E-book
13.51
drukowana A5
30.41
Sztuka wybaczania

Bezpłatny fragment - Sztuka wybaczania

kiedy uśmiecha się Anioł…


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8104-718-0
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 30.41

Pamięci Mamy, Basi Łukomskiej oraz męża — Henryka.

Odszedłeś zbyt szybko tam, gdzie mieszkają Anioły.

A to jest jedna z tych powieści, której nie przeczytamy już wspólnie…

Dziękuję Ci Henryku za Twą miłość, za wiarę we mnie… Za to, że po prostu byłeś…


Niech te słowa uniesie wiatr, niech dotrą one do Ciebie w chwili, gdy Czytelnik przeczyta je na głos… A wierzę, że tak właśnie uczyni.


Dla synów — Michała, Marcina i Mariusza specjalnie podziękowania za Ich Wiarę, Nadzieję i Miłość.


I dziękuję przyjaciółce Aleksandrze Smulczyk za okazane serce i zaangażowanie oraz Agnieszce Krizel.

Słowo od autorki

Książkę dedykuję wszystkim ludziom, którzy podejmując walkę wygrywają, bądź też są na początku wyboistej drogi do życia w trzeźwości… do wolności. Powieść ta nie jest receptą na to, jak wytrwać w toksycznym związku, ani jak uwolnić się z kajdan współuzależnienia, czy też uzależnienia. Nie rozwiązuje tak powszechnych w naszym społeczeństwie problemów, jakimi są alkoholizm oraz przemoc (niejednokrotnie z alkoholizmu wynikająca), choć porusza te tematy. Może jednak okazać się, że znajdzie się ktoś, kto potraktuje moją opowieść jako wsparcie dla siebie. Pragnę zasiać w Tobie, drogi Czytelniku, najcenniejsze z ziaren, jakie drzemią w mojej duszy i sercu — a są to: Wiara, że można wygrać, Nadzieja, że uda się wszystko i Miłość, że może zaistnieć.

Mówiąc ogólnie, pragnę przybliżyć to, co przeżywa się w chwilach, kiedy zmuszonym jest się patrzeć na świat przez pryzmat dna butelki. Lub jest się świadkiem upadku moralnego ukochanego człowieka. Czym to może się skończyć? O tym dowiecie się z książki.

Zadziałała tu moja wyobraźnia i empatia. Nie chcę też nikogo oceniać, ani pouczać. Bo wiem, jak to boli… Pokazuje jedynie, że istnieje wyjście z tej sytuacji, że zawsze mamy wybór. I choć nic w tej powieści nie ma odkrywczego, nic o czym byś, drogi Czytelniku, nie wiedział, to jednak spróbuj uruchomić ten dar, który w Tobie drzemie — empatię — i wczuj się w rolę.

Marta Grzebuła

Prolog

Wiatr, jak rozwścieczony człowiek szalał pomiędzy budynkami i konarami drzew. Zeschłe liście fruwały między pieszymi. Nie było słońca, które rozświetliłoby ów pochmurny dzień. W jednej ze starych czynszowych kamienic, dwoje młodych ludzi znów się kłóciło. Zresztą nie po raz pierwszy.

Beata, młoda matka, żona, której celem była rodzina, dzieci, stała w kącie niedużego pokoju. Drżała. Strach dławił. Z oczu płynęły łzy. Czuła się jak w pułapce

Przez głowę przelatywały setki myśli. Fragmenty wspomnień. Miała kilka sekund, w których zastanawiała się czy tak właśnie się dzieje w ostatnich chwilach życia. Kadr po kadrze… Zwolniony film. Urwane strzępki życia. Poszarpane jak jej rękaw koszuli. Leszek znów wpadł w szał.

Jakiś czas temu rzuciła pracę w dobrze płatnej firmie i podjęła się sprzątania klatek schodowych w tych starych, zapomnianych przez Boga i ludzi budynkach. Mieściły się przy ulicy, przy której mieszkała. Chciała być bliżej dzieci. Zawsze gotowa, by wspierać męża, być dla niego ostoją, ale niestety — okazało, że i na to jest za późno. Za późno dla dzieci i by uratować małżeństwo. A mimo to naiwnie wierzyła, że uda się jeszcze wszystko naprawić. Czuła się winna, że to, co było dla niej najważniejsze, rodzinę, odsunęła jakiś czas temu na dalszy plan. Myślała, że wszystko ma pod kontrolą, że dzieci są bezpieczne. Jednak czas pokazał, jak bardzo się myliła. Zadawała sobie pytanie, czy rzeczywiście naprawdę jest winna tej sytuacji? Na ile tylko ona ponosi odpowiedzialność za rozpad małżeństwa?

Szukała odpowiedzi… Szukała ratunku, ale wciąż sama. Wciąż w tajemnicy przed wszystkimi i wciąż stwarzała pozory. Okłamywała już nie tylko siebie. Rósł w niej też bunt, poczucie doznanej krzywdy, porażki. Dojrzewało przekonanie, że nie tylko ona jest winna zaistniałej sytuacji. Doświadczała przemocy już niemal każdego dnia i to od kilku lat.

Za to jej mąż miał inny pogląd na ich problemy. Patrzył z innej perspektywy. Jemu świat wydawał się różowy, ale tylko poza domem. To w niej — żonie oraz w domu, dopatrywał się zła i własnej porażki.

Dusił się w tym związku. W ciągu ostatnich lat, jego zdolność postrzegania wciąż ulegała deformacji. Zniekształciło je dno… To dno, do którego nieświadomy dochodził latami. Niewidoczne, czające się tuż pod stopami, tworzące tylko pozornie stabilny grunt, w rzeczywistości był niczym ruchome piaski. W każdej chwili gotowe go pochłonąć. On tego nie widział. Kiedy razem z kolegami wypijał kolejną butelkę, nieraz się śmiał i wołał z zadowoleniem do swoich druhów: „Od szarego dnia” — jak się nazywali:

„Jaki ten świat jest pełen barw”.

Nie miał świadomości, że wciąga na samo dno już nie tylko siebie, ale i rodzinę. Nie interesowało go nic, nikt, oprócz niego… On nie dostrzegał problemu w sobie, lecz w zonie. Kochał ten stan, tę wolność, gdy mógł wyrwać się z domu. Był w swoim świecie… w pełni wolny. Był panem. Panem usiłował być również w domu. Jedynym argumentem była siła pięści. Nikt nie miał mu prawa niczego nakazywać. Zwłaszcza ona, Beata. Żona, przez którą w jego odczuciu wszystko poszło nie tak. Nie tak planował, nie tak pragnął żyć. To ona i dzieciaki uwięzili go w czterech ścianach mieszkania. Nie tak wyobrażał sobie małżeństwo…

Wzdrygnął się na myśl o tym, że znów zasypie go gradem pretensji. Postanowił ją uprzedzić. Kłótnia trwała…

Beata nie miała czasu na rozważania. Krzyk męża zagłuszał myśli, lecz zdołał wyeksponować jej strach. Resztkami odwagi usiłowała go uspokoić. Wstydziła się sąsiadów i tego, co znów mogą pomyśleć. Nie mogła pozwolić na kolejną awanturę, kolejną interwencję policji. Bała się tego Dobrze wiedziała, że prawdziwe piekło zacznie się dopiero po wyjściu policji. Miała tego świadomość, że nikt jej nie może pomóc, że to ona sama musi nad wszystkim zapanować. Dlatego teraz milcząca i przerażona wpatrywała się w Leszka, a z jej pobladłych ust wydobywały się nieśmiałe słowa.

— Ciszej, proszę… — To jednak była tylko przysłowiowa woda na młyn.

— Co ciszej, co ciszej kurwo! A ty co? — zaśmiał się szyderczo. — Myślisz, że nadal będę harował na ciebie i te wrzeszczące bachory? — Leszek, mocno podenerwowany, chwiejnym krokiem podszedł do fotela. Zatoczył się, potknął. Agresja przybrała na mocy. Nawet za to obwiniał żonę. A ta postanowiła zawalczyć… uniosła ją fala buntu i gniewu. Przekrzykując rozwścieczonego męża, zdobyła się w końcu na odwagę. Mocnym lecz nieco wciąż wystraszonym a jednocześnie rozżalonym głosem powiedziała:

— Jak możesz tak mówić?!

Nie ukrywała łez. Usiłowała przedrzeć się swoim pozornie opanowanym tonem przez spadającą na nią lawinę wyzwisk. W jej drżącym głosie słychać było rozpacz. Wytrwale broniła się przed kanonadą słów i gestów pełnych nienawiści. Leszek ruszył w jej kierunku. Nie zastanawiając się, kipiąc wściekłością próbował ją uderzyć. Na szczęście zdążyła zrobić unik. Jego wymierzająca cios ręka przecięła jak brzytwa powietrze. Drżały mu silnie ręce. Usiłował to opanować, nie udało się. Nie zamierzał dłużej pozostać w tym mieszkaniu, pragnął jak najszybciej wyjść z domu. Nosiło go. Musiał wyjść. Suszyło go. Nie miał sił na kolejny zamach. Z pogardą rzucił na odchodne:

— Kurwo! Mam dość! Nie pytaj jak mogę, bo ja mogę wszystko! Rozumiesz?! Normalnie! Mogę! A jak ci się nie podoba, to wynocha! Ma

Był mężczyzną o słusznej postawie, nieco zaostrzonych rysach twarzy i spojrzeniu, w którym oprócz głębi pogardy kryło się jeszcze całe morze lekceważenia tej, której parę lat temu ślubował: Miłość, wierność… i takie tam, jak dla niego, bzdury.

Dziś, kiedy po raz nie wiadomo który, zażądała od niego wypłaty, nie wytrzymał. Wybuchnął gniewem.

„Jakim prawem? Daję przecież na dom i te wszędobylskie dzieciaki. Reszta, to i tak za mało, jak na moje potrzeby” — myślał wciąż pełen złości. Czuł się okradany z ciężko zarobionych pieniędzy.

Wzruszając ramionami, przechylając głowę raz jeszcze ruszył w kierunku żony. Ta ze strachem w oczach, cofnęła się. Za plecami miała tylko ścianę. Nie tylko czuła się w pułapce, ale w niej była. A Leszek niemal w szyku bojowym i ruszył ponownie w jej kierunku. Słowami niczym jad spływały na Beatę:

— Nie będziesz mi podbierać pieniędzy. To ja na nie zapieprzam, kiedy ty siedzisz z bachorami w chałupie. Słyszysz! Bo jak nie to popamiętasz! Oddaj mi kasę!

Zadrżała, roztrzęsiona, szukając portfela w kieszeni bluzy, szlochając, odparła:

— Ale nie będę miała na jedzenie ani na rachunki.

— A co mnie to, do cholery, obchodzi! Rusz dupę i sama idź do roboty!

Wyrwał je z rąk zwitek banknotów. Chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi wejściowych.

— Pamiętaj, szmato, jak wrócę, ma być coś do żarcia… Bo jak nie, to mnie popamiętasz! — splunął pogardliwie.

— A za co i z czego mam coś ugotować?! Przecież zabrałeś mi wszystko! — odparła dławiącym głosem. Była już coraz bardziej przerażona.

Wolała więcej nic nie mówić. Dostrzegła, jak Leszek zaczyna zaciskać pięść. I zobaczyła ją, ponownie wyciągniętą w swoim kierunku. Znów zrobiła unik. I tym razem, ale nie mogła powstrzymać łez.

— Nie ma nawet chleba — wyjąkała. — Nic nie ma! — nagle z przerażeniem usłyszała swój głos. Podniosła go. W ułamku sekundy pożałowała tego.

— Nie podnoś na mnie głosu, zdziro!! Gówno mnie to obchodzi, co masz, a czego nie masz! Idź do roboty!

Zamachnął się. Na szczęście stała daleko. Leszek i tym razem chybił. Lecz to zimne, wrogie spojrzenie dosięgnęło Beatę. Uświadomiła sobie, że nawet tego już się boi…

Na szczęście Leszek postanowił wyjść. Z impetem trzasnął drzwiami. Posypał się tynk i skrawki zielonej farby.

Beata nie wiedziała, co robić. Brakowało pieniędzy nie tylko na opłaty, ale i na jedzenie. Popatrzyła na mały złoty pierścionek, który parę lat temu dostała od mamy na dwudzieste drugie urodziny i czule go głaszcząc, powiedziała:

— Zostałeś mi tylko ty… — i wybuchła płaczem.


***

Lombard znajdował się dwie ulice dalej. Kiedy tam weszła, przywitał ją znajomy głos:

— Witam ponownie. Co tym razem zastawiamy? –Barczysty mężczyzna z czarną brodą, zielnymi oczami spoglądał na nią badawczo. Beata, nieco zawstydzona, odparła:

— Złoty pierścionek, ale nie mam na odsetki za poprzedni zastaw. Proszę jeszcze o zwłokę — niemal błagała.

— Zrobię to tylko dla pani. Za dobrze się znamy — odparł, ale w jego stwierdzeniu nie chodziło o znajomość typu kolega, koleżanka, a raczej o znajomość typu stała klientka a właściciel lombardu.

Przychodziła tu od tak dawna, że niemal nie pamiętała, od kiedy. Była wdzięczna temu człowiekowi, który jakby rozumiejąc sytuację, niejednokrotnie zawyżał wartość zastawu i z łagodnym, serdecznym uśmiechem wręczał jej pieniądze. Tak było i dziś.

Kiedy stamtąd wychodziła płonęła, jak zwykle w takiej sytuacji, ze wstydu, ale równocześnie była szczęśliwa. Licząc pieniądze za zastawiony przed chwilą złoty pierścionek, uświadomiła sobie, że ów pan Henryk, właściciel lombardu, dał jej sporo więcej niż wynosiła rzeczywista wartość małego pierścionka. Przeliczyła dyskretnie pieniądze, uśmiechnęła się radośnie.

„Kwota jest na tyle pokaźna, że wystarczy nie tylko na jedzenie, ale i na zapłacenie chociaż rachunku za prąd” — pomyślała.

Przyszło już drugie upomnienie i była więcej niż pewna, że wkrótce pojawi się monter z energetyki, który odłączy zasilanie. Teraz już to nie groziło. Czym prędzej wstąpiła do agencji pocztowej i wyłuskując rachunek z jednej z przegródek portfela, dokonała wpłaty, a wychodząc, odetchnęła z ulgą. W drodze do domu, licząc się z każdą złotówką, zrobiła konieczne zakupy. Musiała się spieszyć, bo za niecałą godzinę córeczka i synek wracali od jej przyjaciółki, która by pomóc Beacie, zabrała je ze sobą na wieś do swojej mamy, na trzy dni.

„Choć trzy dni dzieci spędziły bez krzyków” — pomyślała, wchodząc do małego i nieco zaniedbanego mieszkania, w którym stare meble i odrapane ściany wymownie świadczyły o jej sytuacji, nie tylko materialnej, bytowej, ale nazbyt wyraźnie ukazywały męża jako złego gospodarza.

Stanęła i przez krótki ułamek sekundy powiodła wzrokiem po mieszkaniu tak małym, że nawet echo nie miało w nim racji bytu. Ze smutkiem w głosie, w którym jeszcze drżały pojedyncze nutki strachu, szepnęła:

— I pójdę do pracy, zobaczysz.

Rozdział I

Dlaczego?


Noc opuściła na miasto gęstą zasłonę i niczym koc otuliła je szczelnie, zabierając równocześnie pod jej osłoną mieszkańców do sennej, odległej krainy marzeń. W jednym z budynków małego osiedla, w bloku przy ulicy Wiosennej, ośmioletnia dziewczynka rozmyślała nad swoim losem. Patrzyła teraz przez okno na ulicę, po której nieliczni przechodnie szli pospiesznie w sobie tylko znanym kierunku. Zwróciła uwagę na lękliwie rozglądającą się parę staruszków, którzy niepewnie czuli się na tej niezbyt spokojnej i cieszącej się złą sławą ulicy. Tutaj zarówno za dnia, jak i w nocy mogli spodziewać się wszystkiego co złe. A gdzieś tam, prawie w ślad za nimi, szedł samotnie młody człowiek, który, zdawać by się mogło, miał za nic złą reputację ulicy. Po drugiej stronie przebiegały dwa psy. Jeden z nich, jak zauważyła dziewczynka, był czarny, a drugi brązowy. Te widoki, tylko na chwilę oderwały myśli małej Zuzanny. Jej kasztanowe włosy otulały zapłakaną buzię. Zielone oczka przepełniał smutek. Po chwili jej skołatane myśli dopadły ją z taką samą siłą, z jaką przedtem panowały w małej główce.

— Kiedy po mnie przyjedzie mama? Czy ona jeszcze kocha mnie i mojego braciszka? Przecież byliśmy grzeczni. Ja dobrze opiekowałam się Pawełkiem. Miałam dobre oceny. Nie wiem, dlaczego nas tu przywieźli?

Zuzanna, wciąż szeptem, wypowiadała kolejne słowa. Dziewczynka bezwiednie wyciągnęła rączkę i w chwili, kiedy dotknęła szyby, jej palec zaczął kreślić jakże znajomy kształt, kształt serca. Ciemność w pokoju dzieci i ich spokojne, niczym niezakłócone westchnienia spowodowały, że mała Zuzia, wsłuchując się w ten rytmiczny dźwięk, sama poczuła senność. Zsuwając się na swój tapczanik, schowała się niemal cała pod kołdrę. Wkrótce zawładnął nią sen, ale nie był spokojny. Mała dziewczynka parokrotnie zrywała się przestraszona i zanosiła płaczem. Tuż przed świtem, jej głos, a raczej krzyk, wypełnił mały pokoik.

— Mamusiu, nie odchodź, mamo! — zawołała. W odpowiedzi usłyszała stłumione, odbite od zielonych ścian echo.

Zaniepokojona krzykami dziecka, do sypialni weszła opiekunka. Pracowała w tym ośrodku od ponad roku i dobrze znała takie historie. Zawsze było jej żal tych niekiedy bardzo małych dzieci, które nagle, wyrwane ze swoich domów, ze swoich dziecinnych łóżeczek, musiały odnaleźć się w tej skądinąd obcej i niepewnej sytuacji. Agata za każdym razem przeżywała to, czego sama dawno temu doświadczyła. Ale miała, jak sądziła, więcej szczęścia od niejednego z tych dzieci, ponieważ nią zajęła się babcia. Tylko pół roku albo aż pół roku, musiała spędzić w domu małego dziecka, do którego trafiła z ośrodka już po niespełna miesiącu od chwili, kiedy odebrano ją rodzicom. Dla nich liczył się tylko alkohol i podejrzane towarzystwo.

Dlatego dobrze rozumiała te wszystkie emocje, jakie targają tymi małymi dziećmi. Agata już po chwili usiadła na brzegu tapczanika Zuzanny. Szeptem, równocześnie głaszcząc dziewczynkę powiedziała:

— Śpij kochanie. Śpij, już dobrze. Wszystko będzie dobrze… — wypowiadając te słowa, nie ustawała w głaskaniu małej, oplecionej burzą włosów główki. Popatrzyła na tę smutną i zapłakaną dziewczynkę. Ucałowała bladziutką buzię.

— Kocham cię, Zuziu, śpij już — szepnęła z czułością.

I wtedy, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, twarz dziewczynki pojaśniała. Na małych ustach pojawił się uśmiech pełen szczęścia. W końcu zasnęła spokojnie, odetchnęła mocno, jakby z ulgą. Nadszedł sen, tym razem spokojny i głęboki. Przeniósł małą do najpiękniejszej krainy. Tam gdzie czekała na nią jedyna, dobrze jej znana twarz. Twarz kochanej mamy.


Ranek nie przyniósł ulgi ani spokoju. Dziewczynka nadal wpatrywała się w okno i dopiero ingerencja opiekunki Joli, przyniosła efekt. Dziewczynka udała się razem z nią do innej, znacznie większej sali, gdzie siedziało przy stolikach kilkoro dzieci. Dzieci tylko pozornie zajęte były rysowaniem, czy malowaniem, tak naprawdę zarówno ten nieco starszy chłopiec z kąta baśniowo-kolorowej sali, jak i ta mała dziewczynka o blond włoskach, siedząca naprzeciw Zuzanny, zadawali sobie w myślach tylko to jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego tu są? Dlaczego mama nie przyszła? I dlaczego w ogóle muszą tu być? I nikt nie umiał im odpowiedzieć na to tylko z pozoru proste pytanie. Ich rodzice, ich domy, choć tak blisko, bo w ich sercach, były w rzeczywistości poza zasięgiem. Niemniej jednak niektóre cieszyły się na swój sposób z pobytu w tym ośrodku. Nikt ich nie bił, nikt nie popychał. Miały tu spokój, ciszę a przede wszystkim jedzenia pod dostatkiem.

Plątanina emocji, w jakie zostały wciągnięte przez dorosłych, drążyła małe serca i umysły, kładąc się cieniem w dziecięcych duszach. Obrazy mamy lub taty trwały jedynie we wspomnieniach, w marzeniach. Zuzanna nie mogła pojąć całej zawiłości tej sytuacji. Wciąż przerażona chowała się w kąt lub nie patrząc na nikogo i nie oczekując niczego, usiłowała zrozumieć to, co niepojęte. Rozłąki z mamą…

— Zuziu, przyłącz się do zabawy — powiedziała pani Jola łagodnym i serdecznym głosem. Ciepły kolor oczu, wyrażał teraz cały ogrom dobroci, jaka emanowała zawsze od tej kobiety. Pracowała tu nazbyt długo i widziała już niejedno… Niejedno cierpiące dziecko. Zuzanna uniosła głowę i skrywając pod powiekami diamenciki łez, szepnęła:

— A kiedy pojadę do domku?

— Nie wiem, słoneczko… naprawdę nie wiem — z zakłopotaniem w głosie i równie cicho odparła kobieta. I jakby w ramach przeprosin, zaczęła głaskać włoski dziewczynki.

— Serduszko… dziecko moje — kontynuowała: — Proszę cię, nie płacz. Wszystko będzie dobrze… — Jola kucając obok krzesełka Zuzanny, usiłowała uspokoić dziewczynkę.

— Zuziu, po obiedzie zaprowadzę cię do braciszka. Chcesz? Zostaniesz tutaj chwilkę razem z dziećmi w twoim wieku. One czują i myślą to samo co ty, kochanie. Ucałowała ją w policzek. Przytuliła. A chwile później stwierdziła:

— Po obiedzie naprawdę zaprowadzę cię do Pawełka, obiecuję.

Tych słów, tej obietnicy pragnęła dziewczynka. Na jej buzi pojawił się słaby, delikatny, niczym poranna mgła uśmiech, a tuż za nim podążyły, jak małe biedroneczki, jedno po drugim, słowa:

— A będziemy mogli też iść do domku? Mama na nas na pewno czeka. Ona nas kocha, to tato… jest… — urwała i zawstydzona ponownie opuściła głowę.

— Kochanie, niczego takiego ci teraz nie mogę obiecać, ale jednego jestem pewna, że bardzo szybko wasza mama załatwi wszystkie urzędowe sprawy i zabierze was do domku… — odparła opiekunka, pragnąc przerwać kłopotliwą ciszę, która zapadła po wypowiedzi dziewczynki.

Udało się, bo znów na zapłakanej buzi pojawił się słabiutki, ale jednak uśmiech.

— Mama nas kocha. Ona nas nie zostawi tu długo. Zabierze mnie i braciszka do domku. Tam będziemy już razem… zawsze razem.

W głosie dziecka było tyle wiary, ile kropel wody mieści się w oceanie, a jej spojrzenie wyrażało teraz tylko jedno… pewność.

Opiekunka wzięła Zuzannę za rączkę. Skierowały się ku wyjściu. W pewnej chwili pochyliła się i szepnęła do ucha dziecka:

— Zaprowadzę cię już teraz do braciszka…

Nic więcej nie dodała, nie musiała. Poczuła jak dłoń dziewczynki zaciska się na jej ręce. Małe palce wtuliły się w miękką i ciepłą dłoń kobiety. Szły długim, wąskim i krętym korytarzem ośrodka. Po chwili otworzyła drzwi do małej sali, gdzie razem z dwoma opiekunami, siedzieli mali chłopcy. Pośród nich, przy błękitnym stoliku, siedział Pawełek, który może myślał, że to inna forma przedszkola. Nic nie rozumiał, miał dopiero niecałe cztery latka. Zuzanna wyrwała małą rączkę z dłoni opiekunki i podbiegła do uśmiechniętego, zadowolonego braciszka. Ten na jej widok odwrócił się i powiedział:

— Narysowałem mamę, ładnie?

Zuzia popatrzyła na rysunek i znów się rozpłakała, a jej braciszek, nie rozumiejąc reakcji, zapytał zdziwiony:

— Dlaczego płaczesz?

— Pięknie narysowałeś mamę, Pawełku, pięknie — powiedziała Zuzanna, wpatrzona niemal jak zahipnotyzowana w biel kartki, na której w linii kolorowych kresek i kółek dopatrzyła się spojrzenia i sylwetki mamy. Znów w jej głowie, niczym grzmot pioruna, zabrzmiało to dręczące od kilku dni pytanie: Dlaczego tu są?

Rozdział II

W dobre ręce


Beata miała za sobą ciężki dzień, nie tylko dlatego, że mąż postanowił znów pokazać, kto w tym domu rządzi. Przede wszystkim z powodu wizyty pani z opieki społecznej. Namawiała ją, aby wystąpiła do sądu przeciwko Leszkowi.

— Pani Beatko, tak nie może pani żyć. Przecież przez męża już zabrano pani dzieci. Są, co prawda, tylko tymczasowo w Domu Małego Dziecka, ale jeśli pani nic z tym nie zrobi, z tym, co wyczynia mąż, skończy się to całkowitym odebraniem praw rodzicielskich. Tak jak uczyniono to już względem pana Leszka Chce pani stracić dzieci? Warto je poświęcić, by ratować takie… z naciskiem na „takie”, pani Beatko… małżeństwo? — powiedziała pani Lodzia i po chwili powtórzyła:

— Takie małżeństwo. Chyba pani nie uważa, że ten człowiek zasługuje jeszcze na jakąkolwiek szansę? Tyle już pani dla niego zrobiła i przyznam szczerze, my również. A on co? Nie tylko, że nie pracuje, to jeszcze podkrada ciężko zapracowane przez panią pieniądze i je przepija. Nie martwiąc się o nic. Pani Beatko — niemal z surowością w głosie kontynuowała swoją wypowiedź:

— Pani Beatko, ja nie wiem, jak dotrzeć do pani. Proszę pomóc sobie samej, proszę mnie posłuchać. Wiem, co mówię. Niestety dość często mam do czynienia z podobnymi przypadkami. I wiem też jak źle się to kończy, jeśli w porę nie podejmie się określonych działań. Czy pani mnie słucha? — Odniosła wrażenie, że ta młoda, a już tak doświadczona dziewczyna powędrowała gdzieś w swoich myślach.

— Tak, słucham panią, ale mój Leszek potrafi być dobry. Jak nie pije — dodała niemal po cichu, jakby była zawstydzona

— No właśnie, jak nie pije! — uchwyciła się tej wypowiedzi pani Lodzia. — Jak nie pije — powtórzyła niczym echo, ale już po sekundzie dodała:

— Mam jeszcze jedną propozycję — pochyliła się — może pani starać się o miejsce w domu Samotnej Matki. Co pani na to? Pomożemy w załatwianiu formalności.

— W domu Samotnej Matki? — Teraz Beata niczym echo powtórzyła te słowa. A jej drobna, blada twarz i ciemnozielone oczy wyrażały ogromne zdziwienie. Nerwowo poprawiła grzywkę, kasztanowe włosy odsunięte ukazały na czole bliznę, jedną z wielu będących na ciele dziewczyny. Po chwili odparła rozgoryczona:

— Ale przecież ja mam mieszkanie. Nie zalegam z opłatami. Zawsze mam coś w lodówce. Nie głodujemy… A co się stanie z mieszkaniem kiedy tam pójdę? Przecież Leszek nie będzie miał za co go opłacać.

— Pani Beatko, pomogę pani osobiście — wtrąciła kobieta. — Osobiście pokieruję wszystkim. Dopilnuję sprawy pozwu. Wymeldujemy go i z czasem dostanie pani rozwód… — nie dokończyła. Beata gwałtownie uniosła się z fotela i z pełnym zdziwienia spojrzeniem w oczach, nie ukrywając oburzenia, spytała:

— Jaki rozwód? Przecież jesteśmy małżeństwem, a to nie jakaś tam podpisana kartka w urzędzie! Ja przed Bogiem świadczyłam, że to na dobre i na złe… W zdrowiu i chorobie… Alkoholizm jest chorobą, prawda? — spytała nieco naiwnie. Podobnie zresztą jak całe jej zdanie, owe słowa świadczyły tylko o wielkiej naiwności. Lodzia nie wytrzymała i z wielkim trudem opanowując się, stanowczo odparła:

— To znaczy.. Uważa pani, że przysięga małżeńska jest na tyle ważna, że nie ma znaczenia fakt, że jest pani bita, okradana, że przez niego straciła pani dzieci…? Niech mąż cię bije, tłucze, a ty trwaj, bo ślubowałaś? Oj, pani Beatko, coś jest nie tak. I ja jestem osobą wierzącą, mamy w sercach tę samą wiarę, ale myślę, że pani błądzi. Moje postrzeganie Boga i wiary nie doprowadza ludzi do absurdów myślowych i sytuacyjnych. To, że pani weźmie z nim rozwód, nie oznacza, że od razu pani łamie dane słowo. Jeśli pani jest aż tak, bez obrazy pani Beatko — wtrąciła — ślepo trzymająca się zasad wiary. Może pani jej nadal w pełni przestrzegać, nie skazując siebie i dzieci… na, na… — nie umiała znaleźć słów, które oddałyby ten dramat, jaki przeżywa Beata, więc tylko nabrała powietrza i ciężko westchnęła:

— Wie pani, że tak zwane zachowanie wstrzemięźliwości, jak nakazuje Kościół i Bóg, daje pani szansę na normalne życie w poczuciu lojalności wobec zasad wiary, siebie. Może pani odzyska spokój, wolność. Pytanie tylko, czy pani tego chce. Są pani kobiety, które lubią takie traktowanie — wtrąciła ironicznie, w jej głosie nie było pewności i stanowczości, lecz rozżalenie. Nie mogła zrozumieć, co kieruje tą młodą osobą.

Po chwili zadumy i wpatrywania się w dziewczynę, kontynuowała wciąż w uniesieniu:

— Może pani żyć jako wolna kobieta. Da to pani poczucie, że nie sprzeciwia się pani wierze. Będziesz, dziecko, wolna — powiedziała teraz głosem pełnym łagodności. Pozwalając sobie na gest wyrażający emocje, dotknęła dłoni dziewczyny i nieco ściszając głos, mówiła dalej.

— A równocześnie będziesz, kochanie, uczciwa, względem przysięgi złożonej w kościele. A zresztą, dziewczyno! — Teraz ton jej głosu zmienił się, znów okazała podenerwowanie. — Obudź się, to nie Bóg zgotował ci taki los. Nie Kościół, lecz ten człowiek, a Bóg daje ci siłę, byś przetrwała i jak widzisz, stawia na twojej drodze ludzi, którzy mogą pomóc. Dlaczego odrzucasz pomoc ludzi i Boga, a wybierasz człowieka, który niszczy siebie i ciebie? Który swoją postawą zaprzecza istnieniu choćby odrobiny dobra w jego sercu…? To chodzące zło… Nie widzisz tego, kobieto? Jak mam ci pomóc? Jak uratować, skoro sama pozwalasz demonom zła panować nad twoim życiem? Tu w tej niszy diabła nie ma Boga. On dawno temu go stąd wyrzucił. Jeśli tak wierzysz, jeśli tak kochasz Boga, to pozwól mu wrócić. A poza tym, czy nie słyszałaś o czymś takim jak rozwody kościelne?

— Ale ja go chyba jeszcze kocham — odparła prawie szeptem Beata.

Lodzia poczuła, jak opadają jej najpierw ręce, a potem całe ciało zagłębia się w fotel. Welurowa tapicerka przyjęła na siebie całą moc zdziwienia i oburzenia. Czuła, jak ręce spontanicznie zaciskają się na oparciu mebla. Patrzyła na dziewczynę, którą jej zdaniem ogarnęła niemoc logicznego rozumowania i jak sądziła w duchu, zwyczajnie mówiąc po ludzku, głupota. Czuła się bezradna i zniechęcona jej uporem. Miała wrażenie, że nie będzie w stanie zrozumieć jednego: jak Beata może być tak mocno zaślepiona miłością do tego swojego kata, Leszka. Lodzia nie miała sił, ani jak się jej zdawało, argumentów, które by przekonały tę młodą osobę. Dlatego poddała się i dyskretnie machając dłonią na znak rezygnacji, powiedziała:

— Dobrze, pani Beatko, spotkamy się w takim razie w następnym tygodniu.

Mówiąc to, podniosła się z fotela i skierowała ku drzwiom wejściowym. Nagle w jej umyśle pojawiła się przerażająca myśl…

„Jeśli pani dożyje… to się spotkamy”. I szybko, i niemal odruchowo potrząsnęła głową. Zaprzeczyła tej wizji, temu przeczuciu.

Beata po jej wyjściu jeszcze chwilę stała pod drzwiami i rozmyślała nad słowami kobiety. Nie mogła pogodzić się z tym, że miałaby opuścić nie tylko swój dom, ale i męża. Wierzyła, że Leszek będzie gotów się zmienić. Właśnie dlatego, że łączyło ich silne uczucie, uczucie miłości. Był jej pierwszym i jedynym mężczyzną, jakiego pokochała. Nie wyobrażała sobie życia bez niego i to już w czasach, kiedy miała zaledwie siedemnaście lat. Gdy skończyła dziewiętnasty rok życia, a Leszek dwadzieścia dwa, zaraz po ślubie, by uwolnić się, jak mawiał, od rodziców, ich wiecznego narzekania, wyjechali ze swojej małej wsi do miasta. Chcieli być już zawsze razem… Zamieszkali u Beaty babci. Niestety, babunia umarła w zaledwie kilka lat po tym, jak się sprowadzili. Nie długo było jej dane cieszyć się wnuczką i prawnuczętami, które tak szybko rosły. To ona niejednokrotnie musiała zastępować im matkę. Ta wciąż w pracy, wciąż na dorobku, razem z mężem, nie miała za dużo czasu dla dzieci. Kiedy babcia zmarła, Beata przejęła prawo do mieszkania i wówczas — nie wiedzieć czemu — zaczęło się źle dziać w jej małżeństwie.

Z rozrzewnieniem wspominała czasy, kiedy jeszcze żyła babcia Aniela. Nie było źle, oboje pracowali, a ona pomagała im w opiece nad dziećmi. Zabierali ją na wycieczki za miasto, opiekowali się tak jak tylko potrafili. Starali się zawsze okazać jej swoją wdzięczność, za wszystko, co ona im ofiarowała. Babunia wręcz przepadała za swoimi, jak mawiała, dziećmi. Kochała swoje prawnuki, z oddaniem oraz miłością poświęcała im niemal całą uwagę. Beata dość szybko wróciła do pracy po kolejnym urlopie macierzyńskim. Kończyła zaocznie liceum ekonomiczne, a potem nawet zamarzyła o studiach, ale póki co, to marzenie musiało poczekać. Dzieci rosły, a najstarsza córeczka — Zuzanna, gdy skończyła sześć latek, zaczęła pomagać babci w prostych czynnościach domowych. I to ona tak naprawdę już później przejęła opiekę nad braciszkiem. Babcia Aniela zaczęła chorować. Z każdym dniem czuła się gorzej, aż w końcu musiała iść do szpitala. Tam jednak już nie zdołali jej pomóc. Odeszła spokojnie we śnie.

Beata cierpiała wraz z całą rodziną z powodu tej ogromnej straty. Była to przecież mama Ireny, jej mamy, a jej najdroższa, kochająca babcia. Kochana i czuła. I dlatego czasami Beata odnosiła wrażenie, że babcia Aniela i dla niej była jak rodzona matka. To ona od lat pomagała nie tylko jej, ale i całej rodzinie. Nie chodzi tu tylko o finanse, lecz o wsparcie, miłość, rady. O to wszystko, co powoduje, że ludzie, kiedy stoją nad czyimś grobem, mówią: „Jaki to był dobry, kochany i porządny człowiek”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 30.41