E-book
9.63
drukowana A5
77.36
drukowana A5
kolorowa
119.73
Wizjoner na strychu

Bezpłatny fragment - Wizjoner na strychu

Wojenna Zamojszczyzna


5
Objętość:
622 str.
ISBN:
978-83-8104-796-8
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 77.36
drukowana A5
kolorowa
za 119.73

Wstęp

„Wizjoner na strychu” Bogdana Nowaka to książka, której nie sposób przeczytać jednym tchem. Zbyt wiele w niej emocji. Tak — właśnie emocji, choć wydaje mi się, że nie one miały stanowić istotę tej publikacji. Podtytuł zaprasza bowiem czytelnika w czasy i miejsca różne. Pełne historii „niezwykłych, fascynujących, przerażających, inspirujących, pięknych, niejednoznacznych…", jak wylicza autor w tekście wprowadzającym czytelnika w klimat dziejów, których za stron parę stanie się świadkiem i uczestnikiem.

W początkowych rozdziałach odnajdziemy m.in. opisane z ciepłym uśmiechem zachowania, które (nie) przystoją pannie na schadzce z narzeczonym czy poznamy związek między kobiecą próżnością a… szarawarami. W tym momencie i miejscu pierwsze strzały będą padać jeszcze sporadycznie, a pierwsze ich ofiary da się jeszcze zliczyć.

Prawdziwe ludzkie dramaty pojawią się wkrótce. Dotkną zarówno osób konkretnych, wymienionych z imienia i nazwiska, bezimiennych, jak i całych rodzin, wiosek, wojskowych czy partyzanckich oddziałów. Naznaczą piętnem hańby hitlerowców, Sowietów, Kałmuków i Ukraińców. Oddadzą sprawiedliwość pomordowanym, wywiezionym i cierpiącym. Wskażą bestie w ludzkiej skórze, zdrajców i niezłomnych. Wskrzeszą pośmiertnie Tych Wszystkich, o których próbowała zapomnieć historia.

Cenne w „Wizjonerze…” jest to, że oprócz prawdy historycznej — czasami prawdziwym cudem wyszperanej z domowych archiwów — Bogdan Nowak znajduje czas, żeby pochylić się też nad człowiekiem. Z jego słabością, ułomnością, wymuszonymi przez wyższą konieczność zachowaniami, które nierzadko odbiegały od kategoryczności czerni i bieli.

Przyznam się, że miałem wiele momentów w czasie lektury, gdy po prostu chciałem cisnąć książką w ścianę. Tak by rozpadła się na kawałeczki, a wraz z nią uleciały w niebyt opisywane historie. Z powodu złości, bezsilności, niesprawiedliwości, współczucia. Książka nadal jest cała, a dzieje ludzi i miejsc w niej opisanych pozostały w głowie. I to chyba największa, oprócz historycznej, wartość tej publikacji.

Bogdanowi Nowakowi chwali się też fakt, że tok narracji poprowadził wartko niczym żołnierski marsz, czyniąc niejako z niego klamrę kompozycyjną wielu wartościowych autentycznych świadectw, cytowanych zwierzeń, pamiętników lub dokumentów. Dzięki temu zachowany został właściwy rytm zdarzeń, czasami podkreślony krótkimi zdaniami niczym „ładuj — pal”, innym razem zaś płynący we frazach rozbudowanych niczym dogasająca z sykiem chłopska chata.

Można oczywiście mieć zastrzeżenia, że nie wszystkie fotografie są ostre, a kontury bohaterów na nich ukazanych odpowiednio wyraziste. Ale moim zdaniem w ten sposób znakomicie komponują się z czasami, których są widokówkami. Porównam to z muzyką z tamtych czasów, która najwiarygodniej brzmiałaby na trzeszczącej gramofonowej płycie.

Pozostaje jeszcze kwestia tytułu, której… nie mam zamiaru wyjaśniać. Zasugeruję tylko, że jej geneza jest intrygująca jak wiele innych historii przybliżonych w „Wizjonerze”, a w księgarniach pozostały jeszcze (o dziwo) resztki nakładu.

Są książki, które przeczytać warto. Tę przeczytać powinien nie tylko mieszkaniec Zamojszczyzny. Choćby po to, by poznać grupę krwi swojej Ojczyzny.


Tomasz Tomczewski

(Recenzja pierwszego wydania „Wizjonera na strychu”, która ukazała się w 2016 r. na łamach „Kroniki Tygodnia”. )

***

Trzymają Państwo w ręku drugie wydanie „Wizjonera na strychu”. Książka składa się z opowieści i szkiców historycznych, które w latach 2002–2017 były publikowane, zwykle w zmienionej formie, na łamach „Kroniki Tygodnia”, „Tygodnika Zamojskiego”, „Dziennika Wschodniego” oraz „Zamojskiego Kwartalnika Kulturalnego”. Obecne wydanie jest znacznie rozszerzone (m.in. o relacje Bronisława Sikory ps. „Klucz”, Janiny Dubel i Wiesława Kuźmy) i przebudowane.

Oczywiście książka nie mogłaby powstać bez innych relacji, starych dokumentów, pożółkłych gazet oraz opracowań i wspomnień, spisanych przez Zygmunta Klukowskiego, Janusza Petera, Michała Bojarczuka, Jerzego Markiewicza, Krzysztofa Czubarę, Wojciecha Białasiewicza i wielu, wielu innych historyków, kronikarzy i regionalistów.

Podziękowania należą się też Ewie i Maciejowi Dziewulskim (za pomoc i wsparcie), Annie Rudy (jest współautorem jednego z zamieszczonych w książce tekstów, wykonała też korektę większości zamieszczonego w książce materiału), Adamowi Gąsianowskiemu, właścicielowi Galerii Fotografii w Zamościu (większość publikowanych w tej książce zdjęć pochodzi z jego zbiorów), Stanisławowi Rudemu, zamojskiemu regionaliście, oraz dr. Bogumile Sawie (udostępniła zdjęcia wykonane przez Adama Lenkiewicza).

Dziękuję również za wiele merytorycznych uwag mojej żonie Bożenie Gwiazdowskiej-Nowak (wykonała też korektę niektórych tekstów).

Dzielne Manekiny

Mam sto lat

Spotkaliśmy się w jej rodzinnym domu. Przywitała mnie promiennym uśmiechem, a potem… zaimponowała wieloma cechami: znakomitą pamięcią, otwartością, błyskotliwym poczuciem humoru, bezkompromisowością i wielkim dystansem do świata, który nieraz ją przecież krzywdził.

Stefania Krokina jest moją cioteczką babcią. Urodziła się 6 czerwca 1916 r. w Sitnie, gdy przez Europę przewalała się — niszcząc wszystko po drodze — I wojna światowa. Po niej przyszły inne plagi: Sowieci, Niemcy, komuniści. W rodzinnej wsi kobieta spędziła młodość i większość dorosłego życia (teraz mieszka w Zamościu). Jej wartka relacja jest niezwykła, barwna. A zaczyna się 150 lat temu…

Maciej muzykant

W zamojskich wsiach ludzie żyli w dawnych czasach przyjaźnie. A gdy były jakieś święta, schodzili się i biesiadowali: prawosławni i katolicy. Pili przy tym mnóstwo samogonu, który pędzili po domach. Gdy urodził się mój ojciec Maciej — a było to dokładnie 50 lat przed moim przyjściem na świat — jego rodzice, Ewa i Kornel Jakubiakowie urządzili huczne chrzciny. Było to w ich domu, w Łaziskach. Wynikła z tego tragedia!

Podczas uroczystości podchmieleni mężczyźni zaczęli się kłócić, potem bić. Ktoś uderzył dziadka Kornela, i to tak mocno, że trzeba go było zawieźć do szpitala w Hrubieszowie. Leżał tam przez jakiś czas i umarł, z tej całej zabawy… Ewa została sama. Nie było jej łatwo… Także dlatego, że była na obczyźnie, bo pochodziła z Czech. Skąd się w Polsce wzięła? Przed jej przyjazdem przeszła przez Łaziska i okoliczne wsie jakaś zakaźna choroba. Mnóstwo osób wówczas umarło, brakowało więc rąk do pracy. Podobno dlatego miejscowi dziedzice musieli ściągać pracowników do dworu z Czech i Niemiec.

Gdy dziadek Kornel umarł, Ewa została z dwójką dzieci. Nie wyszła ponownie za mąż. Utrzymywała się z pracy przy dworze. Coś się jednak zmieniło, bo rozparcelowano ziemię w pobliskim Sitnie. (W 1892 r. część dóbr kupił za 304 tys. rubli Witold Święcicki, który po I wojnie światowej rozpoczął parcelację majątku.) Ewa z rodziną się tam przeprowadziła. Wzięła w tej wsi 26 mórg pola: 1 morga to ponad pół hektara. Warunkiem tej… no… transakcji było spłacenie byłemu właścicielowi tego majątku.

Stefania Krokina w wieku ok. 40 lat.

Trudno było takiemu obciążeniu podołać. Dlatego Ewa zostawiła sobie tylko 13 mórg. Resztę komuś oddała czy sprzedała.

Nadal jednak brakowało w gospodarstwie rąk do pracy. Bo mój ojciec Maciej wprawdzie wyrósł na fajnego, przystojnego chłopaka, ale nie chciał w polu pracować. Podobało mu się za to granie w orkiestrze. Tylko to miał w głowie…

Była w tym czasie we wsi orkiestra. Grali tam jacyś sekundanci i bębnista. Ojciec uciekał z domu, tylko za nimi biegał, słuchał muzyki i podpatrywał grę na instrumentach. Po pewnym czasie kupił sobie skrzypce i wzięli go do tego zespołu. Zaczął grywać po wszystkich weselach i zabawach w okolicy. A w gospodarstwie nie było komu robić!

Święta przez tydzień

W końcu matka Macieja zabrała mu te skrzypce i wrzuciła do pieca. Ale Maciej był bardzo zdolny, miał do wszystkiego smykałkę. I wystrugał sobie w drewnie nożem, a może jakimś dłutem skrzypce, które grały nie gorzej niż te spalone! Nie było na niego rady… Chłopak postanowił się jednak ożenić. Był lubiany, śmiały, dowcipny i wszędzie go było pełno. Podobały mu się różne dziewczyny, tyle że on nie był we wsi uważany za dobrą partię. Ludzie myśleli, że jest raczej lekkoduchem i hulaką niż porządnym kawalerem.

A o tym, kto się ma z kim żenić, decydowali w tamtych czasach rodzice młodych. Zaczął się jednak starać się o rękę młodziutkiej, 17- czy 18-letniej Tekli, córki miejscowego diaka (był to psalmista i pomocnik w cerkwi — dop. autor). On służył do mszy i grał tam na organach. Może dlatego nie odtrącił muzykalnego chłopaka. A panna była dobrą partią. Co prawda miała trzy siostry i brata, ale diak posiadał 45 mórg pola. Było co dzielić. Sprawa trafiła do miejscowego popa. Organista poszedł do niego i pyta:

— No i co mam robić, wydać córkę za tego chłopaka czy nie? Pop podumał chwilę, brodę potargał i zadecydował: — Wydaj!

Tekla Jakubiak

Moi rodzice byli wyznawcami prawosławia, którzy przeszli do kościoła rzymskokatolickiego. Kiedy to się stało, w jakich okolicznościach? Nie umiem powiedzieć. W każdym razie gdy ja się w 1916 r. urodziłam, rodzina Jakubiaków była już rzymskokatolicka.

Nie wszyscy we wsi odrzucili prawosławie. Część ludzi, także moich krewnych, pozostało przy tym wyznaniu. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Miało to też swoje dobre strony. Nasz sąsiad był na przykład prawosławny. Gdy obchodzono katolickie święta Bożego Narodzenia, jego rodzina gościła u nas. A potem, gdy te same święta zaczęły się u nich — my szliśmy do nich. W ten sposób uroczystości trwały chyba… z tydzień.

Pamiętam, że pod stołem po takich świętach było zawsze mnóstwo pustych butelek… Ludzie się weselili, życzyli sobie wszystkiego najlepszego, ale żadnych podarków dzieciom nie dawano. Tak zresztą było także podczas urodzin czy imienin.

Szkoła? Nie ma o czym mówić

Gdy byłam dzieckiem, Sitno miało ze dwa kilometry długości. I dom stał koło domu, płot przy płocie. (W 1921 r. w Sitnie było 155 domów, w których żyło 1 005 mieszkańców, z czego 439 było Ukraińcami, 34 Żydami, a resztę stanowili Polacy). Wszystkie były drewniane. My mieliśmy jeden z takich domów. Ale była tam także obora, gdzie trzymaliśmy bydło i świnie. Tylko stodoła stała osobno.

Maciej Jakubiak

Ten nasz dom wybudowano jakieś pół kilometra od dworu. Nie było tam luksusów. Żyliśmy wszyscy w jednej izbie. Dorośli spali na łóżkach, a dzieci — tak jak zresztą we wszystkich okolicznych domach — na siennikach wypchanych słomą, czasami na piecu.

Te sienniki układano na klepisku, bo mało kto we wsi wybudował drewnianą podłogę. Oprócz mnie, moi rodzice mieli jeszcze inne dzieci: Anielę (urodziła się w 1905 r.), Katarzynę (według rodzinnych przekazów wyszła za mąż za chłopaka, który uczył się na popa — mieszkali w Cześnikach), Józefa i Zosię, która w dzieciństwie umarła. Na co? Nikt o tym wówczas nie wiedział. Nie mówiono o tym… Jednak nasza rodzina nie była, jak na owe czasy, zbyt liczna. W innych domach było sześć, siedem, dziesięć, a nawet 12 dzieci…

Moja mama piekła pyszny żytni chleb, którego smak do dzisiaj pamiętam. Gdy wybudowano w okolicy młyn, jeździło się mielić zboże na mąkę. Dzięki temu mógł powstawać także delikatniejszy chleb, tak zwany sitkowy. Pamiętam, że w naszym domowym piecu chlebowym można było upiec jednocześnie dziewięć bochenków. Mama przygotowywała także pyszne bułki i pierogi z kaszą gryczaną na sucho. Jedliśmy też m.in. kluski z serem, czasami kutię. A gdy się zabiło wieprzka, na stół trafiało mięso…

W naszym domu oraz w całej wsi używało się mowy potocznej: np. na ser mówiło się „syr”, wszystko to było „wsio”, a zamiast słowa „nie ma” mówiło się „ni ma”. W Sitnie, już w wolnej Polsce, była tylko dwuklasowa szkoła. Ja zaczęłam tam naukę, gdy miałam osiem lat. Do tej szkoły chodziły miejscowe dzieci. Założono ją w niewielkim drewnianym budynku. I większość uczniów edukację na tych dwóch, może trzech klasach zakończyło. Tak było także w naszej rodzinie. Edukacja? Tu nie ma o czym mówić.

Ciotka Leonka

Mój ojciec, gdy już mu trochę zauroczenie muzyką minęło, okazał się świetnym gospodarzem. Dokupił pole i las. Z czasem miał tego 35 mórg. Była to druga gospodarka we wsi. Tylko nasz sąsiad Twardziszewski miał więcej, czyli 46 mórg. Takich gospodarzy było w Sitnie niewielu, może dziesięciu. Inni posiadali zwykle po osiem, siedem mórg, czasami mniej.

Co mieliśmy jeszcze? Gdy byłam panną, w gospodarstwie były trzy konie, pięć krów, cielęta, świnie. Mój ojciec wziął nauki od cieśli i sam postawił dom i budynki gospodarcze. Zrobił też kredens, łóżko i wiele innych domowych sprzętów (zabudowania rodziny Jakubiaków spłonęły prawdopodobnie podczas pożaru w czasach I wojny światowej, dlatego budynki stawiano od nowa.) A gdy było trzeba, potrafił też naprawić, a nawet samodzielnie zrobić buty. Nic dziwnego, że inne kobiety zazdrościły mamie takiego zaradnego męża, chociaż wcześniej uznawano go za hulakę…

Kobietom nie żyło się kiedyś łatwo. Wprawdzie na kazaniach w kościele (Sitno należało wówczas do parafii w Sitańcu, tam chodzono na nabożeństwa) ksiądz tłumaczył ludziom, że żona i mąż powinni stanowić jedność, że powinni żyć i gospodarować wspólnie, ale w praktyce to była rzadkość. Tak naprawdę na wsi kobieta miała niewiele do powiedzenia. W rodzinie było dopiero wtedy dobrze, gdy baba była posłuszna. Jak było inaczej, cała wieś śmiała się z mężczyzny, który nie był dominujący.

Dochodziło do skrajnych sytuacji. Moja ciotka Leonka żyła z mężem, który był gwałtownikiem. Często w jej domu była przemoc… W końcu mąż uderzył ją tak niefortunnie, że wypłynęło jej oko. Miarka się przebrała. Leonka nie miała dzieci. Postanowiła przeprowadzić się od takiego wrednego męża do moich rodziców. Z nimi mieszkała. I wniosła do naszego gospodarstwa 21 mórg ziemi. Tak to się jakoś potoczyło.

Wojna, panie, wojna…

Mój ojciec także był surowy, ale chyba głównie dla mnie. Bo ja, w odróżnieniu od sióstr — które czasami w tym posłuszeństwie dla ojca przypominały zakonnice, byłam dziewczyną żywą, wesołą, bardzo otwartą, lubiłam tańczyć. Biegałam na wszystkie okoliczne zabawy. Gdyby mi zabronili na jakąś pójść, chyba bym dziurę w ścianie wydłubała i się na nią wyrwała. Ojcu się to oczywiście nie podobało. Raz przyszedł po mnie z kijem do remizy. Innym razem witał mnie z pasem albo okładał mnie już w domu, a ja chowałam się na piecu czy pod ławą. Tam udawało mi się czasami uniknąć jego razów. Ale mama była dobra…

Zdjęcie wykonano w Sitnie ok. 1942 r. Widać na nim Stefanię i Adolfa Krokinę oraz ich dzieci: Jeremiego i Kamilę.

— Macieju, oczy jej powycinasz. Jak wyjdzie za mąż, będzie w domu siedzieć — mówiła, ale on nie zawsze słuchał.

W 1938 r. wyszłam za mąż za Adolfa Krokinę, kawalera z Sitna. W tej wsi był też ślub i nasze wesele. Przeprowadziłam się do jego domu. On miał już swoje 13 mórg, a ja wniosłam w wianie kolejne osiem. Przed ostatnią wojną urodził się nam syn Jeremi, a w 1943 r. córka Kamila; potem na świat przyszła jeszcze kolejna córka, Teresa.

Bo wojny nie ominęły także naszej wsi. (W okolicy Sitna rozegrała się jedna z bitew I wojny światowej. Pozostały po niej dwa cmentarze. Pochowano na nich w sumie ok. 300 żołnierzy niemieckiej armii). Stał u nas kiedyś polski pułk. Miałam wtedy kilka lat, ale tych żołnierzy pamiętam.

Rozlokowano ich po okolicznych domach, spali także u nas — na słomie, którą rozkładali na podłodze. Pamiętam dwóch oficerów tego pułku. Jeden z nich grał czasem na skrzypcach, a drugi ze mną tańczył, czyli… kręciliśmy się w kółko. Brali mnie też na kolana, rozmawiali ze mną, kazali dla zabawy ciągnąć za nosy. Utkwiło mi w pamięci, że jeden z tych oficerów powiedział pewnego razu, iż zostawił w domu córeczkę w moim wieku. Pewnie mu ją przypominałam. Pamiętam też, że miałam wówczas na sobie, podczas tego tańca, sukienkę w czerwone i zielone paseczki. Taki szczegół dziecku utkwił w pamięci…

(W 1920 r. w Sitnie przebywali żołnierze 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. Ta bitna, kawaleryjska formacja była w okolicach Zamościa reorganizowana i uzupełniana. Potem żołnierze 14. pułku uczestniczyli w bitwie pod Komarowem. Według relacji Anieli Wieczerzy, siostry Stefanii Krokiny, ułani urządzili w sadzie rodziny Jakubiaków polową kuchnię, a na domowym piecu suszyli swoje mundury. Zabierali też Jakubiakom siano, słomę… Gdy na widok rozrzucanego i deptanego w stodole owsa Maciej Jakubiak zaczął protestować, usłyszał tylko od jednego z ułanów: „Owsa waszego nie szkoda, bo wojna, panie, wojna”. )

W grudniu 1942 r. Niemcy wysiedlili z domów wielu mieszkańców Sitna, w tym moich rodziców, moją siostrę Anielę oraz m.in. jej dzieci: Helenę, Alinę (matkę autora) i Alfredę. Trafili do obozu przejściowego w Zamościu, a potem zostali przewiezieni do Siedlec.

Stefania Krokina w 2016 r.

Wojnę przeżyli. Ojciec dożył wieku 81 lat, mama zmarła, gdy miała 76 lat. Mnie z mężem i dzieckiem Niemcy zostawili we wsi.

Bo w tym czasie do polskich opuszczonych domów nasiedlono niemieckich kolonistów. Porobiono im wielkie gospodarstwa. Tych kolonistów przybyło ze 20 rodzin. Oni musieli mieć niewolników, czyli tych Polaków, którzy we wsi zostali. Dlatego nie wszystkich wysiedlono. To były ponure, okropne czasy. Ludzie bali się podnieść głowy, wyjść na wieś, rozmawiać.

(19 maja 1942 r. Niemcy rozstrzelali np. cztery osoby za ukrywanie jeńców radzieckich, w październiku tego roku zabito kolejnych dziewięć osób.)

Słyszało się wprawdzie o tym, że są gdzieś jacyś partyzanci, że napadają na niemieckich kolonistów, ale zwykli mieszkańcy wsi po prostu próbowali jakoś przetrwać…

W pierwszych latach komunizmu też było ciężko. Niemcy zabierali ludziom tzw. kontyngenty, ale po wojnie… robiono to samo. Komuniści grabili mleko, zboże, kartofle, po prostu wszystko. Niektórzy mieszkańcy ukrywali trochę jedzenia, bo inaczej umarliby z głodu. Pamiętam, że na przykład moja siostra Aniela ukryła w lesie cztery worki ze zbożem.

Dokuczała mi złość ludzka

Mam sto lat. Czasami ktoś pyta, czy chciałabym wrócić do tych przedwojennych czasów? Co mogę powiedzieć… Mnie najbardziej dokuczała kiedyś złość ludzka i ciemnota, wynikająca z braku dostępu do edukacji i po prostu elementarnej wiedzy o świecie. Za to domy aż huczały od plotek, w których zresztą specjalizowały się kobiety. Z tego wszystkiego wynikało wiele zła. To mi przeszkadzało. Może się to komuś wydać dziwne, ale głównie z tego powodu nie żałuję tej mojej młodości.

Oporni

Unitów nazywano niegdyś „katolikami obrządku wschodniego”. Na Zamojszczyźnie żyły ich tysiące. Z narażeniem życia bronili swojej wiary.

— Jeszcze przed ostatnią wojną mieszkali w naszej wsi Żydzi, kilka rodzin o pochodzeniu niemieckim, Ukraińcy, Polacy. Wyznawali różne religie. I żyli w zgodzie. Ostatnia wojna zdmuchnęła wszystko — opowiada starsza kobieta, którą spotkałem w Sitnie. — Dzisiaj we wsi są sami katolicy, którzy nie przyznają się do unickich korzeni albo nic o nich nie wiedzą.

— Na Zamojszczyźnie jest teraz tylko jedna parafia unicka, w Hrebennem. Należy do niej ok. 80 rodzin, które przyjeżdżają na msze z różnych części Zamojszczyzny. Są to głównie rodziny ukraińskie i tzw. mieszane. Przed ostatnią wojną wyglądało to oczywiście zupełnie inaczej. Grekokatolicy stanowili wówczas znaczny odsetek lokalnej społeczności — mówi ks. Jan Tarapacki, proboszcz parafii grekokatolickiej w Hrebennem (gmina Lubycza Królewska).

Most nad pęknięciem

To się mogło udać tylko w dawnej Rzeczpospolitej. Zjednoczenie polskich katolików i prawosławnych było możliwe dzięki unii, którą zawarto w 1596 r. w Brześciu. Jak pisała Krystyna Czerni, miała to być próba przerzucenia mostu nad pęknięciem chrześcijaństwa. Ustalono wówczas, że wierni Kościoła wschodniego pozostaną przy „obrządku oraz języku cerkiewnosłowiańskim”, ale przyjmą zwierzchnictwo papieża.

Tuż po unii świątynie grekokatolickie nie różniły się jednak od prawosławnych. Była w nich taka liturgia jak dawniej, podobne szaty oraz wystrój. Jednak unici, na wzór rzymskokatolicki, organizowali seminaria duchowne, opracowywali na nowo księgi liturgiczne oraz zaczęli zwoływać synody.

Najsłynniejszy z nich odbył się w dniach 26 sierpnia — 17 września 1720 r. Zwołano go na polecenie ówczesnego papieża Klemensa XI. Wprawdzie początkowo planowano, że obrady odbędą się we Lwowie, jednak w tym mieście wybuchła epidemia. Dlatego ówczesny ordynat zaprosił uczestników synodu do Zamościa.

„Gdy tedy po tak wielu leciach zaiaśniał ten tak szczęśliwy dzień, tym bardziey się cieszę, im jaśniey widzę, że tak gorąco od was pożadany i teskliwie oczekiwany był, iż żebyście go widzieć mogli, tak wielkim wzgardziliście powietrza (chodzi o zarazę — dop. autor) i śmierci niebespieczeństwem. Tak wielka i niewypowiedziana żądza i gorliwośc wasza dostatecznie pokazuie, iż nie macie nic u siebie droższego nad jedne zbawienie dusz, i nic pożądańszego nad to jedno, pozyskać, co zginęło, co odeszło, to znowu przyprowadzić, co się złamało, to znowu związać, co słabego, umocnić, co słusznego i mocnego, tego znowu strzedz (…)” — mówił Hieronim Grimaldi, nuncjusz apostolski w Polsce do uczestników obrad w Zamościu. — „Żebyście kacerstw wszelkich, które od Ekumenicznych Synodów potępione są, wyrzekli się, a wszystko to, cokolwiek od nich postanowiono, przyieli, i oraz prawdziwe posłuszeństwo Papierzowi Rzymskiemu obiecali”

Mowa nuncjusza została opublikowana w książce pt. „Synod prowincialny ruski w mieście Zamościu roku 1720 odprawiony”. Ten kościelny dostojnik — wraz z Leonem Kiszką, metropolitą kijowskim, halickim i „całey Rusi” — przewodniczył zamojskiemu zjazdowi. Miał jego uczestnikom wiele do powiedzenia.

„Żebyście ciężkie, niektóre złe zwyczaie, które w obieraniu sług Kościoła Bożego, i w ich święceniu, nie bez znaczney Dusz szkody, jako sami lepiey wiecie, weszły, jako nayprędzey z Diecezyi waszych wyrzucone były” — domagał się od uczestników nuncjusz.

A zgromadzenie było znakomite. Przybyli na nie: Hieronim, arcybiskup edeski, Józef Wyhowski, biskup łódzki i ostrogski, Floryan Hrebnicki, arcybiskup połocki, biskup witebski i m.in. mściscławski, Atanazy Szeptycki, biskup lwowoski, halicki i Kamieńca Podolskiego, Wawrzyniec Drucki Sokoliński, arcybiskup smoleński i siewierski, Hieronim Ustrzycki, biskup przemyski oraz wielu innych dostojników katolickich i unickich, oraz m.in. dziekani, duchowni i urzędnicy kościelni z dziesięciu diecezji.

W sumie na synod przyjechało ponad 200 dostojnych gości, którym towarzyszyły pokaźne orszaki. Takiego zjazdu Zamość nigdy do tej pory nie oglądał!

Ubrani w strojne szaty duchowni zbierali się w cerkwi św. Mikołaja (tam odbyła się inauguracja synodu) oraz w zamojskiej kolegiacie. Tematem synodu miała być latynizacja Cerkwi grekokatolickiej (czyli unickiej). Omówiono i ujednolicono też wiele innych, ważnych spraw.

Siostra narzeczonej to nie narzeczona!

„Ponieważ obrządek administrowania tego Sakramentu, jednakowy niemal jest w naszym Kościele, jako i w Łacińskim, a zatym nie potrzebuje żadney poprawy, ani odmiany; dla tego niewolno od sposobu administrowania jego odstępować. Aże Kościół jest właśnie Sakramentow mieysce, rozkazuie Święty Synod, żeby żaden po domach prywatnych bez (…) pozwolenia Biskupa, slubu dawać nie ważył się nikomu” — czytamy w „Synodzie prowincialnym ruskim…”. — „Ci, co zechcą przystępowac do tego, tak wielkiego Sakramentu w Chrystusie i Kościele świętym, nie mają się wiązać w małżeństwo, jeśli nie będą umieć modlitwy Pańskiey, albo Oycze nasz, Pozdrowienia Anielskiego, Składu Wiary Świętey, dziesięciu Bożego przykazania, siedm grzechów głównych i inszych Tajemnic naszey Wiary do zbawienia potrzebnych. Napominać się także ci sami maią, żeby wprzódy, nim do slubu przystąpią, spowiedź uczynili i Komunią Swiętą przyieli”.

Ważny był też m.in. wiek przyszłych małżonków.

„Zaś jeśli kto niebędzie miał Lat należytych, mężczyzna 14 zupełnych, niewiasta 12 skończonych, kto porwie niewiastę, choć na to sama zezwoli, którzy będą w pokrewności, albo w powinowactwie z sobą zostawać w stopniu zakazanym, kto cudzołożnie cudzą żonę pozna z uczynieniem objetnicy, że po śmierci z której strony małżonka z sobą się pobiorą, albo kiedy mąż żonę swoją zabije, albo żona mężą swego także zabije, albo otruie, z namowy z drugim, żeby po śmierci jego, za niego poszła, także kto solennie zaręczył sobie jedną, nie może z żądną siostrą jey rodzoną, i wzaiemnym sposobem zaręczoną, nie może za żadnego brata rodzonego oblubieńca swego iść, i ślubu z nim brać” — czytamy w tym niezwykłym dokumencie. — „Jako też i każdy inszy wadę jaką kanonną w sobie maiący, nie może być przypuszczony do slubu, póki nie otrzyma dyspensy od tego, który ją będzie mógł dać”.

Dlatego duchowni powinni wystrzegać się dawania ślubów „włęczęgom postronnym” i „ludziom mało znanym”.

„Większe w takowych jest niebezpieczeństwo wielożeństwa” — czytamy.

Posynodalny szok

Do unickich ksiąg zamierzano wprowadzić słynne filioque. Ten łaciński termin był jedną z przyczyn ostrego wielowiekowego sporu między prawosławiem i katolicyzmem (zachodni chrześcijanie do swojego „Credo” wstawili w VI w. wzmiankę o synu; od tamtego czasu mówią: „Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca i Syna pochodzi”). Nie wymyślono dotychczas sposobu, aby tę pogłębiającą się przepaść zakopać. Dlatego planowane wprowadzenie filioque do ksiąg unickich miało szansę stać się przełomem dla całego chrześcijaństwa. I to się udało w Zamościu przeforsować. Nie tylko.

Podczas tego synodu upodobniono unicką liturgię do rzymskokatolickiej. Sprecyzowano też obowiązki metropolity, biskupów i kleru. W ten sposób „przypieczętowano” zjednoczenie Kościoła katolickiego i Cerkwi grekokatolickiej. To był nie lada wyczyn. Na pamiątkę tego doniosłego wydarzenia, na ścianie za chórem w zamojskiej kolegiacie umieszczono malowidło, które przedstawiało wszystkich uczestników tak ważnego synodu (obraz został w 1824 r. zniszczony, prawdopodobnie przez zaborców).

— Znaczenie ustaleń synodu było naprawdę doniosłe — zapewnia ks. Jan Tarapacki.

Unici od słów szybko przeszli do czynów. Z cerkwi grekokatolickich zaczęto usuwać ikonostasy (ścianki z ikonami, które odgradzają prezbiterium i ołtarz od reszty świątyni), wprowadzono natomiast boczne ołtarze i konfesjonały. W niektórych świątyniach pojawiły się też kazania, modlitwy, a nawet całe nabożeństwa w języku polskim, także takie, które były nieznane w obrządku wschodnim. To np. godzinki, gorzkie żale, koronki itd. Niektóre świątynie grekokatolicy zaczęli stawiać w stylu wschodnim, połączonym z… barokowym. Pojawiły się w nich także organy i procesje.

Katolicy zaczęli „chodzić” do świątyń unickich (jeśli były blisko), a grekokatolicy do tych, które zwali „łacińskimi”. Udzielano tam sobie wzajemnie sakramentów, chociaż czasami było to dość problematyczne (np. w Kościele wschodnim sakramentu chrztu i bierzmowania udziela się łącznie). To wszystko było dla wielu szokiem. Nic dziwnego, że ustalenia zamojskiego synodu szerokim echem odbiły się w całej Europie. I budziły skrajne reakcje. Niedowiarkom zamknięto jednak usta.

Ustalenia synodu zatwierdził w 1724 r papież Benedykt XIII a rok później zostały one zebrane i opublikowane w Rzymie, już jako obowiązujące. Jednak część duchownych unickich nie zgadzała się na takie zmiany. Najwięcej ich przeciwników skupiło się przy soborze św. Jura we Lwowie. Niektórzy zaczęli nawet rozważać zerwanie z „papiestwem” i powrót do „prawdziwego prawosławia”. Nie musieli na to długo czekać.

Unici byli zgorszeni

W 1772 r. unici mieli w Rzeczpospolitej 9 300 parafii, 147 klasztorów męskich i 19 żeńskich. W sumie do unii należało ponad 4,5 miliona wiernych. Byli to głównie chłopi. Podczas zaboru naszego kraju, Rosjanie postanowili się z nimi rozprawić. W 1839 r. car zlikwidował Kościół grekokatolicki na dzisiejszej Białorusi, Litwie i w znacznej części Ukrainy. Jednak unicką Diecezję Chełmską, której granice sięgały od Tomaszowa Lubelskiego aż po Sokołów Podlaski, pozostawiono w spokoju.

W 1840 r. do Moskwy wezwano jednak Felicjana Szumborskiego, grekokatolickiego biskupa chełmskiego. Nakłaniano go tam, aby wraz z całą diecezją przeszedł na prawosławie. To nie przyniosło skutku. Jednak biskup musiał pójść na pewne ustępstwa. Do grekokatolickich świątyń wróciły ikonostasy. Także nabożeństwa zaczęły przypominać te z rosyjskich cerkwi.

Unici byli zgorszeni. Ostro zaczęli się sprzeciwiać wprowadzonym zmianom. W końcu zrezygnowano z nich, a biskup Szumborski musiał przeprosić swoich wiernych oraz duchowieństwo. Ale car miał tego dość. Nakazał usunąć z unickich cerkwi — jak to określił — naleciałości łacińskie i polskie (usuwano m.in. organy, zakazano też wykonywania polskich pieśni np. kolęd). Unici zaczęli protestować. W efekcie wielu grekokatolickich księży osadzono w więzieniach, zesłano na syberyjską katorgę, a kilkunastu zakatowano. Wreszcie do cerkwi prawosławnej siłą wcielono ok. 250 tys. grekokatolików.

Robiono to z wielką pompą. Uroczyste, wyreżyserowane rosyjskimi bagnetami akty przyjmowania „właściwiej wiary” odbyły się w 1875 r. m.in. w Hrubieszowie i Janowie Lubelskim. Unici musieli chrzcić swoje dzieci w cerkwiach prawosławnych, brać tam śluby, a na prawosławnych cmentarzach grzebać swoich zmarłych. Nieposłusznych (czasami były to całe wsie) carscy żołnierze okładali nahajkami, a potem pakowali do więzień. Ich domy grabiono tak, że jak pisano, „pozostawały gołe ściany, obory bez zwierząt i stodoły bez ziarnka zboża”.

Ciosem wymierzonym w kościół grekokatolicki była także ustawa o urządzeniu duchowieństwa diecezjalnego i zakonnego. Wydano ją w czerwcu 1866 r. Od tego czasu nominacje na duchowne posady musiały być zatwierdzone przez rosyjskie władze. Niektórzy próbowali się bronić.

W 1873 r. grekokatolicy z Parczewa wypędzili ze swojej świątyni księdza, który zaczął odprawiać prawosławne msze w rosyjskim wydaniu. A potem wierni otoczyli tę świątynię. Mężczyźni jeden obok drugiego położyli się na ziemi krzyżem.

Rosjanie nie zamierzali tego tolerować. Kolbami karabinów zapędzili ich do aresztu. Wtedy świątynię otoczyły kobiety. Je także pobito, a potem rozpędzono. Następnie wojsko przez trzy miesiące pilnowało, aby w świątyni odbywały się „odpowiednie”, prawosławne nabożeństwa. Do krwawych protestów doszło też w Drelowie (tam Kozacy zabili kilkunastu unitów, a zranili 180) i Pratulinie na Podlasiu (zginęło 18 grekokatolików, a 50 zraniono).

Krzyk gruchnął niebosieżny…

„W roku 1883 w początkach lutego umarła w Janowie Podlaskim niejaka Agnieszka Semeniuk, jak wszyscy <<oporni>> (tak nazywano unitów — dop. autor) gorliwa katoliczka. Przed śmiercią zaklęła na wszystkie świętości rodzinę i swoich najbliższych, żeby ją pogrzebali chociażby w dole po kartoflach, byle tylko po katolicku” — pisał w 1910 r. Władysław Stanisław Reymont, w swoim reportażu „Z ziemi chełmskiej. Wrażenia i notatki”. „A sprawa była niełatwa, gdyż cmentarze w tym czasie były już srogo pilnowane, zwłaszcza nocami, żeby przeszkadzać tajnym pogrzebom <<opornych>>. Wzięli się więc na sposób i postanowili ją pochować w biały dzień, kiedy cmentarz był najmniej strzeżony.

Czy można sobie wyobrazić w świątyni piękniejszą kopułę? Nie ma chyba wątpliwości, że modły trafiają tutaj prosto do nieba. Brak dachu… nie jest jednak efektem zamierzonym. Na fot. ruiny cerkwi grekokatolickiej w miejscowości Kniazie (gm. Lubycza Król.).

Jakoż trzeciego dnia zebrało się przy zmarłej kilkanaście kobiet, wzięły trumnę pomiędzy siebie na prześcieradła i ruszyły bocznymi uliczkami ku cmentarzowi. Szły cicho, bez śpiewu, jak lękliwe czarne cienie (…)”.

Zobaczył je jednak „jakiś duszogub” (lub „duszołap”: chodzi o strażnika szpiegującego unitów) i zawiadomił policję.

„Zastąpiło im wnet drogę paru strażników i zawrzała krótka walka, bo kobiet było więcej; rozpędziły strażników i poszły spiesznie dalej” — pisze Reymont. „Rozległy się świsty, nawoływania i tętenty, a zanim zdążyły do grobu, rzuciła się na nie cała zgraja z dobytymi szablami. Jedne kobiety zwarły się w krąg trumny, drugie się aż na niej pokładły i broniły nieboszczki zębami i pazurami. Wrzask rozniósł się po całym mieście, naleciało się ludzi, a bójka toczyła się coraz zawzięciej; trumna przechodziła z rąk do rąk i w końcu, przy wydzieraniu jej sobie, padła na bruk, rozbita, i nieboszczka wyleciała w śnieg. Krzyk gruchnął niebosiężny, podniosły się straszne płacze i szlochy”.

Kobiety ponownie rzuciły się z furią na strażników. Kilka z nich w końcu obwinęły trupa w chusty i porwały go.

„Zaczęły z nim uciekać, ale już nie zdążyły. Nadbiegło bowiem jeszcze więcej strażników ze starszym na czele, trupa odebrali, a włożywszy go do trumny, kobiety rozpędzili na cztery wiatry (…)” — czytamy dalej w reportażu Reymonta. „Na placu pozostała tylko trumna i strażnicy niewiedzący, co z nią zrobić, gdyż do cerkwi było daleko, a nikomu nie chciało się jej nieść. Nadjechał na to jakiś chłop. Kazali mu trumnę wieźć, ale chłop zmiarkował, o co idzie, zaciął konia i uciekł. I nikt w całym mieście pomimo próśb i gróźb nie chciał dać koni, a trumna powiązana sznurami, wciąż czekała na środku ulicy”.

W końcu zmuszono do jej zabrania jednego z gospodarzy.

„Nazajutrz za pogrzebem poszedł tylko pop, diak i wszyscy, jacy byli w mieście strażnicy, a z każdego domu popłynęły za nim ciche, żałosne płacze i wyrzekania”.

Unita jak zapowietrzony

Niespokojnie było także w powiecie hrubieszowskim. Miejscowy unicki dekanat składał się tam aż z 18 parafii, m.in. w Chyżowicach, Czerniczynie (z filią w Masłomęczu), Gródku Nadbużnym, Kryłowie, Hostynnem, Mirczu, Ślipczu i Podhorcach. Do ostrych protestów doszło m.in. w miejscowościach Pobereżany i Bohorodyca (dziś Brodzica) oraz w Szpikołosach. W tej ostatniej miejscowości 14 „opornych” uwięziono, a sześciu zesłano na Sybir. W Pobereżanach różne kary dotknęły unitów z 30 rodzin. Wreszcie w 1875 r. skasowano unicką Diecezję Chełmską.

Unici zeszli do podziemia. Dlatego nabożeństwa grekokatolickie odbywały się w lasach i odludnych miejscach. Jak to wyglądało?

„(…) po przybyciu paru księży, najdziwaczniej poprzebieranych rozpoczęła się właściwa praca misyjna. I cały dzień ołtarz jarzył się zapalonymi świecami, cały dzień oblegały go tłumy rozmodlonych i cały dzień, prawie bez przystanku księża nauczali, słuchali spowiedzi, komunikowali, dawali śluby i chrzcili. Przeszło pięć tysięcy osób czekało na to z upragnieniem” — tak Władysław Stanisław Reymont w 1910 r. opisywał w swoim reportażu (na podstawie relacji świadka) unicką misję, która odbywała się w kolombrodzkich lasach, w dzisiejszej gminie Komarówka Podlaska.

Ruiny cerkwi grekokatolickiej w miejscowości Kniazie. Zdjęcie wykonano w 2014 r.

„Byli tacy, którzy dwadzieścia mil przyszli, przekradając się lasami jak wilki. Byli tacy, których chrzczono, dawano im śluby i zarazem chrzczono ich dzieci. Byli tacy dorośli, żonaci, dzietni, którzy po raz pierwszy w życiu widzieli mszę. Byli tacy, a takich znajdowało się najwięcej, którzy za każdą mszę wysłuchaną, za każdą spowiedź, za ochrzczenie każdego dziecka, za wzięcie ślubu, za polski pacierz i za polską książkę brali kije, płacili kary i całe miesiące przesiedzieli w więzieniach. A jednak wszyscy przetrwali.”

„Obyczaj religijny wśród wiernych pozostał nietkniętym” — pisał z satysfakcją w 1895 r. korespondent „Czasu”. „Unici jak tylko mogą, wykradają się na nabożeństwa do kościołów katolickich (…) wszyscy noszą szkaplerze, wszystkie kobiety należą do bractw katolickich, odmawiają różaniec, nucą godzinki (…) zamożniejsi włościanie dzieci swe, wstępujące w związek małżeński wysyłają do Krakowa (…). Nie zaniedbują żadnego większego odpustu katolickiego, a zwłaszcza w Częstochowie, pomimo węchu policji znajdzie się zawsze gromada unitów wśród tłumu ukryta”.

Zmarłych unitów zaczęto grzebać w szczerym polu (kapłani rzymskokatoliccy mieli carski zakaz chowania ich na swoich cmentarzach).

„Kto nie chciał iść do grobu w asyście popa i strażników, tego się grzebało po kryjomu, nocami, a często i w niepoświęcanej ziemi, jak zapowietrzonego. Sypały się potem za to na nas kary, sypały. Człowiek przecież nie mógł przepaść bez śladu, trzeba było zrobić w kancelarii akt zejścia, to pisarz zaraz pytał: <<Gdzie nieboszczyk pochowany?>>. <<W ziemi>>. <<Ale który pop go chował i w jakiej parafii>>. <<W Ziemi. Przecież cały świat jedna Boża parafia” — opowiadał jeden z unickich chłopów w reportażu Reymonta. „Często, gęsto oberwało się przy tym pięścią, ale człowiek musiał powtarzać tylko to jedno <W ziemi>>. Bo i prawdę powtarzał”.

Strażnicy wykopywali jednak z takich grobów (jeśli je odnaleźli) zmarłych unitów i grzebali ich na cmentarzach prawosłanych „po swojemu”.

„I mnie spotkało takie nieszczęście” — mówił chłop. „Straciłem był chłopca. Miał już na piąty rok. Zmarnował się na krosty. Pochowałem go, jak się wszystkich naszych chowało, w głuchą noc i kryjomo; a chociaż mogiłkę zrównałem z ziemią i założyłem darnią, strażnicy ją wywąchali, rozkopali grób i trumienkę wyciągnęli; pop ją pogrzebał po raz drugi, na innym miejscu i z wielkim ceremoniałem”.

Na skargę do papieża

W 1883 r. Łukasz Ziń z Brodzicy (gmina Hrubieszów) wraz z delegacją z Podlasia wybrał się na skargę do samego papieża Leona XII. Przedstawił tam „świadectwo krzywd”, jakich doznawali grekokatolicy (został za to potem aresztowany i osadzony przez Rosjan na Zamku w Lublinie). Natomiast w kwietniu 1904 r. do Watykanu wyruszyła pielgrzymka unicka, w której uczestniczyli także mieszkańcy Zamojszczyzny. Tym razem wręczono papieżowi petycję podpisaną przez 56 tysięcy wiernych.

Zapomniany cmentarz grekokatolicki w Sitnie.

Błagano o pomoc. Nie wiadomo, czy to coś dało. Jednak sytuacja Rosji zmieniła się w 1905 r. Po klęsce z Japonią car Mikołaj II złagodniał. 20 kwietnia wydał edykt tolerancyjny. Cofnięto w nim sankcje za wystąpienie z Cerkwi prawosławnej. Wprawdzie unici, którzy siłą zostali do niej wcieleni, nie mogli wracać do starego wyznania (Kościoła grekokatolickiego nie reaktywowano), jednak „droga do kościoła rzymskokatolickiego stanęła przed nimi otworem”.

Z takiego rozwiązania skorzystało wiele osób. Jak pisze historyk Stanisław Jadczak, tylko w powiecie hrubieszowskim zdecydowało się na ten krok ponad 11 proc. wszystkich mieszkańców; w samym Hrubieszowie ok. 5 tys. osób. W całym kraju do Kościoła rzymskokatolickiego przeszło ponad 230 tys. unitów.

„W przededniu I wojny światowej głosami posłów Dumy rosyjskiej gubernia chełmska została oderwana od Królestwa Polskiego i włączona do Rosji” — czytamy w „Dziejach Kościoła w Polsce (to praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Wiencka)”. „W ten sposób unici, znajdując przystań w kościele rzymskokatolickim, od 1913 roku znaleźli się w państwie prawosławnym, które swój stosunek do unii wyraziło już w roku 1839”.

Mogiły „opornych”

Pierwsza wzmianka o cerkwi w Sitnie pochodzi z 1531 r. Według zapisków z 1840 r. była ona sercem parafii unickiej, do której należało wówczas 634 mieszkańców tej miejscowości, pobliskich Czołek oraz miejscowości Johanówka (dziś Janówka). Ich losy były podobne do losów innych unitów. I także oni, po ukazie tolerancyjnym odetchnęli z ulgą. Świadczy o tym kamienny dziękczynny krzyż, który mieszkańcy Sitna wystawili przy drodze prowadzącej do miejscowości Czołki. Wyryto na nim inskrypcję:

„O Boże, jako Twoi słudzy stawiamy krzyż na pamiątkę”. Jest też data: „14 sierpnia 1905 r.”.

Teraz w Sitnie nie ma podobno grekokatolików, chociaż wiele rodzin posiada unickie korzenie (np. Józef Kamiński, prapradziadek autora, był — według rodzinnych przekazów — diakiem w cerkwi w Sitnie). Pozostał jednak cmentarz z początku XIX w. (obok gimnazjum).

Jeden z połamanych krzyży na cmentarzu w miejscowości Kniazie.

Stare nagrobki są tam zniszczone, porastają trawą i chwastami, bo cmentarz zamknięto jeszcze podczas II wojny światowej. Dlaczego? Na Zamojszczyźnie Polacy walczyli z Niemcami oraz UPA. Także z tego powodu rodziny o korzeniach unickich o tych pochówkach zapomniały (bano się np., że nie będą uważane za etnicznie polskie). W efekcie ten stary cmentarz jest dzisiaj zaniedbany i zapomniany. Zachowało się tam tylko kilka nagrobków oraz metalowe i żeliwne krzyże, które można policzyć na palcach jednej ręki. Są za to śmieci, niedopałki, butelki.

Takich zapomnianych, niszczejących nekropolii istnieją na Zamojszczyźnie dziesiątki. Można spotkać też liczne krzyże i „święte figury”, jak pisał Reymont, „postawione w czystym polu”, „w głuchych pustkach” czy w lasach.

To także mogą być mogiły „opornych”, o których zapomniano.

Tajemnicza wielbicielka Botticellego

Na zdjęciu widać twarz młodej kobiety o dużych, rozmarzonych oczach. „Ja — Botticelli — w pokoju: koniec sierpnia 1910 r., w południe” — zanotowała w opisie, który po latach odnaleziono przy tym fotograficznym autoportrecie. Życie owej zapomnianej ziemiańskiej fotografki z Zamojszczyzny oraz jej zdjęcia nadal są osnute tajemnicą. Czy można ją jeszcze rozwikłać?

— To dziwna, nietypowa historia. Ponad 100 szklanych negatywów dostałem jakiś czas temu od jednego z mieszkańców gminy Susiec. Podobno znalazł je na strychu pewnego domu, a potem przyniósł do mojego zakładu. Przy zdjęciach były opisy techniczne, czyli informacje na temat zastosowanych soczewek, przysłon, rodzajów szklanych płytek czy chemikaliów. To były zapisane drobnym, kobiecym pismem suche informacje. Na szczęście odnotowano tam także daty. Wynika z nich, że te zdjęcia zostały wykonane w latach 1910, 1911 i 1912. Rewelacja! Naprawdę, coś niezwykłego! — opowiada z zachwytem Adam Gąsianowski, fotograf, właściciel zamojskiego Muzeum Fotografii. — W opisach nie zamieszczono jednak zbyt wielu nazwisk fotografowanych osób — pojawiają się tylko niejaka Aniela Sadowska oraz Janka Gałkowska, czy np. nazw miejscowości.

Nie tylko pstrykanie

O odnalezionych szklanych negatywach wiadomo niewiele. Udało się nam ustalić, że w 1997 r. na strychu starego rodzinnego domu w Rybnicy (gmina Susiec) znalazła je Monika Rebizant-Siwiło, zamojska pisarka. Po pewnym czasie pokazała tajemnicze znalezisko Zygmuntowi Jaroszowi, regionaliście z Suśca. Niestety, jemu także niewiele udało się wywnioskować, bo na oglądanych pod światło negatywach zobaczył tylko jakieś cienie i zarysy postaci. W końcu szklane negatywy przekazano Adamowi Gąsianowskiemu, który zdjęcia wywołał, a zniszczone, szklane negatywy odpowiednio zabezpieczył.

„Ja — Botticelli — w pokoju: koniec sierpnia 1910 r., w południe” — tak napisała o sobie autorka zdjęć. Kim była?

Jak te fotografie znalazły się na strychu starego domu w Rybnicy? Nie wiadomo. Na pewno jednak nie zostali na nich uwiecznieni członkowie rodziny pani Moniki.

Kim zatem byli ludzie, którzy zostali sfotografowani ponad 100 lat temu? Gdzie wykonano fotografie? Monika Rebizant-Siwiło ma kilka hipotez na temat pochodzenia tych unikatowych, pożółkłych zdjęć — np., że powstały w pałacu w Rudzie Różanieckiej, ale żadnej nie udało się dotychczas potwierdzić. Sporo można się jednak domyślić lub wywnioskować…

Przegląd prasy na schodach?

Autorką tych fotografii na pewno była młoda kobieta mieszkająca wraz z rodziną w jednym z ziemiańskich domów. Ten budynek widać na zdjęciach. Był drewniany, dość obszerny, miał ganek. Jego zewnętrzne ściany pokryto rodzajem drewnianej okładziny (gontu?), co było w tej okolicy chyba nietypowym rozwiązaniem.

Kadr tego zdjęcia na pewno został dokładnie zaplanowany, nawet w najdrobniejszych szczegółach.

Wnętrze domu też wyglądało dość oryginalnie. Na kilku fotografiach widać np. charakterystyczne meble wykonane z desek i grubych, jakby splecionych ze sobą gałęzi (z nich zrobiono m.in. wysokie oparcia). Zajmowały dużą powierzchnię i miały charakter reprezentacyjny. Stały w pokoju, gdzie odbywały się rodzinne spotkania oraz zabawy z dziećmi. Tam przyjmowano także gości. Przy tych nietypowych meblach wykonano wiele zdjęć.

Kobieta na koniu siedzi „po męsku”. To już przecież XX wiek!

W innych pomieszczeniach domu zawieszono obrazy w zdobionych ramach (są to tzw. widoczki i portrety). Stały tam też stylowe komody, szafy oraz stoły z rzeźbionymi nogami. Na zdjęciach widać solidne, drewniane drzwi (chyba malowane białą, olejną farbą), dywany, lustra, kwiaty w doniczkach, eleganckie pianino oraz popiersie Fryderyka Chopina.

Mężczyzna w mundurze armii austro-węgierskiej.

— Były to wnętrza w domach ziemiańskich zapewne dość typowe. Meble jednak wskazują, że właściciele domu mieli artystyczną duszę — przekonuje Adam Gąsianowski. — Dzisiaj ciekawość budzi każdy szczegół. Najbardziej intrygujący są jednak żyjący w tym budynku ludzie. Ich twarze powtarzają się na wielu zdjęciach. Oni budzą sympatię. Ich wizerunki ocalały cudem!

Bo coś się w życiu tej ziemiańskiej rodziny wydarzyło. Pewnego dnia jedna z młodych kobiet dostała (lub kupiła) mieszkowy aparat fotograficzny. Był to prezent drogi, ale w owych czasach coraz bardziej popularny. Tym aparatem można było wykonywać zdjęcia w formacie 9 na 12 cm. Jego nowa właścicielka nie tylko nauczyła się takie zdjęcia „pstrykać”, ale także je wywoływać (robiła to prawdopodobnie we własnej ciemni).

To niezwykła fotografia. W tamtych czasach takie zdjęcie wymagało sporej odwagi: ze strony fotografa oraz modelki.

Wiadomo, że szklane negatywy kupowała w składzie fotograficznym Władysława Borzemskiego we Lwowie, przy ul. Sykstuskiej (być może je stamtąd przysyłano). Były one zapakowane w specjalne papierowe koperty, które do dziś się zachowały. To na nich owa fotografka zapisywała swoje uwagi dotyczące zdjęć oraz różne szczegóły techniczne.

Kobiecy akt i miłosna historia

Nie zawsze wszystko się jej udawało. Niektóre fotografie jakoś… nie wychodziły, były nieostre lub prześwietlone, a kompozycje pozostawiały wiele do życzenia. Bywało jednak, że wykonywała zdjęcia starannie zaplanowane. Są one dzisiaj prawdziwymi perełkami (nie tylko pod względem dokumentacyjnym, ale także artystycznym). Fotografkę inspirowały zresztą m.in. obrazy Sandra Botticcellego, malarza z epoki odrodzenia. Może album z reprodukcjami dzieł tego starego mistrza miała na półce w swoim pokoju?

Kobieta uwieczniała na zdjęciach głównie swoją rodzinę, ale także zapewne przyjaciółki (np. podczas kąpieli w rzece), różne scenki rodzajowe (dziecko siedzące na nocniku, ludzi pływających w łodziach po stawie, mężczyznę grającego na gitarze itd.) oraz okoliczne pejzaże. W zbiorze, który udało się odnaleźć po ponad 100 latach, pojawiły się też scenki z końskiego targu oraz m.in. zdjęcia wykonane przy pracy (na jednej z nich uchwycono np. kobietę pracującą w oborze).

Fotografia z dziećmi.

Autorka tych starych zdjęć na pewno bywała romantyczna, innym razem — jak na tamte czasy — bardzo odważna. Na jednej z wykonanych przez nią fotografii widać np. kobiecy akt (uchwycona w kadrze modelka stoi przed lustrem z odsłoniętą piersią), na innych — niewiasty przebrane w mundury żołnierzy austriackich. Jedna z nich siedzi nawet nad wojskową mapą i zapewne obmyśla plan ataku na wroga…

Co ciekawe, wojacy z cesarsko-królewskiej armii często bywali w domu fotografki. Czy byli to znajomi? A może bracia lub kuzyni? Nie wiadomo. Widać ich na zdjęciach pojedynczo lub całymi grupami. W odnalezionym zbiorze znalazły się też fotografie żołnierzy rosyjskich (prawdopodobnie wykonano je już podczas I wojny światowej).

„Andzia z Adasiem, 6 lipca 1912 r.”

— To wszystko są tylko spostrzeżenia, które można wysnuć na podstawie odnalezionych fotografii. One mogą, ale nie muszą okazać się prawdziwe. Skąd jednak wiemy, że te zdjęcia wykonała jedna osoba? Opisy są wykonane tym samym charakterem pisma, a przy fotograficznym autoportrecie kobieta napisała: „ja”. Zresztą te fotografie są ciepłe, podobnie kadrowane. Noszą wyczuwalne autorskie piętno… — przekonuje Adam Gąsianowski. I po chwili dodaje: — Wprawdzie zdjęcia zostały znalezione w gminie Susiec, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy tam zostały wykonane. Jeden z mieszkańców tej miejscowości zasugerował, że mogły być one związane z jakąś miłosną historią, bolesną rozłąką. Skąd takie przypuszczenia? Co go do nich skłoniło? Nie udało mi się dowiedzieć.

Adam Gąsianowski zastanawiał się nad zbiorem, który trafił do jego rąk. Miał na to wiele czasu. Każdą z fotografii mozolnie „odzyskiwał” ze szklanych, często zniszczonych negatywów.

— Oglądałem najdrobniejsze detale, wyobrażałem sobie tych ludzi, ich zachowania, sytuacje, w których się znaleźli. Próbowałem też zidentyfikować niektóre sfotografowane postacie, ale moje starania spełzły na niczym. Szkoda — mówi z żalem. — Na pewno mamy jednak do czynienia z jakąś niezwykłą historią, tajemnicą. Jestem pewien, że uda się ją kiedyś rozwikłać.

Bezwstydne szarawary

Nawet największe modnisie patrzyły z trwogą na dokonujący się przewrót. Do kobiecego świata mody wkroczyły szarawary, czyli pierwowzór spodni. Wywołały zgorszenie. Dlaczego? Według niektórych, kobieta w męskim stroju to świat, który… stanął na głowie! Prawdziwa rewolucja w modzie pojawiła się jednak 100 lat temu.

„Moda kobieca jest istotą niezwykle kapryśną. Wystarczy przerzucić choćby żurnale mód z ostatniego pięćdziesięciolecia, aby się o tem przekonać” — pisał żurnalista podpisujący się literami St. w czasopiśmie „Świat” z 4 marca 1911 r. „Niemal rok każdy przynosi zmiany, niemal każdy tworzy nową modę i na nowo napełnia kalety właścicieli magazynów strojów kobiecych. Bo moda jest też obowiązującą. Nie można ubierać się niemodnie; choćby dana moda nie odpowiadała naszemu gustowi, nie można wyłamać się spod jej władzy”.

Artykuł w „Świecie” nosi tytuł „Szarawary. Z kaprysów mody współczesnej”. Jego autor z przekąsem pisze o zmianach zachodzących na początku XX wieku w światowej modzie, wyraźnie nie doceniając ich znaczenia.

Dzielne manekiny

„Ot, na przykład, rok ubiegły dał suknię spętaną. Stała się modną, dlatego przywdziały ją wszystkie damy, bez względu na to czy odpowiadały ich wdziękom, czy nie (…)” — pisał autor artykułu. „Lecz dotychczasowe zmiany odbywały się raczej w drodze ewolucyi. Rok bieżący staje się rokiem rewolucyi. Moda kobieca zrywa radykalnie i nieprzewidzianie ze wszystkiem, co było, wali porządek stary i zastępuje go nowym, tak nowym, że nawet największe modnisie patrzą z trwogą na dokonujący się przewrót”.

Co tak przeraziło autora? Były to szarawary, czyli praprzodek kobiecych spodni. Na jego oczach (choć były to dopiero pierwsze oznaki zmian) waliły się w gruzy, zasady, którym hołdowały babki i matki Polaków z początku XX w.

„Istotą nowej mody jest rozcięcie dolnej części stroju, upodobnienie go — w najogólniejszej zasadzie — do stroju męskiego (…)” — tłumaczył żurnalista. „Dziś z rozkazu wszechwładnej pani mody, szarawary wchodzą wszędzie: na ulicę, do salonu, do zacisznego buduaru, jako strój poranny, do sali koncertowej, teatralnej i balowej. Wchodzą wśród niesłychanej reklamy, z poszumem jedwabi i z ogromnym nakładem finansowym magazynów paryskich, które postanowiły wprowadzić szarawary za każdą cenę”.

Autor twierdził, że tę rewolucję przygotowano od dawna. Domy mody prezentowały jeszcze przed 1911 rokiem tzw. manekiny ubrane w szarawary (chodzi o modelki w nowych strojach). Można je było spotkać na ulicach Paryża.

Ich stroje wywoływały zbiegowiska, podczas których musiała interweniować policja. Nie tylko w stolicy Francji było z tego powodu gorąco. Np. na wyścigach w miejscowości Auteuil, organizatorzy musieli opóźnić start wyścigów konnych, bo nagle wokół „manekinów” zebrał się potężny tłum: osoby robiące zakłady opuściły budki totalizatora, dżokeje odeszli od osiodłanych zwierząt, a niektóre damy wspięły się nawet na płoty.

„Bo oto nadeszła chwila wielka rewolucyi mody, po przez plac wyścigowy kroczyły dumnie szarawary, za nimi drugie i trzecie. Tłum przestał myśleć o wszystkiem innem: wszystkie oczy, wszystkie lornetki skierowały się w tę stronę” — czytamy w „Świecie”.

Kobieto, twoje nazwisko próżność

Bo to był prawdziwy szok! Niektórzy niedowiarkowie krzyczeli nawet wniebogłosy: — Do haremu! (szarawary przypominały podobno stroje noszone przez Turczynki — dop. autor.). Bezwstydne istoty! Skandal!

„Manekiny szły w bój odważnie” — przyznał redaktor „Świata”. „Tylko w nielicznych wypadkach zdecydowały się na odwrót niesławny. Lecz same przyznały, że ostateczne zwycięstwo będzie trudne i że jeszcze daleko do niego. Czy zwyciężą? Oto pytanie, które zadaje sobie każda Paryżanka, a prócz niej wszystkie modnisie w stolicach mniejszych i większych”.

„Manekiny” paradują na wyścigach konnych w Auteuil. Nie tylko tam z powodu ich nowatorskich kreacji wybuchł skandal.

Żurnalista nie umiał znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Z wielu względów. Wątpił np. czy w Polsce znajdą się krawcy, którzy będą potrafili szarawary uszyć, w taki sposób, aby nadać im „elegancyę, szyk i wdzięk, pociągający mężczyznę”.

„Gdyby rozstrzygnięcie zależało wyłącznie od celowości nowego stroju lub od równouprawnienia, wynik byłby niewątpliwy. Paryżanka zdobyła już togę adwokacką, wdrapała się na kozioł dorożki (…) dowiodła swej psychicznej i intelektualnej równości z mężczyzną i z pewnością nie zawahałaby się przed nowym strojem, który przede wszystkim daje jej swobodę ruchów” — rozważał redaktor „Świata”. „Ale kobieto, twoje nazwisko jest próżność. I w tem kryje się tajemnica przyszłości”.

Kobiety w szarawarach sfotografowane w Warszawie w 1911 r. Zdjęcia zamieszczono w czasopiśmie „Świat”. Zostały opisane jako „próby rewolucyjne”

„W poszukiwaniu nowości sięgnęła moda paryska do stroju haremowego i wprowadziła do salonu i na ulicę… jupe-cullotte, suknię przypominającą częściowo strój płci brzydkiej” — czytamy także w innym magazynie z 1911 r. „Pisma paryskie i madryckie, w których to miastach damy tak ubrane można już widywać (były już także nad Wisłą — dop. autor), rozpisały ankiety w sprawie nowego stroju”.

Kanty i wynalezienie rozporka

Dystyngowane elegantki ubierały się pod koniec XIX i na początku XX w. w wąskie, rozszerzane u dołu suknie z piętrowymi falbanami, często na różnego rodzaju rusztowaniach. Nowością był kostium „trotteur”, ze spódnicą sięgającą „tylko” do ziemi. Na początku ub. wieku panie zaczęły nosić także wielkie, przepasane wstążką i ozdobione kwiatami kapelusze (wcześniej ich nakrycia głów zdobiły raczej pióra). Dzięki nowemu fasonowi gorsetu i krojowi stanika, sylwetki kobiet stały się — jak to ujęto — „silnie wybrzuszone na biuście”, co stało się zresztą prawdziwą pożywką dla ówczesnych karykaturzystów.

Ubiór dystyngowanych elegantek charakteryzował się nadmierną ilością ozdób, dodatków, pikowań, haftów, aplikacji i przeróżnych lamówek oraz różnorodnością tkanin (płaszcze szyto zazwyczaj z sukna, czasami z futer). Nakładano toalety przeznaczone specjalnie do uprawiania turystyki: czyli kraciaste spódnice, bluzki, kapelusze w formie kaszkietu i pończochy w szkocką kratę oraz kostiumy podróżne (w takich zestawach sprzedawano spódnice z krótką tuniką).

Panie nosiły też chusty, szale, kołnierzyki w niezliczonej ilości kolorach i formach, a pod ubraniami tzw. kombinacje, czyli majtki połączone z koszulkami i halkami, a później gorsety zszyte z majtkami i koszulą. Kobieca bielizna stawała się zresztą coraz bardziej wyrafinowana i kolorowa (w 1900 r. wynaleziono barwniki, które były odporne na spieranie). Co roku żurnale mód pokazywały też najnowsze tendencje w modzie pończoszniczej.

Panowie nie mieli takiego pola do popisu. Nosili zwykle marynarki, kamizelki i spodnie (od 1895 r. zaprasowywano w ich nogawkach kanty, a w 1911 r. wprowadzono rozporek), które szyto z takiego samego materiału. Strojami wieczorowymi nadal były fraki. Zmieniały się jedynie materiały, z których je szyto oraz obowiązujące długości. Zasada były prosta: kobiety nie nosiły strojów uznawanych za męskie i odwrotnie. Tę regułę zaczęto powoli łamać (robiły to głównie feministki). To był jednak dopiero początek prawdziwej rewolucji. Moda zmieniła się radykalnie w 1915 r. (tę datę przyjmuję się za początek nowego stylu) podczas I wojny światowej. Dlaczego?

„Powszechność pracy kobiet, ich dostęp do stanowisk zastrzeżonych wyłącznie dla mężczyzn oraz zrównanie w prawach obywatelskich — wszystko to sprawiło, że pole działalności kobiet w coraz mniejszym stopniu było ograniczone do roli pani domu” — tłumaczy francuski historyk Francois Boucher. „Te czynniki wpłynęły na przejęcie przez nie ubioru lepiej dostosowanego do wymogów codziennej egzystencji”.

Ilość wprowadzonych dokładnie wiek temu zmian trudno zliczyć. Skrócono m.in. kobiece spódnice, zrezygnowano definitywnie z gorsetów na rzecz biustonosza i pasa do pończoch, wprowadzono nocne piżamy. Europejki zaczęły też nosić spodnie.

Pumpy na motor

Podczas I wojny światowej na Zamojszczyźnie nie zajmowano się modą (kilkakrotnie przewalał się tutaj front). A jednak echa nowych, modowych trendów dotarły także do tego regionu. Wytropił je Adam Gąsianowski, fotograf, właściciel zamojskiej Galerii Fotografii (zgromadził kilka tysięcy archiwalnych zdjęć).

— Na pewnym zdjęciu wykonanym w okolicach Suśca, jeszcze podczas I wojny światowej, widać kilka kobiet, które przebrały się w mundury austriackiego wojska. Te panie nałożyły m.in. spodnie i tak dały się sfotografować. Kobiety traktowały to chyba jako żart, bo śmiały się w takich strojach do obiektywu — mówi Adam Gąsianowski. — Mniej więcej w tym czasie pojawiają się także zdjęcia pań w spodniach do konnej jazdy, a potem w takich, które były używane do jazdy na motorach. To był rodzaj tzw. pump, sięgających za kolana. Do nich kobiety zakładały długie skarpety czy rodzaj podkolanówek. Bo te panie pochodziły z zamożnych domów i były zaznajomione ze wszelkimi nowinkami.

Wiejska rzeczywistość wyglądała inaczej. Na zdjęciach wykonanych po I wojnie światowej widać to wyraźnie.

— Przed tamtą wojną wiele osób, które robiły sobie zdjęcia u zamojskich fotografów miały porządne, eleganckie ubrania, które mogły świadczyć o ich zasobności. To się zmieniło — opowiada pan Adam. — Na fotografiach z lat 20. ub. wieku zwykłe, zamojskie kobiety są ubrane w bardzo skromne sukienki, bez ozdób, koronek itd. Wyglądają ubogo nawet na fotografiach ślubnych. Niektóre panny młode mają np. wyraźnie za krótkie sukienki. Wielu mężczyzn na tych ślubnych zdjęciach nosi tylko koszule: bez marynarek i krawatów.

A co z damskimi szarawarami?

— Kiedyś oglądałem wraz mamą przedwojenne zdjęcie Zofii Boguckiej, mojej babci. Była na nim w spodniach! Zapytałem o to mamę, która oświadczyła, iż… babcia Bogucka nigdy by czegoś takiego na siebie nie nałożyła, tak jak wiele innych, wiejskich kobiet. To, co widać na zdjęciu, było według niej sukienką, która ułożyła się w sposób, przypominający spodnie. Musiałem mamie uwierzyć — śmieje się pan Adam.

Szarawary dotarły jednak w końcu do wszystkich zamojskich kobiet, tyle że z opóźnieniem. Na zdjęciach z lat 50. i 60. ub. wieku nasze panie paradują w nich tak… jakby to robiły od zawsze. Żurnalista „Świata” byłby zapewne takim obrotem spraw zdumiony. A może rozpierałaby go duma z tego, iż dostrzegł początek ważnych, obyczajowych zmian.

Kobieta w męskim świecie

„Przez cały tydzień nie mówiono o niczem tyle, co o przygodach tajemniczych hrabiny Adamowej z Potockich Maryi Zamoyskiej. W kąt szary poszły z uwagi publicznej i wybory, i klęska Nowo-Dworska (chodzi o pożar, który wybuchł w Nowym Dworze Mazowieckim: spłonęło 400 budynków, dach nad głową straciło 1,5 tys. rodzin — dop. autor)” — czytamy w wydanym 26 października 1907 r. numerze czasopisma „Świat”. „Znaleziono sensacyę niezdrową i rzucono się na nią z jakąś dziwną drapieżnością”.

Nie bez powodu. Adam Zamoyski nie był w Polsce zbyt popularny, ze względu — jak to tłumaczono — na „zbytnią przychylność” caratowi. Przez 20 lat służył jako mistrz ceremonii na dworze carskim w Petersburgu, a gdy wybuchła I wojna światowa został podobno adiutantem samego cara Mikołaja II (potem był m.in. ordynatem na Kozłówce).

W 1897 r. Zamoyski ożenił się z Marią Potocką. Miał z nią dwóch synów i córkę. Rodzina żyła spokojnie. W 1907 r. kraj zelektryzowała jednak sensacyjna wiadomość: żona Adama Zamoyskiego… znikła!

Skandal

Rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zaginionej. Kraj (głównie w zaborze rosyjskim i austriackim) zaczął huczeć od dziwnych, czasami nieprawdopodobnych plotek. Marię Zamoyską podejrzewano o romans, potem pojawiła się pogłoska, że „w grę wchodzi morderstwo lub porwanie”. Sprawą tajemniczego zniknięcia hrabiny gorliwie zajęła się krajowa prasa.

„Ktoś informował pisma nasze w sposób, który wydawał się obliczonym na podniecenie ciekawości. Oto podawał coraz to inną nazwę miejscowości, w jakiej hr. Zamoyska jakoby spędziła te dni, w których jej poszukiwano. Te nazwy są: w Gazecie Polskiej — Zadumki, w Epoce — Zacisze, w Gaz. Nowej — Wesołówka, w Gońcu — Posępne” — wyliczał redaktor „Świata”.

W „Kurierze Warszawskim” ktoś zrobił sobie nawet niestosowny żart. Podano tam nazwę miejscowości, która — jak to oceniono w innych czasopismach — brzmiała niedwuznacznie i niewłaściwie. Było to… Rozwodowo!

„W istocie owa miejscowość okazała się całkiem inna (…)” — uspokajał dyskretnie czytelników redaktor „Świata”. Jednak także on rozumiał zaniepokojenie opinii publicznej. Nawet… gdy hrabina już się odnalazła.

„Powstało podejrzenie zabójstwa, dokonanego w pociągu kolei petersburskiej. I wtedy ciekawość publiczna słusznie została podrażnioną. Szło o publiczne bezpieczeństwo. Ale skoro hr. Zamoyska szczęśliwie się odnalazła, skoro rodzina dała ciekawości ogólnej satysfakcyę, wyjaśniając tę sprawę, nic już niema ona w sobie, czem by spraw publicznych dotykała. Stała się sprawą prywatną. I ani do pism, ani do obcych ludzie nie należy” — czytamy w piśmie „Świat”.

Jaki był jednak powód tajemniczego zniknięcia hrabiny Zamoyskiej? Co się z nią wówczas działo i jak to tłumaczyła rodzina? Nie wiadomo. Tak czy owak, wniosek wysnuto i był on ponury. Maria Zamoyska… uciekła mężowi, chociaż był hrabią! Także z tego powodu jej tajemnicze zaginięcie, a potem odnalezienie stało się jedną z największych sensacji towarzyskich 1907 r.

Byle nie z aktorką!

„Ludzie, dla których uciechę stanowią cudze sprawy, dali szeroko folgę swej namiętności” — pisał z naganą redaktor „Świata”. „Bawiono się złośliwie tem co mogło być dramatem i nieszczęściem (…). Być może, iż w końcu i motywy tajemniczego zniknięcia okażą się również całkiem innemi od tych, które plotka warszawska niosła z telegraficzną szybkością od ucha do ucha”.

W owym numerze „Świata” z 1907 r., obok artykułu pt. „Ofiara sensacyi” zamieszono zdjęcie Marii z Potockich Zamoyskiej. Widać na nim młodą, zamyśloną kobietę o delikatnych, regularnych rysach i zaczesanych do tyłu włosach. Ma ona na sobie m.in. jasną bluzkę z wysokim, sztywnym kołnierzem oraz naszyjnik.

„Adamowa hr. Zamoyska” — tak podpisano to zdjęcie w czasopiśmie „Świat” z 1907 r. Była to ilustracja do artykułu pt. „Ofiara sensacyi”.

Ten wizerunek musiał się czytelnikom czasopisma podobać. Bo taki był wówczas ideał kobiety z wyższych sfer, do którego (z różnych względów) wzdychano. Uroda hrabiny wpisywała się także w najnowsze kanony kobiecego piękna tzw. „secesyjnej stylizacji”. Tę nową tendencję widać np. na płótnach ówczesnych malarzy (Klimta, Muchy, Wyspiańskiego, Mehoffera).

Idealne, secesyjne panie miały być smukłe, gibkie, delikatne o „okrytej mgiełką zamyślenia” twarzy. Malowano je w pozach „omdlewających” i pełnych nostalgii (zresztą nie bez podtekstów erotycznych). Modne zaczęły być także długie, lekko falowane włosy. Do takich kobiet można było wzdychać, ale trzeba było na nie uważać.

„Człowiek (czytaj mężczyzna — dop. autor.) pojmujący życie i jego obowiązki poważnie, nie powinien nigdy lokować uczuć swoich u kobiet, których zawód nie daje rękojmi, że będą dobrymi żonami i matkami (…)” — ostrzegał w 1903 r. niejaki M.A. Zawadzki, w poradniku pt. „Przewodnik zakochanych, czyli jak zdobyć szczęście w miłości i powodzenie u kobiet”. „Największa artystka, najuczciwsza przy tem kobieta żyje zanadto życiem nerwów i wrażeń, w ciągłym podniesieniu i podrażnieniu (…). Zmęczone jej nerwy i mózg wysilony — dziedzicznie potomstwu udzielić się muszą. Nie mówimy już o szansonistkach, tak zwanych artystkach baletu, cyrku itd. Są to istoty stojące już niżej wszelkiego poziomu i obserwacyi porządnego człowieka, o czem chyba pisać zbytecznie”.

Zdjęcie z przełomu XIX i XX w. Zamieszczono je w piśmie „Das Album”.

Zawadzki przekonuje, że porządnego człowieka powinny interesować tylko kobiety czyste, „oddane sercem i duszą swoim obowiązkom”, spełniające małżeńskie powinności cierpliwie i łagodnie, a przede wszystkim takie, „na których życiu nie ma cienia”. Jak je rozpoznać?

„Wzorowa, pracowita i kochająca córka będzie taką samą żoną. Będzie przyjaciółką i towarzyszką męża w dobrej czy złej doli, potrafi dodać mu sił i otuchy, umilić życie, rozjaśnić czarną godzinę i wpoić w męża te same zasady, w których ją wychowywano i dla których żyła” — tłumaczył Zawadzki. „Nie sądźmy, że to niedościgniony ideał, że trudno znaleźć taką kobietę. Nie! Na szczęście jest ich dosyć, jest ich dużo, dużo więcej niż złych kobiet (…). Szukaj przyszłej żony w swojej sferze towarzyskiej! Tę maksymę radziłbym widzieć wypisaną nad każdym kawalerskim biurkiem i łóżkiem”.

Niech będą zalety, byle… bez przesady

Jak pouczał M.A. Zawadzki na świecie są niewiasty złe i dobre, zacne, czcigodne oraz… inne, jednak „jakiekolwiek one są, zawsze wpływ ich dodatni czy ujemny oddziaływa potężnie na mężczyznę”. Dlatego ważne jest, aby sercowych spraw nie pozostawić samym sobie. Kłopot w tym, że aby zdobyć przychylność damy, czyli kobiety zacnej trzeba się było mocno nagimnastykować. Ta rola zawsze należała do mężczyzn (w dawnych czasach niewiasty były zdobywane: odwrotne sytuacje zdarzały się sporadycznie).

„Wielką i istotną zaletą kobiety są: miękkość, tkliwość serdeczność, owo to, co określamy mianem kobiecości” — dowiadujemy się z przewodnika. „Panny nie posiadające tej pięknej zalety, wyszedłszy za mąż, będą kłótliwemi, pretensyonalnemi i dyspotycznemi żonami”.

Modelka z pisma „Das Album””. Zdjęcie wykonano w 1898 r.

Kobiety powinny być piękne, wytworne, skromne i posiadać smak estetyczny. Ważne są zresztą przeróżne zalety, tyle, że… bez przesady.

„Niech więc twoja żona czyta — lecz niech sama, broń Boże nie pisze! Niech lubi i zna się na muzyce i teatrze — lecz poza amatorskiem domowem graniem na fortepianie niech nie marzy o laurach wirtuozostwa na publicznych koncertach lub amatorskich scenach” — grzmiał Zawadzki.


Przewodnik dostarczał czytelnikowi wszelakiej wiedzy w tematyce miłosnej. Uczył jak zawierać znajomość z panną: poznaną przypadkowo, w towarzystwie i jak zachować się na pierwszej randez-vous. Dowiadujemy się z niego jakie prawić jej komplementy gdy np. gra na fortepianie, a jakie będą stosowniejsze: w ogrodzie lub w podróży.

Boisz się najdroższa?

Cenne były także rady dotyczące dyskursu. Tak powinna odbywać się np. rozmowa balowa: Kawaler zbliża się do panny siedzącej w towarzystwie matki i skłoniwszy się mówi:

— Czy mogę panią prosić do tego walczyka? — Mamo? — odpowiada panna. — Idź córko, jeżeli pan tak łaskaw… — wtrąca się w tym momencie matka, skłoniwszy głowę.

Podczas tańca nie mogło się obyć bez rozmowy. Najlepiej było zacząć od komplementu.

— Pani tańczysz jak baletnica! — mówi dziarski młodzieniec. — Fe! — odpowiadała zwykle panna. — Czy panią razi to porównanie? — ciągnie konwersację tancerz. — Nie! Ale mnie pan za bardzo przycisnął. — Och. Pardon! (tańczą dalej). — Jak się pani bawi na dzisiejszym balu? — powinien zapytać po krótkiej chwili młodzieniec. — Dziękuję. Tańczę dosyć (w znaczeniu mam powodzenie) — dziewczyna jakby trochę się dąsa. — Nic dziwnego… — Dlaczego? — dopytuje się panna. — Zostawiam to własnej domyślności pani… — odpowiada triumfująco młodzieniec.

M.in. po takiej rozmowie z nieznajomą dziewczyną kawaler mógł liczyć na jej wielką przychylność. Jeśli oczywiście potem nie zepsuł dobrego, pierwszego wrażenia. W efekcie narzeczeństwo było murowane. Ale i ono nie mogło się odbywać bez odpowiedniej rozmowy np. na spacerze.

— Nie oddalajmy się zbytnio od rodziców — mówi pozornie strwożona panna (to kolejny przykład konwersacji). — Czy boisz się najdroższa, byśmy nie zginęli? — pyta w tym momencie adorator. — Nie! Ale to nie wypada. — Dlaczego nie wypada?! Jesteś moją narzeczoną i jako taka poruczona mej opiece — wyjaśnia narzeczony. — Ho, ho! Już opiece! Jeszcze nie tak prędko! Zaczekaj mój panie po ślubie. Będziesz jeszcze miał tej opieki dosyć — dopowiada panna.

Kreacja z końca XIX w.

Młodzieniec tylko na to czekał.

— Ach! Marzę o tem tylko we dnie i w nocy — powinien powiedzieć namiętnie.– Co i w nocy? — odpowiada ze zdziwieniem dziewczyna. — Czy cię to dziwi… — pyta kawaler triumfująco.

Zakochany maszynista

W poradniku zamieszczono wiele przykładów listów miłosnych. Były one przeznaczone dla ludzi w różnym wieku i parających się różnymi zawodami. Tak np. zdaniem Zawadzkiego powinien wyglądać list maszynisty kolejowego do ukochanej.

„Czas to pieniądz! — trafne przysłowie, zwłaszcza dla nas kolejowych, u których na punktualności i pośpiechu cała służba zależy. Dlatego nie bierz, Panna, i mojego pośpiechu za złe i rozgrzesz mnie z niego jako człowieka kochającego — i maszynistę” — czytamy w poradniku. „Zapytuję Pannę, czy chcesz być moją żoną, gospodynią w domu moim i matką dzieci moich, które po największej części pozbawione będą ojca, bo ten musi we dnie i w nocy być na maszynie. Odpowiedź daj prędko”.

Taki list powinien podkreślać uczucia kandydata, ale także jego solidność i poważne zamiary.

Modelka z końca XIX w.

„Pokochałem Panią szczerze i bezinteresownie i pragnę z Nią się ożenić” — tak powinny zdaniem autora przewodnika wyglądać oświadczyny „właściciela karuzelu”. „Poczem i karuzel mój wymaga dozoru i pomocy — równocześnie nie mogę przecież kręcić korbą i siedzieć na kasie, a na obcych ludzi trudno się spuścić (czyli powierzyć im ważne obowiązki — dop. autor). Wolę więc spuścić się na Panią jako moją żonę, proponując zarazem, że prócz zwykłych obowiązków żony spełniać będziesz i powinności kasyerki”.

A oto list delikwenta, który się upił.

„Człowiek nie święta figura w polu — za dużo było tam monopolu. Bo i szczera prawda, że człowiek świętym nie będący, a wódeczką nie gardzący, łatwo do zawrotu głowy i awantur przyjść może (…). Nie tyle boli mnie jednak głowa, ile serce, żem Pannie (tu można było wpisać imię ukochanej), zrobił taką nieprzyjemność. Daruj mi ten raz ostatni!”.

Nabroiłaś niepokoju

Jak taka dobrze wybrana, zdobyta już kobieta, miała zachowywać się w małżeństwie?

„Gospodarstwem choćby najmniejszym zawiadywać dobrze, szczególnie przy małym zarobku męża — to zadanie wielkie; trzeba tam wiele umieć, wiele pracować, o wiele się starać, słowem potrzeba tam wiele biegłości i zręczności” — czytamy w wydanym w 1882 roku poradniku pt. „Szczęście domowe”. „Wszelako — nie lękaj się miła gospodyni, bo za pomocą i szczerą radą dobrego przewodnika wszystkie trudności łatwo zwyciężysz”.

W poradniku „Szczęście domowe” pozornie nie ma nic niewłaściwego. Był on przeznaczony głównie dla ówczesnych kobiet. Można tam znaleźć wiadomości o sprzętach domowych, które powinny znaleźć się w gospodarstwie, o „porządku i ochędóstwie” w poszczególnych pomieszczeniach domu oraz porady dotyczące m.in. „obsługi pieców”, prania „bielizny i ubioru” oraz gotowania. To nie wszystko. Liczba codziennych obowiązków ówczesnej gospodyni — według poradnika — tak naprawdę nie miała końca (było to np. wycieranie naczynia kuchennego, wygubianie robactwa, upiększanie mieszkania oraz… „miłowanie małżonka jak należy i znoszenie jego ułomności cierpliwie”).

Wszystkie czynności należało wykonywać sumiennie i z mozołem. Na buntowanie się nie było miejsca.

„Stałego szczęścia w tej doczesności nikt się nie dorobi. Co tu na ziemi poczciwego człowieka w pewnym stopniu uszczęśliwić może i rzeczywiście uszczęśliwi, to jest tylko kontentowanie się tem co ma. Kogo pragliwość nie dręczy, a zazdrość nie suszy, ten jest szczęśliwym (…)” — instruowano. „Ręce do pracy twarde więcej zdobią niewiastę jak złote łańcuszki. Używajże tedy rąk do pracy niestrudzonej”.

Na kobiecie spoczywała także wielka odpowiedzialność. Bo jeśli mężczyzna klepał biedę, winę za to — według sugestii poradnika — ponosiła „jego” kobieta. Ona była też odpowiedzialna za zły humor swojego wybranka.

„Strzeż się gadatliwości, nie zawiązuj przyjaźni ze szczebiotkami i plotkarkami. Chcesz li mieć pokój, siedź w komorze twojej, a nie wab, nie przypuszczaj do siebie kobiet z całej wsi albo z całego sąsiedztwa. Nie wychódź z domostwa twego, tylko w razie potrzeby” — czytamy w poradniku. — „A i tak jeszcze nie zabawiaj się z innymi przy studni, przy wrotach, na targu, ubieży ci bowiem czas do gospodarowania potrzebny, a z pracą zadaną nie będziesz na czas gotowa. Południe na karku — a na kominku ognia nie ma. Trzask, prask, krętu-wętu potem upraszczasz na prędkości, obiad lada jako, iż nikomu nie smakuje. Mąż się krzywi nieukontentowany — odchodzi, niecierpliwy! Zepsułaś wiele strawy, a nabroiłaś niepokoju! A mogło być bez tego, gdybyś była na czas zaczęła”.

Zdjęcie wykonano w XIX wieku. Fot. ze zbiorów Adama Gąsianowskiego.

Czystość, dziewictwo, anielstwo

Do kobiecych zadań należało też wychowywanie dzieci. Obowiązki nie kończyły się nawet w nocy. Przy czym, jeśli rodzicielka nie wykazywała należytej rozwagi — dochodziło do tragedii.

„Dzieci nie powinny nigdy być brane do łóżka matki, co niestety tak często jeszcze dzisiaj praktykuje się” — pisał w 1929 r. w swoim poradniku pt. „Zdrowie w chacie wiejskiej” doktor Kacprzak. „Zwykle matka, chcąc mieć trochę spokoju w nocy, kładzie maleństwo na noc obok siebie. Jak tylko dziecko zaczyna krzyczeć z jakiegokolwiek powodu, matka wsadza mu pierś do buzi, by go uspokoić. Dziecko przyzwyczaja się niekiedy do spania z piersią w ustach, od ciągłego ssania psuje sobie żołądek, cierpi na rżnięcie, ma rozwolnienie lub odwrotnie — zaparcie, częste oddawanie moczu, boleści, a to wszystko matka uspokaja znowu piersią, co jeszcze zwiększa cierpienie dziecka (…). Pamiętajmy jeszcze i to, że matki, kładąc dzieci obok siebie, niejednokrotnie je zaduszają, jak o tem często czytamy w gazetach”.

Służąca. Fot. ze zbiorów Adama Gąsianowskiego.

Domowe obowiązki były dla wielu kobiet przytłaczające, ale panie stopniowo dojrzewały do zmian. Warunki było coraz bardziej sprzyjające. Pod koniec XIX wieku rozpoczął się w Europie proces zwany urbanizacją (rozwój miast). Ludność Paryża, Londynu czy Berlina wzrosła o co najmniej kilkanaście procent. W wielu miastach powstawały potężne fabryki, w których można było znaleźć pracę. To miało konsekwencje społeczne. W dzielnicach przemysłowych nie dało się żyć starym, wiejskim trybem.

Ówcześni ludzie musieli stać się bardziej przedsiębiorczy, podejmować nowe wyzwania i przestawić się na inny, wielkomiejski sposób myślenia. Tylko w Niemczech przez 30 lat (od 1895 r.) liczba kobiet pracujących w przemyśle zwiększyła się z 17 proc. do 23 proc., a np. w biurach — z 2,6 proc. aż do 12,6 proc. (drastycznie zmniejszyła się natomiast liczba pań pracujących jako służące). Kobiety coraz częściej rezygnowały z domowych obowiązków i podejmowały pracę w rzemiośle czy tzw. usługach. W efekcie… rodziły coraz rzadziej. Wiele z nich żyło samotnie, co tłumaczono w różny, czasami bardzo odważny, jak na tamte czasy, sposób…

„Zupełne wstrzymanie się od stosunku płciowego jest dla kobiet rzeczą (…) dla zdrowia obojętną, podczas gdy dla mężczyzny wywołać ono może pewne zaburzenia w sferze nerwowej lub psychicznej” — oceniało pismo „Kosmetyka”. Dlatego lekarze na wiele dolegliwości np. migrenowych zalecali mężczyznom wizyty u prostytutek, które nie były zresztą traktowane jak pełnoprawne istoty ludzkie.

Uczestnicy ankiety przeprowadzonej w 1903 r. podkreślali, że czują wstręt do kobiet „sprzedajnych i publicznych”. W powszechnej świadomości funkcjonowały zresztą albo „kobiety wszeteczne”, albo panie cnotliwe i nietknięte. Innych odcieni kobiecości nie przewidywano.

„Naturalnie od mężczyzn wymaga się pewnego rodzaju moralności, mianowicie rzetelności w interesach, poszanowania cudzej własności (…), trzymania się przepisów honoru itp. Ale w stosunkach płciowych stawiać jakieś reguły, zasady to przecież śmieszna pedanteria lub rozczulająca naiwność” — pisała w 1904 r. feministka Iza Moszczeńska w broszurce „Czego nie wiemy o naszych synach”. — „Zupełnie inaczej traktowano kwestię moralności kobiecej. Tu obyczaj i opinia stawały się niezmiernie surowe i zbroiły się całym arsenałem zabójczych pocisków. Absolutna czystość, dziewictwo, anielstwo (…). Oto normalne wymagania, które stawiano przeciętnie przyzwoitym kobietom”.

Gdy przetrą się oczy

W 1906 r. doktor Stanisław Kurkiewicz wydał dziełko pt. „Szczegółowe odróżnienie czynności płciowych”. Na podstawie swoich obserwacji i medycznych doświadczeń tak pisał o kobietach:

„Mimo wszystko kobieta jest w zakresie płciowym bardzo ciekawą — tylko się z tym kryje. Swoją ciemnotę — którą jej świat narzucił — odczuwa jako szkodliwą, zwłaszcza gdy w małżeńskim pożyciu przetrą się jej oczy, gdy wszystko zobaczy”. Jak oszacowano, np. w niemieckich małżeństwach na początku XX w. dzieci przybyło aż „o połowę mniej niż w latach poprzednich” (nie dotyczyło to jednak rodzin chłopskich). Jak to wyglądało w Polsce?

„Wśród przeważającej liczby rzymskich katolików będzie olbrzymia masa ludności ubogiej, warstw wyrobniczych” — zauważyła w 1911 r. w czasopiśmie „Świat” dr Z. Daszyńska-Golińska. „Ogólna liczba urodzeń obniża się przeto od 1893 r., ale wśród masy katolickiej można to zauważyć dopiero o 10 lat później. Natomiast ludność żydowska, protestancka i prawosławna wyprzedza ogólną obniżkę. Prawosławni zawsze mieli małą liczbę urodzeń, co przypisać można znacznej liczbie nieżonatych, wśród wojska i urzędników”.

Zdjęcie wykonane na początku XX w. Ta rodzina mieszkała na Stanisławce (gm. Sitno). Druga z prawej Apolonia Sztafiej, pierwsza z lewej Marianna Nowak. Są to: prababka i babka autora…
...to zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie 20 lat później. Widać, że Apolonia Sztafiej żyła wtedy skromnie. Nic dziwnego. W międzyczasie przetoczyła się przez Zamojszczyznę I wojna światowa. Wiele rodzin straciło majątki.

I dodaje: „A zatem i ziemie, a przynajmniej miasta polskie, wkraczają na drogę powolniejszego przyrostu ludności. Zaczynamy być przezorni na wzór innych narodów, a nic w tym złego, bo wyniknąć stąd musi wyższe poszanowanie dla istnień ludzkich, a z czasem i wyższa zamożność”. Zaobserwowano też inne zjawisko. Liczba rozwodów zwiększyła się w tym czasie w Europie nawet trzykrotnie. Często wnioskowały o nie panie, które zyskały więcej czasu, aby dokładnie przyjrzeć się swoim małżonkom (i nie chciały godzić się z rozczarowaniem). Także otwarcie dla pań wielu uniwersytetów oraz szkół (na początku XX w.) oraz m.in. przyznane kobietom prawo do wstępowania do partii politycznych miały wielkie znaczenie dla ich stylu życia.

Na początku XX w. zaczęły powstawać pierwsze kobiece organizacje. 10 października 1903 r. Emmeline Pankhurst oraz jej córki: Christabel, Sylwia i Adela, założyły Społeczno-Polityczną Unię Kobiet (WSPU). Jej członkinie zwano potem sufrażystkami. Organizacja powstała w Manchesterze. Szybko zyskała poparcie kobiet w całej Wielkiej Brytanii oraz w USA. Kobiety domagały się przede wszystkim przyznania praw wyborczych, czyli możliwości uczestniczenia w wyborach.

Mężczyzna — marny, śmieszny twór

Sufrażystki stosowały m.in. metodę zwaną „obywatelskim nieposłuszeństwem” — niektóre w ramach protestów przykuwały się łańcuchami do ogrodzeń, podpalały budynki, wybijały szyby wystawowe lub organizowały strajki głodowe. Wspierały je inne kobiety. Helen Druskowitz, austriacka pisarka, wydała np. książkę pt. „Pesymistyczne zdania zasadnicze”. Jednemu z rozdziałów tego działa nadała tytuł „Mężczyzna jako logiczne niepodobieństwo obyczajowe i przekleństwo świata”. Opis był druzgoczący.

„Mężczyzna to ogniwo pośrednie między człowiekiem a zwierzęciem, gdyż jest on marnym tworem i jako taki — tak śmiesznym i cynicznym, że nie może być w pełni ani jednym, ani drugim” — tłumaczyła Helene von Druskowitz, która była zresztą doktorem filozofii. Pod kierownictwem takich „tworów” trudno było żyć. Także dlatego na początku czerwca 1904 r. powołano w Berlinie Światowy Związek na Rzecz Praw Wyborczych Kobiet. Panie domagały się od rządów swoich państw „praw człowieka i obywatela”. Do związku bardzo szybko przystąpiły tysiące pań z USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Norwegii, Danii, Szwecji, Nowej Zelandii i wielu innych krajów.

Zauważono to. Coś się wówczas zaczęło w europejskich społeczeństwach zmieniać.

10 grudnia 1905 r. Austriaczka Berta von Suttner jako pierwsza kobieta otrzymała pokojową Nagrodę Nobla (była pacyfistką, wydawała czasopismo, w którym komentowała bieżące wydarzenia). W 1906 r. kobiety w Finlandii — jako pierwsze w Europie — otrzymały natomiast czynne i bierne prawo wyborcze. W nowym fińskim parlamencie (Wielkie Księstwo Finlandii kontrolowane było wówczas przez Rosję) znalazło się aż 19 kobiet. Było to prawie 10 proc. wszystkich ówczesnych posłów w tym państwie!

18 listopada 1910 r. pod parlament w Londynie wybrało się 450 brytyjskich bojowniczek o prawa wyborcze kobiet. Potraktowano je źle — nie zostały nawet wpuszczone do środka. Za to doszło do ulicznych zamieszek, interweniowało prawie 1 000 policjantów. Na sufrażystki napadały zorganizowane bandy. Panie były bite, wleczone za włosy i polewane wodą z wozów strażackich. Bijatyka trwała sześć godzin (niektórzy mężczyźni wzięli podobno sufrażystki w obronę). Dwie kobiety zmarły, a aż 150 aresztowano. Te wydarzenia nazwano „czarnym piątkiem”.

„Odważyłyśmy się oświadczyć, że obie płci są równe wobec Boga i ludzi. Z powodu tego stwierdzenia jesteśmy gotowe poświęcić honor, naszą wolność i nasze życie” — tłumaczyła po zamieszkach jedna z sufrażystek. — „I nawet gdyby słońce, księżyc i gwiazdy odpowiedziały gromami <<nie>> i gdybyśmy pogrążyły się w wiecznym mroku, powstałybyśmy od nowa, do ostatniej bojowniczki. Zawołałybyśmy <<tak>>. Przeciwko równości walczą politycy”.

Polska przed… Ameryką

W takiej gorącej atmosferze zorganizowano pierwsze obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet. Odbyły się one 19 marca 1911 r. w Niemczech, Szwajcarii, Danii i Austrii. Tym razem na ulice wyszło w sumie ponad 1 milion kobiet! Była to jedna z największych demonstracji, które odbyły się w ówczesnej Europie.

Kobiety znowu ostro i zdecydowanie domagały się praw wyborczych. Tym razem działały w sposób precyzyjny i przemyślany. Socjalistyczna Partia Niemiec wydała okolicznościową ulotkę, z której można się było dowiedzieć, o co tak naprawdę chodziło demonstrującym paniom. Ulotkę wydano w 2,5-milionowym nakładzie. W prasie pojawiły się także liczne artykuły na ten temat (pisała je np. Klara Zetkin, niemiecka działaczka i aktywistka ruchu feministycznego; uważa się, że to m.in. ona wymyśliła Dzień Kobiet). Ponadto w czasie demonstracji, spotkań i różnych imprez towarzyszących obchodom panie uchwalały identyczne rezolucje. Trafiały one (rezolucje, a nie panie!) potem na stoły miejscowych polityków.

Modelka z pisma „Le Theatre” wydanego w 1924 r

„Prawo wyborcze dla kobiet jest nieuniknionym następstwem przemian gospodarczych i socjalnych, spowodowanych przez kapitalistyczny sposób produkcji, który gruntownie zmienił pozycję kobiety” — zapisano w rezolucji. „Dziesięć milionów kobiet biorących udział w społecznym procesie produkcji, miliony kobiet, które jako matki narażają swoje życie i zdrowie, które jako gospodynie domowe przejmują na siebie najcięższe obowiązki, z ogromnym zdecydowaniem i naciskiem domagają się socjalnego i politycznego równouprawnienia”.

Batalię o prawa dla kobiet pomogła wygrać… I wojna światowa. Jak to się stało? Mężczyźni musieli walczyć. Miliony żołnierzy zginęły, wielu rannych nigdy nie powróciło do zdrowia. Ich miejsca przy fabrycznych maszynach lub w rolnictwie musiały zająć panie. Radziły sobie dobrze. Zmieniło to „społeczny punkt widzenia na możliwości kobiet”. Efekt? W 1918 r. brytyjski parlament przyznał kobietom prawa wyborcze. W tym roku prawa wyborcze otrzymały także kobiety z Austrii, Niemiec, Rosji oraz Polski. Stało się to 28 listopada, na mocy dekretu wydanego przez Józefa Piłsudskiego, tymczasowego naczelnika państwa. W 1920 r. prawa wyborcze przyznano także paniom m.in. ze Stanów Zjednoczonych. Dla kobiet — bojowniczek to było niezwykłe osiągnięcie.


A co się stało z Marią Zamoyską? Ta „ofiara sensacyi” (prawdziwej lub domniemanej) na pewno mogła obserwować zmiany obyczajowe, które zachodziły także w polskim społeczeństwie. Jak je przyjmowała? Trudno dzisiaj powiedzieć… Na portalu www.muzeumzamoyskich.pl znalazło się tylko kilka wzmianek na temat Marii Zamoyskiej. Dowiadujemy się z nich jedynie, iż zmarła w 1930 r. Jej mąż Adam przeżył ją o 10 lat. Odszedł z tego świata w warszawskim pałacu przy ul. Foksal. Oboje zostali pochowani w kozłowieckim parku, obok pałacowej kaplicy.

Wielkorosyjskie zdrastwujtie

„Jednym z pierwszych projektów, które ma rząd przedstawić (…) Dumie jest sprawa utworzenia nowej guberni chełmskiej i wyłączeniu jej z Królestwa (Polskiego)” — pisał żurnalista A. Zakrzewski, we wrześniu 1907 r. na łamach czasopisma „Świat”. „Według wiadomości pism rosyjskich, w tych dniach właśnie Rada Ministrów miała ostatecznie wykończyć ów projekt, ustalając granice nowej guberni oraz ustawy prawne i administracyjne, którym podlegać będzie”.

Zamojszczyzna i m.in. Chełmszczyzna została uznana za ziemie „etnicznie rosyjskie” i wcielona do utworzonej w 1912 r. guberni. Miał to być początek całkowitej rusyfikacji tych ziem. Te plany przerwał dopiero wybuch pierwszej wojny światowej.

„Wzięto się do ustalania granicy nowej guberni. Przyczem zastosowano wyższą taktykę: gdy się ustali, że gdzieś tam na zachodzie, w jakiejś wsi, gromadka ludzi była zanotowana w księgach prawosławnej ludności, to już i wszystko, co od tej wioski leży na wschód jest iskoni (od niepamiętnych czasów) rosyjskie” — dodał z oburzeniem jeden z polskich dziennikarzy. „I wciela się to do nowej guberni”.

Biskup chce do Rosji

„Już z tej strony Buga widzieć można ludność małoruską (Małorusinami nazywano Ukraińców, natomiast Wielkorusini to byli Rosjanie — dop. autor): mężczyźni w kierpcach czy sandałach, przypasanych do nogi w sposób starorzymski, w kaszkietach z daszkami, w burych sukmanach do kolan. Szczególna rzecz te ulubione barwy odzieży” — pisał w 1910 r. Bolesław Prus w swoich „Notatkach wołyńskich”. „Chłop lubelski nosi sukmanę ciemnokasztanowatą koloru końskiego; biłgorajak odziewa się w białą parciankę, więc ma barwę owcy; inteligencja i wielu Żydów noszą się czarno niby krety”.

Pisarz zauważył też na ulicach inne barwy ubrań.

„Żydzi, w chałatach wypłowiałych, przypominają szczury wędrowne, a Małorusin w swojej burej świtce (sukmanie) wygląda na wilka. Wilczych jednak instynktów nie posiada”.

Nasz kraj na początku XX w. nadal był pod zaborami. Znaczne jego połacie zajmowało Królestwo Polskie, które potocznie zwano wówczas Kongresówką. Była to część dawnej, potężnej Rzeczpospolitej: najpierw połączona unią personalną z Rosją, a potem włączona do potężnego imperium rosyjskiego i nazwana tam (półoficjalnie) Krajem Przywiślańskim.

Większość Polaków tam mieszkających miała jednak szczątkowe poczucie własnej autonomii (np. do 1832 r. Królestwo Polskie posiadało własną konstytucję, wojsko i m.in. monetę, o czym nie zapomniano). Dlatego pomysł wyrwania części ziem z Kongresówki i utworzenia dużej guberni chełmskiej, wchodzącej bezpośrednio w skład Rosji (jako ziemie „rdzennie ruskie”) budził ogromny niepokój.

Zaborcy chcieli jednak ten projekt za wszelką cenę przeforsować. Dlaczego?

Z inicjatywą utworzenia nowej, rosyjskiej guberni wystąpił Eulogiusz, prawosławny biskup chełmski. Poczuł się zagrożony skutkami tolerancyjnego ukazu carskiego z kwietnia 1905 r.

Cofnięto w tym słynnym rozporządzeniu sankcje za wystąpienie z cerkwi prawosławnej. Dzięki tym zmianom polscy unici nie mieli wprawdzie szans wrócić do starego obrządku (kościół grekokatolicki został przez cara zlikwidowany), ale mogli bez przeszkód wstępować np. do kościoła rzymskokatolickiego. I robili to masowo!

To się rosyjskim, prawosławnym dostojnikom nie podobało. Biskup Eulogiusz uznał, że utworzenie nowej guberni ten proces powstrzyma (bo ludność będzie łatwiej rusyfikować, trzymać w ryzach). Dlatego napisał do carskich władz pismo w tej sprawie. Petycję podpisała także grupa wiernych. Pomysł zaczął krzepnąć, bo zaborcom bardzo przypadł do gustu. Od słów szybko przechodzono do czynów… Projektowano, że w skład tego nowego, gubernianego tworu wejdą ziemie o wielkości kilkunastu tys. km kw.

Był to cały ówczesny powiat bialski, część konstantynowskiego, radzyńskiego, włodawskiego i lubartowskiego oraz zamojskiego, tomaszowskiego i biłgorajskiego. Natomiast powiat hrubieszowski miał zostać wcielony do powołanej guberni chełmskiej w całości! Był to nie lada kąsek. Oszacowano, że na terenie, który planowano wykroić z Kongresówki żyło w sumie ok. 750 tys. osób!

„Tylko pod względem wojskowym gubernia ta ma pozostać w warszawskim okręgu wojennym; pod wszelkimi zaś innemi włączona zostanie do tzw. kraju Południowo-Zachodniego tj. do generał-gubernatorstwa kijowskiego, bo nawet parafie katolickie na terytorium nowej guberni wyłączone będą z diecezyi lubelskiej i zaliczone do łucko-żytomierskiej” — pisał ze zdziwieniem żurnalista „Świata”.

Precz z Moskwą!

O planowanej reformie zaczęto pisać w krajowych, polskojęzycznych gazetach. Np. w „Świecie” artykuły na ten temat pojawiały się wielokrotnie. Bo sprawa powołania guberni chełmskiej wywoływała wówczas niezwykłe emocje.

„Wiemy wybornie jak zapatrują się na nią bezpośrednio zainteresowani mieszkańcy tego obszaru; zarówno Polacy miejscowi, jak i ludność ruska tego kraju, która w przeciągu lat 40 walczyła uparcie o język i wiarę przodków, a obecnie tłumnie na katolicyzm przechodzi, nie tylko reformy owej nie pożąda, ale całą duszą jest jej przeciwną (…). Nie darowano więc, takim nawet powiatom, jak lubartowski, w którym liczba ludności prawosławnej wynosi 2024 osób (1.7 proc.) lub radzyński z cyfrą urzędową na 1 stycznia 1906 r. — 4137 (4,2 proc.)” — pisał z niepokojem redaktor „Świata”.

Jednak nie wszędzie statystyki wyglądały w taki sposób. Według ówczesnych danych „urzędowych” (potwierdziła je „Gazeta Polska”), w styczniu 1906 r., na terenie powiatu hrubieszowskiego żyło 63 668 prawosławnych. Natomiast w powiecie tomaszowskim było ich 42 921, w biłgorajskim — 31 451, w zamojskim — 13 925. To znaczny odsetek. Jednak nie było pewności czy ci ludzie chcieliby przyłączyć się bezpośrednio do imperium.

„Bo mniejszość rusińska i prawosławna zapytywaną nie była, gdyż petycye o wyłączenie chełmszczyzny z Królestwa podawały i podpisywały przeważnie osoby nie miejscowego pochodzenia, którym sami Rusini odmawiają wszelkiego prawa przemawiania w ich imieniu, wołając do nich, jeśli wierzyć pismom rosyjskim: Precz z Moskwą, precz z kacapami, obejdziemy się bez tambowców i tulszczan! (biskup Eulogiusz pochodził z Tambowa, a jego pomocnik z Tuły, stąd te przezwiska — dop. autor) — pisał redaktor Zakrzewski.

Niezadowoleni byli nie tylko Polacy, ale także Małorusini.

Orędownik Guberni Chełmskiej

„Z góry powiedzieć można jaka to będzie reforma” — pisał dziennik „Rada”, wydawany przez Towarzystwo Ukraińskich Postępowców (była to tajna organizacja w rosyjskim imperium). „Utworzą nową gubernię z całym aparatem administracyjnym, jaki mamy we wszystkich guberniach. Zaprowadzą nowe, biurokratyczne prisutswia (tutaj zapewne chodzi o przepisy) i inne urządzenia wielkorosyjskie. Jak obecnie niczego innego spodziewać się nie można”.

Żydzi natomiast w sprawie reformy milczeli jak zaklęci (tylko w powiecie chełmskim żyło ich wówczas ok. 30 tys.). Nie wiadomo czy ją potępiali, czy było im po prostu wszystko jedno. I w prasie dostało im się za taką postawę! Tak to skwitował redaktor „Świata”:

„Można by doprawdy zapytać, jak ów Żydek, co to zagadnięty przez nauczyciela o jakiś szczegół — o liczbę nóg u chrabąszcza przypuśćmy — z właściwą swej rasie dyalektyką, pytaniem na pytanie odpowiedział: to pan profesor już nie ma większego zmartwienia?”.

Do Żydów podchodzono w tym czasie z wielką rezerwą. Wiele osób uważało, że także chcą podstępnie przejąć polską ziemię i majątki.

„Gaz. Kielecka uderza w wielki dzwon alarmu z powodu zawisłej nad Kielcami grozy zupełnego zżydzenia” — czytamy w jednym z numerów „Gazety Warszawskiej” w dziale „Z życia prowincyi”. „Po obliczeniu szczegółowem nieruchomości w Kielcach, okazało się, iż jedna trzecia tych nieruchomości jest już w rękach żydowskich. Nie sprzedawajmy domów żydowi — pisze Gazeta — bo czeka nas torba i kij żebraczy i to nie długo — jeżeli będziemy tak lekkomyślnie wyzbywać się ojcowizny”.

Głos w „sprawie żydowskiej” zabierali w tym czasie nie tylko żurnaliści z Kielc.

„W Gazecie Warszawskiej” reklamowana była np. broszura Ignacego Grabowskiego pt. „Niewdzięczni goście”. Można ją było nabyć za 40 kopiejek w kantorze Administracyi „Gazety Warszawskiej” przy ul. Szpitalnej 14 (przy większych zamówieniach proponowano znaczne upusty).

Polacy robią obstrukcyę…

„W Kowlu mieszka dwadzieścia sześć tysięcy ludności, wśród której Małorusini tworzą czterdzieści pięć procent zaludnienia, Żydzi czterdzieści trzy procent, Polacy dziesięć procent” — pisał w 1910 r. Bolesław Prus. „Jest to więc miasto małorusko-żydowskie. W ogóle w guberni wołyńskiej na półczwarta miliona ludności żyje: siedemdziesiąt procent Małorusinów, czternaście procent Żydów, niecałe dziewięć procent Polaków i cztery procent Niemców. Wielkorosjanie według źródeł urzędowych tworzą zaledwie cztery dziesiąte procentu ludności, są więc trzydzieści pięć razy mniej liczni aniżeli Żydzi, a sto trzydzieści pięć razy mniej od Małorusinów”.

Co z tego według pisarza wynikało?

„Oto rezultat półwiekowej walki z dziesięcioma procentami Polaków” — argumentował. „Kraj jak był, tak jest i będzie małoruskim; liczba Żydów nieco wzrosła, a liczba Wielkorosjan dosięgła bajecznej cyfry… piętnastu tysięcy osób! Było też o co tyle robić hałasu, tyle pisać zakazów i tyle praktykować prześladowań. Jeżeli projektowana gubernia chełmska tyleż zdobyczy przyniesie <<prawdziwej>> rosyjskości, to, zaiste, szkoda nie tylko pieniędzy na jej ufundowanie, ale nawet czasu na obrady”.

Mapa projektowanej guberni chełmskiej narysowana odręcznie (i zamieszczona w prasie) w 1907 r. przez dzielnych żurnalistów „Świata”. Widać, że Zamość miał pozostać w Kongresówce. Zdanie zaborców w tej sprawie jednak się zmieniło…

Takie głosy rządzących nie przekonywały.

„Jeśli nie zajdą jakieś szczególne okoliczności projekt wyrżnięcia żywego ciała Królestwa Polskiego dla guberni chełmskiej zostanie załatwiony przed prawosławnemi świętami” — martwił się w kwietniu 1911 r. redaktor E. Malinowski. „Argumenty historyczne, statystyczne, dane wyznaniowe porzucono, niby broń stępioną. Ujęto zaś broń ostrzejszą: argumentu etnograficznego, iż to ziemia etnograficznie rosyjska. Tu nie ma znanych danych, ani cytat, ani cyfr, czyli chytre Polaki nie będą więc miały co zbijać, ani obalać”.

I dodał ze złością:

„A episkop Eulogiusz, p. Czichaczew (jeden z orędowników powołania nowej guberni) mogą dać słowo honoru, że gdy przyłożą ucho do matki-ziemi chełmskiej, słyszą wyraźnie, po wielkorosyjsku: „Zdrastwujtie”.

Rosyjski rozum stanu

W maju 1911 r. Duma Państwowa Rosji uchwaliła wniosek o wyodrębnieniu guberni chełmskiej z Królestwa Polskiego. Nie wszyscy byli jednak jednomyślni w tej sprawie. Polscy posłowie protestowali, zbijali każdy argument orędowników utworzenia guberni. Zachowywali się dzielnie.

„Ponieważ prof. Ludwik Dymsza, pan Parczewski (Alfred) i dr Harusewicz bronią z niewyczerpaną energią każdej piędzi ziemi chełmskiej i atakują bez zmęczenia każdy paragraf projektu chełmskiego, powstaje przeto krzyk: Polacy robią obstrukcyę…” — relacjonował red. E. Malinowski.

Owa „obstrukcya” nie pomogła. 6 lipca 1912 r. Duma uchwaliła ustawę w sprawie utworzenia nowej guberni. Zaaprobowała ją Rada Państwa Imperium Rosyjskiego, a następnie zatwierdził car Mikołaj II. Klamka zapadła. Nową gubernię podporządkowano bezpośrednio ministerstwu spraw wewnętrznych Rosji. Sprawy sądowe miały przejść natomiast do „sądowego okręgu kijowskiej izby”. W końcu gubernię, jak to określono, ostatecznie sformalizowano w 1913 r. (wtedy poszerzono oficjalnie granice cesarstwa).

„Ponieważ prof. Ludwik Dymsza, pan Parczewski (Alfred) i dr Harusewicz bronią z niewyczerpaną energią każdej piędzi ziemi chełmskiej i atakują bez zmęczenia każdy paragraf projektu chełmskiego, powstaje (w Dumie — dop. autor) przeto krzyk: Polacy robią obstrukcyę”. Fot. posłów zamieszczono w „Świecie” z 1911 r.

Z polskiego punktu widzenia było to wszystko absurdalne. Z wielu względów.

„Od Chełma (czyli stolicy nowej guberni) do Warszawy jest np. 231 wiorst (jedna wiorsta to było ok. 1066,7 m), a od Chełma do Kijowa 577” — skwitował z przekąsem redaktor Malinowski.

Nowa gubernia chełmska okazała się zresztą… większa nić zakładano jeszcze w 1907 r. Zajmowała obszar 16 tys. km. kw. W jej granicach znalazło się ok. 900 tys. osób. Katolicy stanowili tam ponad 53 proc. ludności.

Polacy byli rozgoryczeni całą, rosyjską polityką. Można było o tym przeczytać w numerze „Gazety Warszawskiej” z 15 stycznia 1913 r. (co ciekawe egzemplarz tego pisma, które znajduje się w zbiorach autora, został przesłany do jednego z ówczesnych prenumeratorów niejakiego „W-nego Moraczewskiego” z Wożuczyna, o czym informuje naklejka na pierwszej stronie).

„Zarówno cały kierunek polityki wewnętrznej, jak i względy polityki zagranicznej, sprawiają, że kwestya polska w państwie rosyjskiem musi być tłumiona i w cień spychana” — czytamy w artykule pt. „Rosya i kwestya Polska w dobie obecnej”. „Ci z pośród polityków rosyjskich, którzy ogarniają umysłem szerszy widnokrąg spraw bytu państwowego, zdają sobie w głębi duszy nieraz sprawę z tego, że jest to kwestya bardzo doniosła, rozumiejąc wszakże, iż Rosya niema możności rozwiązania jej w taki czy inny sposób, robią taką minę, jakby ją lekceważyli, jakby jej nie przypisywali szczególnego w życiu państwowem znaczenia, lub jakby uważali, że wszystko w tej sprawie jest na najlepszej drodze. Jeżeli coś nie jest jak potrzeba, to tylko z winy Polaków, którzy nie umieją się przystosować do położenia, zgotowanego im przez rosyjski rozum stanu. Spychana z porządku dziennego, na który sama swoją wagą ciągle się narzuca, kwestya ta w najwyższych nawet organach państwowych, nie jest nigdy rozważana w swej istocie, nie jest traktowana w swej całości — od czasu do czasu tylko wypływa, jakaś jej cząstka, gdy chodzi o załatwienie tej czy innej sprawy”.

Obrady rosyjskiej Dumy. Ilustracja w piśmie „Świat” z 1911 r.

To oczywiście wywoływało frustrację.

„Ogół nasz ma często wrażenie, że polityką rosyjską kwestyi polskiej kieruje jakiś wyrafinowany machiawelizm, oparty na dalekich planach, gdy przeciwnie o ostatecznych losach najważniejszych praw naszych decydują często czynniki drugorzędne, nie grające roli naczelnej w państwie, a korzystające z tego, że właściwi kierownicy państwa nie mają warunków do ujęcia polityki w tej kwestyi w jakiś głębiej obmyślany, konsekwentny system” — czytamy dalej w tym obszernym, emocjonalnym i anonimowym artykule. „I to właśnie jest najfatalniejsze w naszym położeniu. Bo to odbiera tej polityce cechy odpowiedzialności, i stanowi niesłychaną przeszkodę do zorganizowania jakiejś planowej akcyi z naszej strony”.

Być może jednak o taką dezorientację Rosjanom chodziło. Bo niebawem pokazali, jaki jest naprawdę ich „rozum stanu”.

Zamość w Rosji

„W roku 1913 w granicach utworzonej wówczas guberni chełmskiej, wyłączonej z Królestwa Polskiego i wcielonej bezpośrednio do Cesarstwa Rosyjskiego, znalazło się także miasto (Zamość)” — pisał historyk Jan Lewandowski w wydanej w 1980 r. publikacji pt. „Zamość. Z przeszłości miasta i twierdzy”. I dodaje: „Wydarzenia 1914 r. uniemożliwiły realizację planów caratu, zakładających całkowitą rusyfikację tego terenu”.

O guberni chełmskiej na Zamojszczyźnie zapomniano. Jej utworzenie nie odcisnęło wyraźnego piętna na mieszkańcach regionu (zabrakło chyba na to czasu). Warto jednak pamiętać jak łatwo Rosjanom przyszło uznanie Zamojszczyzny i m.in. Chełmszczyzny za ziemię „etnograficzne rosyjską”.

Wojna za wojną

Początek wielkiej wojny

„Pamiętam ostatnie popołudnie, jak siedząc dla chwili wytchnienia pod wielkim dębem obok tennisa (pisownia oryginalna), patrzałam na tę piękną naturę, zieloność, kwiaty, spokój w sierpniowej pogodzie i serce się cisnęło, że trzeba to wszystko opuścić dla niepewnego, może strasznego jutra” — wspominała pierwsze dni sierpnia 1914 r. w swoim majątku w Siedliskach (gmina. Lubycza Król.) Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna, żona Pawła Sapiehy.

Do wojny szykowano się we wszystkich zaborach. Mieszkańcy naszego kraju byli wcielani do różnych armii, aby potem stanąć w okopach przeciwko sobie.

Opowiemy o tym, jak początek I wojny światowej widziało kilka kobiet, które znalazły się po obu stronach tzw. wschodniego frontu.

Żołnierze machali do nas

Pod koniec lipca 1914 r. ogłoszono w Austrii, Rosji i Niemczech mobilizację. Pod bronią znalazły się miliony żołnierzy, którzy mieli niebawem rozdeptać swoimi buciorami niemal całą Europę. Pani Matylda to chyba przeczuwała. Dlatego jej rodzina podjęła decyzję o przenosinach do podobno bezpieczniejszego wówczas Lwowa. Chaos był jednak w tym czasie coraz większy, dlatego zabrano ze sobą tylko osobistą garderobę. Srebro, cenne obrazy i wiele innych wartościowych przedmiotów ukryto w grobowcu pod miejscową kaplicą. Nie tylko jednak rodzina Sapiehów szukała schronienia…

„Pociągi między Rawą i Lwowem przepełnione, na stacjach odbywają się sceny groteskowe, tu jedna pani biegnie drobnymi kroczkami w za ciasnej spódnicy, trzymając w jednym ręku pejzaż olejodruk i w drugim klatkę z kanarkiem, inna wsiada bez tchu do wagonu z miednicą lub innym sprzętem domowym, porwanym w ostatniej chwili spomiędzy pozostawionych na los szczęścia gratów (…)” — wspominała pani Matylda (była arystokratką, urodziła się w 1873 r.). „5 sierpnia Niemcy są w wojnie z Rosją i Francją. Ogłoszenie telegramów zamienionych między carem i cesarzem Wilhelmem są sensacją dnia”.

Żołnierze austro-węgierscy (tutaj podczas odpoczynku w pierwszych tygodniach wojny) posługiwali się rozmaitymi językami i pochodzili z wielu grup narodowościowych.

Pani Matylda „przywitała” wojnę we Lwowie. Tak wspominała to wydarzenie w swoich zapiskach: „Widać przechodzące oddziały (austro-węgierskie), chciałabym wiwatować na ich cześć, podążając za nimi (…). Nastrój jest tutaj ogólnie bardzo dobry, choć nie są to te same uczucia, jak u Austriaków czy Węgrów” — pisała.

„Dzisiejszy artykuł w >>Der Moment<< (chodzi o dziennik »Chwila« wydawany w języku jidysz — przyp. autor), nawołujący do tego, by utrwalać fakty i zdarzenia dla przyszłych pokoleń, obudził we mnie pragnienie, aby spisać moje przeżycia od czasu mobilizacji (…)” — notowała tymczasem w swoim dzienniku Anna Kahan (urodziła się w 1901 r., była żydowską dziewczynką, mieszkała wówczas w Siedlcach, w zaborze rosyjskim). „Z każdym dniem słuchać było coraz więcej pogłosek o wojnie (…). Patrzyliśmy, jak po torach kolejowych pędzą pociągi, wiozące żołnierzy i amunicję. Żołnierze machali do nas, a my im odmachiwaliśmy (…). Pojawił się mężczyzna z gazetą. Niemcy wypowiadają wojnę Rosji — przeczytałam. Ludzie obstąpili go tak, że nie udało mi się przeczytać nic więcej”. Nagle sprzedawcy zaczęli zamykać swoje sklepy. Mieszkańców Siedlec ogarnęła panika, bo na ulicy pojawił się wóz z żołnierzami, którzy celowali z broni do przechodniów. Potem okazało się, że był to transport rządowego majątku.

To było pierwsze wojenne przeżycie nastolatki. „Ludzie rzucili się do ucieczki (…)” — pisała Anna Kahan. A w innym miejscu notowała: „Na naszej ulicy było wielu rezerwistów. Niektórzy wyglądali na dość starych, czterdzieści pięć czy pięćdziesiąt lat. Mieli liczne rodziny, które szły za nimi całą drogę do posterunku, gdzie odbywał się nabór. Za każdym razem, kiedy przechodził któryś z rezerwistów, jego rodzina uderzała w płacz”.

Mieszkańcy polskich miast we wszystkich zaborach zaczęli gromadzić zapasy żywności. Ceny gwałtownie skoczyły w górę. „Moi rodzice nie byli w stanie zmagazynować większych ilości jedzenia, poza tym nadal mieliśmy nadzieję na pokój” — czytamy w zapiskach Anny Kahan. „Pogodziliśmy się z obecną sytuacją, ale baliśmy się przyszłości”.

Rodzina Sapiehów wybrała się jeszcze w sierpniu 1914 r. pociągiem do Rawy Ruskiej, aby stamtąd ruszyć do majątku w Siedliskach (chcieli sprawdzić, co się tam dzieje).

„U proboszcza widzieliśmy przez okno wspaniały pułk czarnych dragonów, który szedł gościńcem, w kierunku na Uhnów. Dowiedzieliśmy się na drugi dzień, że tego samego wieczoru już mieli straty!” — pisała Matylda Sapieżyna. „Do Siedlisk trzeba jechać drogą okrężną, gościniec jest zatarasowany i w lesie porobiono zasieki z ciętych drzew. Siedliska ciche, pogodne, jakby nic! (…). Służba, kobiety drżały przed przyszłością, tylko zacny Drzewicki zachował najzupełniejszy spokój i zimną krew, a na moje pytanie: >>Co zrobicie, jak kule świstać będą?<<, odpowiedział: >>Na te chwile gdzieś się pochowamy, a zresztą przecież carskie wielkie armie nam cywilom nie zagrażają<<. Kilka tygodni później utracił swoje iluzje na zawsze. Przed wieczorem siedliśmy na wózek i opuściliśmy naszą kochaną siedzibę”.

Ofiary psychozy

W pierwszych dniach sierpnia 1914 r. na zachód ruszyło siedem z ośmiu niemieckich armii. Dzięki nim chciano wyeliminować Francję z „teatru wojny”. Mobilizację ogłosiły też Austro-Węgry. Rosję (sojusznika Anglii i Francji) jej przeciwnicy lekceważyli. Zakładano, że carska armia nie jest w stanie szybko się zmobilizować, a tym samym nie stanowi (na razie) zagrożenia. Na teren Polski udało się jedynie 20 austriackich dywizji, które były wspierane przez Niemców. Miały one kontrolować rosyjskie ruchy. Tyle że Rosjanie odpowiedzieli na carskie wezwanie do mobilizacji, którą ogłoszono 30 lipca, z entuzjazmem. Tysiące rezerwistów zgłaszało się do jednostek. Wielu z nich wręcz rwało się do walki.

„Niemcy szli naprzód. Docierały do nas historie o okrucieństwach w okupowanych miastach. Wieczorami, kiedy wracałam do domu, studiowaliśmy mapy, szukając na nich miejsc bitew (…). Wróg był bardzo blisko. Znowu panika. Ale dzięki Bogu Niemcy zostali odparci (…)” — notowała Anna Kahan.

„Codziennie przeciągały (przez Lwów) wojska, ofiarowano im kwiaty i papierosy, lecz, niestety, były jeszcze i inne widoki, wywołujące jak najsmutniejsze wrażenia. Otóż spotykało się większe grupy ludzi: kobiety, chłopi, popi ruscy, zakurzeni, wynędzniali, prowadzeni pod strażą” — czytamy w zapiskach Matyldy Sapieżyny dotyczących pierwszych tygodni walk 1914 r. „Były to nieszczęśliwe ofiary, czy własnej politycznej przeszłości, czy rozszalałego donosicielstwa, których bez sądu i śledztwa porwano i wywieziono do obozów. Pod tym względem prawdziwa psychoza ogarnęła wielu członków armii”.

Żołnierze austro-węgierscy wszędzie węszyli zdradę. Jak zauważa pani Matylda, wiele schwytanych przez nich osób było niewinnych. „Wystarczył ogień rozpalony na polu, garnek lub bielizna rozwieszona na żerdziach płotu, chłop zagadnięty znienacka, dający mylną odpowiedź co do drogi na prawo lub lewo — to już posądzenie o zmowę z nieprzyjacielem”.

Jedną z „ofiar psychozy” był ks. Nil Łomnicki, paroch (duchowny grekokatolicki) z Hrebennego (gmina Lubycza Królewska). Został on wydany przez swoich „przeciwników”. Był przez trzy lata przetrzymywany w jednym z austriackich obozów. Tam — jak pisze pani Matylda — złamano go na ciele (przebył wiele ciężkich chorób) i duszy. Gdy został wypuszczony, wrócił do Hrebennego „pożółkły, wychudzony, bosy”. Umarł wkrótce po powrocie.

Kula bawełny i bandaży

W połowie sierpnia 1914 r. można było oglądać zaćmienie słońca. Wiele osób odebrało to jako zły znak. Mieli rację… Sytuacja na froncie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Walki stawały się coraz bardziej zacięte i krwawe. Okazało się, że Rosjanie byli bardziej groźni niż przewidywali ich przeciwnicy. 20 sierpnia 1914 r. zbliżali się już do Lwowa (potem zajęli także dwór w Siedliskach, który obrabowali).

„Wielka przewaga liczebna Moskali, rozległa granica Galicji, która pozwoliła im rozwinąć swoje siły i nacierać równocześnie z północy i wschodu, brak doświadczenia po tylu latach pokoju przyczyniły się do tych początkowych klęsk naszych wspaniałych wojsk” — podsumowała pani Matylda.

Laura de Turczynowicz (z domu Blackwell) w 1914 r. miała 35 lat. Była Amerykanką, uzdolnioną śpiewaczką operową, żoną polskiego, bogatego szlachcica. Rodzina miała kilka posiadłości. Tydzień po wybuchu wojny obudził Turczynowiczów w ich majątku w Suwałkach dźwięk przypominający szum wodospadu. Jak się później okazało, był to odgłos butów rosyjskich „piechociarzy”, którzy podążali w stronę Prus Wschodnich.

Mieszkańcy Suwałk przyjęli ich przyjaźnie: częstowali jedzeniem, rozdawali podarunki. Po pewnym czasie pojawili się jednak pierwsi ranni, wśród nich także niemieccy jeńcy.

W tej sytuacji pani Laura pomogła w stworzeniu małego, prywatnego szpitala pomocniczego. Poznała tam rannego niemieckiego żołnierza, który twierdził, że ma 26 lat, żonę, dzieci, mały domek oraz że jest przeciwnikiem wojny (mówił, iż jest ona tylko w interesie „wielkich tego świata”). Wędrując po lazarecie, pani Laura zauważyła leżący na łóżku „obiekt”. W miejscu, gdzie powinna być ludzka głowa, miał on „kulę bawełny i bandaży, z trzema czarnymi otworami, zupełnie jakby dziecko narysowało usta, nos i oczy”.

Nagle „z tego czegoś” wydobył się głos, który mówił piękną polszczyzną. Mężczyzna błagał: „wody, wody, wody”. Pani Laura podeszła do łóżka i… przeżyła pierwszy podczas wojny szok. Wokół tej poowijanej bandażami postaci krążyły roje much. Zobaczyła też spalone ręce oraz poczuła smród ropy (mężczyzna miał gangrenę; jak się potem okazało, przez cztery dni leżał ranny na polu bitwy).

Kobieta cofnęła się z przerażeniem, potem uciekła. Po pewnym czasie jednak wróciła i rozwiesiła nad rannym „siatkę przeciw owadom”. Odbyła się też rozmowa. „Mężczyzna pyta, czy stracił oczy”. „Tak, straciłeś” — odpowiada pani Laura. „Pyta, czy będzie żył, czy umrze”. W odpowiedzi słyszy: „Umrzesz”.

Tak się niebawem stało. Potem zmarł również 26-letni niemiecki jeniec, przeciwnik wojny.

Śmierć jest nieruchoma

Florens Farmborough, Angielka, służyła w 1914 r. jako pielęgniarka w armii rosyjskiej (miała 27 lat). Pierwszego „nieboszczyka w mundurze” zobaczyła w moskiewskim szpitalu. Był to niejaki Wasilij.

„Szczupły i drobny, i przykurczony tak, że bardziej przypominał dziecko niż dorosłego mężczyznę. Jego zesztywniałe oblicze było białoszare. Nigdy wcześniej nie widziałam tak niezwykłego koloru twarzy (…)” — czytamy w zapiskach tej pielęgniarki. „Śmierć jest tak strasznie nieruchoma, tak cicha, tak odległa”.

Potem Florens widziała jeszcze setki, a nawet tysiące zabitych żołnierzy, m.in. podczas rosyjskiej ofensywy w 1916 r. Ich śmierć nie była już jednak tak cicha i nieruchoma…

Drogocenne życie

Kobiety, które stworzyły te zapiski, nigdy się zapewne nie spotkały. Były sympatyczkami różnych armii. Jednak w ich wspomnieniach można znaleźć współczucie dla wszystkich ofiar wojny, która w latach 1914–1918 przeorała Europę. Dzisiaj niewiele osób pamięta, o co tak naprawdę walczyły potężne, wielomilionowe armie. Nie pojmowało tego także wiele ówczesnych kobiet (tak było np. w przypadku pani Laury), które w powszechnym szaleństwie zachowały jednak zdrowy rozsądek.

Skwitowała to w swoich zapiskach kilkunastoletnia Anna Kahan: „Dla mnie, wojna czy nie, życie jest drogocenne”.

Smutny widok

„Chałupy opuszczone z oknami bez szyb, odór rozkładających się trupów końskich i, jak powiadają, nawet ludzkich, dolatujący z lasów, biegające po zgliszczach zdziczałe koty — jedyne stworzenia, które tu zostały, i szczerniałe, obsypujące się już zboża na pniu” — tak opisywał w 1915 r. Zamojszczyznę K. Sienkiewicz, delegat Centralnego Komitetu Obywatelskiego z Warszawy.

I wojna światowa w wybuchła 1 sierpnia 1914 r. Już w pierwszych tygodniach dochodziło na Zamojszczyźnie do potyczek, a potem do działań bojowych na dużą skalę (region był wówczas pod zaborem rosyjskim). Pierwszą wielką bitwę stoczono w dniach 26—27 lipca. Do starcia doszło w okolicach Zamościa. Liczący 40 tys. żołnierzy i — jak wyliczono — 140 armat 2 wiedeński korpus, wchodzący w skład 4 austro-węgierskiej armii (dowodził nim generał Moritz von Auffenberg), zmagał się z armią rosyjską złożoną z 20 dywizji. W jej skład wchodziło 45 tys. żołnierzy (dowodził Prusak — Paweł von Plehwe).

Żołnierskie orgie i hrabia „von Komarow”

Wojska austro-węgierskie zmasowanym atakiem odrzuciły Rosjan i 27 sierpnia (o godz. 14.30) wkroczyły do miasta. Zamość został szybko przez Rosjan odbity. Miasto nie ucierpiało. Do kolejnego potężnego starcia doszło w dniach 31 sierpnia — 1 września 1914 r. pod Komarowem oraz na terenie powiatów tomaszowskiego i hrubieszowskiego (front miał wówczas kilkadziesiąt kilometrów). Znowu wojska austriackie odniosły zwycięstwo. Cesarz Franciszek Józef był zachwycony bitnością i sprawnością swoich wojaków.

Postanowił ich za to nagrodzić. Dlatego za dowodzenie całą operacją nadał generałowi Maurycemu Auffenbergowi zaszczytny tytuł hrabiego „von Komarow” (od miejscowości, pod którą się wsławił). Radość nagrodzonych w ten sposób Austriaków nie trwała zbyt długo.

Sytuacja na froncie wschodnim I wojny światowej zmieniała się. Już we wrześniu Rosjanie ruszyli do potężnej kontrofensywy. Działania wojenne objęły niemal całą Zamojszczyznę. Mieszkańcy znaleźli się w samym centrum przewalającego się frontu. Znowu płonęły miasteczka, wsie i przysiółki… Teraz mieszkańcy Zamojszczyzny oglądali jednak plecy niedawnych zwycięzców, bo wojska austro-węgierskie musiały się wycofać, i to aż za linię Sanu. Ten odwrót szybko zamienił się w pogrom.

Tysiące austro-węgierskich żołnierzy po prostu uciekło z pola walki. Wielu musiało się też Rosjanom poddać. W sumie do niewoli wzięto ponad 130 tys. jeńców (60 tys. było podobno dezerterami), zdobyto też ok. 2 tys. austro-węgierskich karabinów maszynowych i 700 armat. Rosjanie byli w euforii.

Zginął co trzeci Polak

Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna (żona Pawła Sapiehy) mieszkała wówczas wraz rodziną w obszernym arystokratycznym domu w Siedliskach. Po wyparciu Austriaków przybyli tam rosyjscy dragoni. Tę przykrą „wizytę” pani Matylda opisała w swoich wspomnieniach.

„Z wejściem Moskali rozpoczął się rabunek na wielką skalę, raczej rozgromienie całego domu, tak bogato wyposażonego w piękne i dobre rzeczy, dywany, futra, garderobę i zapasy wszelkiego rodzaju (…)” — czytamy w jej wspomnieniach z 1914 r. — „Niektóre z przedmiotów z laki i brązu z wschodniej kolekcji Pawła (Sapiehy) odnaleziono później w krzakach, wyrywano hafty chińskie ze zdruzgotanego parawanu rzeźbionego, wyłamano wykładane perłową macicą szafy i biurka, wypróżniano je i wyrzucano na podłogę co wydawało się mniej ponętne, wszystkie teki, portfele, kasetki zabrano, papiery i listy wyrzucono, służba, gdy wróciła, zebrała to do szuflad wraz z gnojem i śmieciami”.

Rosyjscy piekarze wojskowi w Zamościu. Zdjęcie z 1915 r. Fot. APZ.
Zdjęcie ze zbiorów Adama Gąsianowskiego.

Dragoni rozłożyli się na pałacowym trawniku. Tam także nie próżnowali…

„Splądrowano magazyn i kawałkami dywanów przykrywano konie, futra rozerwano, jedni wzięli wierzchy, a drudzy podszycie, ludność zapraszano do dworu, aby zabrała resztki wyrzuconej zdobyczy. Obrazy zostały bez ram albo połamane ramy bez obrazów, malowane obrazy zabrano przeważnie, zostawiając sztychy i fotografie” — pisała Matylda Sapieżyna. — „Garderobę, pościel i bieliznę pakowali oficerowie do naszych kufrów i ładowano na fury i samochody, meble częściowo rozwieziono po okolicy”.

Rosjanie łupili na Zamojszczyźnie, co się dało i gdzie się dało. Znowu jednak musieli uciekać. W sierpniu 1915 r. wojska austro-węgierskie (dzięki wsparciu Niemców) ruszyły do kolejnej ofensywy. Opanowały, i to aż do końca wojny, całą Zamojszczyznę. Nie obyło się bez tysięcy ofiar. Ginęli żołnierze obu stron. Straty były zatrważające także wśród polskiej ludności cywilnej.

W wyniku działań wojennych, chorób (masowo umierano m.in. na cholerę) oraz głodu zmarł co trzeci mieszkaniec powiatów tomaszowskiego i hrubieszowskiego (33 proc.). Zabito też 60 proc. wszystkich koni i aż 70 proc. bydła. Całe wsie zrównano z ziemią. Jak oszacowano, tylko w powiecie hrubieszowskim zniszczono aż 25 proc. wszystkich budynków, a w powiecie tomaszowskim ok. 21 proc.

Nędza wygląda tu zewsząd…

Delegat K. Sienkiewicz przyjechał na Zamojszczyznę we wrześniu 1915 r. (do jego zapisków dotarł Krzysztof Czubara, zamojski historyk i regionalista). Był delegatem warszawskiego Centralnego Komitetu Obywatelskiego. Przy drodze z Lublina do Zamościa widział wierzchołki wielu drzew, ściętych przez pociski (głównie w okolicach Izbicy) oraz mnóstwo spalonych zabudowań. Były to ślady bitew z sierpnia 1914 r. i czerwca 1915 r. Zobaczył także wiele żołnierskich cmentarzy z setkami krzyży, pozostałości drucianych zapór oraz rowów strzeleckich.

Na drodze mijał ciągnięte przez „szkapiny” tabory powracających do swoich domów wygnańców. Były one naładowane sprzętem domowym, pierzynami i dziećmi, które często chorowały na dezynterię lub cholerę.

„Izbica przedstawia smutny widok (…), nędza spowodowana przez wojnę wygląda tu zewsząd” — czytamy w zapiskach K. Sienkiewicza. — „Wyblakłe, źle ubrane, chorowite dzieci żydowskie łażą po błocie cuchnącym, w którym Izbica dosłownie tonie. Cholera grasuje tu, zabierając codziennie po kilka — kilkanaście osób”.

Wielkie wrażenie na warszawskim delegacie zrobiły zniszczone wioski powiatu hrubieszowskiego. Oglądał opuszczone chałupy z oknami bez szyb, zgliszcza oraz stojące na pniu, sczerniałe zboża. Zauważył jednak, że sam Hrubieszów, mimo artyleryjskiego ostrzału zza Buga, nie został przez wojenną zawieruchę zniszczony. Inaczej to wyglądało w pobliskim Terebiniu. Tam jedynym ocalałym budynkiem była cerkiew. Mieszkańców wsi nie było. Opuścili również okolice Tyszowiec. Delegat nie spotkał podobno na drodze „nikogo żywego”. Nie zauważył też żadnej krowy, konia, nawet kury.

Tyszowce szczęśliwe ocalały, bo — jak pisał Sienkiewicz — Rosjanie musieli się stamtąd wycofać w pośpiechu i nie zdążyli niczego spalić. Ocalał też Zamość i Komarów. Działania wojenne były dla większości zabudowań w tych miejscowościach łaskawe. Sami mieszkańcy (ci co pozostali w domach) jednak cierpieli, m.in. z powodu głodu i chorób — tak jak na całej Zamojszczyźnie.

Zdjęcie ze zbiorów Adama Gąsianowskiego.

Strzelali do swoich

W I wojnie światowej wzięły udział aż 33 państwa (1,5 mld ludności). W wyniku działań wojennych zabito 10 mln osób, a ok. 20 mln odniosło rany. Walki zakończyły się zwycięstwem państw ententy (Wielka Brytania, Francja, Rosja, Włochy, USA i in.). Dziś dla wielu osób to są tylko puste liczby, a wojna sprzed stu lat nie robi na nich wrażenia. Coś o niej jednak mieszkańcom Zamojszczyzny przypomina. „Pamiątką” po krwawych, wojennych bataliach są dziesiątki wojennych cmentarzy. Tylko w gminie Nielisz można zobaczyć aż trzy takie nekropolie: w Nawozie, Wólce Złojeckiej oraz w Nieliszu. Pochowano na nich wielu Rosjan oraz co najmniej 2 tys. żołnierzy austriackich. Tak wysoka liczba poległych to wynik paniki, do której doszło podobno podczas jednej z wojennych nocy.

Cmentarz z I wojny światowej w Nawozie (gm. Nielisz). Takich nekropolii na Zamojszczyźnie nie brakuje.

— W wyniku nieporozumienia austriackie oddziały zaczęły się nawzajem ostrzeliwać. Poległo wielu żołnierzy. Tak przynajmniej mówią o tym miejscowe przekazy. Czy to jest prawda? Trudno to dzisiaj ustalić — zastanawia się Adam Wal, wójt gminy Nielisz.

W gminie Skierbieszów znajdują się cztery wojenne cmentarze. W Hajownikach miejsce spoczynku znalazło 1 650 żołnierzy rosyjskich, w Iłowcu pochowano 2 001 wojaków austriackich, w Skierbieszowie Dulniku leży 320 żołnierzy niemieckich i 50 rosyjskich, a w Lipinie Nowej — 336 Austriaków i 344 Rosjan.

— Najwięcej żołnierzy poległo w 1915 r. Moja babcia Anna Bartoń opowiadała, że Rosjanie bronili się na rzece Wolicy. Spiętrzyli jej wody. Austriacy próbowali ją sforsować. Doszło do zaciętych, krwawych starć — opowiada Mieczysław Bartoń, były, wieloletni wójt Skierbieszowa. — Gdy wodę po bitwie spuszczono, cała dolina była zasłana ciałami żołnierzy. To był potworny widok. Mieszkańcy grzebali poległych na cmentarzach w różnych częściach gminy. Zawsze o te mogiły dbano.

Józef Łaba

Takie wojenne cmentarze można oglądać w wielu miejscowościach Zamojszczyzny. Czy jednak polegli wojacy armii zaborczych rzeczywiście zasługują na nasz szacunek?

— Na pewno tak. Chodzi głównie o zwykłych żołnierzy, którym należą się godne upamiętnienie i pamięć — podkreśla Józef Łaba, społecznik i miłośnik historii z Zamościa. — W wojsku austriackim służyli też Polacy, Czesi, Słowacy czy Węgrzy. Pamięć o nich wiąże się także z pamięcią o cywilnych ofiarach tamtego strasznego konfliktu.

Czekam, co będzie dalej…

Na cmentarzu wojennym w Łabuńkach (gmina Łabunie) zostało pochowanych w 1914 r. ponad 100 żołnierzy armii austriackiej oraz 209 wojaków rosyjskich. O ich mogiły dbali uczniowie miejscowej szkoły. Jednak stare krzyże na grobach spróchniały i rozsypały się. Niewiele po nich zostało. Dlatego Józef Łaba kupił dwa metalowe krzyże i ustawił je na grobach poległych.

Napisał też list do Ambasady Austrii w Polsce. Przypomniał w nim o zapomnianym cmentarzu z Łabuniek. I dostał odpowiedź:

„Chciałbym serdecznie podziękować za pańskie zaangażowanie w związku z renowacją cmentarza wojennego w miejscowości Łabuńki” — napisał do Józefa Łaby Gunther Zimmer, I sekretarz Ambasady Austrii w Polsce. — „Pragnę poinformować, że Austriacki Czarny Krzyż zasadniczo wyraził gotowość sfinansowania tablicy upamiętniającej”.

— Do Łabuniek przyjechała austriacka delegacja. Obejrzeli cmentarz, złożyli kwiaty, pogadali. Wspomniałem im, że warto w tym miejscu postawić pomnik poległych. Przytaknęli, ale w tej sprawie nic się dotychczas nie dzieje — martwi się Józef Łaba. — Czekam, co będzie dalej.

To wszystko, co nam pozostało…

„Od 1 czerwca słyszymy pomruki armat, Rosjanie atakują na całej linii, żyjemy w niepokoju, czekając na wiadomości od Fredzia (chodzi o Alfreda Sapiehę, żołnierza w armii austro-węgierskiej — dop. autor), który znajduje się w rejonie ataku (…). Można się spodziewać odwrotu naszej armii (chodzi o armię austro-węgierską) z powodu kanonady armatniej i grupowania jeńców wojennych dla przetransportowania ich na tyły (…) — pisała w czerwcu 1916 r. Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna. „Wszędzie rozprzestrzenia się panika, odwrót pociągów wojskowych, zwycięska ofensywa rosyjska (wojsk Brusiłowa) na Bukowinie i w południowej Galicji wywołuje lęk przed nową inwazją”.

Nieciekawa przyszłość

Gen. Aleksiej Brusiłow był arystokratą i urodzonym kawalerzystą. Rwał się do boju z Niemcami i Austro-Węgrami, którzy na początku 1916 r. dominowali na froncie wschodnim I wojny światowej. W kwietniu tego roku Brusiłowa mianowano dowódcą, w miejsce gen. Mikołaja Iwanowa, rosyjskiego frontu południowo-zachodniego. Brusiłow starannie szkolił tysiące swoich żołnierzy (byli skupieni w czterech tzw. polowych armiach) oraz skrupulatnie wykonywał pracę sztabową. Jak się okazało, planował szeroką ofensywę, która mogłaby dać szansę rosyjskim wojskom na przełamanie wojsk nieprzyjacielskich (głównie austro-węgierskich) w kilku miejscach.

1916 r. Rosyjscy oficerowie w zajętych podczas ofensywy okopach austriackich.

Te przygotowania prowadzone były w tajemnicy. Początek ofensywy wyznaczono na 4 czerwca 1916 r. Austriaccy żołnierze nie spodziewali się ataku wojsk Brusiłowa. Byli zaskoczeni, gdy ich 4. armia nagle znalazła się pod huraganowym rosyjskim ogniem. Zaatakowani żołnierze musieli skryć się do głębokich ziemianek. Rosyjskim wojakom w tej sytuacji pozostało otoczyć okopy i ich zgładzić bądź wziąć do niewoli. Chętnie poddawali się zwłaszcza żołnierze pochodzenia słowiańskiego, którym nie bardzo zależało na sukcesach armii austro-węgierskiej.

Następnie Rosjanie wkroczyli na tyły 4. armii, która liczyła w tym czasie 110 000 wojaków. To wywołało chaos. W tej sytuacji austriacka 7. armia, która stacjonowała w sąsiedztwie, zaczęła się wycofywać na południe. Część oddziałów poszła w rozsypkę, a pułki czeskie i ukraińskie poddały się w całości. Rosjanie w ten sposób wyszarpali ponad 32-kilometrową wyrwę w linii frontu. To był początek, bo już po kilku dniach Austriacy zaczęli się cofać na całej linii frontu, która liczyła wówczas 400 km!

Florence Farmborough miała wówczas 27 lat. Była pielęgniarką w armii rosyjskiej. Na początku ofensywy opiekowała się rannymi w Buczaczu. Widziała „rzesze” jeńców wojennych (wcześniej zdarzało się to rzadko). Mogła też oglądać zdobyte przez Rosjan okopy. Nie tylko. Zobaczyła także żołnierzy siedzących przy masowych grobach, którzy przebierali w stosach pasów, butów z cholewami i różnych sprzętów należących do zabitych z obu armii…

Do jej szpitala polowego ciągle trafiali nowi żołnierze. Jak pisała, jeden z nich dostał w lewe ramię. Był bardzo młody. Florence wyciągnęła kulę z jego rany (tylna część pocisku wystawała z niej). Żołnierz jednak cały czas się skarżył: „Siostrzyczko, boli!”. Potem innego wojaka pielęgniarka chciała umyć. Ten jednak na to nie pozwolił. „Siostrzyczko — powiedział z lekkim uśmiechem — nie trzeba zmywać brudu! Nie wybieram się już z żadną wizytą”. „Myślałam, że sobie żartuje i już miałam na języku żartobliwą ripostę — pisała w swoich wspomnieniach Florence. — Wtedy zobaczyłam, że ma głęboką ranę na głowie i zrozumiałam, co miał na myśli”.

W tym czasie pani Matylda otrzymała złowieszczy telegram. Napisano w nim: „Porucznik Sapieha (chodzi o jej syna Fryderyka) został uznany za zaginionego koło Sapanowa 5 czerwca o 4-tej po południu, prawdopodobnie został wzięty do niewoli”. Dla rodziny był to wielki wstrząs.

„Serce jest tak bardzo ściśnięte, tak pełne łez, przeróżnych uczuć, wyrzutów, które sobie robię, że nie zatrzymałam go tu, jak był w sanatorium, mogłam zrobić różne kroki, starać się załatwić przeniesienie na tyły” — czytamy w zapiskach pani Matyldy. „Bałam się dla niego atmosfery panującej na postojach, towarzystwa Etappenschweine (było to pogardliwe określenie maruderów). Tak często bardziej myślałam o korzyściach płynących z wojny, o jego karierze wojskowej i moich względem niego ambicjach, niż o ogromnych niebezpieczeństwach, na które był narażony! (…). I myślę o tym, co musiał przejść, upokorzenie bycia w niewoli, być może z jakimiś tchórzami!”.

Żołnierze austro-węgierscy uciekają przed wojskami gen. Brusiłowa.

Po obu stronach naliczono wielkie straty, ale Rosjanie byli wniebowzięci. 7 czerwca zajęli Łuck, a 18 czerwca — m.in. Czerniowce. „Ofensywa rosyjska trwa, zatrzymują się z jednej strony, by ruszyć z innej, jednak zbliża się do nas, Brody i Stanisławów ewakuowane. I chociaż Rosjanie nie potrafią szybko wykorzystać swoich sukcesów, przyszłość przedstawia się bardzo nieciekawie (…)” — pisała pani Matylda. A w innym miejscu notowała: „W tym okresie mówiło się dużo o możliwości ponownego zajęcia Lwowa przez Moskali i jak postąpić w tym przypadku, czy opuścić Siedliska czy pozostać na miejscu?”.

Bezowocne, masowe szturmy

Na front wschodni znowu musiały wkroczyć zdyscyplinowane niemieckie oddziały pod wodzą gen. Hansa von Seckta (był to rodzaj policzka dla sojuszniczych Austriaków). Pod koniec lipca w okolice Karpat przerzucono m.in. cztery ich dywizje z Francji oraz sześć innych, z tzw. rezerw.

Gen. Brusiłow nie stracił jednak animuszu. 1 sierpnia 1916 r. jego oddziały znowu ruszyły do ataku. Udało im się rozgromić resztki austro-węgierskiej 1. armii i 20 września dotrzeć aż w okolice Karpat. Jednak ofensywa straciła impet. Także dlatego, że wojska niemieckie zaatakowały Rosjan na Wołyniu, na południe od Kowla. Szala zwycięstwa znowu przechyliła się na stronę Niemiec…

„Brakuje słów i liczb, by opisać rozmiary i straty tej rosyjskiej ofensywy” — czytamy w relacji zamieszczonej przez H. Stegemanna w piśmie „Bund”. „Lecz ponieważ Rosjanom, inaczej niż w czerwcu, nie udało się już zalać wojskiem pozycji nieprzyjaciela i wprawić go w ruch do tyłu, przeciwnik natomiast był w stanie prowadzić działania operacyjne lub stawić opór, owe masowe szturmy nie tylko pozostają bezowocne, ale są też ogromnie niekorzystne bezpośrednio dla atakujących. Żadna armia, nawet rosyjska nie zniesie (…) wielomiesięcznego ofensywnego wysiłku”.

W sumie w wyniku rosyjskiej ofensywy gen. Brusiłowa wojska austriackie stopniały o 1 500 000 żołnierzy (zostało ich tylko 700 000). Straty rosyjskie także były olbrzymie. Ocenia się, że Rosjanie mogli w tej operacji stracić nawet 1 000 000 żołnierzy. Po obu stronach potężne były też straty w sprzęcie. W tej sytuacji ofensywa wojsk Brusiłowa Zamojszczyznę ominęła. Jednak nie obyło się bez ofiar (żołnierze pochodzący także z naszego regionu walczyli po obu stronach). Powoli zmieniały się też „realia polityczne”.

„Przyśpieszył bieg wydarzeń (…): 5 listopada (1916 r.) państwa centralne ogłosiły Królestwo Polskie — co nie zadowoliło nikogo, pomimo możliwości, które się dzięki temu otwierały dla Polaków w dziedzinie edukacji publicznej, w sądownictwie, administracji itd.” — pisała Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna.

Zrobiło to na Polakach niewielkie wrażenie. „Brakowało temu gestowi szerszego spojrzenia, szczerości i dobrej woli: wyczuwało się przeciągania pomiędzy mocarstwami, z których jedno — Niemcy — mało się przejmowało przyszłością Polaków” — skwitowała pani Matylda.

W końcu Niemcy i Austro-Węgry przegrały wojnę. W Rosji natomiast władzę przejęli komuniści. W 1918 r. na gruzach starego ładu powstało państwo polskie. Nie wszystkie rany mogły się jednak zagoić…

Mamuniu, ja niedługo umrę

W 1918 r. Matylda Sapieżyna wybrała się wraz z rodziną w okolice Krzemieńca i Sapanowa. Poszukiwała syna, który nie wrócił z wojny. „Skoro tylko te okolice były uwolnione od Moskali, pragnęliśmy się udać na miejsce, aby czynić poszukiwania za grobem lub jakimikolwiek śladami Fredzia. Wybraliśmy się pierwszy raz w kwietniu 1918 roku z Kalikstem Ponińskim samochodem do Lwowa. Poniński nas zaprowadził na te puste pola naprzeciw Krzemieńca, gdzie pozostałe rowy, wały, doły, kupy kredowych gruzów i kamieni oznaczały teren ówczesnej bitwy (…). Nic nie wskazywało nigdzie na groby (…)” — pisała pani Matylda. „Po tej pierwszej wycieczce do Sapanowa (…) różne wieści o Fredziu nas dochodziły. W gazecie rosyjskiej (…) ukazała się notatka o bohaterskiej śmierci kniazia Sapiehy. Wprawdzie szczegóły wywołały wrażenie, że są zmyślone (…), lecz rzekomy świadek naoczny, niejaki kapitan Komarów, znajdował się wówczas w obozie jeńców pod Krakowem”.

Sapiehowie uzyskali pozwolenie na odwiedziny tego człowieka. Nic one jednak nie wniosły do poszukiwań. „W roku 1926, późną jesienią, wybraliśmy się ponownie w te strony (chodzi o Sapanów). Bezpośredni powód był następujący: niejaki wieśniak z okolic Sapanowa, dowiedziawszy się przez żandarmerię o naszych poszukiwaniach, opowiadał, że gdy wrócił po bitwach do swojej wsi, widział na podwórzu swojej chałupy leżącego rannego oficera austriackiego” — czytamy we wspomnieniach pani Matyldy. „Generał rosyjski, przechodząc tamtędy, zainteresował się papierami młodego rannego i odchodząc rzekł na boku do stojących: uważajcie na niego, bo on jest z wielkiej familii”.

Ranny po kilku godzinach zmarł. „Pochowano go na tym podwórzu między dwoma innymi poległymi żołnierzami” — pisała pani Matylda. „Przed zgonem miał jeszcze powiedzieć do jednej babiny, która się chciała dobierać do jego ubrania: poczekajcie mamuniu, ja już niedługo umrę”.

Rozkopano mogiłę, w której miał leżeć ów młody, austriacki żołnierz. „Znaleziono szczątki, tzn. zupełnie zeschnięte i luźne kości i czaszkę, bez żadnego strzępka munduru lub innego znaku, prócz medaliku Matki Boskiej z napisem niemieckim… Czaszka i uzębienie mogły odpowiadać Fredzinym (…). Asystowaliśmy przy tej żałobnej i bolesnej czynności w milczeniu i z dziwnymi uczuciami, nie można sobie było uprzytomnić, że te biedne szczątki to wszystko, co po naszym kochanym, pełnym życia chłopcu pozostało!”

Zbito z desek skrzynię i złożono w niej wykopane kości. Zabrano je do Krzemieńca. Tam, na miejscowym cmentarzu odbył się pogrzeb.

„Paweł (Sapieha, mąż pani Matyldy) zamówił wielki krzyż kamienny w Krzemieńcu z napisem po polsku i po rusku, który stanął na rozstajnych drogach, na polach sapanowskich, w pobliżu miejsca, gdzie Fredzio zginął. Drugi wielki krucyfiks, z trembowelskiego kamienia, postawiliśmy nad grobem przy kościele. Rzeźba ta wypadła masywnie” — pisała pani Matylda. „Pawłowi chodziło o to, by ten krzyż przetrwał różne możliwości w tych stronach”.

Spór z cyrulikiem a… sprawa polska

Doktor Zygmunt Klukowski — lekarz, kronikarz i społecznik — w latach 1918 i 1919 mieszkał w Krasnobrodzie. Przez ponad rok leczył tam ludzi, walczył z felczerami oraz tyfusem. Ten epizod z życia „starego doktora” warto przypomnieć. To także opowieść o tym, jak odzyskanie przez nasz kraj niepodległości wyglądało z perspektywy niewielkiego, trochę sennego miasteczka na Roztoczu.

„Przyjechałem z Rosji do Warszawy (7 października 1918 r.) goły jak turecki święty” — wspominał w swoich dziennikach Zygmunt Klukowski. „Parę walizek z resztkami rzeczy i trochę książek stanowiło cały mój majątek. Od razu musiałem szukać jakiegoś zarobku. Poszedłem to tu, to tam, udałem się do Ministerstwa Zdrowia, lecz wszędzie odprawiono mnie z kwitkiem”.

Przypadkowo Klukowski spotkał jednak Stefana Madlera, który w tym czasie pełnił funkcję lekarza powiatowego w Zamościu (miasto było wówczas pod okupacją austro-węgierską). To zdecydowało o dalszym losie pana Zygmunta oraz wielu jego przyszłych pacjentów z Zamojszczyzny.

Śmierć aptekarza

„Dowiedziawszy się o mojej smętnej sytuacji, zaproponował, żebym pojechał do Zamościa, a on postara się urządzić mnie gdzieś w powiecie” — wspominał Klukowski. „Tym sposobem wieczorem 3 listopada 1918 r. znalazłem się w Krasnobrodzie, małej żydowskiej mieścinie w powiecie zamojskim”.

Zygmunt Klukowski to niezwykła, ważna dla historii naszego regionu postać. Urodził się 23 stycznia 1885 r. w Odessie. Jego ojciec był właścicielem apteki. Gdy Zygmunt miał 11 lat, Klukowscy przenieśli się do Moskwy, gdzie stali się jednymi z najznamienitszych działaczy polonijnych (Julian, starszy brat Zygmunta, był m.in. współzałożycielem fundacji Polskiej Biblioteki w Moskwie).

Doktor Zygmunt Klukowski. Zdjęcie zamieszczono w 1958 r. w pierwszym wydaniu jego „Dziennika z lat okupacji Zamojszczyzny”.

W 1904 r. Klukowski zdał maturę i rozpoczął w stolicy Rosji studia medyczne. Już po roku przeniósł się jednak na wydział medyczny do Krakowa. Dyplom lekarski nostryfikował w Kazaniu, po czym znajdował zatrudnienie w niewielkich, prowincjonalnych szpitalach w okolicy Mińska. Potem był m.in. lekarzem w rosyjskim wojsku. Zdemobilizowano go w 1918 r. Wtedy przyjechał do Polski. Trafił do Warszawy, a stamtąd skierowano go do Krasnobrodu. W tym malowniczym, roztoczańskim miasteczku pracował przez ponad rok.

Nie było to chyba wówczas miejsce imponujące. Krasnobród liczył ok. 3500 mieszkańców. Funkcjonował tam jedyny w kraju kumysologiczny zakład przeciwgruźliczy (chorych leczono kumysem, czyli sfermentowanym kobylim mlekiem). Od 1894 r. działała też huta szkła, gdzie produkowano m.in. butelki, cylindry do lamp oraz szkło okienne.

W miasteczku można było także oglądać stary dominikański klasztor, kościół z cudownym obrazem Matki Boskiej Krasnobrodzkiej oraz m.in. spaloną (w tym czasie) murowaną synagogę (stała przy ul. Handlowej; odnowiono ją na początku lat 20. ub. wieku). Mieszkańcy miasteczka żyli w ok. 300 domach, głównie drewnianych (część z nich miało podcienia podparte na „profilowanych” słupach), ze spadzistymi, krytymi gontem dachami. W niektórych z nich działały małe sklepiki i żydowskie restauracje.

Całą miejscowość okalały malownicze, roztoczańskie wzgórza, które przechodnie często widzieli także w… wielkich kałużach stojących tygodniami w wielu miejscach. To wszystko na przybyszu nie zrobiło pozytywnego wrażenia.

„Wynająłem (w Krasnobrodzie) jeden duży pokój u gospodarza Nawoja i na drugi dzień pierwsze kroki skierowałem do miejscowej apteki magistra Niedzielskiego” — pisał Zygmunt Klukowski. „Zastałem tu młodego chłopca, praktykanta, któremu powiedziałem, kim jestem i że chciałbym zobaczyć się z aptekarzem. Po chwili wyszła do mnie pani Niedzielska, z którą, usiadłszy na kanapce, zaczęliśmy wstępną rozmowę”.

Wtedy doszło do zaskakującej sytuacji. „Zaledwie zamieniliśmy kilka pierwszych zdań, wlatuje z wnętrza domu służąca z przeraźliwym wrzaskiem: Proszę pani, pan leży na ziemi nieżywy!” — czytamy dalej w zapiskach Klukowskiego. „Zerwała się z miejsca pani Niedzielska, ja za nią, wpadamy oboje do pokoju sypialnego i tam widzimy leżącego na podłodze w kałuży krwi Niedzielskiego z niewielką raną na skroni, a obok niego rewolwer”.

Magister Niedzielski popełnił samobójstwo na wieść o przybyciu doktora Klukowskiego. Co go do tego desperackiego czynu skłoniło?

Zamojski zryw

„Jak się okazało, mgr. Niedzielski, prowadząc aptekę w ciężkich warunkach wojennych, nie mógł jej należycie zaopatrywać i żył w ciągłej obawie, co on będzie robił, jeżeli któregoś dnia przyjedzie na stałe jakiś lekarz i zacznie zapisywać normalne recepty, a on, przy swoich wielkich brakach, nie będzie w stanie ich wykonać” — tłumaczył pan Zygmunt. „Ta myśl prześladowała go jak zmora i gdy praktykant zameldował, że przyjechał nowy lekarz, który ma zamiar się tu osiedlić — wystrzałem z rewolweru odebrał sobie życie”.

Klukowski był tym wydarzeniem wstrząśnięty. Czuł się mimowolnym sprawcą śmierci aptekarza. Nie bardzo wiedział, jak się ma w tej sytuacji zachować…

„Pierwszą myślą było, by czym prędzej uciekać z Krasnobrodu, gdzie na wstępie spotyka mnie taka przygoda, niestanowiąca dobrej wróżby” — wspominał Klukowski. „Lecz w kieszeni miałem zaledwie kilka koron, za które mogłem dojechać najwyżej do Zamościa. Z konieczności zostałem więc w Krasnobrodzie”.

To był niespokojny czas. Jeszcze 7 października 1918 r. warszawska Rada Regencyjna ogłosiła manifest, którego „przewodnim motywem” było utworzenie niepodległego państwa polskiego. Wydawało się to coraz bardziej możliwe, bo wyczerpani wojną zaborcy byli słabi. Manifest trafił na podatny grunt także na Zamojszczyźnie. 13 października zorganizowano w tej sprawie w Zamościu kolejny wielki wiec, na który przybyło kilka tysięcy osób. Wśród nich było wielu mieszkańców powiatu zamojskiego. Przemawiał Maciej Rataj, późniejszy marszałek Sejmu RP. Domagano się od Austriaków m.in. zniesienia rekwizycji płodów rolnych (to się udało przeforsować). Trzy dni później zaborcy uwolnili także więźniów politycznych.

Polacy stawali się coraz bardziej pewni siebie. W Zamościu organizowano Straż Obywatelską. Funkcjonowały też podlegająca Magistratowi milicja oraz konspiracyjna Polska Organizacja Wojskowa (na jej czele stał Zygmunt Pomarański). Wydawano odezwy, które nawoływały do zjednoczenia „z ziem wszystkich zaborów” państwa polskiego.

1 listopada 1918 r. kapitan Franciszek Goliński oraz kilku żołnierzy narodowości polskiej (wszyscy byli spiskowcami POW) próbowali dokonać w zamojskim garnizonie wojskowym przewrotu. Nie było to jednak takie proste, bo większość (ok. 700 osób) stanowili tam żołnierze ukraińscy, którzy nawet planowali „odzyskać miasto”. W końcu jednak zmienili zdanie i… postanowili pójść do domów (a na pożegnanie pobili swoich oficerów). Inne formacje (w tym Bośniacy) także zdezerterowały. Niektórych wojaków rozbrajano. Zmęczeni wojną wiarusi po oddaniu broni chętnie przypinali sobie biało-czerwone kokardy.

2 listopada odbyła się w zamojskiej katedrze przysięga oficerów „na wierność państwu polskiemu”. Potem tłum zebrał się na Rynku Wielkim. Były przemówienia, oklaski, wiwaty. Szybko mianowano też nowe, polskie władze. Funkcję starosty objął Adam Sajkiewicz. W ten sposób na Zamojszczyźnie dokonał się jeden z pierwszych w kraju niepodległościowych zrywów.

Warszawę odzyskano 7 listopada 1918 r. Dwa dni potem Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad wojskiem. Ten moment uznano za datę odzyskania niepodległości przez nasz kraj. To był dopiero początek…

Wszystko jak z kamienia

„Na ulicach, we wszystkich częściach miasta nieustające strzały” — pisała we Lwowie 7 listopada 1918 r. Maria Kasprowiczowa. „Patrole ukraińskie chodzą po ulicach z karabinami w pogotowiu i strzelają, gdzie i jak im się podoba, nieraz do przechodniów. Rozbijają się i automobilami pancernymi. Sterczą z nich na wszystkie strony karabiny maszynowe (…). Ludzie przekradają się jak mogą. Widząc z daleka zbliżający się patrol, chowają się do bram. Czekają chwilę i biegną dalej”

Pojawiły się też kłopoty z zaopatrzeniem. Wtedy mieszkańcom Lwowa zajrzało do oczu widmo głodu.

„Chleba nie ma zupełnie. Mięso na wagę złota” — wyliczała Maria Kasprowiczowa. „Przestraszona ludność okoliczna przestała dostarczać produktów. Jeszcze trochę i zapanuje głód. Jesteśmy całkiem odcięci od świata”.

Prasa była też zaniepokojona postawą części polskich Żydów. Chodziło głównie o tych, którzy popierali nowy, sowiecki ład.

„Manifestacje Żydów — bolszewików i wrogie ich wrzaski przeciwko Polsce, przeciwko żołnierzom polskim wywołały w całym społeczeństwie polskim nastrój, jakiego z góry należałoby się spodziewać (…)” — czytamy w „Kurierze Warszawskim” z dnia 10 listopada 1918 r. „Tłum nalewkowski już w sobotę wieczorem urządził wiec uliczny (w Warszawie), rozbrzmiewający wrzaskami: Precz z Polską, niech żyje bolszewizm! A wiece te i pochody powtórzyły się wczoraj, przy czym wydawano okrzyki tak prowokacyjne, jak Precz z Piłsudskim!”.

Te wydarzenia obserwowała także Maria Dąbrowska, znana pisarka (autorka m.in. powieści „Noce i dnie”). „Dziś na ulicach szalone wzburzenie. Podobno tłum Niemców jakichś zakłuł. Z Żydkami też była awantura” — pisała 10 listopada 1918 r. A następnego dnia w swoich dziennikach notowała: „W nocy była strzelanina. Rano od wczesnej godziny rozbrajanie oficerów niemieckich na wszystkich rogach ulic (…). Wszędzie samochody z naszymi żołnierzami. Piłsudski rozczarował mnie. Witany przez tłum, powiedział z balkonu, że jest chory na gardło. Cóż to w takiej chwili może kogo obchodzić”.

A kilka dni później pisarka zauważyła: „Polska jest dziś w tak szczęśliwym położeniu, jak żaden kraj w Europie, a jednak wszystko idzie jak z kamienia” (pod datą 17 listopada 1918 r.).

Kraj udało się jednak zjednoczyć (a Lwów przed Ukraińcami obronić). Znowu potrzebna była jednak „praca u podstaw”. To było zadanie m.in. dla takich ludzi, jak skromny i sympatyczny doktor Klukowski.

W jego dzienniku nie znaleźliśmy jednak żadnej wzmianki o odzyskaniu przez Polskę niepodległości (chociaż na pewno się tym emocjonował). Wiele pisał za to o codziennej pracy. Bo takie wyznaczył sobie zadanie.

Bańki cięte na wszystko

„Jakoś praktyka szczęśliwe od razu ruszyła z miejsca. Lekarzy w powiecie było mało (…)” — pisał Klukowski w swoich dziennikach z 1918 r. „Chłopi pieniędzy mieli dużo i chętnie udawali się do lekarzy. Toteż wkrótce zajęty byłem od rana do wieczora, miewając dziennie po kilkunastu chorych w domu i czasem po pięć, sześć wyjazdów (…). Z początku czułem się bardzo obco i nieswojo. Mieszkaniowe warunki miałem niezbyt pociągające, bo w jednym pokoju musiałem jeść, spać i przyjmować chorych”.

Nie brakowało jednak ludzi, którzy nie byli zadowoleni z przybycia nowego doktora. Jak wylicza pan Zygmunt, byli to miejscowy felczer oraz pewien cyrulik żydowskiego pochodzenia. Obaj starali się przeszkadzać Klukowskiemu, jak tylko mogli.

„Używali przy tym ciekawego argumentu; mianowicie, widząc u mnie na stole i na półce sporo książek, dowodzili chłopom, że nic się nie znam na medycynie, że dopiero teraz się uczę i dlatego mam tyle książek” — wspominał pan Zygmunt. „I jednego, i drugiego ignorowałem zupełnie. Po paru tygodniach felczer wyjechał, pozostał tylko cyrulik Lejbuś”.

Klukowski wszedł z tym człowiekiem w „spór zawodowy”. Bo jak zauważył, Lejbuś specjalizował się właściwie tylko w stawianiu baniek ciętych, czasami ze szkodą dla pacjentów. Te metody pan Zygmunt postanowił wykorzenić. Gdy ostrzeżenia kierowane do Lejbusia nie przyniosły skutku, Klukowski zgłosił tę sprawę do lekarza powiatowego, ten natomiast przekazał ją do krasnobrodzkiego Sądu Pokoju.

Przebieg rozprawy w nowej już Polsce był dość nietypowy.

„Stanęliśmy któregoś dnia przed Wysokim Sądem — Lejbuś jako oskarżony, ja w charakterze oskarżyciela” — pisał Klukowski. „Trzeba trafu, że sędzia był tego dnia nieobecny i sprawy sądzili dwaj ławnicy, starsi już obywatele gminy. Długo przemawiałem, dowodząc szkodliwości puszczania krwi bez potrzeby, ławnicy słuchali uważnie, lecz równocześnie patrzyli na mnie z politowaniem, że niby jestem uczonym lekarzem, a takie głupstwa gadam. Przecież im obydwu co roku na wiosnę Lejbuś musi krew puścić i dlatego tak dobrze się trzymają (…)”.

Jaki był finał rozprawy? „Oczywiście Lejbuś został uniewinniony, a ja, jak mówią Rosjanie, w durakach ostałsia” — skwitował pan Zygmunt. „Wypadek ten ogromne zniechęcił mnie do zwalczania partactwa lekarskiego”.

Zygmuntowi Klukowskiemu pacjentów stale jednak przybywało. Raz w tygodniu jeździł także do Józefowa, gdzie chorych przyjmował w pokoju przy miejscowej aptece.

Epidemia i hapetyk na męża

„W miesiącach zimowych (1918 r.) zaczęła gwałtownie szerzyć się epidemia tyfusu plamistego. Była to prawdziwa klęska. Czegoś podobnego nigdy przedtem ani potem nie widziałem” — pisał w swoim dzienniku Klukowski.

Podczas I wojny światowej przez Zamojszczyznę kilka razy przewalały się fronty. Ginęli nie tylko żołnierze, ale też cywile. Ludzie umierali z głodu, na cholerę, grypę i mnóstwo innych chorób. Wiele domów poszło z dymem. W takich warunkach, w ciasnocie i zaduchu ocalałych zamojskich chałup, pojawił się kolejny wróg: tyfus. Ta choroba zakaźna często dopadała właśnie zagłodzonych, zabiedzonych i brudnych ludzi. Miała ona pochodzenie bakteryjne. Nosicielami tyfusu były szczury, ale na człowieka przenosiły go wszy.

Tyfus objawiał się wysoką gorączką, wysypką oraz wybroczynami na całym ciele. Dochodziło także do zaburzeń świadomości oraz do zmian w układzie nerwowym, krwionośnym i w sercach chorych (skuteczną szczepionkę przeciwko tyfusowi wynaleziono w 1919 r.). Tuż po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości ta choroba stała się dla lekarzy ogromnym wyzwaniem. Zmarło na nią wiele osób. Tak było także w Krasnobrodzie oraz okolicznych miejscowościach.

„Wzywano mnie czasem do wsi, gdzie prawie w każdej chałupie byli chorzy. W niektórych domach byli chorzy absolutnie wszyscy — w różnych stadiach choroby” — wspominał doktor Klukowski. „W jednej chałupie zastałem chorą całą siedmioosobową rodzinę. Wszyscy leżeli na słomie, na ziemi, a po środku stał duży kubeł z wodą, którą jakiś sąsiad przyniósł im z litości. W innych znów chatach widziałem zmarłych, których pogrzebaniem nie było komu się zająć. Zdrowi jeszcze sąsiedzi bali się zachodzić do chałup, gdzie byli chorzy, ozdrowieńcy zaś po przebytej chorobie byli zbyt słabi, by pomagać innym”.

Jednak ludzie nie myśleli tylko o tyfusie. Pewne zdarzenie długo pozostało doktorowi w pamięci.

„W jednym domu (…) było kilku chorych. Sam gospodarz jeszcze trzymał się na nogach, ale już widać było, że lada dzień i on się położy” — notował pan Zygmunt. „Chodziła koło chorych całkiem jeszcze zdrowa żona owego gospodarza, kobieta lat trzydziestu kilku. Otóż kiedy po zbadaniu chorych i przepisaniu im odpowiednich lekarstw miałem już wychodzić, baba odwołuje mnie na stronę i powiada dosłownie: Niech pan doktór i mnie coś doradzi, tyle tu zmartwienia z temi chorymi, a ja mam taki hapetyk na męża, nie mogę wytrzymać (…)”.

Doktor Klukowski nie napisał nic o poradzie, jakiej ewentualnie gospodyni udzielił…

Podglądanie pogrzebów

W końcu doktor także zapadł na tyfus. Tak wspominał w dziennikach początki swojej choroby: „Wracałem do domu bardzo późno, szczelnie otulony w swoje olbrzymie, niedźwiedzie futro i czułem jak mnie samego wszy gryzą. Pracując w takich warunkach, zdawałem sobie doskonale sprawę, że choroba mnie nie ominie. I rzeczywiście 20 lutego 1919 r. dostałem gorączki”.

Nadal próbował pomagać i leczyć. Przez dwa dni jeździł jeszcze do chorych. W końcu jednak musiał położyć się do łóżka. „Przez wiele dni byłem nieprzytomny. Leczeniem mnie zajęli się dwaj najzacniejsi moi koledzy z Zamościa: dr Bolesław Bogucki i dr Stefan Madler, który niespełna dwa miesiące później sam padł ofiarą tej strasznej choroby”.

Klukowski nie był miłośnikiem roztoczańskiego miasteczka, do którego rzucił go los. Dlatego skorzystał z okazji, żeby się stamtąd wyrwać.

„Jednostajne i szare było życie w Krasnobrodzie” — opowiadał w swoich dziennikach. „Mała zażydzona osada, otoczona lasami, odległa od kolei 12 kilometrów, a od Zamościa około 20, żyła swoim małostkowym, codziennym, materialnym życiem. Naokoło nie było ani kawałka szosy, drogi piaszczyste lub błotniste utrudniały komunikację (…). Towarzystwo miejscowe było nudne i nieciekawe”.

Klukowski chciał pracować w szpitalu. Stało się tak dopiero w październiku 1919 r. Zaproponowano mu wówczas „objęcie” funkcji kierownika szpitala w Szczebrzeszynie, po miejscowym lekarzu (który umarł zresztą na tyfus). Pan Zygmunt przeniósł się do tego miasta. Żył tam później i pracował przez wiele lat.

Wygląda jednak na to, że jego surowa ocena ówczesnych mieszkańców Krasnobrodu mogła być trochę niesprawiedliwa…

Mieczysław Kościński wydał jakiś czas temu książkę pt. „Byli wśród nas”. Ciepło opowiada ona m.in. o dziejach krasnobrodzkich Żydów (w 1905 r. stanowili oni aż 65 proc. mieszkańców miejscowości). Autor zebrał m.in. wiele cennych relacji. Wynika z nich, że międzywojenny Krasnobród rzeczywiście był prowincjonalnym miasteczkiem, ale lokalnego kolorytu i nietuzinkowych mieszkańców w nim nie brakowało. Interesujące były też miejscowe obyczaje.

„Widziałem pogrzeby Żydów. Zmarli byli noszeni na miejsce wiecznego spoczynku, na cmentarz żydowski — kirkut na specjalnych noszach. Wtedy i dziś znajduje się on na niewielkim wzgórzu przy ul. Kościuszki (…)” — wspominał np. Jan Trojanowski, jeden z mieszkańców Krasnobrodu. „Zmarłych niosło zawsze czterech dobrze zbudowanych Żydów (…). Byli chowani z wielkim szacunkiem i czcią. Na grobach kładziono macewy (chodzi o żydowskie nagrobki). Jedne były bogato zdobione, inne nader skromne (…). W pochówku z rytuałem żydowskim nie mogli brać udziału wyznawcy innych religii. Byli jednak tacy, co ciekawie podglądali pogrzeby. Wcale się im nie dziwię, bo i ja do nich należałem”.

Hiszpanka

Choroba siała spustoszenie. Odnotowano, że po raz pierwszy epidemia groźnej hiszpanki pojawiła się w lipcu 1918 r. we Lwowie. We wrześniu tego roku cierpieli już na nią mieszkańcy Krakowa, a miesiąc później — Warszawy (epidemia rozprzestrzeniała się głównie wzdłuż tras kolejowych). To była pierwsza fala choroby. Druga, także potężna, nadciągnęła w 1919 r.

— Nasza rodzina pochodzi z Wieprzca (gm. Zamość). Tam mieszkali moi dziadkowie Marianna i Stanisław Kościk, którzy mieli kilkoro dzieci. Najstarsze były: Salomea, która w 1919 r. miała 16 lat oraz o rok od niej młodsza Julka. To były podobno ładne, wyjątkowo sympatyczne dziewczynki (ich zdjęcia się nie zachowały) — opowiada Alicja Gwiazdowska z Zamościa. — Gdy do wsi dotarła epidemia, ludzie zaczęli chorować całymi rodzinami. I wielu z nich zmarło. Tak było także w domu moich dziadków. Tam chyba zachorowali wszyscy. Młodsze dzieci mojej babci: Stach i Bolek trafiły do szpitala, ale dziewczynek już nie zawieziono…

Choroba młodych

— Zabrało na ich leczenie czasu. Dziewczynki krótko, ale bardzo ciężko chorowały… i szybko zmarły. To była rodzinna tragedia o której nigdy nie zapomniano — mówi Alicja Gwiazdowska. — Dziadkowie mieli też dwie, inne córki: moją mamę Zofię oraz Julię, którą tak nazwano na pamiątkę po zmarłej siostrze.

Salomea i Julia Kościk zostały pochowane na cmentarzu parafialnym w Kosobudach (ich mogiły nadal można znaleźć niedaleko głównego wejścia, od strony kościoła. Na tabliczkach napisano jednak, że dziewczynki w chwili śmierci miały 18 i 16 lat). Nie tylko one były ofiarami epidemii. Mogiły młodych osób, zmarłych w tym czasie można znaleźć także na wielu innych nekropoliach Zamojszczyzny.

— Tak naprawdę nigdy nie było do końca wiadomo, jaka choroba zabiła obie dziewczynki (pod koniec 1918 r. i na początku 1919 r. na Zamojszczyźnie szerzyła się także epidemia tyfusu plamistego — dop. autor). — zastanawia się Alicja Gwiazdowska. — Niewykluczone, że była to hiszpanka. Wiele na to wskazuje…

Pierwsza z prawej Alicja Gwiazdowska (z domu Jasiewicz). Obok jej siostra Janina. Zmarłe w 1919 r. nastolatki były ich ciociami. Zdjęcie wykonano w prawdopodobnie w 1949 r. w miejscowości Boży Dar (gm. Sitno).

Skąd taka niepewność? Wieści o rozprzestrzenianiu się tej hiszpanki — dzięki wojskowej cenzurze — publicznie „nie rozprzestrzeniano”. Nie informowały o tym gazety. Jednak o zgonach młodych osób można było przeczytać np. w nekrologach. Tych nie brakowało (np. Kurier Poranny donosił, że niejaki Leopold Perlmutter, który był literatem „padł ofiarą grypy hiszpańskiej, przeżywszy 30 lat”).

Szpitale były przepełnione, a bezradni lekarze gorączkowo debatowali o zagrożeniu. Wiedziano jedynie, że umierają głównie młodzi (ale raczej nie dzieci): w wieku do 40 lat (jak się potem okazało reakcja ich układu odpornościowego np. bardzo wysoka temperatura, była tak silna, że to… przyśpieszało śmierć zakażonego). Tylko przez lecznicę szpitala wojskowego na warszawskim Mokotowie przewinęło się 900 takich pacjentów. Aż 64 z nich zmarło. Najostrzejsze objawy tej choroby przypominały posocznicę (sepsę): była to m.in. sinica, „ostra niedomoga serca”, a czasami stany zapalne mózgu oraz poważne uszkodzenia nerek, płuc i wątroby.

Nikt nie wiedział z czym dokładnie chorzy muszą się zmagać. Za to plotki były przerażające. Opowiadano np., że ludzie zakażeni hiszpanką „rano są jeszcze zdrowi, a wieczorem umierają” (powstało też powiedzonko: „Trup jak Hiszpan”). Z hiszpanką próbowano walczyć różnymi sposobami. Lekarze zalecali płukanie ust i nosa środkami odkażającymi. Podawano też chininę, strychninę i m.in. środki nasercowe. Takie metody nie mogły pomóc.

„Powietrze” kontra pijawki

„Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas panie, śpiewamy w suplikacjach, prosząc Boga o odwrócenie od nas tych czterech największych klęsk, często rzeczywiście zjawiających się razem (…). Nie wiem, czy jednak wszyscy, którzy śpiewają tę pieśń, zdają sobie sprawę ze znaczenia wyrazu powietrze” — czytamy w wydanym w 1929 r. poradniku doktora M. Kacprzaka pt. „Zdrowie w chacie wiejskiej”. „Otóż dawniej nazywano powietrzem, albo morowym powietrzem, wszystkie choroby, które zjawiały się nagle, unosiły mniej lub więcej ofiar, w następnie na pewien czas znikały”.

Co tak naprawdę było jednak owym „powietrzem”?

„Tak nazywano i dżumę, i grypę, i tyfus (dur) brzuszny i tyfus (dur) plamisty” — wyjaśniał polskim włościanom dr Kacprzak.

Grypa nie była jednak zupełnie nieznana. I cierpieli na nią także ludzie zamożni.

„Nie wiem, czy się zaziębiłam w toku tej jazdy, dosyć, że po powrocie zachorowałam dosyć ciężko, zrazu sądzono, że mam paratyfus i mówiono już o ulokowaniu mnie w szpitalu infekcyjnym (…), pokazało się jednak, że to była tzw. hiszpanka, tj. bardzo silny bronchit z wielkim osłabieniem (…)” — pisała w maju 1919 r. Matylda z Windisch-Greatzów Sapieżyna, właścicielka majątku w Siedliskach (gm. Lubycza Król.). „Przez 1—2 nocy siedziała przy mnie poczciwa panna Epstein i postawiła pijawki, po czym powoli przyszłam do siebie”.

Grypa zawsze uważana była za chorobę tajemniczą. Dziś wiadomo, że powodował je mutujący się wirus. Niektóre jego typy krzyżowały się zresztą ze swoimi krewniakami pochodzącymi od zwierząt i ptaków. Ta zmienność była niebezpieczna i do dziś uniemożliwia stworzenie jednej, wszechstronnej szczepionki (co jakiś czas trzeba ją modyfikować). Znane są trzy typy wirusa grypy. Nazwano je: A, B i C.

Dawniej wywoływaną przez nie chorobę nazywano „influencą”. Występowała ona najczęściej zimą. Czasami była to tylko tzw. grypa dwudniowa (objawiała się bólem gardła i głowy oraz podwyższoną temperaturą) innym razem przybierała formę ciężkiej choroby niosącej m.in. ryzyko zapalenia płuc oraz wielotygodniowe osłabienie organizmu.

Angielska zaraza

Kiedy grypę po raz pierwszy zidentyfikowano? Niektórzy uczeni uważają, że tzw. „angielskie poty” z 1485 r. mogły być właśnie tą chorobą. Zdziesiątkowała ona najpierw wojska Henryka VII Tudora, króla Anglii, a potem zdezorganizowała jego państwo. Charakteryzował ją m.in. obfity i wyjątkowo śmierdzący pot chorych (przy ówczesnym stanie higieny o taki efekt nie było chyba trudno) oraz plamista, pęcherzykowata wysypka. W 1507, 1528, 1551 i 1578 r. epidemia wybuchła w Anglii na nowo (dotarła wówczas do Niemiec, gdzie nazwano ją angielską zarazą).

W 1516 r. choroba bardziej przypominająca „naszą” grypę pojawiła się w całej Europie. Kolejne jej pandemie (czyli epidemie na bardzo dużym obszarze) zarejestrowano na tym kontynencie w 1557 i 1580 r. Potem, przez ponad wiek słuch o niej zaginął, jednak w 1729 r. grypa rozszalała się na nowo i to z ogromną siłą (kolejne jej ataki zarejestrowano m.in. w 1732, 1781 i 1788 r.). Infekcja dotarła wówczas także do obu Ameryk. I to był dopiero początek.

Potężna pandemia grypy nękała ludzi także m.in. w latach 1889—1892 (objęła niemal cały świat!). Wtedy nazwano ją rosyjską grypą, bo najwcześniejsze zachorowania odnotowano w okolicach Petersburga. Oszacowano, że na tę chorobę w samej Europie zmarło wówczas ok. 250 tys. osób. Kolejny — chyba najsłynniejszy — atak zanotowano wczesną wiosną oraz w sierpniu 1918 r. Tę odmianę grypy nazwano hiszpanką. Dlaczego?

Choroba pojawiła się podobno najpierw w amerykańskich obozach wojskowych I wojny światowej (niektórzy uważają, że zawleczono ją do Francji z USA). Szybko się rozprzestrzeniła. Jednak władze wojujących państw o niej nie informowały, bo obawiano się, że wieści o osłabieniu bojowych szeregów zachęcą wroga do ataku. Jednak Hiszpania w wojnie nie walczyła. Dlatego gazety tego kraju bez przeszkód rozpisywały się o epidemii. W końcu, niesłusznie, nazwę choroby skojarzono z tym neutralnym krajem.

A hiszpanka była niezwykle krwiożercza (kolejną jej falę zanotowano w 1919 r.). Szacuje się, że na całym świecie na tę chorobę zmarło od 21 do 25 milionów osób. Był to pierwszy wypadek tak wielkiej epidemii od czasów dżumy, która zdziesiątkowała ludność XIV-wiecznej Europy!

„Wielkim zabójcą nie była sama grypa, ale nakładające się na nią wirusowe zapalenie płuc” — pisali Frederick F. Cartwight oraz Michael Biddiss w książce „Niewidoczny wróg. Zaraza i historia”. „Nigdy wcześniej ani później żadna choroba układu oddechowego nie spowodowała podobnej liczby zgonów. Zarówno wówczas jak i kilkakrotnie potem winiono za tę pandemię chorobę pochodzenia zwierzęcego, na przykład wirusa świń, który zaatakował ludzi.

Nie bądź „niebojący”

Lekarze z pierwszej połowy XX w. nie zdawali sobie sprawy, że mieli do czynienia z wirusem. Jakim? Na Alasce znaleziono jakiś czas temu, w zmarzlinie, szczątki pewnej otyłej kobiety (dlatego tkanki dobrze się zachowały). Okazało się, że przyczyną jej zgonu była właśnie hiszpanka. Naukowcom udało się podobno zidentyfikować tego wirusa.

Okazało się, że był on bliźniaczo podobny do wirusa tzw. świńskiej grypy, który nękał świat w 2009 r. (chodzi o AH1N1). Dlaczego jednak po zakończeniu I wojny światowej ta choroba wywołała aż tak ogromne spustoszenie? Nie wiadomo. Być może umęczona wojennymi trudami ludność była mniej odporna na niszczycielskie działanie choroby.

Jednak medycy mozolnie uczyli się z grypą walczyć. W swoim poradniku doktor Kacprzak instruował w jaki sposób unikać różnych zakaźnych chorób, także grypy. Większość porad było trafnych.

„Przez cały czas choroby do sąsiadów nie chodzić, u siebie nikogo nie przyjmować i nic nikomu do domu nie dawać, nie chodzić na żadne zebrania, dzieci do szkoły nie posyłać, do miasta nie jeździć i pod żadnym pozorem nie sprzedawać ani nabiału, ani żadnych produktów spożywczych, dopóki lekarz nie powie, że chory nie tylko już zupełnie wyzdrowiał, ale że jest również bezpieczny dla otoczenia” — pouczał doktor. „Należy bowiem pamiętać (…) że chory może już chodzić, będąc jeszcze nosicielem zarazków”.

Pisał także: „Razem z chorym nikt nie powinien spać, nawet ten, co się choroby nie boi. Już niejeden z tych niebojących się poszedł wskutek lekceważenia choroby na tamten świat. Jest w zwyczaju, że wszyscy by okazać dobre serce, siadają koło chorego na łóżku. Jest to niedopuszczalne (…). Ktokolwiek dotyka chorego, jego łóżka lub jego rzeczy, winien natychmiast dobrze wymyć ręce wodą z mydłem i popłukać gardło rozczynem kwasu borowego”.

Według doktora bieliznę zdjętą przez chorego oraz pościel należy wygotować w wodzie z sodą, a wodę wylać do ustępu „ale w żadnym razie nie przed chałupą”. Takich rad (np. dotyczących tzw. naczyń nocnych używanych przez chorych, wietrzenia pomieszczeń itd.) znalazło się w poradniku wiele. Jest też wezwanie do zachowania… zdrowego rozsądku.

„Trzeba zawsze zachowywać pewne ostrożności w stosunku do każdego człowieka, bo każdy może być tym źródłem choroby zakaźnej. Nie można jednak ciągle myśleć o tem w jaki sposób ustrzec się najłatwiej od tej czy innej choroby. Życie nasze stałoby się nie do zniesienia gdybyśmy ciągle (…) żyli w obawie” — skwitował doktor Kacprzak.

Cud nad Łabuńką

Zamość dzielnie odpierał ataki sowieckiej kawalerii dowodzonej przez Siemiona Budionnego. Krasnoarmiejcy połamali sobie zęby na ziemnych fortyfikacjach, liczących łącznie ok. 18 kilometrów. Dostali też wycisk w kawaleryjskiej bitwie pod Komarowem.

„Wojsko nasze, aczkolwiek zdolne do chwilowego wysiłku, nie może być uważane za armię, z którą by można prowadzić trudne i na daleką metę obliczone operacje wojenne. Zwłaszcza, że przeciwnik zmobilizował armię pięciomilionową” — oceniał Eustachy Sapieha, dyplomata, m.in. minister spraw zagranicznych RP.

A jednak pod Zamościem i Komarowem Polacy odnieśli sukcesy.

„Budiennowcy zmykają rąbani i kłuci przez Krechowiaków i czternastkę (chodzi o 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich — dop. autor), całe przedpole wraz z zasłaniającym horyzont wzgórzem 256 przechodzi w nasze ręce” — pisał z radością 31 sierpnia płk Juliusz Rómmel, zwycięzca spod Komarowa.

Moi chłopcy. Ojczyzna was potrzebuje!

W drugiej połowie 1920 r. ruszyła potężna ofensywa Armii Czerwonej. Jednym z miast, które miało się Sowietom przeciwstawić, był Zamość. Już w połowie lipca rozpoczęto budowę wokół miasta skomplikowanego systemu umocnień polowych. Powstały rowy strzeleckie oraz zamontowano na przedpolach zwoje drutu kolczastego. Zabezpieczono też dojazdy do miasta oraz mosty. Te umocnienia miały w sumie kilkanaście kilometrów długości. Kto miał się w nich bronić? 10 lipca ogłoszono w Zamościu zaciąg do wojska uczniów gimnazjów i seminarium. Zgłosiło się aż 127 ochotników (najmłodszy miał 14 lat). Zamojską młodzież zagrzewali do walki nauczyciele.

Uwiecznieni ochotnicy wojny 1920 r., prawdopodobnie uczniowie zamojskich szkół. Fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Zamościu.

„Do klasy wszedł prof. Stefan Miler, popatrzył na zgromadzonych i powiedział: <<Moi chłopcy, Ojczyzna nas potrzebuje>>. Cała klasa oprócz dwóch uczniów zaciągnęła się do wojska. Ojciec miał wtedy 18 lat. Trafił do kawalerii” — opowiadał Janusz Topornicki o zamojskiej gimnazjalnej klasie swojego ojca, Józefa (tę relację spisał Robert Horbaczewski, zamojski historyk, regionalista i dziennikarz).

Uczniowie zamojskiego Gimnazjum Męskiego. Siedzi prof. Stefan Miler. Zamość 1918 r. Fot. ze zbiorów APZ

„Wobec coraz groźniejszych wieści, młodzież starsza licznie zaczęła się zgłaszać na ochotnika do szeregów wojskowych” — pisał w swoim dzienniku Zygmunt Klukowski, kronikarz i lekarz ze Szczebrzeszyna. „Komisja poborowa pracowała w Zamościu bez przerwy. A sytuacja stawała się coraz groźniejsza. Dochodziły do nas hiobowe wieści o cofaniu się armii polskiej”.

Obroną Zamościa interesował się sam Józef Piłsudski, naczelnik polskiego państwa. Przebywał w tym mieście w dniach 15—16 lipca. Kwaterował w Domu Centralnym, w mieszkaniu burmistrza Edwarda Stodołkiewicza (był to lokal na trzecim piętrze, od strony ul. Żeromskiego). W Zamościu negocjował m.in. z Semenem Petlurą, dowódcą sprzymierzonych wojsk ukraińskich. Nie była to jedyna wizyta. Na początku sierpnia Piłsudski znowu pojawił się w Zamościu. Prawdopodobnie przyglądał się budowie umocnień polowych. Dodawał też otuchy obrońcom.

„Bo nastrój stawał się coraz bardziej trwożny, wzmagało się napięcie nerwowe, wzrastał niepokój” — notował Zygmunt Klukowski.

Bolszewicy idą!

W Zamościu przebywał wówczas 31 Pułk Strzelców Kaniowskich, liczący ok. 2 320 żołnierzy (według niektórych źródeł było ich 1 750), pod dowództwem kapitana Mikołaja Bołtucia, złożony z 12 dział dywizjon artylerii polowej, trzy szwadrony jazdy (w sumie było w nich 80 ułanów) oraz m.in. dywizjon strzelców konnych (150 żołnierzy). Wspierała ich część sojuszniczej Ukraińskiej Dywizji Siczowej.

W mieście znalazło się jej dowództwo, saperzy i piechota — ok. 400 żołnierzy. Siłę bojową tych formacji wzmacniały trzy pociągi pancerne. Na torach pomiędzy Zamościem a Krasnymstawem czuwał groźny „Mściciel”, między Zamościem a Koniuchami jeździł najeżony karabinami „Zagończyk”, a w okolicach Zawady stał pociąg o nazwie „Śmierć”.

Jednak być może największym sercem do walki mogły się pochwalić inne, nietypowe oddziały. W mieście zorganizowano tzw. obronę narodową. W skład tych ochotniczych formacji weszli zwykli zamościanie. Wśród nich gimnazjaliści, na czele ze swoim ukochanym nauczycielem Michałem Pieszką (uczył geografii i historii).

„Mimo że formalnym dowódcą polsko-ukraińskiej załogi Zamościa, ze względu na starszeństwo stopnia i stanowiska był płk Marko Bezruczko (dowódca Ukraińskiej Dywizji Siczowej), to faktyczne dowodzenie obroną przejął dowódca 31 pułku, kpt. M. Bołtuć” — pisał historyk Ryszard Huss.

28 sierpnia bolszewicy podeszli pod Zamość. Zablokowali m.in. szosę łączącą to miasto ze Szczebrzeszynem.

„Byliśmy już odcięci od Zamościa, lecz jeszcze parę godzin porozumiewaliśmy się z nim telefonicznie, dopóki nie przerwano drutów” — pisał w swoim dzienniku Klukowski. „29 i 30 sierpnia bolszewicy podchodzili pod sam Szczebrzeszyn. Byli w pałacu w Klemensowie, byli i w cukrowni, gdzie w pewnym domu dwaj żołnierze bolszewiccy zgwałcili jedną panią, na oczach jej męża”.

Pierścień

Czerwonoarmiści z 1 Konnej Armii Budionnego podeszli pod Zamość od strony Hrubieszowa. Miasto zostało otoczone. Sowieci ruszyli do szturmu 29 sierpnia, a potem 30 sierpnia. Zamojscy obrońcy nie dali się zastraszyć. Ataki odparto m.in. ogniem karabinów maszynowych. Obrońcy urządzali też „wycieczki” na Sowietów. 30 sierpnia przeprowadzili trzy takie wypady w kierunku Łabuń, Majdanu i Kalinowic. Obrona Zamościa nie trwała jednak długo.

„Nieliczna załoga miasta broni się bardzo umiejętnie” — tak brzmiał oficjalny komunikat dowództwa polskiego, opublikowany 29 sierpnia w prasie. „Tymczasem od południa na tyły bolszewickiej konnicy dotarła grupa Stanisława Hallera. Wyładowana na dworcu w Krasnymstawie 10 Dywizja Piechoty także ruszyła na Zamość”.

Polska armia zdołała zmobilizować w tym czasie ok. 900 tys. żołnierzy. Jednak tylko jej niewielka część była na tyle wyszkolona i wyekwipowana, by walczyć na pierwszej linii frontu. Właśnie takie były jednak oddziały podążające na odsiecz Zamościowi. 31 sierpnia w okolice tego miasta przybyła także 13 Dywizja Piechoty z 3 armii dowodzonej przez gen Hallera. Pierścień wokół sowieckiej Konnej Armii zaczął się zaciskać także z innej strony.

31 sierpnia na polach Wolicy Śniatyckiej doszło do wielkiej kawaleryjskiej bitwy. Była to batalia jakby żywcem wyjęta z kart sienkiewiczowskiej Trylogii. Jak zauważył historyk Andrzej Osica, doszło do „klasycznego starcia mas kawalerii” (ostatnia taka batalia miała miejsce w 1813 r.). Licząca ok. 1,5 tys. żołnierzy 1 Dywizja Jazdy, dowodzona przez gen Juliusza Rómmla, zmierzyła się z przeważającymi, także konnymi siłami sowieckimi. Batalia trwała cały dzień.

Szalona radość!

Chaos bitewny był ogromny i pełen zwrotów akcji. Na przykład ułani z brygady pułkownika Henryka Brzozowskiego w desperackim ataku wpadli w pewnym momencie… w ogień własnej artylerii. Jednak Rosjanie w bezpośrednim starciu na szable nie mieli szans. Wykrwawili się. W końcu, na czele z Budionnym, rzucili się do panicznej ucieczki. W tej sytuacji Sowieci musieli zrezygnować z opanowania Zamościa. Wyparto ich za Bug. Budionny w bitwie pod Komarowem stracił sławę „niezwyciężonego mołojca”, a jego potężna armia wigor bojowy. Polacy byli natomiast wniebowzięci.

„Największy sukces kawalerii w wojnie z bolszewikami. Rozbita została legendarna konnica Budionnego!” — tak brzmiał komunikat polskiego sztabu z 31 sierpnia.

„Jakoś o bolszewikach cicho. Nie widać ich w pobliżu nigdzie” — pisał tymczasem 31 sierpnia Klukowski. — „Saperzy (stacjonowali w Szczebrzeszynie — dop. autor) dostali już pewną wiadomość, że oddziały Budionnego zaczęły się cofać. Ogarnęła nas szalona radość”.

Pochowali żołnierzy bez księdza

Straty były jednak potężne. Zamość tuż po odejściu bolszewików wyglądał ponuro. Opisał to Zygmunt Klukowski.

„Im bliżej Zamościa, tym więcej widać było śladów pobytu bolszewików. Koło folwarku Płoskie wszystkie pola stratowane były kopytami końskimi” — pisał. „Trafiłem właśnie na moment, kiedy przez rynek przeciągał niezwykły kondukt pogrzebowy. Czternaście trumien ze zwłokami żołnierzy poległych w obronie Zamościa niesiono na barkach przez środek rynku ku kolegiacie. Za trumnami szły tłumy ludzi. Rzucał się w oczy brak księży. Okazało się, że w całym Zamościu nie było ani jednego księdza, czy to cywila, czy kapelana wojskowego. Wszyscy zwiali przed bolszewikami, porzucając swoich wiernych parafian. Rozgoryczenie wśród ludności było ogromne”.

Po pewnym czasie życie wróciło jednak na dawne tory.

„Wszystko trzeba było organizować niemal od początku i wszystko to się robiło” — pisał Klukowski. — „Prędko ruszyły szkoły, w grudniu uroczyście witano w Zamościu uczniów i nauczycieli zwolnionych z wojska”.

Zapiski żołnierza konarmii

„Gdyby Stalin, Woroszyłow i analfabeta Budionny nie prowadzili własnej wojny w Galicji, a czerwona konnica znalazła się na czas w Lublinie, Armia Czerwona nie doznałaby klęski” — pisał żalem Lew Trocki, który w 1920 r. był m.in. sowieckim ludowym komisarzem do spraw wojskowych i marynarki wojennej. O tym, jak do niej doszło, pisał m.in. Izaak Babel, jeden z żołnierzy Budionnego.

Babel urodził się w Odessie (w 1894 r.) w rodzinie żydowskiego kupca. Brał udział w rosyjskiej wojnie domowej po stronie komunistów. Potem pracował m.in. w Odeskim Regionalnym Komitecie Bolszewickim oraz w Ludowym Komisariacie Oświaty.

Gdy wybuchła wojna polsko-sowiecka, Babel znalazł się, jako oficer polityczny i korespondent prasowy, w szeregach osławionej 1. Armii Konnej (czyli Konarmii) Siemiona Budionnego, która 31 sierpnia poniosła klęskę w sławnej bitwie pod Komarowem.

Łykają tłuczony kryształ

W swoich zapiskach i opowiadaniach (chodzi o zbiory: „Dziennik 1920” oraz „Konarmia”) opisywał zdarzenia, których był świadkiem. Co ciekawe, Babel często o polskich cywilach pisał ze współczuciem i sympatią. Nie był chyba dobrym kawalerzystą. Chwiał się w siodle, ciągle poprawiał binokle. Nie należał też do pierwszoplanowych ulubieńców sowieckiej władzy (w 1939 r., podczas tzw. wielkiej czystki, oskarżono go m.in. o szpiegostwo i działalność w organizacji terrorystycznej; 27 stycznia 1940 r. został stracony).

W zapiskach Babla możemy prześledzić cały szlak sowieckiej Konarmii. Był on mało chwalebny…

„Jak strasznie żal! Zabili młodą matkę. Bój wzdłuż linii kolejowej na Liski. Rzeź jeńców” — notował Babel 17 lipca 1920 r. w miejscowości Liski. A dwa dni później pisał: „Wyruszamy o piątej rano. Deszcz, słota, ciągniemy lasami. Operacja rozwija się pomyślnie, nasz nadczyw (chodzi o Siemiona Timoszenko, naczelnika dywizji — dop. autor) dobrze wytyczył kierunek, zachodzimy ich (Polaków) z flanki. Meldunki: o 10 zdobyta Dobrywodka, o 12 prawie bez oporu Kozin. Ścigamy nieprzyjaciela, idziemy na Płauczę (…). Obserwuję przyrodę Wołynia: wszędzie poręby, wyrąbane obrzeża lasów, ślady wojny, drut kolczasty, białe okopy. Majestatyczne zielone dęby, graby, dużo sosen, wierzba”.

Siemion Budionny (w środku) wśród swoich kawalerzystów.

W miejscowości Płaucza Sowieci zagarnęli tabory 49. pułku polskiej piechoty. Babel obserwował podział tych łupów. Sam także w nim uczestniczył (dostał torbę do siodła i płócienny worek). Wydawało się wówczas, że nic nie powstrzyma zwycięskich krasnoarmiejców. 21 lipca zajęli oni Dubno (Babel pisał, że opór był tam „nikły”), potem m.in. Brody. Jednak coś zaczęło zgrzytać…

„Narada w Kozinie, przemawia Budionny, zapomnieliśmy o manewrowaniu, szturmuje się na oślep, tracimy kontakt z nieprzyjacielem, zwiadu jakby nie było, to samo z czujkami osłony, dowódcom dywizji, brak inicjatywy, czcze akcje (…)” — wyliczał 26 lipca Babel. „Wieczorem panika, nieprzyjaciel wyparł nas ze Szczurowic (…). I znowu tułaczka, i znowu noc bezsenna, tabory”.

Dzień później dywizja Babla dotarła do miejscowości Chotyń. Tam doszło do walki o przeprawę przez rzekę.

„Przywieziono jeńców, jednego zupełnie zdrowego, krasnoarmiejec postrzelił dwa razy bez żadnego powodu. Polak skręca się i jęczy, ktoś podkłada mu poduszkę (…). Wszystko mnie drażni, nie przestaje złościć brud, apatia, beznadzieja rosyjskiego życia, coś tu może zaradzi rewolucja. (…) Krasnoarmiejcy śpią z babami (…). Straszna prawda — wszyscy żołnierze chorują na syfilis (…). Łykają tłuczony kryształ (miało to podobno leczyć tę chorobę), piją coś, chyba karbol, mielone szkło. Całe to wojactwo — aksamit na czapkach, gwałty, czupryny, bitwy, rewolucja i syfilis” — pisał Babel. „Galicja zarażona jest na wskroś”.

Tego dnia (chodzi o 28 sierpień 1920 r.) Babel pisał także o naszych żołnierzach, których wzięto do niewoli. „Opowieść o tym, jak polski pułk cztery razy składał broń i znów za nią chwytał, gdy rzucono się na nich z pałaszami (…)” — czytamy w tych zapiskach. „Starcza nam sił na manewry, na branie w cęgi Polaków, ale siły w garści właściwie nie mamy, są w stanie się przebić, Budionny rozsierdzony, nadczyw dostał naganę”.

Sowieci parli jednak do przodu. Zajęli Leszniów, potem Beresteczko, Toporów, Busk…

A ja te żebra chromolę!

„Bitwa pod Leszniowem. Nasza piechota w okopach, to wspaniałe; wołyńskie, bose, głupkowate chłopaki (…) i właśnie oni naprawdę walczą z Polakami, z pańskim uciskiem. Brak karabinów, amunicji nie dowożą (…)” — pisał Babel w pierwszych dniach sierpnia 1920 r. „Przyjeżdża Budionny, Woroszyłow, bitwa będzie decydująca. Rozwijają się do walki trzy brygady (…). Niezwykły sukces 6 dywizji — tysiąc koni, trzy pułki zapędzone do okopów, przeciwnik rozbity (…). Znów ich bijemy. Budionny poratował”.

Wiele miejsca w swoich zapiskach autor poświęcił rosyjskim kobietom, które służyły w armii Budionnego. Pisał o nich z mieszanymi uczuciami.

„Szwadrony szarżują, kurz, tętent, szable w dłoń, bluzgają przekleństwa, a one z zadartymi spódnicami mkną na samym przodzie, zakurzone, cycate, same kurwy, ale towarzyszki, to najważniejsze, obsługują tym, czym mogą, bohaterki — a jednocześnie pogardzane, poją konie, znoszą siano, reperują uprząż, kradną po kościołach i po domach” — czytamy w tym dzienniku.

21 sierpnia 1920 r. dywizja Babla znajduje się już pod Lwowem.

„Mija tydzień ciągłych walk (…). Rozkaz — całą Armię Konną przekazuje się do dyspozycji Frontu Zachodniego. Dyslokują nas na północ — w stronę Lublina. Tam trwa ofensywa” — pisał sowiecki kronikarz. „Spod miasta, do którego zostały tylko cztery wiorsty, zabierają armię, która tak długo o nie walczyła. Zastąpi nas 14 armia (Polacy bronili się mężnie — nie udało się zdobyć tego miasta)”.

Konarmia skoncentrowała się w rejonie Sokala. Stamtąd (27 sierpnia 1920 r.) wyruszyła na pomoc łamiącemu się sowieckiemu frontowi zachodniemu. Budionny planował zdobyć Zamość, a potem ruszyć stamtąd na Lublin. Miasto dzielnie stawiało jednak opór. Na pomoc oblężonym ruszyły posiłki. 31 sierpnia armia Budionnego została osaczona z trzech stron: od południa zjawiła się grupa pościgowa gen. Stanisława Hallera, środka bronił Zamość, natomiast 1. Dywizja Jazdy, dowodzona przez gen. Juliusza Rómmla, ruszyła w okolice wsi Cześniki (gmina Sitno). Tak te wydarzenia wspominał Babel w swoim opowiadaniu pt. „Cześniki”:

„Polaków można było zobaczyć przez lornetkę. Sztab armii dosiadł koni i Kozacy jęli zjeżdżać się ku niemu ze wszystkich stron. Iwan Akinfijew, były woźnica rewtrybunału, trącił mnie strzemieniem przy mijaniu. >>Jesteś w szeregach, Iwanie? — powiedziałem do niego. — Przecież nie masz żeber…<<. >>A ja te żebra chromolę<< — odparł Akinfijew, siedząc boczkiem na koniu (…). Ruszył do przodu i przycisnął się do samego Budionnego. Ten wzdrygnął się i powiedział cicho: >>Chłopaki — rzekł Budionny — z nami nie tak znowu dobrze, jakoś żwawiej by trzeba, chłopaki…<<”.

Polacy prowadzą bolszewickich jeńców.

W końcu padł rozkaz do ataku. Jak szarża wyglądała, dowiadujemy się z opowiadania Babla pt. „Po bitwie”.

„Trzydziestego pierwszego (sierpnia) przeszliśmy do natarcia pod Cześnikami. Szwadrony zgromadziły się w lesie obok wsi i o szóstej rano ruszyły na nieprzyjaciela” — pisał Babel. „Nieprzyjaciel oczekiwał nas na wzgórzu, do którego było trzy wiorsty jazdy. Przegalopowaliśmy (…) na znużonych do cna koniach i kiedyśmy wpadli na szczyt wzgórza, zobaczyliśmy zamarły mur czarnych mundurów i pobladłych twarzy. To byli Kozacy, którzy zdradzili nas na początku polskiej wojny i zostali uformowani w brygadę pod dowództwem esauła Jakowlewa (…). Karabiny maszynowe przeciwnika szyły z dwudziestu kroków”.

W sowieckich szeregach pojawili się pierwsi ranni i zabici. „Startowały ich kopyta naszych koni i zderzyliśmy się z nieprzyjacielem, ale czworobok jego ani drgnął, więc rzuciliśmy się do ucieczki” — pisał Babel.

To, co było potem, zdziwiło nawet autora zapisków.

Bestie z zasadami

„Pięć tysięcy ludzi, cała nasza dywizja mknęła po zboczach, choć nikt ich nie ścigał. Nieprzyjaciel został na wzgórzu. Nie uwierzył w nieprawdopodobne swoje zwycięstwo i nie zdecydował się na pościg. Dlatego też zostaliśmy przy życiu i bez szwanku stoczyliśmy się w dolinę, gdzie natknęliśmy się na Winogradowa, komisarza szóstej dywizji. Winogradow miotał się na rozszalałym koniu i zawracał do bitwy uciekających Kozaków”.

Izaak Babel.

Był to tylko jeden z epizodów tej wielkiej kawaleryjskiej bitwy. Nie wiadomo, czy wszystkie, ukazane w opowiadaniach zdarzenia są prawdziwe: w końcu Babel był nie tylko kronikarzem, ale także obdarzonym ogromną wyobraźnią pisarzem. Tak czy owak, ukazują one m.in. nastroje panujące w sowieckim wojsku. Nie mogły być one radosne…

Bitwa pod Komarowem trwała cały dzień. Konarmia została rozbita. Nękana przez polskie oddziały, uciekała w popłochu na wschód. To niewiarygodne zwycięstwo (Sowieci mieli olbrzymią przewagę) zaważyło na całych losach polsko-bolszewickiej wojny. Jednak krasnoramiejcy nadal byli niebezpieczni.

„Na południu w okolicach Hrubieszowa Budionny próbuje, bez powodzenia, działań zaczepnych. Dochodzi do sporadycznych walk w okolicy Buska i nad Dniestrem” — czytamy w „Wiadomościach z frontu” z 3 września 1920 r.

A 7 września polska prasa donosiła: „Walki trwają przede wszystkim na południu. Budionny po przegranej bolszewików pod Hrubieszowem wycofał się na Włodzimierz Wołyński”.

Po tej informacji „niezwyciężoną” Armią Konną przestano się jakoś w naszym kraju zajmować. Uniknęliśmy jednak wielkiego niebezpieczeństwa…

„Trzeba zgłębić duszę tych żołnierzy” — pisał tymczasem Babel w swoim dzienniku o wojakach Armii Konnej Budionnego. „Zgłębiam, wszystko to straszne, bestie z zasadami”.

Podjęto szereg inicjatyw…

Krzywi się, a pije!

„Są ludzie, którzy od 20—30 roku do końca życia nie myli się nigdy poniżej szyi. Starsi ludzie obrażają się wprost, jak im się mówi, że choć czasem trzeba wymyć całe ciało, inni znowu obawiają się zaziębienia (…)” — biadał w 1929 roku dr M. Kacprzak w książce pt. „Zdrowie w chacie wiejskiej”, wydanej przez Oddział Propagandy Państwowej Szkoły Higjeny.

Nie on jeden przejął się biedą polskiej wsi. Za pióra chwycili lekarze, dziennikarze i absolwenci szkół rolniczych. Ukazywały się niezliczone uświadamiające publikacje. Uczono w nich chłopów orać, stosować nawozy, urządzać chlewnie, karmić bydło, ale też myć się, leczyć choroby i walczyć z kołtunem. Zasady higieny wpajano polskim włościanom także w wojsku, szpitalach i… więzieniach.

Zdziczałe drzewka i szyby z kawałków

„Ubogo wyglądają nasze wioski! Zabudowania gospodarskie nierównym szeregiem ciągnące się wzdłuż krętej, błotnistej, rozdeptanej przez ludzi i zwierzęta drogi, rozrzucone bez ładu, mają wygląd obozowiska rozłożonego przypadkowo” — pisał doktor Kacprzak. „Budynki przeważnie małe, nędzne, sklecone naprędce, ze wszech stron pozabijane deskami, popodpierane drągami, postawione wydaje się jedynie po to, by chronić chwilowo dobytek od gwałtownego wiatru (…) i są podtrzymywane w tym stanie”.

Nie lepiej wyglądały też polskie podwórka i sady.

„Obok zabudowań parę zdziczałych, krzywych i rakowatych drzewek owocowych, nieco dalej studnia z kałużą wokoło” — pisał doktor.

Także drewniane, chłopskie chałupy były małe i byle jak sklecone. Ich mieszkańcy okładali je od dołu perzem lub nawozem, a dachy pokrywali słomą (którą co roku łatano w innych miejscach). W domach były maleńkie okienka „z szybami z kawałków”.

„Nic więc dziwnego, że chłop polski żyje o jakieś 15 lat krócej niż duński, że śmiertelność dzieci jest u nas przeszło dwa razy wyższa niż gdzie indziej, że choroby, nieznane już na zachodzie Europy gnębią nas stale” — pisał Kacprzak.

Nie tylko bieda była kłopotem. Dr Kacprzak twierdził, że wieś może się zmienić tylko wtedy, gdy uda się zwalczyć jeszcze jedną plagę: pijaństwo.

„Ile to już razy człowiek sprzedał krowę i do domu wrócił z niczem, tylko przez wódkę” — pisał. „Przypomnijmy sobie wszystkie nieszczęścia, jakie spłynęły na rodziny znanych nam pijaków, policzmy ile wódka rocznie kosztowała naszą wieś, a naprawdę przerazimy się. Wystarczyłoby życia jednego pokolenia, by wybudować i kościół, i szkołę, i dom ludowy, pozostałoby jeszcze i na to, by każdy z nas lepiej mieszkał i lepiej ubierał się, i lepiej jadł. Gdyby cała Polska była trzeźwa, inaczej by wyglądała”.

Tak rozpijano dzieci. Rycina z 1929 r.

Krzywda. na stare lata

Z badań, przeprowadzonych w latach 20. ub. wieku przez Ministerstwo Zdrowia Publicznego wynikało, że na 100 tys. mieszkańców wsi przypada tylko 17,5 tys. izb. Jak łatwo obliczyć przed ostatnią wojną w jednym pomieszczeniu mieszkało średnio 6 osób. Domownicy większość czasu spędzali w kuchni, która służyła jako miejsce do spania, jedzenia, gotowania i prania. Fatalny był stan higieny. Usiłował to zmienić m.in. dr Kacprzak. Przypominał, że „zawianie” jest przesądem i mieszkania trzeba wietrzyć.

Należy też myć okna, bo przez brudne szyby nie dociera światło słoneczne i w izbach panuje mrok. Brak słońca sprzyja rozwojowi kąśliwych zarazków. W mieszkaniu powinna być zatem umywalka i ręczniki, bowiem wycieranie się rogiem płachty lub jakimś gałgankiem jest niedopuszczalne.

„Na wsi jest jakiś lęk przed wodą i niezwykła oszczędność mydła” — biadał doktor. W zwyczaju było np. mycie się w pomyjkach z wczorajszej kolacji i to przez kilka osób. Szyję opłukiwano wodą tylko od święta. Dr Kacprzak napominał, że czysta powinna być również bielizna, także dolna, zwłaszcza że jej noszenie nie jest zbytkiem. Tłumaczył też, że leczyć należało się u lekarzy, a nie tylko tym… co było pod ręką.

Nieograniczona była pomysłowość w wynajdowaniu rozmaitych sposobów leczenia i sporządzania domowych środków leczniczych. Mocz ludzki i kał zwierzęcy zajmowały tu poczesne miejsce (…)” — pisał także w swoich dziennikach z lat 20. ub. wieku Zygmunt Klukowski. „Wszystkie te domowe sposoby (…) przyczyniały chorym nieraz bardzo ciężkich szkód. Zgłaszali się do lekarzy lub przybywali do szpitala w tak zapuszczonym stanie choroby, zwłaszcza gdy chodziło o cierpienia zewnętrzne, rany, owrzodzenia czy egzemy, a przy tym tak brudni, że się załamywało ręce i nie wiedziało, jak do nich przystąpić. W ogóle bród i zawszenie było okropne”.

Doktor Klukowski twierdził, że ludność było do wszy przyzwyczajona, wręcz z nimi zżyta.

„Ich obecność wcale jej nie raziła. Niektórzy nie kąpali się dosłownie przez całe życie” — czytamy w jego dzienniku. „Kiedyś kazałem wykąpać staruszkę, przyjmując ją do szpitala. Zaczęła mnie błagać, żeby jej tego nie robić: <<Ostatnim razem się kąpała, jakem za mąż wychodziła, a teraz, na stare lata, pan doktor chce mi taką krzywdę robić>>”.

Lekarze postulowali także, żeby skończyć z wychodzeniem za potrzebą za stodołę, bo to i deszcz czasem pada, i patykiem trzeba się opędzać od zwierząt. Trzeba więc postawić ustęp, czysty i widny. Z tym było naprawdę źle. Autor książeczki „Jak gospodarują członkowie kółek rolniczych (1914), wydanej po konkursie na najlepszych rolników, informował ze smutkiem, że na stu kółkowych gospodarzy 60 nie ma wychodków.

Rycina z lat 20. ub. wieku.

Zauważał też: „Oznacza to przede wszystkim wielką stratę pieniężną: jeżeli wartość nawozową odchodów całej rodziny określić rocznie na 20 rubli i obliczyć, że na 34 tysiące członków kółek 20 tysięcy nie posiada ustępów, wskutek czego te odchody się marnują. Strata ogólna wynosi 400 tys. rubli rocznie, a ile wyniesie (…) w całym naszym niebogatym kraju, mającym około miliona drobnych gospodarzy?”.

Bój z kołtunem i wścieklizną

Zachowanie higieny z pewnością sprzyjałoby zahamowaniu epidemii groźnych chorób, m.in. zimnicy (czyli malarii) czy tyfusu plamistego. Przed innymi chroniły wówczas szczepienia, choć sposób ich wykonania może dzisiaj nieco szokować. Anonimowy autor książki, wydanej w 1906 r. przez Księgarnię Polską w Warszawie, instruował na przykład, jak domowym sposobem wykonać szczepienia przeciwko ospie.

I tak z krost osoby chorej należało wziąć trochę ropy. Następnie za pomocą nożyka nacinało się skórę cielęcia i ranę smarowało się ową mazią. Po pewnym czasie w miejscu tym powstawał pęcherzyk, również ospowy, ale już nie tak jadowity:

„Jeżeli teraz, za pomocą takiegoż małego nożyka, zrobimy parę drobnych nacięć na ręku dziecka w części ramieniowej i posmarujemy ropą, to jad ospowy, jako słabszy — dziecku już nie zaszkodzi i żadnej groźniejszej choroby nie wywoła. Daje on natomiast jedną ważną korzyść: zabezpiecza to dziecko od ospy, jeżeli kiedykolwiek zaraza się pojawi”.

Na początku XX wieku w Warszawie urzędował już lekarz, „który od uczonego Pastera nauczył się zabezpieczać ludzi ukąszonych od wybuchu wścieklizny”. Adres tego doktora, jak zapewniał poradnik „O wściekliźnie”, znają na pewno wszystkie urzędy gminne, księża proboszczowie, a i we dworach o nim powinni słyszeć. Było to wielce pocieszające, bo chorzy na wściekliznę umierali w Polsce często. Nic więc dziwnego, że choroby tej panicznie się obawiano.

Opowiadano, że ludzie pogryzieni przez wściekłego psa sami zaczynają szczekać lub kąsać, a atak choroby następuje po dziewięciu dniach, dziewięciu tygodniach lub dziewięciu miesiącach od ugryzienia przez chore zwierzę. Radzono jednak, aby pacjenta nie wiązać, nie kneblować ani nie umieszczać na czas podróży do Warszawy w osobnym wagonie.

Wiele zabobonów związanych było także z kołtunem (tzw. gośćcem), czyli po prostu z brudnymi, zlepionymi i pełnymi robactwa włosami. Wierzono, że kołtun jest chorobą, która po jego ścięciu „wchodzi w środek człowieka i skręca go”, a wiele już osób zmarło w ten „przerażający” sposób. Kołtun miał być w dodatku chorobą zakaźną, która przedostała się do nas wraz z Tatarami i Rosjanami. Tu i ówdzie zaczęły się jednak pojawiać głosy zdrowego rozsądku. Pomogły w tym śmiałe eksperymenty. W okolicach Wilna np. obcięto kołtuny kilkuset osobom, a żadnej nic się nie stało.

Przez kobiety i wódkę

Postęp na wsi dokonywałby się może szybciej gdyby nie… kobiety. Jeden z rolników, startujących w konkursie gospodarstw drobnych, ogłoszonym tuż przed I wojną światową, żalił się: „Najgorsze, że żona, którą pojąłem za towarzyszkę życia, to nawet jednej litery nie zna i nawet słuchać nie chce, jak jej co czytam, czy to gazetę, czy książkę rolniczą. Nawet mi wymyśla, że do kółka chodzę słuchać tam panów, co to uczą niby lepszego. Ciemne kobiety są największą zaporą postępu wsi naszej”.

„Zaniechajmy dawnego sposobu szukania wszy w głowie, siedząc na progu chaty” — namawiała tymczasem w jednym z wydań „Gospodarstwa” Marja Starowieyska. Na tępienie wszy były już nowocześniejsze sposoby (mycie głowy wodą z mydłem, polewanie czyszczonym spirytusem, wyczesywanie włosów gęstym grzebieniem).

Rycina z 1929 r.

„Żeby tak człowiek częściej zaglądał do księgarni niż do szynku, żeby w szafie, zamiast butelki z wódką, miał coś do zjedzenia, choćby kawałek mięsa lub masła, lub funt cukru…” — marzyło się doktorowi Kacprzakowi. Bo wódka — jak wywodził — do dobrego nie prowadzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 77.36
drukowana A5
kolorowa
za 119.73