E-book
23.63
drukowana A5
35.79
To nie z tobą jest coś nie tak

Bezpłatny fragment - To nie z tobą jest coś nie tak


Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8440-220-7
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 35.79

Notatka Ode mnie

Ten tekst nie powstał jako poradnik ani projekt do „ulepszenia życia”.
Powstał z doświadczenia przeciążenia, zmęczenia i prób nazwania rzeczy tak, jak brzmią naprawdę.

Nie jest idealny.
Nie jest wygładzony.
Nie daje gotowych odpowiedzi.

Jest zapisem myślenia, zatrzymań, powrotów i pauz — dokładnie takich, jakie pojawiają się wtedy, gdy człowiek próbuje zrozumieć siebie, a nie siebie naprawiać.

Jeśli coś w tym tekście brzmi znajomo,
to nie dlatego, że masz takie same myśli jak ja,
tylko dlatego, że wiele z nas przeżywa podobne rzeczy w ciszy.

Ta książka nie ma Cię do niczego przekonać.
Ma Cię na chwilę zostawić w spokoju.

Rozdział 1
To nie z Tobą jest coś nie tak

Są dni, kiedy wszystko wygląda normalnie.
Dom stoi. Dzieci oddychają. Świat się nie wali.
A Ty i tak masz w środku to uczucie, którego nie umiesz nazwać.


Nie dramat.
Nie panika.
Raczej ciche: „coś jest nie tak”.


I to jest najgorsze.
Bo nie ma jednej rzeczy, którą można poprawić.
Nie ma jednego problemu do rozwiązania.
Jest tylko zmęczenie, które nie chce przejść, i myśl, która krąży w tle.


Patrzysz na siebie z boku i myślisz:
przecież ogarniam.
Wstaję.
Robię, co trzeba.
Funkcjonuję.


A mimo to coś w środku jest ciężkie.
Jakbyś cały czas niosła plecak, którego nikt nie widzi.


I wtedy bardzo łatwo zrobić jedną rzecz:
zacząć traktować siebie jak problem.


Może jestem za słaba.
Może za bardzo przeżywam.
Może inni mają gorzej, a ja przesadzam.
Może powinnam być bardziej wdzięczna.


To są bardzo typowe myśli.
I bardzo niesprawiedliwe.


Bo rzadko pytasz wtedy o jedną ważną rzecz:
ile ja właściwie dźwigam?


Nie tylko fizycznie.
Psychicznie.


Ile rzeczy masz w głowie jednocześnie.
Ile decyzji.
Ile czuwania.
Ile odpowiedzialności.


Bo to nie jest tak, że jesteś „po prostu zmęczona”.
Ty jesteś zmęczona ciągłym byciem w gotowości.


Bycie ogarniętą kosztuje.
Bycie odpowiedzialną kosztuje.
Bycie tą osobą, która pamięta, pilnuje i przewiduje — kosztuje najbardziej.


To nie są wielkie, dramatyczne rzeczy.
To drobne, codzienne napięcia.


Czy wszystko jest ok.
Czy ktoś czegoś nie potrzebuje.
Czy coś zaraz się nie posypie.
Czy nie powinnam jeszcze tego jednego dopilnować.


Głowa nie ma pauzy.
Ona cały czas pracuje w tle.


I to jest bardzo męczące, nawet jeśli na zewnątrz wygląda „normalnie”.


W pewnym momencie ciało zaczyna reagować szybciej niż myśli.
Bo myśli da się jeszcze jakoś kontrolować.
Ciało — nie.


Ścisk w żołądku.
Mdłości.
Ucisk w klatce.
Napięcie w karku.
Zmęczenie, które nie mija po jednej nocy snu.


I wtedy pojawia się kolejna fala niepokoju:
„czemu ja tak mam?”


Jakby to było coś dziwnego.
Jakby to było coś, czego nie wolno czuć.


A to jest po prostu organizm, który za długo był w trybie „dam radę”.


Nikt nie mówi kobietom jednej ważnej rzeczy:
można być silną i jednocześnie przeciążoną.


Można funkcjonować i jednocześnie być na granicy.
Można wszystko ogarniać i jednocześnie płacić za to wewnętrznie.


To nie jest sprzeczność.
To jest bardzo powszechne doświadczenie.


Tylko rzadko nazwane.


Zamiast tego słyszysz:
– „odpocznij”
– „nie myśl tyle”
– „inni mają gorzej”


Jakby to miało cokolwiek zmienić.


Bo prawda jest taka, że nie da się „nie myśleć”, kiedy system nerwowy jest przeciążony.
Nie da się „wyluzować”, kiedy ciało cały czas jest w gotowości.
Nie da się „po prostu odpuścić”, kiedy przez lata nauczyłaś się trzymać wszystko.


To nie kwestia charakteru.
To kwestia obciążenia.


Jest też coś, co bardzo utrudnia sprawę: porównania.


Patrzysz na innych i widzisz tylko efekt końcowy.
Uśmiech.
Spokój.
Kontrolę.


Nie widzisz tego, co dzieje się w środku.
Nie wiesz, co oni dźwigają.
Nie wiesz, gdzie puszczają, a gdzie nie.


A Ty porównujesz swój środek do czyjegoś zewnętrza.


I zawsze przegrywasz.


Bardzo wiele kobiet żyje w trybie:
„jeszcze trochę”.


Jeszcze trochę wytrzymam.
Jeszcze trochę ogarnę.
Jeszcze tylko ten okres.


Tylko że „jeszcze trochę” potrafi trwać miesiącami.
A czasem latami.


I w końcu ciało mówi: dość.
Nie krzykiem.
Nie dramatem.


Sygnałami, które trudno zignorować, ale łatwo zbagatelizować.


Jeśli czytasz to i myślisz: „to brzmi jak ja”,
to nie dlatego, że jesteś wyjątkowo wrażliwa.


To dlatego, że to jest bardzo ludzka reakcja na zbyt długie przeciążenie.


Nie jesteś zepsuta.
Nie jesteś słaba.
Nie robisz czegoś „źle”.


Jesteś zmęczona w sposób, którego nikt Ci nie nauczył rozpoznawać.


Ta ksiazka nie jest po to, żeby Cię naprawiać.
Bo nie jesteś do naprawy.


Jest po to, żeby zmienić jedno założenie.


Zamiast pytania:
„co jest ze mną nie tak?”


spróbować zapytać:
„co ja dźwigam od zbyt dawna?”


To zupełnie inny punkt wyjścia.
I dużo łagodniejszy.


Nie musisz dziś niczego rozwiązywać.
Nie musisz mieć planu.
Nie musisz się poprawiać.


Na początek wystarczy przestać traktować siebie jak problem.


To naprawdę wystarczy.

Rozdział 2
Lęk czy przeczucie – jak to odróżnić naprawdę

Jest taka myśl, która potrafi wciągnąć jak bagno:
„A co, jeśli to nie jest lęk?”


Bo lęk jeszcze da się jakoś przełknąć.
Można go nazwać, zrzucić na stres, przemęczenie, hormony, cokolwiek.
Ale przeczucie brzmi jak coś ważniejszego. Jak sygnał. Jak ostrzeżenie.
Jak coś, czego nie wolno zignorować, bo potem będziesz miała pretensje do siebie.


I w tym momencie zaczyna się klasyczne:
analiza, analiza, analiza.


Wracasz do tej samej myśli.
Sprawdzasz ją z każdej strony.
Przypominasz sobie podobne sytuacje sprzed lat.
Szukasz potwierdzeń, że „to ma sens”.
A ciało w tym czasie robi swoje: żołądek, napięcie, oddech, serce.


I wtedy ciężko już rozróżnić, co jest czym.
Bo skoro ciało reaguje, to pewnie „coś jest”.
I skoro myśl wraca, to pewnie „ma powód”.
A skoro „ma powód”, to trzeba ją rozgryźć.


Tylko że tu jest haczyk:
lęk potrafi brzmieć logicznie.
Naprawdę.
To nie zawsze jest panika typu „zaraz umrę”.
Czasem lęk przychodzi jako rozsądek. Jako ostrożność. Jako czujność.
Jako coś, co wygląda na inteligencję.


I dlatego jest taki przekonujący.


Najprostsze rozróżnienie, jakie znam, jest bardzo nudne, ale działa.


Lęk jest głośny.
Przeczucie jest ciche.


Lęk:
– domaga się uwagi
– wraca w pętli
– nie daje odpocząć
– męczy ciało
– przyspiesza wszystko w środku


Przeczucie:
– pojawia się spokojnie
– jest jak jedno zdanie, nie jak film
– nie rozkręca Ci układu nerwowego
– nie zmusza do sprawdzania dziesięciu razy


Jeśli myśl Cię dusi, ciągnie i rośnie,
to nie jest żaden „dar”.
To jest przeciążenie.


I tu ważne: przeciążenie nie znaczy, że wymyślasz.
Znaczy, że Twoje ciało i głowa są w trybie czuwania.
A tryb czuwania produkuje alarmy. Nawet wtedy, kiedy nie ma pożaru.


Lęk ma jeszcze jedną cechę: on chce natychmiastowej decyzji.


„Sprawdź.”
„Zrób coś.”
„Nie ignoruj.”
„Nie bądź głupia.”
„Lepiej się upewnić.”
„Co, jeśli…”


I niby to brzmi odpowiedzialnie.
Ale odpowiedzialność ma w sobie spokój.
Lęk nie ma spokoju.
Lęk ma presję.


Przeczucie nie ma presji.
Jeśli jest prawdziwe, to ono nie potrzebuje Twojej paniki, żeby istnieć.
Ono po prostu jest.


To jest dziwne, ale prawdziwe:
przeczucie nie robi z Ciebie wraku.
Lęk robi.


Jest też coś, co wiele kobiet myli z przeczuciem: nawyk przewidywania.


Jeśli przez lata byłaś tą osobą, która:
– myśli za wszystkich
– przewiduje problemy
– pilnuje, żeby się nie posypało
– bierze odpowiedzialność, zanim ktoś o nią poprosi


to Twój mózg jest nauczony, że czujność = bezpieczeństwo.


I wtedy, kiedy czujność rośnie, czujesz się… paradoksalnie bardziej „właściwie”.
Jakbyś robiła to, co trzeba.


A prawda bywa taka, że to nie jest intuicja.
To jest stary mechanizm:
„jak będę uważać, to nic się nie stanie”.


Tylko że życie nie działa jak układ równania.
Możesz uważać i i tak coś się wydarzy.
Możesz nie uważać i wszystko będzie ok.


I właśnie dlatego lęk jest taki wykańczający.
Bo obiecuje kontrolę, której nie da się mieć.


Jeśli chcesz to odróżniać praktycznie (bez filozofii), to mam dwa pytania, które serio działają.


1) Czy ta myśl daje mi jasność, czy mnie rozkręca?
Przeczucie daje jasność.
Lęk rozkręca.


2) Czy ja bym o tym myślała tak samo, gdybym była wyspana?
To jest brutalne pytanie, ale trafia w punkt.
Bo w zmęczeniu wszystko wygląda poważniej.
W zmęczeniu nawet neutralna rzecz potrafi brzmieć jak zagrożenie.


Zmęczenie nie jest neutralnym tłem.
Zmęczenie jest filtrem.
I ten filtr jest ciemny.


Jest jeszcze jeden temat, którego nikt nie lubi ruszać, bo jest niewygodny:
czasem „przeczucie” to po prostu lęk przed błędem.


Nie chodzi o to, że czujesz katastrofę.
Chodzi o to, że boisz się, że podejmiesz złą decyzję.
Że coś przeoczysz.
Że ktoś Cię oceni.
Że Ty sama siebie ocenisz.


I wtedy Twój mózg robi sprytne zagranie:
zamiast powiedzieć „boję się”, mówi „czuję”.


„Czuję, że coś jest nie tak.”
„Mam przeczucie.”
„Coś mi mówi…”


To brzmi lepiej niż „boję się”.
Bo „przeczucie” brzmi jak mądrość, a „lęk” brzmi jak słabość.


Tylko że to nie jest słabość.
To jest reakcja.


I dopóki tego nie nazwiesz, będziesz traktować lęk jak sygnał z zewnątrz,
zamiast jak sygnał z własnego przeciążenia.


Wiesz, co jest najbardziej charakterystyczne dla lęku?
On rzadko kończy się wnioskiem.


Lęk nie mówi: „OK, sprawdziłam i jest dobrze”.
On mówi: „A co jeśli jeszcze…”


Czyli on nie chce domknięcia.
On chce ciągłego czuwania.


Przeczucie może się domknąć.
Lęk — prawie nigdy.


I tu jest rzecz, która może Cię uspokoić:
jeśli Twoja głowa kręci się w pętli, to to nie jest żadna „intuicja, której trzeba słuchać”.
To jest stan, który trzeba uspokoić.


Nie myślą.
Nie argumentem.
Tylko regulacją.


Nie musisz teraz rozstrzygać każdej myśli.
Nie musisz od razu wiedzieć, co jest czym.
Czasem wystarczy rozpoznać jedno:


Jeśli to Cię męczy — to nie jest spokojny sygnał. To jest przeciążenie.


I wtedy jedynym sensownym ruchem nie jest „analizuj dalej”,
tylko „zejdź z napięcia”.


Bo kiedy napięcie spada, różnica robi się oczywista.
Nagle widzisz:
to nie było żadne przeczucie.
To było moje zmęczenie, które udawało ostrzeżenie.


I to jest ulga.


Nie dlatego, że „nic się nie dzieje”.
Tylko dlatego, że przestajesz traktować własny układ nerwowy jak wroga.


Nie musisz sobie udowadniać, że jesteś spokojna.
Wystarczy, że przestaniesz siebie oskarżać za to, że Twoja głowa robi hałas.

Rozdział 3
Dlaczego wieczorem jest gorzej

W dzień da się żyć.
Może nie lekko, może nie idealnie, ale da się.


Wstajesz.
Robisz to, co trzeba.
Ogarniesz sprawy, ludzi, obowiązki.
Masz tempo, nawet jeśli wymuszone.
Masz strukturę, nawet jeśli chaotyczną.


I jakoś to idzie.


A potem przychodzi wieczór.


I nagle wszystko, co w dzień było „do ogarnięcia”,
wieczorem staje się cięższe.
Myśli robią się głośniejsze.
Ciało reaguje mocniej.
Emocje wychodzą, choć nikt ich nie wołał.


I pojawia się pytanie:
„czemu właśnie teraz?”


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 35.79