Za murami poprawczaka

Bezpłatny fragment - Za murami poprawczaka

Resocjalizacja w praktyce

Objętość:
417 str.
ISBN:
978-83-8126-665-9

Książkę tę dedykuję dawnym i obecnym pracownikom i wychowankom Zakładu Poprawczego w Laskowcu, moim studentom oraz wszystkim sympatykom tej placówki wraz z pięknym przesłaniem oazowej pieśni: „...by świat lepszym był!.”

R. Makowski

Recenzja

To książka doprawdy niezwykła! Napisana przez długoletniego praktyka i pasjonata „twórczej resocjalizacji”. Z pewnością może być ona inspirującą lekturą dla każdego!

Dzięki szerokiej wiedzy i licznych zainteresowań Autora — wybitnego praktyka (wychowawcy, nauczyciela i dyrektora Zakładu Poprawczego w Laskowcu) — pozycja ta bardzo dobrze się wpisuje w podstawowy kanon literatury resocjalizacyjnej w Polsce. Ciekawie uporządkowana struktura tekstu, przeplatana pasjonującymi opisami własnych zawodowych doświadczeń, stanowi wręcz doskonały materiał dla praktyków, nauczycieli i studentów resocjalizacji. Także ludzie nie związani zawodowo z pedagogiką i resocjalizacją mogą bardzo wiele z niej skorzystać, gdyż jest to rzeczywiście książka wciągająca i uniwersalna — skierowana do każdego człowieka, zainteresowanego aktualnymi problemami naszej młodzieży.

W ramach swojej zawodowej pracy (Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich) miałam okazję wizytować prawie wszystkie placówki resocjalizacyjne w Polsce. Kilkakrotnie byłam też w Laskowcu. Jako pracownik naukowy ( Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie) jeździłam tam także ze swoimi studentami. Poznałam więc z autopsji wiele innowacyjnych metod wychowawczych, realizowanych w tym zakładzie z inspiracji i pod kierunkiem ówczesnego jego dyrektora — Ryszarda Makowskiego. Charakterystyczną cechą tegoż zakładu była zawsze znakomita atmosfera wychowawcza panująca w tej placówce, ciekawe pomysły i wysokie zaangażowanie jej pracowników. Omawiana tutaj książka jest także — bardzo pięknym i konkretnym tego przykładem.

Jeśli ktoś szuka w tej książce jakiejś oryginalnej egzotyki i sensacji, to zapewne też ją tam znajdzie, ale nie to — jest w niej najważniejsze. Wielką wartością i zarazem głównym przesłaniem tejże książki jest bowiem niesamowity, pedagogiczny optymizm i głęboka wiara, że w każdym, nawet najgorszym człowieku jest jakaś mała iskierka dobra. Te iskierki, zdaniem autora — można i… trzeba rozdmuchiwać w jak największy płomień, zgodnie z pragnieniem, sugestywnie wyrażonym w pewnej pięknej, oazowej pieśni — „aby świat lepszym był”! Jak to robić? — Poczytajcie!

dr Anna Nowicka-Chachaj

pracownik naukowy

Akademii Pedagogiki Specjalnej

w Warszawie

oraz

Biura Rzecznika Praw Obywatelskich

Dla kogo jest ta książka?

1. Jeśli jesteś studentem albo uczniem, zainteresowanym pedagogiką, psychologią, resocjalizacją lub prawem — przeczytaj ją koniecznie!

2. Jeśli jesteś nauczycielem, instruktorem, wychowawcą młodzieży zagubionej lub trudnej albo osobą zainteresowaną pracą w poprawczaku — też ją przeczytaj.

3. Jeśli jesteś złodziejem, blokersem czy też innym trudnym nielatem, nie pozbawionym jednak wiary, nadziei i honoru — spróbuj ją także spokojnie przeczytać.

4. Jeśli jesteś rodzicem, księdzem, policjantem, politykiem lub zwyczajnym, uczciwym człowiekiem, który chce walczyć o lepszy świat — to warto byś również ją poczytał.

Mam nadzieję, że czytając tę książkę, nie będziesz żałował poświęconego jej czasu. Jeśli przy tej okazji czegoś się nauczysz, coś Cię zastanowi, rozbawi lub wzruszy, to oprócz mojej satysfakcji, będzie to również -Twój czysty zysk.

Jest to też wyjątkowa okazja, aby nic nie narozrabiać, a mimo to — „posiedzieć w poprawczaku!”

Z poważaniem — Autor


UWAGA! Jest to znacznie poszerzona i zaktualizowana wersja książki, wydanej w roku 2009 przez Oficynę Wydawniczą Łośgraf (ISBN 978-83-87572-09-9). W opcji elektronicznej (ebook), jest ona zabezpieczona odpowiednim znakiem wodnym.  Samowolne udostępnianie jej kopi osobom postronnym, jest więc nie tylko prawnie zabronione, ale także bardzo ryzykowne.

Wypowiedzi Internautów

Wypowiedzi te dotyczą roboczej wersji tejże książki. Były one kiedyś spontanicznie zamieszczane na str: www.rysmak.jasky.pl Cytuję je tu w oryginalnej formie, bez żadnej literackiej korekty.

— D. Masłowska:

„Książka będzie wspaniała. Ukaże aspekty życia, o których do tej pory niektórzy z nas nie mieli pojęcia. Wystarczy przeczytać „Przepraszam Cię, mamo…”

— Artur: „Nigdy nie sądziłem, że praca w poprawczaku może być aż tak ciekawa i tak wciągająca! Od bardzo dawna nikt nie napisał na ten temat, tak dobrej i tak interesującej książki. Podziwiam i gratuluję!”

— Balbina: „Jest jednak ogromna różnica, pomiędzy książkami o resocjalizacji pisanymi przez teoretyków i przez praktyków. Te pierwsze bywają pożyteczne, ale są na ogół uciążliwe w czytaniu i nudne, a pośród tych pisanych przez praktyków — zdarzają się książki naprawdę fascynujące. Taką bardzo pożyteczną i jednocześnie fascynującą książką niewątpliwie jest — Za murami poprawczaka! Szczerze polecam ją wszystkim a szczególnie studentom resocjalizacji.”
-Dyro: „Dla mnie (też długoletniego praktyka) mocną stroną tej książki jest bardzo interesująca przeplatanka autentycznych „zakładowych przygód” z głęboką refleksją, dotyczącą bardzo wielu istotnych problemów, ściśle związanych z codzienną pracą w zakładzie oraz specyfiką zarządzania taką placówką. To bardzo cenna i inspirująca lektura, zwłaszcza dla kolegów po fachu i naszych zwierzchników.”

— Zeksik:

„Tak ciepło i ciekawie o swoich chłopakach (nawet tych najtrudniejszych) i o swoich kolegach (nawet tych, co czasami dosyć mocno „stawali Ci okoniem”) mogłeś pisać tylko Ty! Kolego Ryszardzie — Dziękuję, podziwiam i gratuluję!”
-XXL: „Jestem bardzo zdziwiony tak jednoznacznie wysoką oceną tej „niby-książki”. O ile znam się (a znam się na pewno — 4 lat pracy w ZP )na tego typu pracy, to większość opisanych tu ( nie przeczę, że bardzo ciekawie) zdarzeń i „egzotycznych”, zakładowych przygód, to zapewne wybujała fantazja autora. A refleksje? — Są tak kontrowersyjne i często wręcz wywrotowe, że trudno jest mi je uznać za jakąś cenną i twórczą inspirację. Zakład — to zakład, czeka cię tam tylko żmudna, ciężka praca za kratami, z bardzo trudnymi i perfidnymi nielatami oraz niewielką szansą na jakąkolwiek satysfakcję, a nie jakieś tam wyimaginowane spotkania, popisy, występy, rajdy i wycieczki. To przecież zbyt ryzykowne, aby w praktyce było w ogóle możliwe.”

— Jolka: „Szanowny Panie XXL. Musiałby Pan chyba osobiście poznać ten zakład w Laskowcu, jego wspaniałą kadrę i Pana Ryszarda, który jest rzeczywiście ostrym ryzykantem, urodzonym optymistą i autentycznym pasjonatem, aby się przekonać, że opisane w tej książce problemy, zdarzenia i przygody są nie tylko ciekawe, ale także prawdziwe. Pan Ryszard opisuje je rzeczywiście bardzo emocjonalnie i z „ułańską fantazją” — ale uczciwie. Sama, będąc studentką miałam wiele okazji, aby się o tym osobiście przekonać. Różnych ciekawych i egzotycznych przygód przeżyłam tam bardzo wiele i wiem, że tylko niektóre z nich znalazły się w tej książce. A reszta? — Może ukażą się one w następnych rozdziałach lub tomach, czego sobie i innym szczerze życzę. A refleksje? Mnie one jednak bardzo mocno inspirują i uważam, że po tak wielu, niekwestionowanych osiągnięciach i tak długim stażu pracy na różnych stanowiskach, Pan Ryszard ma szczególne prawo do dzielenia się z nami swym bogatym doświadczeniem i własnymi przemyśleniami. Niektóre z nich są rzeczywiście bardzo śmiałe i kontrowersyjne, ale to przecież zaleta tej książki, a nie jej wada.”

— Ania: „Brawo Jolka! Masz 100%-ową rację! Ja też kiedyś jako studentka resocjalizacji dosyć dobrze poznałam ten zakład w Laskowcu i tego „szalonego” Makowskiego. Rzeczywiście opisane w tej książce zdarzenia i przygody, to tylko drobne fragmenty wspaniałej, pedagogicznej pracy, realizowanej tam systematycznie od wielu, wielu lat. To nie żadna lipa, ale doskonały przykład i zachęta do uprawiania prawdziwie „twórczej resocjalizacji”. Im szybciej w to uwierzy kol. XXL, tym lepiej będzie dla niego i dla jego wychowanków.”

— Arturjo: „A ja będąc uczniem, nie chciałbym mieć takiego nauczyciela, a będąc nauczycielem, nie chciałbym mieć takiego dyrektora, bo by nas zamęczył swoją pedagogiczną nadpobudliwością. Mimo to serdecznie pozdrawiam i gratuluję sukcesów.”
-R.Makowski: „Drogi Arturjo! Ja też nie wiem, czy chciałbym mieć takiego szefa. Na szczęście nie musiałem się tym przejmować, gdyż z oczywistych względów — Makowski, nigdy nie był moim szefem. Było nim tylko moje sumienie i własne poczucie honoru. Wobec tych swoich głównych przełożonych, staram się zawsze być lojalny. Za gratulacje oczywiście dziękuję i również serdecznie pozdrawiam — Ryszard Makowski”

— Barbara: „Eh Arturio, Arturio! Ty nie myl pedagogiki z erotyką i co za tym idzie: nadpobudliwości pedagogicznej z seksualną. O ile ta druga, rzeczywiście bywa kłopotliwa i często wręcz nie do zaakceptowania, to ta pierwsza jest bardzo pożyteczna. Jest jak najbardziej ok! Mówię Ci to i jako kobieta, i jako pedagog z dużym doświadczeniem, i jeszcze większym podziwem dla nowatorskich metod takiej właśnie resocjalizacji. Panie Ryszardzie — Bardzo chciałabym Pana poznać, a póki co — serdecznie gratuluje!”

-R.Makowski: „Sympatyczna Pani Basiu! Bardzo dziękuję za ten oryginalny komentarz. Poznać się oczywiście możemy i nie wątpię, że taka koleżeńska wymiana bogatych ( jak to Pani podkreśla) naszych doświadczeń, byłaby zapewne bardzo ciekawa i pouczająca. Nie bardzo tylko wiem, jakie to doświadczenia ma Pani faktycznie na myśli — te pierwsze czy może te drugie? To jest oczywiście tylko drobny żart, wynikający z podobnego zapewne poczucia humoru, więc proszę mi go nie brać za złe, a za tą solidarną obronę tej mojej „pedagogicznej nadpobudliwości” — naprawdę serdecznie dziękuję zarówno Pani, jak i wszystkim innym, życzliwym komentatorom.”

— Hary

„Ja też bardzo dziękuję za tą ciekawą i bardzo pouczającą książkę. Duże wrażenie zrobił na mnie ten rozdział o niebezpiecznym ataku na Pana osobę, przez dwóch agresywnych wychowanków. To jest rzeczywiście „wiadro zimnej wody” dla naiwnych i łatwowiernych kandydatów do tego zawodu. Cała książka jest jednak bardzo optymistyczna i w przeciwieństwie do wielu innych, niezwykle zachęcająca do tej ciekawej i emocjonującej pracy. Ja w każdym razie będę chciał tego spróbować i może mi się to uda. W trudnych chwilach, będę pewnie wracał do tej lektury i szukał tam pociechy, zapału i różnych wskazówek. Serdecznie pozdrawiam i czekam na nowe rozdziały, gdyż chętnie ją kupię, także wtedy, kiedy będzie już w księgarni.”

— Adaśko:

„Hej! Wróciłem właśnie ze szkoły, zjem obiad i zaraz wezmę się za czytanie kolejnych rozdziałów tej właśnie książki, bo dla mnie to prawdziwy literacki odlot. Za rok zdaje maturę i często się zastanawiałem nad tym, co powinienem studiować. Teraz już wiem — resocjalizację! Odkąd trafiłem przypadkiem na tę stronkę i wgrałem zdobytą tutaj książkę do swojego palmofonu, i zacząłem ją czytać (czasem nawet na nudnych lekcjach –sit!) nie mam już żadnych wątpliwości, że to jest właśnie to!”

— „doktorek”:

„Jak to już zaznaczyłem w zamówieniu, ja także pracuję ze studentami resocjalizacji. W przeciwieństwie do Pana, jestem jednak tylko teoretykiem i podobnie jak wielu innych kolegów teoretyków — mam z tego powodu różne kompleksy. Inni też je mają, ale wolą się do tego nie przyznawać. Bardzo ucieszyła mnie ta książka (chociaż nie przepadam za publikacjami elektronicznymi), bo wypełnia ona wielką lukę w naszej literaturze z dziedziny pedagogiki resocjalizacyjnej. Od bardzo wielu lat, nic podobnego się przecież nie ukazało. Swoje teoretyczne wywody będę mógł teraz ilustrować konkretnymi przykładami z praktyki (wprawdzie nie swojej, ale jednak…). Nie wszystkie Pana poglądy podzielam, ale jest to doskonały materiał do własnych przemyśleń, poszukiwań i dyskusji. Myślę, że ta książka bardzo ożywi moje zajęcia ze studentami i zachęci ich do tego pięknego i społecznie pożytecznego zawodu. Pozdrawiam i szczerze gratuluję! Niecierpliwie też czekam na jej pełną, drukowaną wersję.”

— Sołtys z R:

„A ja odwrotnie niż pan „doktorek” wolę e-booki od normalnych książek. Są praktyczne i niezniszczalne. Za cenę dwóch zwykłych książek (70zł) kupiłem starego ale sprawnego palmptopa (m500) i kartę SD. Oprócz kilku darmowych programów ( w tym czytnika PDF dla Palma) ściągniętych z Internetu, wgrałem w niego kilka książek i dodatkowe kilkadziesiąt na kartę i teraz tą całą bibliotekę mam zawsze przy sobie, bo w kieszeni. Te książki czytam sobie w wolnych chwilach w polu, w lesie, na łące, w autobusie i wszędzie gdzie chcę. Tak też czytam — „Za murami poprawczaka” i muszę przyznać, że ta książka coraz bardziej mnie wciąga i intryguje. Zdecydowanie ją polecam i to nie tylko studentom i naukowcom (ja np. jestem rolnikiem).”

— „krawężnik”:

„Dla mnie to bomba! Nim ją przeczytałem, byłem jak trąba. Bo wciąż trąbiłem obiegowe zdanie, że nielatom potrzebna jest tylko kara, a nie wychowanie.

— Robert G:

„Nie wiem czy na temat pracy w zakładzie poprawczym ktoś, kiedykolwiek napisał coś równie ciekawego i praktycznego?! Tą roboczą wersję Pana książki czyta się jednym tchem, ale o poruszonych w niej problemach myśli się bardzo długo i bardzo intensywnie. Zarówno dla praktyków, jak i teoretyków resocjalizacji — to prawdziwy rarytas, zresztą będzie ona bardzo cenna dla każdego, kto ją uważnie przeczyta. Pozdrawiam i dziękuję!!!”

— Morelka

„Jestem prostytuką. Do przeczytania pana książki — czyli tego e-booka z Internetu namówiła mnie moja kumpela. Czytałyśmy obie i obie się nie tylko zdrowo pośmiłyśmy ale także obie poryczałyśmy. Prostytuki też czasem płaczą! (Może częściej niż myślicie). Moje dotychczasowe życie jest bardzo skomplikowane i dramatyczne. Zazdroszczę chłopakom z Laskowca, że mili takich wychowawców jak pan. Mówiąc szczerze, to przeczytanie tej książki przyniosło mi niemałą stratę, bo taka zapłakana i wzruszona nie nadawałam się wczoraj do pracy i straciłam kilku niezłych klijentów. Ale wcale tego nie żałuje! Może też zacznę studiować resocjalizację? Czemu tak późno Pan to napisał? Może inaczej potoczyłoby się moje życie?!!!”

— Anula

„Rozumiem te biedne dziewczyny! Przeczytałam Pana e-booka i też bardzo mnie on zainteresował i wzruszył. Po tej lekturze naprawdę się pragnie — „aby świat lepszym był”!

— Justysia

„Mam pytanie: czy w swojej pracy magisterskiej mogę się powoływać, na tą pana rewelacyjną książkę? Chcę też przy tej okazji, bardzo panu podziękować, za to że wbrew ogólnym zwyczajom, zgodził się pan ją nam udostępnić (i to w różnych, praktycznych formach), jeszcze przed ukazaniem się jej w księgarniach. Zresztą ona i tak już wygląda profesjonalnie. To jest strzał w dziesiątkę!!! Zamiast bezczynnie i niecierpliwie na nią czekać, możemy już teraz z niej korzystać, o niej dyskutować i swoimi komentarzami wpływać na jej ostateczny kształt. To niesamowite! Dobrze, aby i inni tak robili, to może w księgarniach byłoby mniej w tych pseudopedagogicznych bubli, bo jak to powiadają — „prawdziwa cnota krytyki się nie boi”. Ze studenckim pozdrowieniem — Justyna”

— Ulaa

„Ja sobie wgrałam tą Pana książkę do odtwarza MP3 i słucham jej- rozdział po rozdziale, prawie codziennie. To rzeczywiście 2w1 — Wielka wygoda i wielka przyjemność na raz!! Świetny pomysł!!”

— Kasia K.

„Przeczytałam tą Pana książkę, życzliwie mi udostępnioną w formie elektronicznej i to jak się mówi „od dechy do dechy”. Jestem pod ogromnym wrażeniem.[brawo] Ta Pana niesamowita pedagogiczna pasja, jakoś i mnie porwała, bo zaczęłam bardzo poważnie myśleć o zmianie pracy. Obecnie, mimo że studiuję resocjalizację pracuję w prywatnym biurze i całkiem nieźle zarabiam, ale teraz już wiem co naprawdę chciałabym w życiu robić i do czego przyda mi się ta resocjalizacja! Gratuluję i dziękuję — bardzo wdzięczna Katarzyna!”

— Daria

„W tej Pana książce wyraźnie widać dwie dobrze uzupełniające się warstwy. Pierwsza jest ciekawa zwłaszcza dla studentów resocjalizacji i różnych innych pozytywnie „nawiedzonych”, interesujących się trudnymi problemami naszej młodzieży. Te rozdziały przeczytałam jednym tchem. Ta druga jest natomiast bardzo przydatna dla ludzi już zawodowo zajmujących się pedagogiką i resocjalizacją. Tą część, to mój brat (dyrektor Liceum) przeczytał jednym tchem, a ja ją czytałam już ze znacznie mniejszymi emocjami. Pomyślałam więc, że może lepiej by było napisać dwie różne książki wyraźnie zaadresowane do różnych adresatów. To tylko moja skromna propozycja. Tak, czy owak — książka jest wspaniała i bardzo za nią Panu dziękuję.”

— Monika B
”Oj nie! Niech lepiej zostanie tak jak jest. Ja też jestem studentką i też w tej chwili bardziej mnie emocjonują te rozdziały „przygodowe”, że tak powiem, ale… Ale kto wie — może kiedyś będę wychowawcą w podobnym zakładzie albo może… dyrektorem i wtedy ta „druga warstwa” bardzo mi się przyda, to pewne. A teraz? A teraz nikt nie musi wszystkich rozdziałów czytać po kolei. Ja jednak je przeczytałam i nie żałuje!!! To bardzo wciągająca i cenna pozycja. I do tego taka — optymistyczna!!!”

— Anita
Pewnie, że nie ma to jak tradycyjny druk książkowy, ale i tą wersję elektroniczną czyta się całkiem dobrze. Dla mnie znacznie ważniejsza jest treść niż forma, a treść jest tu znakomita. Dawno już z resocjalizacji nie czytałam czegoś równie fascynującego, jak ta właśnie książka naszego Pana Ryszarda. Z niecierpliwością czekam na jej drugą część, która podobno już się tworzy. Chociaż za oknem jeszcze prawie zima — ciepło pozdrawiam!”
-„
Obibok”

„Przeczytałem Pana książkę z wielkim zainteresowaniem (to u mnie rzadkość, bo nie przepadam za fachową literaturą)i często do niej wracam przy pisaniu swojej pracy magisterskiej. Jest ona dla mnie zachętą i magazynem ciekawych pomysłów. Z niecierpliwością czekam na jej drugą część, którą podobno Pan już zaczął pisać. Gdzie i jak ją będzie można zdobyć i czy będziemy się mogli jeszcze jakoś spotkać, aby powspominać, podyskutować i otrzymać autograf?”

— Magda
”…Tą książkę dostałam od swojej profesorki z Liceum i muszę przyznać, że jest to dla mnie jeden z najciekawszych prezentów jakie dotąd dostałam. To ta książka radykalnie zmieniła moje dotychczasowe plany. Zamiast studiować informatykę na politechnice, zdecydowałam się studiować resocjalizację na APS. Tak samo chce zrobić jeszcze dwóch moich kolegów. My podobnie jak Pan, chyba też wolimy współtworzyć nowe życiorysy jakichś trudnych małolatów, niż nowe programy. Mam nadzieję, że się wkrótce spotkamy na Pana wykładach i autograf wtedy dostanę.”

— Madzia

„Moja droga imienniczko! Chyba każdy student chciałby mieć zajęcia z Panem Makowskim, ale nie wszystkim się to udaje. Moja grupa niestety nie miała tej okazji, ale dużo o tych zajęciach i wyjazdach do zakładów poprawczych słyszałam i jego książkę też jakoś zdobyłam, i to nawet z autografem!
Radzę Ci już na początku roku zorientować się, czy i w których grupach waszego roku Pan Makowski będzie prowadził swoje zajęcia. Ma on je chyba tylko na ostatnim roku i to ze studentami zaocznymi, ale może być też inaczej, bo to zależy od aktualnego programu studiów i jego możliwości czasowych, gdyż jest on podobno osobą dojeżdżającą gdzieś z poza Warszawy. Wiem to od swojej koleżanki, która bardzo te zajęcia chwaliła i o Panu Makowskim dużo mi opowiadała. Warto wtedy przenieść się do takiej właśnie grupy, z którą on będzie pracował. Ja to przegapiłam, a potem żałowałam, ale na takie przenosiny było już za późno. Jeśli faktycznie interesuję Cię resocjalizacja, to wybór APSu będzie dla Ciebie strzałem w dziesiąnę i pewnie do tej jego ciekawej książki zajrzysz jeszcze nie raz. Powodzenia!”

— Agata
Po tych naszych, niestety już kończących się zajęciach i po uważnym przeczytaniu tej znakomitej Pana książki oraz naszym wspólnym pobycie w Laskowcu, zaczęłam się poważnie zastanawiać nad takim oto pytaniem. Czy lepiej by było, aby Pan nadal pracował tam, w swym ukochanym Laskowcu, czy też może lepiej, że pracuje Pan jednak z nami studentami? Tam w Laskowcu bardzo Pana chwalili i uważają, że także teraz Pan bardzo by się im przydał. Ale my przecież także potrzebujemy takich ludzi jak Pan. Ja uważam, że teraz ma Pan jednak większe możliwości do propagowania nowoczesnej resocjalizacji, gdyż ucząc nas studentów, przygotowuje Pan nowych zapaleńców do aktywnej pracy z trudną i przestępczą młodzieżą. Robi to Pan z wielką pasją i wprost znakomicie, dlatego muszą być z tego jakieś piękne owoce. Jak to dobrze, że mogłam Pana poznać! Pozdrawiam i dziękuję — za wszystko!!! Mam nadzieję, że to Forum i ta Pana książka, będą nadal nas jakoś łączyć!”

— R.Makowski:

„Jestem bardzo wdzięczny za te wszystkie bardzo ciekawe i ciepłe „mini- recenzje” roboczej wersji mojej książki, umieszczane na tym forum oraz w komentarzach do artykułu — „Za murami poprawczaka”. Dziękuję też za wszystkie, związane z tym e-maile. Myślę, że tak wysoka ocena jest tu mocno przesadzona, ale nie przeczę, że bardzo mnie ona cieszy i twórczo dopinguje. Serdeczne dzięki!!!”

Wstęp

Tę książkę, przez ponad dwadzieścia lat — pisało mi życie!


Być może lepiej jest pisać książki kompletne, które mają swój wyraźny początek, logiczną strukturę i definitywny koniec. Być może i ta książka powinna być właśnie taka — redakcyjnie przykrojona, skrupulatnie uporządkowana i tematycznie dopięta. Powiem szczerze — mnie chyba na to już albo jeszcze — nie stać. Nie widzę sensu w zmuszaniu się do tej harówy, jaką byłoby dla mnie owo gruntowne analizowanie i porządkowanie tak wielu archiwalnych materiałów, różnych wspomnień i rozbieganych myśli. Może jestem na to jeszcze za młody, a może już za stary. Szkoda zdrowia i czasu. Inni potrafią to robić dużo lepiej. Podziwiam ich za to, ale nie zamierzam naśladować. Nie jest to oczywiście żadne tam lekceważenie potencjalnych czytelników. Przeciwnie — chcę im podarować kawałek swojej duszy, a nie profesjonalną rozprawę, monografię czy typowo naukowy podręcznik.

W życiu i w pracy byłem zawsze zwolennikiem swobodnej lecz dobrze zorganizowanej improwizacji. Tylko pozornie, te dwa ostatnie słowa do siebie jakoś nie pasują i wzajemnie się wykluczają. Postanowiłem i w tym przypadku dać sobie trochę luzu, zaufać spontanicznemu natchnieniu i pisać tak, aby mnie to zbytnio nie męczyło i… nie nudziło, kiedy będę to kiedyś przeglądał lub czytał.

Jeśli ta twórcza swoboda udzieli się także tym, którzy zechcą moją książkę także przejrzeć lub poczytać, będę bardzo zadowolony. Można więc ją czytać od początku, od środka i od końca. Można w dowolnym miejscu to czytanie przerywać i do niego powracać. Niektóre moje myśli, czy sformułowania być może będą się nawet powtarzać, ale jest to przecież naturalna cena, za oferowaną tu możliwość swobodnego wertowania takiej właśnie książki. Mam nadzieję, że w każdym przypadku systematycznego czy wyrywkowego jej czytania, powinien być z tego jakiś konkretny pożytek.

Niektóre, zwłaszcza końcowe rozdziały tejże książki mają wymiar bardzo osobisty lub tylko… lokalny. Jest to bowiem książka z pogranicza autobiografii oraz literatury faktu. Mogą więc one zainteresować pewnie tylko moich przyjaciół i wąskie grono osób bezpośrednio związanych z Zakładem Poprawczym w Laskowcu oraz kolegów z tej samej lub podobnej branży. Są to jednak ludzie, których bardzo szanuję i wiele im zawdzięczam. Nie mogłem więc tu pominąć ani zmarginalizować tak ważnego dla mnie adresata. Nie każdy musi to czytać, choć być może — warto. Zdecydowana większość moich refleksji i wspomnień ma jednak charakter znacznie bardziej uniwersalny i kierowane są one nie tylko do moich kolegów i studentów resocjalizacji, ale także do tzw. „szerokiego ogółu”. Nie zaprzeczam, że prezentowane przy tej okazji moje konkretne pomysły, działania, czy poglądy są często bardzo ryzykowne i kontrowersyjne. Nie muszą być one dla nikogo jakimś metodycznym wyznacznikiem czy zniewalającym przykładem, ale może kogoś do czegoś zainspirują lub przynajmniej… zachęcą.

Tak się szczęśliwie złożyło, że do aktywnego „pisania” tej książki mogło się spontanicznie włączyć bardzo wiele osób. Są oni w pewnym sensie jej współautorami. Myślę tu zwłaszcza o licznych Internautach i moich studentach, którzy swoimi komentarzami, e- mailami oraz żywą dyskusją, na bieżącą ją recenzują i wzbogacają. Dzięki im za to!

Życzę więc wszystkim moim Czytelnikom przyjemnej lektury, głębokich refleksji, młodzieńczego optymizmu i pogody ducha, mimo że wiele poruszonych tu problemów — to sprawy bardzo skomplikowane i trudne.

Będą to więc tylko luźne fragmenty wielkiej księgi, którą przez ponad dwadzieścia lat pracy w poprawczaku bardzo intensywnie pisało mi życie. Ale czyż nie z fragmentów właśnie, składają się nasze, choćby nie wiem jak żywe — refleksje i wspomnienia?

Solilokwium — wywiad dla Anioła

Minęło wiele nocy i dni od tego wieczoru, kiedy to urzędową „Księgę dyżurów” w Zakładzie Poprawczym w Laskowcu k/Ostrołęki, „sprofanowałem” takim oto, spontanicznym zapisem:

Dyżur nocny


Tu za szybą noc i kraty

Gdzieś daleko jest ich dom

Może łzy

I nie ważne

Czy dom biedny czy bogaty

Ważne że się chłopcom śni


Nie przeraża ich dźwięk kluczy

Ani szara w oknach stal

Tylko kraty w ludzkiej duszy

Rodzą bunt a czasem żal


Cel mój prosty

Jak te słowa

W ciągu razem przeżywanych

Dni i lat

Chcę w ich sercach odbudować

Wiarę w ludzi

Wiarę w Boga

Dom bez płaczu

I… bez krat

Dziś, po dwudziestu kilku latach pracy w „poprawczaku” i po kilku latach cennego dystansu jaki dała mi emerytura uważam, że nie była to tylko „profanacja” urzędowego dokumentu, ale jedna z moich najszczerszych i najgłębszych wypowiedzi na temat resocjalizacji młodzieży zagubionej i trudnej, aczkolwiek przyznaję — zapisana na niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie.

Co do miejsca, to rzeczywiście żadna strona tzw. „Książki nocnych dyżurów” nie powinna przecież pełnić funkcji podręcznego notatnika do zapisywania swoich osobistych poglądów, refleksji czy… wierszy. Głos natchnienia bywa jednak czasem bardzo niecierpliwy i wręcz nietaktowny. Pobudzony specyficzną atmosferą, jakimś wzruszającym nastrojem lub dziwnym uczuciem, wyciska z człowieka obrazy i myśli, które trudno jest zignorować i trudno, gdzieś… natychmiast nie zapisać.

A czas? — Dlaczego także czas tej mojej wierszowanej wypowiedzi był również niewłaściwy? — Dlatego, że w tamtych latach, w naszych polskich zakładach i schroniskach dla nieletnich panował jeszcze wszechwładnie system izolacyjno-dyscyplinarny mimo ostrej jego krytyki przez wybitnych ludzi nauki, wiary i ludzi sumienia. Taka ciepła, niemal salezjańska wypowiedź pracownika resocjalizacji z tzw. „pierwszej linii” (byłem wówczas wychowawcą) w tym właśnie systemie i w ówczesnym ustroju była przecież niewątpliwym zgrzytem.

Muszę tu jednak z szacunkiem i wdzięcznością przyznać, że moi ówcześni przełożeni nigdy nie wypominali mi tego służbowego nietaktu, a ten mój wierszowany, nocny zapis, trochę się rozrósł i przeobraził się z czasem w naszą zakładową piosenkę, którą przez wiele lat z uczuciem i zapałem śpiewali nie tylko nasi chłopcy i nie tylko nasi pracownicy. Śpiewali ją także zaprzyjaźnieni z naszym zakładem: turyści, harcerze, oazowicze i… więźniowie.

Dlaczego o tym piszę i to właśnie tu — na początku mojej książki? Przecież nie po to, aby reklamować ten spontaniczny wiersz, czy też zrodzoną z niego piosenkę. Piszę dlatego, że jak sądzę, udało mi się w kilku prostych słowach tego wiersza, wyrazić istotę swego pedagogicznego powołania i takie przesłanie mojej zawodowej i społecznej pracy, któremu zawsze pozostałem wierny.

Będąc wychowawcą, nauczycielem, a w końcu dyrektorem Zakładu Poprawczego i Schroniska dla Nieletnich w Laskowcu koło Ostrołęki, miałem możność i obowiązek dosyć częstego, publicznego wypowiadania się na temat przestępczości nieletnich w Polsce, dziwacznych meandrów naszego prawa, kary śmierci oraz wielu innych, ważnych problemów związanych z resocjalizacją młodzieży wykolejonej, społecznie zaniedbanej i trudnej. Byłem też setki razy atakowany, prowokowany i zaszczycany przeróżnymi pytaniami na temat tejże egzotycznej pracy i muszę przyznać, że sam także bardzo często zadawałem sobie i innym różne, nieraz bardzo kłopotliwe pytania. A może to nie ja je zadawałem? Może zadawał mi je i nadal zadaje… mój Anioł Stróż? Był on przecież niemym świadkiem różnych zdarzeń i tak wielu rozmów, sporów i dyskusji oraz świadkiem wszystkich pytań, także i tych, które mimo pędzącego czasu ciągle jeszcze żyją w moim sercu i w mojej pamięci. Niech więc ta książka będzie taką właśnie pedagogiczną rozmową z czytelnikami i z moim Aniołem oraz nową próbą odpowiedzi zwłaszcza na te pytania, które także i dziś zadają mi często moi studenci, znajomi i koledzy z tej samej branży.

Bardzo bym chciał, aby ta swobodna rozmowa, z pogranicza solilokwium i wywiadu, ukazała czytelnikom nie tylko ryzyko, ale i piękno zawodowej i społecznej pracy z młodzieżą zagubioną i trudną. Aby ożywiła ona zapał u zmęczonych i wątpiących, ale też była wiadrem zimnej wody dla naiwnych, łatwowiernych i niebezpiecznie „nawiedzonych”. Aby przybliżyła i nieco skonkretyzowała to pedagogiczne przesłanie zacytowanego tutaj wiersza i aby sama stała się podobnym przesłaniem dla innych.

Rozmowa ta, z założenia, będzie prowadzona na wielu poziomach abstrakcji, dlatego ci, których ona bezpośrednio dotyczy wyczytają z niej zapewne dużo więcej niż inni. Mam jednak nadzieję, że może ona zainteresować nie tylko ludzi związanych z naszym zakładem i nie tylko studentów i pracowników resocjalizacji, ale także nauczycieli, wychowawców, uczniów i rodziców z różnych szkół i środowisk. Pisze ją więc dla tych, którzy kochają naszą polską młodzież, chcą ją skutecznie chronić od demoralizacji i którzy szczerze pragną: „by świat — lepszym był”.


Uwaga. Imiona wielu moich rozmówców, będą tu na ogół zmieniane i to z bardzo prostego powodu. Otóż — często tak jest, że doskonale, niemal dosłownie pamiętam zadawane mi niegdyś pytania, widzę w swej wyobraźni twarze i miny swoich dawnych rozmówców, ale ich nazwiska i imiona zatarły się już w mojej pamięci. Dotyczy to także wielu moich dawnych wychowanków i współpracujących z nami osób. Poza tym wprowadzani tu rozmówcy, ze względów praktycznych — syntetyzują zadawane mi pytania i reprezentują często niejedną, ale wiele podobnie myślących osób.

Unikam też wymieniania imion i nazwisk takich ludzi, o których wypowiadam się z przekąsem, albo dosyć krytycznie, gdyż jest bardzo prawdopodobne, że sobie tego nie życzą, a ja postanowiłem uszanować ich wolę. Mam bowiem świadomość, że moje wypowiedzi mimo wysokiej troski o ich rzetelność są jednak obarczone pewnym subiektywizmem lub jakimiś usterkami pamięci. Subiektywizm mój polega również i na tym, że w publicznych wypowiedziach, zdecydowanie hołduje owej pięknej zasadzie, że „Marny to ptak, co własne gniazdo kala” (C.K. Norwid), zwłaszcza, gdy niczemu dobremu to nie służy. Źle i smętnie o zakładach mówi i pisze przecież wielu. Bardzo często niesprawiedliwie! Mnie interesują jednak bardziej blaski niż cienie tej trudnej, ale ciekawej i pożytecznej pracy. Dlatego będę o niej pisał z należytą refleksją i zadumą, ale jednak — życzliwie i pogodnie. Sądzę, że jako długoletni pracownik resocjalizacji z tzw. pierwszej linii, a obecnie — emeryt, mam taki przywilej i mam takie prawo.

Imiona i nazwiska osób, którym wiele zawdzięczam — wymieniam tu oczywiście z prawdziwą przyjemnością i bardzo się cieszę, że przynajmniej do niektórych z nich mogę znowu wracać w kontekście opisywanych tu wydarzeń. Do innych być może także kiedyś powrócę — przy jakiejś kolejnej literackiej okazji.


xxxxx


Jest przyjemne, jesienne popołudnie — Dzień Nauczyciela (owa stara nazwa naszego święta, jakoś bardziej mi odpowiada), w domu pusto, cicho… jak u emeryta. Dobra więc okazja do refleksji i zadumy. Jakie zatem pytanie mój Aniele chciałbyś dziś wydobyć z zakamarków mojej pamięci?


Anioł: Pytanie proste i ostre — jako twój Anioł Stróż, wiem to lepiej niż inni, że byłeś wprost zakochany w swojej pracy z młodzieżą niebezpieczną i trudną — dlaczego więc ją porzuciłeś?


— Pracę? Czy — młodzież?


A: jedno i drugie…


— Widzę, że swój wywiad zaczynasz mój Aniele trochę dziwnie, bo od końca — niech więc i tak będzie. Ja pracy resocjalizacyjnej nigdy nie porzuciłem. Nadal ją przecież prowadzę i propaguję, ot chociażby w bezpośrednich kontaktach ze studentami.


A: Czyżbyś ich także chciał resocjalizować?


— Nie ma takiej potrzeby — na ogół oczywiście (bo studenci też bywają bardzo różni) — ale to właśnie oni, za kilka lat, a niektórzy już teraz, biorą się za bary z tym niesłychanie trudnym problemem, jakim jest żywiołowo rozwijająca się i bardzo dziś niebezpieczna przestępczość dzieci i młodzieży we współczesnym świecie.

Staram się więc im i tym, których to interesuje, przekazać trochę konkretnej wiedzy i trochę swego doświadczenia z tych dwudziestu kilku lat pracy w poprawczaku.


A: A kto według ciebie się do takiej właśnie pracy nadaje?


— Można by tu oczywiście wymienić bardzo wiele istotnych predyspozycji, pożądanych bądź też niezbędnych do podjęcia pracy w poprawczaku. Będąc dyrektorem, każdemu kandydatowi do pracy w naszym zakładzie, w luźnej rozmowie zadawałem zwykle — dwa, bardzo ważne, jak sądzę, pytania.

Pierwsze — ”Jakie masz pasje — zainteresowania?” Gdy ktoś mi mówił, że na razie to on żadnej pasji nie ma, ale na pewno wkrótce się czymś na serio zainteresuje — to ja kwitowałem to prostym stwierdzeniem, że na razie to ja też mu tylko podziękuję za rozmowę i szczerze radzę, aby poszukał sobie innej pracy. Jeśli jednak ktoś się czymś naprawdę interesuje, jeśli jest to jego autentyczne hobby, to jest duża szansa na to, że zarazi tym również swoich przyszłych wychowanków, że znajdzie z nimi wspólny język i mówiąc strategicznie, szybko ich zdobędzie i opanuje.

Drugie pytanie jest jednak nie mniej ważne, a może nawet — ważniejsze, choć pozornie błahe i wręcz nietaktowne. Oto ono: — „Czy masz poczucie humoru?”. Chodzi tu zwłaszcza o tzw. humor sytuacyjny. Byłem często świadkiem, jak osoby, mające wiele niewątpliwych zalet i rzucających się w oczy istotnych predyspozycji, zupełnie nie radzili sobie z naszymi wychowankami i musieli stąd odejść. Inni natomiast — zupełnie niepozorni, często nie mający żadnego typowo resocjalizacyjnego wykształcenia, nawet najtrudniejszych wychowanków „owijali wokół swego palca”. Prawie zawsze okazywało się wówczas, że są to jednak ludzie ze wspaniałym poczuciem humoru i w każdej trudnej, bądź wysoce stresującej sytuacji, potrafią ten humor dobrze wykorzystać. Mając wyraźnie ukształtowaną odpowiednią hierarchię wartości (to bardzo ważne!), na tych dwu mocnych filarach — pasji i humorze, chociaż oczywiście, że nie tylko na nich, można faktycznie zbudować swój pedagogiczny autorytet, niezbędny do owocnej i długotrwałej pracy w zakładzie.


A: Na moje pierwsze pytanie, odpowiedziałeś mi jednak trochę wymijająco i niedokładnie. Chodziło mi bowiem o to, dlaczego będąc w pełni sił i mając jeszcze tyle zapału, konkretnych pomysłów i zainteresowań, dysponując przy tym także wspomnianym tu poczuciem humoru — porzuciłeś jednak pracę w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich w Laskowcu? Pracę, która cię tak pasjonowała i która w dużym stopniu — była treścią twego życia.


— To rzeczywiście konkretne i proste pytanie. Odpowiedź na nie, nie jest niestety, aż tak prosta. Kilka lat bardzo wartościowego, moim zdaniem, „emeryckiego” dystansu, każe mi dziś nieco inaczej patrzeć na różne aspekty mojej zawodowej i społecznej pracy w Laskowcu — w tym także na własny wybór dnia jej formalnego zakończenia. Mam jednak nadzieję, że interesującą Cię odpowiedź na to konkretne pytanie uda się wyczytać z kartek naszej książki i należycie ją usytuować w hierarchii o wiele ważniejszych, jak sądzę, spraw i problemów. Muszę tu bowiem podkreślić, że z dwu powszechnie przyjętych rodzajów wywiadu: „wywiad dla problemu” i „wywiad dla osoby”, ten pierwszy jest tu dla mnie dużo ważniejszy.


A: Przy tak silnym powiązaniu pracy i życia, przeplatanka tych dwu rodzajów wywiadu, jest raczej nieunikniona, niemniej jednak postaram się pamiętać o twej intencji i twym nastawieniu do drążenia raczej problemów niż własnych spraw.


— To bardzo dobrze!


A: Wspomniałeś tu o studentach i o ich zainteresowaniach problemami współczesnej resocjalizacji. Oto za chwilę zjawi się przed tobą sympatyczna dziewczyna, studiująca właśnie resocjalizację i zada ci kilka pytań. Muszę też tu dodać, że jest to jedna z wielu, a właściwie jedna z kilkuset studentów, których zawsze chętnie gościłeś w swoim zakładzie.


— Studentka… tu… w zaciszu mojego ostrołęckiego mieszkania?


A: Tak! Jestem przecież aniołem i potrafię „wyczarować” tu i teraz, niemal realną obecność takiej dziewczyny, która przypomni ci pytania, nie tylko te, które ci rzeczywiście kiedyś sama zadawała, ale i te, które zadawało i nadal ci zadaje wielu innych studentów i pracowników z rozmaitych polskich i zagranicznych instytucji i uczelni.


— W porządku. Czekam więc na te… czary, chociaż to słowo kojarzy mi się z zupełnie inną klasą „Aniołów”.


Wiola: Oto jestem! Znowu ja. Tyle razy rozmawialiśmy, że tak powiem „pedagogicznie” po jednej, bądź po drugiej stronie zakładowych murów, w świetlicy, w stołówce, na grupie… na rajdach, spływach i wycieczkach, a ja nadal mam jeszcze tyle wątpliwości i pytań.


— To dobrze. Widać, że w tej trudnej problematyce nie szukasz tylko sensacji i egzotyki, chociaż i tego tam nie brakuje, ale poważnie myślisz o cieniach i blaskach swojej przyszłej pracy i to zapewne pracy w „poprawczaku”?


W: To prawda. Myślę o pracy w „poprawczaku”. Mam jednak zasadniczą wątpliwość; czy dziewczyna taka jak ja, nie żadna tam „Baba — Herod” ani żaden „aniołek Charliego”, tylko właśnie ja — podołam tym wszystkim zadaniom, jakie czekają mnie w mojej ewentualnej pracy w zakładzie.


— Powiem ci szczerze Wiolu — nie podołasz!


W: No właśnie?!


— Zaraz, zaraz… nie powiedziałem, że nie powinnaś tam pracować, ani że się do tej pracy nie nadajesz. Jak wiesz, w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów, nie jestem też kategorycznym przeciwnikiem zatrudniania kobiet w zakładzie. Powiedziałem tylko, że nie podołasz tym wszystkim zadaniom, które rzeczywiście tam na ciebie czekają. Jednakże, aby cię trochę uspokoić i pocieszyć, powiem ci więcej — ja po prostu, nie znam osobiście nikogo, kto by temu podołał, a jak wiesz w tej branży znam ludzi naprawdę bardzo wielu, w tym także tych wysoce operatywnych i szczególnie wartościowych. Po prostu ogrom zadań, jakie stawia przed takimi placówkami realna rzeczywistość, jest nie do udźwignięcia nawet dla prężnego zespołu wybitnych specjalistów, a co dopiero dla takiej młodej, niedoświadczonej choć pełnej zapału dziewczyny jak — ty.

Od nas — praktyków resocjalizacji — społeczeństwo domaga się… cudów. Tak, tak — właśnie… cudów! Bo czyż nie graniczy z „cudem”, szybka i trwała resocjalizacja groźnego bandziora? Takiego właśnie, który w swoim środowisku był demoralizowany przez wiele, wiele lat. Takiego, który był zapewne pozbawiony jakiejkolwiek, praktycznej profilaktyki i należytej opieki. Czy po dwóch, trzech latach pobytu w zakładzie, taki chłopak rzucony w objęcia tego samego kryminalnego środowiska bez żadnej „pomocy następczej” i najczęściej bez pracy i środków do normalnego życia, będzie już chciał, i umiał zachowywać się zawsze uczciwie i poprawnie? Czy będzie wtedy potrafił mówić twardo — nie?! Nie! — swoim wrodzonym lub nabytym skłonnościom, nie! — swoim takim, a nie innym kolegom, a nawet często… nie — swemu ojcu, matce i całemu temu światu, w którym wyrósł i do którego po tych dwu, trzech latach znowu musiał powrócić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Tak, to jest możliwe! Takie cuda, rzeczywiście się zdarzają, ale jak wszelkie cuda, są raczej wyjątkiem niż regułą. Zdarzają się więc dosyć rzadko, a mimo to, nie wolno nam rezygnować z wiary i nadziei, że resocjalizacja nieletnich ma sens i że może być ona coraz bardziej owocna i skuteczna.


W: To po co ja się w ogóle pcham do tego „cudownego” zawodu?


— Może właśnie dlatego, że jest to zawód rzeczywiście piękny, a może i… cudowny! Oczekiwania społeczne są bardzo wysokie i trudno im sprostać — to prawda. W tej pracy mamy jednak do czynienia z bardzo różnymi wychowankami. Wielu z nich ma realną szansę na trwałą poprawę swego zachowania już po kilku miesiącach pobytu w takiej placówce. Inni wymagają bardzo intensywnych i długotrwałych oddziaływań, ale ta ciężka praca przynosi w końcu bardzo cenne efekty. Są jednak i tacy wychowankowie, z którymi mimo naszej dobrej woli i wielkiego wysiłku nic się nie udaje i ponosimy wtedy pedagogiczną klęskę. Nie twierdzę, że są to osobnicy zupełnie „niewychowywalni” — chociaż wielu teoretyków i praktyków — taką kategorię wyróżnia. Chciałbym wierzyć, że tak radykalne twierdzenie jest jednak nie do końca prawdziwe. Być może w innych okolicznościach, albo po prostu ktoś inny — nawet w takich najtrudniejszych przypadkach potrafiłby jednak znaleźć skuteczną metodę na trwałą ich resocjalizację… bo jak to już ci powiedziałem — w tym zawodzie cuda się przecież zdarzają i wierzyć w nie warto.


W: No to trochę mnie Pan uspokoił i podbudował. Dziękuję!


— Spróbuję Cię „podbudować” jeszcze bardziej. Jak wiesz Wiolu, pracowałem kiedyś z dziećmi niewidomymi, pracowałem też w Domu Dziecka, nie są też mi obce inne typy szkolnictwa specjalnego. A czy wiesz jaka jest bardzo istotna różnica pomiędzy codzienną pracą w „poprawczaku” a pracą w innych placówkach szkolnictwa specjalnego?


W: Jaka?


— A taka, którą ja nazywam „zasadą podwójnej gardy”. Dzieci niewidome, głuche, kalekie, upośledzone itp. chcą, żeby im pomóc.

Ludzie także chcą i próbują im pomagać, choć nie zawsze wiedzą jak? Z wychowankami Schroniska dla Nieletnich lub „poprawczaka” jest zupełnie inaczej. Ci głęboko zdemoralizowani chłopcy i dziewczyny najczęściej nie oczekują od nas żadnej pomocy, wręcz jej… nie chcą! Oni mają swój złodziejski, bądź bandycki świat i wmawiają sobie, że jest im tam dobrze. Społeczeństwo, a zwłaszcza poszczególni jego ludzie, też na ogół nie wyrywają się ku nim z życzliwością i pomocą. Często ich po prostu — nienawidzą. Podwójna, twarda bariera. Podwójny… mur. Jeśli więc mimo tej podwójnej gardy, uda się jednak do takiego chłopaka lub dziewczyny dotrzeć i coś cennego w tej pracy osiągnąć, to i radość z tego, powinna być co najmniej… podwójna.


W: Matematycznie to się nawet zgadza…


A: Żebyś jednak tą matematyką zbytnio nie zamącił Wioli w głowie, pozwól, że podeślę ci kolejnego gościa.


— Który pewnie miał znacznie rzadszy kontakt z naszym zakładem i na ewentualną pracę z tego typu młodzieżą patrzy zapewne z mniejszym zapałem?


A: To prawda, jest to ktoś, kto nie był a jedynie bywał w zakładzie, ale z młodzieżą społecznie niedostosowaną ma on jednak kontakty służbowe niemal na co dzień. Oto on.


— Poznaję, poznaję… pan jest policjantem.


Kuba: Tak jest — jestem policjantem, ale także… studentem.


— I to pewnie — resocjalizacji?


K: Tak jest — resocjalizacji!


— A po co panu ta resocjalizacja? Awansu za to pewnie nie dają, a praca policjanta z „nielatami” do rozkoszy chyba nie należy.


K: Może to dziwne, ale ja na resocjalizację poszedłem z powodów zupełnie innych, wręcz odwrotnych niż Wiola. Ona bardzo lubi trudną młodzież i chce jej jakoś w życiu pomóc, ja przeciwnie — nienawidzę lumpostwa i chciałbym się dobrać im do skóry tak skutecznie, żeby im się raz na zawsze odechciało tych rabunków, gwałtów, napadów oraz innych przestępstw i wykroczeń.


— I ma pan nadzieję, że resocjalizacja panu w tym pomoże?


K: Tak sądzę! Im lepiej uda mi się ich rozszyfrować, tym łatwiej można będzie ich opanować, czyż nie tak?


W: Ależ to jakieś nieporozumienie, czy nawet pedagogiczna herezja! Nie chodzi tu przecież o to, aby ich opanować, chodzi o to, aby ich zmienić…


— Zmienić — a nie przekreślić… To prawda. Rzeczywiście chodzi właśnie o to. Przyznaję ci rację Wiolu, ale doskonale też rozumiem Kubę. Pewnie się zdziwisz, ale ja także bardzo nienawidzę lumpostwa, chamstwa, złodziejstwa i zalewającej nas fali przestępczości. Dlatego zdecydowałem się na pracę w poprawczaku. Narzekać na powszechne dziś chuligaństwo potrafi niemal każdy. Ja nie chciałem tylko narzekać. Chciałem coś konkretnego robić, aby jak w tej znanej oazowej pieśni, chociaż trochę — „…świat lepszym był”. Od Kuby, różni mnie może to, że staram się w przestępcy dostrzegać także człowieka. Czynów nie utożsamiam nigdy z osobą. Dla mnie jako katolika — życie i godność, nawet bardzo złego człowieka jest jednak świętością. Życia nikt nikomu nie daje, życie się tylko przekazuje. Daje je — Bóg. Dlatego zasługuje ono na szczególny szacunek i nie wolno go nigdy w nikim ani deptać, ani niszczyć, ani przekreślać. Dlatego nigdy nie byłem zwolennikiem kary śmierci, nawet dla najbardziej groźnych przestępców, ale na ten trudny i bardzo kontrowersyjny temat porozmawiamy być może innym razem. Tu chcę tylko powiedzieć, że zarówno pospolitego złodzieja jak i groźnego bandziora staram się rzeczywiście, jak mówi to Wiola, radykalnie zmienić — uszlachetnić, ale tak, aby żadnego z nich nie stłamsić i nie przekreślić. Którejś tam wiosny, na jakiejś zakładowej uroczystości, wziąłem za ramię stojącego opodal mnie wychowanka, spojrzałem mu głęboko w oczy i powiedziałem wprost:

Tak niedawno miałem też swój własny świat

I tęsknota tak jak Tobie wypełniała moje sny

I tak samo czułem wiosnę

wiosnę swych młodzieńczych lat…


Nie tak trudno mi zrozumieć

twoją niespokojną duszę

Kogoś kochasz za kimś tęsknisz

mnie tłumaczyć się nie musisz

Popatrz — wiosna! Świat się śmieje!

Tam nad Narwią kwitną łąki pachną bzy

A Ty co masz w swoich oczach

Oprócz buntu i… nadziei?

Może masz tam jeszcze… łzy?


Wsłuchaj się w muzykę i wsłuchaj w słowa

Uwierz, że po to tutaj jesteśmy

By to co dobre w Tobie ratować

Chcemy Cię zmienić — a nie przekreślić

A: Wiersz ten powtarzałeś jeszcze wiele razy, przy różnych okazjach i o różnych porach roku. Zmieniały się tylko niektóre jego słowa, pojawiały się w nim np. zimą kry, a jesienią — mgły, ale końcówka zawsze pozostawała taka sama. Zawsze chodziło ci o to, aby tych trudnych, młodych ludzi zmieniać, a nie przekreślać. Co ciekawe, wiersz ten zawsze wypowiadany był z taką intonacją i z taką prostotą, że doprawdy trudno było go odróżnić od zwyczajnej, spontanicznej rozmowy.


— Bo to była rozmowa. Co prawda, trochę wierszowana, ale jednak — rozmowa. Recytacją niewiele bym tu osiągnął. Taka prosta, szczera rozmowa ze stojącym tuż obok mnie zbuntowanym albo przygnębionym chłopakiem, uświadamiała mu zwykle tę podstawową prawdę, że jest on dla nas Kimś bardzo ważnym. Ważne jest jego życie i ważne są jego aktualne problemy. Najważniejsza jest jednak — jego przyszłość. Aby była ona bezpieczna i szczęśliwa dla niego i dla innych, on musi się zmienić, a my chcemy mu tylko w tym pomóc.

Nie chodzi nam o to, aby go zdeptać, upokorzyć, przekreślić ...chodzi o to, aby go pobudzić i włączyć do aktywnej pracy nad samym sobą. Wychowanie tym bowiem różni się od tresury, że zawsze powinno zmierzać do samowychowywania, a resocjalizacja — do samoresocjalizacji. Tresura przynosi co prawda konkretne efekty w zakładzie i często poprawia komfort bezpośredniej pracy z wychowankami bardzo trudnymi, ale przecież kiedyś oni wyjdą z tego zakładu, zmieni się radykalnie ich sytuacja możliwości, zabraknie takich samych lub podobnych mechanizmów sterujących i podobnych ograniczeń, a wówczas może się okazać, że są to ludzie nadal… albo jeszcze bardziej — dzicy, zdemoralizowani i niebezpieczni. Stosując tresurę zamiast wychowania, nie ocalimy też najprawdopodobniej tego, co jest w wychowanku dobre. A przecież każdy, nawet najtrudniejszy wychowanek taką iskierkę dobra w sobie posiada i nie wolno nam jej lekceważyć ani gasić. Często powiadam, że od tego, aby tych niebezpiecznych młodych ludzi łapać — jest policja i naprawdę życzę jej w tym wielkich sukcesów. Od tego, aby ich sądzić, są sądy. Niech więc ich sądzą sprawnie i surowo, bo taka jest potrzeba naszych czasów. Od tego jednak, aby w takim trudnym chłopaku czy dziewczynie, dostrzec ową małą iskierkę dobra i rozdmuchać ją w pożyteczny płomień… jesteśmy my — wychowawcy. Dlatego nasza praca jest taka kontrowersyjna, ważna i… piękna.


K: A jednak przyzna pan chyba, że wcale nie są piękne, te zdjęcia pokiereszowanych osób, zamordowanych lub zgwałconych kobiet, czy okaleczonych dzieci? Zdjęcia, których tak wiele znajduje się w aktach pana wychowanków.


— To prawda. Te zdjęcia rzeczywiście nie są piękne, a opisane w aktach czyny bywają czasem tak okrutne, że mimowolnie zaciskają się człowiekowi pięści. Przyznam się panu, że po tylu latach pracy w zakładzie, ja nie nauczyłem się jeszcze, przeglądać takich dokumentów z należytym spokojem i bez rozchwianych emocji.


W: A nie przeszkadza to potem panu w codziennej pracy?


— Przeszkadza i to bardzo! Ja niestety już na wstępie jakoś bardzo się uprzedzam do takiego nowego wychowanka, którego akta były dla mnie po prostu — wstrząsające. Patrząc na niego, wciąż widzę te właśnie zdjęcia pokiereszowanych przez niego osób, widzę i mocno czuję opisy dokonanych zbrodni i gdzieś bardzo, bardzo daleko i z wielkim trudem dostrzegam dopiero w tle tych strasznych dokumentów jakieś wylęknione oczy i beznadziejny wyraz twarzy. Już na wstępie rodzi się jakaś specyficzna nienawiść i odraza, którą potem jest mi bardzo trudno odrzucić czy pokonać. Szczególnie mocno uprzedzam się do różnych zwyrodnialców i gwałcicieli, a trafia ich do zakładu całkiem nie mało. Mieliśmy nawet wychowanka, który brutalnie zgwałcił własną matkę.


W: Więc jak pan sobie z tym radzi na co dzień? Przecież nie widać, aby w pana zachowaniu, czy w pana zawodowej pracy dominowała nienawiść albo chęć jakiejkolwiek zemsty.


— Szczerze?


W: Szczerze…


— Nie wiem jak inni moi koledzy, ale ja od wielu już lat, takich dokumentów po prostu wcale nie czytam. Łamię w ten sposób niestety ważną i obligatoryjną zasadę, że zanim dowiozą mi nowego wychowanka, ja powinienem o nim jak najwięcej wiedzieć i doskonale znać jego akta. Właśnie dlatego, są one często tak bardzo obfite i przychodzą i tak z dużym wyprzedzeniem.


K: A więc — unik?!


— Tak — unik. Proszę pana, mamy tu bowiem do czynienia z klasycznym dylematem: prawo czy sumienie? Prawo mi mówi — czytaj! Poznaj dokładnie tę całą brutalną prawdę o swoim przyszłym wychowanku. Sumienie natomiast podpowiada — nie! Nie czytaj, bo już na starcie się do niego uprzedzisz. Bo wbrew własnej woli od razu go przekreślisz i osądzisz. Od sądzenia są jednak inne osoby i inne, wyspecjalizowane instytucje. Ty masz go zmienić, wychować, uszlachetnić...Masz odszukać w nim iskierkę dobra i rozdmuchać ją w jak największy płomień. To wysokie uprzedzenie i ten twardy, doraźny osąd, na pewno ci w tym nie pomoże. Mając taki trudny dylemat — ja zwykle, słucham się wówczas najważniejszego swego szefa, czyli — sumienia. Zresztą ten dylemat: ”prawo czy sumienie”, w naszej pracy występuje dosyć często i pewnie nieraz jeszcze będę tu o nim wspominał.


K: Jako policjant, mam na ten temat, trochę inne zdanie…


— Ale ja nie jestem policjantem, tylko wychowawcą. Mam jednak ogromny szacunek i podziw dla ludzi w niebieskich mundurach, jeśli tylko naprawdę są ludźmi. Bezmyślne, bądź też celowe niszczenie autorytetu policjanta, księdza czy nauczyciela uważam za ogromną głupotę i pospolite draństwo. Płacimy za to bardzo wysoką cenę, między innymi, żywiołowym wzrostem chuligaństwa i przestępczości w naszych szkołach i na naszych ulicach.


K: Tu się z panem zgadzam. Autorytet to ważna sprawa. Ważna jest jednak i siła. Silna i sprawna policja jest dziś bardzo potrzebna, dlatego się zdecydowałem na ten trudny i bardzo niewdzięczny zawód. Proszę mi jednak powiedzieć, jak reagowali pańscy przełożeni na to ewidentne uchylanie się od wspomnianego tu służbowego obowiązku, gruntownej znajomości „nielata” jeszcze przed dowiezieniem go do zakładu?


— Niektórzy, zapewne wcale o tym nie wiedzieli. Ja jednak nie robiłem z tego żadnej tajemnicy i przy okazji różnych spotkań i kontroli często o tym otwarcie mówiłem. Spotykało się to być może ze zdziwieniem, ale nigdy z wyraźną dezaprobatą, a często nawet mogłem liczyć na życzliwe zrozumienie. Okolicznością łagodzącą był zapewne fakt, że doskonale znałem swoich wychowanków. Dziesiątki i setki spędzonych razem z nimi godzin, nie tylko w murach zakładu, ale także w namiotach, przy ognisku, na rajdach, biwakach czy spływach, dawało mi doskonałą okazję do gruntownego poznawania ich skomplikowanych osobowości.


W: Ale o nowych wychowankach wiedział pan pewnie bardzo niewiele?


— I ty to zauważyłeś?


W: Nie! Raczej nie!


— No właśnie. Nowych wychowanków zawsze zna się trochę słabiej i dlatego mniej im się ufa i mniej wierzy. Muszę tu jednak coś ważnego dodać czy sprostować. To nie jest tak, że ja te akta całkowicie bojkotuję i nigdy do nich nie wracam. Mnie potrzebny jest pewien okres czasu na to, aby takiego nowego chłopaka trochę poznać. Jeśli go już trochę lepiej poznam i zobaczę w nim nie tylko groźnego bandziora, ale i kawałek normalnego człowieka — to wtedy jestem już gotów do czytania jego akt. Nawet jeśli są one rzeczywiście wstrząsające, to jednak patrząc na tego chłopaka, widzę już potem najpierw jego oczy, a dopiero gdzieś w tle -całą tą straszną dokumentację i te czasem bardzo mocne i przygnębiające zdjęcia.


W: To jak wygląda Pana pierwszy kontakt z takim nowym wychowankiem?


— Zaraz po dowiezieniu takiego wychowanka do schroniska czy zakładu, zapraszam go zwykle do swego gabinetu na dość długą rozmowę. Rozmawiamy wtedy o jego domu, o szkole, kolegach, o jego zainteresowaniach, problemach i o tym, co chciałby robić w przyszłości. Prawie zawsze, w sposób spontaniczny, obok wątku — „kim jesteś?” i” kim możesz być”, pojawia się też wtedy wątek — „za co tu jesteś?”. Staram się jednak tego wątku w tej pierwszej rozmowie zbytnio nie eksploatować. Podkreślam raczej, że do tego trudnego tematu wrócimy w bardziej odpowiednim czasie, a teraz chciałbym, aby sobie uświadomił, że oto zaczyna się dla niego nowy etap jego życia. Los podarował mu kolejną czystą kartę, na której będzie pisał swój dalszy życiorys. Jaki będzie ten zapis? — To zależy od bardzo wielu czynników — mówię, patrząc mu prosto w oczy, ale najbardziej będzie zależeć to od Ciebie samego. Mówię mu też i o tym, że spotka się tu z życzliwością i z pomocą, na jaką być może wcale nie zasługuje i głupotą by było z tego nie skorzystać. Lojalnie go też ostrzegam, że mimo tej deklarowanej życzliwości i autentycznej chęci pomocy — mięczakami ani pieszczochami tutaj nie jesteśmy i nikt z nas „po głowie sobie jeździć nie da”. Będzie dla niego na pewno dużo lepiej, jeśli uwierzy w to na słowo.

Jeśli dostrzegam w takim nowym wychowanku wybujałe tendencje przywódcze i wyraźną ochotę do dominowania, buntu lub lekceważenia formalnej hierarchii — to z uśmiechem, ale bardzo stanowczo zaznaczam też, że w tego typu instytucji jest miejsce tylko dla jednego — naczelnego dyrektora. To on podejmuje ostateczne decyzje i to jemu podlegają tu wszyscy pracownicy i wszyscy wychowankowie. Tak się składa, powiadam, że dyrektorem jestem tu właśnie — ja. Czy się to komuś podoba, czy nie, dopóki nim jestem, to ja tu rządzę i ja za ten zakład odpowiadam. Nie próbuj więc mnie w tym wyręczać, ani w tej roli zastępować. Im szybciej i lepiej to zrozumiesz, tym łatwiej będzie ci tu żyć, uczyć się i pracować, i z tym większą życzliwością i pomocą spotkasz się z mojej i nie tylko mojej strony. Następnie patrząc mu dalej prosto w oczy mocno i ciepło podkreślam, że od tej pory jest on naszym wychowankiem, czyli kimś bardzo dla mnie ważnym. Biorę go za ramię i szczerze mu życzę, aby z każdym dniem stawał się on coraz lepszym, radośniejszym i coraz wartościowszym człowiekiem.

Po tym krótkim wywodzie zadaję mu jeszcze jedno, „kontrolne” pytanie.

— To, kto jest tu najważniejszy?

Wychowanek wówczas albo nie mówi nic i tępo patrzy w okno lub w ziemię, albo stwierdza z widocznym przekonaniem:

— Pan, panie dyrektorze!

— Otóż — nie! — Dyrektor, jak ci powiedziałem, tu tylko rządzi. Najważniejszymi osobami — jesteście jednak tutaj Wy — nasi wychowankowie i chciałbym, abyś zawsze o tym pamiętał, wysoko sobie to cenił i naprawdę to szanował. Wówczas być może szybciej niż myślisz, będziesz mógł mieć istotny udział także w tym moim rządzeniu, bo mądry i aktywny samorząd wychowanków, może być przecież bardzo ważnym organem doradczym dla naszej kadry i dla dyrektora. Atmosferę wychowawczą w tym zakładzie ciągle budują nie tylko pracownicy i dyrektor, ale także nasi wychowankowie. Im jest ona lepsza, tym łatwiej jest tu żyć i tym cenniejsze są efekty naszej wspólnej pracy, a oto przecież nam tu chodzi — prawda?

Wychowanek z lekkim uśmiechem najczęściej mi wtedy przytakuje, a ja także z uśmiecham podaję mu rękę.


A: Nie wiem, czy zauważyłeś, ale od wielu już minut wypowiadasz się w czasie teraźniejszym, tak jakbyś tam nadal pracował.


— Rzeczywiście chyba się trochę zagalopowałem — przepraszam. Sam się temu dziwię, ale ja ciągle jeszcze bardzo silnie identyfikuję się z zakładem i często mi się zdarzają tego typu przejęzyczenia.


W: Jest to bardzo sympatyczne!


A: Ja też tak myślę! Skoro tak bardzo żyjesz jeszcze problemami swojego zakładu, to myślę, że lepiej będzie, jeśli dam ci nieco więcej swobody do bardziej spontanicznych i szerszych wypowiedzi. Nasz dalszy wywiad odłóżmy więc na inną, bardziej stosowną okazję, albo nawet do następnej twojej książki. Myślę, że ten krótki jego fragment tymczasem tu wystarczy i można go potraktować — jako pewne, dosyć intymne wprowadzenie do twych dalszych refleksji na interesujące nas tematy.


— Świetnie, tylko mój drogi Aniele nie żądaj ode mnie przy tej okazji jakiejś usystematyzowanej autobiografii, czy opasłego podręcznika resocjalizacji. W swoim życiu, a zwłaszcza w pracy, jak to dobrze wiesz, niemal bez przerwy coś tam planowałem, porządkowałem, tworzyłem bądź organizowałem, więc przynajmniej teraz, na emeryturze — nie chciałbym już na to poświęcać swego, coraz szybciej biegnącego czasu.


A: W porządku! Pisz swobodnie, spontanicznie i wybiórczo o tym co jeszcze dziś uważasz za ciekawe, dziwne lub potrzebne. Jako twój Anioł, będę śledził to z dużą uwagą i być może tylko czasem coś tam ci dyskretnie zasugeruję lub po cichu zadam ci jakieś dodatkowe pytanie.

1. „Przepraszam Cię mamo” — o matkobójcy i wyrzutach sumienia

— Andrzej, co z tobą?

— Chcę jechać na grób swojej matki!

 Ty? Na jej grób? Przecież to ty ją zabiłeś?!

— Zabiłem, zabiłem! Ale chcę jechać!

— Po co?

— Chcę jej powiedzieć… „przeeepraszam Cię, maaamo…”


Andrzej na chwilę przestał walić głową w żelazną kratę zabezpieczającą drzwi do izolatki i spojrzał na mnie niesamowicie smutnym i wylęknionym wzrokiem. Tego dnia, o nic więcej go już nie pytałem.

W zakładzie poprawczym w Laskowcu k/Ostrołęki pracowałem już od wielu lat. Od samego początku jego powstania. Nauczyłem się tu psychicznej odporności oraz trudnej sztuki sterowania swymi emocjami. Jako wychowawca, nauczyciel a potem dyrektor przeżyłem tu wraz z kolegami i wychowankami setki niezwykle ciekawych, choć czasem dość trudnych — nocy i dni. W poprawczaku nie ma miejsca dla mięczaków i ja zapewne mięczakiem nigdy nie byłem. Muszę jednak przyznać szczerze, że ta absolutnie niespodziewana prośba Andrzeja wypowiedziana z wielkim trudem i niesamowitą intonacją, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W swej wyobraźni, niemal jak w filmowym studio ujrzałem nagle dwie jakże różne i wręcz wykluczające się sceny. Na jednym ekranie widzę bardzo wyraźnie jak młody, mizernej postury chłopak z pończochą na głowie, dziobie bez opamiętania długim nożem jakąś kobietę, o której wiem, że to jego matka… i wiem, że jest ona w ciąży. Siedemnaście głębokich ran — zadanych kuchennym nożem! Podwójne, okrutne zabójstwo! Koszmar! Jak przez mgłę widzę jednak i drugi ekran. Mały, wiejski cmentarz. Skromna, świeża mogiła. Pusto… cicho? Nie! Wcale nie cicho! Słyszę w swej wyobraźni szarpiący, gardłowy jęk, chyba… płacz. Widzę leżącego na grobie, tego samego, mizernego chłopaka. I wiem, czuję to, że matka także go widzi… i słyszy. Czy mu przebaczy? Nie wiem. Prawdziwa matka jest zawsze matką i wierzę, że taką zostaje nawet po śmierci. Nawet wtedy, gdy śmierć jest tak straszna? Gdy przychodzi z ręki własnego syna? Nie wiem. Nie jestem matką — nie wiem… Myślę jednak, że to dramatyczne spotkanie, z dala od sędziów, od ludzi, przy grobie, jest dla obojga czymś niesłychanie ważnym — jest im bardzo potrzebne.

Spojrzałem raz jeszcze na skuloną postać szlochającego w kącie Andrzeja. Bez słowa odszedłem do swego gabinetu. W mej wyobraźni nadal walczyły ze sobą dwie sceny. Wyjrzałem przez okno na tak dobrze mi znane betonowe mury, żelazną bramę i stalowe kraty. Co robić? Jak rozwiązać ten problem? Bo problem był… i nie mogłem udawać, że go nie ma albo, że nic mnie on nie obchodzi.

Kilka lat wcześniej mieliśmy wychowanka, który zabił swego ojca. Początkowo nie wykazywał on żadnej skruchy. O tym tragicznym i bestialskim wydarzeniu opowiadał z zimnym uśmiechem na ustach. Drwił sobie z życia i drwił ze śmierci. Ku zaskoczeniu nas wszystkich, w końcu i jego dopadło „sumienie”. Zaczęły go dręczyć koszmary, przerażające sny. Niebezpieczne próby samobójcze i wciąż pogłębiający się obłęd stał się bezpośrednią przyczyną umieszczenia go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, gdzie pozostanie być może do końca swego życia.

Z Andrzejem zaczęło się dziać to samo. Podobnie rozbiegane oczy, te same rozpaczliwe gesty, ciągłe kręcenie się w kółko, walenie głową w kraty i w mur. Był on także na prostej, stromej drodze do samobójstwa albo do obłędu. Dla mnie, jako dyrektora, katolika i człowieka, to alternatywne i ze względu na jego kruchą osobowość, zapewne dość rychłe zamknięcie problemu było po prostu nie do przyjęcia. Tendencja do samobójstwa była u niego zbyt wielka, aby nie brać jej po uwagę.

Można powiedzieć: ten chłopak zasłużył przecież sobie na taką udrękę i tak podły los. Zasłużył na obłęd, a może i na …śmierć. Czy można tak powiedzieć? Można. Wielu ludzi tak właśnie dziś mówi i nie wolno tego ani lekceważyć ani zbyt pochopnie potępiać. Proszę wczuć się w rolę ojca, któremu np. zamordowano ukochane dziecko. Czy możemy oczekiwać od niego litości dla mordercy? Czasem się to zdarza — u ludzi nadzwyczajnych lub… świętych. Najczęściej jednak ból jest zbyt wielki aby zrozumieć, że każde życie jest bezcenną wartością. Życie mordercy — też… i nigdy, nikomu nie można płacić śmiercią za śmierć. Życia nikt nikomu nie daje — życie się tylko przekazuje — jest ono zawsze… świętością! Od poczęcia, aż do naturalnej śmierci.

Mimo że jestem zdecydowanym przeciwnikiem kary śmierci, w telewizyjnym programie Teresy Torańskiej, publicznie kiedyś przyznałem, że nie wiem, jak bym się sam zachował w przypadku zabójstwa kogoś szczególnie mi bliskiego. Być może również nie zdołałbym pokonać swego bólu i także żądałbym wówczas kary śmierci. Nie chcę jednak, aby na takich osobistych nieszczęściach i wypaczonych bólem żądaniach, budowane było nasze współczesne prawo. Kara, zwłaszcza za zabójstwo, nie może być nigdy jednocześnie humanitarna i sprawiedliwa. Jako pedagog mam ten komfort, że nie muszę, a nawet nie powinienem być sprawiedliwy. I nie jest to żadna herezja. W hierarchii etycznych wartości, sprawiedliwość prawie nigdy nie zajmowała najwyższego miejsca. Zwykle znacznie wyżej od niej stoi miłość, skuteczność a czasem rozsądna surowość lub… przebaczenie.

Pracując „na co dzień” z młodzieżą zagubioną i trudną, trzeba to wiedzieć i o tym pamiętać. We współczesnej resocjalizacji naszej trudnej młodzieży, rzeczywiście nie chodzi o sprawiedliwość- chodzi raczej o skuteczność. Często powtarzam, że od tego, aby łapać chuliganów i przestępców — jest policja. Niech więc ich łapią, jak najszybciej i najsprawniej. Od tego, aby ich sądzić, są sądy i niech ich sądzą, sprawiedliwie i surowo. Od tego jednak, aby w młodym człowieku — przestępcy, dojrzeć iskierkę dobra i rozdmuchać ją w jak największy płomień — jesteśmy właśnie my — pedagodzy. Dlatego nasza praca jest taka trudna, kontrowersyjna i… piękna, i dlatego jest ona dziś tak ważnym, społecznym zadaniem.

Taką małą iskierkę zobaczyłem wówczas w oczach tego chłopaka- mordercy, w oczach Andrzeja. Właściwie, to nawet nie wiem, czy ją zobaczyłem — ja ją raczej usłyszałem … w trzech prostych słowach — „przepraszam Cię mamo”.

Jak wyżej wspomniałem, w tym poprawczaku pracowałem już od wielu lat. Dyrektorem tej placówki byłem jednak zaledwie kilka dni. Mimo to, a może — tym bardziej dlatego, zdawałem sobie sprawę z ciężaru mojej osobistej odpowiedzialności za wszelkie związane z Andrzejem decyzje. Było bowiem jasne, że czeka go wyjątkowo poważna sprawa za podwójne morderstwo, a potem wiele, wiele lat więzienia. Do czasu tejże sprawy Andrzej miał przebywać w naszym Schronisku dla Nieletnich, z zaleceniem wzmożonego nadzoru i wnikliwej jego obserwacji. Bez zgody sądu, jakiekolwiek jego wyjście poza schronisko było nie do pomyślenia, a zgoda sądu, była w tej konkretnej sytuacji po prostu nierealna. Pojawił się więc klasyczny dylemat: prawo czy sumienie? Czego w tym wypadku powinienem posłuchać? Prawo mówiło wyraźnie — bez zgody sądu nie wolno ci go puszczać nigdzie, a już na pewno nie na grób matki, którą tak niedawno przecież zabił. W swoim sumieniu słyszałem jednak — puść go! Niech jedzie, bo oszaleje. Niech ją przeprosi… i szybko wraca, aby ponieść w pełni zasłużoną karę.

Po głębokim namyśle skontaktowałem się telefonicznie z jego sądem. Najpierw — cisza w słuchawce, a potem wymowny okrzyk równoczesnego zdziwienia i oburzenia. Równie wymownych i łatwych do wyobrażenia gestów, na szczęście nie musiałem oglądać, ale zdziwiłbym się gdyby ich wówczas nie było. Pomyślałem, że jest jeszcze Ministerstwo Sprawiedliwości — może tam ktoś postara się zrozumieć mój dylemat. Zadzwoniłem. Znowu cisza, ale nieco krótsza, a po chwili ciepły, spokojny głos — Panie Ryszardzie, pan wie, że pana bardzo szanujemy, więc umówmy się, że tego telefonu w ogóle nie było — tak będzie najlepiej… i niemal szeptem: niech pan nie ryzykuje — nie warto! W tym momencie straciłem wszelką nadzieję na jakąkolwiek pomoc w rozwiązaniu tego, przerastającego mnie problemu. Postanowiłem, więc powiedzieć Andrzejowi, że jego prośba nie może być spełniona i że musi nauczyć się z tym żyć. Poleciłem strażnikowi, aby wyprowadził z przejściówki Andrzeja i zostawił go w moim gabinecie. Po rutynowym podpisaniu kilku dokumentów, wziąłem do ręki teczkę Andrzeja i jeszcze raz zacząłem czytać jego życiorys i jego zeznania. W pewnym momencie spojrzałem mu prosto w oczy i zapytałem:

— „Jaka jest szansa, że po odwiedzeniu grobu matki, nie będziesz próbował uciekać, i że wrócisz z powrotem do Laskowca?”

Andrzej popatrzył na mnie zrezygnowanym wzrokiem i powiedział krótko:

— 20 procent.

— Dwadzieścia procent szansy na to, że uciekniesz?

— Nie, panie dyrektorze! Dwadzieścia na to, że wrócę.

Zaskoczyło mnie to zupełnie. Myślałem, że powie przynajmniej pół na pół.

— Dlaczego?! — Spytałem.

— Bo strasznie boję się więzienia.

No cóż, nawet dla kryminalistów matka zawsze była i dziś także jest świętością, dlatego matkobójcy we więzieniach są rzeczywiście traktowani wyjątkowo okrutnie… Często tego nie wytrzymują i targają się na własne życie. Andrzej już o tym wiedział i jego paniczny strach był w pełni uzasadniony, tym bardziej, że i tu w zakładzie trzeba było go bez przerwy izolować i chronić przed agresją niemal wszystkich wychowanków. Wzruszyła mnie jednak ta szczera samoocena szansy jego powrotu z ewentualnego wyjazdu na cmentarz. Był on w tym momencie jakoś tragicznie uczciwy. Wiedział, że tym stwierdzeniem sobie nie pomaga, przeciwnie — zaprzepaszcza wszelką szansę, a mimo to powiedział prawdę.

Niemal odruchowo, ująłem go mocno za ramiona i patrząc mu prosto w oczy powiedziałem:

— Bardzo dobrze, że mówisz prawdę. Doceniam to, chociaż martwi mnie tak mała szansa twojego powrotu. Zaryzykuję… pojedziesz na to niezwykłe spotkanie z twoją matką. Pojedzie też z tobą wychowawca, który ma dłuższe nogi niż twoje i będzie miał ze sobą sznurek. Jeśli będziesz próbował uciekać, zwiąże cię jak baleron. Nie rób więc cyrku na grobie własnej matki.

Zaskoczyła Andrzeja moja wypowiedź. Po chwili widocznego niedowierzania wydusił z siebie:

— Dziękuję, dziękuję… obiecuję Panu, że nie będę uciekał, ani z cmentarza ani z tego zakładu — nigdy! Nigdy! Dziękuję…

Andrzej wkrótce pojechał na grób swojej matki, chociaż prawie wszyscy koledzy mi to szczerze odradzali. W przypływie zwykłego, ludzkiego współczucia, kierując się swym pedagogicznym sumieniem — dałem mu jednak słowo, a słowo w tej pracy musi być słowem. Wszyscy wiedzieli, że danego słowa ja nigdy nie łamię.

Pojechał też z Andrzejem doświadczony wychowawca, który rzeczywiście zabrał ze sobą sznurek — na wszelki wypadek. W zakładzie bowiem nie wolno jest używać kajdanek, co w niektórych sytuacjach jest po prostu nonsensem. Nie sądzę przecież, aby sznurek był bardziej bezpiecznym i bardziej humanitarnym środkiem zaradczym niż kajdanki, a takich przykrych środków, niestety używać czasem trzeba.

Spotkanie Andrzeja z matką było — wstrząsające. Długo leżał na jej grobie miotany głębokim żalem i płaczem. Tę przejmującą scenę, zupełnie przypadkiem zobaczyła jego babka. Coś w niej również pękło. Podeszła do Andrzeja, przytuliła go do siebie, a po chwili wysupłała z chusteczki parę złotych i wcisnęła mu do ręki. Andrzej pochodził z bardzo biednej rodziny. Po tym strasznym zabójstwie, wszyscy się go wyrzekli. Nie otrzymywał więc dotąd żadnych paczek ani listów. Ten spontaniczny gest starej, biednej kobiety zrobił na nim i na wychowawcy ogromne wrażenie. Powiedział mi później, że teraz będzie mu trochę łatwiej we więzieniu, gdyż wie, że ma do kogo wracać. Prawdę mówiąc, niewiadomo czy po jego wyjściu na wolność babka będzie jeszcze żyła, ale sama ta świadomość, że i na niego ktoś jednak czeka, była czymś bardzo ważnym, tak jak i niesłychanie ważne było całe to spotkanie, które można uznać jako wyjątkowo dramatyczne — pojednanie sprawcy… z ofiarą.

Czy Andrzej z tego cmentarza mógł wtedy uciec i nie wrócić do zakładu? Mógł! Ja oczywiście, bardzo szybko przestałbym być wówczas nie tylko dyrektorem, ale i wychowawcą, co byłoby dla mnie prawdziwą klęską, gdyż pracę tę bardzo lubiłem, a może nawet jak to mówiono, byłem w niej wręcz … zakochany. Głęboko jednak wierzyłem, że Andrzej tego nie zrobi — nie ucieknie. Andrzej miał swój honor — a czy to nie jest często o wiele lepsze zabezpieczenie niż betonowe mury i żelazne kraty? W swej długoletniej pracy z młodzieżą trudną, miałem możność przekonać się o tym wielokrotnie. Honor rzeczywiście bardzo skutecznie chronił naszych wychowanków od różnych impulsywnych zachowań oraz wielu niebezpiecznych wykroczeń i ucieczek. Była więc realna szansa na to, że tak będzie i tym razem. Jest też wielce prawdopodobne, że przy bardzo lichym, ówczesnym zabezpieczeniu technicznym naszego zakładu, Andrzej dręczony coraz większym lękiem, samotnością i coraz mocniejszymi wyrzutami sumienia, znalazłby w końcu sposobność do ucieczki z zakładu.., albo z życia, więc byłaby to zapewne ucieczka bardzo tragiczna lub groźna.

Dręczący mnie dylemat: prawo czy sumienie, postanowiłem wówczas mimo ewentualnych konsekwencji, rozwiązać tak jak mnie uczono w rodzinnym domu: gdy masz poważną wątpliwość — uważnie słuchaj sumienia. Czy jednak na pewno złamałem wtedy prawo? Sądziłem, że tak. Dziś nie jestem tego taki pewny. Gdzież, bowiem są faktyczne granice zakładu poprawczego, czy schroniska? Czy wyznaczają je po prostu kraty w oknach? Czy może — mur i żelazna brama? Albo miedza na naszym, przyzakładowym polu? A może granice zakładu czy schroniska są tam, gdzie są służbowo i moralnie odpowiedzialni za ten zakład ludzie?! Jeśli tak, to Andrzej nigdy nie opuścił naszej placówki. Ciągle był pod naszą bezpośrednią opieką i może, oficjalna zgoda sądu, na tego typu dozorowany wyjazd, nie była wcale potrzebna? Rozmawiałem na ten interesujący nas temat z wieloma prawnikami i wieloma pedagogami, i ich zdania były mocno podzielone, tym bardziej, że argumenty na rzecz tej ostatniej interpretacji są dość liczne, i pragmatycznie rozsądne.

Rodzi się jeszcze jedno pytanie: dlaczego ten niewątpliwie wrażliwy i honorowy chłopak, bez żadnej kryminalnej przeszłości, z biednej, ale nie patologicznej rodziny — zabił własną matkę? Matkę, którą kochał i szanował… Moim zdaniem, zrobił to ze wstydu i strachu…, ale jest to już zupełnie inny temat i inne, związane z nim refleksje.

Komentarze z Internetu:


— studentka:

„bardzo podziwiam pańskie podejście do wychowanków. W dzisiejszych czasach niewiele jest osób, które swoją pracę z trudną młodzieżą traktują jak pasję i szczerze ją kochają. To wielkie wyzwanie zarówno dla człowieka jak i pedagoga traktować takie osoby jak normalnych ludzi a nie tylko jak przestępców, którzy zasługują jedynie na potępienie.”


— ilka:

„A ja mam do Pana pytanie, jak zachowywał się Andrzej podczas pobytu w Laskowcu po wizycie na cmentarzu? Wizyta ta wpłynęła na jego samopoczucie i późniejszy rozwój? i czy faktycznie nie starał się uciekać?”


-R.Makowski|

„Ta wizyta na cmentarzu miała ogromny, pozytywny wpływ na jego samopoczucie. Aż do wywózki do więzienia, nigdy nie próbował uciekać, nawet wtedy, gdy był ze mną w Bieszczadach i na innych rajdach. Z więzienia bardzo długo jeszcze  pisał  nas listy..."

2, „Do widzenia dzieciaki” — o sprytnym Mikołaju

Chłopaki z poprawczaka mają często bardzo ciekawe pomysły, mają swój złodziejski honor i maja też — gest.

Było to w pierwszych latach istnienia Zakładu Poprawczego w Laskowcu. Pracowałem wtedy jako młody wychowawca na jednej z grup. Dzięki wspanialej osobowości naszego pierwszego dyrektora Janusza Dziedzica i pełnych zapału ówczesnych pracowników, atmosfera wychowawcza w naszym zakładzie była wręcz znakomita. Sen z powiek spędzały nam jednak ucieczki, które się przecież w tego typu placówkach wszędzie zdarzają i za które, główny ich winowajca, czyli najczęściej — właśnie młody wychowawca — ponosi zwykle surowe konsekwencje. Wychowankowie o tym wiedzieli i mimo swych naturalnych ciągot do tzw. „wolności” (czytaj — swawoli) często się jednak zastanawiali nad tym — czy, jak i komu uciec. Czasem wręcz obiecali, że np. „panu to ja nigdy nie ucieknę” albo:, „jeśli mi pan zaufa i puści mnie teraz do sklepu — to na pewno wrócę, bo nie chcę, aby przeze mnie miał pan wychowawca jakieś przykrości”. Był to bardzo cenny przejaw jakiegoś „zakładowego honoru” i wzajemnej życzliwości.

Mimo tak honorowej postawy wielu naszych wychowanków zdarzali się oczywiście i tacy, zwłaszcza „świeżacy” albo tzw. ”zakładowe łajzy”, którym było wszystko jedno — komu i jak uciekną, byle tylko uciec i nie dać się szybko złapać. Nie byli oni jednak lubiani ani przez pracowników ani przez samych wychowanków, nie mieli więc żadnego istotnego wpływu na ówczesną, znakomitą, jak już zaznaczyłem, atmosferę naszej placówki.

Myślę, że dzięki tej atmosferze właśnie, nasi ówcześni wychowankowie, postanowili z własnej inicjatywy i samodzielnie zorganizować zabawę choinkową dla dzieci pracowników z naszego zakładu. Trzeba przyznać, że zrobili to bardzo pomysłowo i naprawdę dobrze. Najpierw była potańcówka, przeplatana różnymi śmiesznymi konkursami, potem poczęstunek — napoje, ciastka, słodycze. Główną atrakcją tej imprezy był jednak — kulig na saneczkach po pobliskim lesie, zakończony wspaniałym ogniskiem z różnymi niespodziankami.

W pewnym momencie ku zaskoczeniu nas wszystkich z głębi lasu na pięknym (pożyczonym z wioski) koniu wyjechał prawdziwy Mikołaj. Ubrany był on oczywiście w czerwony (też pożyczony) strój biskupa, w jednym ręku trzymał cugle, a w drugim wielki pastorał. Do konia przytroczone były pękate wory, w których oczywiście były — świąteczne prezenty. Dzieciaki i my wszyscy przywitaliśmy Mikołaja gromkimi oklaskami, a on wkrótce zaczął rozdawać dzieciom podarki. Po skończeniu tej zaszczytnej swojej misji — wygłosił uroczystą przemowę, w której mocno podkreślił, że mają się dobrze uczyć, zawsze słuchać rodziców i swoich nauczycieli, a wtedy na pewno nie trafią tu czyli… do poprawczaka. W końcu — powiedział z żalem: „a teraz Mikołaj musi się już z wami pożegnać — czeka go jeszcze długa, długa droga — do widzenia dzieciaki, do widzenia…”

Wszyscy wraz z dyrektorem, pomachaliśmy rękoma sympatycznemu Mikołajowi, a on także nam machając, powoli odjechał na swym gniadym koniu w tzw. siną dal. Koń niebawem wrócił z przytroczonym do grzbietu pastorałem i kompletnym strojem Mikołaja, a Jacka, który tak znakomicie odegrał tą zaszczytną rolę — nie ma do dziś. Podobno ukrywał się gdzieś, początkowo pośród Cyganów (był do nich bardzo podobny), a potem jeździł po Polsce, pracując w różnych tzw. wesołych miasteczkach, co dla mnie nie jest wcale dziwne — gdyż naprawdę bardzo lubił dzieci.

Gdyby go kiedyś złapano i dowieziono do naszego zakładu — ja osobiście wcale bym go za tę ucieczkę nie karał. Przeciwnie- pogratulowałbym mu świetnego pomysłu. A swoją drogą to — konia odesłał, pożyczony od księdza strój — także honorowo zwrócił. Jest tylko pytanie: czy i komu — on naprawdę uciekł? Przecież szczerze zameldował dyrektorowi i swoim przełożonym, że oto udaje się w długą drogę, grzecznie powiedział nam do widzenia, a my wszyscy wraz z dyrektorem, na pożegnanie pomachaliśmy mu nawet ręką.

Nie wiem gdzie teraz jesteś — Jacku. Nie wiem, co się z tobą dzieje, czy masz żonę i ile masz dzieci? Było w tobie zawsze, nie tylko wiele sprytu, ale także i dobra. Sam nie miałeś nigdy prawdziwego dzieciństwa, ale zawsze szczerze lubiłeś dzieci… i one ciebie też. Nawet swoją ucieczkę zorganizowałeś tak, aby dzieciaki miały radochę, pracownicy — wielce zadziwione miny… i aby nikt za to nie musiał ponosić żadnych służbowych sankcji. Był to prawdziwy majstersztyk i sympatyczny kawał poczciwego Mikołaja.

3. „Trochę sobie pokrzyczałem” — ciekawy pokaz kontrowersyjnych metod i wielkiego autorytetu

Miałem to szczęście, że swoją pracę w poprawczaku zaczynałem pod bardzo dobrym dowództwem. Grupę prowadził razem ze mną doświadczony wychowawca z Jerzmanic — kol. Janusz Jezior, który stopniowo i bez zawodowej zawiści wtajemniczał mnie w różne niuanse tej ciekawej pracy. Janusz już niestety nie żyje, ale nadal jestem mu bardzo wdzięczny za to koleżeńskie wprowadzenie do nowej dla mnie rzeczywistości.

Kierownikiem internatu był wówczas — kol. Andrzej Kwiatkowski, specjalista od likwidowania ucieczek i rozwiązywania różnych trudnych problemów, dość wymagający, ale też po ludzku wyrozumiały i bardzo zaangażowany w szybki rozwój naszego, nowego zakładu. Po nim tą trudną funkcję w naszym zakładzie objął przybyły z Nowego n/Wisłą kol. Jerzy Łoziński. Człowiek twardy, ale ze znakomitym poczuciem humoru, bardzo wymagający, ale zawsze służący swoja życzliwą pomocą. Niezwykle solidny i kulturalny — prawdziwy autorytet dla nas i dla naszych chłopaków. Jemu to właśnie z jego otwarciem na nasze zawodowe ryzyko, jako jeden z niepoprawnych ryzykantów — szczególnie dużo zawdzięczam.

Szefem nas wszystkich przez te pierwsze, ciekawe lata funkcjonowania zakładu w Laskowcu był człowiek — legenda — dyr. Janusz Dziedzic.

Przybył on do Ostrołęki ze Świdnicy i to jemu właśnie jako bardzo doświadczonemu i zasłużonemu dyrektorowi, Ministerstwo Sprawiedliwości powierzyło tę niezwykle trudną misję — uruchomienia nowego zakładu poprawczego w Laskowcu. Człowiek z takim autorytetem, doświadczeniem i z tak fascynującą osobowością był i pozostał dla nas wzorem dyrektora. Każdy z nas — starych pracowników, czuje wobec niego jeszcze dziś ogromny respekt i co jeszcze ważniejsze — każdy mu wiele zawdzięcza. Że dyrektor Dziedzic jest zacnym człowiekiem i znakomitym pedagogiem o tym w Laskowcu wie każdy. Niewielu jednak chyba miało okazję poznać go także jako znakomitego aktora. Ja przypadkiem — miałem. A było to tak.

Pewnego wieczoru chłopcy z mojej grupy straszliwie się pobili. Zanim wpadłem do łazienki, poszły w ruch szyby z okna, wiec krew się lala obficie i oczywiście w takiej sytuacji, żadne tam — „chłopcy uspokójcie się”, ani nawet mocne -" do jasnej cholery — przestańcie” — nic by tu nie dało. Będąc w wojennym amoku oni po prostu — niewiele wówczas widzą i nikogo nie słyszą. Musiałem wiec rąbnąć w szczękę najsilniejszego chłopaka i to tak, żeby pokazał mi numer swojego buta i aby ani on ani inni nie mieli ochoty na żadną dogrywkę. Można potem dyskutować czy taka dość prymitywna reakcja jest w ogóle dopuszczalna i czy była wówczas naprawdę nieunikniona. Można stawiać różne zarzuty i zadawać rozmaite pytania. Oczywiście — można. Dla mnie i dla moich chłopaków było całkiem jasne, że taka ostra reakcja była wówczas rzeczywiście potrzebna. Była bowiem bardzo szybka i skuteczna. Dzięki temu udało się pewnie uniknąć jakiejś groźnej dla wszystkich tragedii, gdyż jeden z atakowanych wychowanków już wskakiwał na uwolnione z kraty okno z desperackim zamiarem wyskoczenia z drugiego piętra. Sytuacja w grupie uspokoiła się dosyć szybko, ale ja długo jeszcze byłem mocno zdenerwowany. Nie byłem też pewny, co będzie dalej, czy sytuacja się nie powtórzy i czy nie zadziała w kimś jakaś tendencja do odwetu. W końcu postanowiłem pójść po radę do dyrektora, chociaż nie było to w moim stylu. Starałem się bowiem zawsze o to, aby nie angażować swoich zwierzchników do rozwiązywania własnych problemów. Często śmieszyli mnie ci koledzy, którzy z każdym wychowawczym kłopotem lecą natychmiast po pomoc do dyrektora lub kierownika.

Dyrektor Dziedzic przybył na moją grupę niemal natychmiast. Szybko zrobiłem zbiórkę wszystkich swoich wychowanków, oddając głos szefowi. I wtedy się zaczęło!…

Dyrektor nagłym ruchem, zerwał z siebie „marynarę” i z impetem walnął nią o podłogę. Zaczął głośno krzyczeć na osłupiałych ze strachu i zdziwienia moich wychowanków. Klął przy tym siarczyście jak przysłowiowy szewc, chociaż osobiście nie znam żadnego szewca, który miałby aż tak bogaty repertuar. Chłopaki stali niby to w szeregu, ale jakoś karykaturalnie powykrzywiani w kierunku podłogi, z wyraźną tendencją do jak najszybszego schowania się głęboko pod ziemię. Przy każdym szerokim wymachu, potężnych dyrektorskich ramion, widać było ich rozpaczliwe uniki i słychać było jakieś popiskiwania, zapewne bardziej wywołane strachem, niż uciechą z tak oryginalnego przedstawienia. Szczerze mówiąc, mnie także nie było wcale wesoło — przeciwnie, pomyślałem nawet, że to chyba diabeł mnie podkusił, aby tu sprowadzić dyrektora i że chyba tylko diabeł się tu teraz z tego cieszy. Na szczęście, mimo tych zamaszystych i gwałtownych wymachiwań oraz dobrze harmonizujących z nimi słów, żaden z wychowanków nie oberwał, a nasz dyrektor, jak gwałtownie zaczął, tak nagle skończył swoją przemowę — jednym, krótkim zdaniem: „jazda do łóżek!”

Chłopaki wyrwali do sypialń jak rakiety i natychmiast wskoczyli do swych łóżek, bez mycia i chyba nawet w opakowaniu, gdyż żaden nie śmiał w tym dniu wyjść nawet na korytarz, ani do szatni, ani do łazienki. Ja też szybko schowałem się w swoim pokoiku, ze smętnym przekonaniem, że niebawem mnie również czeka jakaś potężna reprymenda.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po krótkiej chwili wszedł do pokoju … uśmiechnięty i całkiem już spokojny dyrektor.

— Trochę sobie pokrzyczałem — powiada. Daj papierosa. Ach prawda — ty nie palisz — to zrób nam herbatę…

— To pan dyrektor nie jest już wcale zły? — głupio zapytałem.

— Zły? Zły to ja w ogóle nie byłem. Musiałem trochę na nich pokrzyczeć, aby znowu im coś nie odbiło. No wiesz — czasem się opłaci udać bardziej zdenerwowanego niż się nim jest naprawdę. To robi wrażenie.

— Rzeczywiście — to robi wrażenie… i to jakie! Sam byłem ciężko przestraszony, a co dopiero -chłopaki?

— Pewnie się trochę zdziwiłeś, że tak gęsto rzucałem tu mięsem?

— No cóż — nie powiem, że nie…

— Widzisz Rysiek — w domu to ja w ogóle nie przeklinam. Nie mam ani takiego nawyku, ani takiej potrzeby. Co innego tu w zakładzie. Tu czasami muszę przemówić do chłopaków w ich własnym, naturalnym języku, aby szybko i skutecznie do nich dotrzeć. Nie wolno jednak tego nadużywać. Jeśli ktoś bluzga codziennie, niemal przy każdej okazji, to na pewno nie zaskoczy on już nikogo nową dawką mocnych słów i ostrych przekleństw. Zresztą, ja ci tej metody wcale nie polecam, ale gdy popracujesz tutaj dłużej, to sam się przekonasz, jak bardzo skuteczne mogą być czasem odpowiednio wyreżyserowane i dość rzadko stosowane mocne słowa i mocne gesty. Nie wypada jednak tak się wydzierać przy kobietach więc w ich obecności staram się tego nie robić i ty nie rób tego też.

Myślę, że tak doświadczony i pełen temperamentu pedagog oraz wysoce kulturalny człowiek, jakim był dyrektor Dziedzic, mógł sobie czasem pozwolić na tak kontrowersyjną metodę i na tak oryginalny spektakl — „spektakl jednego aktora”. Dobrze bowiem wiedział, co i dlaczego robi. Faktem jest, że dyrektor bardzo lubił swoich wychowanków i oni po swojemu lubili go także. Jeśli ktoś ma tak wysoki autorytet, to może bardzo skutecznie nagradzać i karać nawet samym spojrzeniem, a cóż dopiero jeśli włączy do tego jędrne słowa i obszerne gesty?

Chociaż przekleństwa nigdy nie były moim zakładowym hobby i zawsze z nimi ostro walczyłem, to skłamałbym jednak twierdząc, że w ciągu tych dwudziestu kilku lat pracy w poprawczaku, nigdy nie puściłem żadnej przysłowiowej „wiąchy”.

I rzeczywiście robiło to na wychowankach bardzo duże wrażenie, gdyż nie był to przecież mój codzienny język. Dosyć często też udawałem większego choleryka, niż nim jestem naprawdę — bo jestem! Uważam jednak, że w tej pracy trzeba być przede wszystkim sobą. Nawet takie wyreżyserowane spektakle czy popisy muszą jakoś pasować do własnej osobowości. Flegmatyk udający choleryka, wygląda bowiem śmiesznie lub bardzo… żałośnie. Dyrektor Dziedzic z pewnością flegmatykiem nie był, ja także — nie. Dlatego ten dyrektorski występ potraktowałem jako bardzo ciekawą i cenną lekcję.

— Panie dyrektorze — dziękuję Panu, także i za to, choć od tamtej pory, nigdy już więcej nie ośmieliłem się zawracać panu głowy podobnymi problemami. Wolałem je rozwiązywać sam i też się przy tej okazji zdarzały różne, chociaż może nie aż tak aktorskie spektakle. Ważne, że zawsze czułem z Pana strony autentyczną życzliwość, zaufanie i zrozumienie, nawet wówczas, gdy moje pomysły i konkretne działania były zupełnie nietypowe, ostro krytykowane lub wysoce ryzykowne. Zarówno dla Pana jak i dla mnie wychowankowie byli zawsze kimś bardzo ważnym, dla których warto było się poświęcać i warto ryzykować, gdyż w takiej pracy bez wielkiego zaangażowania i bez przemyślanego ryzyka na ogół nie ma też sukcesów. Pan to doskonale rozumiał i zdecydowanie popierał. Dziękuję!

Komentarze z Internetu:


— emeryt z Laskowca:

„Dobrze znam dyrektora Dziedzica i kierownika Łozińskiego. Obaj potrafili świetnie łączyć duży temperament z niezwykle wysokim autorytetem. Wspaniali ludzie i piękne czasy. Laskowiec bardzo wiele im zawdzięcza. Dobrze, że o tym pamiętasz i bardzo mocno to podkreślasz. Dzięki Ci za to i za te wszystkie twoje serdeczne wspomnienia o naszym zakładzie.”


— też emeryt:

„W pełni podzielam tę opinię i także serdecznie dziękuję i pozdrawiam.”

4. Walczyliśmy o życie — Bieszczady też potrafią być bardzo groźne

Forsowne wędrówki po górach traktowaliśmy zawsze jako znakomitą okazję do szlifowania trudnych charakterów. Dlatego nie przeszkadzała nam żadna pogoda, ani żadna pora roku. Im było trudniej — tym lepiej. Na takie ciężkie i często niebezpieczne eskapady można sobie jednak pozwolić tylko wtedy, kiedy poprzedza je dobre przygotowanie kondycyjne i wychowawcze. Temu celowi służyły właśnie nasze rajdy treningowe, których starałem się organizować jak najwięcej. Nic więc dziwnego, że po serii takich treningów kondycyjnych i sprawnościowych, nasi wychowankowie często imponowali spotykanym w górach turystom swoją werwą, humorem i doświadczeniem. Czasem jednak i oni, „padali na nosy” i zwłaszcza ci z ogona, naszego turystycznego peletonu, przesyłali mi po cichu lub półgłosem — różne „pozdrowienia” i „życzenia”, których ewentualne spełnienie nie wróżyłoby mi nic dobrego. W młodych organizmach zmęczenie szybko jednak mija, dobry humor powraca, a wraz z nim, powraca również tęsknota za nową wyprawą lub kolejnym rajdem i to z dużym przekonaniem, że poprzedni wysiłek i zmęczenie wyraźnie zaprocentują. I tak jest rzeczywiście. „Świeżacy” wkrótce stają się turystycznymi weteranami, weterani zaś czasem …”mądralami”, ale to może być nieraz — bardzo niebezpieczne. Przyroda wymaga bowiem od nas nie tylko szacunku, ale także pokory i to na każdym etapie naszego turystycznego doświadczenia.

Pamiętam np. taką wędrówkę po Tatrach podczas halnego wiatru, kiedy to mimo niezadowolenia najbardziej wytrawnych swoich chłopaków i własnych ambicji, zdecydowałem się jednak, znacznie zmodyfikować trasę, nie osiągając celu, na którym nam bardzo zależało. Dwa razy nie udało nam się też wejść na jakże popularną Śnieżkę. Jak to możliwe? Ano raz było tam takie oblodzenie, że Śnieżka jako żywo przypominała legendarną szklaną górę i „wopiści” nikogo tam wówczas nie puszczali, nawet tych z rakami. Drugim razem wiał pod Śnieżką taki wiatr, że kontrolujący nas żołnierz, nie zdołał się utrzymać na nogach. Wicher rąbnął nim o ziemię i poturlał po zboczu tak, że z dużym trudem udało nam się go dogonić i zatrzymać, a potem — razem doczołgać się do schroniska. Bardzo nie lubię rezygnować ze swych turystycznych planów, odczuwam to bowiem jako rodzaj klęski, ale przecież ryzyko musi mieć także jakieś rozsądne granice.

Dobrze pamiętam nauczkę, jaką dały nam kiedyś nasze kochane Bieszczady i to na dosyć łatwej, klasycznej trasie. Z naszego schroniska w Wetlinie planowałem wraz z wszystkimi chłopakami, opiekunami i naszymi gośćmi Bożenką i Jurkiem Jurgą pójść najpierw na Smerek, a z niego już na nartach, udać się do „Chatki Puchatka” na Połoninie Wetlińskiej i następnie zjechać do Wetliny. Zapowiadała się więc dość łatwa, niedługa wycieczka i świetna, narciarska zabawa, o której marzyli nasi goście i nasi chłopcy. Rano — spoglądając przez okno z „Pietrkowego schroniska” w Wetlinie, zauważyłem nad Smerkiem żywo tańczące pióropusze śniegu mimo pozornie bezwietrznej pogody. Pomyślałem, że tam wysoko w górach, hula jednak silny, mroźny wiatr, więc nie powinniśmy się dać nabrać, na tą „dolinową, przyjemną ciszę”. Powiedziałem więc wszystkim, że mimo tego „wetlińskiego ciepełka”, mają ze sobą obowiązkowo zabrać kurtki i kangurki, szaliki na szyje i szaliki „na zęby”, podwójne rękawice, kalesony, dwie pary skarpet, warsztatowe buty, kijki, narty, latarki, sporo jedzenia i dobre samopoczucie.

Niebawem w szybkim tempie wyruszyliśmy na szlak i nawet nie przyszło mi do głowy, aby dokładnie sprawdzić, jak chłopaki są ubrani i co faktycznie zabrali ze sobą na drogę. Idąc dosyć szybko, po głębokim śniegu, pot obficie spływał nam po plecach, ale w miarę nabierania wysokości drzewa szumiały coraz głośniej, wiatr stawał się coraz silniejszy, a pot na naszych grzbietach zaczął szybko zamarzać. Z każdą minutą robiło się coraz zimniej i coraz mniej wesoło. Wśród chłopaków, a jeszcze bardziej wśród opiekunów dało się wyczuć coraz większą ochotę do „turystycznej dezercji”. Od ochoty do realizacji takich pomysłów bywa czasem bardzo blisko. Tak było i tym razem. Jeden z opiekunów, i to ten, który na Połoninie miał przeprowadzić nasze szkolenie narciarskie, po prostu już tu na zboczach Smerka, założył narty na nogi, pomachał nam ręką i ku memu zdziwieniu szybko zniknął nam z oczu. Taka turystyczna dezercja jest bardzo zaraźliwa. Z niepokojem zauważyłem, że nasz dyrektor, też coraz częściej się zatrzymuje i jakoś dziwnie przygląda swoim nartom. Dyskretnie więc poleciłem dwóm wychowankom, aby go pilnowali, bo chyba też zamierza uciec. Mimo że chłopcy ci starali się jak mogli, dyrektorowi udało się jakoś uśpić ich czujność, bo wkrótce zaszeleściło coś w krzakach i mignął mi w oczach następny „jeździec apokalipsy”. Prawdziwa „turystyczna apokalipsa” miała się jednak dopiero zacząć.

Zrobiłem zbiórkę i zdrowo opierniczyłem chłopaków za to, że mimo mojego cynku, nie upilnowali ani wychowawcy Janusza ani dyrektora. Byłem bardzo wkurzony, bo do dyskretnego pilnowania dyrektora wyznaczyłem dwóch „wybitnych” specjalistów od ucieczek, gdyż oni sami byli też wielokrotnymi uciekinierami, a mimo to naszemu dyrektorowi udało się bardzo sprytnie ich wymanewrować. Zapowiedziałem kategorycznie, nie bawiąc się w dyplomację, że jeśli teraz ktokolwiek założy narty „na dziko” i będzie próbował uciec, to go dogonię i dołożę mu w zęby, nie patrząc czy jest to wychowawca, czy chłopak. Moja krótka i ostra przemowa wyraźnie podziałała. Znikły widoczne chęci do kolejnych dezercji i znowu żwawo ruszyliśmy w górę.

Pod szczytem Smereka, zrobiliśmy jak zwykle krótki postój, aby się „przemundurować” i wtedy dopiero okazało się, jak „kiepsko” chłopaki są ubrani i jak niewiele rzeczy mają w zapasie. Ci, którzy mieli kurtki, nie mieli kangurek („bo i po co”), ci zaś w kangurkach, nie zabrali ze sobą ani swetrów, ani ciepłych kurtek. Nie mieli też chłopaki ze sobą ani dodatkowych szalików ani zapasowych rękawic. Ja natomiast nie miałem liny, co było także dużym błędem. Chyba wszyscy, trochę z lenistwa i psychicznego oporu do dźwigania dodatkowego bagażu, a trochę z braku wyobraźni nie zabraliśmy ze sobą tego, co trzeba. W tej sytuacji jedyną rozsądną decyzją powinien być nasz szybki odwrót, ale przy mojej i nie tylko mojej zachłanności na góry, na to się jednak nie zdecydowałem. Byłem prawie pewny, że do Lutka (kierownika schroniska na Wetlińskiej”) jakoś się dowleczemy. Tam zamierzałem zafundować wszystkim, wspaniałą „bieszczadzką herbatę”, która nas solidnie rozgrzeje, postawi na nogi, a raczej „na narty” i dosyć przyjemnie sprowadzi na dół. Ten właśnie plan zacząłem konsekwentnie realizować, przynaglając wszystkich do dziarskiego marszu w coraz trudniejszych warunkach po coraz bardziej odkrytym terenie. Na grzbiecie kilku kilometrowej Połoniny Wetlińskiej wiało już niemiłosiernie. Nasze twarze były silnie chłostane nie tylko przenikliwym wiatrem, ale także tumanami ostro siekącego śniegu tak, że policzki szybko pokrywały się lodowatą skorupą, która przy każdym puknięciu dzwoniła jak szklanka. Bardzo trudno było też utrzymać pionową pozycję oraz normalny oddech. Przy wychylaniu się w kierunku wiatru, bez pardonu „prał” on nas po oczach i „zmarzniętych gębach”, tak że nasze twarze, włosy i kaptury wibrowały jak u kosmonautów na starcie, a przy wychylaniu się w stronę przeciwną, natychmiast wytwarzała się powietrzna próżnia, skutecznie dławiąca nam oddech.

W takich warunkach, po grzbiecie nie udawało się iść zbyt długo, mimo że śnieg był tu już nieźle przewiany, a więc nie powodował wyczerpującego zapadania się naszych nóg. Co chwilę trzeba było jednak schodzić niżej, gdzie wiatr był nieco bardziej łaskawy, ale za to głęboki śnieg ostro dawał się we znaki i znacznie spowalniał nasze tempo. Katorżnicza wędrówka w głębokim śniegu szybko nas wyczerpywała i zmuszała do cyklicznych powrotów na grzbiet. Takim to upiornym i wymuszonym wężykiem, powoli, ale skutecznie posuwaliśmy się do przodu, chociaż wielu chłopaków było przekonanych, że meandruję celowo, aby jak to mówią, jeszcze bardziej „ich ugotować”. Był to jednak w tych warunkach, najbardziej ekonomiczny sposób „łykania” przestrzeni i mimo podejrzeń i narzekań, twardo go kontynuowałem. Narzekania, przekleństwa i ciche zło-życzenia, wkrótce się jednak skończyły, ale wcale mnie to nie ucieszyło. Z doświadczenia wiedziałem, że nie jest to objaw jakiegoś nagłego wzrostu kultury wśród moich chłopaków, ale niestety — jest to ewidentna oznaka ich skrajnego wyczerpania. Jeśli brakuje im siły już nawet na to, aby spontanicznie przeklinać lub narzekać, to jest już bardzo źle.

Chłopcy szli teraz jak manekiny, albo raczej roboty — bez słów, bez ożywionej gestykulacji, z tępym wzrokiem i rezygnacją na twarzy. Zresztą słowo „szli”, nie jest tu wcale właściwe. Oni raczej — brnęli z wielkim trudem w białym puchu sięgającym im do pasa i co chwila padali nosem w śnieg. Wówczas razem ze Staszkiem Majewskim i Jurkiem Jurgą, stawialiśmy ich z powrotem na nogi, otrzepywaliśmy ze śniegu i silnym pchnięciem lub kopniakiem posyłaliśmy ich po kilka metrów do przodu. Tempo dramatycznie spadło. O jakimś dłuższym odpoczynku mogliśmy sobie tylko pomarzyć, choć i na ten psychiczny komfort warunków także nie było. Radykalnie bowiem zaczęła spadać widoczność. Nawet wyciągnięty w ręku kijek do nart był już prawie niewidoczny. Oglądając się za siebie, mogłem jako tako widzieć jednego lub co najwyżej dwóch wychowanków. A cała reszta? Czy wszyscy się jeszcze wloką, czy może ktoś już leży kompletnie wyczerpany, w tym kopnym śniegu? Bez przerwy dręczyło mnie to pytanie. Wiedziałem, że naszą kolumnę zamyka Staszek Majewski bardzo doświadczony i odpowiedzialny turysta, ale go przecież też nie widziałem i nie słyszałem, gdyż „zadyma” skutecznie to uniemożliwiała. Trzeba było bez przerwy się zatrzymywać i dokładnie wszystkich liczyć, aby przypadkiem kogoś nie zgubić. Jakże wtedy żałowałem, że nie mam liny. Brak zapasowych szalików powodował przykre zamarzanie nosa, warg, oddechu i twarzy, brak kurtek lub kangurek, wystawiał nas na przenikliwe zimno, brak kaleson powodował przymarzanie owłosionych nóg do oblodzonych spodni, a brak liny mógł łatwo spowodować zagubienie któregoś z nas. Wszystkie te błędy mściły się teraz na chłopakach i na mnie bezlitośnie, ucząc nas pokory i rozumu na długie lata, pod warunkiem, że przeżyjemy i takie turystyczne wyprawy jeszcze kiedyś będziemy znowu organizować. Na szczęście miałem ze sobą busolę i przezornie już wcześniej wyznaczyłem odpowiednie azymuty, co teraz dawało mi wysoką pewność, że przynajmniej nie błądzimy. Bez kompasu zabłądzenie na tej rozległej, wielogrzbietowej Połoninie, w takich warunkach byłoby przecież niemal pewne, a to byłoby dla nas niesłychanie groźne. Ileż to bowiem ludzi zginęło w górach, w tym także w Bieszczadach na skutek pobłądzenia, wychłodzenia i wyczerpania!

W tej koszmarnej, choć nie pozbawionej romantyzmu wędrówce, zbliżaliśmy się jednak powoli do naszego schroniska na Wetlińskiej. Do tego wymarzonego schroniska jednak… nie doszliśmy! Z ogromnym żalem, w odległości ok. 200 m. od tego obiektu, musiałem po prostu radykalnie zmienić swoje pierwotne plany. Dla nas było to wtedy „aż” a nie „tylko” — 200 metrów, a to jest zasadnicza różnica. Chłopcy byli już tak wyczerpani i to nawet ci najsilniejsi, że przy słabnącej naszej czujności łatwo mogło dojść do tragedii. Mogliśmy kogoś nieopatrznie zgubić lub nie zauważyć jak zamarza lub słabnie. Wiedziałem też, że pokonanie tych 200 metrów pod górkę potrwa bardzo długo i wcale też niełatwo będzie wejść do schroniska. Drzwi będą przecież mocno zawiane i trzeba będzie je mozolnie odgrzebywać, narażając ręce na dodatkowe odmrożenia.

Stali mieszkańcy tego schroniska i dyżurujący tam goprowcy przy takiej „zadymie”, nie wychodzą wcale na zewnątrz, nawet przez kilka dni, a jeśli już wyjść muszą, to korzystają wtedy raczej z okna niż z tych zawalonych śniegiem drzwi. Trudno było przypuszczać, że przy tej pogodzie nawet Lutek, który dobrze nas znał i wiedział, że żadna pogoda nie jest dla nas przeszkodą, akurat wtedy nas oczekuje i może nawet odśnieżył nam już wrota. Byłoby to równie piękne, co nierealne. Dobrze pamiętam zdumienie jednego z dyżurujących tam goprowców, gdy kiedyś w podobnych warunkach zobaczył mnie z chłopakami na progu tego właśnie schroniska. Zadał on nam wówczas tylko jedno, szczere pytanie — Co za diabeł was tu przygnał — dziś nawet wyszczać się nie można, bo zaraz w gębę nawieje, więc jak żeście tu doleźli? — Potem była oczywiście pyszna, bieszczadzka herbata i życzliwa, wesoła rozmowa przy kominku. Tym razem były podobne realia, ale znacznie mniejsze szanse na taką herbatkę i na to, że do tego kominka w ogóle dojdziemy.

W tej sytuacji podjąłem bardzo rzadką jak dla mnie decyzję o rezygnacji z dalszej wędrówki do tak bliskiego już celu. Nikt nawet nie protestował. Chłopaki na takie protesty nie mieli już siły, a Staszek, Jurek i Bożenka, przyjęli tą moją decyzję z życzliwym zrozumieniem i ulgą. Dosyć sprawnie sturlaliśmy więc chłopaków po zboczu do bliskiego tu już lasu, gdzie mniej wiało i było dużo cieplej. Tam każdemu z nich wcisnęliśmy do ręki kawał zmarzniętej kiełbasy i kawał chleba, aby dostarczyć im trochę kalorii na dalszy wysiłek. Czekolady, niestety nie mieliśmy, bo w tych czasach była ona dla nas za droga i trudno dostępna, a szkoda, bo nic tak jak ona nie stawia tak szybko na nogi. Mieliśmy jednak jeszcze trochę cukru w kostkach, na tzw. „czarną godzinę”, co nas znacznie pokrzepiło. Chleb był tak zmarznięty, że się prawie nie nadawał do bezpiecznego spożycia, bo któż chciałby tam jeszcze przy okazji tych przygód połamać sobie zęby?! O wiele lepsze byłyby suchary, ale ich także nie mieliśmy. Kiełbasa też mocno zgrzytała nam w ustach, ale jakoś dawała się gryźć i smakowała znakomicie, tym bardziej, że mogliśmy ją wszyscy popić odrobiną ciepłej herbaty, którą Jurek i Bożenka, aż do tej pory zachowali w swoich termosach. Dzięki im za to — było to wtedy dla nas prawdziwe „niebo w gębie”.

Z każdym kęsem tej zgrzytającej w zębach kiełbasy, wracał nam humor, siła oraz czucie w rękach i w nogach. Wkrótce więc pomagając sobie nawzajem, założyliśmy narty i początkowo dość ostrożnie pomiędzy buczkami, a później już całkiem ostro, tzw. „Końską drogą” i serpentynami, zjechaliśmy bezpiecznie do naszej kochanej Wetliny. Patrząc jak zawzięcie wszyscy szusują, wywracają się, podnoszą i znów szusują, miałem wrażenie, że wszyscy po prostu uciekamy z tych gór, które tak bezlitośnie nas wtedy sponiewierały.

Tego dnia miałem zamiar odstąpić od naszej stałej tradycji, tj. nie organizować wieczornego spotkania z tzw. godziną szczerości i „śpiewankami”. Byłem przekonany, że wszyscy są zbyt zmęczeni na taki luźny i rozśpiewany wieczór. Tu się jednak bardzo myliłem. Po spożyciu obfitej, cywilizowanej kolacji, przyrządzonej w ramach rehabilitacji przez naszych sympatycznych uciekinierów — Janusza i dyrektora, wszyscy jak zawsze spontanicznie zgromadzili się w świetlicy i „ryknęli” tak gromkim i wesołym śpiewem, że byłem tym wprost oszołomiony. Cóż to znaczy jednak młodość! Jeszcze nie tak dawno chłopaki wyglądali jak wraki lub Francuzi pod Moskwą, a tak szybko się zregenerowali. Spytałem ich nawet dlaczego się tak cieszą i tak wyjątkowo głośno śpiewają. Odpowiedź mnie zdumiała i głęboko zastanowiła:

— Panie wychowawco, nie oszukujmy się — przecież dzisiaj naprawdę walczyliśmy o życie i tę walkę razem jakoś …wygraliśmy, więc jak tu się nie cieszyć?!”.

— A jutro — pójdziecie ze mną znowu w góry?

— Pewnie, że tak!

I jak zwykle… poszli!

5. „A ja mam niedosyt” — nasze bieszczadzkie „pupozjazdy”

W ciągu ponad dwudziestu lat pracy w poprawczaku zorganizowałem kilkaset imprez turystycznych, z których bardzo wiele miało niewątpliwie dość wysoki stopień ryzyka. Starałem się jednak, aby to ryzyko mieściło się zawsze w granicach zdrowego rozsądku oraz granicach mojej wiedzy i wciąż poszerzanego doświadczenia. W tak intensywnie uprawianej turystyce pewnego ryzyka do końca wykluczyć po prostu się nie da, a bez ryzyka na ogół nie ma też znaczących osiągnięć — to fakt. Można jednak i trzeba to ryzyko minimalizować i choć nie wszyscy w to wierzą — ja to także robiłem. Za brak groźnych wypadków jestem jednak wdzięczny przede wszystkim Bogu, ale także i tym koleżankom i kolegom, którzy w trudnych i niebezpiecznych sytuacjach nie wpadali w panikę, nie rezygnowali z aktywnej współpracy i darzyli mnie wówczas autentycznym zaufaniem. Dzięki temu w ciągu tych wszystkich lat intensywnej turystyki, tylko raz doszło do poważniejszego wypadku, któremu uległ jeden z opiekunów naszego bieszczadzkiego zimowiska — kolega Janek Kempisty. Jeszcze dziś, po tak wielu latach, to konkretne zdarzenie i cały ten pechowy dzień tzw. „bieszczadzkich pupozjazdów” widzę w swej pamięci dosyć dokładnie i jeszcze dziś mam do siebie pewne pretensje za popełnione wówczas błędy.

Zimowa podróż z Laskowca w Bieszczady była w tamtych latach zawsze bardzo męcząca i długa. Moją niezawodną receptą na szybki relaks, turystyczny wigor i znaczną poprawę nastroju dla stłamszonych podróżą osób, był zwykle jak najszybszy wymarsz w góry na tzw. rekonesans. Tak było i wtedy. Po szybkim posiłku i krótkiej zbiórce organizacyjnej wyruszyliśmy całą watahą na Smerek — tj. na dość efektowną i najbliższą połoninę w okolicach naszego schroniska w Wetlinie. Było nas wówczas wyjątkowo dużo — bo ponad 60 osób. Oprócz wychowanków i opiekunów z Laskowca do udziału w tym zimowisku zaprosiłem wtedy także trochę gości oraz dziewczyny z dwu poprawczaków — tj. z Mrozów i z Cerkwicy.

W dość szybkim tempie i w coraz lepszych nastrojach zbliżaliśmy się do szczytu z nadzieją na świetną zabawę w postaci tzw. „pupozjazdów”. Zabawa ta polega na tym, że siada się na grubym, foliowym worku, albo po prostu na pupie i z okrzykiem „smerfuj się kto może " — mknie się po zboczu połoniny aż do pierwszych, karłowatych buczków. Szczególnej uciechy dostarczają wtedy tzw. tramwaje, spontanicznie tworzone z kilku rozochoconych i dość głośno wrzeszczących osób (zwłaszcza dziewczyn). To taka trochę infantylna, lecz niegroźna dziecinada, dość ważna dla tej wyrośniętej już młodzieży, która prawdziwego dzieciństwa najczęściej w ogóle nie miała. Na ogół chętnie więc pozwalałem na taką zabawę i zwykle sam także w niej uczestniczyłem. Tym razem jednak pojawiła się we mnie jakaś dziwna obawa. Śnieg na północnym stoku Smerka był co prawda bardzo obfity i puszysty, przyjemny do zjeżdżania, tylko na moje oko był on zbyt luźno związany z podłożem, które być może było także niebezpiecznie oblodzone. W tej sytuacji zatrzymałem całą grupę na szczytowym grzbiecie połoniny i postanowiłem zjechać na tyłku najpierw sam, aby się przekonać, na ile taki zjazd jest bezpieczny i czy w ogóle jest możliwy. Zdążyłem ujechać zaledwie kilka metrów, gdy pod tyłkiem poczułem rzeczywiście goły lód. Ku mojemu przerażeniu zacząłem nabierać niebezpiecznej szybkości i odwracać się głową w dół, co jest w takiej sytuacji regułą, gdyż górna połowa ciała jest zwykle cięższa i powoduje trudną do opanowania rotację. Miałem ze sobą na szczęście kijek narciarski, który szybko włożyłem pod pachę i dzięki niemu z niemałym trudem udało mi się w końcu wyhamować i stanąć na własnych, ale mocno drżących nogach.

Osłonięty skalnym, mocno zaśnieżonym garbem, wcale nie widziałem stojących na grzbiecie uczestników tej wyprawy i oni nie widzieli mnie także. Wobec tego zwinąłem rękę w przysłowiową trąbkę i głośno krzyknąłem: „nie jedźcie!” Skutek tego niefortunnego, krótkiego okrzyku był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Niemal natychmiast rozległy się bowiem beztroskie śmiechy i wrzaski -najpierw bardzo wesołe, a wkrótce potem pełne zgrozy i paniki. Prawie cała ta wataha moich turystów zaczęła bowiem szybko zjeżdżać w dół, nie zdając sobie sprawy z tego, co ich tam naprawdę czeka. Zamiast okrzyku „nie zjeżdżaaajcie!”, ktoś usłyszał — „zjeżdżaaajcie”, ktoś to powtórzył, reszta chętnie w to uwierzyła, więc niecierpliwe i trochę już zmarznięte tramwaje od razu ruszyły. Dziś wiem, że zamiast krzyczeć spoza zasłaniającego mnie garbu, powinienem szybko wdrapać się wyżej i kategorycznie zakazać tych szalonych zjazdów. Wtedy jednak, sam nieco zszokowany po prostu sądziłem, że mój krótki rozkaz będzie dobrze słyszalny i zapewne to wystarczy. Kiedy z przerażeniem zauważyłem co się dzieje na jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia i rozkazy było już za późno. Kątem oka zauważyłem nieco niżej od mojego miejsca lądowania, dość gruby buczek i skóra mi ścierpła. Rósł on bowiem niemal dokładnie na trasie przejazdu pędzących już osób i zderzenie z nim dla wielu „pupozjazdowców” było wręcz nieuchronne.

W tej sytuacji mogłem jedynie rozpaczliwym potrącaniem, odpychaniem i dość mocnymi kopniakami nieco korygować linię ich lotów tak, aby tworząca się szybko głęboka, śnieżna rynna omijała drzewo. Nie było to wcale proste, gdyż te wymuszone zderzenia z pędzącymi ciurkiem „pupozjazdowcami” mnie również gwałtownie wybijały z szybko zajmowanych pozycji, a czasu na korekty było przecież przeraźliwie mało. Na szczęście peleton pędzących „pupozjazdowców” był trochę szerszy niż myślałem i coraz bardziej się rozciągał w przestrzeni i w czasie, co pozwoliło mi nieco zebrać myśli i… posiłki. Do akcji osłaniania felernego buczka a także wyłapywania zjeżdżających „pupozjazdowców” lub korygowania ich dalszych lotów, udało się dość szybko włączyć jeszcze kilka, z trudem wyhamowanych osób i teraz cała akcja przebiegała już sprawniej.

Oczywiście, nie wszyscy ci, którzy „spadali nam z nieba”, do tej pomocy się nadawali. Niektórzy byli w wyraźnym szoku, inni z kolei tak sturlani śniegiem, że niejeden z nich swym wyglądem i osłupiałym wzrokiem bardziej przypominał bezmyślnego bałwana niż w pełni świadomego człowieka. Niektórzy przemknęli obok nas daleko w dół i w ogóle nas nie zauważyli, a tuż za nimi mknęły ich pourywane plecaki, czapki, gumo-filce itp. Jedna z wychowawczyń, leżąc już bezpiecznie w miękkim śniegu, ciągle jeszcze wołała -„maaamo, maamo raaatuj!”. Nasz sympatyczny strażnik, jak zacięta płyta powtarzał w kółko: ra, ra, ra. Jak się potem wyjaśniło — w ten oto sposób, dość bezwiednie próbował on tu na dole dokończyć słowo — chole..ra, które mu się spontanicznie wyrwało gdzieś znacznie wyżej, przy pierwszym obrocie nogami do góry. Jednemu z naszych wychowawców podczas tego lotu cały życiorys, jak to powiedział — „od kolebki” -przypomniał się w najdrobniejszych szczegółach, inny z kolei zapomniał jak się nazywa i na swoje imię reagował dość długo z pewnym niedowierzaniem i dość dziwnym uśmiechem. Jeden z wychowanków dostał takiego szoku, że na zmianę to tarzał się w śniegu, to się z niego zrywał i panicznie gdzieś uciekał. Dopiero późniejsze zawiązanie mu oczu szalikiem okazało się jako tako skuteczne. Byli jednak i tacy, którzy po tym szaleńczym locie dość szybko przyszli do siebie i jak to już powiedziałem, skutecznie włączyli się do akcji.

Cały ten potężny, grupowy „pupozjazd”, nie licząc osobliwych wrażeń i drobnych urazów, skończyłby się może dość szczęśliwie, gdyby udało się w porę dobiec i zatrzymać bądź skorygować bardzo szybki lot pewnej dziewczyny — wychowanki z Mrozów. Niestety zabrakło te kilkadziesiąt centymetrów i dziewczyna przemknęła koło nas jak strzała, wykonała kolejny obrót i niebawem owinęła się brzuchem wokół felernego buczka. Zrobiła się cisza, a ja dosłownie struchlałem. Po chwili usłyszałem stłumiony jęk dziewczyny i niemal wszyscy rzuciliśmy się do niej na pomoc. Wkrótce okazało się, że nie ma ona żadnego złamania, ani widocznych zewnętrznych obrażeń, ale na brzuchu ma bardzo potężnego krwiaka. Dziewczyna zachowywała się nadzwyczaj spokojnie i bardzo dzielnie, chociaż widać było, że z trudem walczy z dużym bólem. Po udzieleniu jej doraźnej pomocy, postanowiłem przerwać dalszą wycieczkę i jak najszybciej wrócić z całą grupą do schroniska, a następnie zawieść tę dziewczynę do lekarza. Na zmianę niosąc ją na rękach, posuwaliśmy się powoli w kierunku Wetliny. Z każdą minutą było coraz łatwiej. Śnieg w miarę tracenia wysokości był coraz płytszy, zapadanie się w niego coraz mniej uciążliwe. Dziewczyna niebawem zaczęła iść o własnych siłach. Bardzo poprawiło to nam nastrój, a wychodząc na ostatnią polanę, z której było już wyraźnie widać nasze schronisko odetchnąłem z ulgą i powiedziałem:

— No to jesteśmy już prawie w domu. Na dzisiaj wystarczy!

Podszedł wtedy do mnie jeden z naszych wychowawców — kolega Janek Kempisty i skwitował to krótko:

— A ja mam niedosyt!”.

Trochę zdziwiły i zaskoczyły mnie te jego słowa, więc powiedziałem mu zgodnie z prawdą:

— A ja mam dziś przesyt i wrażeń, i wydarzeń, więc, o co ci do diabła chodzi!?

Janek na to:

— Mam propozycję, aby kaleczniaków odesłać do schroniska, dojdą tam przecież bez problemu — a z chętnymi prosto stąd polecieć jeszcze na Hnatowe Berdo.

Po krótkiej i konstruktywnej wymianie zdań doszedłem do wniosku, że ma to sens. Wycieczka, choć pełna wrażeń, dla naszych chłopaków była rzeczywiście zbyt krótka, aby liczyć na ich spokojny, grzeczny sen. Dziewczyna jeszcze raz zapewniła mnie, że czuje się już dużo lepiej oraz że ma ona przecież swoją wychowawczynię, która w razie potrzeby się nią zajmie. Do wieczora było jeszcze sporo czasu, a mieliśmy przecież ze sobą i jedzenia i latarek tyle, ile trzeba, a wyrobiona na treningach kondycja po prostu nas rozpierała.

Nie dałem się więc prosić zbyt długo. Zaważyła tu jednak niestety moja wrodzona zachłanność na góry. Szybko zrobiłem zbiórkę. Oddzieliłem naszych chłopaków od reszty i powiedziałem, że zaraz pomkniemy przełajem na „świętą górę Wetliny”, a cała reszta pod dowództwem wyznaczonych opiekunów — ma spokojnie wracać do schroniska i przygotować dla wszystkich porządną kolację. Dziś wiem, że w tych specyficznych warunkach, o tej porze dnia i roku, tuż na starcie naszego zimowiska i po tej naszej „pupolotnej przygodzie” ta pochopna decyzja była moim poważnym błędem. Co innego bowiem jest proponować, a co innego — decydować. Wtedy jednak chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy i z niekłamaną radością wraz z chłopakami i kilkoma pracownikami z Laskowca ruszyłem znowu w górę. W bardzo szybkim tempie dotarliśmy na skalisty szczyt Hnatowego Berda, ale równie szybko zaczął tam docierać także zmierzch oraz siarczysty mróz. Nie było ani warunków ani czasu na jakiś dłuższy odpoczynek i na kontemplację pięknych widoków. Czułem też wewnętrzny niepokój o faktyczne zdrowie owej dziewczyny, którą jak mi się wydawało zbyt pochopnie przekazałem pod opiekę jej wychowawczyni. Starałem się więc coraz bardziej podkręcać tempo, aby jak najszybciej dotrzeć do schroniska.

Z Hnatowego Berda po asekuracyjnym i dość ostrożnym przejściu najbardziej stromych i oblodzonych jego szczytowych fragmentów, ruszyłem w dół dosłownie biegiem, a wraz ze mną ochoczo pobiegło też kilku wychowanków. Pozostali chłopcy szli znacznie wolniej pod opieką dwóch wychowawców — Staszka Majewskiego i Janka Kempistego. Obaj byli doświadczonymi turystami i Bieszczady znali bardzo dobrze, więc byłem o nich spokojny.

Po przebiegnięciu kilkuset metrów dość stromego zbocza zatrzymaliśmy się w zacisznym miejscu, aby tu spokojnie poczekać na całą naszą grupę. Po chwili zobaczyłem szybko biegnącego do nas wychowanka i usłyszałem głośne wołanie:

— Wraacaajcie — pan Kempisty złamał noogę!”

W pierwszej chwili pomyślałem, że to żart, więc mu powiedziałem:

— Przestań wrzeszczeć — nie lubię takich głupich żartów!”.

On tymczasem już do nas doleciał i mocno zasapany nie mógł wydusić z siebie żadnego sensownego zdania, ale wystarczyło popatrzeć na jego minę, aby uwierzyć, że tam w górze wydarzyło się rzeczywiście coś bardzo niedobrego. Bez słowa ruszyłem natychmiast z powrotem w górę, a za mną pospieszyli też moi wychowankowie. Biegłem po głębokim śniegu bardzo szybko, i wkrótce zobaczyłem, że Janek z wykrzywioną bólem twarzą leży na śniegu, a nad nim klęczy Staszek Majewski, próbujący udzielić mu pierwszej pomocy. Po dobiegnięciu do Janka byłem tak zmęczony, że też dosłownie padłem na śnieg, ale już po chwili krótkotrwałej odsapki mogłem włączyć się do konkretnego działania. Sytuacja wyglądała bardzo źle. Janek miał rzeczywiście złamaną nogę i wymagał rozważnego transportu, aby tego groźnego urazu jeszcze bardziej nie pogorszyć. Nogę trzeba było bardzo ostrożnie i skutecznie usztywnić, wykorzystując do tego narciarskie kijki i linkę, którą na naszych wycieczkach prawie zawsze noszę ze sobą. Cała ta operacja mimo że wykonaliśmy ją dość szybko i sprawnie, była dla poszkodowanego bardzo bolesna. Szczerze więc podziwiałem Janka za to, że znosił to tak spokojnie i że w ogóle w całej tej tragicznej sytuacji był bardzo opanowany i dzielny. Jego wypadek był dla nas wszystkich dużym zaskoczeniem, gdyż był to bardzo doświadczony turysta, a przy tym rozsądnie ostrożny i świetnie sobie radzący w sytuacjach trudnych i ryzykownych. Jak to się więc stało, że to on właśnie tak fatalnie złamał sobie nogę? Po prostu pośliznął się na stromym zboczu. Szedł w gumo-filcach, które zimą w Bieszczadach na ogół sprawdzają się znakomicie, ale na oblodzonych zboczach są dosyć niebezpieczne. Dlatego zalecałem nosić w plecakach jeszcze dodatkowo wimbrowane buty (np. warsztatowe) i kijki narciarskie do tzw. samo-asekuracji, ale to zalecenie nie zawsze było respektowane. Często też w sytuacjach szczególnie niebezpiecznych posługiwaliśmy się liną. Czegoś więc tu zabrakło. Może po prostu wyobraźni, a może większej samodyscypliny, która by nas zmusiła do dalszej, ostrożnej wędrówki, całą zwartą grupą, tak jak to było na szczytowych partiach Hnatowego Berda. Przy takim przypadkowym „pupozjeździe” Janek momentalnie nabrał szybkości, przeleciał zaledwie kilka metrów i silnie uderzył nogą w jednego z rosnących tam buków, no i kości tego nie wytrzymały.

Trzeba było teraz podjąć szybką i rozsądną decyzję, co robić dalej. Wzywać GOPR, czy też transportować Janka do cywilizacji własnymi siłami? To był dla mnie bardzo trudny dylemat. Było już dosyć późno, szybko zapadał gęsty zmrok, mróz z każdą chwilą był coraz większy, a Jankiem wstrząsały coraz silniejsze dreszcze, co było widocznym objawem nie tylko urazowego szoku, ale także — wysokiej gorączki. W tej sytuacji, nawet najszybszy mój bieg po głębokich zaspach do schroniska na Połoninie Wetlińskiej, gdzie zwykle dyżurują goprowcy, wydał mi się dość kiepskim i niebezpiecznym rozwiązaniem. Przy tak ”paskudnym” złamaniu i trapiącej go gorączce, potrzebna była przecież fachowa pomoc lekarska i jak najszybszy transport do szpitala, który był kilkadziesiąt kilometrów stąd. W tamtych czasach nie było przecież komórek, więc sama akcja zawiadomienia i sprowadzenia do Janka, nawet najszybszego ratownika GOPRU i następnie za jego pośrednictwem, sprowadzenia karetki pogotowia (helikopterem też wówczas bieszczadzcy goprowcy nie dysponowali), trwałoby więc niebezpiecznie długo i nie wiem, jak Janek w tych bardzo trudnych warunkach by to zniósł. Postanowiłem więc całą tą akcję znacznie przyspieszyć, tj. wykorzystać nasze własne siły i własne turystyczne doświadczenie.

Wybrałem czterech sprawnych i turystycznie doświadczonych chłopaków i dałem im dodatkową latarkę, mapę i busole. Poleciłem, aby jak najszybciej dotarli do naszego schroniska w Wetlinie, wezwali pogotowie, wzięli od Pietrka (kierownika schroniska) sanki i wyszli nam naprzeciw. Głęboko wierzyłem, że sobie poradzą z tym specjalnym zadaniem i mimo nocy, znajdą nas na pewno, bo my wraz z poszkodowanym wychowawcą będziemy starali się iść zamarzniętym strumieniem, który wypływa w pobliżu Wetliny, o czym także wszystkich poinformowałem. Chłopcy ci mieli za sobą liczne treningi, a więc na ich znakomitą kondycję oraz orientację w terenie mogłem tu naprawdę liczyć. Zawsze przywiązywałem bowiem dużą wagę do takich intensywnych treningów, przed każdą wyprawą w góry i teraz głęboko wierzyłem, że to zaprocentuje. Chłopcy ci bez wahania ruszyli w drogę i szybko znikli nam z oczu. My zaś ostrożnie zaczęliśmy Janka znosić w dół w kierunku najbliższej odnogi wspomnianego strumienia. Dwóch wychowanków podczas tego wyczerpującego transportu miało się zajmować jedynie tą złamaną nogą swego wychowawcy. Trzeba było ją tak utrzymywać podczas marszu, aby jej jeszcze bardziej nie uszkodzić i maksymalnie chronić poszkodowanego od dodatkowego bólu. Cztery osoby na zmianę niosły Janka na zaimprowizowanych noszach. Nie było to wcale łatwe, gdyż głęboko zapadaliśmy się w śniegu, po drodze były liczne terenowe przeszkody — zwalone drzewa, konary, kamienie — a Janek do „mikrusów” nie należy i w całym swym opakowaniu ważył na pewno ponad sto kilo.

Po dotarciu do strumienia, wyciągnąłem z plecaka gruby foliowy worek, posadziliśmy na nim Janka i posługując się liną zaczęliśmy go ciągnąć po śniegu i lodzie, pokonując przy tym różne naturalne przeszkody. Janek jednak zaczął trochę narzekać, że mu zimno na tym worku i dobrze by było go czymś wypełnić. Chłopaki szybko podbiegli do małej polanki i zaczęli rękoma intensywnie grzebać w dwumetrowej warstwie śniegu, aż się dokopali do zmarzniętej suchej trawy. Nazrywali jej tyle ile trzeba i tym „niby sianem” wypełnili worek, tworząc z niego prowizoryczne sanki. Od tej pory nasz marsz i transport poszkodowanego przebiegał już znacznie sprawniej. Poprawił się też nasz ogólny nastrój, co w takich sytuacjach jest sprawą bardzo ważną. Proponowaliśmy nawet Jankowi, aby o nic się nie martwił i jako najbardziej z nas wypoczęty i najmniej zajęty — opowiadał nam tylko kawały — a my go na pewno szybko doniesiemy do cywilizacji i to w komplecie, czyli razem z jego nieco oddzielnie niesioną nogą. Janek też trochę żartował, ale kawałami z rękawa nie sypał, co zresztą przyjęliśmy z życzliwą wyrozumiałością.

Poważny problem transportu Janka pojawił się jednak na ostatnim odcinku naszego strumienia. Okazało się bowiem, że dalej nie jest on już zamarznięty i płynie w tak głębokim jarze, że wygramolenie się z poszkodowanym na brzeg będzie nie lada sztuką. I znów pomogła nam niezawodna lina. Podciągnęliśmy Janka pod pionową skałę i obwiązaliśmy go liną bardzo solidnie. Następnie przewieszając linę przez pochyłe drzewo, wyciągnęliśmy Janka na skraj wąwozu niczym wielkie wiadro wody i odetchnęliśmy z ulgą. Do szosy stąd było już niedaleko, a na drodze czekali już nasi chłopcy z saniami a trochę dalej, także nasz zakładowy samochód. W międzyczasie Grażka (żona Pietrka — kierownika schroniska w Wetlinie) usilnie kręciła korbką schroniskowego telefonu, aby wezwać karetkę z Leska. Taka była bowiem ówczesna łączność.

Po dotarciu do schroniska, zebrałem wszystkich tzw. „kaleczniaków”, aby ich duchowo przygotować do wizyty lekarskiej. Poza Jankiem i poszkodowaną dziewczyną z Mrozów byli też tacy, którzy mieli zwichnięcia, otarcia i różne inne drobne urazy po naszych „pupozjazdach”, więc i oni postanowili czekać w kolejce do lekarza. Niektórzy po prostu liczyli na oficjalne zwolnienie przynajmniej z niektórych forsownych wędrówek, co by przecież dla nich było jakąś ciekawą okazją na większą swobodę, której jak wiadomo nigdy nie byłem zbyt gorliwym zwolennikiem. Lekarz rzeczywiście wkrótce przyjechał i to w bardzo wesołym nastroju.. Pewnie ze względu na siarczysty mróz, wysokie zaspy i niemałą odległość, regenerował się po drodze dość często, nie tylko herbatą z cytryną. Czekała na niego dość długa kolejka „kaleczniaków”. Najpierw zajął się więc wytrąconym palcem — naszej sympatycznej koleżanki — wychowawczyni z Cerkwicy. Lekarz próbował go jej nastawić, ale narobiła ona takiego wrzasku, że lekarz odruchowo chwycił się za uszy, a Beata po prostu uciekła. Momentalnie też zaczęła topnieć kolejka naszych „kaleczniaków”. Została tylko owa wychowanka z Mrozów i Janek, który może też by uciekł, ale z tą swoją połamaną nogą był jednak bez szans. Lekarz szybko się nimi zajął i wkrótce oboje pojechali karetką do szpitala. Po kilku dniach wrócili z powrotem na nasze zimowisko: dziewczyna z szerokim bandażem na brzuchu a Janek z grubym gipsem na nodze.

Dziewczyna w tym wspaniałym górskim klimacie szybko wydobrzała, ale z Jankiem, na finiszu zimowiska pojawił się nowy problem — pod tytułem „jak go zawieść do domu?”. Wszyscy bowiem przyjechaliśmy w Bieszczady pociągiem, z kilkoma przesiadkami po drodze, korzystając przy tym także z autobusów. Całe nasze tzw. grube wyposażenie przyjechało zaś — naszym zakładowym żukiem. Wydawało mi się, że teraz na tego żuka, oprócz wyposażenia, uda się nam jeszcze zapakować Janka i jego świeżo posklejaną nogę. Tylko jak on wytrzyma te kilkaset kilometrów na tzw. pace, pod zwykłą plandeką przy tak dużym mrozie. Zapewne się przeziębi i znowu trafi do szpitala — a takiej recydywy nie chciełem przecież brać na swoje sumienia. Zdecydowaliśmy więc, że pojedzie on w tzw. szoferce — tylko jak go tam zmieścić? Nasz kolego Janek jest słusznego wzrostu i nogi ma także wyjątkowo długie, a ta złamana wydawała się być jeszcze dłuższą. Ze względu na gruby gips w ogóle się przecież nie zginała, a przez to i nie mieściła się w kabinie. Rozważaliśmy nawet i taki wariant, czy w tej sytuacji nie wyciąć w szoferce jakiejś sporej dziury, aby mogła przez nią podczas podróży wystawać Janka noga. Obawialiśmy się jednak, że tak dziwnego pojazdu, z dziurą w szoferce i wystającą z niej białą nogą, żaden policyjny patrol nie przepuści i będą tylko dodatkowe kłopoty. Ostatecznie więc — wybraliśmy rozwiązanie pośrednie. Janka, mocno skurczonego, upchnęliśmy w szoferce, podkładając mu pod tyłek tyle podgłówków i poduszek, że plecami i karkiem sięgał on podsufitki, co pozwoliło mu jednak zabrać do szoferki także obie nogi. W takiej to iście akrobatycznej pozycji Janek cierpliwie i szczęśliwie dojechał do Laskowca, a na drugi rok zgodnie z wcześniejszą obietnicą, znów wracając w Bieszczady, oprócz plecaka zabrał ze sobą także swój gips z wszystkimi, naszymi podpisami. Gips ten wiele lat wisiał potem w wetlińskim schronisku, obok połamanych nart i kijków, jako szczególna pamiątka i… przestroga dla zbyt swawolnych i mimowolnych „bieszczadzkich pupozjazdowców”.

6. „Uratowaliście nam życie!” — „Nie przesadzajmy, myśmy was tylko… uprowadzili”

W ciągu wielu lat intensywnych wędrówek po górach, w różnych porach roku i przy różnej pogodzie, mieliśmy bardzo dużo niebanalnych okazji do ostrego szlifowania swych charakterów, w tym także do nauki szacunku i pokory wobec naszej pięknej i groźnej przyrody. Tej niezbędnej pokory góry uczyły nie tylko nas. Myślę, że warto tu przytoczyć chociażby taką oto „górską lekcję” dla innych, w której my także mamy swój aktywny udział, gdyż nie byliśmy tam tylko — biernymi świadkami.

To było w Tatrach!

Kilka razy późną jesienią, poza sezonem turystycznym, wyjeżdżaliśmy w Tatry, jak to się mówiło — do roboty. Wobec ówczesnych kłopotów finansowych, było to rozwiązanie znakomite. Za nieodpłatnie świadczone przez nas prace remontowe i porządkowe w schronisku „Szarotka”, mieliśmy bowiem darmowe noclegi i dofinansowanie podróży, a schronisko miało tanią i solidną siłę roboczą przez kilkanaście dni. Dzieliłem wówczas całą naszą ekipę na dwie połowy, z których na zmianę, jedna pozostawała w schronisku — do roboty, a druga szła na cały dzień w góry. Opiekunów też dzieliłem według tej samej zasady, aby wszyscy mogli zarówno solidnie popracować jak i dość forsownie powędrować. Nasi chłopcy do takich jesiennych wyjazdów byli zawsze bardzo dobrze przygotowani, toteż biegali po Tatrach jak kozice, a wieczorami, po obfitej kolacji i tzw. śpiewankach, wdrapywali się na swoje prycze i zasypiali twardo jak świstaki.

Podczas jednej z takich forsownych wędrówek, mimo świeżego śniegu i oblodzenia szło nam się wyjątkowo dobrze, więc postanowiliśmy podwoić zaplanowaną trasę, z pełną świadomością, że do schroniska wrócimy dopiero późnym wieczorem. Radośnie korzystając ze słońca, liny i kondycji, szybko pokonaliśmy Granaty, Czarne Ściany i Kozi Wierch. Upojeni rozległą, ośnieżoną panoramą, „sfrunęliśmy jak na skrzydłach” do Doliny Pięciu Stawów i dalej do wodospadu Siklawa w Dolinie Roztoki. Mając ciągły niedosyt, podjęliśmy decyzję o powrocie do Zakopanego, nie wariantem tradycyjnym, przez Łysą Polanę i autobusem, tylko — pieszo, górami przez Zawrat. Śnieg, chociaż stwarzał na skałach pewne techniczne problemy, maskował jednak kamienie i przez to na dużych odcinkach ułatwiał nam wędrówkę, stąd tempo było nadal znakomite, mimo wyraźnych już oznak zmęczenia.

Zbliżając się do podejścia na Zawrat, przypadkiem spotkaliśmy dwie młode dziewczyny z ogromnymi plecakami. Jak się okazało były to studentki, spędzające weekend w górach. Szły one bardzo wolno, ale w tym samym kierunku, co my. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie zaproponowałem im, aby szły razem z nami, bo tak będzie przyjemniej i bezpieczniej. One jednak stwierdziły, że nasze tempo im nie odpowiada. Obiecałem więc, że zwolnimy i pomożemy im nieść te gigantyczne plecaki. Dziewczyny nadal się upierały, że wolą iść same. Trochę tym zasmucony, ale i zaniepokojony, zacząłem ich z lekka przepytywać ze znajomości tych gór o tak nietypowej porze.

— Czy wiecie jak wygląda teraz Zawrat po tej drugiej, północnej stronie?

— Jak to jak? Chyba tak samo jak po tej?.

Pomyślałem, że albo żartują albo rzeczywiście zupełnie nie zdają sobie sprawy z występującego tam oblodzenia i konieczności mozolnego odkuwania mocno przymarzniętych łańcuchów. Spytałem ich jeszcze:

— Czy macie latarki?

— Nie, bo i po co? Przecież słońce jeszcze dobrze świeci, więc latarki nie będą nam potrzebne.

Tu się zdumiałem po raz drugi. To piękne słońce — powiadam — zaraz się schowa za tamtą górę, czyli za Świnicę i dzisiaj już go nie zobaczycie. Dziewczyny jeszcze raz stwierdziły, że na pewno sobie poradzą, i zdecydowanie wolą iść same. Wyczułem, że dziewczyny po prostu nie mają do nas zaufania, gdyż z pewnym niepokojem przyglądały się naszym chłopakom i te ich sznyty i tatuaże nie były na pewno tu żadnym atutem. Cóż było robić wobec takiego uporu? Powiedziałem im tylko:

— No to cześć, powodzenia! Bądźcie ostrożne — zwłaszcza przy schodzeniu. — Po chwili znowu z chłopakami ostro ruszyliśmy do przodu.

Na Zawracie zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, aby trochę się posilić, przemundurować i przygotować do ostrożnego schodzenia po mocno oblodzonych skałach. Wyraźnie już widząc, co nas dalej czeka — ponownie odezwało się we mnie sumienie. Przecież nie możemy w takich warunkach i o tak późnej porze, zostawić tych dziewcząt sam na sam z tą piękną, lecz groźną przyrodą. Przy wyraźnym braku doświadczenia i mocno ograniczonej ich wyobraźni, były przecież nikłe szanse na to, że sobie faktycznie poradzą. Przeciwnie, groziło im naprawdę bardzo poważne niebezpieczeństwo, któremu powinniśmy jakoś zaradzić.

Szybko wybrałem więc czterech, najmniej „obdzierganych” chłopaków i poleciłem im pobiec po te uparte dziewczyny. Mają z nimi w ogóle nie dyskutować, ale uprzejmie, lecz stanowczo zabrać im plecaki, wziąć je za ręce i doprowadzić tu na Zawrat do całej naszej grupy. Chłopakom nie musiałem tego dwa razy powtarzać. Szybko pomknęli na dół i wkrótce przyholowali do nas te wyraźnie spanikowane, rozzłoszczone i trochę już popłakujące dziewczyny. Przeprosiłem ich za to bezceremonialne uprowadzenie. Wyjaśniłem, że są to chłopcy z poprawczaka i chociaż na dżentelmenów nie wyglądają, to na pewno im żadnej krzywdy nie zrobią i do celu bezpiecznie je doprowadzą. Powiedziałem też, że jako wychowawca swoim honorem im to gwarantuję, a jako turystyczny przodownik, nie mogłem ich przecież zostawić ani postąpić inaczej. Chłopcy również zaczęli ich uspokajać, pocieszać i częstować czekoladą, także w końcu dziewczęta zaczęły się do nas nawet uśmiechać i bez oporu wyruszyły wraz z nami w dalszą drogę.

Wkrótce jednak znowu usłyszałem jakieś pochlipywania i tłumione okrzyki. Pytam się więc, czemu znowu płaczą? A one na to:

— Płaczemy ze strachu.

— Co, znowu się nas boicie?

— Nie was, ale tych strasznych gór — powiadają.

Rzeczywiście — łatwo nie było! Musieliśmy mozolnie odkuwać oblodzone łańcuchy, wydziobywać stopnie w śniegu i lodzie, podtrzymywać dziewczyny za ręce i nogi i takim to sposobem, wzajemnie się asekurując, powoli schodzić w dół. Z ogromnym zaangażowaniem zwłaszcza w najtrudniejszych momentach, holował te dziewczyny Kazik Górski, którego wyjątkowa kondycja, uczynność i siła, były tu szczególnie cennym atutem. Trochę żartując, powiedziałem im wtedy, że mam nadzieję, iż w tak doborowym gronie, średni ubytek turystów na kilometr szlaku nie będzie zbyt wielki i przynajmniej one do Murowańca dotrą na pewno w komplecie.

— A chłopaki, także tam dojdą w komplecie? — Spytały.

— Tego to ja już nie wiem, przecież zawsze drzemie w nich jakaś chęć do ucieczki i ochota na „wyskoki gdzieś na boki”.

— Ale przecież to byłoby bardzo głupie i niebezpieczne — szczerze zaniepokoiły się dziewczęta.

— A jaka to strata dla Ojczyzny? — Pytam.

Popatrzyły na mnie dziwnym i wyraźnie zgorszonym wzrokiem — i wtedy zarówno chłopcy jak i ja parsknęliśmy spontanicznym śmiechem. Ta ich spontaniczna troska o chłopaków, których niedawno tak się bały i naiwna łatwowierność szczerze nas ubawiły. Dziewczęta także zaczęły się uśmiechać i już nieco bardziej rozluźnione, z coraz większą gracją, pokonywały kolejne przeszkody. Wkrótce zrobiło się całkiem ciemno i z pokorą przyznały, że bez latarek w takim terenie, wędrować się jednak nie da.

Po minięciu Zmarzłego Stawu zauważyłem, że na zboczu Granatów, mniej więcej w połowie niezwykle groźnego żlebu Draża, błyska jakieś nikłe światełko i to sześć razy na minutę. Nie miałem wątpliwości:

— Tam ktoś walczy o życie! Wypadek! — Powiedziałem.

— Co robimy? — Spytali chłopaki.

— To co trzeba… i to co możemy…

Słynna pułapka Granatów znów tam kogoś uwięziła na granicy życia i śmierci, więc musieliśmy działać szybko i rozważnie. Głupotą by było w tych warunkach bez specjalistycznego wyposażenia, pędzić na Granaty z osobistą pomocą dla poszkodowanego. Jedyną rozsądną decyzją było jak najszybsze powiadomienie Goprowców, dyżurujących w pobliskim Murowańcu. Nadałem więc obowiązujące w takich przypadkach świetlne sygnały (trzy razy na minutę) do poszkodowanego, aby wiedział, że jego wołanie o pomoc zostało zauważone i ktoś na pewno mu tej pomocy wkrótce udzieli. Nasz szlak na tym odcinku był już dosyć bezpieczny, więc zostawiłem grupę pod opieką wyznaczonego wychowawcy, a sam wraz z dwoma chłopakami szybko pobiegłem w kierunku Murowańca. Okazało się jednak, że goprowcy, o tym wypadku byli już powiadomieni, gdyż niebawem zobaczyliśmy, jak kilkuosobowa grupa ratowników z całym, niezbędnym ekwipunkiem spieszy do poszkodowanego z konkretną pomocą.

W tej sytuacji po krótkiej rozmowie z goprowcami zawróciliśmy do naszej grupy i ze zdziwieniem zobaczyłem, że nasze sympatyczne dziewczyny znowu płaczą.

— A tym razem, o co wam chodzi — zadaję kolejne pytanie?

— Płaczemy, bo gdyby nie wy, to pewnie i po nas musieliby teraz biegnąć goprowcy?

Optymistki — pomyślałem. Kto i kiedy by je tam zauważył, skoro nie miały nawet latarek, a o tej porze dnia i roku — tłoku w górach przecież nie było..

Do Murowańca dotarliśmy tak jak im obiecałem — cało i zdrowo. My musieliśmy biec jeszcze dalej — do Zakopanego, ale dziewczyny były już tak zmęczone, że postanowiły zostać i przenocować w tym właśnie schronisku. Stwierdziły, że była to dla nich bardzo cenna lekcja, której nigdy nie zapomną. Przy pożegnaniu dziewczyny szczerze nam dziękowały i każdego z nas obdarzyły przyjacielskim buziakiem. Nawet te tatuaże już im teraz nie przeszkadzały. Na koniec z widocznym wzruszeniem i błyszczącą łezką w oku, jedna z nich powiedziała tak:

— Jesteście wspaniali! Jeszcze raz wam serdecznie dziękujemy. Uratowaliście nam życie”!

— Nie przesadzajmy — myśmy was tylko …uprowadzili. Teraz jesteście znowu wolne. — Odpowiedziałem im z przyjacielskim uśmiechem i pomachałem ręką.

7. „Góry nauczyły nas pokory” — dzika przyroda bywa czasem bardzo twardym nauczycielem

W bardzo pouczającej lekcji pokory mieliśmy też okazję dość aktywnie uczestniczyć w naszych kochanych Bieszczadach. Jednak i tym razem jej głównymi uczniami nie byli na szczęście, nasi wychowankowie, ale przygodnie spotkani turyści, niemniej jednak i dla nas była to lekcja dramatyczna i dająca wiele do myślenia.

Zima w Bieszczadach owego roku była wyjątkowo śnieżna i mroźna. Bardzo nam to odpowiadało, bo przecież po to od szeregu lat jeździliśmy zimą w Bieszczady, aby pozachwycać się niebanalnym pięknem takich właśnie, bajecznie oszronionych widoków i poszlifować charaktery. Im zima surowsza — tym lepiej, bo daje więcej okazji do twardej walki ze swoimi słabościami i skłania do lepszej wzajemnej współpracy. Tak było i wtedy. Z każdym dniem stawaliśmy się coraz bardziej skonsolidowanym i mocnym zespołem, podejmującym coraz trudniejsze wyprawy. Pewnego dnia z samego rana zapowiedziałem wszystkim uczestnikom naszego zimowiska, żeby zabrać ze sobą dużo picia i jedzenia oraz pełne oprzyrządowanie, bo czeka nas bardzo forsowna — kilkunastogodzinna wędrówka w niełatwym terenie. Zamierzałem bowiem poprowadzić swoich chłopaków najpierw całkowicie wówczas nieprzejezdnymi serpentynami z Wetliny do bacówki „Pod Małą Rawką”. Potem mieliśmy się wdrapać po bardzo głębokim, kopnym śniegu na obie Rawki i pójść dalej na Kremenaros. Stamtąd zamierzałem uparcie wędrować pasmem granicznym, aż do pewnego, dobrze znanego mi punktu, w pobliżu tzw. Wzgórza Wisielców. Od tego właśnie punktu miałem dokładnie wyznaczone azymuty, prowadzące nas przełajem do Wetliny po bardzo trudnym, dzikim terenie. Istotną przeszkodą oprócz głębokich wąwozów, zwalonych drzew i typowo -bieszczadzkich wertepów były tu także zamaskowane śniegiem, niebezpieczne bagna i wartkie strumienie. Tylko dokładne trzymanie się wyznaczonych i wcześniej już empirycznie sprawdzonych azymutów, dawało nam realną szansę na skuteczne lawirowanie pomiędzy bagnami i dokładne trafianie na konkretne mostki.

Czekała nas więc interesująca, lecz bardzo trudna i długa włóczęga od rana aż do późnej nocy, o czym uprzedziłem nie tylko swoich chłopaków, ale także Pietrka  kierownika naszego schroniska w Wetlinie.

Idąc mocno zasypaną szosą do bacówki pod Rawkami, starałem się dyktować chłopakom dosyć żwawe, ale nie mordercze tempo. Nie chciałem przecież ich ugotować na tych pierwszych kilkunastu kilometrach naszej wędrówki. Zależało mi bowiem na tym, aby odpowiednią werwę i siłę każdy z nas zachował do samego końca.

Z pewnym zdziwieniem zauważyłem wkrótce, że próbuje nas szybko wyminąć dwóch studentów, którzy także jak się okazało — kwaterowali w naszym schronisku. Kurtuazyjnie spytałem:

— Dokąd się tak śpieszycie?

— Idziemy na Kremenaros!

— My też tam idziemy — powiedziałem — więc chodźcie razem z nami, bo sami tam dziś nie wejdziecie.

— Wejdziemy, wejdziemy — powiedzieli z zagadkowym uśmiechem i prawie biegiem wyrwali do przodu.

Popatrzyłem za nimi z niemałym zaciekawieniem i pomyślałem, że albo faktycznie są wyjątkowo mocni i doświadczeni, albo… całkiem naiwni i bez wyobraźni. Jak na taką wyprawę o tej porze roku i w tych konkretnych warunkach, byli też dość dziwacznie ubrani — nie mieli zimowych kurtek, tylko cienkie bluzy i równie przewiewne spodnie, nie nieśli ze sobą też żadnych dodatkowych rzeczy, ale za to jeden z nich z dużą fantazją wymachiwał wielkim, ciężkim czekanem. W Bieszczadach czekana używa się bardzo rzadko, więc tym bardziej byłem zdziwiony i nieco zaniepokojony ich nadmierną wiarą we własne siły i w ten ich… magiczny czekan.

Kiedy doszliśmy do bacówki, oni już kończyli jeść swoje kanapki i szykowali się do dalszej drogi. Jeszcze raz zaproponowałem im wspólną wędrówkę na Kremenaros, ale oni ponownie mi stanowczo odmówili, uzasadniając, że nasze tempo im zupełnie nie odpowiada, więc wolą iść sami. W moim przekonaniu tempo mieliśmy jednak całkiem przyzwoite, ale skoro dla nich jest ono za wolne, to trudno, niech sobie idą, tylko czy aby dojdą? Miałem co do tego poważne wątpliwości. Przy tak głębokim, sypkim śniegu, wędrówka nawet w dużej grupie, będzie na pewno niezłą harówą, a w dwójkę — to na dłuższą metę, chyba jest w ogóle nierealna. Z własnego doświadczenia dobrze wiedziałem, że podczas wielogodzinnego, ciężkiego torowania, trzeba będzie robić bardzo częste zmiany, średnio co pięć minut, i na jakieś zawrotne tempo, nie ma przecież żadnych szans. Ci studenci byli jednak dorosłymi, niezależnymi od nas ludźmi i trudno było narzucać im swoją wolę. Skoro tak postanowili, to niech idą, nie będę ich dłużej tu zatrzymywał — mogę im tylko życzyć powodzenia. Tak też i zrobiłem.

Po krótkim kalorycznym posiłku w doskonałych humorach wyruszyliśmy na szlak. W miarę nabierania wysokości chłopcy stawali się coraz mniej rozmowni, płuca pracowały nam jak kowalskie miechy, a dorodne buki grzecznie ustępowały miejsca mocno oszronionym karłowatym buczkom. Krajobraz był jak z bajki, więc mimo narastającego zmęczenia nie traciliśmy humoru i szybko zbliżaliśmy się do charakterystycznego garbu na Wielkiej Rawce. Na tym garbie usadowił się ogromny śnieżny nawis, grożący lawiną, o czym wyraźnie ostrzegała specjalna tablica. Duże śnieżne nawisy, występują tu bardzo często, ale ostrzeżenia przed lawinami są tam zwykle umieszczane trochę na wyrost. Tym razem po bardzo obfitych opadach świeżego śniegu, zagrożenie lawinowe było jednak jak najbardziej realne i musiałem się z nim liczyć.

Czy liczyli się z tym także spotkani przez nas studenci — tego dobrze nie wiem, ale niebawem znowu ich spotkaliśmy i nabrałem przekonania, że chyba się wystraszyli i zamierzają zawrócić. Stali bowiem bezradnie u podnóża stromego garbu i z widocznym respektem spoglądali na ten wielki, zakręcony nawis.

Dosyć szybko wybraliśmy jak najbardziej bezpieczny wariant naszej wspinaczki i razem z Kaziem Górskim ostrożnie wdrapaliśmy się na wierzchołek garbu. Unikaliśmy przy tym jakiegokolwiek trawersu, szliśmy bardzo stromo i prosto w górę, asekurując się narciarskimi kijkami, którymi też z niemałym trudem wydziobywaliśmy sobie kolejne stopnie w mocno oblodzonym stoku. Tu na pewno przydałyby się raki i czekan, ale wtedy w naszym zakładzie takiego sprzętu jeszcze nie było, a ci studenci wcale nie zamierzali nam go użyczyć. W sytuacjach szczególnie niebezpiecznych i trudnych kol. Kazik Górski był zawsze niezawodny. Jako były kolarz i trener dysponował żelazną kondycją i wytrwałością. Mogłem zawsze na niego liczyć i wiedziałem, że się nie zawiodę. Tak było i teraz. Po wejściu na grzbiet Kazik mocno zaparł się nogami i spuścił chłopcom długą linę, aby zrobić z niej solidną poręczówkę. Korzystając z tej zaimprowizowanej poręczówki na najbardziej stromym i oblodzonym odcinku tego zbocza i dodatkowo jeszcze asekurując się kijkami, nasi chłopcy bardzo szybko wdrapali się do nas i usiedli na plecakach, aby trochę odsapnąć.

Widząc mocno przestraszone miny naszych studentów, byłem tym bardziej pewien, że mają oni już dosyć dalszej wędrówki i dalszego ryzyka. Okazało się, że jednak nie. Zachęceni naszym przykładem, zaczęli teraz wołać, że i oni chcieliby skorzystać z naszej poręczówki. Oczywiście chętnie się na to zgodziłem i szybko ich wciągnęliśmy na sam grzbiet. Nie powiedzieli nawet cześć ani dziękuję, tylko znowu ostro „wyrwali” do przodu. Pewnie byli już nieźle podmarznięci i na żadną kurtuazję nie mieli ochoty. My także dopingowani silnym wiatrem i siarczystym mrozem popędziliśmy po twardym grzbiecie dosyć szybko i sprawnie, prawie depcząc im po piętach. Po minięciu betonowego cokołu, po dawnej wierzy typu triangul, studenci jeszcze bardziej podkręcili tempo i zaczęli się szybko oddalać w kierunku… Ukrainy. Krzyknąłem więc tylko do nich, że idą nie tam, gdzie trzeba, ale wiatr porwał mi słowa i chyba to ostrzeżenie wcale do nich nie dotarło. Wkrótce w gęstych tumanach zwiewanego śniegu, studenci definitywnie znikli nam z oczu, a my … z dużym uporem ruszyliśmy dalej — na Kremenaros.

Mimo że nie jest to szczyt ani wybitnie widokowy, ani jakoś wyjątkowo cenny, wśród ambitnych turystów cieszy się on jednak dużą popularnością, ale tylko latem. Dlaczego? Bo zbiegają się tu trzy granice: polsko — ukraińska, polsko — słowacka i słowacko — ukraińska i głównie na tym polega cała jego atrakcyjność. Latem, zahaczają więc o niego nie tylko liczni turyści indywidualni, ale także całe wycieczki, natomiast zimą dociera tam mało kto. Kremenaros leży bowiem na granicy długiego wododziału pomiędzy zlewiskiem Morza Bałtyckiego i Morza Czarnego, a ten wododział charakteryzuje się szczególnie obfitymi opadami śniegu. Pasmo graniczne przedziera się tam przez rozległą bukową puszczę, która chroni ten śnieg przed zbyt szybkim topnieniem i nadmiernym zwiewaniem, dlatego jego warstwa jest tam zwykle dużo grubsza i znacznie pulchniejsza niż na pobliskich połoninach. Wędrówka po takim dwumetrowym, puszystym śniegu, przypomina bardziej pływanie kraulem, niż normalny marsz, więc nic dziwnego, że w zimie żadnego tłoku tam nie ma. Moi chłopcy również szli na Kremenaros z coraz mniejszym entuzjazmem, więc zdecydowałem się wtedy posłużyć swoim starym chwytem, czyli po prostu — zwyczajnym bałachem.

Z trochę udawanym żalem zacząłem półgłosem narzekać, że „do tej sympatycznej, granicznej kawiarenki, dojdziemy chyba za późno i nie skorzystamy z jej głównych atrakcji ani wyjątkowej gościnności”. Chłopcy spojrzeli na mnie z wyraźnym zaciekawieniem i zaczęli zadawać konkretne pytania:

— Co to za atrakcje?

— Dziewczyny...bardzo ładne dziewczyny — powiedziałem. Kelnerkami w tej międzynarodowej kawiarence są tam przecież Ukrainki, Słowaczki i nasze Polki. Wszystkie bardzo sympatyczne, zgrabne, ładne i z dużym…

— Jak dużym? — Spytali figlarnie.

— Z dużym poczuciem humoru, oczywiście!

— Jak popędzimy, to na pewno zdążymy! — Wykrzyknęli chłopaki niemal chórem i rzeczywiście ruszyli do boju, jak konnica na Wiedeń.

— Zaraz, zaraz — krzyknąłem — a pieniądze macie?

— My nie, ale pan chyba tak.

— I co z tego. Myślicie, że wam znowu pożyczę. Gdyby mi różni wasi koledzy oddali te wszystkie pożyczone pieniądze, to na pewno mógłbym za nie kupić sobie nowy rower albo i jakiś przechodzony samochód.

— Ale ma pan chyba trochę pieniędzy zakładowych i te nasze … wypiski.

— Pieniądze służbowe mam, ale tylko na jakąś cienką zupkę lub herbatę, a tam jest przecież jeszcze słynny peweks, z różnymi ciekawymi rzeczami, zabranymi przemytnikom, ale was to chyba nie interesuje?

— Nas nie interesuje? Pan chyba żartuje — Peweksy, banki, sklepy — to przecież nasza specjalność!

— Jeśli uda nam się dojść tam na czas, to zapominając o tej waszej wyćwiczonej specjalności chyba rzeczywiście was trochę dofinansuję, bo warto! Bardzo tanio można tam kupić — nie ukraść, ale… kupić np. aparat fotograficzny, radiomagnetofon, albo pralkę. Zwłaszcza pralka, tu w Bieszczadach bardzo by się wam przydała, bo wtedy wreszcie porządnie upralibyście swoje skarpety.

— Tylko jak ją zanieść do schroniska?

— To żaden problem — powiadam — bo tu do każdego telewizora, lodówki albo pralki, gratisowo dorzucają sanki.

Chłopaki spojrzeli na mnie z uśmiechem, niektórzy w to uwierzyli, inni nie, a jeden z nich wykrzyknął z głębokim przekonaniem.

— Ja tam wolę ukraść — przepraszam — kupić piwo! Do schroniska zaniósłbym je na własnych plecach, a tam zrobilibyśmy sobie porządnego grzańca. No nie?

— No nie! — Odpowiedziałem, bo myślę, że jednak nie zdążymy tam dojść na czas. Jest przecież sobota. Zanim tam dojdziemy, to ten peweks i tą kawiarenkę już na pewno zamkną.

— My...nie zdążymy!? To pan chyba nas jeszcze dobrze nie zna? Te pralki i lodówki nas jakoś nie pociągają, ale te kelnerki … z dużym … poczuciem humoru — musimy je koniecznie zobaczyć i to jak najszybciej!

Chłopaki rzeczywiście podkręcili takie tempo, że ledwie mogłem za nimi nadążyć, chociaż zwykle jest — na odwrót. Wkrótce mocno zasapani i wytarzani w śniegu, znaleźliśmy się na tym słynnym Kremenarosie.

Jakież więc było zdziwienie i rozczarowanie moich chłopaków, kiedy zamiast kawiarni i peweksu, zobaczyli tam tylko starą drewnianą szopę służącą za prymitywne schronienie dla wopistów.

— Gdzie ten peweks, gdzie ta kawiarnia i gdzie są te ładne dziewczyny? Zapytali mocno zdezorientowani moi chłopcy.

— Odleciały!

— Jak to odleciały? Dokąd?

— Do swoich domów, bo przecież jutro jest niedziela.

— Na czym odleciały… chyba na miotłach?

— Nie na miotłach, bo to przecież nie czarownice, tylko na… paralotniach, a niektóre zjechały stąd po prostu na nartach.

— A ten peweks i ta kawiarenka — także zjechały na nartach?

— Tak, bo tu stosuje się tylko handel obwoźny.

Chłopaki popatrzyli na mnie z ukosa i mimo dużego zawodu, a nawet złości — gruchnęli gromkim śmiechem.

— Czarownice to może one i nie są, ale pan, to znowu nas nieźle oczarował, a my te bałachy łyknęliśmy jak ciepłe bułki. No nie!?

— No tak! Łyknęliście z dziecinną łatwością nie tylko te moje bałachy, ale i solidny kawał naszej uciążliwej trasy, i to w jakich humorach i w jakim tempie? GRATULUJĘ!

— Wariaci, krzyknął któryś z chłopaków — zwariowani wariaci!.. I pan chyba …też?

— Może rzeczywiście… ja trochę też — odpowiedziałem mu z nieco zagadkową miną i wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.

— Przepraszam was za ten bałach, ale dzięki niemu zaoszczędziliśmy sporo czasu i wiele nerwów. Pokazaliście także, na ile was stać i jak ważne są dla was kontakty z dziewczynami.

— Bo dziewczyny są piękne!

— To prawda. Dziewczyny są piękne, może nawet piękniejsze niż te góry. Je także trzeba po dżentelmeńsku zdobywać i zawsze szanować.

Nasza dalsza wędrówka przebiegała już znacznie spokojniej, a te pięciominutowe zmiany na torowaniu, systematycznie wyznaczały jej kolejne etapy. Potężne zmęczenie zaczęło nas dopadać zwłaszcza na odcinkach typowo przełajowych, w bukowej puszczy nad Moczarnem. Nie mogliśmy sobie jednak pozwolić na jakieś dłuższe odpoczynki, bo już po kilku minutach pot zamarzał nam na grzbietach i robiło się potwornie zimno. Także kwas mlekowy, intensywnie się wydziela już po kilku minutach odpoczynku i daje się ostro we znaki, więc lepiej z tym nie przesadzać. Siedmiominutowe regularne odpoczynki na ogół wystarczają dla wyrównania oddechu, a na trochę dłuższy odpoczynek zatrzymujemy się zwykle tylko przy posiłkach. Przez lata doskonaloną technikę forsownego marszu stosowaliśmy również wtedy, więc drogi nam szybko ubywało, ale do schroniska było jeszcze ciągle daleko.

Robiło się coraz ciemniej, więc trzeba było w marznących dłoniach trzymać już nie tylko kijki, ale także latarki. Chłopcy byli już tak zmęczeni, że podczas tych krótkich odpoczynków, rezygnowali nawet z palenia papierosów, bo wielu z nich nie odczuwało już nawet tej nałogowej potrzeby. Dla namiętnych palaczy pojawiał się natomiast taki oto śmieszny problem. Kto do kogo ma się „dowlec” w tym głębokim śniegu: ten z zapałkami, czy raczej ten z paczką papierosów. Taką nieco nerwową i przedłużającą się dyskusję, przerywała zwykle sakramencka komenda — „Powstań — idziemy” i problem znikał.

Jeden z naszych twardzieli — Krzysiek, który częściej niż inni angażował się do torowania, w końcu tak się „uchachał”, że zaczął siarczyście na mnie bluzgać. Było to bardzo dziwne, gdyż do tej pory bardzo mnie szanował i chyba nawet lubił. Teraz jednak zaczął wygadywać, że jeśli mnie dogoni, to na pewno mnie powiesi i to na tej linie, którą sam na plecach dźwiga. Słuchałem tego z przymrużeniem oka, przecież już wielu turystów na naszych rajdach miewało wielką ochotę, aby mnie dogonić i powiesić, ale jakoś żyję, a oni ciągle się zgłaszają na kolejne nasze rajdy. Krzysiek też mnie nie dogonił, a na postojach, podobnie jak inni, wolał przez kilka minut spokojnie sobie poleżeć niż dodatkowo angażować swoje mięśnie do wykonania tego smętnego wyroku. Po kilku kolejnych godzinach upiornego marszu, Krzysiek zamiast dalej przeklinać, wymamrotał błagalnym tonem tylko pół zdania — „panie Mako…” i zarył nosem w śnieg. Po prostu zasłabł. Szybko przywróciliśmy mu przytomność, daliśmy łyk gorącej herbaty i kawał gorzkiej czekolady, po czym Krzysiek wyraźnie poweselał i odżył. Mało tego, nie dał się wyłączyć ze swej kolejki w torowaniu. Kryzys minął i Krzysiek znowu ciął po śniegu jak strzała. Był to bowiem chłopak bardzo ambitny i twardy, ale przecież i takich dopada czasem turystyczna chandra albo zwykłe przemęczenie.

O ile Krzysiek był upartym twardzielem, o tyle Mariusz był rozkapryszonym mięczakiem. Przynajmniej wtedy, bo później też się bardzo zmienił. Z każdym kilometrem tego przełajowego marszu, Mariusz narzekał i „jęczał” coraz głośniej. Nie zwracaliśmy na to jakiejś szczególnej uwagi, bo u Mariusza, to raczej — standard. W końcu Mariusz radykalnie zmienił swoją taktykę i teraz zaczął głośno zawodzić i płakać. Zadałem mu więc proste pytanie:

— Dlaczego, nie dajesz spokojnie spać niedźwiedziom, tylko ryczysz jak płaczki na „egipskim pogrzebie”?

A Mariusz na to z widocznym przestrachem:

— To są tu żywe niedźwiedzie?

— No prawie żywe, bo co nieco zaspane, ale jak będziesz tak głośno ryczał i robił im konkurencję, to na pewno odżyją i to na dobre!

Wtedy Mariusz zaczął jeszcze głośniej „beczeć” i narzekać, że nawet jak tu nie zamarznie, to i tak nie przeżyje, bo go pożrą niedźwiedzie i nawet na nagrobku nikt mu nic tu nie napisze. Rozbawiła mnie ta jego ostatnia obawa. Powiedziałem mu żeby się zbytnio tym nie martwił, bo Mozart też był dosyć sławny i muzykalny, prawie jak on, a mimo to nie zafundowano mu żadnego nekrologu ani nawet żadnego nagrobka. Znowu wszyscy mimo zmęczenia ryknęli głośnym śmiechem, ale żaden bieszczadzki niedźwiedź się na szczęście nie obudził. Mogliśmy więc znowu, nieco żwawiej „człapać” do przodu. Mariuszowi zaś twardo zapowiedziałem, że może narzekać i beczeć jeszcze tylko przez kolejne trzy godziny i ani minuty więcej, bo dłuższego koncertu to ja już nie zdzierżę. Jeśli mnie nie posłucha, to go rzeczywiście tu zostawimy niedźwiedziom na pożarcie z wielkim napisem — „smacznego!”.

Ten bardzo wyczerpujący marsz i wiele różnych, własnych problemów, skutecznie wyparło z naszej świadomości wcześniejszą troskę o bezpieczną wędrówkę uprzednio spotkanych studentów. Do naszego schroniska dotarliśmy ok. godz. 22 czyli niemal dokładnie o zaplanowanym czasie. Tu się jednak okazało, że wspomnianych studentów ciągle jeszcze nie ma, mimo że z Kremenarosa do Wetliny planowali oni wracać po własnych i naszych śladach czyli znacznie łatwiejszą drogą niż my. Powinni więc już od kilku godzin być w schronisku, a jednak ich tu nie było. Razem z Pietrkiem, zaczęliśmy się o nich bardzo niepokoić. Może zasłabli, może zabłądzili, może zwinęli ich ukraińscy wopiści, a może… gdzieś tam… teraz… walczą o życie? Odezwały się we mnie zwyczajne wyrzuty sumienia. Bieszczady o tej porze dnia i roku są przecież przeraźliwie puste. Byliśmy pewnie ostatnimi ludźmi, którzy dzisiaj mieli z nimi jakikolwiek kontakt. Dlaczego pozwoliłem im maszerować tylko we dwójkę i to w dodatku w tak niestosownych ubraniach i z widocznym brakiem należytej wyobraźni i orientacji? Przecież już na Rawce zaczynali błądzić, więc zamiast bezsensownie krzyczeć, powinienem ich dogonić i zawrócić. Powinienem bardzo stanowczo im odradzić takiej szalonej indywidualnej wędrówki po górach i dokładnie ich poinformować o „czyhających” tam niebezpieczeństwach. To nic, że byli oni ludźmi dorosłymi i nieskorymi do współpracy. Już nieraz w podobnych sytuacjach narzucaliśmy „niedzielnym” turystom swoją twardą wolę i prawie zawsze nam później za to serdecznie dziękowano. Ja jednak byłem wobec tych studentów mimo pewnego zaniepokojenia, za mało stanowczy. Teraz tego bardzo żałowałem, ale to przecież w żaden sposób nie poprawiało ich aktualnej sytuacji.

Trzeba było szybko podjąć jakieś sensowne działania. Razem z Pietrkiem zawiadomiliśmy więc telefonicznie GOPR i WOP, udzielając im konkretnych odpowiedzi na niektóre pytania. O tym, gdzie oni teraz mogą być, nie mieliśmy jednak zielonego pojęcia. Poproszono nas, abyśmy też aktywnie włączyli się do akcji. Bieszczady są pasmem bardzo rozległym i mocno zadrzewionym. Niemal każde poszukiwanie zaginionych osób przypomina „wyławianie igły ze stogu siana”, więc nasza pomoc byłaby tu rzeczywiście bardzo potrzebna i istotna. Ja też uważałem, że naszym moralnym obowiązkiem jest jak najszybszy ponowny wymarsz w góry z nadzieją, że może ich jednak gdzieś tam znajdziemy.

Nasi chłopcy po przyjściu do schroniska i szybkim zjedzeniu ciepłego posiłku, natychmiast poszli spać. Niektórzy byli tak zmęczeni, że zasnęli na swych „wyrkach” w butach i w pełnym opakowaniu. Nie miałem sumienia ich szarpać i budzić, aby znowu poszli w góry. Co innego kadra. Moi koledzy też byli nieźle zmęczeni, ale są to przecież turyści bardzo doświadczeni i twardzi. Oni doskonale rozumieli problem, więc szybko spakowali niezbędne rzeczy i wraz ze mną ruszyli na poszukiwania. Zabraliśmy ze sobą zapasowe śpiwory i koce, zapasowe kurtki, linę, latarki, herbatę w termosach, kilka czekolad i sporo jedzenia. Nie wiedzieliśmy przecież jak długo będziemy się włóczyć, po tych bieszczadzkich kniejach i w jakim stanie znajdziemy naszych studentów, jeśli ich — w ogóle znajdziemy. Aby znacznie przyspieszyć całą akcję, postanowiliśmy wykorzystać nasze własne ślady. O ile wysoko na połoninach i granicznych grzbietach przypuszczalnie po naszym marszu nie było już… żadnych śladów, to w dolinach śnieg nie był tak szybko zawiewany i ślady były tu bardzo wyraźne. Właściwie to nawet nie były to żadne ślady. Był to długi, wąski i głęboki rów, który niedawno mozolnie „wytupało” kilkadziesiąt naszych nóg (szło nas wtedy ponad dwadzieścia osób). Tym rowem szliśmy teraz bardzo szybko, z krótkimi przerwami na nasłuchiwanie, gwizdanie i wołanie. Niestety wciąż nie było nikogo widać, ani nikogo słychać. W pewnym momencie, gdzieś w okolicach Moczarnego, ktoś z nas usłyszał jakieś dziwne, przerywane odgłosy. Zatrzymaliśmy się w ciszy i zaczęliśmy uważnie nasłuchiwać. Wkrótce wszyscy usłyszeliśmy jakieś pomruki i przeciągłe postękiwanie.

— Pewnie to jakiś dziki zwierz — ktoś powiedział i znowu szybko ruszyliśmy w drogę.

Niebawem jednak znów usłyszeliśmy te dziwne, przeciągłe zawodzenie. Tym razem trochę głośniejsze i bardziej wyraźne. Znowu się zatrzymaliśmy. Zaczęliśmy gwizdać i latarkami dokładnie omiatać pobliski teren. Wkrótce naszym oczom ukazały się jakieś dwa dziwaczne stwory. Pełzały i turlały się one wolno po dnie tego głębokiego rowu, który na tym odcinku lekko wznosił się ku górze. Znowu pomyśleliśmy, że to może jakieś ranne dziki, wilki lub inne czworonogi, które nie mogą wygrzebać się z tego głębokiego rowu. Ostrożnie podeszliśmy bliżej i w ostrym świetle latarki zobaczyliśmy, że to jednak...ludzie. Byli to bowiem, poszukiwani przez nas studenci, ale w jakże opłakanym stanie. Czołgali się oni niezdarnie po śniegu, gdyż byli tak zmęczeni i zmarznięci, że nie mogli się utrzymać na swych mocno przemrożonych nogach. Udawało im się tylko z wielkim trudem i bardzo powoli pełzać lub turlać po śniegu, dlatego z daleka, w tym słabym świetle naszych latarek, każdy z nich wyglądał jak jakieś dziwne monstrum — jak jakieś połączenie bałwana z niedźwiedziem. Jeden z nich w ręku uporczywie trzymał jakąś ciężką lodową maczugę. Okazało się, że to ten ich ruski czekan, zamienił się w jakąś wielką gałę lodu, z którego wystawało mocno oszronione stylisko.

Po kilku minutach intensywnego rozgrzewania i ostrożnego pojenia ich gorącą herbatą, nasi pechowi turyści poczuli się trochę lepiej i próbowali się utrzymać na własnych nogach. Gorąca herbata i gorzka czekolada zrobiły jednak swoje. Wkrótce nasi studenci nadawali się już do tego, aby ich powoli ciągnąć i ostrożnie prowadzić w kierunku Wetliny. Po szczęśliwym, choć wcale niełatwym, doholowaniu ich do schroniska, pojawiły się jednak nowe, bardzo poważne problemy. Ich spodnie i buty tak mocno przymarzały im do nóg, że każda próba nawet bardzo ostrożnego ich ściągania, stawała się katorgą, gdyż odrywały się one razem z włosami i odmrożoną skórą. Pieczołowicie zajął się tym prawdziwie bolesnym problem nasz Kazik Górski. Bardzo powoli, delikatnie i cierpliwie zdejmował on im buty, a następnie odrywał spodnie. Trwało to naprawdę długo, ale w końcu udało się jakoś położyć ich do łóżek. Cały następny dzień i noc i nowy dzień przeleżeli oni w swoich „wyrkach” i nawet naszą smaczną zupę jedli na leżąco.

Z ich relacji wynikało, że na Kremenarosie to oni w ogóle nie byli. Mocno pobłądzili już na zejściu z Rawki. Potem długo się przedzierali przez gęstą bukową puszczę najpierw po ukraińskiej, a potem po słowackiej stronie. Świadczyły o tym obce napisy na tablicach, które tam spotykali, gdyż błądzili po tamtejszych rezerwatach, nie bardzo wiedząc, gdzie jest granica i gdzie zaczyna się Polska. W końcu jakoś natknęli się na nieco szerszy i trochę lepiej widoczny pas graniczny. Zaczęli nim uparcie wędrować, pilnie poszukując naszych śladów. Wyraźnych śladów było jednak bardzo niewiele, gdyż na tej wysokości silny wiatr ciągle nawiewał nowe warstwy świeżego śniegu i skutecznie je pozasypywał. Bardzo wyczerpani tą trudną wędrówką po wysokim grzbiecie, w głębokim, sypkim śniegu, postanowili opuścić granicę i do Wetliny schodzić po prostu na skróty. Natknęli się jednak na dość szerokie i kręte strumienie z niebezpiecznie podmywanym lodem, a potem na rozległe bagna, więc znowu cofnęli się do góry. Mozolne schodzenie w nowym kierunku też okazało się pomyłką, którą trzeba było także korygować kolejną, bardzo uciążliwą wspinaczką po stromych zboczach. W końcu byli już tak przemarznięci i wyczerpani, że zrezygnowali z dalszego marszu.

Usiedli w śniegu na jakimś pochyłym zboczu i oparli się o siebie plecami. Opanowała ich jakaś dziwna obojętność. Zaczęli drzemać i tylko od czasu do czasu, jeden drugiego szturchał ręką, pytając cicho: nie spisz? Żyjesz? Czas mijał bardzo powoli, a oni przysypiali coraz mocniej. Jeden z nich w końcu zasnął na dobre, przekręcił się na bok i niechcący zaczął się turlać po tym pochyłym zboczu. Wkrótce miękko wylądował w jakimś długim dole. Gdy trochę lepiej się rozejrzał, to zrozumiał, że zupełnie przypadkiem trafił, czy raczej — wturlał się on w nasze głębokie ślady. To odkrycie bardzo go ucieszyło. Zaczął więc głośno wołać do swojego kolegi, aby się obudził i też się tu przyturlał. Wkrótce byli znowu razem. Leżąc w tym długim, głębokim rowie, odzyskali znowu nadzieję i chęć do nowej walki o życie. Tak zaczęło się ich mozolne pełzanie… tym razem — we właściwym kierunku. Mimo przenikliwego zimna i ogromnego zmęczenia, te nasze ślady dodawały im wciąż wiary i otuchy, dlatego powoli, lecz skutecznie, posuwali się do przodu, z cichym jękiem, który był bardzo trudny do opanowania. Czy samodzielnie doszliby do Wetliny, tego nikt z nas nie wie, ale jestem głęboko przekonany, że nasza nocna wyprawa i te intensywne poszukiwania nie były bezsensowne.

Leżąc w swoim łóżku, z miską zupy na śpiworze, jeden z nich spojrzał mi w oczy i łamiącym głosem wydusił z siebie takie oto zdanie, które dobrze słyszę nawet jeszcze dziś:

— „Góóryy, nauuczyyły nas pokoory…”.

No cóż, podałem mu rękę, ciepło się do niego uśmiechnąłem i powiedziałem:

— „i mnie też…”

8. „Te drzewa nam dziękują” — piękna lekcja, jakiej udzielił nam nasz wychowanek

Od początku istnienia naszego zakładu, staraliśmy się utrzymywać ścisłe kontakty z tzw. środowiskiem otwartym. Zakład poprawczy nie może być przecież samotną wyspą, na oceanie powszechnej niechęci lub obojętności. On musi być otoczony archipelagiem życzliwych mu instytucji i osób, chętnych do pomocy i współpracy. Nie da się dobrze wychować młodego człowieka dla społeczeństwa, bez kontaktu z tym społeczeństwem. W przeciwnym razie, zakład będzie produkował tylko niebezpiecznych dzikusów, którzy po jego opuszczeniu, będą jeszcze bardziej niebezpieczni i groźni. Świadomi ciążącej na nas moralnej i społecznej odpowiedzialności, zabiegaliśmy ciągle o różne kontakty licząc także na stałą współpracę z niektórymi instytucjami. Jedną z pierwszych organizacji, która podała nam życzliwą dłoń było harcerstwo. W pobliskiej Ostrołęce w owych latach ZHP działało bardzo prężnie. W tej rozległej działalności wkrótce znaleźliśmy swoje trwałe miejsce. Poza innymi formami działania na szczególną uwagę zasługuje na pewno nasz bardzo aktywny, wieloletni udział w organizowaniu dużych, środowiskowych rajdów. Historia tych wielkich, międzyszkolnych rajdów mogłaby być niewątpliwie wdzięcznym i pożytecznym tematem do napisania odrębnej książki i być może ktoś kiedyś ją napisze. Ja chciałbym tu tylko od czasu do czasu poruszyć tę tematykę w kontekście turystycznej działalności naszego zakładu.

Przypomina mi się właśnie jeden z takich dużych rajdów — „Dwa Wrześnie Różana”, w którym jak co roku o tej wczesnojesiennej porze po polach, łąkach i lasach, wędrowało równocześnie ponad dwa tysiące dzieci i młodzieży, niemal ze wszystkich szkół naszego ówczesnego województwa. Mnie jak zwykle powierzono prowadzenie trasy dla zaawansowanych, a więc — była to wędrówka przełajowa, z kompasem w ręku, z licznymi przeszkodami, długim dystansem i bogatym zestawem licznych konkursów i zadań. Przy opracowywaniu takiej trasy, a zwłaszcza przy jej bezpośrednim prowadzeniu, oprócz kolegów z pracy, moją niezawodną ekipą pomocniczą byli najczęściej chłopcy z „poprawczaka”. Znudziło nam się już bowiem wygrywanie kolejnych nagród i zdobywanie wciąż nowych dyplomów, wolałem swoich chłopaków widzieć raczej w roli odpowiedzialnych i sympatycznych współorganizatorów rajdu, niż w roli bardzo trudnych do pokonania, a więc, niezbyt lubianych zawodników. Tak było i tym razem. Chłopaki zachowywali się jak należy, chętnie służyli swoją radą i pomocą, zdobywając sobie nowych kolegów, przyjaciół i oczywiście imponując dziewczynom, co dla nich było przecież szczególnie ważne. Mimo trudów forsownej wędrówki i licznych terenowych przeszkód, atmosfera na trasie była znakomita i nastrój dosyć wesoły.

Wtem wśród tej ogólnej wesołości, słyszę jakiś zdziwiony, poważny głos:

— „Druhu — las się chyba pali?!”

— Gdzie?

— Tam…

Robi się cisza. Wszyscy odwracamy głowy… i rzeczywiście, coraz wyraźniej widzimy gęste tumany dymu a po chwili błyskające wśród drzew, czerwone jęzory ognia. W odległości kilkuset metrów od nas zaczął się intensywnie palić bardzo duży i piękny las. Sytuacja z każdą chwilą wyglądała coraz groźniej. Szybko zrobiłem zbiórkę wszystkich drużyn. Dziewczyny oraz wszystkich młodszych harcerzy pod nadzorem wyznaczonych opiekunów odesłałem do pobliskiej szkoły w Przystani. Wysłałem też gońca, aby jak najszybciej powiadomił straż. Zostali tylko nasi wychowankowie z kol. Staszkiem Majewskim oraz kilku instruktorów ZHP i trochę starszych chłopców z różnych szkół. Po udzieleniu niezbędnych wskazówek pomknęliśmy w stronę palącego się lasu. Pracując gorliwie, ale gołymi rękoma, bez sprzętu i wody, nie byliśmy dla tego ognia wystarczającą zaporą. Duszący dym zmuszał nas ciągle do czołgania się po ziemi. Co i rusz trzeba było gasić także własne buty i ubrania, a piekielny upał i bardzo kiepska widoczność zmuszała nas ciągle do powolnego, ale koniecznego odwrotu. Cały czas musieliśmy się też dokładnie liczyć, kontrolować i wspierać nawzajem, aby ktoś nie zasłabł i nie został w ogniu. Prawie wszyscy ochotnicy szybko się zniechęcili i musiałem ich definitywnie wycofać. Zostali tylko nasi chłopcy z kol. Majewskim i kilku instruktorów. Mimo tak okrojonego składu udało nam się jednak ogień zatrzymać. Wyrwano bowiem gołymi rękoma tyle krzaków, drzewek i suchej darni, że granica i dla nas i dla ognia stała się bardzo wyraźna. Obawialiśmy się jednak każdego podmuchu wiatru i każdego przerzutu płomienia, gdyż nasze siły były już na wyczerpaniu, a ogień wciąż szalał.

Na szczęście zjawił się leśniczy z kilkoma ludźmi i co ważniejsze przynieśli oni jakieś szpadle i siekiery. W chłopaków wstąpił nowy duch, tym bardziej, że ani leśniczy, ani przybyli ludzie nie szczędzili im pochwał i szczerego podziwu. To jakoś tych chłopców uskrzydlało i skutecznie regenerowało ich siły. Niebawem przyjechała też straż, ale niestety wody w pobliżu nie było, a ta z beczki szybko się wyczerpała i znów trzeba było z ogniem walczyć wręcz. Chodziło głównie o to, aby uratować piękny starodrzew i na tym teraz skupił się cały nasz wysiłek. Po kilku godzinach ogień opanowano, ale przez całą noc nasi chłopcy musieli jeszcze pełnić swoistą wartę, podczas której wielokrotnie gasili oni wciąż odżywające tu i tam — groźne płomienie. Musiałem wrócić do szkoły i zająć się tam zadaniami typowo rajdowymi. Z chłopcami w lesie został tylko Staszek Majewski, który w znakomity sposób zorganizował tam prowizoryczny biwak oraz tą trudną i niebezpieczną wartę. Do kontroli i ciągłego obchodu był przecież dosyć duży obszar dymiącego i ciągle żarzącego się jeszcze pogorzeliska.

Rano do lasu przyjechał wojewoda, policja i wiele innych osób. Wszyscy szczerze dziękowali naszym chłopcom za ich wyjątkową odwagę i poświęcenie. Przywieziono im jedzenie i picie, było to bardzo miłe, chociaż najbardziej były im potrzebne jakieś buty i ubrania, bo ich własne wyglądały przecież upiornie. Goście wkrótce odjechali, na skraju pogorzeliska zostali tylko nasi chłopcy i… leśniczy. Ten jednak, zdążył się już nieźle upić, być może nawet z żalu za tą wypaloną połacią jego lasu, chociaż główny starodrzew udało się jednak uratować. Po chwili wolnym, chwiejącym się krokiem, podszedł on do moich chłopców i ze smętnym wyrazem twarzy w niecenzuralnych słowach stwierdził z wyrzutem, że nie kto inny, ale właśnie oni ten las podpalili.

— Jak to my? — zdziwili się chłopcy.

— Bo wy jesteście z „poprawczaka”! Palicie papierochy i to podpalenie — to k… wa — wasza robota!

Chłopaki zdziwili się jeszcze bardziej.

— Papierosy, to faktycznie oni palą — powiedziałem — mają na to zgodę ministra, ale nie robią tego w lesie, ani podczas marszu na harcerskich rajdach.

— G...no prawda! Czy pan nie widzi, że całe kieszenie mają oni wypchane papierochami?…A pan ich jeszcze broni?!

— Te papierosy — to dał im sam wojewoda, za to że z takim poświęceniem bronili tego lasu — a pan ich tu przeklina i wyzywa od „podpalaczy”?

— Bronili, bronili… ale cho… ra — najpierw to go podpalili i odpowiedzą mi za to!

— Las ten wcale nie leżał na trasie naszej wędrówki i zaczął się palić, zanim do niego dobiegliśmy, więc jakim cudem mogli go podpalić?! Czy pan zdurniał, czy się tylko upił? Wykrzyknąłem już mocno zdenerwowany.

Leśniczy zaczął jeszcze głośniej przeklinać i wymachiwać rękoma. Natychmiast podbiegł do niego jeden z naszych chłopców i grożąc mu pięścią wycedził przez zaciśnięte zęby:

— Niedawno Pan nas błagał o to, aby ratować te stare drzewa, a teraz robi z nas pan podpalaczy?!

Zdziwienie naszych chłopców szybko zamieniło się w rozżalenie, a to z kolei w oburzenie i sytuacja stawała się nie tylko nieprzyjemna, ale i bardzo groźna. Muszę tu przyznać otwarcie, że i mnie jako typowego choleryka to ostre stwierdzenie pijanego leśnika zeźliło okrutnie i znów chciałem mu coś twardego powiedzieć, gdy nagle stało się coś absolutnie niespodziewanego. Oto jeden z tych umorusanych, niewyspanych i mocno wytatuowanych chłopaków, jednym susem doskoczył do pijanego leśnika, odwrócił się do nas twarzą i spokojnym głosem zadał nam wszystkim proste pytanie:

— Czy mamy się przejmować głupią gadką tego pijanego leśnika? Spójrzcie na ten uratowany las — te drzewa nam dziękują. Czy to nie wystarczy?…

Zrobiła się cisza… Na taką reakcję i takie słowa w tym momencie mnie by było chyba nie stać.

— Masz rację… masz rację — powiedziałem spoglądając w kierunku szumiącego lasu.

Chłopcy też pokiwali głowami, spojrzeli na te piękne, ocalone drzewa i powoli odeszli na bok, zostawiając w spokoju wielce zdumionego leśnika.

Spośród zorganizowanych przeze mnie wielu setek turystycznych imprez, większość z nich zatarła się już w mojej pamięci, niektóre pamiętam tylko bardzo mgliście lub wyrywkowo, ale są i takie, które przetrwały nie tylko w mojej pamięci, ale także w sercu. To był właśnie taki rajd. Te proste i mądre słowa naszego wychowanka, podziałały na mnie tak, że ten uratowany las, zaszumiał wtedy nie tylko w moich uszach, ale zaszumiał także w moim sercu.

Zdziwienie … i wzruszenie ścisnęło mi gardło i ściska jeszcze dziś, kiedy o tym piszę lub mówię.

9. Na tym samym rajdzie — jak „językiem zawadziłem o kolczaste druty”

Na tym samym rajdzie były też inne ciekawe wydarzenia, które bardzo żywo przetrwały w mojej pamięci. Dotyczą one pewnej konspiracyjnej mszy świętej, która miała być odprawiona dla uczestników tegoż rajdu.

Nasze harcerskie rajdy kończyły się zwykle w niedzielę stwarzało to często duży problem dla młodzieży katolickiej oraz jej opiekunów. Wielogodzinna wędrówka, dość rozbudowana ceremonia zakończenia imprezy oraz uciążliwy i dosyć długi powrót do domu, uniemożliwiał im często udział w niedzielnym nabożeństwie. Ludziom leniwym, prymitywnym, a zwłaszcza wrogo nastawionym do religii, to oczywiście nie przeszkadzało, ale w rajdach brała też udział liczna grupa nauczycieli i młodzieży inteligentnej, głęboko wierzącej lub po prostu uczciwej i dla nich taki stan rzeczy był po prostu kolejnym przejawem komunistycznej propagandy, która w dużym stopniu profanowała pierwotną ideę tej pięknej organizacji. Wśród bezpośrednich organizatorów rajdu byli ludzie o różnych poglądach, których łączyła jednak ta sama turystyczna pasja, więc mimo tych ideowych różnic i często ostrych dyskusji, potrafili oni jednak ze sobą dobrze współpracować i z powodzeniem realizować rajdowe zadania. Ci najbardziej ideowi, starali się oczywiście ostentacyjnie narzucać swoje poglądy, ale tych na szczęście było niewielu. Inni woleli po prostu unikać drażliwych tematów i przymykać oko na różne harcerskie inicjatywy i działania niezbyt pasujące do szczegółowych wytycznych ich przewodniej partii, bardzo zachłannej na pozyskiwanie kolejnych roczników naszej młodzieży.

W tej sytuacji jako zdecydowany zwolennik wolności wyznania, uważałem za swą moralną powinność odwiedzanie wraz z młodzieżą spotykanych podczas rajdów różnych kościołów, dających szczególną okazję do okolicznościowej modlitwy, refleksji i zadumy dla wszystkich chętnych uczestników rajdu. Zdecydowana większość młodzieży oraz jej opiekunów korzystała z tych okazji i bardzo to sobie ceniła. Tylko nieliczni zamiast modlitwy i twardej posadzki kościoła, wybierali po prostu miękką trawę i bierny, dodatkowy odpoczynek. Oczywiście informacje na ten temat docierały do Komendy Chorągwi ZHP w Ostrołęce, tym bardziej, że nie starałem się tego robić w konspiracji. Przeciwnie — zawsze głośno i wyraźnie zachęcałem młodzież do aktywnego udziału we mszy czy modlitwie, zamiast biernego korzystania z dodatkowego odpoczynku. Mimo tak nietypowego „prowadzenia rajdu” i przepływu konkretnych informacji, że uczestnicy moich tras bardzo często odwiedzają kościoły i to w harcerskich mundurach, ku mojemu zdziwieniu, wciąż nie rezygnowano z moich usług i co roku angażowano mnie do współorganizowania nowych rajdów. Powiem nieskromnie, że działała tu być może, moja turystyczna renoma, ale przypuszczam, że także zwyczajne, koleżeńskie więzi. Rozsądniej więc było dla ówczesnych pracowników Chorągwi, czegoś nie widzieć, o czymś nie słyszeć, niż czepiać się człowieka, który zawsze chętnie służył swoją radą i konkretną pomocą, który na pewno kochał młodzież oraz kochał twardą, ambitną turystykę.

W końcu się jednak miarka przebrała albo raczej — niebezpiecznie dopełniła aż po same krawędzie. I tu reakcja ówczesnej Ostrołęckiej Chorągwi ZHP była dla mnie — „rajdowego weterana” — wprost zaskakująca!

Już w trakcie przygotowań do opisywanego rajdu, trochę zgrzytnęło. Wiele okoliczności przemawiało za tym, że będzie to kolejny bardzo duży rajd z cyklu — „Dwa Wrześnie Różana”. Cała więc Ostrołęcka Chorągiew i Hufiec ZHP oraz liczni instruktorzy z naszego miasta i ówczesnego ostrołęckiego województwa, aktywnie włączyli się w różne prace przygotowawcze, związane z tymże rajdem. Zgodnie z wieloletnią już tradycją miałem wraz ze swoimi chłopakami z poprawczaka poprowadzić „Trasę dla zaawansowanych” — z Ostrołęki do Różana, z dwoma noclegami po drodze. Wyciągnąłem więc z szuflady busolę i swoje sztabowe (poufne — jak to wówczas pisano) mapy, i po dokładnym rozważeniu wielu wariantów zrobiłem wstępną „rozpiskę” naszej marszruty z noclegami w szkołach podstawowych w Przystani i w Młynarzach, starając się o to, aby trasa nie była ani łatwa ani krótka.

Wkrótce udałem się też w teren, aby z dyrektorami tychże szkół omówić wiele szczegółów związanych z noclegami oraz obrzędowym ogniskiem. Musiałem ich oczywiście nie tylko poprosić o bezpłatne udostępnienie nam kilku klas na prowizoryczny nocleg dla około 200 osób, wraz z zapleczem kuchennym, sekretariatem i telefonem (komórek wtedy nie było), ale też przekonać, że zapanuję nad sytuacją, zadbam o należyty porządek, bezpieczeństwo i dyscyplinę. W tych negocjacjach (obarczonych często złymi doświadczeniami takich szkół z poprzednich rajdów) dużym i przekonywującym atutem okazywały się zwykle pisemne opinie innych dyrektorów szkół, w których wcześniej nocowaliśmy oraz fakt, że byłem po prostu — wychowawcą z poprawczaka. Wielu instruktorów prowadzących trasy na naszych rajdach, wolało osobiście nie prowadzić takich trudnych negocjacji z dyrektorami, zdając się na formalne uzgodnienia Chorągwi z Kuratorium. Jednak nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem łatwizny ani tzw. „gościnności wymuszonej”. Nie oczekiwałem więc od Chorągwi ZHP, żadnych gotowców typu: załatwiony nocleg, zapewniony transport oraz standardowy opis trasy. Oprócz negocjacji z dyrektorami wspomnianych tu szkół, będąc w terenie, nie oparłem się też pokusie, aby nie przypatrzeć się przynajmniej niektórym tzw. punktom kontrolnym w celu późniejszego ich wykorzystania do przeprowadzenia różnych rajdowych zabaw i konkurencji. Istnieją przecież często dość duże różnice pomiędzy różnymi szczegółami terenu na mapie a tymi w rzeczywistości. Bardzo lubię improwizację i podczas naszych rajdowych wędrówek nigdy jej nie brakowało, ale nawet improwizacja powinna być jednak dobrze przygotowana.

Podczas tego rekonesansu w terenie trafiłem także w pewne bardzo urokliwe i zaciszne miejsce nad Narwią, z dość wyraźnymi fragmentami okopów z czasów ostatniej wojny. Pomyślałem wówczas, że byłoby to idealne miejsce na odprawienie tam mszy polowej dla uczestników naszego rajdu, tym bardziej, że jego nazwa i tematyka nawiązują przecież do tych walk, które się tam kiedyś toczyły. Uczestnicy rajdu mieliby wówczas szczególną okazję do wspólnej modlitwy za poległych za naszą Ojczyznę i za swoją piękną, ale niełatwą przecież młodość. Tym pomysłem byłem tak zafascynowany, że postanowiłem jak najszybciej poruszyć ten temat w Komendzie Chorągwi ZHP, która była głównym organizatorem owego rajdu. Udałem się więc do głównego komendanta rajdu z nadzieją poparcia mojego pomysłu i koleżeńskiego zrozumienia. Prosto i szczerze powiedziałem, na czym tym razem bardzo mi zależy, jak to sobie wyobrażam i o co tu naprawdę chodzi. Komendant też mi odpowiedział szczerze, że pomysł to może i dobry, że on sam nie ma nic przeciwko temu, ale jeśli dowiedzą się o tym jego zwierzchnicy, to powieszą go za… (tu nawiązał do typowo męskiej anatomii). Widziałem, że mimo całej życzliwości dla mnie i aprobaty moich, wciąż nowych pomysłów, tym razem był on naprawdę ciężko przestraszony i dał mi wyraźnie do zrozumienia, że oficjalnej zgody na tę mszę świętą na pewno nie dostanę. Kończąc trudną, lecz szczerą rozmowę powiedział dyplomatycznie, że od tej chwili o żadnej mszy polowej on po prostu nic nie wie i wiedzieć nie chce. Kropka! Trochę mnie to „wkurzyło”, ale też nie byłem na tyle naiwny, aby nie rozumieć jego obaw w tej konkretnej sytuacji. Pomyślałem więc, że rzeczywiście lepiej będzie tę mszę świętą przygotować bez oficjalnych uzgodnień i dodatkowej wzmianki w regulaminie, a raczej po cichu i w pewnej konspiracji.

Powiedziałem więc o tym tylko dwóm pracownikom z naszego zakładu jako że mieli oni brać czynny udział w rajdzie. W koleżeńskiej rozmowie obaj mi gorąco odradzali organizowania mszy polowej w terenie, ale nie zmieniło to mojego postanowienia. Szczegóły planowanej mszy świętej omówiłem z naszym zakładowym duszpasterzem — księdzem proboszczem Antonim Pęksą. Ten wspaniały ksiądz, wierny przyjaciel naszego zakładu i szkolnej młodzieży, bardzo się ucieszył z takiej propozycji. Na naszych zakładowych wycieczkach i rajdach z mszy świętych oraz różnych innych nabożeństw, zarówno my jak i nasi liczni goście korzystali dosyć często, ale tu chodziło o coś więcej. Chcieliśmy przecież bardzo dużej grupie szkolnej i harcerskiej młodzieży dać szansę przeżycia autentycznej wspólnoty w miłości do Boga i Ojczyzny.

Cóż się jednak okazało. Z bardzo wąskiej grupy osób, znających moje zamierzenia, ktoś jednak zdecydował się własnymi kanałami powiadomić o nich Komitet Partyjny w Ostrołęce. Być może zrobił to za pośrednictwem S.B. która swoich tajnych informatorów miała także w naszym zakładzie, o czym mogłem się później osobiście przekonać w pewnych smętnych okolicznościach. Co ciekawe, informacja ta została przekazana władzom partii dopiero w trakcie trwania rajdu. Nie można więc wykluczyć, choć to mało prawdopodobne, że zrobił to ktoś z instruktorów lub opiekunów drużyn, dowiadując się o planowanej mszy np. od moich chłopaków, których przecież nie zobowiązywałem do tego typu tajemnicy. Kto, kiedy i jak to zrobił — nie wiem. Czy się domyślam? … To już inne pytanie…

Kablowanie w trakcie trwania rajdu nie było jednak takie proste (komórek wówczas nie było, a czas i kontakty z „cywilizacją” były przecież na tym rajdzie mocno ograniczone). Faktem jest, że zostały ujawnione i takie szczegóły, jak godzina i miejsce planowanej mszy, a tego nie znali chyba nawet moi chłopcy. Później dawano mi wielokrotnie do zrozumienia, że informacja wyszła jednak z naszego zakładu, ale nie można też wykluczyć, że u księdza był po prostu założony podsłuch i niektóre z naszych rozmów przed rajdem mogły być też podsłuchane.

Z późniejszych relacji wiem, że po otrzymaniu tych informacji w Komitecie Partyjnym w Ostrołęce dosłownie zawrzało. W trybie pilnym i to nawet w nocy zaczęto wzywać do Komitetu różnych związanych z rajdem lub ze mną ludzi, w tym oczywiście także dyrektora naszego zakładu oraz komendanta Chorągwi ZHP w Ostrołęce. Szczegółów tych rozmów dokładnie nie znam, ale wiem, że przyjemne nie były, a polecenia partii były dość radykalne — żadnej mszy ma nie być, nawet za cenę natychmiastowego przerwania rajdu (np. pod pozorem nagłego zagrożenia nowym pożarem lub epidemią). W tej sytuacji w Komendzie Chorągwi ZHP, a może i w samym Komitecie Partii, wymyślono rzecz karkołomną. Rajd będzie kontynuowany pod tym samym kierownictwem, ale w oparciu o nowe, ściśle tajne rozkazy.

Z samego rana, po uciążliwej rajdowej nocy, związanej przede wszystkim z czuwaniem przy wspomnianym wcześniej pogorzelisku, przyjechał do szkoły w Przystani sam naczelny komendant Chorągwi ZHP w Ostrołęce. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie podziękował mi za nasz czynny udział w gaszeniu tego groźnego pożaru i zapowiedział, że w tej konkretnej sytuacji, ze względów bezpieczeństwa, zdecydowano się zmienić naszą pierwotną trasę oraz cały program i styl prowadzenia rajdu. Wręczył mi opieczętowane koperty z rozkazami do bezwzględnego ich wykonania, nawet gdyby budziły one moje wątpliwości. Spytałem wówczas czy nadal jestem jeszcze komendantem tej trasy. Stwierdził, że tak, ale wraz ze swoimi chłopakami na trasę rajdu mam wyruszyć jako ostatni, bo przecież na pewno wszystkich dogonimy, a być może będą dla nas jeszcze jakieś inne specjalne zadania. Wypuszczaniem drużyn na trasę zajmie się jeden z wyznaczonych przez komendanta instruktorów, a ja i moi chłopcy na razie mamy tylko spokojnie czekać. Muszę przyznać, że dałem się wówczas nabrać na ten numer, gdyż rzeczywiście, jakieś tam zagrożenie pożarowe jeszcze istniało. Sam też zamierzałem nieco skorygować trasę (ale nie styl jej prowadzenia), więc taka decyzja komendanta nie wzbudziła moich podejrzeń.

Postanowiłem więc skorzystać z wolnego czasu i jak najszybciej skontaktować się z księdzem, aby przesunąć mszę na późniejszą godzinę. Okazało się jednak, że w szkole wszystkie telefony nagle przestały działać. Z pobliskiej gminy również nie mogłem się do księdza dodzwonić. Wyglądało na to, że jego telefon jest także zepsuty. Wbrew poleceniom komendanta, postanowiłem dłużej już nie czekać i otworzyć kopertę z rozkazami przed wyznaczonym mi czasem, gdyż sytuacja zaczęła się radykalnie komplikować, a wciąż nie wiedziałem, jakie rajdowe polecenia (a zwłaszcza — jaką nową marszrutę ) otrzymały (też w kopertach) poszczególne drużyny i gdzie ich będę musiał szukać. Przeczytałem rozkazy i włos zjeżył mi się na głowie. Z tak totalną ignorancją i turystyczną głupotą dawno się już nie spotkałem.

Drużyn było kilkanaście i miały być one wypuszczane na trasę kolejno, w odstępach nie krótszych niż pół godziny. Sam start całej naszej trasy potrwałby dobrych kilka godzin. Czekał nas jednak ok. 30-to kilometrowy marsz z licznymi przeszkodami, po bardzo trudnym terenie. Czekały też dość czasochłonne konkurencje. Jak to wszystko pogodzić? Pomyślałem, że może nocleg jest zmieniony, albo trasa znacznie uproszczona? Zajrzałem do przygotowanego w Komendzie nowego tzw. opisu trasy i włosy zjeżyły mi się jeszcze bardziej. Chała! Był to po prostu jakiś pokraczny zlepek moich roboczych, rajdowych notatek z „literackim” opisem, sporządzonym na podstawie chorągwianej, dość niedokładnej mapy. Opis ten był zrobiony tak pośpiesznie, nieudolnie i niedokładnie, że nawet bardzo wytrawny turysta miałby ogromne kłopoty z trafieniem do wyznaczonych w terenie celów. Taki „literacki” opis być może by wystarczył na zwykłej rajdowej trasie, wykorzystującej zazwyczaj szerokie, wiejskie drogi, ale nie w takim przypadku, kiedy teren był specjalnie wybierany pod kątem trasy dla zaawansowanych, a więc prowadził przełajem, po bezdrożach i odludziu. W opisie tym niestety, pominięto całkowicie wyznaczone i podane w moim schemacie azymuty (bo być może jego autor wcale się na tym nie znał), co na bezdrożach usianych bagnami, lasami i starorzeczami, skomplikowało tę marszrutę w sposób absolutnie niedopuszczalny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.