E-book
16.38
drukowana A5
69.49
drukowana A5
kolorowa
106.76
Wspomnienia i refleksje oficera wywiadu PRL w Watykanie

Bezpłatny fragment - Wspomnienia i refleksje oficera wywiadu PRL w Watykanie


Objętość:
520 str.
ISBN:
978-83-65543-14-1
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 69.49
drukowana A5
kolorowa
za 106.76

Wstęp

Do napisania tych wspomnień i refleksji zainspirowałem się treścią listu dra Arkadiusza Mellera, jaki skierował do mnie na początku naszej znajomości, kiedy to zainteresował się moją przeszłością.

Napisał on tak:

„Panie Edwardzie! Otóż to! Wszystko co wydarzyło się po 1989 roku pokazało, że ludzie Solidarności okazali się niezdolni do rządzenia, bo krajem nie da się rządzić sprowadzając swój program do hasła: »Bolszewika bij!«. I największy żal do pana gen. Kiszczaka i śp. gen. Jaruzelskiego mam o to (zresztą nie tylko ja), że dali się omotać tym anarchistom i zaoferowali im tak dużo, a ci nawet nie okazali póżniej wdzięczności, a pana kolegów po fachu przedstawiano jako tych najgorszych (niemal Panów traktowano jako »zbrodniarzy wojennych«). Dlatego chciałbym napisać książkę o Panu by oddać głos osobom prezentującym odmienny punkt widzenia od dominującej narracji historycznej.” (Korespondencja z dnia 22 października 2014 r.).

Ustosunkowując się do powyższej argumentacji dra Arkadiusza Mellera stwierdziłem, że:

„(…) Rzeczywiście Kiszczak i Jaruzelski dali się omotać. Przyznam, że ze strony Kościoła były ciągłe zapewnienia, że dopilnuje tego, że transformacja będzie przebiegać w duchu jakiegoś konsensusu narodowego. Jak się później okazało, to i Kościół został zaatakowany przez nie frontalnie (lustracja) i wiem z najwyższych źródeł, że i teraz nie może się z tym pogodzić i ocenia bardzo negatywnie »dokonania« tych środowisk. (…).” (Korespondencja z 22 października 2014r.).

Dodam tylko, że była to odpowiedź dra Arkadiusza Mellera na moje następujące stwierdzenia:

„(…) Jestem tego całkowicie świadomy, ale chodzi mi o docieranie do ludzi rozumnych, a nie do tych, których myślenie jest skamieniałe i poza swoją »religią« polityczną nic nie widzą. Prędzej lub później i oni zostaną wyrzuceni poza główny nurt historii. Chodzi też o pokazanie skąd komu nogi wyrastają i o zaprzeczenie »horoicznego« działania pewnych środowisk, którego tak naprawdę nie było. Wiem, że to boli różnych wykreowanych »herosów«. I o to chodzi, aby ta wydmuszka kiedyś pękła. Nie można tkwić w nieprawdzie i czynić z tego heroiczną mitologię. Oficerowie ci działali skutecznie i zapobiegli rozlewowi krwi na wielką skalę. I o nich i o ich tajnych informatorów upominam się. Pewnie historia, z czasem, wyważy wszystko dokładnie, ale trzeba dać jej szansę. Zakłamywanie historii przez środowiska solidarnościowe, które chcą jak najdłużej utrzymywać naród w kłamstwie założycielskim nie ma perspektyw. Młode pokolenie wywróci ten już archaiczny porządek narracji, a pewnie odeśle i do lamusa historii te środowiska, bo nie były w stanie wypełnić dobrze powierzonych im przez społeczeństwo obowiązków (…).” (Korespondencja do A. Mellera z dnia 22 października 2014r.).

W momencie, gdy kończę prace redakcyjne nad niniejszą książką w mass-mediach przetacza się burza medialna związana z tzw. szafą gen. Cz. Kiszczaka i ujawnionymi dokumentami SB, przekazanymi przez żonę generała do IPN. Czyż ten fakt nie dowodzi słuszności naszych tez sformułowanych jeszcze w 2014 roku, a więc ponad półtora roku temu? Czyż nie upadają mity „herosów” na naszych oczach? Czy nie upadną kolejne mity innych ludzi „Solidarności”, bo serial z odnajdywaniem dokumentów jest przecież w toku?

Rzecz jasna, równolegle z upadającymi mitami poprzednich „herosów” środowiska solidarnościowe w imię zachowania zdobytej władzy będą wydobywać z cienia innych „herosów” i dorabiać im legendę. Wiedzą bowiem, że bez nowej legendy nie mają szans na przetrwanie w obliczu niemal powszechnego buntu młodego pokolenia wobec obecnej rzeczywistości.

W dorabianiu legend będą się posiłkować przeciwstawianiu sobie czarnych bohaterów tej narracji, tj. oficerów służb specjalnych PRL, bo bez stworzenia takiego kontrastu nie byłoby szans na wykreowania nowych mitów.

Myślę, że trzeba polskie społeczeństwo na nowo uświadamiać, iż byli oficerowie polskich służb specjalnych nie pochodzili z harcerstwa, służb leśnych czy straży miejskiej. To jednak w większości byli ludzie inteligentni, wykształceni i posiadający zdolności i wiedzę z różnych dziedzin. Potrafili wówczas iść pod prąd i mierzyć się z przeciwnościami. Jeśli człowiek pozostawi kiedyś po sobie coś wartościowego dla przyszłych pokoleń to znaczy, że jego życie jest godne i bogate intelektualnie.

Aby spojrzeć całościowo na dokonania danego człowieka należy na nie patrzeć z pewnej perspektywy czasu i widzieć je w uwarunkowaniach, jakie były mu dane. Pamiętajmy o tym, że PRL to wynik jałtańskich umów i wiemy, kto je podpisywał. Wiemy też, że w ustalonych wtedy ramach były określone możliwości działania włodarzy Polski i zwykłych osób. Ważnym elementem oceny jest to, jak dane osoby dążyły do wyrwania się z tych uwikłań i jakich dokonały czynów, aby je znieść. W tej perspektywie należy widzieć i działania wielu osób, a w tym i generała W. Jaruzelskiego, który najlepszy swój okres miał w latach 1986—1990 i ten okres niejako znosi to, czego nie mógł dokonać wcześniej, bo sytuacja geopolityczna to uniemożliwiała.

Ktoś kiedyś powiedział, że naród złożony wyłącznie tylko z jednostek niezłomnych ginie, bowiem do jego przetrwania są też potrzebni ludzie elastyczni, którzy w trudnych wichurach dziejowych potrafią pójść na czasowy kompromis, aby w ten sposób ratować i tych niezłomnych. W tym trzeba widzieć też sens powiedzenia, że pod naporem wichury wiotka trzcina nie złamie się i przetrwa, a sztywne, chociaż piękne i wysokie drzewa kładą się pokotem. Tak jest i z lasem mieszanym i z lasem jednorodnym. Ten ostatni ma mniejsze szanse na przetrwanie jako całość.

Moją intencją jest właśnie przybliżenie społeczeństwu — w sposób jak najspokojniejszy i racjonalny — tej problematyki. Przyszedł już czas na to. Trwanie w amoku lustracyjnym jest nieproduktywne dla społeczeństwa. Za to „pożywne” dla lustratorów. Trzeba temu przeciwdziałać, bo inaczej przez dziesiątki lat, wałkując ten temat, będzie się tylko hańbić ludzi i nastawiać ich negatywnie (pośrednio) także do kontaktów z obecnymi spec. służbami. Nic dziwnego, że wydarzenia wschodnie zaskakują władze.

Ciekawy pogląd na tę kwestię wyraził red. Tomasz Pompowski, z USA, pisząc do mnie, że:

„(…) Uważam, że źle się stało iż nikt nie wyjaśnił, przede wszystkim dziennikarzom, niuansów transformacji. Dotychczas istniały tylko dwa przeciwstawne punkty widzenia: albo iż w PRL-u właściwie nic się nie stało a zmiany to tylko modernizacja lub też ten bardzo radykalny pogląd iż cały system był czystym złem. Przebieg prywatyzacji, który wziął swój początek od reform min. Wilczka ukazał jednak iż przynajmniej przemiany gospodarcze obfitowały jednak w afery. W zbrodni zamordowania księdza Popiełuszki jednak też miały udział służby specjalne. Z drugiej strony istnieje właśnie ta niepoznana, nieodkryta wcześniej karta pokojowej transformacji. Przebiegała na wielu płaszczyznach, także na tej którą przemierzał Pan Doktor. I rzeczywiście doprowadziła do rozwiązania pokojowego. Zastanawiam się jaka byłaby najskuteczniejsza forma prezentacji tej właśnie karty historii. Czy świadkowie tamtych wydarzeń zgodziliby się o nich opowiedzieć, tak jak Pan Doktor?

Jedno jest pewne. Trzeba całkowicie zredefiniować pojęcie tajnego współpracownika i co najważniejsze rzeczywiście wyrzec się nienawiści do drugiego człowieka. Tabloidyzacja przekazu informacji wymusza niestety pobudzanie, zwykle, negatywnych emocji. To jednak jest anty-humanistyczne działanie, przed którym trzeba się bronić. Polskę podzieliła radykalna reforma mediów, która weszła niepostrzeżenie kuchennymi drzwiami. Nawet nie wiadomo kiedy wywiad dziennikarski stał się przesłuchaniem, a esej opinii niemal aktem oskarżenia. Piszę te słowa z gorzkiego doświadczenia… Przez ostatnich kilka miesięcy miałem okazję zapoznać się z publicystyką amerykańską, francuską i niemiecką w latach 30, 40 i 50. To niesamowite jakim pięknym językiem piszą autorzy, których erudycje i mądrość można dostrzec w niemal każdym eseju. Pisząc o komunistycznych agentach w latach 30 czy faszyzmie w latach 50 nie posługiwali się niemal wcale sformułowaniami nacechowanymi emocjonalnie. Ich wywód był przejrzysty, przystępny i równocześnie moralnie nie obojętny. Zastanawiałem się co ich łączy i co sprawiło iż mieli tak ukształtowany sposób myślenia. I doszedłem do wniosku, że były to przeżycia I i II wojny światowej. Niektórzy autorzy przeżyli obie te tragedie. Wielu dziennikarzy w Polsce zupełnie nie pamięta PRL. A część historyków odczytuje tę historię tylko z akt IPN. (…).”

I dalej:

„(…) Stowarzyszenie byłych funkcjonariuszy wojskowych służb specjalnych nie wydaje żadnego pisma publicystycznego ani dokumentalnego. Nie wiem czy istnieje stowarzyszenie byłych oficerów Służby Bezpieczeństwa lub wywiadu. Nie znam też żadnego pisma, w którym możnaby się zapoznać z ich punktem widzenia. Wydaje mi się, że to wielka strata dla Polski. Debata publiczna wyglądałaby zupełnie inaczej gdyby istniały takie organizacje. (…).”

No cóż bardziej mądrego i racjonalnego osądu sytuacji nie znalazłem w całej polskiej publicystyce. Warto skorzystać z sugestii człowieka, który zna świat i mądrze nań patrzy. Tym bardziej, że niektóre polskie mass-media, zamiast opisywać fakty je kreują. Kierując się tą oceną, jako pierwszy odważyłem się pokazać inną ścieżką dochodzenia do transformacji. Nie wiem, czy ktokolwiek z moich kolegów zrobiłby to? Ci ludzie teraz są bardzo wiekowi i rozgoryczeni ich piętnowaniem i zepchnięciem do gorszej kategorii. Tacy ludzie już pewnie czekają tylko na to, aby w miarę spokojnie przejść na drugi brzeg. Nie słyszałem, aby wypowiadali się oni na łamach jakiegoś własnego pisma, czy portalu. Pan red. Tomasz Pompowski trafnie wskazuje na jedno ze źródeł tego zafałszowania, jakie nastąpiło — media działające tabloidowo, nastawione głównie na efekt finansowy. A uwikłania kredytowe wielu młodych dziennikarzy (zakup mieszkania, domu) spowodowały, że najważniejszym problemem nie była prawda, a przysłowiowa kasa potrzebna na spłatę zaciągniętych kredytów. Mając do wyboru między realizowaniem linii wydawcy, a pójściem mieszkać pod most, wybierano, poza nielicznymi wyjątkami, to pierwsze. Nic nie straciło na aktualności znane hasło: „Byt kształtuje świadomość.”

Z drugiej strony nowi politycy chcieli zadeptać cokolwiek nie pasowało z ich oglądem tamtej rzeczywistości. I to były siły, które wzajemnie napędzały się. Jeśli już tutaj dołączymy IPN z jego zadaniami i działalnością, to diabelski młyn wszedł na bardzo wysokie obroty i miele tylko jeden produkt. W końcowym efekcie powstaje nieprawda, która już obraca się przeciwko jej twórcom, bo nowe pokolenia mają już inny punkt widzenia na historię PRL. Prawda, że proces dochodzenia do transformacji był procesem trudnym także i z uwagi na to, że w PRL były siły (po stronie władzy), które nie chciały tej transformacji i na różne sposoby ją blokowały. I tu się mieści ofiara ks. J. Popiełuszki, mojego rodaka i dalekiego krewnego. Tak! Tak! Urodził się on 6 kilometrów od mojej wioski i mój starszy brat dowodził, że jesteśmy jakoś spokrewnieni.

Z byłych oficerów wywiadu wypowiadają się mass-medialnie: Gromosław Czempiński, Włodzimierz Sokołowski (Vincent V. Severski) i Aleksander Makowski oraz Piotr Wroński. Ich wypowiedzi jednak są mocno ograniczone do ścisłej tematyki zawodowej. Chociaż in privato, V. Severski, sporo mi napisał o swych działaniach mających na celu wyszukiwanie kandydatów do dialogu politycznego przed uruchomieniem procesu zmierzającego do transformacji. Wtedy działał on na terenie Szwecji.

W takiej sytuacji nie ma co liczyć na szeroką dyskusję publiczną z udziałem byłych funkcjonariuszy. Ale, kto wie, kto wie? Celowo użyłem zabiegu z książką P. Kowala i S. Cenckiewicza, bo to daje podstawę do stwierdzenia, że ich praca naukowo-publicystyczna pokazała fakty, które były mi znane od końca lat 80-tych, ale potrzebna była ta „podpórka”, aby moje tezy stanowczo upublicznić. W innym przypadku mógłbym być zakrzyczany. Zresztą próby tego rodzaju czyniłem na facebook-u od dłuższego czasu prowokując różnymi pomysłami, w tym Noblem dla Kiszczaka. Okazuje się, że to chwyciło i stopniowo przeorganizowuje myślenie czytelników.

Coraz bardziej to interesuje mass-media i zaczynam mieć nawet propozycje udziału w rozmowach w TVP, ale na razie to odkładam. Dodam, że kontaktują się ze mną świetnie wykształceni młodzi ludzie z doktoratami, a nawet profesurami i podzielają moje poglądy. Dorzucają też własne oceny tamtej rzeczywistości, a także i tej obecnej.

Może, z czasem dojdzie do świadomości wielu ludzi prawdziwy sens tego, co wiąże się z działaniami służb specjalnych, a to „oświecenie” umysłów będzie dobrze sprzyjać zrozumieniu roli tych służb w mechanizmach dobrze funkcjonującego państwa. To oswajanie z wiedzą „tajemną” powinno też służyć polepszeniu atmosfery społecznej dla działań spec. służb. Bez tego zrozumienia i oswojenia się z tą tematyką tego nie byłoby. Jak widać, nawet na emeryturze, dobry oficer wywiadu, a tym jest Vincent Severski, oddaje państwu niebywałe usługi. Trzeba to docenić. W wielu krajach normalną praktyką jest tego typu działanie, a literatura sensacyjna dotykająca działania tych służb cieszy się nieustającą popularnością i kształtuje pozytywny stosunek ludzi do sprawy współpracy z tymi służbami. Z czasem to stanie się i u nas, a wspomniany Vincent Severski czyni na tym polu milowe kroki.

Wynikiem naszych rozmów i korespondencyjnej wymiany zdań z dr. Arkadiuszem Mellerem była także publikacja o tytule „Byłem agentem w Watykanie. Wywiad rzeka z płk. Edwardem Kotowskim. Rozmawiał Arkadiusz Meller.” Na temat tej książki już wiele napisano, ale na początek przytoczę w całości jeden wpis na stronie własnej www, poświęconej tej książce, z uwagi na jego wyjątkowo mądrą treść.

Oto on:

„Obstupuerunt omnes (łacińskie) — Zdumieli się wszyscy

Wywiad rzeka, który przeprowadził dr. Arkadiusz Meller z dr. Edwardem Kotowskim jest — jakże odmienna od dotychczasowych pozycji związanych z szeroko rozumianymi wspomnieniami oficerów wywiadu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przede wszystkim sam Autor jest osobą niezwykle intrygującą. Nie oznacza to bynajmniej iż umniejsza się w tym miejscu rolę innych oficerów służby wywiadowczej. Po prostu ten rodzaj specyficznej służby niezmiernie budzi szczególne zainteresowanie szerokich rzesz czytelników. Niewątpliwie każdy z nas ma swoją własną historię. Wszyscy też, czy tego chcemy czy nie — jesteśmy częścią historii. Zaś w niektórych przypadkach, nieliczni z nas tworzą Historię. Sądzę, iż temu ostatniemu stwierdzeniu możemy przypisać osobę i dzieło Pana Pułkownika Edwarda Kotowskiego, uwzględniając przede wszystkim relacje na linii państwo — Kościół.

I otóż sam Autor! Zacznijmy pokrótce od początku. Chłopak wywodzący się z zapomnianej przez Boga małej podlaskiej wsi. Ambitny młodzieniec, wykuwający własną, ciężką pracą i wysiłkiem intelektualnym drogę ku lepszej przyszłości własnej i innych. Zaangażowany w pracę z młodzieżą nauczyciel. Aktywny społecznik — pedagog. Dyrektor a w rzeczywistości twórczy organizator lidzbarskiego muzeum. Odkrywca cennych fresków w siedzibie słynnego biskupa — poety Ignacego Krasickiego. Historyk sztuki. Człowiek skazany na banicję a właściwie śmierć cywilną przez lokalną, arogancką, skostniałą biurwę partyjną. Oficer wywiadu. Dyplomata. Rozmówca wielkich tego świata. Dyskretny urzędnik w służbie państwowej. Wysublimowany znawca i miłośnik Sztuki. Artysta — malarz. Aktualnie pisarz. Miejmy nadzieję iż w ślad za aktualną pozycją ukażą się kolejne książki bohatera niniejszego wywiadu…

To tylko niektóre z określeń dotyczących Pana Edwarda Kotowskiego. Nie jest moją intencją streszczanie tej cennej pozycji. Myślę że warto bezpośrednio sięgnąć po tę książkę i na podstawie uważnej lektury wyrobić sobie obiektywne zdanie…

Miłośnicy współczesnych kinowych karkołomnych przygód kolejnych klonów agenta 007, przyzwyczajeni do kolorowego wirtualnego przekazu, częściowo mogą czuć się nieukontentowani. Ale uwaga, Szanowne Panie i Panowie! Szpiegowskie filmy, odpowiednio spreparowane na srebrnym ekranie są tylko wizualną pożywką, czymś powierzchownym odległym lata świetlne od realnej pracy oficera wywiadu. Za to w dużej mierze przedstawiają w lśniącym opakowaniu czym prawdziwy świat oficerów wywiadu z pewnością nie jest.

A czym jest? Dobre pytanie! Wydaje się iż prawie każdy oficer wywiadu posiada specyficzne „to coś” — co na przykład pomaga w wychodzeniu w miarę obronną ręką z wszelakich niekorzystnych sytuacji. Oficerowie walczą, tworzą i pracują umysłem. Czujny, uważny czytelnik z pewnością wysnuje z lektury potrzebne sobie życiowe refleksje.

Tak więc „Byłem Agentem w Watykanie…” nie jest wyłącznie, ekskluzywną pozycją przeznaczoną dla interesujących się szeroko rozumianym światem służb wywiadowczych. Jest wskazana dla wszystkich czytelników, ze szczególnym ukierunkowaniem na ludzi młodych, urodzonych po roku 1989. Myślę że nie tylko dla nich będzie to książka niezwykle odkrywcza, pokazująca ową batożoną przez ostatnie dwadzieścia parę lat, rzeczywistość „przedokrągłostołową” w bardziej realistycznym świetle. Młodzi ludzie z pewnością zainteresują się początkowymi fragmentami opisującymi barwnie ale i przejmująco brutalnie wczesne lata życia bohatera wywiadu rzeki, umiejscowione w trudnym okresie wojennym i powojennym. Myślę że jest to swoistą lekcją motywacji dla młodych ludzi, jak poprzez inteligentne zmagania i trud można wykuć lepszą, ciekawszą egzystencję.

Wracając do różnorakich meandrów politycznych tych kilkudziesięciu lat po drugiej wojnie światowej, na które przypadło gros dojrzałego życia protagonisty tej opowieści, to nie zapominajmy o „sitz im leben — situazione vitale” czyli kontekście sytuacyjnym oraz życiowym owych czasów…

W związku z tym, jeżeli można użyć „rewolucyjnego” porównania to rola Autora kojarzy mi się z człowiekiem usytuowanym na swoistej „barykadzie dziejów” próbującego skłonić zdroworozsądkową perswazją, historycznych antagonistów do wypracowania zadowalającego konsensusu. Przyjęcie takiej roli swoistego arbitra i z jednej i drugiej strony powodowało podejrzliwość obu podmiotów. Sam Autor wspomina iż opisał pewien skrawek rzeczywistości z punktu widzenia oficera służb specjalnych. Tym większy szacunek iż zadanie porozumienia zostało doprowadzone do pomyślnego zakończenia. Zachęcam gorąco Szanownych Czytelników do dokonania bezstronnego, kompleksowego, osobistego wyrobienia sobie zdania. Do kojarzenia faktów i wyprowadzania być może zaskakujących wniosków. Do odważnego przekraczania prawo czy też lewoskrętnych klisz propagandowych. Myślę iż wyważone słowa Autora będą pomocne w wyjściu spoza sztampowych kalek. Jest to głos Autora skierowany w kierunku „milczącej większości”.

Na zakończenie, przypomina mi się pewna scena z filmu „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową”, kiedy Franek Dolas trafia do jednego z fortów Legii Cudzoziemskiej i w momencie kiedy żołnierze tej formacji zdecydowali się przejść w szeregi Wolnych Francuzów, okazało się że twardy, brodaty sierżant, przełożony gnębiący Franka jest Polakiem. Rozradowany Franek oznajmia: „nasze miejsce jest teraz w polskiej armii, musimy walczyć o Polskę”. Zostaje zgaszony odpowiedzią — „o jaką Polskę chcesz walczyć?” I najbardziej w tej mocnej rozmowie dwóch rodaków na obczyźnie spodobała mi się odpowiedź Franka — „o jaką Polskę?! — przecież Polska jest tylko jedna…”

Niech więc podsumowującą puentą staną się powyższe słowa. Bowiem patriotą jest każdy — niezależnie od pochodzenia i miejsca urodzenia — kto działa dla dobra Polski.

Z.C. (Zwykły Czytelnik)”


Wypada też tutaj przytoczyć też i treść Wstępu, jaki napisał do tej książki sam dr Arkadiusz Meller. pracownik naukowy Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Oto on:

„Po raz pierwszy o panu płk. dr. Edwardzie Kotowskim dowiedziałem się z lektury książki Dariusza Rosiaka pt. „Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista”. Pamiętam, że osoba pana Edwarda niezwykle mnie zaintrygowała. Wówczas to pojawiła się myśl, iż to postać na miarę polskiego Jamesa Bonda epoki PRL. Jednak postać mająca przewagę na filmowym bohaterem, bo istniejąca realnie. Poszerzając swoją wiedzę na temat pana Edwarda doszedłem do wniosku, że swoim życiorysem byłby w stanie obdzielić co najmniej kilkanaście osób. Wobec tego wszystkiego, kierowany instynktem ciekawości, nawiązałem z nim kontakt i dość szybko wspólnie doszliśmy do wniosku by przedstawić szerszemu gronu jego osobę, jednocześnie ukazując cały kontekst epoki, w której przyszło mu żyć.

Wspólnie uznaliśmy, że najlepszą formą będzie przeprowadzenie wywiadu-rzeki. W tym celu odbyliśmy kilkanaście rozmów, a ich efekt otrzymujcie Państwo w postaci niniejszej książki. Mamy nadzieję, że poprzez tą formę przybliżone zostały wybory życiowe pana Edwarda Kotowskiego oraz jego działalność, zwłaszcza na odcinku relacji państwo — Kościół rzymskokatolicki. W swoich pytaniach starałem się nie oceniać pana Edwarda, a dać mu możliwość swobodnej wypowiedzi. Mam nadzieję, że książka ta przyczyni się do lepszego zrozumienia epoki PRL, w której zarówno bohaterowi książki jak i milionom Polakom przyszło żyć.

W tym miejscu chciałbym podziękować panom: Edwardowi Kotowskiemu za udzielenie obszernego wywiadu, redaktorowi Dariuszowi Rosiakowi za inspirację, a Wydawnictwu Ridero IT Publishing za przyczynienie się do wydania tej książki.

dr Arkadiusz Meller”


Z uwagi na planowaną objętość wywiadu-rzeki nie wszystko jednak udało się opisać. I teraz kolej na obecną publikację, w ramach której nie tylko odnoszę się do wydarzeń z mojego życia, ale i do wydarzeń z dziejów mojego narodu, bo one są ze sobą ściśle powiązane.

Rzecz jasna w tej publikacji są też i nawiązania do moich wypowiedzi, jakie zostały pomieszczone w wywiadzie rzece. Są one jednak znacznie pogłębione i poszerzone. Przy okazji pragnę podziękować dr. Arkadiuszowi Mellerowi za współpracę w wyniku, której powstała tamta książka, aczkolwiek jego wkład, z uwagi na brak czasu po jego stronie, ograniczał się jedynie do konstrukcji pytań. Zresztą w dobie Internetu przeprowadzanie wywiadów, co nieraz przekonałem sie osobiście, odbywa się drogą e-mailową. Z uwagi na to, że mój interlokutor za mało znał moją biografię i dokonania, ustaliliśmy, że to ja przygotuję najpierw kompletne wypowiedzi, a on, na ich podstawie, skonstruuje swoje pytania. Metoda zdała egzamin i wszelkie uzgodnienia odbyły się wirtualnie.


Na początku wypada stwierdzić, ku ogólniejszej refleksji, że niezależnie od obecnych okoliczności, niesprzyjających tym ludziom, którzy ukształtowali swoją osobowość, w tym i w aspekcie społeczno-politycznym oraz zawodowym w minionym ustroju — mimo wszystko — przysługuje nie tylko prawo, ale i obowiązek złożenia relacji ze swego życia, jeśli tego pragną. Nawet wtedy, gdy czytelnik ukształtowany już w innych realiach i warunkach może nie zgadzać się z ogólniejszym wydźwiękiem tej relacji lub z różnych względów jej nie przyjmować. Ja z kolei nie roszczę prawa do tego, aby ewentualna relacja tych osób z ich własnego życia, w jakikolwiek sposób musiała podlegać mojemu kategorycznemu wartościowaniu. Po prostu każdy ma prawo do relacji z własnego życia według własnych kryteriów i przeżyć. Najważniejsze, aby te relacje były prawdziwe w swej szczerości.

Moje świadome lata wczesnego dzieciństwa i młodości przypadły na trudny okres wojenny i powojenny Polski, a jednocześnie — później, na ten okres historyczny, w którym dzięki zmianom ustrojowym — co podkreślam z całą świadomością — ja osobiście, a także wielka część mojego pokolenia, wywodzącego się z warstw społecznych, które w II RP nie doznały dowartościowania i żyły w trudnych warunkach, bez najmniejszych możliwości na zmianę swojego położenia społecznego, otrzymały szansę na uzyskanie wykształcenia, co było trampoliną do niebywałego skoku cywilizacyjnego nie tylko dla mnie, ale i dla moich dzieci, a pośrednio i dla moich wnuków.

Jak wynika z tego, co za moment napiszę, wczesne moje życie i mieszkańców mojej wsi, a także bliskiej i dalszej okolicy, znajdowało się co najwyżej na poziomie XIX-wiecznym, i jako takie pośrednio jest znakomitą ilustracją tego, co tutaj było w Polsce przedwojennej, gdzie edukacja społeczeństwa ograniczona była do podstawowej umiejętności nie zawsze dobrego czytania, czy pisania, zdobytego w formie samoedukacji lub ukończenia — co nie zawsze było możliwe — kilku klas szkoły powszechnej.

Dodać trzeba, że analfabetyzm nie był tu zjawiskiem rzadkim, a osoby starsze podpisywały się krzyżykami. Nie są mi znane jakiekolwiek nazwiska mieszkańców mojej wsi i wsi sąsiednich, którzy w okresie międzywojennym, tak obecnie idealizowanym, ukończyli pełne wykształcenie podstawowe, nie wspominając o średnim i nie myśląc o wyższym lub zrobili jakąkolwiek karierę w mieście. Jedynie kilka osób, w poszukiwaniu środków utrzymania wyjechało do Ameryki i słuch po nich zaginął.

Ponieważ mieszkańcy mojej wsi i wsi okolicznych nie doznali strat i zniszczeń w czasie II wojny światowej, ani też specjalnych prześladowań od Niemców, ani też od wojsk radzieckich, więc mogłem naocznie, jako dziecko, mieć namacalną wizję tego, jak wyglądało życie w mojej wsi kilka lat wcześniej, czyli przed wojną, bo nic nie zmieniło się w międzyczasie. Sądzę, że gdyby II RP trwała po wojnie, to również życie w mojej wsi toczyłoby się takim samym torem i rytmem dalej i nie byłoby mowy o jakimś postępie cywilizacyjnym i o moim awansie w hierarchii społecznej.

Znając siebie, najprawdopodobniej opanowałbym sztukę pisania i czytania i na tym, z przyczyn zrozumiałych zakończyłaby się moja edukacja i o żadnym awansie cywilizacyjnym nie byłoby mowy. Później, dziedzicząc po moich rodzicach należną mi część gospodarstwa, tj. około 9 ha mało urodzajnej ziemi (grunt rolny, łąka i pastwisko) żyłbym w biedzie wraz z założoną rodziną. Być może ożeniłbym się z córką jakiegoś innego ubogiego rolnika, a moje dzieci byłyby skazane na podobny los, w podobnych okolicznościach i w tej samej przestrzeni geograficznej.

Mówiąc drastycznie a uwzględniając to czego dowodzi współczesna nauka o jednostce jako całości psychofizycznej, ukształtowanej na konstrukcji przekazu genetycznego i modelowanej wychowaniem i procesem kształcenia, moich obecnych dzieci nie byłoby w ogóle. Byłyby to bowiem inne dzieci, w połowie z innym przekazem genetycznym. Warto też o tym pamiętać.

Nowy ustrój, niezależnie od wad, jakie posiadał, dał mnie i podobnym, szansę uzyskania wykształcenia. To pozwoliło na geograficzną zmianę obszaru mojego funkcjonowania, a więc na poznanie mojej żony, osoby, jak na owe czasy z odmiennego obszaru kulturowego i założenia z nią rodziny. To w ramach tej rodziny urodziły się nasze dzieci, uzyskując stosowne wyposażenie genetyczne, co zapewne legło u podstaw ich szans życiowych. Nie wolno o tym zapominać, chociaż to brzmi zbyt biologicznie. To właśnie nowy ustrój dal szansę na ogromne migracje wewnątrz kraju i związane z tym korzystne mieszanie się genów. Nieustanne moje kształcenie się, nawet po założeniu rodziny, przy wszystkich uciążliwościach tego procesu, dawało ciągle szansę na postępujący rozwój zawodowy poprzez podnoszenie kwalifikacji i uzyskiwanie kolejnych coraz bardziej interesujących miejsc pracy. To z kolei wpływało pozytywnie na sytuację materialną całej mojej rodziny, a w tym i dzieci, które uzyskiwały jednocześnie większe możliwości dla własnego kształcenia się, w tym i językowego (podczas pobytu we Włoszech) i co dzisiaj przydaje się w ich własnej aktywności zawodowej.

Fakt zamieszkania mojego w Warszawie i całej mojej rodziny, który wiązał się z rozwojem mojej kariery zawodowej, stworzył też podstawę do tego, że moje dzieci założyły swoje związki małżeńskie z partnerami z Warszawy, wywodzącymi się z rodzin, które przeszły zbliżoną, ale nie taką samą, drogę rozwoju cywilizacyjnego w Polsce powojennej. Z tych małżeństw urodziły się ich dzieci a moje wnuki, które mają większe szanse rozwoju cywilizacyjnego aniżeli ich dzisiejsi rówieśnicy zamieszkujący peryferie kraju.

Ich dzisiejszy los ma jednak trudne początki w trudnej historii ich przodków i warto pamiętać o tym, że to ich „dzisiaj” nie wzięło się znikąd. Dlatego, przynajmniej w tych rodzinach powinno się pamiętać o tej podstawowej prawdzie, o swoich korzeniach. Po to, aby nie ulec fałszowaniu prawdy historycznej poprzez kreatorów czarnego image naszej powojennej rzeczywistości, która miała nie tylko same złe strony. Trzeba widzieć całą paletę jej barw.

Dzisiaj jest tak, że wahadło ocen historycznych wychyliło się skrajnie na prawo, a głosiciele „nowej prawdy” przypisują sobie immunitet na to, że mogą bezkarnie nie tylko w dużej mierze ją wykrzywiać ale i nadają sobie prawo do pozbawiania osób o innych poglądach ich prawdy i własnej oceny swojego życia, nie wspominając już o konsekwencjach praktycznych marginalizacji społeczno-politycznej całych środowisk, które urodziły się za wcześnie, lub ich zdaniem, wybrały nieodpowiednią opcję polityczną, bez uprzedniego przedstawienia im dowodu winy na sali sądowej.

Takiej praktyce należy stanowczo sprzeciwić się i to, między innymi, stawiam za jeden z celów tej publikacji. Moja wypowiedź książkowa, jak każda jednostkowa, może mieć swoje wady i co najważniejsze, przedstawia indywidualny punkt widzenia, bo tak ułożyło się życie moje i moich przodków. To dłuższe rozwinięcie przytaczam nie przypadkowo. Z nim się wiąże szczegółowa relacja z mojego życia, o czym za chwilę.

W imię wierności prawdzie będę czynić jak najdalej idącą wiwisekcję. Rzecz polega bowiem na tym, że za jakiś czas nie będzie komu zdać takiej relacji. Tym bardziej, że czerpanie „natchnienia” do walki z hasła „Bolszewika bij!” nie ma żadnego sensu, a bezproduktywność takiego działania przypomina obraz boksera walczącego ze swoim cieniem.

Dlatego też nie uchylam się od zobrazowanie mojego życia odkąd go pamiętam, aby przybliżyć opinii publicznej mój rodowód i rodowód podobnych do mnie, ze wszystkimi jego uwarunkowaniami historycznymi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 69.49
drukowana A5
kolorowa
za 106.76