E-book
12.29
drukowana A5
49.57
drukowana A5
Kolorowa
81.56
Władza iluzji

Bezpłatny fragment - Władza iluzji


4
Objętość:
396 str.
ISBN:
978-83-8189-211-7
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 49.57
drukowana A5
Kolorowa
za 81.56

Zadedykować chciałbym moim największym inspiracjom, wyrywającymi mnie z egzystencjalnego zapadania się. — Wynalazcy Czarnych Dziur, S. Hawkingowi, bo nie ma w kosmosie nic bardziej wciągającego niż one. — A. Einsteinowi, za najpotężniejszą moc we wszechświecie Grawitację względności teorii,, oraz M. Kaku, za Hiperprzestrzeń Rzeczy Niemożliwych


Neuroestetyka — dyscyplina kognitywna, której celem jest naukowe wyjaśnienie zjawisk składających się na percepcję (lub szerzej: poznanie) dzieła sztuki. Przedsięwzięcie interdyscyplinarne, w którym uczestniczą przedstawiciele różnych tradycyjnych dyscyplin badawczych, takich jak psychologia, fizjologia czy neurobiologia. Neuroestetyka poszukuje neurobiologicznych podstaw przeżyć estetycznych, gdyż uprawianie i odbiór sztuki są warunkowane przez aktywność struktur mózgu, odpowiedzialnych za percepcję; stawia pytania: dlaczego dane wrażenie zmysłowe jest dla nas interesujące i w jaki sposób jest ono interpretowane przez mózg? Neuroestetyka zainteresowała artystów, którzy pragną wykorzystać w swoich pracach wyniki badań dotyczących percepcji. — Wikipedia


„Nic nie jest prawdą, wszystko wolno” — Friedrich Nietzsche


„Sztuka jest tym, co sama sztuka określa za sztukę — stąd istnieje potrzeba jej ustawicznej redefinicji, przekraczania zastanych stanów” — Immanuel Kant

Kartoteka nr 1. Fałszywe zeznania

Paragraf 1. Pokój przesłuchań

— Na początek, żeby wszystko przebiegło sprawnie i bez niedomówień, poprosimy panów o wyciągnięcie dokumentu tożsamości oraz o podanie kolejno imienia, nazwiska, wiek, zawód i miejsce zamieszkania. Przesłuchiwani byli i są w dalszym ciągu, niemymi świadkami, aż do tej chwili, będący nieświadomymi całego wydarzenia, pomimo ich kluczowego wkładu w całą sprawę. Nieingerującymi w żaden sposób w przebieg. Bez żadnego przejęcia od jego strony. Zdezorientowani i zaskoczeni sytuacją, jasno mówiącej o tym, że coś im umknęło.

— Jan Nieznany, lat 29. Powiedział niewyraźnie jeden z niewinnych oskarżonych.

— Jan Nieznany, 23 lata.

Dochodzenie w sprawie niedoszłych morderstw, sabotażu globalnego, przez terrorystę zwanego Władcą Iluzji. Dwóch podejrzanych przedstawiających się prawdopodobnie fałszywymi nazwiskami, byli uznani za zaginionych przez 3 i 10 lat.

Przesłuchujący naprzeciw dwójki oskarżonych, przerwał na chwilę ścięty dyskomfortem psychicznym i fizycznym. Siedział ściśnięty między dwóch wysoko postawionych urzędników państwowych, o których nie można było ani pisać, ani ich twarzy pokazywać w mediach, przyglądało się dwójce podejrzanych, niczym turyści z trzeciego świata, pierwszy raz widzący tak egzotyczne okazy zwierzęcia w ZOO.

— Świetnie. By wszystko miało ręce i nogi, będę panów prosił, żebyście odpowiadali zgodnie z prawdą, szczerze i szczegółowo na każde najbardziej idiotyczne pytanie, jakie zadam. Tutaj wziął głęboki oddech dający możliwość na ostatni rozkwit ciszy tego spotkania, całkowicie niezagłuszonej żadnym szmerem, by zacząć znowu. Robię to z tego powodu, że dla panów w obecnej sytuacji i kwestii, jaką zamierzamy dzisiaj poruszyć, wygląda kompletnie inaczej dla nas, a inaczej dla panów.

— Podpisaliście Panowie oboje, że macie państwo świadomość, że to oficjalne przesłuchanie. Ze względu na jego temat, zostaje ono utajone przed opinią publiczną, przez co jest ono w pełni monitorowane dla użytku spraw wewnętrznych. Z chwilą przekroczenia pokoju przesłuchań, rejestrują nas kamery i dyktafony raportujące zdarzenie. Żywymi świadkami jest jedynie ochrona. Przesłuchujący zachowywał się tak, jakby dla niego była ta chwila jedynie formalnością. Niby spodziewał się tego rodzaju gadki, lub był do niej przygotowany wcześniej.

— Czy ktoś może mi w końcu powiedzieć, o co do diabła chodzi? Jestem o coś oskarżony? I co mam wspólnego z nim? Tym razem to drugiemu się wyrwało skumulowane napięcie i stres.

— Jesteście świadkami. Trochę trwało zanim to spotkanie mogło się odbyć. Wasze dzisiejsze zeznania, być może doprowadzą do zamknięcia sprawy i pochwycenia osoby, której byliście pierwszymi ofiarami. W tej sprawie zawieszono prawo obu panów do możliwości odmowy zeznań. W przeciwnym razie będzie to potraktowane przez sąd jako utrudnianie śledztwa.

— W jaki sposób? Nie wiem, o jaką sprawę chodzi! W jaki sposób utrudniamy śledztwo? Jestem ofiarą i nawet o tym nie wiem? Ofiarą czego?

— Nie czego, tylko kogo. Gwałciciela Umysłów. Wielkiego reżysera. Sabotażystę terrorystów. Władcę Iluzji. Różnie go nazywają. I dużo o nim mówią. Kojarzy któryś z panów?

— Coś mi świta. Nie jestem na bieżąco ze wszystkimi informacjami. Nie kojarzę, jeśli o to chodzi. Nie sądzę, bym był jego czy kogokolwiek ofiarą.

— To jeszcze bardziej potwierdza prawdomówność tego, co pan mówi. Niektóre ofiary są istnym arcydziełem sztuki manipulacji. Byliście jego pierwszymi ofiarami. Kluczowymi osobami w śledztwie. Oboje odpowiedzieli milczeniem.

— Zadam teraz to jedno z pytań, a wy obydwoje odpowiecie, kolejno. Który mamy rok? Przeniósł wzrok na młodszego podejrzanego, który odpowiedział pewnie, ale beznamiętnie.

— 7 stycznia 2078 roku. Zamilkł i patrzył w punkt przed siebie, czekając. Starając się nie zerkać na tego drugiego obcego. Wyczuł jednak napięcie każdego, oczekującego odpowiedzi.

— Teraz pan, panie Nieznany, Jaki dziś mamy według pana dzień?

— Proszę mi mówić po imieniu. Jest 14 listopada 2085 roku.

Wszyscy trzej przesłuchujący spojrzeli po sobie bezgłośnie w dymie papierosowym.

— To sprowadza was na stanowisko już nie świadków, ile podejrzanych.

Obydwoje czekali na oznajmienie właściwej daty.

— Dziś jest 26 czerwca 2088 roku.

Hatteria na brak reakcji od obu podejrzanych ciągnął dalej, mając nadzieję, że rozbudzi ich pamięć. Spotkaliśmy się pierwszy raz mniej więcej 10 lat temu. Nie pamiętają mnie panowie? Pomimo lat i sytuacji, oraz poza nieścisłością dotyczącej waszego wyglądu, urody, jak i samego wieku. Nazywam się Leon Hatteria, i jestem profesorem nauk społecznych tego oddziału. Byłem wraz z detektywem, gdy się pierwszy raz spotkaliśmy. A pamiętacie negocjatora, pana Flockville? Detektywa Zdzisława Zagadkę? — Wskazał na kolejne osoby siedzące po każdej stronie, wskazując po przekątnych na kolejne postacie.

— Doktor Hatteria? Co to za nazwisko? Sam sobie je wymyślił? — Młodszy wyraźnie poczuł, że nie było to nazwisko, które słyszał pierwszy raz. Coś kojarzę, ale nie zbyt dobrze. W ogóle was nie pamiętam. Może słyszałem, ale jestem niemal pewny, że spotykam was pierwszy raz.

— Jesteście tutaj leczeni, pod ochroną państwa, od kilku miesięcy. Stosunkowo niedawno udało się uzyskać znaczny progres, którym efektem jest to, że rozmawiamy. To przytłaczające, wiemy o tym. Niewielu udaje się wyjść z choroby. Jesteście pierwszymi, którym się udało odzyskać świadomość na stałe. Pamiętacie, jak się tutaj obaj znaleźliście? Ile tutaj jesteście Wiecie, dlaczego tu trafiliście? Jak się spotkaliśmy pierwszy raz? Co ostatniego pamiętacie?

— To myśmy się spotkali? Chyba bym pana pamiętał. Kojarzył…

— Mało pamiętam sprzed tych lat. Nie wiem, co się działo pomiędzy. Miałem jakieś problemy z pamięcią. Zapamiętywaniem. Nie pamiętam, o co chodziło.

— Nie wiemy, jaki cel ma, ale z jakiegoś powodu was wybrał.

— Wybrał? Do czego? Chce pan powiedzieć, że on wie, kim jesteśmy? Wiecie, kim on jest? Czego chce? Co on właściwie zrobił?

— Zaraz. Nie wszystko na raz. Musi mi pan wszystko opowiedzieć. Jeśli będę wiedział to możliwe, że coś mi się przypomni, albo wyjaśnią się rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić.

— Myślimy, że on wie wszystko. My niestety nie wiemy nic ponadto, że nazywa się Jan Nieznany. I że chce znaleźć swoją siostrę. Podobnie jak my. Nie ma śladu, że kiedykolwiek John Doe miał siostrę.

— John Doe? Przecież tym imieniem określa się osobę…

— Widzą panowie, w jakim położeniu jesteśmy. Imię i nazwisko to jedyne, co mamy pewne. Żadnych dowodów, że w ogóle ktoś taki istnieje. Jest nieuchwytny, a mimo tego wszyscy o nim mówią, to pierwszy objaw, po którym zaczyna się choroba. Rozprzestrzenia się przez telewizory. Jej pierwszym objawem jest utrata pamięci. Tak się rozpoczyna wirus. Jest nie do opanowania. Musimy znaleźć lekarstwo. Żeby tego dokonać, musimy znaleźć Władcę Iluzji. Tego właśnie Jan Nieznany. Sprawa trwa zbyt długo, by najwyższe władze nie wprowadziły radykalnych metod.

— No dobrze. Postaram się panu, pewnie mój kolega obok także, opowiedzieć to wszystko krótko, jasno i przejrzyście.

— Ja mam czas. Dużo czasu. Nawet, gdybym go nie miał, to i tak bym go znalazł. Mam cały czas tego świata. Zamilkli obaj. Nie kituję. Będę siedział tu tak długo, aż wszystkiego się dowiem.

— To moja kwestia… — Uśmiechnął się i wypił resztki kawy. — Uczciwie wymienimy informacje. Byście się czuli komfortowo, opowiemy wam wersję wydarzeń z naszej strony, a następnie wy przedstawicie waszą. Proszę byśmy mówili ciągiem, i nie przerywali sobie. Jeśli pojawią się wątpliwości, proszę je zapisać w notesie. Wszystko, co zmusi pana do mówienia, tym samym, przerwania mi. Przypominam, że od momentu przekroczenia progu pokoju przesłuchań, jesteśmy nagrywani audio i video. Zatem wszystko, co powiemy, jest dowodem. Jakieś pytania?

— Tysiące, ale myślę, że dowiem się wszystkiego w trakcie.

— Bardzo dobrze. Zaczynamy. Opowiem historię Jana Nieznanego, jaka zdarzyła się w tym mieście dokładnie rok temu, co za tym idzie również waszą historię, która doprowadziły do miejsca, w którym się znaleźliśmy.

Paragraf 2. Nocny patrol

Mężczyzna błąkał się po zaśmieconych, odludnych pustkowiach, całkowicie odizolowanych od świata. Był środek nocy. Wydawało mu się, że w ciemnych budowlach wokół niego nie istnieje żadna forma życia. Był jak pod wpływem introspektywnej melancholii, do której potrzebował jedynie muzyki i tego rodzaju pejzaży. Głowa świergotała mu kakofonią rozszczepionych dźwięków. Każdy o innym znaczeniu, lecz żadnego nie potrafił rozszyfrować. Przewracał się, idąc chwiejnie, jak alkoholik, ale to nie to było sprawką procentów. Problemem było przypomnienie sobie umiejętności chodzenia, jeśli tą kiedykolwiek posiadał.

Skręcił w uliczkę, instynktownie i wyszedł na ulicę. Zachwiał się nie czując wokół żadnej stałej materii, która pomogłaby mu utrzymać równowagę. Zobaczył niebieskie i czerwone światła migotające zbyt szybko, by jego oczy ogarnęły błyski i by umysł zdążył je zarejestrować. Potem pamiętał tylko rozciągnięte w przestrzeni światła, jak na nieudolnym zdjęciu.

Obudził się w jaskrawym świetle powodującym ból dla zmęczonych oczu. Próbował się podnieść i spokojnie zawiesić wzrok na czymkolwiek, co stało nieruchome. Jego instynkt próbował naśladować martwy płat deski, niewykazującej jakiegokolwiek ruchu. Coś się poruszyło, co usłyszał wpierw, a potem zobaczył. Inny człowiek, w niebieskich ciuchach, większy od niego, w skupieniu obserwowali się wzajemnie, lecz w różnych odczuciach. Obserwował go z wyższością, dając do zrozumienia, że jest otoczony przez bardzo groźne i niewątpliwie dominujące istoty, samym spojrzeniem uświadamiały go o obecnej sytuacji, i że wyjścia nie ma. Mężczyzna obudzony spoglądał w zdziwieniu i z ciekawością.

— Witamy w świecie żywych… Odezwał się ktoś za biurkiem. Drugi, siedzący pod oknem mężczyzna wstał i podszedł do pierwszego. Spoglądając na obydwu, próbował się podnieść. Usłyszał cichy stukot łańcuchów i czując, że jego skrępowane czymś mocnym tkwią za jego plecami, spanikował, jęknął aż do bólu wyciskającego łzy z jego oczu.

— Jestem detektywem śledczym, Zygmunt Zagadka. Za mną stoi komendant Oktawian Oszust. A to miejsce… Obydwie ręce wyciągnął na boki i w górę, zwracając uwagę na wszystko wokół. To XXIII posterunek policji miasta Nowy Jork. Dziś mamy 12 grudnia 2069 roku. Opuścił ręce i zmienił ton wypowiedzi oraz wyraz twarzy. Coś było nie tak. Odpalił papierosa i przysuwając popękaną popielniczkę, zadał pytanie:

— Czy wie pan, w jakiej sytuacji się obecnie znajduje? Kim pan jest? Skąd pochodzi? Ile ma lat? Gdzie mieszka? Nie ma pan jakiegoś dokumentu, czegokolwiek? — Młody mężczyzna, wysoki o krótkich, białych włosach, zakuty w kajdanki nie odezwał się słowem. Nie wykonał żadnego ruchu. Nie można było orzec, czy jest obcokrajowcem, czy też jest on upośledzony. Obydwoje stawiali na to drugie. Obcemu osunął się, jakby miał zawroty głowy. Znał te określenia, słowa, ale nie mógł ich skojarzyć z czymkolwiek, co nasunęłoby mu jakiś wątek powiązany z pytaniem. Wydał z siebie głos, lecz daleki był on od mowy.

— Wie pan, w jakiej sytuacji się znajduje? Gdzie jest?

— Czy może pan mówić? Ten popatrzył się tylko na niego. — A pisać? Taka sama reakcja. Oszust rzucił przed jego twarzą na stół stertę papierów. Podszedł do niego i rozkuł mu ręce. Ten wymasował je, a gdy palec Oszusta zwrócił uwagę uderzeniem w zawartość teczki. Gość wziął je niezdarnie i zaczął oglądać. Nic poza rysunkami i zdjęciami nie rozumiał, więc wiadome było, że przede wszystkim na nich się skupiał. Nie wiedział, co obrazki przedstawiają. Postać na zdjęciu wydała mu się znajoma. Wydął wargi i spojrzał na oby dwóch niby pytając.

— Tak, znasz go. Powiedział gliniarz. To ty. — I następną rzecz, którą wskazał było lustro, w którym się przyglądał sobie, sprawdzając dłońmi czy to on się odbija, by kolejno porównać swoją twarz z odbiciem w lustrze, i tą na zdjęciach. Ostatecznie wskazał siebie. — Zatem wiemy, kim jesteś. Nazywasz się Jan Nieznany i nie może być inaczej, choć nie ręki sobie nie odejmę. Póki co, to musi wystarczyć. Długo pan spał, więc w tej sytuacji, za zgodą lekarza psychiatry zebraliśmy kilka niezbędnych danych. Ściągnęliśmy panu odcisk palców, pobraliśmy krew, zrobiliśmy zdjęcie oka i zębów, zmierzyliśmy wzrost i wagę. Nie miał pan żadnych dokumentów, i pewnie pan nie ma ich w ogóle. Nie istnieje pan. Nigdzie. Nie wiemy, jak to możliwe.

— Ja… Nieznany… Jan? — Sylabował niepewnie. Wskazał na siebie na zdjęciu. Spojrzał na policję i wskazał siebie w wahaniu. Ja? Być…

— Jan Nieznany, to określenie na kogoś takiego jak ty. Panie Nieznany. Do diabła, nie sądziłem, że w tych czasach to w ogóle możliwe. Są komórki, Internet, Facebook i te inne badziewia, a tu to?

— Może wykorzystać to i nadać gdzieś w Internecie? Będzie łatwiej niż w telewizji czy radiu. Choć spróbować możemy. Może się ktoś zgłosi?

— A jak nie? Co mam z nim zaś zrobić?

Obcy głos wkroczył do pokoju:

— Sądzę, że nasze problemy jeszcze się nie skończyły.

— Co masz?

— Znalazłem go, ale to wam się nie spodoba. Naprawdę nazywa się… Jan Nieznany. Zaginął ponad dwa lata temu, 25 maja w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 23-ch lat. Z zawodu architekt. Zaangażowany w budowę Wieży Chmur. Żadnych poszlak, śledztwo zawieszone, uznany za zmarłego po trzech latach przedawnienia sprawy. Sprawę umorzono. Śledztwo zamknięto. Akta zniszczone. Raporty spalone. Żadnej rodziny, żony, dzieci. Miejsca zamieszkania. Nikogo i niczego. O! Nie, przepraszam. Ma siostrę. Albo miał. Nie ma danych, poza tym, że nazywa się… zgadniecie? Jane! Niesłychane, nie? Sprawdzę to dopiero jutro rano najwcześniej. Wysłałem już maile i nagrałem się na sekretarki w paru klinikach, szpitalach i urzędach, jak i wszelkich stanowych rejestrach. Rano powinien ktoś oddzwonić. Mojemu zmiennikowi podałem już stosowne informacje.

— Czyli jednym słowem John Doe.

— Ja… Nieznany… John… Doe? — Powtórzył zwracając tym samym uwagę wszystkich.

— Widzisz? Wskazał na niego zwracając się do trzeciego śledczego. Jemu to pasuje.

— Nic innego nie ma. Nawet nie ma, co szukać. Jutro przyjdzie potwierdzenie z Interpolu.

— Co z nim teraz zrobimy?

— Na razie zostanie tutaj. W celi. Jutro od rana będziemy myśleć. Na pewno coś da się zrobić. Jest druga w nocy. Zrobiliśmy wszystko. Trzeba czekać, aż wszyscy się obudzą. Tym razem ja mam okazję być pierwszą osobą w ciągu dnia, która spierdoli komuś humor. Idźcie się wyspać. Jasne?

— Mnie nie trzeba powtarzać dwa razy…

— Ty też Zagadka. Jeśli zawalisz, to obiecuję, że cię zdegraduję do drogówki. Wypierdalaj stąd. Jutro cię widzę na popołudnie. Jeśli przyjdziesz wcześniej, będziesz osobą, na której będę do końca tygodnia wyładowywał swoją frustrację i brak seksu. Słyszałeś? Goń się stąd.

— Już się gonię… — Detektyw wyszedł niezadowolony z pokoju przesłuchań zostawiając Jana w towarzystwie naczelnika.

Oszust wyciągnął z automatu kawę, potem następną, podając gościowi. Sam oparł się o ścianę próbując myśleć przez migrenowe ćmienie w skroniach. Spojrzał na zegarek i zastanawiał się nad czymś, uśmiechając sam do siebie. Nadpił kawę i wszedł z powrotem obserwując rzekomo zmarłego, którego zagadki nikt nie potrafił rozwikłać. Posłał mu porozumiewawcze spojrzenie, które on wyłapał, ale nie wiadomo czy zrozumiał. Oszust spytał, czy ma gdzie spać? Kiedy ten nie zrozumiał, naczelnik wygestykulował z dłoni poduszkę i przymknął oczy. Skonsternowany bezczynnością podniósł się, ściągnął klucze z wieszaka. Nakazał gestem mu wstać i podążać za nim. Wskazał na kawę, by ją wziął ze sobą i wyszli. Ostentacyjnie zgasił światło i zamknął drzwi, dając do zrozumienia, że już tu nie wracają. Wyszli na korytarz, mijając kilku strażników, kiwających głową. Od ostatniego wziął klucz i podeszli do wielkiej szafy, z której wyciągnął prześcieradło, poduszkę, koc i kołdrę. Wręczył mu ekwipunek, jaki niósł niepewnie, obserwując kubek rozlewającej się ręki. Oszust zaprowadził tymczasowego więźnia do celi, pokazał pryczę i to, co miał w rękach. Pożegnał się i wyszedł. Cela była zamknięta na klucz. Rzucił wszystko i podbiegł do drzwi zaczynając w nie walić w histerii i krzyku.

— Więzień spać! — Wykrzyknął głos zza metalowych drzwi. — Za piętnaście minut gasimy światło. Pobudka rano o szóstej trzydzieści.

Płacząc odsunął się i zasiadł na twardym materacu. Obejrzał się wokół i podbiegł w stronę okna, których dolnych końcówek krat, nie udało mu się sięgnąć, by się nawet wesprzeć i wyjrzeć w obraz nocy. Zauważył kamerę i przyglądał jej się przez chwilę, tak jak ona jemu. Nie wiedział, czym jest, lecz czuł się obserwowany. Zrezygnowany usiadł na rozrzuconej pościeli na podłodze. Po pięciu minutach zgasło światło. Po kolejnych pięciu zgasł on sam.

Wczesnym rankiem wypuszczono go z celi. Zrobiono zdjęcia, ściągnięto po raz kolejny odciski palców. Po obcym mężczyźnie, widać było od razu niepokój i dezorientację. Spoglądał cały czas na wszystkich stojących, siedzących wokół, rozmawiających przy biurkach między sobą, lub przez telefony. Uderzających w maszyny do pisania, klawiatury, szeleszczący papierami i popijających napoje z kubków. Nikt nie spostrzegał, że ich dzisiejsza atrakcja, człowiek, który według aktu zgonu nie żył od dziesięciu lat, obserwuje ich cały czas, a oni go wcale. Nie był świadomy tego, że rośnie mu gorączka. Dyżurny policjant, podszedł do mężczyzny i spojrzał w głąb jego źrenic, próbując wybadać, z kim ma do czynienia, jak i jednocześnie przekazać swoją przewagę nad nim. Mężczyzna, któremu powiedzieli, że zwie się Jan Nieznany. Oderwał wzrok od kogoś w garniturze, pracującego przy najbliższym biurku, by wychwycić spojrzenie na stojącego nad nim. Obydwoje wymienili nieznaczące, choć porozumiewawcze spojrzenia.

— Wiesz, co mi się wydaje? Ten koleś źle wygląda. — Powiedział, nie spuszczając z niego wzorku. Drugi odszedł od biurka by to sprawdzić.

— O co ci chodzi? O tego z wczoraj? Faktycznie. Jak myślisz? Co mu jest?

Jan miał przekrwione i wytrzeszczone oczy. Nie tylko ze strachu. Nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. Przynajmniej słyszalnych w mrukliwej wrzawie biura.

— Nie mam pojęcia, dochodził do takiego stanu, patrząc na ciebie.

— Na mnie?!

Nie rób tego! — Krzyknął ktoś, kiedy Nieznany niezauważalnym ruchem wyjął broń z kabury, stojącego bliżej oficera. Furia skupiła się na twarzy mężczyzny, cały drżąc, przystawił pistolet do czoła i nacisnął spust. W szoku i dezorientacji, dziwnym trafem tylko mężczyzna zachował zdrowe zmysły, i wykorzystując nadarzającą się okazję, zaczął uciekać w stronę wyjścia z komendy. Sam nie wiedział, co robi. Nikt inny też nie.

Przy wyjściu były oszklone drzwi, uchylone, a za nimi oficer w budce przyjmujący zgłoszenie. Za nim obrotowa bramka na zamek, zależny od kaprysu tego w środku. Mężczyzna, jak małpa przeskoczył barierkę i widząc rozbudzonego ciecia, odwrócił się i strzelił mu w klatkę piersiową, i natychmiast po strzale na oślep, który trafił, wybiegł na zewnątrz i ulatniając się w miejskim zgiełku.

W godzinę od zdarzenia rozjechały się wszystkie jednostki patrolowe. Sporządzono list gończy z portretem pamięciowym, zamiast zdjęcia. Mężczyzna na rysunku był charakterystyczny, ale w zasadzie mógł to być każdy. Jego twarz przykuwała uwagę, ale nie zapadała w pamięć. Zgłoszono dwa ciała policjantów gdzie tylko można było. Kiedy do Zagadki dołączył Oszust, zdecydowali się sami wypuścić na patrol. Pomiędzy inne rozjechane po mieście na sygnale. Przeczesujące miasto w poszukiwaniu osoby, o której wiedzieli więcej, niż on sam. Absurd ten utrudniał prowadzenie sprawy. Poszukiwany zdawał się być celem niemożliwym do schwytania.

Późnym popołudniem, niechętnie, ale zgodnie zadecydowali, żeby ogłosić poszukiwania w mediach. Oświadczenie miało znaleźć się w wieczornych wiadomościach regionu. Wtedy nazwisko Jan Nieznany, zostało wypowiedziane w telewizji po raz pierwszy. Nocą w trzech radiowych stacjach i kilkunastu gazetach, co kilka godzin odświeżających informacje, będąc z nimi na bieżąco.

Po ucieczce, w trzy godziny później, Jan Nieznany, siedział w ciemnej klatce schodowej, budynku grożącego zawaleniem, kuląc się w piwnicy prowadzącej do podziemi, wydającymi mu się dziwnie znajomymi.

Rozpłynął się w powietrzu dla go poszukujących. Zniknął dla samego siebie. Nie pamiętał nawet, jak się tu znalazł, gdzie dokładnie był. Pomimo tego, przemieścił się w to miejsce, niemal kierowany jakimś niewidzialnym promieniem instynktu. Podziemne wrota były otwarte. Pogrążał się w zupełnych ciemnościach, smutku i nienawiści, kierując jego zachowaniem. Nie wiedział, nie rozumiał, a jednak niczym zwierzę, wyczuwał zagrożenie, że stanie się coś złego. Niekoniecznie jemu. Zabił dwie przypadkowe osoby i uciekł. Instynktownie. Nie wiedział skąd miał broń. Nie potrafił zrozumieć faktów, błąkających się w strzępkach rozmów wczorajszego wieczoru. Minęło dużo czasu odkąd zaginął. Gdzie był przez ten czas? Co się stało? Niczego nie potrafił sobie przypomnieć. Imię, nic mu nie świtało. Nie pamiętał, by kiedykolwiek żył wcześniej.

Leżał na granicy jawy i snu, czując nieznośny ból w czaszce. Było wilgotno i zimno, wbrew gorącej porze. Chciał poczekać do wieczora, ufając nocy, mając nadzieję, że ta ukryje go. Zlany zimnym potem, wstał i nic nie widział, było zbyt ciemno. Nie wiedział, jak się tutaj znalazł, znów dziura w życiorysie. I znów poczuł ukłucie w czaszce, zalewające potężną falą, cały jego mózg. Ta odświeżając dawno zapomniane skrawki wspomnienia. Pamiętał, że kogoś spotkał, ale nie wiedział, kiedy, ani czy wydarzyło się to naprawdę lub jemu. Był niemal pewny, że temu komuś zawdzięcza zniknięcie, czy też śmierć i stratę swojej pamięci. Zastanawiał się, co ma zrobić teraz. Wtedy przypomniał sobie twarz dziewczyny. Jane. Siostra? Pamiętał, jak o niej mówili. Była zamknięta. Ale były jeszcze inne rzeczy, nie mające sensu. Głosy, przedmioty, osoby. Resztki czegoś.

Przeszedł przez korytarz do jedynego pomieszczenia o nieznanym, jak całość bunkrów, przeznaczenia. W pomieszczeniu był magnetowid odtwarzający antyczne kasety VHS, które w obecnych czasach były warte fortunę. Telewizor był2 do niego podłączony. Sprzęt wydający się niemal nowy, sprawny, działający i na chodzie. Rozejrzał się wokół sprawdzając i nasłuchując czy kogoś nie ma. Nachylił się nad sprzętem i przycisnął Play, zastanawiając się, co jest nagrane. Na ekranie pojawiła się jego własna twarz.

Witaj Janie Nieznany. Jeśli to oglądasz w niepewności i bez jakiejkolwiek wiedzy o czymkolwiek, to znaczy, że wszystko się udało. A raczej zmierza do właściwego punktu. Zastanawiasz się czy ja to ty, i na odwrót. W zasadzie i tak i nie. Ja jestem głosem, który słyszysz, podczas gdy, ty jesteś nowy. Trochę to niezrozumiałe, ale tak właśnie jest. Według raportu policji, od dziesięciu lat pozostajesz uznany za zaginionego. W rzeczywistości od 10 lat Jan Nieznany pozostaje martwy, a ty posiadasz jedynie jego twarz i wszystko inne. Nie jesteś, bowiem człowiekiem, ile czymś innym. Czymś, o czym dowiesz się w odpowiednim czasie i miejscu. Teraz to i tak nieistotne. Kaseta, którą oglądasz ma szczególną wartość. Za każdym razem, kiedy będzie ci potrzebna, odtworzy nowe zupełnie nagranie. Podobne. Z nowymi informacjami. Nie obawiaj się tego. Po pewnym czasie wszystko będzie jasne. Nad tobą czuwa wiele innych, spośród których tylko jedno imię powinno być dla ciebie od teraz ważne. Kiedy go spotkasz, nie mów mu, że o nim wiesz. On także jest w trybie uśpionym. Nie będzie miał żadnego pojęcia o tym, co mu powiesz. Leo odbiornikiem. Ty jesteś nadajnikiem. Telewizor jest łącznikiem. Wraz z nim i z tobą do gry dołączą jeszcze, co najmniej trzy osoby, oraz kolejne, już będące w grze, ale jeszcze niemającej wiedzy o tym, że uczestniczą w czymś wielkim i bardzo ważnym. Ja jestem kimś, kogo określać będą „Gwałcicielem Umysłów” bądź „Władcą Iluzji”, czy też w mniej znanym, nieoficjalnym przydomkiem, określającym moją pracę jako „Gwiazda Chaosu”. Żeby wszystko miało ręce i nogi usiądź wygodnie i skup się. To, co zamierzam zrobić teraz, pomoże ci nie tyle zrozumieć to, co dzieje się, ale wykonać wszystko idealnie. Nie możesz się temu ani oprzeć ani sprzeciwić. Jeśli tak się stanie, znikniesz, ot tak, jakbyś nigdy nie istniał. Trafisz do punktu wyjścia, czyli pozostaniesz w dalszym ciągu Nieznanym, zaginionym ileś lat temu. Musisz mi zaufać. Jestem, bowiem tobą. A komu w tejże chwili możesz bardziej zaufać, niż samemu sobie. Teraz usiądź. Ja poczekam.

I Jan Nieznany usiadł przed twarzą samego siebie, będącej na ekranie.

— Teraz skup się na obrazie i na moim głosie. Patrz mi w oczy, od teraz, gdy pstryknę palcami, zapomnisz wszystko, co ci się przydarzyło, swoje imię i wspomnienia. Wszystko, kim jesteś, i czym jesteś. Od tej chwili, masz tylko kilka godzin, by znaleźć trzy osoby, które cię zastąpią, podczas gdy ty, przejdziesz na drugą stronę, pod nowym nazwiskiem, czekającym w uśpieniu, na realizację i dokończenie wszystkich spraw. Dokładnie za trzy lata, znajdę cię i spotkamy się znowu. W tej chwili, ważne są jedynie trzy osoby. Masz je odnaleźć i pozostawić w wyznaczonym miejscu. Gdy to się skończy, pozostaniesz na nowo ukryty, tak jak ukryty byłeś przez ostatnią dekadę. Masz zrobić wszystko by ich nie spotkać nigdy przez cały ten czas. Gdy cię znajdziemy, a my się spotkamy znowu, będziemy kimś innym, w zupełnie nowym świecie. Podobnym. Dam ci znak, spojrzę na ciebie, wykonam nieokreślony ruch dłonią, wypowiem słowo i wyjdę. Gdy już mnie nie będzie Jan Nieznany wyciągnął zdjęcia wtedy znajdziesz tą osobę i wtedy się zacznie wszystko układać w sensowną całość. Nieważne jest miejsce, czas ani nazwiska. Kiedy to wszystko zacznie się zazębiasz, posiądziesz całą moją wiedzę o tym wszystkim. Osoba, którą zastrzeliłeś dzisiaj także się nie przejmuj. To jedyna osoba, mogąca rozszyfrować to wszystko. Prędzej czy później dołączyłaby do śledztwa. Ci, którzy badają sprawę, nie dowiedzą się niczego. On był w stanie, dlatego został usunięty.

Jan Nieznany zaczął kojarzyć niektóre znaczenia, nie na tyle by ułożyły się w sensowną całość, ale wystarczająco by zaufać osobie i głosowi, który wiedział wszystko. Wstał i chciał wyjść. Był pewny tego, co ma zrobić. Nie liczyło się dla niego w tym momencie nic innego. Telewizor zgasł. Taśma cofnęła się do początku. Kiedy odtworzył ją jeszcze raz, nagranie wydawało się nigdy na niej nie istnieć. Pozostało skasowane. Wiedział, że dalsze instrukcję pojawią się w odpowiednim momencie. W dalszym ciągu był pozbawiony wszelkiej wiedzy o czymkolwiek, jednak ufał migotliwym słowom i obrazom podprogowo nadającym mu do mózgu informacje o wszystkim. Bezsensowny chaos zawierał wszelkie informacje. Sens ich miał być nadany dopiero w odpowiednim momencie i czasie. Teraz musiał pozostać ukryty. Wiedział, że nie może znów zostać złapany, bo wtedy się nie uda nic.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 49.57
drukowana A5
Kolorowa
za 81.56