Kairos
Klecza Dolna, piątek, wieczorem.
Niedługo po kolacji, kiedy już wszyscy byli mocno narąbani i pozytywnie rozochoceni, Marek z Piterem uznali, że trzeba się wykąpać w basenie. Był to typowy dla nich sposób kończenia wieczornych imprez. Ponieważ nie pojawiły się inne, równie atrakcyjne, propozycje, a dyskusji o wyprawie na Leskowiec mieliśmy już dosyć, więc zgodnie i w wesołych nastrojach wyszliśmy na taras. Noc była piękna, cicha i wygwieżdżona, z tajemniczym, ciemnym, przepastnym nieboskłonem wiszącym tuż nad nami, a świerszcze grały z rzadka i słabo. Zupełnie jak wtedy w Lardos… Do pełni jej uroku brakowało jeszcze tylko śpiewu słowika no i tej ogromnej, wyłaniającej się z morza tarczy Księżyca, niepokojąco jaśniejącej na tle czarnego nieba. Ale przecież taki Księżyc może się pojawić tylko gdzieś tam, na Rodos albo w Tripiti. A jeśli chodzi o słowika, to gdzie go teraz znajdziesz… Wytruto je chemicznymi środkami przeciw owadom i tak zwanym szkodnikom. Bo dla nas to wszystkie stworzenia, które nam nie służą pokornie i z jakichś powodów ich nie lubimy, są szkodnikami. Ale to, że nas nie lubi wiele zwierząt, już nikogo nie obchodzi. Teraz my tu rządzimy, nie dinozaury, mamuty, lwy czy krokodyle.
Marek i Piter, zupełnie nie dostrzegając tego niepowtarzalnego nastroju, po prostu podeszli do basenu i w ogóle nie przejmując się ustalonymi nie wiadomo kiedy i przez kogo zasadami, bez słowa ściągnęli spodenki i chlupnęli na główkę do wody. Za chwilę to samo zrobiły Ewa i Kaśka, żona Pitera, bo Kaśki Endrju jeszcze nie było. Pewnie układała dziecko do spania. Dwa razy cztery gołe pośladki zgodnie błysnęły bielą i zniknęły pod wodą.
Nie wiedziałem, jak się w tej sytuacji zachować, więc na razie, żeby odwlec moment podjęcia decyzji, wyczekująco usiadłem na leżaku. Wciąż miałem przed oczami tamten Księżyc, na Thassos, ogromny i tajemniczy, mocno niepokojący. Wisiał nisko, tuż nad odległą, niknącą w ciemności linią morza… morza, do którego właśnie wchodziliśmy z Moniką, żeby popływać w ciepłej i czarnej jak smoła wodzie.
No i właśnie w tej chwili, jakby na przekór wszystkiemu, z prawej strony, od tych zarośli za drogą, doleciał bliski i wyraźny śpiew słowika. Nastrój uzyskał więc prawie pełną kulminację.
Zaraz też przyszła Monika w stroju kąpielowym i z ręcznikiem na ramieniu.
— Co to, nie wchodzisz? — spytała zdziwiona.
— Ale w jakim sensie… — odparłem błyskotliwie.
— No, przecież wiesz… Ty głuptasie — lekko pchnęła mnie palcami w pierś, widocznie zrozumiała moją subtelną aluzję. — Do basenu… na razie tylko do basenu…
— Aaaa, do basenu… To zupełnie zmienia postać rzeczy. Bo w tej akurat kwestii nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Można powiedzieć, że właśnie się zastanawiam — szczerze ujawniłem swoje rozterki.
— A w tym drugim sensie? — spytała zalotnie i, jak to ona, ponętnie zabalansowała ciałem.
— W tym drugim, to oczywiście, wchodzę. Ale przecież nie tutaj…
— No to ja na razie idę. A co mi zależy. Przynajmniej sobie trochę odmoczę — powiedziała i ściągnęła strój, ujawniając, co zamierza sobie odmoczyć.
Jej to dobrze, ma co pokazać… Kawał zdrowego ciała. Jakby w ciągu tych lat nic się nie zmieniło. A nawet jeszcze zyskało, bo tu i ówdzie wypełniło się i zaokrągliło. Miałem więc przed sobą pełną demonstrację dojrzałej, ponętnej kobiecości.
— A wiesz, co sobie teraz pomyślałem?… — zagadnąłem chytrze, głównie w tym celu, żeby ją zatrzymać. Lubię, jak tak stoi całkiem nago i nigdzie się nie spieszy. Sam ją przecież tego nauczyłem. — Kiedy tak na ciebie patrzę…
— No? No o czym… — spytała, spoglądając w kierunku basenu i poprawiając sobie włosy. — O czym to może sobie myśleć pan profesor o tej godzinie, czyli nocną porą w Kleczy i po kilku wódkach.
— A widzisz… pani profesorowo… o tej porze, a myślę. I to o tym, że właśnie mija dziewiętnaście lat od tamtego obozu na Mazurach.
— Tego studenckiego? Co ty powiesz… To już tyle upłynęło?
— A upłynęło, moja droga, upłynęło… I za rok będzie okrągła rocznica. Wyobrażasz sobie?… Dwadzieścia lat!… Dwadzieścia lat z jedną kobietą… Coś takiego jeszcze mi się nie zdarzyło. No i jak tak patrzę teraz na ciebie i patrzę… to żałuję, że wtedy, jak byliśmy w Białobrzegach i próbowałaś pływać w tym małym rozlewisku Netty, nie wystąpiłaś w takim stroju jak teraz. Oczywiście w nocy. Żeby twoi kumple, studenci, nie zauważyli.
— No, akurat — zaśmiała się. — Chciałbyś…
— No jasne. Czy to coś dziwnego? Przecież wtedy byłaś jeszcze owocem zakazanym, młodą studentką, a nie panią profesorową. No i ja też byłem dopiero zwykłym doktorem. Wyobrażasz to sobie? Jaki nastrój: noc… Księżyc w pełni… a tu taka laska na golasa wchodzi do wody… Bomba. Może nauka pływania poszłaby ci lepiej? Może byś nóżkami szybciej machała. Albo zgrabniej…
— No, na pewno… Już to widzę, jak byś wtedy myślał o mojej nauce pływania.
— Pewnie, że tak. A co ty sobie wyobrażasz… pewnie bym się nawet bardziej przyłożył. Ale cóż… było, minęło… tak to w życiu bywa… I tego już się cofnąć nie da. Ale tak naprawdę, to przed chwilą, zanim tu przyszłaś, rozmyślałem o czymś innym. O tym Księżycu w Lardos… pamiętasz? na Rodos… albo w Tripiti… wtedy na Thassos, kiedy wchodziliśmy do morza, żeby popływać… taki ogromny, jasny na tle czarnego nieba. To wtedy po raz pierwszy pływałaś w morzu nago. Bo przecież na tym polega nocne pływanie. Ale myślałem też o tym bezsensownym nawyku pamiętania wszystkiego. Na przykład kiedyś, jak byłem dzieckiem, przeczytałem książkę Chłopcy z Placu Broni. I do dziś pamiętam, że napisał ją jakiś Molnar, a jednym z bohaterów był chłopiec, który nazywał się Nemeczek. I pamiętam też, że ten niedźwiadek z Włóczęgów Północy Curwooda nazywał się Niua, a pies Miki. I że historia ta zdarzyła się w krainie Keewatin, wśród dzikich, nieprzebytych lasów, łagodnych wzgórz i krystalicznie czystych rzek, strumieni i jezior, czyli gdzieś tam na zachód od Zatoki Hudsona, między Reindeer Lake i Barrington Grounds. I po co to?… A nie pamiętam, jakie były pierwsze słowa, które do siebie kiedyś powiedzieliśmy — zakończyłem w konwencji bardziej już romantycznej.
— A widzisz… Ale nie przejmuj się, ja też tego nie pamiętam. Więc chyba nie było to nic ważnego. A jeśli chodzi o te Mazury i pływanie w Netcie, to muszę ci przypomnieć, że ja byłam wtedy skromną i bardzo wstydliwą dziewczyną. O żadnym ściąganiu kostiumu nad wodą nie mogło być mowy. Nawet w nocy. Przecież wiesz, to się wynosi z domu.
Położyła strój na oparciu krzesła, odwróciła się i zgrabnie kręcąc biodrami, poszła w kierunku basenu. Jej białe, rozjaśnione światłem padającym z okien domu i wyraźnie kontrastujące z ciemnością nocy, pełne i kształtne pośladki poruszały się rytmicznie: góra-dół, góra-dół. Niczym u jakiejś lokalnej Afrodyty Kallipygos. Ale jest dupeczka — pomyślałem sobie, odprowadzając ją wzrokiem.
A kiedy już weszła do wody, przesunąłem leżak spod zadaszenia, żeby można było obserwować całe niebo. Przecież noc to czas dominacji pierwiastka yin, a więc tego, co ciemne, negatywne i żeńskie. No właśnie… ciemne i żeńskie… O tym trzeba pamiętać.
Posiedziałem tak przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w odgłosy nocy, upiększone sporadycznym kląskaniem słowika, oraz podziwiając nieboskłon pełen wyraźnie widocznych konstelacji. Z powodu czystego powietrza i braku oświetlenia, bo Klecza jest za mała, żeby mogła rzucić na niebo jakąś poświatę, widać było Herkulesa, Wolarza, Warkocz Bereniki, Lutnię i Koronę Północy. Na prawo od Wegi, która na razie świeci prawie pionowo nad nami, ale za czternaście tysięcy lat znajdzie się w miejscu obecnej Gwiazdy Polarnej, szczególnie pięknie prezentował się Deneb w gwiazdozbiorze Łabędzia. Tego Łabędzia, w którego szyi odkryto niedawno pierwszą „czarną dziurę” (Cygnus X-1), przez co Stephen Hawking przegrał zakład z Kipem Thornem i musiał mu opłacić roczną prenumeratę „Penthouse’a”. Gwiazda Polarna, ta wciąż jeszcze aktualna, mrugała porozumiewawczo z czarnej, nieodgadnionej głębi kosmosu, jakby chciała powiedzieć: „nie lekceważ mnie, drobna istoto z planety Ziemia… wprawdzie znajduję się bardzo daleko i promienie mojego światła lecą do ciebie przez sześćdziesiąt lat, ale za to jestem siedemdziesiąt razy większa od twojej gwiazdy, czyli Słońca, i świecę sześć tysięcy razy jaśniej od niego”. Przyjaźnie pomachałem jej ręką, jak jakiś Mały Książę z asteroidy B-612, i znów spojrzałem w kierunku południowym. Nie mogłem odnaleźć Tarczy Sobieskiego ani Wężownika, pewnie zasłaniały je jakieś zamglenia. Nie chciałem natomiast szukać tej złowrogiej gwiazdy WR 104, odległej od nas o osiem tysięcy lat świetlnych, której życie dobiega już końca i która w momencie wybuchu wyśle w przestrzeń tak wielką ilość energii w postaci promieni gamma, że życie na Ziemi ulegnie zagładzie. Za to Mars i Jowisz świeciły jasno nad mrocznym masywem Jaroszowickiej Góry, cierpliwie podążając swoją drogą przez ekliptykę. To właśnie tam, w tym gruzowisku pomiędzy nimi, czai się ów złowieszczy Apophis, zmierzający nieuchronnie do swego przeznaczenia, czyli coraz bliższej kolizji z Ziemią. A jeszcze dalej, już poza orbitą Plutona, jest „obłok Oorta” i „pas Kuipera”, pełne komet, brył lodu i odłamków skalnych. Stamtąd też może coś do nas dolecieć i spowodować globalny kataklizm, tak jak to zdarzyło się niedawno z kometą Schoemakera-Levy’ego 9. Całe szczęście, że Jowisz ściągnął ją do siebie i uwięził na swojej orbicie. Przez jakiś czas krążyła wokół niego, coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie, w wyniku rosnącej siły przyciągania, rozerwana na kilka części, w sposób nadzwyczaj spektakularny uderzyła 16 lipca 1994 roku w jego powierzchnię, upamiętniając to wydarzenie serią wielkich wybuchów. A gdyby nie Jowisz i jego przyciąganie, mogła dolecieć do Ziemi i walnąć w nią. Mielibyśmy tu wówczas lokalny „koniec świata”, jak sześćdziesiąt pięć milionów lat temu, kiedy wyginęły dinozaury. I ten największy kataklizm w Układzie Słonecznym, choć mało kto o nim wiedział, rozegrał się na naszych oczach, zaledwie dwadzieścia lat temu…
No cóż… na to nie poradzimy nic. Nie wybieramy sobie czasu, w którym żyjemy, ani miejsca. Wprawdzie ostatnio omijają nas w Europie wojny, ale za to zbliża się kolejna katastrofa kosmiczna, i to już w 2029 roku, a konkretnie 13 kwietnia, w piątek, bo wtedy Apophis doleci do nas i uderzy w Ziemię. Dojdzie więc do wielu zniszczeń, runą rozmaite konstrukcje pracowicie wznoszone przez człowieka, jakieś drapacze chmur, mosty ponad cieśninami i zatokami, autostrady i kolejki linowe w wysokich górach, a kopalnie, podziemne parkingi i tunele zapadną się. I co z tego wynika… czy nie jest to jakiś sygnał?… na przykład przypomnienie, że żyjemy nie tylko na tej planecie, ale stanowimy też cząstkę Układu Słonecznego, Galaktyki i całego Wszechświata. I jako drobny fragment, jakiś tam pyłek w przestrzeni, podlegamy prawom globalnym oraz uwikłani jesteśmy w zależności o charakterze uniwersalnym. A więc może nadszedł już czas, żeby wszystko przemyśleć, przewartościować i przeprowadzić gruntowny rachunek sumienia. Swojego… ale też całej ludzkości. Czyli: gdzie obecnie jesteśmy, czego na tej Ziemi dokonaliśmy, a zwłaszcza ilu zbrodni, i co zrobiliśmy ze swoim życiem. Może też czas najwyższy, żeby przystąpić do regulowania swoich relacji z transcendencją, obojętnie jak pojmowaną. Nic wielkiego… po prostu coś na kształt spokojnej, rozważnej i pogłębionej refleksji: co się zrobiło i dlaczego, a co się zaniedbało lub pominęło. Bo jeśli ta transcendencja rzeczywiście istnieje, obojętnie w jakiej postaci i z pewnością zupełnie odmienna od tego, co wymyślali i głosili w swych naiwnych, baśniowych opowieściach rozmaici prorocy i teologowie, to musi dostrzec w nieskończoności kogoś takiego i zrozumieć go.
Tylko, czy nie jest już za późno?… Bo przecież owe relacje należało ustalić dawno temu, u progu dojrzałego życia, kiedy to mogło mieć jakiś sens, a nie dopiero teraz, w pobliżu jego schyłku, kiedy nic zmienić ani cofnąć już się nie da… Czyli powinno to wyglądać mniej więcej tak: któregoś dnia, przed laty, należało usiąść sobie wieczorem w ciemnym pokoju, zapomnieć o wszystkim, a zwłaszcza o tym zabieganiu wśród codziennych drobnych spraw, i rozważyć oraz uczciwie rozstrzygnąć podstawowe zasady, dotyczące postrzegania świata i swojego życia. A mianowicie: czy uznaję, że poza doczesnością jest coś jeszcze, jakaś inna forma istnienia, czy też nie… I jeśli, po głębokim namyśle, byłbym gotów przyjąć taką możliwość, że ona jednak jest, ta egzystencja po śmierci, oraz istnieje coś takiego, jak nagroda i kara, to wówczas należało podporządkować swoją doczesność owej hipotetycznej przyszłości, tak aby zapewnić ją sobie w jak najlepszej postaci. Mówiąc inaczej i trochę w stylu Pascala, nie byłoby sensu zabiegać o teraźniejszość, która jest krótka, złudna i szybko przemijająca, lecz całą uwagę należało skoncentrować na zadbaniu o to ewentualne, obiecane życie przyszłe. Nawet z tego powodu, że to się opłaca: poświęcam pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat bardziej lub mniej udanej doczesności i dzięki temu osiągam nieskończoną wieczność w jej lepszej formie istnienia. Zwykły rachunek ekonomiczny. Ale czy w takim wypadku nie musiałoby dojść do osobistego i głęboko intymnego spotkania z Nim?… i tylko z Nim… Face to face. Celem uzgodnienia warunków tej kwestii. No i bez korzystania z pomocy tych wszystkich pośredników, obłudnych i interesownych, niedouczonych i nietolerancyjnych, zupełnie niegodnych zaufania… pośredników błądzących po meandrach życia oraz kompromitujących się od tysięcy lat z powodu swojej tępoty oraz zachłanności na majątki i władzę. No i bez tej całej, wymyślonej przez nich, pompatycznej i wciąż rozbudowywanej, choć w gruncie rzeczy bardzo naiwnej i prymitywnej, otoczki kultowej i doktrynalnej, pełnej jakichś dziecinnych baśni… o potopie, gorejącym krzaku, egipskich plagach, mannie z nieba, rozstąpieniu się morza, trzech magach, Herodzie, pastuszkach w Betlejem, aniołkach i diabłach, o św. Mikołaju i innych świętych oraz o różnych cudach, jak również bez otaczania się zupełnie zbędnymi w tej sytuacji świecidełkami i zabawkami, a więc jakimiś relikwiami, „świętymi” obrazami i rzeźbami, przydrożnymi kapliczkami, krzyżami na szczytach gór, choinkami, dzwoneczkami, mitrami, pektorałami, kapeluszami kardynalskimi, konfesjonałami, baldachimami, chorągwiami, mszałami, monstrancjami, kadzidłami, biretami, dalmatykami, koloratkami, sutannami, pierścieniami papieskimi, biskupimi i kardynalskimi, tiarami, klasztorami, dzwonnicami, eremami, komżami, infułami, paliuszami, ołtarzami, złotymi łańcuchami, cappy magnami, albami, stułami, pomrukiem organów, bazylikami mniejszymi i większymi oraz kościołami katedralnymi, parafialnymi i filialnymi. Bo jakiż to wszystko może mieć związek z owym doskonałym, wszechpotężnym, nieskończonym, nieosiągalnym i niepojętym Bogiem… Przecież jeśli On rzeczywiście istnieje, to jakże śmieszne i dziecinne muszą mu się wydawać wszelkie nasze wyobrażenia i opowieści na jego temat, a także spłycające całą sprawę rytuały, nieporadne gesty i poczynania, które niby do niego kierujemy, a więc jakieś klękanie, bicie pokłonów, żegnanie się, pocałunki pokoju, podnoszenie oczu, prostracje, czyli padanie na twarz i leżenie krzyżem, składanie rąk, bicie się w piersi, procesje, chrzty, bierzmowania, namaszczenia, pielgrzymki, egzorcyzmy, kropienie tak zwaną wodą święconą, konsekracje dziewic i kościołów, bezrefleksyjnie wypowiadane teksty modlitw, śpiewanie, przesuwanie palców po paciorkach różańca, święcenia diakonatu, kapłańskie i biskupie, wypatrywanie, jakiego koloru dym będzie ulatywać z komina, całowanie pierścienia papieża oraz otaczanie się całym bogactwem kolorowych strojów kapłańskich, nakryć głowy, pastorałów, szkaplerzy, oliwy, medalików, kropideł, pontyfikałów, lekcjonarzy, brewiarzy, kadzideł, różańców, świec, święconej wody, rozmaitych i wciąż rozbudowywanych liturgii, jakichś rorat, rekolekcji, jutrzni, nieszporów, litanii, godzinek, nowenn, adoracji, beatyfikacji i kanonizacji. Po co to wszystko i komu to ma służyć. Przecież nie Bogu… bo tutaj wystarcza jedno bezpośrednie spotkanie z Nim, niekoniecznie w jakiejś świątyni i o ustalonej z góry porze, bez tej rozbuchanej obrzędowości i bez pośredników oraz ich dziwnych kolorowych, wyszywanych strojów i nakryć głowy, bez tych wszystkich rozmaitych rekwizytów, gestów i śpiewów. I czemu też w tej sytuacji, a więc pełnej egzystencjalnej dramaturgii i głęboko osobistej relacji w obszarze „ja i Bóg”, służyć ma obudowywanie tego spotkania jakimiś wymyślanymi nieustannie przez kościelnych urzędników i niemającymi żadnego głębszego znaczenia czynnościami. Jak również po co ta rozbudowana do granic absurdu, monstrualna kościelna instytucjonalność w postaci parafii, dekanatów, diecezji, archidiecezji, metropolii, prowincji, Kurii Rzymskiej, trybunałów, prefektur, dykasterii, licznych zakonów oraz nadęta, pełna pychy i zewnętrznego blichtru, bizantyńska tytulatura, z tymi wszystkimi ekscelencjami, eminencjami, monsiniorami, „ich świątobliwościami”, papieżami, legatami oraz rozmaitymi przywilejami, na przykład noszenia paliusza, pontyfikaliów, kapy rzymskiej, infuły, a także istnienie jakichś kapituł, kanonii gremialnych, administratorów apostolskich, scholastykatów, purpuratów, zakonników i zakonnic, nowicjatów, kapelanów, prezbiterów, Sług Bożych, postulatów, prowincjałów, protonotariuszy apostolskich (w Polsce zwanych infułatami), archiwariuszy, szambelanów, archiprezbiterów, lektorów, biskupów koadiutorów, wikarych, diakonów, proboszczów, kanclerzy, konsultorów diecezjalnych, katechetów, ojców duchownych, prałatów i prałatów honorowych, kurialistów, prepozytów, internuncjuszy, gwardianów i opatów, szambelanów rzeczywistych, wotantów, rektorów, archidiakonów, egzaminatorów prosynodalnych, zakrystianów, arcybiskupów, subdiakonów, egzorcystów, wikariuszy kapitulnych, dziekanów, pronuncjuszy, prałatów terytorialnych, kantorów, prefektów, scholastyków kapituły, przeorów, jałmużników, referendarzy, Czcigodnych Sług Bożych, ordynariuszy wojskowych, audytorów, metropolitów, kanoników-kanclerzy, regensów, kanoników, wikariuszy sądowych, czyli oficjałów, biskupów ordynariuszy, ceremoniarzy, szambelanów tajnych, datariuszy i poddatariuszy, kapelanów Jego Świątobliwości, sufraganów, czyli biskupów pomocniczych, scholastyków, oficjałów, prepozytów-infułatów, wikariuszy apostolskich, prymasów, radców stanu, szambelanów papieskich, konsultorów zakonnych, wikariuszy apostolskich, kanoników honorowych, referentów, kardynałów-prefektów, radców honorowych, dziekanów-infułatów, ekonomów diecezjalnych, prałatów Jego Świątobliwości, ekonomów prowincji, konsultorów Kurii Rzymskiej, notariuszy, nuncjuszy, kardynałów-kamerlingów, kuratorów, generałów zakonów, kardynałów, wikariuszy generalnych, mistrzów ceremonii, furtianów, prałatów-kustoszy, kardynałów-dziekanów, sekretarzy kongregacji, kanoników gremialnych, prałatów-scholastyków, radców generalnych, kustoszy sanktuariów, komisarzy biskupich, mistrzów papieskiej ceremonii liturgicznej i tak dalej… Po co to Bogu? i do czego ma służyć… Więc to ma być jakaś choinka z tytułami i stanowiskami? O to chodzi w tej instytucji? kto wyżej? kto ma piękniejsze szaty, złote pierścienie, berła i korony?… kto przed kim klęka i kto kogo całuje w buta lub w rękę?… Przecież taka instytucja i taka hierarchia nie może mieć nic wspólnego z religią głoszącą hasła równości, miłości i wyrzeczenia się dóbr materialnych. Więc skąd się oni wzięli i czemu mają służyć… Do czego to Bogu potrzebne i co to ma wspólnego z ideą miłości, do niego i do ludzi, z nauką Jezusa i zbawieniem… i gdzie w tym gąszczu tytulatury, funkcji, szczegółowych regulacji i przepisów oraz kolorowych, bogato haftowanych strojów jest miejsce dla tego co najważniejsze… Jaką też rolę mają odgrywać i czy w jakikolwiek sposób mogą nam pomóc w osiągnięciu zbawienia owe rozdęte ceremonie, wyuczone gesty, śpiewy, ozdobne szaty i przedmioty oraz urzędy, tytuły i stanowiska kapłanów. Czy w gruncie rzeczy wszystko to nie stanowi jedynie zewnętrznego blichtru, mającego ukryć wewnętrzną pustkę i miałkość oraz świadczy o Kościele jako o instytucji całkowicie oderwanej od nauk Jezusa i Ewangelii, żyjącej własnym życiem i skoncentrowanej na zapewnieniu sobie trwania w dobrobycie oraz gromadzącej ludzi żądnych zaszczytów, stanowisk, tytułów, majątków i władzy oraz pełnych pychy i często mściwych. I czy w obliczu prześladowań, okrucieństw i zbrodni popełnionych przez Świętą Inkwizycję oraz podczas licznych wojen religijnych, kiedy masowo mordowano Sasów, Słowian, katarów, Prusów, Litwinów, Jaćwingów, husytów i protestantów, ale także obłudy i nadużyć na tle seksualnym, politycznym i finansowym, uzurpacja tego typu, aby głosić się „mistycznym ciałem Chrystusa”, nie stanowi obrazy tegoż Chrystusa i jest w gruncie rzeczy przestępstwem dokonywanym nieustannie na ciele wiary, tej autentycznej wiary. Bo w Katechizmie mamy zapisane: „Powinniśmy wierzyć nie w kogoś innego, jak tylko w Boga: Ojca, Syna i Ducha Św.”, a tymczasem w szkole podstawowej na lekcjach religii dzieci uczą się z podręcznika Wierzę w Kościół. Czyż nie jest to jaskrawy przejaw pychy? oraz oderwania się od Pisma Św. i nauk Jezusa… I czy nie jest tak, że w owych przepastnych, otoczonych tajemnicami i absurdalnymi zakazami, trzewiach niezwykle rozbudowanej i nadzwyczaj bogatej urzędniczej machiny kościelnej schodzi na daleki plan i ginie duch Boży oraz idea zbawienia i miłości bliźniego, a na pierwsze miejsce wysuwa się czysto ludzki i materialny aspekt, zdominowany przez politykę, indywidualne ambicje, kompleksy, uprzedzenia, zwichrowania seksualne, fobie oraz starannie skrywany, choć niczym nieograniczony pęd do władzy i bogactwa. Dlatego właśnie do wysokich stanowisk zbyt często dochodzą tam ludzie wyrachowani, obłudni, bezwzględni, cyniczni, mroczni, pełni agresji, mściwi i dotknięci nietypowymi preferencjami seksualnymi. Nie ulega też wątpliwości, że owi pośrednicy są zbyt głęboko zanurzeni w świecie doczesnym i materialnym, a swoją uwagę koncentrują głównie na wzmacnianiu pozycji Kościoła, gromadzeniu majątku oraz powiększaniu władzy. A przy okazji dokładają wielu starań, aby zacierać ślady swojej niecnej działalności, kiedyś i teraz, oraz wspierają rozmaite wydumane i niesprawdzalne rozważania teoretyczne, zwłaszcza na tematy zupełnie nieistotne i niemożliwe do rozstrzygnięcia, na przykład gdzie jest niebo, piekło i czyściec, na czym polegają męki piekielne, kim są i jak wyglądają aniołowie, czy Mirjam była dziewicą, kiedy żal za grzechy jest doskonały, co to są egzorcyzmy, jaką fryzurę mają nosić zakonnicy, kiedy i jak można uzyskać odpust, jak wyglądać ma obrzęd dedykacji kościoła, jakiego koloru (zielonego, białego, fioletowego, czerwonego, czarnego, różowego) szat liturgicznych należy używać podczas konkretnych świąt, jakiego koloru mają być szaty biskupa i kardynała, które Ewangelie są kanoniczne, a które nie, na jakie rangi są podzielone kościoły, czemu ma służyć konsekracja dziewic, jakie są uprawnienia papieża i soboru, kto może zostać uznany za świętego i jak przebiegać ma procedura kanonizacji, które objawienia były prawdziwe, czy koncepcja zbiorowej winy Żydów za śmierć Jezusa jest słuszna, czy też nie… Bo przecież wszystko to zaciemnia tylko obraz i umacnia ową zasłonę, oddzielającą nas od Boga, zaś wysiłki człowieka skierowuje na boczny tor, zachęcając do myślenia o rzeczach nieistotnych i tym samym oddalając od tego, co najważniejsze. Przez to wierni, zamiast dążyć do nawiązania i przeżywania czystej, głębokiej relacji z Bogiem oraz życia zgodnie z Dekalogiem, koncentrują się raczej na tym, co im owi urzędnicy kościelni nieustannie podsuwają i narzucają, a więc na działaniach zewnętrznych, pozorujących ich wiarę, czyli na Kościele i związanych z tym czynnościach, na wprowadzaniu nowego księdza do parafii, na organizacyjno-finansowej otoczce chrztu, pierwszej komunii, bierzmowania, pogrzebu i ślubu, na rekolekcjach, postach, kolędzie, kupowaniu nowych organów lub naprawianiu dachu świątyni, na wieszaniu krzyży i obrazów w różnych pomieszczeniach, na uczestniczeniu w pielgrzymkach, procesjach, odpustach, różańcach i rozmaitych świętach, na kropieniu wodą święconą samochodów, domów, sal szkolnych i zwierząt domowych, na wyborach papieża i awansach biskupów. A szczególnie uaktywniają się w trakcie działań zmierzających do zwalczania ludzi myślących inaczej lub wyznających inne religie. Wszystko to, a zwłaszcza nakłanianie ludzi do „wiary w Kościół”, zdecydowanie i nieodwracalnie odsuwa nasze myśli od tego, co naprawdę jest istotne, czyli od Boga. Bo czy jest możliwe, aby w tych martwych przedmiotach, na przykład obrazach i relikwiach, a także w czynnościach i rytuałach oraz w samej instytucji, był on obecny w sposób szczególnie intensywny i dla wiernych bardziej dostępny? Przecież Bóg, jako istota nieskończona, ma być wszędzie i zawsze.
Tak więc wygląda ta sprawa…
Natomiast gdybym przyjął możliwość drugą, bardziej naturalną i zrozumiałą, bo występującą w całej przyrodzie ożywionej, że śmierć to koniec zupełny, a więc ciało do piachu i niczego dalszego już się nie spodziewam, to wówczas należałoby żyć tak, aby wszystko, co tylko możliwe, zapewnić sobie tutaj i teraz, na Ziemi. Bo nic innego mnie nie czeka. I tylko o to chodzi, żeby taką chwilę przeżyć, w sposób dojrzały, i decyzję podjąć. Najważniejszą w życiu, bo rozstrzygającą o wszystkim. A potem konsekwentnie i zgodnie z przyjętym rozwiązaniem postępować. Uczciwie i świadomie. Ale taka refleksja pojawia dopiero teraz, kiedy na wszelkie tego typu decyzje jest już za późno.
Może więc lepiej wrócić na Ziemię, do tego co jest wiadome, sprawdzalne, konkretne i wymierne, i co dzieje się tutaj, a także do Marsa i Jowisza, cierpliwie krążących wokół Słońca i bezinteresownie osłaniających nas przed zagrożeniami z kosmosu, niby jakieś tarcze. A trzeba przyznać, że są to nadzwyczaj szczęśliwe planety, bo wolne od wszelkich żywych stworzeń, zwłaszcza od zachłannego na rozmaite dobra człowieka. Który to człowiek, w poszukiwaniu bogactw, a zwłaszcza złota, diamentów, węgla i ropy, wszystko przewierci, wszystko przekopie, niczemu i nikomu nie da spokoju. Taki jest zawzięty na te dobra naturalne i wszystko rzuci na szalę, i zrobi, żeby tylko je zdobyć.
I w tym swoim zaślepieniu i chciwości całkowicie zapomina, że równocześnie, przy każdej okazji, demonstruje swoją przynależność do jakiejś społeczności, etnicznej i religijnej, i że w związku z tym obowiązują go pewne zasady, nakazy i zakazy… na przykład, że celem jego życia wcale nie ma być gromadzenie majątku, robienie kariery, dążenie do władzy oraz oszukiwanie bliźnich, lecz przestrzeganie owych fundamentalnych nauk, mających zapewnić osiągnięcie zbawienia i pójście do raju. Bo przecież, zgodnie z religijnym przekonaniem, tutaj, na Ziemi, ma być tylko chwilowo, przejazdem, pomiędzy wcześniejszą nicością a późniejszą nieskończonością, przyjmującą postać nagrody lub kary. A z tego wynika, że ten człowiek to istota zazwyczaj głęboko zakłamana, niekonsekwentna, zachłanna, zawistna, nadzwyczaj agresywna, chciwa i pełna obłudy, a przez to bardzo niebezpieczna. Bo cały czas udaje, że jest inaczej. Kto wie, czy tak naprawdę to zagrożenie ze strony świata nie jest obecnie niczym wobec zagrożenia, jakie sami możemy stanowić dla siebie…
Pozostając zatem w objęciach konwencji globalizmu totalnego, czyli międzyplanetarnego, a nawet galaktycznego, bo jako obywatele nie tylko Ziemi, ale też Układu Słonecznego, Galaktyki oraz całego Wszechświata, podlegamy jego prawom i wszelakim zagrożeniom, uświadomiłem sobie nagle, że ów bezsensowny pomysł związany z wyprawą na Leskowiec można też zaatakować od tej strony… na przykład wykorzystując teorię chaosu albo feng shui. Przecież według techniki Wodnego Smoka, opracowanej przez mistrza Yang Chiew Ping w czasach dynastii Tang, od 4 lutego 2004 roku nad światem panuje liczba osiem. O czym mało kto wie, ale co może mieć swoje poważne konsekwencje, ponieważ między innymi oznacza, że woda w pobliżu domu powinna znajdować się po stronie północnej, wschodniej, południowo-zachodniej lub południowo-wschodniej. A tymczasem tutaj, w Kleczy, mamy basen umieszczony po stronie południowej! Z punktu widzenia feng shui jest to absolutnie niedopuszczalne, gdyż takie usytuowanie zbiornika wodnego w stosunku do domu będzie korzystne dopiero od 4 lutego 2044 roku. Chyba mistrz Yang Chiew Ping wiedział, co mówi, więc powinniśmy mu zaufać. A zatem, wobec tak niesprzyjających prognoz, wszelkie plany związane z Leskowcem są pod każdym względem niewskazane. I właśnie to, a mianowicie całą grozę sytuacji, trzeba wszystkim tu obecnym ukazać. Bo oni wciąż poruszają się w oparach nieświadomości, jakby we mgle, po omacku, nie wiedząc, co ich czeka… a ja już te zagrożenia znam. Siedzą sobie tutaj w basenie, na golasa, i myślą, że właśnie o to chodzi… że to jest fajnie. I że na tym życie polega. A jutro albo w niedzielę pojadą pod Leskowiec i będą się na niego wspinać, bardzo aktywni i pełni zapału. I znów będą uważać, że jest bardzo fajnie.
Ale zdawałem też sobie sprawę, że równie dobrze może być i tak, iż w moim przypadku owa niechęć do bezsensownego i wyczerpującego w takim upale, jaki właśnie panuje od kilku dni, pomysłu pójścia na Leskowiec wynika z innej, bardziej prozaicznej przyczyny. Może po prostu opuściłem już tamtą krainę pełną wyzwań, oczekiwań, niespodzianek, obietnic i ryzykownych prób, a wkroczyłem do świata obojętności i zniechęcenia, gdzie żadnych wypraw się nie podejmuje, ponieważ zwycięża oczywista konstatacja, że niczego nowego i niezwykłego nie należy się spodziewać, a zatem nie ma powodu, żeby się trudzić i narażać na jakieś niepotrzebne ryzyko. Dlatego uznałem za słuszne, aby przy najbliższej okazji opowiedzieć im o tej przygodzie w zimie na Jaworzynie i o tej na Połoninie Wetlińskiej… może ich to zniechęci do wyprawy na Leskowiec.
Pogadajmy o dziewczynach (pierwsza rozmowa basenowa)
W końcu uznałem, że nic więcej nie wymyślę ani też nie ma sensu dalsze dystansowanie się od reszty towarzystwa. Wstałem więc i zachowałem się adekwatnie do sytuacji… ściągnąłem koszulkę i spodenki, podszedłem do basenu i ostrożnie zsunąłem się do wody. I tu doznałem miłej niespodzianki: była ciepła i bardzo przyjemna. Błyskawicznie przylgnęła ze wszystkich stron i objęła mnie przyjaźnie. Trochę się zdziwiłem, że to takie łatwe i banalne: najnormalniej w świecie ściągasz majtki i wchodzisz do basenu. I nic się nie dzieje. Chrabąszcze dalej latają na oślep i bez sensu, świerszcze pogrywają leniwie, a gwiazdy mrugają porozumiewawczo, jakby chciały powiedzieć: „ale zaszalałeś, chłopie”. Nie ma żadnej sensacji i nic się nie stało. Wobec ogromu wszechświata oraz grozy związanej ze zbliżaniem się Apophisa zdjęcie majtek przy basenie to zwykły pryszcz i banał. A poza tym, kiedy tak siedzisz w wodzie z gołymi dziewczynami, które są żonami kumpli, to sobie uświadamiasz, że żadnej niespodzianki tu nie będzie… bo one są już zajęte. Wprawdzie gołe… ale nieosiągalne. W tym wypadku ich golizna jest całkiem aseksualna, nie świadczy o niczym i nie prowokuje do niczego. Nie tworzy się więc żadna dwuznaczna, erotyczna atmosfera. Nawet im się nie przyglądasz, bo i po co…
— Widzicie, jakie teraz wszystko jest proste — zagaiłem konkretnie i bezkompromisowo, jak to senior. — Wchodzimy sobie na golasa do basenu, dziewczyny i faceci, i wszystko staje się jasne. Jaki kto jest, każdy widzi. A dawniej to było nie do pomyślenia.
Sięgnąłem po szklaneczkę, którą właśnie Monika mi napełniła, i łyknąłem drinka. Zapadła cisza, a wszyscy popatrzyli na mnie wyczekująco. Widocznie słowa padły na podatny grunt i spodziewano się, że zaraz palnę tu jakąś mowę. Przełamałem się więc wewnętrznie i na razie zrezygnowałem z zaprezentowania koncepcji Wodnego Smoka oraz całej grozy zaistniałej sytuacji, wynikającej z nieprawidłowego usytuowania basenu i zbliżania się Apophisa, a kontynuowałem wątek już napoczęty, czyli seksualny. Zachowałem jednak w pamięci możliwość wykorzystania tamtego motywu w innym czasie, bardziej stosownym, oczywiście celem ukazania bezsensu planów związanych z pójściem na Leskowiec.
— Tu nawet nie chodzi o to, że wtedy nie było takich basenów przy domu… — ciągnąłem zatem swój wywód — ale, przede wszystkim, wyczuwało się jakieś dziwne poczucie obcości i niedostępności. Jakby nie było czegoś takiego, jak tak zwana ludzkość albo społeczeństwo, lecz raczej dwa oddzielone od siebie i okryte wielką tajemnicą, zamknięte światy: chłopców i dziewcząt, a potem mężczyzn i kobiet. Ponieważ obie te grupy żyją jednak w pewnej odległości, niczym jakieś odrębne plemiona, odgrodzone niewidocznym płotem swojej odmienności fizycznej i psychicznej, pełne nieufności i podejrzliwości, zamknięte w ciasnym obrębie własnych zwyczajów, rytuałów i zakazów, stworzonych kiedyś i usankcjonowanych przez religię, skrupulatnie ich przestrzegając. I przez to niewiele o sobie wiedzą nawzajem. Oczywiście młodzi spotykają się ze sobą, imprezują i zakochują, autentycznie lub tylko tak im się wydaje, ale wszystko to przebiega w specyficznej atmosferze, pełnej niepewności, niedostępności i tajemniczości oraz mglistej odświętności. Ich kontakty są więc bardzo powierzchowne. Na spotkania przychodzą w dobrym nastroju, pełni nadziei, ale też zadbani, ładnie ubrani i wypachnieni. Są czujni, starają się i uważają na to, co mówią i co robią, czegoś nawzajem oczekują, ale też sporo udają i szpanują, czyli odgrywają jakiś teatrzyk. Bo przecież my wszyscy staramy się zaprezentować ładniej, mądrzej i bardziej pociągająco, niż naprawdę jesteśmy. I w ten sposób wszyscy coś udajemy i tworzymy ten spektakl: przywdziewamy cudze stroje i wypowiadamy cudze myśli. I oni, ci młodzi, to samo… chcą się ładnie zaprezentować. Więc w rzeczywistości to niczego konkretnego o sobie dowiedzieć się nie mogą, zwłaszcza w obszarze swojej fizyczności i seksualności, bo to są sprawy najbardziej tajne i wstydliwe. Niby siebie obserwują i usiłują poznawać, ale najczęściej dotyczy to kwestii powierzchownych, mało istotnych, na przykład fryzury, ubrania lub drobnych przyzwyczajeń. Przebywają więc w oparach pozorów i udawania. Jednak czas upływa szybko, więc wreszcie pobierają się, bo tak robią wszyscy, a oni nie chcą się odróżniać. I dopiero wtedy mogą poznać się lepiej… no i często przekonują się, że do siebie nie pasują, na przykład z powodów fizycznych. Dowiadują się o pewnych nawykach swoich partnerów, wyniesionych z domu i trudnych do zaakceptowania, albo okazuje się, że woń potu któremuś z nich nie odpowiada. Albo że to, co dzieje się w łóżku, wygląda całkiem inaczej, niż sobie to wcześniej wyobrażali, pod wpływem książek, filmów i różnych opowieści. Nie mają więc żadnej wiedzy w kwestii podstawowej: czy są dobrani pod względem seksualnym, czy też nie, bo nikt im na ten aspekt uwagi nie zwrócił, a religia tego zabraniała. I nie są świadomi, że jest to ważne. Bujają w obłokach, napompowani pięknymi, romantycznymi, lecz zupełnie bzdurnymi, oderwanymi od rzeczywistości wyobrażeniami, i wciąż mają nadzieję, że jakoś to będzie, jakoś się ułoży. Ale proza życia codziennego okazuje się bezlitosna. Szybko więc pojawiają się niesnaski, obustronne poczucie zawodu, zniechęcenia i niezrozumienia, pretensje, kłótnie, rozwody, tragedie.
— No dobrze. To jest jasne — przerwała mi Kaśka. — Tak było zawsze. Ale czy widzisz tu jakieś rozwiązanie? Bo ja myślę, że wcale tak wiele się nie zmieniło.
— Poza tymi basenami przy domu — wtrąciła Ewa. — Gdzie można wejść razem i na przykład wykąpać się na golasa.
— No właśnie, słusznie to zauważyłaś. Bo te wspólne kąpiele w basenie to znaczący krok naprzód. Ponieważ w ten sposób dokonujemy pewnego przełamania… przełamuje się jakieś granice narzucone nam w trakcie tak zwanego wychowania, a związane z poczuciem obcości i odrębności płciowej. Widzimy siebie nawzajem, jak naprawdę wyglądamy, więc potem nie będziemy niczym zaskoczeni, ale równocześnie odrzucamy też tę jakąś durną wstydliwość, którą nam wpajano od dzieciństwa. Już sam fakt, że my teraz, na początku XXI wieku, o takich rzeczach rozmawiamy i widzimy, że to jest ważne, świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy opóźnieni i zacofani. Wielu ludzi, a zwłaszcza inne nacje, już dawno mają to za sobą i oni po prostu korzystają z życia. Popatrzmy tylko na takie zjawisko, jak plaże dla nudystów na Zachodzie… ile ich jest… i jak się ludzie bawią, korzystają z życia… A my wciąż tkwimy w XIX wieku albo wcześniej, na etapie ukrywania swojej cielesności, w otoczce wstydliwości i płytkiej, pruderyjnej, obłudnej, pozorowanej religijności. Dlatego wciąż jeszcze stoimy przed drzwiami, które w innych krajach zostały już dawno otworzone. A czy widzę tu jakieś rozwiązanie? Oczywiście, pewnie, że widzę. Inaczej bym o tym nie mówił. Co więcej, ja takie rozwiązanie znalazłem. Niestety, dopiero po latach… i wiem — tu wymownie spojrzałem na Monikę — że to już do niczego nie będzie mi potrzebne.
— A co znalazłeś… — zapytała Kaśka.
— Aaaa widzisz… Wyobraź sobie, że znalazłem rzecz bardzo ważną, choć na ogół zupełnie niedocenianą. Otóż na jakimś etapie zrozumiałem, a może to wyczytałem w jakiejś książce, jak rozpoznać, już na początku znajomości, czy partnerka odpowiada mi fizycznie.
— Eeee — obruszyła się Ewa, wyraźnie rozczarowana, bo najwidoczniej spodziewała się czegoś bardziej sensacyjnego. — To tyle co pieprzenie kotka przy pomocy młotka. Przecież to jest proste: idziesz z dziewczyną do łóżka i sprawa załatwiona. Zaraz wszystko wiadomo.
— No tak. Masz rację — przytaknąłem jej chętnie, ponieważ pomysł pójścia do łóżka z dziewczyną dopiero co poznaną, ot tak sobie, dla sprawdzenia, jak to będzie akurat z nią, zawsze mi się podobał. — Całkowicie masz rację… Ale tylko teoretycznie. Bo na przykład dziewczyna może być tak wychowana, że do tego łóżka od razu nie pójdzie, a są nawet i takie, które pójdą do niego dopiero po ślubie. Ale i to nie załatwia jeszcze sprawy. Bo jak ją wychowano w sposób religijny, to będzie odczuwać skrępowanie z powodu nagości, będzie się wstydzić pokazać swoje ciało, więc w tym łóżku to od razu zrobi myk pod kołdrę. I niech się wszystko tam rozgrywa, w ukryciu. Ona już się w sobie trochę przełamała i dojrzała do tego, że jest seks, więc zgodzi się i weźmie w tym udział… ale tylko pod kołdrą. Widziałem na jakimś filmie włoskim, że jeszcze w połowie XX wieku kobiety spały tam w długiej koszuli, aż po kostki, z niewielkim otworem na wysokości podbrzusza. I w ten sposób odbywało się ich współżycie seksualne. Rozumiecie? W koszuli… W ogóle się nie widzieli. Co to za seks… i kto coś takiego wymyślił… Pewnie jakiś nawiedzony ksiądz, dla którego ciało to dzieło szatana, siedziba zła i grzechu. I pewnie dlatego faceci lubią oglądać pornosy. Bo w domu tego nie mają. Znam nawet takie przypadki, że facet po dziesięciu latach małżeństwa nie widział swojej żony w całości, czyli gołej. Taka była wstydliwa. Przecież to jakaś parodia małżeństwa… bo co tu jest do ukrywania. Dwoje ludzi ma spędzić ze sobą życie, a wstydzą się pokazać swoje ciała. Jak można wymyślić coś takiego!… Nic więc dziwnego, że taki seks, nazwijmy go podkołderny, może facetowi nie odpowiadać. I być może do wielu zdrad i rozwodów dochodzi właśnie na tym tle, czyli ubogiego i wstydliwego seksu. Ale żadne się do tego nie przyzna. Bo temat jest zakazany. Będą wyszukiwać różne powody, ale o seksie nikt nie wspomni, zwłaszcza w sądzie. I to jest właśnie negatywny wpływ religii. Bo to religia wprowadza takie, wydumane i zupełnie nieracjonalne, zakazy i ograniczenia związane z naszym ciałem. Ciało jest wstrętne i złe, więc trzeba się go wstydzić i ukrywać je, seks to grzech, a szczególnie zalecana jest seksualna abstynencja i dziewictwo. Czyli wbrew naturze. Czy wiecie, co napisał na ten temat św. Hieronim? On żył na przełomie IV i V wieku. Otóż w liście Do Lety o wychowaniu córki napisał tak: „Mnie się w ogóle nie podoba mycie u dziewicy dorosłej, która winna wstydzić się siebie samej i nie może widzieć się nagą”. Rozumiecie? Do tego doszło, że dziewczyna nie może się rozebrać i umyć, bo nawet ona nie powinna oglądać swojego nagiego ciała. Co to ludzie potrafią wymyślić… nie myć się, bo golizna jest zakazana. A tak uważał i pisał teolog, uznany później za świętego. Nic dziwnego, że takie przekonania, konsekwentnie upowszechniane, mocno wryły się w świadomość społeczności chrześcijańskiej i spotykamy je do dziś. Nagość jest czymś wstrętnym, a między mężczyznami i kobietami jest wyraźnie zarysowana granica, której przekraczać nie można. I właśnie stąd się bierze sytuacja, o której teraz mówimy.
— No tak, może tak być… — zasmuciła się z lekka Ewa, która jeszcze przed chwilą była mocno nabuzowana, a teraz jakby zmiękła i całe powietrze z niej uszło. — To co ty proponujesz.
— Ja? nic nie proponuję. Co mnie to w ogóle obchodzi. To jest rozwiązanie, które znalazłem dla samego siebie, a każdy niech sobie jakoś radzi.
— No nie… Nie bądź taki… — włączyła się Kaśka. — Panie profesorze… Powiedz, co znalazłeś. Może i nam się to przyda…
— No jasne — poparł ją Marek. — Wal śmiało. Nic się nie obcyndalaj.
— Tak? Tak myślicie? — zastanowiłem się przez moment, bo przecież miałem tu do czynienia nie z jakimiś niewinnymi dziewczątkami, tylko z mężatkami, ale nie chciałem też przesadzać ze stawianiem oporu. — No dobra. Niech wam będzie… A to jest bardzo proste: wystarczy stwierdzić, czy oboje mają ochotę dotknąć swojego partnera. Nic więcej, tylko dotknąć, na przykład w ramię. Jeśli taką ochotę odczuwają, a przynajmniej nie pojawia się u nich coś w rodzaju niechęci, to znaczy, że istnieje między nimi naturalna więź fizyczna, o której nawet mogą nie wiedzieć. Czyli że nawzajem akceptują swoją cielesność. Tak im się szczęśliwie złożyło. A jest to sprawa niezwykle ważna, niestety zbyt często zupełnie niedoceniana, przynajmniej na początku znajomości.
— No, rzeczywiście. Coś w tym może być… — przyznała Kaśka po namyśle, spoglądając przy tym na Pitera. — Choć nigdy o tym nie myślałam w ten sposób… A czy ty, Piter — ożywiła się nagle — miałeś wtedy, no wiesz, jak się poznaliśmy na basenie, ochotę mnie dotknąć? Tylko w rękę… Bo jak sobie teraz usiłuję przypomnieć, to jestem pewna, że ja miałam ochotę cię dotknąć.
— No jasne, że miałaś ochotę — mruknął Piter w swoim stylu, czyli bez zbytniego entuzjazmu. — Zresztą nie tylko w rękę.
— A ty, to widzę, jesteś fachman w tej branży — zwrócił się do mnie Marek, niby z uznaniem, ale równie dobrze mogło być tak, że po prostu żartował. Z Markiem tak było: nigdy nie wiadomo, czy mówi poważnie, czy też robi sobie jaja.
— Eeee tam… od razu: fachman… — machnąłem ręką, na wszelki wypadek bagatelizując sprawę, bo a nuż Marek żartował. — Coś się przecież muszę orientować. Gdybym w moim wieku no i przy tylu żonach mało się orientował, to co by ze mnie był za facet. A przede wszystkim, i to odkryłem już dawno, należy dążyć do tego, żeby mieć atrakcyjną żonę.
Tu przerwałem na chwilę i spojrzałem po wszystkich uważnie.
— Nooo… ale to przecież oczywiste — zbagatelizował sprawę Piter. — Każdy tak chce.
— Zgadza się. Wiadomo… Ale mnie chodzi o to, żeby wiedzieć dlaczego… Już poza tym, że chcecie ją mieć tylko dla siebie. Bo przecież zawsze lepiej mieć fajną, atrakcyjną żonę, na którą ma się ochotę i która wszystkim się podoba. No więc to jest tak… Wyobraźcie sobie: masz ładną żonę i jak jest dobrze, to fajnie, bo nie trzeba nic zmieniać. Żyje się i tyle… Jest OK. A nawet jak się popsuje i trzeba się rozstać, to nic strasznego się nie dzieje. Ona nie zostanie sama… bo jest atrakcyjna. Zawsze ktoś się nią zainteresuje. O to nie ma obawy. Przecież jej nie odpuszczą. Rozumiecie: żeby dobry materiał się marnował… Więc ty idziesz w swoją stronę, a ona w swoją. A zupełnie inaczej wygląda sprawa, kiedy ona atrakcyjna nie jest… — tu na chwilę zawiesiłem głos, żeby stworzyć nastrój wyczekiwania. — Bo wtedy to najczęściej ona zostanie sama. Nikt się nią nie zainteresuje. A kiedy kobieta zostaje sama, to zaczyna się cała seria nieszczęść. Bo wciąż będzie to rozpamiętywać, wszystkie winy zrzucać na ciebie, także za jej niepowodzenia i nieszczęścia. Obgada cię do znajomych, zepsuje opinię, koszmar… I ty cały czas masz świadomość, że zniszczyłeś jej życie. Będziesz żyć z tym piętnem, a przecież masz tylko jedno życie i chciałbyś je przeżyć jak najlepiej.
— No jasne, ja się z tym zgadzam — przyznał Marek, a Piter sympatycznie walnął mnie otwartą dłonią w plecy, co zdawało się świadczyć o tym, że on również popiera moją teorię oraz że nadeszła pora, żeby się napić.
I rzeczywiście… nagle obaj, bez żadnego uzgodnienia, wstali, podeszli do deski na środku basenu i nalali sobie drinka. Wiedziałem, o co chodzi: tak robią faceci, którzy mają fajne żony i problemami, o których wspomniałem, w ogóle się nie przejmują. Po prostu mają to gdzieś.
— No ale poczekaj — w tym momencie wtrąciła się Monika — wróćmy jeszcze do tego św. Hieronima, że kobiety nie powinny się myć, bo muszą się wtedy rozebrać, a nie powinny oglądać swojego nagiego ciała. Przecież to jakiś absurd. Nie uważacie? Mają żyć w brudzie? Nawet swojego ciała nie można oglądać? O co tu chodzi… Przecież to jakieś chore, poronione pomysły.
— Tak, tak, masz rację. To nie tylko absurd, ale i ogromny krok wstecz w kwestiach cywilizacyjnych — poparłem ją. — Weźcie pod uwagę, jaki był stan higieny w Grecji i w Rzymie… jak tam dbano o ciało, o jego sprawność i czystość… ile było gimnazjonów w Grecji, czyli miejsc do ćwiczeń fizycznych, a ćwiczono nago, ile łaźni w Rzymie, także publicznych. Podczas świąt organizowano zawody sportowe, a najbardziej znane były Olimpiady. I chrześcijaństwo to wszystko zniszczyło, tę dbałość o ciało. Bo ciało nie jest ważne. W 393 roku zakazano urządzania Igrzysk Olimpijskich. Ale to samo stało się z seksem. Wystarczy poczytać Anakreonta, Katullusa i wiersze ze zbioru Priapea oraz pooglądać malowidła na greckich wazach, ukazujące sceny biesiadno-łóżkowe, niezwykle śmiałe i pełne erotyki. Jaka swoboda wówczas panowała… I wszystko to zostało w świecie chrześcijańskim uznane za grzeszne i wyuzdane, no i zakazane. Zakazano nawet myślenia o seksie, bo to grzech. Należało się umartwiać, żyć w ascezie i celibacie, zwalczać wszelkie pokusy, biczować się i nosić włosiennicę. W ten sposób owi surowi, ponurzy i często mroczni teologowie i kapłani zniszczyli tamten stary, naturalny, otwarty, przyjazny i radosny świat, a wprowadzili nowy, mroczny, ponury i straszny… z piekłem, czyśćcem itd.
— No właśnie — włączył się Piter. — Pamiętam, parę lat temu byliśmy na wczasach w Hiszpanii, w Lloret de Mar, i pewnego dnia na plażę przyszła grupka kobiet muzułmańskich. Tutaj lampa jak cholera, ludzie się kąpią i opalają, a te kobiety poubierane szczelnie w jakieś długie czarne suknie, na głowie chustki, weszły do wody nawet nie po kolana i stały tak przez kilkanaście minut. Aż żal było patrzyć.
— No widzicie, macie tu konkretny przykład, jak to wygląda w praktyce, ten wpływ religii na życie człowieka. To są ograniczenia i zakazy wbrew naturze, wzięte z sufitu i zupełnie absurdalne. Przecież one nic nie wnoszą do kwestii doskonalenia się albo relacji międzyludzkich. A takie podejście spotykamy głównie w religiach semickich, czyli w tradycji judeo-chrześcijańskiej i w islamie. Bo właśnie Semici uznali ciało za wstrętne, a zwłaszcza ciało kobiety. Tego w Egipcie ani w Indiach czy Grecji nie było. A teraz należało to ciało ukrywać i wstydzić się go. I wraz z rozprzestrzenianiem się chrześcijaństwa takie zasady zostały narzucone także innym ludom, Grekom, Rzymianom, Germanom, Słowianom, a nawet na Polinezji, gdzie wcześniej nie znano pojęcia wstydu i wszyscy chodzili prawie nago. Przecież poglądy takie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a wynikają tylko z pewnych sztucznych zakazów i nakazów o charakterze religijnym, zakazów wymyślonych przez ludzi zwichrowanych na punkcie postrzegania ciała i seksu.
Wszyscy popatrzyli po sobie, bo przecież byliśmy w tej wodzie na golasa i przez chwilę zapanowała wymowna, refleksyjna cisza.
— A wiecie, co mi kiedyś, wiele lat temu, mówił Leszek, tato Marka, bo on jest właśnie stąd, czyli z Kleczy, o czasach jak był młody?… — zaatakowałem teraz z innej strony.
— Ale o czym… — spytał Marek.
— O tym, jak chodzili na zabawy do remizy.
— Ja nie pamiętam. Opowiadaj. Może dowiemy się czegoś ciekawego…
— No więc, słuchajcie: jak byli młodymi chłopakami, tak po osiemnaście-dziewiętnaście lat, i szli na sobotnią zabawę do remizy, to niektórzy z nich wkładali sobie kaczan kukurydzy do kieszeni od spodni. No bo wiecie, w tamtych latach to remiza była centrum życia kulturalno-rozrywkowego na wsi. I Leszek opowiadał, jak to było z tymi zabawami: „Wkładam sobie taki kaczan do prawej kieszeni i proszę dziewczynę do tańca. Lekko ją przyciskam, żeby sprawdzić, jaki ma biust i czy jest chętna, a równocześnie naprowadzam ją na tę swoją prawą stronę. Dziewczyna czuje w dole brzucha coś dużego i twardego, nie wie, że to jest kaczan i odruchowo ucieka w lewą stronę. A tam mój już czeka” — kończył z chytrym uśmieszkiem.
— Ooo! Dobre. Tego nie słyszałem — skomentował rzeczowo Marek. — Tato nigdy o tym nie mówił. Ale za to pamiętam, jak w domu rodzice opowiadali o jakimś obozie nad morzem, chyba w Kołobrzegu…
— Aaaa, tak… Znam sprawę, bo sam w tym brałem udział. To był obóz szkoleniowy dla aktywu ZMW, czyli Związku Młodzieży Wiejskiej. Było kiedyś coś takiego. A właściwie to były dwa obozy, najpierw w Mielnie, a potem w Kołobrzegu. W Mielnie mieszkaliśmy w ośrodku LZS-u blisko plaży. Wyobraźcie sobie: druga połowa sierpnia, ale pogoda trzymała się piękna, woda była ciepła i cały czas siedzieliśmy w morzu. Twój tato i twoja mama byli uczestnikami i właśnie tam się poznali, a ja byłem wykładowcą. Miałem robić zajęcia z filozofii i etyki. Pojawił się też, zupełnie spontanicznie, zespół redagujący gazetkę obozową. Sporządzano ją w nocy w jednym egzemplarzu na dużym białym kartonie, a nazywano „Nocnik Obozowy”. Opisywali w niej i komentowali aktualne wydarzenia, często bardzo dowcipnie, a nawet wierszem. Rano wywieszano ją na drzwiach stołówki i przed śniadaniem wszyscy tam stali i czytali, bo każdy chciał sprawdzić, czy nie został opisany w „Nocniku”. Jeden z redaktorów tej gazetki nazywał się Bała, co chętnie wykorzystywali, na przykład zamieszczając informację typu: „Wyje Bała z bólu” albo „Nie je Bała tylko śpi”. Takie sobie jaja robili. A po kilku latach, chyba po czterech, był ten drugi obóz, w Kołobrzegu. Twoi rodzice też tam pojechali, a ty miałeś ze dwa lata. Leszek, czyli twój tato, był zastępcą komendanta, a ja, jak zwykle, miałem być wykładowcą. To były piękne czasy. Pogoda znów się udała i prawie cały czas leżeliśmy na plaży. W ciągu dwóch tygodni zrobiłem tylko cztery wykłady. Ale co najważniejsze, to uczestników obozu było około stu, a w tym tylko kilkunastu facetów. Reszta to dziewczyny w wieku od szesnastu do dwudziestu ośmiu lat. Było w czym przebierać. Mówię wam… Jak sobie teraz przypomnę, to aż mi się ciepło robi koło serca. Komendantem był kumpel Leszka, Jurek. Co wieczór szedł na obchód obozu, żeby skontrolować, czy wszystko w porządku. I najczęściej wracał dopiero na drugi dzień rano. Bywało, że spóźniał się na śniadanie.
— Oooo… To, jak widzę, ostre jazdy tam musiały być — zauważył Marek.
— No jasne. Człowieku… Ale powiedz sam: dziwisz się? Tyle towaru na obozie… Czasami to nie wiedziałeś, na którą się zdecydować. Całe szczęście, że św. Hieronima tam nie było, więc nie miał nic do powiedzenia.
— To ja bym też chciał pojechać na taki obóz — powiedział ze smutkiem Piter.
— No jasne — poparł go Marek. — Będziemy o tobie pamiętać. Ale z tego, co wiem, to ZMW już nie istnieje. Musimy sami zrobić taki obóz.
— A my? — zawołały równocześnie Kaśka i Ewa. — My też chcemy…
— Ale co chcecie — spytałem.
— No jak to… jechać na taki obóz.
— Dobra. Weźmiemy was. Ale musicie być grzeczne. No i pamiętajcie: nas będzie czterech, no bo Marek, Piter, Endrju i ja, a dziewczyn z pięćdziesiąt. Konkurencja ogromna.
— Ale widzicie?… — zauważył w tym momencie Marek. — Dobrze, że skończyliśmy już z gadaniem o polityce. Temat jest fatalny, bo i polityka jest fatalna. Rzygać mi się chce na sam jej widok, ale wiadomo, taką mamy politykę, jakich polityków, czyli prymitywną i dziadowską. Więc tak sobie pomyślałem, że lepiej zajmijmy się dziewczynami… co? — spojrzał po nas czujnie, badając, jaka będzie reakcja. — Czyli pogadajmy o dziewczynach. Jest to temat zdecydowanie przyjemniejszy. Tak mi się to teraz przypomniało w związku z tym kaczanem kukurydzy i obozami nad morzem… — dodał, chyba dla usprawiedliwienia.
— Jasne — poparł go Piter. — To jest dobry pomysł. Włazimy na dziewczyny.
— OK. No to fajnie — ucieszył się Marek, szybko łyknął drinka i natychmiast przystąpił do rzeczy. — Bo wiecie, chciałem wam opowiedzieć taką historię: mam kumpla, mówią na niego Bartek albo Skoti, bo lubi szkocką whisky, szczególnie Ballantines’a, a naprawdę nazywa się Sroka Karol. Więc koledzy mówili o nim Srokarol, żeby nie powtarzać dwa razy „ka”. Fajny sposób, nie?… Duża oszczędność. Pracowałem z nim w poprzedniej firmie i on opowiedział mi kiedyś przy wódce o swojej metodzie podrywania. Bo widocznie każdy ma swoje sposoby. A to jest straszny jajcarz. Chociaż początkowo to był zupełnie spokojny facet, z tym, że poderwać coś, to lubił. Czyli normalny. Ale pewnego razu na jakiejś imprezie w pracy wszyscy mocno się narąbali i on odprowadzał do domu jedną dziewczynę, która ledwie trzymała się na nogach. Nawet rzygała po drodze. Zaprowadził ją do domu i wrócił do siebie, choć ona próbowała go zatrzymać. Uczestnicy imprezy wiedzieli, że Bartek poszedł z nią wtedy i później pytali ją, jak to się skończyło, bo spodziewali się jakiejś sensacji. Ale ona wyjaśniła, że nic nie było. Bartek tylko ją odprowadził i wrócił do domu. „Nie przeleciał mnie, bo on mnie za bardzo szanuje”. Tak powiedziała. Kiedy Bartek dowiedział się o tym, wściekł się. „Nie dość, że ją w nocy zaprowadziłem do domu, ona rzygała w krzakach koło ronda, to jeszcze mi baba reputację psuje. Co to za bzdety, że ją szanuję. O co tu chodzi… Przecież gdybym miał ochotę, to bym ją zerżnął. Sama się pchała. Ale pijaną babę mam rżnąć? a jak mi rzygnie w łóżku…” Tak powiedział i jeszcze dodał: „Od tej pory koniec z kulturą. Teraz to już żadnej nie przepuszczę. Tnę wszystko, co się rusza”. I tak robił. Właśnie wtedy wymyślił ten swój sposób. Jak jedzie gdzieś w podróż, ale pociągiem i na dalszą trasę, to zawsze bierze ze sobą butelkę piwa. Na wszelki wypadek. Jak już chwilę jadą i zauważy, że w przedziale jest fajna dziewczyna, to wyjmuje z torby tę butelkę, otwiera, pociąga dwa łyki z gwinta i już jej nie chowa, tylko opiera o siedzenie między nogami i przytrzymuje ją udami, żeby się nie przewróciła. Ta flaszka mu sterczy między nogami, on co jakiś czas sięga po nią, żeby łyknąć piwa, i znów ją tam ustawia. Bywa, że po dwóch-trzech godzinach jazdy w przedziale nawiązuje się jakaś rozmowa. On też się włącza, niby przypadkiem zagaduje do tej dziewczyny, którą wcześniej przyuważył, a ta butelka cały czas sterczy mu między udami. Dziewczyna mimo woli zerka na nią i w ten sposób zostaje naprowadzona na właściwy sposób myślenia. W sprzyjającym momencie wymieniają swoje adresy i on wie, że ona będzie o nim myśleć w kontekście tej sterczącej mu między udami butelki. Po prostu zadziałał na jej podświadomość, uruchomił wyobraźnię i grę skojarzeń. A potem czeka na efekt. Panienki same wpadają mu w sidła. Niezłe, co?…
— Eeee, co ty tu znowu pitolisz… jakieś durne, smętne farmazony… — szybko zareagowała Ewa, wyraźnie zniesmaczona. — Nie wiem jak wy, ale mnie się wydaje, że to jest strasznie prymitywne — zaopiniowała stanowczo i autorytatywnie. Najwidoczniej postanowiła stanąć w obronie kobiet ale też utemperować męża.
— Eeee, tam… Zaraz: zbyt prymitywne… — spokojnie odparował Marek. — Co to znaczy: zbyt prymitywne… Przecież to jest normalna, życiowa sprawa. Tu chodzi o seks, a nie o jakąś dyskusję intelektualną. Wy ten seks to macie w genach od milionów lat. Nawet żaden św. Hilary, czy jak mu tam było, nic tu nie pomoże. Bo cały czas o tym myślicie. Budzi się rano taka ćućma, leży w łóżku, przeciąga się i od razu: „och, co za dzień, może spotkam jakiegoś fajnego faceta… takiego żeby mnie zdrowo przeleciał. Chętnie bym mu dzisiaj dała… Nic bym się nie opierała” — powiedział to, specjalnie modulując głos. — I tylko czekacie na jakiś pretekst. Nawet może być byle jaki.
— Też tak uważam — poparłem Marka. — Tylko że to był św. Hieronim a nie Hilary. A ten pomysł z butelką rzeczywiście jest ciekawy. Może i wygląda prymitywnie, ale to nieistotne, skoro jest skuteczny. A jak jest skuteczny, to wystarczy. Przecież o to chodzi. Wyobraźcie sobie, że w Wietnamie uzbrojeni po zęby żołnierze amerykańscy, mający potężne wsparcie w lotnictwie, czołgach i artylerii, ginęli w prymitywnych pułapkach stosowanych na tym terenie od tysięcy lat, na przykład wpadali do zamaskowanych dołów i nadziewali się na sterczące na dnie zaostrzone pale bambusa. Rozumiecie: druga połowa XX wieku, mamy bombę atomową, rakiety, samoloty ponaddźwiękowe, atomowe okręty podwodne, a tu żołnierze giną na palach bambusowych w zamaskowanych dołach, jak przed dwoma czy trzema tysiącami lat. Czyli liczy się skuteczność. A wiecie, jaką strategię stosują samce krabów afrykańskich w trakcie zalotów? Otóż mają one tylko jeden szczypiec, ale za to potężny, i kiedy przystępują do zalotów, popisują się przed samicami wykonywaniem okrężnych ruchów tym szczypcem. I samice wybierają tego osobnika, którego „taniec” najbardziej je zauroczył. Nam może się to wydawać śmieszne, ale przecież kraby tę swoją strategię traktują jak najbardziej poważnie i muszą wierzyć w jej skuteczność. A zresztą u większości zwierząt obserwujemy jakieś, i to bardzo różnorodne, formy zalotów, na przykład pojedynki samców, tarzanie się bizonów w piachu, tokowanie cietrzewi, tańce żurawi i cudowronków, pokazywanie języka przez samce wyjca amerykańskiego i w ten sposób zwabianie samic, podnoszenie ogona i otwieranie paszczy przez krokodyle, demonstrowanie przez samce pawia wielkości i kolorystyki swoich ogonów, nadymanie czerwonego wola pod gardłem u którychś ptaków w dżunglach równikowych, popisywanie się budowaniem gniazda przez wikłacze afrykańskie albo dziobanie słabszego samca, jak to robią bataliony z rodziny bekasowatych. A karłowaty szympans bonobo w Kongo jest wprost opętany seksem. Spółkuje kilkanaście razy na dzień, z różnymi partnerkami i w różnych pozycjach. U nas podobnie robi pustułka. A lwy w czasie rui kopulują przez trzy dni, co piętnaście minut. Nic dziwnego, że taki lew jest potem wykończony. Ale nikt nie przewyższy amerykańskiego preriokura… Ich samce zbierają się na tokowisku, nadymają się, dreptają w miejscu i na wszelkie sposoby demonstrują swoje walory, a samice przyglądają się tym popisom i wybierają jednego lub dwóch, według nich najlepszych. Wtedy przykucają przy tym wybranym, a on zapładnia je po kolei. Podobno w ciągu trzydziestu minut kopuluje z trzydziestoma samicami. Fajne, nie? I jakie pomysłowe. Ona podchodzi do niego i przykuca, czyli pokazuje, że chce mu dać… Szkoda, że u ludzi tak nie ma. Stoisz sobie w knajpie przy barze i ciągniesz jakiegoś drinka, a tu podchodzi fajna laska i przykuca przy tobie. Od razu wiadomo, o co chodzi. Nie musisz już nic bajerować ani nadskakiwać. Przecież szkoda czasu. I pomyślcie sobie, tak patrząc na te zwierzęta… my właśnie w takim świecie żyjemy, pełnym seksu i tym seksem wprost ociekającym. Choć, jako ludzie, wcale się do tego nie przyznajemy, a nawet skrzętnie to ukrywamy. To przez tego św. Hieronima i innych teologów średniowiecznych. Bo te ich bzdurne, tak zwane „nauki”, sączone ludziom do głowy przez wiele wieków, w jakiś sposób przetrwały do dziś, choć już w znacznie okrojonej i nieco ucywilizowanej postaci. Powinniśmy więc odciąć się od nich, a wziąć pod uwagę naturę, tak jak to robią inne zwierzęta, i ją zaakceptować. Nie ma sensu pomniejszanie wagi tego aspektu albo udawanie, że jest inaczej. Trzeba się z tym pogodzić i robić swoje… Czyli wykonywać swój taniec albo nadymać swoje wole, a kobiety przykucać przy wybranym, jak to robią samice preriokura. Przyjdzie ci taka panienka, przykucnie i od razu wiadomo, o co chodzi. Ogromna wygoda… Po prostu musimy przyjąć podstawową zasadę, że jest coś takiego jak seks, i że jest to naturalny i absolutnie niezbędny aspekt naszego życia, bo bez niego nasz gatunek wyginie. Wprowadzanie tu jakichś ograniczeń, a zwłaszcza potępianie seksu i stosowanie różnych form rezygnacji z niego, na przykład w postaci preferowania dziewictwa i celibatu, tak jak w chrześcijaństwie, jest wbrew naturze, bo skierowane jest przeciw życiu i jego trwaniu. Jest więc czymś sztucznym, wydumanym przez jakichś dziwnych osobników, psychicznie wykoślawionych. Takie postępowanie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, czyli z tym, w jakiej postaci zostaliśmy stworzeni. A nie ulega wątpliwości, że zostaliśmy stworzeni, czy się to komuś podoba, czy nie, jako istoty seksualne. Także ludzie religijni powinni to przyjąć, bo właśnie takimi Bóg ich stworzył: samcem albo samicą… i wyposażył w coś takiego jak organy płciowe. Po coś to zrobił i do czegoś te organy mają służyć… Chyba nie do tego, żeby je ukrywać i nie wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem. On i ona mają do odegrania pewną, narzuconą im odgórnie, rolę w procesie prokreacji. Dlatego rezygnowanie z tego, gadanie o dziewictwie i celibacie oraz ostentacyjne demonstrowanie tej swojej decyzji, a nawet próba narzucania jej innym, jest wbrew naturze. W przyrodzie dominuje przecież taki system: rodzice — dzieci. Rodzice mają dzieci, które dorastają i same stają się rodzicami. To jest łańcuch życia. Łańcuch, który może zostać przerwany, właśnie w wyniku zachęcania do celibatu i dziewictwa. Z tego wynika, że są to jakieś chore, poronione pomysły. To tak samo, jakby ktoś negował konieczność odżywiania się i twierdził, że to jest coś wstrętnego i grzesznego… i nawoływał, żeby ani nie jeść, ani nie pić, bo to się Bogu bardzo podoba. A przecież odżywianie się i rozmnażanie to są podstawowe czynności organizmu żywego. Nie wiem, czy oglądaliście film Koneser… jest tam niezwykle trafne zdanie: „Czystość to największe zboczenie seksualne”. No i rzeczywiście. Bo co to znaczy: czystość… czystość seksualna. To rezygnacja z seksu, a seks to brud! Kto wymyśla takie rzeczy i w jakim celu… Przecież w ten sposób chce się nam wmówić, że cała ludzkość jest zbrukana, a czystość jest wtedy, gdy rezygnujemy z rozmnażania się. Niech więc ci, co tak uważają, tak sobie robią, a nas, tych normalnych i świadomych, niech zostawią w spokoju. A najlepiej niech sobie jadą na jakąś wyspę bezludną i tam realizują swoje przekonania, czyli żyją w czystości. Zobaczymy, jak długo przetrwa taka społeczność. Jest przecież sprawą oczywistą, że w przyrodzie tak zwana czystość seksualna to odstępstwo od normy, a więc forma zboczenia. Wszelkie sztuczne, wydumane regulacje w tym względzie, jakieś zakazy i ograniczenia, typu celibat i dziewictwo, są wbrew naturze i muszą mieć swoje negatywne konsekwencje, bo prowadzą do wyginięcia gatunku, ale też prowokują pojawienie się psychicznych zwichrowań. Kilkanaście lat temu mój znajomy, on pracuje w społecznym liceum w Tarnowie, otrzymał od uczniów prezent w postaci malutkiego króliczka. Po paru dniach przekazał go rodzicom, bo oni mieli dom i ogród, a on mieszkał w bloku. Rodzice byli zachwyceni… króliczek od razu ich zaakceptował, przybiegał do nich, kiedy siedzieli na ogrodzie, wchodził im na kolana, przymilał się. I wszystko było fajnie… Ale królik rósł i dojrzewał. Zaczął rzucać się na kury, niektóre z nich zagryzł, a wreszcie gryzł również rodziców. I wtedy trzeba go było zabić. Okazało się, że brakowało mu samicy. Dlatego stał się taki agresywny i zdziczał. Można powiedzieć, że brak seksu całkowicie odmienił jego charakter, a owa „czystość seksualna” obudziła w nim demony. Historię tego króliczka należy więc potraktować jako przestrogę: co się może stać ze zdrowym zwierzęciem pozbawionym seksu. Króliczek zdziczał i stał się agresywny… a to samo dzieje się z człowiekiem. Bo wszystkie te wymyślone i zupełnie odbiegające od natury regulacje w tej kwestii, czyli jakieś zakazy i ograniczenia, źle wpływają na organizm i mogą prowadzić do poważnych zmian psychicznych. Dlatego, wracając do naszego tematu, czyli relacji męsko-damskich, chciałbym wam zwrócić uwagę, jak ważna jest to kwestia. I często zupełnie niedoceniana. Pomyślcie tylko: relacje męsko-damskie… Jakie tu mamy bogactwo sytuacji i ile możliwości, ile wariantów może się zdarzyć, przeróżnych, typowych i zaskakujących, pięknych i tragicznych, optymistycznych i smutnych, ile niedomówień, oczekiwań, tajemnic, niespodzianek i pragnień… ile wzruszeń, rozpaczy, gwałtownych zwrotów sytuacji, nagłych wyznań, szczęśliwych i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, rozstań, niezwykłych przeżyć. I z tego mamy zrezygnować?… Przecież to jest jeden z najważniejszych aspektów składających się na piękno naszego życia. A upraszczając całą sprawę oraz pomijając wszelkie romantyczne dodatki, jakieś tam ukradkowe spojrzenia, wzdychania, wręczanie kwiatów i tak dalej, to można kwestię tę sprowadzić do odwiecznego i znanego w całej przyrodzie ożywionej zasadniczego motywu: nieustannego poszukiwania seksualnego partnera i związanej z tym strategii. Bo ten seks jest cały czas w nas, bardziej lub mniej widoczny. Może być uśpiony, przytłumiony innymi ważnymi sprawami albo ideologicznymi zakazami, ale jest… choć ukryty, i kiedyś nagle daje o sobie znać, a nawet wybucha potężnym płomieniem. Jest też sprawą oczywistą, że te nasze poszukiwania mogą przybierać najrozmaitsze formy i warianty, nawet bardzo dziwne. Jak chociażby u tego twojego znajomego. A trzeba przyznać, że wymyślił on prosty sposób podrywania: odwołał się do ukrytego w podświadomości samicy i drzemiącego w niej poczucia potrzeby seksu. Ja na coś takiego nie wpadłem. Ale tak w ogóle, to skoro już tu jesteśmy, w basenie, na golasa, i jest fajnie, to przecież możemy sobie trochę pogadać na takie tematy, czyli jak się to mówi, oczywiście niesłusznie, poświntuszyć. Nie sądzicie?
— No jasne! — zawołała z wielkim entuzjazmem Kaśka. — Trzeba sobie poświntuszyć. Na co dzień tego nie mamy, a przecież nie będziemy dyskutować o polityce. Bo znów się pokłócimy albo wkurwimy i trzeba się będzie opić.
— O polityce w żadnym wypadku — stwierdził poważnie Marek. — Przecież to jeden syf i bagno. Jak na to patrzę…
— Wiem, wiem… — wtrącił Piter. — Rzygać ci się chce.
— No pewnie…
— Ano właśnie — kontynuowałem więc. — Ale żeby było jasne: mnie wcale nie chodzi o to, żeby sobie poświntuszyć dla samego świntuszenia. Tak robi wielu ludzi. I z tego nie wynika nic. Pogadają sobie, pośmieją się i na tym koniec. A my zróbmy to w celu konkretnym. Chodzi o to, żeby świadomie przełamywać te wszystkie bzdurne zakazy związane z naszym ciałem i jego funkcjonowaniem. Bo przecież nie ma co ukrywać, że w tych naszych relacjach męsko-damskich seks odgrywa niezwykle ważną rolę. Choć o tym mówi się mało, a jeśli już — to żartobliwie albo wulgarnie. Wszyscy wiemy, że kiedy mężczyzna jest z kobietą, to większość jego usiłowań skoncentrowana jest, zwłaszcza na początku znajomości, na jej ciele, a głównie na pewnej jego drobnej cząstce. Oczywiście, nie chodzi mu o łokieć czy stopę tylko o miejsce starannie ukryte, do którego usiłuje dotrzeć i wprowadzić tam swój organ. Nic więcej, tylko tyle. Oni na ten temat w ogóle nie rozmawiają, mówią o wszystkim, tylko nie o tym, a przecież sprawa ta absorbuje ich oboje i kiedy już do niej dojdzie, to zazwyczaj rozgrywa się ona w milczeniu. On próbuje tam dotrzeć, do tego miejsca, stosując przy tym rozmaite strategie, a ona usiłuje mu w tym przeszkodzić, bo jest zawstydzona albo tylko udaje, że się broni i że jest zawstydzona, bo wie, że tak wypada. Taka prosta czynność, prawda? I może nawet trochę śmieszna… A przecież, w rzeczywistości, to cóż to jest takiego… taka sama czynność jak inne, jakby ktoś podrapał się po głowie albo podłubał w nosie. I tak trzeba na to spojrzeć. Ale właśnie ta, tak z pozoru prosta i naturalna czynność została w niebywały sposób rozdmuchana i zmitologizowana. A stało się tak dlatego, bo kiedyś jacyś dziwni ludzie zbudowali wokół niej mnóstwo ograniczeń i zakazów oraz jakąś zasłonę niedomówień, tajemnicy i wstydliwości. Wtłoczono nam do głowy, że są jakieś gorsze, wstydliwe części ciała oraz grzeszne myśli i zachowania, i teraz człowiek musi sobie z tym jakoś radzić. Bo efekt jest taki, że oboje, jak już są razem, to wstydzą się swoich ciał i swoich seksualnych zachowań. A przecież my właśnie tacy jesteśmy i to powinno być naturalne, oczywiste. Dla niego i dla niej. Więc po co tyle udawania, odwlekania i unikania… Bo z powodu tych wszystkich sztucznych i nieżyciowych, głównie ideologicznych, ustaleń wypracowano pewien idiotyczny system: mężczyzna jest stroną atakującą, a kobieta stroną broniącą się. I jeśli mężczyzna atakuje, a kobieta się broni i odmawia, to jest w porządku. Każdy to rozumie. Ale jeśli przypadkiem kobieta ma ochotę zaatakować, a mężczyzna nie ma na nią ochoty i odmawia, to wówczas ona może poczuć się zraniona, a nawet upokorzona i uznaje takiego mężczyznę za chama lub geja. No i popatrzcie tak konkretnie… taka drobna i oczywista sprawa, a jak ważna ona jest… bo z naszego, męskiego punktu widzenia, chodzi o to, żeby znaleźć odpowiednią kobietę, dotrzeć do tej jej małej cząstki i włożyć co trzeba. I to wszystko. Oczywiście, ograniczamy się tu do tego podstawowego układu: mężczyzna-kobieta, a pomijamy związki partnerskie. Ale z drugiej strony, jakże często zanim dojdzie do tego finału, ile trzeba wykonać śmiesznych, absurdalnych czynności i wypowiedzieć tyle nieprawdziwych słów… No i pamiętajmy, że te nasze organy po to właśnie są, bo mają tylko jedno przeznaczenie, więc jeśli się ich nie wykorzystuje, to stają się zbędne. Takie to niby wszystko proste i normalne, a tymczasem, jak to wszystko wykoślawiono i zdemonizowano… Zrobiono z tego wielki problem. Dla tamtych dziwnych ludzi o pokręconej psychice te nasze organy i to, co z nimi robimy, urosły do niebotycznych problemów i stały się krainą Szatana. To trzeba mieć niezbyt dobrze w głowie poukładane, żeby wpaść na taki pomysł. Przecież człowiek ma też inne otwory w ciele, ale tych pokręconych ludzi one w ogóle nie obchodzą, tylko ta jedna mała dziurka… Zrobiono z niej siedzibę zła i grzechu. Więc nie wolno jej pokazywać, oglądać, nic z nią robić ani nawet o niej myśleć. Dlatego na Półwyspie Athos, do tzw. republiki mnichów, nie mają wstępu nie tylko kobiety, ale nawet samice zwierząt, na przykład osłów. A przecież ci zakonnicy głoszą, że swoim życiem oddają cześć Bogu, w którego wierzą, oraz głoszą, że on wszystko stworzył. A więc stworzył też kobietę, płeć i seks. Ale tego ci mnisi, nie wiadomo dlaczego, już nie akceptują. To samo ów św. Hieronim i jemu podobni. Przedziwna sprawa… nie uważacie? Bo niby Bóg stworzył wszystko i to jest dobre… ale jest coś takiego, co oni, ci mnisi, uznali za złe i tego unikają. To tak to… Bóg nie wiedział, co stwarza… Taka jest logika owych tępych ideologów i teologów. Ale są też dalsze konsekwencje takiego pruderyjnego podejścia, bo na przykład my do tej pory wstydzimy się u lekarza rozebrać, a zwłaszcza u lekarki, albo powiedzieć, co nam dolega. A dziewczyny wstydzą się iść do ginekologa. A przecież powinny to robić systematycznie. OK?
— OK — zgodził się Marek. — Jak najbardziej. Jestem za… Chociaż, wiecie, jak sobie teraz o tym myślę, to z tą lekarką wcale nie jestem pewien… Jakby była jakaś młoda i fajna lufa, to kto wie… może bym się chętnie rozebrał. A cóż to: mam się czegoś wstydzić?…
— No, no, no… — zastopowała go zaraz Ewa. — Tylko się za bardzo nie rozpędzaj. Bo jak cię znam, to pewnie byś chciał, żeby i ona się rozebrała.
Marek spojrzał na nią i uśmiechnął się promiennie, najwyraźniej lekko rozmarzony.
— A wiesz?… że masz rację… — przyznał uczciwie. — No bo cóż to… Czy jest jakiś zakaz? Ja się rozbieram, a ona nie może?… Albo jest równouprawnienie, albo go nie ma. I robimy sobie obopólne badania. Ona mi bada to, a ja jej tamto… I wiecie? jestem przekonany, że u takiej młodej lekarki to zawsze znajdzie się coś interesującego do zbadania.
— No, nie mówiłam?… Ty to jesteś chyba zboczony. Nawet lekarce nie przepuścisz…
— Ale o co chodzi… — Marek spojrzał po nas, jakby szukając wsparcia. — Czy są tu jakieś przeszkody?… Albo może lekarka to nie człowiek?… Pewnie uważasz, że jak jest lekarką, to już nie potrzebuje…
— Jasna sprawa — włączyłem się szybko, żeby nie dopuścić do eskalacji sporu. — Masz rację. Całkowicie się z tobą zgadzam. Z lekarką sprawa jest prosta, tak jak z tym preriokurem: ty się rozbierasz, a ona obserwuje. I jak zaakceptuje, to przykuca przy tobie. I wtedy masz jasność. Pamiętajmy więc, jaki mamy cel podstawowy: wchodzimy na temat dziewczyn i seksu, ale po to, żeby pokazać, że nie ma żadnych tematów gorszących i zakazanych. Bo wszystko, co dotyczy człowieka i jego funkcjonowania, jest naturalne i normalne. Także ciało i seks. Tak zostaliśmy stworzeni, przez Boga czy przez naturę. Mamy jakieś ciało i żyjemy w świecie seksu, bo bez niego byśmy wyginęli. Trzeba więc zdjąć z niego to odium grzechu i nieprzyzwoitości. Najbardziej zadziwiające jest to, że o sprawach tak oczywistych trzeba w ogóle mówić. I to teraz, w XXI wieku. A mówić trzeba, bo zbyt wielu ludzi żyje w stanie jakiegoś dziwnego zaczadzenia. Patrzą na to wszystko, ale nic nie rozumieją. Wciąż jeszcze żyją w jakimś świecie dawnych opowieści, w oparach pruderii i wstydu, i traktują te kwestie jako tajne, nieprzyzwoite i sensacyjne. A przecież sprawa jest banalnie prosta: wyposażono nas w jakieś organy płciowe, więc tak wyglądamy i tak funkcjonujemy. I właśnie to trzeba uznać za normalne, zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Również jeśli ktoś jest wierzący, bo to przecież Bóg go takim stworzył. Jakiś miał w tym cel. A Bóg tworzy tylko dobro. Więc wszystko, co stworzył, jest dobre, także nasze ciało. Należy więc o nim mówić otwarcie i szczerze, bez uśmieszków i zażenowania, i nie wstydzić się go. Trzeba się wreszcie wyzwolić z tych idiotycznych ograniczeń i zakazów… tego nie wolno robić ani pokazywać, o tamtym nie wolno mówić ani nawet myśleć. Bo to grzech. Kto to wymyślił i po co… Musimy się z tego wyzwolić. Zgoda?
— Zgoda — odparł Piter. — Będziemy się kąpać na golasa, razem z dziewczynami. Zresztą o dziewczynach fajnie się gada. Znacznie przyjemniej niż o polityce.
— No to fajnie. No więc, skoro tak, to i ja wam opowiem coś z branży dotyczącej podrywu. Bo, jak powiedział przed chwilą Marek, każdy ma swoje sposoby. Każdy ma swoją strategię. No to co, jedziemy?
— Jedziemy — ochoczo zareagował Piter. — Ładuj, odłamkowym…
— Rozpryskowym, ładuj… — zawołał Marek. — A my sobie tymczasem strzelimy po maluchu, co Piter?
— No jasne… po całym. No to lu…
— A ja sobie przy tobie trochę przykucnę. Dobrze? Mareczku… — zaproponowała Ewa.
— Jasne, chodź tu i kucaj — zgodził się Marek. — Ale kolan nie ściskaj, tylko tak swobodnie, szeroko, żebym miał łatwy dostęp.
— No więc dobra. A to będzie nawiązanie do tego motywu z podrywem w pociągu. To co Marek opowiadał o tym swoim kumplu. Otóż sporo lat temu, w osiemdziesiątym czwartym albo osiemdziesiątym piątym roku, byłem na obozie harcerskim we Fromborku, w ramach ogólnopolskiej „Akcji Frombork”. Opiekowałem się tam drużyną o specjalności filozoficznej i na te tematy dyskutowaliśmy. Akurat była to drużyna żeńska, młode dziewczyny z ówczesnego województwa tarnowskiego, głównie z Brzeska i Bochni.
— Tylko żeście dyskutowali?… — podchwycił Marek. — No bo chyba nie chcesz powiedzieć, że podrywałeś tam harcerki. Że jakąś młodą druhnę bzyknąłeś… Na przykład w lesie, na harcerskim szlaku… Rozumiecie: świeża trawka, mięciutko, ptaszki śpiewają, druhna leży, spódniczka ściągnięta, brzuszek na wierzchu, nóżki na bok… mniam mniam…
— No tak, jak najbardziej. Zgodnie ze starym harcerskim hasłem: wezmę druhnę i ją ruchnę… — niespodziewanie włączył się Endrju, który właśnie pojawił się w basenie. Pewnie dopiero co wyszedł spod prysznica, bo włosy miał świeżo umyte. Był to więc typowy Endrju: średnio co trzy godziny musiał wejść pod prysznic i przynajmniej umyć sobie głowę.
— Nie, no coś ty… Endrju… Przecież mówiłem: to były harcerki… młode dziewczyny, góra tak gdzieś szesnaście-siedemnaście lat. Są jakieś granice.
— A, skoro tak… — Endrju wykonał specyficzny gest, stosowany przy opowiadaniu pewnego kawału rosyjskiego — to wynimaju… Wprawdzie siedemnaście lat to wiecie… prokurator już nie czuwa. Czyli spoko… Ale pewnie znacie tę historyjkę: przychodzi facet do hufca i pyta „czy zastałem druha Borucha?” a tam ktoś mu odpowiada „Nie ma druha Bo-rucha…”
— No jasne, znamy. Znałem też druha Borucha. Był taki facet w Tarnowie. Ale dobra, wracamy do tematu. Na czym to ja skończyłem? O Fromborku? OK, jedziemy dalej. Chociaż… wiesz co, Endrju… poruszyłeś ciekawy temat… Bo skoro tak mnie zahaczyłeś o te harcerki, to ci powiem, że w tamtych czasach byłem też na obozie nad jeziorem Gim. To na Mazurach, na wschód od Olsztynka, koło wioski Nowa Kaletka. Teren piękny, obóz rozbito w lesie nad samą wodą, jak to harcerze, a jezioro czyściuteńkie, woda pierwszej klasy czystości, więc sporo tam pływałem. Dziewczyny z mojej drużyny, bo wtedy też miałem drużynę o specjalności filozoficzno-etycznej, kiedy to zobaczyły, napaliły się na pływanie i poprosiły mnie, żebym jedną godzinę dziennie przeznaczył na naukę pływania. Komendant obozu, Krzysiek Sikora, kiedyś mój uczeń, jak zaraz po studiach pracowałem w technikum, wyraził zgodę, więc wycięliśmy trochę trzcin przy brzegu, żeby było dobre wejście do wody, i zaczęliśmy ćwiczyć. Dziewczyny strasznie się w to zaangażowały. Po dwóch dniach jedna z nich zwróciła się do mnie, czy nie mógłbym jej podtrzymywać, bo woda wlewa się jej do ust i ciągle się zachłystuje. Chłopy, mówię wam, sprawa niesamowita. Dziewczyna miała pewnie ze siedemnaście lat, ale była wyrośnięta, rozwinięta… nooo, kawał dziewuchy. Wyglądała na dwadzieścia. No więc jak ją tak wziąłem ręką pod brzuch, a była w stroju dwuczęściowym, to sami rozumiecie… Trzymam ją tu od spodu, a przed oczami mam jej plecy i sporą kształtną dupcię, ledwie co schowaną pod cienkimi i mocno opiętymi majtkami. Kiedy energicznie ruszała nogami, jak to przy pływaniu żabką, to te majtki zbiegały się i całkiem wchodziły w szparę między pośladkami. Ona mi tu macha rękami i nogami, krztusi się i prycha, ja ją trzymam pod brzuch, cały czas uważając, żeby mi się ręka gdzieś nie przesunęła, bo by sobie pomyślała, że próbuję ją obmacywać, i tak z nią idę, a tu widzę te pośladki, całkiem gołe, takie duże, białe, gładziutkie, ładnie podrygujące przy każdym kopnięciu nogami, jak jakaś galaretka na talerzu…
— Chłopie, dajże już spokój, nie rób mi takiego smaka… — nie wytrzymał Marek. — Bo mnie tu szlag trafi na miejscu.
— Spokojnie, Mareczku, spokojnie… — przymilnym głosem zaśpiewała Ewa. — Przecież ja tu kucam koło ciebie. I kolana mam tak jak chciałeś… szeroko.
— No ale przecież mówię wam, tak było… Ta dupcia, dosyć spora, taka kształtna i ponętna, sterczała nad wodą i ruszała mi się tuż przed oczami. Ludzie… co ja tam przeżyłem… Jeszcze przez parę lat mi się to śniło. A dziewczyna w ogóle nie miała świadomości, jakie widowisko mi robi. Taka była w to pływanie zaangażowana. Jak tylko miała wolną chwilę, to zaraz przychodziła do mnie do namiotu i prosiła: „Druhu, chodźmy potrenować pływanie”.
— Czyli, mówisz, że te majtki od stroju tak się jej z tyłu wcisnęły między pośladki, że zrobił się z nich tylko taki sznureczek, a pośladki były gołe… — zainteresował się Endrju.
— No tak, coś w tym rodzaju.
— Czyli tak jakby z tych majtek zrobiły się stringi.
— No tak…
— No a nic więcej nie zobaczyłeś?. Bo przecież ten sznureczek był całkiem wciśnięty między pośladki i chyba nic nie zasłaniał… — dociekał dalej Endrju.
— Eee, no Endrju… przecież jej tam nie zaglądałem. No bo jak to… harcerka… młoda dziewczyna… Chociaż… wiesz… — tutaj zatrzymałem się na chwilę — jak sobie teraz przypominam, to muszę ci powiedzieć, że masz rację… Bo jak robiła wykop nogami i miała je szeroko rozłożone, jak to przy żabce, a dupcię podniosła nad wodę, to coś tam było widać.
— Nooo… to w porządku. O to mi chodziło. I rozumiem, że nie próbowałeś jej tam paluszkiem pogilgotać…
— Nie, no Endrju… Przecież mówiłem: harcerka… jakieś szesnaście-siedemnaście lat, to nie ta bajka… choć fizycznie rozwinięta nad podziw. Kawał ciała… Kiedyś to się mówiło: „razówa”. Ręka aż się sama prosiła, żeby ją po tej dupci poklepać. Taka smakowita, świeżutka, bielutka, rozkoszna dupcia młodej dziewczyny, coś pięknego… To właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem urok pośladków u kobiety. Do tej pory jakoś tego nie doceniałem. Ale co cię to tak interesuje…
Endrju łyknął drinka i odstawił szklaneczkę na brzeg basenu.
— To przez te majtki — odparł — o których tak barwnie opowiadałeś, że się zbiegły i przyjęły postać sznureczka. Ja sobie to wyobraziłem i zobaczyłem, że przecież ten sznureczek musiał ją tam uwierać, jak się wcisnął zbyt głęboko.
— Aha, i pewnie byś chciał jej pomóc… na przykład poluźnić ten sznureczek, albo go całkiem odciągnąć. A przy okazji coś tam paluszkami pogmerać.
— Ooo, właśnie, trafiłeś. Bo szkoda mi dziewczyny… po co ma ją tam coś uwierać… Przecież to takie delikatne i wrażliwe miejsce.
— Chłopy, a wy znowu co!… nie macie już tego dosyć? Dajcie se siana — nie wytrzymała Ewa — Znowu jakieś majteczki, sznureczki, dupeczki, gilgotanie, zaglądanie do szpareczki… Nie wystarczy wam tego smętnego pitolenia?
— Dobra, dobra, już kończymy — próbowałem załagodzić sprawę — Ale sama widzisz… Endrju to wrażliwy facet, ma dobre serce i chciałby ulżyć dziewczynie. Po co ma ją coś uwierać… zwłaszcza w takim miejscu. Ale dobra, kończymy to i wracamy do tego obozu we Fromborku. No więc nie pamiętam już dlaczego… chyba miałem wtedy jechać do Włoch, w celach naukowych, do Toskanii, więc wyjechałem trzy dni przed jego zakończeniem. Pociągiem przez Elbląg i Malbork dostałem się do Tczewa, gdzie miałem przesiadkę na pospieszny do Krakowa. Wyszukałem przedział niezbyt zatłoczony i usiadłem przy oknie. Zbierałem wtedy materiały do książki o amfiktioniach, z której potem robiłem habilitację, i właśnie po to jechałem do Bolseny i Orvieto, bo chodziło mi o Etrusków i ich religijno-polityczne centrum, więc rozmyślałem o tych kwestiach i czasami coś sobie zapisywałem. Dlatego zawsze miałem pod ręką długopis i notesik. Z czasem, jak to w pociągu, między podróżnymi nawiązała się rozmowa… o pogodzie, piłce nożnej, plamach na Słońcu, polityce i komecie Halley’a, bo wtedy się do nas zbliżała. Aż w pewnym momencie siedząca naprzeciw mnie kobieta spytała: „a cóż pan tak zapisuje w tym swoim kajeciku…” W pierwszej chwili miałem zamiar udać, że nie dosłyszałem i nic nie odpowiadać, albo zbyć ją byle czym, ale najpierw na nią spojrzałem i uznałem, że byłby to błąd. Wstałem więc, skłoniłem się szarmancko, strzeliłem obcasami, ale one nie strzeliły, bo były z tworzywa sztucznego. „Zapisuję?” — udałem roztargnionego — „Ach tak, rzeczywiście, zapisuję… Widzi pani, to taki zawodowy nawyk. Bardzo panią przepraszam, że tak się zakamuflowałem i nie zostałem rozpoznany od razu. Jestem kapitan Siaki Taki. Z kontrwywiadu. Jadę sobie, obserwuję, wszystko zapisuję i potem sporządzam raport. Jeszcze raz przepraszam, bo przecież powinienem mieć ciemne okulary i kapelusz. Żeby każdy wiedział, gdzie pracuję, czyli w kontrwywiadzie”. „Ależ co też pan…” — zachichotała rozkosznie młoda kobieta, zasłoniła sobie usta ręką i zerknęła na mnie spod oka, niby ukradkiem, ale było to widoczne. No więc, słuchajcie, jak ktoś do mnie tak, to ja mu pięć razy tak… Jak mnie ktoś zrobi dobrze, to ja mu pięć razy dobrze. Zwłaszcza jeśli chodzi o kobietę. Już tej okazji nie wypuściłem. Za Warszawą, a jechaliśmy nie przez Łódź, tylko przez Radom, jak w tym kawale „Bytom, Radom, wszyscy jadą…”, pamiętacie… no więc trochę się poluźniło w przedziale i rozmowa mogła być swobodniejsza. Więc teraz ja mówię do niej: „Ale skoro pani mnie przedtem zapytała o to zapisywanie, to znaczy, że pani też jest z kontrwywiadu”. „Ja?” — zdziwiła się dziewczyna. „No tak” — odparłem — „Przecież wiadomo, że w kontrwywiadzie pracują tylko atrakcyjne kobiety. Chodzi o to, żeby mogły omotać odpowiednich facetów i potem, już w łóżku, wyciągnąć od nich największe tajemnice”. Ona spojrzała na mnie uważnie, rozsiadła się wygodniej i założyła nogę na nogę, lekko przy tym podciągając spódnicę w górę i pokazując ładne uda oraz poprawiła sobie włosy, a wtedy już wiedziałem, że jest to wyraźny, choć najczęściej nieuświadomiony, sygnał seksualny, bo równocześnie zbierałem też materiały do książki o symbolice włosów. Było oczywiste, że jest moja, bo poczuła się kobietą atrakcyjną, a to łamie najtwardsze. Akurat minęliśmy Radom, gdzie reszta pasażerów wysiadła i zostaliśmy sami w przedziale. Chwilę jechaliśmy w ciszy, aż wreszcie: „To gdzie jest to łóżko, w którym mam z pana wszystko wyciągnąć?” — spytała dziewczyna, niby żartobliwie i przekornie, ale też trochę zalotnie, co zdawało się świadczyć, że jednak haczyk połknęła. „Na ulicy Parkowej pięć, mieszkanie dwadzieścia pięć, trzecie piętro” — odparłem natychmiast i szczerze, wiedząc, że to na kobiety działa, gdyż nic nie ukrywam. I faktycznie, trochę ją to zaskoczyło, ale zanim dojechaliśmy do Kielc, gdzie wysiadła, zdążyliśmy wymienić swoje adresy no i uzgodniliśmy, że odwiedzi mnie pod koniec sierpnia, bo miała wtedy jechać do Żegiestowa, na wczasy.
— Ale numer… No i co… Przyjechała? — spytała Kaśka tak trochę konspiracyjnie, lekko ściszonym głosem, jakby spodziewała się jakiejś sensacji.
— Przyjechała… przyjechała… A nawet, prawdę mówiąc, do żadnego Żegiestowa już nie pojechała.
— Co ty mówisz… Tak cię tylko bajerowała z tymi wczasami?
— Nieee… skądże. Miała skierowanie, do „Ciżemki”, to taki ośrodek zakładów obuwniczych z Nowego Targu. Byłem tam kiedyś. Po prostu wytłumaczyłem jej zaraz pierwszego wieczoru, w trakcie konsumowania mojej wiśnióweczki na rumie, że po co ma się tłuc pociągiem jeszcze sto kilometrów w tempie trzydzieści na godzinę tylko po to, żeby ją tam w tym Żegiestowie mieli rżnąć jacyś przypadkowi, dopiero co poznani faceci. Równie dobrze, a nawet lepiej, mogę to zrobić ja, kapitan kontrwywiadu. Przecież muszę się na tym znać.
— No i co… została?… — spytała Monika, mocno zdziwiona, bo tej historii jeszcze nie znała.
— No jasne, została. Nawet zbytnio się nie opierała. Od razu załapała, o co chodzi.
— I cały czas była u ciebie? — dociekała dalej. — Dwa tygodnie?…
— No tak. Wtedy wczasy trwały dwa tygodnie.
— No i co dalej.
— A co by miało być… Fajna była, ładna, wesoła, pogodna… taka normalna, konkretna, zdrowa dziewczyna. Rozumiecie: wszystko na swoim miejscu… noga, cycuś, dupcia… pierwsza klasa. Jednym słowem, jak się to mówi, kawał zdrowej dupy. I do tego jeszcze taka zaradna. Coś tam posprzątała, chodziła na zakupy, robiła obiady. Dobra byłaby z niej żona. Konkretna i dobrze zorganizowana.
— Co ty powiesz… — dziwiła się Monika. — To dlaczego nic z tego nie wyszło? Przecież byłeś wtedy po rozwodzie.
— Aaaa bo widzisz… niby wszystko w porządku, ale w łóżku to nie bardzo…
— Jak to, nie bardzo… co ty pitolisz… — włączyła się Ewa, niby zaciekawiona, ale też trochę oburzona. Pewnie sądziła prostolinijnie, że jak już dziewczyna jest z facetem w łóżku, to wszystko musi być OK i pełnia szczęścia. A przecież, tak naprawdę, to problem dopiero się zaczyna.
— No wiesz… Jak by to powiedzieć… Leżała jak kłoda. Niby chętna, ale sama nic nie robi.
— Jak to… zupełnie nic? — dociekała dalej Monika.
— No, tak jakoś dziwnie… Żadnej inicjatywy. Akurat czegoś takiego nie lubię.
— Ale przecież do tego łóżka wchodziła…
— Nooo, wchodziła… Chętnie wchodziła. Przecież po to została i nie pojechała do tego Żegiestowa. Tam to by musiała najpierw łazić po górach, niby przypadkowo poznać jakichś facetów, przez parę dni udawać niedostępną i dopiero na jakiejś imprezie, po wypiciu paru wódek, dać się zaciągnąć, choć niby z wielkimi oporami, do czyjegoś łóżka na typowe wczasowe rżnięcie. Strasznie dużo zachodów, no i kilka pierwszych dni straconych, a efekt niepewny. A tu rżnięcie miała zapewnione od razu, nieustające i dwutygodniowe. Więc niby wszystko było w porządku… ale jak dla mnie, to była mało aktywna. Leżała jak kłoda. Jak coś z niej ściągnę, to ona chętnie, jak jej rozsunę uda, to ona je rozsuwa, jak ją obrócę na brzuch i pod biodra podkładam poduszki, żeby, no wiecie… podnieść jej dupcię do góry, to tak robi. Ale potem to tylko piszczała.
— Piszczała? — zdziwiła się Kaśka i zachichotała krótko, zasłaniając sobie usta dłonią. — Co ty… poważnie?…
— No tak, takim cienkim, wysokim tonem. Tak: iiiiiiiii.
— Eeee, to jakieś dziwne…
— Pewnie, że dziwne — wtrącił Endrju. — A co miała robić… biedna dziewczyna. Miała jechać na wczasy do pięknego Żegiestowa, a nie pojechała, bo jakiś brutal ją zniewolił i zaciągnął do łóżka. To musiała trochę popiszczeć.
— Otóż to. Masz rację, Endrju. Tak właśnie było. Ale to nie wszystko. No bo wiecie, już po tym łóżku, a przecież trochę to trwało, to ona lubiła wyjść na balkon. Włosy miała długie, rozpuszczone na plecy aż do pasa i trochę podkręcone. I tak stała, oparta o barierkę, w samych tylko majtkach i krótkiej koszulce. I patrzyła na drzewa, krzewy, trawę i te klomby z kwiatami. A także na Górę Marcina… bo ta brzoza przed moim balkonem jeszcze nie podrosła i Marcinkę było widać. A przecież w bloku naprzeciw, nawet na tym samym piętrze, mieszkała moja druga żona, Ala. Rozwód był właśnie w toku i ona musiała Agatę widzieć. Aha, bo ona miała na imię Agata. I potem, jak już Agata wyjechała, to za dwa dni Ala wpadła do mnie, niby to w jakiejś sprawie do uzgodnienia. Ale wiecie, jak to jest w takiej sytuacji: od słowa do słowa, niby o rozwodzie, ona to, a ja to, i awantura gotowa. Zupełnie z niczego. Tak z nią bywało… Aż w pewnym momencie Ala, będąc już w stanie najwyższego napięcia i zdenerwowania, i nie wiedząc, co ze sobą zrobić, bo tak się w niej wszystko kotłowało, chwyciła, co było pod ręką, a tym czymś okazał się wielki kryształowy flakon, który wygrałem kiedyś na turnieju brydżowym. Przez chwilę stała tak, z tym flakonem nad głową, patrzyła mi w oczy z jakąś ogromną determinacją i rozpaczą, i wtedy przeleciała mi przez głowę taka myśl, że ona wciąż jeszcze jest we mnie zakochana, i wreszcie z całej siły walnęła nim o podłogę. Ale ja nic nie powiedziałem, tylko zgarnąłem nogą większe kawałki kryształu pod ścianę i wyjąłem z barku wiśnióweczkę, niby żeby ją uspokoić, ale tak naprawdę to dlatego, że ja też ją kochałem, i ona, mimo że wiedziała, o co mi chodzi, to jednak dała się uspokoić, czyli wypiła kilka kieliszków, a potem została na noc, która okazała się nocą szaloną. Nie wiem… jakoś to tak dziwnie wyszło… sam nie wiem, w jaki sposób… W pewnym momencie, kiedy staliśmy obok siebie i piliśmy tę wiśniówkę, to pod wpływem nagłego impulsu podniosłem rękę, żeby ją pogłaskać po włosach, bo miała piękne, czarne długie włosy, i wtedy ona przechyliła głowę jakby do pocałunku i przymknęła oczy, więc odruchowo pocałowałem ją w usta, a ona natychmiast, jakby tylko na to czekała, przywarła do mnie całym ciałem i wessała się wargami. I niby tu mnie całowała, gwałtownie i zachłannie, jak nigdy dotąd, a równocześnie jedną ręką pospiesznie ściągała spódniczkę i majtki. To było coś niesamowitego… bo wcześniej nigdy nie była taka chętna i szybka. Rozumiecie? Sama wszystko zdjęła, nawet majtki! Do tej pory to się nie zdarzało. Ile się człowiek musiał napracować, żeby z niej coś ściągnąć. Taka była wstydliwa. A przecież ciało miała bardzo ładne, była szczupła, ale niezwykle zgrabna. Figurę miała pierwsza klasa. Człowieku, jak już ją rozebrałeś i zobaczyłeś całą… nago… to nie było szans, żeby się powstrzymać. Do tej pory żałuję, że tak krótko to nasze małżeństwo trwało i że tak mało czasu spędziliśmy w łóżku. A wtedy to nagle sama zrobiła się taka aktywna i od razu gotowa. Niesamowite… no mówię wam, niesamowite. Nic nie mówiła, jak to nieraz wcześniej bywało, że jest zmęczona albo że ją boli głowa. Ludzie… co myśmy wtedy wyrabiali. No mówię wam… To było jakieś szaleństwo. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie przeżyłem. Ja tak, a ona tak… Ja ją biorę tu, a ona mnie tu… no mówię wam… to się w pale nie mieści… Do tej pory nie wiedziałem, że taki ogień w niej buzuje. A jaka była rozkoszna… jaka chętna i pomysłowa… wszystko robiła, nogi to rozkładała tak szeroko, jakby chciała zrobić szpagat. Nagle zupełnie zapomniała o tej swojej wstydliwości i w ogóle nie zwracała uwagi na to, że świeci lampa i widać jej całą Księżniczkę, bo tak ją nazywała… Nic już nie ukrywała, tylko nadstawiała się i jak smacznie podawała… Po prostu, poezja… no mówię wam, poezja… jak ona ją wystawiała, tę swoją Księżniczkę… Nogi szeroko i wypinała ją do góry… po prostu wulkan. Pierwszy raz widziałem ją w takim stanie. A potem chwila odpoczynku, po kielonku wiśnióweczki i znów do roboty. Chyba ją wtedy przeleciałem ze trzy razy. A nigdy mi się to nie zdarzyło i nawet nie wiedziałem, że to jest możliwe. To było piękne… Nic się dziewczyna nie oszczędzała, wciąż była chętna i gotowa, wciąż jeszcze i jeszcze… a jaka była przy tym przymilna i rozkoszna. Prawdziwa koteczka. Czegoś takiego dotąd u niej nie widziałem, taka wyzwolona, rozkoszna, bezwstydna i szczęśliwa. No mówię wam… Nie miałem pojęcia, że rozwód może tak pozytywnie wpłynąć na żonę, a zwłaszcza na wzrost jej aktywności seksualnej. Wcześniej przez rok mieszkaliśmy razem, a jakoś nie widziałem, żeby była taka chętna. A po dziewięciu miesiącach urodziła się nam córka… no wiecie… Ola.
— Co ty… A rozwód? — spytała Monika. — To co z tym rozwodem…
— No jak to… normalnie. Był… rozwód, był. Przecież musiał być. No bo jak my moglibyśmy wziąć ślub. Przecież nie jestem bigamistą. Zresztą był to rozwód bardzo nietypowy, bo w sądzie to było tak: ja mówiłem, że to wspaniała kobieta i wspaniała żona, a ona to samo o mnie. Że jestem pracowity, uczciwy, wierny, dbam o wszystko i tak dalej. Sędzina próbowała coś zamieszać i nas skłócić. Bo takie sytuacje się jej nie zdarzają. Przecież na rozprawie rozwodowej to wszyscy nadają na siebie ile wlezie. Wywlekają co się tylko da… wszelkie brudy. Wtedy sędzia widzi, że to małżeństwo nie ma sensu i ze spokojnym sumieniem daje rozwód. Ale teraz, widząc, że z tego podjudzania nic nie będzie, więc się sędzina wnerwiła i mówi do nas: „proszę państwa, przecież wy chcecie rozwód, to poważna sprawa, to ma być trwałe zerwanie pożycia małżeńskiego i musicie mnie o tym przekonać. Bo inaczej to ja nie mogę dać rozwodu…” Na to wstałem i powiedziałem jej krótko: „wysoki sądzie, proszę nas zrozumieć, ja szanuję moją żonę i mam nadzieję, że ona mnie także, więc nie chcemy tu na siebie narzekać ani wywlekać cokolwiek. Nie chcemy robić żadnego teatru. Nie chcemy na siłę wymyślać jakichś rzeczy. Ten rozwód jest dla nas obojga ogromną porażką, bo pobraliśmy się nie z przypadku, tylko z miłości. Ale okazało się, że zupełnie do siebie nie pasujemy. Nie mieszkamy z sobą od roku i nie będziemy mieszkać. Musimy się więc rozstać, ale chcemy to zrobić kulturalnie i zachować dobre wspomnienia o sobie. Nawet, powiem więcej, chcemy się rozstać w przyjaźni. Przecież będziemy mieć dziecko”. Sędzina spojrzała na nas, trochę bezradna, takim jakimś błędnym wzrokiem, jakby była zupełnie nieobecna, bo okazało się, że stanowimy dla niej szczególnie trudny przypadek, jakbyśmy się pojawili z jakiejś innej planety. Co za sytuacja… ludzie rozwodzą się, ale chcą pozostać przyjaciółmi!… I po dłuższym namyśle, z głębokim westchnieniem, unikając naszego wzroku, dała nam rozwód na pierwszym posiedzeniu. Podobno przez lata krążyły w sądzie legendy na ten temat. Wiem to od znajomej, która robiła wtedy aplikację sędziowską.
— Ale numer… — westchnęła Ewa. — To tak to wyglądało.
— Ano tak… — przyznałem smętnie. — Tak było. Ale wyobraźcie sobie, jaka sytuacja: od roku nie mieszkamy razem, rozwód w toku, a tu rodzi się nam dziecko… I właśnie dlatego, po latach, zmieniłem zdanie na temat kobiet. Kiedyś myślałem, że są stworzone do miłości…
— Ale to chyba dobrze — wtrąciła Monika. — Czy coś się zmieniło?…
— Nie… nic. Tylko u mnie. Teraz trochę inaczej to postrzegam. Bo po wielu doświadczeniach i przemyśleniach widzę, że są stworzone przede wszystkim do seksu. Choć nie zawsze mają tego świadomość. Mylą miłość z seksem. A naprawdę jest tak, że miłość traktują jako drogę prowadzącą do tego seksu, drogę najkrótszą i najbardziej skuteczną. I dlatego tak chętnie z niej korzystają. Może nawet wierzą, że chodzi o miłość, ale w rzeczywistości to podstawowym celem jest seks. Taką mają psychikę. Przecież mają przedłużać życie, mają rodzić. Więc cały czas mają to w głowie. Bo tego typu doświadczenie odkłada im się w genach od tysięcy lat. Już w sumeryjskim eposie Gilgamesz mamy opisaną sytuację, jak to wielka bogini Isztar namawia króla miasta Uruk, Gilgamesza, żeby wstąpił do jej łożnicy. Rozumiecie: bogini… a nagabuje faceta. Widocznie lubiła tę robotę i wiedziała, o co chodzi. A w księdze Genezis syn Jakuba, Józef, po sprzedaniu go do Egiptu, jest nakłaniany przez żonę wysokiego urzędnika faraona, Potifara, który go kupił, żeby się „obok niej położył” — tutaj przerwałem na chwilę i puknąłem się palcem w czoło. — Czujecie sprawę, co?… żeby się położył obok niej. Tu mi kaktus wyrośnie — postukałem palcem w otwartą dłoń — jeśli jej chodziło tylko o to. Przecież taka głupia to znów nie była. A w Iliadzie mamy opowieść, jak Bellerofonta molestowała Anteja, żona króla Tirynsu, Projtosa. Podobna sytuacja zdarzyła się też Hippolytosowi, synowi Tezeusza, molestowanemu przez Fedrę, drugą żonę jego ojca. Ale to jeszcze nic… bo wszystkie te kobiety pobiła na głowę Pasifae, żona Minosa. Otóż ona zapałała, jak to często piszą w mitologiach, „występną miłością” do byka i nie spoczęła, aż się z nim nie połączyła. A pomógł jej w tym Dedal.
— Dobra, dobra, poczekaj — przerwał mi Endrju — bo coś tu nie nadążam… To jak to: żona Minosa i byk?… To jak to mogło być.
— A jak miało być… Endrju… Przecież dla byka interesująca może być tylko jakaś dorodna krowa, a nie kobieta, nawet żona króla. On na Pasifae nawet nie spojrzał. Po co mu taka chudzina. Wobec tego Dedal, który rozumiał całą sytuację i widział męki królowej, która aż się skręcała z chęci przekonania się, jak to będzie z bykiem i poczucia w swoim wnętrzu jego cząstki (ładna mi cząstka, co?), skonstruował z drewna piękną krowę, pustą w środku, a do tej krowy weszła Pasifae i usadowiła się w niej w odpowiedni sposób. Bykowi krowa się spodobała i zrobił to, co zwykle robi byk z krową. A skorzystała z tego siedząca w środku Pasifae. I stąd się później wziął Minotaur, pół-człowiek i pół-byk, syn Pasifae i byka.
— Ale czekaj, czekaj… — zaciekawił się tym razem Marek. — To jak ta Pasifae tam siedziała.
— Mareeek… — żartobliwie pogroziłem mu palcem. — Ty o to pytasz? Przecież studiowałeś zootechnikę i to na WSRze, czyli na krakowskim „Wysrolu”, i nie wiesz, jak byk zapładnia krowę?… Dajże spokój.
— Aha… — Marek załapał wreszcie, o co chodzi, i pokiwał głową — No tak… To ona w tej krowie nie siedziała, tylko tak się musiała usadowić, że to była pozycja „od tyłu”.
— Nooo! właśnie… Słusznie to zauważyłeś. A co z tego wynika? z tego mitu?… Otóż to, że Grecy, albo może lepiej Kreteńczycy, bo Minos był władcą Knossos, znali pozycję „od tyłu”.
— Czyli, bo ja nie jestem po zootechnice, tylko ze mnie zwykły inżynier — odezwał się znów Endrju — tam w tej krowie musiał być z tyłu otwór i do niego się przystawiła ta kobieta.
— No tak, słusznie rozumujesz.
— No wiecie… ale z bykiem… — kręciła głową Ewa, wyraźnie zdegustowana.
— Może było tak, że dla niej to Minos miał za małego… — zaproponował prostolinijnie Piter.
— Nie, nie… — włączyła się Kaśka. — Mimo wszystko… Przecież taki byk… no pomyślcie sobie… Jak ta kobieta mogła wytrzymać.
— A ja myślę, że to była blondynka — stwierdził Marek poważnie.
— Ja też tak myślę — zgodził się Piter.
— Ale dlaczego? — zapytała Kaśka.
— No jak to… — zaśmiał się Marek. — Nie znasz tego kawału? Jakie jest ulubione danie blondynki…
— Aaaa… to znam, oczywiście, że znam. Przecież sama jestem blondynką.
— No właśnie.
— Ale słuchajcie, nie dobierajcie sobie tego do głowy — próbowałem zapanować nad sytuacją, która wyraźnie schodziła na boczne tory. — Przecież z tą Pasifae to jest tylko mit. Taka sobie opowieść. Tak jak o tym, że Herakles oczyścił stajnie Augiasza, a wieloryb połknął Jonasza. To wcale nie musiało się zdarzyć. I nie myślcie o tym za dużo, zwłaszcza kobiety, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Sytuacja jest najprostsza z możliwych: jest byk i jest krowa… oraz są faceci, tak jak my tutaj, i są dziewczyny, tak jak wy… I na tym poprzestańmy. Natomiast istotna jest tu kwestia pozycji… bo jak widzicie, była to pozycja „od tyłu”. Czyli jest ona znana już od dawna. Opisano ją też w Kamasutrze, jako „pozycję krowy”. I właśnie na tym trzeba się skoncentrować. Bo pewnie tej pozycji nie doceniacie, albo w pełni nie wykorzystujecie.
Tu przerwałem na chwilę i spojrzałem po wszystkich. Trochę byłem ciekaw, jak zareagują.
— Nie, niby dlaczego… — zlekceważył sprawę Marek. — Robi się czasem coś takiego…
— Zwłaszcza po dużej flaszce — dodał Piter.
— To dobrze. Trzeba dbać o urozmaicanie życia seksualnego w małżeństwie. Ale pamiętajcie o tym, że do pozycji „od tyłu” trzeba podejść starannie. Najważniejsze jest, żeby kobieta odpowiednio się ustawiła, czyli ma klęczeć, nie leżeć, pochylić się do przodu, podpierać rękami i mocno wypiąć dupcię. Wtedy to wszystko ładnie się prezentuje, zwłaszcza od tyłu, i można wykonać prace ręczne, bo macie dostęp do wszystkich sfer erogennych.
— Sfer jakich?… — udał głupka Marek.
— Przecież mówiłem… erogennych. E-ro-gen-nych… Marek, nie wygłupiaj się. Przecież jesteś po zootechnice. No… Ale gdybyś przypadkiem coś zapomniał, to tutaj, obok ciebie, jest twoja żona, też po zootechnice, i ona ci wszystko wytłumaczy. Prawda? — zwróciłem się do Ewy.
— Ależ oczywiście, bardzo chętnie — zawołała Ewa. — Przecież cały czas kucam przy tobie. A kolana mam szeroko, tak jak chciałeś. Wszystko ci wytłumaczę, a nawet pokażę.
— A mnie też? — spytał Piter, podnosząc dwa palce do góry. — Ja też bym chciał zobaczyć coś ciekawego. Tylko że ja nie jestem po zootechnice.
— Piteeer… — przeciągłym, śpiewnym i lekko pieszczotliwym głosem przemówiła Ewa, grożąc mu przy tym palcem — o co tu chodzi… Przecież ty masz swoją żonę. Jestem pewna, że ona też chętnie wszystko ci pokaże i wytłumaczy. Nawet nie tylko dlatego, że jest blondynką.
— No widzicie ludzie? Jak to fajnie tak sobie pogadać o rzeczach konkretnych, zwłaszcza jeśli macie kobiety chętne do współpracy. Więc „pozycję krowy” mamy już rozpracowaną i mam nadzieję, że ją szybko i prawidłowo wypróbujecie. Będą dziewczyny zadowolone. No to wracamy do tych bardziej ogólnych rozważań o kobietach… Co? Jak uważacie…
— No jasne — zgodził się Marek. — Wal śmiało.
— No pewnie — poparła go Kaśka. — Nic się nie obcyndalaj. Chętnie posłuchamy.
— Ale czekajcie, czekajcie… Przepraszam cię — zwrócił się do mnie Endrju — bo właśnie zorientowałem się, że tu brakuje Dominiki… Gdzie ona się podziała… i Rafał…
— Co ty! Endrju! — naskoczyła na niego Ewa. — Jak ty się wyrażasz! Jaka Dominika!!
— No jak to: jaka… przecież Ponińska… Dominika Ponińska. Albo może wolicie Ponińska-Bogusławska.
— Endrju! Żadna Ponińska!… Żadna Bogusławska!… Opamiętaj się! Bardzo proszę! — głośno i zdecydowanie upomniała go Ewa. — Hrabina Ponińska… ooo… tak trzeba mówić…
— Aaaa, no tak… niech będzie, hrabina Ponińska… Ale gdzie ona jest.
— No jak to: gdzie… Hrabina Ponińska wzięła swojego męża, Bogusławskiego zresztą, i udali się do łożnicy.
— Aha, czyli po prostu olali nas i poszli spać…
— Tego nie wiem… Teoretycznie tak. Hrabina powiedziała tylko tyle, że idą do łożnicy.
— No rozumiem. Ale dlaczego… dlaczego nie przyszli tutaj, do basenu.
— Endrju!… Co ty! Porypało cię?! — wyglądało na to, jakby Ewa nie robiła sobie jaj, tylko naprawdę była oburzona. — To ona, hrabina, będzie tu wystawiać swoją gołą hrabiowską dupę na widok pospólstwa i moczyć ją w basenie, gdzie siedzą jakieś ciecie?!…
— Aaaa, no tak… Teraz rozumiem — Endrju pokiwał głową. — Czyli jej hrabiowską dupę to może oglądać tylko mąż, Bogusławski zresztą…
— No jasne, a co ty sobie myślałeś… Porypało cię?… czy co…
— Dobra, dobra… w porządku… Ale to znaczy, że Rafał, czyli Bogusławski, też jest hrabią?
— Nie… no przecież Rafał nie jest hrabią. Ale to przynajmniej Bogusławski, a nie jakiś Burak czy Rożek. To mąż hrabiny, rozumiesz… Już przez sam bliski kontakt z hrabiną, na przykład łóżkowy, jest uszlachcony. Z tej hrabiny coś na niego spływa… jakiś splendor.
— No tak, rozumiem. Ale szkoda… bo gołej hrabiny to jeszcze nie widziałem — ujawnił swoje rozgoryczenie Endrju.
— Nie przejmuj się — pocieszył go Piter. — Ja też bym chętnie zobaczył dupę hrabiny… Już sobie robiłem smaka. Ale trudno… nie udało się. Jakoś to przeżyjemy. A jeśli chodzi o te wszystkie nazwiska… jakichś tam Ponińskich, Czartoryskich, Bogusławskich i tak dalej, to ja bym sobie tym głowy nie zaprzątał. Wyobraźcie sobie, że jak chodziłem do technikum, to mieliśmy takiego nauczyciela, nazywał się Dalczyński. Wtedy to sobie myślałem: jakie ładne nazwisko, pewnie jakaś rodzina szlachecka. I dopiero po latach dowiedziałem się, że on po prostu zmienił sobie nazwisko, a wcześniej nazywał się Dupejko.
— Nie, no co ty… — zarechotał Marek — Dupejko?… ładne jaja…
— No tak… Dupejko… On nieraz pieprzył na lekcji takie głupoty, że mózg staje. A cienki był, jak szósty numer nici. Opowiadał, że jego ojciec podczas wojny był lotnikiem i walczył w Anglii. Latał na myśliwcach. Niesamowite rzeczy o nim opowiadał. Raz to temu jego ojcu, jak wracali z walki nad Kanałem La Manche, zdarzyła się niebezpieczna historia… silnik mu nawalił. I wtedy on, ten stary Dupejko, wyszedł z kabiny na skrzydło i zmienił świecę w silniku. Rozumiecie… podczas lotu wyszedł na skrzydło i grzebał w silniku…
— To chyba jakiś porypany gawędziarz…
— No tak. Takich historii, głównie frontowych, to on miał masę. Tego typu: mróz czterdzieści stopni, błoto po kolana, a my w żyto… I zamiast nas uczyć, to je opowiadał. Ale najgorsze było, jak w drugim semestrze zachorował nasz wychowawca i Dupejko, czyli Dalczyński, zastępował go przez dwa miesiące. Zaraz na pierwszej lekcji wychowawczej mówi do nas tak: „Słuchajcie, moje kołki (tak się zawsze do nas zwracał: kołki), musimy porobić zmiany, bo tu jest straszny bałagan. Wyjmijcie podział godzin i popatrzcie na środę. Tam macie napisane, że jest WOS. Jaki WOS, co za WOS, kto to wymyślił… Skreślcie to i napiszcie godzina wychowawcza. A teraz popatrzcie na piątek. Tam macie rano geografię, ale skreślcie to i napiszcie historia. Przecież już chyba rozumiecie, w piątek nie może być geografia. A we środę, gdzie macie historię, to napiszcie geografia. Albo nie, czekajcie, czekajcie, powiedziałem wam, że we środę ma być geografia? Skreślcie to i napiszcie WOS. No i zaraz… zaraz, zaraz, to ja wam powiedziałem, że w piątek macie skreślić geografię i wpisać historię? Wróćcie do tej geografii. A historia będzie we środę. W planie jest, że we czwartek ma być eksploatacja maszyn, ale skreślcie to i wpiszcie WOS”.
— No to ładnie wam namieszał — włączył się znów Endrju. — Ale pozwólmy dokończyć Andrzejowi to, co zaczął. Przepraszam cię — zwrócił się do mnie — że ci przedtem przerwałem… ciągnij to, co zacząłeś.
— Eeee… no Endrju… Jak ty się wyrażasz… Przecież ciągnięcie to nie jest męska specjalność. Ja do tej pory nic tu nie ciągnąłem.
— Oh, dobra, sorry… no to: kontynuuj… Może być?
— No jasne, w porządku. Choć przyznam, że też głęboko ubolewam nad zaistniałą sytuacją. Bo i ja miałem nadzieję zobaczyć wreszcie gołą hrabinę, a jeszcze czegoś takiego nie widziałem. To chyba musi być coś niezwykłego. Pomyślcie tylko: dupa hrabiny… niech mnie kule biją… To musi być widok niesamowity. Ale cóż, trudno… Była okazja, ale się nie udało… musimy to jakoś przeboleć. Co Endrju?… jakoś sobie poradzimy. Czyli jedziemy dalej. No więc ja te historie z różnych mitów, egipskich, sumeryjskich, babilońskich, fenickich, greckich i tak dalej znałem od dawna, ale traktowałem je jako jednostkowe przypadki i nie umiałem połączyć w całość. Dopiero ten polski film Lucyna naprowadził mnie na prawidłowy sposób rozumowania. Teraz, kiedy na to patrzę z pewnej perspektywy, a więc kobiet i ich podejścia do seksu, to widzę, że zbyt późno to wszystko zrozumiałem. Inni faceci, traktujący te sprawy bardziej naturalnie i praktycznie, a nie teoretycznie, jak ja, dochodzili do tego samego wniosku znacznie szybciej. I z tej swojej wiedzy po prostu korzystali. Brali dziewczyny garściami i rżnęli je ile się dało, a nie zastanawiali się, czy one tego chcą, czy nie, czy to wypada i ma sens… Wiedzieli, że one do tego zostały stworzone i tego oczekują, choćby nawet myślały o sobie, że są „porządne” i nie do wzięcia. Ale w jakiejś konkretnej sytuacji, pojawienia się specyficznej atmosfery, poczucia bliskości i intymności, jak ją facet objął, przycisnął, pocałował, włożył rękę pod bluzeczkę, popieścił plecy albo brzuch, to ten cały wypracowany wcześniej opór znikał i stawała się dziwnie uległa. Zupełnie zapominała o wszystkich wcześniejszych pouczeniach, przestrogach i własnych postanowieniach. Musicie też wziąć pod uwagę taki fakt: myśmy, chodzi tu oczywiście o mężczyzn, przez setki tysięcy lat byli łowcami, myśliwymi… Myśmy wciąż na coś polowali i tworzyliśmy rozmaite, związane z tym strategie. Byliśmy szkoleni w tym kierunku i to nie mogło przejść bez echa. W naszych genach ten instynkt łowcy musiał się odkładać i kumulować. Dlatego właśnie tak jest do tej pory… Kiedy wychodzisz z domu, to tak jakby na łowy: zobaczysz na ulicy albo w sklepie atrakcyjną dziewczynę, to od razu pojawia się naturalny odruch, żeby ją dorwać. Myślisz sobie wtedy, że warto by ją przelecieć. I już kombinujesz, jak to zrobić. Ale z drugiej strony, mamy też takie słowo: romans… Brzmi ono pięknie, a stworzono je specjalnie dla kobiet, bo za tym słowem kryje się jakaś konkretna historia miłosna, pełna seksu. To ładniej wygląda, kiedy ma się romans, a nie zwyczajnie idzie do łóżka z jakimś facetem. A ileż jest takich sytuacji, na co dzień, przypadkowych, jednorazowych… Spotyka się dwoje ludzi w pracy, na wczasach, w sanatorium, na delegacji, konferencji naukowej, obozie sportowym albo na nartach i zdarza się, że przypadną sobie do gustu… ona mu się podoba a on jej i konsekwencją tego może być, że ona jest chętna i on ją bzyknie. A potem mówią sobie „cześć”, myślą „fajnie było, może to jeszcze kiedyś powtórzymy” i rozchodzą się w różne strony. Takie jest życie… ale o tym w ogóle się nie mówi, choć są to sytuacje często spotykane. Dlatego ciekawe by było, gdyby dało się ujawnić myśli wszystkich ludzi. Dopiero wtedy by się okazało, ile czasu, tak naprawdę, poświęcamy na myślenie o seksie. Bo na razie to wszystko jest zakamuflowane i głęboko ukryte. Właśnie przez tych średniowiecznych mnichów i teologów. Zauważyłem też coś takiego: rozmawiasz z jakąś dziewczyną, która ci się podoba i mówisz jej o tym, na przykład, że ma ładne oczy albo nogi, albo figurę, a ona natychmiast przetwarza tę informację po swojemu i sprowadza ją do sfery seksu. To znaczy rozważa, czy chętnie puści się właśnie z tobą. Myśl ta wcale nie musi być sformułowana tak konkretnie, może być bardziej zawoalowana, mglista, ale ów podtekst seksualny pojawia się od razu. Ona nie patrzy na to w ten sposób, że tylko ci się podoba i na tym koniec. Ona rozumuje tak: podobam mu się, to znaczy, że chce mnie przelecieć. I już zaczyna myśleć w tych kategoriach… czy ona też by była skłonna i jak to zrobić. Ta sfera seksualna jest więc cały czas obecna, a kobieta tkwi w niej po uszy, nawet w trakcie sprzątania albo zmywania naczyń. Wciąż jest gotowa. Weźmy na przykład tę historię z Agatą. Najpierw widzisz ją w pociągu i nic o niej nie wiesz, a ona wygląda na spokojną, dobrze ułożoną dziewczynę i nigdy byś nie pomyślał, co w niej drzemie i jakie sztuki może wyczyniać w łóżku, jaki demon w nią wstępuje. Ale niedługo potem ona przyjeżdża do ciebie i przez dwa tygodnie z wielkim zapałem rżnie się na okrągło, po kilka razy na dzień. Jakby zapominała o całym świecie. A przecież to ta sama dziewczyna, która tak sobie grzecznie, cichutko i skromniutko siedziała w pociągu, niczym mysz pod miotłą. Trzeba więc przyjąć, że kobieta to istota poszukująca. Wciąż szuka faceta, którego uzna za właściwego do tego, żeby ją zerżnął. I jeśli go znajdzie, to w porządku. Ale jeśli nie znajdzie, to wciąż szuka, wciąż chce dawać. Nawet nie musi być blondynką. Prawdę mówiąc, i tak trochę brutalnie, więc się na mnie nie obraźcie, to dać dupy każda potrafi i w każdym momencie, nawet tak sobie, dla sportu albo poprawienia samopoczucia. Bo to jest sprawa całkiem prosta i banalna… tak jakby poszła do łazienki pomalować sobie usta albo się wysikać. Ale tu przecież nie tylko o to chodzi. Tu chodzi o coś więcej. Otóż sam sposób podania jest istotny, czyli cała otoczka. A najpiękniej jest, kiedy daje całą siebie, wszystko… a nie tylko dupy… i potem bez słowa ubiera się i idzie do drugiego pokoju albo do swojego domu. To tak samo, jak z obiadem: rzuci ci żona jakiś ochłap na stół i sobie jedz. Ale też może to zrobić z wdziękiem i miłym uśmiechem. Od razu inaczej ci smakuje. Pamiętajcie więc: samo podanie też jest ważne…
W tym momencie poczułem lekki niepokój. Chyba trochę się zagalopowałem, za ostro pojechałem. Na pewno za dużo wypiliśmy i bez wątpienia powiedziałem to, co od pewnego czasu leżało mi na sercu i chciałem to z siebie wyrzucić. Czyli intencje miałem słuszne, ale zbytnio się napaliłem i straciłem kontrolę nad tym, co mówię. A teraz z kolei spłynęła na mnie przedziwna pustka. Ani jedno sensowne zdanie nie przychodziło mi do głowy, żeby coś tu załagodzić. Zupełnie też zapomniałem o feng shui i o możliwości wybrnięcia z niezręcznej sytuacji przy pomocy techniki Wodnego Smoka. Zapadło więc długie, trochę męczące i ciężkie milczenie, być może świadczące o tym, że doszło już do jakiegoś przesytu i nocne posiedzenie w basenie dobiega końca.
Kangaroo (druga rozmowa basenowa)
Piątek, wieczór, trochę później
Jednak się nie skończyło. Widocznie nikomu nie wpadło do głowy, żeby o tak wczesnej porze iść spać. Przecież nie po to przyjechaliśmy tu z daleka, a teraz siedzimy w basenie i pijemy wódkę… Życie towarzyskie ma swoje wymagania.
W dole, czyli w Kleczy, sporo świateł już wygasło, zrobiło się ciemniej i ciszej, a napływające od południowej strony delikatne powiewy przynosiły powietrze nieco chłodniejsze. Woda wydawała się więc cieplejsza i przez to milsza. Zanurzaliśmy się w tę noc i poddawaliśmy jej urokowi, nie zwalniając tempa drinkowania. Impreza znów nabrała więc rozpędu i zmierzała w kierunku wesołym i beztroskim, a przede wszystkim — nikt nie podejmował tematu wyprawy na Leskowiec.
— A znacie tę historię, jak Piter był u dermatologa? — spytała w pewnym momencie Kaśka.
— Ja znam — powiedział Marek. — Ale reszta pewnie nie.
— U dermatologa? Ooo… Ja nie znam — Monika podniosła do góry dwa palce. — To może być ciekawe. No to nawijaj, Piter.
— Zasuwaj, Piter, z grubej rury — poparła ją Ewa.
— Eeee, no wiecie… Przecież to nic ciekawego — zaczął niechętnie Piter, który najczęściej tylko słuchał, a mówił rzadko i niewiele, natomiast w kwestii drinkowania był bardzo sumienny i zdyscyplinowany… jednak widząc, że wszyscy zamilkli i spoglądają na niego, najwidoczniej oczekując tej opowieści, ustąpił — No dobra. Niech wam będzie. To było ze trzy lata temu. Pojawiła mi się na skórze jakaś dziwna wysypka, a wcześniej nigdy czegoś takiego nie miałem, więc poszedłem do dermatologa. No bo co miałem robić… Lekarz był bardzo uprzejmy, uśmiechnięty, pachnący, z pierścieniami na palcach i starannie zaczesaną fryzurą, i po wysłuchaniu mojej relacji powiedział: „proszę ściągnąć majtusie i pokazać siusiaczka”.
— Rozumiecie?!… — zawołała Kaśka i otwartą dłonią plasnęła o powierzchnię wody. — Do chłopa, co ma trzydzieści cztery lata i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, mówi, żeby ściągnął majtusie i pokazał siusiaczka…
— No i co… Pokazałeś mu? — spytał Endrju.
— Pokazałem — mruknął Piter bez entuzjazmu.
— I co… Podobało mu się?
— Chyba podobało, bo oglądał dość długo.
— A nie złożył ci jakiejś propozycji? Skoro to taki goguś, pachnący i z pierścieniami.
— E… jakoś nie.
— Jakbym ja tam była — zawołała Kaśka — to bym mu na pewno nie odpuściła. No bo rozumiecie… Piter bez majtek, z siusiakiem na wierzchu…
— A ciekawe, co by zrobił, jakby mu tak pokazać „czarną dziurę”, ale taką prawdziwą, nie w kosmosie — wtrącił Marek. — Na przykład u tej naszej Zośki, od sąsiada… podobno wszystko wchłania.
— Co!… ty znowu?!… — ostro naskoczyła na niego Ewa i zrobiła groźną minę. — Znów zaczynasz?
— A ty co… O co chodzi. Wrzucasz mi tu coś?… — potraktował ją z buta Marek.
— Ja?!… Ale gdzie… — nie zrozumiała Ewa.
— No tak sobie… Tak gdzieś pod nogi…
— Ale co… Co ci wrzucam… — dalej nie rozumiała.
— No przecież jakieś przeciwności… — kontynuował z całkowitą powagą Marek, choć akurat czknęło mu się solidnie.
— No widzicie?… — włączyłem się szybko, żeby zmienić temat. — W związku z tymi majtusiami i siusiaczkiem, to wiecie, co mnie zastanawia?… że dawniej to o takich rzeczach w ogóle się ani nie mówiło, ani nie pisało. Temat tabu, zakazany… A najlepiej widać to w literaturze. No bo weźmy na przykład Sienkiewicza… Czytamy sobie Potop i tam jest Andrzej Kmicic i Oleńka, bardzo się kochają, ale nic nie wiadomo, czy dochodzi do jakichś wydarzeń o charakterze seksualnym. Czy są jakieś pieszczoty… A przecież jest to facet z krwi i kości, a dziewczyna też pokazała temperament. Tymczasem oni tylko się spotykają, coś tam pogadają i bardzo przeżywają rozłąkę. Jakieś zupełnie bezpłciowe istoty. To samo mamy w Ogniem i mieczem: i Skrzetuski, i Helena są w sobie niesamowicie zakochani i na tym sprawa się kończy. Potem się pobierają i tylko płodzą dzieci. A nic nie wiemy, czy on całował jej piersi albo czy włożył kiedyś rękę pod spódnicę, żeby coś tam popieścić, albo jak wyglądała ich noc poślubna. No bo przecież musieli wreszcie pójść do łóżka, ona musiała się rozebrać i coś tam robili. No i ten Skrzetuski chyba chciał zobaczyć w całości swoją piękną żonę… zupełnie gołą. A tu cisza. Wprawdzie wiadomo, jakie to były czasy, obie panienki musiały być cnotliwe i wstydliwe, ale przecież są jakieś granice… i wreszcie kiedyś w tym łóżku wylądowały z jakimś facetem, na przykład z mężem, i coś tam musiały robić. Ale o tym jakoś nikt nie pisze. I w ten sposób zupełnie pomija się tak ważny aspekt naszego życia. I pomyślcie… przecież to nie było tak dawno, bo Sienkiewicz pisał trochę ponad sto lat temu. Czyli, prawdę mówiąc, to cała tamta literatura, aż do lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, była zakłamana i pruderyjna, sztucznie wygładzona i pozbawiona tak istotnych realiów, jak życie seksualne, a więc wykoślawiona, a właściwie to wykastrowana z codziennych, niezwykle ważnych czynności życiowych. A potem, kiedy już pojawili się autorzy nieunikający takich opisów, to od razu nazywano ich erotomanami i świntuchami i uznano za opętanych seksem, a nawet nienormalnych. Tak jakby normalni to byli tacy, dla których sfera seksu zupełnie nie istnieje. Przecież to jakiś absurd… bo skąd się wobec tego biorą wciąż nowe pokolenia i jest nas na świecie coraz więcej… pomimo tylu wojen, chorób i epidemii. Czyli my w tym życiu seksualnym jednak uczestniczymy, choć po cichu, ukradkiem, mamy też jakieś upodobania, a czasem nawet zwichrowania i zboczenia. Ale oficjalnie starannie się to ukrywa i pomija milczeniem. Czyli znów pełna hipokryzja.
— Zgadza się — przytaknął Marek. — Tak samo uważam. To rzeczywiście wygląda jak pieprzenie kotka za pomocą młotka. U tych dawniejszych pisarzy to tylko patrzą sobie w oczy i wzdychają, a o tym, że mają ochotę pójść do łóżka i wreszcie to robią, choć najczęściej dopiero po ślubie, nie ma nic. W dupie mam taką miłość. Ale zwróćcie też uwagę na inną sprawę. Przecież w tych różnych książkach, nawet współczesnych, nie ma ani słowa o tym, że ktoś idzie do ustępu — popatrzył po nas czujnie, jakby spodziewał się jakiegoś protestu. — Tak jakby czegoś takiego w ogóle nie było. Rozumiecie… Wszyscy żyją tak sobie… jak jakieś aniołki i w ogóle nie muszą się załatwiać. A przecież to jest niezwykle istotna sprawa… bo związana z naszym zdrowiem i życiem. Tak jesteśmy skonstruowani, że musimy coś jeść, żeby przeżyć, a potem musimy coś wydalać, jakieś resztki. Normalna sprawa. Ale mówić o tym nie wypada.
— Eeee, też gadanie… Może to jest nieważne… — usiłowała zbagatelizować problem Kaśka — No bo co się może w takim ustępie zdarzyć. Przecież nic ciekawego.
— No pewnie — poparła ją Ewa. — Co tu jest do opisywania… I kto by to chciał czytać.
— Ale, ale, powoli… — zaprotestowałem delikatnie. — Niekoniecznie tak musi być. Marek poruszył tu bardzo ważny temat. Bo przecież ten ustęp istnieje w każdym domu i jest niezbędny… codziennie spędzamy w nim ileś czasu, a więc stanowi istotny aspekt naszego życia. Nie ma więc sensu pomijać go ani pomniejszać. A tymczasem pomyślcie tylko sobie… weźmy na przykład Mickiewicza… czy w Panu Tadeuszu jest jakiś ustęp? Ludzie robią tam różne rzeczy, czyli litewska szlachta, ucztowali, polowali, zbierali grzyby, romansowali i tak dalej, ale nikt tam nie poszedł się wysikać… ani Tadeusz, ani Telimena, ani Zosia… Albo u Prusa w Lalce… Wokulski przychodzi do Łęckich, rozmawia z Izabelą, ale ani on, ani ona w ogóle nie sikają… choć te odwiedziny mogą trwać kilka godzin. Już sama myśl o tym, że taka dama, piękna i elegancka, jak Izabela, mogłaby gdzieś iść, ściągać majtki, siadać na nocniku i po prostu sikać, wydaje się nie do przyjęcia. Albo żeby się pokazała na golasa jakiemuś mężczyźnie. Przecież by się spaliła ze wstydu. No więc właśnie w związku z tym opowiem wam pewną historyjkę. Bo okazuje się, że życie niesie takie niespodzianki i rozpisuje takie scenariusze, że nawet najwięksi pisarze nie potrafiliby tego wymyślić. Otóż przed laty mój szwagier, Tadek, ale jeszcze z pierwszego małżeństwa, prezes spółdzielni „Ogrodnik-Pszczelarz”, poszedł do ustępu, w pracy…
— Co ty!… Nie mów! Ale numer!… — parsknął głośnym śmiechem Marek. — Poważnie?
— No tak. Jak najbardziej…
— Niesamowite… Ludzie!… Poszedł do ustępu… Prezes spółdzielni! — wołał Marek dramatycznym głosem.
— I nie głupi to cymboł? — zawtórował mu Piter.
— A widzicie, tak właśnie było — kontynuowałem spokojnie, choć w środku trochę mnie skręcało. — Prezes, a poszedł… Ale musicie też wiedzieć, że to był prezes z prawdziwego zdarzenia, trzymał firmę mocną ręką, choć wcale nie był pokaźny. A do tego kawalarz z niego przedni. Dowcipny… każdego potrafił obśmiać. No i wyobraźcie sobie, że wtedy, jak był w tym ustępie, to mu się muszla sedesowa pod nim załamała. I to tak fatalnie, że jej ostre brzegi pocięły mu uda… tak od tyłu. Bardzo głęboko pocięły. Krew się lała jak cholera.
— Co ty mówisz — zainteresował się Endrju, a wszyscy zamilkli i słuchali uważnie. — No i co?
— No właśnie, co tu robić… Więc on, widząc, co się dzieje, bo przecież mógł się całkiem wykrwawić, zaczął przez zamknięte drzwi wołać ludzi i jak wreszcie ktoś usłyszał i podszedł bliżej, to kazał mu przyprowadzić sekretarkę i żeby wzięła ścierki i ręcznik. Jak ona przyszła, to uchylił drzwi i wpuścił ją do środka. Ona jakoś mu tam obwiązała te rany na udach i zaraz pobiegła do telefonu, żeby wezwać pogotowie.
— No i?…
— Ano cóż… normalna sprawa. Doczekał w tym ustępie do przyjazdu pogotowia, zabandażowali go, załadowali na nosze i zawieźli do szpitala.
— Ale numer… — westchnęła Monika, kręcąc głową z niedowierzaniem. Widać było, że jest pod wrażeniem.
— No pewnie. A wyobrażacie sobie?… Poszedł tylko do ustępu, niby nic takiego specjalnego, a tymczasem okazało się, że to może być niebezpieczne. A ile tam potem było gadania… w tej spółdzielni. A pewnie i śmiechu. Bo to prezes, ważna figura, wszyscy się go bali, a tu w ustępie sedes się pod nim załamał… i pociął mu uda… Trochę śmieszna historia, no nie? No i ta sekretarka, która go ratowała… a nie jakiś facet. Ciekawa sprawa… nie uważacie?
— To musiała być bardzo zaufana kobieta — stwierdził Marek poważnie.
— Może ona mu nie tylko uda owijała… — zasugerowała w konwencji kobiecej Kaśka.
— W każdym razie musiała mieć w tym wprawę, skoro ją zawołał, a nie kogoś innego — dodał Marek. — Może ona mu więcej rzeczy robiła…
— No tak, wszystko możliwe. Jak to sekretarka… Ale przede wszystkim to macie tu przykład, że z tymi ustępami to wcale nie jest taka prosta sprawa. Tam też może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, a nawet niebezpiecznego. Coś, co pasuje do książki albo do filmu. Dlaczego to pomijać…
— No fakt… rzeczywiście — przyznała z lekkim wahaniem Monika.
— A wiecie, skąd się wzięło takie określenie „ustęp”? — kontynuowałem temat, żeby na tym nie wygasło.
— No skąd… — spytała Ewa.
— Wyobraźcie sobie, że w książce Jędrzeja Kitowicza Opis obyczajów za panowania Augusta III ustęp to był po prostu „przedsionek ratuszny”, czyli niewielkie pomieszczenie przed salą sądową, coś w rodzaju poczekalni. Czyli tak wyglądała sprawa w połowie XVIII wieku. A więc ówczesne znaczenie wyrazu „ustęp” musiało ulec zmianie w wieku XIX… a może dopiero w XX?
— A wiecie, tak sobie teraz przypomniałam — włączyła się Kaśka — że u nas w domu, jak byłam jeszcze mała, to też zdarzyła się ciekawa sytuacja z ustępem…
— No widzisz?… Nawijaj, kobieto… nawijaj… — zachęcił ją Marek.
— To było jakoś tak: tato zatrzasnął się w ustępie. Ale to nie był zwykły dzień, tylko w Wigilię. Akurat mieliśmy już siadać do stołu, a on poszedł do ustępu i długo nie wracał. Okazało się, że nie może wyjść, bo zamek się zepsuł czy też klucz złamał. Tego już nie pamiętam. W każdym razie nie mógł wyjść… Szarpał klamką i szarpał, próbował podnieść drzwi i wyjąć je z zawiasów. Ale nie dało rady. Klął tam jak cholera… rzucał kurwami…
— No i co?
— Eeee… normalnie. My siedliśmy do kolacji, bo już była gotowa, a on cały wieczór był tam zamknięty. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby poprosić znajomego ślusarza. Facet przyszedł, lekko już narąbany, jak to w Wigilię, i rozkręcił zamek. Ale ze trzy godziny tato tam siedział. My składaliśmy mu życzenia przez drzwi, a on nam tak samo, przez drzwi.
— A jak z opłatkiem? — spytałem. — Przy tych życzeniach…
— Opłatki podawaliśmy mu przez szparę w dole drzwi. Tam był taki blaszany wywietrznik. Ale pamiętam też, że już potem, jak my śpiewaliśmy kolędy, to on też śpiewał.
— Co ty… poważnie? — zainteresował się Marek, najwidoczniej wietrząc coś wesołego. — Już nie kurwował? W ustępie śpiewał?
— No tak. Pamiętam to dobrze. Był bardzo aktywny, a miał donośny głos, choć fałszował.
— No, ale jak to: stał czy siedział… na tym sedesie.
— Tego nie wiem. Przecież był tam zamknięty. Ale chyba siedział… Bo po co by miał stać. Tak stać przed drzwiami i śpiewać… Całkiem jak u Barei z tym trenerem Jarząbkem, co to nagrywał do szafy prezesa: łubudubu, łubudubu.
— Ale numer — zarechotał Marek. — Siedział w ustępie na sedesie, jadł opłatek i śpiewał kolędy. Do drzwi śpiewał… Bomba. Nie, nie, muszę się napić.
— Dobrze, że akurat nikt nie chciał z tego ustępu skorzystać… — zauważyła praktycznie Ewa. — Ale przecież wcześniej czy później musiałoby do tego dojść.
— A co mnie to obchodzi — odparował jej Marek, pozując na twardziela. — Mnie tam nie było. Niech leją z balkonu. Ale widzicie? Jakie tu mogą być komplikacje. Ze zwykłym ustępem… Ile tam się rzeczy może dziać… A nigdzie o tym w książkach nie piszą.
— A wiesz, że z tym balkonem to masz rację — włączył się Piter. — Kiedyś wpadł mi do głowy taki pomysł, żeby lepiej wykorzystać powierzchnię mieszkania i ustęp zrobić sobie na balkonie, a właściwie w lodżii, na takim wysięgniku, na desce wysuniętej poza lodżię.
— Nie, no coś ty… Co ty opowiadasz… — próbowała go utemperować Monika, która jakoś nie mogła polubić tematów ustępowych.
— Normalnie… — zaśmiał się Piter, chyba po raz pierwszy tego wieczoru. — W ten sposób ustęp mam na zewnątrz, na wysięgniku poza lodżią, a zwalnia mi się jedno pomieszczenie w mieszkaniu. Bo my mamy osobno łazienkę, a osobno ustęp. On jest za duży, taki wąski, a długi. Znacie go przecież… Można tam zrobić na przykład garderobę. I wtedy wszystkie szafy mogę wypieprzyć z mieszkania. Od razu robi się nam większa przestrzeń.
— No właśnie… o to chodzi — wtrącił Marek trochę bełkotliwie. — Szafy wydupczamy no i przełamujemy ten stereotyp… o ustępach, żeby o nich nie mówić ani nie pisać.
— Otóż to… O to chodzi… o te stereotypy i ich przełamywanie, zwłaszcza na tle seksualnym i fizjologicznym. Słusznie zauważyłeś. Ale wiecie?… — przypomniałem sobie nagle. — Jak ten mój szwagier, co to się pod nim sedes załamał, czyli Tadek, wyszedł już ze szpitala, to jakiś dowcipniś od niego z pracy wykręcił mu taki numer… do znanej gazety w dziale „matrymonialne” dał ogłoszenie: „Szczupły pozna grubą. Seks niewykluczony”. I podał numer telefonu mojego szwagra. Telefonu do pracy. Wyobrażacie sobie?… Od tej pory nie mógł się opędzić od telefonów. A wszystkie odbierała sekretarka.
— Ale numer — zarechotał znów Marek. — Szczupły pozna grubą… Mają ludzie pomysły… Już to sobie wyobrażam, jak by to wyglądało. Bomba… szczupły z grubą… Tylko kto byłby na górze… Bo jeśli on, to tak jakby jaszczurka leżała na dyni.
— A pamiętasz… — zwróciła się do mnie Monika — jak byliśmy wtedy na Sylwestrze w Mościcach, z Markiem, Majką, Jurkiem, Krzyśkiem i tą całą paką.
— Aaaa tak, pamiętam… Rzeczywiście… Dobrze, że mi to przypomniałaś. Fajna historia, posłuchajcie. To było ze dwadzieścia lat temu. Monika od niedawna mieszkała już ze mną i często imprezowaliśmy z moim siostrzeńcem i jego ekipą. On też ma na imię Marek. To on prowadzi teraz tę „Chatę pod Wałem” w Rychwałdzie. Byliśmy wtedy razem na Sylwestrze w kasynie, czyli w starym Domu Kultury „Azotów”. Po dwunastej w nocy, jak już wszyscy byli mocno narąbani, jednemu z nas, Krzyśkowi, on jest dziennikarzem, a jego rodzice mieszkali w takim długim, drewnianym domu na wysokiej podmurówce przy ulicy Słowackiego, tam gdzie teraz jest bank ING, blisko kościoła, naprzeciwko dawnej stodoły Szadzińskiego. Wy go nie możecie pamiętać, bo ten dom, a mieszkały w nim dwie rodziny, Koperscy i Borowcowie, zburzono jeszcze gdzieś w latach siedemdziesiątych. No więc zrobiło mu się niedobrze i poszedł do ustępu. Długo go nie było, aż się wszyscy niepokoili, a jak wrócił, to opowiedział, co mu się zdarzyło. Otóż jak rzygał i taki był mocno pochylony, to mu się okulary zsunęły i wpadły do muszli klozetowej. „Co było robić” — mówił Krzysiek. — „Jak nie mam okularów, to prawie nic nie widzę. Musiałem je odzyskać, a do tego nie mogłem spuścić wody, żeby spłukać muszlę z tego, co narzygałem i co tam jeszcze mogło być wcześniejszego, bo by mi te okulary całkiem porwała. Zdjąłem więc marynarkę, podwinąłem rękaw koszuli i włożyłem rękę do muszli, dość głęboko, bo trzeba było sięgnąć pod to zagięcie. Chwilę musiałem tam pogmerać, bo nie było nic widać, i wreszcie namacałem okulary. Wyciągnąłem je, umyłem, bo były strasznie zapaprane, i założyłem z powrotem”.
W basenie zapanowała wymowna cisza.
— Nooo, to ładne jaja… — odezwał się wreszcie Endrju, najwyraźniej mocno poruszony. — I jak tu potem podać rękę takiemu facetowi. Na przykład przy pożegnaniu. Ale przynajmniej dobrze, że mu nie wypadł portfel. Bo jakby go nosił w wewnętrznej kieszeni marynarki… i tak się mocno nachylił…
— Albo kanapka — dorzucił Piter.
— Eeee, no bez przesady — oburzyła się Kaśka. — Jaka kanapka… przecież to był Sylwester… Żarcia od cholery… Po co mu była kanapka.
— No, nie zawsze, nie zawsze… — zaoponował Piter, który wyraźnie się rozochocił. — Byłem już na takich Sylwestrach, że nie było co jeść. To znaczy coś tam na stole leżało, ale paskudne. Wtedy jakaś kanapka by się przydała, jako zagrycha do wódeczki.
— No i widzicie, jak to jest?… — zauważył Marek. — Pojawił się temat o ustępach, nigdy nie- poruszany, bo niby nie wypada, a ile to historii się znalazło… Jest o czym gadać.
— Ano, słusznie rzekłeś. Ale wiecie?… teraz przypomniała mi się jeszcze inna historia — ponownie włączyłem się do opowieści. — Kiedyś, dawno temu, jak byłem dzieckiem, mój tato opowiadał o tym na jakichś imieninach. Otóż jego dobry znajomy, a właściwie to nawet krewny, Franek Wróblewski, też rolnik, on mieszkał przy Klikowskiej, tam gdzie teraz jest ten nowy kościół, zachorował i zawieziono go do szpitala, zresztą po raz pierwszy w życiu. Okazało się, że miał zapalenie ślepej kiszki, albo coś podobnego, więc od razu wzięli go na stół i zrobiono mu operację. Leżał potem na dużej sali, rozglądał się zdziwiony, bo wszystko tam było dla niego nowe i niezwykłe. A musicie wiedzieć, że to były inne czasy, zaraz po II wojnie, do szpitala szło się, jak sprawa była naprawdę poważna. No i po jakimś czasie zachciało mu się… no wiecie… i nie wiedział, co zrobić, bo z łóżka nie mógł wstawać, więc też nie mógł pójść do ustępu. Ale zauważył, że inni chorzy wzywali pielęgniarki, mówili, że potrzebują basen i one go przynosiły. Zaczął więc krzyczeć: „siostro! siostro! basy!” Bo widocznie nie dosłyszał, że chodzi o basen. Przyszła pielęgniarka i włożyła mu ten basen pod kołdrę. Po chwili Wróblewski znów zaczął wrzeszczeć dramatycznym głosem, na cały szpital: „siostro! basy! drugie basy!! szybko!! bo się przelewa!!!”
— Nooo, to ładnie tam musiał nawalić w te basy… — zauważył poważnie Piter.
— Można powiedzieć, że odwalił kawał dobrej roboty — dodał Marek.
— Niesamowite… — nie mogła się nadziwić Monika. — To niesamowite.
— Czekajcie, czekajcie — wtrąciła się Ewa, marszcząc czoło i myśląc intensywnie — bo sobie zapomnę… Mnie też się coś teraz przypomniało. Kiedyś mama nam to opowiadała, a chodziło o jej siostrę, czyli moją ciotkę. Wprawdzie to nie jest o ustępach, ale historia fajna.
— A będzie to śmieszne? — spytał Marek.
— No, przecież mówię. Bardzo śmieszne.
— No to wal, byle ostro.
— No więc słuchajcie. U nich w domu tak właśnie było: nic się nie mówiło na temat relacji męsko-damskich i w ogóle seksu. To był temat zakazany. Siostra mamy, Zocha, czyli moja ciotka, wyszła za mąż i po paru latach, czyli musiała mieć ze trzydzieści lat, pojechali z mężem na wczasy, nad morze. Więc myślę, że to musiało być gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych. I tam, na tych wczasach, słyszała, na przykład na stołówce albo w sali telewizyjnej, jak ludzie mówili o pewnym facecie: „o, przyszedł pedzio”, „o, popatrz, idzie pedzio”. I ona, ta moja ciotka, z powodu swojej niewiedzy w tej kwestii, sądziła, że ten gość tak się nazywa, czyli Pedzio. Rozumiecie? tak wtedy było, na te tematy w ogóle się nie rozmawiało. Więc pewnego razu, kiedy stała w kolejce po odbiór obiadu i przed nią był właśnie ten facet, zwróciła się do niego uprzejmie: „panie Pedzio, czy mógłby mi pan zająć kolejkę, a ja pójdę po kompot?” Facet spojrzał na nią piorunującym wzrokiem, bo wtedy inaczej na te sprawy patrzono niż teraz, w kolejce zrobiło się zamieszanie, ale moja ciotka w ogóle nie wiedziała, o co chodzi… I popatrzcie, kobieta miała ze trzydzieści lat.
— No i, no i… — zachęcał ją Marek.
— Ale co… no i, no i… — spytała Ewa.
— No jak to… co było dalej…
— Ale jakie: dalej… to wszystko.
— To już? Wszystko? — dopytywał Marek, udając, że jest zawiedziony.
— No tak.
— Aha — pokiwał głową i zamilkł, spoglądając po nas wymownie.
Ewa rozglądnęła się, lekko zaniepokojona.
— Ale słuchajcie. Może ja to źle opowiedziałam — zastanowiła się. — Może ja to opowiem jeszcze raz, trochę inaczej, w innej kolejności…
— Nie, nie, nie trzeba — uspokoił ją Marek.– Wystarczy… To było śmieszne.
— Tak, fajne było — potwierdził Piter. — Bardzo śmieszne.
— Na pewno, bardzo… — dodała Monika.
— Ale to rzeczywiście fajne… panie pedzio… — zauważył Marek. — W kolejce do obiadu.
— No tak — stwierdziła Kaśka poważnie. — To są właśnie efekty tego, że się na te tematy nic nie mówiło. Zupełne milczenie… Jakby takich sytuacji w ogóle nie było. A teraz to wszyscy już wiemy: normalna sprawa. Są geje, są lesbijki, tak zwani bi i tak dalej… normalni ludzie.
— A wiecie — włączył się w tym momencie Piter — że u mojego wujka w domu, jak ktoś idzie do ustępu, to mówi otwarcie: „idę wykonać czyn patriotyczny”.
— Co ty… poważnie? — zdziwiła się Ewa.
— Poważnie, jak najbardziej. Kiedyś to zauważyliśmy i wujek nam wyjaśnił, skąd się wzięło. No bo przecież było to bardzo dziwne i zupełnie nietypowe. Otóż jak ten wujek chodził jeszcze do szkoły, do technikum, tym w Zbylitowskiej Górze, nazywało się TMR, to ministrem oświaty, albo wiceministrem, został jakiś generał. To było za czasów Gierka. I ten generał wprowadził takie zarządzenie, że na każdej lekcji w szkole musiał być akcent patriotyczny. Nie tylko na historii czy języku polskim, ale też na matematyce, fizyce, eksploatacji maszyn, a nawet na wuefie. To był oczywiście pic na wodę, bo każdy zdawał sobie sprawę, że to jest zupełnie sztuczne i nieskuteczne. Ale dyrektor, on się nazywał Grzybek, bardzo tego pilnował. Taki był służbista. Oczywiście wszyscy mieli tego „patriotyzmu” powyżej uszu, bo codziennie, na każdej lekcji, był taki „akcent”, najczęściej naciągany i mało udany. Jak widać, ci tępi urzędnicy to z tej swojej nadgorliwości i lizusostwa potrafią zniszczyć i obrzydzić każdy, nawet najbardziej szczytny cel. No i tak się zdarzyło, że jednego razu na jakiejś lekcji, zaraz po tej części patriotycznej, pewien uczeń podniósł palce, że chce wyjść z klasy, pewnie do ustępu. I wtedy jakiś kawalarz rzucił półgłosem, że idzie on wykonać czyn patriotyczny. Wszyscy to podłapali i od tej pory tak się przyjęło, że jak ktoś szedł do ustępu, to mówiono, że „idzie wykonać czyn patriotyczny”. Wujek to zapamiętał i potem w jego domu, jeszcze po wielu latach, kontynuowano ten pomysł.
— No fajne — stwierdził Marek. — Bardzo pomysłowe. Z tego wynika, że wszystko można obśmiać. A jeśli chodzi o mnie, to ja bym tu jeszcze wprowadził podział, bo przecież ten „czyn patriotyczny” może być większy albo mniejszy. W tym ustępie… Rozumiecie. A macie jeszcze jakieś inne śmieszne historyjki? Bo chętnie bym się napił.
— Ja mam — zgłosiłem się dobrowolnie.
— A o czym to będzie? O jakiejś cioci? czy o ustępie… a może o tej Jaworzynie Krynickiej albo o Połoninie Wetlińskiej, bo obiecałeś o tym opowiedzieć. Były tam jakieś ustępy?
— Nie, nie, to było w północnych Włoszech, w Alpach. Żadnych Bieszczad i ustępów, choć czyn patriotyczny będzie, ale mały. Wracaliśmy wtedy autokarem z Sycylii, bo byliśmy tam na wczasach koło Katanii, a jechaliśmy nie przez Udine i Klagenfurt, tylko przez Trydent, przełęcz Brenner i Innsbruck, bo chcieliśmy zobaczyć Monachium i Dachau. Ale w Bolzano, czyli już w Dolomitach, kierowca pomylił drogę i zamiast na Bressanone pojechaliśmy na Merano. Bo tam na autostradę zjeżdża się znacznie wcześniej i trzeba o tym wiedzieć, bo oznakowanie nie jest dobre. I dopiero w Merano ktoś się zorientował, że źle jedziemy i trzeba wracać, aż do Bolzano.
— Oooo… czyli mieliście jechać na Innsbruck, a nie na Klagenfurt… — podsumował Marek starannie. — No, no… To ciekawe i bardzo śmieszne.
— No właśnie. I jak minęliśmy Bolzano, to cały czas jechaliśmy w górę, wzdłuż rzeki. Czyli tą złą drogą, ale o tym nie wiedzieliśmy. Gdzieś przed Merano zatrzymaliśmy się, żeby wykąpać się w tej rzece. Woda była bardzo czysta i niezbyt głęboka, najwyżej po szyję, ale zimna… płynęła szybko, dno było żwirowe i bardzo równe. Fajnie się pływało, a przy okazji się do niej wysikałem, bo brzeg był odsłonięty, żadnych zarośli w pobliżu, więc skorzystałem z okazji i wykonałem czyn patriotyczny.
— No dobra, nawijaj. To może być śmieszne… wysikałeś się do rzeki, a ona była bardzo czysta… no i?
— Ale to wszystko.
— Co?! Tak szybko? Nooo, ale to śmieszne. Prawda? Bardzo śmieszne.
— No tak. Aha, jeszcze jedno, właściwie to najważniejsze, bo jak potem popatrzyłem na mapę, to się zorientowałem, że ta rzeka to była Adyga. Rozumiecie? Czyli pływałem w górnej Adydze, choć o tym w ogóle nie wiedziałem. A przedtem to myślałem, że pływam w Isarco, bo ona płynie przez Bressanone. A tymczasem to była Adyga. Rozumiecie… ważna sprawa, bardzo historyczna, bo to był przez długi czas sporny teren między Włochami i Austrią. Tak jak między Francją i Niemcami było z Alzacją i Lotaryngią. I ja w tej rzece, o takim znaczeniu historycznym, po prostu sobie pływałem. A nawet się do niej wysikałem. Zupełnie nie wiedząc, co to za rzeka… i jaka ona jest tam ważna. No bo wiecie… wszystko to działo się na tym historycznym i spornym terytorium, czyli w Górnej Adydze. A ja tę rzekę olałem… autentycznie.
— No to fajnie. Zgadza się, przecież mówiłem, że śmieszne — stwierdził Marek. — Zwłaszcza z tymi rzekami… że pływałeś w innej, niż myślałeś. I sikałeś do takiej rzeki ważnej i bardzo historycznej, o którą toczyły się wojny. Niezwykle śmieszne. No i to miasto, przez które mieliście jechać… jakieś Bres… i coś tam. Bardzo śmieszne. Wobec tego możemy się napić.
— Ano, słusznie rzekłeś, walnijmy sobie, po całym — włączył się Endrju. — No i skoro z takim uporem drążymy dziś temat ustępowy, to ja też mam dla was pewną historyjkę. Nikomu jej jeszcze nie opowiadałem, bo i po co… Zresztą nie było okazji. Pewnie pamiętacie, że w ubiegłym roku złamałem sobie nogę na nartach…
— Nooo pamiętamy, pamiętamy… — szybko wtrącił Piter — ale chyba nie chcesz powiedzieć, że złamałeś ją sobie w ustępie. To by było mistrzostwo świata… jeszcze bardziej śmieszne niż z tą rzeką w Alpach.
— Nie, no coś ty… Aż tak źle to ze mną nie jest. Po prostu byliśmy w styczniu w Wierchomli, to znaczy Kaśka, ja i Mikołaj. Poszedłem na wyciąg i jak zjeżdżałem któryś raz, to nagle… wyobrażacie sobie?… zobaczyłem przed sobą, ale tak trochę z boku, gołą dziewczynę pędzącą na nartach w dół. Coś krzyczała i machała rękami, a przy nartach fiurgały jej jakieś farfocle. Tak mnie to zaskoczyło… no bo rozumiecie: zima, góry, śnieg, a tu goła dziewczyna zasuwa przede mną na nartach. Kto by się czegoś takiego spodziewał…
— Ale to przecież bardzo fajnie — pocieszył go Piter. — Bo niby jesteś na nartach, piękna pogoda, a tu trafia ci się dziewczyna i to od razu goła… Czyli całkiem gotowa, wcale nie musiałeś jej rozbierać. Nawet nart nie musiałeś zdejmować. Może chciała cię poderwać… — zasugerował poważnie. — To byłby rekord świata: zjeżdżasz na nartach z Wierchomli, po drodze trafia ci się goła dziewczyna, też na nartach, więc ją posuwasz i w ten sposób razem zjeżdżacie do wyciągu. Tak trzeba na to spojrzeć… optymistycznie.
— No tak, teoretycznie to wszystko jest możliwe — zgodził się Endrju, choć bez głębszego przekonania. — No ale mimo wszystko byłem tak zaskoczony, bo wyobraźcie sobie: jesteś na wyciągu, a tu przed tobą pojawia się nagle dziewczyna na golasa… na nartach, pochylona, z dupcią wypiętą do tyłu…
— Oooo, widzisz, to kolejny istotny szczegół — zauważyłem bystro. — Ta wypięta dupcia… Bo może ona lubi właśnie od tyłu, więc wskazywała ci kierunek natarcia.
— No tak… Dupcia była fajna — przyznał Endrju i jakby się rozmarzył na to wspomnienie. — Wiecie, taka kształtna, bielutka, świeżutka… nie za duża ani nie za chuda, bo takiej nie lubię. No i całkiem niespodziewana, bo w górach, na wyciągu. Więc się na nią trochę zapatrzyłem… chyba to rozumiecie. No i zanim się zorientowałem, bo tu decydowały ułamki sekund, było już za późno na skręcanie i się w nią wrąbałem. To znaczy wpadłem na nią… nie tak, jak sobie pewnie myślicie, z tą gołą dupcią wypiętą do tyłu. Ja miałem złamaną nogę, ona tak samo, i potem leżeliśmy w szpitalu, w Nowym Sączu, w salach obok siebie.
— No i… no i… — zachęcał go Marek, podgrzewając atmosferę. — I co w tym szpitalu? Momenty były?…
— Eeee no, spokojnie… — machnął ręką Endrju. — Za wiele sobie nie wyobrażaj, bo nogi mieliśmy unieruchomione i zawieszone. Ale przynajmniej dowiedziałem się, co się stało i jak do tego doszło. Otóż tej dziewczynie zachciało się sikać. Akurat była na stoku, żadnego ustępu w pobliżu nie widać, więc podjechała do małej kępki drzew z boku trasy zjazdowej i tam się zatrzymała. Miała na sobie jednolity kombinezon, taki wiecie, starej daty, na zamek błyskawiczny, więc go musiała rozsunąć od góry do dołu i cały kombinezon, razem z majtkami, opuścić na narty. Tak też zrobiła, wbiła kijki w śnieg, rozsunęła narty i przykucnęła… no i wtedy narty same jej pojechały. Ponieważ jeździła słabo, a kijki zostały tam, gdzie je wbiła, więc nie umiała się zatrzymać. I jechała na golasa w dół po stoku, a jej kombinezon ciągnął się po śniegu. Tylko stanik miała na sobie i czapkę.
— Eeee, jak miała czapkę, to w porządku — zauważyła Ewa. — Przecież była ubrana.
— A ja myślę — stwierdził poważnie Piter — że tak cię tylko bajerowała. Każde tłumaczenie jest dobre. A pewnie było tak, że wpadłeś jej w oko, więc postanowiła zjechać na golasa przed tobą. Żebyś ją zauważył i przeleciał.
— A ja myślę, że to musiała być jakaś głupia ciućma — wtrąciłem. — Bo jeśli nawet tak było, jak mówiła, to przecież powinna się tak ustawić przed tym kucaniem, żeby narty były zakantowane w poprzek stoku. A nie przodami w dół albo jakoś ukośnie.
— No, no, widzę, że masz doświadczenie w takich sprawach — zauważył Marek. — Przyznaj się, że zawsze tak robisz, jak jesteś na nartach i przyjdzie ci sikać: opuszczasz kombinezon, kucasz, ale narty masz ustawione równolegle do stoku, a nie w dół.
— No jasne, ma się to doświadczenie. Nie takie rzeczy robiło się ze szwagrem po wypiciu flaszki. Ale powiedz mi jeszcze, Endrju, tylko szczerze, czy ta dziewczyna, jak zjeżdżała na tych nartach na golasa, to sikała po drodze, czy nie… Bo to by wyjaśniało, o co tam naprawdę chodziło, o sikanie czy o ciebie. Pytam dlatego, bo o ile lubię dziewczyny chętnie wystawiające gołą dupcię, o czym moja żona wie doskonale, to w posikanych jakoś nie gustuję.
— A wiesz, że tego nie mogą ci powiedzieć, bo po prostu nie pamiętam… jakoś na to nie zwróciłem uwagi — odparł z całą powagą Endju, co było spowodowane faktem, że w basenie pojawił się ze znacznym opóźnieniem, czyli ominęło go sporo kolejek i nie był na takim samym etapie co reszta. — A poza tym, to jak wiecie, ja jestem prosty inżynier, a nie po zootechnice… więc mam nadzieję, że ten temat mamy już wyczerpany… Zejdźcie ze mnie, bo mi duszno i, jak widzę, to chcecie mnie tu zrobić w bambuko…
— Eeee, no bez przesady… — Marek przyjaźnie walnął go otwartą dłonią w plecy, aż się Endrju przygiął nad wodą — Ciebie?… W bambuko?… Nigdy.
— No to dobrze, trochę mnie uspokoiłeś — odparł Endrju, prostując się powoli. — Ale nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że zapomnieliśmy o ważnej sprawie: przecież nie wiemy, co się stało z tą Agatą, co to miała jechać do Żegiestowa, a została u Andrzeja… Co się z nią stało — zwrócił się do mnie. — Opowiedz. Mnie to interesuje, bo przecież pamiętam twoją żonę, jak nieraz szliście Parkową, pewnie do rodziców. Laska była nieprzeciętna. Wiecie, taka czarna, elegancka, wysoka. Pamiętam ją do dziś. Miałeś żonę… no, no… Myśmy tam siedzieli, młode chłopaki, pod tymi lipami koło M 2 i dziwili się, skąd ten facet ma taką dziewczynę… bo nie wiedzieliśmy, że to żona, a ładniejszej to do tej pory nie widziałem.
— Aaaa, mam cię… Endrju… Widzę, że chcesz, żeby zejść z ciebie, a wejść na mnie. Sprytne. Nigdy cię o to nie podejrzewałem. Taki spryciarz z ciebie. I to niby kumpel z tej samej ulicy, Parkowej zresztą… Ale dobrze, niech ci będzie… powiem wam wszystko i uczciwie. Jak na spowiedzi, wszystko, co mnie boli…
— No to wal, ostro. Nie bądź taki cienki Bolek.
— No jasne. Aluzju płoniał. Tu się nie ma co obcyndalać. No więc muszę wam powiedzieć, uczciwie i z pełną odpowiedzialnością, że najbardziej to mnie ten dzięcioł boli.
— Jak to… — zdziwił się Endrju.
— No tak… kiedy go słyszę i widzę… Tak gdzieś tu mnie boli — pomacałem się po brzuchu, z prawej strony, potem z lewej i wreszcie po plecach.
— Kogo… tego dzięcioła? — spytał.
— No jasne, dzięcioła. Przecież o nim mówię.
— No ale co ty… o co chodzi, o czym ty mówisz… — włączył się Marek i popatrzył na mnie takim bladym, jakby niewidzącym wzrokiem. — Jaki dzięcioł… O co tu chodzi.
— No jak to… taki prawdziwy dzięcioł, w lesie, na drzewie… Siedzi i stuka… Tak mu coś odwaliło.
— No ale skąd on się tu wziął… ten dzięcioł
— Normalnie… Nic się nie bój, spoko, tu nie ma żadnego przekrętu. Słowo daję… jak bum cyk… Bo tu chodzi o to, że zawsze kiedy jestem w lesie i słyszę, jak stuka w drzewo, ten skurwiel dzięcioł, co tak sobie siedzi z pazurami wbitymi w korę i jeszcze podpiera się ogonem, to odczuwam z nim głęboką solidarność. Rozumiesz… taki dzięcioł na drzewie. Trzyma się pazurami, podpiera ogonem i stuka. No bo przecież, pomyśl sobie… jak on wali tym dziobem w drzewo, tak trrrrrrrr… to łeb musi mu strasznie napieprzać. Ja to czuję i cholernie mi go żal. I to mnie właśnie boli.
— Aaaa, no tak… faktycznie — zgodził się Marek i pokiwał głową, bo już załapał, o co chodzi. — Łeb to rzeczywiście musi mu zdrowo napierdalać.
— Dobra, dobra — Endrju nie dał się spuścić w kanał. — Ty tu nie chrzań o dzięciole w lesie, tylko mów, jak to było dalej z Agatą.
— Co?… z Agatą?… Endrju, czemu tak nie mówiłeś od razu… Ja myślałem, że chodzi ci o dzięcioła. Bo tak jakoś wypowiadałeś się bełkotliwie. Jakbyś wypił co najmniej flaszkę. A wiem, że to potrafisz. Co to dla ciebie jedna flaszka… No więc, w tej sytuacji, trudnej, aczkolwiek nie beznadziejnej, myślę, że najwyższy czas, żeby wznieść toast… co?… Co o tym sądzicie…
— Jasne! — zawołała z wielkim entuzjazmem Kaśka. — My chcemy toast.
— Dobra, okej, aluzju płoniał… Więc proponuję toast za Martina Bubika.
— Co? Za kogo?! — zdziwił się Marek. — Nie znam gościa.
— No przecież mówię… wyraźnie mówię… Za Martina Bubika… i za Zbyszka Łagosza.
— No dobra, niech będzie — zgodziła się Ewa. — Mnie tam wszystko jedno, mogę wypić, ale przynajmniej powiedz, kto to jest… Co to za faceci. Bo przecież jak piję czyjeś zdrowie i niszczę sobie wątrobę, to chcę wiedzieć, o czyje zdrowie chodzi.
— Nie bój się. Spoko… Nie bój żaby… żaba w wodzie nie bodzie. Martin to porządny chłop. Czech albo Polak, tego nie wiem, a poznałem go w Pardubicach na konferencji naukowej. On tam pracuje na uniwersytecie. No to chyba jest Czechem.
— W Pardubicach? — spytał Endrju. — Tam gdzie są te wyścigi?
— Tam… człowieku… Wielka Pardubicka… bomba… Pamiętacie ten kawał: dwa ślepe konie spotkały się na Wielkiej Pardubickiej… No więc jak tam byłem na tej konferencji i potem było jej zakończenie, czyli przyjęcie u dziekana, to Martin wzniósł toast za wszystkich uczestników, taki bardzo oficjalny, Francja elegancja, ęą, wysokie tony, i jeszcze nie zdążył go dokończyć, kiedy wstał Zbyszek Łagosz, lekko już narąbany, oczywiście nie tak jak my teraz, ale wcześniej wypił kilka kieliszków wina, i zawołał: aławerdy… Podniósł kieliszek do góry, drugą ręką pokazał na wszystkich po kolei, jakby brał ich na świadków i powiedział: Pijte a radujte se. Rozumiecie? Tak było… pijte a radujte se… To jest toast. A Pavel Titz, Attila Kovacs i Martin Klapetek też wstali i podnieśli kieliszki, bo oni bywali już na konferencjach na Krymie i wiedzieli, o co chodzi i co to jest aławerdy.
— No to co chłopy… na co czekamy… — zawołał Marek — pijte a radujte se.
— Pijte — ochoczo zawtórował mu Piter, podnosząc do góry kieliszek.
— No to strzelmy se ripleja — krzyknęła mocno rozochocona Kaśka — bo ja już przed chwilą wypiłam.
— No to ripleja — zgodził się Piter. — Ale co to jest z tym aławer, czy jakoś tam…
— Aaaa… aławerdy… nooo to taka trochę skomplikowana sprawa. Stary… dokładnie tego nie wiem, więc ci nie powiem. Mówię uczciwie, jak bum cyk… Ja się z tym spotkałem na Krymie. Przez dwanaście lat jeździłem tam na konferencje naukowe, w Sewastopolu, Ałupce i Nowym Swietie. No ale rozumiecie, przecież nie samymi konferencjami człowiek żyje… Jak żeśmy się nagadali i nadyskutowali, to przecież trzeba było coś wypić, gardło przepłukać. Oni tam mają fajne wina, z Inkermanu albo z Masandry, i fajne brendy. Jakie tam imprezy były… ludzie… z Guzarinem, on jest rektorem uniwersytetu w Symferopolu i wicepremierem Krymu, a do tego z pochodzenia Chazar, z Jurijem Babinowem, profesorem w Sewastopolu, który pilnował kolejności toastów, z Saszą Saganem i Ammarem Qanahem… No i właśnie, o to chodzi, rozumiecie… jak ktoś wznosił toast, a ktoś inny chciał się do niego dołączyć albo coś dopowiedzieć, to wołał aławerdy i wtedy otrzymywał głos. Jurij tym kierował, bo był najstarszy no i profesor. Więc myślałem, że to jest zwyczaj krymski, albo tatarski. Ale kiedyś w książce Trifonowa Drugie życie przeczytałem, bo muszę wam powiedzieć, że ja czasem coś czytam, jakąś książkę, albo coś… No więc wziąłem tę książkę i tam było, że jacyś Rosjanie z Moskwy, na wczasach w Gagrze, też wołali podczas picia wódki „aławerdy”. Bo oni tam byli na wczasach, ale w ogóle nie chodzili po górach ani nie pływali w morzu, tylko siedzieli w hotelu i pili. Maładcy… Więc może to jest zwyczaj gruziński… Bo na północ od Tbilisi, w dolinie rzeki Alazani, tam gdzie robią te świetne wina, jest taka mała miejscowość Aławerdi. No i właśnie może to się wzięło stamtąd… bo tam piją dużo wina. Tego z Kachetii… no i wygłaszają długie toasty, kaukaskie. Ale może to być też zwyczaj islamski, bo często stosował go Ammar Qanah, który jest Jordańczykiem, choć mieszka w Sewastopolu. No a Zbyszka Łagosza poznałem właśnie na Krymie, na którejś konferencji, w Sewastopolu albo Ałupce… a może w Kerczu. Teraz już nie pamiętam… Byli też ci Czesi z Pardubic, Tomasz, Attila, Pavel i Martin, fajne chłopaki, no i Zuzka. Chociaż nie… pardon, bo Attila to nie Czech. On jest z Bratysławy, więc Słowak, a może Madziar… bo Attila i do tego Kovacs… na pewno Madziar. A ten Zbyszek, którego zdrowie piliśmy przed chwilą, to spec od magii i okultyzmu, zwłaszcza od Czesława Czyńskiego, bo z tego robił doktorat, ale zna się też na Crowley’u… Rozumiecie?… na Crowley’u… Pewnie o tym nie wiecie, a to był wielki mag, na początku XX wieku.
— No to ludzie, jest okazja, żeby walnąć sobie ripleja — zawołał Marek — pijte a radujte se.
— Aławerdy — krzyknęła Monika i podniosła rękę do góry — teraz ja mam głos i na odmianę proponuję… ripleja. Zdrowie Zbyszka, Saszy, Ammara i tamtych Czechów. Mówię wam, znam ich, bo też bywałam na Krymie, to są fajne chłopaki. A nie jakieś nadęte smutasy… jak to się zdarza u nas.
— Dobra, dobra — przystopował ich Endrju — bo się tu całkiem zariplejujemy. I Andrzej nie opowie o tym, jak to było z Agatą.
— Co ty mówisz… Endrju… opamiętaj się. Ja? — wymownie stuknąłem się palcem w pierś. — O mnie mówisz? Ja miałem coś opowiadać?… O Agacie?… Pierwsze słyszę, absolutnie… No ale skoro tak mówisz, to dobrze, ja ci ufam, bo ty jesteś porządny chłop, do tego z Parkowej… więc niech będzie. Nie widzę przeszkód, jak te konie w Pardubicach. Chcesz o Agacie? OK, będzie o Agacie. Innemu bym nie opowiedział, ale ty jesteś chłopak z Parkowej… No więc to było tak samo, jak z tym kangurem…
— Jak to… — Endrju znieruchomiał i wytrzeszczył oczy. — Jakim znowu kangurem… Chłopie! Co ty pieprzysz.
— To nie wiecie, jak to było?… Jak bum cyk?… Nie słyszeliście o tym?
— Ale co… — Endrju był coraz bardziej skołowany, w ogóle nic nie kumał, ale nic dziwnego, za późno przyszedł do basenu, tyle kolejek go ominęło… po co on ten prysznic brał.
— No z tym kangurem… Przecież cały czas o nim mówimy.
— Ale kiedy…
— Co: kiedy… Jakie: kiedy… Chłopie, spokojnie… No przecież wtedy, w Australii…
— Ale co ty znowu chrzanisz… jaka Australia… jaki kangur…
— Cicho!… Teraz ja mówię… I będę mówił o kangurze… Mamy demokrację?… No… Bardzo proszę. Jakiś porządek musi być… a kangur to dobry temat, na każdą okazję. Nie mówię o jakichś dupach, tylko o kangurze. Normalna sprawa… pełna kultura.
— No dobra… — zgodził się wreszcie Endrju — Ale o co chodzi…
— No jak to… przecież cały czas chodzi o to, jak ci Anglicy tam dopłynęli… Jak odkryli ten kontynent.
— No, no… nawijaj, nawijaj… — zachęcił mnie Piter, który był już na tym samym etapie co Marek i ja, czyli o kilka długości przed Endrju.
— No więc, słuchajcie… Jak tam dopłynęli, ci Anglicy, rozumiecie… no i odkryli nowy kontynent, bo oni ciągle pływali na tych żaglowcach i odkrywali jakieś wyspy, albo kontynenty… ci Anglicy. Rozumiecie… Takie mieli odwalenie… Płyną i płyną, patrzą… a tam ziemia. No to zaraz mówią: o! ziemia… albo: o! wyspa. I ją zajmowali. Zupełnie podupczeni ludzie.
— No, no, wal dalej, niech ci będzie… — poddał się już całkiem Endrju, czyli widać, że jednak będą jeszcze z niego ludzie.
— Więc oni wyszli na ten brzeg, na jakąś tam plażę… Rozumiecie… plaża… — poruszałem poziomo rękami przed sobą — tak dużo piasku i jakieś morze… i takie tam fale napływają bez przerwy… tak: szszszszsz… tak jak zawsze, bo oni najpierw gdzieś dopływali, ci Anglicy, a potem wychodzili na brzeg, wbili tę no… wiecie… aha, flagę. No więc wbili tę brytyjską flagę w piasek i wtedy zobaczyli takie dziwne zwierzaki, na dwóch nogach, a skaczące… tak o… — mimo oporu wody usiłowałem zademonstrować, jak to wyglądało.
— No tak, mam nadzieję, że mówisz o kangurach, a nie o jakichś naćpanych Aborygenach.
— O! Właśnie. Daj piąchę… Słusznie to zauważyłeś, Endrju. Francja elegancja. Widzę, że czujesz bluesa… Czujesz ducha Australii. Dobry byłby z ciebie Aborygen… Musimy tam kiedyś polecieć. Prosto na Uluru — podniosłem rękę do góry i zaśpiewałem wysokim tonem, po góralsku — Hej Uluru, Uluru, hej Krywaniu, Krywaniu wysoki! Płyną, lecą nad tobą obłoki… — i zaraz to obniżyłem — łubudubu dżez, sząsą sząsą damur… No więc rozumiecie, ci Aborygeni stali z boku i patrzyli, co się dzieje. Tam w Australii… na plaży. Bo tam zawsze tak bywało: jedni przypływali na żaglowcach i odkrywali, jacyś Anglicy, albo Holendrzy, czy Francuzi, jakiś Dampier albo Tasman, no i wbijali te flagi, a miejscowi stali i patrzyli… Tak trochę z boku. Nie mieli pojęcia, co się dzieje… że właśnie ktoś „odkrył” ich ziemię i teraz ją zajmuje, choć oni znali ją i mieszkali na niej od czasów niepamiętnych. Normalka… W ogóle nie wiedzieli, o co chodzi… Że ktoś przypłynął na jakimś statku, z daleka, i zabiera im ich ziemię. Dla króla Anglii… albo dla króla Francji… Ale taki właśnie jest biały człowiek. Rozumiecie… jak tylko dopłynie do jakiejś wyspy albo kontynentu, którego do tej pory nie widział, to on tę ziemię „odkrywa”, jakoś tam nazywa, na przykład Wyspa Króla Edwarda albo Wyspa Wiktorii, zajmuje ją i uważa za swoją… Oczywiście, jeśli nie witają go tam uzbrojeni po zęby i wrogo nastawieni mieszkańcy, lecz spokojni i przyjaźni Aborygeni… No i nie można tu zapomnieć o bardzo przyjaznych Aborygenkach z cyckami na wierzchu i bez majtek… Bo ci Aborygeni nie wpadli jeszcze na tak durny pomysł, żeby w upalne dni nosić jakieś ubranie, albo że ktoś może sobie jakąś ziemię wziąć na własność i powiedzieć: to jest moje i spieprzajcie stąd. No więc jak ci Anglicy je zobaczyli, te dziwne zwierzaki, to zapytali tych stojących na brzegu Aborygenów, jakichś tam Kokowarra albo Kumbangeri, co to jest. Czyli co to za zwierzaki. A któryś Aborygen, pewnie czołowy intelektualista, taki miejscowy Tales czy Kartezjusz, im odpowiedział: kangaruu. Tak im powiedział… kangaruu. Przedzik musiał być z niego, co?… z tego Aborygena.
— No to dobrze powiedział…
— Ale Endrju!… co ty mi tu pieprzysz… Jakie: dobrze… co: dobrze — demonstracyjnie postukałem się w czoło. — Puknij się w głowę. Jakie: dobrze… Ci Anglicy też tak myśleli, że to zwierzę tak się nazywa: kangaruu. Dopiero potem, jak już poznali ich język, czyli tych Aborygenów, to się dowiedzieli, że on im odpowiedział: „nie wiem, co do mnie mówisz”.
— Jak to…
— Gdzie: jak to… Co: jak to…
— No ten Aborygen… i ten kangur…
— No właśnie. O to chodzi… Aborygen i kangur, dobrze mówisz. Kojarzysz już?… co?… Bo kangaruu to po australijsku znaczyło „nie wiem, co do mnie mówisz”. No bo on nie rozumiał po angielsku i tak mu odpowiedział. A oni myśleli, że tak się ten zwierzak nazywa. Bo nie wpadło im do głowy, że ktoś może nie znać angielskiego. I w ten sposób nazwa kangur się przyjęła, tak mówimy do dziś. A kangury nic nie protestują. Kangur wszystko wytrzyma.
— Jak to… co ty…
— No tak. Słowo honoru, tak było…
— Ale nic tu nie ściemniasz? To nie jest jakiś bajer? — Endrju był wciąż nieufny.
— Jaki bajer… człowieku… czysta prawda. Endrju… czy ja tu jakieś bajery odstawiam… no sami powiedzcie… albo jakieś bojery czy brojlery… Ja to wiem od Stanley’a, zakonnika-werbisty. On tam osiem lat siedział na małej wysepce koło Nowej Gwinei. Jedyny biały człowiek wśród Papuasów… Wyobrażacie sobie?… Był tam misjonarzem. On zna te sprawy.
— Ale jaja… — dziwiła się Kaśka. — Sam wśród Papuasów… Osiem lat?…
— No, niesamowite… prawda? Sam wśród Papuasów… ale i wśród Papuasek. Wyobrażacie to sobie? młody, przystojny facet… Od razu chcieli mu tam jakąś Papuaskę podsunąć, a nawet ożenić. Najładniejsze dziewczyny przychodziły do niego wieczorami… ale on im mówił, że religia mu nie pozwala. Tak nam opowiedział, a jak było naprawdę z tymi dziewczynami, to tylko on wie… może to tylko taka wersja oficjalna. Rozumiecie, najładniejsze laski, takie czternastki, piętnastki przychodziły do niego, ledwie coś tam ubrane… Same się pchały. No nie wiem… ja bym chyba nie wytrzymał. A wyobrażacie sobie, jak on tam odprawiał mszę?… oczywiście na świeżym powietrzu. Wyobraźcie sobie… łąka, tu o… — bardzo precyzyjnie i obrazowo pokazałem to rękami — pod gołym niebem, bo żadnej kaplicy nie było, tylko ołtarz, a przed nim belki, co na nich siedzieli ci Papuasi. I najbliżej ołtarza siedziały młode dziewczyny ubrane tylko w krótkie spódniczki z liści, a pod spodem nic… H… tak się mówi: młode dziewczyny… ale tam młoda dziewczyna to taka, co ma trzynaście-czternaście lat.
— Coś ty… a co potem… — zapytała Kaśka.
— Jakie: potem… O co ci chodzi, co potem…
— No jak mają więcej… więcej niż trzynaście lat.
— Eeee… nie ma o czym gadać… Dwadzieścia lat to już stare panny… stare rury…
— Nie… poważnie?
— No jasne… piękna sprawa. Bardzo fajna sprawa… takie krótkie spódniczki z liści… U nas to by się przydało, na przykład w lecie. Przewiewne to i wygodne. Dziewczyna się nie upoci, jak to bywa, kiedy jest w majtkach. Wiatr przewieje. No ale widzicie: prowadź tu mszę… Stanley mówił, że on tu celebruje, a one siedzą blisko, nogi trzymają szeroko, drapią się tam… Czasami to kilka razy rozpoczynał kazanie. Bo nie mógł się skoncentrować.
— Dobra, dobra. Niech się drapią, gdzie chcą… Kij im w bary. Z kangurem już było, z dzięciołem tak samo, teraz mów o Agacie — Endrju był uparty i nie dało się go spławić byle czym, a wszystko przez to, że do basenu przyszedł później i nie zdążył się odpowiednio zaprawić. — Co się z nią stało.
— Acha… Z Agatą… Co się z nią stało?… Eeee… nic takiego specjalnego. Po prostu spierdzieliło się.
— To znaczy?
— No jak to… normalnie… — postanowiłem być twardy i nie ustępować — Wzięło się i spierdzieliło.
— No dobra… to rozumiem, ale o co chodzi…
— Aaaa… widzisz, Endrju… Ty to jesteś dzisiaj cokolwiek upierdliwy… Czepiasz się jakichś drobiazgów, dupereli… A tu przecież trzeba mieć dystans do wszystkiego. Dzięcioł był? … był. Aborygen był? Był. No i ten kangur, młode Papuaski… spoko… Ale dobrze, niech ci będzie. No więc sprawa ma cała się tak: w tej sytuacji, podobnie jak i w każdej innej, możemy zaprezentować teorię jak najbardziej ogólną. A mianowicie… uważasz? co? lepiej się skoncentruj, bo teraz będzie najważniejsze… otóż w każdym momencie, który gdzieś tam zaistnieje, albo tu, albo gdzieś indziej, na przykład w Honolulu albo na atolu Puka Puka, to zawsze są dwie możliwości: coś się może spierdzielić albo nie spierdzielić. Kumasz?… co? Tak mówi teoria, najbardziej ogólna i uniwersalna. Wszystko można podzielić w ten sposób. Albo się spierdzieli, albo nie. Kumasz?…
— No dobra… kumam…
— Ale na pewno?
— Na pewno, przecież bym nie mówił. Czyli: kum, kum… Ale tak konkretnie, to o co chodzi?
— Aaaa… konkretnie, mówisz… Oooo… to już całkiem inna bajka. Tego się nie spodziewałem. Tu mnie trochę zaskoczyłeś. Ale dobra… Chcesz konkretnie, to będzie konkretnie. No więc opowiem wam to w konwencji realizmu krytycznego. Czyli tak, jak było i się spierdzieliło. Żadnego ściemniania i bajerowania, żadnego koloryzowania… I dlatego uważam — tu podniosłem palec do góry i znacząco spojrzałem po wszystkich — słuchajcie uważnie… a nawet powiem więcej… jestem o tym głęboko przekonany, że kwestia suchości pochwy u kobiety ma wymiar fundamentalny. Zwłaszcza w pewnych sytuacjach. Aaaa, co ja tu gadam… ma wymiar uniwersalny. Od tego się wszystko zaczyna. Albo się spierdzieli, albo nie. No, rozumiecie… Bo to jest ta sprawa, o której mi kiedyś opowiedział Zbyszek. Ale nie Zbyszek Łagosz, nie, nie… bo on się zajmuje okultyzmem, Crowley’em, magią i tak dalej, tylko Zbyszek Lipensky, ten kulturysta, taki przybyczony, z Woli Rzędzińskiej. Może go nie znacie. On w tamtym roku pojechał na spływ kajakowy Czarną Hańczą, razem z Małgosią, czyli swoją żoną, rozumiecie… Bo oni ciągle gdzieś jeżdżą, a to do Anglii, a to na narty, a to do Chin, a to do Słowackiego Raju. Ale tym razem mieli pecha. Zaczęli, wiadomo, od Suwałk. Pogoda piękna, słoneczko świeci, chmurki na niebie, ale jak tylko wsiedli do kajaków w Małej Hucie i wypłynęli na jezioro, ono się nazywa Krzywe, albo jakoś tak, to zaraz się zachmurzyło i zaczęło padać. Taki sobie kapuśniaczek. Pech. Kojarzycie, co? Oni w kajaku, na jeziorze, a tu pada. Niedobrze… Ale płynęli, bo co mieli robić. Byli na spływie i musieli dopłynąć na nocleg. Potem było Jezioro Koleśne i rzeczka Kamionka. A tu cały czas pada. A co pada? No?… No wiadomo, kapuśniaczek. Tak przepłynęli Jezioro Pierty i wpłynęli na Wigry, minęli Stary Folwark, a tu cały czas pada. Chmury, mgła i deszcz. Prawie nic nie widać. I tak przez sześć dni. Rozumiecie? Pada i pada. Pech zajebisty. Prawdę mówiąc, do dupy… Wszystko mają mokre i nie ma żadnych szans, żeby to wysuszyć. Makabra. Nie wiem, czy znacie tamte tereny… Oni tam płynęli Czarną Hańczą, przez Czerwony Folwark, potem Maćkową Rudę i Dworczysko, a w Rygolu ją zostawili i popłynęli na zachód, tam przez Jezioro Mikaszewo, Krzywe, Paniewo i przez te śluzy… bo wpłynęli na Kanał Augustowski, a tu cały czas leje. Pech zajebisty. Na Serwach, bo wpłynęli też na Serwy, zresztą nie wiem po co… to była taka burza, że widzieli, jak pioruny biją w wodę i musieli dopłynąć do wyspy. Potem wrócili na Kanał i przez Jezioro Studzieniczne i Białe dotarli do Augustowa. Cały czas w deszczu. Więc Zbyszek mówił, że wszystko było mokre i na koniec podsumował to trochę smutno: „Jedyna rzecz w kajaku, która była sucha, to pochwa mojej żony, Małgosi”. Tak powiedział.
— Ale, stary — przerwał mi Endrju. — O co tu chodzi… Przecież miałeś mówić nie o spływie kajakowym i suchości pochwy u Małgosi, tylko o Agacie.
— Jak to… To nie o to wam chodziło? Nie chodziło o ten spływ? I o Małgosię?
— No jasne, że nie. Wprawdzie Małgosię bardzo lubimy, choć jej nie znamy, ale w tym momencie bardziej nas interesuje nie jej pochwa ani to, czy jest mokra, czy sucha, tylko co ty robiłeś z Agatą, jak przyjechała do ciebie do Tarnowa i co było potem.