E-book
13.65
drukowana A5
37.94
drukowana A5
Kolorowa
62.03
Wspomnienia

Bezpłatny fragment - Wspomnienia

Śladami życia


Objętość:
168 str.
ISBN:
978-83-65236-45-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.94
drukowana A5
Kolorowa
za 62.03

Rozdział I: Najwcześniejsze lata życia

Urodziłem się 8 marca 1941 roku, we wsi Pięciowłóki, gmina Suchowola, powiat sokólski, województwo białostockie, w rodzinie Stanisława Kotowskiego (ur. 9 V 1915 r.) i Walerii z domu Horacza (ur. 4 II 1910 r.). Według opowiadań mojej matki, niedługo po urodzeniu, bardzo ciężko chorowałem, tak, że cały byłem pokryty wrzodami. Trzeba dodać, że na świat przyszedłem w wiejskim domu, który nie posiadał, ani elektryczności, ani kanalizacji, ani żadnych, innych wygód cywilizacyjnych. Poród odebrała sąsiadka, Marianna Marchel i najprawdopodobniej, doszło do jakiejś uogólnionej infekcji, bo stan mój pogarszał się szybko, z dnia na dzień. Miałem, poza tym, bardzo wysoką gorączkę i były realne obawy, że wkrótce mogę umrzeć. W tej sytuacji zdecydowano się na ochrzczenie mnie, w wielki piątek, a więc na dwa dni przed świętami wielkanocnymi. W tym celu brat mojej matki, Edward Horaczy i owa sąsiadka, Marianna Marchel, jako rodzice chrzestni, w wielkim pośpiechu i bez zbędnych przygotowań, zawieźli mnie saniami do kościoła parafialnego, do oddalonej o 10 kilometrów Suchowoli, niewielkiego miasteczka, położonego w środku Europy, którego większość mieszkańców stanowili Żydzi, zgodnie współżyjący z okoliczną ludnością. Niestety, cała ludność żydowska, w brutalny sposób, została wytępiona przez okupanta niemieckiego i jedynym śladem po niej jest zaniedbane miejsce po jej cmentarzu wyznaniowym.

Na chrzcie nadano mi dwa imiona: E d w a r d (na cześć ojca chrzestnego) i Eugeniusz. Dla porządku dodam, że te tereny były w tym czasie zajęte, w wyniku inwazji, po 17 września 1939 roku, przez wojska radzieckie. Umacniały one swoją pozycję na linii rzeki Biebrzy, która miała stanowić granicę z Niemcami. W tym celu budowano różnorodne umocnienia fortyfikacyjne, na ogół betonowe bunkry i miejscowa ludność, a w tym i mój ojciec, była przymusowo zatrudniana do zwożenia kamieni polnych i żwiru. Był to więc czas trudny i nie było mowy o tym, aby marzyć o jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Jeśli dziecko miało silny organizm, to przeżywało, a jeśli nie to umierało. Mnie udało się przeżyć i być może, ta przebyta, ciężka choroba spowodowała nabycie przeze mnie większej odporności, bowiem osiem lat później, w wyniku epidemii dyfterytu, zmarł mój, o dwa lata młodszy, brat Czesław, a ja uniknąłem zachorowania na tę groźną chorobę.

W tym miejscu chciałbym poświęcić kilka chwil miejscu mojego urodzenia. Otóż nazwa P i ę c i o w ł ó k i wywodzi się od nazwy miary powierzchni ziemi, t. j. od „włóki”. Po raz pierwszy pojawia się ona w 1744 roku jako „Pięciowłók”. Później, w XIX wieku, przemiennie używa się nazwy „Pięciowłók” i „Pięciowłoki”. Od 1921 roku używa się tylko nazwy „Pięciowłóki” aż do zakończenia II wojny światowej. Potem znowu w użyciu jest nazwa „Pięciowłoki”. W 2006 roku, decyzją MSWiA przywrócono pierwotną nazwę „P i ę c i o w ł ó k i”.

Pięciowłóki nie były miejscem urodzenia, ani mojego ojca, ani mojej matki. Ojciec urodził się we wsi Kiersnówka, położonej, w odległości około 4 kilometrów, w kierunku zachodnim. Z kolei jego ojciec — Józef, urodził się we wsi Suchodolina, a więc w odległości około 12 kilometrów od Kiersnówki. Później osiadł w Kiersnówce, bowiem wżenił się w rodzinę Skibickich (tzw. przystępy). Jeden z jego braci wyemigrował do Anglii i tam dorobił się restauracji. Nie utrzymywał jednak kontaktów z rodziną w Polsce i stąd brak o nim, i o jego rodzinie, konkretnych wiadomości. Mój ojciec miał trzech braci: Wacława (najstarszy), Władysława i Michała (najmłodszy). Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w 1921 roku zmarł ich ojciec, a w rok później, matka. Najstarszy — Wacław, posiadający niespełna 12 lat, pod opieką dalszej rodziny, wspólnie z Władysławem i Michałem próbowali żyć samodzielnie i „prowadzić” kilkunastohektarowe gospodarstwo, cierpiąc niedostatek. Nie powodziło im się dobrze, ale z trudem przeżyli. Mój ojciec — Stanisław, został oddany, przez rodzinę, na tzw. „wychowanie”, do Pięciowłók, do obcej rodziny, o nazwisku Horaczy. Miał wtedy jedynie siedem lat, i jak opowiadała mi matka, sięgał głową jednie tylko blatu stołu. W tak wczesnym wieku musiał przystosować się do życia w obcej rodzinie i w wyjątkowo trudnych warunkach. Trzeba dodać, że ta „opieka” nie była bezinteresowna. Sprawa polegała bowiem na tym, że rodzina Horaczych składała się jedynie z trzech samotnych osób, t.j. ze starego kawalera — Kazimierza i z dwóch starych panien: Anny i Marianny. Osoby te były już w starszym wieku i były zainteresowane tym, aby wychować sobie na starość opiekuna. Z różnych powodów nie założyły własnych rodzin. Kazimierz został wcielony do armii carskiej i służył w niej przez 25 lat. Gdy wrócił z wojska był już na ożenek za stary a podobno i zbyt wybredny, w wyborze ewentualnej żony i nie chciał się żenić z jakąś panną biedniejszą od siebie. Również jego siostry nie chciały „pospolitować się”, bowiem rodzina Horaczych należała do najbogatszych w okolicy i zachowywała dość duży dystans wobec otoczenia. Z tego, co opowiadała moja matka, to Kazimierz, zresztą spokrewniony z jej rodziną, służąc w wojsku carskim został podoficerem i brał udział w wojnach kaukaskich. Był typowym żołnierzem, zachowującym prawdziwie wojskową dyscyplinę w stosunku do siebie jak i domowników, co na własnej skórze odczuł mój ojciec nie tylko, gdy był dzieckiem i młodzieńcem ale i później, gdy już miał własną rodzinę. Ponieważ wytrwał w tym, to jako dorastający mężczyzna otrzymał od Kazimierza obietnicę, że w zamian za dochowanie do śmierci gospodarzy, otrzyma od nich, w spadku, gospodarstwo. Miało ono powierzchnię ponad 36 hektarów nienajlepszej ziemi, z przewagą ziem IV-tej i V-tej klasy i wymagało ogromnej pracy, biorąc pod uwagę to, że prymitywne usprzętowienie, jakie wówczas było w rolnictwie, nie pozwalało na jakikolwiek dłuższy odpoczynek. Ojciec mój więc, od wczesnego dzieciństwa, ciężko pracował na swoje utrzymanie, najpierw przy pasieniu bydła i koni a potem, w miarę rozwoju fizycznego, przejmował do wykonywania coraz bardziej skomplikowane i coraz cięższe prace gospodarskie. Nic nie wiadomo czy chodził do szkoły. Jeśli tak, to na pewno krótko i naukę czytania oraz pisania, w dużej mierze, opanował samodzielnie. Dokształcił się później, również z bardzo dobrym rezultatem, gdyż podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej, w 3. Pułku Szwoleżerów w Suwałkach, ukończył szkołę podoficerską sanitariuszy weterynaryjnych i otrzymał stopień wojskowy kaprala. Według świadectwa o l.p. 3, wystawionego 13 lipca 1938 roku w Suwałkach, a podpisanego przez dowódcę pułku — Edwarda Milewskiego i dowódcę I-go Szwadronu — Łaskiego Michała, rotmistrza, ojciec mój, od 1 lutego do 13 lipca odbył naukę w Szkole Podoficerskiej 3 Pułku Szwoleżerów i ukończył ją w klasie specjalistów weterynarii, z wynikiem dobrym. Trzeba tu wspomnieć, że przed pójściem do wojska ożenił się z Walerią Horaczą z Lewek. Jak już wspomniałem, była ona spokrewniona z Horaczymi z Pięciowłók, i to zapewne, w dużej mierze, zadecydowało o tym mariażu. Lewki to wieś bezpośrednio sąsiadująca, leżąca 50 metrów, na wschód, od wsi Pięciowłóki.

Po pójściu ojca do wojska, moja matka, wzięła na swoje barki ciężką pracę i wspólnie ze starszymi ludźmi, przez dwa lata prowadziła gospodarstwo w zastępstwie mojego ojca. W 1936 roku, po powrocie ojca z wojska, Kazimierz i Anna Horaczowie, przepisali na moich rodziców 16 hektarów ziemi, skrupulatnie zastrzegając obowiązki na swoją rzecz. Rok później, t.j. 4 IV 1937 roku, urodził się mój starszy brat, Władysław, który, wiele lat później, objął po ojcu gospodarstwo.

Gdy chodzi o wspomnienia ze służby wojskowej, to ojciec często opowiadał, że był z niej bardzo zadowolony. Był często wyróżniany i lekarz pułkowy (weterynarz) w stopniu wachmistrza, z którym pełnił służbę na co dzień, wielokrotnie proponował mu przejście do zawodowej służby wojskowej. Ojciec podkreślał, że nie przyjął tej propozycji tylko dlatego, że już wówczas był żonaty i musiał wrócić na wieś, aby dotrzymać zobowiązań wobec swoich opiekunów. Opowiadał też, że podczas manewrów, które odbywały się w okolicach Augustowa odwiedził konno, w pełnym ekwipunku szwoleżerskim Pięciowłóki, co wywołało dużą sensację. Często opowiadał o swoich sukcesach w ścinaniu szablą, podczas galopu, tzw.” łóz”.

Jak wspomniałem poprzednio, moja matka pochodziła z Lewek. Była to wielodzietna rodzina chłopska. Jej rodzice, Kamila i Wincenty, gospodarzyli na kilkunastu hektarach ziemi i mimo, że nie była ona zbyt urodzajna, uchodzili za najbogatszych w tej wsi. Matka miała czterech braci: Jana (zmarł w wieku 19 lat), Sabina (zmarł w czasie okupacji niemieckiej, wskutek postrzału z pistoletu w nogę, przez swojego kolegę, w wyniku nieostrożności przy obchodzeniu się z bronią), Edwarda (na skutek tzw. wżenienia się gospodarzył we wsi Dryga, położonej za Suchowolą w kierunku Białegostoku) i Wacława (odziedziczył gospodarstwo po rodzicach, we wsi Lewki) oraz cztery siostry: Serafinę, Felicję, Władysławę i Mariannę. Serafina i Felicja wstąpiły do zakonu. Ta pierwsza, niemal całe swoje życie zakonne spędziła w Zakopanem, a Felicja w Wielkopolsce. Z kolei Władysława wyszła za mąż za Piotra Pieszkę, rolnika z Pięciowłók. Marianna wyszła za mąż za rolnika z Bagien o nazwisku Kozłowski. Nikt z rodzeństwa matki już od wielu lat nie żyje.

Matka, mimo, że nie uzyskała żadnego formalnego wykształcenia (przed I wojną światową, jak i przed II-gą nie było w okolicznych wsiach jakichkolwiek szkół, a najbliższa znajdowała się w Suchowoli lub w Dąbrowie) cechowała się wysoką wrażliwością, kulturą i inteligencją. Czytać nauczyła się z modlitewnika. Była niezmiernie pobożna i do czasu, gdy nie wybudowano kościoła w pobliskim Grodzisku, pieszo chodziła na nabożeństwa do kościoła w Suchowoli, t.j. 10 kilometrów w jedną stronę. Nie zważała przy tym na pogodę. Pamiętam, że często wspominała, że w porze jesienno-zimowej zdarzało się jej mocno zmoknąć i wtedy, aby się rozgrzać zachodziła do jednej z rodzin żydowskich w Suchowoli, gdzie zawsze częstowano ją gorącą herbatą. Zawsze podkreślała, że licznie zamieszkujący Suchowolę Żydzi utrzymywali bardzo przyjazne kontakty z katolikami i mocno cierpiała, gdy tych ludzi dotknęła niemiecka eksterminacja. Mówiła, że najpierw Niemcy spędzili tę ludność do getta, nad rzeczką Brzozówką a potem wywieźli do różnych obozów koncentracyjnych. Część tych ludzi zamordowali na miejscu i tylko nielicznym udało się zbiec i znaleźć schronienie w okolicznych wsiach. W jej opowiadaniach motyw ten przewijał się bardzo często i był zawsze wyrazem żalu z powodu utraconej części jej świata. Nie pogodziła się nigdy z tym, że do tego doszło.

Podobnie, często wspominała swoje piesze wyprawy do stacji w Kamiennej Nowej, gdzie znajdował się posterunek niemieckich żołnierzy, ochraniających linię kolejową. Aby zdobyć pieniądze na niezbędne zakupy, nosiła tam, na plecach, 10-litrową konewkę bimbru i sprzedawała go Niemcom. Pokonywała więc odległość około 8 kilometrów, w jedną stronę. Z najdalszych jej wędrówek, na pierwsze miejsce wysuwała się jednak pielgrzymka, jednodniowa, (przed wojną), do Studzienicznej k. Augustowa, znanej obecnie miejscowości odpustowej. Udała się tam na odpust z koleżankami i siostrami, pokonując pieszo, w ciągu jednego, dnia około 80 kilometrów w obie strony. Mimo to, twierdziła, że nie była to, dla niej, wyprawa nadmiernie wyczerpująca. Trzeba też dodać, że w tym czasie chodzono boso, a buty wkładano dopiero przed wejściem do kościoła. Chodziło o to, że obuwie było zbyt drogie i dlatego je tak bardzo oszczędzano. Również ja, w dzieciństwie, doświadczyłem wielu wędrówek pieszych, boso.

22 czerwca 1941 roku wojska niemieckie, po ataku na ZSRR, zajęły teren, który poprzednio okupowały wojska radzieckie i moja wieś, w wyniku tegoż, aż do końca 1944 roku znajdowała się pod okupacją niemiecką. Wg tego, co opowiadali starsi ludzie, Niemcy nie naprzykrzali się zbytnio miejscowej ludności, jeśli nie liczyć konsekwentnego egzekwowania obowiązkowych dostaw płodów rolnych. Ich fizyczna obecność ograniczała się, w zasadzie, do rzadkich patroli policyjnych, egzekwujących porządek, a także na bezprawnym samozaopatrywaniu się w produkty żywnościowe. Matka dość często opowiadała, jak jeden z policjantów niemieckich groził jej zastrzeleniem, gdy nie chciała dać mu jajek, o które prosił. Gdy powiedziała, że ich nie ma, to zaczął przeszukiwać dom i powiedział, że jeśli je znajdzie, to spełni swoją groźbę. Na szczęście mu się to nie udało, chociaż przypadek tylko sprawił, że nie znalazł tego, czego szukał, chociaż to było w zasięgu jego ręki. Wydarzenie to matka ciężko przeżyła i dlatego do niego często wracała w swoich wspomnieniach.

Opowiadając o sytuacji sprzed 22 czerwca 1941 roku rodzice często podkreślali, że wojska radzieckie budując bunkry wzdłuż Biebrzy, na jej lewym brzegu, sięgali do przymusowego zatrudniania miejscowej ludności przy transporcie kamienia polnego i żwiru oraz drewna, przy użyciu chłopskich furmanek i koni. Była to ciężka praca, która trwała niemal dwa lata. Potem się okazało, że te umocnienia do niczego nie przydały się, z uwagi na błyskawiczną ofensywę wojsk niemieckich, od strony Prus Wschodnich. W jej wyniku, wojska radzieckie uciekały w popłochu. Trzeba jeszcze wspomnieć i o tym, że żołnierze radzieccy, na naszych polach, w odległości około 300 metrów na południe, od zabudowań, prowadzili intensywne prace ziemne (wykopy i nasypy), w związku z zaplanowaną linią kolejową, która miała połączyć Grodno z twierdzą w Osowcu. Mimo, że prace ziemne były daleko zaawansowane, to jednak nie zdążono ułożyć szyn kolejowych, z uwagi właśnie na atak Niemców. Ślady tych wykopów i nasypów są widoczne do dzisiaj. Dwa lata temu znalazłem tam miedzianą menażkę żołnierską, a z napisów widniejących na niej wynika, że pochodziła jeszcze z czasów carskich, z 1914 roku. Dowodzi to tego, że jeszcze w 1941 roku, jeden z żołnierzy radzieckich, pracujących przy budowie kolei, jej używał. Świadczyłoby to nie najlepiej o ekwipunku tego wojska. Mówiąc na temat tej „kolejki” matka często wspominała o tym, że przy jej budowie pracowało bardzo dużo młodych żołnierzy, często nieletnich. Byli źle odżywiani i zaopatrzeni, gdy chodzi o umundurowanie. Litowała się nad nimi i często dawała im żywność. Jeden z nich o imieniu Kola, jak mówiła, często przychodził do naszego domu i bawił się z dziećmi. Posiadał harmonijkę ustną i bardzo pięknie na niej grał. Tak się złożyło, że bardzo zżył się z naszą rodziną i na pamiątkę zostawił nam ten instrument, gdy musiał uciekać przed atakiem niemieckim. Matka twierdziła, że był on bardzo młody, nie miał więcej niż 15—16 lat i bardzo mu było żal rozstawać się z naszą rodziną. Mówił, że czuł się tutaj tak, jakby odnalazł swoją rodzinę. Ja tego epizodu nie pamiętam, bo byłem na to za mały, ale dość wyraziście pamiętam wydarzenia, które miały miejsce w 1945 roku, a między innymi walkę powietrzną dwóch samolotów nad naszym gospodarstwem. Jeden z samolotów spadał koszącym lotem, ciągnąc za sobą ogromną chmurę czarnego dymu. Wpadłem wtedy w panikę i krzyczałem na innych członków rodziny, aby jak najszybciej chronić się do piwnicy. Pamiętam też, że w 1944 roku, na pastwisku, za stodołą, stacjonowały czołgi radzieckie, do których chodziliśmy wraz z innymi dziećmi, aby je obejrzeć. Czołgiści pozwalali nam wchodzić do wnętrza tych maszyn a nawet je na krótko uruchamiali. Była to dla nas wielka atrakcja, którą pamiętam do dzisiaj, w szczegółach. Innych wydarzeń, z czasów wojny, tak dokładnie nie pamiętam. Wiem jedynie od rodziców, że w momentach przechodzenia frontów przez nasze tereny, z całą rodziną przenosiliśmy się do piwnicy i tam mieszkaliśmy. Tu muszę wyjaśnić, że piwnica, w tutejszym pojęciu to, po prostu, oddzielny budynek murowany, posadowiony głęboko w ziemi, sklepiony i doskonale nadający się do przechowywania nie tylko ziemniaków i warzyw ale także i innych produktów.

W moim rodzinnym domu, na przełomie roku 1944 i 1945, w czasie gdy w okolicy stacjonowały wojska radzieckie, mieścił się sztab wojskowy i zamieszkiwali w nim oficerowie, z którymi dzieliliśmy nasz los, bo nas nie wyrzucili z domu, jak na ogół bywało. Trzeba było po prostu ścieśnić się w tym budynku, który został wybudowany jeszcze w XIX wieku, a więc był bardzo mały.

Jak pamiętam był to dom drewniany, którego przedłużeniem, od strony północnej, była stajnia, za nią obora, a na końcu chlewnia i owczarnia. Cały budynek, dość długi, pokryty był jednym, wspólnym słomianym dachem. W części mieszkalnej były cztery pomieszczenia: duży pokój, mały pokój (tzw. komora) oraz kuchnia z glinianą „podłogą” i wreszcie duża spiżarnia oraz wspólna sień z wejściami bezpośrednimi do tych wszystkich pomieszczeń, z wyjątkiem komory, do której można było wejść z kuchni albo z dużego pokoju. Z sieni prowadziły też strome schody (rodzaj drabiny o szerokich stopniach) na strych, na którym często przebywałem w celu przeszukiwania starych rzeczy, których tam było bardzo wiele. Szczególnie interesowałem się kuferkiem podróżnym „wujka” Kazimierza Horaczego, byłego podoficera carskiego, który wracając z wojska, przywiózł z Rosji wiele ciekawych przedmiotów, wśród których było dużo sprzętu wędkarskiego (haczyki, błystki i.t.p.), a także jego kompletny mundur wojskowy. Szczególnie podobała mi się jego czapka wojskowa i wielokrotnie ją tam sobie przymierzałem. Na strychu można było też znaleźć różne stare modlitewniki, ozdobne lampy naftowe, naczynia gliniane, a także suszące się wędliny uwieszone na krokwiach, w taki sposób, aby nie padły łupem gryzoni, których w żadnym gospodarstwie nie brakuje.

Głównym elementem mieszkania, szczególnie ważnym zimą, był ogromny piec chlebowy, który sięgał z kuchni do komory i zajmował co najmniej ¼ część tego ostatniego pomieszczenia. Pamiętam, że górna partia tego pieca miała obszerne wgłębienie na całej powierzchni i stanowiła rodzaj suszarni nie tylko dla ziarna, ale i dla przemokniętych ubrań. Było to też moje, ulubione, miejsce do wygrzewania się podczas mroźnych zim i, gdy nauczyłem się już czytać, do lektury książek. Największy pokój był ogrzewany piecem kaflowym i częściowo ścianką kaflową, ogrzewaną z paleniska płyty kuchennej. Podobnie była ogrzewana komora.

Umeblowanie mieszkania było nadzwyczaj skromne i ograniczało się do mebli wykonanych przez wiejskich stolarzy. Spało się na łóżkach o konstrukcji dającej możliwość ich poszerzania (tzw. szlabanki) oraz w łóżkach szerszych (małżeńskich), bardziej ozdobnych w formie. Rzecz jasna łóżka te, zamiast dzisiejszych materacy, posiadały sienniki wypełniane, bądź słomą, bądź sianem. W dużym pokoju stał wysoki, ozdobny kredens, stół oraz komplet krzeseł. W komorze za siedziska służyły dwa złożone szlabanki, które rozłożone służyły do spania. W kuchni, oprócz dużego stołu jadalnego, obok niego, stały dwie długie ławy służące do siedzenia. Ściany, od wewnątrz, były pokryte tynkiem. Na ścianach wisiały liczne obrazy z postaciami świętych, a na stole, w dużym pokoju stał zawsze krucyfiks. Raz na kilka lat, przed świętami wielkanocnymi, matka je bieliła roztworem wapna z dodatkiem farby i kazeiny. Wówczas, z danej izby, wnosiło się na podwórze wszystkie meble i w ten sposób stwarzało się niezbędne warunki do przeprowadzenia takiego remontu.

Dom mojego dzieciństwa nie posiadał oświetlenia elektrycznego aż do lat 60-tych XX wieku i wieczorem, poszczególne izby, były oświetlane lampami naftowymi, a gdy zabrakło nafty — świecami. Kuchnię, gdy zabrakło nafty, oświetlało się łuczywem, wykonanym ze świerkowych lub sosnowych, smolnych drzazg. Łuczywo umieszczało się w specjalnym, metalowym uchwycie, zamontowanym w ścianie. Ponieważ w tym pomieszczeniu nie było podłogi drewnianej, a jedynie polepa gliniana, więc tylko ono mogło być tak oświetlane, bez narażania się na wywołanie pożaru. Pamiętam, że bardzo często, przy tym świetle, odrabiałem lekcje i czytałem książki. Biorąc pod uwagę konieczność oszczędnego używania oświetlenia (często brakowało nafty), siłą rzeczy, nasze życie w tym domu, było podyktowane długością dnia. Na ogół, gdy zapadała ciemność na dworze, to niedługo potem, wszyscy szli spać, aby z kolei wstawać bardzo wcześnie rano, t.j. ze wschodem słońca. Tak więc, rytm przyrody, regulował rytm naszego życia, nie tylko w tej kwestii ale i w wielu innych.

Moja rodzinna wieś, położona na lewym brzegu Biebrzy, rzeki oddalonej, w linii prostej o jakieś 4—5 kilometrów, mimo tego oddalenia, jakoś żyła w dość ścisłym związku z tą rzeką. Przede wszystkim dlatego, że w zależności od tego, na którym brzegu leżały wsie, ich ludność określała się etnicznie. Po lewej stronie rzeki mieszkali t. zw. Rusini, a po prawej Mazurzy. To przetrwało, aż do dnia dzisiejszego, mimo, że Biebrza nie ma już tak zdecydowanego charakteru rzeki granicznej, w sensie etnicznym. Po naszej stronie tej rzeki, miejscowa ludność była dwujęzyczna, niemal od urodzenia, gdyż między sobą ludzie używali języka „ruskiego” („prostego”), który jest swoistą mieszaniną języka białoruskiego z polskim, a w kontaktach, z osobami spoza tego obszaru etnicznego, posługiwano się językiem polskim, którego tak naprawdę uczono się dopiero w szkole. Z tego też powodu ten język polski, w brzmieniu miejscowych mieszkańców, był zdecydowanie poprawny, literacki, bez tych naleciałości, jakie występują w innych regionach Polski. To, co czasami ich zdradzało, to było śpiewne, wschodnie brzmienie tego języka. Po przeciwnej stronie Biebrzy używano tylko języka polskiego, z charakterystycznym mazurzeniem, stąd określenie „Mazurzy”. Te odrębności kulturowe wynikały głównie z tego, że po prawej stronie rzeki „kolonizacja ruska” była wcześniej wyparta przez oddziaływania polskie. Chociaż źródła historyczne mówią o tym, że zarówno tam, jak i u nas chrześcijaństwo przychodziło ze wschodu, w postaci prawosławia. Dopiero później katolicyzm zaczął je wypierać. Bliższym kontaktom ludności, zamieszkałej po obu stronach Biebrzy, nie sprzyjał fakt specyficznego ukształtowania się jej pradoliny, która niegdzie ma szerokość nawet do kilkunastu kilometrów. Są to tereny bagniste, głębokotorfowe, trudne do przebycia. Pierwszy most na Biebrzy został zbudowany dopiero w XVIII wieku. Był to most w okolicy Sztabina, do którego, odległość, z mojej wsi wynosi około 6 kilometrów. Od tego moment, stopniowo, zacieśniały bardziej kontakty i zanikała wzajemna nieufność. Trzeba jednak dodać, że jeszcze do niedawna, nie zawierano małżeństw między „Mazurami” a „Rusinami”.

Jest jeszcze jeden, bardziej osobisty element, ścisłego powiązania naszej rodziny z Biebrzą. Otóż, moi rodzice, mieli około 6 hektarów łąki, położonej nad tą rzeką. Łąka ta jest nadal we władaniu rodziny i znajduje się w miejscowości Jagłowo, oddalonej o około 18 kilometrów. Dobrze pamiętam wyprawy do tego miejsca, celem koszenia trawy, a następnie jej zbierania i przywożenia siana. Były to prawdziwe wyprawy, na które trzeba było wyruszać furmanką, krótko po północy, aby z powrotem wrócić około jedenastej w nocy. Często zostawało się tam na noc i w warunkach polowych, pod gołym niebem, spędzało się kilka dni. Szczególną atrakcją była kąpiel w rzece. Tym bardziej, że w mojej wsi, ani też w pobliżu, nie było nawet większej sadzawki, mimo, że okolice są posadowione na źródliskach.

Źródliska, o których wspominam były przyczyną ciągłych podtopień wsi, wiosną czy też jesienią. Wtedy, wobec braku utwardzonych dróg, przejazd przez wieś odbywał się w błocie, a wozy grzęzły, aż po osie. Stąd podróżowanie w tych warunkach było prawdziwą udręką. Nie muszę dodawać, że jedynym środkiem lokomocji była furmanka konna i niezmiernie rzadko, stary, wysłużony rower. Z kolei zimą, a one tu bywały na ogół bardzo surowe, charakteryzujące się nie tylko silnymi mrozami, ale i obfitymi opadami śnieżnymi, drogi były zawiewane, co najmniej na wysokość przydrożnych płotów, tak, że jeździło się saniami bardzo wysoko ponad naturalny poziom ulicy. Miało się wrażenie, że sanie znajdują się na wysokości dachów, przylegających do ulicy domostw. Wówczas, zimy były bardzo długie.

Zabudowania wiejskie, nawet jeszcze wiele lat po wojnie, zachowały swój pierwotny charakter, żywcem przypominając obrazki nie tylko XIX-wieczne, ale wręcz XVIII-wieczne. Były to budynki na ogół drewniane, z rzadka kamienne, kryte słomianą strzechą, ustawione prostopadle do ulicy, niskie o bardzo małych oknach. Na podwórku, ogrodzonym sztachetami, znajdowała się, zazwyczaj murowana z kamieni polnych, studnia. Nieco dalej od ulicy, w głębi siedliska, były budowane stodoły i szopy oraz spichrze. Podwórka były brukowane kamieniem polnym, który w bardzo wielkich ilościach pozostał po cofającym się lodowcu. Często nawet jeszcze dzisiaj rolnicy twierdzą, że „te kamienie chyba rosną na polu, bo po ich wyzbieraniu, na drugi rok, znajdują się w tej samej ilości”. Od strony ulicy były usytuowane tzw. bramy wjazdowe, na ogół z daszkiem, krytym gontem, a także furtki. Podwórko było także odgrodzone, podobną, ale mniej wystawną, bramą i furtką, od tzw. części gumiennej, t.j. stodolnej. Chodziło tu o to, aby zwierzęta, zwłaszcza w okresie zimowym, wypuszczone do pojenia (koryto drewniane przy studni) nie miały możliwości rozproszenia się po całym siedlisku. Pamiętam, że ta koncentracja zwierząt na ograniczonej przestrzeni skutkowała tym, że wiosną, po zejściu śniegów, znajdowała się tam spora ilość obornika, którą trzeba było starannie usuwać przez kilka dni. Charakterystyczną budowlą, o której już wspomniałem wcześniej była piwnica, zbudowana z dużych kamieni polnych i dość głęboko posadowiona w ziemi, w takim miejscu, aby nie podmakała wodami gruntowymi. Ten wymóg, czasem trudny do spełnienia, powodował to, że piwnice były wznoszone nawet w pewnym oddaleniu od budynku mieszkalnego. Piwnica służyła nie tylko do przechowywania zimą ziemniaków, warzyw, owoców, a latem mleka, masła i.t.p. ale także, w czasach wojennych służyła za schron. Dlatego taka piwnica miała nie tylko grube mury i sklepienia, ale również była ze wszystkich stron obłożona grubą warstwą ziemi. To wszystko w sumie czyniło to, że w jej wnętrzu, niezależnie od tego, czy to było latem, czy zimą, zawsze była stała temperatura, wynosząca około 7 stopni powyżej zera. To był niezmiernie ważny element, gdyż trzeba pamiętać o tym, że wówczas nie znano jeszcze zamrażarek czy lodówek, a ponadto nie było w tych stronach energii elektrycznej. Innym, bardzo przydatnym miejscem do schładzania mleka i jego przetworów, używanym jedynie w okresie letnim, były małe, na ogół obmurowywane kamieniem, sadzawki. Budowano je tam, gdzie znajdywano tryskające z ziemi źródełko. Woda w nich miała stałą temperaturę zarówno latem jak i zimą. Nawet największe mrozy nie zamrażały płynącej z nich wody. W sadzawkach tych wykonywano też większe pranie, bowiem miękka, źródlana woda, znakomicie się do tego nadawała. Przy praniu używano tzw. kijanki, t.j. rodzaju pobijaka wykonanego z dębowego drewna, którym ubijało się bieliznę, położoną na drewnianej desce, przy sadzawce.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.94
drukowana A5
Kolorowa
za 62.03