Nie jestem już człowiekiem
To, co zaginęło w pośpiechu, nigdy więcej
się nie odnajdzie.
Wszystko, czego się spodziewałam,
zaśnie w nieznanych ramionach.
Nie chciałabym udawać w nieskończoność —
bardzo często samotność mówi
językiem tłumu.
Rozpraszam się na skrawki —
nawet gwiazdy nie przyznają się
do nocy.
Serce, rozpostarte nad głowami
straconych, też może okazać się przekleństwem.
Gdzieś na dnie ciała
wyleguje się dusza — przecinek w zdaniu,
jakie nigdy nie będzie należało do mnie.
Poskromię dzisiejszy deszcz,
nauczę uśmiechu łzy.
I zanim przemówi we mnie krew,
zanim docenię przyszłość,
zmartwychwstanę grzecznie,
wbrew ciszy, która trwa
o minutę za długo.
Nie, nie jestem już człowiekiem.
Zostałam hańbą, której droga prowadzi donikąd.
Może zgrzeszę
Porozrzucana po kątach ostrych,
pławię się w samotności.
Wszystko, o czym marzyłam, stało się obłędem.
Naleciałości po jutrze zostają
na swoich miejscach.
Być może czuję w sobie krew —
dość próżną, aby przypodobać się nienawiści.
Będę twoim prorokiem, mantrą,
z którą nie potrafię rozmawiać.
Nakarmię sobą jutro — wystarczająco pobliskie,
żeby nie mówić o miłości.
Nie chciałabym żyć pod prąd,
delektować się uśmiechem —
umiera we mnie jedyne światło,
ostatni okruch powietrza.
Pewnej nocy przemówię
wbrew wyrzutom, pokrzepię strach.
Kto wie, być może odnajdę siebie
w twoim lustrze.
Może zgrzeszę, ale tak,
żeby zapomnieć o kłamstwie.
Surowe życie
Wiszę na krawędzi
między pamięcią a karą.
Napotykam ludzi, którzy nie mają znaczenia.
Oddaję krzyk milczeniu — niech łzy
zastąpią obecność. Nauczę się kochać
pojedynczo,
bez skrajnych obietnic.
Być może okaże się, że świt
rodzi się w cierpieniu.
Może przebudzi się we mnie Bóg,
dość nostalgiczny, żeby wierzyć
Mu na słowo.
Któregoś razu poczuję wieczór,
zrozumiem istnienie gwiazd.
Nawet księżyc, stracony hipokryta,
ubierze się w uśmiech,
dzięki któremu zasnę na nowo.
Będę kochać tak, żeby melancholia
odnalazła własne imię,
świt uwolnił się od przeznaczenia.
Zezłośliwi się czas, grzech uzbroi w pokorę.
Pokocham cię na wszelki wypadek.
Zrozumiem niepokój,
zadławię się surowym życiem.
Czuję zbyt wiele
Nie mogę iść pod prąd osamotnienia.
Nie potrafię biec, kiedy smutek
nie przyznaje się do ciała.
Wierzę w obecność człowieczeństwa —
dość lichą, żeby przyznać się
do szczęścia.
Będę kochać się w melancholii,
w oddaleniu, kuszącym krwistym grzechem.
Zastanawiam się, czy wciąż istnieje
ziemia, czy niebo ukrywa się
w cieniu chmur.
Strach, pozieleniały od wątpliwości,
dziś jest jedynie ubogim łaknieniem,
nadprzyrodzonym kłamstwem.
Wiesz, wciąż czuję zbyt wiele —
nawet łzy nie obiecują bliskości.
Niezmiennie przełykam kolejne kęsy szczęścia.
Nie rozumiem smutku, co wdrapuje się
na twoje usta.
Ocknę się wbrew przeszłości —
błogi raj stanie się ogrodem z kamienia.
Życiem, które zasługuje na pokutę.
Śmiercią, co nie spodziewa się
wdzięczności.
Zakochać się w życiu
Przymierzam wciąż niewłaściwe maski.
Pogrążam się w odległości —
przynosi ukojenie zamiast współczucia.
Samotność nie zaspakaja oczekiwań —
jest płodnym bólem, którego gorycz
osiada na wilgotnych wargach.
Chciałabym dostrzec w tobie
niedomknięte drzwi — przez dziurkę od klucza
podglądam twój pożądliwy sen.
Oddechem naznaczam obecność
w klatce. Bicie serca udowadnia, że pycha
jest formą przyszłości.
Dłonie, nieprzyzwyczajone do dotyku,
czają się pod poduszką,
gotowe nieść pomoc marzeniom.
Niedaleko stąd słyszę wołanie
ostatniego człowieka,
pogrążonego we łzach spadających gwiazd.
Zadurzona w twoim pustym zwierciadle,
przejęta przeszłością, wznoszę mur —
wysoki, aby na nowo zakochać się w życiu.
Nie narzucam ci przyszłości
Rozbieram się z natarczywych spojrzeń.
Poszukuję istnienia, które określi moje ciało.
Kocham się zawzięcie
w twoich myślach — nigdy nie przyniosą słów.
Pora objawić się w marzeniach —
niech litość ogarnie łzy.
Życzę sobie, aby czas nie powrócił.
Próbuję zrozumieć, ilu modlitw potrzeba,
żeby zakryć duszę, rozebraną z ciała.
Czy przyszłość stanie się zbyt prawdomówna,
żeby uwierzyć w milczenie?
A może to wspomnienia sprawiają,
że rany pozostają rzeczywiste?
Nie narzucam ci przyszłości,
niech pycha rozsiądzie się między gwiazdami.
Lśniłam o minutę za długo —
kojarzyłam się ze światłem,
co utraciło swój ukochany cień.
Rozglądam się, szukam pośród łez —
tam jest twoje miejsce.
Pokrzepiona przez marnotrawny czas,
pogrążam się w twoim śnie.
W pamięci, która nie zna końca.
W tęsknocie, co nie rozumie własnego poczęcia.
To tylko życie
Nie znam myśli, padających z twojego serca.
Nie rozumiem słów,
jakimi masz odwagę się chwalić.
Być może stałam się przecinkiem
w pytaniu, zadanym zbyt pośpiesznie Bogu.
A może lśnię tak łapczywie, że gwiazdy
milkną w połowie odpowiedzi?
Zbliżam się do łez —
każda niesie osobną historię.
Nie nakarmię sobą czasu — wszechświat
szuka innych dróg.
Chłonę łapczywie spojrzenie
w moim lustrze — nawet ból
czeka dziś na swoją kolej.
Niełatwo mówić w języku ludzi —
strach woli zamknąć za sobą puste serce.
Czy kochasz mnie, gdy samotność
jest tak drogocenna?
Czy słyszysz wołanie łez, kiedy przyszłość
prosi o choć jedno wspomnienie?
To tylko życie, nic więcej. Miej odwagę pamiętać.
Z okazji wiosny
Jaka to miłość odnalazła się w ogrodzie?
Czyja samotność
wykrada łzy i przepada
za marginesem, gdzie kresu dobiegają
długie, przestarzałe cienie?
Nie rozpoznaję westchnień nienawiści,
czającej się za rogiem — milczę,
gdy podarowujesz moim wargom
pierwszą cytrynową kroplę.
Dziś nie jestem tylko cieniem
chmur — pozwalam wiośnie przejrzeć się
w moim zwierciadle.
Melancholie nie zakwitną
u progu serca — otulona zapachem nadziei,
rozglądam się za uśmiechem.
Jestem bezbłędnie zakochana
w myślach, tak zielonych z okazji wiosny,
podatnych na wybaczenie.
Być może zaproszę cię do raju —
zaśniemy, póki trwa przyszłość,
póki piszę ten wiersz,
piórem pożyczonym od szczęścia.
Przerzuty człowieczeństwa
Niknę za przerywaną granicą istnienia.
Pogrążam się w rewolucji, z jaką idę
przez ten złowieszczy świat.
Nie istnieję wbrew ludziom — pycha
koliduje z moim wzrokiem.
Rozkołysana przez nienazwane łzy,
zderzam się z niebem,
dotykam ziemi.
Nie czuję bólu — przyszłość nadeszła
w samą porę.
Nawet teraźniejszość pada do stóp.
Zakazane serce dopasowuje się
do dłoni, światło
nie pozostawia cienia.
Zatańczę, jeśli poprosisz
o odrobinę tęsknoty. Naszkicuję sen,
od którego się nie uwolnisz.
Idę ku tobie z uwielbieniem — zostało tylko
nieme trzaśnięcie drzwiami.
Wykradam ci pustkę — nie wierzę
w przerzuty człowieczeństwa.
Dusza, uwięziona w skale, pokochać może
tylko raz. Uciekam, ściga mnie
bezsenny świt, modlitwa bez nadawcy.
Wierny sen
Twoja samotność nie należy do mnie.
Próżność koliduje ze strachem przed śmiercią.
Pragnęłam pokochać cię
na wstępie — noc jest silniejsza.
Wskrzeszasz we mnie południe —
skrzypienie sekund pod stopami
jest kiepską wymówką.
Nigdy nie będę twoim wiernym snem,
pragnieniem,
do którego wstyd się przyznać.
Rodzi się poczucie klęski — przyszłość
jest dziś wyjątkowo modna.
Nawet łzy, choć skrzętnie ukryte,
okazały się pretekstem do istnienia.
Krzyczę, lecz pozostaje mi tylko echo.
Płaczą moi aniołowie, wyrywają sobie serca.
Może obudzę w sobie cień —
dość czysty, aby wskrzesić znak,
rozpoznać bliską obecność milczenia.
Na złość człowiekowi
Przemienia się we mnie współistnienie —
skrawek ciszy tak pochopny,
że zmysły tracą sens.
Rodzę się na złość człowiekowi —
dostatecznie blisko, aby zrozumieć
trwanie ziemi.
Nie zatracę się w jutrze — obojętność łez
przekracza granice.
Sen pozostaje zbyt bolesny,
aby liczyć na obecność pragnień.
Zatracona pośród martwych twarzy,
zbyt pochopna, aby uwierzyć
w bezczas — śnię tę bluźnierską bliskość,
mantrę, która wdziera się pod skórę.
Wciąż słyszę pulsowanie gwiazd,
rozumiem prawdę,
z jaką przyszło mi egzystować.
Rozglądam się, poszukuję człowieka —
gwiazdy prowadzą donikąd.
Rozumiem twój krzyk —
modlitwę, która pozwala niespokojnie być,
cieszyć się nawrotem strachu.
Inne imię
Niepewność jutra sprawia, że człowiek
milknie w połowie oddechu.
Strach, że czystość słów
należy do przeszłości, nadaje ciszy inne imię.
Zmartwychwstaję
na wszelki wypadek — ciało jest rzeczą sporną.
Dotykam twoich łez — ich szept
prowadzi nas na manowce.
Uczę się śnić tak, żeby świat
przemijał w nieznane.
Nie chcę wierzyć w szept, nie chcę ufać
nieskończoności — wkrótce zgubię
drogę powrotną do jutra.
Moje serce, obleczone krwistym cieniem,
jest tylko pretekstem, aby przyznać rację
wolności, zobaczyć to,
co przeminie przed nami.
Ból, proszący o krztynę modlitwy, o chwilę
zadumy, staje się dowodem istnienia.
Przyniosę ci noc
Nie warto spierać się o niedokończone życie.
Nie opłaca się kochać, kiedy serce
pozostaje zimne.
Nie umiem dokończyć twojego pytania —
odpowiedzi są zbyt szczere.
Otwieram sumienie na oścież —
nawet złudzenia pozostają
po tej stronie lustra.
Pragnęłam dokończyć czas za ciebie,
lecz ty wybrałeś osobną drogę powrotną.
To ty stałeś się mantrą,
której nie potrafię powtórzyć.
Lękliwe myśli, jeszcze gorsze
słowa uczą, że przyszłość ukrywa się
w przydrożnym kamieniu,
w cieniu rzucanym zbyt pochopnie,
pośród zapomnianych łez.
Gdzieś nieopodal widziałam
twoją obecność — ukaraną za to, że wierzyła
zbyt mocno.
Obudzę się na chwilę — przyniosę ci noc,
której płodne gwiazdy nauczą cię pamiętać
wbrew pragnieniom.
Zaniedbana wyobraźnia
Nauczyłam się na pamięć własnych myśli.
Zrozumiałam, że przyszłość
objawia się tylko wątpiącym.
Czekam na zgliszczach dzieciństwa —
dorosłość stoi pod znakiem zapytania.
Nie mogę udźwignąć łez —
zarówno swoich,
jak i tych dedykowanych przez los.
Nie wiem, gdzie ostatnio widziałam
sen — w jakich zakamarkach życia
odnalazł schronienie.
Bogata w urojenia, szukająca oddechu, wypatruję cię
pośród przedawnionych powrotów,
pomiędzy pytaniem a odpowiedzią.
Nie mam odwagi, aby pozostawić w lustrze
wspomnienie cieni. Krok serca
jest ciężki — pamięć, niby serdeczna rana,
pozostaje żywa wbrew ciemnościom,
wbrew zaniedbanej wyobraźni.
Wątpiąca litość
Z każdym kolejnym wspomnieniem jestem
coraz bliżej światła.
Kiedy gaśnie we mnie ostatnia gwiazda,
a rzeka zmienia kierunek —
obietnice stają się nic nie warte.
Zamiast pragnień mam przyszłość —
boleśnie ucieleśnioną, skazaną
na dożywocie.
Gdzieś z tyłu głowy słyszę noc — objawia się
jako wątpiąca litość.
Wykradam ci bezczelnie ostatni oddech,
uspokajam serce.
Wszechświat należy do nas.
Śledzę twoje życie w moim zwierciadle,
oceniam zbyt pochopnie myśli —
zmysły pragną pamięci.
Moje bezskrzydłe anioły proszą
o jeden krzyk. Pominięta łza
wsiąka w sen.
Obecność jutra sprawia, że samotność
staje się wspomnieniem marnotrawnych,
a rzeczywistość — wybawieniem
zaprzepaszczonych.
Ostatnie słowo
Gdzieś w sercu pobrzmiewa modlitwa.
Anioły, osaczone gwiazdami, nucą
pożegnalną pieśń.
Jestem stracona dla świata.
Czuję w środku wołanie o wolność —
słońce unika spojrzenia.
Aromat snu wypełnia duszę,
zapach pragnień przysiada na wargach.
Otwieram drzwi kluczem
pożyczonym od twojego serca —
przyszłość wciąż odmawia
tabliczkę mnożenia.
Być może usłyszę cię
w wieczornym westchnieniu,
pośród uderzeń serca.
Zawzięcie stawiam ostateczną kropkę,
przewracam stronę —
twoja tęsknota nie przyniesie
samotności.
Zamykam za tobą powieki,
zostawiłeś tylko bezsenność.
Przerażona własnym losem, jeszcze raz
dedykuję ci życie.
Rozpętała się nadzieja.
Do ciszy należy ostatnie słowo.
Zaginione drogi
Srebrzyste myśli nie zawsze oznaczają
drogę donikąd. Nie wszystkie wspomnienia
kojarzą się z bezsensem.
Mój cień faluje na wietrze —
miłość ukrywa się dwie przecznice dalej.
Kolorowe są twoje słowa,
o wiele cięższe od pamięci.
Przybywam tu nie w porę, nawet życie
wciąż suszy się na sznurze.
Łzy znów odmawiają posłuszeństwa —
nie znam już na pamięć twoich kroków.
Nie domykam serca, zapraszam
do środka odrobinę jutra.
Nie potrafię żyć bez zastanowienia.
Nie wiem, gdzie szukać zaginionych dróg.
Jestem pewna: ciało przymierza
się do skoku. Zwietrzały pocałunki,
nawet dotyk jest dawno przeterminowany.
Do obłędu
Jestem pewna: czas ma pretensje do przyszłości.
Nawet gwiazdy, doprowadzone do obłędu,
szukają innych drzwi.
Kocham się wciąż w twoim świetle —
w pragnieniach, których już nam nie dedykujesz.
Złóż białe róże u wezgłowia
mojej kołyski — czułość stała się niemodna.
Przeglądam się w gwiazdach, sycę się ich łzami.
Może wieczność sprawi,
że zaśniemy o minutę za późno?
Może los nauczy nas modlitw na pamięć?
Nie mam sił, aby taszczyć ciało.
Nie słyszę poszumu duszy, pragnącej wydostać się
z objęć krzyku.
Unoszę się w nieznane.
Nawet rzeczywistość spogląda przez palce.
Nie zrozumiem tęsknoty, póki czuję w sobie noc.
Na złość śmierci
Tak trudno mi uwierzyć w szept
twoich gwiazd. Ciężko uzmysłowić,
że odblask krzyku osiada na wargach.
Nie brakuje mi snów —
sumienne jest pragnienie światła.
Pragnę uwolnić się od czasu,
ale przyszłość prowadzi mnie
za serce.
To tylko bezkształtna noc — świt,
który nie zdąży powrócić.
Rodzę się na złość śmierci. Czuję swąd
obumierających marzeń.
Wierzę: świat sprawi, że odszukam
jeszcze jedną ślepą uliczkę, jeszcze jedną
niedokończoną ziemię.
Kochasz się
w swoim zwierciadlanym odbiciu —
nawet łzy się wstydzą. Nawet zegar wie,
że wykradziono mu minutę ciszy.
Stań, zobacz, ile bólu potrzeba,
by utożsamić się ze smutkiem.
Nie przyzna się do grzechu
Piszę do ciebie snem pożyczonym od światła.
Chowam się w ubóstwie,
aby nakreślić nowy, czysty dzień.
W sercu tli się płomyk cudu —
zbyt podeszłego, aby zasłużyć na szczęście.
Z każdym kolejnym przebłyskiem ciszy
jestem bliższa wspomnieniom —
dość podniosłym, aby zastąpić serce.
Trzymam się kurczowo wiatru,
zasłaniam oczy mgłą. Nikczemność prawdy
rzuca na kolana.
Może kolejny epizod sprawi, że zasnę w progu.
Moje palce, zbyt wątłe, ścigają nadzieję.
Czy dusza, spętana cieniem zimy,
może spodziewać się jutra? Czy sen,
skazany na dożywocie, wkrótce okaże się
niespełnioną mantrą?
Zmęczona głodem, sycę oddechem gwiazdy.
Przyszłość nie przyzna się do grzechu.
Jeden serdeczny sen
Zaplanowane światła wzywają do ataku.
Zniszczone zbyt długim oczekiwaniem
kłamstwa proszą
o jeden serdeczny sen.
Łzy skończyły się
o identycznej porze — tęsknota stała się do zniesienia.
Słyszę pogłos serca.
Czy to wiatr wdarł się do środka?
A może miłość sprawiła,
że zadedykowałam przyszłość
rzeczywistości?
Nie szkoda mi samotności. Nie żałuję smutku,
który odziedziczyłam.
Być może stanę na baczność —
tak, żeby nikt nie zazdrościł.
Pomylę się raz jeszcze — na wszelki wypadek.
Zerwę zakazany owoc, dedykowany pamięci.
Ukrywam ciało
Dogłębnie zraniona, błagam o spojrzenie nieba.
Zamknięta na życie, ukrywam ciało
pod płaszczem snu.
Zamiast nostalgii czuję jedynie
przyszłość — już odporną na zranienia.
Otulona wdziękiem pragnień,
zakochana w pamięci,
próbuję odszukać stały ląd serca.
Brak mi przyczyny, która niosłaby nadzieję.
Ziemia, uginająca się
pod ciężarem bólu, wkrótce zamieni się
w moją biografię.
Dostosowuję się do kłamstwa,
do zielonych oczu marzenia.
Nie chcę, żebyś zamieniał bezsens
w przeznaczenie — należy mi się
odrobina zwycięstwa.
Zanim zapukam, zaśnij serdecznie, bez krzyku.
Odzyskać uśmiech
Zanim ominę kolejny przystanek,
a serce nauczy się światła —
przyśnię ci się mimo przechytrzonych łez.
Zasługuję na odrobinę czasu —
na minutę ciszy.
Rozebrana do szpiku kości, zadurzam się
w kołysce twoich dłoni.
Nie chcę czekać na próżno —
teraźniejszość bywa boleśnie przewidywalna.
Może zostanę przystankiem,
na którym przystaje twoje serce.
Nie mogę ufać
zbyt roztropnie — nawet niebo, choć ciężkie,
niesie obietnicę jutra.
Nauczę się żyć pomaleńku, bez zbędnych myśli —
pogodzona z wolnością, oszukana
przez retrospekcję.
A może po prostu usiądę i zaczekam,
aż odzyskam uśmiech, ziarno wolności.
Z garścią łez
Szukam cię w pędzie prześwietlonych gwiazd.