Wybranka kosmity

Bezpłatny fragment - Wybranka kosmity

Objętość:
263 str.
ISBN:
978-83-8126-217-0

Prolog

Wylądowali na pustyni. Uwolnili się od skafandrów, które pozostawili w ogromnym pojeździe o dziwnym wydłużonym i wybrzuszonym kształcie z wieloma bocznymi rurami, który natychmiast uniósł się w powietrze, połyskując błękitnym światłem. Wyglądali jak młodzi ludzie. Wyróżniali się tylko wyjątkowo wysokim wzrostem i niezwykłą urodą. Mieli ciemną karnację skóry i hebanowe, kręcone włosy. Ubrani byli w męskie, sportowe koszule i spodnie w jasnych kolorach. Żar lał się z nieba. Usiłowali się rozejrzeć, lecz oślepiło ich słońce. Natychmiast weszli do dużego autobusu z klimatyzacją, w którym czekała już na nich grupa wtajemniczonych „Wybranych” z całego świata, którzy mieli im pomóc w przystosowaniu się do ziemskich warunków, ponieważ oni znali jedynie to, co było na Ziemi najpiękniejsze i najwspanialsze, gdyż zostało u nich odtworzone.

Była to tajna misja. Kolejna z wielu i ostania. Ich poprzednicy nie chcieli już więcej wracać na Ziemię. Więc oni byli tu po raz pierwszy. Jeden z nich oprócz udziału w zaplanowanej misji miał przed sobą szczególne zadanie, które można by przyrównać do szukania igły w stogu siana. Chodziło o wyświadczenie przysługi zaprzyjaźnionemu małżeństwu błagającemu go o to na kolanach.

1

A zaczęło się tak niewinnie. Po ukazaniu się pierwszego artykułu Konfucji Zalewskiej zadzwoniła do niej pewna kobieta. Przedstawiła się jako Hilda Steinberg, powiedziała, że czytała jej artykuł i zaprosiła na kawę. Niczego bliższego o sobie nie zdradziła, więc Konfucja wahała się, czy przyjąć zaproszenie, gdyż było to ryzykowne. Wiedziała, że funkcjonariusze zdelegalizowanej w Niemczech Unii Globalnej Świadomości działają w dalszym ciągu konspiracyjnie. Postanowiła jednak w końcu udać się na spotkanie, ponieważ podany jej adres znajdował się w najlepszej dzielnicy miasta, w której posiadali domy najbogatsi jego mieszkańcy. U niektórych z nich zajmowała się sprzątaniem, więc imponowało jej, że tym razem będzie gościem. Przyjęcie miało odbyć się o czwartej, zatem już o trzeciej wzięła prysznic, po czym ubrała się, a następnie zajęła się starannym makijażem.

Patrzyła z satysfakcją do pokaźnego lustra w białych ramach na swoją urzekającą, powabną buzię. Czarna czupryna z czerwonymi pasemkami była już nastroszona. Jasny, harmonizujący z alabastrową cerą make up nałożony. Trzeba było teraz podkreślić ogromne lazurowe oczy zajmujące pół twarzy, pomalować liliową szminką duże, pełne usta o pięknie zarysowanej linii, ponieważ miała na sobie sukienkę w tym kolorze. Na koniec przypudrować nieproporcjonalnie mały nosek nadający twarzy pogodny, zalotny wyraz. Chociaż ukończyła już czterdzieści lat wyglądała jak młoda dziewczyna.

Natura obdarzyła ją urodą, a przy tym potrafiła się „zrobić”. Nigdy nie zaniedbywała fryzury i makijażu. Kupowała drogie kosmetyki, zwłaszcza perfumy, gdyż uwielbiała zapachy. Na stoliku okolicznościowym zawsze stał wazon ze świeżymi kwiatami. Wąchała je od czasu do czasu, gdy siedziała na wersalce.

Wyróżniała się wśród ubogiej ludności, do której należała, ponieważ jedynie bogatych stać było na „bycie pięknymi”. Ale i biedniejsi mieli do dyspozycji sporo niezbyt drogich środków upiększających i odmładzających. Starość stanowiła kwestię wyboru, decyzji. Jeśli komuś zależało, do końca życia mógł estetycznie wyglądać. Wielu jednak było to obojętne.


Kiedy skończyła makijaż, gotowa była do wyjścia. Włożyła tylko srebrne baletki, powiesiła na ramieniu małą, srebrną torebkę i udała się pieszo na przyjęcie. Mieszkała po drugiej stronie przecinającej miasto rzeki, w dzielnicy cudzoziemców. Musiała przejść przez most i zrobić piętnastominutowy spacer w południowym kierunku. Rzeka lśniła w słońcu, chociaż niebo było, jak zwykle, nieco zamglone z powodu smogu.


Gdy nacisnęła przycisk na bramie ogrodzenia, za którym mogła zobaczyć jedynie wysokie, soczysto-zielone drzewa, drzwi otworzyły się i usłyszała miły kobiecy głos:

— Proszę wejść, już wychodzę pani naprzeciw.

Ujrzała park, pośrodku którego znajdowała się aleja stromo prowadząca w górę, lecz nie widziała żadnej postaci. Po pewnym czasie aleja przeszła w schody, po których kroczyła w dół rudowłosa dama w barokowej sukni koloru écru z dużym dekoltem i talią osy ściągniętą gorsetem. W dali majaczył zarys stylowej willi.

Gospodyni zbliżyła się do Konfucji, przywitała się i objąwszy serdecznie wpół, poprowadziła w kierunku domu.

— Jaka pani śliczna! — wykrzyknęła z emfazą. — To wspaniale, takich ludzi chętnie widzimy w naszym towarzystwie.

Odurzona zapachem perfum, który przypominał rozgrzaną w słońcu łąkę, oszołomiona urodą kobiety Konfucja, poczuła niespodzianie dreszcz przerażenia, jakby obejmowała ją stara, żywcem wzięta z bajek Baba Jaga, a nie piękna dama. Przez ułamek sekundy ujrzała w niej siwą staruchę z pokrytą siatką zmarszczek obrzydliwą twarzą z zakrzywionym nosem, ubraną w długi, obszerny, czarny płaszcz z kapturem.

Mam halucynacje, pomyślała zgnębiona. Nie dając niczego po sobie poznać, weszła z damą na werandę, na której znajdowały się ogromne figury ubrane w barokowe stroje, podobnie jak gospodyni. Wewnątrz też wszystko było utrzymane w jakimś dawnym stylu. Ogromny salon miał jedną ścianę całkowicie oszkloną. Rozciągał się za nią wspaniały widok na całe miasto.

Stół zastawiony był wyszukaną porcelaną i srebrami, udekorowany kwiatami. W salonie znajdowało się już kilka atrakcyjnych, szczupłych, wysokich pań w nieokreślonym wieku, w odróżnieniu od gospodyni ubranych nowocześnie. Miały na sobie barwne, ozdobione cekinami T-shirty i kolorowe, satynowe spodnie. Właściwie nie pasowały do tego otoczenia. Elegancka liliowa długa suknia Konfucji lepiej z nim harmonizowała, chociaż popołudniowa pora nie zobowiązywała do zakładania wieczorowych strojów. Z kieliszkami szampana w ręku kobiety zgromadzone były wokół figurek z glinki, których lepienie — jak się okazało — stanowiło hobby gospodyni.

— To takie skromne babskie spotkanie przy kawie — wyjaśniła oszołomionej przepychem sprzątaczce stawiającej pierwsze kroki jako niemiecka dziennikarka. — Mam nadzieję, że będzie się pani dobrze czuła w naszym towarzystwie.

Nastąpiła prezentacja kobiet, których nazwiska nic jej nie mówiły, a Hilda tylko ją przedstawiła jako dziennikarkę. Zajęcia pozostałych pań przemilczała.

Siedząc już przy stole, onieśmielona Konfucja przyjrzała się dokładnie współbiesiadniczkom. Od razu można było stwierdzić, że są genetycznie spreparowane. Zrobiły na niej ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widziała takich zjawiskowych istot. Wszystkie były wysokie, każdą z ich kształtnych, pięknych głów otaczała aureola rozjaśnionych do bieli, długich włosów. Najbardziej niesamowite były ich ogromne, błękitne oczy, okolone niczym jeziora sitowiem długich, gęstych czarnych rzęs. Był to ostatnio najpopularniejszy kolor gałek. Zmieniano go w zależności od kaprysów mody.

W miarę zwyczajnie wyglądała na tle przyjaciółek Hilda, której rysy twarzy nie były tak banalnie regularne, usta i oczy nie tak duże, a nos miał lekki garbek. Konfucja odniosła wrażenie, że znalazła się w środku wyświetlacza fluorescencyjnego, w jakiejś kiczowatej telenoweli.

Wszystkie kobiety były tak piękne, miały tak miłe dla ucha, melodyjne głosy, zaś konwersacja, do której tło stanowiła barokowa muzyka, była tak błyskotliwa, że Konfucja odniosła wrażenie, iż znajduje się w niebie wśród aniołów. Zastanowiło ją tylko, dlaczego w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć, o czym one rozmawiały. Pamiętała tylko, że sama milczała, gdyż nie miała zielonego pojęcia o sprawach stanowiących przedmiot rozmowy, a mianowicie o kosmicznych podróżach. Jedna z pań spędziła niedawno urlop w hotelu na Marsie. Inna na księżycu. Było to najgorętsze pragnienie Konfucji. Wiedziała jednak, że jest to marzenie ściętej głowy.

Jedynie pewien bulwersujący dialog dwu pięknych pań utkwił jej w pamięci.

— Wyjątkowi ludzie nie mają potrzeb seksualnych, gdyż nie muszą się rozmnażać. Sami mogą żyć wiecznie na innej planecie o nazwie Hathor. To są właśnie te przypadki zaginięć bez śladu. Przecież znikają tylko wybitni ludzie: astrofizycy, poeci, kompozytorzy…

— Nieprawda, zdarza się też, że giną całkiem przeciętni ludzie — przerwała jej inna kobieta. Po prostu nasza policja jest beznadziejna, bo to niemożliwe, żeby istniała taka planeta. Spiskowe teorie — machnęła ręką.

— Ależ już w dwudziestym pierwszym wieku zespół OGLE odkrył za pomocą astrometrii planetę typu ziemskiego w innym odległym układzie słonecznym.

— Co ty pleciesz? Taka planeta w odległym układzie słonecznym byłaby oddalona o wiele lat świetlnych, co znaczy, że podróż tam w najlepszym przypadku, jeżeli mielibyśmy jakąś niesłychaną technologię, zajęłaby setki lat, bo nic ciężkiego nie może podróżować z szybkością światła.

— W miarę rozwoju ośrodka lotów kosmicznych i stacji sił powietrznych Cape Canaveral skonstruowano rakietę, która do niej dotarła. Z powodu jej nieopisanego piękna nazwano ją Hathor, jak nazywała się egipska bogini nieba, miłości i muzyki. Istnieją na niej istoty ludzkie i warunki podobne do naszych, tylko o wiele wspanialsze, z wysoko rozwiniętą techniką i cywilizacją. Jest to po prostu niebo, z tą różnicą, że idzie się do niego za życia, a nie po śmierci. Ludzie ci nie rozmnażają się, lecz sami żyją wiecznie, więc poszukują na naszej kończącej powoli żywot Ziemi wyjątkowych jednostek godnych do zasiedlenia tej planety obracającej się wokół gwiazdy, która nigdy nie przestanie istnieć. Została ona stworzona przez Najwyższą Inteligencję, którą nazywamy Bogiem, a która wykreowała cały wszechświat. Istnieją bardzo wygórowane kryteria dostępu do Hathor. Tylko niektórzy z nas należą do „Wybranych”.

— A skąd ty to wszystko wiesz?

— To jest wiedza tajemna. Ujawnił mi ją ojciec, który był kosmologiem i właśnie należy do tych zaginionych osób. Zdradził tę tajemnicę mnie i matce, żebyśmy się o niego nie martwiły, bo wiedział, że pewnego dnia zniknie. Podobno została ona przewidziana już przez biblijnych proroków, zwłaszcza w Apokalipsie św. Jana. Widocznie tata dostał się na Hathor.

— A dlaczego nie zabrał ze sobą ciebie i twojej mamy? Fantazjujesz.

— Nie, to wszystko prawda. Nie mógł nas zabrać, bo nie należymy do „Wybranych”. Jest to określona liczba osób, które rodzą się na ziemi, ale mają szczególne właściwości. Wynosi ona sto czterdzieści cztery tysiące, co przewidział w Apokalipsie św. Jan. Inwigilatorzy i manipulatorzy zajmują się głównie wyszukiwaniem tych osób, ponieważ chcieliby je zniszczyć i zastąpić swoimi ludźmi. Upowszechnili w tym celu tabletki eutanazyjne, przy pomocy których popełniane są samobójstwa. Stąd ta niesamowita inwigilacja i…

— Zamknij się! — krzyknęła ni stąd ni zowąd Hilda. — To kompletna bzdura. Unia Globalnej Świadomości upowszechniła tabletki eutanazyjne, ponieważ świat jest przeludniony. Środowisko naturalne jest wyniszczone przez globalne ocieplenie, straszliwe kryzysy ekonomiczne, polityczne i katastrofalne przeludnienie. Wielcy świata alarmowali już pod koniec dwudziestego pierwszego wieku, wołali o redukcję, o depopulację. Już wtedy mieli dość tej ciżby i ciasnoty. Tabletki eutanazyjne, z których bez ograniczeń korzystają ludzie niepełnowartościowi, pragnący zakończyć swój nędzny żywot, mają na celu ich zlikwidowanie. A ty opowiadasz jakieś bajki, że manipulatorzy unicestwiają najwartościowszych ludzi, przeznaczonych do życia na jakiejś cudownej planecie, żeby zająć ich miejsce — podsumowała tę polemikę.

Zaczęła się rozmowa na inny temat, z której Konfucja już niewiele rozumiała i niczego nie zapamiętała. Po deserze składającym się z szampana, kawy, herbaty, przepysznych malutkich ciasteczek, wielosmakowych pralin i egzotycznych owoców gospodyni zaprezentowała swoje filigranowe dziełka. Wywiązała się długa dyskusja na ich temat i pytania dotyczące poszczególnych egzemplarzy.

Potem był podwieczorek. Śliczna, młodziutka pokojówka w białym czepku i fartuszku przynosiła tace z przeróżnymi kanapeczkami, do których popijano doskonałe gatunki wina, zmieniane w zależności od rodzaju kanapek.

W miarę rozwoju sytuacji Konfucja z przerażeniem stwierdziła, że znajduje się w samym centrum sabatu pięknych czarownic. W salonie zapanował zmrok. Ściany uginały się od luster i płaskorzeźb przedstawiających dziwne postacie. Na długim stole stały świeczniki o nietypowych kształtach, świece, kadzidełka, kryształy, celtyckie krzyże. Aż kipiało od magicznych symboli i znaków. Znów poczuła przejmujący dreszcz na całym ciele, podobnie jak podczas serdecznego objęcia Hildy przy powitaniu. Zerwała się z miejsca.

— Przepraszam, ale źle się czuję, muszę wyjść bez pożegnania — powiedziała drżącym głosem i wybiegła z salonu. Pędem przebyła park i biegiem udała się do domu.

2

Gdy znalazła się u siebie, natychmiast zaczęła wyszukiwać w sieci informacji o istnieniu w jakimś innym układzie słonecznym planety zamieszkałej przez ludzi, gdyż najbardziej poruszył ją dialog na ten temat. Pewna była, że znalazła się na sabacie czarownic, ponieważ wiedziała, że już w dwudziestym pierwszym wieku, czyli przed dwustu laty, prężnie działał ruch wicca, przez niektórych traktowany jak religia. Słowo wicca pochodziło z języka staroangielskiego i w dosłownym tłumaczeniu znaczył „mądra kobieta”. Główne jego zasady zaczerpnięto z wierzeń pogańskich. Ruch ten duchowymi korzeniami sięgał szamanizmu i najwcześniejszych form kultu przyrody. Jego charakterystycznymi elementami były: idea reinkarnacji, magia, rytualne obchody pełni księżyca i zjawisk astronomicznych, oraz świątynie będące miejscem odprawiania rytuałów. Konfucja przekonana była, że luksusowa willa Hildy stanowiła jedną z takich świątyń.

Istniały instytucje skupiające czarownice, organizujące warsztaty, szkolenia i zjazdy. Nawet w bardzo małych miejscowościach działały sklepy, w których każda czarownica mogła znaleźć coś dla siebie: od ziół, przez amulety, kryształy, księgi, a na ciuchach skończywszy. Przez wieki wiele w życiu czarownic się zmieniło, ale moda została taka sama, czyli długa obszerna spódnica i płaszcz z kapturem, jednak w ostatnim czasie zakładano je tylko z okazji ich czterech świąt — wiosennego, letniego, jesiennego i zimowego — związanych z przechodzeniem dnia w noc i nocy w dzień.

Rozpowszechniona była wiara we wróżby, w czytanie z kart tarota. Nawet w Polsce odbywały się sabaty czarownic. W Kędzierzynie-Koźlu znajdowała się pozostałość kamiennego kręgu z głazów niewiadomego pochodzenia i właśnie tam odbywały się ich spotkania, podczas których tańczyły i śpiewały wokół koła z wpisanym równoramiennym krzyżem.

Niestety, o istnieniu planety Hathor niczego w sieci nie znalazła. Jednak dowiedziała się więcej na temat owej egipskiej bogini nieba. Stanowiła ona uosobienie Wielkiej Macierzy, była patronką nekropolii tebańskiej. Pierwotnie personifikowała pałac faraona, podobnie jak Izyda tron. Z czasem stała się bóstwem miłości, radości, muzyki i tańca, a także opiekunką kobiet. Nosiła przydomki „Oka Horusa”, „Złotej Bogini”, „Bogini Niebios”, „Pani Czerwonej Góry” i „Turkusowej Pani”. Grecy identyfikowali ją z Afrodytą, a Rzymianie z Wenus. Czczona była od najdawniejszych czasów jako niebiańska krowa, jej główna świątynia, w której mieściła się wyrocznia wróżąca ze snów, znajdowała się w Denderze, w Górnym Egipcie. Stamtąd jej kult rozprzestrzenił się na cały Egipt. Przedstawiano ją początkowo pod postacią krowy, później jako kobietę z głową krowy i dyskiem słonecznym pomiędzy rogami. W ostatnim okresie jako kobietę już jedynie z dyskiem słonecznym. Te atrybuty przejęła od niej Izyda. Hathor występowała także jako protektorka żon faraona. Do najważniejszych należało lustro, a także rytualny naszyjnik menat oraz instrument muzyczny sistrum.


Konfucja znała Biblię, lecz jeszcze raz przestudiowała Apokalipsę św. Jana. Owszem, odkryła w niej wiele fragmentów dotyczących „Wybranych”, nawet tę liczbę sto czterdzieści cztery tysiące, lecz doszła do wniosku, że Apokalipsa opowiada o czymś innym, mianowicie o „Wybranych” jako tych, którzy przyjęli Chrystusa i którzy są w ten sposób oczyszczeni przez ofiarę złożoną przez niego Bogu Ojcu, a więc nie chodzi o dostanie się na jakąś planetę, ale o życie wieczne u Boga po śmierci.

Niemniej znalazła ciekawe informacje o innych „wybranych”. W latach trzydziestych dwudziestego wieku powołany z inspiracji SS instytut badawczy Niemieckie Dziedzictwo wysyłał naukowców do Tybetu i Finlandii. Mieli tam poszukiwać Świętego Graala i matecznika rasy aryjskiej. Te i inne szalone pomysły wcielał w życie twórca pogańskiego kultu SS, Heinrich Himmler. Ten wyglądający na urzędnika niepozorny człowiek w drucianych okularach był złym duchem Adolfa Hitlera. W cieniu za tronem imperatora, szepcący do ucha władcy, tworzył i egzekwował religijnie pojmowany dekalog imperium zła. Pierwszym przykazaniem w tym dekalogu było wymordowanie Żydów i Słowian. Ów młody, robiący błyskotliwą karierę działacz narodowych socjalistów stanął na czele oddziałów Schutzstaffel, w skrócie SS, elitarnej gwardii przybocznej Hitlera. I zaczął reformować organizację. Od tej chwili jej członkowie mieli być nie tylko atletyczni i wysocy. Musieli być także rasowo czyści. Przed przyjęciem w szeregi SS każdy miał udowodnić, że od dziewiętnastego wieku w ich rodzinach nie było domieszki krwi słowiańskiej ani żydowskiej. Himmler uznawał dopiero tak wyselekcjonowanych bojowników za godnych miana elity tysiącletniej Rzeszy. Żołnierze SS wyglądali jak germańscy rycerze. Zamienił brunatne mundury na przerażające czarne uniformy z trupią czaszką i runicznymi błyskawicami zwycięstwa na kołnierzyku. Swastyka i inne symbole wywodziły się z pradawnego alfabetu runicznego. W starej tradycji germańskiej runy uważane były za przedmioty magiczne, dawały możliwość przewidzenia przyszłości, leczenia chorób, a nawet wskrzeszenia z martwych. Konfucja dowiedziała się, że alfabet runiczny używany jest do tej pory w celu przepowiadania biegu zdarzeń. Składa się z dwudziestu czterech symboli i jednej runy pustej, a każdy z nich ma inne znaczenie. Odpowiednia kolejność i interpretacja tych symboli daje wiedzę o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Równolegle z tworzeniem grupy wybranych SS-manów następowała przemiana nazizmu w mistyczną, okultystyczną religię. Wstąpienie w szeregi SS było niemalże aktem religijnej konwersji. Siedzibą kultu był położony w Westfalii zamek Wewelsburg, warownia wybudowana w dziesiątym wieku, w czasach Henryka I Ptasznika. Himmler wierzył, że jest inkarnacją tego monarchy.

Lokalne władze Nadrenii-Westfalii zgodziły się wynająć zamek na szkołę SS za symboliczną markę rocznie. Przypadł do gustu Himmlerowi ze względu na to, że nieopodal Germanie stoczyli kiedyś decydującą bitwę z Rzymianami. Ale także z innego, mniej oczywistego powodu. Warownia była podobno miejscem kaźni tysięcy czarownic w średniowieczu. Los tych, jak stwierdził kiedyś Himmler, „niewinnych aryjskich istot”, wzruszał go do łez w przeciwieństwie do losu więźniów obozów koncentracyjnych.

Oficjalnie zamek Wewelsburg mieścił szkołę wyższych rangą oficerów SS. W rzeczywistości był ośrodkiem rodzącego się kultu. Jego rytuały były spowite mgłą tajemnicy. Himmler zakazał fotografowania wnętrza zamku. W ozdobionej swastykami i znakami runicznymi głównej sali stanął okrągły stół z rozstawionymi wokół, wyściełanymi świńską skórą krzesłami dla dwunastu Czarnych Rycerzy SS i ich wodza Heinricha Himmlera. Przed rozpoczęciem ataku na Rosję wiosną 1941 roku Himmler urządził w Wewelsburgu wielogodzinne medytacje dla swoich generałów, okultystyczny seans łączności z germańskimi nadludźmi. Regularnie w zamku odbywały się też pogańskie chrzty i śluby SS. Od żołnierzy i oficerów SS Himmler oczekiwał rezygnacji z udziału w chrześcijańskich nabożeństwach i bojkotu świąt religijnych, takich jak Boże Narodzenie, na rzecz obchodów pogańskiego święta zrównania dnia z nocą. Mieli także porzucić zawieranie ślubów w kościołach na rzecz ceremonii SS Eheweihen. Narzeczone były także badane pod kątem rasowym i politycznym. Każda para powinna spłodzić minimum czworo dzieci — zalążek przyszłych pokoleń aryjskiej elity.


Konfucja znalazła też w sieci, w tej zamierzchłej przeszłości informacje, które nasunęły jej pewne przypuszczenia, jak doszło do powstania Unii Światowej Świadomości.

Po drugiej wojnie światowej niemiecki wywiad bardzo chętnie korzystał z usług byłych gestapowców, esesmanów, a nawet zbrodniarzy wojennych. Zanim w obozach zagłady uruchomiono stacjonarne komory gazowe, naziści testowali inną metodę zabijania Żydów. Ofiary zamykano w specjalnych uszczelnionych ciężarówkach i do wnętrza tłoczono spaliny. Gdy po kilkunastu minutach jazdy samochód zatrzymywał się w lesie, więźniowie już nie żyli. Nadzorowaniem tego straszliwego procederu zajmował się wysoki rangą oficer SS Walther Rauff, współodpowiedzialny za śmierć dwustu pięćdziesięciu tysięcy Żydów. Po wojnie ów zbrodniarz schronił się w Chile, gdzie prowadził biznes. Potajemnie wykonywał jeszcze inną pracę. Był na liście płac zachodnioniemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND). Nigdy nie stanął przed wymiarem sprawiedliwości.

Niemieckie archiwa kryły jeszcze wiele podobnych historii. Te dokumenty pokazywały, że w BND powstała nazistowska klika. I to wtedy, gdy RFN polowała ponoć na hitlerowskich zbrodniarzy. Bezpośrednią odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosił Reinhard Gehlen, pierwszy i wieloletni szef zachodnioniemieckiego wywiadu zagranicznego, który w czasie wojny był wysokiej rangi oficerem Wehrmachtu, pracował w niemieckim sztabie generalnym, gdzie zajmował się sporządzaniem analiz na temat Armii Czerwonej. Po klęsce Trzeciej Rzeszy dokumenty przekazał Amerykanom, którzy z wdzięczności uczynili go szefem zachodnioniemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej.

Gehlen wprowadził się do willi w Pullach pod Monachium, którą wcześniej zajmował Martin Bormann, sekretarz Hitlera. Musiał zapewnić, że nie będzie zatrudniał zbrodniarzy wojennych. Z czasem okazało się jednak, że nie dotrzymał słowa. Przystanią dla hitlerowskich weteranów stała się zwłaszcza Komórka 114, której zadaniem było prowadzenie kontrwywiadu. Zespół ulokował się w podwórzu niepozornej Gerwigstrasse w Karlsruhe. Oficjalnie mieściła się tam firma montująca żaluzje, na drzwiach zawisła tabliczka: „Firma Zimmerle & Co”. Na czele Komórki stał Alfred Benzinger, znany jako „Gruby”. W czasie wojny służył w Tajnej Policji Polowej (GFP) Wehrmachtu. Potem chętnie rekrutował do tajnej służby byłych członków NSDAP i wysokich rangą funkcjonariuszy hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Ludzie ci wzajemnie wystawiali sobie referencje i zatajali w życiorysach wstydliwe epizody. Prawie co dziesiąty spośród pracowników Gehlena służył w przeszłości w jednej z instytucji podległych Reichsführerowi SS Heinrichowi Himmlerowi.

Konrad Adenauer, pierwszy kanclerz RFN przymykał na to oko. Za jego rządów ludzie z nazistowską przeszłością robili kariery także w wielu ministerstwach. Nawet zbrodniarze, którzy w obawie przed osądzeniem ukrywali się za granicą, byli niekiedy rekrutowani przez BND jako tajni współpracownicy.

W późniejszych czasach, gdy osoby uwikłane w nazizm odeszły na emeryturę, ich dzieci lub wnuki długo jeszcze tam pracowały i przekazywały swoje okultystyczne praktyki następnym pokoleniom. Stopniowo do władzy i szczytu piramidy dotarli jasnowidzowie, szaleńcy, czarni magowie, mitomani i mordercy, z usług których korzystała nie tylko BND, lecz również takie służby specjalne jak CIA, KGB i wszelkie późniejsze tajne służby, tworząc swoistą międzynarodówkę stanowiącą zalążek Unii Globalnej Świadomości.

Największe chyba przerażenie wywołał w Konfucji artykuł o tym, że podobno wielu agentów BND, KGB, CIA i innych służb specjalnych przeżyło do dzisiejszych czasów, wcielając się w ciała młodych ludzi, których świadomość unicestwiano za pomocą upowszechnionych przez Unię „środków wyzwalania i poszerzania świadomości”, jak nazywano wszelkiego rodzaju dopalacze i narkotyki.

3

Tak bardzo przejęła się tymi niesamowitymi informacjami, że przez całą noc leżała bezsennie, przeżywając przedziwne wizje. W pewnym momencie ujrzała pochylających się nad nią rodziców i usłyszała głos matki, zwracającej się do ojca:

— Cipcia… To dziewczynka. Jakie to wszystko śliczne i pachnące. Zobacz te koroneczki…

Była niemowlęciem owiniętym w becik. Z przerażeniem pomyślała, że rodzice znaleźli ją, czy też wykradli. To znów za chwilę widziała siebie jako piękną renesansową damę rozmawiającą z mężem wyszukanym językiem. Używała niemieckich słów, których przedtem nie znała. W innym zaś momencie słyszała głos nakazujący jej włożyć niebieski płaszcz i natychmiast udać się do Paryża, gdzie miał czekać na nią jej mąż.

Najbardziej jednak przeraził ją skomplikowany wzór matematyczny zakodowany w jej świadomości. Stanowił ponoć rozwiązanie najistotniejszego dla ludzkości problemu. Parę uczestniczek przyjęcia u Hildy usiłowało wykraść go z jej mózgu, lecz jakieś zjawy strzegły go przed nimi.

W ciągu tej nocy kilkakrotnie przeistaczała się w inne postaci, które całkowicie opanowywały jej świadomość. Gdy w końcu nad ranem udało się jej zasnąć, ujrzała siebie na ścieżce w iglastym lesie. Z zachwytem oglądała świerki i sosny, jakie znała tylko z filmów. Z rozkoszą wciągała w płuca balsamicznie czyste, pachnące żywicą powietrze, którego nigdy nie doświadczyła w zatrutym środowisku, w jakim przez całe życie egzystowała, zarówno w Polsce jak i w Niemczech.

Nagle na ścieżce pojawił się porażająco piękny mężczyzna. Pomyślała, że to jakaś nieziemska zjawa. Był wysoki jak drzewo. Miał czarne, krótkie włosy i ogromne, malachitowe oczy, które przyciągały jak magnes. Ubrany był w białe spodnie i białą koszulę. Kiedy znalazł się przy niej, przemówił ciepłym barytonem:

— Witaj w naszym kraju. W świecie, o którym marzysz. Będziesz tu bardzo szczęśliwa. Jestem twoim mężem, ale ostatnio oddaliłaś się ode mnie, zboczyłaś z trasy, którą ci los wyznaczył. Ja jednak wiem, że wrócisz na drogę prowadzącą do naszej krainy. Będę czekał…

W tym momencie obudziła się, a w uszach jej brzmiał melodyjny głos: „Będę czekał… Będę czekał… “

Ogarnęło ją uczucie niewyobrażalnego szczęścia. Leżała nieruchomo, porażona jego intensywnością. Usłyszała nagle w myśli słowa z Apokalipsy, które pasowały do tego mężczyzny: „Oczy Jego jak płomień ognia”.


Przez parę następnych dni usiłowała przywołać to cudowne uczucie, przypomnieć je sobie. Jednak było to niemożliwe. Wiedziała wszakże, że nie ma takiego wyrzeczenia, takiego wysiłku, którego by nie podjęła, by przeżyć to na jawie. Przypomniała sobie też z Biblii, że „Bóg i we śnie darzy swoich wybranych”. Czyżby należała do „Wybranych”.

Głupia jestem, pomyślała. Ja miałabym należeć do „Wybranych”? — Postukała się palcem w czoło.

To chyba jakiś dobry duch wyrwał ją wówczas z sieci manipulatorów, którzy ezoterycznymi metodami wepchnęli ją do piekła „wolności z wyboru”.

— A może to były jeszcze inne jakieś diabły, współpracujące z… licho wie z kim — szepnęła bezwiednie.

Przypomniała sobie artykuł o teorii, według której już w dawnych czasach służby specjalne dysponowały środkami i metodami przedłużania życia swoich „wybranych”. Podobno nawet wielu nazistów i nazistek przeżyło do dziś, zmieniając nieustannie tożsamość i kontynuując działalność w celu opanowania świata. Wojny nie były już im potrzebne, gdyż wykorzystując atrybuty „wolności z wyboru” stanowiącej główne hasło wyborcze Unii Globalnej Świadomości pozbywali się osobników nieczystej rasy — doprowadzając ich do samozniszczenia.

A jeżeli to prawda? Ciarki przeszły jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, z jakimi diabłami mogła mieć w życiu do czynienia. Tak. To przez nich nie mogła znaleźć szczęścia w miłości, o którym wiecznie marzyła.


Po wstaniu z łóżka wypiła parę szklanek mleka, jedną po drugiej, oprzytomniała i… przystąpiła do codziennego porannego rytuału pielęgnacyjnego. Następnie zjadła śniadanie, po czym udała się, zgodnie z harmonogramem, do jednej z kobiet, u których sprzątała. To też nie było normalne, że przeszła do porządku dziennego po tej nocy, jakby nigdy nic.

Przeżywała przeróżne wizje. Nie były to halucynacje, gdyż rozgrywały się w jej wnętrzu, jednak te, które opanowały ją tej nocy nie dawały jej spokoju. Udała się do psychiatry, po raz pierwszy zresztą w życiu, chociaż wszyscy znajomi niemal od dziecka mieli swoich psychoterapeutów.

Przystojny, szpakowaty lekarz zapewnił ją, że to nic poważnego. Twierdził, że obrazy te pochodzą od wewnętrznego, podświadomego doradcy i mogą być pomocne w rozwiązywaniu życiowych problemów. Niekiedy stanowią też mistyczne wizje, których doświadczają wyjątkowe jednostki.

— Wie pani — rzekł, patrząc jej w oczy z zainteresowaniem — to dość częste u szczególnie wrażliwych osób. Kiedyś dominowało w świecie religijne obrazowanie kształtujące ludzką wyobraźnię, dlatego też święci mieli mistyczne wizje Chrystusa i Matki Bożej. A przecież nikt ich nie posądzał o schizofrenię. Obecnie wizje takie są związane ze współczesnym obrazowaniem. Najgorsze, że dzisiejszy świat wciąż zdominowany jest przez pornografię, ezoteryczne i okultystyczne praktyki, magię, hipnozę, telepatię… — Pokiwał głową z zaaferowaną miną. — Choć to wszystko jest zakazane, animatorzy wciąż starają się wpływać na ludzką wyobraźnię w celach manipulacyjnych. Wszyscy pozostajemy pod wpływem szkodliwych dla psychiki przekazów zawartych w programach telewizyjnych, filmach, w książkach, w happeningach, instalacjach i innych nowoczesnych formach sztuki. Cała popkultura służy głównie manipulacji, niezależnie od tego, czy jej twórcy zdają sobie z tego sprawę. Jesteśmy manipulowani nawet poprzez nabożeństwa religijne. Od wieków kapłani w przeróżnych cywilizacjach wywoływali głosy i wizje bogów, a później jedynego Boga…

— Jednak po zdelegalizowaniu Unii — wtrąciła Konfucja, zdezorientowana tym, co mówił — inwigilacja i manipulacja są konsekwentnie zwalczane, są zakazane…

— O, to nie jest takie proste — przerwał jej lekarz — trzeba bardzo uważać, by nie ograniczać swobód obywatelskich, nie łamać zasad demokracji — rzekł stroskanym tonem. — Jest to proces, który wymaga wieloletnich wysiłków. Powinna się pani cieszyć, że nawiedzają panią tak niewinne wizje. — Uśmiechnął się do niej. — Gdyby pani wiedziała, co przeżywają inni, jakie horrory ich prześladują. Włosy stają mi dęba, kiedy tego słucham. Najgorsze są wizje uzależnionych od seksu, a jest ich coraz więcej.

— Obawiam się, że to schizofrenia — upierała się — bo we wczesnej młodości przez jakiś czas byłam zwolenniczką „wolności z wyboru”.

— Jak dawno to było? — spytał lekceważącym tonem.

— No, przed dwudziestu laty, ale tylko przez parę miesięcy — odpowiedziała, patrząc mu pytająco w oczy.

— O nie, to się nie liczy — machnął ręką.

Zapisał jej tabletki. Miała je zażywać, gdyby zjawisko powtarzało się zbyt często i stało się nużące. Wykupiła receptę, jednak nie zażywała tych pastylek, ponieważ wizje nawiedzały ją rzadko i nie były przygnębiające, wręcz przeciwnie — dostarczały przyjemnych wrażeń. Sądziła, że stanowią odbicie marzeń. Niemniej nosiła je w torebce, z którą nigdy się nie rozstawała, by żaden inwigilator nie mógł ich wykraść. Trzymała je na wypadek, gdyby zaczęły nawiedzać ją koszmary mogące doprowadzić do depresji i samobójstwa, jak to zdarzało się jej znajomym.

Nie wierzyła, że owe wizje mają jakikolwiek związek z rzeczywistością. Tak też było po przyjęciu u Hildy. Wytłumaczyła sobie, że sabat czarownic i nocne wizje były wytworem jej wyobraźni. Bzdurą był obraz rodziców pochylających się nad nią jak nad obcym dzieckiem. Choć zawsze trzymała się z dala od wszelkich środków poszerzania świadomości, zdawała sobie sprawę, że animatorzy z pewnością mieli wpływ na jej wyobraźnię i świadomość za pomocą inwigilacji. Widocznie zależało im na tym, by pozbawić ją oparcia w rodzinie i zdać na ich łaskę.

Jedna tylko rzecz ją zastanowiła — wzór matematyczny przekazany jej z zaświatów. W szkole była dobra z matematyki, najlepsza w klasie, ale nudziło ją rozwiązywanie zadań i mimo zdolności nie wykazywała specjalnych zainteresowań w tym kierunku. Dlatego też nie zrozumiała i nie zapamiętała tego wzoru. Przez parę kolejnych dni usiłowała go sobie przypomnieć. Było to jednak niemożliwie. Intrygowało ją wszakże przekonanie, że tkwi on gdzieś tam na dnie jej świadomości.


Nie podejrzewała pięknej damy o nic złego, zaprzyjaźniła się z nią, chociaż żyły w różnych światach. Wprawdzie niepokoiły ją niesłychane opowieści tej kobiety i brak jakichkolwiek informacji o niej samej, ale nie potrafiła jej o to pytać. W jej towarzystwie czuła się onieśmielona. Spodziewała się, że Hilda w końcu sama zacznie mówić o sobie.

4

Kiedyś jej tajemnicza przyjaciółka zabrała ją na przejażdżkę w gór. Jechały nieznaną autostradą. Po obu stronach roztaczały się cudowne widoki. Konfucja zorientowała się, że to tereny niedostępne dla normalnych zjadaczy chleba. Ale były prawdopodobnie i dla samej Hildy zakazane, bo przed wjazdem na ową wspaniałą trasę poprosiła ją, aby usiadła za kierownicą. Tymczasem ona odniosła wrażenie, że doskonale zna drogę, poczuła się pewna siebie i rozluźniona, zaś właścicielka wspaniałego samochodu o hybrydowym napędzie siedziała w milczeniu, skulona ze strachu. Parę razy schyliła się gwałtownie, jakby obawiała się, że zostanie zauważona przez kierowcę któregoś z mijających je pojazdów, chociaż było to niemożliwe, gdyż mknęły tak szybko, że nie sposób było nawet zauważyć, jak wyglądały.

Konfucję ogarnęło oszałamiające uczucie, że po raz pierwszy w życiu znalazła się w swoim świecie, w tym, do którego należała, lecz nigdy dotąd nie miała do niego dostępu. Już w dzieciństwie często czuła się wyobcowana, jakby była kimś zupełnie innym niż otaczający ją ludzie. Ogarniała ją dojmująca tęsknota za jakąś inną rzeczywistością. W miarę dorastania często odnosiła wrażenie, że wszystko, co dzieje się w jej życiu, przeszłość i teraźniejszość, jest nieistotne, nie ma zbytniego znaczenia w tej prawdziwej rzeczywistości rozgrywającej się poza zasięgiem zmysłów. Głowiła się nieustannie, czym może być to ważne, prawdziwe życie. Czytała mądre filozoficzne i religijne książki, studiowała Biblię, Talmud, nawet Koran. Wciąż jednak odnosiła wrażenie, że to nie jest „To”, że tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego niż to, co wydaje się ludziom ważne. Często pogrążała się w zadumie. Czuła, wyraźnie czuła, że istnieje coś bardzo ważnego, czego ludzie nie są w stanie odkryć. Najczęściej było to ukryte w muzyce, czasami w poezji. Ale czym owo „To” mogło być? Gdy była aktorką, rozmawiała nieraz z pisarzami, kompozytorami, wszelkiego rodzaju artystami. Niektórzy też to odczuwali, nie wiedzieli jednak, tak samo jak ona, o co w tym wszystkim, co się dzieje i co nas otacza, tak naprawdę chodzi. Raz tylko spotkała kogoś, kto coś na ten temat wiedział. Był to pewien skromny proboszcz w parafialnym kościele góralskiej wsi, w której spędzała urlop. Nazywał „To” rzeczywistością Bożą i pięknie mówił o niej w kazaniach. Konfucja też wierzyła w Boga, dla niej również transcendencja była Bożą rzeczywistością, ale… „To” było coś innego. Musiało znajdować się gdzieś w uniwersum, bo gdy wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo, ogarniała ją dojmująca tęsknota właśnie za „Tym”.

Przemierzając wspaniałym autem ekscentrycznej przyjaciółki trasę prowadzącą przez krajobraz powalający na kolana pięknem, nieoczekiwanie poczuła, że znajduje się we właściwym miejscu, w tym prawdziwym świecie, Tym, za którym tak nieprzytomnie tęskniła. Gdy na horyzoncie ukazały się łagodne stoki gór, pewnie skręciła w najbliższy zjazd z autostrady i wkrótce znalazły się na skraju świerkowego lasu, jakiego nigdy w życiu nie widziała, bowiem drzewa iglaste padły ofiarą katastrofalnych pożarów szalejących podczas letnich upałów, ponieważ wydzielały łatwopalne olejki eteryczne. Wiedziała, że istnieją rezerwaty przyrody z takimi drzewami, nigdy jednak nie słyszała, by któryś z nich znajdował się w Niemczech, gdzie góry ogołocone z drzew iglastych sprawiały raczej wrażenie nowotworowych narośli na kuli ziemskiej niż cudownych miejsc rekreacyjnych, jakie znała z dawnych filmów. Na szczęście przetrwały lasy liściaste, które pielęgnowano i chroniono.

Nie pytając Hildy o zdanie, zaparkowała na skraju lasu. Od razu przypomniał się jej ów cudowny sen, w którym ukazał się jej piękny mężczyzna twierdzący, że jest jej mężem. To było w takim właśnie lesie. Gdy wysiadły z samochodu, Niemka zaczęła rozglądać się lękliwie i położyła palec na ustach, nakazując milczenie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, kobieta wręcz trzęsła się ze strachu. Tymczasem Konfucja była w siódmym niebie, rozkoszowała się żywicznym zapachem i śpiewem ptaków, chłonęła widok drzew, które znała tylko z lekcji przyrody. Idąc z zadartą głową, obserwowała ich koronkowe wzory na farbkowym niebie. Przypominała sobie nazwy: sosna, świerk, jodła, modrzew. Najbardziej urzekły ją bujne sosny górskie. Ich szczoteczkowe gałęzie z gęstymi, długimi igłami przyciągały ją tak mocno, że w pewnym momencie objęła pień jednej z nich i mocno się do niej przytuliła. Nie mogła się od niej oderwać. Czuła się z nią zjednoczona. Jej świadomość została bez reszty opanowana dziękczynną modlitwą bez słów, skierowaną do stwórcy tego zanikającego cudu przyrody.

Hilda odciągnęła ją od drzewa.

— Co ty wyprawiasz?! — zgromiła ją scenicznym szeptem.

Konfucja posłusznie weszła z powrotem na ścieżkę, jednak parę kroków dalej stanęła nieruchomo, gdyż ujrzała naprzeciw siebie zająca przyglądającego się jej uważnie. Nie chciała go spłoszyć, ale uczyniła to Hilda.

Szły przed siebie prowadzącą w górę ścieżką, gdy w pewnym momencie spostrzegły przebiegającą sarenkę. Po chwili zauważyła wspinającą się po drzewie wiewiórkę. Wszystko to wzbudzało w niej euforię.

Nagle ujrzały w dali ogromne ludzkie postacie. Hilda złapała ją za rękę.

— Wracamy! — rzekła tonem cichym, lecz nieznoszącym sprzeciwu.

Gwałtownie pociągnęła ją w tył i biegiem wróciły do samochodu. Przerażona Konfucja nie wiedziała, co o tym myśleć, czuła jednak, że muszą jak najszybciej uciekać. Gdy wjechały na autostradę, odezwała się pierwsza, patrząc błagalnie Hildzie w oczy:

— Proszę cię, powiedz mi wreszcie, co to wszystko znaczy.

— O nic nie pytaj — zakazała jej ostrym tonem. — Wszystko ci wyjaśnię we właściwym czasie. Wybacz, ale naprawdę nie mogę ci na razie nic powiedzieć — dodała łagodniej.

Zdumiona Konfucja wzięła tę odpowiedź za dobrą monetę. Była przyzwyczajona do tajemniczego zachowania przyjaciół i znajomych. W dobie powszechnej inwigilacji wśród ludzi panowała nieufność, społeczeństwa były całkowicie rozbite. A chociaż w Niemczech po zdelegalizowaniu Unii i jej metod sytuacja się polepszyła, procesy integracyjne przebiegały powoli, gdyż ludzie doznali poważnych urazów psychicznych.


Po powrocie do domu zaczęła studiować wirtualną mapę, usiłując znaleźć na niej ów wspaniały rezerwat przyrody. Bezskutecznie. Zwątpiła, że przeżycie to stanowiło realną rzeczywistość. Czyżby Hilda zatruwała ją jakimiś środkami poszerzania świadomości? Może to były halucynacje?

Przypomniała sobie pewne osobliwe uczucie z najwcześniejszego dzieciństwa. Gdy zostawała w pokoju sama, zdawało się jej, że za drzwiami panuje czarna, pusta otchłań, a całe życie koncentruje się w miejscu, w którym ona przebywa i powróci tam za drzwi, gdy tylko ona je otworzy. Nie wzbudzało to w niej lęku, wręcz przeciwnie, bardzo lubiła owo uczucie panowania nad widzialną rzeczywistością. Ale teraz pomyślała, że to symptom paranoi.

Znowu udała się do psychiatry. Opowiedziała mu przebieg wycieczki i spytała, czy to wszystko mogło być halucynacją. On jednak ponownie ją uspokoił. Powiedział, że nie zna takiego rezerwatu, ale jej opis przekonał go, że to miejsce istnieje. Zapewnił ją, iż tak realistycznego przeżycia nie można halucynować.

— Ale może byłam pod wpływem jakiegoś środka wyzwalania i poszerzania świadomości? — spytała zaniepokojona.

— Nie sądzę — odrzekł, kręcąc przecząco głową. — Oczywiście, w każdym przypadku trudno wykluczyć manipulację. Odbywa się ona nie tylko pod wpływem chemii. Manipulatorzy stosują też przeróżne formy przekazu podprogowego, by wywołać pożądane przez nich stany psychiczne, właśnie w ten sposób wpędzają ludzi w nałogi. Nie sądzę jednak, by pani przyjaciółka miała z tym coś wspólnego.

Cierpliwie czekała zatem na wyjaśnienia tajemniczej damy, lecz ona podczas kolejnych spotkań nie wracała w rozmowie do wycieczki. Wszystko to zaczęło Konfucję niepokoić, ale nadal lubiła odwiedziny w pięknym domu Niemki, zwłaszcza wówczas, gdy ta była sama. Zdarzało się, że jadły wspólnie obiad na tarasie jej wspaniałej willi. Jednak z biegiem czasu sympatia zaczęła przeradza się w lęk, że ma do czynienia z czarownicą. Okazało się, że Hilda wie o niej wszystko, tak jakby na co dzień uczestniczyła w jej życiu. W dodatku — co było najbardziej przerażające — zaczęła przebąkiwać, że Konfucja świetnie nadaje się do pewnej niezwykłej misji.

Najgorsze, że coraz częściej spotykała u niej dziwnych osobników, którzy dawali jej do zrozumienia, co powinna zrobić, by wypłynąć na powierzchnię. Były to wyjątkowo odrażające typy, sami świńscy blondyni. Należeli do pewnego gatunku ludzi, na widok których odruchowo zatykała nos, bowiem odnosiła wrażenie, że śmierdzą. Nie wydzielali oni nieprzyjemnej woni, wręcz przeciwnie wytwornie pachnieli, lecz kojarzyli się jej z obrzydliwym odorem.

Obiecywali jej życie w luksusowych warunkach. Miała zmienić tożsamość i całkowicie poddać się ich woli. Tłumaczyli, że przecież i tak nie ma możliwości powrotu do swego kraju, a nawet odwiedzenia krewnych, gdyż po zwolnieniu z internowania otrzymała paszport tylko w jedną stronę. Wkładali jej do głowy szokujące opowieści. Słuchała ich z przerażeniem.

— Tożsamość jest mitem — pogardliwie stwierdził jeden z osobników podczas rozmowy, gdy zastała ich pewnego dnia u Hildy. — Proszę się zastanowić. Jeden z pani pradziadków był Francuzem, drugi Anglikiem, prababka pani matki była Austriaczką… A pani jest przecież Niemką. Większość mieszkańców zachodniej Polski, ma niemieckie geny. Pani ma również obywatelstwo niemieckie.

— Ale mam też polskie — stwierdziła stanowczo. — I to od urodzenia, tymczasem niemieckie zaledwie od trzech lat.

— Musi pani wreszcie zrozumieć, że jest Niemką — rzekł mężczyzna tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Dopiero wtedy będziemy mogli pani pomóc w poznaniu tajników własnej jaźni. Przede wszystkim powinna pani poznać odmienne stany świadomości, które umożliwią pani wzmocnienie afirmacji i siły przekazu, bo tego właśnie pani brakuje. To byłby już pierwszy krok do… życia wiecznego na planecie Hathor, gdzie powstał już cały nowy świat…

— Nie ma takiej planety. To jakiś mit. A poza tym nie wybieram się w kosmos — przerwała mu.

Chociaż nieraz marzyła o życiu na innej planecie, to jednak wolała pozostać na ziemi niż żyć chociażby na najwspanialszej wśród tak obrzydliwych ludzi.

— Nie mogła pani o niej słyszeć, bo to jest tajemnica, którą zdradzamy pani, ponieważ odkryliśmy, że należy pani do wybranych, przeznaczonych do życia w tej krainie wiecznego szczęścia. Jednak może się pani na niej znaleźć tylko jako Niemka — dodał z pełnym przekonaniem.

— Co też pan wygaduje? — oburzyła się. — Jestem Polką.

— Ależ… to nie ma znaczenia — mężczyzna wykrzywił wargi w pobłażliwym uśmiechu. — Pani może być w przyszłości i Francuzką, i Angielką, a nawet Amerykanką, ale w głębi duszy powinna pani pozostać Niemką. Dlaczego upiera się pani przy polskiej tożsamości? — wzruszył ramionami i wydął pogardliwie wargi. — Pani w ogóle nie zna swoich rodziców ani prawdziwych krewnych. Nic pani o nich nie wie, a z tymi, których uważa pani za rodzinę, genetycznie nie ma pani nic wspólnego. No i jaka z pani Polka? — pokiwał głową z politowaniem. — Jedno jest w tym wszystkim najważniejsze — i o tym mogę panią zapewnić — że nie ma pani ani kropli żydowskiej czy słowiańskiej krwi.

Patrzyła na niego wytrzeszczonymi oczyma w osłupieniu, zastanawiając się, czy ten człowiek blefuje, czy też istotnie wszystko o niej wie lepiej od niej samej. Nie miała nic przeciwko żydowskiej krwi, a tym bardziej przeciwko słowiańskiej. Zawsze uważała, że antysemityzm zrodził się z zawiści, gdyż Żydzi byli utalentowani i zamożni, odnosili sukcesy w każdej dziedzinie, na polu artystycznym, naukowym, gospodarczym. Słowianie też stanowili bardzo wartościową grupę etniczną.

— Na początku było słowo — perorował mężczyzna. — A pani mówi nie tylko po polsku, ale i po niemiecku, po francusku, po angielsku. Nic pani nie wie o swojej tożsamości, a trzyma się kurczowo tej fałszywej i tej fałszywej rodziny. Powiem pani więcej — zawiesił głos i zrobił tajemniczą minę. — Niedługo będzie pani z niemieckim mężem przez jakiś czas żyła w pięknej miejscowości na południu Francji, gdzie złapiecie tamtejszy akcent, potem przeniesiecie się do Paryża i tam już pod francuskim nazwiskiem będziecie podawać się za Francuzów. Następnie pojedziecie do Londynu, po czym do Stanów i tak będziecie krążyć po całym świecie i zaznajamiać się z wybranymi ludźmi, którzy mają zasiedlić planetę Hathor. Ten człowiek od kilku lat na panią czeka…

— Boże! — krzyknęła zbulwersowana. — Niech pan przestanie! Dość tych bredni! Nie będę tego słuchała!

Wstała od stołu i wyszła, trzaskając drzwiami. Towarzyszył jej rechot upiornego towarzystwa.


Tamtej nocy po raz pierwszy usłyszała w myślach głos jakiegoś Niemca, który odtąd prześladował ją miłosnymi wyznaniami.

Zaniechała wizyt u Hildy, ale to nic nie dało. Ci ludzie nachodzili ją w jej mieszkaniu i obdarowywali luksusowymi prezentami. A to platynowym pierścionkiem, a to złotym zegarkiem, a to jakimś dziełem sztuki. Odmawiała przyjmowania tych drogich prezentów, lecz nazajutrz znajdowała je na stole. Najgorsze, że znikały jej ulubione osobiste rzeczy, najczęściej bielizna i ozdoby. Najwidoczniej wchodzili do mieszkania w nocy, gdy spała. W miejsce jej skromnych ubiorów pojawiały się luksusowe. Były tak piękne, że nie sposób było oderwać od nich wzroku. Godzinami potrafiła wpatrywać się w biżuterię, obrazy, rzeźby, zaniedbując wszelkie obowiązki, ba, zapominając o jedzeniu i piciu. Doprowadzało ją to do obłędu, wzbudzając równocześnie niesamowity lęk.

Dostojewski twierdził, że piękno zbawi świat — myślała przerażona — a mnie ono doprowadza do szaleństwa, do piekła. Co się ze mną dzieje? Chyba… zwariuję z zachwytu.

Pod wpływem tych przedmiotów traciła zdolność samodzielnego myślenia, ktoś obcy podsuwał jej fantastyczne pomysły podróży po całym świecie, a nawet na inne planety. Doszła do wniosku, że prezenty te pochodzą od szatana, więc zaczęła wyrzucać je do śmieci, jednak każdego ranka pojawiały się coraz to nowe w jej domu. Nie wierzyła, że trafiają do niego w jakiś cudowny sposób, ktoś musiał w nocy do niej wchodzić. Ale jak? Zamykała okna, drzwi oprócz elektronicznego zamka zabezpieczała od wewnątrz zasuwami. Wydawała mnóstwo pieniędzy na coraz to nowe zamki.

Wpadła w panikę, gdy pewnego ranka ujrzała na szyi wyssane ślady. Natychmiast poszła do swego psychiatry. Doradził, by zgłosiła to na policji. Najwidoczniej oszołamiano ją czymś do tego stopnia, że nie obawiano się jej obudzenia. Jednak na policji nie uwierzono jej, potraktowano jak chorą psychicznie i zagrożono przymusowym leczeniem.


Nieustannie szukała innego mieszkania. Niestety, bezskutecznie. Zachodziła w głowę, co to za typy. Była przekonana, że to oni uniemożliwiają jej znalezienie lepszego zajęcia, żeby zmusić ją do pracy dla siebie. Ale dla niej było to nie do pomyślenia.

5

Stała na balkonie, wdzięcznie oparta o poręcz. Wyglądała malowniczo w luźnej, przewiewnej mini-sukience w czarno wiśniowe wzorki. Słuchała śpiewu ptaków. Ktoś, kto spojrzałby na jej zadumaną śliczną buzię, nie domyśliłby się, że ta urocza kobieta jest zrozpaczona. Pogodne gaworzenie ptaków nie było w stanie poprawić jej nastroju. Dziś znowu jak kamfora wyparowały z jej mieszkania kolczyki, które pozostawiła wieczorem przed lustrem w łazience. Wiedziała doskonale, że manipulatorzy posługują się jej osobistymi rzeczami w telepatycznym przesyłaniu różnych pomysłów do jej świadomości. Czasami nie potrafiła ich odróżnić od własnych myśli. Dręczyła ją bezsilność wobec tej koszmarnej psychicznej inwigilacji. Po policzkach zaczęły jej spływać łzy.

Wyszła z balkonu, przeszła przez salon do przedpokoju, gdzie wyjęła z torebki pockettop, z którym wróciła do pokoju dziennego. Usiadła na pluszowej, brązowej wersalce i zaczęła nerwowo wystukiwać litery, nie przerywając ani na chwilę, póki nie skończyła. Było to tak, jakby ktoś podyktował jej ten wiersz.

Biesy i anioły

Kontakty strzygą uszami

światło lampy to flesz,

włóż ciepły sweter,

bo ściany mrożą oczami.


Milcz, bo wtargną do myśli

śladem twoich słów

i nigdy się nie dowiesz

kto ci rozpruł mózg…

Wiersz był długi. Opisała w nim całą swoją martyrologię. Kończył się następująco:

Nie płacz, nie przeklinaj losu,

jesteśmy od diabłów silniejsze,

wyciągniemy cię z tej opresji,

zabezpieczymy twe wnętrze.

Wytrwaj, przetrzymaj udręki

nie podawaj biesom ręki.

Gdy skończyła pisać, z powrotem wyszła na balkon. Pomogło. Uspokojona dalej słuchała śpiewu ptaków. Sprzątała dziś u wyjątkowo wymagającej Niemki traktującej ją jak człowieka niższego gatunku. Niektóre zatrudniające ją kobiety okazywały jej sympatię, lecz ta była wyjątkowo nieprzyjemna. Konfucja dziwiła się nieraz, dlaczego one nie sprzątają same, gdyż praca ta nie wymagała wysiłku, polegała głównie na zmienianiu w robocie szczotek, szczoteczek i pędzelków oraz na przyciskaniu odpowiednich guzików. Bardzo niewiele należało robić własnoręcznie. Trzeba było tylko skupić się i skoncentrować, bo chwila nieuwagi groziła poważnymi konsekwencjami. Kiedyś stłukła cenną, unikalną lampę. Straciła wtedy niemal wszystkie pieniądze, które odkładała na elauto, jak nazywano w skrócie elektryczne samochody. Mogłaby kupić tradycyjny samochód o benzynowym napędzie, jak to czynili ubodzy ludzie, ale nie chciała przyczyniać się do zanieczyszczania i tak już ledwo zipiącego środowiska.

Czasami myślała, że wolałaby sprzątać normalnie, tak jak w swoim mieszkaniu — elektroluksem odkurzać dywany, podłogi myć zwyczajnie mopem, okna przyrządem z gumowym zakończeniem, kurze ścierać tradycyjnie. Trochę się człowiek namęczył, ale za to mógł sobie podczas pracy myśleć, o czym mu się żywnie podobało, bez tego nieustannego stresu, że przyciśnie niewłaściwy guzik.

Trzeba będzie zrezygnować z tego miejsca, pomyślała stropiona. Ale to zawsze parę groszy więcej.

Niewidzącymi oczyma patrzyła na marne liściaste drzewa stojące przed balkonem i pogrążyła się w myślach ponurych jak to pochmurne późne popołudnie:

Po co mi była ta Wolna Jaźń? To zaangażowanie w walkę z Unią Globalnej Świadomości. Przecież to była walka z wiatrakami. Oczywiście, mogłam i po internowaniu zostać w Polsce, ale tylko pod tym jednym przeklętym warunkiem.

Nie — pokręciła przecząco głową — nie byłam w stanie podpisać współpracy z tymi diabłami!

I co mi przyszło z tego, że wyemigrowałam do Niemiec, gdzie ta przeklęta partia została już zdelegalizowana? Ci cholerni inwigilatorzy i animatorzy działają tutaj w podziemiu tak samo skutecznie jak w świetle dziennym w Polsce. Jak mogło dojść do tego, że objęli siecią cały świat. Nie wiedziała, czy leżało to w ich intencjach, czy też umknął ich uwadze fakt, że pierwotne znaczenie słowa „animator” określało człowieka poruszającego marionetkami. Czyżby całe społeczeństwa stanowiły dla nich tylko marionetki?

Oficjalnie wiadomo było, że chodzi o tajnych informatorów i animatorów życia społecznego. Nazywali siebie z dumą duszą społeczeństwa, lecz potocznie mówiono o nich: inwigilatorzy i manipulatorzy. Wszyscy się ich bali. Manipulatorzy kojarzyli się Konfucji z czerwonym wszami, wypełnionymi wyssaną z mózgów krwią lub wampirami, zaś inwigilatorzy ze szczurami, jak nazywano donosicieli w Stanach. Postanowiła poświęcić życie na walkę z nimi, wstępując do Wolnej Jaźni. Zdawało się jej wtedy, że wreszcie znalazła się na właściwej drodze, chociaż dotąd już samo słowo walka wzbudzało w niej niechęć.

— Gdybym nie wstąpił do Wolnej Jaźni, nie potrafiłbym spojrzeć w oczy synowi, który mógłby mnie kiedyś spytać: „A ty, gdzie wtedy byłeś, tato?” — powiedział jej wówczas pewien młody informatyk po jednym z pierwszych zebrań odbywających się w konspiracji, jeszcze przed zarejestrowaniem ruchu.

I ona tak wówczas myślała. Teraz jednak była przekonana, że ich cynicznie oszukano, że to Unia Globalnej Świadomości, której wówczas usuwał się grunt pod nogami, posłużyła się uczciwymi członkami Wolnej Jaźni jak mięsem armatnim, z góry skazanym na ofiarę. Zadawała sobie pytanie, dlaczego niektórych internowano w luksusowych wręcz warunkach, w porównaniu z więzieniem, w którym ją umieszczono. Zaś po zwycięstwie Wolnej Jaźni w wyborach głównie oni zajęli najważniejsze państwowe stanowiska, dbając o to, by funkcjonariuszom Unii włos z głowy nie spadł. Dręczyły ją wyrzuty sumienia, że zamiast demaskować ich, jako zakamuflowanych inwigilatorów wmawiała sobie, że cierpi na szpiegomanię.


Zapadał zmierzch. Ciepły, żółtawy odcień zniżającego się słońca, tym razem po raz pierwszy pogłębiał się jej smutek. Zawsze lubiła tę pobudzającą marzenia porę dnia, nadającą miękkość kanciastym konturom widzialnego świata.

— Ale co by to dało? — myślała z rezygnacją. — Prawdopodobnie było tak — popuściła wodze wyobraźni. — Najinteligentniejsi manipulatorzy, orientując się, jak ogromny opór narasta w społeczeństwie, doszli do wniosku, że należy uprzedzić wybuch sprzeciwu, który mógłby przyjąć tragiczny dla nich obrót. Wymyślili pokojowy ruch „Wolna Jaźń“, na czele którego postawili swoich ludzi. Przecież wyszło podobno na jaw, że nawet jeden z przywódców ruchu był ich człowiekiem. Doprowadziło to jednak do rozłamu w Unii Globalnej Świadomości, gdyż większość manipulatorów doszła do wniosku, że jest to zbyt ryzykowny krok. Ale było już za późno, bo ruch ten zaczął się im wymykać z rąk, więc brutalnie zaczęli go zwalczać, wprowadzając w końcu stan wojenny. Cóż się jednak okazało? Cały zachodni świat uwolniony już od rządów Unii pospieszył z pomocą zbuntowanemu społeczeństwu, dalej walczącemu w podziemiu, doprowadzając do sytuacji, w której manipulatorzy musieli dogadać się z niektórymi działaczami. Jednak tych najuczciwszych wyeliminowano, a pozostałych przekupiono wysokimi stanowiskami, zobowiązując do milczenia, że są wśród nich manipulatorzy. Fakt, że na nic zdałby się ów wspaniały pomysł, gdyby nie udział w ruchu szerokich rzesz uczciwych ludzi, nie był dla nich godny uwagi. Manipulatorzy przekonali ich, że tym motłochem łatwo będzie dalej manipulować. I właściwie mimo zwycięstwa Wolnej Jaźni w ostatnich wyborach w Polsce, dalej działali jako legalna opozycja, a przy tym dysponowali potężnymi środkami, by w następnych wyborach przejąć władzę. Najlepszy dowód, że mimo większości w Sejmie nie udało się Wolnej Jaźni wprowadzenie zakazu wytwarzania i dystrybucji narkotyków. Jakże by Unia mogła zrezygnować z tak świetnych środków ogłupiania i manipulowania, z tak wspaniałego źródła dochodów?

Nie, wolała o tym nie myśleć, gdyż włos się jej jeżył na głowie. Żałowała, że w ogóle wstąpiła do Wolnej Jaźni. Ale wówczas sądziła, że nie istnieje nic ważniejszego niż walka z inwigilacją i manipulacją oraz z ułatwiającymi ją nałogami, zwłaszcza z narkomanią tudzież z wszelkimi innymi metodami i środkami zniewalania, wytwórczość których i dystrybucję Unia Globalnej Świadomości zalegalizowała, nazywając sposobami „wyzwalania i poszerzania świadomości”. Dotąd nie do pomyślenia było dla niej utożsamienie się z programem jakiejkolwiek partii. Tym razem jednak czuła, że wreszcie znalazła bratnie dusze, gdyż Wolna Jaźń skupiała wszystkich wrogów Unii, niezależnie od poglądów politycznych, wrogów inwigilacji i manipulacji.

6

Gdy zrobiło się chłodno, weszła z powrotem do pokoju dziennego. Rozejrzała się po jego nędznym umeblowaniu. Wszystko pochodziło z tak zwanej „wystawki”, kiedy to wynoszono przed domy sprzęty zastępowane nowymi. Ubodzy ludzie wyszukiwali wtedy rzeczy zdatne do użytku, zanim je sprzątnięto. Jednak w miarę możliwości finansowych nadała salonowi przytulny charakter. Kupiła duży na całą podłogę dywan z długim włosem w ulubionym czerwonym kolorze. Jego miękkość pod stopami sprawiała jej przyjemność, gdyż lubiła chodzić boso. Postawiła po obu stronach okna balkonowego egzotyczne rośliny w ozdobnych, ceramicznych donicach. Powiesiła szkarłatne, brokatowe zasłony, a samodzielnie na biało wymalowane ściany ozdobiła reprodukcjami obrazów słynnych impresjonistów.


Od smutnych rozmyślań oderwało ją wspomnienie Irona Kobieli, którego zdjęcie w ramkach stało na dębowym stoliku okolicznościowym, przed którym usiadła.

— No tak, z drugiej jednak strony, gdyby nie udział w Wolnej Jaźni, nie poznałabym Irona — szepnęła w zadumie.

W rozmarzeniu zobaczyła siebie obok niego na nielegalnym zebraniu w Fabryce Samochodów Elektrycznych, kiedy to wspólnie odkrywali szczęście bycia sobą. Po raz pierwszy w życiu zdarli z twarzy maski. Nie musieli już wreszcie ukrywać poglądów i myśli. Byli tacy szczęśliwi!

Zbliżyli się do siebie w pociągu, gdy jechali na zjazd Wolnej Jaźni do Warszawy, on jako delegat, ona jako dziennikarka. Przez całą noc z ożywieniem dyskutowali. Rankiem powitała ich złota polska jesień. Słońce złociło mieniące się kolorami drzewa, od żółtego poprzez różowy, pomarańczowy, czerwony aż po brązowy. Wraz z zapachem zeschłych liści unosiła się atmosfera emocjonującej, ryzykownej przygody. Wiedzieli bowiem, że manipulatorzy zrobią wszystko, by uniemożliwić im uchwalenie programu.

Zakwaterowani zostali w Akademiku Wyższej Szkoły Technicznej. Począwszy od pierwszego dnia, wszystkie noce spędzili w jej pokoju. A zjazd trwał przeszło dwa tygodnie. Był to najszczęśliwszy okres w jej życiu, istne oczarowanie. Byli nierozłączni, zrezygnowała z miejsca na balkonie przewidzianego dla prasy, siedziała obok niego na sali obrad.

Wspólne posiłki w stołówce, gorące dyskusje w kuluarach i te cudowne noce — wszystko to przesuwało się przed jej oczyma jak na starej zniszczonej taśmie. To były piękne dni. Czytali w swoich myślach, mieli te same poglądy i zainteresowania. Chociaż nie opowiadał jej zbyt wiele o sobie, pewne było, że się pobiorą, że już zawsze będą razem.

Stanowili wyjątkowo dobraną, malowniczą parę. On był szpakowatym szatynem z czarnymi, wiecznie przymrużonymi oczyma i poważną fizjonomią roztargnionego naukowca, która tylko przy niej rozpogadzała się i promieniała. Ona zaś czyniła przy nim wrażenie płochej, niefrasobliwej trzpiotki, choć inni znali ją jako poważną osobę.

Po powrocie do Katowic czekała na propozycję małżeństwa. Wspólna przyszłość wydawała się oczywista. Przedstawiła nawet Irona rodzicom jako narzeczonego. Lecz on zaczął wymigiwać się od spotkań, tłumacząc się ślęczeniem nad doktoratem. Był pracownikiem naukowym w jakimś instytucie w Gliwicach, gdzie też mieszkał. Spotykali się coraz rzadziej.

Pewnego razu zauważyła z przerażeniem małe buciczki w jego samochodzie, a on zaczął mówić, że miał wobec niej poważne zamiary, ale niestety nic nie układa się po jego myśli. Zrozumiała, że jest żonaty i w dodatku ma dziecko. Nie chciała rozmawiać na ten temat. Teraz ona z kolei zaczęła wykręcać się od spotkań.

Ogarnęła ją rozpacz, nie zamierzała budować szczęścia na czyimś nieszczęściu. Zresztą wszystko wskazywało na to, że on nie zamierza się rozwieść. Płakała po nocach, a podczas nielicznych spotkań traktowała go oficjalnie, on zaś nie usiłował wracać do okresu ich zażyłości.

Niebawem okazało się jednak, że nie zamierzał zrezygnować z atrakcyjnej kochanki. Podczas walnego zebrania śląskiego oddziału Wolnej Jaźni wybrano go na przewodniczącego obrad. Już w pierwszym dniu przedłużyły się one do późna. Wówczas poprosił ją, żeby go przenocowała, gdyż o tej porze nie miał żadnego połączenia do Gliwic, a nie przyjechał elautem. Gdy znaleźli się u niej, zaczął namiętnie ją całować. Uwolniła się z jego objęć. Nie potrafiła mu wybaczyć oszustwa. Żal i gorycz były silniejsze od pragnienia znalezienia się w jego ramionach.

Pościeliła mu na wersalce w pokoju dziennym, sama położyła się w sypialni i zamknęła drzwi na klucz. Po jakimś czasie usłyszała delikatne pukanie, ale udawała, że śpi. On jednak nie ustępował. Pukał coraz głośniej, aż w końcu zaczął ją błagać, by otworzyła.

— Proszę cię, Konfuś, wpuść mnie — nalegał. — Musisz mi wreszcie wybaczyć. To prawda, oszukałem cię, zdjąłem obrączkę, udawałem kawalera — kajał się — bo… od dawna cię obserwowałem i byłem w tobie zakochany. Po naszym wspólnym pobycie w Warszawie naprawdę zamierzałem się rozwieść — zapewniał ją — ale moja córeczka rozchorowała się i zrozumiałem, że nie mógłbym bez niej żyć.

— Odejdź — przerwała mu niewzruszona. — Nie chcę o tym rozmawiać. I wybij sobie z głowy, że kiedykolwiek jeszcze będziesz mógł być ze mną — powiedziała twardo.

— Błagam cię, musisz mnie wpuścić — skamlał. — Nie zamierzam cię oszukiwać. To prawda, nie mogę się rozwieść, ale nie potrafię też żyć bez ciebie.

— Idź już spać — rzekła zniecierpliwiona. — Jestem zmęczona.


Pod wpływem tego wspomnienia rozpłakała się. Długo nie mogła się utulić w żalu. Minęły trzy lata, a rana wciąż paliła. Wiązała z Ironem wszelkie nadzieje, był jej największą, prawdziwą miłością. Wciąż go kochała, marzyła o nim, rozpamiętywała każdą spędzoną z nim chwilę. Przez te wszystkie lata w Niemczech łudziła się, że on się rozwiedzie i dołączy do niej, do Niemiec, dokąd często jeździł w ramach współpracy naukowej. Ale nie odpowiadał na jej listy. O elektronicznym przesyłaniu wiadomości, a nawet o kontakcie telefonicznym od czasu wykluczenia Polski z Unii Europejskiej nie można było marzyć. Manipulatorzy odgrodzili społeczeństwo od świata „elektroniczną kurtyną”, podobnie jak ongiś komuniści „żelazną”.

Z goryczą przypomniała sobie, jak po zwolnieniu jej z internowania, Iron namawiał ją, żeby wyemigrowała do Niemiec. Twierdził, że skorzysta z pierwszego wyjazdu naukowego do Niemiec i poprosi o azyl. Zapewniał, że nic już go nie łączy z żoną i że wniósł pozew o rozwód.


Zrobiło się późno, ptaki umilkły. Postanowiła pójść spać. Mimo podłego nastroju nie potrafiła zrezygnować z codziennego wieczornego rytuału — z prysznica, nałożenia kremu na twarz, szyję i dłonie, masażu i gimnastyki twarzy i rąk. Na utrzymanie młodości istniały proste, naturalne sposoby, bez potrzeby uciekania się do skalpela czy też najdroższych metod i środków, na które nie było jej stać. Przez całe życie wstawała o piątej rano, gdyż poranna toaleta i specjalna gimnastyka, zapewniająca zgrabną figurę, a także jogging zajmowały jej trzy godziny. Wieczorny rytuał trwał przeszło godzinę. Poza tym jeden dzień w tygodniu poświęcała na dodatkowe zabiegi upiększające i owocową dietę. Dwa razy w tygodniu chodziła na pływalnię. Wiadomo — wiara przenosi góry, a ona święcie wierzyła w skuteczność tych sposobów. Wdrożenie takiej żelaznej dyscypliny wymagało wiele poświęcenia, ale nagrodą był ładny i młody wygląd. Częste lustrowanie twarzy i figury wprowadzało ją w dobry nastrój, wzbudzało optymizm, nadzieję na znalezienie męża mimo długotrwałego staropanieństwa. A przy tym dbałość o wygląd uodporniła na wszelkie nałogi, co było nie do przecenienia, jako że dziesiątkowały społeczeństwo, nierzadko doprowadzając do samobójstw.

7

Kończąc wieczorny rytuał, podczas masażu dłoni bacznie przyglądała się w lustrze twarzy, aby zobaczyć, czy nie pojawiły się jakieś zmarszczki. Jednak nawet dobra kondycja cery nie była w stanie poprawić jej nastroju. Znała pewien niezawodny sposób, lecz tym razem z niego zrezygnowała. Polegał on na słuchaniu klasycznej muzyki. Uwielbiała Bacha, Vivaldiego, Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Czajkowskiego, Chopina, Góreckiego i wielu, wielu innych kompozytorów. Najbardziej jednak uspakajała ją, a wręcz uszczęśliwiała, muzyka operowa. Nie słuchała jej uszami, lecz sercem. Identyfikowała się z tenorem lub sopranistką wyśpiewującymi całą piersią miłość, rozpacz, radość, wszelką namiętność. Płakała wówczas z rozpaczy lub szczęścia. Wyżywała się uczuciowo do tego stopnia, że po godzinie takiego słuchania czuła się uspokojona i szczęśliwa jak niemowlę przy matczynej piersi.

Tym jednak razem postanowiła wypić kielich goryczy do dna, bo chciała wreszcie coś zmienić w beznadziejnej sytuacji, a wiedziała, że to właśnie muzyce zawdzięcza zagłuszanie rozpaczy. Nie chciała jej znowu przeżywać wraz z bohaterką jakiejś opery, pragnęła zanurzyć się we własnej duszy, bez znieczulania muzyką. Zrozumiała, że dopiero gdy jej cierpienie osiągnie dno, zmusi ją do odbicia się od niego i do działania.


Wciąż rozpamiętywała sytuację polityczną, która stanowiła główną przyczynę jej życiowych niepowodzeń. Po wykryciu sposobów stymulacji genetycznej oraz szczepionek przeciw wielu chorobom, a także dzięki wymianie organów, długość życia wydłużyła się do około stu pięćdziesięciu lat. Dotyczyło to jednak tylko najbogatszych. Ponieważ jej rodziny żyjącej od pokoleń w biedzie nie było stać na genetyczne brewerie i drogie specyfiki, dbano w niej o zdrowie, prowadząc higieniczny tryb życia, rezygnując ze szkodliwych używek, zwłaszcza z narkotyków. Był to chlubny wyjątek. Gdy bowiem przestano się bać chorób, rozpowszechniły się nikotynizm, alkoholizm, narkomania, rozwiązłość seksualna, kwitła związana z nimi wytwórczość. Doprowadziło to do zwycięstwa wyborczego w całym niemal świecie Unii Globalnej Świadomości — partii wspierającej taki styl życia, określającej go jako „wolność z wyboru”. Powołali ją do życia zdegenerowani agenci przeróżnych służb specjalnych, którzy postanowili działać z otwartą przyłbicą, usiłując wykorzystywać manipulację do stopniowego opanowywania świata. Funkcjonariusze tej partii, informatorzy i animatorzy rządzili głównie drogą perfidnej inwigilacji i tak zwanych „środków uwalniania i poszerzania świadomości”, czyli specyficznych narkotyków.

Popularność Unii spadła, gdy ów wspaniały styl życia spowodował „epidemię” chorób psychicznych, często kończących się samobójstwem. Psychiatrzy twierdzili, że przyczynę stanowią praktyki ezoteryczne i parapsychologiczne oraz zaśmiecanie wyobraźni plugawą sztuką, literaturą i piekielną muzyką, obrazami gwałtu, zboczonego seksu, a przede wszystkim wszelkie „środki uwalniania i poszerzania świadomości”. Byli i tacy, którzy utrzymywali, że wywołuje je wirus. Podobno wyhodowano go w tajnych laboratoriach Unii Globalnej Świadomości, która używała go w celu pozbywania się wrogów. Antidotum miała stanowić „czystość psycho-moralna”. Należało unikać używek, zwłaszcza narkotyków, pornografii, obrazów przemocy, magii itp.

W rezultacie „epidemii” samobójstw Unia przegrywała stopniowo wybory we wszystkich zachodnich demokracjach i została zdelegalizowana, po czym państwa te zaczęły się oczyszczać kosztem Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie zbrodnicza partia wciąż sprawowała rządy. Zasypywały je śmieciami stanowiącymi główny jej oręż, począwszy od narkotyków i pornografii, a skończywszy na przeróżnych innych środkach i metodach manipulowania jaźnią. Przeniosły też do nich ich wytwarzanie.

Konfucja włożyła nocną koszulę, ułożyła się wygodnie w łóżku na lewym boku. Zaczęła rozpamiętywać swą klęskę. Przez całe życie z trudem pięła się w górę. Po maturze ukończyła szkołę aktorską i pracowała parę lat w teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach, skąd pochodziła. Od dziecka chciała być kimś wyjątkowym, marzyła o karierze pianistycznej. Skończyła wprawdzie średnią szkołę muzyczną w klasie fortepianu, lecz bieda zmusiła jej rodziców do sprzedania pianina. Wciąż jednak wierzyła, że będzie kimś szczególnym. I w końcu się udało. Przyjęto ją do szkoły teatralnej.

W aktorstwie najbardziej pociągała ją literatura, klasyczne teksty. Z upodobaniem uczyła się ich na pamięć w latach pracy w teatrze. Gdy jednak zaczęto wprowadzać psychodeliczno-pornograficzny repertuar, a kilku jej kolegów zmarło z powodu przedawkowania dopalaczy i dwoje innych popełniło samobójstwo, zwątpiła w możliwość dalszego uprawiania tego zawodu. Nie miała szansy na wykonywanie go w uczciwy sposób, który polegał dla niej na bezinteresownym duchowym oddaniu się widzom, obdarzeniu ich najgorętszymi i najczystszymi uczuciami; w odróżnieniu od wielu kolegów i wiele koleżanek, twierdzących, że w aktorstwie najważniejsze jest, „by publiczność mieć w dupie”. Najmniejszego problemu nie sprawiało im latanie nago po scenie.

Zdawała sobie sprawę, że minęła się z powołaniem. Chciała być pianistką. Gdy jednak stało się to niemożliwe, postanowiła pójść do szkoły aktorskiej. Okazało się, że źle zrobiła. Nie nadawała się do tego zawodu. Po każdym spektaklu dręczyło ją całonocne rozpamiętywanie jego przebiegu. Przeżywała całe przedstawienie na nowo, dręcząc się licznymi niedoskonałościami. Usypiała dopiero nad ranem. Gdy ów koszmarny repertuar zaczął dominować, odeszła z teatru, wstąpiła do Wolnej Jaźni i zaczęła pracować jako dziennikarka w tygodniku tej partii. Zrozumiała wówczas, że praca ta bardziej jej odpowiada. Nie tyle dziennikarstwo, co samo pisanie. Uwielbiała tę przejmującą samotność podczas godzin spędzanych przy laptopie, ów wysiłek umysłowy, owo wewnętrzne skupienie.


Tu w Niemczech ukończyła za ciężko zarobione pieniądze trzy stopnie kursu językowego, kuła gramatykę, czytała niemieckie książki i czasopisma, ale udawało się jej jedynie opublikowanie od czasu do czasu jakiegoś artykułu w lokalnej gazecie. Były to marne grosze, więc dalej musiała zarabiać sprzątaniem.

8

Pewnego wieczoru, gdy — swoim zwyczajem — siedziała znużona na balkonie, zwątpiła, że te podejrzane typy kiedykolwiek się od niej odczepią. Pojęła, że dla niej inwigilacja jedno ma imię, zarówno polska jak i niemiecka. Tak. To z pewnością byli tutejsi agenci, a może nawet działający w podziemiu manipulatorzy. Uciekła z Polski, by schronić się przed nimi, a wpadła z deszczu pod rynnę.

Pomyślała, że prawdopodobnie od wczesnej młodości jakieś tajne służby miały na nią oko. Jej zdolności językowe już w szkole średniej ściągnęły na nią to przekleństwo. Zarówno nauczycielka rosyjskiego, wulgarna Rosjanka, którą nazywały sobaką, jak i francuskiego — śliczna Paryżanka — współpracowały chyba ze swoimi tajniakami i zwróciły na nią uwagę jako materiał na agentkę. Dlatego wciągnięto ją do zdemoralizowanego środowiska, usiłując uczynić z niej dziwkę.

Na pierwszym roku studiów w szkole aktorskiej zbuntowała się przeciw religijnym rodzicom, przeciw ich zakazom, nakazom i ascetycznemu stylowi życia. Paliła papierosy, piła alkohol, uprawiała pewne ezoteryczne praktyki, czytała „toksyczne” książki, słuchała takiej muzyki, interesowała ją taka sztuka. Wiodła niezbyt cnotliwe życie.

Szukała ratunku w kościele, lecz po każdej spowiedzi i postanowieniu poprawy znów wpadała w diabelską sieć. Z goryczą wspominała ten najgorszy w życiu okres. Wszystkie zainteresowania i dobre nawyki poszły w kąt. Przeżywała nieraz straszliwe stany psychiczne, lęk związany z wyrzutami sumienia z przeróżnych powodów i jeszcze gorsze cierpienia po krótkotrwałych przygodach i libacjach, którymi usiłowała zagłuszyć „ryki duszy”. Nie, to nie było życie, jakiego pragnęła. Po prostu nie była sobą. To było opętanie. Zachowywała się jak kukła poruszana czarcią mocą. Robiła rzeczy, których nie akceptowała.

Wychowała się w rodzinie, należącej do Kościoła Jedynego Boga powstałego z połączenia Kościołów protestanckich z katolickim i wszelkimi innymi odłamami chrześcijaństwa. W tamtych czasach należało to do rzadkości. Niektórzy byli agnostykami, inni buddystami, ateiści wyznawali przeróżne filozofie, jak na przykład antropozofia czy konfucjanizm, który rozpowszechnił się najszybciej. Większość należała do Kościoła Wiary Uniwersalnej. W okresie buntu przeciw rodzicom weszła kiedyś do jednego z kościołów tej wiary wyznającej istnienie „kosmicznej świadomości“, której cząstkę miał ponoć w sobie każdy człowiek i która to cząstka po jego śmierci łączyła się ze swą kosmiczną całością, co miało stanowić pełnię szczęścia. W Kościele tym stosowano wszelkie ezoteryczne praktyki, między innymi psychotronikę, biotronikę, feng shui, kabalistykę, numerologię, chirologię i Bóg jeden wie, co jeszcze. Chodziło o poznawanie odmiennych stanów świadomości, ich wyzwalanie i poszerzanie, w czym pomagały też różnego rodzaju narkotyki. Był to istotnie Kościół uniwersalny, gdyż gromadził wszystkich, niezależnie od preferencji seksualnych. Dopuszczał rozwody, aborcję, eutanazję, uznawał częściowo Talmud, Koran i Pismo święte, po swojemu je interpretując, odrzucając wszelkie zakazy i nakazy moralne. Jego wyznawcy uważali, że tylko za nich Chrystus umarł na krzyżu. I oczywiście siebie uznawali za „Wybranych”. Na Zachodzie Kościół ów wszedł już do podziemia, gdyż wszystkie te praktyki zostały zakazane jako związane z chorobami psychicznymi i plagą samobójstw, która przetrzebiła społeczeństwo. W Polsce jednak wciąż był przez państwo uznawany.

Po wejściu do kościoła Konfucja cofnęła się z przerażenia i szybko wyszła, gdyż rozlegały się tam różnego rodzaju niesamowite dźwięki, jakieś trzaski, piski, syki. Podążył za nią „pasterz” (tak nazywali się księża tego Kościoła) i zawołał:

— Dlaczego pani wyszła? Teraz nastąpi główna część naszego nabożeństwa!

— Weszłam tylko z ciekawości, ale nie zamierzam poddawać się waszym praktykom.

— Chce pani żyć w nieświadomości? — Pasterz wytrzeszczył na nią oczy z udanym zdziwieniem. — Nie chce pani poznać tajemnych sił, które nami rządzą i licznych możliwości ich wykorzystania? Nie chce pani nabyć zdolności nadzmysłowych, nadprzyrodzonych, jasnowidzenia, telepatii…

— A co to ma wspólnego z kosmiczną świadomością i szczęściem połączenia się z nią, które głosicie? — przerwała mu zniecierpliwiona.

— O, to nie jest takie proste. — Mężczyzna pokręcił głową. — Niełatwo jest to osiągnąć. Tacy niedowiarkowie jak pani nie osiągają tego stanu za życia, a po śmierci ich świadomość błąka się po ziemi, nie mogąc połączyć się z kosmiczną świadomością. Ale my takim zbłąkanym też pomagamy…

— Nie, nie — przerwała mu znowu — mnie to nie interesuje. Przepraszam, ja już muszę iść.

— Proszę poczekać! — Pasterz usiłował ją zatrzymać. — Dowie się pani, co posiała w swoim ogrodzie podświadomości. Pozna odmienne stany świadomości.

— Mnie to naprawdę zupełnie nie interesuje — rzekła zdecydowanie.

— Chwileczkę! — Mężczyzna chwycił ją za ramię. — Nie interesuje pani wzmocnienie afirmacji i przekazu? Ani energia astralna i doświadczenia poza ciałem?

— Proszę mnie zostawić w spokoju. — Skrzywiła się zniecierpliwiona.

Uwolniła ramię z uścisku i odeszła szybkim krokiem.


Na drugim roku studiów zmieniła się. Powróciła do zdyscyplinowanego trybu życia i dobrych nawyków, które wyniosła z rodzinnego domu. Nastąpiło to pod wpływem niezwykłego przeżycia:

Było już południe, gdy wybrała się na spacer do parku. W powietrzu unosił się zapach kwitnących akacji, ptaki nawoływały się świergotliwie, przyroda promieniała radością, ale ona była na dnie rozpaczy. Poszła do parku, by uśmierzyć ból, bo natura zawsze działała na nią kojąco. Tym razem jednak nie była w stanie jej pocieszyć. Całą noc tonęła we łzach. Jej ukochany przedawkował narkotyki, znaleziono go zbyt późno i nie zdołano uratować. Wciąż go prosiła, by przestał brać, ale on twierdził, że nad tym panuje i wszystko na to wskazywało. Jednak skończyło się tragicznie.

Cierpiała tak straszliwie, że po raz pierwszy zastanawiała się, czy nie ukoić bólu tabletką, jednak bała się, że jeśli raz spróbuje, to zacznie coraz częściej sięgać po narkotyki. Nie dała się też zaciągnąć przez kolegów i koleżanki na wódkę po pogrzebie.

Spacerowała bezmyślnie, oszołomiona bólem. W pewnym momencie przystanęła naprzeciw ulubionego ogromnego drzewa. Było bardzo oryginalne. Kiedyś znalazła w sieci informację, że pochodzi ono z Japonii i nazywa się Aralia. Gdy przyglądała się mu, jak zwykle z zachwytem, zadzierając do góry głowę, ujrzała nagle na jego szczycie, a właściwie nad nim, na tle błękitnego nieba przepiękną postać, ni to kobiecą, ni to męską, ni to dziecięcą. Było to tak cudowne zjawisko, że wyrwał się jej z ust okrzyk zachwytu i… postać znikła. Konfucja usiadła na ławce, gdyż ugięły się pod nią nogi. Nigdy dotąd nie widziała kogoś czy też czegoś tak pięknego. W jej sercu nie było śladu po przeżywanej jeszcze przed chwilą rozpaczy.

Przyszło jej na myśl, jak trafne było określenie piękna jako kształtu miłości przez Kamila Cypriana Norwida, z poezją którego niedawno zetknęła się na ćwiczeniach w szkole aktorskiej. W tym momencie zrozumiała na czym to polega, ponieważ oprócz zapierającego dech zachwytu odczuwała ogromną miłość, którą wzbudziło w niej to niepojęte piękno. Przepełniało ją uczucie wielkiej, oszałamiającej miłości. Czystej i abstrakcyjnej, nie związanej z żadnym obiektem. W uszach jej brzmiały dźwięki IX Symfonii Beethovena. Postanowiła, że uczyni wszystko, by znów ujrzeć ów cudowny kształt miłości.

Usiłowała sobie przypomnieć cudowną zjawę, ale nie była w stanie, choć widziała ją zaledwie przed chwilą. Po prostu wizja ta przekraczała możliwości jej wyobraźni. Czuła, że to jest Bóg. I właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu tak naprawdę uwierzyła w niego. Przekonało ją o tym owo niezwykłe uczucie miłości.

— Tak — wyszeptała — Bóg jest miłością.

Jednak z biegiem czasu zaczęła sceptycznie podchodzić do tej wizji i zastanawiać się, czy ktoś nie zaaplikował jej podstępnie jakiegoś narkotyku, który ją wywołał. Chcąc się upewnić, sięgnęła po książki o odmiennych stanach świadomości oraz o środkach jej wyzwalania i poszerzania. Jednak na podstawie lektury i własnych przemyśleń doszła do wniosku, że narkotyki poszerzają jaźń tylko na podświadomość, blokują natomiast dostęp do jej głębi, do której nie wpada nic o nikłym ciężarze gatunkowym, gdyż jest to skarbiec, wypełniony wyłącznie wartościowymi uczuciami, takimi jakie odkryła w swym wnętrzu podczas tej cudownej wizji.

Zerwała z dotychczasowym towarzystwem, zaczęła chodzić po muzeach, zwiedzać zabytki, słuchała wyłącznie muzyki klasycznej. Zainteresowała się dziełami wielkich mistyków. W ich przekazach znalazła rozpalające serce uczucie piękna, uczucie czy też poczucie, podobne do tego, jakie przeżyła podczas pamiętnego spaceru. Doświadczali oni smaku duchowego przychodzącego wraz z miłością. Doznania te pochodziły z rzeczywistości nieskończonej, nierozpoznawalnej i niewyobrażalnej.

Trudno jednak nie zauważyć — rozmyślała po tej lekturze — z jak wspaniałą architekturą, sztuką, muzyką i literaturą, z jakże pięknymi krajobrazami, stanowiącymi wszak swoiste odzwierciedlenie Bożej wyobraźni, mieli oni na co dzień kontakt.

Stwierdziła, że to wyobraźnia najmocniej kształtuje poznanie przekraczające zasięg umysłu, czerpiąc ożywcze soki w zasadzie ze świata widzialnego. Zdając sobie z tego sprawę, łatwiej było jej zrozumieć, co działo się z nią, gdy zatruta była obrazami zła, grozy, przemocy, wyuzdanego seksu. W zgłębianej wówczas lekturze znalazła obrazowe określenie tego, co się z nią poprzednio działo: „Diabeł liże swą ofiarę, zanim ją pożre.”

Można by rzec — myślała przerażona — liże duszę, podsuwając wyobraźni świat iluzji i fascynacji złem. Zostaje zerwany kontakt z otaczającą rzeczywistością, zaczyna się widzieć to, co dyskretnie zasugerował demon. Człowiek staje się wewnętrznie bierny, stąd krok do alkoholizmu, narkomanii, nawet samobójstwa w celu uwolnienia się od budzących lęk obrazów, niszczących serce jak zatrute powietrze, które wdychamy.

Przypomniała sobie, jak kiedyś oglądała w telewizji reportaż z balu nowojorskich homoseksualistów, ukazujący niewyobrażalne wprost orgie seksualne. Pomyślała, że wielu z nich nie urodziło się gejami, lecz stanowiło ofiary atakujących ich pornograficznych obrazów ukazujących kobiecość „w całej krasie”, narzucając im pragnienie bycia kobietą. Patrzyła na nich właściwie ze współczuciem, nie przyszło jej do głowy, że może to mieć jakiś negatywny wpływ na jej duszę. A jednak tej nocy obudziła się z uczuciem straszliwego lęku, czując przez moment obok siebie, wręcz namacalnie, obecność złego ducha.

Zrozumiała, że kryzys obrazowania religijnego stawiał pod znakiem zapytania wszelką sztukę, muzykę i literaturę, do których triumfalnie wtargnęły demony, wkraczając równocześnie do kultury masowej. Z przerażeniem stwierdziła, że wielu z jej ulubionych artystów miało skażoną wyobraźnię i miast dążyć do jej oczyszczenia u psychoterapeutów zatruwało z kolei dusze odbiorców ich twórczości, zniekształcając rzeczywistość i blokując dostęp do transcendencji.

Przez całe wieki najwyższe pragnienie artystów stanowiło łączenie piękna, dobra i prawdy. „W sztuce chodzi o piękno, czyli formę, o prawdę, czyli treść i koronę tych obu, dobro” — określił to lapidarnie Cyprian Kamil Norwid. Jednakże już w dwudziestym wieku wielu artystów zwątpiło i zakwestionowało ten układ wartości, co z biegiem czasu stało się dość powszechne, a ona dała się na to nabrać. Szukano przeciwieństw tych idei, które w swej nieskończonej mocy są cechami samego Boga. Piękno zastąpiono blichtrem i brzydotą, prawdę fałszem, dobro — złem, okrucieństwem, wyuzdaniem.

Teraz wiem — doznała olśnienia — dlaczego nigdy dotąd nie dane mi było przeżywanie tak pięknych doznań, jakich dostarczyła mi wizja w parku. Toksyczna literatura, muzyka i sztuka zatrzymywały mnie na obrzeżach człowieczeństwa, zaśmiecając świadomość i hamując dostęp do głębi duszy, a za jej pośrednictwem do transcendencji.

Wciąż jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego przeżyła mistyczną wizję w chwili skrajnej rozpaczy. Wyjaśnienie znalazła wiele lat później w książce matki amerykańskiego kochanka Toma, która obszernie opisała mechanizm związku świadomości z transcendencją, a zwłaszcza strukturę i sens cierpienia, jego oczyszczającą moc, jeśli pokona się je o własnych siłach, bez uciekania się do uśmierzających środków. Ten fragment książki stał się dla Konfucji objawieniem. Iluminacją, która towarzyszyła jej przez całe życie, pomagając znosić nieszczęścia, jakich jej los nie szczędził.

9

Rozmyślała o tym, leżąc w łóżku, przewracając się z boku na bok i nie mogąc usnąć.

Nagle zerwała się na równe nogi, gdyż poraziła ją straszliwa myśl.

— Jezu Chryste! — krzyknęła i zaczęła chodzić tam i z powrotem po sypialni.

Boże, to są jakieś potwory, które porywają takie samotne jak ja osoby Bóg wie dokąd, myślała spanikowana. Może rzeczywiście na inną planetę, na tę jakąś Hathor? A tam? Licho wie, jak tam jest. Wątpię, że znalazłabym na niej „To”.

— Ale ja się nie dam! — wrzeszczała jak opętana. — Nie, nie. To nie jest takie proste. Najlepszy dowód, że jak dotąd nic nie wskórali.

Wypiła szklankę mleka i uspokoiwszy się, położyła się z powrotem. Nie mogła dłużej znosić tej inwigilacji. Postanowiła wynieść się stamtąd do jakiegoś odległego miasta, jak najdalej.

Ale… czy oni mnie nie znajdą, myślała stroskana. Posunęli się już zbyt daleko. Za dużo mi powiedzieli. Ta suka zbyt otwarcie ze mną rozmawiała, bo była pewna, że nie mam innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na ich propozycję. Wobec irracjonalnego, w ich pojęciu, uporu obawiają się moich kontaktów ze znajomymi, z prasą.

Zaczęła się zastanawiać, gdzie mogłaby się schronić. Właściwie istniała tylko jedna możliwość.

Nagle usłyszała w myślach ów dobrze znany, prześladujący ją męski głos:

— Nie myśl, że uda ci się przede mną uciec. Od lat piję twoją krew, odżywiam się tak jak ty, znam każdy twój krok, każdą twą myśl, znam na pamięć twoje wiersze. Po prostu jestem w twoim mózgu, w twoim ciele, w twojej duszy. Dlaczego nie chcesz…

Przerwała mu w pół zdania, zatykając uszy. Nie chciała go słuchać i w gruncie rzeczy nie wierzyła w to, co nadawał do jej mózgu. Znała to z Polski. Manipulatorzy często posługiwali się telepatią. Czyli było tak, jak przypuszczała. Jednemu ze znajomych Hildy udało się wtargnąć do jej świadomości. Najbardziej zaniepokoiło ją to „picie krwi”, gdyż domowa lekarka kazała jej regularnie oddawać krew do badania, twierdząc, że ma za mało hemoglobiny. Ale gdy Konfucja spytała, czy nie powinna zażywać żelaza albo jakichś innych tabletek, usłyszała, że nie ma takiej potrzeby.

Istnieje tylko jedno rozwiązanie– kontynuowała ponure rozważania. — Przenieść się z Monafeld na południe Niemiec do wioski Wolfsheim i zamieszkać w pobliżu polskiej wspólnoty religijnej stanowiącej jeden z domów działającej w Europie Wspólnoty Ducha Miłości.

Jeździła czasami do tej odległej miejscowości, by pobyć wśród rodaków. Zaprzyjaźniła się tam z pewną rodziną mieszkającą obok Wspólnoty i uczestniczącą w jej nabożeństwach. Ojciec rodziny Michał Kowal był lekarzem, jego żona Magda polonistką. Urodziła pięcioro dzieci wyjątkowej urody. Najstarsza córka Edytka miała siedemnaście wiosen, a najmłodszy Mariusz jeszcze raczkował. Sami rodzice też byli urodziwi. On — rosły blondyn z długimi włosami — przypominał wyglądem archanioła Michała, którego obraz wisiał we wspólnotowej kaplicy. Zaś jego żona, z pochodzenia Żydówka, wiotka i smukła jak topola, mimo pięciu porodów, była typem południowej piękności z długimi, czarnymi włosami i oczami. Michał pracował w szpitalu w pobliskim miasteczku Binden, dzięki czemu stać ich było na zakup pokaźnego domu. Magda zajmowała się dziećmi, a w wolnych chwilach pisała książkę. Konfucja bardzo ją polubiła.

Kiedy ich poznała, kobieta zaraz na wstępie przedstawiła jej całą swą gromadkę, po czym z przejęciem wyjaśniła genezę imion dwojga dzieci, ponieważ miały dla niej szczególne znaczenie.

— Edytka dostała imię na cześć patronki Europy, świętej Teresy Benedykty od Krzyża, Żydówki Edyty Stein — wyjaśniła. — Słyszałaś coś o niej, Konfucjo?

— Nie — pokręciła przecząco głową. — Nic o niej nie wiem.

— Nigdy nie zwiedzałaś katedry w Speyer? — zdziwiła się Magda.

— Zamierzam się tam wybrać — zapewniła.

— „Kto szuka prawdy, ten Boga szuka, niezależnie od tego, czy zdaje sobie z tego sprawę” — zacytowała jej nowa przyjaciółka. — Te właśnie słowa Edyty Stein wyryto tam w katedrze. Jakie to mądre, prawda? — spytała, patrząc jej w oczy.

— Hm… Prawda… — powtórzyła Konfucja w zamyśleniu. — Prawda nie sączy oliwy do ran — zacytowała z kolei ona. — Znasz to?

— Nie?

— To wiersz świętego papieża Jana Pawła II, znaczy — Karola Wojtyły, bo kiedy go napisał nie był jeszcze papieżem — wyjaśniła.

— Czytam nieraz jego poezję — rzekła Magda — ale tego wiersza nie przypominam sobie.

— Nosi tytuł „Ewangelia“. Znam go na pamięć. Posłuchaj:

Prawda nie sączy oliwy do ran, by nadto nie piekły,

nie wsadza na osła, którego się potem ulicami wodzi —

prawda musi boleć i kryć się.

Napinają się w mózgu konstrukcje, kiedy coś się nachyla jak

gmach

wybudowany w ludziach — wszyscy myślą, jak wyprostować

nie fronton, lecz grunt głęboki, bo właśnie ten się opiera jak

fala łodzi.

Prawda dźwiga człowieka

Kidy człowiek nie dźwignie siebie

gmach zbudowany ciśnie podwójnym zaprawdę ciężarem,

który wszyscy w sobie znajdujemy jak tajemniczy ekstrakt —

obiegając zdumione ulice, po których obwodzi się osła

(coraz mniej w tych ulicach prawdy? czy coraz więcej?),

patrzymy spokojnie przed siebie, nie dosięga nas przestrach.

— Ach, oczywiście, znam go. Teraz sobie przypomniałam… Wracając do Edyty Stein — wyobraź sobie, że ta niezwykła kobieta z własnej woli przyjęła śmierć w oświęcimskim krematorium, chociaż jako katolicka zakonnica miała możliwość emigracji do Stanów, by się uratować. Stwierdziła jednak, że nie wyobraża sobie, by mogła nie podzielić losu Żydów z powodu zmiany wyznania. Uważała, że będąc „poślubioną Bogu w znaku krzyża”, nie może odrzucać krzyża włożonego na naród żydowski. „Ci, którzy to rozumieją, muszą go wziąć na siebie w imieniu wszystkich” — pisała tuż przed śmiercią. Kiedy przeczytałam te słowa, rozpłakałam się nad jej losem.

— Tak, to wstrząsające — potwierdziła Konfucja. — Jednak trudno mi zaakceptować taką postawę. Komu potrzebna była jej śmierć? Nie wierzę, że takie akty desperacji podobają się Bogu.

— Ty tego nie rozumiesz, bo nie jesteś Żydówką — zaoponowała Magda.

— Kto to wie? — wzruszyła ramionami. — Wielu Polaków ma żydowskie korzenie, nawet paradoksalnie niektórzy antysemici. Dziś nikt już nie wie, kto się kiedyś przechrzcił i wyparł żydowskiej tożsamości.

— No tak, ale to nie to samo, co znać swoje korzenie i mieć poczucie przynależności genetycznej… Wiesz, kiedy tak rozmyślałam o Edycie Stein, a byłam akurat w ciąży z Edytką, ujrzałam głębię jej wielkiego serca. Zrozumiałam, jak mało ważne jest doczesne cierpienie, a nawet śmierć, wobec wiecznej Prawdy, którą ta święta znalazła w męczeńskiej śmierci, nie tylko dla siebie, lecz i dla mnie… I dla wielu innych, w tym dla mojej córeczki — mówiła z egzaltacją.

— Wybacz, Madziu — rzekła Konfucja zdecydowanie — ale mnie nie przekonasz. — Jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku panował w Kościele katolickim kult męczenników, ale w dzisiejszym Kościele Jedynego Boga uznaje się dobrowolną śmierć męczeńską za zbędną. A te wszystkie dawne objawienia, stygmaty i tym podobne zjawiska za paranormalne.

— Tylko niektórzy teolodzy tak uważają — upierała się Magda — inni uznają nadprzyrodzoność, świętość tych zjawisk. Właśnie dzięki tym wszystkim męczennikom, takim na przykład jak ksiądz Jerzy Popiełuszko, dziś nie musimy umierać dla idei, możemy swobodnie je propagować.

— Ależ to zupełnie co innego być zamordowanym jak Popiełuszko i inni ginący w walce o słuszną sprawę, a co innego tak jak Edyta Stein — usiłowała ją przekonać. — Dla mnie to był akt rozpaczy, załamanie psychiczne.

— Może masz trochę racji — zawahała się Magda — bo przed wstąpieniem do klasztoru była nieprzytomnie zakochana w pewnym polskim filozofie. Bez wzajemności.

— No widzisz — zatryumfowała.

— Ty wiesz swoje, ja wiem swoje — upierała się Żydówka. — Nie sprzeczajmy się… Chcę ci jeszcze opowiedzieć, dlaczego dla naszego brzdąca wybrałam imię Mariusz. Kiedy z nim byłam w ciąży… Wiesz, że jestem polonistką?

— Tak, tak — kiwnęła głową.

— Więc kiedy byłam z Mariuszkiem w ciąży, studiowałam w sieci dwudziestowiecznych poetów i natknęłam się na zupełnie nieznanego mistyka, którego religijne wiersze zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nazywał się Mariusz Milski. Spędził cały rok w więzieniu z powodu udziału w wydarzeniach roku 1968. Wiesz, co się wtedy w Polsce działo?

— Oczywiście, pamiętam z lekcji historii — potwierdziła poważnie.

— Moi przodkowie wyemigrowali wówczas do Niemiec. Do Polski powrócił dopiero mój pradziad. Właśnie studiując te smutne wydarzenia, natknęłam się na wzmiankę, że Mariusz Milski brał w nich udział. I w ten sposób nieco więcej dowiedziałam się o nim, bo wiersze znalazłam bez żadnej notki biograficznej. Straszny chaos panuje w sieci.


Konfucja utrzymywała z Magdą stały kontakt.

Tak, tam znowu mogłabym być Polką i nie narażać się na kontakty z jakimiś dziwnymi Niemcami — myślała, planując przeprowadzkę do Wolfsheim.

Boże, jak ja się ich boję! — Skurczyła się ze strachu. Ten ich język wypiera mi z mózgu polskie słowa, niszcząc moją duszę. Oni chcą ją zastąpić niemiecką. Muszę jak najszybciej stąd uciec. Tam już nie będę miała z nimi nic wspólnego. Nie będę szukała żadnej pracy, tylko żyła z zasiłku socjalnego i pisała do pisma Polskiej Misji Chrześcijańskiej. Stamtąd spróbuję nawiązać kontakt z Pawłem.


W najbliższy weekend udała się do Wolfsheim. Magda obiecała jej znaleźć mieszkanie w ich wiosce. Już po tygodniu zawiadomiła ją, że ma dla niej dwupokojowe lokum parę kroków od Wspólnoty. Kiedy jednak Konfucja znalazła się na miejscu, właściciel — staruszek mówiący takim dialektem, że z trudem go rozumiała — zaczął się wycofywać, twierdząc, że ona musi wszystko załatwić z jego synem mieszkającym wraz z rodziną w pobliskim miasteczku. A ten zniechęcał ją do wynajęcia mieszkania. Wyglądało na to, że znajomi Hildy znali już jej plan i interweniowali, usiłując uniemożliwić jej ucieczkę. Jednak ona uparła się. W końcu udało się jej przeprowadzić, a właściwie zbiec, gdyż wiedziała, że „oni” zrobią wszystko, by ją zatrzymać. Nie było to łatwe, znali każdy jej krok, ale się udało. Natychmiast wysłała list do Pawła i co dzień z drżeniem serca zaglądała do skrzynki na listy.

10

We Wspólnocie panowała żałoba. Zmarł pasterz polskiego domu, ksiądz Jerzy Parnicki, który zajmował się bardziej polityką niż duszpasterstwem, lecz czynił to w najczystszych intencjach. Utrzymywał kontakty ze środowiskami polonijnymi i organizacjami politycznymi powstającymi wśród najnowszej fali emigracyjnej w Niemczech i za granicą, a także z instytucjami, ruchami i organizacjami niemieckimi walczącymi z działającymi w podziemiu manipulatorami. Uważał, że należy zawczasu przygotować porządek, który nastanie po całkowitym uwolnieniu świata od Unii Globalnej Świadomości. Sam wytrwale przygotowywał ów nowy ład, organizując i prowadząc sympozja poświęcone temu celowi.

Oczywiście, zajmował się też duszpasterstwem. Prowadził rekolekcje w polskich parafiach w Niemczech oraz w innych krajach zachodniej Europy, a wioska, w której działała Wspólnota, stała się miejscem spotkań Polaków z całego świata. Przyjeżdżali tu ze wszystkich środowisk emigracyjnych, począwszy od Francji, Anglii i Szwecji, a skończywszy na Australii. Spotykali się nie tylko ze względów politycznych, lecz również dla przeżycia duchowej odnowy.

Działalność duszpasterska pozyskała księdzu Parnickiemu szeroki krąg nawróconych wyznawców Chrystusa, którzy dzięki temu doznali ulgi w wygnańczej niedoli. Zaś aktywność polityczna przysporzyła mu wielu, niekoniecznie religijnych, zwolenników wśród wrogów Unii Globalnej Świadomości, a także wśród Niemców zwalczających konspiracyjne unijne siatki. Z drugiej jednak strony mało kto wzbudzał tak wiele nienawiści. Mało kto stanowił przedmiot tak obrzydliwych szykan ze strony zakamuflowanych manipulatorów.

Tymczasem ksiądz był wobec wrogów bezbronny, jako że wyznawał ewangeliczną zasadę zwyciężania zła dobrem. Głosił zwalczanie nienawiści bez nienawiści. Dopuszczał do Wspólnoty nawet najgorszych przeciwników, dając im szansę nawrócenia. Nie bronił się przed podstępem i szykanami. Był człowiekiem łatwowiernym, z czego skorzystała pewna podejrzana para, małżeństwo Ilony i Macieja Okulskich, które wkradło się w jego łaski. Ilona parzyła księdzu jego ulubioną owocową herbatkę i pilnowała przyjmowania przez niego leków.

Jedna z członkiń wspólnoty, siostra Faustyna, podsłuchała przypadkowo rozmowę tej pary łajdaków w drodze do kaplicy:

— O kurwa, znowu te cholerne modły! Dłużej tego nie zniosę! — skarżyła się mężowi Ilona.

— Musimy jeszcze trochę wytrzymać — uspokajał ją mężczyzna. — Trzeba jeszcze opanować świadomość tych kilku opornych, świętojebliwych bab, a potem wykończymy starego. Nie martw się, to nie potrwa długo.

Gdy Faustyna ostrzegła przed nimi księdza, nie uwierzył.

— Oj, Faustynko, coś mi się zdaje, że jesteś o Ilonkę zazdrosna — pokręcił z dezaprobatą głową. — To nieładnie. Musiałaś się przesłyszeć. Sama mówisz, że rozmawiali szeptem. Jak mogło ci przyjść do głowy coś takiego — wzruszył ramionami. — Ilonka? Dałbym sobie za nią rękę odciąć. To prawdziwa święta!

Siostra Faustyna podzieliła się tą wiadomością z kilkoma członkiniami Wspólnoty, jednak żadna jej nie uwierzyła. W końcu sama doszła do wniosku, że coś się jej przesłyszało. A jednak nazajutrz po śmierci księdza małżeństwo znikło bez śladu. Wkrótce po tym, jak Konfucja wprowadziła się do wioski, we Wspólnocie gruchnęła wiadomość, że Okulscy byli unijnymi agentami poszukiwanymi przez niemiecką tajną policję, lecz okazało się, że są już w Polsce. Dokonano ekshumacji zwłok księdza Parnickiego i stwierdzono, że został otruty.

Konfucja wpadła w popłoch. Wprawdzie młody ksiądz Antoni, niepozorny człowieczek z odstającymi uszami, który objął kierownictwo Wspólnoty po śmierci jej założyciela, zaniechał antyunijnej działalności i kontaktów politycznych, jednak wciąż przewijało się tam mnóstwo podejrzanych osób. Obawiała się, że są wśród nich inwigilatorzy, a może i manipulatorzy.

Starała się jednak nie myśleć o tym, gdyż czuła się tam doskonale. Już sam fakt przebywania wśród rodaków, modlenia się i rozmawiania po polsku napawał ją szczęściem. Wyśpiewywanie na całe gardło polskich pieśni religijnych budziło w niej wspomnienia z dzieciństwa. Gdy po raz pierwszy znalazła się w pięknej kaplicy, w której królował obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, usłyszała nagle w głębi serca dawno zapomniane słowa:

Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja! Twego Syna Gospodzina, Matko zwolena, Maryja, Ziści nam, spuści nam. Kyrie eleison. Twego dziela Krzciciela Bożyce, Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze. Słysz modlitwę jąż nosimy. A dać raczy, Jegoż prosimy. A na świecie zbożny pobyt, Po żywocie rajski przebyt. Kyrie eleison…”.

„Pierwszy zabytek polskiego piśmiennictwa” — pomyślała ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem, gdyż bardzo tęskniła za ojczyzną. „Uczyłam się go na pamięć w szkole. Nawet manipulatorzy nie byli w stanie usunąć go z podręczników”.

Nigdy i nigdzie nie potrafiła tak gorliwie się modlić jak w tej kaplicy. Tutaj zrozumiała, dlaczego jej prośby nie były wysłuchiwane. Pojęła to dzięki świadectwu jednej z członkiń domu Wspólnoty w Camparmo we Włoszech goszczącej przez parę dni w Wolfsheimie. Była to korpulentna starsza kobieta o wyglądzie typowej Włoszki. Konfucja z zapartym tchem wysłuchała jej opowieści, jak to wspólnie z umierającym mężem doszła do zrozumienia, dlaczego na nic się zdały ich ofiary i modlitwy. Wszystko to było im potrzebne, by dopiero na końcu tej drogi odczuć przemożną łaskę pogodzenia się z Bożą wolą, łaskę zrozumienia, że jego wielki plan nie pokrywa się z ich ziemskimi pragnieniami. Twierdziła, że cierpienie połączyło ją z męką Chrystusa i zaowocowało spokojem duszy w chwili śmierci męża. Zrozumieli wspólnie, że ich zaślepienie w miłości i szczęściu stanowiło domek z kart, który Bóg musiał zburzyć, by uświadomili sobie prawdziwy sens istnienia.

Zastanawiając się nad działaniem modlitwy, odkryła przyczynę utraty zdolności modlenia się w Niemczech. W Monafeld chodziła do niemieckiego kościoła, co spowodowało, że zaniechała odmawiania polskiego pacierza. Ponownie zaczęła się modlić dopiero wtedy, gdy zetknęła się z polską mową w Wolfsheimie. Zrozumiała, że Bóg jest dla niej zawsze obecny, ale ona musi uczynić się obecną dla niego w sposób świadomy właśnie poprzez modlitwę, która czyni obiektywnie realną więź z Panem subiektywnie świadomą. A było to możliwe tylko w mowie ojczystej, która — jak to określił Goethe — jest „mową serca”. Czuła, że zwracając się do Boga po polsku, pomaga ujawnić się swojej prawdziwej osobowości i tożsamości.

Pogodziła się z tym, że los rzucił ją do Niemiec. Widocznie taka była wola Boża. Nie oznaczało to jednak wyzbycia się nadziei powrotu do ojczyzny i modlitwy o to. Pamiętała z lekcji religii, że Chrystus powiedział: Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Zdawała sobie wszakże sprawę, że to długa i trudna droga, wymagająca ufności, cierpliwości, współpracy z Bogiem i całkowitego zdania się na jego mądrość i plan, który być może przewiduje dla niej coś innego niż to, o co prosi. Wierzyła jednak, że Polska w końcu uwolni się od Unii Globalnej Świadomości, a ona odzyska możliwość powrotu do ojczyzny.

Wprawdzie emocjonowała się działalnością księdza Parnickiego skierowaną przeciwko Unii, jednak przede wszystkim dała się porwać duchowi miłości, który królował nie tylko w modlitwach i nabożeństwach, lecz także w postawie sióstr i księży.

Jednak w miarę zapoznawania się z charyzmatem Wspólnoty, poczuła się jak w średniowieczu. Przeżyła szok. Wspólnota należała do Kościoła Jedynego Boga, ale wyznawała katolicki fundamentalizm. Konfucji trudno było zrozumieć, jak można potępiać w czambuł na przykład rozwody, antykoncepcję, metodę in vitro, jak można traktować Pismo Święte jako Słowo Boże, które należy rozumieć dosłownie, skoro uczyła się na lekcjach religii, że napisali je ludzie na podstawie ustnych, niedokładnych przekazów. Cała teologia służyła jego interpretacji zmieniającej się wraz z postępem cywilizacyjnym. Ze zdumieniem stwierdziła, że ksiądz Antoni wiele godzin spędza w konfesjonale, podobnie jak to było w Kościele katolickim, podczas gdy w Kościele Jedynego Boga dawno z tego zrezygnowano. W opanowanym przez manipulatorów świecie trudno było przypisywać ludziom wolną wolę i obciążać ich odpowiedzialnością za grzechy.

Utkwiło jej w pamięci spotkanie z pewnym Jezuitą, który twierdził, że w kościele Jedynego Boga istnieją fundamentalistyczne sekty. Nie wierzyła w to, co mówił. Teraz jednak stwierdziła z niepokojem, że Wspólnota w Wolfsheimie stanowi jedną z nich. Pocieszała się, że nie jest wszakże jej członkinią, więc nie musi się obawiać psychicznego uzależnienia. Uczestniczyła jedynie we wspaniałych nabożeństwach, co dostarczało jej bogatych przeżyć duchowych. I to było dla niej najważniejsze.

Czuła się w tej wsi jak nowonarodzona. Cieszyła się, że nareszcie udało się jej uwolnienie od dręczącej ją dotąd inwigilacji. Rozkoszowała się wiejską sielanką. Teraz oprócz joggingu odbywała długie spacery po lesie. Podziwiała też piękne, nowoczesne wille, ciągnące się wzdłuż ulic znajdujących się w jego pobliżu. Dziwiło ją tylko, że były otoczone zapuszczonymi ogrodami i sprawiały wrażenie niezamieszkałych. Cała wieś wyglądała na opuszczoną. Nie było w niej żadnych gospodarstw, jedynie Wspólnota mieściła się na terenie dawnego dużego majątku ziemskiego. Zaadaptowano na jej potrzeby obszerny dom i inne budynki gospodarskie, dobudowano wspaniałą kaplicę i barak z pokojami dla gości.


Mieszkała w starym, rozpadającym się domu, którego właściciel miał już chyba ze sto lat. W sąsiednich skromnych budynkach mieszkały same samotne staruszki, które — podobnie jak jej gospodarz — mówiły niezrozumiałym dla niej dialektem, ale nie przeszkadzało jej to, bo nie utrzymywała z nimi bliższych kontaktów. Najlepiej czuła się w samotności, pisząc wiersze oddające stan jej ducha.

*

Pewnego razu, po powrocie z porannego spaceru w lesie, znalazła w skrzynce pocztowej list od… Irona. Serce radośnie zakołatało w jej piersi. Szybko rozerwała kopertę i… omal nie zemdlała, rejestrując pierwsze słowa:

Biedna idiotko! Cóż Ty sobie wyobrażasz?

Nie czytała dalej. Włożyła list z powrotem do koperty. Trzymając go w ręku, z trudem łapała powietrze, kiedy na sztywnych nogach wchodziła po schodach do mieszkania. Gdy znalazła się na górze, weszła do łazienki, wyjęła z kieszeni zapalniczkę i podpaliła list w muszli klozetowej; patrząc, jak cała jej nadzieja zamienia się w popiół. Spuściła wodę. Usiadła na sedesie i skamieniała z rozpaczy.

A ja mu wierzyłam, że przeniesie się do Niemiec i ożeni ze mną. Co dalej? — myślała zgnębiona. Nie mam już po co żyć.

Niesamowity ból ścisnął jej gardło, po czym zaczęła przeraźliwie szlochać. Poczuła ogromny żal do Boga. „Dlaczego mi to zrobiłeś, dlaczego znowu? Dlaczego nie chcesz dopuścić do tego, by ktoś mnie pokochał?”.

— Mój Boże, wybacz — wyszeptała, wypłakawszy cały swój żal. — Wiem, że to nie Ty. Ty nie masz z tym nic wspólnego. Ale dlaczego ten przeklęty diabeł tak mnie przez całe życie prześladuje? Przecież jesteś od niego silniejszy.

Wyszła z toalety i sięgnęła po pockettopa. Zaczęła powoli pisać, a łzy spływały jej po policzkach.

Rozpacz

Światełko ledwo tlące

nikłe i mdłe

zbiera się na wymioty

i wszędzie źle

potwory złe humory

wapory iglaste

złowrogi szept

łokcie szpiczaste

wybrzeża złości

bez władzy w nogach

z bulgotem w sercu

paroksyzm rozpaczy

mroczny krąg

piekielnych mąk.


Ciernie wbite w stopy

obce myśli w mózgu

tkwiące w nim jak strzała

dudniące jak echo w studni.


Gwiazdy spadające

dusza oszalała

niepotrzebny nikomu

dramat pomyłkowego istnienia

kaprys przeznaczenia.

Schowała notes z powrotem do torebki i położyła się na wersalce. Napisanie wiersza przyniosło jej wprawdzie ulgę, jednak w jej myślach pojawił się protest.

Łatwo mówić księżom w kazaniach o pożytkach z cierpienia, kiedy pokornie niesie się swój krzyż, ale trudniej pogodzić się z tym człowiekowi znajdującemu się na dnie rozpaczy. Po co Bogu potrzebne moje cierpienie? Po co mu cierpienia bezrobotnych, chorych psychicznie, samobójców? No nie, coś tu jest nie tak. On… albo nas nie kocha, albo nie jest wszechmocny. Jak on mógł skazać jedynego syna na śmierć krzyżową?

Przypomniała sobie, że znawca buddyzmu Zen, Japończyk Suzuki, rzucił w twarz chrześcijanom pytanie: Dlaczego czcicie cierpienie? Dlaczego czcicie trupa? Dlaczego w waszych kościołach rozpięty jest na krzyżu męczennik? Spójrzcie na naszego Buddę — jest pogodny, uśmiechnięty.

Zaczęła chodzić po pokoju, opanowana wątpliwościami. W końcu zatrzymała się przed barkiem, wlała do kieliszka nieco koniaku i z powrotem ułożyła się wygodnie na wersalce.

Nagle stanął jej przed oczami obraz wielkiego mistyka, św. Jana od Krzyża. Przedstawiał on krzyż z Jezusem w niezwykłej perspektywie — widziany od góry, tak jakby Bóg patrzył na świat przez krzyż swego syna, czyli przez swój własny krzyż, bo przecież Chrystus był wcielonym Bogiem. On sam wisiał umęczony na krzyżu i z niego spoglądał na ludzkie cierpienie. Zrozumiała w tym momencie, że Bóg patrzy z innej perspektywy niż człowiek.

On widzi nasze cierpienie, pomyślała. Widzi. Widzi ogrom niegodziwości, ogrom krwi, widzi nasze klęski, ból i śmierć. Jednak poprzez Chrystusa wziął na siebie człowieczy los, który stał się jego losem. Przecież to dzięki niemu udało się ludzkości pokonać wszystkie niemal choroby, zlikwidować broń jądrową, wyeliminować większość katastrof… Największe cierpienia zadają sobie ludzie sami. Zrobiła się wokół nas pustka, zostaliśmy wtrąceni w otchłań samotności, nie potrafimy się ze sobą komunikować, nie potrafimy współczuć. Straciliśmy kontrolę nad własnym życiem. Za wszelką cenę szukamy ucieczki od cierpienia w alkoholu, narkotykach, rozwiązłości. Bez tego Unia Globalnej Świadomości nie miałaby szansy, nigdy by nie opanowała całego niemal świata, doprowadzając ludzkość do kompletnej degrengolady.

Nagle zerwała się na równe nogi, porażona wizją, jaka stanęła jej przed oczami. Zobaczyła Irona siedzącego naprzeciw Pierwszego Animatora w jego gabinecie.

— Panie Ironie — odezwał się Animator — musi pan ją teraz obcesowo potraktować, żeby odechciało się jej powrotu do Polski. Ona zna wszystkich naszych ludzi inwigilujących Wolną Jaźń. Z pewnością wiedziała, kim są. Przecież wielu z nas zniszczyła. Dzięki niej ten oszołom wygrał wybory na przewodniczącego śląskiego oddziału, eliminując naszego człowieka. Teraz, kiedy obejmiecie władzę, mogłaby was zdekonspirować. Ona jest niebezpieczna.

— Nie jest tak źle — zbagatelizował obawy animatora Iron. — Tam mamy naszego księdza, który ją załatwi — zachichotał złośliwie.

11

Dni upływały jej na rozmyślaniach, podczas których sięgała w głąb duszy i poznawała swoją prawdziwą osobowość, jakże różną od ukazywanej na zewnątrz, ukształtowanej w znacznej mierze przez innych. Odkryła, że myśli o poważnym ciężarze gatunkowym zapadają w świadomość tak głęboko, iż wydobycie ich na zewnątrz wymaga samotności i skupienia.

Nawet nie przeczuwałam, że takie bogactwo kryje się gdzieś tam w czeluściach wnętrza — stwierdziła ze zdziwieniem. Wielu umiera, nie zdając sobie z tego sprawy. A może właśnie na łożu śmierci poznajemy tę prawdę?

Nieraz zastanawiała się, co święty Paweł miał na myśli, w Pierwszym Liście do Koryntian, pisząc: Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata.

Teraz zrozumiała sens tych słów. Przecież wszelkie formy naszej egzystencji tak czy inaczej przeminą, myślała. Nie mają zbyt wielkiego znaczenia. Zarówno chwile szczęścia, jak i rozpaczy są niczym, wobec tego, co będzie trwało wiecznie. A zatem i ci, którzy płaczą, i ci, którzy się cieszą, winni zdawać sobie sprawę, że żaden z tych stanów nie jest ostateczny. Jakkolwiek ważne jest ziemskie szczęście, zwłaszcza wszelkie formy, w jakich wyraża się miłość, to jednak wszystko to przeminie, a pozostanie jedynie ona sama.

Tę tylko formę miłości teraz uznawała. Nie chciała już słyszeć o żadnym mężczyźnie. Dlatego też cieszyła się, że związała się ze Wspólnotą Ducha Miłości, chociaż nie wszystko w niej akceptowała.

Nieustanne miłosne zawody, zwłaszcza odtrącenie przez Irona, doprowadziły do tego, że nie była w stanie uwierzyć, iż ktoś mógłby ją pokochać. Nie pragnęła już owej „patologicznej namiętności zmysłowej”, jak Kant określił miłość erotyczną. Nie chciała już więcej seksu. Pragnęła żyć wyłącznie dla Boga, gdyż tylko on mógł zaspokoić jej pragnienie miłości.

W pogodzeniu się z losem, w rezygnacji z wszelkich dotychczasowych pragnień i ambicji najbardziej pomogła jej nabyta we Wspólnocie książeczka. Była ona przeznaczona dla średniowiecznych mnichów i nosiła tytuł „O naśladowaniu Chrystusa“. Stanowiła credo katolickich fundamentalistów. Gdy ogarniał ją smutek, brała do rąk to dziełko i czytała rozdział „Prawdziwej pociechy należy szukać w samym tylko Bogu“:

Dlatego, duszo moja, nie gdzie indziej znajdziesz całkowite pocieszenie i doskonałą ochłodę, jak tylko w Bogu, który sam jest pocieszycielem ubogich i opiekunem pokornychMarna i krótka jest wszelka pociecha ludzka.

Bez reszty oddała się modlitwie i medytacji. Napisała o niej artykuł do pisma Polskiej Misji Chrześcijańskiej i otrzymała za niego dość wysokie honorarium wraz z listem pochwalnym od księdza redaktora. Usiłowała porozumieć się z rodziną, ale i tutaj jej pockettop odmawiał posłuszeństwa. Wysłała więc do bliskich mnóstwo listów i z drżeniem serca codziennie sprawdzała skrzynkę pocztową.


*


Wkrótce jednak przeżyła rozczarowanie. Nie dane było jej zaznać upragnionego spokoju ducha. Odkryła ze zgrozą, że ów duch miłości, który uwiódł ją we Wspólnocie podczas weekendowych pobytów, ulatniał się w ciągu tygodnia. Gdy przebywali w niej ściągający tu tłumnie goście, spożywano skromne posiłki, panowała ciepła, serdeczna atmosfera, wszystkich ogarniał Duch Miłości. Ludzie obejmowali się podczas nabożeństw, radośnie śpiewali, tańczyli, klaszcząc w dłonie. Ci rozmodleni, rozanieleni i uduchowieni członkowie Wspólnoty, gdy znajdowali się tylko w swoim gronie, żarli się o wszystko, każdy walczył o swoje, starał się podporządkować sobie innych. Chodziło im tylko o pieniądze i wygodne życie. W weekendy głosili ascezę, posty, abstynencję, tymczasem na co dzień obżerali się, palili papierosy, haszysz, pociągali z butelki. Nie odprawiali żadnych nabożeństw, sami w ogóle się nie modlili. Wiele wskazywało na to, że nie odmawiali sobie uciech seksualnych, chociaż wpajali młodzieży ideę życia w czystości aż do ślubu, gdyż według głoszonych tu zasad seks dozwolony był w małżeństwie wyłącznie w celach rekreacyjnych. Przerażał ją ten cyniczny kabotynizm.

Włoski założyciel Wspólnoty Ducha Miłości z pewnością wyznawał głoszone w niej zasady, tak samo jak wielu innych jej członków — księży, sióstr i braci, którzy zdecydowali się żyć w czystości, a wśród nich zmarły, iście święty ksiądz Parnicki. Jego kazania wywarły na Konfucji ogromne wrażenie. Twierdził na przykład, że ludzie obdarzeni wybujałym temperamentem seksualnym powinni zupełnie zrezygnować z jego uprawniania, gdyż jest to w ich przypadku potężna siła, sprowadzająca same nieszczęścia, czyniąca z nich niewolników, przez co krzywdzą nie tylko siebie, lecz także innych, niszcząc swoje i cudze życie. Poparł to przerażającymi przykładami, z którymi zetknął się w ośrodku leczenia uzależnionych od seksu, w którym przez pewien czas pracował. Głęboko w świadomość zapadł jej podany przez niego cytat z Pierwszego Listu do Koryntian:

Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?


Za życia księdza Jerzego płaciło się za pobyt wolne datki, każdy ofiarowywał sumę, na jaką było go stać, a od najuboższych nie pobierano żadnych opłat. Obecnie ustalono dość wysokie dzienne stawki. Mimo to Wspólnota w dalszym ciągu była tłumnie odwiedzana. Wielu pociągały głoszone tu zasady, gdyż epidemia chorób psychicznych i samobójstw, spowodowana propagowaną przez Unię „wolnością z wyboru”, wzbudziła panikę i wywołała diametralny odwrót od zbyt swobodnego stylu życia. Wspólnota stanowiła alternatywę zapewniającą czystość i zdrowie psychiczne. A przy tym weekendowe nabożeństwa były poruszająco piękne. Jedna z sióstr wspaniale grała na elektrycznych organach, inna na gitarze, zaś bracia i pozostałe siostry przepięknie śpiewali. Nowoczesna kaplica była urządzona ze smakiem. Budując ją, ksiądz Jerzy przykładał szczególną wagę do tego, by w świątyni panowało piękno. Wiedział, że prowadzi ono do Boga. Najwspanialsze były witraże, które w pewien szczególny sposób rozpraszały światło, stwarzając niezwykłą atmosferę. Ludzie tęsknili za pięknem, dość już mieli kultu brzydoty i pornografii. Również dla Konfucji miało to ogromne znaczenie, jednak pogłębiało tylko jej rozżalenie wobec doznanego zawodu. Gdy słuchała kazań, burzyła się wewnętrznie z powodu sprzeczności tego, co głosili podczas weekendów z zachowaniem na co dzień.

Przeżyła potężny wstrząs. Jej nastrój zmienił się diametralnie. Coraz bardziej zniechęcała się do Kościoła i modlitwy, co w końcu doprowadziło do kryzysu wiary i depresji. Cierpiała niesamowicie. Straciła wszelką nadzieję. Nie miała już żadnej perspektywy życiowej.

Dopiero teraz odczuła, że w opustoszałej wiosce unosi się ponura, przygnębiająca aura. Nawet las wydawał się jej teraz martwy, nie słyszała śpiewu ptaków, nie widziała ani śladu zwierząt, nigdy nie natknęła się na sarenkę czy zająca, a nawet wiewiórki nie zdołała zauważyć. Drzewa były marne, wysuszone, zieleń przygasła. Zadziwiło ją, jak bardzo stan ducha wpływa na odbiór zewnętrznego świata. Przecież z początku cudownie czuła się w tym lesie. A teraz… zdawało się jej, że znajduje się Hadesie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.