E-book
27.3
drukowana A5
71.72
Tropem świadomości

Bezpłatny fragment - Tropem świadomości

Mahabalipuram


5
Objętość:
413 str.
ISBN:
978-83-8189-020-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 71.72

Od Autora

Niniejsza opowieść opisuje dziesięć wybranych dni z życia praktykującego buddyzm w systemie monastycznym mężczyzny. Dziewięć z nich przebiega kolejno w jednej lokacji. Ostatni dzień przeskakuje o pewien czas do przodu, umieszczając bohatera w zupełnie odmiennych warunkach, wymuszających także zmianę sposobu praktyki. W trakcie owych dziesięciu dni bohater przeprowadza czytelnika po najważniejszych zagadnieniach związanych z buddyzmem, praktyką w zakonie, poza nim, czy w służbie buddyjskiej świątyni. Narracja tej historii przybliża ów system wierzeń osobom z kulturą wschodu nieobeznanym, mającym często bardzo wypaczony obraz mnicha i mylne wyobrażenie jego praktyki dnia codziennego. Jednocześnie owe są czytelnikowi przybliżane, precyzyjnie wyjaśniane, krok po kroku wprowadzają w ich stosowanie. Opisane są także możliwe konsekwencje ich stosowania, czy stany umysłu, dzięki nim uzyskiwane.

Bohater niniejszej publikacji jest osobą niespójną wizerunkowo. Z jednej strony prowadzi bardzo monotonne, rzec by można, nudne życie. Wstaje, medytuje, zjada posiłek, znowu medytuje. Czasami w jego otoczeniu coś drgnie, jednak on sam z siebie nie robi nic, by dokonać jakiejś zmiany. Z drugiej strony świat doznań wewnętrznych bohatera jest niezwykle barwny i ciekawy. Podróżuje w nim w czasie i przestrzeni, przybliżając swoją historię, losy spotykanych ludzi, ich zwyczaje i wierzenia. Rzeczywistość postrzegana umysłem wyraźnie kontrastuje z doświadczanym fizycznie światem. Jest niejako jego przeciwieństwem. W odróżnieniu jednak od fantazji, którą introwertycy dopełniają niezadowalający świat zewnętrzny, rzeczywistość wewnętrzna jest tutaj nawet bardziej realna od iluzji doświadczanej zewnętrznie. Następuje całkowite przebiegunowanie owych dwóch światów. Czytelnik dowiaduje się o doświadczaniu rzeczywistości bohatera nie poprzez jego zewnętrzną obserwację, ale poprzez obserwację jego wnętrza, które targane jest owym doświadczeniem niczym olbrzymią i gwałtowną nawałnicą. Zabrany w tę niesamowitą podróż czytelnik dowie się nie tylko o rodzajach buddyjskich praktyk oraz drodze ku przebudzeniu, ale przede wszystkim zaaplikuje sobie potężną dawkę informacji o świecie techniki, nauki i religii.

Fabuła książki jest pozornie banalna, jednak droga i przeplatająca się retrospektywnie akcja wciąga bez reszty. Bohater nie bierze w żadnych wydarzeniach czynnego udziału. Jego rola ogranicza się do biernej, aczkolwiek bardzo uważnej obserwacji. Będąc mimowolnym uczestnikiem, jest on tylko i wyłącznie świadkiem wydarzeń, a nie ich świadomym prowokatorem. Płynie z nurtem akcji, bez ruchu kładąc się na jej powierzchni. Ta nosi go od portu do portu pokazując niesamowicie ciekawy i kolorowy świat. Dryfuje po nieznanych sobie morzach, nie przeciwstawiając się nurtowi, bezkrytycznie akceptując miejsca i sytuacje, w których dane mu się jest znaleźć. Doświadczany przez niego świat przewartościowuje się, złudzenie staje się rzeczywistością, a rzeczywistość iluzją, by wreszcie pęknąć, przemieszać się i stracić jakąkolwiek podporę w koncepcjach umysłu.

Jeśli tak nie jest i czytelnik oceni tę książkę inaczej… Cóż… Takie było przynajmniej zamierzenie autora. Podróż, w którą chciał on zabrać sięgającego po tę lekturę czytelnika, jest wędrówką po umyśle. Akcja podąża tropem świadomości, próbując przeskoczyć myśl i przekonania, pragnie dotrzeć do źródła istnienia, do genezy nie samego postrzegania i doświadczania, ale do samego łona, w którym owe się rodzą. Czy trop prowadzi do niego, czy raczej zbacza na manowce, ocenić będzie mógł czytelnik po zakończeniu lektury.

Dzień pierwszy

Wrzucam trzy tabletki aspartamu do metalowej menażki. Zalewam wodą pitną nabraną przed chwilą z ulicznego dystrybutora. Tabletki w zimnej wodzie rozpuszczają się dość długo. Odpalam kadzidełko i siadam po turecku na materacu. Przyjemna woń jaśminu rozchodzi się po małym ciemnym pomieszczeniu.

Budynek, w którym się owa kwatera znajduje, jest typowy dla marokańskiej riady. Riada jest istną fortecą. W motywowanym kulturą islamu domu wszystkie drzwi do pokoi i ich okna skierowane są na wewnętrzny dziedziniec. Rosną na nim dwie okazałe palmy, daktylowa i kokosowa oraz kilka drobniejszych krzewów. Rozłożyste korony wysokich palm zasłaniają promienie słońca, które w tym klimacie może dać się mocno we znaki. Powoduje jednak wrażenie półmroku, w szczególności w położonym na parterze pokoiku, którego jedyne okno wyposażono w półprzezroczyste szyby.

Pokój duży nie jest. Mieszczą się w nim dwa jednoosobowe łóżka. Ich podstawy ze sobą scalono, a na nich położono niedopasowany materac typu king size. Jedynym meblem, oprócz improwizowanego łoża, jest niewielki podłużny stoliczek. Nad łóżkiem wisi wielki, sfatygowany i pokryty rdzą wentylator, który po włączeniu niemiłosiernie hałasuje. Ścianę naprzeciw łóżka ozdobiono leciwym, wypłowiałym już ze starości lustrem. Obok lustra do ściany przykręcono niewielki wieszak na ubrania.

Do błękitnego pokoiku przylega toaleta. W toalecie okien nie przewidziano żadnych. Umieszczono jednak u góry w murze kilka dziur. Są one za wysoko, by przez nie spojrzeć, są też zbyt małe, by przez nie zostać podejrzanym. Ze ściany koło owych dziur wystaje kurek, a metr nad nim głowica natrysku. W toalecie jest także umywalka i, co tutaj jest rzadkością, muszla klozetowa z dolnopłukiem. Błękitna mozaika na ścianach i podłodze współgra kolorem z przyległym pokoikiem.

Kadzidełka używane do medytacji nie są aromatyzowane. Tak przynajmniej było w Tajlandii. Tutaj zadaniem kadzidełek jest głównie okadzanie posągów bóstw i świątyń. Mają więc produkować jak najprzyjemniejszy zapach. Aromat nadaje medytacji swoistego uroku. Podświadomie przy każdym wydechu czuję nadchodzącą przyjemność kolejnego wdechu. Gdy rozchodząca się woń jaśminu przestaje być wyczuwalna, otwieram powoli oczy, niczym budząc się z głębokiego letargu. Prostując zdrętwiałe nogi, zaglądam do menażki. Mieszając łyżką sprawdzam, czy aspartam się już w zimnej wodzie rozpuścił. Sypię kawę rozpuszczalną i dodaję zabielacz w proszku, zalewając jednocześnie wodą z butelki do pełna. Poranna kawka gotowa. Pyszna i słodka, mimo że bez cukru. A co najfajniejsze, od razu przyjemnie zimna.

Do kawy uruchamiam laptopa. Przeglądam wiadomości ze świata oraz portal Facebook. Facebook pokazuje mi wspomnienie. „Cztery lata temu byłeś w Egipcie. Nie chcesz się tym wspomnieniem podzielić ze znajomymi?” Nie, nie chcę! Przeglądam zamieszczone wówczas zdjęcia. Kair, rejs po Nilu, płaskowyż Giza, Wielka Piramida… Dokładnie cztery lata temu zrealizowałem jedno z największych marzeń dzieciństwa, jeśli nie największe marzenie życia. W 2015 roku wszedłem do piramidy Cheopsa! Jakież to były emocje! Jak mi się oczy podobno błyszczały z radości; jak wiele ta wyprawa dla mnie wówczas znaczyła… Tak, Facebooku. To miłe przypomnienie. Podsunąłeś mi pomysł na spędzenie dnia… Przecież akurat jestem w podobnym miejscu, tajemniczym i niemal równie starożytnym.

Wyprawa do Kairu sprzed czterech lat rozpoczęła moją transformację. Stwierdziłem, że nie mam już na co czekać i najważniejszym odtąd stało się spełnianie niespełnionego. Nie ma co odkładać niczego na później. Żyję tu i teraz, więc tu i teraz rozpoczynam przygodę. Kair przygodę zainicjował. Po nim zmieniłem tempo życia: 6 tygodni pracy i tydzień, czasami dwa, urlopu. Początkowo się nie udawało. Za dużo obowiązków, za dużo inwestycji, za mało rąk do pracy. Uczyłem się jednak organizować sobie zajęcia i czas tak, by te kilkudniowe wypady były jak najczęstsze. Zdobywałem też wiedzę, jak najekonomiczniej podróżować, by z ostatniej podróży wcale już nie wrócić. Podróż stała się całym moim życiem.

Po wypiciu kawy idę nad morze.

Pokój od morza dzieli około dwustumetrowy dystans. Do wód oceanu prowadzi asfaltowa droga. Plaża jest szeroka i piaszczysta. Stoją na niej nieduże płaskodenne łodzie rybackie. Gdy nie są używane, wyciąga się je traktorem z wody, ustawiając na suchym piasku prostopadle do brzegu. Łodzi jest kilkadziesiąt, różnych kolorów i kształtów. Przy niektórych z nich siedzą rybacy, rozplątując i naprawiając swoje sieci. Pomiędzy łodziami i stojącą dużo dalej starożytną świątynią widać niczym nie zakrytą przestrzeń czystego, żółtego piasku. Nie ma na niej wielu plażowiczów. Gdzieniegdzie tylko siedzą pojedynczy ludzie. Kieruję się w stronę samego końca tego kawałka plaży, w pobliże wystających z morza zerodowanych skał.

Choć do południa jeszcze daleko, słońce zaczęło już porządnie przygrzewać. Piasek parzy stopy. Obok mnie wypoczywa rodzina hindusów. Mężczyzna leży na piasku w samych kąpielówkach, podczas gdy kobieta kompletnie ubrana w sari i dżinsowe spodnie moczy się kilkanaście metrów dalej, w płytkiej wodzie pilnując swoich dwóch kilkuletnich synów. Wysokie i energiczne fale zmoczyły ją już całkowicie, co jakiś czas nawet przewracając. Zostawiam na brzegu moje rzeczy, prosząc po angielsku mężczyznę o przypilnowanie ich. Zerka na mnie i przytakuje głową, gdy wskazuję kupkę materiału tekstylnego, nie wypowiadając jednak ani słowa. Wchodzę do wody i przebijam się przez napływające bałwany. Woda w oceanie podobno nigdy spokojna nie jest. Wysokie fale spiętrzają się na płyciźnie niemal do dwóch metrów wysokości. Doskonałe miejsce do surfingu.

Pomimo tego, że w oceanicznym pływaniu nie mam dużego doświadczenia, dość szybko zauważam, że najlepiej nadchodzącą falę pokonać kładąc się na wodzie do niej równolegle. Wówczas zderzenie jest najsłabsze. Podniesie i opuści. Podobny efekt można uzyskać, gdy się pod napływającą falą zanurkuje. Jeśli do nadciągającego bałwana ustawiony byłem frontem, wówczas dostawałem bolesne uderzenie wodą prosto w twarz. Taka fala potrafi się przemieszczać z dużą prędkością i zderzenie z nią przypomina skok z trampoliny „na główkę”. Bardziej nawet na delikatną twarz, niż na twardą głowę… Znowu ustawienie się tyłem do fali może mocno i niespodziewanie przegiąć ciało i je przekoziołkować. Tym bardziej, że wysokości fali nie widać i nie można się do niej przygotować. Bałwany formują się na szczęście dopiero blisko brzegu, na wodzie płytszej. Powstają, gdy nakładają się na siebie dwa prądy o przeciwnych zwrotach; poruszająca się przy dnie woda spływa z brzegu, podczas gdy przy powierzchni przemieszcza się w jego kierunku. Wystarczy więc odpłynąć nieco dalej wgłąb morza, gdzie nadal fale podnoszą i opuszczają ciało, lecz bałwany formują się już znacznie rzadziej i są przy tym o wiele niższe.

Regularne pływanie bardzo dobrze wpływa na wady kręgosłupa. Ale nie tylko! Medytacja vipassana polega na koncentracji uwagi na wykonywanych czynnościach. Na kursach medytacyjnych często pokazywana i objaśniana jest vipassana „chodzona”. Jej formą ekstremalną jest chodzenie w bardzo wolnym tempie, w języku angielskim zwana „slow motion walking”. Nazwa ta koreluje z techniką oglądania filmów kręconych ze zwiększoną ilością klatek na sekundę i odtwarzanych w trybie normalnym. Medytujący porusza się w tempie maksymalnie spowolnionym, koncentrując całą uwagę na utrzymaniu równowagi. Moją osobistą modyfikacją tej metody jest chodzenie z zamkniętymi oczami. Wówczas pozostawanie w pionie opiera się wyłącznie na błędniku. Maksymalizowałem także koncentrację, przenosząc medytację na dach wysokiego budynku. Wówczas warunki gwarantowały poważne podejście do praktyki. Zanim się postawi stopę, należy najpierw upewnić się, czy jest na czym.

Podczas pływania także można stosować technikę medytacji vipassana. U mnie wygląda to w ten sposób, że pływam tylko żabką, a uwagę przenoszę na ruch rąk. Ponieważ zasolenie wody w morzu jest duże, co powoduje większą wyporność, utrzymanie się na powierzchni nie jest aż tak wymagające, jak w wodzie słodkiej. Ruch nóg można więc nawet całkowicie wyeliminować, koncentrując się wyłącznie na aktywności rąk. Podczas medytacji w pozycji siedzącej najlepiej jest zapalić kadzidełko, które odmierzy czas praktyki. W trakcie medytacji chodzonej, czy pływanej, powinien zostać na początku ustalony dystans do pokonania. Określenie ram praktyki przed jej rozpoczęciem jest jednym z kluczowych elementów medytacji. Jeśli założeniem jest vipassana i, na przykład, jej obiektem koncentracja jest na ruchu ręki, to nie przenoszę uwagi w trakcie pływania na inną część ciała, ani nie zmieniam typu medytacji. Do końca ram czasowych praktykuję vipassanę z obserwacją ruchu ręki. Ram czasowych, czy dystansu do pokonania, nie należy także skracać, nawet jeśli występują zdarzenia nieprzewidziane, na przykład ktoś mnie szarpie, zmieniła się pogoda, czy oblazły mrówki. Oprócz treningu koncentracji medytacja jest także, jeśli nie przede wszystkim, treningiem silnej woli.

Pływam niecałą godzinę. Przyjemnie zmęczony wychodzę na brzeg w miejscu, w którym do wody wchodziłem. Mimo upłynięcia dłuższego czasu, mężczyzna leży w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiłem, dodatkowo z zakrytą głową ręcznikiem. Jego partnerka bawiąc się z dziećmi oddaliła się w międzyczasie o kilkadziesiąt metrów. Moje rzeczy, mimo braku zainteresowania nimi ze strony przypadkowego strażnika, nie zdobyły na szczęście także uznania w oczach złodziei. Klucz do pokoju przywiązałem sobie do sznurka w pasie, zostawiając na brzegu jedynie ręcznik z płótnem, w które się owijam. W przypadku kradzieży straty wielkiej nie poniosę. Odgarniam nagrzany piasek, odsłaniając jego zimniejszą warstwę. Siadając po turecku, zwracam twarz w kierunku słońca. Jego promienie przyjemnie grzeją skórę, a wiejący od strony morza delikatny pasat ją chłodzi i osusza. Szum oceanu hukiem fal koi zmysły, niczym powtarzana rytmicznie przez naturę mantra. To wymarzony czas na medytację, wyłączenia się i oddania błogości spokojnego umysłu. Odpalam kadzidełko i wbijam w piasek przede mną. Czas jego spalania się odmierzy długość medytacji. Przymrużam oczy i skupiam uwagę na oddechu, starając się o niczym nie myśleć.

Po około trzech kwadransach, gdy kadzidełko się dopala, czuję się już mocno rozgrzany. Ciało promieniuje ciepłem niczym w gorączce. Patrzę w kierunku wody, ale widok wysokich bałwanów mnie zniechęca do kąpieli. Odwracam się tyłem do słońca, chcąc jeszcze przedłużyć tę chwilę błogostanu, którą wywołałem medytacją. Podbiegają do mnie jakieś dzieci, aby zrobić sobie wspólne zdjęcie. Około 10-letnia dziewczynka ubrana jest w tradycyjne sari.

Sari to podłużny pas delikatnego materiału, którego się nie zszywa. Owija się go wokół bioder, przerzucając koniec przez lewe ramię. Taki sposób ubierania umożliwia długość sari, które osiąga nawet 6 metrów. Mnisi tradycji therawada posiadają płótna szat nieco krótsze, ale sposób zakładania jest podobny. Płótnem dolnym, zwanym z języka palijskiego Antarvāsa, przepasa się biodra, natomiast płótnem górnym, Uttarāsaṅga, zawija się tors, przerzucając jego koniec przez lewe ramię. Mnisi hinduscy także odziewają się w dwie płachty materiału, tyle że są one znacznie mniejsze od buddyjskich.

Spod czerwonego sari wystaje krótka niebieska bluzeczka z niewielkimi rękawkami, nazywana w Indiach choli. Długie włosy dziewczynki są spięte w sięgający niemal pasa warkocz. W nosie i uszach powpinane ma złote kolczyki, a na kostkach nóg założone metalowe łańcuszki z pobrzękującymi podczas każdego kroku dzwoneczkami. Jej braciszek jest około połowę młodszy. Jedynym jego ubiorem jest przepaska na biodrach. Czuprynę ma bujną, a kruczoczarne włosy rozmierzwione. Skóra obojga jest ciemna, spalona słońcem. Mahoniowe twarze kontrastują ze śnieżno białymi zębami, o które w Indiach dba się szczególnie pieczołowicie, i wielkimi, równie białymi, oczami.

Staram się dorównać ich roześmianym buziom, uśmiechając się najszerzej jak tylko potrafię. Wodzę za nimi wzrokiem, gdy odchodzą. Poszły do jednej z łodzi, przy której uwija się ich ojciec. Na środku szalupy z rozpiętego na linach brezentu zrobiony jest prowizoryczny namiot, u wejścia do którego, szyjąc coś, siedzi skulona młoda kobieta. Wygląda na to, że tam mieszkają.

Przypomniałem sobie rozmowę sprzed kilku lat, przeprowadzoną z jednym z moich dobrych rumuńskich klientów. Sympatyczny, niezwykle uczynny i nieskazitelnie uczciwy młody mężczyzna odcinał się od łączenia Romów z Rumunią. Dowodził, dając siebie samego za przykład, że Rumuni posiadają cechy urody europejskiej, rzec można słowiańskiej, natomiast Cyganie są pochodzącymi z Indii migrantami o typowej dla hindusów karnacji. Patrząc na tę dziewczynkę i jej braciszka trudno się z tą tezą nie zgodzić. Koczująca na łodzi rodzina przypominała typowych, znanych mi także z Polski, Romów.

Czas i na mnie! Starczy tego słoneczka na dziś. Patrzę przed siebie w kierunku morza na wystającą z piasku skałę. Głazy wyglądają jak szczyt podziemnej góry, której nad powierzchnię styku morza z piaskiem wystają trzy kamienne wierzchołki. Największy z nich jest wysoki na około 6 metrów i ma podobną średnicę. Kształt ma nieco piramidalny. Trwa właśnie odpływ. Poziom morza opadł, łącząc kamienne bloki ze stałym lądem. W trakcie pływania dostrzegłem, że od strony morza w swojej górnej części największy głaz z tej grupy ma wykutą prostokątną niszę, jakby ołtarz. Postanawiam się na tę skałę wdrapać i wewnątrz wyciętego otworu schronić przed palącym słońcem.

Wstając z plaży, rozprostowuję członki. Siedzenie na piasku jest dużo wygodniejsze od maty medytacyjnej, a nawet sprężynowego materaca w łóżku. Wbijające się w piasek nogi kształtują pod swój układ idealny profil siedziska. Wystarczy tylko lekko się przewiercić, by ciało idealnie wpasować w podłoże. Nawet wielogodzinna medytacja nie powoduje wówczas żadnego dyskomfortu dla nienaturalnie dla Europejczyka powyginanych nóg. Przez myśl mi przeleciało, by sobie takie piaskowe siedzisko przygotować w przyszłości. Po narzuceniu na siebie ubioru i otrzepaniu z pisaku, idę w kierunku kamienia.

Obchodząc skałę zauważam wyrzeźbione w niej od strony północnej postacie. Skała jest już mocno zerodowana, jednak można na niej rozpoznać jeszcze głowę byka wystającą z ludzkiego torsu. Widać dwie ręce, z których jedna posiada dobrze zauważalnych pięć palców. Za tym bawolim łbem, w lewej górnej części wykuto sylwetkę zwierzęcą, której głową może być także ta należąca do byka. Czas szczegółowość płaskorzeźby już mocno zatarł, utrudniając odczytanie przedstawionej sytuacji. Gdyby jednak bawoli łeb należał do zwierzęcej sylwetki, to brakuje głowy korpusu ludzkiego. Możliwe, że ta część zdążyła się już odłupać, pozostawiając pole domysłom. Gdyby tak było, ułożenie figur sugerowałoby, że ludzka postać trzyma bawoli łeb pod swoim ramieniem, niejako dusząc zwierzę.

Bawola postać w mitologii hinduskiej symbolizuje demona o imieniu Mahiszasura. Nazwa ta bierze się z sanskryckiego słowa mahisza, znaczącego właśnie bawoła. Według legend Mahiszasura nie mógł zostać zabity ludzką ręką. Zagroziwszy bogom, został w końcu pozbawiony życia przez boginię Durgę, którą stworzono właśnie w celu eliminacji Mahiszasury. Dlatego jednym z przydomków Durgi jest Mahiszasuramardini, który oznacza „zabójczyni demona Mahiszy”.

Udaje mi się przejść po wystających kamieniach na stronę wschodnią monumentu, nie zostając mocno zmoczonym przez rozbijające się o nabrzeże wysokie morskie bałwany. Kawałki odłupanej skały tworzą tutaj trzy wysokie stopnie, po których można wdrapać się na wykutą w głazie półkę, stanowiącą przedsionek kapliczki. Półka ta jest na wysokości około trzech metrów, mniej więcej w połowie wysokości kamienia. Ma ona około trzy metry szerokości i dwa głębokości. Jej dolna powierzchnia jest lekko nachylona w stronę morza, by woda z rozbijających się o skałę fal mogła swobodnie spływać z powrotem do oceanu, nie gromadząc się w konstrukcji. We frontowej ścianie, w której jest wycięta wnęka tworząca ołtarz, wykuto także kilka postaci. Jednakże są one już z powodu daleko posuniętej erozji ledwo rozpoznawalne. Rozróżnić można jednak jeszcze dwie szczupłe ludzkie sylwetki, stające po obu stronach wnęki. Odnosi się wrażenie, że są opiekunami miejsca, pilnując go. Patrzą one na dwa kształty zgiętych osób, które wydają się składać hołd zawartości ołtarza. Ludzie ci są odwróceni tyłem, bogobojnie kłaniając się umieszczonemu w pustej nyży obiektowi kultu. Postaci są zgięte w kolanach i mocno pochylone do przodu w taki sposób, że ich głowy giną w kamiennej ścianie. Ich łokcie wskazują natomiast, że dłonie są złożone w modlitwie.

Wdrapuję się po kamiennych wypustach na ową półkę. Z niej wchodzę do niszy, która wgłębia się prostokątnym wcięciem na ponad metr do wnętrza skały. Siadam wygodnie w jej wnętrzu. Gładząc ręką granitową ścianę, podziwiam pietyzm jej wykonania. Jest wyjątkowo dokładnie prosta, dodatkowo wypolerowana erozją. Przede mną rozpościera się przepiękny widok na ocean. Z zagłębienia nie widzę plaży, ani kąpiących się na płyciźnie ludzi. Wydaję się być tutaj kompletnie sam, otoczony jedynie szumem morskich fal. Na morzu nie widać ani jednego statku. Jest kompletnie puste. Dokładnie takim samym pejzażem cieszyli się twórcy kamiennej rzeźby stulecia, jeśli nie tysiąclecia temu. Czas z tego miejsca wydaje się nie płynąć. Pozwala wyłącznie na ocenę dobową. Jest ograniczony do jednego dnia, do dzisiaj. Do tu i teraz…

Wyciągam kadzidełko, rezygnując z udania się na obiad. Magia odkrytego właśnie miejsca zawładnęła moimi zmysłami do tego stopnia, że zapragnąłem ukryć się w starożytnym ołtarzu jak najdłużej. Cieszę się w myślach, że mam ze sobą więcej kadzidełek. Cieszę się też z faktu, że nikt ich nie podwędził podczas pływania w morzu. Odpalam jedno z nich i zaciągam się niezwykle przyjemnym aromatem jaśminu. Od jego zapachu aż zakręciło w głowie, przyspieszając osiągnięcie letargu, zwanego przeze mnie stanem samadhi.

Mahabalipuram, w którym obecnie jestem, leży w południowych Indiach nad Zatoką Bengalską. Swoją nazwę miejsce zawdzięcza zespołowi świątyń wykutych w granitowych monolitach, które wiązane są ze starożytnym miastem o tej właśnie nazwie. Monolity są olbrzymimi głazami, bądź nawet całymi górami, tworzonymi przez masę pojedynczej skały. Są one tworzywem, w którym wycina się figury, statuy, czy nawet całe budynki. Najsłynniejszą rzeźbą tego typu jest wykuta w płaskowyżu Giza w Egipcie postać Sfinksa, leżącego lwa z ludzką głową. Sfinks jest długim na 73 i wysokim na 19 metrów olbrzymem. Powstał poprzez skuwanie piaskowca, na którym opierają się piramidy. Leży więc w sztucznym zagłębieniu terenu. Przez tysiąclecia ludzie nie wiedzieli, że pod ludzką głową znajduje się lwie ciało, gdyż ponad otaczający piasek tylko ona wystawała. Prace odkopujące sfinksa rozpoczęto dopiero w XIX wieku, ale całkowicie odsłonięto go dopiero w okresie międzywojennym XX wieku. Świątynie i statuy w Mahabalipuram są równie interesujące. Tym bardziej, że wykuto je w dużo twardszym granicie. Część z monumentów była znana od dawna, część odsłoniła fala tsunami, która w 2014 roku spustoszyła tutejsze nabrzeże.

W kamieniarstwie ważną rolę pełni twardość skał i minerałów, czyli ich podatność na obróbkę. Najpopularniejszą z nich jest skala utworzona na początku XIX wieku przez niemieckiego mineraloga Friedricha Mohsa. 10-cio stopniowa skala jego imienia bazuje na odporności minerałów na wzajemne zarysowania. Kamień, którym można porysować inny kamień, uzyskuje w tym zakresie wyższą wartość. Maksymalną jednostką oznaczony jest najtwardszy znany minerał, czyli diament. Diament zarysuje korundy, takie jak szafir, czy rubin oraz bazaltowce, którym przypisuje się wartości sięgające 9. Skala Mohsa nie jest skalą dokładną, sprawdza się jednak dość dobrze w warunkach polowych. Takim przykładem testu twardości jest użycie noża, czy kawałka szkła. Jeśli skała daje się zarysować ostrzem noża, to jej twardość jest niższa niż 4. Przykładem jest piaskowiec z płaskowyżu Giza, w którym wykuto Sfinksa. Twardość piaskowca oscyluje wokół 4. Natomiast jeśli kawałek szkła nie jest w stanie zarysować kamienia, jego twardość jest wyższa od 6. Mahabalipuramski granit, będący skałą magmową, odpowiada mniej więcej wartości 6 w skali Mohsa.

Granity są skałami magmowymi, tworzącymi się ze stygnącej lawy. Mają strukturę wyraźnie ziarnistą. Ziarna są kryształkami różnych minerałów spojonymi kwarcem. Ich temperatura krzepnięcia jest wyższa od kwarcu, przez co krystalizują wcześniej. Ale to właśnie zastygający kwarc, łącząc poszczególne ziarna, nadaje twardości całej granitowej skale. Jej wartość waha się więc pomiędzy 5—7 w skali Mohsa, w zależności od składających się na nią kryształków innych minerałów, jak skaleni, czy bardziej miękkich krzemianów.

Podobną do granitu strukturę ma piaskowiec. Ziarna różnych minerałów są także tutaj spojone. W przeciwieństwie do skał magmowych, które powstają poprzez zastyganie wylanej z wnętrza ziemi lawy, piaskowce są skałami metamorficznymi.

Struktury metamorficzne są kompozycjami wtórnymi. Skały magmowe ulegają zwietrzeniu i rozpadowi na drobne elementy, tworzące tak zwany piasek. Ów piasek z czasem nawarstwia się. Przepływająca przez poszczególne jego poziomy woda opadowa rozpuszcza w sobie część minerałów, takich jak wapń i kwarc. Rozpuszczalność w wodzie jest wyższa w wyższej temperaturze. W dolnych poziomach ziemi z przesyconej minerałami wody wytrąca się kalcyt z kwarcytem, wiążąc ze sobą poszczególne ziarna piasku. Powstaje wówczas wtórna skała, ze względu na tworzący ją piasek zwana piaskowcem. Piaskowce ze względu na zawartość miękkiego kalcytu (o twardości 3) można zarysować szkłem, często także nożem. Przyjmuje się, że piaskowce mają twardość około 4 w skali Mohsa, są więc dużo prostsze w obróbce od granitu.

W Mahabalipuram jest dużo granitu i jeszcze więcej piasku, ale wciąż nie ma tutaj piaskowca.

Atrakcje turystyczne są miejscami, od których staram się trzymać z daleka. W związku z moimi studiami buddyzmu oraz ogólnie pojętej duchowości prowincja Tamil Nadu jest jednak niezwykle interesującym obszarem badań. To tutaj buddyzm święcił swoje indyjskie tryumfy, by Tamil Nadu mogło zadać mu ostatecznie druzgocący cios.

Choć Gautama Budda był osobą wszechstronnie wykształconą, sam swoich nauk nie spisywał. Jako książę opływał luksusem, odbierając zapewne najlepszą z możliwych edukacji. Po odejściu z pałacu przez sześć lat studiował i praktykował różne hinduskie doktryny. Nieobcy zapewne był mu brahmanizm, dżinizm i śiwaizm. Po uzyskaniu oświecenia objaśnianie swojej filozofii formułował jednak indywidualnie, dopasowując do konkretnej osobowości i poziomu duchowego zaangażowania ucznia. Nauk owych nie spisywali także jego studenci. O dokonaniach Buddy oraz o jego doktrynie krążyły przez długi czas jedynie ustne opowieści. Część z nich zawierała dużo słów nauczyciela, część znacznie mniej, mitologizując treści. Zdając sobie sprawę z możliwych odstępstw, Budda polecił podobno każdy przekaz rozpoczynać zdaniem „Słyszałem o tym, że…”, akcentującym możliwość przekręcania historii zawartych w buddyjskich suttach.

Podobnie lekceważący stosunek do spadkobierców własnych osiągnięć intelektualnych okazywał także Sokrates. Opowieści zawarte w dziełach Platona, który był jego uczniem, ukazują wizerunek mistrza i jego filozofii pisany pod dyktando przekonań Platona. Konfabulacja dialogów i przedstawianych wydarzeń rozmydla fizyczną postać nauczyciela, w którego usta wkładane są myśli ucznia. Relacje ówczesnego historyka Ksenofonta i ateńskiego prześmiewcy Arystofanesa to także dwie odmienne kroniki. Podpalenie biblioteki aleksandryjskiej zatarło pamięć o ewentualnych sukcesorach geniuszu Sokratesa.

Nie inaczej ma się historia Jezusa z Nazaretu. Syn stolarza mógł nie odebrać odpowiedniej edukacji i być analfabetą. Jego uczniowie także rekrutowali się z prostych rybaków i rzemieślników. Jednakże wierząc podaniom o popularności nauczania chrześcijańskiego Mesjasza, zastanawiające jest to, że pierwsze sprawozdania spisane zostały dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci, a ich autorami nie byli bezpośrednio przez Jezusa wybrani apostołowie. Sytuacji nie poprawiły nowo tworzące się struktury kościelne, które uznały tylko cztery ewangelie, sugerując niszczenie pozostałych. Dzisiaj wiemy, że oryginalnie istniało ich co najmniej kilkanaście. Treść ich była jednak tak niewiarygodnie nieprawdopodobna i niezgodna względem siebie, że dla zachowania powagi Kościoła i chrześcijańskiej wiary wymagała wymazania z kart historii.

Jezus nauczał przez trzy, lub cztery lata, skupiając wokół siebie zaledwie dwunastu uczniów, zanim w wieku około 33 lat został skazany na męczeńską śmierć. Książę Siddhartha Gautama Budda także rozpoczął życie duchowe w wieku lat 29. Porzucając żonę z synem i pałacowy przepych, odszedł zgodnie z bramińskim zwyczajem w bezdomność i żebractwo. Dane jednak mu było doczekać starości niemal w pełnym zdrowiu, gromadząc przy swoim boku tysiące wiernych. Ponad czterdzieści lat chodził po Indiach, nauczając i głosząc prawdę o końcu cierpienia.

Pierwszy sobór buddyjski miał miejsce już trzy miesiące po śmierci Buddy. Został on zwołany ze względu na upadającą dyscyplinę. Ustalono na nim kanon Dhammy, czyli nauki głoszonej przez Buddę oraz kanon Winaji, inaczej mówiąc zestaw obowiązujących dla praktykujących buddyzm reguł. Te ustalenia były ustne, więc pierwszą pisemną relację o nich znaleźć można dopiero z okresu po drugim soborze, na którym to podobno nastąpił rozłam w buddyzmie. Kością niezgody drugiego soboru była także dyscyplina mnichów. Według relacji pozostawionej przez grupę większościową uczestników buddyjskiego synodu, część ortodoksyjnych mnichów chciała dodać na nim nowe reguły do Winaji, których niby pierwotnie nie zawierała. Mniejszościowa grupa stwierdziła, że złagodzenie praktyki godzi w sens całego buddyzmu i się w konsekwencji od reszty odłączyła. Dzisiaj ci mnisi reprezentują ścieżkę therawady. Ową kością niezgody pomiędzy grupą większościową a therawadinami było między innymi używanie przez mnichów, a jakże (!), pieniędzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 71.72