E-book
10.92
drukowana A5
27.56
drukowana A5
kolorowa
49.05
Zapach wschodu

Bezpłatny fragment - Zapach wschodu

Podróż przez życie Lusi - małej Zabużanki


5
Objętość:
74 str.
ISBN:
978-83-8221-122-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 27.56
drukowana A5
kolorowa
za 49.05

Śmierć nie jest kresem naszego istnienia.

Żyjemy w naszych dzieciach i następnych pokoleniach.

Albowiem to dalej my, a nasze ciała to tylko zwiędłe liście na drzewie życia

Albert Einstein

Wstęp

Od dziecka milion razy słuchałem opowieści babci o jej życiu na wschodzie… o tym, jak była tam szczęśliwa, w co się bawiła, o tym jak góra huczała, jak krowa zdechła… ale też o śmierci, strachu, ucieczce, łzach, rozstaniach, okropnych nieszczęściach, tułaczce…

Chyba dopiero teraz dojrzałem do tego, żeby to wszystko zrozumieć i unieść. Żeby to wszystko spisać i przekazać następnym pokoleniom. Dlaczego? Ponieważ jeszcze w szkole uczono mnie innej prawdy historycznej. Wierzyłem (do pewnego czasu) w innych bohaterów. A moje dzieci nie muszą już uczyć się kłamstw i naginanej prawdy. One już wiedzą… Jednak w szkole nie dowiedzą się o ich prababci. Nikt im tam nie powie dlaczego, po co, z jakich chorych i żałosnych pobudek to wszystko się stało. Dla nich Ukraina to Majdan, wojna, Putin albo znajomi zza wschodniej granicy.

Czas więc najwyższy. Babcia ma swój wiek, nie będzie żyła wiecznie. To jest ostatnia chwila na długie rozmowy przy ukraińskim koniaczku. To jest czas na życiowe podsumowania i rozliczenia z przeszłością. To jest czas, żeby zmierzyć się z trudnym wyzwaniem przelania jej uczuć, innych prawd, boleści, strachu i radości, na kartkę papieru. Jest to o tyle trudne, że są to uczucia bliskiej mi osoby — babci, która robi najlepsze na świecie gołąbki i parzy najsmaczniejsze ziółka od bólu brzucha, która zawsze się śmieje i wie co zrobić, kiedy boli gardło. A tu… opowiada mi o swoim życiu… życiu, które jest dla mnie nie do ogarnięcia, nie do pomyślenia, zupełnie nieakceptowalne w dzisiejszej rzeczywistości. Ale muszę spróbować. Muszę zrobić to dla swoich dzieci. One muszą wiedzieć, że życie to nie tylko telewizor czy PS3, że to również cierpienie i trudne decyzje. Przecież znają swoją prababcię, niech poznają teraz jej życie.


Babciu, może napiszemy razem książkę? O twoim życiu. Kiedyś mówiłaś mi, że jakiś ksiądz chciał spisać twoją historię, ale tego nie zrobił. Może mnie się uda?


Bardzo chętnie. Wiesz, że ja tu siedzę i się nudzę. Z ochotą ci wszystko opowiem, a ty pisz.


Ok. Tylko jakoś musimy zacząć. Może tak: Babciu, dlaczego wszyscy mówią do ciebie Lusia? Co to za imię?


Nazywam się Lusia. Tak właściwie to Teofila — takie jakieś męskie imię mi dali… A skąd ta Lusia? Sama nie wiem… po prostu Lusia i już.


Lusia opowie Wam swoją historię. Niełatwą, trudną, smutną, czasem śmieszną… czasem przerażającą i przygnębiającą, czasem wzruszającą albo wręcz straszną. Tyle różnych, czasem zupełnie sprzecznych uczuć ma w sobie… Tyle wspomnień, tyle żalu, strachu, miłości i tęsknoty…

Ma w głowie mnóstwo obrazów „stamtąd” — ze wschodu. Niektóre pachną kwitnącymi jabłonkami, lasem, rzeką o poranku, zapachem tamtejszej ziemi, wiatrem, skoszoną trawą i zbożem w stodole, ale są też te straszne — one ociekają ludzką krwią, łzami, są przeżarte pierwotnym lękiem o swoje życie i życie najbliższych jej osób: mamy, taty, siostry, nienawiścią do tych, którzy im to zrobili.


Zawsze zastanawiałam się dlaczego akurat mnie to spotkało? Dlaczego? Po co? Czy to miało mnie czegoś w życiu nauczyć? Czy miałam wyciągnąć z tego jakiś morał albo lekcję? A może po prostu miałam strasznego pecha? Nigdy nie znalazłam odpowiedzi. Tymczasem, po tym wszystkim zostały mi stare, obolałe kości, reumatyzm, i częste koszmary, z których budzę się do dziś z krzykiem.


Daj spokój! Przecież żyjesz…


Tak, żyję! Jestem tutaj! Poukładałam sobie to moje pokręcone życie, tak jak umiałam. Założyłam cudowną rodzinę, byłam na swój sposób szczęśliwa. Nadal jestem. Mam już 83 lata, a mimo to, wszystko pamiętam z jakością fotograficzną. Ledwo chodzę, ale pamięć mam jak komputer. Byłam żoną, matką, babcią i prababcią. Moje geny, które przetrwały piekło, poszły dalej w świat. Będą żyły przez lata w moich dzieciach, wnukach i kolejnych pokoleniach. Tyle, że geny nie opowiedzą tej historii, nie przekażą tych wszystkich uczuć, które szarpały moją duszą. Dlatego chcę ją opowiedzieć. Niech wszyscy wiedzą. Niech przeżyją ze mną moje życie w tej historii.

Zagórze Konkolnickie
(1932—1936)

Krótkie pytanie: „babciu, gdzie się urodziłaś?”, powoduje lawinę słów, wspomnień, opowieści. Na to pytanie nie da się usłyszeć prostej odpowiedzi, choć generalnie odpowiedź powinna być krótka i prosta. Ale nie u babci Lusi. Babcia mówi dużo, kwieciście, chaotycznie, robi dwa miliony dygresji takich, że potem sam już nie wiem o czym mówiła na początku (chociaż wszystko nagrywam). Oj Becela… to będzie ciężkie zadanie, ale skup się, weź głęboki oddech i dasz radę. No więc babciu, gdzie się urodziłaś?


Urodziłam się w 1932 roku, w dosyć dziwnych czasach, w Zagórzu Konkolnickim — niedaleko Stanisławowa, choć niedawno dowiedziałam się, że mój Stanisławów dziś już nie jest Stanisławowem, tylko czym tam? Jak to było? No podpowiedz mi… a już wiem — Ivano-Frankiwskiem. Trudno, widać ktoś uznał, że tak będzie lepiej. Na szczęście, moje Zagórze nadal pozostało Zagórzem. Urodziłam się z dosyć poważną wadą wrodzoną — rozszczepieniem podniebienia.


Czy ta twoja wada nie powodowała trudności, nie miałaś problemów w codziennym życiu?


Przez rozszczepienie, moje dzieciństwo nie było łatwe, dorosłość też. Mówiłam i mówię bardzo niewyraźnie. Bliscy mnie rozumieli, obcy natomiast w ogóle, często mnie wyśmiewali. Pewnie przez to zawsze byłam nieśmiała i zawsze czułam się gorsza.


I co od początku mieszkaliście z rodzicami w tym Zagórzu?


Noooo nie, przecież ci już mówiłam… (???) Moi rodzice, Eleonora i Józef (twoi pradziadkowie), na początku mieszkali w Herbutowie — pięknej wsi nieopodal Zagórza. Tam moi dziadkowie od strony taty, gospodarzyli na dość dużej posiadłości. W pracach polowych pomagali im synowie: Filuśko i mój tato Józek. Tam właśnie na świat przyszła moja starsza siostra — Stasia. Ze względu na to, że gospodarzy było dwóch, to wszystko tam było podwójne. Dwa piękne domy, dwie stodoły… Pamiętam wielki, stojący na trzech nogach, pleciony i zadaszony spichlerz na kukurydzę. Do środka docierało świeże powietrze, więc kukurydza przechowywała się tam doskonale. W późniejszych czasach często się tam bawiłyśmy. Pamiętam, jak Stasia mnie tam z moją koleżanką podstępem zamknęła. Darłyśmy się w niebogłosy, ale wszyscy w polu robili i nikt nas nie słyszał. Jak nas w końcu wieczorem znaleźli, to kupa śmiechu była, a Stasia lanie od taty dostała.


No ok, tylko jak to się stało, że znaleźliście się w tym Zagórzu?


To nie takie proste. Niestety, mój tato nigdy nie lubił pracy w polu, miał do tego raczej dwie lewe ręce. Wolał założyć zespół i grać po weselach i chałturach to tu to tam (pewnie dlatego twój tato też był muzykalny). Nawet dało się z tego jakoś wyżyć, ale zawsze wracał późno w nocy albo nad ranem i potem odsypiał do południa. Musiałyśmy ze Stasią na paluszkach po domu chodzić, albo bawić się na podwórku. Mama też źle się czuła pod „matczynymi” skrzydłami swojej teściowej. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, jak o tym powiedzieć dziadkom. Mama po nocach chodziła do swojej mamy i tam wypłakiwała się w jej fartuszek. Jak tu powiedzieć dziadkom, którzy w sumie nic złego im nie zrobili, że nie chcemy z nimi mieszkać? Jak to zrobić, żeby nie poczuli się urażeni? Ale stryjko Filuśko miał chrapkę na część gospodarstwa, która miała przypaść mojemu tacie. Tato nawet się z tego cieszył.

Aż pewnego razu, podczas żniw, sprawa właściwie rozwiązała się sama. Dokładniej to Filuśko niechcący ją rozwiązał. Wściekł się, że musi obrabiać pole, które kiedyś ma należeć do taty, do tego stopnia, że się pobili. Jak to mój dziadek zobaczył, to bata złapał i dawaj ich okładać, raz dwa ich uspokoił. Na to mój tata, wykorzystując sytuację, powiedział, żeby dziadek oddał Filuśkowi jego część gospodarki, bo on się jej zrzeka. Nie chciał się kłócić i bić o to. Mama przecież miała dużo pola w posagu, to jakoś sobie poradzimy, a tato miał dostać raptem dwa kawałki ziemi, ale dopiero po śmierci dziadka! Później się okazało, że nic by z tego nie wyszło, bo dziadek żył 96 lat, i tato nic by z tego pola nie miał. I tak dzięki stryjkowi Filuśkowi sama się jakoś sprawa rozwiązała.

Tymczasem mama już swoimi kanałami dowiedziała się że w Zagórzu starsze małżeństwo ma zamiar sprzedać gospodarstwo. Było to dwoje starych ludzi, którzy nie mieli już siły na dalsze samotne życie, więc wyprowadzali się do córki, kilka wiosek dalej. Bez zastanowienia rodzice kupili od nich to wszystko. Chyba gdzieś do dzisiaj mam ten dokument… tak. O zobacz, tak jak go mama w chusteczkę zawiązała, tak leży w mojej szufladzie.


No tak, właśnie w tej chwili dotykam prawdziwej historii… Tak jak prababcia zawiązała, tak leży ten dokument u babci w szufladzie. Ciasny supełek kraciastej i pożółkłej ze starości chusteczki, skrywa kruche kartki papieru, na których moi pradziadkowie złożyli swoje podpisy… dreszcz przebiega mi po plecach i aż wstrzymuję oddech.

To naprawdę tak leży sobie u ciebie w szufladzie, nieruszane od tylu lat?

Kontrakt kupna i sprzedaży domu Pielichowskich w Zagórzu Konkolnickim, podpisany 2 września 1928 roku 
źródło: archiwa prywatne autora

Tak. Szkoda, że dzisiaj już nie ma żadnej wartości. Teraz to tylko kilka pożółkłych ze starości kartek papieru, które ledwo trzymają się razem. Poprzedni właściciel miał tylko jedną prośbę na odchodne. Prosił tatę, żeby nie zniszczył sadu, a jeszcze go rozwinął. I tak się też stało. Wszyscy, ale szczególnie tato, bardzo dbali o sad. Jesienią i zimą, jabłka były jednym z naszych głównych źródeł dochodu. Jabłka… piękne, duże, pachnące, a jakie smaczne… ale o jabłkach później.

Tam właśnie się urodziłam — zimą, wśród zamieci. Przede mną jeszcze Wacka, a po mnie Helenka, ale obie niestety zmarły we wczesnym dzieciństwie na biegunkę. Wszystko przez to, że lekarzy na miejscu nie było, ani leków. Przetrwali tylko ci, którzy byli najbardziej odporni. Wacki nie mogłam pamiętać, bo urodziła się przede mną, ale Helenkę — jak przez mgłę… Pamiętam jej pogrzeb. Bez księdza… Tato bardzo rozpaczał. Pamiętam jak poszedł do stodoły i strasznie płakał. Walił głową w równo poukładane snopki słomy, aż miał całe czoło czerwone.


Babciu, ale opowiedz mi, jak to wasze gospodarstwo wyglądało, duże czy małe było?


Oj Rafał, pięknie to nasze gospodarstwo było położone. Czwarty dom we wsi. Sad, który zajmował połowę terenu, wiosną pachniał jak nic innego! Za domem rzeka, nie zamarzała nawet w 40 stopniowym mrozie. Czasem jak budziłam się w nocy, słuchałam jej pluskania… uwielbiałam zasypiać przy tych dźwiękach, jak już nic innego nie było słychać. Za rzeką stawy, które ciągnęły się przez całą wieś i jeszcze dalej — zimą wspaniała zabawa na nich była, jak zamarzły, a wiosną niezapomniane wieczorne żabie koncerty. A dalej już tylko góry. Wielkie i mroczne, porośnięte gęstym lasem, gdzieniegdzie podziurawione polanami, na których pasły się krowy.

Nie mieliśmy na początku murowanych budynków, a stodoła prawie się waliła. Tato wymienił deski na stodole, naprawił ją i pomalował. Do stodoły dobudował mieszkanie.


To on taka złota rączka był? Tak po prostu dom wybudował? Tak bez pozwoleń, stosu dokumentów, kontroli i odbiorów?


Oj tak, wtedy wszystkie chłopy tak musiały. To miał być bardzo nowoczesny dom, bo z kamienia. Nie przewidział tylko tato, że w kamieniu będzie zimno. Zimą mimo, że mama cały dzień paliła w piecu, to na ścianach szron mieliśmy od wewnątrz. Nie dało się tego ni jak ogrzać. Więc mój zaradny tato zrobił z tego stajnię.


Skoro dziadek z domu zrobił stajnię, to gdzie mieszkaliście?


Na szczęście każdy porządny gospodarz w Zagórzu sadził tytoń, potem go suszył i sprzedawał. I z tego właśnie powodu prawie w każdym gospodarstwie stała suszarnia do tytoniu. W sumie to była taka lepianka. Dach, strych i ściany. W środku pod ścianami rury, którymi ciepło rozchodziło sie po całym pomieszczeniu. Na środku okrągłe palenisko, w którym paliło się drewnem. Jakoś tam jeszcze wodę wlewali. Ta woda parowała, żeby liście schły w odpowiedniej wilgotności. A ponieważ nie sadziliśmy tytoniu, to mój tatuś przerobił suszarnię na dom, w którym mieszkaliśmy. Nie było to nic nadzwyczajnego. Ot taki zwykły zagórzański domek, jak wiele innych… ale nasz był wyjątkowy.


Dlaczego? Był inny niż pozostałe?


W sumie to nie, ale był dla mnie najpiękniejszy, najcieplejszy, najbardziej zadbany, dlatego, że był nasz. To tam spędziłam najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa ale i te najgorsze, koszmarne…


Babcia zawiesza głos i rozmyśla. Ciekawe, jakie obrazy w tej siwej głowie widzi? Obawiam się, że nie są przyjemne, więc natychmiast pytam: no ale babciu, jak dokładnie ten wasz dom wyglądał?


No tak… Przed wejściem altanka, od połowy przeszklona a do połowy drewniana, trzy schodki prowadzące do kuchni i jeden pokój, w którym całą czwórką mieszkaliśmy. W kuchni był piec, taki oblepiany gliną i pomalowany. Z przodu miał płytę, na której mama gotowała, a z tyłu był piec do pieczenia chleba. Mama piekła chleb sama, raz na dwa tygodnie. Tak smakował tylko chleb mamy. Nigdy potem nie jadłam lepszego. Pachniał zakwasem, mąką, piecem… pachniał domem. Potem pakowała te równiusieńkie bochenki do płóciennych woreczków, które sama szyła i przechowywała zapakowane chleby za piecem. Nie wiem jak ona to robiła, ale ten chleb był zawsze świeży. Nawet po dwóch tygodniach się nie kruszył i ciągle doskonale smakował. Dalej stało wiadro z wodą, mały stolik i ława do siadania. Tam przesiedzieliśmy wiele godzin przy wspólnych posiłkach. Tam wypłakaliśmy wiele łez ze strachu, z tęsknoty. Tam było serce naszego domu.


Znowu się zadumała i jakoś posmutniała, w jej oczach dostrzegam łzy, które boją się spaść strumieniem na policzki. Babciu, i…?


I tyle. Wystarczyło. Z kuchni wchodziło się do pokoju. Tam też był piec. W przedziwny sposób połączony z piecem w kuchni — jesienią paliło się tylko w kuchni, otwierało się specjalny szyber i ciepło przechodziło kanałami do pieca w pokoju. Zimą jednak trzeba było palić w obu piecach, bo było za zimno. Wiele razy siedziałam przy tym piecu ze Stasią i patrzyłyśmy w ogień, a drewno cichutko trzaskało w palenisku. Było tak przyjemnie ciepło i bezpiecznie. W pokoju stały dwa łóżka, stolik między nimi, a za drzwiami wielka trzydrzwiowa szafa, w której później tato się ukrywał. I jeszcze maszyna do szycia. Nikomu nie przeszkadzała ta ciasnota. Mama z tatem spali w jednym łóżku, a my ze Stasią w drugim. W domu było (do pewnego czasu), bezpiecznie. Tam zawsze można było się schować, uciec przed kąśliwą osą, czy przed wzrokiem złośliwej sąsiadki.

Mieliśmy nawet cywilizację, bo tato zbudował przy domu toaletę i nie musieliśmy biegać za stodołę czy w pole ze swoimi potrzebami. To był komfort, którego wielu sąsiadów nam zazdrościło.

Stasia i Lusia (z prawej) na swoim podwórku w Zagórzu Konkolnickim
źródło: archiwa prywatne autora

Na podwórku, zaraz za wielką bramą była studnia. Korbowa z zadaszeniem. Bardzo głęboka — 17 kręgów, a woda w niej była źródlana. Pyszna, zimna, jedyna ale przede wszystkim zdrowa. Kiedyś tato założył się z kolegami nawet o to, że woda ze źródła bije. Złapali jakiegoś węża w lesie i wpuścili do tego źródła pod lasem, a on w naszej studni wypłynął. Do dziś nie wiem, czy to było możliwe, czy mój przebiegły tatuś wrzucił do studni drugiego węża. Tak czy siak, studnia była, a to już wygoda. Nie musieliśmy nigdzie po wodę chodzić, mieliśmy ją u siebie. Za to przez studnię, mieliśmy codziennie wielu gości, bo do nas przychodzili po wodę, nie raz z daleka, i na kromysłach, w wiadrach nosili ją do domów.

Nikt wtedy nie zastanawiał się czy to Polak, czy Ukrainiec — sąsiad po prostu. Wszyscy się lubili i szanowali. Godzinami przy studni się stało i ploteczki wymieniało, rozmawiało, żartowało. Czas płynął i nikt go nie liczył. Taka beztroska szczęśliwość, ale potem miało się to zmienić.

O popatrz, tu mam to zdjęcie, tylko kilka mam z Zagórza. Tak wtedy ze Stasią wyglądałyśmy.

Dom, w którym mieszkali poprzedni właściciele zawalił się. Pamiętam tylko jego fundamenty, o które wiecznie potykałyśmy się ze Stasią i kolanicha do krwi zdzierałyśmy. Mama zawsze mówiła, że kiedyś tato wybuduje dla nas na nich dom. Niestety nigdy się tego nie doczekałam.

Dookoła gospodarstwa mieliśmy płot z drewnianych, zaostrzonych u góry klepek. Brama była od ulicy, a od strony sąsiadów, z boku, mieliśmy furtkę. Sąsiadka nawet zimą przez nią przychodziła do mamy, na bosaka, jak było 40 stopni mrozu (w 1940 roku). Mała wtedy byłam i głupia… jak zobaczyłam, że sąsiadka na boso przeszła, to co ja nie dam rady? Postanowiłam sobie, że przelecę się z mieszkania do stodoły i z powrotem — też na bosaka. Ale mi było zimno! Nogi miałam czerwone jak buraki. Mama mnie okrzyczała, ale i tak byłam z siebie bardzo dumna. Skutki mojej głupoty objawiły się w nocy. Zaczęłam kaszleć, dostałam gorączkę i zapalenie płuc gotowe. Najbliższy lekarz był w Konkolnikach (2 km). Więc tato wziął mnie na plecy i zaniósł do tego lekarza. Zbadał mnie i stwierdził, że zapalenie już jest obustronne. Zapisał mi bańki. A niech szlag te bańki weźmie! Jak ja się ich bałam! Jak ja ich prosiłam, żeby mi ich nie kładli! A poza tym się wstydziłam, bo już mi piersi zaczynały rosnąć. Więc po namowach pozwoliłam sobie te bańki położyć tylko na plecach, z przodu nie było mowy, nie pozwoliłam.


A słuchaj babciu, wcześniej mówiłaś coś o tytoniu. Tam uprawiało się tytoń?


Tak, jak wcześniej wspominałam, w Zagórzu uprawiano tytoń. Dwa razy w roku przyjeżdżał instruktor od tytoniu. Zawsze do nas przyjeżdżał. Mówił jak sadzić, jak zbierać, jakie odmiany sadzić najlepiej w naszym klimacie, itd. Jak też wcześniej mówiłam, prawie każdy gospodarz miał suszarnię do tego tytoniu. Mieliśmy z innymi dzieciakami ze wsi doskonałą przy tym zabawę — pomagaliśmy dorosłym przy zbiorach i dalszych pracach przy tytoniu. Lubiłam to robić, wszyscy siedzieliśmy razem, były rozmowy, śpiewy, a przy tym wspólna praca. Zebrane liście trzeba było posegregować, liść duży do dużego, mniejszy do mniejszego. Tak się liczyło po 10 sztuk, i taką wiązkę przewiązywało się specjalną trawą. Kobiety siedziały na stołkach, na podłodze i nawlekały liście na sznurki. Chłopy te sznurki brali i rozwieszali na hakach od jednej ściany do drugiej, przez całe pomieszczenie, sznur przy sznurze. I schły sobie te liście, nie pamiętam jak długo, ale pamiętam zapach. Czym dłużej liście schły, tym mocniejszy zapach od nich się unosił. Potem, wyschnięte i pachnące liście wkładało się do skrzyń, które przywozili handlarze. Więc kładliśmy te liście, znowu wielkie do wielkich, mniejsze do mniejszych, takie paczki po 10. Wiele razy to robiłam i zawsze z wielką radością.


A jakieś zwierzęta tam hodowaliście?


W naszym gospodarstwie musieliśmy, chcąc — nie chcąc, trzymać zwierzęta. Rodzice mieli kilka krów, świnie, kury i króliki. Ja najbardziej lubiłam króliki, bo były takie ładne i mięciutkie, ale najbardziej żal było mi kur. Nie dość, że jajka im zabieraliśmy, to jeszcze od czasu do czasu rosół z nich był. Na samym początku rodzice wzięli do pomocy służącego, takiego biednego sierotę. Musieli go zatrudnić, bo tato nadal często grał na weselach i nie było go w domu. Chłopak był Ukraińcem. Słuchał tylko taty, jego się bał. Mamę lekceważył. Jak tato był w domu, to wszystko robił, i gnój był wyrzucony, zwierzęta nakarmione, porządek w stajni i na podwórku, ale jak taty nie było i mama zostawała z nami sama, to zaraz gdzieś znikał. Tato kilka razy go wypędzał, ale następnego ranka już wszystko było zrobione, gnój wyrzucony, posprzątane. I tak rodzice się nad nim litowali i znowu zostawał. Aż jednego razu, jak taty nie było, skoczył do mamy z nożem! Strachu znowu się wszystkie trzy najadłyśmy co niemiara. Ojciec chciał go zatłuc, ale tego samego dnia, z trzeciej wioski, niespodziewanie przyjechał taty daleki krewny. Też miał sporo zwierząt i dużo przy tym roboty, więc tato uprosił go, żeby zabrał służącego ze sobą. Ten z wielką radością powiedział, że on go raz dwa pasem posłuszeństwa nauczy.


I co? Zabrał go ze sobą, czy został znowu u was?


Zabrał, zabrał. Z tego co pamiętam, to po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że chłopak się powiesił, bo nie mógł tam wytrzymać. Tam musiał robić, a jak nie robił, to dostawał bicie.


No dobrze. Babciu, a jak obchodziliście tam święta? Przecież na wschodzie to chyba prawosławie w większości, wy byliście naszego wyznania, co?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 27.56
drukowana A5
kolorowa
za 49.05