E-book
12.29
drukowana A5
79.29
drukowana A5
kolorowa
122.9
Wizjoner na strychu

Bezpłatny fragment - Wizjoner na strychu

Wojenna Zamojszczyzna


5
Objętość:
647 str.
ISBN:
978-83-8104-796-8
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 79.29
drukowana A5
kolorowa
za 122.9

Wstęp

„Wizjoner na strychu” Bogdana Nowaka to książka, której nie sposób przeczytać jednym tchem. Zbyt wiele w niej emocji. Tak — właśnie emocji, choć wydaje mi się, że nie one miały stanowić istotę tej publikacji. Podtytuł zaprasza bowiem czytelnika w czasy i miejsca różne. Pełne historii „niezwykłych, fascynujących, przerażających, inspirujących, pięknych, niejednoznacznych…", jak wylicza autor w tekście wprowadzającym czytelnika w klimat dziejów, których za stron parę stanie się świadkiem i uczestnikiem.

W początkowych rozdziałach odnajdziemy m.in. opisane z ciepłym uśmiechem zachowania, które (nie) przystoją pannie na schadzce z narzeczonym czy poznamy związek między kobiecą próżnością a… szarawarami. W tym momencie i miejscu pierwsze strzały będą padać jeszcze sporadycznie, a pierwsze ich ofiary da się jeszcze zliczyć.

Prawdziwe ludzkie dramaty pojawią się wkrótce. Dotkną zarówno osób konkretnych, wymienionych z imienia i nazwiska, bezimiennych, jak i całych rodzin, wiosek, wojskowych czy partyzanckich oddziałów. Naznaczą piętnem hańby hitlerowców, Sowietów, Kałmuków i Ukraińców. Oddadzą sprawiedliwość pomordowanym, wywiezionym i cierpiącym. Wskażą bestie w ludzkiej skórze, zdrajców i niezłomnych. Wskrzeszą pośmiertnie Tych Wszystkich, o których próbowała zapomnieć historia.

Cenne w „Wizjonerze…” jest to, że oprócz prawdy historycznej — czasami prawdziwym cudem wyszperanej z domowych archiwów — Bogdan Nowak znajduje czas, żeby pochylić się też nad człowiekiem. Z jego słabością, ułomnością, wymuszonymi przez wyższą konieczność zachowaniami, które nierzadko odbiegały od kategoryczności czerni i bieli.

Przyznam się, że miałem wiele momentów w czasie lektury, gdy po prostu chciałem cisnąć książką w ścianę. Tak by rozpadła się na kawałeczki, a wraz z nią uleciały w niebyt opisywane historie. Z powodu złości, bezsilności, niesprawiedliwości, współczucia. Książka nadal jest cała, a dzieje ludzi i miejsc w niej opisanych pozostały w głowie. I to chyba największa, oprócz historycznej, wartość tej publikacji.

Bogdanowi Nowakowi chwali się też fakt, że tok narracji poprowadził wartko niczym żołnierski marsz, czyniąc niejako z niego klamrę kompozycyjną wielu wartościowych autentycznych świadectw, cytowanych zwierzeń, pamiętników lub dokumentów. Dzięki temu zachowany został właściwy rytm zdarzeń, czasami podkreślony krótkimi zdaniami niczym „ładuj — pal”, innym razem zaś płynący we frazach rozbudowanych niczym dogasająca z sykiem chłopska chata.

Można oczywiście mieć zastrzeżenia, że nie wszystkie fotografie są ostre, a kontury bohaterów na nich ukazanych odpowiednio wyraziste. Ale moim zdaniem w ten sposób znakomicie komponują się z czasami, których są widokówkami. Porównam to z muzyką z tamtych czasów, która najwiarygodniej brzmiałaby na trzeszczącej gramofonowej płycie.

Pozostaje jeszcze kwestia tytułu, której… nie mam zamiaru wyjaśniać. Zasugeruję tylko, że jej geneza jest intrygująca jak wiele innych historii przybliżonych w „Wizjonerze”, a w księgarniach pozostały jeszcze (o dziwo) resztki nakładu.

Są książki, które przeczytać warto. Tę przeczytać powinien nie tylko mieszkaniec Zamojszczyzny. Choćby po to, by poznać grupę krwi swojej Ojczyzny.


Tomasz Tomczewski

(Recenzja pierwszego wydania „Wizjonera na strychu”, która ukazała się w 2016 r. na łamach „Kroniki Tygodnia”. )

***

Trzymają Państwo w ręku trzeecie wydanie „Wizjonera na strychu”. Książka składa się z opowieści i szkiców historycznych, które w latach 2002–2020 były publikowane, zwykle w zmienionej formie, na łamach „Kroniki Tygodnia”, „Tygodnika Zamojskiego”, „Dziennika Wschodniego” oraz „Zamojskiego Kwartalnika Kulturalnego”.

Obecne wydanie zostało przebudowane. Usunięto cały rozdział pt. „Skarb znaleziony na strychu” w którym opisana była działalność fotografów: Teodozji i Wincentego Podolaków (w 2018 r. udało się nam wydać obszerny album im poświęcony). W 2020 r. zostały natomiast dodane teksty m.in. na temat „rewolucji” 1905 r., przebiegu „Akcji Wisła” na Zamojszczyźnie, dziejów niemieckiego obozu przejściowego w Zwierzyńcu oraz opowieść o Róży Potockiej i jej niezwykłej pasji. Rozbudowano też rozdział książki poświęcony Edmundowi Monsielowi.

Oczywiście książka nie mogłaby powstać bez wielu relacji, starych dokumentów, pożółkłych gazet oraz opracowań i wspomnień, spisanych przez Zygmunta Klukowskiego, Janusza Petera, Michała Bojarczuka, Jerzego Markiewicza, Krzysztofa Czubarę, Wojciecha Białasiewicza i wielu, wielu innych historyków, kronikarzy i regionalistów.

Podziękowania należą się też Ewie i Maciejowi Dziewulskim (za pomoc i wsparcie), Annie Rudy (jest współautorem jednego z zamieszczonych w książce tekstów, wykonała też korektę większości zamieszczonego w książce materiału), Adamowi Gąsianowskiemu, właścicielowi Galerii Fotografii w Zamościu (większość publikowanych w tej książce zdjęć pochodzi z jego zbiorów), Stanisławowi Rudemu, zamojskiemu regionaliście, oraz dr. Bogumile Sawie (udostępniła zdjęcia wykonane przez Adama Lenkiewicza).

Dzielne Manekiny

Mam sto lat

Spotkaliśmy się w jej rodzinnym domu. Przywitała mnie promiennym uśmiechem, a potem… zaimponowała wieloma cechami: znakomitą pamięcią, otwartością, błyskotliwym poczuciem humoru, bezkompromisowością i wielkim dystansem do świata, który nieraz ją przecież krzywdził.

Stefania Krokina jest moją cioteczką babcią. Urodziła się 6 czerwca 1916 r. w Sitnie, gdy przez Europę przewalała się — niszcząc wszystko po drodze — I wojna światowa. Po niej przyszły inne plagi: Sowieci, Niemcy, komuniści. W rodzinnej wsi kobieta spędziła młodość i większość dorosłego życia (teraz mieszka w Zamościu). Jej wartka relacja jest niezwykła, barwna. A zaczyna się 150 lat temu…

Maciej muzykant

W zamojskich wsiach ludzie żyli w dawnych czasach przyjaźnie. A gdy były jakieś święta, schodzili się i biesiadowali: prawosławni i katolicy. Pili przy tym mnóstwo samogonu, który pędzili po domach. Gdy urodził się mój ojciec Maciej — a było to dokładnie 50 lat przed moim przyjściem na świat — jego rodzice, Ewa i Kornel Jakubiakowie urządzili huczne chrzciny. Było to w ich domu, w Łaziskach. Wynikła z tego tragedia!

Podczas uroczystości podchmieleni mężczyźni zaczęli się kłócić, potem bić. Ktoś uderzył dziadka Kornela, i to tak mocno, że trzeba go było zawieźć do szpitala w Hrubieszowie. Leżał tam przez jakiś czas i umarł, z tej całej zabawy… Ewa została sama. Nie było jej łatwo… Także dlatego, że była na obczyźnie, bo pochodziła z Czech. Skąd się w Polsce wzięła? Przed jej przyjazdem przeszła przez Łaziska i okoliczne wsie jakaś zakaźna choroba. Mnóstwo osób wówczas umarło, brakowało więc rąk do pracy. Podobno dlatego miejscowi dziedzice musieli ściągać pracowników do dworu z Czech i Niemiec.

Gdy dziadek Kornel umarł, Ewa została z dwójką dzieci. Nie wyszła ponownie za mąż. Utrzymywała się z pracy przy dworze. Coś się jednak zmieniło, bo rozparcelowano ziemię w pobliskim Sitnie. (W 1892 r. część dóbr kupił za 304 tys. rubli Witold Święcicki, który po I wojnie światowej rozpoczął parcelację majątku.) Ewa z rodziną się tam przeprowadziła. Wzięła w tej wsi 26 mórg pola: 1 morga to ponad pół hektara. Warunkiem tej… no… transakcji było spłacenie byłemu właścicielowi tego majątku.

Trudno było takiemu obciążeniu podołać. Dlatego Ewa zostawiła sobie tylko 13 mórg. Resztę komuś oddała czy sprzedała.

Nadal jednak brakowało w gospodarstwie rąk do pracy. Bo mój ojciec Maciej wprawdzie wyrósł na fajnego, przystojnego chłopaka, ale nie chciał w polu pracować. Podobało mu się za to granie w orkiestrze. Tylko to miał w głowie…

Była w tym czasie we wsi orkiestra. Grali tam jacyś sekundanci i bębnista. Ojciec uciekał z domu, tylko za nimi biegał, słuchał muzyki i podpatrywał grę na instrumentach. Po pewnym czasie kupił sobie skrzypce i wzięli go do tego zespołu. Zaczął grywać po wszystkich weselach i zabawach w okolicy. A w gospodarstwie nie było komu robić!

Święta przez tydzień

W końcu matka Macieja zabrała mu te skrzypce i wrzuciła do pieca. Ale Maciej był bardzo zdolny, miał do wszystkiego smykałkę. I wystrugał sobie w drewnie nożem, a może jakimś dłutem skrzypce, które grały nie gorzej niż te spalone! Nie było na niego rady… Chłopak postanowił się jednak ożenić. Był lubiany, śmiały, dowcipny i wszędzie go było pełno. Podobały mu się różne dziewczyny, tyle że on nie był we wsi uważany za dobrą partię. Ludzie myśleli, że jest raczej lekkoduchem i hulaką niż porządnym kawalerem.

A o tym, kto się ma z kim żenić, decydowali w tamtych czasach rodzice młodych. Zaczął się jednak starać o rękę młodziutkiej, 17- czy 18-letniej Tekli, córki miejscowego diaka (był to psalmista i pomocnik w cerkwi — dop. autor). On służył do mszy i grał tam na organach. Może dlatego nie odtrącił muzykalnego chłopaka. A panna była dobrą partią. Co prawda miała trzy siostry i brata, ale diak posiadał 45 mórg pola. Było co dzielić. Sprawa trafiła do miejscowego popa. Organista poszedł do niego i pyta:

— No i co mam robić, wydać córkę za tego chłopaka czy nie? Pop podumał chwilę, brodę potargał i zadecydował: — Wydaj!

Moi rodzice byli wyznawcami prawosławia, którzy przeszli do kościoła rzymskokatolickiego. Kiedy to się stało, w jakich okolicznościach? Nie umiem powiedzieć. W każdym razie gdy ja się w 1916 r. urodziłam, rodzina Jakubiaków była już rzymskokatolicka.

Nie wszyscy we wsi odrzucili prawosławie. Część ludzi, także moich krewnych, pozostało przy tym wyznaniu. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Miało to też swoje dobre strony. Nasz sąsiad był na przykład prawosławny. Gdy obchodzono katolickie święta Bożego Narodzenia, jego rodzina gościła u nas. A potem, gdy te same święta zaczęły się u nich — my szliśmy do nich. W ten sposób uroczystości trwały chyba… z tydzień.

Pamiętam, że pod stołem po takich świętach było zawsze mnóstwo pustych butelek… Ludzie się weselili, życzyli sobie wszystkiego najlepszego, ale żadnych podarków dzieciom nie dawano. Tak zresztą było także podczas urodzin czy imienin.

Szkoła? Nie ma o czym mówić

Gdy byłam dzieckiem, Sitno miało ze dwa kilometry długości. I dom stał koło domu, płot przy płocie. (W 1921 r. w Sitnie było 155 domów, w których żyło 1 005 mieszkańców, z czego 439 było Ukraińcami, 34 Żydami, a resztę stanowili Polacy). Wszystkie były drewniane. My mieliśmy jeden z takich domów. Ale była tam także obora, gdzie trzymaliśmy bydło i świnie. Tylko stodoła stała osobno.

Ten nasz dom wybudowano jakieś pół kilometra od dworu. Nie było tam luksusów. Żyliśmy wszyscy w jednej izbie. Dorośli spali na łóżkach, a dzieci — tak jak zresztą we wszystkich okolicznych domach — na siennikach wypchanych słomą, czasami na piecu.

Te sienniki układano na klepisku, bo mało kto we wsi wybudował drewnianą podłogę. Oprócz mnie, moi rodzice mieli jeszcze inne dzieci: Anielę (urodziła się w 1905 r.), Katarzynę (według rodzinnych przekazów wyszła za mąż za chłopaka, który uczył się na popa — mieszkali w Cześnikach), Józefa i Zosię, która w dzieciństwie umarła. Na co? Nikt o tym wówczas nie wiedział. Nie mówiono o tym… Jednak nasza rodzina nie była, jak na owe czasy, zbyt liczna. W innych domach było sześć, siedem, dziesięć, a nawet 12 dzieci…

Moja mama piekła pyszny żytni chleb, którego smak do dzisiaj pamiętam. Gdy wybudowano w okolicy młyn, jeździło się mielić zboże na mąkę. Dzięki temu mógł powstawać także delikatniejszy chleb, tak zwany sitkowy. Pamiętam, że w naszym domowym piecu chlebowym można było upiec jednocześnie dziewięć bochenków. Mama przygotowywała także pyszne bułki i pierogi z kaszą gryczaną na sucho. Jedliśmy też m.in. kluski z serem, czasami kutię. A gdy się zabiło wieprzka, na stół trafiało mięso…

W naszym domu oraz w całej wsi używało się mowy potocznej: np. na ser mówiło się „syr”, wszystko to było „wsio”, a zamiast słowa „nie ma” mówiło się „ni ma”. W Sitnie, już w wolnej Polsce, była tylko dwuklasowa szkoła. Ja zaczęłam tam naukę, gdy miałam osiem lat. Do tej szkoły chodziły miejscowe dzieci. Założono ją w niewielkim drewnianym budynku. I większość uczniów edukację na tych dwóch, może trzech klasach zakończyło. Tak było także w naszej rodzinie. Edukacja? Tu nie ma o czym mówić.

Ciotka Leonka

Mój ojciec, gdy już mu trochę zauroczenie muzyką minęło, okazał się świetnym gospodarzem. Dokupił pole i las. Z czasem miał tego 35 mórg. Była to druga gospodarka we wsi. Tylko nasz sąsiad Twardziszewski miał więcej, czyli 46 mórg. Takich gospodarzy było w Sitnie niewielu, może dziesięciu. Inni posiadali zwykle po osiem, siedem mórg, czasami mniej.

Co mieliśmy jeszcze? Gdy byłam panną, w gospodarstwie były trzy konie, pięć krów, cielęta, świnie. Mój ojciec wziął nauki od cieśli i sam postawił dom i budynki gospodarcze. Zrobił też kredens, łóżko i wiele innych domowych sprzętów (zabudowania rodziny Jakubiaków spłonęły prawdopodobnie podczas pożaru w czasach I wojny światowej, dlatego budynki stawiano od nowa.) A gdy było trzeba, potrafił też naprawić, a nawet samodzielnie zrobić buty. Nic dziwnego, że inne kobiety zazdrościły mamie takiego zaradnego męża, chociaż wcześniej uznawano go za hulakę…

Kobietom nie żyło się kiedyś łatwo. Wprawdzie na kazaniach w kościele (Sitno należało wówczas do parafii w Sitańcu, tam chodzono na nabożeństwa) ksiądz tłumaczył ludziom, że żona i mąż powinni stanowić jedność, że powinni żyć i gospodarować wspólnie, ale w praktyce to była rzadkość. Tak naprawdę na wsi kobieta miała niewiele do powiedzenia. W rodzinie było dopiero wtedy dobrze, gdy baba była posłuszna. Jak było inaczej, cała wieś śmiała się z mężczyzny, który nie był dominujący.

Dochodziło do skrajnych sytuacji. Moja ciotka Leonka żyła z mężem, który był gwałtownikiem. Często w jej domu była przemoc… W końcu mąż uderzył ją tak niefortunnie, że wypłynęło jej oko. Miarka się przebrała. Leonka nie miała dzieci. Postanowiła przeprowadzić się od takiego wrednego męża do moich rodziców. Z nimi mieszkała. I wniosła do naszego gospodarstwa 21 mórg ziemi. Tak to się jakoś potoczyło.

Wojna, panie, wojna…

Mój ojciec także był surowy, ale chyba głównie dla mnie. Bo ja, w odróżnieniu od sióstr — które czasami w tym posłuszeństwie dla ojca przypominały zakonnice, byłam dziewczyną żywą, wesołą, bardzo otwartą, lubiłam tańczyć. Biegałam na wszystkie okoliczne zabawy. Gdyby mi zabronili na jakąś pójść, chyba bym dziurę w ścianie wydłubała i się na nią wyrwała. Ojcu się to oczywiście nie podobało. Raz przyszedł po mnie z kijem do remizy. Innym razem witał mnie z pasem albo okładał mnie już w domu, a ja chowałam się na piecu czy pod ławą. Tam udawało mi się czasami uniknąć jego razów. Ale mama była dobra…

Zdjęcie wykonano w Sitnie ok. 1942 r. Widać na nim Stefanię i Adolfa Krokinę oraz ich dzieci: Jeremiego i Kamilę.

— Macieju, oczy jej powycinasz. Jak wyjdzie za mąż, będzie w domu siedzieć — mówiła, ale on nie zawsze słuchał.

W 1938 r. wyszłam za mąż za Adolfa Krokinę, kawalera z Sitna. W tej wsi był też ślub i nasze wesele. Przeprowadziłam się do jego domu. On miał już swoje 13 mórg, a ja wniosłam w wianie kolejne osiem. Przed ostatnią wojną urodził się nam syn Jeremi, a w 1943 r. córka Kamila; potem na świat przyszła jeszcze kolejna córka, Teresa.

Bo wojny nie ominęły także naszej wsi. (W okolicy Sitna rozegrała się jedna z bitew I wojny światowej. Pozostały po niej dwa cmentarze. Pochowano na nich w sumie ok. 300 żołnierzy niemieckiej armii). Stał u nas kiedyś polski pułk. Miałam wtedy kilka lat, ale tych żołnierzy pamiętam.

Rozlokowano ich po okolicznych domach, spali także u nas — na słomie, którą rozkładali na podłodze. Pamiętam dwóch oficerów tego pułku. Jeden z nich grał czasem na skrzypcach, a drugi ze mną tańczył, czyli… kręciliśmy się w kółko. Brali mnie też na kolana, rozmawiali ze mną, kazali dla zabawy ciągnąć za nosy. Utkwiło mi w pamięci, że jeden z tych oficerów powiedział pewnego razu, iż zostawił w domu córeczkę w moim wieku. Pewnie mu ją przypominałam. Pamiętam też, że miałam wówczas na sobie, podczas tego tańca, sukienkę w czerwone i zielone paseczki. Taki szczegół dziecku utkwił w pamięci…

(W 1920 r. w Sitnie przebywali żołnierze 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. Ta bitna, kawaleryjska formacja była w okolicach Zamościa reorganizowana i uzupełniana. Potem żołnierze 14. pułku uczestniczyli w bitwie pod Komarowem. Według relacji Anieli Wieczerzy, siostry Stefanii Krokiny, ułani urządzili w sadzie rodziny Jakubiaków polową kuchnię, a na domowym piecu suszyli swoje mundury. Zabierali też Jakubiakom siano, słomę… Gdy na widok rozrzucanego i deptanego w stodole owsa Maciej Jakubiak zaczął protestować, usłyszał tylko od jednego z ułanów: „Owsa waszego nie szkoda, bo wojna, panie, wojna”. )

W grudniu 1942 r. Niemcy wysiedlili z domów wielu mieszkańców Sitna, w tym moich rodziców, moją siostrę Anielę oraz m.in. jej dzieci: Helenę, Alinę (matkę autora) i Alfredę. Trafili do obozu przejściowego w Zamościu, a potem zostali przewiezieni do Siedlec.

Stefania Krokina w 2016 r.

Wojnę przeżyli. Ojciec dożył wieku 81 lat, mama zmarła, gdy miała 76 lat. Mnie z mężem i dzieckiem Niemcy zostawili we wsi.

Bo w tym czasie do polskich opuszczonych domów nasiedlono niemieckich kolonistów. Porobiono im wielkie gospodarstwa. Tych kolonistów przybyło ze 20 rodzin. Oni musieli mieć niewolników, czyli tych Polaków, którzy we wsi zostali. Dlatego nie wszystkich wysiedlono. To były ponure, okropne czasy. Ludzie bali się podnieść głowy, wyjść na wieś, rozmawiać.

(19 maja 1942 r. Niemcy rozstrzelali np. cztery osoby za ukrywanie jeńców radzieckich, w październiku tego roku zabito kolejnych dziewięć osób.)

Słyszało się wprawdzie o tym, że są gdzieś jacyś partyzanci, że napadają na niemieckich kolonistów, ale zwykli mieszkańcy wsi po prostu próbowali jakoś przetrwać…

W pierwszych latach komunizmu też było ciężko. Niemcy zabierali ludziom tzw. kontyngenty, ale po wojnie… robiono to samo. Komuniści grabili mleko, zboże, kartofle, po prostu wszystko. Niektórzy mieszkańcy ukrywali trochę jedzenia, bo inaczej umarliby z głodu. Pamiętam, że na przykład moja siostra Aniela ukryła w lesie cztery worki ze zbożem.

Dokuczała mi złość ludzka

Mam sto lat. Czasami ktoś pyta, czy chciałabym wrócić do tych przedwojennych czasów? Co mogę powiedzieć… Mnie najbardziej dokuczała kiedyś złość ludzka i ciemnota, wynikająca z braku dostępu do edukacji i po prostu elementarnej wiedzy o świecie. Za to domy aż huczały od plotek, w których zresztą specjalizowały się kobiety. Z tego wszystkiego wynikało wiele zła. To mi przeszkadzało. Może się to komuś wydać dziwne, ale głównie z tego powodu nie żałuję tej mojej młodości.

(Rozmowa ze Stefanią Krokiną odbyła się w 2016 roku. Kobieta zmarła kilkanaście miesięcy później.)

Oporni

Unitów nazywano niegdyś „katolikami obrządku wschodniego”. Na Zamojszczyźnie żyły ich tysiące. Z narażeniem życia bronili swojej wiary.

— Jeszcze przed ostatnią wojną mieszkali w naszej wsi Żydzi, kilka rodzin o pochodzeniu niemieckim, Ukraińcy, Polacy. Wyznawali różne religie. I żyli w zgodzie. Ostatnia wojna zdmuchnęła wszystko — opowiada starsza kobieta, którą spotkałem w Sitnie. — Dzisiaj we wsi są sami katolicy, którzy nie przyznają się do unickich korzeni albo nic o nich nie wiedzą.

— Na Zamojszczyźnie jest teraz tylko jedna parafia unicka, w Hrebennem. Należy do niej ok. 80 rodzin, które przyjeżdżają na msze z różnych części Zamojszczyzny. Są to głównie rodziny ukraińskie i tzw. mieszane. Przed ostatnią wojną wyglądało to oczywiście zupełnie inaczej. Grekokatolicy stanowili wówczas znaczny odsetek lokalnej społeczności — mówi ks. Jan Tarapacki, proboszcz parafii grekokatolickiej w Hrebennem (gmina Lubycza Królewska).

Most nad pęknięciem

To się mogło udać tylko w dawnej Rzeczpospolitej. Zjednoczenie polskich katolików i prawosławnych było możliwe dzięki unii, którą zawarto w 1596 r. w Brześciu. Jak pisała Krystyna Czerni, miała to być próba przerzucenia mostu nad pęknięciem chrześcijaństwa. Ustalono wówczas, że wierni Kościoła wschodniego pozostaną przy „obrządku oraz języku cerkiewnosłowiańskim”, ale przyjmą zwierzchnictwo papieża.

Tuż po unii świątynie grekokatolickie nie różniły się jednak od prawosławnych. Była w nich taka liturgia jak dawniej, podobne szaty oraz wystrój. Jednak unici, na wzór rzymskokatolicki, organizowali seminaria duchowne, opracowywali na nowo księgi liturgiczne oraz zaczęli zwoływać synody.

Najsłynniejszy z nich odbył się w dniach 26 sierpnia — 17 września 1720 r. Zwołano go na polecenie ówczesnego papieża Klemensa XI. Wprawdzie początkowo planowano, że obrady odbędą się we Lwowie, jednak w tym mieście wybuchła epidemia. Dlatego ówczesny ordynat zaprosił uczestników synodu do Zamościa.

„Gdy tedy po tak wielu leciach zaiaśniał ten tak szczęśliwy dzień, tym bardziey się cieszę, im jaśniey widzę, że tak gorąco od was pożadany i teskliwie oczekiwany był, iż żebyście go widzieć mogli, tak wielkim wzgardziliście powietrza (chodzi o zarazę — dop. autor) i śmierci niebespieczeństwem. Tak wielka i niewypowiedziana żądza i gorliwośc wasza dostatecznie pokazuie, iż nie macie nic u siebie droższego nad jedne zbawienie dusz, i nic pożądańszego nad to jedno, pozyskać, co zginęło, co odeszło, to znowu przyprowadzić, co się złamało, to znowu związać, co słabego, umocnić, co słusznego i mocnego, tego znowu strzedz (…)” — mówił Hieronim Grimaldi, nuncjusz apostolski w Polsce do uczestników obrad w Zamościu. — „Żebyście kacerstw wszelkich, które od Ekumenicznych Synodów potępione są, wyrzekli się, a wszystko to, cokolwiek od nich postanowiono, przyieli, i oraz prawdziwe posłuszeństwo Papierzowi Rzymskiemu obiecali”

Mowa nuncjusza została opublikowana w książce pt. „Synod prowincialny ruski w mieście Zamościu roku 1720 odprawiony”. Ten kościelny dostojnik — wraz z Leonem Kiszką, metropolitą kijowskim, halickim i „całey Rusi” — przewodniczył zamojskiemu zjazdowi. Miał jego uczestnikom wiele do powiedzenia.

„Żebyście ciężkie, niektóre złe zwyczaie, które w obieraniu sług Kościoła Bożego, i w ich święceniu, nie bez znaczney Dusz szkody, jako sami lepiey wiecie, weszły, jako nayprędzey z Diecezyi waszych wyrzucone były” — domagał się od uczestników nuncjusz.

A zgromadzenie było znakomite. Przybyli na nie: Hieronim, arcybiskup edeski, Józef Wyhowski, biskup łódzki i ostrogski, Floryan Hrebnicki, arcybiskup połocki, biskup witebski i m.in. mściscławski, Atanazy Szeptycki, biskup lwowoski, halicki i Kamieńca Podolskiego, Wawrzyniec Drucki Sokoliński, arcybiskup smoleński i siewierski, Hieronim Ustrzycki, biskup przemyski oraz wielu innych dostojników katolickich i unickich, oraz m.in. dziekani, duchowni i urzędnicy kościelni z dziesięciu diecezji.

W sumie na synod przyjechało ponad 200 dostojnych gości, którym towarzyszyły pokaźne orszaki. Takiego zjazdu Zamość nigdy do tej pory nie oglądał!

Ubrani w strojne szaty duchowni zbierali się w cerkwi św. Mikołaja (tam odbyła się inauguracja synodu) oraz w zamojskiej kolegiacie. Tematem synodu miała być latynizacja Cerkwi grekokatolickiej (czyli unickiej). Omówiono i ujednolicono też wiele innych, ważnych spraw.

Siostra narzeczonej to nie narzeczona!

„Ponieważ obrządek administrowania tego Sakramentu, jednakowy niemal jest w naszym Kościele, jako i w Łacińskim, a zatym nie potrzebuje żadney poprawy, ani odmiany; dla tego niewolno od sposobu administrowania jego odstępować. Aże Kościół jest właśnie Sakramentow mieysce, rozkazuie Święty Synod, żeby żaden po domach prywatnych bez (…) pozwolenia Biskupa, slubu dawać nie ważył się nikomu” — czytamy w „Synodzie prowincialnym ruskim…”. — „Ci, co zechcą przystępowac do tego, tak wielkiego Sakramentu w Chrystusie i Kościele świętym, nie mają się wiązać w małżeństwo, jeśli nie będą umieć modlitwy Pańskiey, albo Oycze nasz, Pozdrowienia Anielskiego, Składu Wiary Świętey, dziesięciu Bożego przykazania, siedm grzechów głównych i inszych Tajemnic naszey Wiary do zbawienia potrzebnych. Napominać się także ci sami maią, żeby wprzódy, nim do slubu przystąpią, spowiedź uczynili i Komunią Swiętą przyieli”.

Ważny był też m.in. wiek przyszłych małżonków.

„Zaś jeśli kto niebędzie miał Lat należytych, mężczyzna 14 zupełnych, niewiasta 12 skończonych, kto porwie niewiastę, choć na to sama zezwoli, którzy będą w pokrewności, albo w powinowactwie z sobą zostawać w stopniu zakazanym, kto cudzołożnie cudzą żonę pozna z uczynieniem objetnicy, że po śmierci z której strony małżonka z sobą się pobiorą, albo kiedy mąż żonę swoją zabije, albo żona mężą swego także zabije, albo otruie, z namowy z drugim, żeby po śmierci jego, za niego poszła, także kto solennie zaręczył sobie jedną, nie może z żądną siostrą jey rodzoną, i wzaiemnym sposobem zaręczoną, nie może za żadnego brata rodzonego oblubieńca swego iść, i ślubu z nim brać” — czytamy w tym niezwykłym dokumencie. — „Jako też i każdy inszy wadę jaką kanonną w sobie maiący, nie może być przypuszczony do slubu, póki nie otrzyma dyspensy od tego, który ją będzie mógł dać”.

Dlatego duchowni powinni wystrzegać się dawania ślubów „włęczęgom postronnym” i „ludziom mało znanym”.

„Większe w takowych jest niebezpieczeństwo wielożeństwa” — czytamy.

Posynodalny szok

Do unickich ksiąg zamierzano wprowadzić słynne filioque. Ten łaciński termin był jedną z przyczyn ostrego wielowiekowego sporu między prawosławiem i katolicyzmem (zachodni chrześcijanie do swojego „Credo” wstawili w VI w. wzmiankę o synu; od tamtego czasu mówią: „Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca i Syna pochodzi”). Nie wymyślono dotychczas sposobu, aby tę pogłębiającą się przepaść zakopać. Dlatego planowane wprowadzenie filioque do ksiąg unickich miało szansę stać się przełomem dla całego chrześcijaństwa. I to się udało w Zamościu przeforsować. Nie tylko.

Podczas tego synodu upodobniono unicką liturgię do rzymskokatolickiej. Sprecyzowano też obowiązki metropolity, biskupów i kleru. W ten sposób „przypieczętowano” zjednoczenie Kościoła katolickiego i Cerkwi grekokatolickiej. To był nie lada wyczyn. Na pamiątkę tego doniosłego wydarzenia, na ścianie za chórem w zamojskiej kolegiacie umieszczono malowidło, które przedstawiało wszystkich uczestników tak ważnego synodu (obraz został w 1824 r. zniszczony, prawdopodobnie przez zaborców).

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 79.29
drukowana A5
kolorowa
za 122.9