E-book
7.88
drukowana A5
27.36
WAGA NIE DO ZWAŻENIA LQG

Bezpłatny fragment - WAGA NIE DO ZWAŻENIA LQG


Objętość:
92 str.
ISBN:
978-83-8455-270-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 27.36

SŁOWO WSTĘPNE

Przyzwyczailiśmy się do bajek, w których bogactwo spada z nieba. Popkultura wmawia nam, że wystarczy jeden szczęśliwy los na loterii, cudowny zbieg okoliczności czy magiczny artefakt, by wyrwać się z biedy i „żyć długo i szczęśliwie”. Koszty nie istnieją. Konsekwencje rozpływają się w powietrzu.

Ale fizyka uczy nas czegoś zupełnie innego. Nie ma nic za darmo. W ujęciu Pętlowej Grawitacji Kwantowej (LQG) i twardych praw termodynamiki, każdy nienaturalny skok w górę, każdy nagły spadek entropii — czyli budowa porządku i bogactwa — wymaga zaciągnięcia potężnego długu w innym miejscu systemu.

Ta nowela nie jest klasyczną opowieścią o drodze na szczyt. To zderzenie brudnej, polskiej ulicy z bezlitosną, makroekonomiczną fizyką. Historia o tym, że sukces bywa kradzieżą cudzej energii, a największe potwory wcale nie kryją się w zaświatach. Kryją się w arkuszach kalkulacyjnych i na giełdowych parkietach.

Zanim wejdziesz w świat Andrzeja, przygotuj się: tutaj za każdy cud płaci się w walucie z atomów i krwi.

Zapraszam do Matrycy. Jarosław Karwowski

AKT I Stan Początkowy

Dno i Rdza


Wieczór. Zaskakująco ciepły jak na tę porę roku, ale chłód i tak wchodził prosto w kości.

Nie dam rady — pomyślał Andrzej, naciągając na głowę śmierdzący, lepki śpiwór. — Nie nadaję się do takiego życia.

Wcisnął się głębiej w posłanie, mocno zaciskając brudne powieki. Nie wiem, czy to pociągnę. Boże, daj mi chociaż trochę siły. Codziennie o was myślę. Modlę się, choć sam już dawno nie wiem o co. Ale nie wrócę. Ten wstyd po prostu mnie zabije.

Zrobiło mu się potwornie niedobrze. Znowu odezwał się ten drugi, bezlitosny głos w jego zniszczonej głowie: „A co, taki byłeś pewny siebie? Myślałeś, że zostaniesz milionerem ot tak, bo co, na miejscu pracy nie było? Zawsze ci było, kurwa, mało. Warszawka miała być lepsza, tak? No to wygrałeś, stary. Leżysz jak zwykły lump pod brudnym szmatławcem w krzakach. I dobrze. Zostawiłeś taką kobietę i małe dziecko dla jakiejś chorej mrzonki”.

— Wiem… przestań, nie męcz mnie — wychrypiał w pustą ciemność prowizorycznego namiotu.

— Stary, masz szluga? Albo chociaż trochę do skręta? Zajarałbym — chropowaty, obcy głos dobiegł z zewnątrz, tuż sprzed cienkiego wejścia. Andrzej zamarł. — Ktoś ty za jeden? — warknął. — Nie znam cię, jesteś tu nowy.

Podniósł się ostrożnie na łokciu, nasłuchując każdego szmeru. — Tak, przyjechałem prosto z Poznania — odezwał się z cienia intruz. — Mówili, że tu są lepsze tereny. Zresztą, nic mnie tam nie trzymało.

— Nie mam, stary. Nie palę — odrzucił krótko, opadając z powrotem na cienką, poszarpaną karimatę. — Na szczęście akurat to jedno gówno mnie nie wzięło. — No dobra, nie masz, to nie — odbąknął przybysz z zawodem. — Na razie.

Został sam ze swoimi myślami. Kiedy nadszedł poranek, do środka wdarła się rześka, słoneczna bryza znad chłodnej Wisły. Szum starych drzew na krótką, ulotną chwilę przyniósł uspokojenie jego zadręczonej głowie, ale wszechobecny, lepki brud tego rynsztokowego świata szybko przypomniał o sobie, przenikając przez cienki materiał namiotu zapachem zgnilizny, wilgoci i błota.

No cóż — pomyślał, z trudem prostując zbolałe, sztywne kości. — Trzeba wstawać. Poszukać jakiejś pieprzonej roboty.

Wstał zupełnie bez sił, całkowicie, do dna wyprany z jakichkolwiek chęci do życia. Miał serdecznie dość. Te ostatnie trzy lata na ulicy zajechały go tak bardzo, że czuł się jak zardzewiały, bezużyteczny wrak.

Kurwa, już gadam sam ze sobą — pomyślał z gorzkim, pozbawionym humoru uśmiechem, łapiąc się za brudną głowę. — Jeszcze trochę, a zacznę z tymi głosami w głowie tańczyć.

Dobra, koniec mizdrzenia się do nie wiadomo czego — zbeształ sam siebie, próbując odzyskać resztki kontroli. — I tak każdy na tym świecie ma cię w dupie. Zakładaj te śmierdzące łachy i wypad na miasto. — Idę, idę — mruknął cicho pod nosem.


Wychodząc z gęstych krzaków, wtoczył się na twardą drogę i wyciągnął czarny, przetarty nylonowy worek na śmieci. Mijały go ryczące sznury aut. Widział tych wielu ludzi w środku, zadowolonych, uśmiechniętych, a czasem tylko zwykłych gburów jadących do swoich ciepłych, bezpiecznych domów.

Dlaczego mi się nie udało? — ta jedna, bolesna myśl wracała każdego ranka jak obuch. — Przecież wszystko miałem. Miałem cholerny fach w ręku. I co? Wzięła mnie ta kurwa, depresja. Tak to nazywają na salonach. Dla mnie to zwykła potworzyca. Jestem świadomy, co się ze mną dzieje, a oni mogą sobie z boku pierdolić: „weź się za robotę, to ci przejdzie”. Co mi niby przejdzie? Myślisz, że jestem do reszty jebnięty w mózg?

Zacisnął mocniej zmarznięte palce na plastiku worka. Może tak. No, na pewno tak jest. Dobra, stary, zbieraj puszki, nie pitol. Na jakieś byle jakie jedzenie musi znaleźć się grosz.

I tak mozolnie zszedł mu cały, długi dzień — na zgiętych plecach, w upokarzającym poszukiwaniu śmietnikowych skarbów. W końcu, u progu wieczoru, stanął przed zabrudzonym okienkiem punktu skupu metali kolorowych.

— Dzień dobry, panie Stasiu. Weźmie pan dzisiaj po lepszej cenie? — zapytał z nadzieją, podchodząc do szyby. — Panie Andrzeju, nie da rady. Ceny słabe, nie chcą wcale podnosić, wie pan… kurwa recesja — odpowiedział grubo właściciel, chuchając na niego przez kratę dymem papierosowym, zmieszanym z wyraźnie wyczuwalną nutą taniego alkoholu.

Jego sprawa, jego małpy, jego cyrk — pomyślał zrezygnowany Andrzej, zgarniając garść drobnych miedziaków.

Mając w brudnej kieszeni całe dwadzieścia złotych, udał się posłusznie na przeciwległą ulicę, by kupić wreszcie coś do jedzenia. Kiedy tylko zbliżał się do małego sklepu, uderzył go zapach. Zapach bezpiecznej normalności. Świeży, chrupiący chleb, zwyczajna kiełbasa prosto z masarni. Przez dłuższą chwilę stał z zamkniętymi oczami tuż przed wejściem, rozpaczliwie, niemal fizycznie próbując poczuć normalność prawdziwego życia.

Wszedł do jasno oświetlonego środka. Za ladą stała miła, pogodnie uśmiechnięta dziewczyna z warkoczem. Jedno krótkie spojrzenie na nią i od razu poczuł potężne uderzenie w żołądek. Przypomniała mu jego własną, ukochaną córeczkę, którą zostawił.

Nie wytrzymam. Pójdę zaraz pod pociąg. Lepiej po prostu skończyć tak niż gnić w tym zawieszeniu. Żyję jak skazaniec bez wyroku, czekający w głuchej próżni.

— Poproszę, pani Kasiu, ćwiartkę chleba i to małe pętko kiełbasy zwyczajnej. Tak pachnie, że zaraz zabraknie mi śliny do popicia — wydukał, z całych sił starając się opanować żałosne drżenie rąk. — Bardzo proszę — odpowiedziała dziewczyna z niewymuszonym uśmiechem i podała mu tłuste zamówienie.

Wyszedł szybko ze sklepu, z opuszczoną, pokonaną głową. Znowu go to dopadło. Te dziwne, paraliżujące napady paniki, te potwory, które dusiły go od samego środka. Najchętniej schowałby się gdzieś w kącie, skulił w kłębek i po prostu wypłakał.

A co z tego, że jestem facetem? — pomyślał, czując, jak nagle miękną mu nogi. — Nie miało, kiedy to gówno nadejść. Może te zawroty głowy to tylko z głodu? Chociaż nie.… jadłem przecież te marne resztki dwa dni temu.

Oparł się ciężko o chropowaty mur, łapiąc szybkie, płytkie oddechy. Skończę ze sobą. Dzisiaj na bank. Nie pociągnę już tu ani jednego dnia.


Doczłapał na jakiś pobliski, zielony skwer i padł ciężko na trawę, od razu podjadając kupione jedzenie. Leżał na plecach, wpatrując się mętnym, nieobecnym wzrokiem w niebo.

I wtedy to się po raz pierwszy zaczęło.

Chmury wysoko na górze gnały tak nienaturalnie szybko, jakby Ziemia nagle wrzuciła wyższy bieg. To nie było złudzenie optyczne. Dosłownie można było odczuć ostre, fizyczne szarpnięcie wewnątrz czaszki. Wiatr nagle zwariował — agresywnie zmieniał kierunki z sekundy na sekundę, bił bezlitośnie to w prawo, to w lewo, aż nagle… wszystko wokół po prostu zatrzymało się w absolutnym bezruchu.

Niebo ściemniało w mgnieniu oka, nabierając barwy ołowiu. Zrobiło się nienaturalnie, przeraźliwie chłodno. Andrzej poczuł potężny, czysto zwierzęcy niepokój, szarpiący nerwy. Zanim w ogóle zdążył zareagować, uderzył lodowaty grad. Nagle, znikąd. Ogromne, nieludzko twarde bryły lodu zaczęły rąbać o ziemię jak moździerzowe odłamki.

Andrzej zwinął się w ułamku sekundy, zerwał z mokrej trawy i ruszył szaleńczym pędem pod najbliższy wiadukt mostu.

Nie dobiegł.

Dostał potężnego, brutalnego strzała prosto w tył głowy. Lodowa kula wielkości kamienia trafiła go z impetem uderzenia gromu. Runął na zlodowaciałą ziemię, a świat wokół niego natychmiast zgasł. I wszystko szlag trafił.

(Zapadła cisza)

Obudził się, czując, że leży w rozkroku na twardym, metalowym wózku transportowym. Był gdzieś w długim, obrzydliwie jaskrawo oświetlonym korytarzu, ewidentnie czekając na swoją medyczną kolej. Dotknął ostrożnie tyłu głowy — była cała grubo zabandażowana szorstkim materiałem. Spojrzał na swoje dłonie i na to, co jeszcze wczoraj można było nazwać ludzkim ubraniem. Wszystko było zalane lepką, ciemną krwią, zupełnie jakby ktoś wylał na niego całe wiadro czerwonej mazi z rzeźni.

Po co oni mnie tu w ogóle przywieźli? Jak mnie ten łeb napierdala — pomyślał, tępo wpatrując się w swoje brudne, czerwone palce. — Z taką potężną ilością krwi już dawno nie powinno mnie tu być wśród żywych.

Leżał tak, wpatrzony w sufit, czekając na jakiekolwiek wybawienie. Wokół niego obojętnie kręcili się różni ludzie: zabiegane pielęgniarki, zmęczeni lekarze. Był jak niewidzialny, niepotrzebny cień. Porzucony wrak na poboczu pędzącej szpitalnej autostrady. Ratownicy wciąż przywozili nowych, ważniejszych pacjentów z karetek, a on po prostu leżał w kącie i czekał.

I nagle to cholerstwo wróciło.

Czas znowu zaczął przyspieszać. Ludzie wokół niego zaczęli przenikać przez jasny korytarz, wyglądając jak na starym filmie puszczonym w mocno przyspieszonym tempie. Coraz szybciej. I jeszcze szybciej. Znowu ogarnęło go to dziwne, mrożące krew przerażenie i potworny, wizyjny chłód sięgający trzewi. Czuł się w tym łóżku, jakby siedział w fotelu jurora, który ma chłodno oceniać ten pędzący, zwariowany świat. Tylko… co on, zwykły lump, miał tu do cholery oceniać?

Pęd narastał. Tłum rozmywał się w smugi. Szybciej. Jeszcze szybciej. Aż w ułamku sekundy… stop. Wszystko wokół stanęło w martwym punkcie.

Przed nim, jakby ktoś nagle zaświecił mu prosto w otwarte oczy mocną, policyjną latarką, pojawiła się tajemnicza postać. Mężczyzna. Dziwny i absolutnie nie na miejscu. Twarz miał zupełnie pozbawioną wyrazu, o matowej, szaro-sinej skórze i głęboko zapadniętych policzkach. Przypominała upiorne, głodowe twarze wycieńczonych więźniów z obozów koncentracyjnych. Ubrany był za to w szary, idealnie wyprasowany, gładki płaszcz o perfekcyjnym wręcz kroju.

Ale najgorszy był zapach, który w jednej chwili wypełnił sterylny korytarz. To nie był smród ulicy czy chemiczny fetor szpitalnych środków. To był ostry, nienaturalny odór palonej siarki i dymiących sztucznych ogni. Czysty zapach potężnego, elektrycznego zwarcia.

Andrzeja całkowicie zamurowało. Zastygł w wymuszonym bezruchu, przerażony wpatrując się prosto w jego oczy. Źrenice nieznajomego rozszerzyły się powoli, nienaturalnie pochłaniając tęczówki jak dwie czarne, bezdenne studnie.

W tym samym ułamku sekundy, tuż za plecami tego obcego bytu, przestrzeń z trzaskiem pękła, gwałtownie otwierając ciemny, gęsty tunel. Szary mężczyzna nagle zapadł się w jego środek, a wymiarowa szczelina zatrzasnęła się za nim z potężnym, głuchym uderzeniem. Dźwięk przypominał huk odrzutowca przekraczającego barierę dźwięku. Uderzeniowa fala powietrza sprawiła, że Andrzej z impetem opadł z powrotem na szpitalne łóżko na kółkach. Głowa zsunęła mu się miękko na sztywną poduszkę.

I nagle wszystko, całe to szaleństwo, po prostu po nim spłynęło. Cały ten potworny, zgniły ciężar, cały brud przegranego życia wyparował jak poranna mgła. Przez jedną, niezwykle krótką chwilę czuł się wolny i lekki. Jak niewinne, małe dziecko, całkowicie pozbawione życiowych obciążeń.


— Pobudka! Proszę się natychmiast obudzić! Jak ma pan na imię? Halo, słyszy mnie pan?!

Otworzył ciężkie, poklejone powieki. Tuż nad nim pochylał się poirytowany lekarz. — Tak, słyszę… — wychrypiał. — Po co tak głośno? Człowiekowi już w tym miejscu nawet zasnąć nie dadzą. Czekam tu i czekam odłogiem cały dzień, a wy raptem mnie teraz ratujecie… Dawno normalnego łóżka nie widziałem.

— To akurat od razu widać — westchnął ciężko medyk, prostując zmęczone plecy. — Naprawdę widać po panu. Dobra, nazwisko mamy z brudnego dowodu. Ubezpieczenia, jak jestem niemal pewien, u pana brak? — Nie wiem… Nigdy nie byłem w żadnym szpitalu. — Wie pan, co to znaczy w tych dzisiejszych czasach? Dobra, mniejsza z tym. Widzę, że nic poważnego panu nie jest, oprócz tej niewielkiej ranki i wielkiego, fioletowego guza na głowie. Tylko skąd u diabła na panu tyle tej krwi? No, ale widzę, że da pan radę.

Andrzej zmarszczył gęste brwi, powoli i z trudem dochodząc do siebie. — Ile czasu ja tu już jestem? — Panie Andrzeju, karetka przywiozła tu pana raptem piętnaście minut temu. — Jakie piętnaście minut? — wybełkotał w szoku, desperacko starając się usiąść na noszach. — Przecież leżę tu, kurwa, prawie cały dzień… — No, niech panu będzie — westchnął lekarz, machając zrezygnowany ręką, nie chcąc wchodzić w dyskusję. — Nie czuję tu od pana alkoholu. Było we krwi coś innego? Zresztą, to już nieważne.

Szpitalny system działał twardo i bezlitośnie. Sprawdzili dane i pośpiesznie wypisali Andrzeja. Brak jakiegokolwiek ubezpieczenia oznaczał niemal natychmiastowe wyrzucenie za drzwi budynku. W końcu kto niby miał za ten pobyt zapłacić?

Szedł powoli w stronę miasta, mocno chwiejąc się na miękkich nogach. Łeb grubo zawiązany, boli jak cholera — pomyślał, mrużąc zapuchnięte oczy od jasnego, dziennego światła. — Co oni mi tu bredzą z tymi piętnastoma minutami? A może przez tego cholernego guza po prostu wszystko w głowie mi się pojebało?

Doczłapał z bólem w okolice wielkiego supermarketu. Zauważył w oddali swoich starych „znajomych” — innych bezdomnych sąsiadów z cuchnącej noclegowni, którzy pod wiatą odprowadzali wózki klientów, licząc, że w zamku zacięła się jakaś reszta. Jeden z nich, łysy typek, dostrzegł Andrzeja i od razu do niego podszedł.

— Co ci się, stary, stało? — zapytał, przyglądając mu się z wyraźnym, niemałym szokiem. — Jesteś, jakbyś prosto z rzeźni wyszedł. Łeb masz tak rozwalony, jakby ci tam ktoś bejsbolem zajechał. — Nic mi kurwa nie jest — warknął Andrzej, czując narastającą agresję. — Odczep się ode mnie. Nie mam ochoty na głupie gadanie.

Ruszył dalej przed siebie, wpatrzony tępo w popękany chodnik. Nagle, tuż pod jego brudnymi butami, coś lekko błysnęło. Prawdziwy skarb. Całe dziesięć złotych. Ale to nie był zwykły, obiegowy, wymięty papier. Ten konkretny banknot wydawał się z dołu dziwnie promienny, idealnie odbijał promienie słońca, jakby był zrobiony z czystego, gładkiego złota.

Z dużym trudem schylił się z ołowianą głową po to znalezisko. Może kupię wreszcie coś mocnego przeciwbólowego na ten łeb — pomyślał praktycznie.

Ale gdy tylko chciwie podniósł tę czyjąś zgubę i spojrzał przed siebie, jego wzrok padł od razu na jaskrawy, migający wyświetlacz pobliskiego, blaszanego kiosku: LOTTO. SUPER KUMULACJA. LOSOWANIE ZA 5 MINUT.

Jak nie teraz, to, kurwa, kiedy? — przemknęło mu nagle przez zniszczoną myśl. Nie wahał się ani sekundy dłużej. Podszedł ciężko do otwartego okienka. Kobieta za szybą z odrazą spojrzała na jego zakrwawione ubranie i czarne, brudne ręce jak na najgorszą zarazę. — Proszę… jeden kupon, za całe dziesięć złotych — powiedział chrapliwie, z namaszczeniem kładąc lśniący banknot na blacie.

Zabrał szybko wydruk i odszedł na bok kiosku. Dobra, stary. Czekamy do losowania — powiedział do siebie w myślach, machając do siebie zrezygnowaną ręką. — Jak znowu nie trafię, to chuj z tym wszystkim.

Nad dachem kiosku, na cyfrowym ekranie zaczęły pojawiać się kolejne, losowane liczby wpadające do wirtualnej maszyny. Typowali: 10… 18… 32… 43… 8… 15.

Andrzej wpatrywał się w swój pognieciony kupon. Zbladł całkowicie. Wszystkie podane liczby, co do jednej, joty pokrywały się z jego wydrukiem.

Zamurowało go. Zwinął wygrany kupon w dłoniach, szybko i kurczowo, zupełnie jakoby trzymał odnalezionego Świętego Grala. Ożywił się w ułamku sekundy, jak rażony prądem. Nagle przestał czuć jakikolwiek fizyczny ból głowy. Zupełnie, gdyby potężna, betonowa zapora psychologiczna, która więziła go w marazmie przez długie lata, nagle pękła z suchym trzaskiem, odblokowując do żył czystą, niczym nieskrępowaną radość, uciskaną przez te wszystkie podłe miesiące na ulicy.

Dziękuję, Boże, tak bardzo dziękuję… — powtarzał gorączkowo w myślach, a do brudnych oczu napłynęły mu szczere łzy. — Wiedziałem… Wiedziałem, że to kiedyś, że to w końcu kiedyś nadejdzie. Ja pierdole… mam. Ja to mam!


Gorączka złota i martwe rośliny


— Pani, pani posłucha, nie chowa się — bąknął rozbudzony Andrzej, podpierając się o ladę. — Pani posłucha… co, jak się wygra?

Sprzedawczyni spojrzała na niego z nieukrywanym obrzydzeniem. — A co wygrałeś, że się pytasz? — odparła, choć nie ukrywała wścibstwa. — Ciekawa jestem. Lepiej wiedzieć, jakby co.

Odpowiedziała z wielkim niezadowoleniem, ale nie dlatego, że nie chciało jej się tłumaczyć. Ewidentnie nie mogła patrzeć na Andrzeja. Wyglądał, jakby go pociąg potrącił. W dodatku śmierdział potworną, przyschniętą krwią. Każdy klient w kolejce odsuwał się od niego z niesmakiem. Mimo to, w końcu wyciągnął od niej potrzebną wiedzę. Szybko opuścił sklep i udał się do banku założyć konto.

Podchodząc do najbliższej placówki, pewnie chwycił za klamkę. Zaledwie zdążył ją pociągnąć, a ze środka natychmiast dobiegł do niego ochroniarz: — Czego tu, przybłędo?!

Krew od razu uderzyła Andrzejowi do głowy. — No tylko, gościu, nie przybłędo — odpysknął wściekle. — Żebyś tego nie żałował, cieciu jebany.

Ochroniarz nie zastanawiał się długo. Złapał Andrzeja za brudne łachmany i potężnym szarpnięciem wywalił go z powrotem na chodnik. Andrzej upadł ciężko, uderzając głową w twardy beton, dokładnie w to samo miejsce, gdzie miał starą ranę. Krew natychmiast buchnęła straszną, czerwoną smugą.

Wystraszony cieć, widząc, co narobił, złapał za telefon. Wybierając numer 112, odszedł nerwowo na bok, zacinając się i tłumacząc dyspozytorowi, co zaszło. Po niecałych dziesięciu minutach podjechał ryczący na sygnale ambulans. Wyskoczyło z niego dwóch ratowników, brutalnie odsuwając gromadzących się gapiów.

Jeden z medyków warknął do gęstniejącego tłumu: — Odsuńcie się przecież, ten człowiek cierpi, dajcie mu oddychać!

Następnie nachylił się nad Andrzejem, oceniając obrażenia. — I jak, kolego, dasz radę? — zapytał krótko.

Szybko zaczął tamować krwotok, ale Andrzej stracił już za dużo krwi. Świat wokół niego zaczął gwałtownie wirować jak w zepsutym kalejdoskopie. W jego oczach pulsowały pękające naczynia. Odpływał, czując dziwne, otępiające oderwanie od rzeczywistości. Ale mimo bólu, w myślach był niemal ekstatycznie szczęśliwy. Był milionerem.

— Dam radę — powiedział z trudem, unosząc zakrwawioną głowę do góry, a w zaciśniętej dłoni kurczowo trzymając zgnieciony kupon.

Abym tylko nie usnął. Boże, nie daj usnąć, bo wszystko stracone.

Ratownicy sprawnie ułożyli go na noszach, założyli ciasny opatrunek i wsunęli do wnętrza ambulansu, natychmiast podłączając kroplówkę.

— Andrzej, co to jest za rura, do czego? — wybełkotał, patrząc mętnym wzrokiem na igłę. — Żebyś, przyjacielu, nam tu nie zjechał — odpowiedział ratownik, klepiąc go po ramieniu. — Nie usypiaj, dasz radę.


Po kilku chwilach byli już pod szpitalem. Dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyszedł zaledwie dwie godziny wcześniej. Znów rzucono go na pusty korytarz, aby czekał na swoją kolej. Badający go lekarz rzucił okiem na ranę i krzyknął do idącej obok pielęgniarki: — Trzeba szykować miejsce na oddziale, po zszyciu ran nie możemy go wypuścić. Nie wezmę na siebie tego!

Z oddali odpowiedział mu piskliwy, kobiecy głos recepcjonistki: — Jak na oddział?! To lump bez kasy!

Słysząc to, Andrzej poczuł potężny zastrzyk wściekłości. Z wielkim wysiłkiem uniósł się na łokciach, mierząc morderczym wzrokiem bezpośrednio w recepcjonistkę: — Jest pani pewna?! Po czym to, kobieto, oceniasz?! Bo kurwa jestem śmierdzący i porwany?!

Tak się wzburzył własnym krzykiem, że cały zaczął się trząść. Ale szybko zorientował się, że to nie jest drżenie ze złości. To było ogromne, przeszywające kości zimno.

Z jego ust nagle zaczęła unosić się gęsta, biała para, jak w najbardziej mroźny dzień zimy. Temperatura w ułamku sekundy spadła poniżej zera. Fizyka zwariowała. Wszystko wokół niego stanęło. Ludzie, sprzęt, czas — zawahali się i zamarli w bezruchu.

Andrzej obserwował to z czystym niedowierzaniem. Widział, jak świat najpierw wiruje, a potem zamazuje się na brzegach, jakby zrobiony był z drobinek kurzu. Korytarz zaczął się mieszać sam ze sobą. I właśnie w tym chorym wymieszaniu materii dostrzegł tę znaną mu, przerażającą postać. Para z jego ust buchnęła jeszcze mocniej. Z przerażeniem patrzył na własne, zamarzające dłonie.


— Co się dzieje? Proszę pana, pobudka, nie zasypiać! Zaraz przewieziemy pana na salę.

Uderzenie rzeczywistości. Dźwięki wróciły. — Co.… co się stało? — wydukał Andrzej, próbując złapać ostrość widzenia. — Zemdlał pan — odpowiedział zniecierpliwiony lekarz. — A tak, dobrze…, bo myślałem, że co.… nie, nic. — Andrzej próbował złożyć myśli w całość. — Tylko tak mi się zdaje, że tu jest bardzo zimno. — No co ty, człowieku, straciłeś dużo krwi, możesz mieć takie urojenia. — A, urojenia. Tak — przytaknął szybko Andrzej, byle tylko pozbyć się lekarza.

Ale w głowie czuł doskonale, że to coś innego. Skąd ta postać? A, to pewnie moja potworzyca mnie znów odwiedziła.

Tymczasem tuż za ścianą, w sąsiedniej sali, wybuchła panika. — Siostro! — odezwał się drżący głos starszego pacjenta, Franciszka. — Siostro, już idę! Co się dzieje, pani Alicjo? Znowu boli panią głowa, znowu chce pani coś od bólu? — pielęgniarka wpadła do pomieszczenia. — Nie, siostro — odpowiedziała przerażona kobieta, trzęsąc się na łóżku. — Niech siostra sama zobaczy. Zamarzła mi herbata w szklance!

Zdziwiona pielęgniarka uniosła naczynie. Lód w środku był twardy jak kamień. — Jak to możliwe? Gdzie to pani wsadziła? Przecież nie ma tu lodówki! — Proszę siostry, przed chwilą była gorąca! A co pani zrobiła z roślinami?! Wszystkie uschnięte! Co się tu dzieje, do cholery?!

Pielęgniarka z wyraźnym, narastającym zdenerwowaniem wybiegła z powrotem na korytarz. — Co dzisiaj za dzień, co za ludzie, idzie zwariować! — mruczała pod nosem.

Andrzej leżał cicho, podczas gdy został ostatecznie opatrzony, obmyty przez inny personel i podłączony do nowej kroplówki. — Niech pan odpoczywa — miła, młoda pielęgniarka poprawiła mu sztywną poduszkę. — Mogę w czymś jeszcze pomóc? — Nie — odpowiedział cicho. — Dziękuję, odwdzięczę się pani za dobre słowo, obiecuję to. — Nie trzeba — odpowiedziała łagodnie. — Niech się pan kuruje i wraca do domu. — Na pewno to zrobię, na pewno — zapewnił.


Po kilku dniach poczuł się znacznie lepiej. Lekarz prowadzący, zatrzymując się przy obchodzie, rzucił okiem na kartę. — Panie Andrzeju, widzę, że jest dobrze. Wypuszczę pana, tylko niech pan na siebie uważa. Bo z badań wychodzi, że brakuje panu życia — zażartował, choć żart był ciężki. — Niech pan je wreszcie zmieni.

Od razu po wyjściu ze szpitala, Andrzej pewnym, mocnym krokiem udał się do pierwszej placówki, jaką napotkał na drodze. Musiał zrealizować plan. Wchodząc do eleganckiego banku, poczuł na sobie wzrok ludzi. Wyglądał nędznie. W szpitalu dostał ubrania z lumpeksu, żeby nie wracać w zakrwawionych łachmanach. Praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, poza paroma zdegustowanymi znawczyniami mody, ale dla chłodnych doradców bankowych nie miało to większego znaczenia.

— Dzień dobry, chcę założyć konto. — Jakie konto chce pan założyć? — spytała miła pani przy biurku, uruchamiając standardową, korporacyjną procedurę i zaczynając wymieniać różne skomplikowane opcje.

Andrzej dość szybko uciął te wywody. — Proszę pani, zwykłe, normalne, bez udziwnień… I jak najszybciej. Mam parę groszy do ulokowania. — Dobrze — odpowiedziała lekko zbita z tropu. — A ile chce pan wpłacić w tej chwili?

Andrzej delikatnie się zakłopotał, drapiąc się po opatrunku. — Wie pani… trafiłem główną wygraną na loterii. Nie wiem, ile dokładnie do końca, ale to będzie ładna sumka.

Kobieta na chwilę straciła wątek. Wielkimi, wpatrzonymi w niego oczami patrzyła na Andrzeja jak na pospolitego wariata. Był wyraźnie odczuwalny wewnętrzny śmiech z jej strony, drwiąca ironia, ale jakimś cudem zachowała profesjonalną powagę. — No więc dobrze, poproszę dowód osobisty, już zakładamy. A tak z czystej ciekawości… — zapytała cicho, wklepując dane z umowy — gdzie ma pan ten kupon? Bo możemy panu pomóc w przelaniu pieniędzy z wygranej bezpośrednio do naszego banku, od razu na pana konto. Możemy to zorganizować, mamy takie możliwości. Wystarczy nam podać numer kuponu i wskazać konto.

Andrzej ze szczerym zdziwieniem wysłuchał tej oferty. — Ale jak to? Pani w oddziale loterii mówiła mi wczoraj inaczej, że to ja muszę mieć gdzie przelać te pieniądze, najlepiej posiadać jakąś aplikację na telefonie. A ja nie mam nawet telefonu. — Nie, nie, to nie jest absolutnie potrzebne. Załatwimy tu wszystko za pana. O ile pan oczywiście wygrał, nie stracimy przecież takiego poważnego klienta — uśmiechnęła się szeroko, błyskając zębami. — Pani żartuje? — Co tak żartuję? Wie pan, główna siedziba loteryjna jest zaledwie dwie ulice dalej. Tam pracuje moja dobra znajoma, pokieruję pana prosto do niej.


Po założeniu konta, uzbrojony w nowe dokumenty, Andrzej udał się we wskazane miejsce. Wszedł do surowego, wielkiego gmachu. — Dzień dobry, chciałem odebrać wygraną. Mam przy sobie kupon — rzucił pewnie do pani siedzącej naprzeciwko w recepcji. — A, jeśli tak, bardzo serdecznie zapraszamy — odpowiedziała, wskazując dłonią oszklone okienko pod ścianą tego wielkiego, pusto brzmiącego pomieszczenia.

Andrzej skinął głową, odwrócił się i ruszył we wskazanym kierunku. Nie było to daleko. Ale z każdym krokiem przestrzeń zaczęła się wyginać.

Ściana z zasłoniętym okienkiem powoli zaczęła mu odjeżdżać. Przed oczami wykwitł mu gęsty, pulsujący tunel. Robił się coraz dłuższy, rozciągał się jak elastyczna, upiorna guma. Andrzej zatrzymał się, czując dławiący strach. W nogach poczuł ostre mrowienie. Okropne, wgryzające się w mięśnie zimno zaczęło pożerać jego ciało. Na ścianach urzędu, wbrew prawom fizyki, natychmiast pojawił się gruby, pękający szron, a pod podeszwami butów poczuł śliski lód.

Zamarzał.

I wtedy znowu Ją zobaczył. Ta przerażająca postać stała naprzeciwko niego. Wyglądała jak miotający się na wietrze płomyk świecy, tylko że kompletnie inny: martwy, nienaturalnie zimny, rozsypujący się w szary pył.

Trzask grubej pleksy brutalnie przerwał ten dziwny realizm. — Dzień dobry, słucham! — dobiegł go ostry, ludzki głos z drugiej strony okna.

Osłupiały Andrzej zamarł. Przez dłuższą chwilę nie mógł z siebie wydusić ani jednego słowa. Stał przed okienkiem jak zamurowany, martwy słup lodowej rzeźby. — Halo, słucham pana?! — ponaglający ton urzędniczki przywoływał go powtórnie do ruchu. — A, tak — odezwał się wybudzony z letargu, potrząsając głową, choć czuł, że nie obudził się jeszcze w pełni w prawdziwej rzeczywistości. — Mam kupon — wydukał, a jego głos zauważalnie drżał. — Dobrze, poproszę w takim razie dokument.

Wyciągnął dłoń ze zgniecionym kuponem w kierunku szczeliny w okienku. I wtedy jego ręka znieruchomiała. Zablokowała się w połowie ruchu.

Nie mógł przesunąć jej ani o milimetr dalej, jakby niewidzialny byt zacisnął ją w stalowym imadle. Miażdżył kości z narastającą siłą. Andrzej fizycznie to czuł, szarpał się z niewidzialnym oporem, ale nie mógł absolutnie nic zrobić. Ból był tak nieludzki, tak potężny, że na jego twarzy wykwitł straszny, zdeformowany grymas zsiniałego topielca.

Trwał w tym uścisku, nie mając pojęcia, ile czasu już minęło. Czas po prostu stanął. Widział kątem oka, że sekundnik wielkiego zegara na ścianie zatrzymał się. Nie szedł do przodu. Tylko drgał, wibrował w miejscu. Drgał w nieskończoność. A kiedy stanął definitywnie, cała tarcza zegara pokryła się gęstym szronem.

Świat ponownie zaczął wokół niego wirować. Przestrzeń rozpadała się w szary pył, który natychmiast formował się w absurdalne rzeczy, tańczył w powietrzu, wirował sam ze sobą w chorym, kwantowym układzie.

I wtedy, z głębi tego długiego, uformowanego z niczego korytarza, wyszła ona. Postać ubrana w czystą nicość. Jej ubiór był idealnie dopasowany, a jednocześnie całkowicie niepasujący do reszty otoczenia. Twarz miała martwą, szarą, jakby naszkicowaną ołówkiem na starym papierze. Nieruchoma maska, patrząca czarnymi, całkowicie pozbawionymi życia oczami prosto, głęboko w Andrzeja.

Postać bezszelestnie podeszła na odległość jednego oddechu. Patrząc mu bezlitośnie w oczy, po prostu przeniknęła przez jego ciało na wylot.

W tym ułamku sekundy poczuł w środku potworny, rozrywający ból łamanych kości. I nagle, gdzieś w oddali, w innej przestrzeni, zobaczył przerażającą wizję: swoją żonę Elwirę i małą córkę Izę, krzyczące i spadające w czarną, lodową przepaść.

(Trzask/Powrót)

— Proszę pana! — wybudził go irytujący, ludzki głos. Andrzej otrząsnął się niespodziewanie, mrugając spazmatycznie oczami. — Tak, bardzo przepraszam… — zaczął bełkotać. — Miałem wypadek, niedawno wyszedłem ze szpitala. To najwyraźniej przez te leki, bardzo przepraszam. — Dobrze. Kupon jak najbardziej właściwy i zweryfikowany — powiedziała urzędniczka, ignorując jego stan. — Gdzie mamy przelać tę wygraną?

Andrzej nadal stał jak wryty. Nie słuchał jej. Kompletnie nie rozumiał, gdzie się znajduje i co się z nim przed chwilą stało. — Proszę, oto konto… — podał jej zmiętą kartkę z banku. — Wpłacamy wszystko? — Tak — odpowiedział mechanicznie. — Wszystko, absolutnie co do grosza. — Już w takim razie realizujemy, przyciskam „wyślij”… Jest już pan milionerem, gratu…

…i dźwięk nagle się urwał.

Świat pękł. Zapadła się ziemia pod jego nogami. Smogowa czerń natychmiast pochłonęła wszystko wokół. Rzeczywistość wirowała i bezpowrotnie rozpadała się w znikający pył. Andrzej, wpadając w panikę, wpatrzył się we własne ręce. Widział z rosnącym horrorem, jak jego palce i dłonie po prostu odpływają w przestrzeń, dematerializują się. Każda uciekająca, zrywana z ciała cząstka zadawała mu ogromny, nieopisany ból.

I w tym chaosie znów zobaczył tę samą wizję:

Elwira! Iza! Co one tu robią?!

Boże, co to jest, co się dzieje?! Czy ja zwariowałem?! Ten ból! Niech mi ktoś do cholery pomoże! Na litość boską, niech…

Nigdy nie dokończył tego zdania we własnej głowie.

— Proszę pana, proszę pana, słyszy mnie pan?! Co panu jest? Źle się pan czuje?! — Urzędniczka stukała nerwowo w szybę. — Co, co? — odpowiedział wpół przytomny, oddychając ciężko, kompletnie zbombardowany niewiedzą o tym, co właśnie rozerwało jego umysł. — Dobrze, już w porządku, już dziękuję. — Proszę pana, uspokajam, że ma już pan na koncie wszystkie swoje pieniądze. Wszystko zostało załatwione. Dziękujemy — miła pani wysunęła dłoń pod okienkiem, by się pożegnać. — Do widzenia i życzymy panu podwojenia wygranej…

Głos kobiety nagle zaczął zwalniać, rozciągać się, brzmiąc jak zatrzymująca się powoli, zepsuta taśma magnetofonowa.

I znów uderzyła go totalna pustka. W jednej krótkiej chwili całkowicie otrząsnął się z letargu. Odwrócił się na pięcie i wybiegł na zewnątrz z przerażeniem uciekającego wariata. Ludzie stojący w pobliżu na ulicy zaczęli się mu dziwnie, podejrzliwie przyglądać.

Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę do wielkiej, przeszklonej witryny sklepowej. Spojrzał w szybę. Zobaczył tam odbicie. Ale to nie był on.

To było odbicie tej dziwnej, martwej postaci. Nie była twarda. Jej zamazany kontur cały czas się poruszał, falując w dziwnym, nienaturalnym położeniu, zupełnie jakby ten byt był zrobiony z ożywionych cząstek jakiegoś nieznanego kruszcu.

Klask. Jeszcze raz: klask. Wizja zamknęła się, zgasła tak nagle i brutalnie, jak przyszła. Przechodnie stojący z boku po prostu zignorowali go i zaczęli dalej żyć własnym życiem.

Andrzeju, uspokój się. Ogarnij się do cholery — nakazał sobie w myślach, zmuszając płuca do pracy. — Szukaj noclegu, wróć do życia. Wyśpisz się wreszcie w pościeli, odpoczniesz i to wszystko przejdzie.

Po kilkunastu minutach błądzenia, znalazł w centrum mocno wypasiony hotel. Co sobie będę żałował — pomyślał, wyginając usta w krzywym uśmiechu. — Kasę teraz mam. Zasłużyłem na chwilę luksusu, nie? Do domu na razie nie wrócę, dopóki się porządnie nie odstawię. Niech wszyscy wokół zobaczą, jak się teraz żyje, niech się patrzą z zazdrością!

Wynajął najdroższy apartament. A co, stać mnie.

Wjechał windą, włożył kartę do zamka i otworzył ciężkie drzwi, pewnie wchodząc do środka. Jego oczom ukazał się wspaniały, czysty widok. Nigdy w swoim zapracowanym życiu nie widział takich obrzydliwych luksusów na własne oczy.

Szybkim krokiem wszedł do marmurowej łazienki, odkręcił mosiężny kran i zaczął nerwowo myć brudne ręce.

Ale strumień nie leciał normalnie. Woda nie spadała z góry do dołu. Uderzała z ceramiki prosto w górę, wbrew wszelkiej grawitacji!

Oderwał szybko ręce od umywalki, dysząc ciężko i spojrzał prosto w wielkie, kryształowe lustro. Ono też zwariowało. Szklana tafla falowała. Nie było w niej widać odbicia jego twarzy, tylko gęstą, rozpływającą się strukturę wymieszanej, mokrej farby lub czegoś potwornie podobnego.

Andrzej nie wytrzymał tego napięcia. Z krzykiem wybiegł z łazienki i z impetem rzucił się na wielkie, hotelowe łóżko. — To ty mi tak mieszasz w głowie, potworze! — wrzasnął w pustą przestrzeń apartamentu. — Trzeba było brać te kurewskie leki. Ale dlaczego teraz?! Nie było cię tu całe lata, dlaczego akurat teraz?!


„Powrót Króla” i zatrute dary


Kolejne dni zlewały się w jeden, mętny ciąg. Andrzej gnił w najdroższym hotelowym apartamencie, traktując go jak swój prywatny skarbiec, z którego nie musiał wystawiać nosa. Na przemian to zapadał w ciężki sen, to wpychał w siebie luksusowe żarcie, którego smaku nawet nie potrafił docenić. Żył tak, jak nigdy dotąd. Zapłacił nawet krawcowi, żeby ten pofatygował się do niego z miarką i dopasował drogie, szyte na zamówienie garnitury.

W końcu jednak musiał ruszyć tyłek. Nadszedł dzień, w którym wyszedł na miasto po prezenty dla żony i córki. Czas było wracać na stare śmieci. Chciał pokazać wszystkim dookoła, a przede wszystkim swoim dziewczynom, że rzucenie się w ten brutalny świat miało sens. Chciał udowodnić, że miał rację.

Wjechał do autoryzowanego salonu i bez mrugnięcia okiem kupił najnowszego, ryczącego mercedesa. Przecież nie wróci do nich pociągiem. Z taką gotówką czuł się królem życia, facetem, który wreszcie chwycił los za pysk i trzymał w garści wszystko.

Wmawiał sobie, że arystokrację ma we krwi. Zresztą, kto go teraz pozna? Zwykły, zaharowany robol zniknął pod idealnie skrojonym materiałem. Zresetował swój status i odstroił się na milionera. Czas wracać do domu. Czas zacząć żyć na własnych zasadach.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 27.36