E-book
8.19
drukowana A5
31
WYNALAZEK

Bezpłatny fragment - WYNALAZEK


Objętość:
241 str.
ISBN:
978-83-8104-519-3
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 31

Opracowanie graficzne: Bożena Arabasz

Skład: Waldemar Ciekalski

Korekta: Waldemar Ciekalski

Kielce 2016

To nazwisko to było moje przekleństwo. Chociaż… właściwie nie można byłoby powiedzieć, że wszystko złe, co mi się przydarzało, to z powodu tego nazwiska. Bo przecież to, że czasami chorowałem, że zdarzył mi się wypadek — jeden czy drugi albo że miałem nieraz po prostu pecha — to wszystko nie zdarzało się dlatego, że miałem właśnie takie a nie inne nazwisko. Różni ludzie mają przecież różne nazwiska — ładne i niezbyt ładne — i także im przydarza się, że chorują, mają wypadki czy pecha.

Kiedy miałem cztery latka, to chciałem wiedzieć, skąd się biorą dzieci i zacząłem o to pytać. Nie wiem, kto mi powiedział, że małe dzieci żyją sobie najpierw przez jakiś czas w brzuchu swojej matki. Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to tam wtedy jest i zadałem swojej rodzicielce pytanie:

— Mama, jak ja byłem u ciebie w brzuchu, to były tam jakie zabawki?

— Nie, nie było synku — odpowiedź mnie wyraźnie rozczarowała.

— To nudno tam było — skomentowałem ten fakt.

Kiedy byłem małym dzieckiem i dopiero zaczynałem chodzić i mówić, to już wtedy słyszałem od swoich rówieśników, że ja to jestem od nich gorszy, głupszy i w ogóle taki „do niczego”. Nieraz zastanawiałem się nad tym w swojej dziecięcej głowinie, dlaczego oni mnie tak traktują. Bo przecież w czasie różnych zabaw nie byłem od nich gorszy, a czasami nawet lepszy. Ale także wtedy, kiedy byłem lepszy, słyszałem takie dziwne słowa: — O! Nawet durnowaty lepiej zrobił to czy tamto.

Kiedyś słyszałem przypadkowo, jak moja matka mówiła do ojca, jakby z nadzieją w głosie: — Może byśmy sobie zmienili to nazwisko? Ale ojciec machnął tylko ręką i powiedział: — A tam, po co będziemy zmieniać.

Z czasów mojego dzieciństwa — kiedy miałem już kilka lat ale jeszcze nie chodziłem do szkoły podstawowej — zapamiętałem szczególnie pewne wydarzenie. Bywało oczywiście różnie i nieraz oberwałem od ojca czy matki za to czy owo. Ale zawsze był taki powód, że ja nie chciałem się podporządkować woli moich rodzicieli. Kończyło się to przeważnie jakimś krzykiem albo klapsem i moim rykiem. Pewnego razu postanowiłem sprawdzić co będzie, jeżeli ja nie ustąpię. Z tego co pamiętam poszło o jedzenie. Matka postawiła na stole miskę z jakąś owocową mieszaniną i powiedziała do mnie:

— Siadaj do stołu i jedz.

Nie od razu to zrobiłem i nasz domowy patriarcha–uzurpator zdopingował mnie:

— Słyszałeś co mama powiedziała? Siadaj do stołu i jedz bo jak nie, to muchy cię wyręczą.

Trochę jeszcze zwlekałem i zauważyłem, że coś się święci. Podszedłem więc do stołu, usiadłem na krześle, wziąłem do prawej ręki łyżkę i zacząłem ją dookoła obracać.

— Co tak oglądasz tę łyżkę? Nie podoba ci się? A może chcesz ją zjeść? Masz jeść to, co jest na talerzu, a nie łyżkę. — Głos gospodarza był coraz bardziej męski.

Nic się nie odezwałem, tylko przełożyłem łyżkę do lewej ręki i znowu zacząłem ją dookoła obracać, tak jakby to była zabawka. Nie wszystkim jednak ta moja zabawa przypadła do gustu. Ale byłem ciekawy, co będzie dalej. Przełożyłem łyżkę znowu do prawej ręki i tym razem zacząłem nią mieszać to, co było w misce.

— Trzeba go będzie chyba nakarmić — zauważył z troską w głosie mój kochany ojczulek, po czym usiadł na krześle obok mnie. — Nie bardzo mi się to spodobało, bo ja wcale pomocy nie oczekiwałem i nie potrzebowałem. Jeść mi się za bardzo nie chciało, więc postanowiłem kontynuować zabawę. Ale „mój stary” był wyraźnie już na to za stary. Wyjął łyżkę z mojej ręki, nabrał owocówki i przystawił mi do ust. Słodkawe to było i miałem nawet ochotę zjeść, ale zamiast tego prychnąłem tak, że cała zawartość łyżki wylądowała na twarzy mojego dobroczyńcy.

Jaka była jego reakcja, można się domyślać. Zerwał się na równe nogi, doskoczył do mnie, złapał za głowę z tyłu obydwoma rękami i wcisnął moją fizjonomią do miski. Wrzask z mojej chłopięcej buzi zaalarmował moją matulę, która skierowała swe kroki w naszym kierunku. Zanim jednakże do nas doszła, jej umiłowany wyciągnął mnie zza stołu i powlókł do drzwi. Jednocześnie krzyczał do mnie:

— Przestań ryczeć!

Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na podwórku, wrzasnął trzymając mnie dalej mocno za lewą rękę:

— Idziemy do piwnicy!

Po dojściu tam, mój tatunio otworzył drzwiczki i zaczął schodzić po kamiennych schodach na dół ciągnąc mnie za sobą, przy czym ja cały czas dawałem swym donośnym głosem dowody na to, że mi się to wcale nie podoba. Kiedy znaleźliśmy się już na dole, usłyszałem znane mi już słowa z pewnym uzupełnieniem:

— Przestań ryczeć, bo cię tu zamknę i zostawię na całą noc.

Moją odpowiedzią było jeszcze głośniejsze: łaaaaaaa!!!

Wreszcie mój tata–dyktator zostawił mnie, wyszedł do góry i zamknął drzwiczki do piwnicy. Zostałem sam w ciemnościach, cały czas dając wyraźne dowody swego istnienia i widząc tylko wąski strumyk światła, dochodzący przez szparę w małym, zastawionym deską otworze, przez który jesienią ziemniaki były zrzucane ze skrzyni na wozie do piwnicy. Po kilku minutach mój ojczulek wrócił, otworzył drzwiczki, zszedł na dół, podszedł do mnie i wydał nie znoszące sprzeciwu polecenie: — Wychodź!

Moją odpowiedzią było przeciągłe — bez przerw na odpoczynek — łaaaaaaaaa!!! Stałem przy tym dalej nie ruszając się z miejsca.

Mój chlebodawca chwycił mnie znowu za rękę, doprowadził siłą do pierwszego schodka, po czym uwolnił mnie z rodzicielskiego uścisku i krzyknął: — Wychodź do góry!

Ale ja wtedy już podjąłem decyzję: — Nie! Nie zrobię niczego, co mi ktoś nakazuje! Stałem więc i cały czas starałem się donośnym głosem wykazać swoją moc. Ale głowa rodziny też nie zamierzała ustąpić, zwłaszcza, że była rodzaju męskiego. Zdjął pasek od spodni, sieknął mnie nim po bosych nogach — byłem bowiem w krótkich spodenkach — i znowu wrzasnął:

— Wychodź po schodach do góry!

Ale do mnie nic już wtedy nie docierało. Jedyne, co robiłem, to było coraz głośniejsze: łaaaaaaaaaaa!!! Widząc, że jego polecenia nie są wykonywane, mój kochany tatunio siekł mnie trzymanym w prawej ręce paskiem od spodni po obu nogach, a lewą ręką popychał do góry. Nie mogąc sobie z tym poradzić, wziął mnie na ręce, wyniósł na podwórze, postawił na ziemi i powtórzył swoje ulubione najwidoczniej słowa: — Przestań ryczeć!

Ale ja nie miałem zamiaru przestać. Mój rodziciel wziął mnie więc znowu na ręce, podszedł do studni i zaczął mnie przekonywać do swoich racji głosem o wysokich tonach:

— Przestań ryczeć, bo cię wrzucę do studni! Ojca i matki trzeba słuchać!

Skutek był do przewidzenia. Moje łaaaaaa!!! rozlegało się na wszystkie strony świata.

W następnej kolejności ojczulek chwycił mnie prawą ręką za nogi w okolicach kostek, a lewą ręką ujął za tułów, po czym podszedł do studni i nachylił się nad cembrowiną a potem nad szybem, w którym dyndał łańcuch z blaszanym wiaderkiem na wodę. U góry natomiast był drewniany wał, na którym owinięta była stalowa lina. Oczywiście cały czas dawałem wyraźne dowody swego istnienia, a to, że na głębokości ponad trzydzieści metrów połyskiwało lustro wody, nie miało dla mnie żadnego znaczenia.

Kiedy głowa mojej rodziny wyczerpała już wszystkie metody wychowawcze, zamieniła się w silnego mężczyznę, który przyniósł mnie na rękach do kuchni, postawił na ubitej z czarnej ziemi podłodze i wyszedł. Matka spojrzała na nas tak, jakby ją niewiele obchodziło to, co my robimy i dalej krzątała się przy kuchennym piecu. Mój ryk zaczynał słabnąć i po pewnym czasie zamilkł wreszcie zupełnie.

Wieczorem jak zwykle zjadłem kolację i poszedłem spać. A na drugi dzień ganiałem się z ojcem po podwórku, tak jak gdyby nic się poprzedniego dnia nie stało.

*

W międzyczasie miałem młodszego brata, któremu rodzice dali na chrzcie na imię Sławek. Kiedy już zaczął chodzić i mówić oraz mieć swoje własne poglądy, dochodziło między nami niekiedy do różnicy zdań. Rodzice musieli nas godzić, stosując różne, znane im sposoby rozstrzygania sporów — nie tylko słowne. Ludzie we wsi opowiadali sobie o tych naszych ciągłych przepychankach, awanturkach i bijatykach w ramach programów rozrywkowych. Kiedyś jeden z gospodarzy, taki już w podeszłym wieku, który lubił mówić czasami gwarą, dał nam jakieś owoce i poradził:

— Idźta do łojca abo matki, zeby wos rozwozyli, tak, zebyśta mieli po równo dlo kozdego. Bo inacy to znowu sie pobijeta jakby jeden mioł dwie śliwki więcy łod drugiego.

Nie pamiętam już, czy skorzystaliśmy z rady tego dziadka, ale na pewno zawsze spoglądaliśmy podejrzliwie na siebie, kiedy coś nam ktoś dał, żeby sprawdzić, czy któryś z nas nie ma czegoś trochę więcej albo mniej od drugiego.

*

Kiedy ukończyłem siedem lat życia, rodzice posłali mnie do szkoły podstawowej. I już na samym początku odczułem, że coś jest „nie tak”. Nikt nie chciał siedzieć ze mną w tej samej ławce. A kiedy wreszcie — za namową nauczycielki — znalazł się taki, to nie był dla mnie zbyt łaskawy i przyjemny.

I wtedy po raz pierwszy dotarło do mojej świadomości, że to wszystko, a właściwie prawie wszystko co złe, to było przez to nazwisko. Przez to, że nazywałem się Durnowaty. Hieronim Durnowaty.

I chociaż byłem dzieckiem, to postanowiłem sobie, że muszę coś zrobić, żeby innym udowodnić, że wcale nie jestem durnowaty. Nie tylko innym dzieciom, ale także dorosłym. Bo czułem, że dorośli też tak o mnie myślą. Wiedziałem, że nazwiska zmienić sobie nie mogę, więc muszę wymyślić coś innego. Zacząłem się zastanawiać, co by to mogło być i doszedłem w swoim niezbyt jeszcze dojrzałym mózgu do wniosku, że muszę przede wszystkim pokazać innym, że wcale nie jest tak jak oni myślą, to znaczy, że nie jestem durnowaty, czyli po prostu głupi.

Ale jak to zrobić?

Starałem się zawsze odrabiać lekcje, ale zauważyłem, że to było za mało. Że oprócz tego, co nauczyciele nas w szkole uczyli i czego kazali uczyć się w domu z książek oraz pisać w zeszytach, były jeszcze takie sprawy, z którymi musiałem radzić sobie sam.

Kiedyś jeden z chłopców w czasie przerwy między lekcjami zaczął się naśmiewać z mojego nazwiska. Ja odczułem to w ten sposób, że on naśmiewa się ze mnie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji nie mogę liczyć ani na rodziców ani na nauczycieli, lecz muszę sobie poradzić sam. Zacząłem więc udowadniać swoje racje — najpierw słowami, potem doszło między nami do przepychanek i wreszcie do bójki. W rezultacie obaj zostaliśmy wezwani do pani wychowawczyni.

— O co się pobiliście? — zapytała nauczycielka patrząc na mnie.

— Bo on mnie wyzywał — odpowiedziałem.

— Jak cię wyzywał?

— Mówił, że jestem głupkowaty.

— Wcale tak nie mówiłem — zaprzeczył Stefek.

— A jak?

— Powiedziałem, że jest durnowaty, bo tak się nazywa.

Wychowawczyni zaczęła tłumaczyć Stefkowi, że nie powinien tak mówić, a mnie upomniała, żebym się od razu nie rwał do bijatyki i kazała nam się rozejść.


Bywało i tak, że sam sobie stwarzałem różne problemy. Na lekcji matematyki nauczycielka przepytywała uczniów z tabliczki mnożenia i zadała mi pytanie:

— Ile jest sześć razy siedem?

— Sześćdziesiąt siedem — odpowiedziałem błyskawicznie wywołując salwę śmiechu wśród uczniów. Nauczycielka zaś zdenerwowała się i powiadomiła mnie:

— Dostajesz dwóję!

*

Mówiąc szczerze, nauką w szkole podstawowej nie byłem zachwycony i zastanawiałem się wielokrotnie, po co ja się muszę tego wszystkiego uczyć. Miałem duże wątpliwości co do tego, czy to, czego musiałem się uczyć, kiedyś do czegoś mi się przyda. To znaczy — te podstawowe wiadomości na pewno były mi potrzebne — pisanie, czytanie, liczenie. Czasem także ktoś z rodziny albo znajomych mówił o jakichś faktach z historii Polski, Europy czy świata i wtedy odczuwałem coś w rodzaju dumy, że ja na dany temat coś wiem. Wiadomości z innych przedmiotów również mi się niekiedy przydawały. Ale jednocześnie łapałem się na tym, że z tego co się uczyłem, pozostawało mi w pamięci niewiele.

W ostatnim roku szkoły podstawowej ojciec zadał mi kiedyś pytanie:

— Chciałbyś być technikiem?

— I co bym później robił? — odpowiedziałem pytaniem.

Ojciec chyba nie bardzo wiedział, jak mi to wyjaśnić i z jego tłumaczenia zrozumiałem niewiele. Nie chciałem być jednak gorszym od innych i za radą rodziców wylądowałem w liceum ogólnokształcącym, o którym potocznie mówiło się ogólniak.


Był to dla mnie jak gdyby nowy świat, który zacząłem stopniowo rozpoznawać. Wszystko było inne: budynki szkoły, sale lekcyjne, nauczyciele i nauczycielki, o których mówiliśmy: pan profesor, pani profesorka, no i uczniowie oraz uczennice.

Zauważyłem, że moje nazwisko wydawało się niektórym dziwaczne, ale nie mówili mi tego wprost. Jednocześnie po jakimś czasie zrobiłem pewne odkrycie. Że prawie wszyscy ludzie mają jakieś problemy, z którymi nie umieją sobie radzić. Wśród nauczycielek i nauczycieli z wyższym wykształceniem pedagogicznym byli tacy, którzy nie potrafili zapanować w czasie lekcji nad dyscypliną i uczniowie robili dosłownie co chcieli. To znaczy rozmawiali ze sobą, śmiali się i nie zwracali uwagi na to, co pan profesor czy pani profesorka mówi. Tak było na lekcjach z języka polskiego, prowadzonych przez nauczyciela, któremu uczniowie nadali przydomek „Raczaj”. Na lekcjach historii był jeden wielki harmider i na wezwania pana profesora, aby uważać na to co on mówi i nie rozmawiać, prawie nikt nie reagował. Patrzyłem zdumiony, jak nauczycielka na jednej z lekcji języka rosyjskiego spoglądała na krzyż i widać było, że niemal zrozpaczona modliła się o to, aby uczniowie się uciszyli. A dla nich to była jeszcze tylko dodatkowa atrakcja i rozrywka. Śmiejąc się mówili jedno do drugiego: patrz, wzywa pomocy Pana Boga. Jeden z uczniów powiedział głośno: — Dumaju, dumaju i niczewo nie panimaju!

— Czego nie rozumiesz?! — pytała ze złością pani profesorka, a wszyscy uczniowie zaśmiewali się do rozpuku.


Wiedziałem o tym, że nauczyciele są wykształceni, po studiach często uniwersyteckich, ale jednocześnie widziałem, że niewiele im to pomagało w pracy pod względem dydaktycznym i kontaktów z uczniami. Doszedłem więc do wniosku, że nauka i wiedza to jedno i tę można zdobyć w szkołach, natomiast to, jak sobie radzić w życiu to zupełnie inna sprawa i z tym każdy człowiek musi sobie już radzić sam. Z tym, że jedni radzą sobie dobrze, a inni nie bardzo.

Tak więc jedna wiedza to ta, którą można zdobyć w szkołach — przekazywana przez nauczycieli i profesorów oraz wyczytana w podręcznikach i książkach. Jest to wiedza o świecie i na temat kierunku, w którym chce się zdobyć zawód, aby potem pracować i zarabiać pieniądze.

W drugim przypadku natomiast chodziło raczej o umiejętność. Umiejętność radzenia sobie w życiu. I to trzeba już zdobyć sobie samemu. Tu trzeba być po prostu samoukiem. Oczywiście czasami można korzystać z pomocy innych — rodziców, nauczycieli czy dobrych kolegów lub znajomych, ale są takie sprawy, kiedy już nikt ci nie pomoże i jesteś zdany tylko i wyłącznie sam na siebie. No bo w szkołach to uczą pisać, czytać, liczyć, geografii, historii, chemii, fizyki i innych przedmiotów, ale nie uczą, jak żyć — jak sobie radzić w życiu. Jak się lubić i jak się kłócić, jak rozwiązywać nie tylko zadania w szkole i te zadane do domu, ale różne problemy, których jest przecież cała masa.

Kiedyś pani profesorka kazała mi powiedzieć, jakie zagadnienia utkwiły mi w pamięci z zadanej lektury i nie bardzo potrafiłem z tego wybrnąć. Kiedy wyjąkałem kilka zdań, nauczycielka najwyraźniej nie była z tego zadowolona i zganiła mnie mówiąc:

— Dlaczego nie przeczytałeś uważnie tej książki i nie przygotowałeś się do lekcji? Przecież widać wyraźnie, że masz duże braki.

— Bo ja, pani profesorko, czytałem niedawno, że z tego co się uczymy w szkole, to potem tylko dziesięć procent się zapamiętuje. Więc ja się uczę tylko te dziesięć procent — odparowałem stawiane mi zarzuty i zauważyłem uśmiechy na twarzach moich kolegów i koleżanek z klasy.

— To na co poświęcasz tę resztę czasu? — pani profesorka nie kryła zaskoczenia i zdziwienia moją odpowiedzią.

— Na przyjemności i miłość — udzieliłem krótkiej i konkretnej odpowiedzi.

Teraz już cała klasa wybuchnęła śmiechem, a nauczycielka lekko się zdenerwowała i wyglądała na zakłopotaną, gdyż była to młoda i ładna kobieta i chyba wiedziała o tym, że niektórzy uczniowie się w niej podkochiwali.

Zresztą w starszych klasach wśród uczniów i uczennic tworzyły się pary, o których inni wiedzieli — także nauczyciele i nauczycielki, ale na ogół mało się na ten temat mówiło. Mnie także podobały się niektóre uczennice i młode panie profesorki — jak na nie mówiliśmy — ale nie dzieliłem się tymi swoimi myślami z nikim i nie miałem swojej dziewczyny, tym bardziej, że moje niefortunne nazwisko trochę jednak dorastające panny odstraszało. Kiedyś byłem na zorganizowanej w szkole zabawie tanecznej i próbowałem tańczyć, ale nie szło mi to najlepiej. Później słyszałem, jak jedna z dziewczyn mówiła do drugiej: — Ten Durnowaty to tańczy jak kołek.


Nie miałem w szkole średniej ulubionego przedmiotu, chociaż niektóre — jak to się mówiło — lubiłem bardziej a inne mniej. Historia — to były dla mnie opowieści o dawnych czasach, jedne ciekawe, inne nudne, a niektóre w ogóle mnie nie interesowały. W ramach nauki języka polskiego lubiłem czytać niektóre powieści, ale gramatyki nie znosiłem. Geografia mnie interesowała, ale tylko w zakresie kontynentów, krajów, większych miast, mórz i oceanów, natomiast czułem wyraźną niechęć do różnych wykresów kartograficznych.

Z przedmiotów tak zwanych ścisłych niezbyt leżała mi matematyka. Nie bardzo rozumiałem, po co te różne potęgi, pierwiastki, logarytmy, funkcje, krzywe i proste, hiperbole i parabole, wektory, różniczki, ciągi arytmetyczne i geometryczne, szeregi i pochodne oraz całki i całkowanie.

Nie znosiłem chemii — zwłaszcza tych tasiemcowych wzorów, ale ciekawy byłem, jak to się dzieje, że niektóre materiały w połączeniu ze sobą dają wielkie korzyści w praktyce, na przykład baterie do kieszonkowych latarek elektrycznych. Chciałem wiedzieć, jak są zbudowane i na czym to polega, że wytwarzają prąd elektryczny. Pytałem o to pana profesora od chemii, ale nie bardzo mnie jego wyjaśnienia przekonały.

Fizyki nie lubiłem — szczególnie zadań. Ale interesowały mnie te odkrycia z fizyki, które dawały impulsy do różnych technicznych wynalazków. Kiedy na jednej z lekcji pan profesor mówił o perpetuum mobile, bardzo mnie to zaintrygowało. Dlaczego on mówi, że coś takiego jest niemożliwe do zbudowania? Skoro niektórzy robili z tym próby i chcieli zbudować urządzenie, które samo się będzie napędzało, to chyba coś w tym musi być. Może jednak coś takiego jest możliwe? — zastanawiałem się i myślałem sobie, że dobrze by było z tym poeksperymentować. Nie miałem jednak takich możliwości technicznych. Poza tym po namyśle udzieliłem sobie sam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania:

— Daj sobie spokój Durnowaty. Nie tacy jak ty nad tym myśleli i nic im z tego nie wyszło.

Nie zapomniałem jednak o tym i siedziało mi to w głowie. Szczególnie zainteresowały mnie odkrycia i dokonania Isaaca Newtona, takie jak prawo powszechnego ciążenia czyli prawo grawitacji, koncepcja korpuskularnej budowy światła — dyspersja i interferencja światła, a także trzy podstawowe zasady dynamiki. Pasjonowały mnie także inne odkrycia naukowe, ale raczej w zakresie praktycznego ich zastosowania, a nie wywodów i rozważań teoretycznych.

Tak sobie czasami rozmyślałem o różnych sprawach — wtedy gdy szedłem sam do szkoły lub ze szkoły albo w domu — kiedy nie miałem nic specjalnego do roboty. I doszedłem do wniosku, że właściwie to ma się dwa zawody. Jeden zawód to jest ten, który nazywa się „człowiek” i w tym zawodzie trzeba radzić sobie samemu. Drugi zawód natomiast to ten, który zdobywamy w szkołach albo — jak niektórzy — uczą się praktykując i podpatrując to, co robią inni. Nie dzieliłem się tymi swoimi rozmyślaniami z nikim, gdyż nie chciałem dawać innym pretekstu do drwin z Durnowatego.

*

Kiedy byłem już w klasie maturalnej, zacząłem się zastanawiać nad kierunkiem studiów. Rodzice powiedzieli bowiem, że mi pomogą i dali mi wolną rękę w wyborze uczelni oraz dziedziny, w której chciałbym studiować i potem pracować. Należałem raczej do lepszych uczniów, ale osobiście nie czułem się silny ani w przedmiotach humanistycznych ani w tak zwanych ścisłych. Przeglądałem różne poradniki dla kandydatów na studia i miałem zamiar iść na studia do Wyższej Szkoły Rolniczej, a kierunek to już był dla mnie mniej ważny. Powiedziałem o tym dyrektorowi liceum, ale ten skrzywił się i już wiedziałem, co to znaczy. Zadałem więc pytanie, w którym domyślałem się jak gdyby odpowiedzi:

— Uważa pan, panie dyrektorze, że poradzę sobie na studiach technicznych?

— Oczywiście — ton głosu dyrektora był zdecydowany. — Powinieneś iść na Politechnikę.

Posłuchałem rady dyrektora liceum i postanowiłem złożyć dokumenty na wydział energomechaniczny Politechniki Wrocławskiej. Kiedy pojechałem do Wrocławia i wysiadłem z pociągu na dworcu PKP, nie wiedziałem jak i czym dojechać do uczelni. Zobaczyłem postój z taksówkami i kazałem się wieźć na Politechnikę. Myślałem, że zapłacę kilka złotych. Okazało się, że taksówkarz zażądał dużo więcej i zorientowałem się, że może mi zabraknąć pieniędzy na powrót pociągiem do domu. Powiedziałem o tym taksówkarzowi, ale ten nie bardzo chciał się zgodzić, aby mi opuścić. W końcu jednak wziął trochę mniej, tak że na pociąg mi pieniędzy wystarczyło. Kiedy wracałem — tym razem już tramwajem — zachciało mi się pić, gdy czekałem na przystanku i kupiłem sobie piwo w butelce. Po wypiciu zakręciło mi się w głowie i przeraziłem się, że coś mi się stało. Na szczęście później wróciłem do normy i dopiero po powrocie do domu ojciec uświadomił mnie, że w piwie jest alkohol i na pewno od tego zakręciło mi się w głowie. Zdobyłem więc pewne doświadczenia w zawodzie „człowiek” i czekałem na rozpoczęcie studiów, w czasie których chciałem zdobyć zawód inżyniera.

Już na samym początku zorientowałem się, że znowu będę musiał przede wszystkim radzić sobie w tym pierwszym zawodzie, który nazywał się „człowiek”. Akademika mi nie przyznali, zatrzymałem się u znajomych, których adres dali mi rodzice i miałem zamiar szukać stancji. Nie chciałem sprawiać kłopotu ludziom, którzy mnie przygarnęli, poza tym sam czułem się w ich mieszkaniu trochę skrępowany, tym bardziej, że nie było tam zbyt dużo miejsca. Wpadłem na pomysł, aby iść do dziekanki i poprosić o dokwa- terowanie w którymś z pokoi w akademiku do czasu, aż znajdę sobie jakieś lokum do wynajęcia. Dziekanka zastanowiła się przez chwilę, potem spojrzała na mnie i zapytała:

— Jak pan się nazywa?

— Hieronim Durnowaty — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Tym razem nie spojrzała już na mnie i chociaż początkowo miałem nadzieję, że coś z tego będzie, to teraz zacząłem ją tracić. Zauważyłem bowiem, że wyraz twarzy kobiety stał się trochę dziwny i starała się to wyraźnie ukryć. Potem jednak zaczęła przeglądać jakieś papiery i moje nadzieje znowu odżyły. Czekając w napięciu na następne słowa usłyszałem:

— Ma pan tu skierowanie do pokoju w jednym z domów na Biskupinie.

— A jak długo będę mógł tam mieszkać? — w moim głosie znów była obawa.

Dziekanka spojrzała na mnie — tym razem jakby z pewnym zaciekawieniem i jednocześnie lekkim zdziwieniem i odrzekła: — Cały rok. Jeśli pan pozdaje egzaminy.

Podziękowałem i nie posiadając się z radości pojechałem najpierw do moich znajomych, u których się zatrzymałem przez jeden dzień, aby zabrać swoje rzeczy. Zapytałem, gdzie jest ta dzielnica Wrocławia, która nazywa się Biskupin i którym tramwajem mogę tam dojechać. Kiedy już tam się znalazłem wraz ze swoją walizką, nie miałem problemu ze znalezieniem ulicy i domu, w którym zamieszkałem w jednym z pokoi z drugim kandydatem na inżyniera.


W ten sposób zacząłem nowe — studenckie życie. Ze swoim nazwiskiem nie miałem początkowo problemów, chociaż z wyrazu twarzy niektórych kolegów oraz z ich zachowania wobec mnie zauważyłem w ich oczach pewne zdziwienie i dystans. Mój współmieszkaniec Sylwek zachowywał się wobec mnie poprawnie. O rozrywkach nie myślałem, gdyż czasu na nie było niewiele, a ja chciałem się utrzymać na studiach i przykładałem się do nauki, gdyż słyszałem jak koledzy opowiadali, że na pierwszym roku „odsiew” na sesjach egzaminacyjnych był duży.

Kiedyś na ćwiczeniach z rysunku technicznego asystent rozdał wszystkim metalowe elementy części maszyn do narysowania i wyszedł z sali. Korzystając z tego niektórzy studenci zaczęli sobie wymieniać detale o skomplikowanych kształtach na łatwiejsze. Widząc to ja również tak zrobiłem. Wtedy wszedł asystent i widząc to, pozabierał studentom te łatwiejsze elementy, które sobie wybrali i porozdawał trudne. Mnie przypadł w udziale bardzo skomplikowany detal i potem musiałem całą noc rysować jego kształt konstrukcyjny — najpierw ołówkiem a potem tuszem kreślarskim, aby zdążyć w wyznaczonym terminie i uzyskać zaliczenie.

Zdobywałem więc wykształcenie w tych dwóch zawodach: człowieka i studenta wydziału energomechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W tym pierwszym zawodzie — człowieka, poznawałem życie w wielkim mieście, jakim był Wrocław. Odwiedzałem czasami moich znajomych, u których zatrzymałem się po przyjeździe i którzy zamieszkali we Wrocławiu po zakończeniu drugiej wojny światowej. Rozmawialiśmy o tych powojennych latach na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Starszy mężczyzna u tych znajomych opowiadał mi, że bardzo dużych zniszczeń we Wrocławiu nie było, ale po zakończeniu wojny nasze władze i nasi przymusowi sojusznicy ze wschodu nie wierzyli widocznie, że Wrocław będzie należał do Polski i spodziewali się, że nowa wojna wisi na włosku — jak to się mówiło. Dlatego podkładano materiały wybuchowe pod nawet mało uszkodzone budynki i potem wywożono cegły i inne materiały budowlane na wschód.

Czasu wolnego było wprawdzie niewiele, ale nieraz szedłem z kolegami do kina i nawet mi się niektóre filmy podobały. Rekord pobiłem oglądając trzy filmy w ciągu jednego dnia.

O perpetuum mobile nie myślałem, natomiast zastanawiałem się nad niektórymi prawami z dziedziny elektryczności, na przykład nad prawem Ohma, które mówiło o proporcjonalności natężenia prądu elektrycznego płynącego przez przewodnik do napięcia panującego między końcami przewodnika. Ciekawe było dla mnie również prawo Faradaya, oparte na doświadczeniach, z których ten uczony wywnioskował, że w zamkniętym obwodzie znajdującym się w zmiennym polu magnetycznym, pojawia się siła elektromotoryczna indukcji, równa szybkości zmian strumienia indukcji pola magnetycznego, przechodzącego przez powierzchnię rozpiętą na tym obwodzie.

Najbardziej zainteresowało mnie jednak prawo Ampera — bardzo użyteczne — wiążące indukcję magnetyczną wokół przewodnika z prądem, z natężeniem prądu elektrycznego przepływającego w tym przewodniku.


Zbliżała się pierwsza sesja egzaminacyjna i czasu na rozmyślania oraz na rozrywki nie było. Na egzamin z fizyki otrzymaliśmy kilkadziesiąt pytań, aby się przygotować. Starałem się zapoznać z tymi pytaniami i przygotować do egzaminu jak najlepiej. Na jedno pytanie nie mogłem znaleźć materiałów i pomyślałem sobie, że przecież nie muszę wylosować akurat tego pytania, więc go odpuściłem. Jakież było moje zdziwienie i przerażenie, gdy po podniesieniu kartki z zestawem dwóch pytań ujrzałem, że jedno to było właśnie to, do którego się nie przygotowałem. Jednocześnie zauważyłem, że pani profesorka zajęta jest wpisywaniem oceny do indeksu mojemu poprzednikowi. Szybko położyłem kartkę z pytaniami z powrotem na biurku i stałem z opuszczonymi rękami. Kiedy mój kolega zaczął odchodzić, egzaminatorka spojrzała na mnie i zachęciła mnie uprzejmie:

— Proszę, niech pan bierze kartkę z pytaniami.

Podniosłem oczywiście inną kartkę i egzamin zdałem. A właściwie zdałem dwa egzaminy: jeden jako człowiek i drugi jako student.

Po pierwszej sesji egzaminacyjnej zostało nas na roku znacznie mniej. Między innymi musiał wracać do domu mój współmieszkaniec, ale zwierzył mi się, że nie ma pieniędzy na pociąg. Prosił, abym mu pożyczył sto złotych i chciał mi zostawić w zastaw swój dowód osobisty. Akurat rodzice przysłali mi pieniądze, więc mu dałem te sto złotych i zaufałem mu, nie chcąc brać jego dowodu osobistego. Okazało się później, że nadużył mojego zaufania i więcej się do mnie nie odezwał. Zastanawiałem się, jakie wnioski mam z tego wyciągnąć i ostatecznie postanowiłem nie traktować tego jako regułę.

Na drugim roku studiów mieszkałem już w domu studenckim na ulicy Podwale w pokoju czteroosobowym. Było tu weselej, gdyż czasami odbywały się wieczorki taneczne, w których brałem udział po spożyciu z kolegami „japcoka”, czyli najtańszego wina. Była także świetlica z telewizorem i oglądaliśmy tam różne programy telewizyjne oraz transmisje z imprez sportowych. Niektórzy koledzy przechwalali się swoimi przygodami erotycznymi i sukcesami na tym polu.

Ja w kontaktach z kobietami byłem „surowy” i któregoś dnia jeden z kolegów Bolek Muchomor, mający dość duże doświadczenie w tych sprawach, zabrał mnie ze sobą na podryw — jak to się wśród studentów mówiło. Poszliśmy na spotkanie, gdzie było kilka dziewczyn i potem zapadła decyzja, że idziemy „na chatę”. Kumpel wybrał sobie najładniejszą, a mnie wskazał jedną, która mi się wcale nie podobała, gdyż wyglądała tak, jakby była łysa. Ostatecznie przypadła mi w udziale inna — ładniejsza.

Kiedy byliśmy już na miejscu i zacząłem się do niej dobierać, nie mogłem znaleźć między jej nogami tego właściwego miejsca. W końcu ona — trochę rozeźlona — mówi: niżej!. No i wreszcie trafiłem tam, gdzie trzeba. Na tym się jednak moje problemy nie skończyły.

— Musisz chyba przyjść do mnie na przeszkolenie — złożyła mi ofertę i po chwili dodała: — Powinieneś wykazać więcej inicjatywy i energii. Trzeba to robić takim ruchem posuwisto–zwrotnym. — Jako kandydat na inżyniera energomechanika wiedziałem co to jest energia i na czym polega ruch posuwisto — zwrotny, więc zacząłem realizować instrukcje mojej partnerki.

— O, teraz jest dobrze — pochwaliła mnie — chyba będą z ciebie ludzie.

Pomyślałem sobie, że dobrze iż nie wiedziała jak się nazywam, bo by się chyba nie dziwiła. Egzamin jako człowiek zdałem wprawdzie nie na piątkę, ale jednak zdałem.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 31