E-book
10.92
drukowana A5
34.93
Wprost do… wieczności

Bezpłatny fragment - Wprost do… wieczności

Objętość:
168 str.
ISBN:
978-83-8126-408-2
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.93

Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Wprost do… wieczności

Rozdział 1

Gdyby nie duży nos, byłby podobny do jej idola Toma Cruise’a.


Martyna stała przed wystawą sklepu jubilerskiego Cartier na rogu ulic GrabenKohlmarkt w Wiedniu. Wpatrywała się w platynowy pierścień z brylantem. Całą jej istotę, ciało i duszę, przenikał wydobywający się z klejnotu promień. Wypełniała ją świetlista jasność i graniczące z euforią wzruszenie. To był jej pierścionek, dla niej przeznaczony. Nie mogła oderwać od niego oczu.

Co się ze mną dzieje? — pomyślała, zaniepokojona stanem duszy. Przecież nigdy nie interesowała mnie taka biżuteria… Wiem — doznała olśnienia — mój ojciec jest bogaty, kupi mi ten klejnot i wiele innych wspaniałych rzeczy.

Spojrzała na swój srebrny pierścionek z bursztynem i wydał się jej szkaradny. Dosłownie parzył ją w palec.

— Nie mogę nosić takiej tandety! — rzekła półgłosem, wrzucając go do stojącego opodal kosza na śmieci. Spadł na samo dno.

Szkoda takiego ładnego pierścionka, pożałowała tego czynu po chwili. Nachyliła się nad wypełnionym po brzegi koszem, ale było już za późno. Nie mogła przecież zacząć wyjmować z niego odpadów.

Skręciła w ulicę Kohlmarkt i stanęła jak wryta, wpatrując się w widniejącą u jej wylotu rezydencję Habsburgów. Jej wspaniała barokowa fasada połyskiwała w słońcu. Martyna patrzyła na nią olśniona, jakby ją po raz pierwszy ujrzała. A przecież była tu w każdy niemal weekend i nieraz zwiedzała ten pałac, wzruszając się tragicznym losem Sissi — pięknej małżonki cesarza.


Było wiosenne słoneczne sobotnie popołudnie. Szła po zacienionej stronie ulicy, by nie narazić swojej jasnej cery na zaczerwienienie. Promienie słońca pieściły secesyjne kamienice po drugiej stronie. Jak zwykle z podziwem oglądała bogatą, artystyczną sztukaterię ich fasad. Od czasu do czasu zatrzymywała się przed wystawami firmowych sklepów słynnych domów mody. Nie opuszczało jej wzruszenie i przeświadczenie, że to jest jej świat, że jest austriacką damą a nie polską asystentką dentystyczną. Było w tym coś niezwykłego, gdyż dotąd doskonale czuła się w swojej skórze.

Gdy spełniło się jej marzenie o zamieszkaniu w Wiedniu, które zaświtało w jej główce, kiedy jako mała dziewczynka wraz z matką zwiedzała to miasto, po raz pierwszy w życiu uśmiechnął się do niej los. W Polsce spotykały ją same niepowodzenia. Tymczasem tutaj wkrótce po przybyciu znalazła zatrudnienie jako asystentka doskonałego dentysty. W jego luksusowym gabinecie poczuła się jak w raju w porównaniu z przychodnią stomatologiczną, w której pracowała w rodzinnym Bielsku. Wszystko było tu świetnie zorganizowane, obywało się bez najmniejszego stresu. Nie to, co w Polsce, gdzie każdego ranka robiło się jej niedobrze na myśl o wyjściu do pracy.


Pracowała z trzema innymi dziewczynami dostosowanymi do luksusowego gabinetu pod względem urody, makijażu i fryzur. Nosiły eleganckie śnieżnobiałe bluzki i tak samo białe, obcisłe dżinsy. Przystojny szef traktował je przyjaźnie, interesował się ich problemami, pomagał im nieraz w różnych sprawach.

Zajęcie to sprawiało jej satysfakcję, a nawet przyjemność ze względu na miłą atmosferę. Z głośników rozlegała się cicha klasyczna muzyka, dla pacjentów w poczekalni stały na stoliku termosy z kawą i herbatą. Mogli oglądać na plazmowym ekranie piękne krajobrazy z całego świata.


Mieszkała w spokojnej, zielonej dzielnicy, w dwupokojowym, komfortowym mieszkaniu, ładnie urządzonym niedrogimi mebelkami z Ikei, upiększonym obrazami, donicami z egzotycznymi roślinami i bibelotami nabytymi na słynnym wiedeńskim pchlim targu. Jeździła błękitnym Volkswagenem Lupo. Miał już wprawdzie osiem lat, lecz wyglądał jak nowy. Cóż więcej mogła wymagać od życia? W Polsce nie mogła marzyć o posiadaniu samochodu, a nawet o wynajęciu mieszkania. Musiała mieszkać ze zrzędzącą matką.

A jednak nie była szczęśliwa. Doskwierała jej samotność. Jedynymi jej przyjaciółmi byli ci z Facebooka i syjamska kotka Micia. Koleżanki, z którymi pracowała, miały mężów, małe dzieci i swoje problemy. Nie spotykała się z nimi prawie wcale. Mieszkała w Wiedniu już od roku, a z nikim dotąd się nie zaprzyjaźniła. Najprzyjemniejszy sposób spędzania wolnego czasu stanowiło dla niej siedzenie na balkonie wychodzącym na wewnętrzny ogród z dorodnymi sosnami, wierzbami i krzakami róż. Rozmawiała z nieznanym ojcem, którego wyimaginowany obraz nosiła w sercu.

W Polsce też nie było lepiej pod tym względem. Była tak oddalona od innych, jakby stali po drugiej stronie rzeki. Żyła gdzieś obok. Potrafiła wprawdzie prowadzić rozmowę na różne tematy, ale istniała blokada uniemożliwiająca jej opowiadanie o sobie i swoich problemach. Między nią a drugim człowiekiem zawsze istniała ściana nie do przebicia. Dotyczyło to nawet samotnie wychowującej ją matki, której nigdy się nie zwierzała. Jedyną jej powiernicą była Micia. Dostała ją w urodzinowym prezencie od ukochanej babci, gdy ukończyła sześć lat. Babka nauczyła ją wówczas wierszyka:


Kiciu, Miciu, gdzieś ty była?

U babuni mleczko piłam.

Czemuś mi nie zostawiła?

Bo ja sama głodna byłam.


Kotka szybko przywiązała się do swojej pani, która troszczyła się o napełnianie jej miseczek mlekiem i karmą, opróżniała jej kuwetę i wsypywała do niej świeży żwirek.


Podążając w kierunku pałacu, znów przystanęła przed lustrzaną gablotą z ozdobami, nie oglądała ich jednak, tylko przyglądała się swojemu odbiciu. Podobała się sobie. Miała regularne rysy, upiększone starannym makijażem, czarne, duże na pół twarzy oczy, kontrastujące z jasnymi o rdzawym odcieniu, długimi do pasa włosami, które dodawały jej atrakcyjności. Niestety, uważała, że ma złą figurę, mimo wąskiej talii i smukłej sylwetki. Ubolewała nad zbyt krótkimi nogami. Na szczęście umiała to maskować wysokimi obcasami.

Całkiem ładnie wyglądam, a mimo to nikt mnie nie chce, myślała ze smutkiem.


Znalazłszy się na placu, przy którym znajdował się Hofburg, nie weszła do pałacu, tylko do ulubionego gotyckiego kościoła św. Michała. Był bardzo stary. Pochodził z XIII wieku. Usiadła naprzeciw ołtarza udekorowanego figurami ewangelistów i aniołów. Wpatrywała się w niego długo, bo nadzwyczaj się jej podobał. Wsłuchując się w dźwięki cichej, ledwo słyszalnej muzyki z taśmy, wyobrażała sobie Haydna grającego jako siedemnastolatek na tutejszych organach, a także Mozarta, po śmierci którego odbyło się w tym kościele prawykonanie jego Requiem.

Posiedziała jakiś czas rozmyślając, po czym powoli obeszła kościół dokoła, zatrzymując się przed bocznymi ołtarzami. Było tu mroczno i cicho, w odróżnieniu od innych przepełnionych turystami świątyń, co stanowiło dla niej wytchnienie od ulicznego gwaru.

Teraz przyszła pora na Cappuccino, które wypijała w każdą sobotę w kawiarni l’Europe przy ulicy Graben. Powoli wracała z powrotem przez Kohlmarkt, przeciwną stroną ulicy, by obejrzeć wystawy innych znajdujących się przy niej butików. Gdy skręciła w Graben, powędrowała dalej, zadzierając od czasu do czasu do góry głowę, aby podziwiać, jak zwykle, piękne fasady secesyjnych kamienic. Wiosenna aura wpłynęła na poprawę jej nastrój. Nie rozmyślała już o samotności.

Weszła jeszcze po drodze do kościoła św. Piotra wypełnionego turystami, w odróżnieniu od pustej świątyni św. Michała. Była to pierwsza barokowa budowla Wiednia. Martyna oglądała tu zawsze z niezmiennym zachwytem freski na wnętrzu kopuły oraz imponujący ołtarz. Ze wszystkich stron aż kapało złoceniami, co kojarzyło się jej z niebem, gdyż zetknęła się w dzieciństwie na lekcji religii z opinią, że jest ono złote, i tak je sobie od tego czasu wyobrażała. Nigdy jednak nie przebywała w tym kościele zbyt długo, bo przeszkadzały jej tłumy turystów.


W końcu usiadła w ogródku kawiarni. Tradycyjnie zamówiła Cappuccino. Czekając na nie, obserwowała licznych przechodniów. Bardzo lubiła obserwować ludzi, zwłaszcza kobiety, ich fryzury, ubiory, dobór kolorów i ozdób.

Spoglądając ukradkiem na trzymającą się za ręce parę zakochanych, siedzącą przy stoliku obok, z żalem myślała o swym ostatnim zawodzie miłosnym: „Kanalia z tego Wacka! Jak on mógł mnie tak brutalnie porzucić”? Radosny nastrój prysnął jak bańka mydlana.

Z goryczą rozpamiętywała swoje liczne miłosne afery. Za każdym razem była zakochana po same uszy. Oddawała się całą duszą i całym ciałem. Niestety, żadnego mężczyzny nie potrafiła zatrzymać na dłużej.

To chyba dlatego, że nigdy nie przeżyłam orgazmu, zastanawiała się. Każdy z nich w krótkim czasie orientował się, że udaję… Ale… co to jest, do cholery?! — zdenerwowała się. Może jestem lesbijką? No, skądże! Nie wyobrażam sobie tego z kobietą… Już wiem! — doznała olśnienia. To dlatego, że nigdy w łóżku nie myślę o sobie, tylko staram się, by partnerowi było jak najprzyjemniej. No i to moje całkowite, bezgraniczne oddanie. Mężczyźni chcą zdobywać kobietę. E, chyba już nigdy nikt się we mnie tak naprawdę nie zakocha.

Najgorsze chyba było, że od razu szła do łóżka. Nie, żeby miała taki wybujały temperament, tylko… był to dla niej jedyny sposób na przełamanie obcości. Zespolenie się z męskim ciałem uwalniało ją od dojmującego uczucia wyobcowania. Wzmagało poczucie własnej wartości, bo była dobra w łóżku. Nie znała innego sposobu na dowartościowanie się. Dawanie mężczyznom rozkoszy sprawiało jej satysfakcję. Najbardziej lubiła moment wytrysku. Czuła się wtedy taka… spełniona. Nie obawiała się ciąży, gdyż od szesnastego roku życia zażywała tabletki antykoncepcyjne.

Muszę się pogodzić z samotnym życiem, myślała zrezygnowana, obserwując ludzi, wchodzących do ogródka kawiarni. Przecież nie jest znowu aż tak źle. Nikt nie stara się mnie zmienić na swoją modłę. Nikomu nie muszę usługiwać. Mam czas dla siebie, na czytanie książek, na słuchanie muzyki. Gdzie miałabym szukać kogoś, kto chciałby słuchać Beethovena, Brahmsa? Trzeba by chodzić na koncerty symfoniczne. Może wtedy znalazłabym jakąś bratnią duszę? Ale to za drogo, płyty mniej kosztują… Jednak Wacek lubił taką muzykę. Tak dobrze było nam ze sobą, rozmarzyła się. Niewiele brakowało, a miałabym z nim orgazm… Jak mógł bez słowa ze mną zerwać?

Omal zawału nie dostała, gdy po jakimś czasie obejrzała na Facebooku jego pseudo-ślub z pewnym lekarzem, który zapewnił biednemu pielęgniarzowi wyższy standard życia. Na tle bujnego kwiecia zakładali sobie na palce obrączki, obejmowali się i całowali… Żałosne! Ohyda! Jak można się tak sprzedać? — myślała z obrzydzeniem.


Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Młody mężczyzna siedzący samotnie opodal, wpatrywał się w nią z lekkim uśmiechem na ustach.

To jakiś uwodziciel, pomyślała, odwracając głowę. A co mi zależy? — przyszło jej nagle na myśl. Trzeba by spróbować wreszcie z jakimś Austriakiem… Usłyszeć czułe niemieckie słowa byłoby podniecające.

Gdy młodzieniec przestał na nią patrzeć, zlustrowała go od stóp do głów. Miał na sobie granatowe spodnie z zaprasowanymi kantami i blado-niebieską koszulę. Wyglądał jakby wybierał się do teatru. Wszystko na nim lśniło czystością. Był starannie ogolony. Jej uwagę zwróciły jego zadbane dłonie.

Szybko spuściła głowę, gdy znów spojrzał w jej kierunku.

E, nie ma sensu. Znowu się zakocham i będę cierpiała, jak mnie facet porzuci. Zastanawiała się, czy odwzajemnić uśmiech nieznajomego. Zresztą, o czym miałabym z nim rozmawiać? Pewnie wypytywałby mnie o osobiste sprawy. Nie mam ochoty na opowiadanie o sobie.

Przyjrzała mu się po raz drugi, gdy rozmawiał z kelnerką. Miał wyjątkowo malowniczą głowę. Jego ciemne włosy były starannie przytrzyżone. Duże pełne usta rozchylały się, ukazując lśniące bielą zęby. No i te oczy! Okolone czarnymi, gęstymi brwiami jaśniały w jego smagłej twarzy jak dwa szafiry. Gdyby nie duży nos, byłby podobny do jej idola Toma Cruise’a. Oczy miał takie same.

Szybko spuściła wzrok, kiedy oddaliła się od niego kelnerka, która po chwili zjawiła się przed nią z dużym kawałkiem tortu Sachera.

— Od tego pana z naprzeciwka — oznajmiła z porozumiewawczą miną.

Martyna uśmiechnęła się do nieznajomego i powiedziała tak głośno, by mógł usłyszeć:

— Dziękuję.

Natychmiast znalazł się przy jej stoliku.

— To ja dziękuję, że przyjęła pani ten kawałek ciasta — rzekł, połyskując zębami w szerokim uśmiechu. — Bałem się, że nie spodoba się pani mój pomysł na zawarcie znajomości. Pozwoli pani, że się dosiądę?

— Proszę — odpowiedziała lakonicznie, wymieniając z nim dłuższe spojrzenie.

— Jest pani taka smutna, chciałem panią rozweselić, a nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Nie ma mi pani tego za złe? — pytał z przepraszającym uśmiechem.

— Wręcz przeciwnie. Poprawił mi pan nastrój — odpowiedziała zachęcająco, gdyż spodobało się jej jego zakłopotanie.

— Ma pani oczy zranionej sarny. Nie będę zbyt wścibski, jeśli spytam, kto panią skrzywdził? — spytał nieśmiało.

— Nikt mnie nie skrzywdził — obruszyła się, niezadowolona, że ktoś wtrąca się do jej życia.

— A te piękne włosy są naturalne czy ufarbowane? — zmienił temat, reagując na jej naburmuszoną minę.

— Naturalne — odpowiedziała z dumą, a jej twarz jej się rozpogodziła.

— Takie włosy to majątek… Pani nie jest Austriaczką, prawda?

Znowu się zachmurzyła.

— Nie rozmawiajmy o mnie — odpowiedziała opryskliwie.

— A o czym chciałaby pani porozmawiać? — spytał niezrażony jej tonem.

— O panu — rzekła, nie zastanawiając się zbyt długo.

— Och, przepraszam. Zupełnie straciłem głowę. Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Martin Zelenka. A pani? — mówił, obserwując wyraz jej twarzy, zmieniający się z minuty na minutę.

— Dziwnym zbiegiem okoliczności też Martyna — zdradziła łaskawie swe imię.

— Widzi pani, mamy ze sobą wiele wspólnego. Te same imiona… Już wiem. Jest pani Polką — rzekł z uśmiechem, który nie schodził z jego twarzy. Zgadłem?

W odpowiedzi skrzywiła się i skinęła potakująco głową.

— Świetnie mówi pani po niemiecku. Wyczułem tylko lekki akcent, bo mam muzyczne ucho — zagadywał ją, jakby się obawiał, że za chwilę odprawi go z kwitkiem. — Studiuję w Akademii Muzycznej i gram na skrzypcach w orkiestrze katedry świętego Szczepana. Musi pani jutro przyjść na mszę o dziewiątej trzydzieści. Gramy Wielką Mszę Bacha.

— Zazdroszczę panu — rzekła ze szczerym podziwem. — Bardzo chciałabym umieć dobrze grać na jakimś instrumencie — rozgadała się nagle, zupełnie już rozluźniona. — Moja matka też gra na skrzypcach, jest nauczycielką w szkole muzycznej. Usiłowała nauczyć mnie gry na fortepianie, gdy okazało się, że nie mam ucha do skrzypiec, ale nie wykazywałam ani zdolności, ani zainteresowania w tym kierunku. Wolałam rysować i czytać książki. Może dlatego, że mama zmuszała mnie od wczesnego dzieciństwa do żmudnych ćwiczeń, a ja nie robiłam postępów i zniechęciłam się. Trochę gram, ale słabo. Teraz zresztą nie mam pianina i właściwie chyba zapomniałam już nawet to, czego zdołałam się nauczyć. Mimo to kocham klasyczną muzykę.

Młodzieniec słuchał jej z przyjemnością, wpatrując się w jej czarne oczy. Jego muzyczne ucho zafascynowane było tembrem i barwą jej głosu, a także sposobem mówienia i oryginalnym, melodyjnym akcentem.

Jaki ona ma ciepły i zmysłowy alt, myślał zauroczony. No i te cudowne oczy!

— A jednak rozmawiamy o pani — powiedział przekornie. — Miałem nosa, zwracając na panią uwagę, wyczułem bratnią muzykalną duszę. — To może teraz powiedziałaby mi pani nieco więcej o sobie?

— Mam taki… może niezbyt ciekawy zawód, ale go lubię — rzekła, bez najmniejszego śladu niechęci do opowiadania o sobie, gdyż poczuła szczególną sympatię do młodzieńca. — Jestem asystentką dentystyczną — mówiła, pałaszując słynny wiedeński tort Sachera. — Matka chciała, żebym skończyła jakieś studia, ale nie miałam zbyt dobrych stopni. Zamiast się uczyć zaczytywałam się w romansidłach. A poza tym chciałam się jak najszybciej uniezależnić i mieć praktyczny zawód, by nie być dla niej ciężarem…

— Niespodzianie spotkało mnie dzisiaj szczęście w nieszczęściu — przerwał jej z entuzjastycznym wyrazem twarzy. — Wie pani, nie mam czasu na chodzenie po kawiarniach, ale umówiłem się tutaj z koleżanką z mojego roku. Wybieramy się na koncert do pobliskiego kościoła świętego Piotra, bo gra tam dziś czwórka naszych kolegów. Taki kwartet. Jednak nie przyszła. — Rozłożył bezradnie ręce.

— To proszę do niej zadzwonić — doradziła, wzruszając ramionami.

— Dzwoniłem, ale nie odpowiada. Teraz to już nieważne, bo dzięki temu poznałem panią. Chodzę za nią od dłuższego czasu, ale ona mnie unika. W końcu łaskawie umówiła się, no i — widzi pani — nie przyszła. Ach, nie mam szczęścia do kobiet. Raczej mężczyźni… — Ugryzł się w język.

Zasmucił się i zadumał. Trwało to jednak nie dłużej niż minutę.

— Może pani poszłaby ze mną na ten koncert? — Spojrzał jej w oczy proszącym wzrokiem.

— Chętnie — ucieszyła się Martyna. — Lubię muzykę kameralną. Jest subtelniejsza od symfonicznej, chociaż… symfonia to jest coś… najwspanialszego. Podniosłego, wzniosłego. Ale dzisiaj jestem w takim nastroju, że potrzebuję czegoś dla uspokojenia duszy.

W tym momencie Martin poderwał się z miejsca, patrząc na drzwi.

— O, jest. Spóźniła się prawie godzinę. Bardzo panią przepraszam — złożył ręce w błagalnym geście. — Tu jest moja wizytówka. A tu druga. Proszę z tyłu napisać na niej swój numer. Zadzwonię i wybierzemy się na jakiś inny koncert… Za tort już zapłaciłem przy swoim stoliku.

Martyna zagryzła wargi zawiedziona. Patrzyła, jak młodzieniec podchodzi do ślicznej czarnulki w długiej barwnej sukni przypominającej skrzydła motyla, mówi coś do niej, pokazując na zegarek, a następnie spiesznie wychodzi z nią z kawiarni.

Rozdział 2

Chciała uchodzić za Austriaczkę, nie chciała być cudzoziemką w kraju, w którym żyła.


Po wyjściu Martina zachmurzyła się, niezadowolona, że rozpoznał u niej cudzoziemski akcent. Wciąż ćwiczyła wymowę, naśladując szefa i koleżanki. Usiłowała nawet myśleć po niemiecku, co jednak niezbyt często się jej udawało. Chciała uchodzić za Austriaczkę, nie chciała być cudzoziemką w kraju, w którym żyła, gdyż mimo pozornej otwartości na obcych, na Zachodzie gardzono cudzoziemcami. Oczywiście z wyjątkiem tych, którzy osiągnęli wysoką pozycję zawodową i towarzyską. Jednak większość stanowili prymitywni fizyczni pracownicy, bluzgających na ulicy rynsztokowym słownictwem.

W Wiedniu mieszkało wielu kulturalnych, wykształconych Polaków, ale ci nie rzucali się w oczy. Jednak nawet oni nie wzbudzali jej sympatii. Spotykali się na licznych polskich imprezach, w których parę razy uczestniczyła. Niestety, nie czuła się wśród nich dobrze. Byli jacyś… inni, nie spotykała takich w Polsce. Życie w Wiedniu wycisnęło na nich swe piętno.

Różniła się zresztą od rodaków powściągliwością i utrzymywaniem dystansu wobec innych, dyskretnym ubiorem i makijażem, co bardziej pasowało do Austriaczek. Polacy byli — jej zdaniem — we wszystkim przesadni i zbyt wylewni. Każdemu nowemu znajomemu natychmiast opowiadali cały swój życiorys. Kobiety stroiły się i malowały wyzywająco. Mężczyźni… Zastanowiła się przez chwilę, jak określić niechęć do nich. Właściwie współczuła im. Albo bezczelnością maskowali kompleksy wobec tubylców, albo kulili się w sobie z poczucia mniejszej wartości. Wszyscy wydawali się jej nienaturalni. Jedynie Polacy znający dobrze język zachowywali się normalnie, ale oni wtapiali się w wiedeńską rzeczywistość i unikali polonijnego środowiska. Podobnie jak ona.

Nie, nie. Nie chciała być tutaj Polką, chociaż kochała ojczyznę, ale to była jej prywatna sprawa, obcym nic do tego. Ubzdurała sobie, że jej ojciec był Austriakiem. Przez całe życie nosiła w sercu jego obraz, który zmieniał się wraz z jej dorastaniem, aż w końcu ustabilizował się. Stał się tak wyraźny, że czasami widziała go przed sobą. Był to wysoki blondyn z ciemnymi oczyma. Nos i usta miał większe niż ona, lecz podobne. Typowy biznesmen w eleganckim garniturze. Ostatnio doszło do tego, że rozmawiała z nim po niemiecku. Opowiadała mu o sobie, o swoich troskach i kłopotach, zasięgała jego rady w różnych sprawach. Istna fantasmagoria. Po polsku gawędziła sobie z Micią.


Pochodziła z Bielska-Białej — miasta związanego z Austrią od czasów Austro-Węgier, gdy to wchodziło w skład austriackiego Śląska. Szczególnie bliskie więzi łączyły je ze stolicą monarchii habsburskiej, gdyż architekci i artyści wiedeńscy mieli walny udział w kształtowaniu wizerunku Bielska. Angażowani byli do projektowania różnych budowli oraz ich wyposażenia. Przyjęto wówczas pewien styl naśladownictwa, który po latach przyniósł Bielsku miano “małego Wiednia”.

Matka Martyny często opowiadała o swoim dziadku, który w Wiedniu ukończył studia. Kochał to miasto, co obie po nim odziedziczyły. Zwiedzała je z matką kilkakrotnie. Marzyła o tym, by w nim zamieszkać. Pilnie uczyła się niemieckiego, który obok polskiego należał do jedynych przedmiotów, z których miała w szkole bardzo dobrą ocenę. Już wtedy wyobrażała sobie, że jej nieznany ojciec jest Austriakiem. Matka początkowo enigmatycznie odpowiadała na jej pytania o niego. Najpierw powiedziała, że zginął w wypadku samochodowym. Gdy jednak dziewczynka domagała się zdjęć tatusia i innych pamiątek po nim, wyznała, że nie wie, kto jest jej ojcem.

— Jak to możliwe, że nie wiesz? — pytała dziewczynka ze łzami w oczach. — Musisz wiedzieć, mamusiu! Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? Tak cię skrzywdził, że nie chcesz go znać?

— Odczep się ode mnie z tymi pytaniami! — złościła się kobieta. — Nie masz ojca i koniec. Nie żyje. Nie chcę z tobą o tym rozmawiać, rozumiesz?

Nie próbowała też pytać o to babki, czy kogoś innego z rodziny, gdyż nigdy nikt nie wspominał o jej ojcu. Domyślała się, że jest to jakaś wstydliwa tajemnica.

Kochała matkę, jak każde dziecko, ale bała się jej. Wiedziała, że jest to temat tabu. Jednak wciąż o tym myślała. Zazdrościła koleżankom ojców, nie mogła się z tym pogodzić, że tylko ona jedna go nie ma. W końcu wymyśliła sobie historyjkę o Austriaku, który — przebywając w Polsce w interesach — uwiódł matkę, po czym wyjechał i zerwał z nią kontakt. Marzyła, że kiedyś przyjedzie i zabierze ją do Wiednia, do tego — jej zdaniem — najpiękniejszego w świecie miasta.

Przecież mama musi znać jego nazwisko, zastanawiała się w skrytości. Mogłabym go odszukać gdzieś tam w Austrii.

Nie miała jednak śmiałości, by w dalszym ciągu indagować o to surową matkę, która w dzieciństwie często karała ją biciem po pupie, złościła się na nią, że nie chce ćwiczyć na pianinie, że źle się uczy. Dziewczynka nigdy nie zaznała z jej strony czułości, pieszczot. Była zahukana, melancholijna i skryta.

Przez całe życie marzyła o ojcu Austriaku, aż w końcu uwierzyła w wymyśloną przez siebie wersję swego poczęcia. Teraz w Wiedniu coraz częściej myślała, że musi w końcu dowiedzieć się od matki, jak nazywa się jej ojciec. Może też tutaj mieszka?


Po wyjściu Martina zrobiło się jej smutno. Przy innych stolikach ludzie prowadzili rozmowy, tuż obok niej wciąż siedziała para trzymająca się za ręce. Fizyczny wręcz ból samotności ścisnął jej gardło. Ten właśnie, często odczuwany ból, który powodował, że w celu uśmierzenia go szła do łóżka z dopiero co poznanym mężczyzną.

Rozglądała się za kelnerką, by na pocieszenie zamówić lampkę wina, gdy poczuła na sobie czyjś wzrok. Dwa stoliki dalej siedział samotny mężczyzna koło pięćdziesiątki, który przyglądał się jej uważnie.

Mój Boże, może to mój tata? — Poczuła przyspieszone bicie serca. Miał w sobie coś z jej wymarzonego ojca, odniosła wrażenie, że jest do niego podobna.

No nie, ja chyba dzisiaj zwariowałam, przywoływała się do porządku. Na Graben zdawało mi się, że jestem bogatą damą, teraz zobaczyłam ojca. Kompletny obłęd.

Uśmiechnęła się bezwiednie do mężczyzny. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Niespeszona przyglądała się mu uważnie. Miał blond włosy, lekko przyprószone siwizną. Czarne oczy, tak jak ona. Rysy jego twarzy wydawały się jej podobne do jej nosa i ust. Lata poorały jego twarz zmarszczkami, przyćmiły blask oczu, jednak widziała w niej swoje odbicie.

Przecież zdarzają się takie przypadki, myślała podniecona tym odkryciem. To może być mój ojciec.

Przez jakiś czas walczyła ze sobą, jednak w końcu zebrała się na odwagę i podeszła do niego, co było do niej niepodobne.

— Bardzo przepraszam, ale chciałabym pana o coś spytać — powiedziała podekscytowana, czując, jak pałają jej policzki.

— Spytać? No… proszę usiąść — wybełkotał zaskoczony mężczyzna, mierząc ją od stóp do głów.

— Czy był pan kiedyś, w młodości w Polsce? — wyrzuciła z siebie pytanie, siadając przy jego stoliku.

— Nie, nigdy tam nie byłem — odpowiedział z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

— To niemożliwe! — krzyknęła. — Przepraszam — zreflektowała się natychmiast.

— No, no. Dziwny sposób zawierania znajomości — uśmiechnął się, odzyskując równowagę.

— Bardzo przepraszam. Nie będę panu przeszkadzać — rzekła zmieszana, zamierzając odejść.

Zawstydzona rozejrzała się po kawiarni, czy ktoś nie zwrócił uwagi na jej zachowanie.

— Zostań, podobasz mi się — zatrzymał ją mężczyzna. — Przecież możemy porozmawiać, chociaż nie byłem nigdy w Polsce. — Mam na imię Erwin, a ty jak się nazywasz?

Zrozumiała za kogo ją wziął, ale przykuło ją coś do siedzenia.

Może on kłamie, bo ma nieczyste sumienie wobec mamy? — Trudno jej było wybić sobie z głowy, że znalazła ojca. On coś ukrywa… Nie wiadomo, co robił w Bielsku. To może być jakaś tajemnica. Muszę go bliżej poznać.

— Jesteś pewnie Polką — stwierdził Erwin, przerywając milczenie. — No powiedz wreszcie, jak masz na imię.

— Martyna — wyszeptała, spuszczając głowę.

— Ładne imię. Wypijesz ze mną kieliszek likieru? — zachęcił ją z obleśnym uśmieszkiem.

— Chętnie — odpowiedziała niespodzianie dla samej siebie.

— No, nie wyglądasz na taką… ale… pozory mylą — rzekł kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Bo nie jestem — zaprzeczyła gorliwie, czerwona jak burak.

— To z jakiego powodu mnie zaczepiłaś? — uśmiechnął się ironicznie.

— Myślałam… że pan jest… moim… ojcem — wybąkała coraz bardziej zmieszana.

— Nie opowiadaj bajek! — zniecierpliwił się. — Pijemy likier i idziemy. Na zdrowie. Prost!

Wypiła duszkiem, decydując się nagle na pójście do łóżka z tym mężczyzną. Spragniona była bliskości, którą dawało jej uprawianie seksu. Brakowało jej tego cudownego uczucia zespolenia. Tym bardziej, że facet był przystojny, zadbany, sympatyczny.

— Pójdziemy do mojego samotnego przyjaciela, który mieszka tu niedaleko — mówił Erwin z wyraźnym podnieceniem. — O, właśnie dzwoni! — ucieszył się.

Wyjął z kieszeni garnituru komórkę.

— Tak… Słuchaj Georg, wybieram się do ciebie z dziewczyną — mówił ściszonym głosem. — Masz coś w barku, czy mam przynieść… Świetnie! To się zabawimy. Cha, cha, cha — zaśmiał się rubasznie.

Zdrętwiała, domyślając się, o co chodzi. Jednak chęć uwolnienia się od dręczącego poczucia samotności spowodowała, że przyjęła propozycję.


Gdy znaleźli się na miejscu, rozglądała się ciekawie. Nigdy jeszcze nie była w tak wspaniale urządzonym mieszkaniu na starym mieście. Antyki, obrazy… Znów poczuła się podobnie, jak przed wystawą sklepu jubilerskiego.

Przyjaciel Erwina był nieco młodszy od niego. Choć niezbyt przystojny, też się jej spodobał. Może dlatego, że olśnił ją otaczający zewsząd luksus.

Popijali koniak, mężczyźni opowiadali dowcipy, raz po raz wybuchając gromkim śmiechem. Martyna wpatrywała się w Erwina. Im bardziej miała w czubie, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to jej nieznany ojciec.

— Dlaczeego… nie chcesz się… przyznać, że w młodoości byłeś w Polsce i miałeś przygoodę z moją mamą? — spytała zaczepnie, kompletnie już zalana.

Mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo i milczeli. Pomyśleli, że z dziewczyną jest coś nie w porządku.

— Nie możesz zaprzeczyć — upierała się. — Przecież jestem do ciebie podobna. Te same oczy, nos, usta.

— No, nie wiedziałem, że jestem taki ładny — zaśmiał się Erwin. — Chodź do tatusia! — Posadził ją sobie na kolanach i zaczął lubieżnie obmacywać.

— Nie! — wyrywała mu się z objęć. — Nie mogę z własnym ojcem iść do łóżka!

— To może wolisz z wujkiem Georgiem? — zarechotał drugi z mężczyzn.

Teraz dopiero uświadomiła sobie, w co się wrobiła. Zerwała się z krzesła i bez słowa wybiegła do przedpokoju, a następnie na ulicę.

Rozdział 3

Nie miała odwagi, by zadać matce to zakazane pytanie.


Szła chwiejnym krokiem, ze spuszczoną głową do samochodu zaparkowanego w bocznej ulicy. Po policzkach spływały jej łzy. Czuła się jak ostatnia dziwka. Dopiero gdy usiadła przy kierownicy, rozpłakała się na głos.

To wszystko dlatego, że nie wiem, kto jest moim ojcem, myślała zrozpaczona. Mama musi mi w końcu coś o nim opowiedzieć… Może rzeczywiście zwariowałam? Z tego powodu, że nic o nim nie wiem. Najadłam się wstydu… Jasne, że to nie był mój tata. Kompletnie się zalałam. Upadłam tak nisko. Brakowałoby jeszcze tylko, żeby mnie teraz policja złapała. Zasłużyłam na to. Dobrze mi tak. Może wreszcie odechce mi się orgazmu. Jeżeli miałabym go osiągnąć w taki upokarzający sposób, to lepiej się go wyrzec… I w ogóle seksu. Raz na zawsze. Bo… tak bez orgazmu, tylko z miłości, która szybko kończy się zawodem i cierpieniem, to też nie ma sensu. — Szlochała coraz głośniej.

Z jednego z domów wyszła kobieta. Przechodząc obok samochodu, zatrzymała się i zapukała w szybę.

— Czy spotkało panią coś złego? — spytała współczującym tonem.

Martyna uspokoiła się, szybko otarła łzy i ruszyła bez słowa.


Jechała z sercem na ramieniu, obawiając się zatrzymania przez policję. Jednak dotarła szczęśliwie do domu.

Natychmiast weszła do łazienki. Rozebrała się, napuściła pełną wannę wody. Podczas kąpieli zapamiętale szorowała całe ciało szczotką na długim kiju, by zmyć z siebie cały ten brud. Wciąż na nowo namydlała gąbkę i delikatnie obmywała nią intymne miejsca. Po wyjściu z wanny długo wycierała się frotowym ręcznikiem. Przez cały czas połykała spływające po policzkach łzy.

Gdy weszła w szlafroku kąpielowym do pokoju, od razu włączyła piąty Koncert Brandenburski Bacha, który zawsze działał na nią kojąco. Tym razem jednak muzyka nie była w stanie złagodzić gnębiącego ją poczucia upokorzenia. Zapadał zmierzch, pogrążając jej duszę w ciemnościach.

Dość długo siedziała, popijając wodę mineralną. Gdy przestało się jej kręcić w głowie, wyłączyła odtwarzacz i poszła do przedpokoju po komórkę, znajdującą się w torebce. Kiedy wróciła, usiadła na wersalce i nacisnęła jedynkę.

— O, co się stało, że przypomniałaś sobie o matce? — odezwała się jej surowa rodzicielka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.93