E-book
30.03
drukowana A5
44.53
drukowana A5
Kolorowa
67.6
W Krainie Czarów

Bezpłatny fragment - W Krainie Czarów

Życie w świadomości Nowej Energii


5
Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-848-8
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 44.53
drukowana A5
Kolorowa
za 67.6

Każde ludzkie doświadczenie ma w sobie perłę mądrości — jest okazją do duchowego rozwoju i wzrostu świadomości.


Oto zalążek wolności od labiryntów duchowości, filozoficznych koncepcji i systemów wierzeń.


Jak to zrobić… cóż, najważniejsze to uświadomić sobie jeden prosty fakt: wszystko, co mnie spotyka jest moim dziełem, które stworzyłem dla siebie… jako dar wielkiej miłości!


Niniejsza książka jest zapisem eksperymentalnej natury. Jest to swoista dokumentacja z podróży wykraczających poza znany obecnie paradygmat rzeczywistości. Zawarta w niej treść jest trochę szalona i awangardowa. Autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody spowodowane czytaniem tej książki. Robisz to na własne ryzyko i odpowiedzialność. Bądź świadom tego, że z pewnością zmieni ona to, jak parzysz na siebie i cały świat, poszerzając twój światopogląd w diametralnym stopniu!

Wszystkie zdjęcia zawarte w niniejszej publikacji są własnością autora, za wyjątkiem jednego, które jest odpowiednio oznaczone.

Chaos

Siedzę sobie w ten sobotni poranek z całym stosem najróżniejszych notatek. Trochę obezwładniony ich ilością i całym tym bałaganem zapisanych doświadczeń, wglądów w naturę ludzkiej psychiki i punktów, które uważam za swoją prawdę. Zastanawiam się, czy jest w ogóle sens coś z nimi zrobić, czy może lepiej je wszystkie usunąć i zacząć od nowa…

W zasadzie to mam ten dylemat od kilku dni. Opublikowałem w końcu swoją ostatnią książkę, Uzieming — Praktyczna duchowość XXI w. I tak sobie myślę, czy to w ogóle ma sens, żeby pisać kolejną książkę, skoro poprzednia sprzedała się w tylko kilku egzemplarzach. Dla kogo ja w ogóle piszę te książki? Odbiorców jest niewielu a jednak, tak szczerze mówiąc, jakoś mi to nie przeszkadza. Jakby w gruncie rzeczy było zupełnie bez znaczenia. Jednocześnie gdzieś we mnie tli się ta łezka rozczarowania. Przecież to, co piszę, czym się dzielę w tak otwarty i szczery sposób jest po prostu niesamowite. Nowe. Świeże. Pionierskie!

Całe moje życie takie jest. A może właśnie to oto tutaj chodzi — myślę sobie. Może właśnie nie rzecz w tym, aby pisać do kogoś, albo dla kogoś, ale zwyczajnie dla siebie. Dla własnej satysfakcji! Bo ja wręcz uzależniłem się od pisania. Połknąłem absolutnego bakcyla i już nie umiem nie pisać. Tak samo jak nie umiem już nie tworzyć rzeźb i moich dziecinnych instalacji, które wydają się śmieszne, ale dla mnie są na wskroś magiczne. Nie tylko symboliczne i pełne mistycznych energii, lecz ewidentnie twórcze, kreatywne! One nie tylko sprawiają mi radość i są piękne, ale zauważyłem, że kształtują moją rzeczywistość w sposób, którego za bardzo nie rozumiem. Wątpię w to. Myślę, że tylko to sobie wmawiam.

W psychologii jest nawet na to odpowiedni termin: zależność magiczna, według której po prostu sam oszukuję siebie. Chwilami faktycznie sam tak myślę. Przecież to wszystko jest tak fantastyczne, trochę wyssane z palca, trochę może przesadzam i dopowiadam sobie historię do kilku poszlak — myślę sam do siebie. Ale potem znowu to się dzieje. Znowu widzę, jak fantastyczne doświadczenie tworzenia nowej rzeźby, czy instalacji przekłada się na rzeczywistość. Najmniej oczekiwanie. Nagle. I mam wtedy jasność. To wykracza poza logiczny intelekt i racjonalną ocenę rzeczywistości. Jest jednak tak piękne i głębokie, że nie byłbym w stanie sobie tego po prostu wymyślić. Czasem widzę tak bardzo wyraźnie, że moja sztuka jest rodzajem magii. Niczym magiczny klej, w jakiś nieokreślony sposób spajający fizyczną rzeczywistość z kwantowymi polami potencji i prawdopodobieństw.

Piszę więc tę oto książkę, ponieważ czuję, że muszę jakoś to zapisać. To nie może pozostać tylko w mojej prywatnej szufladzie. Widzę rzeczy i to właśnie z tego niesamowitego widzenia bierze się moje pragnienie podzielenia się z całym światem. Często myślę sobie, że gdyby inni ludzie zobaczyli, jak to wszystko pięknie ze sobą współgra i otworzyli się na własną wielowymiarową ekspresję — świat byłby zupełnie niesamowitym i przepięknym miejscem (jeszcze piękniejszym) a życie stałoby się dużo słodsze i bardziej satysfakcjonujące. Tak stało się ze mną i moim życiem, a więc równie dobrze może się stać dla każdego człowieka.

To jest moja motywacja w pisaniu tej książki. Pragnę przede wszystkim podzielić się tym, czego doświadczam, w jak najbardziej szczery i otwarty sposób. Bez kolorowania i bez dekoloryzowania — prosto i po prostu. Przede wszystkim dla siebie, dla tego uczucia, że nie tłamszę w sobie głosu, nie zabijam swojej prawdy, skrywając ją w zaciszu własnej psychiki, ale pozwalam aby płynęła dalej i mogła zainspirować innych do głębszego, pasjonującego życia w wolności. Wolności, którą jest przebudzona świadomość.

Magia jest wszędzie, trzeba tylko umieć ją zobaczyć.

A świadomość jest niesamowitą rzeczą — jeśli można ją nazwać rzeczą. Jest czymś tak pospolitym, że nawet jej nie zauważamy, ale gdy przyjrzymy się jej uważniej — zaskakuje swoją wielością, głębią i tym, że faktycznie wpływa na otaczającą nas rzeczywistość i całokształt życia. Chcę w tej książce, podzielić się i pokazać jak bardzo niesamowici jesteśmy. To, że drzemie w nas czarodziejska esencja, która pragnie tylko jednego: ekspresji i dzielenia się tą ekspresją z całym Wszechświatem, na wszystkie możliwe sposoby.

Przedstawiam oto świat jako płótno dla boskiego kreatywnego artysty, drzemiącego w każdym z nas. Przedstawiam świat, który jest wielowymiarową galerią sztuki, ponieważ każdy człowiek, każde miejsce i każda kreacja jest właśnie tym: dziełem sztuki. Czasem tylko trzeba się dobrze przyjrzeć, aby móc to zobaczyć.

Cyrulik

W zniszczonym płaszczu

Bez szans na przyszłość

Tkwi cyrulik

Sztuk mistrz magicznych


A jego słowa niczym słowiki

W bez klatkowym filmie


Słuchem ogarnia całe przestworza

Jak sowa w lesie na starej limbie

Miękko dotyka mchów i paproci

Rzeźbiąc swój taniec gwiaździsty


Choć nikt nie słyszy

Choć nikt nie widzi

Lgnie do swych czarów

Jak płomyk zamaszysty


I tylko Ona potrafi dostrzec

Że czar ten niczym

Lecz Sercem czystym!

Szaleństwo?

A więc ta książka miała być zupełnie inna, niż jest teraz. W sensie bardziej normalna. Miała to być opowieść z fikcyjnymi postaciami wzorowanymi na prawdziwych. Stworzyłem cały magiczny świat, którym w sumie żyję na co dzień, ale też taki, aby go przelać do tej opowieści. Niestety, albo na szczęście, nic z tego nie wyszło.

Książka ta jest bardzo chaotyczna i z pozoru poszarpana. Nie ma linearnego ciągu zdarzeń, ani nawet przejrzystych granic między występującymi tu postaciami.


Książka ta jest więc rodzajem szalonej dokumentacji moich doświadczeń, czasem przedstawianych bezpośrednio, a czasem w formie fantastycznych opowieści. Z tym, że jak dla mnie, to, co fantastyczne jest równie realne. Ma to związek z moim błyskotliwym odkryciem natury rzeczywistości oraz ludzkiej psychiki.

Wszystko jest jednocześnie linearne i logiczne — rzeczywiste — oraz chaotyczne i nieprzewidywalne — fantastyczne. Tak samo, jak nasz świat. Jest jednocześnie fizyczny, związany z twardymi prawami Natury oraz kwantowy, nieoznaczony. Ma to związek z tym, co eksploruje współczesna fizyka naukowa, czyli właśnie ów szaloną kwantowością rzeczywistości. Będę o tym mówił dużo w kolejnych rozdziałach.

Można więc powiedzieć, że ta książka jest miksem tego co korpuskularne, cząsteczkowe i ludzkie, z tym co kwantowe, chaotyczne i niezrozumiałe dla ludzkiego intelektu.


Oczywiście lwia część tego, o czym piszę dotyczy ludzkiej psychiki i duchowości. I właśnie tutaj jest Kot Schrödingera pogrzebany. Ponieważ ludzka psychika jest czymś pomiędzy tymi dwoma światami. Jest jednocześnie logiczna i ma swoje twarde prawa, mechanizmy działania oraz nie ma ich wcale! I tutaj posilę się podstawową potwierdzoną już teorią dzisiejszej fizyki kwantowej, którą jest Szczególna Teoria Względności autorstwa Alberta Einsteina.

Mówi ona o tym, że materia poruszająca się z prędkościami bliskimi prędkości światła, czyli bardzo szybko wymyka się prawom Natury jaką znamy, zyskując umiejętności i właściwości magiczne. Rzecz jasna to, co zwiemy swoją psychiką, czy świadomością jest przykładem takiej materii. Nasze myśli i emocje są szybkie niczym światło. Właściwie to z naukowego punktu widzenia one są formą światła. Ponieważ każda myśl, emocja i uczucie są po prostu emanacją promieniowania elektromagnetycznego, potocznie zwanego światłem.

A zatem nie możemy traktować swojej psyche używając narzędzi korpuskularnych. Nie możemy jej postrzegać tylko jako czegoś logicznego. Nie możemy próbować jej ułożyć wedle punktów widzenia i przekonań nabytych poprzez ziemskie doświadczenia. Ona jest również kwantowa!

Skoro światło potrafi podróżować w czasie, teleportować się, zaginać czasoprzestrzeń i być jednocześnie cząstką oraz falą — to nasza psychika również. Ponieważ jest ona formą światła! Można to z łatwością zaobserwować w wielu współczesnych wynalazkach medycznych, jak na przykład skanery aktywności mózgu, czy inne „elektrowstrząsy”.

W dodatku z ostatnich odkryć wynika, że świadomość nie jest tylko tym, co mamy w głowach, ale również w brzuchach, sercu i wszędzie indziej. Tak! Cały ludzki organizm aż kipi od świadomości. Umysł jest tylko jego częścią. Jest jakby końcowym ekranem złożonego systemu audio-wideo i innych zmysłów.


Gdyby przyjrzeć się polu energetycznemu człowieka, które przez cały czas promieniuje swoją aktywność psycho-fizyczną, zobaczymy przebogaty taniec zmieniających się kolorów, wzorców światła i innych energii. Znanym jest nawet fakt, że serce emituje dużo silniejsze pole elektromagnetyczne niż mózg. Wszystko to łączy się przedstawiając odmienną wizję tego, kim jesteśmy. Sprawia, że duchowość i metafizyka nie są znowu aż tak odległe od nauki i faktycznej fizyki. Wszystko tańczy ze sobą. Wszystko łączy się i jest jednocześnie takie i siakie.


Tak samo, jak elektron, czy foton światła, czy jakakolwiek inna cząstka jest jednocześnie logicznym kawałkiem materii oraz iście magiczną falą energii.


W swojej świadomości możemy przemierzać Wszechświaty. Może kiedyś nauczymy się jak to robić również ze swoim cząsteczkowym ciałem. Przecież ono też jest zbudowane z takiej samej materii, co nasza psychika i choć jest z pozoru stricte materialne, to faktycznie jednocześnie jest szalonym tańcem fal energetycznych, wydarzającym się w morzu kwantowych pól.


Bycie więc wyłącznie logicznym, ułożonym i zdefiniowanym w czasie i przestrzeni, jest jak bycie tylko skorupką jaja, albo okładką książki. Nasza natura jest dwoista i musimy to zaakceptować. Jesteśmy materialnymi ludźmi & jesteśmy kwantowymi czarodziejami.

Obowiązują nas zarówno Ogólna Teoria Względności, oraz ta szczególna, dotycząca szalonej natury rozpędzonego światła.

Mądry obserwator

Czarami jest kwantowość. Rzeczywistością zaś liniowość. Upływ czasu to klucz do objęcia obu tych światów. W rzeczywistości czas płynie po linii prostej, z przeszłości w przyszłość. A w kwantowości nie płynie wcale — potencjały zdarzeń przyszłych i przeszłych przeplatają się, tworząc jeden wielki, piękny bałagan.

W krainie czarów zegarek zawsze pokazuje, że to pora na wieczorną herbatkę. A Szalony Kapelusznik jest jednocześnie szalonym maniakiem i wręcz przeciwnie — ordynarnym obywatelem. Możliwe, że jest nawet geniuszem! Wszystko zależy tylko od tego, co akurat spostrzeże obserwator. Ponieważ mądry obserwator potrafi dostrzec rzeczy w ich wielowarstwowej głębi — widzi nie tylko to, co oczywiste i powierzchowne, ale sięga wgłąb, do tego co kwantowo-sprzężone.

Mądry obserwator postrzega elektron jako cząstkę materii, gdy jest ku temu odpowiednia okazja, na przykład: pora na herbatę. Innym znowu razem ten sam elektron mądry obserwator ujrzy jako delikatną falę światła, która daje mu okazję odejść od herbacianego stołu i popłynąć gdzieś indziej. Na przykład do równoległej krainy marzeń.
Mądrzy obserwatorzy są jak solidne okręty, które płyną swoją świadomością z prądem morskich fal światła, by odkryć nowe nieznane horyzonty.
A gdy już dopłyną na miejsce, miękko dokują się w portach nowej cząsteczkowej rzeczywistości.

Dr Sha Dhar jest takim właśnie obserwatorem.

Zależnie od odpowiedniej sytuacji, żyje w rzeczywistości cząsteczkowej liniowości, albo żegluje na falach kwantowych marzeń. Ostatnimi jednak czasy udaje mu się trudna sztuka bycia w obu tych światach na raz.

Geniusz?

Idąc zaśnieżoną uliczką parkową, Ambroży myślał o swoich rzeźbach i wynalazkach, nad którymi aktualnie pracuje. Martwił się trochę tym, że nikogo one za bardzo nie interesują, poza może małym gronem internetowych odbiorców, złożonym z dosłownie kilkunastu osób. Nie rozumiał dlaczego tak się dzieje. Myślał, że może robi coś nie tak, że może jest zbyt odmienny, może powinien pójść na kompromis ze swoją unikalnością i zmienić sposób w jaki wyraża siebie. No, ale przecież wtedy to już nie będzie jego ekspresja. Nie będzie w pełni autentyczna.

A poza tym już parę razy próbował być bardziej „normalny”, próbował już wyrażać się najprościej i najbardziej klarownie, jak tylko potrafi, ale raz, że nie przyniosło to żadnego efektu a dwa, sam nie czuł się z tym dobrze. Miał wrażenie, że naginając się do innych przestaje być prawdziwy i charyzmatyczny. Jego kreacje nie sprawiają mu wtedy satysfakcji, nie mają tej oryginalnej jakości jego unikalnego ducha.

Szedł tak sobie, rozmyślając i jednocześnie, jakby na innym, paralelnym torze swojej świadomości, łączył się telepatycznie z energią Alberta Einsteina. Jakby wczuwał się w świadomość tego wielkiego fizyka, który — co może niewielu wie — był również wielkim mistykiem. W pewnym momencie swojego życia Albert miał podobny dylemat, co Ambroży. Z biografii Einsteina wnika, że był wtedy nastolatkiem, uczęszczającym do szkoły średniej, z której ostatecznie zrezygnował, ponieważ jego tok rozumowania i wyobraźnia były rażąco odmienne od tego, co wpajano wtedy dzieciom w szkołach. Właściwie to dziś chyba jest podobnie — pomyślał sobie Ambroży, zerkając na szary, kanciasty budynek szkoły publicznej, który akurat mijał.

Einstein był geniuszem na skalę wszech czasów i wszyscy myślą, że jego wielkie teorie były wynikiem intelektu i logicznego myślenia. On natomiast sam podkreślał wielokrotnie, że wszystko czego dokonuje, pojawia się najpierw w wizjach wyobraźni. Pisał o tym wielokrotnie w swoich listach. A z resztą większość znanych cytatów Einsteina mówi właśnie o potędze wyobraźni. Faktem jest również to, że zanim jego teorie stały się sławne na cały świat i zostały uznane przez oficjalną naukę, były wyśmiewane i ostro bojkotowane przez świat naukowy.

Ambroży czuł się dziś jak Albert. I mimo, że często wątpił w siebie i swoje percepcje, to jednak były one tak prawdziwe i empiryczne, że wątpliwości nigdy nie trwały długo. Ambroży w głębi duszy wiedział, że jest kimś pokroju Alberta Einsteina. Wielkim geniuszem! Wiedział, że jego sztuka, świadomość i teorie są dziś nierozumiane, ponieważ wykraczają daleko poza współczesny poziom ludzkiej świadomości.

Czasem bił się z tym uczuciem w sobie. Nie chciał czuć się wyjątkowy, czy lepszy niż inni. Chciał być i działać z serca. Chciał czuć się na równi z wszystkimi, a jednocześnie wiedział, że nie jest. Więc zazwyczaj, tak dla bezpieczeństwa, stawiał siebie niżej. Tak było rozsądnie. Zero ego. Wolał być najgorszym z ludzi, niż najlepszym. Ależ gra! — pomyślał sobie idąc parkową aleją. Cóż za iluzja. Igraszka umysłu! Dosyć tego!

Zatrzymał się i wziął głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że ta cała krzątanina konfliktujących myśli w jego głowie to tylko wpływ masowej hipnozy „normalności”. Masowa świadomość, czy właśnie bardziej masowa hipnoza jest jak pajęczyca, której zależy tylko na jednym: na jego bezcennej życiowej energii. To ona wywołuje zwątpienie w umyśle geniusza! Poprzez wątpliwości karmi się jego kreatywną energią. Karmi się, tworząc mętlik w jego umyśle, powodując bezsensowne rozważania na temat tego, jak powinien, albo nie powinien wyrażać siebie. Karmi się jego poczuciem niższości i unikaniem bycia tym, kim jest naprawę — geniuszem nowej energii! Dość tego! — wykrzyczał w duchu Ambroży.

Przecież wiem, że moja wielkość nie jest egoistyczna. Jestem po prostu odkrywcą nowej energii, nowych frontów świadomości. Istnieję na tej planecie dokładnie po to, aby być tym, kim jestem. Aby być geniuszem innowacyjnych percepcji. I jestem nim do szpiku kości! — wykrzyczał w swoim sercu i przystanął na chwilę, patrząc na ośnieżony skatepark. Przypomniał sobie, jak lata temu uczył się tutaj jeździć na desce, robić podskoki, flipy i grindy. Ależ to były beztroskie czasy…

Po chwili, gdy ruszył dalej, na chodniku pojawiły się dwie starsze kobiety.


— Jesteśmy jednością — powiedziała jedna staruszka do drugiej. — Musimy się wszystkim dzielić!


Ambroży minął je obojętnie i nagle stanął jak wryty. No właśnie! — wykrzyczał na głos, aż staruszki odwróciły się, rzucając zdziwione spojrzenia. Zdał sobie sprawę, z tego że podświadomie wciąż w to wierzył. Wciąż wierzył, że jest jednością z innymi ludźmi i dlatego tak bardzo się przejmuje tym, czy ktoś go rozumie, czy nie. Za bardzo się tym przejmuję — pomyślał. A potem zadumał się nad tym, jak złożoną jest istotą. Każdy człowiek taki jest.

Ileż aspektów to aspektów ma ludzka psychika? Jakie to fascynujące, że sam jestem swoistą jednością mnie, a jednocześnie mam w sobie tak wiele różnych części, które to składają się na całokształt tego, kim jestem. Te wszystkie wierzenia, przekonania, punkty widzenia, historie, marzenia, aspiracje. To niesamowite, że jeden Ambroży może mieć w sobie tysiące wersji samego siebie, a w dodatku, te wszystkie wersje współpracują ze sobą, nakładają się na siebie; czasem walczą ze sobą, jedna przekrzykuje drugą, trzecia wali czwartą w psychiczny pysk, pragnąc zagarnąć więcej uwagi. „Jak to dobrze, że jestem świadomy, że to tylko aspekty, psychiczne cząsteczki mojej jaźni. Lecz to ja jestem szefem. Jestem pełnią, do której one wszystkie należą — nie odwrotnie.” — powiedział sobie w duchu.


Raz na jakiś czas odkrywał, którąś z tych cząsteczek,. To, jak chowa się gdzieś w podświadomości i potajemnie wpływa na jego myślenie, decyzje i zachowanie. Czasami, jak w przypadku wierzenia w jedność wszystkich ludzi, taki aspekt jest skrzętnie zakamuflowany przez potrzebę bycia dobrym. Właśnie przez tą pozorną dobroć wciąż traci się mnóstwo energii na rzecz masowej świadomości. Ten popęd dobroci sprawia, że idziesz na kompromis sam ze sobą. Nie chcesz być odmieńcem. Chcesz być poprawny i podobny do innych. Martwisz się tym, czy robisz wszystko dobrze. To jedna wielka gra. Kosztowna gra. Powodująca wiele bólu i cierpienia na najgłębszym psychologicznym poziomie.

Ambroży zrozumiał, że częściowo jest tak właśnie przez ów nieszczęsny system wierzeń. System, bo takie jedno wierzenie tak naprawdę łączy się dziesiątkami innych. I, oczywiście, takich systemów wierzeń jest całe mnóstwo. Zostały mu, jak i każdemu człowiekowi, wpojone gdy był malutkim chłopcem, gdy jeszcze nie potrafił rozróżniać, co jest dla niego zdrowe, a co nie. Bezkrytycznie wchłonął w siebie wszystko, co przekazywali mu rodzice, dziadkowie, nauczyciele w szkole, ksiądz w kościele i wszelkie inne autorytety.

Stojąc na chodniku, pośród szarych, pokomunistycznych blokowisk, nieopodal szarej, pokomunistycznej szkoły, zdał sobie nagle sprawę z olbrzymich konsekwencji tego jednego systemu wierzeń, który niczym wyrafinowany komputerowy wirus, wpływał na wszystkie jego działania, sprawiał, że wątpi w siebie i swoją kreatywność. Był jednym z decydujących głosów jego życia. To zabawne, jak działa ludzka psychika… oraz jak łatwo ją zahipnotyzować!


To też niebywałe, że każdy człowiek sam może ją kształtować. Nie musi bezmyślnie powielać wpojonych mu wzorców, programów i wirusów świadomości. W każdej chwili może dokonać świadomego wyboru, czy dany system wierzeń jest nadal aktualny i zdrowy, czy czas go po prostu odinstalować. Tylko że niestety ludzie o tym nie wiedzą. Nie uczy się tego w szkole, czy w kościele, ani nawet na studiach wyższych. Może z paroma wyjątkami… zawsze muszą być jakieś wyjątki.

Ambroży jednak nie wahał się ani chwili i po prostu wybrał, aby nie podążać dalej za tym głosem, który każe mu oddawać innym wszystko, co ma do zaoferowania a potem wątpić w siebie, bo czuje się niezrozumiany. Muszę kochać siebie przede wszystkim! — pomyślał w sercu. Po prostu wziął głęboki oddech i wydmuchał całe to wierzenie w jedność ludzkości, potrzebę bycia standardowym, i „dobrym”. Wziął kolejny głęboki oddech i wybrał aby od teraz podjąć nowe przekonanie:

Każdy człowiek jest suwerenną istotą, a więc trzeba dbać o równowagę w wymianie energii z innymi ludźmi.

To ja sam wybieram, czy chcę się swoją energią podzielić z drugim człowiekiem, bądź ludźmi, czy nie. To bez znaczenia, czy ktoś mnie zrozumie i doceni, czy nie. Liczy się to jak ja sam cenię siebie i wierzę w siebie. Mogę po prostu być sobą! Mogę nawet wybrać w jakim stopniu chcę to zrobić i jaka należy się za to zapłata. Jestem moją własną jednością i kocham ludzkość, ale też kochając siebie nie pozwolę, aby moje energie były mi zabierane.

Powiedział to wszystko do dyktafonu, żeby nie zapomnieć i poczuł ciepło słonecznych promieni na twarzy.

Szarość

„Zaklęcie masowej świadomości to gra, w której musisz ciągle coś udowadniać, do czegoś dążyć, kimś się stawać — ciągle musisz bronić swojej tożsamości.”

Przeczytawszy te słowa, zapisane pospiesznie i niechlujnie w pamiętniku Ambrożego, As Pik spojrzał na gęste szare chmury okalające nieboskłon w całości. Zauważył, że — jak na dzień wigilijny przystało — w powietrzu unosiła się mgiełka przygotowań do świętowania. A jednak, pomimo ogólnego podniecenia, w zbiorowej świadomości ludzi dokoła dało się wyczuć te same szare chmury, co na niebie. Trochę jakby słońce, promienne radością i podnieceniem, było jednak przyćmione mglistym dymem zmęczenia i beznadziei.


Na balkonowej poręczy przysiadł szary gołąb polujący na jedno z ziaren słonecznika, które Amelia rozsypała po okiennym parapecie. As Pik przyglądał się mu bardzo uważnie, zaciekawiony jakiż to instynkt czyni gołębia takim a nie innym. I dlaczego jest on tak niebywale podobny do instynktu ludzkiego. Dlaczego ludzie, jak te szare gołębie, też nieustannie polują na ziarno słonecznika powszedniego? Co sprawia że człowiek wciąż musisz szukać i zdobywać energię? Czy to tylko strach przed śmiercią — pragnienie przetrwania? Czy można żyć inaczej — bardziej barwnie, lekko, z jakąś czarodziejską łaską uświęconego Ducha?

Ciekawe czy gołębie równie panicznie boją się śmierci, co ludzie… w tej właśnie chwili szary gołąb, siedzący na balkonowej poręczy, tożsamy był z całą szarością ludzkiej egzystencji. I z ponurą gęstwiną pochmurnego nieba.


Pikoko i Księżniczka Azalia… siedzieli na obskurnym przystanku u podnóża puszczy, czekając na autobus podmiejski linii 26. A ten uporczywie wciąż nie przyjeżdżał! Minuty ciągnęły się w kwadranse. Siąpił deszcz. Dobrze że chociaż są pod dachem — pomyślała Azalia. Szarość dnia szybko przeistaczała się w lepką, wilgotną ciemność bezgwiezdnej nocy. Z pewnością szybciej niż upływał czas.

Płomienny od leśnych energii Pikoko powoli przygasał, przeistaczając się z powrotem w Ambrożego. Gniew i frustracja spowodowane brakiem autobusu przyspieszały ten proces. Jego zielone oczy nabierały z powrotem piwnego koloru a lśniąca skóra matowiała pod naporem szarej mgły masowej świadomości. Dzień spędzony w magicznym lesie przeistaczał się w noc szarych pokomunistycznych bloków, wśród tysięcy znudzonych swoim życiem ludzi. Minęły kolejne długie kwadransie i niewiele już zostało pikowej zieleni w oczach Ambrożego. Tak samo, jak niewiele już było dzikości Rotoro w poczciwym i teraz już w pełni posłusznym psie Murphy. Amelia siedziała cicho. Azalii nie było już wcale.


Szary gołąb pochwycił ziarno słonecznika i odleciał.

Na łące

— Dzień dobry, doktorze Sha Dhar. Przeglądałem Pana dzienniki…

— Dzień dobry, Panie Black.

— Czy możemy przejść na “ty”? Tak będzie nam łatwiej rozmawiać.

— Dobrze. Proszę mówić mi Sha.

— Phil, bardzo mi miło. — Uścisnęli sobie ręce, wymieniając uprzejme uśmiechy. Atmosfera była raczej napięta.

— Dobrze więc. Wie Pan… — reporter uśmiechnął się zachowawczo — wiesz, że nasza rozmowa jest nagrywana?

— Tak. W porządku. Nie mam nic do ukrycia.

— A więc czytałem Pa… twoje dzienniki sprzed lat i w jednym z nich wspomniałeś o kluczowym momencie życia, który wydarzył się w styczniu 2018. W jakiś sposób mnie to bardzo zaintrygowało. Czy możesz to przybliżyć?

— Hmmm… chyba tak. Właściwie to pamiętam ten wieczór bardzo dobrze. Nawet to już gdzieś opisywałem, ale pewnie przepadło jak większość starych notatek.

— Co się wtedy wydarzyło?

— Niby nic szczególnego, a jednak był to przełomowy dla mnie moment. Jeden z kilku takich w moim życiu.

Pamiętam, że całą sylwestrową noc spędziłem siedząc przy kozie… takim piecyku — uśmiechnął się — i piłem wiśniowe wino, odczuwając najróżniejsze rzeczywistości.

— Rzeczywistości swoich marzeń?

— Tak. Też…

— No dobrze, ale to było w domu. Siedziałeś tam i rozmyślałeś a potem poszedłeś na spacer, na łąkę?

— Tak. Chcę przybliżyć tło tego, co miało miejsce na łące. Bo to istotne. Sylwestra spędziłem przy kominku, pijąc wino, ponieważ… a z resztą, mniejsza z tym. Przejdę do rzeczy. Wiesz, czasami trochę za bardzo się rozwlekam.

— W porządku, Sha. Więc co wydarzyło się na łące?

— Stojąc wieczorem na łące w ten niespodziewanie i nadzwyczaj ciepły wieczór 1 stycznia 2018 czułem w sobie pełnię i spokój… oraz energię. Pomimo nieprzespanej nocy i całym dniu tworzenia rzeźb czułem się pełen energii. Byliśmy tam razem: ja, Murphy i Amelia.

— Amelią Sekstet? — wtrącił się reporter.

— Tak.

— A Murphy to…

— Nasz pies. Choć później okazało się, że to tylko iluzja. Murphy był kimś znacznie więcej! Ale o tym powiem później, żeby nie odbiegać od tematu.

— Dobrze. I co dalej, doktorze?

— Spacerowaliśmy razem w świetle księżyca. Było nadzwyczaj przyjemnie, ale nagle poczułem potrzebę, aby pobyć sam na sam ze sobą, ponieważ czułem, że mój wewnętrzny głos chce mi coś powiedzieć.

Odszedłem więc spory kawałek dalej, stanąłem przed srebrnym dyskiem księżyca i zacząłem mówić. Po prostu po to, aby wyrazić tlącą się we mnie prawdę. Wypowiadając słowa płynące z rdzenia tego kim jestem, w jakiś sposób odczuwałem przyjemność. Wziąłem głęboki oddech. Zapach łąki wypełnił moje zmysły, w oddali rozbłysły fajerwerki i zaczął kropić delikatny deszcz.

— Faktycznie bardzo wyraźnie pamiętasz ten wieczór. A minęło już tyle lat… — wtrącił się reporter, przerywając na chwilę delikatny trans, w którym doktor Sha Dhar jakby recytował swoją opowieść.

— Tak. Cała chwila była magiczna. Prosta a jednocześnie głęboko mistyczna. — Jego oczy znowu przybrały ten charakterystyczny hipnotyczny wyraz. Kontynuował:


Powiedziałem sam do siebie, że wybieram by naprawdę żyć w wielki sposób. Nie ograniczać się do tylko minimum, nie chować się i nie blokować swoich ekspresji, ale pozwolić im naprawdę ekspandować w tym roku i dalej. Miałem tą wzruszającą świadomość, że życie jest piękne, jest darem i kocha mnie tak samo, jak ja kocham je. Nie mam zamiaru go zmarnować — choćby nawet przez jeden dzień.

Powiedziałem sobie, że jestem integralną osobowością. Jestem całością mnie i czuję to w sobie. Czuję, że jestem kimś wielkim i pięknym, i chcę aby moje kreacje odzwierciedlały to w pełni. Nie mam zamiaru kontynuować jakieś gry w oddzielne części mnie. Nie mam zamiaru oddzielać swojego małego ludzkiego ja od wielkości wiekuistej Duszy. Jestem tym, kim jestem. Jestem własną jednością!

— A wcześniej oddzielałeś? — Reporter był wyraźnie zszokowany i rozdrażnione tym, co mówi doktor.

— Tak. Miałem taką tendencję, jak wszyscy… takie były czasy i ogólna świadomość uduchowionych ludzi. Człowiek zawsze pragnął żeby było coś więcej… coś większego niż on sam.

— Dziś wielu wciąż tak myśli.

— Owszem. To osobista kwestia. W sumie nikt nie wie jak jest naprawdę. Nawet dziś.

— No tak. Filozoficzne kwestie, choć z pozoru oderwane od praktycznego życia, to mają na nas wielki wpływ. To właśnie był ten przełom, Sha?

— Po części, Panie Black. Słowa są takie ograniczające, bo jak mogę przekazać uczucia? Nie ma dostatecznych słów, ale mimo to spróbuję.

Mówiłem wtedy na głos, bo tak miałem w zwyczaju. Robiłem to nawet, gdy nie miałem ze sobą dyktafonu. Był to mój sposób na komunikację z sobą samym, uporządkowanie myśli…

W każdym razie zdałem sobie wtedy sprawę, że moja duchowość to moja kreatywność, która nie jest tylko tworzeniem pięknych rzeźb, ale również przejawem prawdziwie nowych, magicznych energii.

— Tak. Właśnie to mnie najbardziej fascynuje w twojej pracy. W jaki sposób sztuka może być jednocześnie czymś naukowym i magicznym, duchowym? Bo twierdzisz, że odkryłeś nową energię właśnie poprzez sztukę. I do tego twierdzisz, że to bardo mistyczny proces… o co chodzi? Trochę się w tym pogubiłem.

— Cóż, Phil.. mogę Ci tak mówić? — zdenerwował się i upuścił długopis.

— Tak. Oczywiście, przecież przeszliśmy na „ty”. — Dziennikarz bacznie obserwował doktora. Jak gdyby chciał się doszukać w nim czegoś błędnego, nawet złego. Doktor to czuł. Zrobiło się niezręcznie. Za oknem przeleciała jednostka para-medyczna.


— Nie potrafiłem tego wtedy udowodnić — Sha Dhar kontynuował — ale miałem przeczucie, że wkrótce to się zmieni.

Nawet sam nie rozumiałem tego do końca, ale doświadczyłem wiele razy w zbyt realny sposób, aby mogło to być tylko moim wymysłem. Traktowałem to jak wielką przygodę, odkrywanie nowego lądu, nieznanej krainy. To była moja pasja! Po prostu wiedziałem, że istnieje nowa energia. Trudność polegała i wciąż polega na tym, że nie jest to energia dualna, nie ma atrybutów pozytywnych (+), czy negatywnych (-) — jest zupełnie poza tego rodzaju stronniczością. Nowa energia nie płynie z kosmosu, ani z niczego na zewnątrz, lecz powstaje wewnątrz świadomości człowieka.

— A w jaki sposób się to odbywa, doktorze?

— Podobnie do procesu syntezy, zachodzącym w Słońcu. Tylko na trochę innym poziomie…

— To ciekawe… możesz powiedzieć coś więcej?

— Cóż…

Każda gwiazda we Wszechświecie, jest źródłem materii. Cała materia, jaka istnieje została wyprodukowana w wielkim alchemicznym piecu, znajdującym się w jądrach gwiazd. Nasze rodzime Słońce również jest takim piecem, w którym z atomów wodoru powstaje hel, a potem cała reszta pierwiastków.

Podobny alchemiczny piec znajduje się w rdzeniu każdej świadomej istoty. Jest to coś, co łączy nas z gwiazdami. W ogóle wszystko we Wszechświecie jest do siebie w jakiś sposób analogiczne.

— To ma sens, doktorze. A więc uważasz, że i w nas zachodzi podobny proces syntezy energii?

— W rzeczy samej, Panie Black.

Dzięki temu sami możemy generować energię dla siebie. To znaczy, to dzieje się samo, jest naturalne, ale dzięki świadomości można ten proces znacząco usprawnić i zacząć lepiej z niego korzystać… a nawet aktywować nowe jakości tejże energii — stworzyć zupełnie nowy jej rodzaj.

— No tak, pisałeś bardzo dużo o nowych energiach. Jestem ciekaw… czy mógłbyś to teraz pokrótce wyjaśnić? — Black uśmiechnął się, jego oczy zrobiły się miękkie, jak gdyby połknął jakiegoś bakcyla.

— Dobrze. Mamy już mało czasu, ale postaram się być zwięzły.

Energia, którą wytwarzamy w sobie nie ma wiele wspólnego z wodorem i innymi pierwiastkami. Energia, która powstaje w człowieku to po prostu kreatywność. Nazywam ją nową energią, ponieważ gdy jej używam, gdy ją czuję w sobie, to takie dziwne, świeże, zupełnie nowe uczucie. I ta energia jest wysoko kreatywna. Czuję ją szczególnie gdy tworzę swoją sztukę…


Zabawne jest to, że ta energia wydaje się być jakąś ezoteryczną koncepcją a jest zmysłowa i empiryczna — głęboko użyteczna w ludzkim życiu. Jak sam widzisz, Phil, ciężko o tym mówić. A zresztą nie ukrywam, że nie potrafię tego jeszcze do końca wyjaśnić.

Ta nowa energia jest czymś czego trzeba po prostu doświadczyć. Jest uczuciem. Dla mnie przejawia się w tym, co tworzę: w moich rzeźba, w moim głosie, malarstwie, pisaniu, gotowaniu. Każda ekspresja przesiąka nią, niesie ze sobą ładunek, ale inny niż znamy z fizyki. Jest to ładunek niespolaryzowany. Ani dodatni, ani ujemy… choć już o tym mówiłem. Och, zaczynam się powtarzać. Czas już chyba skończyć na dziś.

— Dobrze, doktorze Sha Dhar. Jestem Ci wdzięczny za poświęcony czas. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. Nieformalnie mogę Ci powiedzieć, że jestem fanem twojej pracy. Wielu rzeczy wciąż nie pojmuję, a nawet wydają się mi bez sensu, ale też wiele… są po prostu genialne.

— Och… wspaniale! Życzę zatem jasności umysły, a przede wszystkim otwartego serca — ponieważ większości tego, o czym mówię nie da się pojąć inaczej niż sercem.

— Tak, wiem… dziękuję. — Black ukłonił się lekko, wyraźnie podekscytowany a jednocześnie pełen wzniosłej dumy. Doktor, widząc uśmiechnął się i powiedział…

— Wiesz, Phil. Nie jestem nikim lepszym, czy bardziej wyjątkowym. Każdy człowiek również to robi, tylko może nie wszyscy są tego świadomi.

Wciąż, jak każdy, jestem człowiekiem żyjącym w środowisku starych, dualnych, elektromagnetycznych energii. I również te stare, dualne energie mają miejsce w życiu — są częścią nas jako ludzi. Nie próbuje tego zmienić na siłę. Mam akceptację i szacunek dla siebie i wszystkiego wokół mnie.

Jestem jednak przejrzysty w tym, że ta nowa energia jest moją wielką pasją i chcę dalej eksplorować to, jaki ma wpływ na rzeczywistość, na ludzkie działanie i myślenie.

A więc będę kontynuował tworzenie mojej sztuki, pisanie moich książek i cieszenie się każdym dniem tak, jakby był najcenniejszy ze wszystkich!

— To wspaniałe podejście, Sha. Cieszę się, że mogliśmy się spotkać. Nie ukrywam, że mnie inspirujesz… sam nawet zacząłem malować… — Black zakłopotał się, jakby powiedział to wbrew swojej woli. Ale uśmiechnął się tylko.

— To, co robię jest bardzo pionierskie. Wiem, że to wciąż nowy front ludzkiej świadomości i czasem wątpię w siebie, albo spotykam się z niezrozumieniem innych. Cieszę się, że niektórzy jednak dostrzegają piękno tej pracy. Wybieram, aby nie przejmować się tym i pozostać autentycznym! Żyć w zgodzie z moją osobistą prawdą.

— Ta to najważniejsze. Bycie autentycznym. Prawdziwym…

— Tak. Dziękuję Panie Black. Niezmiernie dziękuję za ten wywiad. Jest Pan świetnym reporterem. Do zobaczenia następnym razem.

— Do zobaczenia.


Wychodząc, doktor nucił pod nosem jakąś melodię. Black skądś ją znał… jakby gdzieś już słyszał. Nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Im dalej był doktor, idąc długim korytarzem biurowca New York Times, tym głośniejsza się wydawała. Dudniła echem, odbijając się od wielobarwnych ścian korytarza; zmiękczając na drewnianych drzwiach innych apartamentów, twardniejąc rykoszetami podłogi i sufitu.

A gdy doktor stał już u drzwi windy, Blackowi zdawało się, że unosi się nad nim tęcza… to pewnie tylko odblask słońca, albo może… ów tajemnicza Nowa Energia?

Lustra

Duch lasu powiedział mi, abym opisał moje dzisiejsze doświadczenie spaceru po PSI i podzielił się tym z ludźmi, ponieważ bardzo by chciał, żeby więcej ludzi z nim współpracowało, korzystając z dobroczynności naturalnych życiowych energii, które nazwałem PSI.

Powiedział mi jeszcze żebym zasadził sobie wrotycz na podwórku w różnych miejscach, ponieważ jest on świetnym alchemikiem niskich, nieharmonijnych energii, wznosząc je do stanu wyższej potencji.


A nawiasem mówiąc, energia jest bardzo delikatną rzeczą. Po prostu trzeba czasami być bardzo obecnym i uważnym, bo można ją tak łatwo przygasić, a nawet stracić. A także najzwyczajniej w świecie zepsuć, zniekształcić i zabrudzić poprzez wymuszanie swoich zachcianek, czy brak świadomej uważności. Czyste duchowe energie są bardzo delikatne, trochę jak motyle.


Podczas nocnego spaceru Duch Lasu pokazał mi też, jak — energetycznie ujmując — cały kosmos widoczny na nocnym niebie jest takim jakby wielkim lasem — dziką puszczą. A więc energie PSI są również i tam obecne, z tym że w odmienny sposób.


Może się zastanawiacie, kim jest ten tajemniczy Duch Lasu, ale spokojnie, niedługo wszystko będzie jasne!


Niesamowite jest to, jak wszystko w całej Kreacji się przeplata razem. Wszystko jest trochę jak w salonie luster, gdzie rzeczy odbijają się w sobie nawzajem. W pewnym sensie Ziemia jest odbiciem całego kosmosu, a kosmos Ziemi.

Patrząc w nocy na granatowy nieboskłon usiany nasionami gwiazd, w jakiś sposób patrzy się również w zaczarowane zwierciadło, które pokazuje odbicie ludzkiej Duszy. Gdy się przypatrzysz uważnie, spostrzeżesz tam całą swoją przeszłość. A jeśli otworzysz serce jeszcze śmielej, zdasz sobie sprawę, że są tam również potencjały twojej przyszłości. Takie to czarodziejskie zwierciadło.

Może to brzmi jak jakieś pomieszanie z poplątaniem, ale to tylko dlatego, że logiczny umysł chce mieć wszystko w linearnym porządku. Podczas gdy w rzeczywistości wszystko jest wzajemnie splecione i analogicznie sprzężone. Wszystko jest również wielorakie, wielowymiarowe, wielowarstwowe, wielopoziomowe. To jak coś postrzegasz jest tylko kwestią perspektywy z jaką to robisz. A zatem kosmos może być lasem, odbiciem twojej duszy, morzem pełnym meduz, ziemią usłaną nasionami nowego życia — potencjałami i wiele, wiele więcej.


Ujrzałem podczas tego spaceru po nocnym lesie, jak dzika natura na Ziemi jest w jakiś sposób manifestacją, odbiciem dzikich energii kosmosu. Jest nawet takie duchowe powiedzonko, zdaje się że nawet można je wyczytać w kilku “świętych księgach”: jako na górze, tak i na dole. Coś chyba w tym jest.


A zatem spacer w lesie jest jednocześnie spacerem przez przestrzeń kosmiczną. Z tym że, jako ludzie, nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ jesteśmy tak skupieni na fizycznych doznaniach, że zapominamy o doznaniach płynących z innych, naszych psychicznych zmysłów. Można powiedzieć zmysłów bardziej sennych, marzycielskich, dotyczących wymiarów niefizycznych, eterycznych, a w jakiś sposób również kosmicznych.

Gdy stajemy się ich świadomi, to w końcu zdajemy sobie sprawę, że wszystko, czego doświadczamy w fizyczności ma swoje jednoczesne podłoże kosmiczne, eteryczne oraz w ogóle ze wszech stron wielowymiarowe.

Otwierając swoją świadomość odkryjemy, że rzeczywistość to nie tylko świat widzialny i namacalny, ale również dużo więcej. Rzeczywistość jest czymś znacznie bogatszym, niż tylko to, co dzisiaj znamy i uznajemy za realne. Jest pełna cudów jeszcze niepoznanych… ale przecież poznawalnych!

To właśnie poprosił mnie Duch Lasu, abym przekazał ludziom. Idąc do lasu można doświadczyć znacznie więcej niż tylko fizycznego piękna. Ale spokojnie będzie o tym więcej w drugiej części tej książki. Teraz tylko przygotowujesz swój umysł i świadomość na te głębsze poziomy zmysłowości.

Topaz

To były intensywne dwa tygodnie. Mój umysł nie potrafi ich zrozumieć, choć bardzo próbuje! Jednak ja wiem, że nie chodzi o to, aby je zrozumieć. Chodzi o to, aby pozwolić na integrację i destylację tych szalonych multi-wymiarowych doświadczeń. To wciąż się dzieje, ale już teraz czuję, jak wyłania się z nich perła mądrości. Te ziarenka piasku wciąż pieką się w piekarniku słonecznej łaski; ta kawa wciąż we mnie dojrzewa, ale pierwsza filiżanka esencjonalnego espresso jest już gotowa do wypicia!


Siedzę więc świeżo po gorącej kąpieli w śródziemnomorskiej soli z ziołami, które zebrałem zeszłego lata i czuję, jak aromatyczne espresso mądrości rozpływa się w moim sercu. Jest to istna czeluść — czarna kawa pełna ekspresji!

Zacznijmy więc od esencji — jest nią wolność od kryształu o nazwie Topaz. Jest to dynamika energii, którą spostrzegłem kilka lat temu. Dałem sobie wtedy serię dość nieprzyjemnych doświadczeń (z punktu widzenia człowieka), które sprawiły, że siedziałem sam, pozbawiony dachu nad głową, głodny i wyczerpany, ubolewając nad swoim losem.

O, co tutaj chodzi? — zawołałem do mojego Ducha. Dlaczego tak jest? Nie rozumiem!

Nie słysząc żadnej odpowiedzi poczułem, że muszę odłączyć się od psychicznych energii masowej świadomości i pójść na długi spacer, na łono natury. Do miejsca z dala od zgiełku mentalnych energii ludzkości, aby pobyć w pustynnej pustce ziarenek piasku.

Zamiast jednak na piasku leśnych wydm, wylądowałem na łące pełnej rumianku, na polanie wewnątrz sosnowej puszczy, płakałem leżąc nagi, jak piekące mnie południowe słońce. Nie wiem ile to trwało, bo czas przestał dla mnie istnieć. Zrozpaczony byłem gotowy umrzeć i nagle! Nie wiadomo skąd. Przyszła do mnie ta specyficzna energia, której nie zapomnę do końca moich dni. Była to energia przejrzystości. Miała w sobie to specyficzne rześkie uczucie, które ogarnęło moje ciało i umysł prostotą jasności.

Zobaczyłem, że muszę zaprzestać budowania swojej ludzkiej tożsamości, ale po prostu pozwolić jej umrzeć. Muszę odpuścić swoje poszukiwanie oświecenia i poczucie bycia kimś lepszym, i pozostać po prostu sobą: nagim istnieniem bez żadnej historii. Zrobiłem to więc. Dokonałem świadomego wyboru. Po prostu pozwoliłem. Powiedziałem: TAK. Poczułem ulgę. Moje energie znowu zaczęły płynąć. Wróciłem do miasta i wszystko się ułożyło. Zbiegi okoliczności sprawiły, że w końcu zarobiłem potrzebne pieniądze, wynająłem mieszkanie i moje życie mogło płynąć dalej. Choć było tak bliskie końca.


Minęło kilka lat i oto coś bardzo podobnego wydarzyło się ponownie! Choć od tamtego doświadczenia minęło wiele lat, to miałem wrażenie, że jest dokładnie tak samo! To było to samo doświadczenie. Inne miejsce i okoliczności, ale energia bardzo podobna. Pomyślałem sobie, że energetyczna spirala moich doświadczeń zatoczyła wielkie koło i znowu konfrontowałem aspekty kryształu o nazwie Topaz.

Cóż, może to dość fantazyjna nazwa dla tych aspektów, ale taki już jestem — wszystko musi być dla mnie fantazyjne! Inaczej życie nie miałoby sensu.

Tym razem jednak wydarzyło się to dużo szybciej i z większą gracją. Nie musiałem tracić dachu nad głową itd. Miałem już mądrość zebraną z poprzednich cyklów mojej spirali doświadczeń i teraz mogłem lepiej poradzić sobie z tymi aspektami. Rzeczywistość nie musiała mnie już do tego zmuszać, jak kiedyś.

W ogóle, tak nawiasem mówiąc, czas jest wielką iluzją i choć mnie, jako człowiekowi, zdaje się że upłynęło wiele lat, to energetycznie byłem w tej samej, spiralnej chwili teraz. Doświadczałem tylko jej odmiennej perspektywy. Och, to temat na oddzielny rozdział.

W każdym razie tym razem miałem większą świadomość — czy może po prostu większą przejrzystość. A więc nie musiałem jej iść i odnajdywać, jak ostatnim razem. Spacerowałem po mieście i po prostu pozwalałem sobie odczuwać wszystko, co czułem. Kusiło mnie, aby pojechać do lasu, ale czułem że może jednak zdążę jeszcze na następny pociąg do Warszawy. Bo miałem jechać na pewne intrygujące spotkanie z grupą duchowych poszukiwaczy, ale jakoś mi to nie wychodziło. Kupiłem złe bilety na autobus. Potem pociąg mi uciekł. Bus się zepsuł i już nie wiedziałem co mam począć. Przysiadłem na jednej z parkowych ławek nieopodal dworca kolejowego i nagle usłyszałem w sobie głos…


— Przestań opowiadać te wszystkie stare historie! — powiedział głos we mnie. — Słuchaj i czuj energie! Rozluźnij swój uchwyt i po prostu pozwalaj wszystkiemu być takim, jakie jest!


W moim umyśle pojawił się obraz róży, która emanowała delikatnym, różowym (a jakże!), pachnącym światłem akceptacji.


— O co tutaj chodzi? — zapytałem. — Dlaczego tak jest? Czemu nic nie płynie? Wciąż się borykam z tym samym brakiem dostatku, brakiem nawet chęci do życia… wybieram tak usilnie, codziennie! — moje ludzkie ja dramatyzowało na swój, jakże dobrze znany mi sposób. Miałem dla niego akceptację, choć wiedziałem, że nawet nie mówi prawdy. Pozwalałem mu płakać i czuć się, jak najgorszy człowiek stąpający po Ziemi.


— Zamknij się! Słuchaj i czuj wszystko, co czujesz — odpowiedział w końcu przyjacielski, lecz stanowczy głos mojej Duszy.

Wziąłem kilka głębokich oddechów i skupiłem swoją uwagę na chwili teraz, na zmysłowych doznaniach. Mój umysł był rozszalały od emocji, ale uspokoiłem się w końcu i zacząłem śpiewać. Tak, sam do siebie. Chodziłem i śpiewałem, o wszystkim, co czułem, aż rozemocjonowane energie wygładziły się i mogłem pójść na pociąg. Choć właściwie to musiałem biec, ale udało się., zdążyłem. Wciąż nie miałem przejrzystości, co tutaj się dzieje, ale czułem, że niebawem sama do mnie przyjdzie.


I przyszła parę godzin później, gdy jadąc warszawską kolejką miejską linii S1 na rzeczone duchowe spotkanie, zobaczyłem wielki bilbord z napisem: Hotel Topaz — jesteśmy najlepsi na świecie.

No tak! Olśniło mnie. A przez całe ciało przebiegły słodkie dreszcze intuicji i zrozumienia. To znowu dynamika bycia wyjątkowym, lepszym niż inni — Topaz.

Jest to tak silnie uwodzicielska gra. Właściwie większość uduchowionych (i nie tylko) osób, które znam, wciąż bawi się w tą grę Gdybym nie stworzył tych wszystkich przejść po drodze, to i ja z pewnością wciągnąłbym się w jej sidła a wtedy spotkanie byłoby wielką klapą. Walką o prym i energie, zamiast czymś pięknym, pełnym dzielenia się Prawdą na poziomie serca.

Po raz kolejny przyjąłem przejrzystość Duszy. Przejrzystość na temat kryształu o nazwie Topaz. Moja rzeczywistość sama naprowadziła mnie na tą przejrzystość. Wystarczyło otworzyć się i po prostu słuchać.

I to jest nawet zabawne, bo Top-az oznacza bycie Top — bycie najlepszym (po ang. top znaczy górny, czyli najlepszy). Jest to ciągłe udowadnianie innym jakim to wspaniale oświeconym mistrzem nie jestem. A to jest wielka iluzja! Gra. Karmienie energetyczne. I też wcale nie jest to prawda, bo wcale nie o to chodzi w duchowym oświeceniu.

Nierównowaga Światła

Topaz to greckie słowo oznaczające poszukiwanie. To esencja duchowej ścieżki. Wszyscy adepci oświecenia konfrontują ten kryształ — czyli strukturę energetyczną, która jest niczym więcej, tylko wielką iluzją. Jest wręcz antytezą prawdziwego oświecenia, ponieważ zakłada, że nie jesteś jeszcze dostatecznie oświecony. I nigdy nie będziesz!

W samym rdzeniu jest to po prostu brak miłości do siebie. Nie kochając siebie w pełni, jako człowieka, którym jesteś, wciąż dążysz do wyimaginowanego ideału, myśląc że gdy już go osiągniesz, to wtedy będziesz super. Będziesz mistrzem. Ciągle próbujesz ulepszać siebie i porównujesz się z innymi ludźmi, pragnąć czuć, że jesteś lepszy, bardziej oświecony. Chcesz czuć, że masz większą moc i władzę nad rzeczywistością. To czysta iluzja i wielkie kłamstwo duchowego ego.

Oczywiście to łatwa gra. Wmawiasz sobie, że jesteś kimś wyżej niż reszta ludzkości i wcale nie jest to takie trudne. Ale raz na jakiś czas, w końcu spotykasz kogoś, kto sprawia, że twoja pozycja jest zagrożona. Porównujesz się do tej osoby i albo wpadasz poczucie niższości, albo za wszelką cenę starasz się udowodnić, że jednak to ty jesteś najlepszy.

Takie działanie powoduje coś, co nazywa się nierównowagą światła. Wpadając weń zaczynasz negować i zamykać w sobie te części siebie, które nie pasują do obrazka wielce oświeconego mistrza. Zaczynasz dzielić sam siebie na to, co ciemne i to, co światłe. Ciemność spychasz i ukrywasz w podświadomości. A światło eksponujesz ponad wyraz i stajesz się nieautentyczny. Zaczynasz udawać kogoś, kim nie jesteś. To powoduje brak równowagi w twoim polu energetycznym a potem w ciele i umyśle. Ten niezdrowy nawyk prowadzi w końcu do manifestacji zepchniętej ciemności w świecie zewnętrznym — czyli tarapaty.

Rzeczywistość jest tylko odbiciem tego, co mamy w środku. Jeśli jest w nas brak równowagi, to cały świat wokół będzie to odzwierciedlał i zaczną się pojawiać trudności, które tak naprawdę mają na celu jedynie pomóc nam powrócić do równowagi. Przyjąć z powrotem i zaakceptować wszystkie części siebie.

Topaz to uwodzicielska dynamika., w którą wpadają wszyscy adepci duchowego mistrzostwa.

Bycie mistrzem

A bycie mistrzem wcale nie ma nic wspólnego z byciem jakimś nie wiadomo jak doskonałym super-człowiekiem! To coś bardzo prostego. To coś, co płynie z serca i jest naturalne. To oznacza zejście z szachownicy, zamiast ciągłe próbować, aby stać się jej królem/królową, albo jakimkolwiek innym pionkiem.


Spotkałem na swojej drodze wielu oświeconych ludzi. I zacząłem widzieć, jak bardzo starają się być najlepsi ze wszystkich. Jezus, Marian! Ja też w to czasem wpadam! Ileż już razy porównywałem siebie do innych i starałem się udowodnić sam sobie, że jestem lepszy, bardziej oświecony, wspanialszy, większy, bardziej w łasce, itd. Opowiadałem te niezliczone stare historie, które mają udowodnić jaki to nie jestem zajebisty, podczas gdy wcale tak nie jest! To najzwyklejsza gra w moc. To tylko programowanie obecne w umyśle każdego człowieka. Programowanie oparte o wierzenie w coś, co potocznie nazywa się mocą.

A to wielka, ohydna, paskudna iluzja! To gra wirusa energii seksualnych, który właśnie dzięki temu, znalazł swoją drogę również do świata duchowego. I dziś tak wielu adeptów oświecenia wpada wprost w jego sidła. Wciąż starają się zostać królem/królową szachownicy! A to w ogóle nie o, to chodzi! Nie chodzi o to, aby stać się jakimś wszechmocnym super-bohaterem, najlepszym z ludzi, czy jakimś świętym. Chodzi o to, aby to wszystko uwolnić. Chodzi o wyjście poza Matrix (szachownicę), bo tylko wtedy możesz odkryć, kim jesteś naprawdę. To, że jesteś… ŚWIADOMOŚCIĄ poza czasem, przestrzenią, energią i jakąkolwiek mocą. To, że masz całą energię, jakiej potrzebujesz w samym sobie i nie musisz walczyć z innymi pionkami o dominację, aby zdobyć więcej energii.


Bycie mistrzem to wolność. To odpuszczenie. To brak tożsamości. Jesteś tak w pełni obecny w chwili teraz, ufając sobie i kochając siebie, że nie potrzebujesz określać swojego ja na podstawie tego, jak widzą Cię inni. Nie potrzebujesz też wtedy nikomu imponować, opowiadając stare wyolbrzymione historie. Stajesz się niewinny, nagi, trochę jak dziecko, które po prostu doświadcza bez żadnej agendy, będąc w pełni sobą. Po prostu i już.

Misterium

Przebudzony z popołudniowej drzemki, siedzę wieczorem w ogrodzie. Pachnie deszczem. W powietrzu relaks i słodkie nuty radości wymieszane z szarą goryczą masowej świadomości. Mój pies przynosi mi pudełko patyczków do uszu i olejek z czarnuszki o nazwie Misterium. Śmieję się, gdy pociesznie macha ogonem.

Co ty robisz?! — krzyczę w końcu, jakby z opóźnionym zapłonem, bo to przecież patyczki do uszu, zaraz będą do wyrzucenia. — Zły pies!

Po chwili zdaję sobie sprawę, że w tym jest dla mnie informacja! Przekaz jest jednoznaczny — słuchaj! Słuchaj Misterium, które Cię otacza!


Słucham więc.


I muszę powiedzieć, że moje życie jest po prostu pełne magii. Dzieje się nieustannie i na każdym kroku. Nic już nie jest zwykłe i przypadkowe — wszystko składa się w abstrakcyjny pejzaż. Kiedy ktoś mi mówi, że w swoim oświeceniu jest znudzonym Mistrzem, uśmiecham się bo wiem doskonale, że po prostu jeszcze tego nie złapał. Jeszcze nie otworzył się na prawdziwą Świadomość Poza, w której o żadnej nudzie nie ma nawet mowy! Nie otworzył się na większy krajobraz rzeczywistości, przepełniony metaforami duchowej głębi i nieustanną destylacją energii do wielowymiarowej mądrości. Nie ma w tym miejsca na żadną nudę.


To wszystko jest bardzo proste, lecz na wskroś mistyczne. Nie rozumiem jak to działa i nawet nie chcę. Wystarczy mi, że w jakiś sposób nauczyłem się wyławiać ze wszystkiego perły mądrości i komunikacji od… jak to nazwać? Najlepsze słowo to chyba właśnie świadomość. Moja własna wielowymiarowa esencja, które obejmuje fizyczność i pełnie mnie, jako człowieka, ale jednocześnie zawiera w sobie coś więcej. Jakieś Misterium, którego ni w ząb nie da się opisać.


A jednak jest. Nieustannie. Nieprzerwanie. Zawsze i ciągle. Nie potrafię się nudzić. Wszystko wciąż do mnie przemawia, opowiada historie, daje odmienne perspektywy, sprawia że widzę tkaninę otaczającego mnie życia. Och, tak ciężko to wyjaśnić. Czasem sobie myślę, że gdybym komuś opowiedział to wszystko, co widzę, czuję i słyszę, to pomyślałby z całą pewnością, że oszalałem. Ale ja nie oszalałem. Ja po prostu stałem się prostym mistrzem świadomości. Wielowymiarowym maestro nowej energii. I nawet inni uduchowieni ludzie, których spotykam myślą sobie czasem, że chyba coś się mi pomieszało. Kiedyś ich osądzałem, myśląc że są ślepcami do kwadratu zamkniętymi we własnym Topaz, we własnym krysztale tożsamości.


Och tak często, niestety, swoją duchowością próbują tylko dodać swojemu kryształowi nieco więcej blasku i chwały. Polerują kraty swojego więzienia, chcąc udowodnić swoją wyjątkowość. Chcą czuć się lepsi od pospolitych ludzi, bo nie widzą tego, że pospolici ludzie nie istnieją! Nie. Każdy człowiek jest Mistrzem w swojej podróży i osądzanie kogokolwiek jako oświeconego, bądź nie jest paskudną grą i karmieniem energetycznym. Jest kryształem, który nazywa się Topaz.


Zapalam papierosa i biorę łyk zimnego piwa.

Siedzę i słucham dalej, trzymając na kolanach pudełko patyczków do uszu, wysmarowany czarnym olejkiem o nazwie Misterium. Palę miętowego papierosa i oddycham głęboko zrazem. W końcu moja świadomość otwiera się i czuję te specyficzne świeże energie… niebieskie iskierki. Widzę jak tańczą wokół mnie. Głęboki oddech… wiem, że to mój niefizyczny przyjaciel, As Pik, przesyła mi telepatyczną komunikację. Biorę kolejny głęboki oddech i mówię:


— Witaj przyjacielu, dlaczego przybywasz do mnie?

— Cóż. Po prostu Cię kocham!

— No tak, ja też kocham siebie… z resztą co to w ogóle znaczy kochać?

— Co to znaczy… co to znaczy? Czuj energię, głupcze! Tylko umysł pyta!

— Hahaha, no tak. Czy ty musisz zawsze mieć rację?

— Właściwie to chciałem Ci powiedzieć, że Cię podziwiam.

— Dobra, już dobra… mam to gdzieś. Co jeszcze chciałeś mi powiedzieć?

— Podziel się tym — powiedział As.

— Tylko po co? — odrzekłem gorzko.

— No wiesz, czemu by nie pozwolić tej energii pójść dalej, bo w końcu będzie mogła do Ciebie wrócić. Wiesz, to chyba właśnie tym jest miłość, nie?!

— Tak. Miłość to dzielenie się… masz rację, Asie.

— Najpiękniejsza w całej Kreacji! Panie Niesamowity!

— Niesamowity, powiadasz. Sam mnie uczyłeś, że komplementy to karmienie energetyczne a teraz mi je prawisz!

— Po prostu poczuj to! Właściwie to uważam, że jesteś tak niesamowity, że chciałbym być na twoim miejscu!

— Hahahaha… to dla mnie bez znaczenia czy mnie podziwiasz czy mną gardzisz, przyjacielu. — Odrzekłem zuchwale. — Ale faktycznie, czasem sam jestem pełen zachwytu dla Siebie i tego, jak doskonale wszystko tworzę. Jako człowiek czasem narzekam i myślę sobie, że jestem chyba najgorszym mistrzem pod słońcem, ale czasem… cóż, sam wiesz. Widzę głębię wszystkiego i czuję w sobie wielką mądrość! Myślę, że jestem genialny…

— A tak przy okazji, to może podzielisz się właśnie tym, co spostrzegłeś apropos biologicznych linii krwi?

— Przecież tego nikt nie zrozumie! Powiedzą, że oszalałem!

— Hahaha, wszyscy już i tak to myślą, więc to bez znaczenia, prawda?

— Hmm…

Szachownica

Otóż więc spostrzegłem, że cały świat to jedna wielka szachownica jasnych i ciemnych energii. A wszyscy ludzie to pionki na tej szachownicy, które próbują zdobywać tą energię na wszelakie sposoby.

Istnieje kilka rodzajów pionków. Są pionki najzwyklejsze, czyli klasa robotnicza. Są też pionki wojskowe, czyli szachowe Wieże. Laufry to duchowieństwo i w ogóle duchowi poszukiwacze. Gońce to biznesmeni. Król, królowa i królówka to elita — najbogatsi, najmocniejsi, „mistrzowie” szachownicy.

Ten opis może nie jest bezpośrednio dokładny, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że każda rodzina, każde nazwisko i rodowód to kontynuacja pewnych energetycznych szablonów, które określają twoją rolę i pozycję na szachownicy. To ile energii Ci się należy. A więc też to, ile możesz mieć pieniędzy, sukcesu i statusu społecznego w swoim życiu.


Ja na ten przykład urodziłem się w rodzinie chłopsko-robotniczej, więc według programowania masowej świadomości nie mam zbyt wielu perspektyw na życie. Generalnie mam sprzątać, pracować i służyć tym, którzy są nade mną. Jest to bardzo silne programowanie, które wiąże się również z energetyką mózgu i ciała.

Mój umysł jest silnie zaprogramowany, abym mógł mieć tylko określoną, dość małą ilość dostatku w życiu. Każda nadwyżka energii, jaką wytworzę jest mi telepatycznie zabierana i oddawana dla tych, którzy są wyżej w tej społecznej drabinie. Nawet nie muszę znać tych osób. Taka kradzież energii dzieje się w snach nocą, telepatycznie w ciągu dnia i dosłownie, fizycznie.

Właściwie, to najłatwiej to zauważyć podczas robienia zakupów w dużym supermarkecie. Wystarczy czuć i obserwować nieustanną wymianę energii. To, jak każdy człowiek przynależy do określonej klasy i według tego przysługuje mu określona ilość energii. Rzecz jasna przekłada się to również na pieniądze.


Wiem, że to brzmi jak jakaś konspiracja, ale tak nie jest. To bardzo prosty mechanizm, który można z łatwością dostrzec, kiedy zejdzie się z szachownicy i porzuci walkę o energię. Trzeba jakby stanąć za niskim murkiem i obserwować dynamiki energii, nie angażując się weń. Sęk w tym, że czasem to nie jest takie łatwe! Bo gra o energię to silny, głęboko w nas zakorzeniony, wprogramowany mechanizm, który jest też bardzo uwodzicielski. W szczególności, gdy twoja biologiczna rodzina jest jedną z wyżej położonych w społecznej hierarchii. Wtedy oczywiście jesteś tym „na górze” i to ty pobierasz energie od tych o niższym statusie, więc masz więcej do stracenia. Niechętnie zrezygnujesz z tego energetycznego karmienia.

Wielu nawet uważa, że taki jest boski porządek rzeczy i starają się go za wszelką cenę zachować. Mają zbyt wiele do stracenia. Nie rozumieją, że ich moc jest iluzją. Skumulowali ją w swojej rodzinie przez tysiące lat i teraz trzymają w garści. Ba! Niektórych można nawet spotkać wśród uduchowionych adeptów oświecenia. Jakaś część w nich chce wolności, a druga część boi się odłączyć od rodzinnej mocy… i pieniędzy. Więc kontynuują swoją grę. Polerują kraty swojego więzienia, imponują co naiwniejszym, jacy to nie są już łoświeceni i najlepsi — Topaz w akcji.

Wielu myśli sobie nawet, że na tym polega bycie zrealizowanym mistrzem. Myślą, że chodzi o to, aby stać się jak najlepszym pionkiem na szachownicy. Chcą stać się mistrzami szachownicy. Ale to nie będzie działać. Po prostu nie będzie. Prędzej czy później musi się rozpaść.


I ja też tak myślałem. Myślałem, że bycie mistrzem to moc i magiczne umiejętności; że to pieniądze, sława i spryt — ależ dziecinada! To w ogóle nie oto chodzi! To takie śmieszne, że aż chce mi się płakać. Całe szczęście popełniłem wiele „błędów”, które sprawiły, że przejrzałem na oczy. O tak, dla mnie jako człowieka jawiło się to jako błędy. Dopiero później przychodziła mądrość i zachwyt nad geniuszem mojej kreacji. Błędy to tak naprawdę naturalny, choć z punktu logiki irracjonalny, mechanizm wprowadzania potencjałów wolności Duszy. Człowiek chce sukcesu i wygody a mistrz widzi większy obrazek i nakierowuje energie do wyższych potencjałów wolności.

W tym punkcie jestem. Schodzę z szachownicy. Rezygnuję z mocy. Pozwalam dalej na ten proces wewnętrznej wolności. Nic innego nie ma dla mnie znaczenia!

Czarodziejski Duch

Było tuż przed świtem. Panował pozorny spokój, gdy zegarek pokazywał 3:33 am. Ambroży nie był pewien, czy nocne malowanie w takim stanie energii przyniesie coś dobrego, stał więc tylko z pędzlem w dłoni, odczuwając cichą szarpaninę otaczających go energii.

Nie zawiał nawet jeden wietrzyk, nie poruszyło się absolutnie nic. Rzeczywistość fizyczna snuła się lekko niczym pajęczyna, pogrążona w swych snach. A jednak powietrze aż buzowało od szorstkich psychicznych energii. Ambroży wziął głęboki oddech. Przesycone ludzkimi snami powietrze drapało w gardło. Gniew. Rozdrażnienie. Konfuzja. Wiedział, że to tylko senne wibracje emitowane przez otaczających go „lunatyków”. Ludzi tułających się po między-wymiarowych przestrzeniach sennych krain.

Leżą w swoich łóżkach a jednocześnie tułają się wszędzie dokoła, szukając ulgi od codziennych trosk; spełnienia dramatycznych marzeń; uwolnienia od zgiełku własnych myśli i ograniczeń fizycznej rzeczywistości.

Powietrze buzowało od tych niewerbalnych, energetycznych ekspresji. I choć oczy nie widzą, a uszy nie słyszą, to jest w człowieku jakiś inny zmysł, który sprawia, że odczuwa się atmosferę tych niefizycznych energii. Człowiek czuje to jakby przez skórę. I to nawet żadna tajemnica. To już nawet nie jest tylko jakieś ezoteryczne domniemanie, bo współczesna nauka zaczyna potwierdzać istnienie psychicznych energii oraz to, że mają niebagatelny wpływ na nasze samopoczucie i zachowanie.

Po kilkunastu minutach, Ambroży nabrał w końcu turkusowej farby na miękkie włosie grubego pędzla i, wbrew rozdrażnieniu, zaczął nakładać ją na chropowatą biel płótna. Leciały iskry. Gniew rozbłysł w jego oczach, pasja roznieciła się a dłoń zaczęła drgać, niczym lina pod stopami stąpającego po niej, ostrożnego fakira.

Wziął kolejny głęboki oddech i mimowolnie powędrował swoją świadomością do wczorajszego spaceru po bezprecedensowym łonie natury. I cóż to za synchronia, że akurat teraz maluje kobiece łono, symbolizujące słodycz i piękno życia — piękno Natury! Cóż za zbieg okoliczności, że wczoraj stąpał po takim łonie, które choć piękne i czyste w swej esencji, to również naznaczone piętnem przeszłości, pieniącej się w ziemi niczym wzburzone piwo psychicznych energii — pamięci całych wieków wykorzystywania, gwałcenia i bólu.

Oto Polska — myślał sobie wczoraj, stąpając ścieżką Rezerwatu Krępiec, nieopodal mazowieckich Kozienic, odczuwając całą gamę najróżniejszych energii zaklętych w ziemi. Oto Polska — myślał sobie teraz, malując turkusowy szlak na płótnie Boskiej Cipki. Kraina piękna i słodyczy. Okryta płachtą bólu, wyzysku i niespełnionych marzeń o wolności. Wszędzie pomniki straceńców, walk, partyzantów, męczenników, ofiar i bohaterów. Każdy krok po tej tętniącej życiem, leśnej ziemi, jest czerwony od sączącej się w niej krwi przeszłości. Są jednak miejsca tak magiczne i na wskroś przesycone energią życiowej siły, że nawet krew wojennych grabieży nie zdołała zmącić ich czystości. Takim właśnie miejscem jest krystaliczne źródło, zwane Krypianka, które wije się jako magiczny turkusowo-zielony wąż, wąwozami żyznych ziem Rezerwatu Krępiec, na północnych rubieżach prastarej Puszczy Kozienickiej.

Przekroczywszy próg lasu ujrzał rzeźbioną bramę, prowadzącą do źródełka — strzegącą go parę zakochanych. Stali wyrzeźbieni w dębowych filarach, emanując pierwotnym szczęściem i urodzajem tej krainy, a jednocześnie jakimś smutkiem, troską. Mimo wszystko, jednak, ma się wrażenie, że stoją tam dumni! A ich szlachetne rysy przypominają wszystkim strudzonym wędrowcom o prawdzie, która mieszka w ludzkim sercu i triumfuje życiowym tchnieniem w bogactwie otaczającej natury.

Na tablicy informacyjnej opisano ich legendę. Historię miłości wykraczającej poza dzisiejsze ramy. Miłości pomiędzy Krepem — duchem Natury — oraz Anką, wiejską dziewczyną. A na końcu opowieści dające do myślenia słowa:

„Duchy leśne już dziś rzadziej można spotkać. Pozostają jednak po nich ślady w postaci nazw rzek, uroczysk i ługów.”

Po grzbiecie Ambrożego przeszedł dreszcz intuicji. Ogarnęło go podniecenie, chciał podzielić się tym uczuciem ze swoją ukochaną, swoją własną Anką, na szczęście jednak nie było zasięgu. Na szczęście, ponieważ w głębi duszy wiedział, że najpierw sam musi doświadczyć tego, co skrywa w sobie to miejsce — ze wszystkimi najróżniejszymi warstwami energii i uczuć.. Czuł, że jest tam dar do przyjęcia i musi go przyjąć samodzielnie. Bez kontaktu z resztą świata. A będąc bardzo otwartym na odczuwanie psychicznych energii, już stojąc u rzeźbionych wrót Krępca, intuicyjnie czuł, co się za nimi kryje.

Przekroczył je i schodząc po skrzypiących drewnianych schodach zanurzył się w samym sercu tego miejsca.

Woda w źródełku była pyszna. Zimna. Soczysta. Pełna żaru życia. Jeden łyk rozbudzał wszystkie zmysły. Głęboki oddech tej atmosfery napełniał serce nadzieją i odpuszczeniem. Pragnieniem, aby zanurzyć się głębiej w tym słodkim łonie natury. Nic dziwnego, że sama legenda powstania tego źródła jest historią miłości. Tyle tylko, że miłości którą dziś trochę trudno nam pojąć. Miłości między kobietą a… duchem natury. Między Anką i Krepem, których oblicza strzegą wrót do tego uroczyska.


Krep był, a może wciąż jest, duchem, jakich pełno w zapomnianej dziś słowiańskiej mitologii i duchowości. I choć ta opowieść dotyczy zamierzchłej przeszłości, to psychiczne energie Rezerwatu Krępiec są wciąż żywe. I nie trzeba wiele, aby samemu to stwierdzić. Nie sposób nie zauważyć wspaniałych zmian, jakie zachodzą w ciele i umyśle człowieka, gdy spaceruje się po Krępcu. Czyste energie oczyszczają i odmładzają wszystkie tkanki, choć są też miejsca gdzie szorstkie piętno przeszłości maskuje naturalną słodycz. O czym Ambroży miał się zaraz przekonać na własnej skórze!

Warto dodać, że takich miejsc jest w Polsce i na całym świecie wciąż bardzo dużo. Ambroży odwiedził już wiele z nich i bardzo cieszyło go, że dziś, całkiem przypadkiem, trafił również tutaj.


Nabrawszy źródlanej wody, wyruszył w głąb malowniczej puszczy, trzymając się biegu źródełka, które powolutku przeradzało się w małą rzekę. Po półgodziny spokojnego marszu był już z dala od hałasów cywilizacji. Nie było nikogo. Nie było słychać niczego, prócz delikatnego szumu drzew i szmeru strumienia. Czasem zabrzęczała jakaś muszka, albo natrętny komar, pragnący krwi. Klaśnięciem dłoni Ambroży powalał je na ziemię, aby móc w spokoju położyć się i popluskać w dziewiczych energiach natury.

Po chwili beztroskiego wylegiwania się na brzegu Krypianki (tak bowiem nazwano ten strumień) i wsłuchiwania w delikatny ambient lasu, jego świadomość otworzyła się a zmysły wyostrzyły. Obserwował, jak wyparowują z niego psychiczne energie minionych dni. Ludzi, z którymi się spotykał, wydarzeń które miały miejsce; myśli i emocji, które ugrzęzły w nim, choć wcale nie były jego. Tak to właśnie jest z psychicznymi energiami. Bywają lepkie i łatwo nimi przesiąknąć, szczególnie gdy jest się człowiekiem serdecznym i otwartym.

Ludzie, którzy są skupieni głównie na swoich umysłach, nie są aż tak wrażliwi, ponieważ generują wokół siebie nieprzepuszczalną warstwę ochronną elektromagnetycznych, mentalnych energii. Po prostu boją się otworzyć na odczuwanie energii, więc skupiają niemal całą swoją świadomość w głowie, aby dzięki elektromagnetycznej wibracji umysłu wytworzyć wokół siebie swoistą barierę ochronną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 44.53
drukowana A5
Kolorowa
za 67.6