ale jest to już zbędne. Rewelacje te nie uchwyciły jednak jego uwagi, patrzył, jakby zahipnotyzowany, bez reakcji, w puste sceny. Ważniejszym było to, że chciał pójść do toalety. Nie mógł zawołać pielęgniarki, więc zmoczył się w pieluszkę. Przyjdzie później. Nie mógł o tym wiedzieć, ani być tego świadom, ale sprzątała po nim, zmieniając jego pieluszki raz po raz.

Ponowny szept, który próbował poruszyć jego zrozumienie: “Kiedyś ryczałeś jak lew, król o języku dumnej żmii, teraz wygasasz, mogłeś umrzeć młodo”. Nie zrozumiał tego, po prostu mrugnął znużony, kolejny tik nerwowy. “Ostatnią rzeczą, którą powiesz po śmierci, będzie zimny, zmęczony oddech” — cień próbował wywrzeć na nim wrażenie. „Jesteś bezużyteczny, zawsze byłeś, nawet nie rozumiesz, co do ciebie teraz mówię” — rzekł cień.

Godot zza swych zaśniedziałych, otulonych bielmem oczu odpowiedział głosem, który nie był jego: “Tobie podobni zdarli ze mnie wszystko, nigdy tego nie potrzebowałem. Dziękuję za wyzwolenie mnie z tych rzeczy, które były bez wartości. Bogowie wybudowali mi gwiezdny dom. Jestem już wolny. Z nią” Cień wzrósł w potężny gniew, zaciemnił cały pokój w domu starości, szepcząc “Przecież miałeś być z nami, wampiryczny upiór, nie możesz, po prostu nie możesz!”. Lecz szeptał do zmarłego ciała, szczątków Godota.

Lekcje nienasyconych intelektów: Nauka, sztuka? Wszechstronne zastosowanie zaawansowanych heurystyk w magii

Eureka! Czym jest heurystyka? W potocznym rozumieniu to reguła praktyczna — „rule of thumb”. Innymi słowy, jest to metoda dochodzenia do optymalnego rozwiązania, która nie jest doskonała. Nie jest definitywna, lecz przybliża wiele rzeczy. Kiedy zajmujemy się sztukami magicznymi, korzystamy z hipotetyczno-indukcyjno-dedukcyjnej metody. Znaczy to, że stawiamy hipotezę: coś może zadziałać, jeśli to zwizualizuję albo subtelnie zmaterializuję w myśli. Na przykład mała piramida. Projektujemy ją.

Udajemy, że ją widzimy — nieistotne, czy rzeczywiście; używam wyobraźni, by nadać jej energię. Energii psionicznej umysłu. Jeśli widzę lub czuję formę tej małej piramidy z magnetoreceptywnością, oznacza to, że pojawia się efekt. Moja hipoteza daje — można powiedzieć — daleko idącą indukcję: jeśli zrobię to, co zrobiłem teraz, osiągnę pewien rezultat. To hipoteza nieweryfikowalna, niefalsyfikowalna. Innymi słowy, jest czysto subiektywna, dopóki nie zobaczę efektów w realnym życiu albo subiektywnie nie odczuję eksperymentu.

Można to nazwać samonapędzającym się systemem wierzeń albo samospełniającą się przepowiednią. Jednak przy dostatecznym doświadczeniu potrafisz rozróżnić, co jest prawdziwe, a co nie. Gromadząc wiele takich zjawisk indukcyjnych i stawiając hipotezy, po uzyskaniu solidnego, ogólnego obrazu dynamiki praw i zasad działania magii, możesz dedukować z tego obrazu pewne szczegóły, które mogą działać albo nie.

Chcę zaznaczyć, że opisany test ogranicza się do bardzo brutalnych, wulgarnych operacji, nie do wysokiej magii, która jest subtelną sztuką wyuczonej magii. Nie można testować dokładnych efektów ani użyć metody naukowej do ich odtworzenia, ponieważ taka możliwość nie istnieje. Jeśli chcę użyć prostego testu, mogę powiedzieć, że jestem magnetoreceptywny i położyłem dłonie na płytce elektroprzewodzącej, jak kiedyś robiłem w Instytucie Kopernika w Warszawie, aby sprawdzić, czy potrafię kierować tę energię z lewej do prawej ręki. Był tam system pomiarowy, który rejestrował mikrowolty: gdy przesuwałem energię w prawo, wskazywało to kilka mikrovoltów w prawo; gdy w lewo — kilka mikrovoltów w lewo. To zostało zweryfikowane. Pokazywałem to kiedyś mojej byłej dziewczynie.

Brutalna (wulgarna) magia i wysoka magia to wielka różnica. Możesz powiedzieć, że buduję zamki na cienkich obłokach, wyimaginowane zamki — teraz mogę fantazjować. Jednak jeśli chodzi o wyższą sztukę magii, konieczne jest zbudowanie solidnego systemu theoria — praxis — interpretacja działania. Czasem efekty pojawiają się po miesiącach, latach; czasami nigdy ich nie doświadczasz, a mimo to w jakiś sposób działają — synchroniczność, związki acausalne i tym podobne. Dlatego postanowiłem podejść do magii modułowo. Tworzysz narzędzie, które jest modułem. Wizualizacja to moduł. Inwokacja to moduł. Ewokacja to moduł. Akt performatywny/ taniec rytualny to moduł. I jest różnica między aktem a aktem magicznym. Akt to coś, co wykonujesz — zwykłe działanie. Akt magiczny to przesunięcie hieroglifu percepcji, które obdarza go właściwościami magicznymi. Uświęcasz go, podobnie jak sakramenty — w starożytnej grece chodziło o coś położonego na intelekcie. Tajemnice, w które jesteś inicjowany, są sakramentami — pieczęciami na twoim umyśle, duszy, duchu i sercu. Zatem podejście modułowe do magii. Kiedy zbudujesz bibliotekę tych modułów, możesz stosować programowanie obiektowe podczas operacji magicznych. To nie jest ścisłe, bo nawet wyuczona magia jako nauka jest sztuką i wirtuozerią — nie da się jej całkowicie sprowadzić do nauki, ponieważ opiera się na złożonych systemach adaptacyjnych, układach chaotycznych itd. A jednak działa, jeśli nauczysz się ograniczać swoje operacje przez narzędzia, ustawienia, genius loci miejsca, różne byty czy wymiary — jakie środowisko wybierzesz do pracy. Na przykład hermetyczna alchemia, goecja czy teurgia to formy delimitacji technologii magicznej.

Natrafiłem kiedyś na bardzo dobry artykuł naukowy o heurystyce w „Księdze Przemian” i w jednym z tekstów sakralnych związanych z tym dziełem, napisanym w XVII wieku przez chińskiego uczonego (imię umknęło mi), było stwierdzenie, że akt wróżenia jest próbą wyizolowania wzoru spośród wielu wzorów — pewnego szczegółu, który może wskazywać, dzięki mądrości i intuicji, optymalne rozwiązania opisujące aktualny stan rzeczy. W ten sposób chciałem to ująć. Zainspirowany tym zacząłem studiować heurystykę — stąd „Eureka!” — i chciałbym wyjaśnić, jak heurystyka może być zastosowana w magii. Możemy wykorzystać pewne pomysły z metaheurystyki: jak zaprojektować system definiujący heurystyki albo konfiguracje dla rozwiązań optymalnych. Mamy tu pojęcie przepływu sterowania (control flow) — kolejności, w jakiej używa się różnych komponentów metaheurystyki — oraz optymalne poziomy różnych parametrów metaheurystyki. Akt jest modelem heurystycznym. To, co stoi za aktem, to metaheurystyka — gramatyka, struktura lub operator stojący za aktem. Manipulując poziomami metaheurystyk, zaczynasz myśleć abstrakcyjnie, co umożliwia operowanie wieloma narzędziami w modułowym systemie magii, o którym wspomniałem wcześniej.

Przepływ sterowania daje ci komponenty i parametry w określonej kolejności i formie. Jak wykonujesz operacje magiczne w umyśle — hierarchicznie, sekwencyjnie, liniowo, ciągłe, przerywane i tak dalej — oraz jak płynie przez proces, jak jest strukturyzowany, to wszystko jest bardzo ważne. W magii model hybrydowy metaheurystyk jest adaptacyjny: zawiera mechanizm modyfikacji swojej konfiguracji podczas wykonania. Magia jest aktem, procesem — więc w trakcie wykonania także ją konfigurujesz: decydujesz o parametryzacji i przepływie sterowania. To akt, który nieustannie zachodzi w ceremonii, rytuale czy życiu. Kolejna rzecz: wielopoziomowy algorytm metaheurystyczny to taki, którego konfiguracja jest zmieniana przez inną metaheurystykę. Na przykład, jeśli operujesz na poziomach metaheurystyk narzędzi magii, inny system współrzędnych — inna metaheurystyka, np. demon z innego wymiaru — może wejść ze swoimi heurystykami. To powoduje formę zakłócenia w twojej operacji. To właśnie czyni magię ciekawą. Jak wspomniałem — jest to sztuka; jest to hybrydowa metaheurystyka, łącząca kilka frameworków, które już wymieniłem. Stąd parametryzacja.

Jeśli zmienisz jeden warunek, jeden parametr w swojej metaheurystyce i modelu heurystycznym działania magii, nie ma takiej możliwości, by nie wpłynęło to na inne elementy. To bardzo złożony system i w zależności od tego, jak dobrze potrafisz operować parametrami, otrzymujesz efekty, które działają i są skuteczne, albo nie działają. W brutalnej, wulgarnej niskiej magii możesz uzyskać efekty widoczne: jeśli zwizualizuję serwitor i naładuję go energią khaibit (umbryczną), mogę zobaczyć latającego nietoperza — to pusty serwitor, któremu nie dano instrukcji do działania w eterach, „dummy” — i teraz go wymazuję. Kolejny istotny parametr to strojenie (tuning) parametrów adaptacyjnie „w locie”, czyli online. To interesująca koncepcja z metaheurystyk, jak GRASP — Greedy Randomized Adaptive Search Procedure. Innymi słowy, jeśli wprawisz coś w ruch (np. serwitor), przy każdej iteracji operacji wybiera ono najlepszy element z zestawu potencjalnych rozwiązań, jeśli jest zaprogramowane do zbierania takich rozwiązań. To trochę jak zaprogramowany wirus, który rozprzestrzenia się i próbuje optymalizować sam siebie także w eterach, być może optymalizowany przez siły zewnętrzne po drugiej stronie.

Jak każda magia, jeśli zaczynasz od złego założenia, użyjesz złego narzędzia lub podejmiesz złą decyzję na wczesnym etapie procedury konstruującej, może to doprowadzić do złych rozwiązań na końcu albo — w najlepszym razie — do pustych rezultatów; twoja magia nie zadziała. Kolejna rzecz: hyperheurystyki — heurystyka wybierająca heurystyki. Który model metaheurystyki wybierze nasza metaheurystyka, żeby działać? To bardzo abstrakcyjne i obawiam się, że nasz umysł nie jest zdolny do przetwarzania tego na takim poziomie. Chociaż mogę się mylić — podczas głębokiej medytacji, pracy z pustką, śamatha, takie metaheurystyki dzieją się spontanicznie, jakby naturalnie, kompatybilnie i komplementarnie do samej pracy. Rzeczy się dzieją, ponieważ działają meta-hyperheurystyki.

Czy próbowałem wyjaśnić za dużo? Myślę, że nie. Chciałem wprowadzić osoby zajmujące się sprawami magicznymi w bardziej złożony scenariusz, próbując uchwycić, jak magia działa. Rozumiem, że dla niektórych jest to intuicyjne i ich magia działa, bo po prostu działa. Ja postanowiłem zrozumieć, jak magia działa, i doszedłem do wniosków, które pozwoliły mi kontynuować badania i określić sposób pracy z precyzją i fokusowaniem. Lepiej mieć efekt działający z koncentracją jak laser niż rozproszoną zdolność, która jest wysoce nieskuteczna i turbulentna.

Prawo Maskarady: Polityka Kameleona. Etos, Doświadczenie i Zdolność Adaptacji

Podróżowałem do 39 krajów na czterech różnych kontynentach. Spotykałem się z ludźmi o różnym statusie, pochodzeniu, bogactwie i władzy. Miałem okazję spotykać się z bezdomnymi, z nędzarzami, z nieletnimi prostytutkami, które nękały mnie na warszawskim dworcu nocnym, ze zwłokami w mongolskiej dzielnicy czarnego rynku w Ułan Bator i byłem świadkiem wielu śmierci w fizycznej formie, wspominając pierwsze morderstwo, który widziałem w wieku 9 lat — porachunki mafijne i zastrzelony denat na Starej Pradze. Nie chodzi tu o historię o tym, jak przeżyć to życie. Chodzi o kameleoniczną zdolność adaptacji. Czym jest kameleon? Dostosowuje się do okoliczności, zmienia barwy, zachowuje siebie. Zachowuje swoją naturę, a jego kręgosłupem jest etos. Niemniej jednak potrafi wyciągać luźne nici ze swojej narracji, dialogów, umysłu, informacji, danych, wiedzy, aby zbadać otoczenie i dostosować je do danej osoby.

To trochę jak know-how w biznesie korporacyjnym. Bierzesz tylko ten fragment informacji, który jest niezbędny dla danej osoby w danym momencie i w określonych okolicznościach. Innymi słowy, mam inną relację z rodziną, z przyjaciółmi, z moimi magicznymi przyjaciółmi, z moimi bardziej odpowiednimi, powiedzmy mistrzami i mistrzyniami i tak dalej. Mam inną zdolność do rozmowy z bezdomnymi. Mam inną zdolność do rozmowy z bogatymi, wpływowymi i tak dalej, a miałem wielość sytuacji do przedstawienia się w najgorszy i najlepszy sposób. Monstrum i człowiek pełen ogłady.

Istnieje więc coś takiego jak savoire vivre, klasa, którą masz, charyzma, którą posiadasz i dostosowujesz się, gdy rozmawiasz ze skinheadem lub chavem, nie mówisz słodko jak Odyseusz z retorycznej perspektywy, musisz być twardy, prawda, musisz być wulgarny i musisz dominować lub przynajmniej być na tyle twardy, aby mieć kilka słów, aby ta osoba wzięła cię za swojego. Jeśli rozmawiasz z profesorem, możesz uwolnić swoją zdolność do mówienia z erudycją i oczarowania tej osoby. Kiedy rozmawiasz z kobietą swojego życia lub z kobietą, którą próbujesz przyciągnąć, nie bredzisz. Pokazujesz swoją prawdziwą stronę, szczerą stronę i starasz się, powiedzmy, „słowa idą za wiedzą”.

Jesteś więc albo osobą uczciwą i czarującą dla tej osoby, szanującą ją itd., albo w ogóle nie jesteś nią zainteresowany. Zawsze więc przyjmujesz perspektywę innej osoby. Badasz, co wie, czym się zajmuje, jaka jest jego osobowość, jaki ma charakter. A przebywając z różnymi ludźmi o różnym statusie, bogactwie, czy to z nizin społecznych, czy z wyższych sfer, uczysz się życia, poznajesz ludzi. I dlaczego ta kameleoniczna zdolność adaptacji jest tak ważna w magicznym biznesie? Bo jeśli masz bogate doświadczenie, przewyższające anomalie zwykłego śmiertelnika, nie mówisz o tym na lewo i prawo, bo w przeciwnym razie zostaniesz zepchnięty do psychiatrii lub uznany za osobę z urojeniami, szaleńca.

A co z szaleństwem? Kiedy naprawdę jesteś szalony, nie jesteś tego świadomy. Czasami możesz symulować szaleństwo, aby chronić siebie. Czasami jesteś szalony, ale musisz przyjąć tę rygorystyczną maskę, pokerową twarz, aby to szaleństwo nie wyszło na jaw, a czasami, gdy jesteś całkowicie zdrowy na umyśle, musisz przyjąć maskę szalonej osoby, aby uchronić się przed różnymi sytuacjami. Tak więc nie chodzi tylko o dar gadki lub gadania, ale o gesty, postawę i wszystko inne.

Dlaczego ważne jest, aby nie być nieuczciwym, kłamliwym lub fałszywym? Czy mam być podatnym na wpływy lub oportunistycznym jak jakiś rodzaj szumowiny spekulacyjnej? Nie, zawsze trzonem ma być kręgosłup kodeksu o określonym etosie. To jest twój etos. Wszystko wokół krąży, a ty przyjmujesz tę kameleoniczną politykę. Więc głupcom nie popisuj się swoją mądrością, ponieważ będą zazdrośni i prawdopodobnie cię zniszczą. Musisz być głupcem. Musisz udawać tego głupca. Chociaż wiesz, że posiadasz wiedzę i posiadasz pewne zdolności, mądrość i wgląd w osobę, z którą chcesz zawrzeć przysługi, nie schlebiasz jej, lecz starasz się spojrzeć z jej perspektywy i zobaczyć, jaką mądrość możesz jej zaoferować, jaką uczciwą radę.

Istnieje coś takiego, że tylko najtwardsi, najsilniejsi, najbardziej przebiegli i uczciwi przetrwają wszelkie nieszczęścia. Dlatego wśród złodziei nie możesz być uczciwą osobą. Musisz myśleć jak złodziej i musisz być przebiegły jak lis, żeby ich oszukać i nie dać się okraść lub włamać. W porządku. Do mordercy, kiedyś spotkałem mordercę, płatnego zabójcę z Białorusi, który akurat był skinheadem. Nie jesteś waleczny, bo zostaniesz zamordowany, i nie jesteś pobłażliwy ani uległy, bo to również czyni cię przedmiotem drwin dla tej konkretnej osoby, a w rezultacie okazanej słabości — możesz zostać pobity, o ile nie zamordowany. Musisz zachować pewien rodzaj odporności. Odporności i umiejętności mówienia w sposób, który jest najbardziej przystępny i przyjemny dla tej wulgarnej bestii.

Podobnie, kiedy mówię szczerze tutaj w tych małych wykładach, czasami zadaję sobie pytanie, kim jestem, kim jestem? Cóż, staram się być tak szczery, jak to możliwe, prezentując najbardziej odpowiednią, adekwatną naturę, jaką mogę zaoferować spośród 20 natur, które posiadam. To nie jest zaburzenie osobowości mnogiej. Czasami jestem medium, a byty, dusze, demony itp. wcielają się w moje ciało, w mój umysł, aby zawrzeć pewne informacje, a wtedy moja natura się zmienia. To jest moja natura. To jest rama, której teraz używam. A te ramy mogą być zmienne i tak dalej. Tak więc „Gnothi Seauton” dotyczy poznania swojej najgłębszej natury, swojego najgłębszego celu.

Czym naprawdę jesteś? Co jest z tobą zgodne? Co w sobie lubisz? Co jest najbardziej szczere w twoim daemonie, z twoim Sokratejskim Geniuszem lub Junoną Diotymiczną w przypadku kobiet w starożytnej przypowieści, a wszystko, co jest niezgodne z twoją naturą, wszystko, co zadaje cierpienie lub powoduje ten kontrast, należy odrzucić. To cię kształtuje, ale należy to odrzucić. Pomaga ci poznać, kim naprawdę jesteś. Jaka jest twoja wewnętrzna istota, z czego naprawdę jesteś zrobiony.

W magii istnieje prawo przyciągania, które mówi, że przyciągasz to, kim jesteś. Czasami przyciągasz to, kim nie jesteś, poprzez prawo opozycji. Enantiodromia. Zbyt dużo światła zaprasza ciemność i tak dalej, więc bądź tego świadomy. A jaki jest klucz do adaptacji tej kameleonowej zdolności? To po prostu świadomość, że ludzie myślą o tym, że inni ich rozpoznają, a nie patrzą na czubek twojego własnego nosa, ponieważ jest to małostkowa rzecz. Myślisz na wielką skalę, dedukujesz w partykularne sprawy po właściwym osądzie sytuacyjnym.

To znaczy, że obejmujesz każdą możliwą osobę i starasz się ją obserwować, poznać, poznać. I robisz to przez wiele lat, wiele, wiele lat, przez dekady. A potem docierasz do punktu, w którym możesz grać w tę grę, zachowując najlepsze części dla swoich prawdziwie bliskich i dla siebie. Dlaczego? Ponieważ pomaga ci to przetrwać. Pomaga ci przetrwać. Co więcej, pomaga ci to przekonać do siebie innych.

Zmierzch heroicznej ludzkiej godności

Żyjemy w świecie, w którym nawet największe i najszlachetniejsze umysły gubią się w przekładzie. Jak poruszyć serca, dusze i umysły, aby wznieść je ku rzeczom szlachetnym i wspaniałym, skoro tylu ludzi uwięzionych jest w jałowej krainie popiołów, ograniczonych do tego, co znają, nieodczuwających pragnienia wyzwolenia poprzez czyste idee, przyzwyczajonych do nizin i biorących własną ślepotę za całość rzeczywistości?

Nawet jeśli jesteśmy słyszani, widziani i odczuwani, rzadko jesteśmy rozumiani. Nasze czyny, motywy i działania tłumaczone są wyłącznie w wąskich granicach tego, co umysły nowoczesności potrafią pojąć — nic ponad ich nawyki, wiedzę, doświadczenie czy aspiracje. To całkowicie naturalne. Głupiec zawsze weźmie mistrza za idiotę. A głupca nie należy potępiać, lecz uczyć cierpliwie, jak woda drążąca kamień, po wcześniejszym rozpoznaniu jego punktu widzenia.

A jednak dlaczego marnować czas na rzesze głupców, którzy chcą pozostać tacy, jacy są? W tym miejscu rodzi się heroiczna tragedia sokratejska: obowiązek mówienia, przekazywania, interpretowania, wyjaśniania. Ale dziś ludzie już nie zaprzeczają prawdzie — oni jej po prostu nie rozumieją. Nie są zdolni dostrzec własnej ignorancji, a tym bardziej się od niej wyzwolić. Tak więc rodzi się antagonizm: człowiek dobrej woli postrzegany jest jako wróg, bo zakłóca grę głupców. Głupiec go nienawidzi, a jeszcze bardziej nienawidzą go panowie głupców, obawiając się, że ich niewolnicy zbuntują się i zdemaskują ich jako miernoty. W konsekwencji szlachetny duch staje się znienawidzony wszędzie.

Po cóż więc się trudzić? Czemu nie schronić się wśród bogów i bogiń, którzy nas rozpoznają i unoszą? Bo musimy. Bo jest smutek i żałość w rapsodii Ossjana, jest tęsknota i żal w hymnach orfickich, jest potęga w słowach Nolano: ci, którzy zbyt mocno kochają ten świat, składają siebie w ofierze na ołtarzach historii, bogów i ziemi, a świat przeklina ich
najbardziej.

Z biegiem czasu schodzą ku rzeczom mniejszym — niegdyś paleni na stosach, dziś unicestwiani milczącą drwiną zazdrości. Już nie rozdzieramy szat naszych serc jak mędrcy Egiptu, lecz stajemy się ociężali, jadowici, zgorzkniali. A jednak nigdy, nawet wobec największych nieszczęść, nie wyrzekamy się tęsknoty za boskimi gwiazdami, gdzie unieśmiertelniliśmy nasze miłości, wizje, imiona i życie.

Niosąc wysoko olimpijskie pochodnie Hekate, z rezygnacją na skroniach, płoniemy pragnieniem oczyszczenia — nie z nienawiści do świata, lecz z niemożliwej alchemicznej kulminacji wielkości. Tymczasem świat idzie dalej, obojętny na nasze próby naprawy tego, co dawno zostało utracone. I przeklinamy naszą wiedzę oraz percepcję, znajdując pociechę tylko w rozdarciu między całkowitym afirmowaniem a zupełną rozpaczą.

Jak linoskoczkowie zostawiamy za sobą wszystko, co kochamy, bo sama miłość domaga się, abyśmy nie upadli. Musimy dotrzeć na szczyt góry.

Magia polityczna: Z cieni cognoscendi po szarżę awangardy otwartej na ciosy: o czynie, motywie, woli i wizji

Między mną a Bogami: Zbyt wiele razy oberwałem od polityczno-religijnych przeciwników w tej ukrytej wojnie, by zaprzeczać mojej zdolności do rozbrajania — lub choćby do szkodzenia Nouvelle Droite poprzez mowę, rytuały i działania poza publiczną sferą polityczną, nie wchodząc jednak w bezpośrednią politykę. Miałem swoją wizję polityczną, społeczną, ideologiczną i religijną, która była odpowiedzialna i wolnościowa, sprzeciwiały się mi się popul-prawicowe religijne, nacjonalistyczne ryje zatrudnione po eterach, które robiły ze mnie nerwowy worek treningowy przez lata.

Był to indywidualny opór, ale też implementacja rytualna własnej wizji konsekwentnie przez wiele lat. Narracje, którymi żyłem od lat, dopiero zaświtały w publicznej świadomości, a bohaterowie dnia wczorajszego są łatwo zapominani w brudzie i własnych klęskach spowodowanych ich opozycją. Kiedyś, chodząc nocą po parku Saskim w Warszawie, zapytałem moich muz która z nich przypadnie mi w udziale, podprowadzono mnie pod posąg „pośmiertna chwała”. Zatem śmiertelnymi sprawami już się nie przejmuję, odejdę w zapomnieniu, jak długo robota jest wykonana, tak długo jestem kontent. Pomimo tego, że wielu zawłaszcza nasze dokonania, a z nas robią odwrotność naszych aspiracji, świat jest pełen kurew i złodziei, którzy zbyt łatwo przypisują sobie pracę innych, lśniąc cudzym blaskiem, niszcząc autorów, zamiatając ich pod dywan, byle ich własne zarobaczenie nie wyszło na jaw. Czci się w rezultacie kurwy, gdy osoby zaangażowane w wojnę psioniczną, polityczną nad umysłami, sercami i duszami są wyrzucane na bruk ze splunięciem.

Chodząc z wizją — czym jest czyn, motyw, instynkt, wyrafinowane, subtelne pragnienie? To jest punkt wyjścia.

Czym jest pojazd podróżowania tych pragnień, woli i tak dalej? Jest nim Wola. Dokąd prowadzi? Do teleologii, dążenia do wizji. Każda osoba, a szczególnie w Magii, potrzebuje wizji, potrzebuje celu.
Jeśli zaczynasz jakąkolwiek pracę — czy to inżynierię, konstrukcję, naukę, zdobywanie umiejętności — potrzebujesz celu, potrzebujesz wizji. Możesz mieć kilka celów, ale aby skutecznie zmierzać ku czemuś, musisz to zobaczyć.

To samo dotyczy magii — czy to polityczna Magia, czy przenoszenie Magii od tyłów na przód, z podziemia na pierwszy plan, na powierzchnię — prostowanie swojej duszy, serca i umysłu ku określonym celom, zmiana samego siebie w kierunku pewnych celów.

Musisz wiedzieć, co próbujesz osiągnąć. Czasem pojawia się to w trakcie procesu, ale musisz uczestniczyć w procesie. Aby podążać za wizją, musisz zdobyć metody, narzędzia i tak dalej.

Na przykład, jeśli jesteś politycznym magiem i chcesz wpływać na serca, dusze i umysły, musisz mieć odpowiednią rozeznanie i wiedzę polityczną — czy to naukę o polityce, czy wyczucie społeczne, zdolność rozumienia społeczeństw, wykrywania wzorców.

Chciałbym dodać, że nie ma żadnego śmiertelnika, który mógłby prawidłowo ocenić tę sytuację, przewidzieć pewne zdarzenia — czy to lis z wieloma modelami, czy jeż z jedną wielką narracją i modelem rzeczywistości. Dlatego potrzebujemy zespołu negocjatorów.

Polityczny mag, na przykład, jest jedynie negocjatorem. Nadaje idee w etery, które mogą zostać przejęte przez bardziej kompetentne siły, które mogą je wdrożyć lub nie, przekazując inspirację poprzez umysły, serca i dusze ludzi.

Tu istnieje zasadnicza różnica między despotą, który próbuje narzucić własną wizję innym, a tyranem, a liderem, który chce inspirować ludzi retorycznie, pokazując im, że walczy o słuszną sprawę, aby mogli razem urzeczywistniać tę wizję.

Najważniejsze tutaj to kierunek — jego lub jej — oraz Twój kręgosłup, zestaw reguł, kodeks, etos. Pytanie brzmi: jak uczynić niewidzialne siły widocznymi, jak zainspirować je, aby przekazały pewne rzeczy przez tkankę społeczną, i jak zapobiec, aby złe siły nie wykorzystały tego i nie zniszczyły społeczeństwa dla własnych celów.

To kwestia zaufania, uczciwości i pomysłowości. Uczciwości w generowaniu idei, które podczas ceremonii i rytuałów są przekazywane ku światom duchowym, a potem rozprzestrzeniane po całym globie.

Przyjaciel mojej znajomej, maestra, miał wizję sieci idei — noosfery wokół Ziemi, zawierającej umysły, serca i dusze ludzi na całym świecie. To jest percepcja bogów i bogiń: posiadają oni wszechwiedzę, natychmiastowy wgląd w wszystkie te działania.

Można by zapytać: skoro mają dostęp do tych wszystkich idei, dlaczego nie ingerują, by wszystko było lepsze? Dlaczego nie naprawiają rzeczy? Ponieważ prawa ludzi są inne, prawa bogów i bogiń są inne, a Ziemia jest bardzo komunikatywnym bagnem — pełnym szumu informacyjnego.

Pomyśl o matematycznej teorii komunikacji Shannona i Weavera: nie mamy idealnego przekazu A do B. Jest wiele oscylacji, wiele punktów transmisji od alfa do omega, które znacznie różnią się opiniami, preferencjami i sposobami działania.

Dopóki nie dotrą do punktu B — osoby retorycznie wpływanej lub inspirowanej — potrzeba wiele praktyki, cierpliwości i skutecznej pracy.
Istnieją dwie różnice między „surową” polityczną magią a skuteczną, inspirującą magią działającą na największą skalę egregoru ludzkości.

Egregor oznacza kolektywną świadomość, na przykład wdzięczność zbiorową. Jeśli w połowie 2015 roku próbowałem psionicznie zaatakować małego demona, który opanował Trumpa — jego wrodzonego kontrolera, który kieruje ciałem i umysłem — zostałem zaatakowany przez trzy zmiennokształtne cieni, a moje ciało było rzucane jak dzika kurwa w bachicznym szale. Od 2014—2022 roku naliczyłem statystycznie ok. 150 000 ciosów z „drugiej strony”, mógłbym być zawodowym bokserem z odpornością, ale wystarczy, że dostałem ksywę „Jagdpanzer” czy „Cyborg” w 2016. Teraz mam swoje otium, jestem wykończony, nie mam szans we wpływie politycznym, społecznym, czy religijnym, schlebia mi to, że wykańczano mnie przez osiemnaście lat odkąd usłyszałem w 2007 „żadnej imperialnej władzy dla Ciebie, nieposłuszna świnio!”. Przez osiemnaście lat trzeba było się upewnić, że nie stworzę już zagrożenia dla status quo, przez osiemnaście lat walczyłem.

Miałem jedną informację: mój atak był skuteczny. Po drugie: został powstrzymany. Po trzecie: spotkała mnie kara. To była surowa, bezpośrednia akcja polityczna. Skuteczny? Należy powtarzać, koncentrować całą moc, psionikę i nawalać, pracować, reformować, aż do skutku!

Jak ocenić skuteczność większych idei, które próbujesz rozpowszechniać w społeczeństwie? Jeśli pewne segmenty prawdziwej myśli zaczynają pojawiać się w różnych częściach społeczeństwa, nawet niszowych, oznacza to, że albo istnieje związek przyczynowy między tobą jako generałem idei a tymi ideami, albo powstały one same.

Można też założyć, że ludzie niezależnie wpadli na te same idee i skutecznie je realizują. Jak to rozróżnić? Główne pytanie magii brzmi: działać mimo wszystko, oddać hołd gwiezdnym niebiosom i katalizować swoją wolę, będąc katalizatorem ich woli — w taki sposób, by wszystko było zrównoważone.

To nie oznacza, że wynik będzie pewny, bo świat jest bardzo skomplikowany — to złożony system adaptacyjny zmieszany z systemami chaotycznymi. Wiele rzeczy może pójść źle, wiele dobrze, ale generalnie jest to chaos.

Hermetyzując to trochę, poruszasz się w sposób zorganizowany. Nie jesteś ani defetystą, ani nadmiernym optymistą, ani zgorzkniałym pesymistą, ani przesadnym entuzjastą. Poruszasz się w realpolitik, oceniając, rozumiejąc i rozeznając sytuację.

Możemy być czasem skłonni ku pesymistycznym lub entuzjastycznym ideom, ale staramy się zachować naszą pozycję i iść naprzód — z bogami, z ludźmi, którzy w większości są nieświadomi tego wszystkiego. Ale ci, którzy są zaangażowani, są agentami bieżącego prądu, bo to jest walka o Ziemię, czy chcemy, czy nie.

Wszystko, co wydarzy się teraz, będzie projekcją na przyszłe pokolenia. Wszystko, co dzieje się w teraźniejszości, definiuje i orkiestruje przyszłość tego świata. Po co to wszystko? Aby nie pozostać bezsilnym, moc bezsilnych nie musi być polityczna, choć powinna! Moc bezsilnych dotyczy wojny totalnej, na wszystkich frontach: Intelektualnych, magicznych, psionicznych, pismaczych, narracyjnych, performatywnych. A to jest wojna, z której się wypisałem, po spełnieniu swoich powinności.

Nocne Poezje i Narracje — O Rytualiźmie

Jakie są główne elementy rytuału? Czy to intelekt? Sprawy naukowe? Czytanie? Nie, to jest wiedza, episteme, pamięć operacyjna o kunszcie, którą można zastosować w rytuale lub można ją zdegradować do spraw naukowych. Czy jest to uczucie, jakiego doświadcza się między kochankami w młodości? Jest to forma syntonii, ale nadal nie jest to rytuał. Czy na próżno gadam, tak jak ja to teraz robię? Czy to mówienie do jakiegoś ducha, który ci rozkazuje, czy nie jest tak? Czy jest to spostrzeżenie hieroglifu „Sia”, że zmieniasz sposób widzenia w magiczny świat? Być może to jest podstawowa percepcja; wszystko jest to magiczny potencjał, który posiadasz. Czyż nie jest tak, że niektórzy osiągają efekt swojej magii, a niektórzy nie? Nawet jeśli bardzo się starają, nie mają żadnego magicznego potencjału, ich słowa są marnowane, przenoszą się na pustynię i zostało zapisane w I-CHING. Słowo mędrca jest szanowane w promieniu 10 000 mil, słowo głupca lub wściekłe słowo, głupie słowo wycina się na końcu języka, zanim dotrze do kogokolwiek innego.

Pamiętaj, że ramy rytuału to przede wszystkim pierwsza wyobraźnia dziecka. Jeśli jesteś w stanie wyobrażać sobie rzeczy niemożliwe, to pierwszy krok. Dojrzałość wymaga hermetycznych określeń, więc bierzesz z tej szerokiej wyobraźni duże ilości wiedzy i stosujesz ją do dzieł efektów, stosujesz ją do współrzędnych, do porządków odniesienia do rzeczy, które znasz i rzeczy, których nie wiesz. Jeśli teraz zdecyduję się stworzyć wir energii i wystrzelę kilka modułów napisanych w języku akadyjskim, błogosławieństwo zapisane pismem klinowym w złocie będzie widoczne po drugiej stronie. Czy będą mogli je odczytać? Może bogowie to potrafią, może starożytne duchy Akadyjczyków. Czy nadaje się do akadyjskiego, sumeryjskiego, asyryjskiego, neobabilońskiego? W ogóle nie, ale w jakiś sposób mogę stworzyć całą ścianę pokrytą tymi symbolami i intuicyjnie wiem, co to znaczy, nie wiedząc o tym, że to jest droga do świętości. Coś profanum jest czymś dotkniętym przez śmiertelnika, zrozumianym przez śmiertelnika; sacrum nigdy nie jest uchwycone, nigdy nie jest rozumiane, jest zawieszone pomiędzy wiedzą a całkowitą nescientią.

Teraz, jeśli zobaczę skrzydlatą dzieweczkę tam w złocie i srebrze, mogę założyć, że może to być miejscowy anioł, czy też inteligencja wysłana do mnie, aby wyczarować tę teksturę, która będzie dla ciebie inspiracją. Czy zdecyduję się wydłużyć moje duchowe ramię, aby dotknąć jej policzka z wielką, głęboką delikatnością, czy też wolę wyrzucić tego demona przez okno w jego czarnej khaibistycznej formie? Teraz to wszystko jest wulgaryzmem. Teraz jest tak wiele tradycji i metod magii. Co jest nad horyzontem? To Jowisz, Jowisz Optimus Maximus, wielka natura sfer planetarnych, podzielonych dalej na oktawy, Zeus Meilichios, Zeus Sabazios. Czy próbuję zrozumieć geometrię teologii, arytmetyki tej sfery, wiem, że zamieszkują ją miliony duchów (inteligentów) w różnych hierarchiach, a-hierarchicznych, przynależących do wielu światów. Jowisz jest dużym gazowym olbrzymem, obiektywem fizycznym, którego uczy nas astronomia, jednak z perspektywy boskości jest to świat pełen chwały, królewskich atrybutów, królowych atrybutów, a następnie przybyła inteligencja Jowisza. Gdyby ten pan, ten duch Jowisza, wcielił się we mnie, gdybym wykonał inwokację, czy mój charakter stałby się szlachetniejszy i bardziej królewski? O bardziej wyrafinowanych cechach, wzniosłych, subtelnych, gotowych dowodzić charyzmą? Być może! Jest takie powiedzenie: kiedyś wzywano demony, teraz przychodzą same, a era ślepoty ludzkości wymusza sytuację, w której boski ciągły akt działa, niezależnie od tego, czy ludzie odwracają od niego twarz, czy też angażują się w celowe prawa, kapłaństwo, ceremonie itp.

Jaka jest granica magii? To tak, jakby pytać, jaka jest granica natury we wszystkich jej żywych formach. Jaka jest granica „drugiej strony”? Odnosi się do „drugiej strony” — jest to granica natury metafizyki, która ją ogranicza. Wyobraźnia może być nieskończona, ale są rzeczy, które działają i takie, które nie. A badając to i budując hermetykę, włączając tę metafizykę arete, metafizyki róży do poziomu ludzkiego, włączając to, stajesz się magiem. Podobnie w indywidualności, którą kierujesz w stronę bóstw, kierujesz się w stronę natury — to, och, cześć, geniusz tego miejsca. Teraz mieszkam w Lublinie, mieście we wschodniej Polsce. Po drugiej stronie jest wielu mieszkańców, których bardzo szanuję, ponieważ jestem tu gościem, a jednak funkcji magicznej ochronnej, apotropaicznej, czynnej, dowodzącej, posiadającej mediację, zmuszającej do posłuszeństwa, mistycznej receptywnej, pozwalającej przepływać przez ciebie, przemieniającej, transmutującej, prostującej, uduchowiającej — trudno to ująć w słowa bez ćwiczenia. Każda przestrzeń maga jest jego świątynią, jej świątynią, nieważne, gdzie jesteś — na polach, stepach, pustyniach, w tym małym kawalerskim mieszkaniu.

Pomyśl, co wyczarujesz w swojej świętej przestrzeni. Twoja święta świątynia to jedno, bycie świętą świątynią to co innego. Świątynia tych duchów, świątynia twojej duszy, twojego własnego Daimona, twojego własnego serca — ale jednak uważaj. Gdy tylko zdasz sobie sprawę, że jesteś Daimonem i sam to naprawisz w świątyni, możesz zatracić się w inflacji, mówiąc: „Jestem bogiem, nie ma innych Bogów” — to czysty nonsens. Istnieją bóstwa o dużej wielkości, głębokiej mocy i dopóki rozpoznajesz z nimi tę jedność, nie oddzielasz się od siebie i prowadzisz prawdziwie heroiczne życie, wchodząc do boskiego strumienia. Niezależnie od tego, czy wpadacie zdegenerowani w zgniliznę, jesteście w boskim strumieniu. Bogowie i boginie was otaczają, bo jesteście jednym z nich jako małe bóstwo, i w tej postaci uprawiacie magię — po co? Aby skoordynować i katalizować, aby na nowo się przebóstwić, uduchowić się, wrócić do domu po odejściu ze stanowiska snu „żyj jedyną rzeczywistością”, jak napisał kiedyś Austin Osman Spare. Co oznacza, że jest to bardziej stabilny układ odniesienia w ciele, w dionizyjskim grobowcu, jaki możesz uzyskać. Kiedy umierasz, jest to jak sen bardziej gęsty, płynny, ale oddalasz się od swojego śmiertelnego małpiego umysłu, od swoich śmiertelnych emocji, uczuć i instynktów oraz od tego, jak się ćwiczysz i zdyscyplinujesz się, w jaki sposób się udoskonalisz. Da ci wynik tego, czym staniesz się w zaświatach. Będziesz podążał za swoimi ukochanymi rzeczami; jeśli kochasz przywiązania, przejdziesz do załączników.

Jest taka opowieść o starszej pani, która kochała ogrodnictwo, nie widziała niczego innego poza kwiatami i ogrodami, kochała to. Po śmierci stała się duchem natury, Sylfenem, który opiekował się ogrodami w zaświatach, bo to kocha najbardziej. Podążasz za tym, czego nienawidzisz, podążasz za tym, co kochasz, podążasz za tym, kim jesteś. Dotknięty i odłączając się od tego wszystkiego, jesteś podróżnikiem do wielu światów. Gdy tylko zdasz sobie sprawę, że nie należysz do żadnej rzeczywistości, podróżujesz do wielu z nich. Gdy tylko nie wchłonie cię jako jedynego, i tylko wtedy, gdy skończysz w piekle, no cóż, uczyń go swoim domem, ale dopóki pamiętasz, że jesteś od niego oddzielony, możesz podróżować do piekieł i niebios, jak chcesz. Byłeś tam, zrobiłeś to, podróżowałeś tutaj, podróżowałeś tam, podróżowałeś tam przez gwiazdy nieskończone, teraz w ciele — w tym ciele duch wcielony w nowonarodzonego rodzaju ludzkiego, śmiertelników.

O tak, a mimo to zdecydowałem się go nie marnować i podążać swoimi ścieżkami — alchemiczny trud alchemicznych ścieżek. I z tak heroicznej perspektywy to życie — czy to przygnębiony jako żebrak, udręczona osoba, czy wielki cesarz — wszystko jest w kole fortuny. Ale to, jak do tego podchodzisz, może być potężnym cesarzem-żebrakiem lub cesarzem, który jest nędznym nędznikiem. Takie proste. I w tym przemówieniu po prostu chciałem wyrazić swoje zdrowe zadowolenie i wdzięczność wobec tego, co boskie i piekielne, za wypełnienie mojego życia i zaokrąglenie go w formę pełni.

W buddyzmie i tradycjach hinduskich czaszki symbolizują pokonane złudzenia i czasami próbują przemówić ponownie, próbują sprowadzić cię z powrotem do uszkodzonych zmysłów, a to oznacza, że nie ukończyłeś tego doskonale, że nie jesteś idealnie oderwany. A oderwanie nie jest obojętnością. Możesz działać i angażować się, ale jesteś oddzielony. Możesz czuć, że możesz się zaangażować, ale jesteś oderwany. Możesz toczyć swoje walki, gromadzić swoje armie, ale jesteś oderwany. Możesz się śmiać, nienawidzić, możesz tworzyć wielkie rzeczy lub drobne rzeczy pełne nienawiści, ale jesteś oderwany i to cię nie chwyta, nie pozwalasz się schwytać.

Ponieważ dopóki nie jesteś schwytany, jesteś wolny. A tym, co ludzie kochają najbardziej w ich pierwotnym stanie cywilizowanych ludzi, jest to, co piękne, co sprawiedliwe i to, co wolne. Teraz mógłbym przejść do koncepcji piękna, wolności i sprawiedliwości, ale są to bardzo złożone zjawiska i definicje, ale są też siły partyzanckie. Jest siła piękna, moc sprawiedliwości i siła wolności. Nie tłumacz tego niewolnikowi — oni tego nie zrozumieją. Pragną tego i znajdują namiastki, surogaty surogatów. Tym, co uderza w mocach idei, jest to, że kiedy czujesz, że są one uczciwie obnażone do nicości, wiesz, że są to siły ontologiczne jako idee. Są prawdziwe, wolne i piękne. I tak właśnie jest z każdą mocą — mocą zniszczenia. Jeśli jesteś pozbawiony zera ze swojej śmiertelnej powłoki i czujesz moc zniszczenia katalizującą siłę czystego, szalejącego zniszczenia natury, wiesz, że to jest ta idea i tak jest nieskalana, nieskażona twoim śmiertelnym umysłem, zmysłami ciała, sercem, duszą. To czysta moc, która przechodzi, a jej doskonałość polega na tym, że katalizujesz czystą moc, czystą, niepohamowaną. Magowie modulują te moce. Jeśli ta czysta moc przychodzi do ciebie, jak koordynujesz, jak nią zarządzasz, plamisz ją, plamisz ją, a zatem zaprzeczasz jej i zabijasz. Trafia to do twojego umysłu w zniekształcony sposób, jak do śmiertelnej małpy, która chce dowodzić wielkimi mocami, ponieważ jesteś w swoim biologicznym kokonie, a twój umysł, mózg, układ nerwowy i dusza są ograniczone.

A jednak są tacy, którzy wznieśli się pośród gór i pozwolili, aby te moce przez nich żyły. Teraz chcą przekazać, że jest to godna walka, niezależnie od tego, czy jest to miłość, zniszczenie, nienawiść, wielkość, współczucie, szlachetność — spotkać się z mocami i siłami, nawet jeśli raz w życiu — ale nigdy nie stracić nici, nigdy nie stracić zrozumienia, nawet jeśli zanikają w pamięci, którą znasz, i podążasz za nimi do samego końca.

Koszmar Pisarzy i ludzi Akademii: Perspektywy — początek masowej przeciętności ułatwionej przez sztuczną inteligencję i śmierć autentyczności

Koszmar Pisarzy i ludzi Akademii: Perspektywy — początek masowej przeciętności ułatwionej przez sztuczną inteligencję i śmierć autentyczności.
Komu będą ufać przyszłe pokolenia studentów? Swoim profesorom przy kryzysie autorytetów, czy LLM-AI?

Dobrze, stylistyka, pragmatyka, użycie języka angielskiego, przegląd literatury, wszystko to. W obecnej, rodzącej się erze sztucznej inteligencji, ludzie publikują ponownie na Facebooku treści w postach, które są w całości generowane przez sztuczną inteligencję. Ludzie, którzy nie czytają książek, ludzie, którzy nie posiadają szerokiej, zróżnicowanej i wnikliwej wiedzy o stylu różnych pisarzy, autorów itd., nie są w stanie po prostu zrozumieć ani rozpoznać, co jest generowane przez sztuczną inteligencję, a co jest pisane przez autentycznego autora. To prowadzi do choroby autorskiej, a konkretnie do tego, że ja, jako jeden z wielu autorów, już nie piszę. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Pozwólmy ludziom tworzyć ich historie o sztucznej inteligencji. To w porządku.

Mam jednak wielką nadzieję, że cała idea sztucznej inteligencji skłoni ludzi do pragnienia czegoś autentycznego, performatywnego, co wygeneruje wiedzę specjalistyczną w dziedzinie, której sztuczna inteligencja nie jest w stanie odtworzyć. To znaczy z umysłu, z serca, z duszy, przez maszynę do pisania, po pisanie, po sztuki performatywne, po teatr, który połączy ludzi. To optymistyczna wizja rozwoju sztucznej inteligencji.

Jednakże, znając szum w noosferze, ogólne trendy i skupienie osób przeglądających TikToki i to wszystko z uwagą, wglądem i koncentracją złotej rybki, muszę powiedzieć, że to pewnego rodzaju koniec pewnej ery. Będą prace specjalistyczne, prace naukowe i tak dalej. Ale to z pewnością zabije w ludziach wolę przekazywania autentycznych historii, z powodu natychmiastowości. To oniryczna epoka powielania narracji z martwej strefy, które nie mają absolutnie żadnego związku z ludzkim sercem, umysłem i duszą oraz ich człowieczeństwem. To wirtualność w wirtualności, koszmar Platona.

Do czego to prowadzi? Do osłabienia ludzkiego intelektu. Osłabienia ludzkiego umysłu, uniemożliwiającego mu przekazywanie czegokolwiek pożytecznego lub znaczącego za pomocą własnego umysłu. Zastąpi zdolność krytycznego myślenia, aby tworzyć syntetyczne narracje, które nie są ani dobrze zbadane, ani znane, ani stylistycznie poprawne, ani zróżnicowane, ani dostrzegalne, i są niczym wspólny mianownik populistycznego, prawicowego sektora populistycznego.

Trafiasz więc w sedno, gdzie wszystkie emocje, cała przeciętność mieszają się i wybuchają niczym szumowiny. I każdy, kto korzysta teraz ze sztucznej inteligencji, może udawać prawdziwego autora lub prawdziwego geniusza, który wymyśla cokolwiek, prawda? To oczywiście tylko narzędzie, ale narzędzie, które przerosło ludzkie możliwości jego zrozumienia, a przynajmniej umiejętności jego używania, ponieważ mistrzowie nadal będą mistrzami w swojej sztuce i nauce. Mogą używać sztucznej inteligencji, aby się utrzymać, ale zwykły użytkownik, który nigdy w niczym nie osiągnął doskonałości, używa tego narzędzia tylko po to, aby zaspokoić swoje wewnętrzne poczucie talentu, znaczenia, sensowności i idei bycia znaczącym wkładem.

Jednak to jest ta epoka. Nie zmienimy tego. To realpolitik. Więc znowu, jeszcze raz, proszę, spróbujcie znaleźć autentyczną, autentyczną sztukę, sztuki performatywne, muzykę, prawdziwie autentyczne nauki, nauki społeczne, nauki ścisłe, narracje tworzone przez samych ludzi, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony sztucznej inteligencji promującej beztalencie przeciętności. Bo w ten sposób zachowujecie tę humanistykę.

W przeciwnym razie utoniesz w morzu, w oceanie przeciętności, powtarzalnych historii, wymiennych narracji, które pochodzą z biblioteki treści, która nie ma nic wspólnego z indywidualizacją pojedynczych osób, które przeżywają historię, przeżywają swój ból, przeżywają tę walkę i pot, aby się zaangażować.

I będziesz miał tę nową rasę płytkich ludzi, próbujących narcystycznie udawać, że mają fasadę czegoś znaczącego i ważnego w swoich komorach echa.

Ostatnio zauważyłem dość interesującą wymianę komentarzy między ludźmi, którzy zastanawiają się, czy tekst pisany i narracja zostały napisane przez sztuczną inteligencję, czy przez prawdziwego, autentycznego pisarza. Świadczy to o analfabetyzmie funkcjonalnym większości takich komentatorów, ponieważ osoba, która czyta wiele książek, autorów, w różnych stylach, ma podstawową wiedzę z zakresu semantyki, semiotyki, pragmatyki, retoryki, meta-retoryki itd., może od razu, na pierwszy rzut oka, stwierdzić, czy coś zostało napisane przez sztuczną inteligencję, czy nie. Nie wymaga to dużego wysiłku, jeśli jest się oczytanym.

Komentuję to jednak, ponieważ zauważyłem pewne oskarżenia ze strony tych analfabetów funkcjonalnych pod adresem niektórych autorów, że używają sztucznej inteligencji, ponieważ nie wyczarowaliby czegoś tak erudycyjnego, inteligentnego, kompetentnego lub poprawnego stylistycznie. Z drugiej strony, w internecie jest mnóstwo bzdur na temat sztucznej inteligencji. Każdy post, każdy komentarz itd. — niektórzy ludzie nie potrafią rozpoznać, czy to napisała prawdziwa osoba, i w dobrej wierze zakładają, że tak jest.

Właśnie w tym tkwi dysonans: ludzie, którzy nie mają absolutnie żadnej wnikliwości w rozumieniu, jak wielką szkodę wyrządza to literaturze, pisarzom, autentycznym autorom, nie potrafią nawet dostrzec prostego faktu, czy jest to pisane z doświadczenia, wiedzy, duszy, serca, warsztatu, ducha, czy z wiedzy lub hojności ducha, z charakteru, etosu, który wnosi do swojej twórczości, czy też jest to model dużego języka (LLM) generujący jakąś historię, jakiś nonsens lub próbujący edytować niektóre fragmenty tego tekstu.

Dlatego przestałem pisać książki około 2022–2023 roku, tylko po to, by zobaczyć, jak się sprawy rozwiną. Być może to nie jest dobry pomysł, ponieważ prawdziwy autor zostanie rozpoznany, a ja piszę książki niszowe. Istnieją nisze niszowe: okultyzm, metafizyka, polityka, etyka i tak dalej. Rozumiem jednak, jak wiele szkód może to wyrządzić prawdziwym, ogólnym autorom.

Nie mówię o wielkiej literaturze, beletrystyce, eposach i tak dalej, ponieważ jest to obecnie bardzo rzadka proza. To prawie nie istnieje. Nie ma już wielkiej literatury, Dostojewskiego, Tołstoja. Zakładam jednak, że wkrótce utoniemy w tej generowanej przez sztuczną inteligencję treści w waszych księgarniach internetowych, kiedy każdy będzie mógł być pisarzem i autorem. To nie jest zły pomysł, prawda? Pytanie brzmi: co wnoszą? Czy osoba bez doświadczenia i wiedzy jest w stanie napisać porządną książkę? Nie, ale taka osoba jest teraz wyposażona w maszynę narracyjną która zrobi to za nią, chociaż nie ma nic do wniesienia w pole doświadczenia ludzkiego.

Nie jestem współczesnym luddystą. Żyję w zgodzie ze sztuczną inteligencją, realpolitik, prawda? Ale odbiera to wiele człowieczeństwa ludzkiemu duchowi odartemu z ludzkiego doświadczenia. Wysiłek, przetwarzanie poznawcze, głębokie emocjonalne zrozumienie z głębokim wglądem w nie.

Tak więc z jaskini Platona udajemy się do katakumb Platona, a z katakumb Platona udajemy się do wirtualności, VR i simulacra i sztucznej inteligencji. Tam leżymy skuci łańcuchami w czarnej smole, zamknięci w pudełku, komorze echa. Ciekawe, jak to się rozwinie. Jestem bardzo uważnym obserwatorem przyszłych wydarzeń i nie jestem Kasandrą, bo nigdy nic nie wiadomo. Więc zobaczymy.

Czy jesteśmy współczesnymi luddystami? Raczej osobami, które widzą, że historia się nie powtarza, przyobleka się w coraz nowsze formy koszmarów, gdy świat maszeruje dalej, pomimo ostrzeżeń o utracie wielkich spraw. Historia nie zawsze była „taka sama”, to klątwa ludzi którzy ugrzęźli w teraźniejszości, w słowach Goethego — „bez rozeznania 3000 lat historii rozmaitych kultur, cywilizacji, historiografii idei i ogromnych przemian społecznych”.

Mowy w Oktagonie — Jaki jest sens praktykowania
misteriów?

Postanowiłem więc przeprowadzić się do tego małego miasteczka w tym śląskim regionie Polski. Dlaczego? Ponieważ jest tu znacznie taniej niż w stolicy. Jest tu znacznie ciszej. Jest mnóstwo lasów i ciekawych, bogatych w treść opowieści o „drugiej stronie”.

Oto krótki opis tego, jak zgłębiać misteria mitraickie i na czym to polega: inicjacje Coraxa i Hieny, kolejno — żeński odpowiednik Nimfy-Wenus, a następnie, w miarę jak zbliżamy się do żołnierza (Milesa) — Marsa, następnie Perseusza (Księżyca), a następnie do czego? Jowiszowego Lwa-Lei, słonecznych heliodromów oraz Saturnicznego Pater Patrum i Mater Matrorum.

W pobliżu Lepcis Magna znaleziono poświadczony sarkofag, który stwierdza, że istniała Lea i Lew. „Qui Iacet lea, qui iacet leo”. Zatem tam spoczywa lew i lwica misteriów mitraickich.

A kiedy dzieła zodiakalne, 12 dzieł zodiakalnych Heraklesa jest ukończone, tam stoi Vir Unus — dokończony człowiek, nie perfekcyjny, spełniony! Są także inteligencje planetarne, niezliczane myriady duchów, które również przechodzą przez opisy zodiaku, pełne zodiakalne koło. Kroczenie tymi ścieżkami to Via Regia, stopnie na Zigguracie, drabina Jakubowa, a więc jest to alchemia transformacji osobowości duszy, psyche, daimona, aby być kompatybilnym z tymi sferami sfer planetarnych, do których pragnie się wejść, aż do możliwości wyzwolenia w sfery gwiazd, z poruczonymi obowiązkami i stacjami zgodnymi z naszą pracą i naturą.

Nie ma złych Archontów dotyczących twojej ścieżki, są siły pytające, czy jesteś gotowy, czy jesteś gotowy zdobyć tę rangę, aby być kompatybilnym z tą naturą tych planet i tak dalej, tak niezliczone płomienie w dół wejście przez słońce wszystkich dusz współzależnych w układzie słonecznym zaczerpniętych z Anima Mundi Hekate przez bramy raka równonoc słoneczna, wyjście w Koziorożcu podczas równonocy zimowej przez Saturna. Jak wiesz, Saturn jest związany z Koziorożcem, gdzie rektyfikacja duszy zwierzęcej uzyskuje w bólach kosmiczny poziom gwiezdny.

Dlaczego Saturn? Ponieważ chodzi o znane planety. Uran został odkryty w XVIII wieku, a następnie ludzkość odkryła Neptuna i Plutona jako kolejne sfery, Pluton — nie jest do końca planetą według astronomicznych, obiektywnych obserwacji fizycznych.

Czym więc są inicjacje? Czy to jakaś wskazówka, że jesteś Coraxem, czy Lwem? Nie. Te rangi były ściśle połączone w epitalamium z pewną miarą uznania, potwierdzenia i osiągnięcia rangi wewnątrz i poświadczonej przez sfery, na przykład rangi Lwa. Lew lubił być uczciwy i prawdomówny jak słońce, jak Heliodromowie, rodzaj Rzymskich wersji Serafów, „bieżących wokół słońca”, Peripsol. Wszystkie pakty i układy w starożytnym Rzymie były zawierane pod słońcem, ponieważ to prawda, uczciwość i sprawiedliwość reprezentowały Słońce, Apollo, Helios — widzialna gwiazda, Aion/Zervan-Akarana, Hyperion były transcendentnymi formami łączącymi wszystkie te gwiazdy poprzez teletarchiczne, chaldejskie rzeczywistości.

Wejście w świat generatywny prowadzi więc przez korytarz ognia, który nabywa ludzkie ciało, ludzką maskę perspektywy. Czy Ci zrodzeni ze słońca mogą powrócić do Słońca? Nie, ponieważ jesteśmy zanieczyszczeni przez physis (materię, zoe, bion). Nasza droga wiedzie więc pod opatrznością naszego potężnego Słońca, naszego władcy na zewnątrz, przez planety zewnętrzne do gwiazd i rozpoczynamy naszą podróż, naszą odyseję, by na samym końcu odnaleźć naszą ukochaną Penelopę w transcendentnych sferach. To smutne, że niejako jesteśmy wygnani, ale w tej afirmacji zawieszonej między desperacją, tęsknotą a horrorem, wykuwamy heroiczne ścieżki.

Stąd Odous, jesteśmy podróżnikami. Jesteśmy pielgrzymami na Ziemi, którzy nieustannie pragną zjednoczenia się z tą obiektywną boskością — gwiazd, jeśli tak można powiedzieć. I to praca całego życia, by wspiąć się w tych szeregach i zaklinować swoje siły tam, gdzie zdobyliśmy triumfalnie, by nie powrócić już nigdy do stanów niższych.

Jeśli popadniemy w upadek, oznacza to, że coś poszło nie tak w naszej zdolności do kształtowania, konfrontowania się i formowania siebie jako istoty ludzkiej, jako ludzkiego śmiertelnego zwierzęcia, które aspiruje do czegoś boskiego. Więc są one niedopuszczalne. Są oczywiście wrogami sprawy, by ludzka śmiertelna małpa i zwierzęca istota powróciły od Dionizosa Zagreusa do orszaku bogów, gwiazd i bogiń.
A studiując te mity, legendy, jak wspominał Julian Apostata, cesarz Julian, mity są dla ząbkujących dzieci. Pozwalają one jedynie zrozumieć głębsze moce w ludzkich sposobach rozumienia. A jeśli potrafisz pojąć jak mistyk, jak filozof, moce, obiektywne ontologie zewnętrzne i wewnętrzne, to jesteś na dobrej drodze.

A ci, którzy potrafią zrozumieć doktrynę zbiegów okoliczności, nie są całkowicie imbecylami jako praktycy magii i Via Regia, jak wspomniał kiedyś Giordano Bruno, zanim go spalono na stosie w 1600 roku. Dlaczego jest to godne? Dlaczego jest to wielkie?

Pragniemy wolności, prawda? Pragniemy sprawiedliwości. Pragniemy wielkości, heroizacji, uosobienia naszego istnienia. Ale jeśli tego nie zrobimy, oznacza to, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Klątwa to coś, co odbiera nam boskość. Klątwa to coś, co bierze naturę i ją rani.

Tak, że nie może rozpoznać siebie. Jak ranny lew myśli tylko o bólu i strzale w swoim ciele. To forma klątwy. Nie pozwól więc, by ignorancja i złudzenie lub inne bardziej złośliwe i złośliwe plany cię przeklęły, dobrowolnie lub nie, i wejdź na tę ścieżkę, ponieważ jest ona godna, satysfakcjonująca, uczciwa i prawdziwie wielka.

Wyparty Homoseksualizm Angelologii
Judeo-Chrześcijańskiej

Przez większą część historii Zachodu seksualność była postrzegana przez pryzmat paradygmatu judeochrześcijańskiego. W przeciwieństwie do kosmologii erotycznych Grecji, Rzymu czy Egiptu — gdzie bogowie kochali, żenili się i płodzili z ludźmi — chrześcijaństwo wyniosło celibat i wyrzeczenie seksualne do rangi najwyższego ideału. Rezultatem stała się duchowość pęknięcia: wizja wzniosła, lecz nosząca w sobie ukryte zranienie. To zranienie widoczne jest w samych symbolach chrześcijańskiej wiary: w aniołach. Dla współczesnych są one świetliste, majestatyczne, „ponadpożądaniowe”. Jednak czytane przez pryzmat psychologii głębi, antropologii i religioznawstwa porównawczego, anioły nie są jedynie istotami światła — są zniekształconymi odbiciami zrepresjonowanego erosu.

W chrześcijańskiej doktrynie człowiek nigdy nie staje się aniołem. Biblia jasno ukazuje, że są to dwa odrębne rodzaje stworzeń: ludzie są istotami cielesno-duchowymi stworzonymi na obraz Boga, a aniołowie są czystymi duchami, powołanymi do służby i posłuszeństwa wobec Stwórcy. Pismo Święte mówi, że aniołowie są „duchami służebnymi posyłanymi do pomocy” (Hbr 1,14), a o człowieku czytamy, że nawet w stanie zmartwychwstania „będzie jak aniołowie”, ale pozostanie sobą (Łk 20,36). To porównanie nie oznacza przemiany w anioła, lecz wskazuje na podobieństwo w nieśmiertelności i braku małżeństwa w życiu wiecznym. Również św. Paweł podkreśla odmienność natury, pisząc, że w przyszłości ludzie będą sądzić aniołów (1 Kor 6,3), co wskazuje, że ich rola i godność w zbawieniu będzie nawet wyższa. Tradycja Kościoła, zarówno katolicka, jak i protestancka, podtrzymuje tę naukę, wyraźnie stwierdzając, że anioły nie stają się ludźmi, a ludzie nie stają się aniołami. Popularne powiedzenia o zmarłych jako „aniołach w niebie” mają charakter pocieszny i metaforyczny, nie są jednak zgodne z nauką Kościoła. Człowiek zachowuje swoją tożsamość w wieczności, a aniołowie pozostają odrębnymi bytami duchowymi, stworzonymi przez Boga w innym celu.

W tradycji grecko-rzymskiej, zarówno republikańskiej, jak i imperialnej, kobieta mogła zostać wyniesiona do boskości, angelizowana lub czczona w sposób, który w chrześcijaństwie został całkowicie zakazany. Już w czasach republiki uosobienia cnót i idei politycznych, takie jak Concordia (Zgoda), Pax (Pokój) czy Fides (Wierność), były czczone jak boginie i traktowane jak opiekunki wspólnoty. Miały własne świątynie w Rzymie, pojawiały się na monetach i pełniły funkcję niemal anielskich strażniczek ładu republikańskiego. W mitologii i religii greckiej śmiertelniczki mogły zostać zheroizowane i wyniesione na boski poziom. Psyche, dzięki swojej miłości do Erosa, otrzymała nieśmiertelność i została włączona do grona bogów. Ino, po tragicznej śmierci, została przemieniona w morską boginię Leukoteę i odtąd opiekowała się żeglarzami.

Ariadna, porzucona przez Tezeusza, znalazła wieczne życie u boku Dionizosa, który uczynił ją boską małżonką. W tych opowieściach widać, że kobieta mogła stać się pełnoprawnym uczestnikiem świata boskiego, a nie jedynie pasywnym narzędziem. W okresie cesarstwa praktyka apoteozy stała się częścią oficjalnej polityki. Żony i matki cesarzy były wynoszone do rangi bogiń i czczone publicznie. Livia Drusilla, żona Oktawiana Augusta, po śmierci została ogłoszona „Divą” przez senat. Poppea Sabina, małżonka Nerona, również otrzymała status boski. Faustyna Starsza i Faustyna Młodsza, żony cesarzy Antonina Piusa i Marka Aureliusza, były obdarzane kultem, budowano im świątynie i wznoszono posągi. W ten sposób kobieta stawała się boską opiekunką państwa i dynastii, uczestnicząc w czymś, co chrześcijaństwo w całości odrzuciło.

Do tego dochodził także kult Izydy, sprowadzony z Egiptu i niezwykle popularny w Rzymie. Izyda była boginią matką, strażniczką życia i śmierci, opiekunką dusz i inicjacji. W jej kulcie kobiety mogły pełnić funkcje kapłańskie i doświadczać duchowej rangi, jakiej w chrześcijaństwie nigdy im nie przyznano. Wszystko to pokazuje, że w świecie pogańskim kobiety mogły dostąpić apoteozy i stać się symbolami boskości. Chrześcijaństwo natomiast całkowicie zamknęło taką możliwość, ograniczając kobiecą rolę do figur Ewy i Maryi — kusicielki albo dziewicy — i wykluczając ich udział w angelologii. Podczas gdy w Rzymie i Grecji kobieta mogła zostać boginią, strażniczką, a nawet boską patronką państwa, w chrześcijaństwie utraciła tę drogę, a anielskie królestwo zostało zarezerwowane wyłącznie dla istot męskich.

Od czasów Augustyna chrześcijaństwo rysowało coraz ostrzejsze linie podziału: między ciałem a duszą, duchem a zmysłami, czystością a pożądaniem. Seksualność dopuszczano jedynie w ramach małżeństwa heteroseksualnego i podporządkowanego prokreacji. Najwyższym ideałem stawał się celibat, utożsamiany z anielską doskonałością. Symbolicznie stworzyło to kosmos pozbawiony kobiecości. Bóg był jednoznacznie męski; anioły, choć nazywane „bezpłciowymi”, wyobrażano jako młodzieńców o rysach wojowników. Kobiety pojawiały się tylko w dwóch rolach: jako kusicielki (Ewa, Maria Magdalena przed nawróceniem) lub jako naczynia aseksualnej czystości (Maryja Dziewica). Nie było miejsca na kobietę jako równą partnerkę, nie było miejsca dla boskich kochanek, nie było miejsca dla bogini.

Kiedy system religijny represjonuje eros i wyklucza kobiecość, energie erotyczne nie znikają — skręcają się do wewnątrz. Freud powiedziałby, że libido, tłumione przez surowe superego, powraca w postaciach zamaskowanych, zniekształconych lub nerwicowych. Jung zauważyłby, że anima — archetyp kobiecy w duszy — zostaje wygnana, pozostawiając rozdętą i kruchą męskość. W tym klimacie archetyp anioła ulega deformacji.

Zamiast reprezentować pełnię boskości, anioły stają się pseudoaniołami: męskimi i celibatowymi figurami oderwanymi od ciała i natury, nasyconymi erotycznym napięciem, które nie znajduje ujścia, oraz zamkniętymi w męskich wspólnotach, gdzie energia psychiczna krąży tylko między mężczyznami. W monastycyzmie i kapłaństwie celibatu prowadziło to do silnych prądów homoerotycznych. Nie zawsze jawnie seksualnych, lecz kompulsywnych i nieintegrowanych. Anioł staje się symbolem tego ideału: świetlisty młodzieniec, piękny, „czysty”, lecz pozbawiony kobiecego dopełnienia. Dlatego anioły judeochrześcijańskie są „homoseksualne” nie w znaczeniu nowoczesnej tożsamości seksualnej, lecz w sensie psychologiczno-symbolicznym. Uosabiają eros męski, który nie ma dokąd popłynąć poza własne odbicie.

W starożytności grecko-rzymskiej dusza kobiety mogła zostać wyniesiona do boskości.

Mity mówią o Psyche, która przez związek z Erosem osiągnęła nieśmiertelność. Cesarzowe i małżonki władców bywały deifikowane po śmierci, stając obok swoich mężów wśród bogów. Boginie ucieleśniały każdy wymiar istnienia — od erotyzmu Afrodyty po moc odrodzenia Izydy. Chrześcijaństwo natomiast odebrało kobietom tę drogę do apoteozy. Powodów było kilka. Po pierwsze, lęk przed archetypem bogini. Postacie takie jak Izyda, Demeter czy Afrodyta reprezentowały boską kobiecość, którą chrześcijaństwo starało się wymazać. Przyjęcie kobiet jako anielskich czy boskich istot oznaczałoby powrót do tradycji, które miały zostać przezwyciężone. Po drugie, chodziło o kontrolę erosu. Apoteoza kobiety potwierdzałaby sakralny wymiar seksualności, skoro boginie uosabiały płodność, miłość i erotykę. Chrześcijaństwo uczyniło odwrotnie: kobieca seksualność stała się źródłem grzechu (Ewa) lub została wyjałowiona (Maryja). Po trzecie, zadecydowała patriarchalna teologia. Upewniając się, że anioły są wyłącznie męskie, chrześcijaństwo wzmocniło strukturę kapłaństwa męskiego i męskiego Bóstwa.

Kobiety mogły być świętymi, dziewicami, męczennicami — ale nigdy równymi mężczyznom w hierarchii niebiańskiej. Ideał „anielski” zarezerwowano dla mężczyzn żyjących w celibacie.

Odrzucenie kobiecej apoteozy miało głębokie skutki kulturowe. Robert Graves w Białej Bogini nazwał to chorobą cywilizacyjną: wymazanie bogini uczyniło poezję i duchowość jałową. Anioły stały się symbolami tej pustki: świetliste, lecz aseksualne; męskie, lecz odcięte; czyste, lecz niepełne. Nie są prawdziwymi mediatorami między niebem a ziemią, ale półistotami — pseudaniołami zrodzonymi z represji. Jeśli duchowość ma być pełna, musi odzyskać to, co chrześcijaństwo wyparło: eros i kobiecość. Prawdziwa integracja oznacza przywrócenie animy — kobiecego archetypu wewnętrznego — do świadomości, uznanie seksualności nie za grzech, lecz za ścieżkę transcendencji oraz rozpoznanie kobiet jako pełnoprawnych uczestniczek boskości, zdolnych do apoteozy, tak jak było to w tradycjach przedchrześcijańskich. Dopiero wtedy anioły mogą stać się czymś więcej niż pseudaniołami. Mogą być prawdziwymi archetypami światła — świetlistymi nie dlatego, że odrzucają eros, ale dlatego, że ucieleśniają jego zjednoczenie z duchem.

Judeochrześcijański kosmos aniołów oferuje nam paradoks: wizję transcendencji zbudowaną na represji. Jego anioły, piękne, lecz niepełne, odsłaniają ukrytą prawdę — że żadna duchowość nie może być cała bez erosu, a żadna boskość nie może być pełna bez kobiecości. Aby przywrócić równowagę, trzeba powrócić do tego, co zostało utracone: do bogini, do animy, do erotycznej duszy. Tylko wtedy anioły przestaną być cieniami represji, a staną się prawdziwymi posłańcami pełni.

Bóg judeochrześcijański, gdy spojrzeć na niego z perspektywy porównawczej religii i psychologii głębi, jawi się jako konglomerat kilku archetypicznych energii, które w dawnych systemach politeistycznych były rozdzielone na różne bóstwa. Z jednej strony nosi w sobie energię wojny, dyscypliny i prawa — odpowiadającą sferze Marsa. Jego obraz jako surowego sędziego, wojownika i mściciela, który prowadzi swój lud do podbojów, to nic innego jak echo archetypu męskiego boga wojny, ale przeniesione w monoteistyczny absolut. Z drugiej strony ta sama figura wchłania w siebie elementy związane z oczyszczeniem przez wodę, rytuałem chrztu, czyli symboliką płodowych, oceanicznych wód. Tutaj odnajdujemy podobieństwo do Oannesa, bóstwa wodnego i nauczyciela z tradycji mezopotamskich, które łączyło wiedzę z pierwotną mocą oceanu — wód życia, narodzin, seksualności.

Połączenie tych energii w jednej postaci tworzy napięcie psychiczne: surowy, wojenny bóg dyscypliny, którego władza wyraża się przez zakaz i represję, zostaje związany z żywiołem wód, które symbolizują seksualność, płodność i nieświadomość. W tradycji chrztu wody te zostają „ochrzczone” jako czyste i duchowe, odcięte od ich pierwotnego, erotycznego i płodowego sensu. W rezultacie oceaniczna moc, zamiast otwierać na erotyczną pełnię, zostaje zamknięta w rytuale odcięcia i kontroli.

Psychologicznie ten bóg staje się obrazem męskiego ja, które wypiera własną seksualność, zwłaszcza w relacji do kobiecości. Mężczyzna, który nie może lub nie chce zintegrować swojego erosu w związku z kobietą, zaczyna zwracać się ku sobie — zarówno intelektualnie, jak i seksualnie. Logos i eros zostają splecione w kręgu męskim, w którym energia miłości i pożądania nie znajduje zewnętrznego dopełnienia, lecz zostaje skumulowana w homogenicznej, męskiej przestrzeni. Stąd bierze się duchowość, która pod powierzchnią surowej czystości i transcendencji kryje homoerotyczny wektor: zwrot ku sobie samemu, ku swojemu odbiciu, ku wspólnocie braci zamiast ku kobiecej inności.

Bóg judeochrześcijański w tej interpretacji staje się symbolem męskości, która nie potrafi objąć w sobie kobiecości ani erosa, a więc staje się jednocześnie wojownicza, represyjna i narcystycznie zwrócona ku sobie. Energia Marsa wchłania energię oceaniczną, ale zamiast pozwolić jej płynąć w naturalny sposób, zamyka ją w rytuałach wody, które mają oczyszczać, a faktycznie unieważniają jej seksualny wymiar. Rezultatem jest religijny system, który gloryfikuje męską czystość, odcina od kobiecości i wytwarza homoerotyczne pseudoanioły — duchowo wzniosłe, ale psychoseksualnie rozdarte.

W systemie judeochrześcijańskim obraz Boga jako Ojca absolutnego wyznacza ramy, w których kształtuje się ludzka psychika. Ojciec jest surowy, oceniający, karzący — w pełni obecny w roli strażnika porządku i moralności. Anioły, przedstawiane jako jego słudzy i wojownicy, są wtórnymi odbiciami tej ojcowskiej zasady: dyscyplinowane, podporządkowane, pozbawione autonomii. W psychice człowieka odbija się to poprzez formowanie nad-ja, superego, które domaga się posłuszeństwa, wyrzeczenia i czystości. To właśnie w tym miejscu zaczyna się subtelna, lecz głęboka luka w rozwoju męskości — luka, której konsekwencje psychologiczne są trudne do przeoczenia.

Anioły, pozbawione kontaktu z kobiecością i erosem, nie mają dostępu do pełni doświadczenia życia. Ich męskość jest sztuczna, ascetyczna, zbudowana na zaprzeczeniu własnych potrzeb i naturalnej energii. W ten sposób rodzi się kompleks ojca: głębokie, wewnętrzne poczucie, że aby udowodnić swoją męskość i władzę, trzeba ją narzucić innym. Nie chodzi tu o autentyczną siłę, lecz o kompulsywne odgrywanie roli, która w rzeczywistości jest pusta i represyjna.

Dlaczego jednak ta energia wybucha wobec innych mężczyzn, a nie kobiet? W symbolice pseudaniołów kobieta jest albo demonizowana, albo całkowicie odczarowana — nie jest nośnikiem autentycznego pożądania ani inspiracją do pełnego życia erotycznego. Energia seksualna, nie mając dostępu do animy — żeńskiego aspektu duszy — zostaje skierowana ku temu, co podobne: ku bratu, ku współmnichowi, ku „prawdziwemu mężczyźnie”. Jednak nie jest to energia miłosna ani twórcza. Przybiera formę przemocy, rytuału dominacji, sposobu na kompensację własnej niepewności i braku integracji z męskością w pełni ucieleśnioną.

Archetypiczna dynamika tej sytuacji jest klarowna: Ojciec narzuca zakaz i ideał czystości; Syn lub Anioł, wewnętrznie rozdarty i odcięty od kobiecości, próbuje sprostać ojcowskiemu wzorcowi; wreszcie pojawia się przemoc homoerotyczna — akt, w którym pseudanioł próbuje „połknąć” męskość innego mężczyzny, udowadniając swoją własną. To dramat, w którym stłumiona energia erosu wybucha w formie kompulsywnej, patologicznej.

Z perspektywy psychologii głębi okazuje się, że pseudanioły dopuszczają się przemocy nie z powodu duchowej siły, lecz właśnie jej braku. Ich działania są maską — imitacją męskości i autorytetu, które w rzeczywistości są niedostępne w pełni. Homoerotyczne gwałty stają się symbolem stłumionej energii erotycznej, powiązanej z potrzebą kompensacji wobec wszechmocnego Ojca. Prawdziwi mężczyźni, zintegrowani, świadomi swojej cielesności i seksualności, w oczach pseudaniołów stają się zagrożeniem. Trzeba ich zdominować, ponieważ symbolizują to, czego oni sami nie potrafią w sobie zintegrować.

W tym sensie przemoc wobec innych mężczyzn jest dramatycznym, archetypicznym odzwierciedleniem nierozwiązanej relacji z Ojcem i represji animy. To nie eros jako miłość, lecz patologiczna forma pseudoduchowości — duchowa fasada, która maskuje pustkę i brak autentycznej integracji duszy z jej kobiecym wymiarem. Historia ta, choć dramatyczna, ujawnia uniwersalną prawdę: prawdziwa siła mężczyzny nie leży w dominacji ani represji, lecz w zdolności do pełnej, świadomej obecności, w harmonii z własnym ciałem, duszą i kobiecym aspektem psychiki.

Awersja, obrzydzenie i niechęć tych istot wobec kobiet nie są przypadkowe. W psychologii głębi można to interpretować jako projektowanie własnej nierozwiniętej, nieprzepracowanej animy — żeńskiego aspektu psychiki. Anioły czy pseudanioły, pozbawione kontaktu z kobiecością, odczuwają jej obecność jako zagrożenie. Kobieta symbolizuje im to, czego oni sami w sobie nie zintegrowali: emocjonalną głębię, intuicję, naturalną seksualność, zdolność do tworzenia więzi i akceptacji siebie w pełni.

Ponieważ te istoty żyją w systemie surowego Ojca i represji, kobieta staje się lustrem ich własnych braków. Jej ciało, seksualność i energia wydają się im obce, niebezpieczne, wręcz „nieczyste”, ponieważ w psychice pseudanioła własna cielesność i potrzeby erotyczne są tłumione lub całkowicie odrzucane. Obrzydzenie wobec kobiecego ciała i seksualności jest więc mechanizmem obronnym: zamiast skonfrontować się z własnymi popędami i pragnieniami, te istoty je projekcjonują na kobiety i odpychają je emocjonalnie.

Niechęć wobec kobiet wynika też z konfliktu między represyjnym ideałem a naturalną potrzebą erotyczną. Kobieta, będąc symbolem życia, ciała i spontanicznej energii, kontrastuje z ascetyczną, kontrolowaną „męskością” pseudanioła. Jej obecność przypomina mu o tym, że jego męskość jest sztuczna i odcięta od pełni doświadczenia. Stąd rodzi się mieszanka lęku, odrazy i agresji — emocji skierowanych w pierwszej kolejności w obronie własnego, wewnętrznie niepewnego ja.

Podsumowując: awersja, obrzydzenie i niechęć pseudaniołów wobec kobiet to projekcja ich własnych braków i represji, mechanizm obronny przed konfrontacją z własnym ciałem, seksualnością i nieprzepracowaną animą. Kobieta staje się dla nich symbolem pełni, której oni nie osiągnęli, a której lękowo starają się uniknąć — czasem poprzez odrzucenie, czasem poprzez dehumanizację, a czasem poprzez patologiczne przekształcenie energii w przemoc wobec mężczyzn.

Wiedźmistrz Generał — Martwe Wiedźmy z Cienia jako Matczyne Wzorce

„Prawdziwa potęga czarownictwa nie rodzi się z krzyku rozpieszczonych dziewczynek ani z farsy współczesnych iluzji, lecz z ciszy Pani Umarłych — wiedźm cieni, które strzegą pamięci, równowagi i granicy między życiem a śmiercią; przed nimi blednie każdy fałsz, bo ich mądrość jest starsza niż gniew, a ich spojrzenie głębsze niż ciemność.”

W starożytnym świecie mawiano, że sława wiedźmy wyprzedzała ją, zanim jeszcze się pojawiła. Chciałbym porównać ideę współczesnego czarownictwa — zepsutego, LGBT, oszukańczego, zdegenerowanego, postmodernistycznego, rozregulowanego, niezdyscyplinowanego, głupiego, żałosnego i rozpieszczonego — do idei pierwotnego czarownictwa. Weźmy na przykład czarownictwo śląskie, germańskie. Dawno temu, gdy zawitałem w okolice Złotych Gór na Dolnym Śląsku, błąkałem się nocą po lesie i dzięki mojemu drugiemu thanaturgicznemu wzrokowi dostrzegłem trzy­metrową wiedźmę, która ukazywała mi Vegvísir — dobre życzenia na drogę. Jaka była z charakteru? Między innymi zdyscyplinowana, potężna i mądra. Była silną, piękną kobietą — w przeciwieństwie do współczesnych, zepsutych odpadów aspirujących do miana „potężnych kobiet”.

Kapłanki Westalki były dziewicami, ale zarazem potężnymi kobietami. Mogły wpływać na politykę. A teraz, jak wyobrażasz sobie bycie współczesną wiedźmą, jeśli jesteś wyśmiewana przez Czarne Matki po drugiej stronie? W najlepszym wypadku jesteś rozpieszczonym bachorem o pogubionym umyśle. Nie mogłabyś wejść na pole bitwy i wiązać dusz poległych żołnierzy. Nie mogłabyś wziąć ciernia i wbić go w dłonie lub umysły mężczyzn, by ich powstrzymać, gdyby zbyt lekkomyślnie lekceważyli mądrość drugiej strony i kobiecej natury.

Miałem onegdaj dwie wizje: Jedna przedstawiała czarny całun z naszyjnikiem z wysuszonych kwiatów na szyi; pocałowałem jej całun — wierzę, że był to los ofiarowanych Kapłanek Westalki, oddanych świętemu chtonicznemu czarnemu ogniu. Druga wizja pojawiła się podczas rozmowy telefonicznej z przyjaciółką kapłanką. Podczas rozmowy wspomniała o boskim, dziwnie ciepłym ogniu, a moment później poczułem ramiona wokół szyi, dłonie przesuwające się w stronę mojego splotu słonecznego. Za mną stała postać w złocie i bieli. Uśmiechnąłem się i wspomniałem przyjaciółce, że czytam o świętym zakonie Westalek.

Gdy chrześcijańska dziewczyna popełniła świętokradztwo, kradnąc biżuterię ze statuy Westy, Westalka wskazała na nią palcem i powiedziała: „To będzie twoja ostatnia noc w życiu”. Chrześcijańska dziewczyna zmarła tej samej nocy w straszliwych konwulsjach jako kara za swój czyn. Interesujące było odkrycie, że podobnie jak w Misteriach Eleuzyjskich, Westalki uspokajały eidola i całuny zmarłych, wypędzały je z Rzymu lub rozpuszczały ich cienie. Funkcja ta dawno została zapomniana, ponieważ w katolickim rytuale nekromantycznym mogą jedynie umieszczać dusze zmarłych w grobie na okres inkubacji, zamiast im pomagać.

Istnieją dwa klucze do tych misteriów:

Nie rozumiej Westy inaczej niż jako żywego ognia;
Widzisz, że z ognia nie rodzą się ciała. Dlatego z prawem należy ją uważać za dziewicę, która nie przynosi nasienia, nie poczyna ich i miłuje towarzystwo w dziewictwie. (Ow. Fast. 6.291–294)

Żywy ogień związany jest z twierdzą, septagramem w teologii arytmetycznej; jest niepodzielny, to boski ogień, który spala wszelkie nieczystości i jest zamknięty w sobie przez ciała świętego ognia. Jest nieśmiertelny, połączony z ogniowymi korytarzami słońca w hiperionicznych rzeczywistościach w sensie pneumatycznym, i to jest miejsce, gdzie przebywają święte daemony i bogowie, uczestnicząc w dzikim, nieugaszalnym, hipersłonecznym hekatycznym ignis.

Podczas czytania byłem rozdarty między zrozumieniem kluczowej roli, jaką te święte kobiety odgrywały w Rzymie — ich pozycji, władzy, bogactwa i fortuny — a potrzebą kobiet, by uczestniczyć w swojej naturze seksualnej. Kara za złamanie ślubu była surowa, ale sednem było zachowanie filarów rzymskiego społeczeństwa. Biorąc pod uwagę wszystkie przywileje i obowiązki, jakie cieszyły się Westalki, rozumiem, że rytualne oczyszczenie było w tym kontekście konieczne. W końcu zakonnice, zakon wzorowany na Westalkach, ale pozbawiony władzy, bogactwa, wpływów politycznych i przywilejów prawnych, były uległą wersją potężnych zgromadzeń kobiet podległych Kościołowi. Ze względu na patriarchalną naturę społeczeństwa rzymskiego, Westalki wraz z matronami były kobietami o największych prawach w tym społeczeństwie.

Czego nauczyłem się od mrocznych wiedźm z drugiej strony, od tych cienistych, od nieumarłych — to to, że są surowe, zdyscyplinowane, mądre, potężne i wielkie. Właśnie one tworzą lożę Pani Umarłych — archetyp, który nie jest jedną osobą, lecz kongregacją dusz, pamięci i rytuału. Pani Umarłych to strażniczki przejść i granic, które czuwają nad równowagą między życiem a śmiercią. Potrafią przywracać imiona zapomnianych, zamykać to, co powinno odejść, i chronić porządek tam, gdzie chaos próbuje rozciąć nici losu.

Ich moc nie jest krzykliwa ani spektakularna — jest głęboka, cierpliwa i przenikająca jak cień. Są pamięcią, która nie pozwala na zapomnienie, i granicą, która przywraca sens. Widziałem, jak w snach potrafią przyjść do żywych, aby nauczyć, ukazać prawdę, czasem także zranić, jeśli ktoś profanuje śmierć lub drwi z jej majestatu. To one uczą ciszy, to one wymagają szacunku — i nie mają żadnej tolerancji dla współczesnych zepsutych dziewczynek, które nadużywają pojęcia i definicji tego, czym jest kobieta lub czym powinna być.

Jestem mężczyzną, mam męską perspektywę. Ale z perspektywy kobiety — jeśli przyjmuje i konsekruje nasienie — rzecz wygląda inaczej, nabywa męskiej perspektywy, podobnie kiedy czarownik konsekruje krew miesięczną i ją spożywa — nabywa perspektywy żeńskiej. A zatem, jeśli naprawdę chcesz wzorować się na wiedźmach, to dorównaj im. Bo większość z was w kręgach gardneriańskich wiccan i podobnych to tylko rozpieszczone dzieciaki, które nie mają nic wspólnego ze swoimi wzorcami. Prawdziwie mądra kobieta potrafi subtelnymi metodami kontrolować mężczyzn. Rozpieszczona idiotka to tylko wściekła, rozregulowana kobieta — łatwa do przewidzenia, łatwa do kontrolowania, łatwa do spacyfikowania.

Uważajcie natomiast na kobiety milczące — milczące, mądre i silne. Bo tak jak mądrzy, cisi mężczyźni, potrafią knuć w bardzo jadowity sposób, aby zniszczyć. Nie bójcie się tych wściekłych idiotek i głupców — oni są czytani jak książka, wystawieni na widok, łatwi do interpretacji i zabawy. Ale Pani Umarłych — ciche, nieumarłe wiedźmy z cieni — nie są tak łatwe do przejrzenia. One są strażniczkami pamięci i mrocznej sprawiedliwości. One trzymają równowagę między światem żywych i martwych. To przed nimi należy się pochylić, bo ich moc jest starsza i większa niż gniew jakiejkolwiek żywej kobiety.

Lecz mądrą kobietę rzadko można spotkać. Silną kobietę rzadko można spotkać. Kobietę godną szacunku rzadko można spotkać. Róbcie więc, co chcecie, ale miejcie świadomość, że strona śmierci ma na to zupełnie inne spojrzenie. Pani Umarłych widzi was inaczej, niż wy widzicie siebie.

Gdy byłem świeżo „wypieczonym” magiem, mieszkałem w Aberystwyth w Walii, w domku Heul Alwn 23 w Waun Fawr. Praktykowałem swoje rytuały późno w nocy; cisza lamp i oddech morza. I pewnej nocy pojawiły się dwie czarne ręce, które wyrzuciły mnie poza krąg — tak, że wylatując na dwa metry uderzyłem o sofę naprzeciwko. Bezpieczne lądowanie, a jednak wstrząs, który otworzył coś innego. Potem wskazała mnie czarna pani w białej masce; gdy ją zdjęła, pod nią była czaszka. Wokół gromadziło się chtoniczne robactwo, rozmaite demony, jakby chciano ze mnie uczynić daemoniaca. Ona uczyła mnie gestów; byłem wtedy uczniem jej ciszy — naśladowałem ją, imitowałem z synowskim zawzięciem.

Wróciwszy do Warszawy, słyszałem na ulicy „vafancullo” — byłem przez nią „opętany” jako syn wiedźmy. Dowiedziałem się (w przekazach, w snach), że była włoską stregą z okresu quattrocento, spaloną na stosie w młodości przez Inkwizycję. Lata później ukazała mi się jako młoda dziewczyna w środku lata, znikając tuż po tym, jak mój wzrok z nią się spotkał. Jeszcze później, gdy tęskniłem za swoją nauczycielką, widziałem jej promienną, ognistą twarz w gwiazdach — i miałem łzy w oczach, bo oto — po pięciuset latach obserwowania ekscesów niezliczonych śmiertelnych — moja matka, moja nauczycielka, moja maestra dostąpiła gwiazd i wolności.

To doświadczenie z Aberystwyth nauczyło mnie, że Pani Umarłych nie działają gwałtownie, by zabawić się w terror — działają przez inicjację, przez pamięć, przez zadawanie ról: ucznia ciszy, nosiciela imienia, strażnika granicy. Ich moc jest starsza niż każda moda; to pamięć, która przywraca imiona zapomnianych i zamyka to, co powinno odejść. Dlatego, jeśli naprawdę chcesz wzorować się na wiedźmach, nie szukaj jedynie krzyku i manifestu — dorównaj im ciszą, dyscypliną i pokorą wobec granic, które one strzegą.

Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego Kościół, a konkretnie Watykan i judeochrześcijańska instytucja, eliminował kobiety, oskarżając je o czary? Austin Osman Spare, wybitny brytyjski okultysta i mag, spekulował w swoich ezoterycznych rozważaniach, że ludowe czarownictwo było zdegenerowaną formą kapłańskiej krwi kobiet, obdarzonych w sposób, który dzisiaj nazwalibyśmy psioniką.

Ta moc przechodziła przez linie żeńskie, poprzez mitochondrialne DNA, a także przez pewne okultystyczne predyspozycje transmigracyjne, które nie były bezpośrednio związane z DNA, lecz z nieprzerwaną linią przekazu. Każda linia takiej kobiecej krwi czarownic kończyła się w męskich potomkach, chyba że połączyli się z psionicznie zdolną kobietą i spłodzili córki. Te córki przedłużały rodowód.

Skąd to wiem? Moja babcia, choć wychowana w duchu katolicyzmu, była silną psioniczką: urządzenia elektroniczne wariowały, gdy wchodziła do pokoju, kryształy eksplodowały, żarówki pękały. Tłumiła to w sobie przez katolicyzm, obawiając się, że może zaszkodzić ludziom. Nie opanowawszy tej umiejętności i tej krwi, tłumiła ją w religii. W ten sposób cierpiała straszliwie i rozwinęła raka, odchodząc w 2007 roku.

Jakie były interesy Watykanu w eliminowaniu takich kobiecych linii? Przede wszystkim kwestionowały one władzę i kłamstwa szerzone przez wieki, w tym prymat nad tzw. watykańską magią i seksualnością kapłańską.
Badając rodowody mojej babki i prababki poprzez testy mitochondrialne, odkryłem, że noszę w sobie linie krwi germańskie, Tesalskie, Bityńskie, aż po Syrię. Mam więc, jak lubię mówić, armię babć stojących za mną.

Przekazuję to jako ostrzeżenie i historię odwetu przeciw judeochrześcijańskim instytucjom, które zniszczyły tyle kapłańskich klas kobiet, zmieniając je, jeśli się bały, w bezwolne zakonnice. Krótko mówiąc, można stąd wywnioskować i wyprowadzić wszystko inne.

Mądre kobiety bywają rzadkie. Silne kobiety bywają rzadkie. Ale Pani Umarłych — ciche, nieumarłe wiedźmy z cieni — trwają mimo czasu. Ich spojrzenie przenika wieki; ich obecność uczy, że prawdziwa potęga to nie demonstracja, lecz pamięć i równowaga. Ja jestem tu tylko pośrednikiem.

Rhetorica ad populum: Słowo o Retoryce

W tej nocnej godzinie, gdy moi przyjaciele śpią, z wyjątkiem kilku czarownic cienia biegających przy wrotach umarłych, chciałbym skupić się na retorycznych zagadnieniach metaretoryki i retoryki.

Oto podręcznik klasycznej retoryki w okresie hellenistycznym, zredagowany przez Stanleya E. Portera. Chciałbym przeczytać jego wstęp, który jest naprawdę potężnym dziełem, muszę przyznać, ponieważ niewiele osób współcześnie bada retorykę — nie mówiąc już o tym, by ją stosować czy łączyć ze sztuką pamięci, ars memoriae, aby wiedzieć, jak układać, wynajdywać, stylizować i wygłaszać swoje przemowy, czerpiąc z katalogów i artefaktów wyobraźni, by przekazywać je w sposób odpowiedni.

Czasem w gładkim, niczym płatek śniegu, stylu Odyseusza, a czasem w bardziej napiętym i ostrym stylu Tyrtajosa. Przeczytajmy zatem: czym jest retoryka?

Greckie słowo rhetoriké pojawia się w „Gorgiaszu” Platona, prawdopodobnie napisanym w drugiej dekadzie IV wieku p.n.e. Używa go Sokrates, a sofiści Gorgiasz i jego uczeń Polos przyjmują je bez protestu, by opisać téchné, czyli sztukę publicznego przemawiania. Gorgiasz praktykował ją i nauczał innych, a Polos opublikował pewne pisma na ten temat. Definicja retoryki jako Peithos Demiurgos — dzieła perswazji — była ściśle polityczna. Peitho była boginią wymowy i powściągliwości w mówieniu, bo aby być dobrym mówcą, trzeba mieć umiar.

Nie rozrzuca się informacji na lewo i prawo jak dziecko paplające o wszystkim, lecz wybiera się z arsenału wiedzy i doświadczeń te elementy, które pasują do audytorium, aby je w jakiś sposób poruszyć.

Na marginesie — to nie jest wcale stricte retoryczne, lecz bardziej performatywne. To, co nazywamy retoryką, było postrzegane jako praktyka już w V wieku, choć samo słowo rhetoriké nie występuje w żadnym zachowanym tekście z tego okresu. Częściej używano określenia téchné lógon — sztuka słów, mowy czy dyskursu. Niektórzy twierdzą, że Platon ukuł słowo rhetoriké, które mogło mieć pejoratywne konotacje, bo pochodzi od słowa rhétor — mówca, często oznaczającego polityka, kogoś, kto chce nas przekonać, wpłynąć na nas. A wszelki wpływ jest poza moralnością — dlatego trzeba nauczyć się wpływać, zanim poddamy się wpływowi milionów, które same były wcześniej ukształtowane przez retoryczne perswazje polityków. To też kwestia wolności.

Potem pojawia się Corax, a oczywiście także „Rhetorica ad Herennium”, przypisywana Cyceronowi (choć to przedmiot debat). W tym dziele funkcją mówcy jest umiejętność przemawiania w sprawach określonych prawem i obyczajem dla dobra wspólnoty oraz zdobycie — na ile to możliwe — przychylności audytorium. To dotyczy wiedzy wspólnej, zakresu i ram przemówienia, tego, co jest dozwolone w danym społeczeństwie. Chodzi o eliminowanie skrajności i umiar w środku, by skutecznie oddziaływać.

Dlatego dzielimy informacje. W dyskursie wywiadowczym czy rządowym nie przekazuje się wszystkiego opinii publicznej, bo panowałby chaos. Podobnie jednostki posiadające szczególną wiedzę nie powinny mówić o niej wszędzie i każdemu — byłoby to czystym nonsensem. W najlepszym razie spotkałby ich śmiech lub obojętność, w najgorszym — izolacja czy umieszczenie w zakładzie psychiatrycznym.

Chciałbym więc dać krótki przegląd greckich i łacińskich stylów retorycznych. Jakie są podstawowe części mowy retorycznej? W „Retoryce” Arystotelesa (księgi I i II) pierwszym elementem jest dianoia — myśl, inspirowana przez prónoia, boginie czy bogów. Nie ma to większego znaczenia, ważne że pochodzi z naszego własnego umysłu — z naszej autonomii, władzy i zdolności do korzystania z doświadczeń i wiedzy, by ułożyć mowę. To heuresis lub inventio — wynajdowanie tego, co chcemy powiedzieć, zanim to wypowiemy.

Nowocześni ludzie często zapominają, że nie mówi się wszystkiego, o czym się myśli. Najpierw myślisz, potem mówisz — tak kształtuje się mistrzostwo nad sobą i audytorium. Potem mamy lexis (elocutio) — styl, oraz taxis (dispositio) — układ. To sztuka, jak zorganizować poważną debatę, lekką rozmowę czy piękne wystąpienie. Kolejną częścią jest hypokrisis (actio) — wygłoszenie mowy. Ja sam teraz wygłaszam mowę — pomyślałem nad nią, wynalazłem ją, ułożyłem, wybrałem styl i sposób wykonania, i teraz ją prezentuję.

Do tego dochodzą środki perswazji — nieartystyczne i te oparte na téchné, czyli kunsztowne. Każda mowa niesie w sobie także charakter mówcy, czyli ethos. Aby skutecznie przekonywać, mówca powinien być dobrego usposobienia — wtedy ma większą siłę perswazji. Zły mówca, złośliwy — jego język zostaje odcięty w chwili wypowiedzi.

Sam wiele razy doświadczyłem, że nadmiar słów może być zgubny. Słowa nie są stworzone dla tchórzy — mogą przywoływać niewidzialne siły. Dlatego gdy mówisz w otchłań, skarżysz się, płaczesz, wyrażasz radości i troski, to nie jest tylko komunikacja ludzka — słuchają cię także istoty cudowne. Trzeba tylko znaleźć właściwy język dla nich.

Wygłaszam tę mowę, by zachęcić ludzi do retoryki. Bo można mówić pięknie, można mówić dobrze, wkładając w to serce, duszę, umysł i ducha. Można działać poprzez aletheia — prawdę, poprzez mnemosyne — pamięć, poprzez piękno i muzy, poprzez cnoty, które zostały zapomniane, lecz nie zniszczone — są nieśmiertelne. To tylko ludzie się od nich odwrócili i przestali twierdzić, że są natchnieni. Dziękuję.

O celu wysokiej magii — Droga Prawej Ręki w kontekście pogańskim

Perfekcyjna magia to doskonała formuła intelektualna, wartościowa, pneumatyczna, seksualna, fizjologicznie performatywna, która subtelnie i wspaniale pokrywa się z obiektywnymi prawami wszechświata. Jest to bardzo trudne do osiągnięcia, ponieważ nasze formy biologiczne są ograniczone, a sztuka jest pełna miraży, pułapek, pól minowych urojeń i ignorancji, często zasilanych przez wrogów ludzkiego przebóstwienia i operatorów magii. Nasze poznanie, wyobraźnia, intelektualizacje, dusze są ograniczone; nasze „daimony” mają różny charakter, a nasza świadomość splata się w różny sposób z innymi światami.

Chciałbym przedstawić kilka technik, które mogą okazać się przydatne w twojej własnej celowej praktyce. Praktykuję magię ceremonialną, która obejmuje artystyczne symfonie, performatywne gesty, różne języki, symbole, zaklęcia, inwokacje, ewokacje, emanacje, mediumizacje, awataryzacje i jest ściśle związana ze współpracą z Bogami, Angeli Bonum, Agathos Daimones, Bohaterami, Mistrzami, Mistrzyniami oraz duchami wielu światów, piekieł i otchłani.

Czy można komuś pokazać subtelną sztukę magii? Czasami tak, czasami nie. Ci, którzy próbują udowodnić cokolwiek, są szybko zamieniani w błaznów, to samotna ścieżka w której najwięcej się dzieje z dala od reszty śmiertelnych ludzi. Obecnie mogę wizualizować trójkąt w kolorach czerwonym, złotym i srebrnym w przestrzeni 3D, który mogę subtelnie zmaterializować i zobaczyć. Czy jest to rzeczywisty obiekt, czy jedynie moja subiektywna wyobraźnia? Czy naprawdę projektuję formę energii, która pozwala mi zobaczyć trójkąt z okiem pośrodku? Mogę go obracać, przyspieszać, zatrzymać i zapisać jego symbol w piśmie klinowym, co oznacza tarczę wpisaną w symbol Shamasha.

Trzymam te trzy elementy w pamięci i jednocześnie projektuję je z wyobraźni w przestrzeń 3D. To mały moduł, który wykorzystuje symbole możliwe do rozpoznania lub nie. Potrzebujesz intencji i tradycji — co jest uświęcone w tej praktyce. Na przykład, zgodnie z tradycją Egipcjan, mogę zapisać kartusz na papirusie i nadać mu intencję wysłania moich wyrazów szacunku nauczycielom. Obecnie projektuję złoty list, który wysyłam w górę, obserwując, jak białe skrzydła przenoszą moją wiadomość do bogów. Broadcast instancjonalny.

Istnieje wiele technik, w tym Barbara onomata, czyli nieznane języki używane podczas procesji eleuzyjskich z Aten do Eleuzis. Choć słowa te w tym kontekście nie mają znaczenia, służyły demonstracji. Kiedy wchodzimy w przestrzeń sakralną, wszystko staje się poważne — powaga wynika z naszego oddania i szczerości. Demonstracje, które pokazałem wcześniej, były profanum; mogły posłużyć do ćwiczeń wokalnych, tańców Salian, współpracy z inteligencjami sfer planetarnych — np. w czasie Marsa lub retrogradacji Saturna, podług tradycji, lub uznaniowego doświadczenia.

Wszystko, co wprowadzamy do umysłu i zmysłów, wpływa na naszą estetykę, sposób myślenia i intelektualizację sytuacji. Technik magii uczonej to w istocie ucywilizowany szaman. Im bardziej szlachetna, szczera, rezonująca i etyczna jest jego praktyka, tym bardziej czyny są skoncentrowane, naładowane energią i efektywne, a szanse na wpływ na rzeczy lub ludzi rosną. Wielkie przemówienia magika są słyszane przez duchy i dusze na całym świecie, podczas gdy drobne lub złe słowa są odrzucane — naturalny porządek rzeczy.

Magia może obejmować szyfrowanie, tworzenie kodów czy systemów symboli. Podstawowym celem jest wpływanie na świat i działanie na siebie — mistycy chcą otrzymywać i otrzymać oddziaływanie, magowie działać i komanderować, katalizować. Technik magii stara się realizować wizję, inspirując inteligencje, aby przeciwdziałały destrukcji lub destabilizowały system w celu osiągnięcia celu. To jak bycie małym bogiem — skuteczność zależy od talentu i treningu. Głupiec próbuje powtarzać kroki technika magii bez zrozumienia fundamentów jego bytu i nie osiąga żadnych efektów.

Technik i narzędzi w arsenale technika magii jest wiele, rozwija się je latami, dopracowując każdy element, nieużywane organy zanikają. Część umiejętności może pochodzić z kontaktu z duchami, bogami czy demonami, ale to, co staje się twoje, należy do ciebie. Każda ścieżka jest indywidualna; jeśli nie zindywidualizujesz siebie, osiągniesz jedynie rzeczy pożyczone lub powierzchowne.

Modularne podejście do subtelnej sztuki magii pozwala używać narzędzi według potrzeby. Bardzo ważnym celem jest cel wyzwalający — magia nie służy do sztuczek, lecz do wzrostu w mocy w sferach planetarnych, zarówno w życiu, jak i pośmiertnie, gdzie obowiązki i ciężar powierzonych nam zadań przerasta śmiertelne obciążenia. Dążysz do większego zasięgu i wpływu w porządku rzeczy. To godny cel — metafizyczna inspiracja pozwala inspirować tych poniżej i w innych miejscach.

Magiczny światopogląd nie toleruje końca — wszystko jest w ruchu i zmianie, życie i śmierć, bios i thanatos. Przez całe życie pracujemy nad pięknem i głębią, czasem w sposób przebiegły, adaptując się do okoliczności i ludzi, tworząc relacje, maski i tożsamości. Między nami a bogami panuje pełna szczerość i rezonacja.

O Współczesnych Deistach Nobilitas (’Poganach’), a monoteistach Judeo-Chrześcijańskich

Zdaję sobie sprawę z konsekwencji tego wszystkiego, dlatego praktykuję elitaryzm pogański. To nie jest zwykłe wybieranie sobie ścieżki życia — to świadomy, pełny angaż, wybór, który wymaga od człowieka wytrwałości, odporności i głębokiej refleksji. Naprawdę myślisz, że gdybym nie uczestniczył w auto-phanei, w głębokim współzrozumieniu ze swoimi tradycjami i z własnym dziedzictwem duchowym, dawno nie machnąłbym ręką na wszystko, wybierając jakiś konserwatyzm Chrześcijański w rekursie współczesności? To nie jest kwestia kaprysu, lecz konieczności, bo bez tego kontaktu, bez tego rytuału i intymnej pracy z symbolami, z ideami, z moimi mistrzami i Bóstwami, świat staje się chaosem, a życie — pustką.

Wyobraź sobie moment, w którym spoglądasz w nocne niebo, a na tle gwiazd widzisz m.in. Kaduceusze — pogańskie symbole mocy, wiedzy i przemiany.


Masz wtedy dwie ścieżki:

Psychiatrię, która stara się wytłumaczyć wszystko normatywnie, lub religię, która w swej prostocie i dogmatyzmie mówi Ci, że to „Szatan”, bo to pogańskie symbole. W takich okolicznościach nie sposób pozostać obojętnym. Każdy człowiek może paść łupem jednej z tych instytucji — ulec presji społecznej, wpuścić do głowy strach i wątpliwość.

A jednak istnieje też trzecia droga — droga, którą wybrałem. Pomimo potencjalnego obłędu, pomimo niezrozumienia ze strony świata, pomimo ryzyka stygmatyzacji i izolacji, można podążać lojalnie za ścieżką wskazaną przez własną tradycję. Wymaga to całkowitego poświęcenia, nieustannego zaangażowania i odwagi, by w czasach, które od dawna nie tolerują takich odstępstw, zachować integralność duchową. To jest praktyka, która uczy cierpliwości, samodyscypliny i głębokiego zrozumienia symboli — zrozumienia, które jest możliwe tylko wtedy, gdy nie odwracasz wzroku i nie ulegasz presji.

W tym sensie elitaryzm pogański nie jest wyłącznie ideą, lecz formą przetrwania — nie biologicznego, ale duchowego. To świadome przyjęcie odpowiedzialności za własną świadomość, za własne doświadczenia i za wartości, które wybrałeś. To wiedza, że prawdziwe poznanie nie przychodzi łatwo, a często wymaga stanięcia twarzą w twarz z lękiem, z wyśmianiem i z potencjalnym odrzuceniem całego świata. Tylko w ten sposób można zachować wierność sobie i tradycji, której jesteś strażnikiem.

Teraz, spotykając się z osobami wyznania judeochrześcijańskiego, deklarując że jest się nobilitas czy poganinem — jak pogardliwie nazywali nas chrześcijanie od IV wieku naszej ery w górę — należy pamiętać, że nobilitas był terminem zarezerwowanym dla senackiej klasy Rzymu, dla rycerzy Rzymu, którzy byli wyznania starego, to znaczy przedgalilejskiego, przedchrześcijańskiego.

Bardzo często można się spotkać z opinią, że będąc cywilizowanym nobilitas, czyli poganinem, podmieniamy tylko cały system wierzeń na wielobóstwo. Otóż sytuacja jest zupełnie inna. Nobilitas mają zupełnie inną teologię — misteryjną, kultyczną, soteriologiczną — zupełnie inną filozofię jako umiłowanie mądrości, inne humanitas (cechy człowieczeństwa), inne virtutes (zestaw cnót, które się inkorporuje), inny system odpowiedzialności za własne życie, nie relegując tego nigdzie indziej. Mają też inny sposób komunikacji z bóstwami, boginiami i prowidencją, inny system klasyfikacji istot metafizycznych, a także inną etykę i moralność, która w swej sile jest relatywna, biorąc pod uwagę rozmaite cywilizacje i kultury, zachowując człowieczeństwo.

Ciekawe są te wszystkie różnice, ponieważ osoby zakorzenione w judeochrześcijańskiej kulturze tłumaczą sobie wszystko z powrotem w swój system wierzeń. Kiedy mówi się o teologii albo o bóstwach, robi się to z ich perspektywy — Bóg jest jeden. Natomiast jest to ich symulacja, ich hermeneutyczna interpretacja tego, czym jest ich żydowski Bóg. Dla poganina nobilitas bóstwa są czymś innym — mogą być manifestacjami sił wszechświata, mogą być maskami, archetypami, ale także nie jest zakazane, aby człowiek, jako mały bóg czy bogini — co było powszechne w świecie grecko-rzymskim — mógł wspiąć się do poziomu dajmonicznego, czyli przebóstwienia.

Daimon jako osobisty duch czy forma nadpneumy (pneuma — dusza) był zobligowany słuchać się hegemona, czyli swojego władztwa. Natomiast daimon sprawował hegemonię nad duszą i umysł były sprzęgnięte z ciałem. W świecie pogańskim istniała harmonia — nie było manichejskiego podziału na dobro i zło, światło i ciemność. Harmonia oznaczała, że wszystko było regulowane w taki sposób, aby funkcjonowało sprawnie i nie wbijało klina ani w społeczeństwo, ani w człowieka, by nie czynić z niego binarnego niewolnika, którego następnie rusztowano poczuciem winy, doktryną, wierzeniami, wstydem, obcymi kodeksami moralnymi, cierpieniem, samobiczowaniem się czy wynalazkiem grzechu pierworodnego.

Punkt nobilitas polegał na tym, że człowiek może być libertas — wolny, odpowiedzialny i indywiduacyjny, a także wcielać heroicznie pewne kwestie w swoje życie podczas odkrywania świata a reifikowania, ucieleśnienia w sobie praw metafizycznych miarą siebie i realizacji współ-zrozumiałych z niebiosami gwiazd. Nie było niczym zdrożnym być bogatym, sławnym czy wielkim, pod warunkiem że było to rzeczywiście osadzone w pryncypiach nobilitas. Natomiast judeochrześcijanie odwrócili to, głosząc, że źle jest być bogatym, wspaniałym i genialnym człowiekiem, a dobrze być samobiczującym się niewolnikiem w ich zamkniętym systemie moralności. Cóż za konsekwencje — byle świnia pławiąca się w bogactwie i sławie pozostaje świnią, a nie człowiekiem pryncypiów i wartości.

Pogaństwo nie było religią uniwersalistyczną. Nie zakładało, jak projekcja judeochrześcijańska, że ich paradygmat doksologiczny obejmuje absolutnie cały wszechświat. Było to błędne rozumowanie, bo wszechświat był przesycony rozmaitymi siłami i mocami. Ontologia sił, platońskie idee reifikowały się w bóstwach i boginiach. Za Porfiriuszem, neoplatończykiem, bóstwa nie przeczą naturze, natomiast wydaje się, że judeochrześcijanie przeczą naturze, uważając, że ich bóstwo jest w zgodzie z nimi samymi.

Czy nobilitas poganin może być dobrą osobą? Oczywiście tak, tak samo jak ateista może być dobrą osobą, ponieważ kieruje się swoim kodeksem etycznym, socjalizowanym w różny sposób. Realizuje swoje cnoty rozumnie, uzmysławia sobie idee i myśli o nich w sposób autorefleksyjny. Często mówi się, że tylko chrześcijanie mogą być dobrzy w ich własnym rozumieniu. Tymczasem zestaw wierzeń nie warunkuje, czy ktoś jest dobrym czy złym człowiekiem. Liczą się efekty działań — jak w ujęciu mahajany buddyzmu. Jeżeli działania są niszczycielskie i głupie, oznacza to, że system religijny go w ten sposób uwarunkował.

Powiedzenie, że „religia nie jest zła, to ludzie są źli”, jest uproszczeniem. Religia — czyli system programów wierzeniowych w umysłach — warunkuje efekty i postawy zachowań poznawczych, emocjonalnych i performatywnych.

Stworzyłem wiele wykładów o teologii hellenistycznej, o różnicach w ekonomii dusz między egipską, skandynawską, grecko-rzymską polityką dusz. Przybliżałem wierzenia akadyjskie związane z Drzewem Życia, które później transponowano w misteriach wężowych i drakońskich do Egiptu i świata grecko-rzymskiego. Wśród nobilitas nie było niczym zdrożnym bycie inicjowanym w wiele misteriów kultycznych, soteriologicznych, pneumatycznych czy mystagogicznych. Można powiedzieć, że są to tradycje zapomniane, ale one cały czas istnieją metafizycznie i obiektywnie na odpowiednie osoby które gotowe są je odkryć i we współpracy z duchowymi misteriozofami — ucieleśnić.

Chodzi o indywidualną pracę z bóstwami i boginiami, aby uzyskać sakramenty — w świecie hellenistycznym oznaczały one nałożenie misterium i pieczęci na intelekt, umysł, serce i duszę, by móc pracować w szkołach duchowych. To nie jest neopogaństwo rekonstrukcyjne, lecz forma usankcjonowania starożytności sakrum poprzez działanie duchowe, magiczne, ceremonialne i okultystyczne.

To tylko ogólne omówienie sytuacji: tu są nobilitas, cywilizowani, a tu chrześcijanie. Jedyne, co mamy wspólnego, to człowieczeństwo. Jeśli miałbym je zdefiniować — jest to wcielanie humanitas, czyli najwyższych osiągnięć ideowych, filozoficznych, etycznych i moralnych całego świata, poprzez rozpoznanie w nich mądrości i rozróżnianie, co prowadzi do dobrych skutków.

Grzech to wynalazek judaistyczny — niech nim straszą siebie. Ponad grzechem istnieje szlachetność nobilitas aria, czyli kierowanie się kodeksem wcielanym w życie, który staje się światłem i iluminacją prowadzącą przez życie.

Bardzo dziękuję i dziękuję też Muzie Helleńskiej — złoto-srebrno-niebieskiej, skrzydlatej damie, być może oświeceniowej, być może starożytnej. Kto wie.

O Zabieraniu Rzeczy do Grobu

I mniejsze losy przeszły przez grób, Przez błoto i trud, bez słowa skargi. I większe losy upadły, bezdźwięcznie niewinnie, z cichym żalem, co nie przystoi żadnym z nas.

Stoczyłeś swoje bitwy życia. Zakreślałeś kręgi wokół pracy, zbierałeś jej owoce — a mimo to bezskutecznie waliłeś głową w mur, ograniczony okolicznościami, losem, fortunami; czułeś, że twoja ogromna natura została skrępowana niczym drzewko bonsai, ledwo tli się na ziemi. Jest taki moment w życiu, kiedy godzimy się z tym, że niektóre owoce naszej pracy pozostaną pogrzebane razem z nami — inni nie będą mogli uczestniczyć w uczcie zebranego doświadczenia, mądrości czy historii niewypowiedzianej wnukom.

Jednak nie wszystko jest stracone. Życie ma zdolność sublimacji swoich największych poruszeń, gdy zostaną dostrzeżone przez nadświaty bogów. Tak więc trup idzie do grobu i rozkłada się, lecz ludzki geniusz odrodzony wznosi się na skrzydłach — do esencji największych ziemskich działań, odczuć, myśli, ceremonii i rytuałów łączących ziemię z nadświatami. Non omnis moriar.

Rodzina grobu jest ogromna; wyróżnić się wśród niej to niemal cud — nihil novi sub sole. A jednak niektóre życia mają niepowtarzalną jakość. Można to powiedzieć o każdym życiu, lecz niektóre górują nad innymi w szczególny sposób — przez gigantomachię, subiektywną wojnę, cierpienie, rezolutne decyzje, zbliżanie się do wielkich metafizycznych realizacji i przez wartości, które w oczach bogów stają się w pełni obiektywne. Jak mówić o rozgraniczeniu, skoro dusza świata przeżywa się przez wszystkie swoje żywe instancje — także przez twoją — i granica między subiektywnym a obiektywnym rozmywa się bez barier?

Ileż to historii chowają archiwa zmarłych, piekła, demony, dusze świata i bogowie — ile myśli, czynów, wydarzeń, które zabieramy do grobu, będąc jednocześnie pamiętanymi i uwiecznionymi przez światy niewidzialne dla postronnych śmiertelników? Jedyna łza, jaka pozostaje, to ta za faktem, że inni, jak w łańcuchach, nie mogą uczestniczyć w historii wielkich poruszeń, mimo naszych najlepszych intencji. Dlatego każda soteriologia, indywiduacja, epifania czy heroizacja pozostaje doświadczeniem indywidualnym.

Pomyśl o wszystkich grobach na cmentarzu — niezliczone historie zapomniane. Pomyśl o żywych — ile opowieści o swoich bliskich naprawdę znasz? Ile anonimowych ludzkich losów na ulicy jest ci bliskich? Grób przeżywa historię swego posiadacza; jest cenotafem — posągiem nieobecnej, nieopowiedzianej historii. W istocie nie grzebiemy tylko zwłok, lecz historię do nich przypisaną, zapisaną w kościach, duszy i geniuszu. Zostawiamy te opowieści niczym śpiew cykad, bo to ich echo w nadświatach jest ważne — to, jak nas ukształtowały. Metempsychotycznie czy transmigracyjnie: po co pamiętać poprzednie życia? Co najwyżej pewne inklinacje do przełamania mogą mieć znaczenie; reszta to nekromancja narracji, która nie powiększa splendoru naszego życia ponad to, co rzeczywiście przeżyliśmy. Pozwól więc zwłokom opaść bez hałasu, niech pozostaną pod nagrobkiem jako fragment pamięci o historiach, których nikt naprawdę nie znał i nie pozna.

Bahnhofstrasse

Oczy wzgardą znaczą mi drogę, przez nie przechodzę pod koniec dnia
Szarą drogą co fioletem znać daje gwiazdą objęć i schadzek. O gwiazdo zła! Bólu Gwiazdo! Wzniosła młodość nie powraca, Ani serca mądrość dojrzalszego Nie pozna, znaków co
Szydzą jak odchodzę.


— James Joyce

Wyznaczanie granic wiedzy w komunikacji, bene discendi i zrozumienie

Jak mówić z ludźmi językiem zdrowego rozsądku? Przede wszystkim, jak wiadomo ze sztuki bene discendi w Rhetorica ad Herennium przypisywanej Cyceronowi, trzeba mówić o rzeczach, które ludzie znają — w obrębie wiedzy wspólnej. Aby na nich wpłynąć, należy posługiwać się ustalonymi faktami, zdrowym rozsądkiem, wiedzą powszechną i tym podobnymi, aby pociągnąć ich ku lepszemu celowi retorycznemu.

Płytcy i nudni, przeciętni ludzie wiedzą niewiele. Ci, którzy poświęcili życie gromadzeniu wiedzy, doświadczeń, doświadczeń anomalnych, danych metafizycznych i innych, mają solidny, szeroki zasób wiedzy. Jednak nie rozwodzimy się nad wszystkim przed każdym jak dziecko, bo wzięto by nas za obłąkanych. Dlatego każdy mądry człowiek wyznacza granice swojej wiedzy po rozmowie z rozmówcą, badając jego postrzeganie, wiarę, umysł, umiejętności i dopiero później wyznacza, o czym można mówić w sposób rozsądny.

Nie będziesz rozmawiać z idiotą o mądrości, z niedouczonym o swojej wiedzy akademickiej, z ateistą o swoich metafizycznych zdolnościach czy magicznych umiejętnościach. Nie będziesz mówić prostakom o swoich osiągnięciach ani zazdrosnym głupcom o swoim bogactwie doświadczeń, podróżach czy obfitości życia. Mówisz tylko o tym, co inni mogą w jakiś sposób przyjąć — i dopiero z tej pozycji idziesz dalej.

W przeciwnym razie będziesz narażony na atak zazdrosnych, głupców, przeciętniaków, nienawistników, idiotów, imbecyli, wszelkich fanatyków, kretynów i złodziei, których spotkasz po drodze. Czy to ich wina, że są fanatyczni, niedouczeni, zwiedzeni, zazdrośni?

Nie — to twoja wina, jeśli obudzisz w nich takie instynkty, bo wtedy ty jesteś przyczyną tego, chcąc nie chcąc. Dlatego musisz ukrywać swoją inteligencję, zdolności, przenikliwość — w sztukach magicznych, w dyscyplinach akademickich, w ogólnej inteligencji — przed idiotą, głupcem, zazdrośnikiem. Chyba że masz status i bogactwo — wtedy możesz spróbować inspirować zgodnie z bene discendi.

Najpierw bada się grupę, audytorium, tłum, publiczność — a potem mówi się w taki sposób, aby korygować ich niedostatki i prowadzić w sposób mądry i życzliwy. Jeśli jednak politycy sami są głupi albo wiedzą niewiele, to problem, bo stają się populistami, a idioci, zazdrośni i zawistni słuchają właśnie ich. Tak rozpoznajesz męża stanu od politycznego imbecyla — i tak odróżniasz mędrca od kompletnego głupca.

Jestem z tobą całkowicie szczery w moim cyklu wykładów, ale muszę je ograniczać. Czy książki, które napisałem, zawierają całą moją wiedzę? Nie — część wycofałem, ponieważ wolę pisać w sposób etyczny. To znaczy w taki sposób, by żaden głupiec w żadnych okolicznościach nie mógł wyrządzić krzywdy sobie ani innym.

Oczywiście są tacy głupcy, że nawet gdy próbujesz im czegoś zabronić, i tak to zrobią. Istnieją fanatyczni idioci, na których nic nie poradzisz — na szczęście są w mniejszości. Dlatego droga etycznej komunikacji polega na tym, aby zrozumieć swojego rozmówcę — czy to zmarłych, demony, bogów, ludzi, mądrych czy głupich, duchy. Jeśli rozmawiasz z człowiekiem nauki, nie mówisz o magii. Jeśli rozmawiasz z magiem, możesz mówić o metafizyce, ale nie o całej. Jeśli rozmawiasz z ateistą, nie przekonujesz go do istnienia bóstw. Jeśli z deistą — możesz wyjaśniać przez filozofię, teologię i liczne argumenty.

Tak myślą wielkie umysły, a małe nie dostrzegają konsekwencji własnej mowy. Małe umysły są jak plotkujący handlarze — widzą tylko czubek własnego nosa i działają ad hoc. Człowiek rozumny powinien przewidywać, jakie konsekwencje przyniesie światu to, co do niego wnosi — nawet do skrajności, jak wielkie szkody może wyrządzić. Trzeba podejmować ryzyko — jak wielkie szkody można wyrządzić tłumowi, jednostkom, czy można zniszczyć im życie, czy wznieść ich ku wielkości i rozsądkowi.

Myślę, że w tej kwestii całkowicie się zgadzamy — w sensie bardzo hamletowskim, prawda, Joriku? Sądzę, że się zgadza.

Psychologiczne skutki Magii — Gnothi Seauton i Via Regia

Czwarty pentakl Merkurego z Clavicula Solomonis został wybrany, ponieważ jest to najbardziej tożsama pieczęć duchów Allatori uczących mądrości, zrozumienia i wiedzy z którego korzystałem jako trzynastolatek. Są to inteligencje powiązane z Thothem, bez nakładek hebrajskich można wejść z nimi w communitas.

Jakie są psychologiczne skutki niektórych okultystycznych przedmiotów, operacji, rytuałów i praktyk? Nie można wyeliminować biopsychologicznych ani psychologicznych efektów oraz wszelkich uprzedzeń poznawczych, gdy angażujemy się w magię. Jest to subtelna sztuka, która jednak przekształca bezpośrednie, subiektywne doświadczenia w umysłach, duszach i sercach.

Na przykład, jeśli wrażliwy medium lub niestabilna, słaba osoba otrzyma potężny amulet Marsa lub Aresa, albo inteligencję Marsa, albo duszę czy ducha związanego z tą sferą wpływu, zacznie wywierać presję na umysł takiej osoby. Może ona stać się choleryczna, niestabilna, gniewna, krzykliwa i tak dalej. Wszystko zależy od gotowej struktury psychicznej, jaką ktoś ma w swoim umyśle — czy posiada cechy marsjańskie, saturniczne, wenusjańskie, merkuryczne, jowiszowe czy inne. Każda forma magii wydobywa jedynie potencjał, który już w tobie istnieje, i urzeczywistnia go w bardzo złożony sposób poprzez wartości i atrybuty, które mogą się z ciebie uwolnić.

Dlatego „gnothi seauton”, jak napisano w wyroczni delfickiej, oznacza, że najpierw musisz poznać samego siebie, aby wiedzieć, dokąd prowadzą cię określone operacje, ceremonie, rytuały, amulety, talizmany czy eliksiry. Jeśli chcesz świadomie wspierać swój rozwój — osobowościowy, psychologiczny, mentalny, magiczny — musisz znać swój cel i rozumieć swoją kompozycję oraz ułożenie, by poprowadzić tę „symfonię” właściwie. Jest to bardzo złożone zadanie. Nie można wyciągnąć jednego aspektu swojej osobowości spośród tysięcy innych, ani jednego elementu świata astralnego, magicznego czy boskiego i oczekiwać, że wszystko zadziała według własnej woli.

Chodzi o eksperymenty, próby, informacje zwrotne i przede wszystkim zrozumienie samego siebie. Możesz wskazywać palcem na wszechświat i gwiazdy, zadawać pytania o naturę rzeczy, o prawdę, ale na końcu palec wskazujący na księżyc wraca do ciebie. Musisz zadać sobie pytanie: co czyni mnie śmiertelnym człowiekiem, ze wszystkimi jego wadami i zaletami?

Pamiętaj, że każda forma magii — jeśli jesteś potężnym magiem lub wrażliwym medium — będzie miała bezpośrednie konsekwencje dla twojego pola mentalnego, duszy, duchowości, uczuć i emocji. Może cię to zniekształcić lub wynieść na wysoki poziom doskonałości. Nikt nie osiąga perfekcji, ale dążenie do niej kształtuje i zaokrągla twoją naturę. Na przykład, jeśli masz choleryczną naturę, możesz sublimować swój gniew w wielkie współczucie. Jeśli jesteś wenusjański, namiętny i pełen pożądania, możesz przekształcić to w kontrolę nad swoją seksualnością i w piękną, pełną miłości energię.

Natura jowiszowa ma dwie strony — jak Zeus Meilichios, podziemny Zeus. Trzeba oczyszczać upadłe cechy władcy lub lidera i przekształcać je w coś silnego, szlachetnego, godnego cnoty i boskiej ochrony. Każdy etap, każda sfera ma naturę upadłą i większą, wyższą. Filozoficzny cel człowieka to udoskonalanie tych elementów, aby przyniosły one dobre i pożyteczne skutki nie tylko dla nas samych, ale także dla innych.

Ważne jest, by działać według własnych standardów i jakości, nie wymagając tego od innych. Jeśli kogoś zainspirujesz, niech sam podąża swoją drogą i sam odkrywa, co ma największą wartość. To sytuacja typu „win-win”, bo tacy ludzie będą inspirować innych.

Ścieżka największego oporu. Indywidualna soteriologia w epoce Kali Jugi: ogólny retrospektyw orficki

Pozwól, że opowiem ci historię współpowstawania współzależnych przyczynowości. Co się dzieje, jeśli zajmiesz stanowisko i odkryjesz, że wszystkie wybory, decyzje i osądy, które podejmowałeś w swoim życiu, były słuszne w pewnym zakresie — choć obarczone różnorodnymi błędami, gniewami, kleszami (przywarami), ułomnościami i cierpieniami?

Wyobraź sobie, że zostajesz uwięziony w sieci współzależnych przyczynowości i nawet będąc po stronie racji, napotykasz zmienne sieci złudzeń, ignorancji, przywiązania, głupoty, wadliwych systemów wierzeń. Rzeczy, które sprzeciwiają się twoim ciężko wypracowanym wglądom, twoim metafizycznym spostrzeżeniom, twoim realizacjom bogów i boskości. Możesz być w konflikcie na przykład z religią, systemami wierzeń, teologiami, polityką, ideami społecznymi i tak dalej.

Dzieje się więc tak, że czy chcesz, czy nie, twoje ręce są związane i zostajesz wciągnięty w niewidzialną sieć wojny. A to, co czyni człowieka, to odporność oraz głęboki szacunek i wierność wobec tego, co napominasz i w co wierzysz jako w prawdę, co rozpoznajesz jako prawdę swojej wewnętrznej istoty — pomimo złudzeń, ignorancji i przywiązania, które próbują dowieść ci czegoś przeciwnego.

Mistrzowie i Mistrzynie przychodzą i odchodzą, pojawiają się i znikają, lecz złudzenie i ignorancja trwają. To jednak od ciebie zależy, by rozpoznać Siebie poprzez siebie, wszystkie te trudne do zdobycia rzeczy, które inni osiągnęli przed tobą. Musisz je bowiem wcielić w siebie, by móc skutecznie sięgnąć po bogów.

Czy uważam się za pokonanego? Nie! Czy pełen jestem żalu, że niczego nie mogłem zmienić? Byłem zmuszony toczyć swoją wojnę, byłem zmuszony stawiać czoła swoim bitwom. A jednak jestem człowiekiem spełnionym, choć wygrałem poprzez przegraną w tym świecie. Zostałem pokonany przez ignorancję, arogancję, gniew, złudzenie, religijne i społeczne przekonania czy inne.

Czy udało mi się coś zmienić? Być może to, być może tamto. Ale przynajmniej poprzez bohaterską postawę przez całe życie — nie pozwalając się złamać, nie poddając się, nie dając się sprowadzić do roli klęczącego niewolnika, w którą chcieliby cię obrócić przeciwnicy — zwyciężasz. Zwyciężasz swoim imieniem u bogów, u boskości. Bo liczy się proces heroizacji i uosobienia, jak w starożytnej Grecji i Rzymie. Liczy się proces twoich mądrych decyzji i osądów na ścieżce pitagorejskiej.

Jeśli te postawy są obiektywnie słuszne, urzeczywistnione, wcielone i uczynione cnotą, wtedy możesz zignorować szyderców — bo oni pozostają w swojej ignorancji, głupocie i szaleństwie. Z ludzką głupotą sami bogowie zmagają się na próżno, tak było zawsze. A w chwili śmierci po prostu bierzesz miecz Mańdźiuśriego i przecinasz wszystkie ich złudzenia, by nie mieli już nad tobą żadnego prawa. Wtedy kolejny duch wyzwala się z tego chaosu.
Tym krótkim przemówieniem chciałbym powiedzieć: nigdy się nie poddawaj, zawsze szukaj i znajduj. Bo nie samo szukanie, lecz odnalezienie siebie pomiędzy tobą a bogami jest czymś wartościowym. Życie toczy się dalej, świat toczy się dalej, czy oni go zniszczą, czy sami się zgładzą — nie ma czegoś takiego jak koniec świata, chyba że sami siebie unicestwią.

Dei Sol Invictus, Pater Kronos. De Profundis Clamavi ad Te. Dziękuję.

Konieczność metafizyki i tyrania głupców: O zaangażowaniu w przegrane sprawy — Dlaczego bogowie w erze nowoczesnej? Pojęcie boskości w dopełnieniu zwierzęcia ludzkiego

Istnieje znane powiedzenie, że wielkie umysły myślą podobnie. Ale tak samo jest z głupcami — oni również myślą podobnie.

Czym jest definicja masy? To każdy „specjalny mały kwiatek”, który myśli podobnie w warunkach licznej obecności, mając tę samą poznawczo-behawioralną skłonność do działania. Czy ja jestem członkiem masy? Tak — i w pewnym sensie zachowuję się w podobny sposób w określonych warunkach.

Problem zaczyna się wtedy, gdy większość ludzi nie potrafi przełamać swojego poznawczego uwarunkowania, by sięgnąć po coś większego, zwrócić się ku rzeczom bardziej wartościowym. Wtedy można ich określić mianem tłumu. Chciałbym podkreślić, że mimo zalewu czyichś ekskrementów w sieciach społecznościowych, mimo tego, co potrafią wyczarować i stworzyć w swoich umysłach — czy to w sekcjach komentarzy, czy w debatach politycznych — słowa, które wypowiadają, pochodzą z ich umysłów. A jeśli dysponujesz umysłem bardziej bystrym, szybko rozpoznasz, że masz do czynienia z głupcami i idiotami — najgorszym rodzajem plagi.

Jeśli masz własny umysł i własne wartości, które sobie cenisz, musisz zajmować się swoimi sprawami. Metafizyka w tym bardzo pomaga, ponieważ wśród tych mas, gdy rozpoznajesz inteligencje, duchy filozofów czy dusze mistrzów dawnych czasów — daje ci to nadzieję. Jeśli muza natchnęła cię do czegoś wielkiego, do wielkiej myśli — to już samo w sobie jest nagrodą.

Nawet jeśli ostatnie jęczące dziecko na ziemi zostanie pochłonięte przez katastrofę, zostanie ono całkowicie pocieszone, uniesione, aby zapełnić trony bogów. Dlatego nigdy nie ma sprawy straconej. Nawet pośród mas głupców, wśród ich niezliczonych rzesz, musisz zajmować się swoimi sprawami.

Jeśli rozpoznajesz swoją wartość, jeśli dostrzegasz, że możesz inspirować zmianę — choćby w najmniejszych rzeczach na tym świecie — musisz się do tego zobowiązać, musisz to robić. Inaczej jesteś tylko nieudolnym, pasywnym człowiekiem, który przyjmie na siebie całą agresję, całą głupotę i całe szaleństwo masy, ale nie będzie w stanie się temu przeciwstawić, ani wznieść ku boskości, ku wielkim ideom. Nawet w sensie czysto filozoficznym — ku wielkim ideom starożytnych — oznacza to zajmowanie się swoimi sprawami i trzymanie się wartości.

A nawet jeśli nie możesz rozpowszechniać informacji i przekazywać ich w taki sposób, by dotarły do wielkich rzesz ludzi — nawet jeśli tworzysz małe nagrania czy inne drobiazgi, nie ma znaczenia, jaki jest ich zasięg — istnieje coś, co nazywa się Wielką Magią. To przechodzenie przez tkankę umysłów, dusz i serc jako katalizator w imieniu bogów. Nawet jeśli ktoś chciałby to uznać za pustą przestrzeń — naiwne redukcjonistyczne materialistyczne złudzenie — jeśli widzisz skutki, wiesz, że to działa. W ten sposób zyskujesz większy wpływ i moc, stając się mediatorem między bogami, sobą i ziemią zamieszkaną przez ludzi.

Dlatego warto dążyć zarówno do rzeczy fundamentalnych, oddolnych, jak i kroczyć w większej skali poprzez Wielką Magię. Nie pozostawiać żadnego kamienia nieodwróconym, rozwijać się i wyrażać. Odnajdywać inspiracje i wpływy, które można wykorzystać i przekazywać dalej.

Dzisiejsza rozmowa będzie dotyczyć bardzo głębokiego tematu, mianowicie boskości i boskości opatrzności. Dlaczego w ogóle zajmować się tym we współczesnych czasach, w dużej mierze zateizowanych, zsekularyzowanych — albo przynajmniej tak nam się wydaje? W rzeczywistości bowiem świat wciąż pozostaje bardzo religijny, wbrew temu, co twierdzą ateiści. Istnieje przecież wielu wierzących różnych wyznań, które kształtują ich wybory, etykę, tak zwane moralności i wiele innych spraw. Nawet w epoce nowoczesnej, choć w zsekularyzowanej formie w niektórych państwach, religia pozostaje obecna.

Gdzie zatem są bogowie we współczesnym świecie? Jeśli ktoś w nich wierzy — czy jest to ślepa wiara? Otóż niektórzy z nas, szczególnie obdarzeni, używają argumentu drugiego wzroku, bezpośredniego doświadczenia czy doświadczeń szczytowych. To właśnie te urzeczywistnienia są najpewniejszym argumentem, z którego wyprowadzamy dalszy cel, działanie i w rozsądny sposób tworzymy teologię. Jednak jest to argument jedynie dla tych, którzy sami widzą i doświadczają. W przeciwnym wypadku pozostaje tylko ślepa wiara — ktoś czegoś doświadczył, jakiejś boskości, muzy czy dobrego ducha (angeli bonum daimones). Czy powinniśmy mu wierzyć? Niekoniecznie, ponieważ to jego prawo i jego doświadczenie.

Biorąc pod uwagę racjonalne nastawienie współczesności, powinniśmy takie doświadczenia odrzucać, wątpić w nie i być sceptyczni, dopóki sami nie doświadczymy czegoś podobnego. To jest argument z interakcji. Mogę wierzyć w bogów, w muzy, w dobrych duchów, ponieważ sam ich doświadczam i z nimi obcuję. Ale czy to przekona kogoś innego? Raczej nie. Jak więc dojść do wiary poprzez rozum? Istnieje pewien aksjomat zaczerpnięty od Porfiriusza Malchusa: bogowie nie sprzeciwiają się naturze i odwrotnie. Bogowie nie będą sprzeczni z fizyką, matematyką ani obiektywnymi prawami wszechświata. Istnieją subtelne siły i ontologie, które są wbudowane w system i współtworzone. To przeciwieństwo ślepej wiary — lepiej być agnostykiem czy ateistą niż ślepym wyznawcą, ponieważ jest to uczciwe i sceptyczne.

Boskości i teologie, teologie oparte na rozumie, wymagają inteligencji, aby do nich dojść w sposób filozoficzny. To, czego samemu się nie rozumie, nie zostaje włączone w umysł, duszę i serce jako sakrament czy misterium zakorzenione w intelekcie. Ślepy wyznawca, który wierzy „bo tak powiedziano” lub „bo tak nakazuje tradycja czy doktryna”, ma niewielką lub żadną szansę na prawdziwe poznanie misteriów, a więc na dążenie ścieżką wyzwolenia. Wybiera bowiem doktrynę, zamiast samodzielnie budować fundamenty rozumienia istoty rzeczy.

Jak więc stworzyć teologię nieprymitywną? Jak, jeśli chcemy wierzyć w bogów — bądź już w nich wierzymy — właściwie to uporządkować? Jeśli widzimy i doświadczamy bogów, jak nadać temu właściwy porządek? Wymaga to zarówno studiowania starożytnych tekstów źródłowych, jak i tworzenia pewnego hermetycznego świata — świata uporządkowanego, kategorycznego, z którego czerpiemy każde rozumienie i wgląd w powiązane, współzależne przyczynowości. To one są karmione treścią i mądrością, którą możemy dalej przekazywać, wymieniając się perspektywami z innymi.

Dlatego istotne są zarówno zdolność rozróżniania, krytyczne myślenie, jak i edukacja. Bez tych elementów łatwo pogubimy się w newage’owych, pseudoduchowych głupotach. Każdy symbol czy przejaw boskości (autophaneia) można bowiem sprowadzić do karykatury, do kultu cargo, do złudzenia i ignorancji. Warto sięgnąć tutaj do tomistycznej perspektywy estetyki, do Tomasza z Akwinu, który wskazuje, że prawdę można odnajdywać zarówno w rzeczach brzydkich i turpistycznych, jak i w pięknych — o ile obie reprezentują prawdę. Rozróżnienie tego, co prawdziwe, a co nie, zależy jednak od zasady gnōthi seauton — poznania samego siebie. To jednak temat na osobny wykład.

Kim zatem są bogowie w tym ujęciu? To eteryczne, zindywidualizowane siły, które w swoich manifestacjach (autophaneia) dają wizjonerom doświadczenie przejścia od większej istoty do mniejszej manifestacji w świecie śmiertelnych. W ten sposób bogowie stają się empiryczni — ponieważ są odczuwani, rozumiani, widziani. Demokryt postuluje, że istnieje wir masek zindywidualizowanych form boskich, sił, które przybierają maski. Możemy tu przywołać choćby Josepha Campbella i jego koncepcję „masek boskości”, masek bogów i Boga.

Są to moce ontologiczne, co oznacza, że istnieją niezależnie od percepcji śmiertelnych. To niezwykle istotne. Na pewnym poziomie wszystko jest współzależne — jak w zasadzie E pluribus unum — lecz w obrębie entropii istnieje zarówno odrębność, jak i podobieństwo, jak i inność. Jak jednak bogowie powstają? Tak jak wszystko inne — wszystko ma swoją historię, tak jak galaktyki czy nasza planeta. Bogowie mogą być wznoszącymi się z ludzi i zwierząt, przemienionymi w duchową wielkość, albo zstępującymi z gwiazd i innych systemów — bogami generatywnymi.

Nie mówimy tutaj o obcych rasach, lecz o subtelnych mocach i siłach ontologicznych, które indywidualizują się poprzez wszystkie potencjalne istnienia i aktualności we wszechświecie. Iamblichos pisał, że najwyższe klasy wyzwolonych bogów są beznamiętne i obiektywne, zupełnie niezainteresowane ludzkością.

Dlaczego więc politeizm? Ponieważ obejmuje wszystkie obszary ludzkiego doświadczenia, które można odnieść do boskości. Nadaje im formę hipostazy boskich jakości — każdy aspekt ludzkiego życia zostaje duchowo przeobrażony i objęty przez boskość. W panenteistycznym duchu E Pluribus Unum — wszystko mieści się w boskości. Można nawet coś nędznego przemienić w złoto — nawet cienie dusz karaluchów mają swoje miejsce w świecie.

Mnogość czy jedność? Czy jako poganie wybieramy panteony? Czy wierzymy w panteon grecki, czy egipski? Jeśli ktoś ma głębszy wgląd w mechanikę okultystyczną, może pracować z etykami różnych tradycji — ale tylko po dogłębnym zrozumieniu i studiowaniu ich. To nie jest jak w paradygmacie chaosu, gdzie wybiera się tego czy innego boga, bo się go lubi, a potem wszystko staje się chaosem. Trzeba badać tradycje, wnikać w nie głęboko, a następnie przyjąć na siebie inicjacje, misteria, sakramenty. Bogowie bowiem nie są głupimi, pasywnymi siłami — działają aktywnie, łącząc swoje pole działania z podmiotem. Jeśli podmiotem jest ludzki umysł, ich idea, wypływająca z ontologicznego istnienia, stapia się z umysłem śmiertelnika.

Dlaczego więc nie monoteizm? Ponieważ odcina łańcuchy inicjacji, redukuje ludzkie doświadczenie i odwołuje się do psychologicznie obcego, odległego bóstwa — jakiejś bezkształtnej masy, której można przypisywać dowolne atrybuty, ale która pozostaje daleka, nieosiągalna w bezpośrednim działaniu i doświadczeniu.

Czy bogowie interweniują subtelnie? Jak zaświadczają doświadczenia z agathos daimones — tak. Potrafią zmienić umysł, serce, duszę, obdarzyć nowymi zdolnościami. Pewnego dnia ktoś może stać się znakomitym retorem, innego znów jąka się jak prosty człowiek. Jednego dnia nagle nabywa umiejętności bojowych albo charyzmatycznych zdolności wpływania na innych, a potem wraca do normalności. Przypomina to Philosophia Occulta Agrippy, gdzie niższe medium i duchy niebiańskie inspirują, aby przekazać coś dalej — a wtedy pula zdolności i jakości zostaje wlana w człowieka.

Z czego zatem składają się bogowie? Czy z duszy i jej nośnika, z pola, zasięgu i intelektu, które posiadają? Tak jak istnieje bauplan w biologii ewolucyjnej — plan rozwoju życia — tak można mówić o bauplanie dla inteligencji. Typ i token. Typ, czyli arche — platońskie idee. Token, czyli ich urzeczywistnienie. Na tej podstawie możemy wywieść potencjał dla nie-ludzkiego intelektu, który istniał już wcześniej, protologiczny, przed swoim ucieleśnieniem w organicznym życiu. Przez całą ewolucję zwierząt i ludzi był już obecny, lecz przybrał maskę.

Dlaczego więc bogowie? Dlaczego metafizyka, teologia, magia, okultyzm? Człowiek jest znacznie pełniejszy, bardziej ukształtowany, gdy ma metafizykę. To przewodnik sam w sobie, oparty na etosie i odpowiedzialności. Człowiek zyskuje życie bogatsze w treść, pełne sensu i substancji — zamiast popaść w całkowity nihilizm.

Metafizyka etosu zakłada, że istnieją pewne reguły i pewna gramatyka wszechświata. Dzięki nim możemy wyprowadzać formy etyczne i indywidualizować je w naszym aktualnym kontekście — politycznym, społecznym, religijnym czy innym. Nie chodzi tu o jakiś absolutny, niezmienny boski etos czy moralność — lecz o wielkie pole metafizyczne, z którego możemy czerpać, by kształtować siebie, tworzyć moralność, etos, prawa, inspirować się sprawiedliwością. Ale nigdy nie powinny być absolutne ani doktrynerskie — bo wtedy ludzie zaczynają się wzajemnie mordować w imię ślepych systemów wierzeń.

Daje to śmiertelnemu większy nacisk na rozwijanie aretē — wartości i cnót niezależnych od względności. To wolność rozwijania heroizmu, brania odpowiedzialności za siebie, bycia strzeżonym i inspirowanym przez coś większego. Nawet czysto psychologicznie — jeśli ktoś zdecyduje się wierzyć w boskości — jego umysł staje się bardziej pełny i zrównoważony, jeśli ma solidne podstawy rozwoju.

Oczywiście, to tylko skrót, niewielka podstawa. Istnieje o wiele bardziej zaawansowana teologia starożytnych — Greków, Rzymian, Egipcjan — z ich ceremoniami i wyjaśnieniami. Na przykład: jak to możliwe, że boskość może być obecna tylko w jednym miejscu, a nie wszędzie? Jeśli kapłanka Hekate w Grecji i w Ameryce wzywa ją jednocześnie — czy bogini może być w obu miejscach naraz? Odpowiedź brzmi: tak, ponieważ jeśli jest to wielkie pole ontologiczne, maski boskości mogą urzeczywistniać się równocześnie w różnych podmiotach.

Ostatecznie więc wszystko zależy od percepcji człowieka i jego szczególnej relacji z boskością, od tego, jak chce się rozwijać. To chciałbym pozostawić jako niewielką inspirację, z nadzieją, że być może komuś to pomoże.

Aretologia: Czym jest cnota jako virtus? Ćwiczenie w rewolucjach czystego rozumu

Dziś chciałbym mówić o aretologii. Czym ona jest? To nauka o cnocie. Czym jest cnota? To uświęcona cecha w metafizyce etyki, na przykład jest to racjonalnie intelektualnie wyprowadzona cecha, atrybut czy właściwość, której używamy jako przewodnika w życiu i w naszym postępowaniu, po wnikliwym zaobserwowaniu jej dobrych efektów w społeczeństwie w przypadku jej esencjonalnego i mądrego użycia. Innymi słowy, to nie jest coś warunkowanego czy społecznie narzuconego, wtedy staje się pustym automatyzmem; to coś, czego uczymy się na podstawie własnego doświadczenia, do czego musimy dojrzeć i rozumowo inkorporować doświadczalną wiedzą. Dlatego postrzegamy to jako dobre, życzliwe, skuteczne i stosujemy w naszym życiu jako świadome istoty ludzkie.

Patrzymy na efekty, jakie dana cnota, cecha czy atrybut przynosi, i w miarę doświadczeń oceniamy, co jest w niej dobre lub złe, co jest właściwe lub niewłaściwe. Jest to całkowicie amoralne, ale etyczne. Stworzyłem zestaw cnót, które prowadziły mnie na mojej ścieżce magicznej, oraz anty-cnoty, które przeszkadzały mi w osiąganiu celów. Pozwólcie, że krótko je przedstawię.

Główną cnotą jest prawda — przynajmniej dążenie do prawdy, próba jej znalezienia, próba jej przybliżenia. Jako ludzie nie mamy dostępu do obiektywnej, pełnej prawdy, ale możemy próbować ją przybliżać poprzez proporcje, interwały, harmonii, zbliżając się do konsensualnej prawdy lub Boskiej prawdy. Ma’at to głębokie prawa rządzące wszechświatem. Ma’at pochodzi z egipskiego systemu wierzeń i jako taka jest jakość-mocą, podobnie jak hhekau — czasem uosabianą, czasem nie. To zbiór praw i zasad, według których funkcjonuje wszechświat, i które człowiek, obserwując ludzi, zwierzęta, Ziemię i Boskość, powinien włączać w swoje działanie.

Kompozycja jest bardzo ważna. Kiedy coś komponujemy, powinno to być proporcjonalne i harmonijne. Potrzebujemy dyscypliny, by kształtować siebie i nasze emocje — „skaczące małpy” naszego umysłu. Dlatego samokontrola i powściągliwość są czasem niezbędne, a gdy ich brak, wprowadzamy nowe hamulce. Będąc z nimi zgodnymi, stajemy się integralni — zachowujemy się w sposób zaakceptowany przez nas i społeczeństwo, nie przekraczając pewnych kodeksów, które definiują człowieka i jego charakter.

Rozróżnianie jest niezwykle istotne, zwłaszcza w dziedzinie magii, gdzie jest wiele złudzeń i iluzji. Umysł zdolny do rozeznania jest kluczowy, by rozpoznać fałsz od prawdy, co jest realne, a co złudzeniem. Siła jest ważna, ponieważ kształtuje nasz charakter i pozwala nam realizować pewne cele skutecznie. Wytrwałość kształtuje nasz charakter. Równowaga, zrównoważone ścieżki, zasady „złotego środka” i etyczne wychowanie są istotne, bo bez zasad i ram upadamy.

Rozum może być używany zarówno do dobrych, jak i złych celów, choć w intelektualnym sensie Boskiego umysłu jest zawsze stosowany dla dobra. Musimy także uznać istnienie pewnych praw w wszechświecie. Odkrycie prawdy lub jej przybliżenie polega w dużej mierze na odkrywaniu praw rządzących rzeczywistością metafizyczną. Proporcja, interwał pitagorejski, jest ważny, aby rozpoznać proporcje i działać zgodnie z nimi, osiągając harmonię. Harmonia — Matka Harmonia — to przywracanie równowagi nawet w chaotycznych, złożonych systemach.

Umiar jest kluczowy — wszystko z umiarem, nic w nadmiarze, jak napisano w wyroczni Delfickiej. Nadmiar prowadzi do namiętności i niszczy umysł człowieka. Sprawiedliwość to umiejętność właściwego czekania i rozeznawania zgodnie z posiadaną cnotą. Eudajmonia, szczęście, grecka cnota, wiąże się np. ze szczęściem małżeńskim czy rodzinnym. Mądrość to wiedza o przyczynach i natychmiastowe przewidywanie skutków działań w określonym środowisku i okolicznościach, aby działać w sposób mądry i tworzyć dobre efekty w sumie.
Spotykając innych ludzi, staramy się zrozumieć ich umysł, emocje, perspektywy, światopogląd i przekonania, aby wyłonić to, co dla nich najlepsze według ich standardów. Bezinteresowność nie oznacza pozbycia się siebie, lecz umożliwia włączenie większej części świata w nas samych, by mieć szerszą perspektywę. Śmiech, szczęście i eudajmonia — śmiech z wszechświatem, a nie z kogoś — wyrażają radosne usposobienie. Zrozumienie jest bardzo ważne — jak ponoć pisał Lew Tołstoj, można wybaczyć wszystko, ale nie głupcom; z nimi często trzeba się rozstać.

Zrozumienie jest przenikliwą intuicją, która prowadzi również do mądrości, ponieważ bez głębokiego wglądu nie możemy pojąć wzorców i przyczynowości świata. Piękno — poza estetyką — to uchwycenie prawdy, zarówno w rzeczach brzydkich czy odrażających, jak i w naprawdę pięknych i wielkich. Miłosierdzie, czyli clementia, okazuje się pokonanym wrogom, którzy poprawili swoje postępowanie. Miłosierdzie nie jest okazywane silniejszym przeciwnikom ani wrogom; jest dowodem, że coś pokonaliśmy i dlatego możemy być miłosierni. Po Senece, odeszło się od Clementii jako cnoty skompromitowanej m.in. przez Nerona i szanowało bardziej Humanitas, czy człowieczeństwo.

Człowieczeństwo poprzedza miłość, nie odwrotnie. Człowieczeństwo trudno zdefiniować, ale jest to istota bycia prawdziwie człowiekiem. Przyjaźń, czyli comitas, jest bardzo ważną cnotą — to umiejętność przejrzystego i uczciwego obchodzenia się z przyjaciółmi i znajomymi. Współczucie to aktywne działanie — nie tylko współczucie czy litość, lecz aktywne łagodzenie cierpienia innych i dawanie im narzędzi do jego przezwyciężenia. Agape, Eros, Philia — triada miłości erotycznej, przyjacielskiej i comitas, a także miłość będąca katalizatorem boskich strumieni jedności i wspólnoty.

Autentyczność oznacza bycie przejrzystym i szczerym wobec wszechświata, co zawsze jest z nim zgodne, niezależnie od tego, czy ma naturę demoniczną, czy bardziej dobroczynną. Humor i dystans — wobec siebie i innych — są istotne. Nawet jeśli jestem surowy, zdyscyplinowany, apodyktyczny, a czasem tyraniczny, potrafię zdystansować się od tego i wyciągnąć z sytuacji humor, śmiejąc się z siebie i własnej głupoty. Po śmierci wszyscy jesteśmy dopiero początkującymi.

Anty-cnoty niszczą umysł człowieka. Nadmiar, pasje, arogancja, szaleństwo, perfidia — to wszystko prowadzi do destrukcji. Brak rozeznania, słabość, brak dyscypliny i głupota są źródłem błędów i złudzeń. Nienawiść, jeśli jest czystą, jednostronną złością, jest autodestrukcyjna. Chciwość, pożądanie i nadmierna agresja prowadzą do długofalowej destrukcji duchowej. Przywiązanie do siebie — własnych cech, umysłu, ciała, zdolności — tworzy błędne sprzężenie zwrotne, które więzi w tymczasowej powłoce ciała i umysłu.

Zamieszanie, rozpacz, izolacja — te stany prowadzą do cierpienia. Strach, jeśli przezwyciężony, usuwa terror; natomiast terror i otrzymywanie terroru łamią wolę i siłę człowieka. Zemsta jest naturalną reakcją na otrzymywane rany, ale siła użyta w gniewie i zemście może prowadzić do najgorszych ludzkich zachowań. Antagonizm i izolacja więżą nas samych, nie innych.

Dominacja — narzucanie własnej woli lub podporządkowanie się innym — czasem jest konieczna, ale może prowadzić do tyranii, więc wszystko należy stosować z umiarem. Gniew i nienawiść są naturalne, ale powinny być kontrolowane i uwalniane jedynie w razie konieczności. Złudzenie jest przeciwieństwem realizacji — gdy wierzymy, że coś jest prawdą, choć może nią nie być, prowadzi do ignorancji i głupoty. Realizacja zaś polega na rozwiązywaniu problemów w zgodzie z prawdą lub jej przybliżeniem.

To tylko przykład; każdy może stworzyć własny zestaw cnót i anty-cnot. Chciałem przedstawić to jako małe ćwiczenie w aretologii.

Bankiet muz — Ten świat napędzany jest ideami

Na czym opiera się ten świat? Czy działa na pieniądzach, na sławie, na władzy? Moim zdaniem, ten świat działa na ideach. Na noosferze, na zbiorowych umysłach, uczuciach, sercach i duszach. Można powiedzieć, że brzmi to trochę platonizująco — że siły ontologiczne obecne we wszechświecie, które niektórzy nazywają maskami bóstw, są siłą idei stapiającej się z podmiotem aktu, w którym się urzeczywistnia. To jest pionowa inspiracja — świat, który sam się odsłania.

Z tej pionowej inspiracji budujemy idee także od podstaw. Homo symbolicus tworzy symbole, język, wielkie techne, technologie, idee filozoficzne, które powołują do życia nowe dyscypliny nauki i sztuki. Jest jednak także wymiar poziomy — wymiana idei w noosferze między ludźmi. Dzięki niej idee się rozprzestrzeniają, nauka, sztuka i technologia rozwijają się.

Ale jeśli odetniemy pionową linię metafizyki i ontologii, zostaje nam jedynie linia pozioma, która zamienia się w chaotyczne wysypisko biotechnoinformacyjne — martwą strefę, jak martwa sztuczna inteligencja, która replikuje samą siebie i rozmawia sama ze sobą w sieci botów. Oczywiście sztuczna inteligencja jest pozbawiona inteligencji. Tak samo bywa z komunikacją ludzką: są ci, którzy generują idee, ci, którzy się nimi inspirują, ci, którzy na nich zarabiają, oraz ci, którzy przekształcają idee w technologię, w sztukę. Mamy wszystkie formy Muz, które nas inspirują.

Co się dzieje, gdy ktoś twierdzi, że wszystkie idee już wymyślono? Historia wielokrotnie dowiodła, że to nieprawda. Ale co się dzieje, gdy generatorzy idei tracą odporność? Innymi słowy: co kapitalizm zrobił z ideami? Czy konkurencja zwiększyła liczbę idei, czy tylko spotęgowała ich zombifikację, tworząc hybrydy bez życia?

Wielkich, wyrafinowanych idei — złożonych technologii, których nie da się łatwo zmonetyzować — nie można po prostu ukraść ani spieniężyć. To jest jak handel z bogami. Ale co się dzieje na kapitalistycznym rynku idei, gdy wielkie idee filozofii, nauki, sztuki i technologii zostają sprowadzone do polityki monetyzacji? Gdy bierze się wielką ideę czy technologię, rozbija ją na fragmenty, by sprzedać masom, i kapitalizuje — traci ona swoją istotę, zostaje zniszczona.

Za każdym razem, gdy ktoś tworzy wielką, wyrafinowaną ideę, a ktoś inny ją wulgaryzuje, kradnie jej istotę i wykorzystuje fragment do zysku — idea umiera. Jak róża: piękna, ale delikatna. Jeśli zabierzesz jej części, obumiera. Tak samo jest z ideami. A przecież idee są najważniejsze na świecie. Należy je chronić, pielęgnować, edukować, przekształcać i ponownie odkrywać, aby mogły być źródłem wglądów i głębokiej wiedzy.

Gdy idee umierają, umierają też społeczeństwa. Gdy idee zostają sprostytuowane, umierają ich twórcy. Jaki sens ma być „koniem roboczym” generującym dane i idee, jeśli ktoś je kradnie i niszczy? Nie ma w tym żadnego sensu. Świat pełen jest imitatorów i powtarzaczy. Ale jeśli naprawdę chcesz tworzyć wielkie idee, potrzebujesz ogromnego doświadczenia, bogatego życia, wielkiej edukacji, głębokich wglądów. Tylko wtedy możesz generować własne idee.

To nie jest coś natychmiastowego, jak szybki zysk. Wymaga poświęcenia całego życia. Trzeba zaprosić Muzy na ucztę umysłu, by mogły inspirować i tworzyć wielkość.

Ale gdy mottem świata staje się naśladowanie i szybki zysk, rezultaty są katastrofalne. Bo wtedy nie ma z czego czerpać. Wtedy powstaje samoreplikujące się wysypisko biotechnoinformacyjne — chaosfera szybkiej informacji i szybkiego przetwarzania.

A przecież to człowiek jest powołany do tego, by generować idee. To należy do jego duszy, serca, ducha i umysłu. To są najbardziej ludzkie dzieła. Jeśli niszczysz idee, odbierasz sobie człowieczeństwo.

Każdy chce być znaczący, mieć własną ideę, coś stworzyć. Ale to wymaga ciężkiej pracy i zmagania. Jeśli każdy idzie w przeciętność, wielka sztuka, wielka praca i wielkie technologie stają się równe błotu. Tylko prowadząc autentyczne i prawdziwe życie, tworzysz większe idee i przyciągasz Muzy, które mogą cię inspirować. Jeśli decydujesz się na naśladownictwo albo kradzież cudzej pracy, powstaje śmietnik pełen zombie, a wszyscy inni są wciągani w to bagno.

O zaangażowaniu

Wytrwałość jest oznaką charakteru. Opanuj temat, a słowa przyjdą same. Przyzwyczajenie rodzi pogardę. Pierwszy cytat pochodzi z Księgi Przemian, drugi należy do Katona Starszego, a trzeci najprawdopodobniej do Cycerona lub Seneki — nie pamiętam dokładnie.

To krótkie wystąpienie będzie o zaangażowaniu. Czym jest zaangażowanie? To precyzyjne skupienie na danym, określonym zadaniu, które wynika z użycia rozumu, etosu, natury, namysłu, wglądu, dostrzegania przyczynowości i współzależności.

Na całym świecie oznacza to poświęcenie się sprawie. Co to znaczy? To znaczy, że niezależnie od tego, kim jesteś — intelektualistą jak ja czy przywódcą — pracujesz nad zdobyciem pewnej biegłości. Nie musi to być perfekcja, ale coś, w czym jesteś dobry i czemu się oddajesz.

Jedni są dobrzy w retoryce, inni w prostych zajęciach, jeszcze inni w sztuce, nauce czy inżynierii. Istnieje pewna hierarchia zdolności i umiejętności. To nie równość, lecz sprawiedliwość. A sprawiedliwość jest znacznie trudniejsza od równości, bo polega na rozpoznaniu, kto jest w czym dobry i gdzie jest jego miejsce.

W czasach konfucjańskich, jeśli ludzie uznawali, że ich umysł i zdolności dobrze nadają się do czegoś, oddawali się temu całkowicie. Nie oglądali się na to, że ktoś jest bogatszy, sławniejszy czy bardziej utalentowany. Skupiali się na swojej biegłości i poświęcali się temu, w czym byli najlepsi. Rzeźnik był mistrzem rzeźnictwa, wojownik doskonalił się w wojowaniu, sprzedawca warzyw w handlu.

Nie chodziło tu o brak mobilności społecznej, lecz o uznanie ze strony systemu konfucjańskiego. Jeśli dostrzegano uzdolnione dziecko czy utalentowaną osobę, kierowano ją na egzaminy, by mogła dowieść swojej wartości, a potem w pełni oddać się swojej drodze i dążyć do doskonałości.

Mogę powiedzieć, że sam jestem oddany sprawom przegranym, trochę idealista — ostatni z magów racjonalnej myśli, ostatni z romantyków, z całą magią, teologią i metafizyką. Jestem trochę ogólnikiem, trochę naukowcem, choć formalnego wykształcenia naukowego nie mam. Dużo jednak czytam o naukach społecznych i ścisłych.

Moje zaangażowanie polega na dzieleniu się doświadczeniem — doświadczeniem wynikającym z ciężkich traum, cierpienia, burz i udręk, które przezwyciężyłem, by stać się tym, kim jestem, i kim się stanę w przyszłości. Nie jestem trenerem rozwoju osobistego ani żadnym guru, ani mistrzem. Jestem tu po to, by przekazać wiedzę doświadczalną, którą zdobyłem przez lata, komuś, kto może tego wysłucha, nauczy się czegoś, uniknie moich błędów i potknięć.

Ktoś może powiedzieć: „tak, to prawda, coś w tym jest”. Oczywiście, każdy musi sam doświadczyć życia, ale dobrze jest, gdy ktoś wcześniej wytyczy drogę. Wszystko zostało już kiedyś spisane — wszystkie formy ludzkich zachowań. Jednak każda nowa generacja musi od nowa uczyć się tych mądrości, tej wiedzy, tych umiejętności, tych wglądów i olśnień.
Nie pojawią się one same z siebie, z powietrza. Trzeba na nie pracować. Trzeba się zaangażować.

Ostatnio przeczytałem Arthaśastrę autorstwa Kautilji. Był on jednym z wielkich ministrów w imperium Maurjów — ogromnym państwie na subkontynencie indyjskim. Miał umysł zdolny do objęcia całości państwa, do zaprojektowania go wraz ze wszystkimi prawami, wskazówkami, sprawami dyplomatycznymi i, rzec można, makiawelicznymi.

Czytając Arthaśastrę, uznałem, że ludzie wcale się tak bardzo nie zmienili. Zmieniło się jedynie to, że wraz z rozwojem techniki i jej dominacją, współczesny człowiek stał się infantylny. Uczynił sam siebie dziecinnym w porównaniu z wielką powagą dawnych czasów. Dziś ludzie zachowują się jak dzieci — grają w dziecięce gry w bardzo dorosły sposób, ale bez mądrości, bez wiedzy opartej na doświadczeniu, bez wglądu, bez sztuki bycia człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Spójrzmy na tańce. Nawet współczesne tańce sceniczne, w operze czy teatrze, bledną przy dawnych indyjskich sztukach mistrzowskich. Istnieje księga Lustro gestów (Abhinaya Darpana Nandikesvary), w której opisano setki znaków, odczytywanych i łączonych w mistrzowską sztukę przez tancerki. Publiczność — niezwykle wykształcona i wymagająca — potrafiła odczytać te subtelności. Wyobraźmy sobie, że ktoś dzisiaj wykonałby taki taniec — nikt by go nie zrozumiał, może jeden czy dwa gesty. A współczesny człowiek rozumie tylko wulgarność, brutalność, to, co powierzchowne.

Żyjemy w epoce „broni masowego rozkojarzenia”. Tu reklama, tam powiadomienie, ciągłe rozproszenia. Ludzie nie są w stanie się skoncentrować, bo nie potrafią opanować własnego życia. A nie można opanować życia bez obserwacji, konfrontacji, ciszy, kontemplacji, medytacji i działania. Jak można stworzyć dojrzałe społeczeństwa, jeśli rządzą nimi niedojrzali dorośli, a właściwie dzieci? Idioci, którzy według wszelkich dawnych standardów są kompletną katastrofą tego, czym powinien być człowiek.

W dawnym Rzymie każdy niewolnik splunąłby na widok współczesnych przywódców, uznając ich za błaznów, którzy lepiej nadawaliby się do roli prostytutek w domu publicznym albo tancerzy w tawernie. Mam punkt odniesienia — czytając i przyswajając te dawne księgi, wiem, że nie są one fantazjami minionych epok, lecz świadectwem ludzi z krwi i kości.

Dlatego zaangażowanie, nawet w sprawy przegrane, oznacza wcielenie ich w życie. To życie zgodne z nimi, bez utraty kręgosłupa i etosu, bez utraty natury, umysłu, duszy, serca i ducha. Bez spłaszczania świata pozbawionego metafizyki, zachwytu, wyobraźni i wielkości. A gdy na chwilę powietrze się przejaśnia, człowiek zostaje sam z bogami, którzy przywołują go z powrotem na swoje trony — pośród mas ślepych, rozczarowanych, cynicznych, skupionych na zysku, udręczonych i przygnębionych.

Niech więc to powietrze się oczyści. Niech ta bagno złudzeń i ignorancji się rozwieje. Zaangażuj się w coś, co ma wartość. Nie w puste pogonie współczesnych ludzi, puste jak ich marzenia i wizje. Poświęć się życiu samemu — heroicznie, jeśli potrafisz, wielkodusznie, jeśli możesz.

Ale się zaangażuj. Bo inaczej nie będzie ludzi, którzy mogliby inspirować. Nie będzie z czego czerpać. I prędzej czy później ci idioci u władzy runą w tłum, a tłum w pętli zwrotnej wyda z siebie jeszcze więcej idiotów, błaznów i imbecyli. To jest degeneracja całych społeczeństw.

Zaangażuj się!

Metamorfozy: Charakter i Aretologia

Etos i kształtowanie charakteru

Czym jest etos? To charakter. Ale jak kształtuje się charakter? Jak formuje się osobowość? Jak kształtowana jest natura ludzka? Niektórzy twierdzą, że człowiek rodzi się ani dobry, ani zły — jest uspołeczniany, szkolony, doświadczany i hartowany przez okoliczności. Prawdą jest, że jednostki mogą mieć wrodzone skłonności ku dobru lub złu, ale nie są nimi zdeterminowane. Człowiek o psychopatycznych predyspozycjach, wychowany w odpowiednich warunkach, może stać się etycznym, rozsądnym bytem, który troszczy się o innych. Z drugiej strony, dziecko obdarzone dobrą naturą może zostać zniszczone przez zaniedbanie, przemoc czy złe wychowanie. Okoliczności i środowisko potrafią zepsuć nawet najlepsze natury, czyniąc z ludzi bestie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 139.45