E-book
24.16
drukowana A5
49.99
Zagadka Leśnego Jeziora

Bezpłatny fragment - Zagadka Leśnego Jeziora


Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-8455-603-0
E-book
za 24.16
drukowana A5
za 49.99

Rozdział 1
Wszyscy Leżymy w Błocie (Ale Adam Najgłębiej)

Sierpień 1984. Rok, w którym Gromyko spotkał się z Reaganem, a ja, Kalina, dałam się namówić na biwak. W życiu nie popełniłam większej głupoty. Koniec świata, a konkretnie Bory Tucholskie. Dlaczego, na litość boską? Odkąd pamiętam, nienawidziłam biwaków. Nienawidziłam komarów wielkości wróbli, spania na korzeniach, mycia się w lodowatej wodzie i jedzenia paprykarza szczecińskiego na śniadanie.

A jednak pojechałam. Było nas sześcioro.

Byłam ja, Kalina. Z natury osoba nerwowa i przewidująca — wzięłam trzy swetry i termos z prawdziwą herbatą. Była Luca. Luca to żywioł. Wzięła tylko swój aparat „Smiena 8”, paczkę „zefirów” i uważała, że to wystarczy. Był Marek, nasz intelektualista, który nawet do lasu zabrał bibułę i cały czas szeptał o prowokacjach SB. Był Darek, „złota rączka”, który z drutu i puszki po piwie potrafił zrobić radio (które, oczywiście, nie działało).

Była Ewa. I był Adam.

Ewa i Adam byli naszą „parą eksportową”. Przynajmniej we wła­snym mniemaniu. Ewa była z tych kobiet, co to uważają, że słońce wstaje rano tylko po to, żeby oświetlić ich profil. Typ „Miss Mokrego Podkoszulka” z ośrodka wczasowego „Metalurg”. Nawet tutaj, w tej dziczy, miała ze sobą baterię kosmetyków „Celia” i „Pollena-Lechia”. Była święcie przekonana, że Marek, Darek i pewnie nawet leśne skrzaty za nią szaleją. Adam był jej godnym partnerem. Donośny, charyzmatyczny, król życia i biwaku.

Ich związek był jak radziecki film wojenny — głośny, pełen wybu­chów i trochę na pokaz.

Wieczór przed tragedią siedzieliśmy przy ognisku. Adam przyniósł dwie flaszki bimbru, który pachniał jak zmywacz do paznokci i sma­kował jeszcze gorzej. Oczywiście Ewa wisiała na nim, chichocząc perliście. Miała na sobie idealnie dopasowane dżinsy „marmurki” i nonszalancko zawiązaną na szyi jedwabną apaszkę w drogi, geome­tryczny wzór. Wyglądała, jakby urwała się z pokazu Mody Polskiej, a nie ze studenckiego namiotu.

— Skąd masz taką śliczną apaszkę, Ewka? — zapytałam, próbując ogrzać ręce przy ogniu. — Wygląda jak z Pewexu.

— Prezent — rzuciła niedbale, dotykając jedwabiu. — Adam wie, co lubię.

Spojrzałam na Adama, który właśnie próbował otworzyć butelkę zębami. Jasne. Adam. Prędzej podarowałby jej puszkę szprotek w oleju. Ale nic nie powiedziałam. Coś wisiało w powietrzu.

Pół godziny wcześniej Adam podszedł do mnie, gdy nabierałam wody z jeziora.

— Chodź, Kala — mruknął, próbując objąć mnie ramieniem. — Pokażę ci, gdzie świetliki nocują.

Pachniał bimbrem i ogniskiem.

— Spadaj na drzewo, Adam — warknęłam. — Jesteś pijany i masz dziewczynę.

Obraził się śmiertelnie. A ja kątem oka widziałam, że Ewa stoi dzie­sięć metrów dalej, przy namiocie. I wszystko widziała.

Chwilę później słyszałam ich syczącą kłótnię zza namiotów.

— Myślisz, że nie widzę? — syczała Ewa. — Jak się na nią gapisz! Ciągle się na nią gapisz!

— Na kogo? Na Kalinę? Daj spokój, Ewka, ona… — I na tę twoją „Lucynkę” też!

— „Lucynkę”? — parsknął Adam. — Ona wygląda jak chłopak i śmierdzą jej palce od wywoływacza! Myślę, że za dużo wypiłaś. Idź spać, bo robisz sceny.

Potem Ewa wróciła do ogniska sama, uśmiechnięta jak gdyby nigdy nic. Adam poszedł „przewietrzyć się” koło północy i już nie wrócił. Myśleliśmy, że śpi w drugim namiocie. Oni myśleli, że śpi u nas.

*

Mgła tego ranka była taka, że można by ją powiesić na sznurku do suszenia bielizny. Gęsta, biała i mokra. Obudziłam się pierwsza, a raczej druga, bo Luca już była na nogach ze swoją Smieną.

— Wstawajcie, lenie! — krzyknęła Luca znad brzegu. Jej głos był dziwny. Zbyt piskliwy.

Wygramoliłam się z namiotu, potykając o butelki po Polo-coccie.

— Co znowu? — mruknęłam, podchodząc do Luki. Stała nieruchomo i patrzyła w wodę.

— Patrz — powiedziała cicho. — Adam chyba przesadził ze słoneczną kąpielą.

Podeszłam bliżej. I zobaczyłam. W wodzie, która ledwo zakrywa­łaby kaczce kostki, może na trzydzieści centymetrów głębokiej, leżał Adam. Twarzą w dół. W tej swojej idiotycznej, kolorowej kurtce z ortalionu. Wyglądał jak porzucona lalka.

— Adam! — wrzasnęłam. — Wstawaj, idioto! Zapalenia płuc dosta­niesz! Nie drgnął.

Mój żołądek, który i tak był w opłakanym stanie po wczorajszym bimbrze, wykonał kozła. W tym momencie z namiotów wysypała się reszta. Pierwszy dobiegł Darek, praktyczny jak zawsze, w samych dżinsach.

— Co jest? — Wbiegł do tej brei bez wahania. Złapał Adama za ramię i z wysiłkiem przewrócił go na plecy.

Twarz Adama była sina. Usta miał lekko otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, ale zapomniał co. Z kącika ciekła mu strużka mułu.

Marek zbladł i powiedział tylko:

— O cholera. Milicja. Będą kłopoty.

Ewa, która wyłoniła się ostatnia, najpierw sprawdziła, czy wszyscy na nią patrzymy. Dopiero potem wydała z siebie dźwięk, który nor­malnie rezerwuje się dla myszy wpadających do frytkownicy, i teatralnie osunęła się na trawę.

— Nie żyje — stwierdził Darek rzeczowo, kładąc mu palce na szyi. — Zimny. Sztywny jak cholera.

— Ale jak? — szepnęłam. — Jak można się utopić w kałuży? — Jak się ma promile, można się utopić w łyżce wody — mruknął Marek.

I wtedy Ewa zerwała się do roli życia. Rzuciła się na ciało.

— Adasiu! Mój Adasiu! — zawodziła, rozmazując sobie makijaż. — Mieliśmy się pobrać!

W tym momencie Luca, która stała z boku i metodycznie, z zimną krwią robiła zdjęcia, powiedziała cicho:

— Pobrać? Ciekawe.

Mechaniczny KLIK migawki zabrzmiał w tej ciszy jak policzek.

— Co ty robisz?! — wrzasnęła Ewa. — Zwariowałaś?

— A co, mam haftować? — odwarknęła Luca. — KLIK. — I nie mieli­ście się pobrać. Wczoraj mówił Markowi, że ma cię dosyć. Mówił, że jesteś nieznośna i że ta twoja histeria go wykończy.

Cisza. Ewa natychmiast przestała szlochać. Poderwała głowę, a jej oczy wyglądały jak dwa kawałki lodu.

— Marek! — krzyknęła. — Powiedz jej! Powiedz, że to nieprawda! On mnie kochał!

Marek wyglądał, jakby go właśnie wezwali na przesłuchanie.

— Ewa… daj spokój. Nie teraz. No… coś tam mówił. Ale wiesz, pijany był. Gadał głupoty.

Twarz Ewy wykrzywiła się w sposób, który nie pasował do tra­gicznej wdowy. To był czysty jad. Ale po chwili znowu osunęła się na ziemię, szlochając.

*

Prokurator przyjechał dopiero po południu zdezelowanym Polo­nezem. Gruby, spocony i wyraźnie niezadowolony, że wyrwano go z niedzielnego rosołu. Popatrzył na ciało, na puste butelki, na nas.

— Młodzież — westchnął. — Libacja alkoholowa w plenerze. Zgon w wyniku utonięcia. Nieszczęśliwy wypadek.

— Ale, panie prokuratorze! — zaczęła Luca. — On leżał w wodzie po kostki! Prokurator popatrzył na nią jak na kosmitkę.

— A pani myśli, że jak się ma trzy promile we krwi, to trzeba oceanu? W misce z wodą dla psa się można utopić. Śledztwo umo­rzone z powodu braku znamion przestępstwa. Dziękuję. Możecie się pakować.

I pojechali. Sprawa zamknięta.

Rozdział 2
Smiena Mówi Prawdę

Minęły dwa miesiące. Sierpień zdążył skonać w chwale, wrzesień przemknął jak pijany student korytarzem akademika, a teraz październik postanowił popełnić samobójstwo przez utonięcie. I wciągnąć w to cały Gdańsk.

Lało.

To nie był deszcz. To była pionowa rzeka. Świat za oknami mojej klitki na Zaspie stracił wszelkie kolory i zamienił się w szarą, drżącą akwarelę namalowaną przez kogoś, kto bardzo nienawidził ludzi. Wiatr gwizdał w nieszczelnych ramach okien, a ja, Kalina, znowu siedziałam z kubkiem podstawionym pod parapet. Kap. Kap. Kap. Dźwięk, przy którym można było albo zwariować, albo osiągnąć stan buddyjskiego wyciszenia. Stawiałam na to pierwsze.

Próbowaliśmy zapomnieć. Naprawdę. Pogrzeb Adama był krótki i niezręczny. Jego rodzice wyglądali na ludzi, którzy już dawno pogrzebali go za życia. Ewa, oczywiście, odegrała scenę numer cztery z podręcznika „Tragiczna Narzeczona”, tym razem w czarnej woalce, która musiała ją kosztować fortunę w „Modzie Polskiej”. Marek i Darek nieśli trumnę, obaj bladzi jak bibuła, którą Marek zawsze nosił przy sobie. Luca stała z boku i paliła, co spotkało się ze zgorszonym sykiem jakiejś ciotki.

Sprawa była zamknięta. Prokurator postawił pieczątkę. „Nieszczę­śliwy wypadek w wyniku utonięcia po spożyciu”. Koniec. Życie miało toczyć się dalej, co w 1984 roku oznaczało stanie w kolejkach, picie herbaty „Ulung” i udawanie, że wszystko jest w porządku.

Tylko że Luca nie potrafiła zapomnieć.

Przez ostatni tydzień niemal nie wychodziła ze swojej nory w bloku na Stogach. Dzwoniła tylko raz, żeby warknąć do słuchawki: „Masz wywoływacz? Foton? Bo mi się skończył utrwalacz”.

Wiedziałam, co robi, w końcu byłam czarownicą, jak mawiała Luca.

Wyobrażałam ją sobie.

Zamykała się w swojej łazience, którą przerobiła na ciemnię.

Jest trzecia w nocy. Cały blok śpi, tylko w jednym okienku na par­terze nie ma światła — jest za to idealna ciemność, uszczelniona sta­rymi kocami i czarną tekturą. Jedynym bogiem w tym świecie jest mała, czerwona żarówka, która sprawia, że wszystko wygląda jak wnętrze piekarnika albo scenografia do taniego horroru.

W powietrzu unosi się gryzący, chemiczny opar wywoływacza i utrwalacza, który miesza się z dymem z „Zefira”. Popielniczka na muszli klozetowej jest pełna. Luca, w swoim starym, męskim podko­szulku umazanym chemią, stoi pochylona nad kuwetami. Jest w swoim żywiole.

Jej Smiena 8 to był, bądźmy szczerzy, kawałek radzieckiego pla­stiku. Nazywaliśmy ją „Smiena-śmietnik”. Miała tendencję do prze­świetlania klatek, gubienia ostrości i zacinania się w najgorszych momentach. Ale w rękach Luki ten aparat stawał się cudem współ­czesnej techniki.

Wyobrażałam sobie, jak zanurza pierwszy pasek negatywu. Woda. Wywoływacz. Zaczyna machać kuwetą, delikatnie, metodycznie. Na negatywie powoli pojawiają się obrazy.

Pierwsze zdjęcia. Te z początku biwaku. Jeszcze było śmiesznie.

O, patrz Kalina — mruczy pod nosem w tej swojej czerwonej poświacie — tu Adam otwiera bimber. Wygląda jak bohater westernu otwierający saloon. Król życia. Głośny, charyzmatyczny… i pusty jak puszka po piwie, z której Darek próbował zrobić radio.

Kolejna klatka. Zanurza w kolejnej kuwetce.

A tu Ewa. Wisi na nim. Ten jej słynny perlisty chichot. Oczywiście patrzy prosto w obiektyw. Ewa zawsze wiedziała, gdzie jest obiektyw. Nawet jak go nie było, zachowywała się, jakby ją filmowali do „Tele-Echa”.

Luca przerywa. Odpala papierosa od papierosa. Czerwony żar „Zefira” oświetla jej skupioną twarz. Wrzuca kliszę do utrwalacza.

A tu? Marek. Wyobrażam sobie, jak Luca marszczy brwi. Marek niby czyta bibułę, ale zerka w bok. Zawsze zerkał. Sprawdzał, czy nikt nie patrzy. Taki wystraszony, że zaraz go zgarną. Ale czy na pewno bał się SB? Czy może bał się Adama?

Wyobrażam sobie, jak Luca myje te klisze. Woda chlapie w wannie. Powietrze jest tak gęste od chemii, że można by je kroić.

A potem przychodzi czas na drugą rolkę. Tę z poranka.

Luca jest teraz spięta. Czuję to, mimo że dzielą nas kilometry beto­nowej pustyni. Chemikalia są już zmęczone po pierwszej rolce, ale muszą wystarczyć. Znowu czerwona żarówka. Luca sięga po papier fotograficzny.

I powoli, z tej mlecznej brei, wyłania się obraz.

Nie ten, który widzieliśmy wszyscy. Nie scena zbiorowej paniki. Luca zrobiła coś innego. Coś, co tylko ona potrafiła. Zanim zaczęła się histeria, zanim Darek wskoczył do wody, ona podeszła blisko. Sfotografowała szczegóły.

Wyobrażam sobie jej oddech, który zamiera w tej dusznej łazience.

Na papierze pojawia się obraz. Darek przewraca Adama na plecy. Aparat skupia się nie na twarzy Adama, ale na karku, który przez chwilę był odsłonięty, zanim jego głowa opadła na mieliznę.

Co to, do diabła, jest? — szepcze Luca do siebie.

To nie jest siniec od upadku. Upadając na płaskie dno, nawet pijany, nie robisz sobie takiej kreski. To jest idealnie podłużne. Równe. Jakby ktoś go z linijką przejechał. Jak… jakby go ktoś zdzielił kantem wiosła.

Luca wrzuca odbitkę do wody, drżącymi rękami. Serce jej wali. Łapie następny kawałek papieru.

Teraz klatka, którą zrobiła, gdy Ewa rzuciła się na ciało. Ta jej wielka aria „Adasiu, mój Adasiu!”. Luca nie kadrowała na Ewę. Kadrowała na Marka, który stał z tyłu. Ale Ewa weszła jej w kadr. I teraz, w powiększeniu, widać jej twarz.

Luca podnosi odbitkę bliżej czerwonej żarówki.

O, rany.

Oczy Ewy są pełne łez. To prawda. Ale te łzy spływają po idealnie nałożonym fluidzie „Celia”. Rzęsy są czarne, gęste, każda osobno. Tusz. Na powiekach jest nawet kreska. Delikatna, ale jest.

Zołza — myśli Luca. — Ona była umalowana.

Wyobrażam sobie, jak Luca siada na brzegu wanny. Papieros jej gaśnie. Ona wie. O piątej rano. Po nocy picia bimbru. We mgle tak gęstej, że nie było widać drugiego namiotu. Ewa, która normalnie nie wychodziła po bułki bez pełnego makijażu, obudziła się, poszła w krzaki i zrobiła sobie pełen makijaż.

Ona wiedziała — myśli Luca. — Ona się przygotowała. Wiedziała, że będzie grała główną rolę w przedstawieniu pod tytułem „Znale­zienie Ciała”.

Kap. Kap. Kap.

Dźwięk kapania wody w mojej kuchni przerwało walenie do drzwi. Tak gwałtowne, że aż podskoczyłam, rozlewając resztkę lurkowatej herbaty.

To mogła być tylko ona.

Otworzyłam. W drzwiach stała Luca. Wyglądała jak upiór. Mokra jak szczur, włosy posklejane w strąki, pod oczami fioletowe sińce. Miała na sobie ten sam podkoszulek, który miałam w mojej wizji, tylko narzuciła na to przemoczoną kurtkę typu „Szwedka”. Pach­niała. Ale nie deszczem, pachniała utrwalaczem, stęchlizną i toną „Zefirów”.

Wepchnęła się do środka, nie mówiąc nawet „cześć”.

— Zrób herbaty. Albo wódki. Masz wódkę?

— Nie mam. Trzecia po południu.

— To zrób herbaty. Mocnej.

Rzuciła na mój stół pokryty ceratą dużą, wilgotną kopertę. Zdjęcia wysypały się na blat. Były czarno-białe, jeszcze lekko lepkie, rogi im się wywijały.

Usiadła ciężko na taborecie, który zatrzeszczał pod nią ostrze­gawczo. Odpaliła papierosa, trzęsącymi się rękami.

— No i patrz — warknęła, wskazując na zdjęcia. — „Nieszczęśliwy wypadek”.

Pochyliłam się nad stołem. Były dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałam. Adam nad ogniskiem. Ewa chichocząca. Marek patrzący w bok. I te z poranka.

Luca przesunęła palcem po jednej z odbitek. Tej, którą zrobiła, gdy Darek wyciągał Adama. Zbliżenie na kark.

— No, siniec — powiedziałam, starając się, by głos mi nie drżał. — Może się uderzył o kamień, jak padał.

— Kamień? — prychnęła Luca tak głośno, że aż się zakrztusiła dymem. — Kalina, ty jesteś mądrzejsza. Od kiedy to kamienie w jeziorze są idealnie proste? Czy to wygląda jak kamień? To jest podłużne. Gładkie. Jakby go ktoś zdzielił…

— …wiosłem — dokończyłam szeptem.

Poczułam zimno, które nie miało nic wspólnego z pogodą. Woda w czajniku zaczęła gwizdać.

— Tym samym wiosłem — kontynuowała Luca, jakby wpadła w trans — którego Darek „nie mógł znaleźć” tamtego ranka, bo twier­dził, że zginęło. A które potem nagle się znalazło, oparte o sosnę sto metrów dalej. „Pewnie w nocy ktoś sobie popływał i zostawił”, powiedział. Kto, u licha? Leśne skrzaty?

Zamilkłam. Herbata „Ulung” nagle smakowała jak pomyje.

— A teraz — Luca podsunęła mi pod nos drugie zdjęcie. To z pła­czącą Ewą. — Patrz na to. Coś ci tu nie pasuje?

— No… płacze.

— Kalina, na litość boską! — uderzyła pięścią w ceratę, aż podsko­czyły łyżeczki. — Obudź się! Kto idzie rano siku do lasu, we mgle, po całonocnej libacji, i zabiera ze sobą tusz do rzęs i lusterko?!

Przyjrzałam się. Miała rację. Rzęsy jak nogi pająka. Idealne.

— Ona była umalowana — szepnęłam.

— Była gotowa! — krzyknęła Luca. — Ona się przygotowała do tego poranka! Ona wiedziała, że będzie grała główną rolę. Wie­działa, że znajdziemy ciało!

Spojrzałyśmy na siebie. Wiatr za oknem zawył jak potępieniec. Kap. Kap. Kap — kapała woda.

— Luca… — zaczęłam, ale nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Że to niemożliwe? Że zwariowała?

— Nie „Luca”. — Przysunęła się do mnie tak blisko, że czułam zapach chemii w jej oddechu. Jej oczy płonęły fanatycznym bla­skiem. — Słuchaj mnie uważnie. Prokurator miał to gdzieś. Marek i Darek trzęsą się ze strachu. Ewa gra Julię na grobie Romea. Ale Adam nie utopił się sam. Jeden z naszych cudownych przyjaciół, Marek, Darek albo ta histeryczka Ewa, załatwił Adama.

Odpaliła nowego „Zefira” od niedopałka starego.

— I my się dowiemy, który.

Westchnęłam. Podniosłam kubek z parapetu i wylałam lodowatą wodę do zlewu. Już wiedziałam, że znowu wpakowałam się po uszy w bagno.

I to znacznie gorsze niż to nad jeziorem.

Rozdział 3
Miss Mokrego Podkoszulka Składa Wyja­śnienia

Listopad nad morzem to nie jest, delikatnie mówiąc, poezja. To stan umysłu. Stan depresyjny, permanentny i głęboki jak rów meliora­cyjny. Cały Gdańsk zamienił się w jedną wielką, szarą kałużę, a wiatr od morza niósł ze sobą lodowaty deszcz i zapach, którego nie powstydziłaby się fabryka konserw rybnych.

Mijał tydzień od wizyty Luki i rewelacji z ciemni. Tydzień, podczas którego próbowałam przekonać samą siebie, że to idiotyzm, a Luca po prostu nawdychała się za dużo utrwalacza. Tydzień, podczas któ­rego Luca metodycznie planowała, kogo weźmiemy na pierwszy ogień, rysując w swoim notesie schematy przypominające plan bitwy pod Grunwaldem.

Oczywiście, że padło na Ewę.

— Trzeba ją przycisnąć, póki myśli, że jest bezpieczna — zarządziła Luca, dmuchając dymem z „Zefira” w szybę autobusu linii 127. Autobus trząsł się i rzęził, a my podskakiwałyśmy na tylnym sie­dzeniu jak dwie paczki gwoździ.

— A ty co? Jesteś porucznik Borewicz? — mruknęłam, próbując schować nos głębiej w szalik. Szalik, dumnie wydziergany przeze mnie na zajęciach ZPT, miał kolor „radosnej musztardy” i woń wil­goci. — „Przycisnąć”? Luca, my nie mamy czym jej przycisnąć. Mamy parę nieostrych zdjęć i twoje domysły.

— Mamy prawdę — powiedziała Luca z takim namaszczeniem, jakby mówiła o dostawie pomarańczy.

— Prawdę? — parsknęłam. — Prawda jest taka, że jesteśmy dwiema idiotkami w przemoczonych butach „Relaks”, które jadą do akade­mika pobawić się w milicjantki. Wywalą nas na zbity pysk, a my co najwyżej złapiemy zapalenie pęcherza.

Autobus wypluł nas na przystanku przy Bażyńskiego. Kampus Uni­wersytetu Gdańskiego tonął w błocie. Socmodernistyczne budynki Wydziału Humanistycznego wyglądały, jakby zaprojektował je ktoś, komu bardzo podobały się pudełka po butach.

Akademik numer siedem, dumnie zwany „Babilonem” — głównie dlatego, że nikt nie rozumiał, co się w nim dzieje — był dziesięciopię­trowym klockiem z wielkiej płyty. W środku unosił się specyficzny bukiet zapachowy: mieszanka pasty do podłogi „Komfort”, bigosu gotowanego od trzech dni na kuchence turystycznej i mokrej wełny. Nic nowego.

Pani w portierni wyglądała, jakby ostatni raz uśmiechnęła się przy Gierku. Dziergała na drutach coś, co miało więcej oczek niż cała sieć rybacka „Dalmor”.

— Do kogo?

— Do Ewy Kowalczyk. Pokój trzysta dwanaście — rzuciła Luca.

— Dowody.

Podałyśmy. Kobieta obracała je w palcach z taką pogardą, jakby były ulotkami wzywającymi do rewolucji.

— Kowalczyk gości nie przyjmuje. Mówiła.

— Jesteśmy z rodziny — skłamała gładko Luca. — Ciocia z wuj­kiem z Bydgoszczy przyjechali. Mamy dla niej… — rozejrzała się po pustej recepcji — …konserwy.

Pani portierka uniosła brew. Konserwy. To był argument, który otwierał wszystkie drzwi. Westchnęła, rzuciła nam klucz do windy (która, oczywiście, od miesiąca była „w remoncie”) i wróciła do liczenia oczek.

Wdrapałyśmy się na trzecie piętro. Korytarz był długi, ciemny i wyło­żony popękanym linoleum. Na ścianach wisiały psychodeliczne malunki studentów ASP przedstawiające „kosmiczne wizje”, które wyglądały raczej jak efekt zatrucia grzybami. Zza jednych drzwi dobiegał brzęk butelek, zza innych kłótnia o grzałkę. A z jednych — głośna muzyka. Lombard. „Szklana pogoda”. Oczywiście — Pasuje — mruknęła Luca.

Zapukałyśmy. Muzyka nie ucichła. Luca zapukała mocniej, waląc pięścią w dyktę.

Muzyka urwała się w pół taktu. W drzwiach stanęła Ewa.

Powiało luksusem. Takim z Pewexu. Ewa miała na sobie obcisłe dżinsy „marmurki”, fioletowy angorowy sweterek, który musiał być miękki jak sumienie prokuratora, i pełny makijaż. Taki, jakiego ja nie umiałabym sobie zrobić na własne wesele. Pachniała perfumami „Pani Walewska”, czyli zapachem wszystkich ciotek na imieninach.

Zmierzyła nas wzrokiem. Nasze mokre kurtki, moje znoszone „Relaksy” i bojową minę Luki. Na jej twarzy pojawił się wyraz nie­smaku, jakbyśmy wniosły ze sobą błoto. A właściwie to wnio­słyśmy.

— Czego? — zapytała. To nie było pytanie. To było „wynocha”.

— Cześć, Ewa. Możemy wejść? Pogadać? — zaczęła Luca, próbując wcisnąć stopę w szparę.

— Nie mam o czym.

— O Adamie — powiedziała twardo Luca.

Twarz Ewy ściągnęła się na sekundę. Ale po chwili znowu była ide­alnie gładka.

— Adam nie żyje. Koniec tematu.

— Nie dla nas — odparła Luca. Wepchnęła się do środka, a ja wśli­zgnęłam się za nią.

Pokój był mały, ale Ewa zrobiła z niego ambasadę lepszego świata. Na łóżku narzuta z pluszu, na ścianie plakat Duran Duran (co tłuma­czyło lakier do włosów na półce). I nie była sama.

Na drugim łóżku siedział chłopak. Nowa zdobycz Ewy. Wyglądał jak chodząca definicja słowa „bubek”. Miał na sobie idealnie wypra­sowaną koszulę, a na to — o zgrozo — sweter w serek. W kolorze doj­rzałej cytryny. Czytał „Literaturę na Świecie”, ale trzymał ją tak, żebyśmy na pewno widziały okładkę.

— Piotruś, to są… koleżanki — powiedziała Ewa, z trudem cedząc to słowo. — Właśnie wychodziły.

— Nie, właśnie weszłyśmy — poprawiła ją Luca. Z plecaka wyjęła kopertę ze zdjęciami. Rzuciła ją na stół, między podręcznik do logiki a pustą puszkę po Coca-Coli (kolejny dowód wyższości).

„Piotruś” westchnął z irytacją, jakbyśmy przerwały mu co najmniej kontemplację sensu istnienia.

— Ewuniu, mówiłem ci, żebyś pozbyła się starych znajomości. To niehigieniczne.

Miałam ochotę zapytać, czy jego sweter jest higieniczny, ale ugry­złam się w język.

Ewa spojrzała na kopertę. Nie dotknęła jej.

— Co to jest? Straszyć mnie będziecie? Zdjęciami z wakacji?

— Nie ze „strasznych” wakacji, Ewa. Z tego konkretnego poranka — powiedziała Luca. Wyjęła jedno zdjęcie. To, na którym Ewa, rze­komo zrozpaczona, klęczy przy ciele Adama. Zbliżenie na jej twarz.

— Ładnie wyszłaś — mruknęła Luca. — Jak na piątą rano we mgle. Idealna kreska na powiece. Lepsza niż moja.

Ewa spojrzała na zdjęcie, potem na Lucę. Jej oczy stały się zimne.

— I co z tego?

— I to z tego — kontynuowała Luca, podchodząc bliżej — Że nikt normalny nie idzie rano sikać do lasu i nie zabiera ze sobą tuszu „Celia” i lusterka. Chyba że…

— Chyba że co? — syknęła Ewa.

— Chyba że wiedziałaś, że ten poranek będzie ważny. Że będziesz grała główną rolę. Że trzeba będzie dobrze wyglądać na przyjazd milicji.

W tym momencie Ewa zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Zamiast się bronić, wybuchnęła śmiechem. Piskliwym, nieprzy­jemnym.

— Milicji? — parsknęła. — Wy naprawdę jesteście głupie. Myślicie, że ja się stroiłam dla tego spoconego prokuratora w Polonezie?

Podeszła do lustra i teatralnym gestem poprawiła włosy.

— A co miałam robić?! Wyglądać jak wy?! Jak strach na wróble?! Jak Kalina w tym swoim worze pokutnym, który nazywa swetrem? Z całym szacunkiem, Kala, ale ten kolor musztardowy ci nie służy.

Zmierzyła mnie wzrokiem.

— Adam nie żyje! Mój Adaś! I co, miałam się rozmazać? Miałam pozwolić, żeby ta tragedia mnie zniszczyła? Żebyście potem miały o czym szeptać po kątach? „Patrzcie na Ewę, jak się stoczyła”.

Obróciła się do nas. W jej oczach była prawdziwa furia.

— Musiałam być silna! A wy, zamiast mnie wspierać, przychodzicie tu i oskarżacie mnie o… o co? O to, że dbałam o siebie?!

„Piotruś” w sweterku wyglądał, jakby chciał zacząć klaskać.

— Ewuniu, uspokój się. One nie są tego warte. Te… proletariuszki.

Tego było za wiele.

— Zamknij się, ty swetrze — warknęłam. Ku mojemu zdziwieniu, „Piotruś” zamknął się i otworzył szerzej oczy. Mój musztardowy szalik chyba poczuł z jego swetrem jakąś bratnią więź.

Luca wykorzystała moment. Wyjęła drugie zdjęcie. Kark Adama z podłużnym siniakiem. Położyła je powoli na stole.

— A to? — zapytała cicho. — To też element dbania o siebie?

Ewa spojrzała na zdjęcie. Jej twarz momentalnie zbladła pod war­stwą fluidu „Celia”. „Piotruś” wstał i nachylił się nad zdjęciem.

— Co to jest? Jakiś brud.

— To nie jest brud — powiedziała Luca. Jej głos był teraz ostry jak brzytwa. — To jest siniec. Podłużny. Jakby ktoś go zdzielił. Na przykład… wiosłem. Tym samym wiosłem, którego Darek „nie mógł znaleźć”, a które potem magicznie się odnalazło.

Cisza. Ewa patrzyła na zdjęcie. Jej idealnie umalowane usta drżały.

Nagle podniosła głowę. Jej oczy były pełne jadu.

— Wy… wy myślicie… — wysyczała. — Że to ja? Że ja go zabiłam?

Znowu się roześmiała, ale tym razem brzmiało to jak szloch.

— Jesteście chore! Obie! Chcecie mi zniszczyć życie?! Tak?! Bo co? Bo Adam wolał mnie, a nie ciebie, Kalina? — rzuciła w moją stronę. — Myślisz, że nie widziałam, jak na niego patrzysz? Jak pró­bował cię objąć nad jeziorem?

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

— Spadaj na drzewo, Ewa. Był pijany i…

— I miał dziewczynę! — wrzasnęła. — Mnie! A ty co? Zawsze taka cicha myszka, a ślina ci ciekła na jego widok!

— Ewa, przestań — wtrąciła się Luca. — Nie o to chodzi.

— A o co?! — Ewa była teraz w pełnej histerii. „Piotruś” próbował ją objąć, ale go odepchnęła. — Myślicie, że to ja miałam powód? To był wypadek. Upił się i utopił. Prokurator powiedział. Wypadek!

— Nie wygląda na wypadek — upierała się Luca.

— A skąd ty możesz wiedzieć, jak wygląda wypadek?! — Ewa prawie pluła ze złości. — Robiłaś zdjęcia, ty hieno! Jak on umierał, ty robiłaś zdjęcia!

To uderzyło Lucę. Widziałam, jak zacisnęła pięści.

— Chcecie kogoś podejrzewać? — krzyknęła Ewa. — Chcecie win­nego? To idźcie do Marka! Tak! Do waszego świętoszka! Do „inte­lektualisty” z bibułą!

Zatkało nas. Marek?

— Co ty pleciesz? — zapytałam. — Marek bał się własnego cienia.

— Taaak? — Ewa uśmiechnęła się złośliwie. — Taki wystraszony? To dlaczego kłócił się z Adamem tamtego wieczoru? Słyszałam ich! Godzinę przed tym, jak Adam… Zniknął.

— O co się kłócili?

— O pieniądze! — niemal wyśpiewała to słowo. — Adam był mu coś winien! Dużo! Marek wrzeszczał, że Adam go w coś wrobił! Że przez niego będzie miał kłopoty! Prawdziwe kłopoty, nie za jakąś głupią bibułę!

Przechyliła głowę.

— Adam poszedł „przewietrzyć się” koło północy. A wiecie, kto poszedł zaraz za nim? Pięć minut później? Marek. Mówił, że idzie sprawdzić sidła, czy coś tam. Wrócił dopiero po godzinie. Sam.

Patrzyłyśmy na nią osłupiałe.

— Spytajcie Marka, co robili razem w lesie przez godzinę! — syk­nęła Ewa. — I spytajcie go, dlaczego tak się trząsł, jak przyjechała milicja!

Zrobiła krok w naszą stronę. Była jak rozwścieczona kobra w tym swoim fioletowym, angorowym sweterku. — A teraz wynocha! — wrzasnęła. — Obie! Wynocha z mojego pokoju! I niech was tu więcej nie widzę

Złapała kopertę ze zdjęciami i cisnęła nią o drzwi. Fotografie rozsy­pały się po brudnym linoleum. Kark Adama wylądował tuż przy moim bucie.

Luca złapała mnie za ramię.

— Idziemy.

„Piotruś” otworzył nam drzwi z triumfalną miną.

— Żegnam panie. I proszę nie zakłócać więcej spokoju w placówce naukowej.

Wypadłyśmy na korytarz. Drzwi trzasnęły za nami z hukiem. Po sekundzie zza drzwi znowu popłynął Lombard. Głośniej niż wcze­śniej.

Zbiegłyśmy po schodach. Minęłyśmy portierkę, która wyglądała, jakby właśnie wygrała bitwę. Wypadłyśmy na zewnątrz, w mokry, zimny listopad.

— Ona jest… ona jest potworem — wydyszałam. — A ten jej „Pio­truś”…

— Zamknij się, Kala — przerwała mi Luca, ale w jej głosie była nuta rozbawienia. — Przynajmniej wiemy, że twój szalik obraził jego sweter.

Zatrzymała się i odpaliła „Zefira”. Zaciągnęła się głęboko.

— Może kłamie. Może to ona go zabiła i teraz wrabia Marka. Ale to, co powiedziała o pieniądzach… To ma sens. Adam zawsze był spłu­kany, a zgrywał króla życia. I Marek. On się nie bał SB. On się bał czegoś innego.

Stanęłam obok niej. Deszcz zamieniał się w drobną, lodowatą kaszę.

— Czyli co teraz? Idziemy do Marka?

Luca wypuściła dym.

— Idziemy do Marka. Czas zapytać naszego intelektualistę, czy jego bibuła miała podwójne dno.

Poczułam, jak mój żołądek znowu wykonuje kozła. Wdepnęłyśmy w to po samą szyję. A Ewa, Miss Mokrego Podkoszulka, właśnie podała nam sznur. Pytanie tylko, czy to był sznur ratunkowy, czy pętla.

Rozdział 4
Zefir Przesłuchuje

Wyszłyśmy z „Babilonu”. W uszach wciąż dźwięczał mi piskliwy śmiech Ewy i „Szklana pogoda” Lombardu, która zdawała się ścigać nas przez cały kampus. Miałam ochotę usiąść na krawężniku i zacząć sprzedawać zapałki, byle tylko nie myśleć.

— No i? — mruknęła Luca, gdy dotarłyśmy do przystanku. Znowu lało. A może po prostu jeszcze nie przestało? W listopadzie w Gdańsku deszcz jest stanem domyślnym.

— „No i” co? — warknęłam. — „No i” Ewa jest histeryczką, mani­pulantką i właśnie oskarżyła Marka o morderstwo. A ty wyglądasz, jakbyś dostała pod choinkę klocki Lego.

— Bo dostałam. — Luca uśmiechnęła się, a w tym deszczu wyglą­dało to upiornie. — Dostałam nowy trop. Ewa kłamie, żeby się chronić. To oczywiste. Ale wiesz, jaka jest najlepsza część kłam­stwa? Że musi być zbudowane na jakimś fundamencie prawdy. A fundament jest taki: Marek i Adam kłócili się o pieniądze.

Westchnęłam. Autobus 148 podjechał z gracją rannego nosorożca. Wtłoczyłyśmy się do środka, w znajomą atmosferę mokrej wełny, czosnku i ogólnego marazmu.

— Dokąd teraz? — zapytałam, trzymając się lepkiego uchwytu.

— Tam, gdzie szczury czują się najbezpieczniej.

— Do kanałów?

— Do biblioteki.

Biblioteka Główna Uniwersytetu Gdańskiego. Nasza własna, lokalna Świątynia Azbestu i Wiedzy. Kolejny betonowy moloch, zaprojekto­wany przez kogoś, kto bardzo chciał, żeby studenci czuli się mali i przytłoczeni. W środku panowała specyficzna woń. Milion starych książek, pasta do podłogi „Komfort” i cicha rezygnacja.

Zdjęłyśmy mokre kurtki w szatni, dostając w zamian metalowy numerek, który przypominał nieśmiertelnik.

— Czekaj — syknęłam do Luki, łapiąc ją za rękaw. — Jaki jest plan, Borewicz? Wpadniemy i co? „Cześć Marek, zabiłeś Adama, czy tylko pożyczyłeś mu na wódkę?”

— Ciszej — ucięła Luca. — Tutaj ściany naprawdę mają uszy. Po prostu idź za mną i próbuj nie wyglądać jak przestępca.

— To ty wyglądasz jak przestępca. Unosi się od ciebie woń jak z fabryki chemicznej.

Bibliotekarka przy wejściu do Głównej Czytelni była klonem tej z „Babilonu”. Ten sam martwy wzrok, ta sama fryzura „na hełm”, ten sam żal do świata, że śmie istnieć. Przesunęła po nas oczami, jak­byśmy były błędem w katalogu.

— Czego?

— Idziemy się uczyć — rzuciła Luca.

— Czytelnia jest do nauki, nie do pogaduszek — stwierdziła kobieta. — Torebki zostawić.

Weszłyśmy do środka.

Czytelnia była ogromna. Długa na kilkadziesiąt metrów, z wysokimi oknami, przez które sączyło się to samo szare, depresyjne światło. I ta cisza. To nie była spokojna cisza. To była cisza napięta jak postronek. Słychać było tylko szelest przewracanych kartek, skrzyp­nięcie krzesła i okazjonalny, suchy kaszel kogoś, kto chyba palił za dużo „Popularnych” bez filtra. W tej ciszy brzmiało to jak próba uru­chomienia zdezelowanego Malucha.

Marek był. Oczywiście, że był.

Zaszył się w najdalszym kącie sali, za regałem z rocznikami „Prze­glądu Historycznego”. Zbudował sobie fort z książek. „Dzieje kolo­nializmu w Afryce”, „Struktura klasowa późnego Cesarstwa Rzymskiego”, „Szkice z logiki”. Na samym środku tej barykady leżał mały, szary zeszyt. Obok, prawie niewidoczna, cieniutka jak opłatek paczka bibuły.

Wyglądał okropnie. Gorzej niż my. Był blady, spocony, mimo że w czytelni było zimno. Jego okulary, grube „denka”, co chwilę zsuwały mu się na spiczasty nos. Nie czytał. Gapił się w otwartą książkę, ale jego oczy biegały na boki. Co chwila zerkał na wejście, na bibliote­karkę, na faceta w prochowcu, który drzemał nad „Trybuną Ludu”.

Podeszłyśmy cicho. Stanęłyśmy przy jego stoliku. Nie zauważył nas.

— Cześć, Marek — powiedziała Luca.

Marek drgnął tak gwałtownie, że prawie spadł z krzesła. Zeszyt z bibułą wylądował na podłodze. Poderwał się, żeby go złapać, ude­rzając kolanem w stół. Rozległ się głuchy huk. Kilka osób podniosło głowy. Bibliotekarka na swoim podwyższeniu uniosła brwi.

— Szzzzzz! — syknął Marek, łapiąc nas za rękawy i niemal siłą wciągając na krzesła obok. Twarz miał zielonkawą. — Co wy robicie? Zwariowałyście?

— Uczymy się — odparła Luca, wskazując na jego książki. — „Kolonializm w Afryce”. Pasjonujące.

— Idźcie stąd! — szeptał Marek tak intensywnie, że prawie pluł. Rozglądał się panicznie. — Nie możecie tu ze mną rozmawiać!

— Dlaczego? — zapytałam. — Boisz się, że zarazisz nas miłością do książek?

— Bo tu wszędzie są uszy! — wychrypiał. — Patrzcie. — Skinął głową w stronę faceta w prochowcu. — Siedzi tu codziennie. Od tygodnia. Zawsze ta sama gazeta. Obserwuje mnie.

— Obserwuje cię, bo śmiesznie drgasz — mruknęła Luca. — Marek, byliśmy u Ewy.

Na dźwięk imienia Ewy Marek zbladł jeszcze bardziej, o ile to było w ogóle możliwe.

— I co? Co ona…

— Powiedziała, że kłóciłeś się z Adamem tamtego wieczoru. O pie­niądze. Powiedziała, że poszedłeś za nim do lasu.

Marek zaczął się trząść. Pociągnął nosem.

— Kłamie — wyszeptał. — Ta zołza kłamie! Chce mnie wrobić! Odwrócić podejrzenia od siebie!

— A więc nie poszedłeś za nim? — naciskała Luca.

— Nie! To znaczy… tak. Poszedłem. Ale… ale tylko na chwilę! Chciałem z nim pogadać! Powiedzieć mu, żeby… żeby oddał mi pie­niądze.

— Jakie pieniądze? — zapytałam.

— Nieważne! Głupstwo! Był mi winien za… Za kasety! Tak, za kasety. Z Niemiec. Dużo.

— Kasety? — Luca powtórzyła to słowo powoli, jakby smakowała jego absurd. Uniosła brew. — Marek, ty nawet nie masz magneto­fonu.

— Ale… ale… Słuchajcie! — Marek złapał się za głowę. Jego palce drżały. — To nie ja! To ona! Ewa! Ja… ja słyszałem!

Przysunął się do nas. Dawało od niego kwaśnym zapachem strachu i niepranego swetra.

— To było dzień wcześniej. Przy namiotach. Myśleli, że nikt nie słyszy. Ale ja byłem w krzakach. Z bibułą. — Jakby to cokolwiek wyjaśniało. — Groziła mu.

— Ewa groziła Adamowi? — zapytałam. — Przecież wisiała na nim jak na relikwii.

— Wisiała, dopóki myślała, że jest jej wierny! — syknął. — Tego wieczoru, co ty, Kalina, byłaś nad jeziorem… Pamiętasz, jak Adam cię podrywał?

— Adam wszystkie podrywał. Żartował, był pijany.

— Żartował? Ewa tak nie myślała. Widziała to. I widziała też, jak patrzył na ciebie, Luca. Słyszałem ich kłótnię. „Myślisz, że nie widzę?” — krzyczała. „Na Kalinę! Na tę twoją Lucynkę, co wygląda jak chłopak!”. A potem… potem powiedziała coś, od czego aż mnie zmroziło.

Marek przełknął ślinę.

— Powiedziała: „Zniszczę cię, Adam. Jak mnie zostawisz, to pożału­jesz, że mnie poznałeś. Przysięgam, że cię zniszczę”.

W czytelni panowała absolutna cisza. Słyszałam tylko szybki, świsz­czący oddech Marka.

— Czyli to Ewa — stwierdziła Luca. To nie było pytanie.

— Tak! Tak! Oczywiście, że ona! — Marek niemal podskoczył. — Jest wariatką! Zawsze była! Zazdrosna, zaborcza, a Adam… Adam miał jej dosyć. Mówił mi to. Mówił, że…

Urwał.

— Co mówił?

— Że… że musi zdobyć pieniądze i uciec. Zniknąć.

— Jakie pieniądze, Marek? — Luca pochyliła się nad stołem.

Marek znowu zaczął się rozglądać. Jego oczy były jak dwa spło­szone króliki.

— Ja… ja nie mogę. To nie… To nie jest rozmowa na teraz.

— A na kiedy? — warknęła Luca. — Jak nas też znajdą twarzą w dół w kałuży?

— Szzzzzz! — Marek był na granicy histerii.

W tym momencie tuż za nami rozległ się potężny, grobowy głos.

— CISZA!

Bibliotekarka. Stała nad nami jak anioł zagłady w ortalionowym far­tuchu.

— Tu jest CZYTELNIA! A nie kawiarnia „Roksana”!

— Ale my tylko… — zaczął Marek.

— Pan, panie Marku, to już trzecie ostrzeżenie w tym tygodniu! Albo pan się uczy, albo pan wychodzi! A panie… — Zmierzyła nas wzrokiem. — Proszę opuścić lokal! Natychmiast!

Zebrałyśmy się. Marek kurczył się na swoim krześle, próbując wtopić się w oparcie. Gdy odchodziłyśmy, złapał mnie za rękaw.

— Kalina… — szepnął. — Uważajcie na siebie. I na nią. Na Ewę. Ale… Adam też nie był święty.

— Co to znaczy?

— Miał… miał lewe interesy. Poważne. — Zerknął nerwowo w stronę swojego stolika zastawionego bibułą. — Wisiał kasę nie tylko mi. Wisiał ludziom, którym się nie odmawia.

Spojrzał na tę bibułę, a mnie nagle olśniło. „Prawdziwe kłopoty, nie za jakąś głupią bibułę!”, krzyczała Ewa. A co, jeśli ta jego bibuła była tylko przykrywką? Albo, co gorsza, „kanałem przerzutowym” dla tych „lewych interesów”?

— Jakim ludziom?

— Nie mogę… — Opuścił wzrok. — Po prostu… nie grzebcie w tym. Proszę. To niebezpieczne.

Bibliotekarka chrząknęła groźnie. Puścił mój rękaw.

Wyszłyśmy. Dostałyśmy z powrotem nasze mokre kurtki za numerki. W milczeniu zeszłyśmy po schodach, mijając gablotę z propagandowymi plakatami o przyjaźni polsko-radzieckiej, które wyglądały, jakby je ktoś narysował lewą nogą.

Dopiero na zewnątrz, gdy lodowaty wiatr uderzył nas w twarze, Luca się odezwała.

— No.

— „No” co? — zapytałam, zapinając kurtkę pod samą szyję. Było już prawie ciemno. Czwarta po południu. — Mamy dwie wersje. Wersja Ewy: Marek to morderca, bo poszedł za Adamem do lasu po kłótni o kasę. Wersja Marka: Ewa to morderczyni, bo groziła Ada­mowi, że go zniszczy. Cudownie. Remis ze wskazaniem na obo­pólne wariactwo. Możemy już iść do domu? Zamieniam się w sopel lodu.

Luca zignorowała mnie. Odpaliła „Zefira”, osłaniając płomień dłonią. Papieros ledwo się zajął.

— Oboje kłamią — stwierdziła, wypuszczając dym, który natych­miast rozwiał wiatr.

— Skąd wiesz?

— Bo oboje za bardzo się starają zwalić winę na drugiego. Ale oboje powiedzieli nam też prawdę. Marek kłócił się z Adamem o pie­niądze. Ewa groziła Adamowi. To się łączy. — Zaciągnęła się głę­boko. — I Marek nie boi się SB.

— Jak to nie? Przecież prawie narobił w spodnie na widok faceta w prochowcu. „Uszy”, te sprawy.

— To jest przykrywka, Kala. — Luca spojrzała na mnie. — Marek jest inteligentny, ale jest też tchórzem. On wie, że SB interesuje się bibułą, więc używa tego jako zasłony. On się boi czegoś innego. Boi się tych „ludzi, którym się nie odmawia”. Tych, którym Adam wisiał kasę.

Poczułam znajomy skurcz w żołądku.

— Czyli to nie Ewa. Ani Marek. Tylko jacyś… gangsterzy?

— Nie wiem. Ale wiem jedno. Została nam ostatnia osoba z tego biwaku.

Popatrzyłam na nią z przerażeniem.

— O nie.

— O tak.

— Luca, tylko nie Darek. On nawet nie umie skleić zdania.

— Właśnie — uśmiechnęła się Luca. — Tacy są najgorsi. Czas odwiedzić „Złotą Rączkę”. Musi nam w końcu opowiedzieć, jak to było z tym cholernym, zaginionym wiosłem.

Rozdział 5
Złota Rączka i Zgubione Wiosło

Dwa dni później miałam już dosyć. Dwa dni, podczas których padało, a ja na nowo przeżywałam histerię Ewy i spoconą panikę Marka. Czułam się brudna. I nie była to wina braku ciepłej wody w moim bloku.

— Luca, odpuszczam — oświadczyłam przez telefon, trzymając słu­chawkę ramieniem i jednocześnie próbując reanimować grzałkę w kubku z herbatą. — Mamy dwie wersje, obie do niczego. Ewa jest wariatką, Marek jest tchórzem. Adam nie żyje. Koniec śledztwa. Wracam do pisania o polskiej prozie egzystencjalnej. Właśnie znala­złam idealny materiał badawczy: swoje życie.

— Nie pękaj, Kala — usłyszałam w słuchawce trzask zapałki. — Został nam ostatni. Najlepszy.

— Darek? Luca, on jest…

— ...praktyczny. I umie majsterkować. A wiesz, co trzeba umieć, żeby kogoś zdzielić wiosłem i upozorować wypadek? Trzeba umieć majsterkować. Jedziemy na Żabiankę.

Żabianka. Kolejna duma gdańskiej myśli architektonicznej. Długie na kilometr bloki, niesłusznie nazywane „falowcami” przez więk­szość ludzi nie związanych z Gdańskiem, choć ten prawdziwy był gdzie indziej. Te tutaj były po prostu długie, szare i stały w morzu błota. Gdzieś pomiędzy nimi, wciśnięty między garaże a śmietnik, znajdował się pawilon FSO.

Warsztat.

Gdyby piekło miało swój przedsionek, wyglądałby dokładnie tak. Niska, parterowa buda z brudnego suporeksu, z oknami tak umaza­nymi smarem, że nie przepuszczały światła. Już z dziesięciu metrów uderzył w nas ciężki odór. Nie był to zwykły zapach warsztatu. To był skoncentrowany aromat porażki: zimny smar, benzyna ekstrak­cyjna, rdza, mokry beton i papierosy „Sporty”.

Wepchnęłyśmy się przez metalowe drzwi, które zaskrzypiały jak potępieniec.

W środku było ciemno, wilgotno i zimno jak w grobie. Z sufitu kapała woda, tworząc tłustą kałużę na klepisku. Na ścianie wisiał kalendarz z 1982 roku z roznegliżowaną panią opartą o Poloneza. Sztuka, jak widać, miała wiele twarzy. A tuż obok, przybita pinezką do brudnej ściany, wisiała mała, amatorska odbitka. Zamazana, prze­świetlona. Ewa, śmiejąca się nad jeziorem. Zdjęcie, którego na pewno nie zrobiła Luca. Musiał je zrobić sam Darek. Pod ścianami leżały stosy części, które wyglądały, jakby je wygrzebano z grobów: pęknięte bloki silników, pogięte zderzaki, sterty opon łysych jak kolano.

Z głośnika radiomagnetofonu „Kasprzak” wiszącego na gwoździu, płynął akurat jakiś hit zespołu Papa Dance. Brzmiało to jak tortura. „Panorama Tatr”, „Pocztówka z Władysławowa”… Pan Kierownik z „Metalurga” pewnie miałby zawał, słysząc tę listę przebojów.

W samym środku tego pandemonium, pochylony nad otwartą tylną klapą czerwonego Fiata 126p, stał Darek.

„Kaszlak” wyglądał jeszcze gorzej niż warsztat. Był tak zardzewiały, że chyba trzymał się kupy tylko dzięki warstwie brudu. Darek, w swoim wiecznie tym samym niebieskim kombinezonie roboczym, który był już sztywny od smaru, grzebał w jego wnętrznościach z miną chirurga operującego trupa.

— Cześć, Darek — rzuciła Luca.

Nie odwrócił się. Tylko warknął.

— Czego? Nie widzicie, że pracuję?

Miarowo stukał kluczem w coś, co chyba kiedyś było gaźnikiem.

— Mamy sprawę. Ważną — powiedziała Luca, podchodząc bliżej.

— Ważniejszą niż zapłon w tym cudzie? — mruknął. — Zapłon mi przerywa. Iskra ginie. Jak w tym kraju.

Podszedł do stołu, przetarł ręce w szmatę, która była czarniejsza niż jego kombinezon, i odpalił „Sporta”. Dopiero teraz na nas spojrzał. Twarz miał umazaną smarem, a oczy czerwone od niewyspania albo wódki.

— No. Słucham. Tylko szybko, bo mi silnik ostygnie.

— Byliśmy u Ewy i u Marka — zaczęła Luca.

Darek parsknął.

— U tej histeryczki i u tego panikarza? Gratuluję. Jeszcze wam tylko brakuje wizyty u proboszcza.

— Gadaliśmy o Adamie.

Darek zaciągnął się głęboko. Dym buchnął mu z nosa.

— Dajcie spokój, dziewczyny. Naprawdę. — Głos miał zmęczony. — To był wypadek.

— Nie wyglądał na wypadek — upierała się Luca.

— A na co? Na spisek CIA? — Darek zgasił papierosa na podłodze. — Adam był pijany. Ja byłem pijany. Wy byłyście pijane. Wszyscy byliśmy zalani w trupa tym specjałem, co pachniał zmywaczem do paznokci. Facet poszedł się przewietrzyć, przewrócił się i utopił. Koniec tematu.

Był tak rzeczowy. Tak cholernie praktyczny. Zimny, jak ten siny trup Adama.

— Darek, on leżał w wodzie po kostki — szepnęłam.

— Jak się ma trzy promile, można się utopić w łyżce wody — odparł, powtarzając słowo w słowo grubego prokuratora. — To bio­logia, czy inna chemia. Ja się znam na kluczach i smarze, nie na takich sprawach. A teraz wybaczcie, robota czeka.

Odwrócił się i znowu wsadził głowę pod maskę „Malucha”. Sprawa zamknięta. Dla niego to było tak proste, jak wymiana świecy. Zepsute. Naprawić. Nie da się naprawić? Wyrzucić. Adam się zepsuł. Koniec.

Patrzyłam na Lucę. Czekałam.

Luca podeszła do stołu warsztatowego. Wzięła do ręki ciężki klucz francuski i zaczęła się nim bawić, podrzucając go w dłoni. Smar z klucza brudził jej palce.

— A co z wiosłem, Darek? — zapytała cicho.

Darek zamarł. Jego plecy w niebieskim kombinezonie znierucho­miały. Przez chwilę słychać było tylko kapanie wody i Papa Dance.

Powoli się wyprostował. Bardzo powoli. Odwrócił się w naszą stronę. Twarz miał dziwnie pustą.

— Jakie wiosło?

— To, którego „nie mogłeś znaleźć” tamtego ranka. — Luca poło­żyła klucz na stole. Rozległ się głośny, metaliczny brzęk. — Pamię­tasz? Była łódka, ale nie było wioseł. Krzyczałeś, że ktoś ukradł. A potem, jak już było po wszystkim, jak milicja spisała protokół… wiosło magicznie się znalazło. Oparte o sosnę. Sto metrów od obo­zowiska.

Darek patrzył na nią. Już nie był taki rzeczowy. Przejechał brudną dłonią po twarzy, rozmazując smar.

— No… Znalazło się. To co?

— To co? — Luca podeszła do niego. — To co, że Adam miał na karku ślad, jakby dostał tym wiosłem.

Oczy Darka zwęziły się.

— Nic nie widziałyście. Ciemno było. Mgła.

— Widziałam na zdjęciach. — Luca była bezlitosna. — Więc powiedz mi, Darek. Dlaczego schowałeś to wiosło?

Cisza. Darek przeniósł wzrok ze mnie na Lucę, potem na zardzewia­łego „Malucha”. Wyglądał jak zwierzę w potrzasku.

Zaczął się nerwowo śmiać. To był suchy, nieprzyjemny chichot.

— Schowałem? Ja? Zwariowałaś.

— To gdzie było?

— A… to. — Podrapał się po karku. — To… ja je wziąłem.

— Ty?

— No. Rano. Przed… przed wszystkim.

— Co robiłeś z wiosłem o piątej rano? — zapytałam.

— No… — Darek nagle spuścił wzrok i zaczął kopać butem w tłustą podłogę. Zaczynał się jąkać. — Ja… popływać chciałem.

Zatkało mnie. Lucę też.

— Popływać? — powtórzyła Luca niedowierzającym tonem.

— No. Żeby… żeby wytrzeźwieć. — Mówił to coraz szybciej, jakby sam próbował uwierzyć w tę historię. — Wypiłem za dużo. Mówię, wezmę łódkę, popłynę na środek jeziora, to mi łeb przewietrzy. Wziąłem wiosło, ale… ale mgła była. I… i mi wypadło. Tak. Wypadło mi z ręki gdzieś w krzakach. I nie mogłem znaleźć. Wszę­dzie szukałem! Ciemno było, nic nie widziałem! A potem… potem jak się… no wiesz… jak się to stało, to się przestraszyłem. Że milicja pomyśli, że to ja. No bo wiosła nie ma. Bo ja je zgubiłem! To… to potem poszukałem, znalazłem i odłożyłem. Żeby nie było.

Stał i patrzył na nas z miną dziecka przyłapanego na kradzieży cukierka. Był tak żałosnym kłamcą, że aż zrobiło mi się go szkoda.

Luca podeszła do niego na odległość jednego kroku. Była niższa, ale patrzyła na niego z góry.

— Darek — powiedziała lodowatym tonem. — Ty nawet nie umiesz pływać.

Twarz Darka rozpadła się. Cała ta jego „praktyczność” i „rzeczo­wość” wyparowały. Został tylko przerażony chłopak w brudnym kombinezonie.

— Ja… ale…

— Pamiętam ze szkoły, na basenie siedziałeś na brzegu i mówiłeś, że masz uczulenie na chlor. W zeszłym roku nad morzem nie wsze­dłeś dalej niż po kolana. Nie umiesz pływać, Darek.

— Dajcie mi spokój! — ryknął nagle. Głos mu się załamał. Cofnął się o krok i uderzył pięścią w maskę „Malucha”. Rozległ się głuchy brzęk. — Dajcie mi, do diabła, spokój!

Złapał za klucz, ten sam, którym bawiła się Luca.

— Wynocha! — wrzasnął, podnosząc go. — Obie! Wynocha stąd!

Nie groził nam. On nas błagał.

— To był wypadek! — krzyczał, a w jego oczach pojawiły się łzy. Tłuste, brudne łzy, które mieszały się ze smarem na jego policzkach. — Prokurator powiedział! Wypadek! Koniec tematu! Nie grzebcie w tym! Po co w tym grzebiecie?! Zostawcie to! Nic nie widziałem! Nic nie wiem! Wynocha!

Cofnęłyśmy się do drzwi. Luca była blada, ale zdeterminowana. Ja miałam serce w gardle. Darek stał oparty o swojego trupa na kół­kach, dysząc ciężko i ściskając w dłoni klucz.

Wypadłyśmy na zewnątrz, w zimne, wilgotne powietrze. Skrzy­pienie drzwi zamknęło za nami ten rozdział. Z warsztatu dobiegł nas tylko stłumiony ryk Papa Dance i dźwięk czegoś ciężkiego, co z hukiem uderzyło o ścianę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.16
drukowana A5
za 49.99