E-book
12.15
drukowana A5
36.46
VIDE

Bezpłatny fragment - VIDE


5
Objętość:
250 str.
ISBN:
978-83-8126-097-8
E-book
za 12.15
drukowana A5
za 36.46

Prolog

Mały miś do lasu bał się iść,

Ze strachu drżał jak liść, pluszowy miś

Mroczny las, tam wilki zjedzą nas…

Był środek nocy. Okrągły księżyc górował na gwieździstym niebie, roztaczając swój blask nad ciemnym lasem. Drzewa piętrzące się wysoko w górę wykrzywiały gałęzie w chaotycznym tańcu. Wiły się w każdą stronę i plotły ze sobą. Tworzyły jedność, nierozerwalne sidła zamiast koron drzew. Litości nie znały, grzechem zbrukane były ich pnie. I tylko wiatr miał przyzwolenie kołysać nimi w rytm melodii szeptanej przez leśne zmory.

W dole nocna pora spowiła mgłą cierniste krzewy, wysokie trawy i wszelkie rośliny porastające leśne runo. Zwierzęta już dawno okryła płaszczem snu. Tylko niektóre, nocne marki, buszowały wśród opadłych liści w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Ich szelesty były głuchym szeptem pośród obłędnej ciszy, jaka panowała wokół.

Las. Coś w nim jest, coś niepojętego, niezbadanego wręcz. Gdzieś w odległej jego części, nieistniejącej dla reszty świata, drzewa zostały wycięte, a na ich miejscu powstał budynek. Duży, murowany budynek, niczym twierdza ukryta w buszu. Czym był i co ukrywał w swym wnętrzu…

Chłód przenikał tu każdą cząsteczkę powietrza. Wodne drobinki płynęły wolno niczym widmowy statek pośrodku oceanu. Mroku złączonego z szarością mgły nie był w stanie rozświetlić nawet srebrzysty księżyc. Nic tylko pustka panowała i strach, który dał się słyszeć nieopodal.

Postękiwanie dziecka przerywało grobową ciszę. Rozpaczliwy skowyt próbującej uwolnić się z uwięzi dziewczynki. Na próżno. Wrzucona w klatkę zbudowaną z metalowych prętów, specjalnie wzmocnionych, nie miała szans na ratunek. Biedne dziecko. Nie poddawało się. Jej sine już ręce drętwiały od bólu, lecz wciąż nie przestawała rozważać prętów klatki. Bo dlaczego była zamknięta jak dzikie zwierzę? Ona, ośmioletnia dziewczynka nie mogła stanowić zagrożenia.

Gorzkie łzy spływały po jej zmarzniętych policzkach. Ubrana jedynie w krótką sukienkę, którą dostała w prezencie komunijnym, drżała na całym ciele, zziębnięta do szpiku kości. Tylko jej głowa rozpalała się przerażeniem i natłokiem myśli kręcących się wokół mamy, której nie było obok.

I wtedy usłyszała hałas. Nagły, lecz cichy, dochodzący od strony budynku. Natychmiast puściła metalowe pręty, wstrzymując przy tym oddech, by przypadkiem nie wydać z siebie ani jednego jęku. Sekunda ciszy i znów. Jedno szybkie skrzypnięcie drzwi. Ktoś tam był, wychodził z budzącej strach twierdzy. I zbliżał się wolnymi, cichymi krokami.

Dziewczynka przesunęła się w głąb klatki. Skulona objęła gołe kolana, a lodowate pręty ziębiły jej plecy. Oczami zalanymi od łez zapatrzyła się we mgłę, czekając na to coś, co zaraz może ją skrzywdzić.

Niczym z innego świata, okrytego wieczną szarością i potępieniem, powoli wyłoniła się mała postać. Był to chłopiec w wieku podobnym do uwięzionej. Ubrany na czarno. Na głowie miał kaptur, a spod niego wystawały ciemne kosmyki włosów. Jak mały złoczyńca podchodził do klatki bardzo obojętnym, lecz pewnym sobie krokiem. Jakoby ta sytuacja nie była niczym nienormalnym. Jego twarz jak na dziecko wyglądała bardzo dojrzale, a jego oczy, ogromne jak dwa czarne kryształy stanowiły kolejną zagadkę. Nie patrzył wprost, nie spoglądał na ofiarę zamkniętą tuż przed nim. Przystawił jedynie palec wskazujący do ust, a z kieszeni swojej szerokiej bluzy wyjął srebrny kluczyk. A potem złapał za kłódkę i otworzył klatkę.

— Uciekaj stąd! — szepnął rozkazująco, odsuwając się nieco w bok.

Ale dziewczynka nawet nie drgnęła. Wpatrzona w tajemniczego chłopca nie była pewna, czy może mu zaufać. Był dla niej całkowicie obcy, budzący dziwną trwogę, której nie rozumiała. Bała się całej sytuacji, także jego.

W końcu spojrzał na nią dużymi oczami. Bez uśmiechu, bez pogody na twarzy. Zdjął kaptur z głowy. Jego włosy były poczochrane, jakby nie czesał ich od kilku dni. Miał intrygującą urodę, skórę bez dotknięcia światła dnia. Ponownie zrobił krok ku klatce i otworzył na oścież jej wyjście.

— Jak masz na imię? — zapytał.

Otarła twarz z łez i pociągnęła nosem. Objęła wzrokiem całą jego osobę i dopiero po chwili wymówiła ochryple:

— Rosine.

— Uwalniam cię, Rosine.

Wyciągnął ku niej dłoń, małą rączkę podobną do niej samej, tylko miejscami otartą, zadrapaną. Złapała ją, wychodząc z klatki z jego pomocą. I stanęła naprzeciw, nie wiedząc, co dalej.

— Uciekaj. W tamtą stronę. — Wskazał ręką kierunek. — I pospiesz się.

— Chodź też — szepnęła.

— Gdzie?

— Do miasteczka. Ucieknij razem ze mną.

— Ja? — zdziwił się. — Ja należę do nich. Nie mogę opuścić lasu.

— Dlaczego? Ty nie jesteś zły.

Wpatrywał się przez moment w dziewczynkę w zielonej sukience. Byli tego samego wzrostu, w podobnym wieku. Dwoje dzieci z dwóch różnych światów. On pochodzący z dna piekieł, z najgłębszych zakamarków mroku. Ona jak niewinny kwiat, delikatny, jaśniejący w blasku słońca. Niczym noc i dzień. Tak zostali stworzeni, przeznaczeni do czegoś niepojętego.

Chłopiec pokręcił przecząco głową. Założył z powrotem kaptur i rzekł:

— Pospiesz się. Zanim po ciebie wrócą.

A potem zniknął, wbiegając w gęstą mgłę wprost do murowanego budynku pośrodku lasu, który był jego domem.

*

Nastał brzask. Słońce wyłaniało się zza horyzontu, oświetlając opustoszałe ulice zapomnianego przez resztę świata miasteczka. Była niedziela, dzień wolny od wszelkiej pracy. Ludzie leżeli w swoich łóżkach wciąż zaklęci czarem snu. Nie mieli powodu, by wcześnie wstawać. Jedynie ptaki obudziły się skoro świt i śpiewały pieśni znane tylko sobie.

Wśród drzew stanowiących kraniec lasu, granicę z miasteczkiem Lunit błąkała się jedna zagubiona dusza. Gdzieniegdzie ponuro pomrukiwały kruki i to za ich wołaniem mała dziewczynka zaszła tak daleko. To dzięki ich tchnieniu zdołała trafić do miejsca, w którym wczorajszego wieczora straciła świadomość.

Rosine wyszła na ulicę Le Bost. Była wyczerpana, brudna i pokaleczona. Mechanicznie stawiała kolejne kroki, podążając w stronę domu. Oczy łzawiły jej od nadmiernej ilości światła. Promienie słońca odbijały się od ciemnego asfaltu. Resztkami sił dowlokła się do własnej furtki. Przeszła dróżką pod same drzwi i zapukała. I ponownie. I znów. I zaczęła walić pięścią, a nawet kopać. I usłyszała tylko ciche miauczenie kota.

Była jak odarta z wszelkiej emocji. Wyszła na pustą ulicę. Na jej twarzy malowało się jedynie ogromne wyczerpanie. Już rozumiała wszystko. Przeszła parę kroków dalej, na miejsce, gdzie wczoraj to się wydarzyło.

Pośrodku asfaltowej drogi leżało czarne pióro. Mieniło się w blasku słońca i przyciągało ku sobie, jakby zaklęta w nim była jakaś siła. Pochodziło nie z tego miejsca, lecz stamtąd, skąd strach przenikał powietrze, a zło miało swą siedzibę. Rosine mimowolnie schyliła się po pióro. Wzięła je do ręki, czując w niezrozumiały dla siebie sposób, że musi je mieć. Przy jego końcu było coś doczepione. Cienkim sznurkiem przywiązana srebrna zawieszka. A na niej wyryte ozdobne inicjały.

A.L.

Rozdział 1

Lustro w łazience było na tyle duże, by można się w nim przejrzeć w całości. Całe szczęście. Dzisiaj każdy szczegół wizerunku odgrywał bardzo istotną rolę, a nawet najdrobniejszy mankament musiał zostać zlikwidowany. Rozkloszowana u dołu sukienka w kolorze mięty musiała idealnie przylegać do talii, a cienkie rajstopy, wyglądać tak, jakby ich w ogóle nie było. Ogólny elegancki strój mogły psuć jedynie różowe kapcie z mordką króliczka, których Rosine przed samym wyjściem musiała się koniecznie pozbyć.

Zerknęła na swoje włosy. Były długie, sięgające niemalże do pasa, o odcieniu kasztanów mieniących się w jesiennym blasku słońca. Lubiła ich wyjątkowy kolor, jedyny w swoim rodzaju. Grzebykiem przeczesała je na bok i w ostateczności stwierdziła, że dla pełnego efektu pozostawi je rozpuszczone.

— Rosine, wyłaź! Twój narzeczony już idzie! — Zza drzwi usłyszała podekscytowany wrzask Mamy. Kątem oka zerknęła na szafkę, gdzie leżał tusz do rzęs.

— Jaki narzeczony?! To nawet nie jest mój chłopak. — Znacznie przyciszyła głos: — Jeszcze.

Przewróciła oczami, łapiąc za kosmetyk. Wprawdzie nigdy się nie malowała, zresztą nie czuła takiej potrzeby w przeciwieństwie choćby do koleżanek ze szkoły, które nakładały na siebie tony makijażu. Ale dziś chciała wyglądać zniewalająco. Pierwszy raz. Bo pierwszy raz pomyślała, że może rzeczywiście Adrien traktuje ją jak kogoś więcej niż tylko swoją przyjaciółkę.

Z uwagą pomalowała rzęsy, uśmiechając się uwodzicielsko do lustra. Dziś chciała być odważna, intrygująca, zabawna, ale i tajemnicza. Pełna wdzięku i uroku. Ale też bez przesady. Nie mogła być przy tym sztuczna.

Drzwi wejściowe skrzypnęły charakterystycznym dźwiękiem, a serce Rosine zabiło szybciej. Usłyszała głosy. Dziwny śmiech (to była mama). I już wiedziała, że Adrien znalazł się w środku. Poczuła tremę przed tym spotkaniem. Co prawda już wielokrotnie gościł u niej w domu, ale niedzielny obiad z rodziną zaliczał się do jednego z tych „pierwszych razów”.

Wzięła głęboki wdech i słysząc głos taty, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

Wszyscy stali przy głównym wejściu zaraz przy łazience, więc momentalnie odwrócili się w jej stronę. I ucichli, jakby zaklęci czarem oniemienia. Utkwili swój wzrok w tej, która nigdy nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu, dziewczynie w zielonej sukience, która była piękna.

— Cześć, Adrien — ledwo wydukała z siebie nieśmiałym głosem.

Chłopak zbliżył się ku niej luźnym krokiem. Uchwycił jej rękę i z subtelną delikatnością pocałował w dłoń. Był bardzo spokojny i pewny siebie. Jak to miał w naturze.

— Wyglądasz olśniewająco — rzekł przeciągle.

Miała wrażenie, że jej twarz oblała się czerwonym rumieńcem i przypomina teraz wielkiego buraka. Przełknęła ślinę, której nawet nie miała, bo oprócz cichego „dziękuję“, nie potrafiła z siebie wydobyć żadnego dźwięku. Jej myśli zaplątały się wokół uśmiechu Adriena. Po co on właściwie tutaj przyszedł?!

Celine z ledwością powstrzymywała śmiech, widząc zakłopotanie córki. To było takie urocze, że mogłaby oglądać tę scenę codziennie. Jak typowa matka, mimo że nią nie była. Zbliżyła się do niej i na ucho szepnęła:

— Kochanie, kapcie nie pasują ci kolorystycznie. — A już zupełnie głośno, przesadnie melodyjnym tonem dodała: — Zapraszam do stołu, bo zupa wystygnie! Chodź, chodź, Adrien.

Poszedł ponaglany przez panią domu, a Rosine miała ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy okazało się, że przez tremę kompletnie zapomniała zdjąć upokarzające ją papcie. Natychmiast to zrobiła, rzucając je gdzieś daleko w korytarz i poszła do salonu.

Stół został uroczyście przygotowany, nakryty białym obrusem, tym samym, którego zawsze używali w Wigilię Bożego Narodzenia. Znalazły się też świeczki i choć nie było dwunastu potraw, to wystrój i tak wyglądał na świąteczny. Cztery talerze w kwieciste wzory, błyszczące sztućce, szklanki na kompot w eleganckich podstawkach. Z boku wazon z dopiero co zerwanymi różowymi tulipanami. Smakowity zapach unosił się ponad stołem, a Rosine w duszy dziękowała za cały trud, jaki włożyła w to mama. Zajęła miejsce obok Adriena, uśmiechając się do niej znacząco. Naprawdę zależało jej na tym, by dobrze wypaść.

— Zaczniesz znów grać na ulicach miasteczka? — zapytała Celine, podając na stół zupę jarzynową z pistou. Jej kuchenny specjał.

— Rozważałem to. I myślę, że tak. Gra na skrzypcach to moja pasja, lubię dzielić się nią z innymi.

— Jesteś uroczy. Ja osobiście uwielbiam cię słuchać, Rosi wręcz kocha, ale woli to przemilczeć.

— Tak, przemilczę… — Speszona utkwiła wzrok w talerz.

— Widzisz?

— Jest mi bardzo miło z tego powodu. — Szturchnął ją zaczepnie.

— Lunit potrzebuje takich ludzi jak ty — dodał Feliks. — Potrzeba tu choć trochę rozrywki, odrobiny jakiejś sztuki.

— Dokładnie. — Celine uśmiechnęła się zadowolona z własnej zupy. — Więc życzę wszystkim smacznego!

Zabrali się do jedzenia.

Rosine z początku miała obawy co do wspólnego obiadu. Nie do końca była przekonana, czy pomysł jej mamy jest słuszny. Tym bardziej, że z Adrienem znali się dopiero od półtora miesiąca. Rodzinny obiad zdawał się kojarzyć z parami, wręcz z narzeczeństwem i to ją przerażało. Nie było to zwykłe zaproszenie przyjaciela i bała się, by nie odebrał tego jako nachalność. Nie chciała, by tak wyszło. Ale Adrien wyglądał na zadowolonego, co więcej, na zachwyconego zaproszeniem. I miała nadzieję, że tak rzeczywiście było.

— Muszę pochwalić panią domu za pyszną zupę — odezwał się. — Rosine opowiadała mi, że jest pani świetną kucharką, ale dopiero dzisiaj miałem okazję się przekonać, że to prawda.

— Może nie aż tak świetną, ale dziękuję — zaśmiała się ucieszona.

Ukradkiem obserwowała każdy ruch Adriena, ledwo mogąc spokojnie usiedzieć na miejscu. Wiedziała, że był to idealny kandydat na męża dla córki. Lepiej nie mogła go sobie wyobrazić. Był przystojny, wysportowany, inteligentny, ale i zabawny, miał swoje pasje i był chętny do pracy. Ideał — krzyczała w duszy, a radość przepełniała ją od środka. Miała już swój wiek, pięćdziesiątka ostatnio wybiła, mąż starszy o pięć lat. Wszystkie jej koleżanki były już babciami. Ona też marzyła o ślubie Rosine i o wnukach, które później by się pojawiły. Chciałaby pomagać córce w codziennych obowiązkach. Wychodziłaby z dzieciaczkami na spacer, kupowała im zabawki…

— Celine? — Z krainy marzeń wyrwał ją Feliks.

— Tak?

— Możesz podać mi sól?

Złapała za solniczkę, która leżała na skraju stołu i podała Feliksowi, w tym samym czasie mówiąc:

— Ostatnio sąsiadka powiedziała mi, że jak się przesoli na przykład zupę, to wystarczy wrzucić do niej ziemniaka.

— Serio? — Rosine się zaśmiała.

— Poważnie. Ziemniak ma takie właściwości, że wpije do siebie tę sól.

— To ja jednak dodam tylko odrobinkę — rzekł Feliks.

— Ja też już będę pilnowała, by nie przesolić…

Spojrzeli na siebie znacząco.

— Jesteście okropni — Celina udała oburzoną. — Może to prastara metoda, której niegdyś używano w królewskich kuchniach!

— Na pewno tak było. — Adrien uśmiechnął się szeroko, a potem zwrócił do głowy rodziny: — À propos warzyw. W tym sezonie miał Pan dobre zbiory?

— Tak, co prawda w ubiegłym roku było lepiej, ale nie narzekam.

— Teraz też ta susza była — wtrąciła Rosine.

— Bardziej bym położył winę na szkodniki. Jeszcze warzywa zostawiły w spokoju, ale drzewka, szkoda gadać.

— Ale nie zmarnowaliśmy wiele. Z części nadgryzionych owoców zaprawiłam aż czternaście słoików kompotu — oznajmiła z dumą Celine.

— To rzeczywiście dużo.

— Nawet myśleliśmy, żeby je sprzedawać, bo wyszły naprawdę dobre.

— Pewnie, czemu nie. Myślę, że ludzie chętnie by kupowali domowej roboty — stwierdził Adrien.

— Potem ci zapakuję do domu. Taki mały prezencik od nas.

— Dziękuję, Celine.

Rosine spojrzała na przyjaciela, czując w sercu prawdziwy błogostan. Było dobrze. Nie drętwo, nie jakoś sztucznie. Była szczęśliwa, że tu siedzi razem z nią, z jej rodziną. Czuła spokój i tego właśnie potrzebowała.

— A wiecie, że kiedy ja byłam młoda, miałam taką koleżankę, która myślała, że zakonnice nie mają włosów! I ja jej chciałam udowodnić, że mają… — zaczęła opowiadać Celine. A kiedy ona przywoływała jakieś dawne wspomnienie, na jednym zwykle się nie kończyło, a historie ciągnęły się i rozkręcały. Było już wiadome, że do końca obiadu na pewno nie będą się nudzili.

*

Pokój Rosine był niewielki, choć bardzo przytulny. Ściany pomalowane na fiołkowy odcień nadawały pomieszczeniu ciepła i przyjemnej atmosfery. Zdobiły je rozmaite fotografie. Od tych najstarszych, kiedy jeszcze bawiła się w ogrodzie Feliksa, umorusana ziemią z góry na dół, aż po wspólne zdjęcie klasowe, te z ukończenia szkoły zrobione zaledwie trzy miesiące temu. Brązowe meble zdobiły figurki aniołów wykonane z masy solnej, a w jednym z kątów stało drzewko origami.

Siedziała na łóżku w siadzie skrzyżnym. Z magnetofonu wybrzmiewała cicha muzyka jej ulubionego zespołu, duetu pary zakochanych w sobie ludzi, którzy pisali o tym piosenki i przy okazji robili niezłą karierę. Ich delikatne głosy i melodia fortepianu w tle wprowadzała Rosine w melancholijny nastrój. Jak zawsze, kiedy zastanawiała się nad swoim życiem.

Obracała między palcami czarne pióro. Wciąż zachowało połysk, postrzępioną końcówkę nadającą mu niepowtarzalność. I oczywiście srebrną zawieszkę z inicjałami A.L. Wyglądało tak samo, niezmiennie od dziesięciu lat. Jakby zaklęte w czasie. Jej czarne pióro. Niczym talizman będący znakiem czegoś, czego sama nie mogła pojąć. Chroniący ją w mistyczny sposób, dający wsparcie. Wierzyła w to: w moc płynącą z jego wnętrza. To dlatego miała je przy sobie w każdej ważnej chwili życia, w każdej sytuacji, w której się bała. Już od dziesięciu lat.

Przyjrzała się dokładnie metalowej zawieszce. Wyryte inicjały A.L. cały czas stanowiły dla niej zagadkę. Były owiane sekretem, aurą jakiejś niezwykłości. Choć chciałaby poznać ich znaczenie, wiedziała, że nigdy nie dowie się, co symbolizują. Bo nigdy nie chciałaby ponownie spotkać osoby, do której naprawdę należało.

— A. L. — szepnęła do siebie.

Te inicjały były dla niej nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Może znakiem, który powinna była dobrze rozpatrzeć. Nie wiedziała. Jak zwykle niczego nie było pewna. Nawet tego, czy Adrien rzeczywiście myśli o czymś więcej. Mimo zapewnień Celine, która po obiedzie od razu stwierdziła, że chłopak jest ewidentnie zakochany, Rosine jednak nie mogła w to uwierzyć. Nie sądziła, że los mógł się do niej uśmiechnąć i spełnić marzenie o niezwykłej i prawdziwej miłości.

Stuknięcie o szybę wyrwało ją natychmiast z rozmyśleń. Spojrzała na błękitne zasłony zakrywające w całości okno. Swoje pióro włożyła do kieszonki w sukience, po czym znów usłyszała stuk.

Zbliżyła się do ściany i powoli, ostrożnie odsłoniła część zasłony, a jej oczom ukazał się widok, o którym mogła jedynie śnić.

Na podwórku, tuż pod jej oknem stał Adrien. Trzymał długą gałąź i uśmiechał się przy tym od ucha do ucha. Wyglądał na tyle komicznie, że gdyby jej pokój wychodził na główną ulicę i ktoś mógłby go zobaczyć, stałby się tematem numer jeden wśród mieszkańców.

Rosine otworzyła okno na oścież i zapytała:

— A ty co robisz?

— Przyszedłem do ciebie niczym Romeo do swej Julii. — Jedną dłoń położył na swym sercu, a drugą wyrzucił gałąź i wyciągnął ku niej, przybierając teraz pozę grającego aktora teatralnego. Zaśmiała się rozpromieniona i oparła ręce o parapet.

— Już się za mną stęskniłeś? Mój Romeo.

— Każdą sekundę poświęcam myśli o tobie. — Podszedł pod sam parapet, mając ją teraz tylko trochę wyżej. — Nogi same poniosły mnie tutaj, by porwać cię choć na chwilę.

— Chcesz mnie porwać?

— Dzisiaj jedynie na krótki spacer. Jeśli oczywiście masz ochotę.

Uśmiechał się przy tym czarująco, jak to miał w naturze. Był uroczy i to musiała przyznać. Nic dziwnego, że każdy go tu uwielbiał, a dziewczyny robiły wszystko, by mu się przypodobać. W tym momencie wyglądał jednak, jakby to on próbował podbić serce Rosine. Zaskoczyło ją to znów. Choć wspominając słowa Celine…

— No dobrze. Zaczekasz pod drzwiami?

— Rosine — zaśmiał się. — Porwanie przez drzwi?

W tym momencie spojrzała na niego podejrzliwie.

— Mam wyjść oknem?

— Wprost w moje ramiona. — Uniósł znacząco brwi i wyciągnął ręce ku górze.

— Jesteś nienormalny — stwierdziła, choć kolana nieco jej zmiękły.

— Wiem o tym.

— Ok. A jak wrócę? Też oknem?

— Podsadzę cię. Bez problemu wejdziesz.

Zmierzyła wzrokiem odległość od ziemi do parapetu, kalkulując, czy faktycznie jest to możliwe i tak bezproblemowe, jak on uważał. I teoretycznie było.

— Dobra.

Wskoczyła cicho na parapet i złapała się ościeży. Zerknęła jeszcze na magnetofon, ale po krótkim namyśle postanowiła zostawić włączoną muzykę.

Ostrożnie przełożyła nogi na drugą stronę. Powoli usiadła na zewnętrznej stronie parapetu.

— Skacz, złapię cię — rzekł, wyciągając dłonie ku jej kolanom.

— Wcale się nie boję…

Nie było wysoko, lecz przypływ adrenaliny dał się jej we znaki. Do tego podekscytowanie i uczucie nieznanej dotąd euforii, że robi coś, czego właściwie nie powinna. Ale całkowicie ufała temu mężczyźnie i chciała to zrobić. Nabrała powietrza i popychając się w myśli, skoczyła. Adrien chwycił ją w locie, łapiąc w pasie tak delikatnie i mocno zarazem, że spadła na ziemię niczym piórko.

— Widzisz? Nie było strasznie. — Uśmiechnął się szeroko. — A teraz, uciekamy?

— Uciekamy!

Złapał jej dłoń, a Rosine poczuła jak przyspiesza jej serce. Radość i szczęście i to specyficzne uczucie, którego dotąd nie znała. Uśmiechnęła się także, nieco speszona.

Byli teraz z tyłu domu, gdzie znajdował się niewielki ogródek, płot, a za nim sad Feliksa. Przebiegli tamtą stroną, by — jak na uciekinierów przystało — nikt ich nie zobaczył. Adrien dokładnie tego pilnował i to on wyznaczał trasę. Zachowywał się przy tym specjalnie komicznie, jakby faktycznie uciekali z domu. Robił posępne miny i udawane uniki przed czymś, co nawet nie istniało. To jeszcze bardziej rozśmieszało Rosine. Ona także starała się wczuć w odpowiednią rolę, choć przez większość czasu nie mogła powstrzymać śmiechu.

Rozbawieni w końcu wyszli na drogę wiodącą po obrzeżach miasteczka. Dopiero tam puścił jej dłoń i zaczęli normalnie spacerować.

Ulica była opustoszała i wyglądała, jakby długi czas nikt tędy nie chodził. Nic dziwnego. Zegary już jakiś czas temu wybiły godzinę dwudziestą, a mieszkańcom Lunit włączył się zmysł ostrożności. To była pora, w której każde dziecko siedziało zamknięte w swoim domu, bezpieczne, a każdy sklep miał wywieszoną tabliczkę z napisem „nieczynne”. Ale Adrien z Rosine zdawali się nie przywiązywać do tego żadnej wagi.

— Naprawdę kochasz słuchać, jak gram? — zapytał z uśmieszkiem.

— Ok. Masz mnie.

— Cieszę się!

— Jesteś utalentowany, Adrien. Twoja babcia musiała przeczuwać, że ci muzyka w duszy gra.

— Tak, chociaż ja z początku nie byłem zadowolony — zaśmiał się, wspominając dzieciństwo.

— Naprawdę?

— Rozumiesz… Moi koledzy dostawali na urodziny piłki albo samochodziki do zabawy. A ja skrzypce?! Wtedy wolałem biegać i odzierać sobie kolana, a nie ćwiczyć sonaty.

Rosine spojrzała w jego ciemnoszare oczy z uśmiechem. Znów promieniał, pełen energii i radości. Cały czas pozytywnie nastawiony do życia. Mimo wszystkiego, co przeżył.

— Ale ćwiczyłeś.

— Tak. I to dużo. Spodobało mi się, naprawdę.

— Twoja babcia musiała być z ciebie dumna.

— I była.

Wieczorna pora dawała na niebie niesamowity pokaz kolorów. Zachodzące słońce barwiło chmury na różne odcienie różowego, pomarańczowego, a nawet fioletu. Cała natura była spokojna. Cisza wokół harmonijnie współgrała z uśpionym Lunit.

— Ale jest pięknie. — Rosine w pełni zachwytu zapatrzyła się na otoczenie. Puste ulice, domy i kolorowe niebo nad nimi. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała coś równie wspaniałego. Dla niej zwykle wszystko było szare i nijakie. Ale przy Adrienie to się zmieniło. Zaczęła dostrzegać to, czego wcześniej nie widziała, zaczęła cieszyć się każdym dniem. Po prostu odżyła.

— Ty jesteś piękna — rzekł przypatrując się jej z ukosa.

Jej twarz wnet oblała się rumieńcem. Nie przywykła do komplementów. Tym bardziej od chłopaka, który był przystojny, dobry i można by rzec, idealny. Spuściła wzrok zawstydzona.

— Miło mi, że tak uważasz.

— Taka prawda!

— Szef planuje jakieś dostawy w tym tygodniu? — Szybko zmieniła temat, nawet nie przejmując się tym, czy tak bardzo będzie to oczywiste.

— Nic nie wspominał. Myślę, że nie powinno być nowego towaru.

— Więc… Może będziemy wcześniej kończyć? — Już cieszyła się na samą myśl o tym.

— A masz jakieś plany na długie popołudnia?

— Może — przeciągnęła z intrygującym uśmieszkiem.

Zaśmiali się, dobrze wiedząc, że na pewno dodatkowe wolne godziny spędzą razem.

Zapaliły się przydrożne lampy. Był to niejako umowny znak, że dla własnego bezpieczeństwa każdy powinien znajdować się już w swoim domu. Od zapadnięcia zmroku dzieliło ich zaledwie kilkanaście minut. Ale oni nawet tego nie zauważyli. Bo zajęci rozmową zapomnieli o świecie, o Lunit, które nie było normalnym miasteczkiem. Zapomnieli nawet o Vide.

Z jednego z zaułków wyszli na ulicę Le Bost. Była ona niejako jedną z dłuższych ulic w całym mieście. Prowadziła bowiem od centrum aż po sam skraj Lunit. Ciągnęła się jeszcze wzdłuż zakazanego w oczach ludzi lasu. Zwykła droga, taka jak inne. A została owiana przesądem, czymś, przez co nikt bez konkretnego powodu nie chciał zapuszczać się w te strony. Jakby stanowiła swego rodzaju tajemnicę. Do tego stopnia, że ludzie żądali oddzielenia jej części i stworzenia dwóch osobnych ulic. Choć długo trwały spory na ten temat, w ostateczności burmistrz stwierdził, że to wymysł i przesada. Ale ludzie wiedzieli swoje. I mogli mieć rację.

W pewnym momencie Adrien się zatrzymał. Ciągle radosny, mający pogodny błysk w oczach. Zagadał:

— Ok. Tak naprawdę to to porwanie było zaplanowane.

— Tak? I co teraz? — Zerknęła na niego z uśmiechem. Stała dwa kroki od mężczyzny, które on zaraz pokonał. Ujął subtelnie jej dłonie. W tym momencie poczuła, jak rośnie w niej podekscytowanie. Jego bliskość, ciepło ciała. Przyjemny skurcz ścisnął jej brzuch.

— Teraz chciałbym, żebyś tu na mnie cierpliwie zaczekała.

— Po co?

— Zdradzę, że mam dla ciebie niespodziankę. Ale muszę najpierw po nią pójść.

Jego uśmiech mógł oczarować każdą kobietę, a dołeczki w policzkach dodawały mu jeszcze większej atrakcyjności. Był bliżej niż kiedykolwiek. Przyłapała się teraz na myśli, że chciała by ją pocałował. Nawet gdyby równało się to z natychmiastowym omdleniem.

— Ufasz mi, Rosine? — zapytał przyciszonym głosem.

— Ufam.

Puścił wtedy jej dłonie i delikatnie łapiąc za biodra, obrócił ją w przeciwną stronę. A potem zbliżył się ku jej uchu i szepnął:

— Wrócę za moment.

I usłyszała tylko oddalające się kroki.

To był sen, zdawało się. To nie mogło dziać się naprawdę. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd, przepełniona tysiącem emocji. Znała go zaledwie parę tygodni i nigdy by nie pomyślała, że mógłby zakochać się akurat w niej, spokojnej, odosobnionej od innych dziewczyn. Szarej myszce, można by rzec. Przecież to był Adrien Lange! Uliczny skrzypek, którego wielbił każdy mieszkaniec, za którym szalały młode kobiety. A jednak spotykał się z nią. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Co to za niespodzianka? Co on takiego wymyślił?! — zachodziła w głowę. Z każdą sekundą niecierpliwiła się coraz bardziej, a podświadomie czuła, że dziś jej życie całkowicie się odmieni.

W pewnym momencie coś przykuło jej uwagę. Jedna z przydrożnych latarni mrugnęła światłem i zaraz potem się wypaliła. Dopiero w tej chwili zorientowała się, jak późno się zrobiło. Latarnie były znakiem, a ona nie miała pojęcia, od jak dawna się świeciły. Nie miała też przy sobie zegarka, ale wiedziała, że powinni byli już wracać. Przy Adrienie czuła się bezpiecznie, nawet na tyle, by zapomnieć o istnieniu Vide. Ale Adriena tu nie było, a Vide istniało.

Rozejrzała się wokoło. Ogarnął ją nagle strach, a rzeczywistość pokazała swoje prawdziwe oblicze. Od lasu dzieliło ją zaledwie parę kroków. To jednak nie było najgorsze. Stała na tej samej ulicy, na tym przeklętym odcinku drogi, który nękał ją w nocnych koszmarach. Wiedziała, co zaraz nastąpi. Chciała to powstrzymać, ale nie potrafiła. Ciężkie wspomnienie sprzed dziesięciu lat uderzyło ją znów z tym samym bólem. Za nic nie mogła się go pozbyć. Pamięć bywała okrutna i w tym wypadku pamiętała dokładnie każdy szczegół. Wrzaski, rozpaczliwy krzyk mamy, własny płacz. A potem ból pokaleczonych stóp, zmęczenie i potworną pustkę, która jakby unosiła się w powietrzu tuż pod wschodzącym słońcem. To niebo, podobne do dzisiejszego wieczoru, to właśnie wtedy po raz ostatni widziała coś takiego. Kolorowe chmury, słońce, które wtedy dla niej wschodziło, teraz uciekało przed nocną trwogą. Ona też powinna.

Nabrała głęboko powietrza, starając się wyrzucić z głowy złe myśli. To był przecież jej wyśniony wieczór, jej idealny wieczór spędzony z Adrienem. A to, co teraz odczuwała, było zwykłym atakiem paniki, który nieraz się zdarzał i który nigdy nie miał logicznych podstaw. Trauma z dzieciństwa. Nic się nie dzieje. Była dorosła. Nie bała się.

Nagle usłyszała szelest od strony drzew.

— Adrien? — zawołała, przełykając ślinę.

Odwróciła się w kierunku lasu i zastygła w bezruchu. Ten las był koszmarem z jej najokropniejszych snów. Ogromne drzewa wyglądały jak zmory pilnujące wyjścia z miasta. Te zmory ostrzegały o tym, co kryło się wewnątrz lasu, jaka kara czekała tam na nieszczęśliwców, którzy złamali zasadę lub po prostu mieli pecha. Rosine wpatrywała się w gęsty mrok w nadziei, że zaraz ta sytuacja okaże się jedynie kolejnym nocnym koszmarem, a ona obudzi się zlana zimnym potem. I po prostu wszystko będzie po staremu. Ale to trwało i nie miało zamiaru się skończyć.

Wtedy z koron wysokich drzew wyleciały dwa czarne kruki. Krakały przy tym przeraźliwie, zwiastując sobie wiadomą przepowiednię. Za ich sygnałem chłodny wiatr poderwał się ze spoczynku i dopadł przerażoną Rosine. Jakby chciał ją opętać, zaplątać w swym tajemnym wirze. Jej serce biło jak oszalałe, oddech nie mógł się uspokoić. Gdzie był Adrien? Czemu to tak długo trwało? Upiorny świst koron drzew wywoływał chaos w jej głowie. Strach całkowicie ogarnął myśli. To ją przerastało, to ten dawny lęk, fobia, która ją zamykała. Już nie chciała niespodzianki, nie chciała szaleńczej przygody. Odwróciła się w kierunku prostej ulicy prowadzącej do jej domu, by to tam właśnie pobiec.

Jednak nie zdążyła.

Rozdział 2

Mrok szerzący się wkoło. Brud oblepiający każdy cal. Betonowa podłoga i cztery tej samej wielkości kamienne ściany, zarysowane podłużnymi śladami po błagających o litość ludzkich pazurach. I tylko jeden otwór — szczelnie zamknięte stalowe drzwi, wrota do kolejnego piekła. U ich dołu wentylacyjna kratka nie większa od zwykłej koperty. Jaśniejąca słabym światłem. To wszystko. Pomieszczenie bez okien, bez lamp, bez jakichkolwiek przedmiotów w środku.

Zamieszkane jednak. Upiorna sceneria idealnie komponowała się z leżącymi bezwładnie ciałami. I tylko cichy świst ich oddechu był znakiem, że jeszcze żyją. Same kobiety, które nie miały już nic z natury kobiecej. Zużyte ciała, w których trzymał się jeszcze duch.

Wśród nich tylko jedna nie pasowała do otoczenia. Zdrowa i zadbana, wyróżniająca się dosłownie wszystkim. Jedna, która póki co miała promień życia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.15
drukowana A5
za 36.46