E-book
6.83
drukowana A5
14.27
drukowana A5
Kolorowa
32.98
To tylko jaskiniowcy

Bezpłatny fragment - To tylko jaskiniowcy

Seria Podróże tom 1


Objętość:
35 str.
ISBN:
978-83-8245-589-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.27
drukowana A5
Kolorowa
za 32.98

Rozdział 1 — Po co mi szkoła?

— Albercie, wstawaj! Znowu się spóźnisz do szkoły. A potem to ja będę musiała się tłumaczyć przed twoim nauczycielem.

— O rany. Mamo, daj mi trochę pospać. Jeszcze ciemno.

— Wstawaj!

— Dobrze, idę już. Po co mi szkoła?

— Po to, żebyś sobie poradził, jak dorośniesz i założysz rodzinę. To ty będziesz odpowiedzialny za zdobycie pokarmu. Musisz celnie trafiać w zdobycz i szybko biegać. Dobrze tropić i pozostawać niesłyszalnym i niewyczuwalnym. Zapakowałam ci kilka liści sałaty i kawałek chleba.

— A dlaczego Florka nie musi chodzić do szkoły?

— Bo rolą kobiety jest umiejętność przygotowania jedzenia, które upoluje mężczyzna. Tego nauczy się ode mnie. Będzie też umiała rozpoznawać rośliny jadalne i zrobić ubranie z kawałków skóry i materiału. No już, nalałam ci wody do misy. Przemyj buzię i ruszaj do szkoły.

Moim domem była jaskinia. Mieszkałem tu z rodzicami i siostrą oraz innymi rodzinami, podobnymi do naszej. Każda rodzina miała oddzielną komórkę dla siebie. Wszystkie komórki były do siebie bardzo podobne: legowiska usłane z zaschniętej trawy i słomy, przykryte dużym kawałkiem skóry zwierzęcej, palenisko otoczone kamieniami, nad paleniskiem ruszt, na którym piekło się mięso lub wisiało naczynie na wodę. W niedalekiej odległości od paleniska stał płaski głaz, przy którym spożywaliśmy posiłki. Gdy robiło się ciemno, tata zapalał pochodnię. Na siusiu i podobne sprawy trzeba było wyjść poza jaskinię.

Po jednej stronie jaskini rosło dużo drzew i krzewów. Niedaleko było niewielkie jezioro, gdzie zażywaliśmy kąpieli. Stąd czerpaliśmy wodę do picia. Tam też robiliśmy pranie.

Przy samej jaskini dziewczynki z matkami wysiewały różne rośliny jadalne i zboże, z którego wyrabiały pyszny chleb. Chodziły też po lesie, gdzie zbierały owoce i grzyby. Uczyły się zakładać pułapki na małe zwierzęta. Poza tym opiekowały się niemowlętami.

Chłopcy mieli inne zadania. Starsza grupa polowała na dziką zwierzynę z dorosłymi. Ja z racji wieku należałem do młodszej grupy. Umiałem już rozpalić ognisko, znałem rośliny pomocne w przypadku skaleczenia. W szkole trenowałem celność, strzelając z łuku lub rzucając dzidą. Ćwiczyłem też szybkość, ścigając się z innymi chłopcami przez las. A czyhały tam na nas przeszkody w postaci wystających z ziemi korzeni, kamieni czy gałązek trzaskających w twarz w trakcie biegu.

Dlatego nie lubiłem chodzić do szkoły. Codziennie działo się to samo. Nuda nad wodą, strzelanie i bieganie. A wszystko bez względu na pogodę. Czy to deszcz, palące słońce czy silny wiatr.

Więcej wolnego mieliśmy w zimie, bo wtedy świat okrywał się śniegiem. Nie było owoców, grzybów i warzyw z ogródka. Dzikie zwierzęta rzadziej pojawiały się w okolicznym lasku. Ale zanim przychodziło zimno, zawsze wspólnie zdążyliśmy zgromadzić zapasy jedzenia, aby przetrwać ten czas.

A gdy tylko robiło się cieplej, las wracał do życia, zwierzęta budziły się ze snu zimowego, kobiety rozpoczynały pracę przy swoich plantacjach. Codziennie to samo przez cztery dni. Piąty dzień był dniem wolnym. Włóczyłem się wtedy z kolegami po okolicy, chodziliśmy pluskać się do jeziora, skakaliśmy po drzewach.

Zmęczeni bieganiem rozsiedliśmy się na kamieniach i łapaliśmy oddech w piersi.

— Dobrze, że jutro jest wolne. Jakieś propozycje na ten dzień? — Olgierd przecierał pot z czoła.

— Ja mam pewien pomysł.

— Mów Albercie. Czy mówisz o jeziorze? Pójdziemy popływać?

— Nie Gilbercie. Mam całkiem szalony pomysł. Pójdziemy w głąb lasu.

— Oszalałeś? Nie wolno nam! Dorośli zabronili.

— Dorośli nam zabronili, a sami tam chodzą.

— Oni umieją polować i szybciej biegać. My też będziemy gdy dorośniemy.

— Ale ja nie mam zamiaru czekać tak długo. Chcę zobaczyć, co tam jest.

— Ja się na to nie piszę. A jeśli czyha tam jakieś niebezpieczeństwo? Nikt nas nie uratuje z opresji.

— Daj spokój Miłoszu. Zawsze możesz wdrapać się na drzewo. Kto idzie ze mną? — Z moich czterech kolegów, tylko dwóch wyraziło chęć przyłączenia się do mnie, Gilbert i Maurycy. — A zatem postanowione. Zbieramy się przy jeziorze. Nie mówcie nikomu, gdzie się wybieramy.

— Jesteście szaleni.

— Raczej żądni przygód Miłoszu. — Ruszyliśmy do domu, bo zbliżał się czas kolacji.

Rozdział 2 — Co jest w lesie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.27
drukowana A5
Kolorowa
za 32.98