E-book
4.1
drukowana A5
7.33
Wir z bursztynowych doznań

Bezpłatny fragment - Wir z bursztynowych doznań


Objętość:
13 str.
ISBN:
978-83-8189-877-5
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.33

Niektórzy poznają swoje prawdziwe „Ja” w momencie niebywale kloacznym, czyli w chwili owianej tym zbyt czarnym błotem. Takowych chwil nikt nie tworzy od tak sobie, bo zazwyczaj potrzeba tego smolistego charakteru do ich stworzenia, ale ktoś taki nie często się pojawia. Podobnie bywa z tym dostatecznie mrocznym przypadkiem, od którego większość jedwabiście myślących ludzi woli uciec. Jednak istnieją też i ludzie dla których to jak wydarzenie się rozkręcają nie ma znaczenia. Tacy ludzie żyją obecną rzeczywistością i wyciskają z niej jak najwięcej się da. Dlatego oni czasami taplają się w tym dzikim i nie wygodnym mroku, po to by zyskiwać nie tak jak brylant z uczynków owocowych.

Takie zyskiwanie wrażeń było i nadal jest największą wadą Anety Miazgoń kobiety wielbiącej sztukę i te dość wiśniowe okoliczności. Do jej największych zalet można zaliczyć wzrost, taki smaczny i pociągający dla wielu mężczyzn, spojrzenie po części pełne tej wrednej, skrzydlatej radości i uśmiech. Wielu zaliczało go do tych nawet zbyt anielskich, bo głębię magii zyskiwał on dzięki lśniącym blond włosom tej dostatecznie radykalnej kobiety. Ten dość potulny całokształt był mylącym dla wielu, ale chyba najbardziej gubił artystów szukających tej muzy z bystrych miodowych nut. Jeden z artystów, czyli pewien Grzesiek wielbiący te uczucia z czekoladową głębią szybko znalazł się w jej mieszkanku i to nie raz, czyli na poczęstunku przy kawie. Poczęstunkiem tym była czekolada i to jedna z droższych. Po części pasowała ona do pierwszego razu, ale nie do wnętrza jej salonu wycmokanego tą matową wiśniową farbą. Odcień ten był i nadal jest zaskakująco intensywnym. Dlatego szybko skusił tego średnio wysportowanego Grześka do zdjęcia jej bluzki wraz ze stanikiem w trochę mniej niż dziesięć sekund. Ten facet zapamiętał to, że jej bluzka była złoto kremowa, ale poza jej barwami zapamiętał też smacznie brązową sporą sofę, na której siadał chyba kilkunastokrotnie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy. Ta konkretna sofa pieściła ich oboje, ale on zaczynał od takiego wspaniałego lizania jej cudownie kobiecych cycuszków, czyli jego języczek był wtedy tą fontanną z bystrej szafirowej melodii. W pierwszej minucie to jego lizanie było nadzwyczaj dokładne i prawie nie przyśpieszył, bo dopiero na początku drugiej zdecydował się na niewielką dawkę szaleństwa, a więcej dzikości pojawiło się dopiero w połowie trzeciej minuty. Kilka sekund później ta zgrabna dwudziesto cztero latka jęknęła dwukrotnie tym musem ze szczodrych truskawek. Jęknięcia te były takimi bardzo dziewczęcymi, pasującymi raczej do szesnastolatki i dlatego ten artysta uwielbiający mroczną scenerię dał jej drugą porcję tej samej pieszczoty po dwunastu sekundach przerwy. Tym razem jeszcze bardziej rozwlókł to w czasie, czyli tym swoim nadzwyczaj miłym języczkiem zaczął przyśpieszać po około osiemdziesięciu sekundach, a pełnię szału osiągnął na początku czwartej minuty. Ona ponownie nagrodziła go dwoma potulnymi, truskawkowymi jękami i po jakichś dwudziestu sekundach wypoczywania w milczeniu tak po części poetycko zsunęła jego spodnie wraz z majtkami, po to by chwycić jego szalonego penisa, którego czubeczek chciała muskać swoim zaradnym jęzorkiem przez blisko minutę. Na samym początku muśnięcia te były tak jak dżem ze złotej poezji, ale pod koniec były nawet bardzo intensywnymi. Przeskok na te jej lśniące rubinową magią usteczka był mega gładki, a po dwóch minutach ich starań Grzesiek trysnął tą uczynną srebrną melodią w jej sympatyczne cycuszki, którym nieco brakowało lepszych chwil. Dlatego ta Aneta tak nieziemsko dokładnie zlizała to, czym trysnął. Następnie przez blisko osiem minut zaczęli taką dość gładką rozmowę o jego sztuce, bo ta ambitna blondynka chciała wiedzieć dlaczego on w swoich dziełach miesza ten czarny pył z krwią, która i tak nabiera czarnego koloru. Jego odpowiedzi były wtedy po części nie pełnymi. Mowa tu dokładnie o tym, że nie chciał być w tych chwilach facetem idealnie szczerym. Wolał wszystko przypisać tej dość kloacznej nie jasności, bo ona na gęsto komplikuje sytuację. To komplikowanie sytuacji musiało też być równie silnym ze strony miejsca, które jego zdaniem musiało pluć tą oślizgłą nie ciekawością, po to by przeganiać te dość szpilkowate spojrzenia wielu. Moc tych konkretnych spojrzeń nie mogła zaistnieć w jego dziełach, bo gładka śmierć w błocie jego zdaniem musiała być powiązaną z jakimś bagniskiem do którego nikt nie wejdzie. Te jego słowa były i jasne i nie jasne, bo zastanawiał się głównie nad tym dlaczego jej minimalistyczna torebka wykonana z czarnej skóry nadal leży na tym białym stoliku kawowym wykonanym z laminatu i wykończonym na wysoki połysk. Stolik ten nie był rozległy i nie był też masywny, a jego stylistyka wykonania była dość nietypową jak na to wnętrze. Wiele znaczyło też i to, że z tej konkretnej torebki wystawało coś takiego jak kawałek rękojeści zatopionej w nowoczesnym czarnym tworzywie. Rękojeść ta tak jakby zachęcała do chwytania, ale ten artysta nie chwycił tego czegoś, bo chciał by to Aneta chwyciła jego gotowego na wiele penisa. Po to by go muskać swoim języczkiem lepszym od żaru ze śpiewów mądrego czaroitu. To muskanie tego języczka tym razem dało mu aż osiemdziesiąt sekund ciekawej zabawy, a gdy do gry wkroczyły jej ogniste usteczka, to przyjemność osiągnęła wyższy poziom. Jednym słowem usteczka te masowały jego penisa tą dzielną rytmiką przypominającą szczodre brylantowe wino i to przez trochę ponad dwie minuty. Po czasie tym trysnął tym niebywale jedwabnym kwiatem w stronę jej radosnych i bardzo kształtnych cycuszków, które od wielu dni czekały na coś w tym stylu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.33