E-book
11.03
drukowana A5
31.02
drukowana A5
Kolorowa
55.17
Trax Czarołowca

Bezpłatny fragment - Trax Czarołowca

(i świat Valees)


Objętość:
101 str.
ISBN:
978-83-8440-790-5
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 31.02
drukowana A5
Kolorowa
za 55.17

PROLOG

Przywiązany do stosu wysoki, chudy mężczyzna o czarnych i zmierzwionych włosach drżał w przerażeniu. Wokół znajdował się tłum gapiów — tłuszcza zaciekawiona i podekscytowana możliwością rozrywki, jaką było uśmiercenie „innego” człowieka. Kapelan, przywódca tej egzekucji, skończył swe modły i zaczął mówić:

— Od dawna świat Valees nie widział takiego heretyka! Ten wybryk natury i diabelski pomiot nie tylko zbluźnił, lecz i dopuścił się świętokradztwa! Tak! Co zrobił? Kradnie świętą magię kapelanów! Podpatruje i używa do swych niecnych celów moc naszych starszych braci — druidów! Ta pijawka zdolna jest nawet wykraść moc magów, a nawet dopuścić się używania czarnej magii naszych najzacieklejszych wrogów — Wojennych! Na dodatek należy do kasty Wyrodnych — ohydnych anarchistów! Brak mi słów na opisanie, jak obrzydliwym potworem jest ten oto szarlatan! Dziś będziesz płonął na stosie. Módl się do Izamesa, by wielkie światło strawiło nieczystość twej upodlonej duszy!

Mężczyzna na stosie milczał. Tłum patrzył z wielkim przejęciem i strachem, ale i odrobiną zaciekawienia.

— Za chwilę spłoniesz! W duchowym ogniu! — Cedził kapelan z pochodnią w ręku.

Płomień został podłożony i oblane tłuszczem drewno zajęło się ogniem. Drażniący nozdrza dym uniósł się nieco wyżej. Jeśli skazany miałby szczęście, umarłby z zakadzenia, a nie od poparzeń.

Po chwili milczenia tłumu podniósł się z niego krzyk. Niektórzy zaczęli pluć w stronę stosu, inni posyłać w jego stronę obelgi. Ogień zaczął trawić drewno i dym nieco już zgęstniał.

— Dość! — Krzyknął kobiecy głos jakby znikąd.

Tłuszcza zamilkła. W górze unosiła się postać młodej dziewczyny — lewitującej nad stosem. Kobieta nie była dobrze widoczna, ale unosiła się na tyle wysoko, by nie móc jej zranić bronią. Po chwili z tłumu wychylił się łucznik. Odpalił od płomieni strzałę, by zapaloną wycelować w czarownicę. Jednak ona, nieprzejęta sytuacją, podniosła ręce ku niebu.

W jednej chwili nad całą sceną zaczęło się robić pochmurno. Ciężkie krople dżdżu zaczęły padać na stos i tłum, by potem przeistoczyć się w ogromny grad. Gromada ludzi rozpierzchła się w przerażeniu. Tylko łucznik i kapelan zostali na swoim stanowisku.

Mężczyzna ze stosu zdołał rozplątać węzły, którymi go przywiązano. Opady zgasiły ogień i mógł się uwolnić od narzędzia kaźni.

Kapelan i łucznik uciekli w popłochu, wiedząc, że heretyk mógł im wejść we znaki.

A on sam, naśladując moc swojej nieoczekiwanej wybawicielki uniósł się w powietrze i zniknął czym prędzej.

ROZDZIAŁ I

Trax coraz wolniej i koślawiej lewitował. Widocznie zapas energii, jaką skopiował od wiedźmy zaczął się wyczerpywać. Za kilka chwil zmuszony będzie obniżyć lot, a potem pójść na piechotę.

— Spadnę… Chyba, że sam obniżę ten lot… — Powiedział — Przeklęci wieśniacy! Ciągle muszę znosić tych bezpłciowych ignorantów! — Dodał po chwili.

Był już w bezpiecznej odległości od miasta. Jego otoczenie stanowiły olbrzymie drzewa, które wydawały się nieco nienaturalnie ciemne i złowieszcze. Nie zapamiętał trasy, którą podążał — po prostu zaczął lecieć jak najdalej, niewiele się przejmując kierunkiem.

Jako czarołowca był zarówno błogosławiony, jak i przeklęty. Czarołowcy bowiem rodzili się z darem, który ściągał więcej kłopotów niż dawał profitów. Jego dusza z niezrozumiałych dla innych przyczyn potrafiła naśladować magię jakiegokolwiek rodzaju, co budziło czasem zabobonny lęk, częściej jednak agresję i chęć skrzywdzenia magicznego oportunisty. Dla wielu ludzi Sojuszu możliwość kradzieży ich magii była nie do zaakceptowania. Skoro nie trzeba ślęczeć nad magicznymi studiami jak magowie, prosić bogów o łaskę jak kapelani, wzywać pradawne siły natury jak druidzi, a nawet być złym do szpiku kości jak Wojenni — to jaki jest sens walki światła z mrokiem? Czemu magiczny nieuk i ignorant może zrobić coś, co jest dostępne w świecie tylko dla wybranych? Przecież najsilniejszy druid włada ogromną potęgą! Gdyby czarołowcy udało się przejąć moc, nawet cały Valees mógłby bardzo ucierpieć… Jedynym wyjątkiem od nadnaturalnej siły, której czarołowcy nie mogli okiełznać, była psychotronika. Lud bystry, który się nią parał, był zatem najmniej wrogo nastawiony do czarołowców. Jako otwarte umysły, które co prawda władają mocą, lecz są uczone i światłe, okazywały raczej ciekawość i chęć zrozumienia fenomenu, a nie agresję. Bywało jednak, że niektórzy psychotronicy i uczeni mieli ochotę zbadać mózgi czarołowców, i tych należało się obawiać. Dodatkową wadą ścieżki czarołowcy było również to, że mimo szerokich możliwości w naśladowaniu, samemu nie miało się na czym oprzeć… Czarołowcy potrzebowali magii w otoczeniu, sami z siebie byli jakby jałowi w ten zasób. Bywało jednak, że ci, którzy poznali magię na tyle dobrze, no i którym udało się przetrwać ataki, wykształcili swoją magiczną intuicję na tyle, by okiełznać kilka zaklęć i nie musieć się, a przynajmniej nie zawsze, opierać na innych. Ale to było niewiele, jak na trudy urodzenia się kimś spod tego znaku.


Trax należał dodatkowo do szajki Wyrodnych — których dewizą była równość, wolność, anarchia i jednoczenie pod jednym sztandarem wszystkich ugrupowań. To przysparzało mu jeszcze większych kłopotów, ale on nie chciał rezygnować w członkostwie swoich zbuntowanych braci. Dezerterów konfliktu między dobrem, a złem.

Kilkukrotnie musiał wykaraskać się sam z wielu nieciekawych sytuacji. Tym razem pomogła mu jakaś druidka, która na dodatek umiała lewitować. Dziwne… Niewielu okazywało pomoc względem „magicznych nieuków”, zwłaszcza wśród innych czarujących osób. Można by było to zrozumieć, gdyby chodziło o kogoś władającego psychotroniką, ale druidka?

Trax snuł domysły na temat dziwnej wybawicielki, a las wokół stawał się jeszcze bardziej złowieszczy, i to nie tylko dlatego, że nastawał zmierzch.

ROZDZIAŁ II

Zapadał bardzo gęsty zmrok. Wśród ciemniejącego listowia odzywały się momentami ciche szmery, które bynajmniej nie koiły ucha. Trax maszerował i starał się nie zwracać uwagi na tę odrobinę przerażającą scenerię. Szedł dosyć dziarsko, niekiedy oglądając się za siebie. Póki co okolica wydawała się względnie bezpieczna. Mimo braku potencjalnych zagrożeń, coś mówiło Traxowi, by mieć się na baczności. W okolicy mógł żyć, może nawet niejeden — Mroczny Drzewiec lub skorumpowany druid, który nie potraktuje intruza łagodnie.

Szedł i czasem serce mu drgało, gdy niefortunnie nadepnął na patyk. Nie miał pochodni, którą mógłby odstraszyć zwierzynę, ani broni, jakiej mógł użyć przeciw potworom. Zabrano mu nawet alchemiczne napoje, dzięki którym mógłby zwiać szybciej, czy widzieć wyraźniej w mroku.

Okolica była mu obca. Podejrzewał, że znajduje się na granicy Ziem Sojuszu i Mglistej Ziemi Wojennych. Ale i to niekoniecznie mogło być zgodne z rzeczywistością.

— Co za lekko przerażające zadupie! — Skwitował po chwili.

Wtem, spod jednego z kamieni, zaczął dochodzić rumor. Trax spojrzał, ale nic nie zdawało się poruszać. Po chwili rumor ten ucichł, a Traxa opanował jeszcze większy niepokój…

Pamiętał opowiadanie o magii druidzkiej, która zezwalała na rozmowę z przyrodą, nawet nieożywioną… Czyli kamień mógł być swego rodzaju podsłuchem dla druida, a zwierzęta typu wiewiórka czy popielica, jakie harcowały w listowiu — szpiegami.

Był tylko jeden sposób, aby przekonać się, czy to rzeczywiście druidzka magia — próba skopiowania zaklęcia.

Trax podszedł do kamienia i dotknął go prawą ręką. W jednej chwili usłyszał coś nie tyle uszami, co „myślami”:

— Jest. Idzie. Chyba się niepokoi. Nie widzę go, ale na pewno jest — obok. Maszeruje. Podchodzi. Dotyka. Kopiuje zaklęcie. Teraz może…

Trax natychmiast wycofał rękę. O dziwo, potwierdzenie jego obaw sprawiło, że opadł z niego niepokój. Tak, jest szpiegowany przez druidów. W sumie to nic dziwnego, gdyż przechodzi chyba przez ich terytorium (druidzi mieli terytoria dwukrotnie większe od niedźwiedzich).

Nie słyszał już rumoru w listowiu. Stał pośrodku polany czy może „uroczyska”. Czekał. Nic się jednak nie działo.

Dopóki nie zauważył obok swej nogi dziwnego… Grzyba, którego kapelusz zdawał się świecić na fioletowo. Trax przybliżył nieco rękę do kapelusza, a z niego zaczęła ulatniać się (chyba) turkusowa mgiełka.

Nie było czasu, by nawet zacząć uciekać. Ciało Traxa natychmiast zapadło w głęboki sen.

ROZDZIAŁ III

„Chrapanie to chyba najgorsza rzecz pod Eizą!” Pomyślał Trax, wybudzony ze snu. Otworzył oczy. Znajdował się w czymś, co przypominało stare domostwo — ujrzał belki, deski, nieco światła księżycowego, jakie wpadało przez wyłaz dachowy. Rozglądnął się na prawy bok — i zobaczył związanego mężczyznę o dość nieszczupłej sylwetce, który chrapał. Po chwili zdał sobie sprawę, że również jest związany — węzły przytrzymywały mu ręce, a nogi zostały owinięte sznurami. W przeciwieństwie do swojego „towarzysza niedoli” — był ponadto zakneblowany. „No pięknie! Wpadłem jak śliwka w kompot!” — pomyślał, a poziom jego frustracji sięgnął niemal zenitu.

Co robił w tej starej norze? Czemu nie został spalony we śnie? Kim był ten leżący obok, chrapiący jegomość? No i czemu, do diaska, dał się tak naiwnie schwytać druidom i ulec ich sztuczkom, po poprzedniej pomocy przy stosie?

Trax nie znał odpowiedzi nawet na jedno z tych pytań. Westchnął głęboko i poczuł przenikliwy chłód. Na tym drewnianym poddaszu nie było kominka, a okno pozostawało uchylone. „Gdybym był chociaż otulony śpiworem… To można by tu było wytrzymać”. Powtórzył kilka razy w myślach.

Leżał i postanowił sobie nasłuchiwać. „Przecież nie będę robił owczej wyliczanki, która pomoże mi zasnąć!” Tylko oprócz chrapania owego towarzysza i pohukiwania sowy z oddali — niczego nie mógł wychwycić, a kilka prób rozplątania węzłów spełzło na niczym. Cisza, noc, ciemność. I chłód.

Wtem, znad zadaszenia, wreszcie zaczęły dobiegać dość nikłe dźwięki Przypominały nieco chrobotanie pazurów o drewno. Trax znieruchomiał zupełnie, a jego skroń zaczął oblewać zimny pot. Ujrzał oczy, które świeciły w ciemności, i które ciągle mu się przypatrywały. Usiłował krzyknąć, ale knebel skutecznie mu to uniemożliwił. Jego instynkt samozachowawczy nakazywał mu za wszelką cenę się uwolnić, co było dość trudnym zadaniem. Szamotał się przez chwilę i próbował krzyczeć z zamkniętymi oczami, a gdy lekko opadł już z sił — spojrzał w miejsce, gdzie zauważył wcześniej te świecące ślepia. Ślad jednak po nich zaginął.

Był na skraju wyczerpania, i to bardziej psychicznego, niż fizycznego. „To mogła być jakaś popielica…” Pomyślał, uspokajając się w duchu. Nic jednak nie dodawało mu otuchy wystarczającej do zaśnięcia. Zaczął zazdrościć chrapiącemu towarzyszowi, że ten nie wybudził się wcześniej.

Mimo wszystko, po niemal kwadransie czuwania, jego powieki same opadły w dół.

ROZDZIAŁ IV

— Wreszcie udało się nam schwytać czarołowcę o przyzwoitych cechach, czcigodny Arcydruidzie. — Rzekł ubrany w zielony płaszcz posłaniec.

Przed nim widniał tron złożony z poskręcanych gałęzi, korzeni i konarów, na którym siedział starszy jegomość o niemal srebrnej brodzie i długich, sięgających ramion — perłowych włosach. Przy tronie znajdowało się też trzech mężczyzn w średnim wieku, których cechował naturalny, powiedzmy, nieład — mieli brody i włosy nieprzystrzyżone od lat, a ubrani byli w szmaragdowo zielone płaszcze.

Po chwili niezręcznej nieco ciszy, jeden z nich rzekł:

— Ale czy jego usposobienie nie wprowadzi nieco zamieszania w naszym Ludzie? Podchodzę sceptycznie do kalania młodych druidek nasieniem tego wybryku świętej natury…

Znów zapanował niezręczny wręcz spokój. Mężczyźni popadli najwyraźniej w zadumę.

— Pozwólmy druidkom samym zdecydować, czy chcą być zapłodnione — odrzekł po chwili drugi z mężczyzn.

Po czym trzeci z mężczyzn (z niemałym przejęciem) rzekł:

— Sądzicie, że sięgamy po niegodne naturze praktyki? No więc dlaczego trzymacie się jeszcze Sojuszu? I tolerujecie sztuczne rozmnażanie w Ludzie Bystrym? Czemu nie wspomnicie pierwszych walk z hordą Wojennych, którą zdołaliśmy odeprzeć tylko dzięki sięgnięciu po moc Mrocznych Drzewców? Przypomnę, że chodziło o zasiewanie we wnętrznościach wroga ziaren złaknionych krwi, jakie rosły i rozrywały ciała od środka, by siać grozę i zniszczenie w szeregach Ug-Atona. Nie, już niejeden raz przekonaliśmy się, że cel uświęca środki. Nie możemy ciągle trzymać się starych zasad i być wstecznikami! Nasz Lud nadaje się głównie do harfy, poezji i śpiewu! Ale przez to mamy najmniejsze poważanie w szeregach Sojuszu, a także największe zagrożenie grozi nam przez to ze strony Wojennych! Nie, nie możemy przegapić okazji napływu świeżej krwi!

Cisza była po tych słowach jeszcze wymowniejsza. I trwała nieco dłużej. Zmącił ją nieco drażniący ucho „półszept” Arcydruida:

— Wysłuchałem was, Aspirujący, i każdy z was może być bliski racji. Jakkolwiek — wyślę druidki do misji rozpłodowej, gdyż sądzę, że taka okazja może się nie powtórzyć. Argumenty trzeciego z was przekonały mnie najbardziej.

Po tych słowach starzec wstał z tronu i podszedł do posłańca w zielonym płaszczu.

— Pod kruka postacią polecisz na skraj Arcypuszczy i przekażesz moje słowa! Będziesz wiedział, co mówić, ale gdy przyjdzie pora i w sekretnym języku… Leć!

Posłaniec skurczył się i zmienił w ptaszysko. Po chwili wyleciał przez dziuplę znajdującą się w pniu olbrzymiego, nawet jak na sekwoję, drzewa.

ROZDZIAŁ V

— Szybciej! Bo mu zwieracze nie wytrzymają i zapaskudzi nam poddasze! — Krzyknął mężczyzna odziany w zielony płaszcz.

Kilku innych mężczyzn rozwiązywało Traxa ze sznurów, ale nie uwolniło mu rąk i nie wyjęli knebla.

— Twoim pierwszym zadaniem, panie czarołowco, będzie umycie się, oporządzenie, wypróżnienie, a potem przyjemniejsza część zadania… Che, che! Sam chciałbym mieć to w swym harmonogramie zajęć. — Powiedział posłaniec w zielonym płaszczu.

Trax był nadal w szoku po tej całej akcji z porwaniem i nocy nie do końca przespanej. Słuchał półprzytomnie i z mętnym wzrokiem. Nie miał pojęcia, czemu został uprowadzony, ale domyślał się trochę.

— Niewielka łaźnia i wychodek są na dole. Dostaniesz kilka chwil, by nie śmierdzieć i oczyścić się. — Kontynuował posłaniec. — No! Złaźże na dół!

Trax podejrzewał, że mogą go wykorzystać do walki, sprzedać jako niewolnika czy coś w tym stylu. Zszedł w asyście tych mężczyzn na dół po drabinie. Mimo starań, nigdzie nie mógł wyczuć magii, nawet najmniejszej ilości. Cóż, pozostało słuchać tych rozkazów i nie liczyć na szybkie wyswobodzenie się. Gdy byli na dole i Trax musiał rozebrać się całkiem, posłaniec w zielonym płaszczu zaczął nieco szydzić:

— Może ja też się rozbiorę i sprawdzimy, czy lubisz panienki, czy niekoniecznie…

Po tych słowach reszta mężczyzn zaczęła obleśnie rechotać. Trax czuł zażenowanie. Po czym wepchnięto go do łaźni i zatrzaśnięto drzwi.

Gorąca para dała mu nieco ulgi. Po nocy spędzonej na poddaszu w końcu poczuł ciepło. Zaczął dotykać swojego ciała tak, by zmyć pot i brud. W rogu tej mini łaźni znalazł bukłak z zimną wodą. Zanim użył jej do spłukania ciała, połowę wypił.

— Tylko umyj się po żołniersku! Nie ma czasu na długą kąpiel! — Krzyknął zza drzwi posłaniec.

Trax nie odpowiedział. Udał się do latryny położonej w jednym z kątów tej łaźni czy sauny. „Całkiem luksusowe mają tu warunki”. Pomyślał, po czym wypróżnił się i obmył.

— Gdy będziesz gotowy, daj znać. Zresztą wyciągniemy cię stamtąd, gdy skończy ci się limit. — Rzekł męski głos zza drzwi.

— Dobrze. Już prawie skończyłem. — Odpowiedział im.

Wyszedł całkiem nagi. Jeden z mężczyzn rzucił w jego kierunku czyste, skromne odzienie. Trax ubrał się.

— A teraz przyjemniejsza część, jak mówiłem wcześniej. Tylko nie myśl sobie, że pozwolimy ci chędożyć druidki, gdy będziesz całkiem świadomy. — Powiedział posłaniec. — Chłepcz to! Wywar, który odbierze ci świadomość i sprawi, że zaliczysz je wszystkie po kolei…

Trax był w kolejnym szoku. Zatem potrzeba im jego nasienia. Nie spodziewał się takiego obrotu rzeczy. Bez sprzeciwu wypił jednak ten wywar.

Mężczyźni zaczęli go wyprowadzać z domostwa, przed którym widać było ołtarz otoczony kamiennymi wrotami — wrota te skierowane były chyba w cztery strony świata, w centrum zaś znajdował się kamień ofiarny lub służący do innych rytuałów.

Po bokach ścieżki prowadzącej do miejsca kultu stały kobiety z pochodniami. Było ich sześć. Trzy po jednej stronie, trzy po drugiej.

Trax z każdym krokiem czuł narastające napięcie i pobudzenie. Zdawało mu się, że budzi się w nim zwierzę lub inna pierwotna bestia — instynkt, który nie był do końca jego. Zanim doszedł do kamiennego kręgu, stracił jednak świadomość.

ROZDZIAŁ VI

— Druidzi pozwolili sobie na zbyt wiele! — rzekł starszy mężczyzna z wieńcem bluszczu na głowie.

W komnacie zapanowała po tych słowach cisza. Dwór będący siedzibą bogów Pięknego Ludu gościł dziś cały panteon, czyli Degana — naczelne bóstwo druidów i filozofii, Olgira, boga pisma i opiekuna filidów oraz Shadeiss — wcielenie muzyki i inspirację bardów.

— Oddałabym swoją harfę, byleby cofnąć ten wynaturzony akt! — krzyknęła bogini.

— A ja oduczył ich pisać, skoro chcą kraść moc innym rasom! — zawtórował Olgir, będący potężnym mężem jak na boga pisma.

— Nasz gniew sprawi, że przestaną mieszać krew z wybrykami natury! — Krzyknęli później jednomyślnie.

Dwór zaczął wyglądać trochę złowieszczo. Światło, które wpadało do komnaty przez ułożone z gałęzi „witraże” — słabło. Wybrańcy, typu elfy lub centaury, które usługiwały na boskim dworze — znieruchomiały w przestrachu. Zza całej scenerii słychać było grzmoty piorunów i dudnienie nawałnicy.

— Obłożymy ich klątwą! Co najmniej połowa druidek poroni. Reszta urodzi, ale dzieci będą krnąbrne i bezpłodne! Jak muły! I przyniosą im — zgubę! — Zagrzmieli bogowie.

Doszło do lekkiego trzęsienia podłogi. Klątwa została nałożona.

ROZDZIAŁ VII

— Bogowie to chyba jacyś szaleńcy! — rzekł Arcydruid o perłowych włosach.

Jego siedziba znajdująca się w sercu Arcypuszczy, czyli olbrzymiej sekwoi, świeciła pustką. Nie było w niej niższych rangą druidów ani posłańców. Mimo to, przywódca Pięknego Ludu wiedział, że bogowie obłożyli klątwą jego poddanych. Znał ich wyrok. Siedział na tronie i wpatrywał się w drzwi, jakie znajdowały się po przeciwległej stronie komnaty.

— Gdyby udało się wykaraskać z tego… choćby częściowo. — Powiedział „półszeptem”, po czym pogrążył w rozmyślaniach.

Sytuacja wydawała się nie mieć wyjścia. Bóstwa dysponują mocą, której nie można się oprzeć nie będąc w ich panteonie. Albo… w zmowie z nimi!

W jednym z kątów komnaty, skryty w półcieniu, klęczał Aspirujący. Dokładnie ten, za którego namową doszło do zapłodnienia druidek przez Traxa. „Jak ten stary cap będzie tyle rozmyślał, to w końcu go coś oświeci i wymierzy mi karę…” — pomyślał ukryty zdrajca — „Muszę go zabić, nim los odwróci się na moją niekorzyść”.

Sędziwy „perłowowłosy” dowódca druidów siedział na tronie zmęczony. Jego czoło, na którym było widać mnóstwo zmarszczek, stało się jeszcze bardziej nimi oszpecone. Klątwa bogów działała, a i zmartwienie dopadło go w dwójnasób.

Za to Aspirujący czuł radość i podekscytowanie. Jego chorobliwa ambicja sprawiła, że był bliski objęcia tronu po swym władcy i mentorze, choć nie był to tradycyjny sposób objęcia tego stanowiska.

Arcydruid piastował swój urząd do śmierci, a trzech niższych rangą druidów, jakich zwano Aspirującymi, starało się przyczynić Pięknemu Ludowi, by później być godnym objęcia zarządzania swym Ludem. Kto jednak powiedział, że nie może być tak, jak u innych królów i poddanych? Kto rzekł, że musi być to śmierć naturalna, jak było dotąd? Intrygi zdarzają się wszędzie, gdzie sługa i pan tuż nad nim…

Aspirujący nie władali najpotężniejszymi mocami. Tylko Arcydruid miał do nich dostęp. Dlatego „zdrajca” etosu zachodził w głowę, jak unicestwić rywala, czy raczej — przeszkodę. Na jego szczęście udało mu się znaleźć pergamin z zapisanym zaklęciem, jakie sadzi we wnętrznościach ziarno mrocznego drzewca. Pergamin był silnie strzeżony, lecz sakiewka Aspiranta dostatecznie pękata. Zwój ten nie miał tak wielkiej mocy jak zaklęcie w oryginale, ale wciąż nadawał się do unicestwienia przełożonego.

Perłowowłosy zasnął w końcu. Nie wiedział, że ta krótka drzemka tyle odmieni — że za kilka chwil z jego trzewi przebudzi się mroczny drzewiec, nakarmiony krwią i rozrywający ciało na kawałki…

ROZDZIAŁ VIII

Druidka zauważała powoli zmiany — w swoim ciele, ale i otoczeniu. Jakby coś wewnątrz się zakotwiczyło, zalęgło. Był to niezwykle niepokojący objaw — zazwyczaj ciąża dawała o sobie znać znacznie później. Nie tylko to jednak przyprawiało o lekki dreszcz — Arcypuszcza stawała się coraz mniej przyjazna. Czasami wędrując przez nią miało się wrażenie, że las zamierza wyprowadzić wędrowca z siebie — jakby mówił „nie jesteś moim przyjacielem, wynocha z mojego wnętrza!” Liście zdawały się wzdrygać przed druidką i jej wierzchowcem. Mimo wszystkich tych przeszkód, Shehina — zapłodniona przez Traxa, udawała się w samo serce kniei na spotkanie tego, co było jej przeznaczone.

„A niech to! Nie chcę usuwać ciąży, ale… Dzieje się coś naprawdę złego…” — Pomyślała z obawą w duchu.

***

— Stało się! Osiadłem na tronie Pięknego Ludu! Będę rządził twardą i pewną ręką! — Rzekł nowy Arcydruid.

Centaury i elfy usługujące na Leśnym Dworze ukłoniły się byłemu Aspirantowi, przyjmując jego panowanie. Zwłoki poprzedniego władcy zostały wyrzucone. Umarł król, niech żyje król.

***

— Nie zdążyłam na koronację! — krzyknęła Shehina i nakazała wierzchowcowi jechać nieco wolniej. Ale nawet koń wyczuwał, że coś ciąży nad otoczeniem. Podróż zmęczyła go nienaturalnie — jakby kiedyś ten sam pęd odejmował znacznie mniej sił, niż ten dzisiejszy.

ROZDZIAŁ IX

Trax był na skraju wyczerpania. Obudził się zmęczony, po całej nocy „zasiewania” druidek. Jego ciało przypominało wysuszony owoc — bez soku i odłączony od życiodajnej gałęzi. O dziwo nie spotkał się z nikim po wykonaniu swej misji. Podejrzewał, że sługusy druidów wywieźli go na skraj swojego terytorium, niewiele dbając o jego dalszy los. Na dodatek w okolicy nie wyczuwał ani odrobiny magii, która mogłaby pomóc mu w wydostaniu się z lasu. Szedł, na szczęście od czasu do czasu znajdując źródło z krystalicznie czystą wodą lub drzewo z jadalnymi orzechami. Arcypuszcza i jemu wydawała się nadzwyczaj wroga — zwierzęta nie tyle już uciekały, co zdawały się trzymać z daleka i nie opuszczać kryjówek. Ptaki, zazwyczaj śpiewające dookoła, były słyszalne tylko z dalszej okolicy — jakby przechodzień wydawał się „gasić” im gardła. Przez kilka godzin marszu nie spotkał nawet królika.

Po niemal całym dniu błąkania się po kniei w końcu poczuł zmęczenie. Jego nogi ciążyły mu jak potężne kłody. Umysł również stał się nieco otępiały. Postanowił znaleźć miejsce na nocleg, choć wiedział, że może być to ostatnia doba w jego życiu.

Ułożył się pod pniem najmniej złowieszczo wyglądającego drzewa w okolicy i leżał tak, wypatrując ewentualnych zagrożeń. Nie wiedział, że drzewo to, to uśpiony mroczny drzewiec, który tylko dla niepoznaki przybrał przyjazną aparycję. Po kilku minutach odpoczynku, jego ciało zaczęły oplątywać gałęzie, a z wnętrza dziupli — dochodzić upiorny szmer.

ROZDZIAŁ X

— Myślałeś, że oszukasz to, co było ci przeznaczone? — Rzekł kapelan, wykrzywiając twarz w grymaśnym uśmiechu.

Trax drżał przywiązany do pala, a pod jego stopami ogień trawił już drewno ze stosu. Wiedział jednak, że nasiona, które zasiał, kiełkują we wnętrznościach — i choć nie były to ziarna mrocznych drzewców, jakie pomogłyby mu wykaraskać się z sytuacji, to jakaś część jego istoty wciąż będzie żywa. W jego umyśle przewinęło się kilka pięknych obrazów — ujrzał jak bawi się ze swoimi dziećmi na idyllicznej polanie, a ich matki też są zadowolone i szczęśliwe.

„Nauczysz mnie chwytać czary, tato?” — pytały jego latorośle, a on czuł szczęście, jakiego nigdy nie udało mu się dotąd zaznać na jawie.

Spojrzał jeszcze na otaczający go tłum, ale nie liczył już na ratunek. Po stosunkowo dłuższym wpatrywaniu się dojrzał także Shehinę — tę, która uratowała go przed pierwszą egzekucją.

Jej twarz ukazała się mu po tym, jak druidka ściągnęła kaptur, który ją zasłaniał.

Żadnej pomocy, cudownego ocalenia ani gradobicia. Tylko łza, która spływała po pięknej twarzy Shehiny.

EPILOG

MATKA WYRODNA

— Urodziłam sobie potwora! Ale… nie potrafię mu zrobić krzywdy, ani porzucić to niemowlę… — Rzekła jedna z druidek, trzymając w rękach małego czarołowcę. — Przydasz mi się, gdy trzeba będzie upolować zwierzę, lub obronisz, gdy będziesz już duży — Wypowiedziała po chwili, a jej dłonie ściskały malucha łagodnie, acz bez czułości.

***

MATKA BIOLOGICZNA

— Poród to tak straszna sprawa! Musiałam użyć ziół na złagodzenie bólu. No, jest i niemowlę. — Powiedziała druga z druidek i położyła noworodka do łóżeczka. — Ten brzdąc może być kłopotliwy, ale co się poczęło, musi trwać do naturalnego końca…

***

MATKA

— Moje śliczne dziecko… Jakie ma modre oczy! — Niemal krzyknęła trzecia druidka, głaszcząc i całując maleństwo. — Napij się mego mleka, synku! Tak mi piersi nim już nabrzmiały! — Rzekła z entuzjazmem do czarołowcy i po chwili i zbliżyła pierś do jego krzyczących ust. — Będę cię kochała z całych sił. Złapiesz mi niejedno zaklęcie, i nawet bogowie przymkną na to oko…

ŚWIAT VALEES

KOSMOGONIA

Eisa (Eiza) to główna gwiazda, wokół której krąży glob Valees. Jest to tamtejsze „Słońce”.

Eisa jest także rezydencją Izamesa (boga i stwórcy nieba), ale nie jego domem.

Mimo, iż nie jest to bogini, mieszkańcy Valees (oprócz Wojennych), śpiewają taki hymn ku czci tej gwiazdy:


O, Eizo,

Poranna bryzo!

Rozjaśniasz mrok,

Odliczasz rok…

Ześlij nam światła,

Które noc skradła.

Daj żyć w jasności,

Niech twoja siła

W nas cała gości!

— Gea („Oko”) to jeden z dwóch księżyców globu Valees.

— Nune („Dziecko”) to kolejny naturalny satelita tego globu.

Oprócz Valees, który jest podobny Ziemi, bliżej Eisy krążą dwie planety:

— Krebar (najbliżej Eisy)

— Neor (nieco dalej).

Za globem Valees znajdują się także dwa ciała niebieskie:

— Endorbum

— Bendeelorn

Dalsza część Układu Eisy nie jest badana dokładnie przez mieszkańców Valees. Teleskopy konstruowane przez Lud Bystry dopiero badają te dalsze przestrzenie.


Natomiast wyróżnione zostały główne gwiazdozbiory (w liczbie: 12). Są odpowiednikami zodiakalnymi ze świata realnego. Konstelacje.


Według zodiaku Wschodniego:

(cykliczny — co rok inny znak wiedzie w nim prym)


Bestia (Smok)

Kobra (Wąż)

Osioł (Koń)

Kozioł (Koza)

Szympans (Małpa)

Bażant (Kogut)

Szakal (Pies)

Guziec (Świnia)

Chomik (Szczur)

Bawół (Wół)

Lygrys (Tygrys)

Zając (Królik)


Według zodiaku Zachodniego:

(zodiak miesięczny)


Jeleń (Baran)

Żubr (Byk)

Para (Bliźnięta)

Homar (Rak)

Żbik (Lew)

Dziewka (Panna)

Równość (Waga)

Żmija (Skorpion)

Łowca (Strzelec)

Muflon (Koziorożec)

Strumień (Wodnik)

Kraken (Ryby)


Izames, bóg i stwórca nieba, włada światłem w kosmosie.

Mrokiem kosmicznym włada natomiast Ciemność czczona przez Wojennych.

TEOGONIA


Początek Starej Rasy


Cały Valees był spowity nieprzeniknionym mrokiem. Wojenni mordowali siebie nawzajem, oraz polowali na zwierzynę i inne stworzenia. Panowanie Mroku trwało morze czasu, przez co Lud zwany Wojennymi władał całym niemal światem. Wtedy to Izames, bóg i stwórca nieba, postanowił ulitować się nad globem Velees. Zesłał do Dziewiczych Kniei swoje światło. Za jego sprawą przepiękna Dafneea, jedna z jego żon, nazwana Jutrzenką, Zwiastunką początku, osiadła w Iglicy Pierwtnego Brzasku. Razem z Izamesem spłodzili Igramira — odwiecznie starego boga czasu oraz dziejów. Lecz za mało światła było na tym świecie. Za niedługo narodziła się również Erashe — Poświata, oraz Isseir — Ukryty. Mimo, iż było to jakby rodzeństwo, łączyła ich miłość niemalże małżeńska. Nie mogli jednak współżyć, stworzyli więc Najstarszych, zwanych Starą Rasą, by im nie było samotnie, ponuro. Od tej pory Stara Rasa zamieszkuje Knieje i strzeże tajemnej wiedzy o swych bogach.


Izames — Odwieczny, bóg i stwórca nieba

Dafneea — Jutrzenka, Zwiastunka początku

Igramir — Pradawny, bóg czasu i dziejów

Erashe — Poświata, uczy sztuk magicznych

Isseir — Ukryty, przywódca Myśliwych


Potomni


Matka Eldegirda („jej ród od Pradawnych”) to bóstwo Potomnych. Podobno była córką króla Starej Rasy, jaki spłodził ją ze swoją ówczesną małżonką. Eldegirda wydała na świat dwóch synów, Mohamira i Odemira, obu dzięki Izamesowi, który to nie wyrzekł się swoich „prawnuków”, mimo kazirodztwa. Cóż, bóstw nie obchodzą te powinowactwa. Zwłaszcza, że przybierając innego Zwiastuna, ciało bóstwa jest jakby innym już rodzicem. Drugi syn, Odemir, to bliźniak pierwszego.


Eldegirda — Matka, „jej ród od Pradawnych”

Mohamir — Syn Prawy, patron wojowników

Odemir — Syn Lewy, opiekun strażników


Lud bystry


Gerl, zwany także Największym z Rozumnych, jest dzieckiem Igramira i jednej z Potomnych. Patronuje całemu Bystremu Ludowi niemal od początku. To główny opiekun, a także rozejmca. Uczy sprytu, mądrości, logiki w myśleniu. Ma córkę Seinę — opiekunkę Mocy, strażniczkę sekretów i syna — Eldrona, bożka technologii, a także rzemiosła. Rodzeństwo to powstało ze związku Gerla i dwóch różnych kobiet spośród krwi Potomnych. Są poczęci drogą jakby nie fizyczną — Gerl, w formie Zwiastuna, zapłodnił je sztucznie, nie przez kopulację.


Gerl — bóg główny, Największy z rozumnych

Seina — bogini sekretów i Mocy

Eldron — bóg technologii, sprytu i rzemiosła


Lud piękny


Najmłodszy Lud czci trójcę swych boskich patronów, choć wśród wszystkich są także pomniejsze bóstewka. Degan, bóg druidów, to syn Isseira i jednej z Potomnych. Patronuje tradycjom oraz filozofii. Król Pięknego Ludu ma córkę Shadeiss — wcielenie muzyki, inspirację bardów i syna Olgira — boga pisma, wiedzy, strażnika filidów. Spłodził ich oboje z boginką Imraee — pomniejszą patronką źródeł i strumyków.


Degan — bóg wspólny oraz bóg druidów

Shadeiss — muzyka, inspiracja bardów

Olgir — bóg pisma, opiekun filidów


Wojenni


Panteon wojennych jest dość uproszczony. Istnieje największe bóstwo — Ug-Atonem zwane. Jego imię oznacza „ten, który przeraża”. Niektórzy dopatrują się w nim syna pierwotnej Ciemności — czegoś, co również czczą jako patrona. Lecz Ug-Aton jest bardziej jakby „namacalny”. Przywódca ten pojawia się jako postać w zbroi, z wielkim mieczem. Ciemność jest natomiast niesłychanie skryta — przez co Wojenni sami niezbyt wiedzą, co to jest za siła. Nawet Ug-Aton jakby drży przed Mrokiem, a przecież on jest jego pierwszym tchnieniem. Jakkolwiek, Ug-Aton działa jako Zwiastun, a Ciemność uderza bez ostrzeżeń, w mroku. Bywa, że zabija ni stąd, ani zowąd. Mówi się, że może zniszczyć bogów Wojny, więc drży przed nią każdy, nawet inne bóstwa. A jest ich wiele, oprócz tych największych: małżonki Ug-Atona, Ogiany, która wydała na świat Okromyra, „strażnika okopów”. Kobiety Wojennych czczą Ogianę, a mężczyźni Ug-Atona i Okromyra. Wojowie pierwszego, a reszta drugiego. Wszystkim natomiast patronuje Ciemność.


Ug-Aton — Przywódca, „ten, który przeraża”

Ogiana — Małżonka, „wykuta ze stali”

Okromyr — Syn Wodza, „strzegący okopów”

Panteon Ludu Pięknego i Panteon Wojennych

Panteon Starej Rasy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 31.02
drukowana A5
Kolorowa
za 55.17