E-book
17.75
drukowana A5
40.04
drukowana A5
kolorowa
64.45
W Krainie Czarów

Bezpłatny fragment - W Krainie Czarów

Życie w świadomości Nowej Energii


5
Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-848-8
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
kolorowa
za 64.45

Każde ludzkie doświadczenie ma w sobie perłę mądrości — jest okazją do duchowego rozwoju i wzrostu świadomości.


Oto zalążek wolności od labiryntów duchowości, filozoficznych koncepcji i systemów wierzeń.


Jak to zrobić… cóż, najważniejsze to uświadomić sobie jeden prosty fakt: wszystko, co mnie spotyka jest moim dziełem, które stworzyłem dla siebie… jako dar wielkiej miłości!


Niniejsza książka jest zapisem eksperymentalnej natury. Jest to swoista dokumentacja z podróży wykraczających poza znany obecnie paradygmat rzeczywistości. Zawarta w niej treść jest trochę szalona i awangardowa. Autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody spowodowane czytaniem tej książki. Robisz to na własne ryzyko i odpowiedzialność. Bądź świadom tego, że z pewnością zmieni ona to, jak parzysz na siebie i cały świat, poszerzając twój światopogląd w diametralnym stopniu!

Wszystkie zdjęcia zawarte w niniejszej publikacji są własnością autora, za wyjątkiem jednego, które jest odpowiednio oznaczone.

Chaos

Siedzę sobie w ten sobotni poranek z całym stosem najróżniejszych notatek. Trochę obezwładniony ich ilością i całym tym bałaganem zapisanych doświadczeń, wglądów w naturę ludzkiej psychiki i punktów, które uważam za swoją prawdę. Zastanawiam się, czy jest w ogóle sens coś z nimi zrobić, czy może lepiej je wszystkie usunąć i zacząć od nowa…

W zasadzie to mam ten dylemat od kilku dni. Opublikowałem w końcu swoją ostatnią książkę, Uzieming — Praktyczna duchowość XXI w. I tak sobie myślę, czy to w ogóle ma sens, żeby pisać kolejną książkę, skoro poprzednia sprzedała się w tylko kilku egzemplarzach. Dla kogo ja w ogóle piszę te książki? Odbiorców jest niewielu a jednak, tak szczerze mówiąc, jakoś mi to nie przeszkadza. Jakby w gruncie rzeczy było zupełnie bez znaczenia. Jednocześnie gdzieś we mnie tli się ta łezka rozczarowania. Przecież to, co piszę, czym się dzielę w tak otwarty i szczery sposób jest po prostu niesamowite. Nowe. Świeże. Pionierskie!

Całe moje życie takie jest. A może właśnie to oto tutaj chodzi — myślę sobie. Może właśnie nie rzecz w tym, aby pisać do kogoś, albo dla kogoś, ale zwyczajnie dla siebie. Dla własnej satysfakcji! Bo ja wręcz uzależniłem się od pisania. Połknąłem absolutnego bakcyla i już nie umiem nie pisać. Tak samo jak nie umiem już nie tworzyć rzeźb i moich dziecinnych instalacji, które wydają się śmieszne, ale dla mnie są na wskroś magiczne. Nie tylko symboliczne i pełne mistycznych energii, lecz ewidentnie twórcze, kreatywne! One nie tylko sprawiają mi radość i są piękne, ale zauważyłem, że kształtują moją rzeczywistość w sposób, którego za bardzo nie rozumiem. Wątpię w to. Myślę, że tylko to sobie wmawiam.

W psychologii jest nawet na to odpowiedni termin: zależność magiczna, według której po prostu sam oszukuję siebie. Chwilami faktycznie sam tak myślę. Przecież to wszystko jest tak fantastyczne, trochę wyssane z palca, trochę może przesadzam i dopowiadam sobie historię do kilku poszlak — myślę sam do siebie. Ale potem znowu to się dzieje. Znowu widzę, jak fantastyczne doświadczenie tworzenia nowej rzeźby, czy instalacji przekłada się na rzeczywistość. Najmniej oczekiwanie. Nagle. I mam wtedy jasność. To wykracza poza logiczny intelekt i racjonalną ocenę rzeczywistości. Jest jednak tak piękne i głębokie, że nie byłbym w stanie sobie tego po prostu wymyślić. Czasem widzę tak bardzo wyraźnie, że moja sztuka jest rodzajem magii. Niczym magiczny klej, w jakiś nieokreślony sposób spajający fizyczną rzeczywistość z kwantowymi polami potencji i prawdopodobieństw.

Piszę więc tę oto książkę, ponieważ czuję, że muszę jakoś to zapisać. To nie może pozostać tylko w mojej prywatnej szufladzie. Widzę rzeczy i to właśnie z tego niesamowitego widzenia bierze się moje pragnienie podzielenia się z całym światem. Często myślę sobie, że gdyby inni ludzie zobaczyli, jak to wszystko pięknie ze sobą współgra i otworzyli się na własną wielowymiarową ekspresję — świat byłby zupełnie niesamowitym i przepięknym miejscem (jeszcze piękniejszym) a życie stałoby się dużo słodsze i bardziej satysfakcjonujące. Tak stało się ze mną i moim życiem, a więc równie dobrze może się stać dla każdego człowieka.

To jest moja motywacja w pisaniu tej książki. Pragnę przede wszystkim podzielić się tym, czego doświadczam, w jak najbardziej szczery i otwarty sposób. Bez kolorowania i bez dekoloryzowania — prosto i po prostu. Przede wszystkim dla siebie, dla tego uczucia, że nie tłamszę w sobie głosu, nie zabijam swojej prawdy, skrywając ją w zaciszu własnej psychiki, ale pozwalam aby płynęła dalej i mogła zainspirować innych do głębszego, pasjonującego życia w wolności. Wolności, którą jest przebudzona świadomość.

Magia jest wszędzie, trzeba tylko umieć ją zobaczyć.

A świadomość jest niesamowitą rzeczą — jeśli można ją nazwać rzeczą. Jest czymś tak pospolitym, że nawet jej nie zauważamy, ale gdy przyjrzymy się jej uważniej — zaskakuje swoją wielością, głębią i tym, że faktycznie wpływa na otaczającą nas rzeczywistość i całokształt życia. Chcę w tej książce, podzielić się i pokazać jak bardzo niesamowici jesteśmy. To, że drzemie w nas czarodziejska esencja, która pragnie tylko jednego: ekspresji i dzielenia się tą ekspresją z całym Wszechświatem, na wszystkie możliwe sposoby.

Przedstawiam oto świat jako płótno dla boskiego kreatywnego artysty, drzemiącego w każdym z nas. Przedstawiam świat, który jest wielowymiarową galerią sztuki, ponieważ każdy człowiek, każde miejsce i każda kreacja jest właśnie tym: dziełem sztuki. Czasem tylko trzeba się dobrze przyjrzeć, aby móc to zobaczyć.

Cyrulik

W zniszczonym płaszczu

Bez szans na przyszłość

Tkwi cyrulik

Sztuk mistrz magicznych


A jego słowa niczym słowiki

W bez klatkowym filmie


Słuchem ogarnia całe przestworza

Jak sowa w lesie na starej limbie

Miękko dotyka mchów i paproci

Rzeźbiąc swój taniec gwiaździsty


Choć nikt nie słyszy

Choć nikt nie widzi

Lgnie do swych czarów

Jak płomyk zamaszysty


I tylko Ona potrafi dostrzec

Że czar ten niczym

Lecz Sercem czystym!

Szaleństwo?

A więc ta książka miała być zupełnie inna, niż jest teraz. W sensie bardziej normalna. Miała to być opowieść z fikcyjnymi postaciami wzorowanymi na prawdziwych. Stworzyłem cały magiczny świat, którym w sumie żyję na co dzień, ale też taki, aby go przelać do tej opowieści. Niestety, albo na szczęście, nic z tego nie wyszło.

Książka ta jest bardzo chaotyczna i z pozoru poszarpana. Nie ma linearnego ciągu zdarzeń, ani nawet przejrzystych granic między występującymi tu postaciami.


Książka ta jest więc rodzajem szalonej dokumentacji moich doświadczeń, czasem przedstawianych bezpośrednio, a czasem w formie fantastycznych opowieści. Z tym, że jak dla mnie, to, co fantastyczne jest równie realne. Ma to związek z moim błyskotliwym odkryciem natury rzeczywistości oraz ludzkiej psychiki.

Wszystko jest jednocześnie linearne i logiczne — rzeczywiste — oraz chaotyczne i nieprzewidywalne — fantastyczne. Tak samo, jak nasz świat. Jest jednocześnie fizyczny, związany z twardymi prawami Natury oraz kwantowy, nieoznaczony. Ma to związek z tym, co eksploruje współczesna fizyka naukowa, czyli właśnie ów szaloną kwantowością rzeczywistości. Będę o tym mówił dużo w kolejnych rozdziałach.

Można więc powiedzieć, że ta książka jest miksem tego co korpuskularne, cząsteczkowe i ludzkie, z tym co kwantowe, chaotyczne i niezrozumiałe dla ludzkiego intelektu.


Oczywiście lwia część tego, o czym piszę dotyczy ludzkiej psychiki i duchowości. I właśnie tutaj jest Kot Schrödingera pogrzebany. Ponieważ ludzka psychika jest czymś pomiędzy tymi dwoma światami. Jest jednocześnie logiczna i ma swoje twarde prawa, mechanizmy działania oraz nie ma ich wcale! I tutaj posilę się podstawową potwierdzoną już teorią dzisiejszej fizyki kwantowej, którą jest Szczególna Teoria Względności autorstwa Alberta Einsteina.

Mówi ona o tym, że materia poruszająca się z prędkościami bliskimi prędkości światła, czyli bardzo szybko wymyka się prawom Natury jaką znamy, zyskując umiejętności i właściwości magiczne. Rzecz jasna to, co zwiemy swoją psychiką, czy świadomością jest przykładem takiej materii. Nasze myśli i emocje są szybkie niczym światło. Właściwie to z naukowego punktu widzenia one są formą światła. Ponieważ każda myśl, emocja i uczucie są po prostu emanacją promieniowania elektromagnetycznego, potocznie zwanego światłem.

A zatem nie możemy traktować swojej psyche używając narzędzi korpuskularnych. Nie możemy jej postrzegać tylko jako czegoś logicznego. Nie możemy próbować jej ułożyć wedle punktów widzenia i przekonań nabytych poprzez ziemskie doświadczenia. Ona jest również kwantowa!

Skoro światło potrafi podróżować w czasie, teleportować się, zaginać czasoprzestrzeń i być jednocześnie cząstką oraz falą — to nasza psychika również. Ponieważ jest ona formą światła! Można to z łatwością zaobserwować w wielu współczesnych wynalazkach medycznych, jak na przykład skanery aktywności mózgu, czy inne „elektrowstrząsy”.

W dodatku z ostatnich odkryć wynika, że świadomość nie jest tylko tym, co mamy w głowach, ale również w brzuchach, sercu i wszędzie indziej. Tak! Cały ludzki organizm aż kipi od świadomości. Umysł jest tylko jego częścią. Jest jakby końcowym ekranem złożonego systemu audio-wideo i innych zmysłów.


Gdyby przyjrzeć się polu energetycznemu człowieka, które przez cały czas promieniuje swoją aktywność psycho-fizyczną, zobaczymy przebogaty taniec zmieniających się kolorów, wzorców światła i innych energii. Znanym jest nawet fakt, że serce emituje dużo silniejsze pole elektromagnetyczne niż mózg. Wszystko to łączy się przedstawiając odmienną wizję tego, kim jesteśmy. Sprawia, że duchowość i metafizyka nie są znowu aż tak odległe od nauki i faktycznej fizyki. Wszystko tańczy ze sobą. Wszystko łączy się i jest jednocześnie takie i siakie.


Tak samo, jak elektron, czy foton światła, czy jakakolwiek inna cząstka jest jednocześnie logicznym kawałkiem materii oraz iście magiczną falą energii.


W swojej świadomości możemy przemierzać Wszechświaty. Może kiedyś nauczymy się jak to robić również ze swoim cząsteczkowym ciałem. Przecież ono też jest zbudowane z takiej samej materii, co nasza psychika i choć jest z pozoru stricte materialne, to faktycznie jednocześnie jest szalonym tańcem fal energetycznych, wydarzającym się w morzu kwantowych pól.


Bycie więc wyłącznie logicznym, ułożonym i zdefiniowanym w czasie i przestrzeni, jest jak bycie tylko skorupką jaja, albo okładką książki. Nasza natura jest dwoista i musimy to zaakceptować. Jesteśmy materialnymi ludźmi & jesteśmy kwantowymi czarodziejami.

Obowiązują nas zarówno Ogólna Teoria Względności, oraz ta szczególna, dotycząca szalonej natury rozpędzonego światła.

Mądry obserwator

Czarami jest kwantowość. Rzeczywistością zaś liniowość. Upływ czasu to klucz do objęcia obu tych światów. W rzeczywistości czas płynie po linii prostej, z przeszłości w przyszłość. A w kwantowości nie płynie wcale — potencjały zdarzeń przyszłych i przeszłych przeplatają się, tworząc jeden wielki, piękny bałagan.

W krainie czarów zegarek zawsze pokazuje, że to pora na wieczorną herbatkę. A Szalony Kapelusznik jest jednocześnie szalonym maniakiem i wręcz przeciwnie — ordynarnym obywatelem. Możliwe, że jest nawet geniuszem! Wszystko zależy tylko od tego, co akurat spostrzeże obserwator. Ponieważ mądry obserwator potrafi dostrzec rzeczy w ich wielowarstwowej głębi — widzi nie tylko to, co oczywiste i powierzchowne, ale sięga wgłąb, do tego co kwantowo-sprzężone.

Mądry obserwator postrzega elektron jako cząstkę materii, gdy jest ku temu odpowiednia okazja, na przykład: pora na herbatę. Innym znowu razem ten sam elektron mądry obserwator ujrzy jako delikatną falę światła, która daje mu okazję odejść od herbacianego stołu i popłynąć gdzieś indziej. Na przykład do równoległej krainy marzeń.
Mądrzy obserwatorzy są jak solidne okręty, które płyną swoją świadomością z prądem morskich fal światła, by odkryć nowe nieznane horyzonty.
A gdy już dopłyną na miejsce, miękko dokują się w portach nowej cząsteczkowej rzeczywistości.

Dr Sha Dhar jest takim właśnie obserwatorem.

Zależnie od odpowiedniej sytuacji, żyje w rzeczywistości cząsteczkowej liniowości, albo żegluje na falach kwantowych marzeń. Ostatnimi jednak czasy udaje mu się trudna sztuka bycia w obu tych światach na raz.

Geniusz?

Idąc zaśnieżoną uliczką parkową, Ambroży myślał o swoich rzeźbach i wynalazkach, nad którymi aktualnie pracuje. Martwił się trochę tym, że nikogo one za bardzo nie interesują, poza może małym gronem internetowych odbiorców, złożonym z dosłownie kilkunastu osób. Nie rozumiał dlaczego tak się dzieje. Myślał, że może robi coś nie tak, że może jest zbyt odmienny, może powinien pójść na kompromis ze swoją unikalnością i zmienić sposób w jaki wyraża siebie. No, ale przecież wtedy to już nie będzie jego ekspresja. Nie będzie w pełni autentyczna.

A poza tym już parę razy próbował być bardziej „normalny”, próbował już wyrażać się najprościej i najbardziej klarownie, jak tylko potrafi, ale raz, że nie przyniosło to żadnego efektu a dwa, sam nie czuł się z tym dobrze. Miał wrażenie, że naginając się do innych przestaje być prawdziwy i charyzmatyczny. Jego kreacje nie sprawiają mu wtedy satysfakcji, nie mają tej oryginalnej jakości jego unikalnego ducha.

Szedł tak sobie, rozmyślając i jednocześnie, jakby na innym, paralelnym torze swojej świadomości, łączył się telepatycznie z energią Alberta Einsteina. Jakby wczuwał się w świadomość tego wielkiego fizyka, który — co może niewielu wie — był również wielkim mistykiem. W pewnym momencie swojego życia Albert miał podobny dylemat, co Ambroży. Z biografii Einsteina wnika, że był wtedy nastolatkiem, uczęszczającym do szkoły średniej, z której ostatecznie zrezygnował, ponieważ jego tok rozumowania i wyobraźnia były rażąco odmienne od tego, co wpajano wtedy dzieciom w szkołach. Właściwie to dziś chyba jest podobnie — pomyślał sobie Ambroży, zerkając na szary, kanciasty budynek szkoły publicznej, który akurat mijał.

Einstein był geniuszem na skalę wszech czasów i wszyscy myślą, że jego wielkie teorie były wynikiem intelektu i logicznego myślenia. On natomiast sam podkreślał wielokrotnie, że wszystko czego dokonuje, pojawia się najpierw w wizjach wyobraźni. Pisał o tym wielokrotnie w swoich listach. A z resztą większość znanych cytatów Einsteina mówi właśnie o potędze wyobraźni. Faktem jest również to, że zanim jego teorie stały się sławne na cały świat i zostały uznane przez oficjalną naukę, były wyśmiewane i ostro bojkotowane przez świat naukowy.

Ambroży czuł się dziś jak Albert. I mimo, że często wątpił w siebie i swoje percepcje, to jednak były one tak prawdziwe i empiryczne, że wątpliwości nigdy nie trwały długo. Ambroży w głębi duszy wiedział, że jest kimś pokroju Alberta Einsteina. Wielkim geniuszem! Wiedział, że jego sztuka, świadomość i teorie są dziś nierozumiane, ponieważ wykraczają daleko poza współczesny poziom ludzkiej świadomości.

Czasem bił się z tym uczuciem w sobie. Nie chciał czuć się wyjątkowy, czy lepszy niż inni. Chciał być i działać z serca. Chciał czuć się na równi z wszystkimi, a jednocześnie wiedział, że nie jest. Więc zazwyczaj, tak dla bezpieczeństwa, stawiał siebie niżej. Tak było rozsądnie. Zero ego. Wolał być najgorszym z ludzi, niż najlepszym. Ależ gra! — pomyślał sobie idąc parkową aleją. Cóż za iluzja. Igraszka umysłu! Dosyć tego!

Zatrzymał się i wziął głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że ta cała krzątanina konfliktujących myśli w jego głowie to tylko wpływ masowej hipnozy „normalności”. Masowa świadomość, czy właśnie bardziej masowa hipnoza jest jak pajęczyca, której zależy tylko na jednym: na jego bezcennej życiowej energii. To ona wywołuje zwątpienie w umyśle geniusza! Poprzez wątpliwości karmi się jego kreatywną energią. Karmi się, tworząc mętlik w jego umyśle, powodując bezsensowne rozważania na temat tego, jak powinien, albo nie powinien wyrażać siebie. Karmi się jego poczuciem niższości i unikaniem bycia tym, kim jest naprawę — geniuszem nowej energii! Dość tego! — wykrzyczał w duchu Ambroży.

Przecież wiem, że moja wielkość nie jest egoistyczna. Jestem po prostu odkrywcą nowej energii, nowych frontów świadomości. Istnieję na tej planecie dokładnie po to, aby być tym, kim jestem. Aby być geniuszem innowacyjnych percepcji. I jestem nim do szpiku kości! — wykrzyczał w swoim sercu i przystanął na chwilę, patrząc na ośnieżony skatepark. Przypomniał sobie, jak lata temu uczył się tutaj jeździć na desce, robić podskoki, flipy i grindy. Ależ to były beztroskie czasy…

Po chwili, gdy ruszył dalej, na chodniku pojawiły się dwie starsze kobiety.


— Jesteśmy jednością — powiedziała jedna staruszka do drugiej. — Musimy się wszystkim dzielić!


Ambroży minął je obojętnie i nagle stanął jak wryty. No właśnie! — wykrzyczał na głos, aż staruszki odwróciły się, rzucając zdziwione spojrzenia. Zdał sobie sprawę, z tego że podświadomie wciąż w to wierzył. Wciąż wierzył, że jest jednością z innymi ludźmi i dlatego tak bardzo się przejmuje tym, czy ktoś go rozumie, czy nie. Za bardzo się tym przejmuję — pomyślał. A potem zadumał się nad tym, jak złożoną jest istotą. Każdy człowiek taki jest.

Ileż aspektów to aspektów ma ludzka psychika? Jakie to fascynujące, że sam jestem swoistą jednością mnie, a jednocześnie mam w sobie tak wiele różnych części, które to składają się na całokształt tego, kim jestem. Te wszystkie wierzenia, przekonania, punkty widzenia, historie, marzenia, aspiracje. To niesamowite, że jeden Ambroży może mieć w sobie tysiące wersji samego siebie, a w dodatku, te wszystkie wersje współpracują ze sobą, nakładają się na siebie; czasem walczą ze sobą, jedna przekrzykuje drugą, trzecia wali czwartą w psychiczny pysk, pragnąc zagarnąć więcej uwagi. „Jak to dobrze, że jestem świadomy, że to tylko aspekty, psychiczne cząsteczki mojej jaźni. Lecz to ja jestem szefem. Jestem pełnią, do której one wszystkie należą — nie odwrotnie.” — powiedział sobie w duchu.


Raz na jakiś czas odkrywał, którąś z tych cząsteczek,. To, jak chowa się gdzieś w podświadomości i potajemnie wpływa na jego myślenie, decyzje i zachowanie. Czasami, jak w przypadku wierzenia w jedność wszystkich ludzi, taki aspekt jest skrzętnie zakamuflowany przez potrzebę bycia dobrym. Właśnie przez tą pozorną dobroć wciąż traci się mnóstwo energii na rzecz masowej świadomości. Ten popęd dobroci sprawia, że idziesz na kompromis sam ze sobą. Nie chcesz być odmieńcem. Chcesz być poprawny i podobny do innych. Martwisz się tym, czy robisz wszystko dobrze. To jedna wielka gra. Kosztowna gra. Powodująca wiele bólu i cierpienia na najgłębszym psychologicznym poziomie.

Ambroży zrozumiał, że częściowo jest tak właśnie przez ów nieszczęsny system wierzeń. System, bo takie jedno wierzenie tak naprawdę łączy się dziesiątkami innych. I, oczywiście, takich systemów wierzeń jest całe mnóstwo. Zostały mu, jak i każdemu człowiekowi, wpojone gdy był malutkim chłopcem, gdy jeszcze nie potrafił rozróżniać, co jest dla niego zdrowe, a co nie. Bezkrytycznie wchłonął w siebie wszystko, co przekazywali mu rodzice, dziadkowie, nauczyciele w szkole, ksiądz w kościele i wszelkie inne autorytety.

Stojąc na chodniku, pośród szarych, pokomunistycznych blokowisk, nieopodal szarej, pokomunistycznej szkoły, zdał sobie nagle sprawę z olbrzymich konsekwencji tego jednego systemu wierzeń, który niczym wyrafinowany komputerowy wirus, wpływał na wszystkie jego działania, sprawiał, że wątpi w siebie i swoją kreatywność. Był jednym z decydujących głosów jego życia. To zabawne, jak działa ludzka psychika… oraz jak łatwo ją zahipnotyzować!


To też niebywałe, że każdy człowiek sam może ją kształtować. Nie musi bezmyślnie powielać wpojonych mu wzorców, programów i wirusów świadomości. W każdej chwili może dokonać świadomego wyboru, czy dany system wierzeń jest nadal aktualny i zdrowy, czy czas go po prostu odinstalować. Tylko że niestety ludzie o tym nie wiedzą. Nie uczy się tego w szkole, czy w kościele, ani nawet na studiach wyższych. Może z paroma wyjątkami… zawsze muszą być jakieś wyjątki.

Ambroży jednak nie wahał się ani chwili i po prostu wybrał, aby nie podążać dalej za tym głosem, który każe mu oddawać innym wszystko, co ma do zaoferowania a potem wątpić w siebie, bo czuje się niezrozumiany. Muszę kochać siebie przede wszystkim! — pomyślał w sercu. Po prostu wziął głęboki oddech i wydmuchał całe to wierzenie w jedność ludzkości, potrzebę bycia standardowym, i „dobrym”. Wziął kolejny głęboki oddech i wybrał aby od teraz podjąć nowe przekonanie:

Każdy człowiek jest suwerenną istotą, a więc trzeba dbać o równowagę w wymianie energii z innymi ludźmi.

To ja sam wybieram, czy chcę się swoją energią podzielić z drugim człowiekiem, bądź ludźmi, czy nie. To bez znaczenia, czy ktoś mnie zrozumie i doceni, czy nie. Liczy się to jak ja sam cenię siebie i wierzę w siebie. Mogę po prostu być sobą! Mogę nawet wybrać w jakim stopniu chcę to zrobić i jaka należy się za to zapłata. Jestem moją własną jednością i kocham ludzkość, ale też kochając siebie nie pozwolę, aby moje energie były mi zabierane.

Powiedział to wszystko do dyktafonu, żeby nie zapomnieć i poczuł ciepło słonecznych promieni na twarzy.

Szarość

„Zaklęcie masowej świadomości to gra, w której musisz ciągle coś udowadniać, do czegoś dążyć, kimś się stawać — ciągle musisz bronić swojej tożsamości.”

Przeczytawszy te słowa, zapisane pospiesznie i niechlujnie w pamiętniku Ambrożego, As Pik spojrzał na gęste szare chmury okalające nieboskłon w całości. Zauważył, że — jak na dzień wigilijny przystało — w powietrzu unosiła się mgiełka przygotowań do świętowania. A jednak, pomimo ogólnego podniecenia, w zbiorowej świadomości ludzi dokoła dało się wyczuć te same szare chmury, co na niebie. Trochę jakby słońce, promienne radością i podnieceniem, było jednak przyćmione mglistym dymem zmęczenia i beznadziei.


Na balkonowej poręczy przysiadł szary gołąb polujący na jedno z ziaren słonecznika, które Amelia rozsypała po okiennym parapecie. As Pik przyglądał się mu bardzo uważnie, zaciekawiony jakiż to instynkt czyni gołębia takim a nie innym. I dlaczego jest on tak niebywale podobny do instynktu ludzkiego. Dlaczego ludzie, jak te szare gołębie, też nieustannie polują na ziarno słonecznika powszedniego? Co sprawia że człowiek wciąż musisz szukać i zdobywać energię? Czy to tylko strach przed śmiercią — pragnienie przetrwania? Czy można żyć inaczej — bardziej barwnie, lekko, z jakąś czarodziejską łaską uświęconego Ducha?

Ciekawe czy gołębie równie panicznie boją się śmierci, co ludzie… w tej właśnie chwili szary gołąb, siedzący na balkonowej poręczy, tożsamy był z całą szarością ludzkiej egzystencji. I z ponurą gęstwiną pochmurnego nieba.


Pikoko i Księżniczka Azalia… siedzieli na obskurnym przystanku u podnóża puszczy, czekając na autobus podmiejski linii 26. A ten uporczywie wciąż nie przyjeżdżał! Minuty ciągnęły się w kwadranse. Siąpił deszcz. Dobrze że chociaż są pod dachem — pomyślała Azalia. Szarość dnia szybko przeistaczała się w lepką, wilgotną ciemność bezgwiezdnej nocy. Z pewnością szybciej niż upływał czas.

Płomienny od leśnych energii Pikoko powoli przygasał, przeistaczając się z powrotem w Ambrożego. Gniew i frustracja spowodowane brakiem autobusu przyspieszały ten proces. Jego zielone oczy nabierały z powrotem piwnego koloru a lśniąca skóra matowiała pod naporem szarej mgły masowej świadomości. Dzień spędzony w magicznym lesie przeistaczał się w noc szarych pokomunistycznych bloków, wśród tysięcy znudzonych swoim życiem ludzi. Minęły kolejne długie kwadransie i niewiele już zostało pikowej zieleni w oczach Ambrożego. Tak samo, jak niewiele już było dzikości Rotoro w poczciwym i teraz już w pełni posłusznym psie Murphy. Amelia siedziała cicho. Azalii nie było już wcale.


Szary gołąb pochwycił ziarno słonecznika i odleciał.

Na łące

— Dzień dobry, doktorze Sha Dhar. Przeglądałem Pana dzienniki…

— Dzień dobry, Panie Black.

— Czy możemy przejść na “ty”? Tak będzie nam łatwiej rozmawiać.

— Dobrze. Proszę mówić mi Sha.

— Phil, bardzo mi miło. — Uścisnęli sobie ręce, wymieniając uprzejme uśmiechy. Atmosfera była raczej napięta.

— Dobrze więc. Wie Pan… — reporter uśmiechnął się zachowawczo — wiesz, że nasza rozmowa jest nagrywana?

— Tak. W porządku. Nie mam nic do ukrycia.

— A więc czytałem Pa… twoje dzienniki sprzed lat i w jednym z nich wspomniałeś o kluczowym momencie życia, który wydarzył się w styczniu 2018. W jakiś sposób mnie to bardzo zaintrygowało. Czy możesz to przybliżyć?

— Hmmm… chyba tak. Właściwie to pamiętam ten wieczór bardzo dobrze. Nawet to już gdzieś opisywałem, ale pewnie przepadło jak większość starych notatek.

— Co się wtedy wydarzyło?

— Niby nic szczególnego, a jednak był to przełomowy dla mnie moment. Jeden z kilku takich w moim życiu.

Pamiętam, że całą sylwestrową noc spędziłem siedząc przy kozie… takim piecyku — uśmiechnął się — i piłem wiśniowe wino, odczuwając najróżniejsze rzeczywistości.

— Rzeczywistości swoich marzeń?

— Tak. Też…

— No dobrze, ale to było w domu. Siedziałeś tam i rozmyślałeś a potem poszedłeś na spacer, na łąkę?

— Tak. Chcę przybliżyć tło tego, co miało miejsce na łące. Bo to istotne. Sylwestra spędziłem przy kominku, pijąc wino, ponieważ… a z resztą, mniejsza z tym. Przejdę do rzeczy. Wiesz, czasami trochę za bardzo się rozwlekam.

— W porządku, Sha. Więc co wydarzyło się na łące?

— Stojąc wieczorem na łące w ten niespodziewanie i nadzwyczaj ciepły wieczór 1 stycznia 2018 czułem w sobie pełnię i spokój… oraz energię. Pomimo nieprzespanej nocy i całym dniu tworzenia rzeźb czułem się pełen energii. Byliśmy tam razem: ja, Murphy i Amelia.

— Amelią Sekstet? — wtrącił się reporter.

— Tak.

— A Murphy to…

— Nasz pies. Choć później okazało się, że to tylko iluzja. Murphy był kimś znacznie więcej! Ale o tym powiem później, żeby nie odbiegać od tematu.

— Dobrze. I co dalej, doktorze?

— Spacerowaliśmy razem w świetle księżyca. Było nadzwyczaj przyjemnie, ale nagle poczułem potrzebę, aby pobyć sam na sam ze sobą, ponieważ czułem, że mój wewnętrzny głos chce mi coś powiedzieć.

Odszedłem więc spory kawałek dalej, stanąłem przed srebrnym dyskiem księżyca i zacząłem mówić. Po prostu po to, aby wyrazić tlącą się we mnie prawdę. Wypowiadając słowa płynące z rdzenia tego kim jestem, w jakiś sposób odczuwałem przyjemność. Wziąłem głęboki oddech. Zapach łąki wypełnił moje zmysły, w oddali rozbłysły fajerwerki i zaczął kropić delikatny deszcz.

— Faktycznie bardzo wyraźnie pamiętasz ten wieczór. A minęło już tyle lat… — wtrącił się reporter, przerywając na chwilę delikatny trans, w którym doktor Sha Dhar jakby recytował swoją opowieść.

— Tak. Cała chwila była magiczna. Prosta a jednocześnie głęboko mistyczna. — Jego oczy znowu przybrały ten charakterystyczny hipnotyczny wyraz. Kontynuował:


Powiedziałem sam do siebie, że wybieram by naprawdę żyć w wielki sposób. Nie ograniczać się do tylko minimum, nie chować się i nie blokować swoich ekspresji, ale pozwolić im naprawdę ekspandować w tym roku i dalej. Miałem tą wzruszającą świadomość, że życie jest piękne, jest darem i kocha mnie tak samo, jak ja kocham je. Nie mam zamiaru go zmarnować — choćby nawet przez jeden dzień.

Powiedziałem sobie, że jestem integralną osobowością. Jestem całością mnie i czuję to w sobie. Czuję, że jestem kimś wielkim i pięknym, i chcę aby moje kreacje odzwierciedlały to w pełni. Nie mam zamiaru kontynuować jakieś gry w oddzielne części mnie. Nie mam zamiaru oddzielać swojego małego ludzkiego ja od wielkości wiekuistej Duszy. Jestem tym, kim jestem. Jestem własną jednością!

— A wcześniej oddzielałeś? — Reporter był wyraźnie zszokowany i rozdrażnione tym, co mówi doktor.

— Tak. Miałem taką tendencję, jak wszyscy… takie były czasy i ogólna świadomość uduchowionych ludzi. Człowiek zawsze pragnął żeby było coś więcej… coś większego niż on sam.

— Dziś wielu wciąż tak myśli.

— Owszem. To osobista kwestia. W sumie nikt nie wie jak jest naprawdę. Nawet dziś.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
kolorowa
za 64.45