E-book
4.73
drukowana A5
37.65
Zaginione drogi

Bezpłatny fragment - Zaginione drogi

Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-8455-003-8
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.65

Nie jestem już człowiekiem

To, co zaginęło w pośpiechu, nigdy więcej

się nie odnajdzie.

Wszystko, czego się spodziewałam,

zaśnie w nieznanych ramionach.


Nie chciałabym udawać w nieskończoność —

bardzo często samotność mówi

językiem tłumu.

Rozpraszam się na skrawki —

nawet gwiazdy nie przyznają się

do nocy.


Serce, rozpostarte nad głowami

straconych, też może okazać się przekleństwem.

Gdzieś na dnie ciała

wyleguje się dusza — przecinek w zdaniu,

jakie nigdy nie będzie należało do mnie.


Poskromię dzisiejszy deszcz,

nauczę uśmiechu łzy.

I zanim przemówi we mnie krew,

zanim docenię przyszłość,

zmartwychwstanę grzecznie,

wbrew ciszy, która trwa

o minutę za długo.


Nie, nie jestem już człowiekiem.

Zostałam hańbą, której droga prowadzi donikąd.

Może zgrzeszę

Porozrzucana po kątach ostrych,

pławię się w samotności.

Wszystko, o czym marzyłam, stało się obłędem.


Naleciałości po jutrze zostają

na swoich miejscach.

Być może czuję w sobie krew —

dość próżną, aby przypodobać się nienawiści.


Będę twoim prorokiem, mantrą,

z którą nie potrafię rozmawiać.

Nakarmię sobą jutro — wystarczająco pobliskie,

żeby nie mówić o miłości.


Nie chciałabym żyć pod prąd,

delektować się uśmiechem —

umiera we mnie jedyne światło,

ostatni okruch powietrza.


Pewnej nocy przemówię

wbrew wyrzutom, pokrzepię strach.

Kto wie, być może odnajdę siebie

w twoim lustrze.


Może zgrzeszę, ale tak,

żeby zapomnieć o kłamstwie.

Surowe życie

Wiszę na krawędzi

między pamięcią a karą.

Napotykam ludzi, którzy nie mają znaczenia.


Oddaję krzyk milczeniu — niech łzy

zastąpią obecność. Nauczę się kochać

pojedynczo,

bez skrajnych obietnic.


Być może okaże się, że świt

rodzi się w cierpieniu.

Może przebudzi się we mnie Bóg,

dość nostalgiczny, żeby wierzyć

Mu na słowo.


Któregoś razu poczuję wieczór,

zrozumiem istnienie gwiazd.

Nawet księżyc, stracony hipokryta,

ubierze się w uśmiech,

dzięki któremu zasnę na nowo.


Będę kochać tak, żeby melancholia

odnalazła własne imię,

świt uwolnił się od przeznaczenia.


Zezłośliwi się czas, grzech uzbroi w pokorę.

Pokocham cię na wszelki wypadek.

Zrozumiem niepokój,

zadławię się surowym życiem.

Czuję zbyt wiele

Nie mogę iść pod prąd osamotnienia.

Nie potrafię biec, kiedy smutek

nie przyznaje się do ciała.


Wierzę w obecność człowieczeństwa —

dość lichą, żeby przyznać się

do szczęścia.

Będę kochać się w melancholii,

w oddaleniu, kuszącym krwistym grzechem.


Zastanawiam się, czy wciąż istnieje

ziemia, czy niebo ukrywa się

w cieniu chmur.

Strach, pozieleniały od wątpliwości,

dziś jest jedynie ubogim łaknieniem,

nadprzyrodzonym kłamstwem.


Wiesz, wciąż czuję zbyt wiele —

nawet łzy nie obiecują bliskości.

Niezmiennie przełykam kolejne kęsy szczęścia.

Nie rozumiem smutku, co wdrapuje się

na twoje usta.


Ocknę się wbrew przeszłości —

błogi raj stanie się ogrodem z kamienia.

Życiem, które zasługuje na pokutę.

Śmiercią, co nie spodziewa się

wdzięczności.

Zakochać się w życiu

Przymierzam wciąż niewłaściwe maski.

Pogrążam się w odległości —

przynosi ukojenie zamiast współczucia.


Samotność nie zaspakaja oczekiwań —

jest płodnym bólem, którego gorycz

osiada na wilgotnych wargach.


Chciałabym dostrzec w tobie

niedomknięte drzwi — przez dziurkę od klucza

podglądam twój pożądliwy sen.


Oddechem naznaczam obecność

w klatce. Bicie serca udowadnia, że pycha

jest formą przyszłości.


Dłonie, nieprzyzwyczajone do dotyku,

czają się pod poduszką,

gotowe nieść pomoc marzeniom.


Niedaleko stąd słyszę wołanie

ostatniego człowieka,

pogrążonego we łzach spadających gwiazd.


Zadurzona w twoim pustym zwierciadle,

przejęta przeszłością, wznoszę mur —

wysoki, aby na nowo zakochać się w życiu.

Nie narzucam ci przyszłości

Rozbieram się z natarczywych spojrzeń.

Poszukuję istnienia, które określi moje ciało.


Kocham się zawzięcie

w twoich myślach — nigdy nie przyniosą słów.

Pora objawić się w marzeniach —

niech litość ogarnie łzy.


Życzę sobie, aby czas nie powrócił.

Próbuję zrozumieć, ilu modlitw potrzeba,

żeby zakryć duszę, rozebraną z ciała.


Czy przyszłość stanie się zbyt prawdomówna,

żeby uwierzyć w milczenie?

A może to wspomnienia sprawiają,

że rany pozostają rzeczywiste?


Nie narzucam ci przyszłości,

niech pycha rozsiądzie się między gwiazdami.

Lśniłam o minutę za długo —

kojarzyłam się ze światłem,

co utraciło swój ukochany cień.


Rozglądam się, szukam pośród łez —

tam jest twoje miejsce.

Pokrzepiona przez marnotrawny czas,

pogrążam się w twoim śnie.


W pamięci, która nie zna końca.

W tęsknocie, co nie rozumie własnego poczęcia.

To tylko życie

Nie znam myśli, padających z twojego serca.

Nie rozumiem słów,

jakimi masz odwagę się chwalić.


Być może stałam się przecinkiem

w pytaniu, zadanym zbyt pośpiesznie Bogu.


A może lśnię tak łapczywie, że gwiazdy

milkną w połowie odpowiedzi?

Zbliżam się do łez —

każda niesie osobną historię.


Nie nakarmię sobą czasu — wszechświat

szuka innych dróg.

Chłonę łapczywie spojrzenie

w moim lustrze — nawet ból

czeka dziś na swoją kolej.


Niełatwo mówić w języku ludzi —

strach woli zamknąć za sobą puste serce.

Czy kochasz mnie, gdy samotność

jest tak drogocenna?


Czy słyszysz wołanie łez, kiedy przyszłość

prosi o choć jedno wspomnienie?

To tylko życie, nic więcej. Miej odwagę pamiętać.

Z okazji wiosny

Jaka to miłość odnalazła się w ogrodzie?

Czyja samotność

wykrada łzy i przepada

za marginesem, gdzie kresu dobiegają

długie, przestarzałe cienie?


Nie rozpoznaję westchnień nienawiści,

czającej się za rogiem — milczę,

gdy podarowujesz moim wargom

pierwszą cytrynową kroplę.


Dziś nie jestem tylko cieniem

chmur — pozwalam wiośnie przejrzeć się

w moim zwierciadle.


Melancholie nie zakwitną

u progu serca — otulona zapachem nadziei,

rozglądam się za uśmiechem.


Jestem bezbłędnie zakochana

w myślach, tak zielonych z okazji wiosny,

podatnych na wybaczenie.


Być może zaproszę cię do raju —

zaśniemy, póki trwa przyszłość,

póki piszę ten wiersz,

piórem pożyczonym od szczęścia.

Przerzuty człowieczeństwa

Niknę za przerywaną granicą istnienia.

Pogrążam się w rewolucji, z jaką idę

przez ten złowieszczy świat.


Nie istnieję wbrew ludziom — pycha

koliduje z moim wzrokiem.

Rozkołysana przez nienazwane łzy,

zderzam się z niebem,

dotykam ziemi.


Nie czuję bólu — przyszłość nadeszła

w samą porę.

Nawet teraźniejszość pada do stóp.

Zakazane serce dopasowuje się

do dłoni, światło

nie pozostawia cienia.


Zatańczę, jeśli poprosisz

o odrobinę tęsknoty. Naszkicuję sen,

od którego się nie uwolnisz.


Idę ku tobie z uwielbieniem — zostało tylko

nieme trzaśnięcie drzwiami.

Wykradam ci pustkę — nie wierzę

w przerzuty człowieczeństwa.


Dusza, uwięziona w skale, pokochać może

tylko raz. Uciekam, ściga mnie

bezsenny świt, modlitwa bez nadawcy.

Wierny sen

Twoja samotność nie należy do mnie.

Próżność koliduje ze strachem przed śmiercią.

Pragnęłam pokochać cię

na wstępie — noc jest silniejsza.


Wskrzeszasz we mnie południe —

skrzypienie sekund pod stopami

jest kiepską wymówką.

Nigdy nie będę twoim wiernym snem,

pragnieniem,

do którego wstyd się przyznać.


Rodzi się poczucie klęski — przyszłość

jest dziś wyjątkowo modna.

Nawet łzy, choć skrzętnie ukryte,

okazały się pretekstem do istnienia.


Krzyczę, lecz pozostaje mi tylko echo.

Płaczą moi aniołowie, wyrywają sobie serca.

Może obudzę w sobie cień —

dość czysty, aby wskrzesić znak,

rozpoznać bliską obecność milczenia.

Na złość człowiekowi

Przemienia się we mnie współistnienie —

skrawek ciszy tak pochopny,

że zmysły tracą sens.

Rodzę się na złość człowiekowi —

dostatecznie blisko, aby zrozumieć

trwanie ziemi.


Nie zatracę się w jutrze — obojętność łez

przekracza granice.

Sen pozostaje zbyt bolesny,

aby liczyć na obecność pragnień.


Zatracona pośród martwych twarzy,

zbyt pochopna, aby uwierzyć

w bezczas — śnię tę bluźnierską bliskość,

mantrę, która wdziera się pod skórę.


Wciąż słyszę pulsowanie gwiazd,

rozumiem prawdę,

z jaką przyszło mi egzystować.

Rozglądam się, poszukuję człowieka —

gwiazdy prowadzą donikąd.


Rozumiem twój krzyk —

modlitwę, która pozwala niespokojnie być,

cieszyć się nawrotem strachu.

Inne imię

Niepewność jutra sprawia, że człowiek

milknie w połowie oddechu.

Strach, że czystość słów

należy do przeszłości, nadaje ciszy inne imię.


Zmartwychwstaję

na wszelki wypadek — ciało jest rzeczą sporną.

Dotykam twoich łez — ich szept

prowadzi nas na manowce.


Uczę się śnić tak, żeby świat

przemijał w nieznane.

Nie chcę wierzyć w szept, nie chcę ufać

nieskończoności — wkrótce zgubię

drogę powrotną do jutra.


Moje serce, obleczone krwistym cieniem,

jest tylko pretekstem, aby przyznać rację

wolności, zobaczyć to,

co przeminie przed nami.


Ból, proszący o krztynę modlitwy, o chwilę

zadumy, staje się dowodem istnienia.

Przyniosę ci noc

Nie warto spierać się o niedokończone życie.

Nie opłaca się kochać, kiedy serce

pozostaje zimne.


Nie umiem dokończyć twojego pytania —

odpowiedzi są zbyt szczere.

Otwieram sumienie na oścież —

nawet złudzenia pozostają

po tej stronie lustra.


Pragnęłam dokończyć czas za ciebie,

lecz ty wybrałeś osobną drogę powrotną.

To ty stałeś się mantrą,

której nie potrafię powtórzyć.


Lękliwe myśli, jeszcze gorsze

słowa uczą, że przyszłość ukrywa się

w przydrożnym kamieniu,

w cieniu rzucanym zbyt pochopnie,

pośród zapomnianych łez.


Gdzieś nieopodal widziałam

twoją obecność — ukaraną za to, że wierzyła

zbyt mocno.

Obudzę się na chwilę — przyniosę ci noc,

której płodne gwiazdy nauczą cię pamiętać

wbrew pragnieniom.

Zaniedbana wyobraźnia

Nauczyłam się na pamięć własnych myśli.

Zrozumiałam, że przyszłość

objawia się tylko wątpiącym.


Czekam na zgliszczach dzieciństwa —

dorosłość stoi pod znakiem zapytania.

Nie mogę udźwignąć łez —

zarówno swoich,

jak i tych dedykowanych przez los.


Nie wiem, gdzie ostatnio widziałam

sen — w jakich zakamarkach życia

odnalazł schronienie.


Bogata w urojenia, szukająca oddechu, wypatruję cię

pośród przedawnionych powrotów,

pomiędzy pytaniem a odpowiedzią.


Nie mam odwagi, aby pozostawić w lustrze

wspomnienie cieni. Krok serca

jest ciężki — pamięć, niby serdeczna rana,

pozostaje żywa wbrew ciemnościom,

wbrew zaniedbanej wyobraźni.

Wątpiąca litość

Z każdym kolejnym wspomnieniem jestem

coraz bliżej światła.

Kiedy gaśnie we mnie ostatnia gwiazda,

a rzeka zmienia kierunek —

obietnice stają się nic nie warte.


Zamiast pragnień mam przyszłość —

boleśnie ucieleśnioną, skazaną

na dożywocie.

Gdzieś z tyłu głowy słyszę noc — objawia się

jako wątpiąca litość.


Wykradam ci bezczelnie ostatni oddech,

uspokajam serce.

Wszechświat należy do nas.


Śledzę twoje życie w moim zwierciadle,

oceniam zbyt pochopnie myśli —

zmysły pragną pamięci.


Moje bezskrzydłe anioły proszą

o jeden krzyk. Pominięta łza

wsiąka w sen.

Obecność jutra sprawia, że samotność

staje się wspomnieniem marnotrawnych,

a rzeczywistość — wybawieniem

zaprzepaszczonych.

Ostatnie słowo

Gdzieś w sercu pobrzmiewa modlitwa.

Anioły, osaczone gwiazdami, nucą

pożegnalną pieśń.


Jestem stracona dla świata.

Czuję w środku wołanie o wolność —

słońce unika spojrzenia.


Aromat snu wypełnia duszę,

zapach pragnień przysiada na wargach.

Otwieram drzwi kluczem

pożyczonym od twojego serca —

przyszłość wciąż odmawia

tabliczkę mnożenia.


Być może usłyszę cię

w wieczornym westchnieniu,

pośród uderzeń serca.

Zawzięcie stawiam ostateczną kropkę,

przewracam stronę —

twoja tęsknota nie przyniesie

samotności.


Zamykam za tobą powieki,

zostawiłeś tylko bezsenność.

Przerażona własnym losem, jeszcze raz

dedykuję ci życie.


Rozpętała się nadzieja.

Do ciszy należy ostatnie słowo.

Zaginione drogi

Srebrzyste myśli nie zawsze oznaczają

drogę donikąd. Nie wszystkie wspomnienia

kojarzą się z bezsensem.


Mój cień faluje na wietrze —

miłość ukrywa się dwie przecznice dalej.

Kolorowe są twoje słowa,

o wiele cięższe od pamięci.


Przybywam tu nie w porę, nawet życie

wciąż suszy się na sznurze.

Łzy znów odmawiają posłuszeństwa —

nie znam już na pamięć twoich kroków.


Nie domykam serca, zapraszam

do środka odrobinę jutra.

Nie potrafię żyć bez zastanowienia.

Nie wiem, gdzie szukać zaginionych dróg.


Jestem pewna: ciało przymierza

się do skoku. Zwietrzały pocałunki,

nawet dotyk jest dawno przeterminowany.

Do obłędu

Jestem pewna: czas ma pretensje do przyszłości.

Nawet gwiazdy, doprowadzone do obłędu,

szukają innych drzwi.


Kocham się wciąż w twoim świetle —

w pragnieniach, których już nam nie dedykujesz.

Złóż białe róże u wezgłowia

mojej kołyski — czułość stała się niemodna.


Przeglądam się w gwiazdach, sycę się ich łzami.

Może wieczność sprawi,

że zaśniemy o minutę za późno?

Może los nauczy nas modlitw na pamięć?


Nie mam sił, aby taszczyć ciało.

Nie słyszę poszumu duszy, pragnącej wydostać się

z objęć krzyku.


Unoszę się w nieznane.

Nawet rzeczywistość spogląda przez palce.

Nie zrozumiem tęsknoty, póki czuję w sobie noc.

Na złość śmierci

Tak trudno mi uwierzyć w szept

twoich gwiazd. Ciężko uzmysłowić,

że odblask krzyku osiada na wargach.


Nie brakuje mi snów —

sumienne jest pragnienie światła.

Pragnę uwolnić się od czasu,

ale przyszłość prowadzi mnie

za serce.


To tylko bezkształtna noc — świt,

który nie zdąży powrócić.

Rodzę się na złość śmierci. Czuję swąd

obumierających marzeń.


Wierzę: świat sprawi, że odszukam

jeszcze jedną ślepą uliczkę, jeszcze jedną

niedokończoną ziemię.


Kochasz się

w swoim zwierciadlanym odbiciu —

nawet łzy się wstydzą. Nawet zegar wie,

że wykradziono mu minutę ciszy.


Stań, zobacz, ile bólu potrzeba,

by utożsamić się ze smutkiem.

Nie przyzna się do grzechu

Piszę do ciebie snem pożyczonym od światła.

Chowam się w ubóstwie,

aby nakreślić nowy, czysty dzień.


W sercu tli się płomyk cudu —

zbyt podeszłego, aby zasłużyć na szczęście.


Z każdym kolejnym przebłyskiem ciszy

jestem bliższa wspomnieniom —

dość podniosłym, aby zastąpić serce.


Trzymam się kurczowo wiatru,

zasłaniam oczy mgłą. Nikczemność prawdy

rzuca na kolana.


Może kolejny epizod sprawi, że zasnę w progu.

Moje palce, zbyt wątłe, ścigają nadzieję.


Czy dusza, spętana cieniem zimy,

może spodziewać się jutra? Czy sen,

skazany na dożywocie, wkrótce okaże się

niespełnioną mantrą?


Zmęczona głodem, sycę oddechem gwiazdy.

Przyszłość nie przyzna się do grzechu.

Jeden serdeczny sen

Zaplanowane światła wzywają do ataku.

Zniszczone zbyt długim oczekiwaniem

kłamstwa proszą

o jeden serdeczny sen.


Łzy skończyły się

o identycznej porze — tęsknota stała się do zniesienia.

Słyszę pogłos serca.

Czy to wiatr wdarł się do środka?


A może miłość sprawiła,

że zadedykowałam przyszłość

rzeczywistości?


Nie szkoda mi samotności. Nie żałuję smutku,

który odziedziczyłam.

Być może stanę na baczność —

tak, żeby nikt nie zazdrościł.


Pomylę się raz jeszcze — na wszelki wypadek.

Zerwę zakazany owoc, dedykowany pamięci.

Ukrywam ciało

Dogłębnie zraniona, błagam o spojrzenie nieba.

Zamknięta na życie, ukrywam ciało

pod płaszczem snu.


Zamiast nostalgii czuję jedynie

przyszłość — już odporną na zranienia.

Otulona wdziękiem pragnień,

zakochana w pamięci,

próbuję odszukać stały ląd serca.


Brak mi przyczyny, która niosłaby nadzieję.

Ziemia, uginająca się

pod ciężarem bólu, wkrótce zamieni się

w moją biografię.


Dostosowuję się do kłamstwa,

do zielonych oczu marzenia.

Nie chcę, żebyś zamieniał bezsens

w przeznaczenie — należy mi się

odrobina zwycięstwa.


Zanim zapukam, zaśnij serdecznie, bez krzyku.

Odzyskać uśmiech

Zanim ominę kolejny przystanek,

a serce nauczy się światła —

przyśnię ci się mimo przechytrzonych łez.


Zasługuję na odrobinę czasu —

na minutę ciszy.


Rozebrana do szpiku kości, zadurzam się

w kołysce twoich dłoni.

Nie chcę czekać na próżno —

teraźniejszość bywa boleśnie przewidywalna.


Może zostanę przystankiem,

na którym przystaje twoje serce.

Nie mogę ufać

zbyt roztropnie — nawet niebo, choć ciężkie,

niesie obietnicę jutra.


Nauczę się żyć pomaleńku, bez zbędnych myśli —

pogodzona z wolnością, oszukana

przez retrospekcję.


A może po prostu usiądę i zaczekam,

aż odzyskam uśmiech, ziarno wolności.

Z garścią łez

Szukam cię w pędzie prześwietlonych gwiazd.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.65