niezwykłe miejsce
jest taka dolina
czarowna
w której słońce nie daje za wygraną
i żaden ból
żadne złamane serce
przyprowadzone tutaj
w pocie czoła
pod górę
nie ugasi go
kiedyś mieszkał w niej jeleń
i sarny przechadzały się
niespłoszone przez delikatnych turystów
dzisiaj nie było ich ciepłych grzbietów
ale ludzie uśmiechnięci
najedzeni tym, co przynieśli w plecakach
i co spłynęło na nich
z nieba
byli
wylegiwali się na miękkiej trawie
syci
w każdy możliwy sposób
jest taka dolina czarowna
pod ścianą gór stromą
na wyciągnięcie ręki niemal
po której łąkach biegają dzieci
umazane bitą śmietaną
kupioną w drewnianym schronisku
idzie się do niej niełatwą drogą
ale ozdobioną otwartymi dłońmi
łopianów
które wydzielają zapach kojący
świeży, chłodny nawet w upalny dzień
trzeba przejść po kamieniach
które mogą być śliskie
jednak
wyjątkowość tego miejsca
kładzie urok na szlak
i wszystkie przeszkody są bezpieczne
trzeba wspiąć się trochę
odcinek nie jest lekki
ale jego wylot -
otumania pamięć trudności
i jest już tylko:
zachwyt
byłam tam
całkiem niedawno
może tydzień temu
na polanie
pod prysznicem słońca
przy klatce piersiowej Giewontu
otwartej
zapraszającej jak magnes
- zapewnienie bezpieczeństwa
pod ścianą natury
i choć rozchodziły się z niej szlaki
w różne strony Tatr
to nikt
(a było nas tam wiele - zarumienionych
szczęśliwych)
nie chciał iść dalej
ci, którzy schodzili z gór
zatrzymywali się
patrzyli…
schronisko tętniło życiem
owady szeptały do uszu słodkie piosenki
tu można było zasnąć
i nawet Giewont monstrualny
z umięśnionymi ramionami
obserwował przychylnie maluczkich
jak pasterz
który ogarnia stado
pilnuje
liczy
i choć każdy był obcy
to uśmiechaliśmy się
jest taka dolina czarowna
w której wszystko się kończy
i wszystko zaczyna
i wszystko zatrzymuje
w pocałunku wieczności
najczulszego niespodziewanego kochanka
to Polana Strążyska
powietrze uwięzione w tęczowych balonach
kiedyś mieliśmy wszystko
nieprawda
- mogliśmy
ale chodziliśmy
do góry nogami
pozwoliliśmy wyrosnąć błonom
pomiędzy wszystkimi
naszymi palcami
żeby dłonie
i mózgi
mogły pływać
w martwych basenach
w których ryby
opalają się
ciężarnymi brzuchami
kiedyś patrzyliśmy sobie w oczy
na dmuchanych materacach
unoszących
nasze kruche kręgosłupy
w dal
kiedyś
widzieliśmy się
poprzez mgły
i w zaparowanych korytarzach
oddechami, które wznosiły się i opadały
jak niekontrolowany swobodny hel
i powietrze uwięzione w tęczowych balonach
kiedyś
zamieniliśmy nasz ból
w kwiaty
pewnego razu
straciliśmy wszystko
i już nie wiemy gdzie
ktokolwiek jest
a dzielnice - zabarykadowane światy
nie dopuszczają do siebie
nas wszystkich
zresztą… my już chyba
siebie nie chcemy
bo kto pragnie koloru oczu
rozpaczy
mamy swoje chmury nad głowami
i dogrywka nikomu nie jest potrzebna
ale czy tego pragnęliśmy?
czy o tym krzyczeliśmy?
tamten Bóg umarł
nie - został w tyle
a ten
stąd nie wyjdzie
(czy to jednak nie bliźniak?)
pewnego razu żyliśmy
czy tego właśnie chcieliśmy?
czy o tym marzyliśmy?
nie tak…
miało być
wyrósł mur
straciliśmy nie tylko
kolagen w skórze
ale
przystań z głębokim fotelem
skroń krawężnika
która była łóżkiem
neon robiący za źrenice
spragnionego kochanka
chłód nocy, który hibernował
szaleństwo
roztrwaniał samotność
na szczury
szukające szczęścia w śmietnikach
straciliśmy ułudę
daliśmy się rozjechać
traktorami obowiązków, schematów
wybudowaliśmy jaskinie
pod drzewami
pokryte liśćmi
które więdną
każdego roku
nieuchronnie
bo słabe są
i nieszczere
czy tego właśnie chcieliśmy?
nie wiem
ale krew
którą malowaliśmy ściany
była płonąca
a ta
w której się przeglądamy
jest blada
i nie wzrusza
nie wrzeszczy
nie
wyrywa się
pewnego razu próbowaliśmy żyć
ten czas minął.
moje wytatuowane ręce
moje wytatuowane ręce
krzyczą
- weźcie nas -
językiem węża
- podejdźcie -
skrzydłami ciężkiego ptaka
- tu jestem
tu
frunę
potrzebuję bagażu
balastu
który sprowadzi mnie
na jakąś przychylną ziemię
moje wytatuowane ręce
nie chcą być już dłużej samotne
północ
północ.
drzewa o wyostrzonych wcześniej
kształtach
rozpuściły się
- czerń -
jak ciepła wigilijna zupa
z esencją burgundu
biała waza prysła
na oczach biesiadników
posypały się kawałki szkła
i stopiły
jakby nigdy nie istniały
ocean wylał z brzegów
nie wiem co jest za oknem
czy coś tam w ogóle jest
bo nie ma konturów
czasem wydaje mi się
że jedyny świat jest tutaj
i ja go wypełniam
punktowym światłem
z lichej żarówki
przemieszczając się
na odcinku:
kanapa - lodówka - kanapa -
lodówka -
kanapa
na której gniotę
papierowe kule
z kiepskich notatek
i rzucam nimi o ścianę
to bardzo wąski świat
o tej porze nie ma innych światów
wszystko zjednoczył
i wykluczył
mrok
a o innej
porze
to jest jedyny możliwy
tatuaże
zaplanowałam sobie wzór
na kolejny tatuaż
postanowiłam miejsce
dogodne
i szczegóły najbardziej oddające mnie
zebrałam również odpowiednią sumę
na dobrego, cieszącego się renomą
tatuażystę
ale od kiedy
każdego dnia
odnajduję na ciele ślady
płonące
różane
od kiedy dzień zastaje mnie
w koszuli nocnej
pod którą mam gwoździe
wbite w delikatne uda
i przeguby
od kiedy na szyi zapiętą mam
obrożę
a usta pieką mnie
jakbym rozgryzła na nich
cały mój ból
nie muszę już wynajmować profesjonalisty
od kiedy
po nocy zostały mi gwiazdy na rękach
którym wyrosły zęby
a do brzucha przykleił się
wielki drapieżny motyl
nie pójdę już
po kolorowy artystyczny znaczek
o wyższej filozofii
banalną zabawkę
albo intelektualną sztuczkę
nie ma miejsca - na tym placu
wśród prawdziwych ukąszeń
wiersz
nie zasnę, póki nie narysuję
ostatniego wiersza
a językiem zdartym do
bezsłowia
nie dopieszczę myśli wartkich
nie zasnę, póki z moich palców
wyrastają noże
szlifujące płaskorzeźby na
drewnianych kartkach
nie zasnę
póki podchodzi do mnie
mały dziwny stworek
i mówi, że jest wierszem
ma śmieszną czapeczkę
czerwoną na głowie i koszyk z prowiantem
mówi, że przychodzi z lasu, z daleka
w odwiedziny
chce mnie poczęstować i się uśmiecha
ale nie wie biedulek, że
zaraz zedrę z niego tę sukienkę
i wszystko do szkieletu
pożrę go
jak każdy wesoły miły wiersz
który mógł nastąpić
bo ja wilk jestem
wilk
i tylko wyję po nocy
a nie tworzę
nie przytulam
ładnych dziewczynek
truskawkowych pomarańczowych
błękitnych blond niewinnych
i takich tam kapturków
Helena
obiecuję sobie, że się zmienię
że wszystko będzie inaczej
jak zobaczę pod oknem Menelaosa
króla Sparty
jego cierpliwość, rycerskość nieśmiałą
dobroć
obiecuję sobie, że ten koń trojański
odniesie skutek
i moje mury pękną
obiecuję sobie
że będę słabsza od niego
ale rosną mi mięśnie
rzemienie słabości
wiosła
odgarniające wszechświat
odgarniające mnie - od wszystkiego
wypływam
w głąb jakiegoś morza
na grubym dmuchanym materacu
nie wiem dokąd
biegiem wrócę
ten bal, w którym biorę udział
nie skończył się jeszcze
nie kończy się nigdy
póki ja
póki ja wiruję
póki ja
mam nogi, które tańczą
i ręce rozpostarte
prowokujące
ten bal, zalany krwią
z rozbitych butelek
chrzęści szkłem pod stopami
ja mam żelazne stopy
mogę tak - do końca świata
mogę tak wirować
aż stracę władzę w przegubach
mięśniach
dopóki ścięgna należą do mnie
a nie do liści
chwil dnia nieuchronnego
ten bal
w którym biorę udział
będąc królową upadłą
nagą
zniszczy dzień
który spróbuje mnie stworzyć
który ubierze w kostium
i diadem z źdźbeł trawy
przyniesie mi buty niewygodne
i podprowadzi do jakiegoś autobusu
ja z niego wysiądę - ucieknę
na najbliższym przystanku
biegiem wrócę
do swoich gości
pijących wódkę
na czwartym piętrze o północy
tylko dla mnie widzialnych
warkoczyk
w rozszczepieniu ulic
przystanęłam
a inni szli
a wszyscy szli
poszli
przeszli
ludzie są jak te znaki
diakrytyczne
pląsem
urwanym na parkiecie
niczym warkoczyk
bransoletką chwili
zgubioną w jakimś kiblu
szpilką we włosach
lśniącą ale
zaostrzoną
zmieniają kształt i treść
fryzury
na ten moment
obcowania z nią
z tym słowem
przez chwilę trzymają cię za stopy
jak pewnik
i podstawiają parasol
(nawet kiedy nie pada)
a gdy Bóg przeczyta już całe zdanie
to po kropce -
ich nie ma
albo
niektórzy nawet często występują
jednak w innym kontekście
i układzie liter
w bezwstydnie długich, wlokących się
pociągach towarowych
marzeń
w bezdusznych wagonach
wersów przeklętych
pod których kołami
jak kundle
mnożą się samobójcy
__________________
w rozszczepieniu ulic stanęłam
a inni szli
a wszyscy szli
poszli
przeszli
odeszli
w rozszczepieniu ulic
zgubiłam się
i nikogo w tamtej chwili nie było
jakiegokolwiek znaku
ogólna ślepota
ten koncert
którego ja jestem
rockową gwiazdą
i do mnie należą wszystkie
szarżujące perkusje
oraz mięsiste gitary
odbywa się co noc
w czterech
obcisłych
ścianach
mojego betonowego mieszkania
o zerowym wygłuszeniu
na ostatnim piętrze
i nikt nas nie słyszy
i nikt nas nie identyfikuje
choć muzyka
wypływa z nas
choć rozbieramy się do kości
jesteśmy niedostrzegalni
choć wykrzykujemy pieśni pozbawione
zwrotek i refrenów spodziewanych
nikt nas nie odróżnia
od innych zamkniętych drzwi
na tym korytarzu
a kiedy zbiegamy schodami
rozczochrani, pootwierani
po plastry do apteki i monopolowego
sąsiedzi udają
że
nie mają innych
sąsiadów
- prócz siebie
spotkałam demiurga
spotkałam dzisiaj demiurga
nie wyglądał jak baron
a na pewno nie hrabia, markiz i tak
dalej
nie nosił żadnej korony
i wiem, że nie ukrywał
kieszenie miał
pełne piasku
z pustyń, które zamieszkiwał
z łez co wyschły
i tam się ukryły
żeby zrobić miejsce nowym
w korytach żłobiących twarz
miał byle jakie portki
wyświechtany płaszcz
pod którym chudy tors
świadczył
że nie jadł zbyt dobrze
albo wcale
od pewnego czasu
spotkałam go na ulicy
dotknęliśmy się oczami
stanął
a wraz z nim stanął tłum
idąc dalej - przez nas
zatrzymał się nurt
choć kierowcy klęli
i ściskali
uprzęże gwałtownych wierzchowców
naprzeciw siebie - ja i on
nie wiem czy wzruszeni czy porażeni
czy zdziwieni
ja tak, on nie
on był demiurgiem
w jego oczach płonęły oceany
skąd wiem że był demiurgiem?
bo w przeciągu kilku sekund
zmienił świat
choć świat nie uważał się za zmieniony
bo wyjął mnie na sam środek
i nie wsiadłam do tego autobusu
który chwilę później
rozbił się na najbliższym zakręcie
nienawidzę demiurgów
to co tworzą nie ma sensu
(jego twarz rozmazana w uśmiechu
prześladuje mnie do dzisiaj)
ostatni raz podarowałam monetę
żebrzącemu
skóra
skóra, w której chodzę
koszula
jaśminowa biel
rzucona w błoto
gdzie jestem, jak wyglądam?
ubrana tylko w mięso
czy mogę się poruszać?
czy to wszystko mi się wydaje
bez kostiumu
bez izolacji
od powietrza, oczu, hałasu
bez warstwy ochronnej
czy jestem w stanie pobierać tlen?
stoję pod stopami jakiejś góry
na światłach regulujących
ruch uliczny
jak świeca tracąca wosk
i już wszystko mam na wierzchu
można mnie rozwiesić na hakach
w rzeźni
poćwiartować
zielone. inni, wszyscy
- idą
ja nie wiem, że jest zielone
bez skóry, bez powiek
moje oczy
wybałuszone
widzą tylko strach
a nawet gdyby…
to też nie chciałyby być
kolejnym pingwinem
nie muszę jechać do Rzymu
nie muszę jechać do Rzymu
sprowadziłam go tutaj
moje ręce i nogi
to gladiatorzy
a igrzyska, o których piszą
w historycznych księgach
rozgrywam na co dzień
sika krew
ze ścian
odrąbałam sobie dzisiaj dłoń
bez niej można żyć
przekonałam się, tracąc zmysły
że można długo
hibernować śmierć
jeszcze mam czas
nie wiem ilu dni
aż odrąbię sobie wszystko
i nie będę w stanie udawać, że oddycham
tylko jak wtedy
wskrzeszę, wybudzę - ją?
(z tego cholernego snu
czy to się nigdy nie skończy?
nocne koszmary
dzisiaj w nocy była burza
pioruny świeciły
jak powierzchnie noży
wypolerowane blaty
stołów
przy których nikt nie chciał usiąść
za darmo
dzisiaj w nocy spotkały się wszystkie
niespełnione sny
i pocięły twarze na blade serpentyny
dzisiaj w nocy, tak nagle
zrobiło się bardzo cicho
umarł świat
i tylko
moje serce roztrzepotane
przez otwarte okno
wdarł się deszcz
nigdy nie umiałam pływać
przez otwarte
wdarł się deszcz
kopniakami
wtrącił mnie w…
chcę pamiętać niebiańską plażę
minęło już tyle lat
że nie wiem nawet
jak odróżniać kwiaty od ukąszeń
dla mnie róża jest szpilką
piwonia kroplą krwi
tłustszą od
wschodu słońca
niezapominajka - pinezką
o której lepiej nie wiedzieć
ale kiedyś wydarzyła się
i teraz wystaje z pięty
chcę pamiętać niebiańską plażę
i zostać w niej
ale ten pręgowany wredny kot
skubiący mnie o poranku
wciąż przypomina, że chce jeść
więc
podkładam mu
miskę białego mleka
spuszczonego z żyły
która zapomniała kolor
swój właściwy
on pije zachłannie
i patrzy
bo chce więcej
więc odłamuję mu palce
patyczki, słodkie przysmaki
nie żałuję
minęło już tyle lat
nie potrzeba mi więcej
pseudo kwiatów
pseudo życia
on jest nieugięty
przekupuję Boga
kryształami bólu
i diademem wzruszeń
ale on nieugięty
jak balustrada balkonu
nie chce otworzyć się
chwycić mnie za rękę
pomóc
podprowadzić
tam
dokąd zmierzam
jestem otwarta
na deszcz
ostrość słońca
nóż - jak okno
dlaczego wciąż tracę
a nie mogę
oddać wszystkiego
chcę
ale prześmiewca życia
udaje że jest mną
zamiast mnie właściwej
rower
mój posłuszny wierzchowiec
o twardym grzbiecie
na początku zwłaszcza i
po godzinie
w międzyczasie
jest całe życie
podróż wolna
od krępacji granic
i niemożliwości
podróż wśród drzew
i na wskroś pól
ujmująco zielonych
przestronnych
w każdy możliwy sposób
w każdy możliwy odbiór:
oczy mają pejzaż
barw kojących
pozbawionych najmniejszej agresji
słuch
ma balsam ciszy
przygotowany z szeptu
wiatru
i miłości ptaków
węch
ma punkt zaczepienia
snopy siana tylko tu pachną
ciepłym wnętrzem
słodkością
umierania, które jest piękne
bo dla kogoś
kto czeka
(jak te konie bezbronne)
i dotyk. dotyk ma swoją
oazę nienarzuconą
może dosięgnąć nieba
obejmować
zachłystywać się
bo tam, gdzie prowadzę mojego wierzchowca
jest pełno nieba
niech ta podróż nie kończy się
myśli roztrwonione w powietrzu
niech nie wracają
w dawnej postaci
mam tylko godzinę na przeżycie całości
albo dwie, trzy, nie wiem
- jakiś czas
a potem… siodełko staje się niewygodne
i trzeba wracać
trzeba się ujarzmić
trzeba się
zamknąć
w klatce, która czeka na swojego
tresowanego kanarka
(to też ja)
i zamknąć wierzchowca
w garażu pod blokiem
do następnego
uwolnionego na kilka godzin
życia
ty wygrałeś
byłeś jak rak
drążący moje żyły
powstrzymujący ścięgna
byłeś kałużą w moim mózgu
mną
co mnie przerażało
podobieństwo wręcz niemożliwe
byłeś moją chorobą
nieuleczalną
choć ty rysowałeś, a ja pisałam
nie było ważne
oboje rozchlapywaliśmy się na ścianach
w zaciemnionym pokoju
choć na innych ulicach
kiedyś razem zatańczyliśmy
i poznaliśmy swoje usta
a potem mnie naszkicowałeś
ołówkiem na zwykłej kartce
która tylko mi została
po tym jak wyskoczyłeś przez okno
od tej pory zawsze będziesz
miał dwadzieścia kilka lat
i klatkę piersiową jak marmurowa płyta
(do której mogę podchodzić teraz bezkarnie)
więc nic nie przebije twojego serca
ty wygrałeś
ty zdradziłeś
- miałeś zabrać mnie ze sobą
zrobić to
Dotknąć cię
żeby przypomnieć kwiat
który pachnie.
Rozkwita słońce
zerwać słońce.
Ujarzmić grzbiet księżyca
i pognać nad jeziora gwiazd.
Zjeść trawę
która jest soczysta.
Westchnąć nad grobem
z którego zmartwychwstaje
wzruszenie
Wziąć rower
i nie wrócić.
powiedz mi tylko, że wszystko będzie ok.
nie mów, że mnie kochasz
bo to tak, jakbyś powiedział
że umrzesz
a ja znam termin
nie mów, że chcesz ze mną być
bo to tak, jakbyś miał żyć
kilka dni
a ja znam termin
nie mów, że rozmowa ze mną
ma sens
bo to tak - jakbyś wąchał ucięte kwiaty
nie myśl o mnie w dniu jutrzejszym
bo moje jutro
jest w kuchennym nożu
w butelce
i pomysłowości chemików
nie myśl o mnie w odniesieniu do
siebie
bo ja jestem poza namacalnością
tego co dobre
powiedz mi tylko
że wszystko będzie ok.
- tam gdzie ukorzeniam się
bo ja znam termin
trzeba było wrócić, nim się zaczęło
być
te Tatry
ogniste miecze
lizaki które brałam w palce
sople które chłodziły
pragnienia szalone
rozgorączkowane
ten chłód był podniecający
zostały w tyle
teraz ulice opinają moje ciało
choć do nich nie wychodzę
ich nie zapraszam
od czasu do czasu muszę otworzyć okno
a to dla nich okazja
żeby napełnić brzuch
rozbić porcelanowe jajko ciszy
wciąż nie mogę wyjść z tego kościoła
słucham muzyki
w mięśniach mam organy
które wybrzmiały
na ostatniej mszy
wciąż nie mogę wyjść
z tego kościoła
w którym obiecaliśmy świat
z tego parku
po którym biegaliśmy
z butelkami szampana
słucham muzyki
moje wszystkie myśli
roztańczone w tamtym lokalu
nienawidzą porannych słońc
czy to się nigdy nie skończy?
twój pies - nowy
bo tamten zdechł
łasi się do rudego kota pod blokiem
nie mojego
jesteśmy na dwóch krańcach świata
to daleko
ale wciąż
pielęgnujemy demony
które spotykają się potajemnie
we wspomnieniach
i ukradkowych smsach
zamurowani
w bunkrach
bez dostępu do
tlenu
słuchamy potajemnie
muzyki
utraconej
wyciągamy do siebie ręce
poprzez ulice, dzielnice
lata
nie chcemy zmieniać numeru
telefonu
jakbyśmy - ciągle - jeszcze - wierzyli
że można żyć
oddychać
czuć
i biec
jakbyśmy chcieli wrócić
napisać nowy rozdział
wykupić drugie skrzydło
o które nie walczyliśmy
a bez którego
lot nie jest możliwy
winna?
moje poczęcie nie było z miłości
dzieciństwa szczęśliwego nie miałam
a co to
jest
dzieciństwo?
już o tym nie myślę.
od razu musiałam być kobietą
wiem, byłam piękna
co najmniej jak Afrodyta
bogini grecka
miałam wdzięk, seksapil
urzekałam
malowali mnie najwięksi
Rubens, Rossetti, Cousin
i te chłopaki z bloku
obrysowywali mnie oczami
ale nie miałam wyboru
musiałam wypełnić zadanie
szybko zostałam żoną
i choć w pięknych strojach i z posagiem
to byłam przeklęta
a podobno taka przebiegła
więc dlaczego tego nie przewidziałam?
oskarżają mnie o wszelkie zło i nieszczęścia
ale kto nie otwiera prezentów?
ja tylko je otrzymałam
to nie ja obmyśliłam zawartość
wybacz mi świecie
i nie krzyżuj więcej
to nie mój był plan
nie moje pudełko
ani wojny, zemsty
pomysły
byłam jedynie narzędziem
w czyichś rękach
ale nie rozpaczam, nie narzekam
teraz jest mi dobrze
mieszkam w Luwrze
„Eva prima Pandora” - to ja
wyleguję się, jestem syta, ciągle piękna
i już nic nie muszę
i już nikt mnie nie wykorzysta
Pandora
boginie oddały mi swoje cnoty
mam urodę wieczną młodość
powab, czar
mam dostojność mądrość bogów
mówią, że na całej ziemi nie ma
tak prawdziwej kobiety jak ja
że to ja jestem uosobieniem gospodarności
że to ja noszę najpiękniejsze stroje
to prawda - przytrafiło mi się
tyle szczęścia
że miałam najlepszych nauczycieli
- z boskiego panteonu
nie żałowali mi swoich sekretów
więc wiem jak zachować smukłość
i blask włosów
jestem też dzielna i roztropna
podobno jak ta słynna Atena
z mitologii
nie śmiej się, moja krewna
przyszywana
utalentowana matka, nie-matka
hojna - mam tyle sukien, ile zdołam
udźwignąć i stworzyć
by zauroczyć Was
których zapragnę
wiem… że nie możesz mi się oprzeć
ale nie otwieraj przede mną drzwi
nie wpuszczaj do swojego świata
dlaczego?
nie pytaj, to tajemnica
stara wariatka
chciała chodzić w słońcu
choć ziemia paliła stopy
spacerowała w trawach
zaostrzonych
jak tłum
przez nieprzychylne lato
nie posłuchała się boga
nie umarła wtedy
kiedy trzeba było
kiedy wypadałoby umrzeć
chciała chodzić w słońcu
poszukała pól dojrzałej kukurydzy
tak bardzo potrzebowała ciepła
jak one
wychodziła poza miasto
grzała się w pyszności
pulchnych ziaren
którymi ktoś tu się opiekował
które zbierze pewnego dnia
wyobrażała sobie zastawiony stół
i siebie jako pokarm
chciała chodzić w słońcu
choć włosy jej zbielały
i skóra coraz gorzej znosiła
przeciwieństwo czułości
nie przestawała
żyć
po swojemu
wciąż szukała najgorętszych miejsc
i nie osłaniała się
nawet gdy słońce było
najbardziej perwersyjne
nawet gdy jej uroda mijająca
stawała się
najbardziej nieprzyzwoita
dla światła
szukała przestrzeni otwartych
szczerze nagrzanych
namiętnie wściekle
wykorzystanych
stawała na samym środku
rozkładała ręce
i wirowała
wirowała
wirowała
a tłum się śmiał
stara wariatka
kiedy piasek palił
i turyści chodzili w klapkach
ona kładła się
naga
i całą skórą, duszą swoją
chłonęła jego cząsteczki
i tylko ona, spośród wszystkich
nie była turystką
ani jednej chwili życia
zabiłam
w oparach papierosowego dymu
w szaroburym kokonie
próbuje wykluć się
kolejny wiersz
warunki tu nie są sprzyjające
wilgotno, grząsko
choć nie ma dobrej wody
nie ma dobrych ramion
nie ma dobrych posłań
są tylko twarde parkiety
pełne okruchów szkła
rozbitych marzeń
istnień
jego kościste ramiona
kościste skrzydełka
chciałyby frunąć
ale nie mogą nawet
rozprostować się
czy mi go żal?
nie wiem
mam ich tyle
że jeden mniej
nie robi różnicy
słyszę jego piski
jego
wątłą obecność
ale moje żelazne serce
jest niewzruszone
kolejny papieros
spowija możliwość
wyklucia się
czegoś wartościowego
kolejny kęs
chemicznej mikstury tej chwili
zabiłam tego aniołka
jestem pozbawiona
jakiejkolwiek wrażliwości
można przy mnie tylko umierać
ci, co czekają
na co my czekamy
co ma się wydarzyć jutro?
czy specjalnie budujemy
tak słabe mury
żeby ktoś je przebił?
czy specjalnie jesteśmy
tak słabi
żeby ktoś nas zwyciężył?
na co my czekamy?
na rycerzy natchnionych?
my - nieumiejętni
w dawaniu
na wprost - siebie
na co czekamy
my beznadziejni
w rozpostarciu ramion
które powinny być skrzydłami
na co czekamy
czy w ogóle czekamy
umierając
każdą chwilą
swojego życia
nikt nie umie być samotny
nikt samotny
nie może być
szczęśliwy
kłamstwo, z którym żyję
kłamstwo, z którym żyję
jest tłuste
jak mucha krążąca nad
pełnym talerzem
mój świat
wypowiedziany wierszami
nie ma miękkich kanap
zapraszających do wylegiwania się
ani pościeli czystej
kłamstwo, z którym żyję
budzi mnie
i zrobi to dzisiaj
przystroi w atrybuty
normalnego człowieka
a bestia
zamknięta w klatce
pozostanie do wieczora
potem, zacznie wyć
miotać się
bo to jej pora
bo czas zamknięcia był zbyt długi
i wyłamie pręty
potrzeba wybiegu jest nachalna
potrzeba szczerości
agresja prawdy
i zostanę z nią
z tą lwicą
do rana
a potem znów ją zamknę
w klatce
wepchnę siłą
i obiecam powrót
bo chcę
kochać
chcę
żyć
być sobą
choćby przez te parę magicznych
chwil nocnych
bardziej już się nie da
co mam zrobić żebyś
mnie kochał
żebyś kochał ten ból
co mam zrobić żebyś wiedział
zobaczył
podskórnie
już jestem naga
nie umiem bardziej się rozebrać
nie umiem
wytworzyć nowej skóry
mniej szorstkiej
nie umiem być bardziej
przezroczysta
niż jestem