E-book
5.46
drukowana A5
30.64
Tajemnica złotych liter

Bezpłatny fragment - Tajemnica złotych liter

Zimowa opowieść


Objętość:
197 str.
ISBN:
978-83-8104-497-4
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 30.64

Moim niezwykłym dzieciom

Agatce i Grzesiowi

To nie Hogwart

Brązowa jesień. Ostatnie liście drżały na wietrze i błyszczały w słońcu. Szelest i zapach ziemi. Baranie góry chmur płynęły w stronę Warszawy, rozpuszczając się po drodze — jak pamięć, która traci kontury, barwy. Rzeczywiste stają się tylko zmysły. Żyją w teraźniejszości. Jest jedynie chwila. Teraz. Przyszłość dopiero trzeba stworzyć. Niech żyje fantazja!

Podgórze — dawniej wolne miasto, teraz dzielnica Krakowa — układało się do zimowego snu. Ulica Krzemionki wiła się i kuliła w sobie jak zaspany niedźwiedź. W dole — stary Kraków wychodził zza kurtyny rozbierających się drzew. Ciemna wstęga Wisły, Wawel, kościół Mariacki, wieża ratuszowa — miasto legend, snów i marzeń, gród królów, artystów i błaznów.

Z góry jechał telewizyjny wóz transmisyjny. Z samochodowego radia leciała piosenka duetu Sikorowski — Turnau: Nie przenoście nam stolicy do Krakowa.

„Tutaj wiersze rodzą się najlepsze, tu historie piszą się złowieszcze”.

Gimnazjum im. Stanisława Lema stało majestatycznie na kamiennej podmurówce — trzeba się było wspinać po krętych schodach. Fronton szkoły zwieńczony był trójkątnym daszkiem, który przywodził na myśl kapelusz Napoleona. Niżej, między drugim a trzecim piętrem, kamienne emblematy — płaskorzeźby symbolizujące literaturę, malarstwo, muzykę i sport — przypominały o swoim przesłaniu. Wejście do gimnazjum obramowane było solidnymi kolumnami, na których wspierał się płaski, niezdobiony blok. Ktoś machnął tam graffiti: TO NIE JEST HOGWART.

Dzwonek na koniec lekcji. Zaczyna się życie. Jak powieść.

Gęstniejący szmer. Rozmowy i wrzaski. Zgrzyt klamek, trzask drzwi. Z budynku wylała się wezbrana rzeka uczniów, dzika i rycząca. Jedni odbezpieczali swoje komórki, drudzy wymieniali się płytkami CD i uwagami o grach komputerowych, inni zakładali słuchawki na uszy.

Z tłumu najbardziej wyróżniał się Gruby, wyrośnięty jak na swój wiek dresiarz. Ogolony na zero. Na głowie — nic, w głowie nic. Szedł tanecznym krokiem. Slalomem po zakręconych schodach. Nucił szlagier młodocianego kibola. Na ulicy Redemptorystów wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Zapalił. Zaciągnął się jak fabryczny komin.

Zauważył Mikołaja Podgórskiego, kolegę z tej samej klasy, pierwszej „a”, na którego wszyscy wołali Miki. Brunet w okrągłych drucianych okularach, z fryzurą à la Harry Potter, ubrany w czerwoną puchową kurtkę, szurał butami między poskręcanymi pozłocistymi liśćmi i wpatrywał się w nie jak w jakiś wawelski arras.

Gruby, dla wielu Silny, podszedł do Mikołaja i ostentacyjnie wyciągnął w jego stronę paczkę marlboro. Miki, zaskoczony, spojrzał na niego i odmówił delikatnym ruchem głowy.

— Jesteś zero. Mniej niż zero. Cienias! — skwitował Gruby.

— A ty jesteś mugol! — odciął się Miki.

— Jeszcze pogadamy…

— Nie ma sprawy. Ale najpierw naucz się rozmawiać.

Gruby poczerwieniał ze złości i otworzył usta, zdumiony złośliwością i odwagą tego mola książkowego. Tak zwykle mówił o Mikołaju. Teraz musiał jakoś zareagować. To było w jego stylu. Innego nie miał i mieć nie chciał. Zawsze reagował spontanicznie, zawsze był impulsywny, zawsze jego ręce wyprzedzały głowę. Nauczyciele kwitowali to prostą diagnozą: ADHD — i umywali ręce. Tym razem Gruby również nie mógł się powstrzymać. Zaatakował kolegę. Napluł mu w twarz, chwycił go za kurtkę, poszarpał i popchnął. Atak trwał dwie albo trzy sekundy. Miki przewrócił się i potoczył aż pod mur klasztorny ojców redemptorystów. Postanowił poleżeć chwilę na pierzynie z liści. Nie zamierzał się bić; choć najczęściej ubierał się „bojowo” — panterki, kolor khaki — unikał wszelkich fizycznych porachunków. Poza tym szansę na wygraną miał znikomą, był o głowę niższy i o kilkadziesiąt kilogramów lżejszy od przeciwnika. Grubego trzeba pokonać inteligencją, a nie siłą — przemknęło mu przez głowę. Z kolei klasowy rozrabiaka nic nie pomyślał. Stał na tle groźnych białych wapiennych skałek z doczepionymi do nich rachitycznymi, poskręcanymi, nagimi drzewkami. Uśmiechał się. Jak w ekstazie. Jakby zrobił właśnie dobry uczynek.

Do chłopaków zbliżały się, przyspieszając kroku, dwie dziewczyny, koleżanki z klasy — Zosia Zabłocka i Gabrysia Nowohucka. Zosia nosiła się zwykle na czarno i wyróżniała często zmienianą, oryginalną rudą fryzurą. Gabrysia, blondynka — zawsze ubrana była w najmodniejsze ciuchy; widać było, że ma bogatych rodziców.

Podbiegły do kolegów.

— Gruby, uspokój się. Mój stary jest prokuratorem — zagroziła Gabrysia, kierując palec wskazujący w stronę agresora.

Gruby zaśmiał się głośno i głupkowato. Na nic innego nie było go stać. Góra mięśni i tłuszczu. Komórki nerwowe na wiecznych wakacjach.

Mikołaj nadal leżał na liściach.

Czerwona plama na rudo-żółtym tle.

— Firmin, nic ci się nie stało? — Zosia (najczęściej właśnie ona tak go nazywała; skąd wzięła tę ksywkę, wiedzieli tylko wtajemniczeni) przykucnęła i położyła mu dłoń na ramieniu.

— Zapytaj Grubego, czy nic mu się nie stanie! — odburknął Mikołaj. Odsunął się od Zosi, jakby chciał powiedzieć: sam sobie poradzę, po czym szybko wstał.

Dresiarz ryknął barbarzyńskim śmiechem i wykrzyczał jakieś niezrozumiałe hasło bojowe… po czym padł wyraz „pany”, a później epitet „chamy”. Ruszył w stronę ścianki wspinaczkowej, mrucząc pod nosem.

— Dzięki, dziewczyny, ale wasza interwencja była zbędna — Miki zgrywał bohatera. — Na każdego wściekłego psa znajdzie się smycz i kaganiec. Bawcie się dobrze. Cześć!

Miki wracał do domu, powłócząc nogami, które były jeszcze trochę miękkie po nieprzyjemnym incydencie. Krok za krokiem i myśl za myślą. Znał Grubego dopiero od kilkunastu dni i nie był w stanie go zrozumieć. Dresiarz powtarzał klasę i wyleciał z pobliskiego Gimnazjum nr 34 im. Henryka Sienkiewicza, mieszczącego się koło kościoła św. Józefa, ale to chyba w ogóle nie wywarło na niego wpływu ani nie zmieniło jego stosunku do życia. Był to butny błazen, wszystko robił „dla beki”. Przedrzeźniał nauczycieli, łaził po klasie, nie zwracając uwagi na upomnienia nauczycieli, szantażował uczniów, zaczepiał koleżanki, bił się z kolegami. Był prymusem na lekcjach wychowania fizycznego, a gdy miał dobry dzień — również na zajęciach z muzyki czy plastyki. Przypominał nastolatka z marginesu społecznego, z jakiejś rodziny patologicznej. A przecież — Miki podsłuchał rozmowę wychowawczyni z dyrektorem szkoły — jego rodzicami byli znani inteligenci: pani psycholog i lekarz psychiatra.

Mikołaj Podgórski przechodził właśnie obok urokliwego kościoła. Rzucił okiem na plakat, który został po Światowych Dniach Młodzieży. Powoli rozstawał się z dzieciństwem…

Potterologia stosowana

Na ulicy Kalwaryjskiej śmierdziało spalinami i dymem z kominów. Smog jak Smok Wawelski. Za bramą kamienicy, w której mieszkał Miki, unosił się ciężki miks zapachów: gotowana kapusta, wyziewy z kubłów na śmieci, świeża farba pokrywająca jedne z drzwi, cuchnący tobołek zostawiony przez bezdomnego koło wejścia do piwnicy. Wyżej klatka schodowa też nie przedstawiała się lepiej: brudne schody, łuszczące się ściany, przepalone żarówki, wybita szyba w oknie. Na schodach stała puszka po piwie: kontury tatrzańskich szczytów i hardy góral. Błysk wspomnienia! Przeklęte przepiękne czasy, które nie wrócą! Miki zacisnął oczy i usta, po czym kopnął puszkę z całej siły. Rozległ się metaliczny brzęk i zapadła cisza. Rozlał się zapach napoju dla dorosłych.

Mikołaj przekręcił klucz w zamku. Wszedł do mieszkania na parterze; dokładnie, metodycznie sprawdził wszystkie kąty. Babuleńki nie ma. Bardzo dobrze! Na drzwiach jego pokoju przyklejona była kartka z napisem: MUGOLOM WSTĘP WZBRONIONY. Otworzył, wszedł w pośpiechu.

Błyskawicznie ściągnął swoją kurtkę i rzucił ją w kąt. Podszedł do czarnego biurka, na którym leżały stosy książek i zeszytów, zawahał się, zatrzymał na chwilę, po czym odsunął tekturowe pudełko, zagradzające dostęp do brązowej szafy. Otworzył skrzypiące drzwi. Wyciągnął z ciemnego wnętrza duży zielony plecak i wyjął z niego wszystkie tomy z przygodami Harry’ego Pottera. Ułożył je na biurku. Żółtymi samoprzylepnymi karteczkami zaznaczone były różne miejsca w książkach.

Wysunął szufladę biurka, pogmerał między papierami, długopisami, kredkami, kasztanami, suchymi skórkami pomarańczy. Wziął magiczną pałeczkę. Lewą ręką wybrał jeden z tomów i otworzył go w zaznaczonym miejscu.

Czytał w skupieniu.

Za oknem zerwał się wiatr, zapachniało ziemią i zimą.

— Lacarnum Inflamarae — szepnął

Zrobił stosowny gest magiczną różdżką. Nic się nie dzieje. Powtórzył rytuał kilka razy. Nic i nic

Zaglądał do innych tomów, szukał. Szeleścił kartkami, wdychając niepowtarzalny aromat księgarni CZYtanie.

— Relashio. Relashio. Reducio. Reducio — rozkazał podniesionym głosem.

Nuda. Nic się nie dzieje. Zero zdziwień.

— Serpensortia. Serpensortia. Serpensortia. Serpensortia. Serpensortia! — krzyczał.

Brak efektu.

Miki był wściekły. Wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, kopnął krzesło, które na wszystkich nogach pobiegło w przeciwległy kąt pokoju, i zrzucił wszystkie „pottery” na trochę zakurzony, kwiecisty dywan. Wyszedł ze swojej pustelni tak energicznie, że aż zadrżały drzwi. Drżenie udzieliło się i bohaterowi tej sceny, ale heroicznie otrząsnął się z małej słabości, ruszając przed siebie. Z kuchennej szafki wyjął rulon dużych worków na śmieci. Szybkim krokiem wrócił do swojego pokoju. Przykląkł na dywanie i wrzucił książki do dwóch worków. Po czym ubrał się i ze „śmieciami” wybiegł z mieszkania.

Na zagraconym podwórku, wyścielonym warstewką różnobarwnych liści, dyskretnie wrzucił worki do cuchnącego piekłem, plastikowego kubła. Delikatnie zamknął klapę i wytarł rękę o kępkę trawy.

Wybrał się w stronę wapiennych wzgórz.

Prawie nie widział ulicy Kalwaryjskiej, pstrokatej od szyldów, plakatów i reklam świecących w późnopopołudniowym zmroku, skręcił w lewo i po wypaczonych schodach wbiegł pod górę, dotykając palcami (wskazującym i serdecznym) szorstkiej, zardzewiałej poręczy. Obok wejścia do kościoła redemptorystów wisiał znany mu już billboard — pozostałość po światowej imprezie — przedstawiający jakiegoś chudego, steranego życiem, starego zakonnika, z czerwonymi koralami na szyi składającej się z samych żył i zmarszczek. Duchowny zachowuje się jak jakiś zboczek, rozchylając habit, spod którego wystaje ciemna koszulka z białym napisem: KEEP CALM. (Miki już tyle razy miał sprawdzić w słowniku, co to znaczy, ale zawsze — gdy już wrócił do domu — zapominał o tym). W tle tego ewangelicznego obrazu — uśmiechnięci młodzi chrześcijanie. Oraz slogan: „Młodość to stan ducha”. Niby po polsku, ale co to ma znaczyć? Nie, teraz niedoszły mag (czy magik) nie miał głowy do rozmyślań. Głowę chciał urwać wiatr. A może myśli. Włosy nie stały dęba. One tańczyły jak studenci na krakowskich Błoniach.

Krzemionki. Białe skały, urwiska, kręte, strome ścieżki. Smutna trawa, dzikie drzewa. Miki łaził nerwowo tu i tam. Był zły — na siebie i Bóg wie na kogo jeszcze.

Podszedł do stojącej w grocie dużej figury Matki Boskiej. Za żelaznym ogrodzeniem dogorywały kwiaty i dogasały znicze. Z pobliskiego kościoła dolatywały głosy chóru trenującego adwentowe pieśni. Chłopak stał i stał; tępo patrzył w ciemność skalnej niszy. W pewnym momencie uśmiechnął się.

— I co o tym sądzisz? — zwrócił się do posągu. — Nic. Jak zwykle… nic.

Zachodzące słońce rozpaliło kępki przekwitłych wrzosów. Dzień uśmiechnął się tuż przed swoją śmiercią. Obserwator tej mistycznej chwili skrzywił się nieco, po czym jego twarz zamarła w posągowym otępieniu.

Wrócił do domu. Bezszelestnie wśliznął się do swojej celi i położył na wersalce. W ciemnościach. W ciszy.

Pustka.

Żeby zobaczyć więcej — zamknął oczy. Ukazała mu się Pippi… Nie. Piegów więcej niż w rzeczywistości. Nie. Oczy duże, brązowe, od czasu do czasu zerkające na… Nie. To on ją podglądał? A raczej obserwował chłodnym okiem naukowca? Zaczynał o niej śnić? Też nie. To była prawda. Urojona. Niebezpieczna? Pociągająca? To była Zosia. Postanowił o niej nie myśleć. Ale im bardziej o tym starał się nie myśleć, tym bardziej te myśli wokół niej się kręciły jak… Jak co? JAK-NIE-WIA-DO-MO-CO.

Z tych wizji wytrącił Mikołaja zgrzyt klucza. Stukot butów, posapywanie, szelest kurtki. Wróciła babcia, zwykła szara kobiecina, i od razu weszła do pokoju wnuka. Zdjęła swój moherowy beret i ściskając go nerwowo w dłoni, zapaliła światło. Położyła na podłodze dwa worki z książkami.

— To twoje? — zapytała.

— Nie.

— Nie kłam. Pani Kaczyńska widziała…

— To nie kłamstwo. To już nie jest moje! — Miki powoli wstawał z wersalki i mrużąc oczy, wpatrywał się w pakunki tępym wzrokiem.

Po chwili podniósł oczy na babcię. Delikatnie, prawie niewidocznie poruszała wargami, jakby coś przeżuwała. Albo jakby przeżywała jakąś wewnętrzną walkę, starając się nie wybuchnąć gniewem. Jej siwe włosy były w nieładzie, co mogło budzić grozę. Albo śmieszyć. A ponieważ miała naturę — najczęściej — łagodną, Miki nie musiał się niczego obawiać. Chyba. Bo przecież potrafiła być stanowcza i surowa. I teraz właśnie taka postanowiła być. Mechanicznym głosem (nieco szeleszczącym z powodu braku dwóch dolnych siekaczy, których nie zdążyła jeszcze uzupełnić protezą) rzekła:

— A prosiłam cię, żebyś nie kupował tych diabelskich książek. Nie słyszałeś, co ksiądz mówił na kazaniu?

— Chciałem się przekonać, czy miał rację — zaczął się droczyć przekorny nastolatek.

— Mikołajku, ksiądz ma zawsze rację.

— Który? Każdy?

— Każdy — wyjaśniła babcia (tonem przewodniczącej Trybunału Najświętszej Inkwizycji). I pokręciła głową, jakby coś kazało jej zaprzeczyć własnym słowom.

— To dlaczego inny ksiądz mówił co innego?

— Mikołaj, co się z tobą dzieje?!

— Wyrastam z przesądów i zabobonów.

— Matko Boska!

— Z Nią sobie nie pogadasz.

Dialog szybki, prosty, zwięzły. Zdziwiło to babcię niepomiernie, przecież jej wnuk był zawsze chłopcem przymilnym, posłusznym i pokornym. Co się z nim dzieje? Dojrzewa? Ma problemy w szkole? Może znów dręczy go ten wysoki, przypakowany chłopak, co to już drugi raz powtarza klasę…

Listy do Mikołaja (1)

Drogi Mikołaju!

Może ta forma zwracania się do Ciebie w ten sposób jest zbyt oficjalna, ale nie przejmuj się tym, najprawdopodobniej w ogóle nie otrzymasz tego listu. To dlaczego postanowiłam go napisać? Dla siebie? Sama nie wiem.

Teraz dzieciaki, młodzież, no, wszyscy, wysyłają sobie różne mejle, esemesy, dzwonią do siebie na okrągło, rozmawiają ze sobą na Facebooku, ale ja już jestem taka dziwna, że postanowiłam pisać, jak to się kiedyś robiło: papeteria, pióro, poczta — ta tradycyjna. Tanio wychodzi, nie potrzeba komórki ani kompa. Ha, pewno zaoszczędzę też na znaczku — jak już pisałam, nie mam zamiaru wysyłać tego listu. Choć może Ci go któregoś dnia wręczę, kiedy już lepiej się poznamy. Bo teraz mam wrażenie, że piszę do… hm… nieznajomego. Ale — z drugiej strony — kogoś bliskiego. Czuję, że trochę Cię znam, nieco rozumiem. To chyba empatia, o której dyskutowaliśmy ostatnio na etyce.

Piszę, bo nie bardzo mam z kim rozmawiać (Ty chyba też). No, mamy w sumie fajną klasę; Gabrysia i Bartek są bardzo koleżeńscy (znam ich jeszcze z podstawówki), ale nie mam z nimi tak dobrych relacji… jak z Tobą… mogłabym mieć… Już się śmiejesz? Chyba nie. Zapewne jesteś zaskoczony, zdziwiony. A raczej nie. Bo przecież nie otrzymałeś tego listu. Niestety.

Dlaczego Ty? Wiesz kiedy zwróciłeś moją uwagę? Już na początku września, gdy podczas przerw międzylekcyjnych nie szalałeś jak (prawie) wszyscy, tylko gdzieś w kącie korytarza albo na szkolnym podwórku siedziałeś sobie na uboczu i czytałeś książkę. „Wtedy pokochałam ten mózg” — jak mawia osoba, którą najbardziej kocham. I pewno pamiętasz, jak molestował Cię wtedy Adam (jak mógłbyś zapomnieć!). Gruby już taki jest, że każdego się czepia, zwłaszcza tych, których uważa za słabszych. Nic ci tak naprawdę nigdy nie zrobił, ale jak pewnego razu wyrzucił Twoją książkę przez okno — tego już było za wiele. Ale to jeszcze nic. Najgorsze w tym wszystkim było to, że tak to się (prawie) każdemu podobało. To nie Ciebie wspierali, to jemu kibicowali. To okropne. To oburzające. Aż mnie skręcało! Chciałam go od razu znokautować. Pewnie się śmiejesz. Ale to nie jest śmieszne. Przecież Ty tego nie czytasz! Dlatego mogę Ci zdradzić mój sekret.

Pewnego razu spotkaliśmy się w ciemnej uliczce (w samo południe) — ja kontra Gruby. Wyśmiałam go, zrugałam jego głupią łysą pałę. Chciał mi przyłożyć. Nie zdążył. Po sekundzie leżał już obok przewróconego kosza na śmieci. Nie wierzysz? Ty mnie jeszcze nie znasz! Tak było naprawdę. Dwa ciosy i leżał jak niemowlę albo pijaczek. Jeśli nie chcesz wierzyć, to wyjaśnię, że wychowałam się w getcie… Czyli… Najpierw mieszkaliśmy na Kazimierzu, a potem w tej części Podgórza, gdzie w czasie II wojny światowej było żydowskie getto. Po zbrodniczym niemieckim Holocauście były to najbardziej zaniedbane, zniszczone fragmenty Krakowa. W znacznej części mieszkał tam dziwny element — margines społeczny: bezrobotni, alkoholicy, żule, cinkciarze, alfonsi, złodzieje, żebracy, bezdomni. Tam trzeba było umieć walczyć o byt. Tam wychowywałam się z dzieciakami z rodzin patologicznych, tam się musiałam nauczyć różnych rzeczy. No i był jeszcze mój ojciec — były bokser Korony Kraków. Nauczył mnie, jak się bić. To była jedyna rzecz, której mnie nauczył. I tyle. Choć teraz trochę mu się dziwię, że spróbował jeszcze raz. Taka to natura, SKORPION.

Tak więc dowaliłam Grubemu i jestem z tego dumna. I Ty będziesz ze mnie dumny, gdy się o tym dowiesz. Ale nigdy nie poznasz tej historyjki. No, chyba że… Ale to już inna bajka.

Serdecznie Cię pozdrawiam

ZOSIA

Dzień dobry. Dobry dzień?

Deszcz zacinał. Wiatr zawodził, szarpiąc szybami, jakby chciał futryny wyrwać ze ścian. Za oknem wiły się w dzikim tańcu resztki rudych liści, ze skarpy spływały strużki wody, a w górze czerwieniły się mury kościoła redemptorystów.

Zagrał dzwon. Jego niski, podniosły ton budził ze snu i wprowadzał w zadumę.

Mikołaj Podgórski siedział za biurkiem, podpierając brodę rękami, i gapił się w zaokienny świat, który coś poruszał w duszy obserwującego. Skupił wzrok na trzech niewielkich świerkach, stojących w rodzinnej grupce, ze splątanymi gałęziami. Największe drzewko było dorodne, bujne, ale niestety suche; średnie — wiotkie i nieco krzywe — pochyliło się nad najmniejszym, najbardziej zielonym i rosnącym proporcjonalnie, obejmując je konarem jak ramieniem. Mikołaj miał wrażenie, że ta scenka jest jakaś znacząca, symboliczna, choć nie starał się zrozumieć jej głębszego sensu. Jeśli w ogóle trzy drzewa pod oknem mogą mieć jakiś sens, no, oprócz produkowania tlenu i upiększania terenu. Chyba że ukryte znaczenie odkładało się gdzieś w podświadomości (lubił słowo „podświadomość”, choć wydawało mu się nieco ezoteryczne; tak, mówił „ezoteryczne”, choć trudno powiedzieć, co przez to rozumiał).

— Mikołaj! Musimy już iść na mszę!

— Babciu, pójdę wieczorem. Dziś w szkole mamy tylko wyjście z klasą na kręgielnię, od jedenastej do piętnastej, więc teraz zajrzę do Bartka. Choruje od kilku dni. Pomogę mu napisać wypracowanie z polaka. On robi takie błędy, że włosy stają okoniem…

— Mówi się: włosy stają dęba.

— W porzo…

— Nie mówi się „w porzo”.

— Tak jest, droga babciu!

— Ale nie siedźcie zbyt długo przy komputerze… bo… Pamiętasz, jaki mamy dziś dzień?…

— Tak jest! Melduję, że dziś mamy wtorek, szóstego grudnia dwa tysiące szesnastego roku. Bardzo brzydki dzień.

— Tajemniczy dzień…

Dzień urodzin Mikołaja, dzień odświętny i smutny zarazem. I tradycyjnie dla niego wolny od nauki w szkole.

Babcia włożyła palto — tak określała swój stary, ale zadbany płaszcz w kolorze zdechłego szczura — i wyszła. Miki został sam. „Miki” — tak Mikołaj został ochrzczony przez kolegów na początku roku szkolnego. I tak zostało. Zostało i się rozrastało. Jeden z kolegów krzyknął „Miki”, a drugi dorzucił „Myszkę”. Nie trzeba było długo czekać, by jakiś szkolny lingwista zaprotestował: „Myszka Miki? Przecież Mikołaj to facet. Od dzisiaj będzie Szczurem Miki”. I był. I wszystkich to bawiło. Ale Mikołaj nie był zachwycony. Z czasem mu przeszło. A gdy przeczytał Firmina, opowieść o elokwentnym i oczytanym szczurku, był już dumny ze swego szczurzego przydomka. Więcej, domagał się, by go tytułować: Jego Inteligencja Szczur Miki Firmin Drugi. To już nie przeszło.

Cisza, wiatr się trochę uspokoił. Mikołaj zaczął się przechadzać po swoim pokoju, omiatając jego ściany zagadkowym spojrzeniem. Zerknął na tablicę korkową, do której przyszpilone były kartki z Paryża, a raczej ze stolicy Francji widzianej oczami i rękami francuskich malarzy. Westchnął. Trudno powiedzieć, czy przypomniały mu się niedawne zamachy terrorystyczne, które ostatnio zaczęły nękać ten piękny i kiedyś potężny kraj, czy raczej jego myśli skierowały się w inną stronę, tylko częściowo związaną z tym zachodnim państwem. Miki na chwilę zacisnął mocno powieki, po czym otworzył oczy, jakby chciał zobaczyć jakiś inny świat. Wzrok chłopca powędrował w stronę biblioteczki z ulubionymi książkami. Na twarzy zagościł smutny uśmiech.

Spojrzał przelotnie w okno i odwrócił się w stronę wielkiej, brązowej starej szafy. Podszedł do niej, opuszkami palców delikatnie dotknął politury i cicho otworzył „wrota pamięci”. Do wewnętrznej powierzchni drzwi przymocowane było lustro. Spojrzał na siebie. Bardzo się zmienił w ciągu ostatnich dwóch lat. Urósł, wyszczuplał. Jego włosy były teraz ciemniejsze, a oczy — już nie tak niebieskie, stały się jakieś mętne, smutne, nieokreślone, zielone. Kiedyś mama wykrzykiwała radośnie: „Oczy niebieskie — życie królewskie”. Teraz babcia szeptała monotonnie: „Oczy zielone — życie szalone”. Rozwarł drugie skrzydło drzwi. Teraz był już tak wysoki, że mógł jej spojrzeć prosto w oczy.

— Mamusiu…

Odwrócił się szybko i stanął naprzeciw drugiego Mikołaja, który teraz falował jak odbicie w Wiśle, a za nim uśmiechała się zjawa. Ona.

Wbił się między płaszcze i kurtki i od środka zamknął drzwi szafy. Zapanowała ciemność. Mroczność. Pomroczność jasna… I znów był w swoim zaczarowanym królestwie, w swojej Gar-Derobie. Wprawdzie wiedział, że niczego nie ma po drugiej stronie lustra i że szafa nie jest bramą do Narnii — ale i tak całym ciałem odczuwał magię tego miejsca, pełnego starych zapachów i nowych marzeń.

Dopiero gdy odciął dopływ świeżego powietrza, poczuł wyraźny zapach stęchlizny, naftaliny, jakiejś odległej, skończonej historii. Niestety, nie mógł już spryskać swoich ubrań perfumami mamy — przecież niedawno flakonik wydał ostatnie fuknięcie. A to ten niepowtarzalny zapach wywoływał obrazy z przeszłości. Teraz Mikołaj widział tylko czerń. Noc w szafie.

Mrok na schodach.

Pustka w domu,

Nie pomoże nikt nikomu.

Ślady twoje śnieg zaprószył,

Żal się w śniegu zawieruszył.


Trzeba teraz w śnieg uwierzyć

I tym śniegiem się ośnieżyć —

I ocienić się tym cieniem,

I pomilczeć tym milczeniem.

Powtórzył ten fragment wiersza kilka razy — jak zawsze gdy coś go trapiło — ale nie mógł sobie przypomnieć nazwiska autora. Pamiętał tylko tyle, że było to nazwisko jakoś związane z leśnymi dróżkami.

Na zewnątrz obudziły się głosy. Pewno ludzie wychodzą z kościoła, zaraz przyjdzie babcia. Nagle Mikołaj przypomniał sobie, że dziś jest TEN DZIEŃ, i postanowił przyłapać zimnego Świętego Mikołaja na gorącym uczynku. Prosta sprawa: przez dziurkę od klucza widać było akurat stolik przy łóżku, na którym Niewidzialny kładł zawsze prezenty.

Miki był już gimnazjalistą, ale nadal wierzył w Świętego, choć nikomu o tym nie mówił. Wierzył trochę na siłę. Wierzył, bo chciał wierzyć. Wierzył, choć wątpił. Właściwie nie wierzył, ale miał nadzieję. Trzymał się tej wątpliwej wiary jak tonący brzytwy. Utrzymywał w sobie tę absurdalną wiarę, żeby nie zwątpić w inne Ważne Rzeczy, Istotne Wartości. Słowo „wartość” napełniało go dziwnym wewnętrznym drżeniem. Koledzy z klasy chwalili się, co dostali od rodziców „na mikołajki”, a on nadal pragnął wierzyć w tego Niewidzialnego, Dobrego, Magicznego, Cudownego Brodatego Staruszka. Czyżby życzeniem Mikołaja było pozostać nadal — jak Piotruś Pan — w błogim stanie niewinności, nieświadomości? Kto wie… Kto wie? Szafa. Przecież była to zaczarowana szafa. Teraz mogłaby nagrać takie myśli swojego lokatora: Przecież Święty Mikołaj musi istnieć. Przecież babcia nie może mnie okłamywać. Przecież chodzi do kościoła, spowiada się i przyjmuje komunię. Przecież gdyby okazało się to kłamstwem — wszystko mogłoby być nieprawdą. A komuś trzeba wierzyć. Trzeba ufać.

Zgrzytnął zamek, zaskrzypiały drzwi. Słychać było miękkie kroki, stuk, szelest, płytkie sapnięcia. Teraz należało się tylko uzbroić (jaki to ma związek z bronią, rozbrojeniem, brojeniem?) w cierpliwość. A cierpliwość kojarzy się z cierpieniem. Cierpienie zaś — z cierpnącymi zębami. A może nie? W każdym razie trzeba było wytrwale czekać — w zaduchu, utrzymując cały czas niewygodną pozycję ciała, próbując wszystkimi siłami wywołać duchy, czyli osoby, które żyły tylko w pamięci. Takie ćwiczenie duchowe wymagało samozaparcia — a i tak efekt mógł się okazać mizerny, mierny. Co było jednak robić? Ciekawość to pierwszy stopień do nieba.

Tak siedział i siedział. I nic. Aż wreszcie…

W pokoju obserwatora odezwał się parkiet i… wylądowała na nim niewielka paczuszka przewiązana czerwoną wstążeczką. Dlaczego nie ma na niej podpisu ani niebieskich gwiazdek śniegu, ani pomarańczowych gwiazdek z nieba? Zawsze były — zastanawiał się Mikołaj.

Paczka wielkości dwóch pierwszych tomów przygód Harry’ego Pottera powędrowała w górę i niewidzialna ręka powoli się odsłaniała. W pole widzenia wszedł… weszła babcia. Potruchtała w stronę stolika, z kieszeni włóczkowego swetra wyciągnęła flamastry. Po chwili — skrzypiąc i piszcząc — na papierze pojawiła się pierwsza gwiazdka. I tak dalej. Na koniec babcia podpisała się — bardzo zamaszyście, z zawijasami, jakie robiła zwykle na świątecznym makowcu:

Święty Mikołaj

Szafa usłyszała teraz słowa, którymi zazwyczaj posługują się nieletni chuligani z Rynku Podgórskiego. A ponieważ jest to bardzo stara, konserwatywna, dobrze ułożona krakowska szafa — postanowiła nikomu o tym nie mówić. Tylko jej ozdobne zawiasy westchnęły smutno.

Listy do Mikołaja (2)

Drogi Miki!

Spodobał mi się mój pierwszy list do Ciebie, więc postanowiłam napisać drugi. Choć to tak naprawdę nie list (bo jednak, wiesz o tym, a raczej nie wiesz), tylko coś w rodzaju pamiętnika. Jak zwał, tak zwał.

Mam ochotę pisać, ale nie wiem, co mogłoby Cię zainteresować. Co dostałam od mikołaja czy na mikołaja — przemilczę. Cieszę się, choć nie ma się czym chwalić. Tym razem, niestety, nie były to książki. Tak! Naprawdę. Wiem, że nasi rówieśnicy nie cieszą się z książek, ale ja już jestem, jaka jestem. Ty chyba też. Bo chyba to twoje czytanie w szkole to nie jest szpan (tak się kiedyś ponoć mówiło: szpan, czyli… no, wiesz, po co mam Ci tłumaczyć). Oj, chaotyczna jestem w tej mojej pisaninie. Dlatego przepiszę cytat (wypisałam sobie ostatnio w bibliotece): „Książki nie dają prawdziwej ucieczki, ale mogą powstrzymać umysł, zanim sam siebie rozdrapie do krwi” (David Mitchell, „Atlas chmur”). To zdanie bardzo dobrze do mnie pasuje. Do mnie i do mojej rodziny. Ale nie chcę teraz o tym pisać. Po co mam Ci opowiadać takie smutne historie? Wprawdzie tego nie przeczytasz, ale i tak nie chcę wspominać… Wolę marzyć. A książki są wspaniałym pocieszycielem każdego marzyciela. Kocham czytać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 30.64