E-book
7.88
drukowana A5
44.56
Ten bal, w którym biorę udział

Bezpłatny fragment - Ten bal, w którym biorę udział


Objętość:
201 str.
ISBN:
978-83-8467-840-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.56

niezwykłe miejsce

jest taka dolina

czarowna

w której słońce nie daje za wygraną

i żaden ból

żadne złamane serce

przyprowadzone tutaj

w pocie czoła

pod górę

nie ugasi go


kiedyś mieszkał w niej jeleń

i sarny przechadzały się

niespłoszone przez delikatnych turystów

dzisiaj nie było ich ciepłych grzbietów

ale ludzie uśmiechnięci

najedzeni tym, co przynieśli w plecakach

i co spłynęło na nich

z nieba

byli

wylegiwali się na miękkiej trawie

syci

w każdy możliwy sposób


jest taka dolina czarowna

pod ścianą gór stromą

na wyciągnięcie ręki niemal

po której łąkach biegają dzieci

umazane bitą śmietaną

kupioną w drewnianym schronisku


idzie się do niej niełatwą drogą

ale ozdobioną otwartymi dłońmi

łopianów

które wydzielają zapach kojący

świeży, chłodny nawet w upalny dzień

trzeba przejść po kamieniach

które mogą być śliskie

jednak

wyjątkowość tego miejsca

kładzie urok na szlak

i wszystkie przeszkody są bezpieczne


trzeba wspiąć się trochę

odcinek nie jest lekki

ale jego wylot -

otumania pamięć trudności

i jest już tylko:

zachwyt


byłam tam

całkiem niedawno

może tydzień temu

na polanie

pod prysznicem słońca

przy klatce piersiowej Giewontu

otwartej

zapraszającej jak magnes


- zapewnienie bezpieczeństwa

pod ścianą natury


i choć rozchodziły się z niej szlaki

w różne strony Tatr

to nikt

(a było nas tam wiele  - zarumienionych

szczęśliwych)

nie chciał iść dalej


ci, którzy schodzili z gór

zatrzymywali się

patrzyli…

schronisko tętniło życiem

owady szeptały do uszu słodkie piosenki

tu można było zasnąć


i nawet Giewont monstrualny

z umięśnionymi ramionami

obserwował przychylnie maluczkich

jak pasterz

który ogarnia stado

pilnuje

liczy


i choć każdy był obcy

to uśmiechaliśmy się


jest taka dolina czarowna

w której wszystko się kończy

i wszystko zaczyna

i wszystko zatrzymuje

w pocałunku wieczności

najczulszego niespodziewanego kochanka


to Polana Strążyska


powietrze uwięzione w tęczowych balonach

kiedyś mieliśmy wszystko

nieprawda

- mogliśmy


ale chodziliśmy

do góry nogami


pozwoliliśmy wyrosnąć błonom

pomiędzy wszystkimi

naszymi palcami


żeby dłonie

i mózgi

mogły pływać

w martwych basenach

w których ryby

opalają się

ciężarnymi brzuchami


kiedyś patrzyliśmy sobie w oczy

na dmuchanych materacach

unoszących

nasze kruche kręgosłupy

w dal


kiedyś


widzieliśmy się

poprzez mgły

i w zaparowanych korytarzach

oddechami, które wznosiły się i opadały

jak niekontrolowany swobodny hel

i powietrze uwięzione w tęczowych balonach


kiedyś

zamieniliśmy nasz ból

w kwiaty


pewnego razu

straciliśmy wszystko

i już nie wiemy gdzie

ktokolwiek jest


a dzielnice  - zabarykadowane światy

nie dopuszczają do siebie

nas wszystkich


zresztą… my już chyba

siebie nie chcemy

bo kto pragnie koloru oczu

rozpaczy


mamy swoje chmury nad głowami

i dogrywka nikomu nie jest potrzebna

ale czy tego pragnęliśmy?

czy o tym krzyczeliśmy?


tamten Bóg umarł

nie  - został w tyle

a ten

stąd nie wyjdzie


(czy to jednak nie bliźniak?)


pewnego razu żyliśmy

czy tego właśnie chcieliśmy?

czy o tym marzyliśmy?

nie tak…

miało być

wyrósł mur

straciliśmy nie tylko

kolagen w skórze

ale

przystań z głębokim fotelem

skroń krawężnika

która była łóżkiem

neon robiący za źrenice

spragnionego kochanka

chłód nocy, który hibernował

szaleństwo

roztrwaniał samotność

na szczury

szukające szczęścia w śmietnikach


straciliśmy ułudę

daliśmy się rozjechać

traktorami obowiązków, schematów

wybudowaliśmy jaskinie

pod drzewami

pokryte liśćmi

które więdną

każdego roku

nieuchronnie

bo słabe są

i nieszczere


czy tego właśnie chcieliśmy?

nie wiem

ale krew

którą malowaliśmy ściany

była płonąca

a ta

w której się przeglądamy

jest blada


i nie wzrusza

nie wrzeszczy

nie

wyrywa się


pewnego razu próbowaliśmy żyć

ten czas minął.


moje wytatuowane ręce

moje wytatuowane ręce

krzyczą

- weźcie nas -

językiem węża

- podejdźcie -

skrzydłami ciężkiego ptaka

- tu jestem

tu

frunę

potrzebuję bagażu

balastu

który sprowadzi mnie

na jakąś przychylną ziemię


moje wytatuowane ręce

nie chcą być już dłużej samotne


północ

północ.


drzewa o wyostrzonych wcześniej

kształtach

rozpuściły się


- czerń -


jak ciepła wigilijna zupa

z esencją burgundu

biała waza prysła

na oczach biesiadników

posypały się kawałki szkła

i stopiły

jakby nigdy nie istniały


ocean wylał z brzegów


nie wiem co jest za oknem

czy coś tam w ogóle jest

bo nie ma konturów

czasem wydaje mi się

że jedyny świat jest tutaj


i ja go wypełniam

punktowym światłem

z lichej żarówki

przemieszczając się

na odcinku:

kanapa - lodówka - kanapa -

lodówka -

kanapa

na której gniotę

papierowe kule

z kiepskich notatek

i rzucam nimi o ścianę

to bardzo wąski świat


o tej porze nie ma innych światów

wszystko zjednoczył

i wykluczył

mrok


a o innej

porze

to jest jedyny możliwy


tatuaże

zaplanowałam sobie wzór

na kolejny tatuaż

postanowiłam miejsce

dogodne

i szczegóły najbardziej oddające mnie

zebrałam również odpowiednią sumę

na dobrego, cieszącego się renomą

tatuażystę


ale od kiedy

każdego dnia

odnajduję na ciele ślady

płonące

różane


od kiedy dzień zastaje mnie

w koszuli nocnej

pod którą mam gwoździe

wbite w delikatne uda

i przeguby


od kiedy na szyi zapiętą mam

obrożę


a usta pieką mnie

jakbym rozgryzła na nich

cały mój ból


nie muszę już wynajmować profesjonalisty


od kiedy

po nocy zostały mi gwiazdy na rękach

którym wyrosły zęby


a do brzucha przykleił się

wielki drapieżny motyl


nie pójdę już


po kolorowy artystyczny znaczek

o wyższej filozofii

banalną zabawkę

albo intelektualną sztuczkę


nie ma miejsca  - na tym placu

wśród prawdziwych ukąszeń


wiersz

nie zasnę, póki nie narysuję

ostatniego wiersza


a językiem zdartym do

bezsłowia

nie dopieszczę myśli wartkich


nie zasnę, póki z moich palców

wyrastają noże

szlifujące płaskorzeźby na

drewnianych kartkach


nie zasnę


póki podchodzi do mnie


mały dziwny stworek


i mówi, że jest wierszem

ma śmieszną czapeczkę

czerwoną na głowie i koszyk z prowiantem

mówi, że przychodzi z lasu, z daleka

w odwiedziny


chce mnie poczęstować i się uśmiecha


ale nie wie biedulek, że

zaraz zedrę z niego tę sukienkę

i wszystko do szkieletu

pożrę go

jak każdy wesoły miły wiersz

który mógł nastąpić

bo ja wilk jestem

wilk

i tylko wyję po nocy

a nie tworzę


nie przytulam

ładnych dziewczynek

truskawkowych pomarańczowych

błękitnych blond niewinnych

i takich tam kapturków


Helena

obiecuję sobie, że się zmienię

że wszystko będzie inaczej

jak zobaczę pod oknem Menelaosa

króla Sparty

jego cierpliwość, rycerskość nieśmiałą

dobroć


obiecuję sobie, że ten koń trojański

odniesie skutek


i moje mury pękną

obiecuję sobie

że będę słabsza od niego


ale rosną mi mięśnie

rzemienie słabości

wiosła

odgarniające wszechświat


odgarniające mnie  - od wszystkiego

wypływam


w głąb jakiegoś morza

na grubym dmuchanym materacu

nie wiem dokąd


biegiem wrócę

ten bal, w którym biorę udział

nie skończył się jeszcze

nie kończy się nigdy

póki ja

póki ja wiruję

póki ja

mam nogi, które tańczą

i ręce rozpostarte

prowokujące

ten bal, zalany krwią

z rozbitych butelek

chrzęści szkłem pod stopami

ja mam żelazne stopy

mogę tak  - do końca świata

mogę tak wirować

aż stracę władzę w przegubach

mięśniach


dopóki ścięgna należą do mnie

a nie do liści

chwil dnia nieuchronnego


ten bal

w którym biorę udział

będąc królową upadłą

nagą

zniszczy dzień


który spróbuje mnie stworzyć

który ubierze w kostium

i diadem z źdźbeł trawy

przyniesie mi buty niewygodne

i podprowadzi do jakiegoś autobusu


ja z niego wysiądę  - ucieknę

na najbliższym przystanku

biegiem wrócę

do swoich gości

pijących wódkę

na czwartym piętrze o północy

tylko dla mnie widzialnych


warkoczyk

w rozszczepieniu ulic

przystanęłam

a inni szli

a wszyscy szli

poszli

przeszli


ludzie są jak te znaki

diakrytyczne


pląsem

urwanym na parkiecie

niczym warkoczyk


bransoletką chwili

zgubioną w jakimś kiblu

szpilką we włosach

lśniącą ale

zaostrzoną

zmieniają kształt i treść

fryzury

na ten moment

obcowania z nią

z tym słowem


przez chwilę trzymają cię za stopy

jak pewnik

i podstawiają parasol

(nawet kiedy nie pada)


a gdy Bóg przeczyta już całe zdanie

to po kropce -

ich nie ma

albo

niektórzy nawet często występują


jednak w innym kontekście

i układzie liter


w bezwstydnie długich, wlokących się

pociągach towarowych

marzeń

w bezdusznych wagonach

wersów przeklętych

pod których kołami

jak kundle

mnożą się samobójcy


__________________

w rozszczepieniu ulic stanęłam

a inni szli

a wszyscy szli

poszli

przeszli

odeszli


w rozszczepieniu ulic

zgubiłam się

i nikogo w tamtej chwili nie było

jakiegokolwiek znaku


ogólna ślepota

ten koncert

którego ja jestem

rockową gwiazdą

i do mnie należą wszystkie

szarżujące perkusje

oraz mięsiste gitary


odbywa się co noc


w czterech

obcisłych

ścianach

mojego betonowego mieszkania

o zerowym wygłuszeniu

na ostatnim piętrze


i nikt nas nie słyszy

i nikt nas nie identyfikuje

choć muzyka

wypływa z nas

choć rozbieramy się do kości

jesteśmy niedostrzegalni

choć wykrzykujemy pieśni pozbawione

zwrotek i refrenów spodziewanych

nikt nas nie odróżnia

od innych zamkniętych drzwi

na tym korytarzu


a kiedy zbiegamy schodami

rozczochrani, pootwierani

po plastry do apteki i monopolowego

sąsiedzi udają

że

nie mają innych

sąsiadów

- prócz siebie


spotkałam demiurga

spotkałam dzisiaj demiurga

nie wyglądał jak baron

a na pewno nie hrabia, markiz i tak

dalej

nie nosił żadnej korony

i wiem, że nie ukrywał

kieszenie miał

pełne piasku

z pustyń, które zamieszkiwał

z łez co wyschły

i tam się ukryły

żeby zrobić miejsce nowym

w korytach żłobiących twarz


miał byle jakie portki

wyświechtany płaszcz

pod którym chudy tors

świadczył

że nie jadł zbyt dobrze

albo wcale

od pewnego czasu


spotkałam go na ulicy

dotknęliśmy się oczami

stanął

a wraz z nim stanął tłum

idąc dalej  - przez nas


zatrzymał się nurt

choć kierowcy klęli

i ściskali

uprzęże gwałtownych wierzchowców


naprzeciw siebie  - ja i on

nie wiem czy wzruszeni czy porażeni

czy zdziwieni

ja tak, on nie

on był demiurgiem

w jego oczach płonęły oceany


skąd wiem że był demiurgiem?

bo w przeciągu kilku sekund

zmienił świat

choć świat nie uważał się za zmieniony


bo wyjął mnie na sam środek

i nie wsiadłam do tego autobusu

który chwilę później

rozbił się na najbliższym zakręcie


nienawidzę demiurgów

to co tworzą nie ma sensu

(jego twarz rozmazana w uśmiechu

prześladuje mnie do dzisiaj)


ostatni raz podarowałam monetę

żebrzącemu


skóra

skóra, w której chodzę

koszula

jaśminowa biel

rzucona w błoto


gdzie jestem, jak wyglądam?

ubrana tylko w mięso


czy mogę się poruszać?

czy to wszystko mi się wydaje


bez kostiumu

bez izolacji

od powietrza, oczu, hałasu

bez warstwy ochronnej

czy jestem w stanie pobierać tlen?


stoję pod stopami jakiejś góry

na światłach regulujących

ruch uliczny

jak świeca tracąca wosk


i już wszystko mam na wierzchu

można mnie rozwiesić na hakach

w rzeźni

poćwiartować


zielone. inni, wszyscy

- idą

ja nie wiem, że jest zielone

bez skóry, bez powiek

moje oczy

wybałuszone

widzą tylko strach


a nawet gdyby…

to też nie chciałyby być

kolejnym pingwinem


nie muszę jechać do Rzymu

nie muszę jechać do Rzymu

sprowadziłam go tutaj

moje ręce i nogi

to gladiatorzy


a igrzyska, o których piszą

w historycznych księgach

rozgrywam na co dzień


sika krew

ze ścian

odrąbałam sobie dzisiaj dłoń


bez niej można żyć

przekonałam się, tracąc zmysły

że można długo

hibernować śmierć


jeszcze mam czas

nie wiem ilu dni

aż odrąbię sobie wszystko

i nie będę w stanie udawać, że oddycham


tylko jak wtedy

wskrzeszę, wybudzę  - ją?

(z tego cholernego snu


czy to się nigdy nie skończy?


nocne koszmary

dzisiaj w nocy była burza

pioruny świeciły

jak powierzchnie noży

wypolerowane blaty

stołów

przy których nikt nie chciał usiąść

za darmo


dzisiaj w nocy spotkały się wszystkie

niespełnione sny

i pocięły twarze na blade serpentyny


dzisiaj w nocy, tak nagle

zrobiło się bardzo cicho

umarł świat

i tylko

moje serce roztrzepotane


przez otwarte okno

wdarł się deszcz

nigdy nie umiałam pływać


przez otwarte

wdarł się deszcz

kopniakami

wtrącił mnie w…


chcę pamiętać niebiańską plażę

minęło już tyle lat

że nie wiem nawet

jak odróżniać kwiaty od ukąszeń


dla mnie róża jest szpilką

piwonia kroplą krwi

tłustszą od

wschodu słońca

niezapominajka  - pinezką

o której lepiej nie wiedzieć

ale kiedyś wydarzyła się

i teraz wystaje z pięty


chcę pamiętać niebiańską plażę

i zostać w niej

ale ten pręgowany wredny kot

skubiący mnie o poranku

wciąż przypomina, że chce jeść


więc

podkładam mu

miskę białego mleka

spuszczonego z żyły


która zapomniała kolor

swój właściwy


on pije zachłannie

i patrzy

bo chce więcej

więc odłamuję mu palce

patyczki, słodkie przysmaki

nie żałuję


minęło już tyle lat

nie potrzeba mi więcej

pseudo kwiatów

pseudo życia


on jest nieugięty

przekupuję Boga

kryształami bólu

i diademem wzruszeń


ale on nieugięty

jak balustrada balkonu

nie chce otworzyć się


chwycić mnie za rękę

pomóc

podprowadzić

tam

dokąd zmierzam


jestem otwarta

na deszcz

ostrość słońca

nóż  - jak okno

dlaczego wciąż tracę

a nie mogę

oddać wszystkiego


chcę


ale prześmiewca życia

udaje że jest mną

zamiast mnie właściwej


rower

mój posłuszny wierzchowiec

o twardym grzbiecie

na początku zwłaszcza i

po godzinie


w międzyczasie

jest całe życie


podróż wolna

od krępacji granic

i niemożliwości

podróż wśród drzew

i na wskroś pól

ujmująco zielonych

przestronnych

w każdy możliwy sposób

w każdy możliwy odbiór:


oczy mają pejzaż

barw kojących

pozbawionych najmniejszej agresji


słuch

ma balsam ciszy

przygotowany z szeptu

wiatru

i miłości ptaków


węch

ma punkt zaczepienia

snopy siana tylko tu pachną

ciepłym wnętrzem

słodkością

umierania, które jest piękne

bo dla kogoś

kto czeka

(jak te konie bezbronne)


i dotyk. dotyk ma swoją

oazę nienarzuconą

może dosięgnąć nieba

obejmować

zachłystywać się

bo tam, gdzie prowadzę mojego wierzchowca

jest pełno nieba


niech ta podróż nie kończy się

myśli roztrwonione w powietrzu

niech nie wracają

w dawnej postaci

mam tylko godzinę na przeżycie całości

albo dwie, trzy, nie wiem

- jakiś czas


a potem… siodełko staje się niewygodne

i trzeba wracać

trzeba się ujarzmić


trzeba się

zamknąć

w klatce, która czeka na swojego

tresowanego kanarka

(to też ja)


i zamknąć wierzchowca

w garażu pod blokiem

do następnego

uwolnionego na kilka godzin

życia


ty wygrałeś

byłeś jak rak

drążący moje żyły

powstrzymujący ścięgna

byłeś kałużą w moim mózgu

mną

co mnie przerażało

podobieństwo wręcz niemożliwe


byłeś moją chorobą

nieuleczalną

choć ty rysowałeś, a ja pisałam

nie było ważne

oboje rozchlapywaliśmy się na ścianach

w zaciemnionym pokoju

choć na innych ulicach


kiedyś razem zatańczyliśmy

i poznaliśmy swoje usta


a potem mnie naszkicowałeś

ołówkiem na zwykłej kartce

która tylko mi została

po tym jak wyskoczyłeś przez okno


od tej pory zawsze będziesz

miał dwadzieścia kilka lat

i klatkę piersiową jak marmurowa płyta

(do której mogę podchodzić teraz bezkarnie)


więc nic nie przebije twojego serca

ty wygrałeś


ty zdradziłeś

- miałeś zabrać mnie ze sobą


zrobić to

Dotknąć cię

żeby przypomnieć kwiat

który pachnie.


Rozkwita słońce

zerwać słońce.


Ujarzmić grzbiet księżyca

i pognać nad jeziora gwiazd.


Zjeść trawę

która jest soczysta.


Westchnąć nad grobem

z którego zmartwychwstaje

wzruszenie


Wziąć rower

i nie wrócić.


powiedz mi tylko, że wszystko będzie ok.

nie mów, że mnie kochasz

bo to tak, jakbyś powiedział

że umrzesz


a ja znam termin


nie mów, że chcesz ze mną być

bo to tak, jakbyś miał żyć

kilka dni


a ja znam termin


nie mów, że rozmowa ze mną

ma sens

bo to tak  - jakbyś wąchał ucięte kwiaty


nie myśl o mnie w dniu jutrzejszym

bo moje jutro

jest w kuchennym nożu

w butelce

i pomysłowości chemików


nie myśl o mnie w odniesieniu do

siebie

bo ja jestem poza namacalnością

tego co dobre


powiedz mi tylko

że wszystko będzie ok.

- tam gdzie ukorzeniam się


bo ja znam termin


trzeba było wrócić, nim się zaczęło 
być

te Tatry

ogniste miecze

lizaki które brałam w palce


sople które chłodziły

pragnienia szalone

rozgorączkowane

ten chłód był podniecający


zostały w tyle


teraz ulice opinają moje ciało


choć do nich nie wychodzę

ich nie zapraszam


od czasu do czasu muszę otworzyć okno

a to dla nich okazja


żeby napełnić brzuch

rozbić porcelanowe jajko ciszy


wciąż nie mogę wyjść z tego kościoła

słucham muzyki

w mięśniach mam organy

które wybrzmiały

na ostatniej mszy


wciąż nie mogę wyjść

z tego kościoła

w którym obiecaliśmy świat

z tego parku

po którym biegaliśmy

z butelkami szampana


słucham muzyki

moje wszystkie myśli

roztańczone w tamtym lokalu

nienawidzą porannych słońc


czy to się nigdy nie skończy?


twój pies  - nowy

bo tamten zdechł

łasi się do rudego kota pod blokiem

nie mojego


jesteśmy na dwóch krańcach świata

to daleko

ale wciąż

pielęgnujemy demony

które spotykają się potajemnie

we wspomnieniach

i ukradkowych smsach


zamurowani

w bunkrach

bez dostępu do

tlenu

słuchamy potajemnie

muzyki

utraconej


wyciągamy do siebie ręce

poprzez ulice, dzielnice

lata

nie chcemy zmieniać numeru

telefonu


jakbyśmy - ciągle - jeszcze - wierzyli

że można żyć

oddychać

czuć

i biec


jakbyśmy chcieli wrócić

napisać nowy rozdział

wykupić drugie skrzydło

o które nie walczyliśmy

a bez którego

lot nie jest możliwy


winna?

moje poczęcie nie było z miłości

dzieciństwa szczęśliwego nie miałam

a co to

jest

dzieciństwo?


już o tym nie myślę.


od razu musiałam być kobietą

wiem, byłam piękna

co najmniej jak Afrodyta

bogini grecka

miałam wdzięk, seksapil

urzekałam

malowali mnie najwięksi

Rubens, Rossetti, Cousin


i te chłopaki z bloku

obrysowywali mnie oczami


ale nie miałam wyboru

musiałam wypełnić zadanie


szybko zostałam żoną

i choć w pięknych strojach i z posagiem

to byłam przeklęta


a podobno taka przebiegła

więc dlaczego tego nie przewidziałam?


oskarżają mnie o wszelkie zło i nieszczęścia

ale kto nie otwiera prezentów?

ja tylko je otrzymałam

to nie ja obmyśliłam zawartość


wybacz mi świecie

i nie krzyżuj więcej


to nie mój był plan

nie moje pudełko

ani wojny, zemsty

pomysły


byłam jedynie narzędziem

w czyichś rękach


ale nie rozpaczam, nie narzekam

teraz jest mi dobrze

mieszkam w Luwrze

„Eva prima Pandora” - to ja


wyleguję się, jestem syta, ciągle piękna

i już nic nie muszę

i już nikt mnie nie wykorzysta


Pandora

boginie oddały mi swoje cnoty

mam urodę wieczną młodość

powab, czar

mam dostojność mądrość bogów


mówią, że na całej ziemi nie ma

tak prawdziwej kobiety jak ja


że to ja jestem uosobieniem gospodarności

że to ja noszę najpiękniejsze stroje

to prawda  - przytrafiło mi się

tyle szczęścia

że miałam najlepszych nauczycieli

- z boskiego panteonu


nie żałowali mi swoich sekretów

więc wiem jak zachować smukłość

i blask włosów


jestem też dzielna i roztropna

podobno jak ta słynna Atena

z mitologii


nie śmiej się, moja krewna

przyszywana

utalentowana matka, nie-matka

hojna  - mam tyle sukien, ile zdołam

udźwignąć i stworzyć

by zauroczyć Was

których zapragnę


wiem… że nie możesz mi się oprzeć

ale nie otwieraj przede mną drzwi

nie wpuszczaj do swojego świata

dlaczego?

nie pytaj, to tajemnica


stara wariatka

chciała chodzić w słońcu

choć ziemia paliła stopy

spacerowała w trawach

zaostrzonych

jak tłum

przez nieprzychylne lato


nie posłuchała się boga

nie umarła wtedy

kiedy trzeba było

kiedy wypadałoby umrzeć


chciała chodzić w słońcu

poszukała pól dojrzałej kukurydzy


tak bardzo potrzebowała ciepła

jak one

wychodziła poza miasto

grzała się w pyszności

pulchnych ziaren

którymi ktoś tu się opiekował

które zbierze pewnego dnia


wyobrażała sobie zastawiony stół

i siebie jako pokarm


chciała chodzić w słońcu

choć włosy jej zbielały

i skóra coraz gorzej znosiła

przeciwieństwo czułości

nie przestawała

żyć

po swojemu


wciąż szukała najgorętszych miejsc

i nie osłaniała się

nawet gdy słońce było

najbardziej perwersyjne


nawet gdy jej uroda mijająca

stawała się

najbardziej nieprzyzwoita

dla światła


szukała przestrzeni otwartych

szczerze nagrzanych

namiętnie wściekle

wykorzystanych

stawała na samym środku

rozkładała ręce

i wirowała

wirowała

wirowała


a tłum się śmiał

stara wariatka


kiedy piasek palił

i turyści chodzili w klapkach

ona kładła się

naga

i całą skórą, duszą swoją

chłonęła jego cząsteczki

i tylko ona, spośród wszystkich

nie była turystką

ani jednej chwili życia


zabiłam

w oparach papierosowego dymu

w szaroburym kokonie

próbuje wykluć się

kolejny wiersz


warunki tu nie są sprzyjające


wilgotno, grząsko

choć nie ma dobrej wody

nie ma dobrych ramion

nie ma dobrych posłań

są tylko twarde parkiety

pełne okruchów szkła

rozbitych marzeń

istnień


jego kościste ramiona

kościste skrzydełka

chciałyby frunąć


ale nie mogą nawet

rozprostować się


czy mi go żal?

nie wiem

mam ich tyle

że jeden mniej

nie robi różnicy


słyszę jego piski

jego

wątłą obecność


ale moje żelazne serce

jest niewzruszone


kolejny papieros

spowija możliwość

wyklucia się

czegoś wartościowego


kolejny kęs

chemicznej mikstury tej chwili


zabiłam tego aniołka


jestem pozbawiona

jakiejkolwiek wrażliwości

można przy mnie tylko umierać


ci, co czekają

na co my czekamy

co ma się wydarzyć jutro?


czy specjalnie budujemy

tak słabe mury

żeby ktoś je przebił?


czy specjalnie jesteśmy

tak słabi

żeby ktoś nas zwyciężył?


na co my czekamy?

na rycerzy natchnionych?


my - nieumiejętni

w dawaniu

na wprost  - siebie


na co czekamy

my beznadziejni

w rozpostarciu ramion

które powinny być skrzydłami


na co czekamy

czy w ogóle czekamy

umierając

każdą chwilą

swojego życia


nikt nie umie być samotny

nikt samotny

nie może być

szczęśliwy


kłamstwo, z którym żyję

kłamstwo, z którym żyję

jest tłuste

jak mucha krążąca nad

pełnym talerzem


mój świat

wypowiedziany wierszami

nie ma miękkich kanap

zapraszających do wylegiwania się

ani pościeli czystej


kłamstwo, z którym żyję

budzi mnie

i zrobi to dzisiaj


przystroi w atrybuty

normalnego człowieka


a bestia

zamknięta w klatce

pozostanie do wieczora


potem, zacznie wyć

miotać się

bo to jej pora

bo czas zamknięcia był zbyt długi


i wyłamie pręty

potrzeba wybiegu jest nachalna

potrzeba szczerości

agresja prawdy


i zostanę z nią

z tą lwicą

do rana


a potem znów ją zamknę

w klatce

wepchnę siłą

i obiecam powrót

bo chcę

kochać

chcę

żyć

być sobą


choćby przez te parę magicznych

chwil nocnych


bardziej już się nie da

co mam zrobić żebyś

mnie kochał

żebyś kochał ten ból


co mam zrobić żebyś wiedział

zobaczył

podskórnie


już jestem naga

nie umiem bardziej się rozebrać


nie umiem

wytworzyć nowej skóry

mniej szorstkiej


nie umiem być bardziej

przezroczysta

niż jestem


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.56