E-book
23.63
drukowana A5
89.8
Szpital

Bezpłatny fragment - Szpital

Książka została utworzon z pomocą AI


Objętość:
494 str.
ISBN:
978-83-8455-363-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 89.8

Przedmowa

Są miejsca, do których wchodzi się z nadzieją, choć pachną lękiem. Szpital jest jednym z nich. To przestrzeń, w której człowiek oddaje swoje ciało w cudze ręce, swoje tajemnice zapisuje w dokumentacji medycznej, a swoje życie nierzadko zawiesza między diagnozą a wyrokiem. Białe ściany mają uspokajać, sterylność ma budzić zaufanie, a rytm pracy personelu ma dawać poczucie, że nad chaosem cierpienia ktoś jednak panuje. A przecież każdy, kto choć raz spędził noc na szpitalnym korytarzu, wie, że pod tą warstwą porządku zawsze tętni coś jeszcze: strach, bezradność, zmęczenie, sekrety i cisza, której nie da się pomylić z żadną inną.

Ta książka rodzi się właśnie z tamtego napięcia.

„Szpital” nie jest wyłącznie kryminałem. Nie jest też tylko thrillerem medycznym, choć korzysta z najlepszych narzędzi obu gatunków: narastającego niepokoju, mrocznej zagadki, wyraźnej stawki i świata, który z każdą stroną odsłania coraz bardziej niepokojące warstwy. To przede wszystkim opowieść o granicach. O granicy między życiem a śmiercią, między nauką a pychą, między procedurą a sumieniem, między tym, co legalne, a tym, co ledwie przykryte pieczątką i urzędowym podpisem. To także historia o tym, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do rzeczy niewyobrażalnych, jeśli tylko ubierze się je w odpowiedni język: medyczny, religijny, prawny albo elegancki.

Czytelnik trzyma w rękach powieść, która nie spieszy się z oddaniem swoich tajemnic. Jej siła nie polega jedynie na zbrodni, choć zbrodnia stoi w samym centrum tej opowieści. Siła „Szpitala” tkwi w atmosferze — gęstej, klaustrofobicznej, przesyconej zapachem środków dezynfekcyjnych, formaliny, chłodnych korytarzy i przemilczanych spraw. To świat, w którym każde niedopowiedzenie może być tropem, każdy dokument może być dowodem, a każde spojrzenie może znaczyć więcej, niż bohaterowie chcieliby przyznać. Autor prowadzi czytelnika pewną ręką, nie nadużywając tanich sztuczek, lecz budując napięcie z rzeczy pozornie codziennych: rozmowy przy dyżurce, dźwięku windy jadącej do podziemi, milczenia lekarza, który wie więcej, niż powinien.

Ogromnym atutem tej historii jest jej główna bohaterka. Anna Morawiec to postać z krwi, kości i pamięci. Nie jest herosem z papieru ani ozdobnym elementem fabuły. To kobieta inteligentna, kompetentna, obciążona doświadczeniem zawodowym, które zmienia sposób patrzenia na świat. Patolog nie widzi ciała tak jak inni. Nie myśli o śmierci w kategoriach abstrakcyjnych. Wie, jak brzmi prawda zapisana w tkankach, jak kłamie dokumentacja i jak często pozorny porządek ma ukryć bałagan, który dawno wymknął się spod kontroli. Dzięki temu Anna staje się bohaterką wyjątkową: nie tylko prowadzi śledztwo, ale sama jest człowiekiem, którego wiedza okazuje się zarówno tarczą, jak i przekleństwem.

To również książka o instytucjach. O tym, jak łatwo system zaczyna chronić samego siebie zamiast ludzi, dla których został stworzony. Szpital, policja, prokuratura, kościół, media — wszystkie te światy spotykają się tutaj w sposób niepokojąco wiarygodny. Każdy z nich ma swoje procedury, swoje alibi, swój język, którym potrafi rozmyć odpowiedzialność. I właśnie dlatego ta opowieść działa tak mocno. Czytelnik nie boi się jedynie pojedynczego sprawcy. Boi się całej konstrukcji, która pozwala złu trwać, rosnąć i ukrywać się tam, gdzie nikt nie chce go szukać.

Nie sposób nie docenić także warstwy medycznej tej powieści. Autor sprawnie posługuje się słownictwem specjalistycznym, ale nigdy nie czyni z niego pustego ornamentu. Terminologia sądowo-lekarska, realia pracy szpitala, techniczne szczegóły badań, dokumentacji i sekcji zwłok budują wiarygodność, a nie barierę. Dzięki temu „Szpital” czyta się jak opowieść zakorzenioną w realnym świecie, gdzie każde narzędzie, każdy opis i każda procedura mają znaczenie. Taki rodzaj precyzji jest dziś w thrillerze bezcenny, bo to właśnie szczegół decyduje o tym, czy czytelnik wierzy, czy tylko śledzi intrygę z dystansu.

A jednak nie medycyna jest tu najstraszniejsza.

Najstraszniejsze okazują się idee. To one najłatwiej przekraczają granice, bo potrafią usprawiedliwić niemal wszystko. Człowiek czyniący zło z niskich pobudek bywa banalny. Znacznie groźniejszy jest ten, który nadaje złu strukturę, sens, język i pozór wyższej racji. „Szpital” bardzo celnie pokazuje, że największe okrucieństwa rzadko zaczynają się od krzyku. Częściej zaczynają się od eleganckiego wywodu, spokojnego tonu, autorytetu, który nie podnosi głosu, bo nie musi. To jedna z najmocniejszych stron tej książki: zło nie przychodzi tutaj w postaci karykaturalnej. Ono jest wykształcone, cierpliwe, uprzejme, opanowane. I właśnie dlatego tak przeraża.

Warto też podkreślić, że mamy do czynienia z powieścią odważną. Nie dlatego, że sięga po mroczne tematy — to w kryminale nie jest niczym wyjątkowym — ale dlatego, że robi to z konsekwencją i bez uciekania w banalność. Autor nie boi się pytań niewygodnych. Czym jest ciało po śmierci? Gdzie kończy się nauka, a zaczyna nadużycie? Jak daleko można przesunąć granice moralne, jeśli po drugiej stronie stoją interes, władza albo ideologia? I wreszcie: czy najgroźniejsze potwory naprawdę rodzą się na marginesie społeczeństwa, czy raczej siedzą tam, gdzie wszyscy ich widzą, ale nikt nie ma odwagi nazwać po imieniu?

Dobra powieść sensacyjna daje czytelnikowi dreszcz. Bardzo dobra zostawia go z czymś więcej — z niepokojem, który nie mija po zamknięciu książki. „Szpital” należy do tej drugiej kategorii. To historia, która nie kończy się na ostatniej stronie, bo jej echo zostaje w głowie. W spojrzeniu na szpitalny korytarz, w dźwięku stukających obcasów na posadzce, w widoku dokumentów składanych do podpisu bez czytania, w pytaniu, czy wszystko, co wydaje się legalne i oswojone, naprawdę jest tym, za co chce uchodzić.

Czytając tę książkę, warto pamiętać o jednej rzeczy: największy lęk nie bierze się z ciemności, lecz z rozpoznania. Bo najgorsze historie to nie te, które wydają się niemożliwe. Najgorsze są te, które wydają się zbyt dobrze osadzone w rzeczywistości.

Przed Państwem powieść duszna, inteligentna, brutalna i znakomicie skonstruowana. Taka, która potrafi wciągnąć od pierwszych stron, a potem nie pozwala odetchnąć. Taka, w której emocja idzie pod rękę z precyzją, a suspens z prawdziwym ciężarem moralnym. „Szpital” nie prosi o uwagę. On ją przejmuje.

I nie oddaje aż do końca.

ROZDZIAŁ 1: Nocna zmiana

03:47.

Ta godzina w szpitalu ma własną akustykę: ciszę, która nie jest ciszą, tylko cienkim, nerwowym szumem. Jak praca starego transformatora. Jak oddech kogoś, kto zasnął z otwartymi ustami. Jak niewidzialne tarcie tysięcy papierów w archiwum, które ktoś kiedyś przejrzy i uzna za ważniejsze niż życie.

Oddział chirurgii ogólnej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Toruniu wyglądał o tej porze jak wyjałowione akwarium. Jarzeniówki świeciły zimno, z zielonkawą poświatą, od której skóra na twarzach robiła się trupio-blada nawet u żywych. Szyby w drzwiach sal odbijały światło w długie, nieregularne pasy, jakby ktoś pociągnął pędzlem po ścianach.

Anna Morawiec, chirurg, lat trzydzieści cztery, stała w dyżurce i patrzyła na zegarek, jakby to on był winny temu, że nadal tu jest.

Osiemnasta godzina dyżuru.

W medycynie mówi się czasem, że po szesnastu godzinach pracy skuteczność człowieka spada jak po wypiciu dwóch kieliszków wódki. To nie jest żart, tylko statystyka; w niektórych badaniach porównuje się czas reakcji lekarzy po długich dyżurach do stanu upojenia. Anna znała te wykresy, widziała je na konferencjach, słuchała o nich na szkoleniach, które potem i tak kończyły się tym samym:

„Braki kadrowe”.

„Trzeba zacisnąć zęby”.

„Pacjenci nie mogą czekać”.

Pacjenci nigdy nie mogli czekać. System zawsze mógł.

Anna zamknęła kartę wypisu pacjentki po laparotomii, podpisując się automatycznie. Nazwisko wyglądało na papierze jak cudze: „dr n. med. Anna Morawiec”. Czasem miała wrażenie, że gdzieś po drodze to „dr” odłączyło się od niej jak przyszyty guzik. Że w środku jest tylko człowiek, który ma dość.

W kącie dyżurki stał czajnik elektryczny, pamiętający czasy, kiedy toruńska starówka była bardziej szara niż dziś. Ktoś zostawił w nim wodę na dnie, z osadem, który przypominał mapę jakiegoś nieznanego kontynentu. Na stole leżała sterta historii chorób, karty zleceń, wyniki badań, formularze zgód, formularze odmów, formularze do formularzy.

Szpital żywił się papierem.

W pewnym sensie pożerał też ludzi — personel i pacjentów — ale papier zawsze był najważniejszy. Papier miał wartość dowodową. Papier był tarczą. Papier był alibi.

Anna sięgnęła po kubek z kawą. Była zimna. Wypiła i tak.

Drzwi dyżurki uchyliły się bez pukania. W szczelinie pojawiła się twarz siostry Beaty Szymańskiej.

Beata miała czterdzieści dwa lata, spojrzenie wytrenowane do tego, by widzieć wszystko naraz: kroplówki, rytm na monitorze, oddech pacjenta, grymas bólu, zmianę koloru skóry. Jej włosy były spięte w ciasny kok. Zawsze wyglądała jak ktoś, kto panuje nad sytuacją, nawet kiedy sytuacja wcale nie daje się opanować.

Teraz jednak Beata miała coś w oczach. Nie tyle panikę, co czujność. Jakby usłyszała dźwięk, który nie powinien się pojawić.

— Doktor Morawiec? — zapytała cicho.

Anna uniosła głowę.

— Co jest?

— Sala dwieście cztery. Pan Kordecki. Funkcje życiowe siadają.

„Siadają” w języku szpitalnym znaczyło więcej niż diagnoza. Znaczyło: zaraz będzie źle. Znaczyło: wezwij kogoś, kto umie, bo ja robię wszystko, co się da. Znaczyło: przestań być człowiekiem i zostań algorytmem.

Anna wstała tak szybko, że krzesło skrzypnęło głośno, protestując. Wzięła stetoskop, choć w głębi duszy wiedziała, że w takich momentach stetoskop jest bardziej rytuałem niż narzędziem.

— Ile?

— Saturacja spadła do osiemdziesięciu czterech. Ciśnienie zjechało. Tętno przyspiesza.

Anna już biegła. Nie biegła przez korytarz, żeby wyglądać dramatycznie — w szpitalu bieganie jest źle widziane, bo robi wrażenie chaosu. Ale kiedy widzisz, jak ktoś się wymyka, ciało samo wie, że musi się ruszyć szybciej.

Na korytarzu pachniało środkami dezynfekcyjnymi i czymś jeszcze — stęchlizną ogrzewania, które w nocy zawsze działało albo za mocno, albo za słabo. Jedno okno było uchylone. Od Wisły ciągnęło zimnym powietrzem.

Drzwi do sali dwieście cztery były lekko uchylone. Anna pchnęła je biodrem i weszła.

Stanisław Kordecki leżał na łóżku z uniesioną nieco głową. Wyglądał jak człowiek, który nagle się postarzał o dziesięć lat w ciągu jednej godziny. Skóra na twarzy miała odcień wosku. Usta lekko sine. Na czole perlił się pot.

Monitor nad łóżkiem piszczał krótko, nerwowo. Wykres EKG falował, ale nierówno.

Anna podeszła i od razu spojrzała na pacjenta, nie na ekran. Ekrany potrafią kłamać, człowiek rzadziej.

— Panie Stanisławie, słyszy mnie pan? — zapytała.

Kordecki poruszył powiekami. Na moment spojrzał na nią, ale to nie było spojrzenie, które widzi. To było spojrzenie, które próbuje złapać świat, zanim odpłynie.

Beata stała z boku z aparatem do pomiaru ciśnienia.

— Sto na sześćdziesiąt — powiedziała. — Jeszcze pół godziny temu sto trzydzieści na osiemdziesiąt.

Anna przyłożyła stetoskop do klatki piersiowej. Słyszała serce, ale jakby z oddali. Słyszała też oddech — płytki, urywany. W płucach coś „trzeszczało”, jakby powietrze przechodziło przez mokrą gąbkę.

W głowie Anny pojawiła się lista jak z podręcznika: zatorowość płucna, ostra niewydolność oddechowa, reakcja anafilaktyczna, krwawienie wewnętrzne, sepsa, zawał, udar.

Ale żaden punkt nie pasował idealnie.

Kordecki miał wczoraj appendektomię — zabieg rutynowy, pacjent praktycznie gotowy do pionizacji. Bez gorączki. Bez skoków parametrów. Bez sygnałów ostrzegawczych. Godzinę temu rozmawiał z żoną, którą Beata wpuściła na chwilę po godzinach. Anna pamiętała, bo przechodziła wtedy korytarzem i widziała ich przez szybę: drobna kobieta w brązowym płaszczu, trzymała go za rękę jak młoda dziewczyna.

Teraz ten człowiek wyglądał, jakby ktoś odkręcił mu kurek z życiem.

— Gazometria była robiona? — zapytała Anna.

Beata pokręciła głową.

— Nie. Nie było wskazań.

Anna przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Wzięła pulsoksymetr, poprawiła klips na palcu pacjenta. Wynik: 81, 80, 78.

— Tlen na maskę z rezerwuarem — poleciła. — Duży przepływ.

Beata ruszyła po sprzęt.

Anna położyła rękę na przedramieniu pacjenta. Skóra była zimniejsza, niż powinna.

— Panie Stanisławie, proszę oddychać spokojnie — mówiła, choć wiedziała, że to niewiele da. — Jesteśmy przy panu.

Kordecki poruszył ustami. Wyglądał, jakby próbował coś powiedzieć.

Anna nachyliła się.

— Słyszę pana. Proszę mówić.

Jego głos był jak szelest papieru.

— Prze… — urwał. Zakaszlał cicho. — Przem…

Anna poczuła, jak coś w jej wnętrzu się napina.

— Przem? Co?

— Przemek… — wyszeptał, jakby to słowo ważyło tonę.

Beata wróciła z maską tlenową, zaczęła ją zakładać pacjentowi.

— Panie Stanisławie, to tlen. Proszę nie zdejmować.

Anna wpatrywała się w twarz pacjenta.

— Przemek kto? — zapytała. — Kto to jest?

Kordecki poruszył oczami, w których znów pojawiło się to przerażenie. Nie ból. Nie lęk przed śmiercią. Coś bardziej osobistego. Jakby zobaczył człowieka, którego nie chciał widzieć.

— …wie — wyszeptał.

Monitor zapiszczał ostrzej. Linia EKG zaczęła się zmieniać w coś chaotycznego.

— Doktor! — Beata spojrzała na ekran. — Rytm leci!

Anna odsunęła maskę tylko minimalnie, żeby pacjent mógł mówić.

— Co wie? — zapytała. — Panie Stanisławie, proszę… to ważne.

Ale Kordecki już nie odpowiadał. Jego oczy uciekły gdzieś w górę. Powieki drgnęły.

Piski monitora stały się dłuższe, bardziej przeciągłe.

Anna spojrzała na EKG. Migotanie. Potem chwilowe spłaszczenie.

— Zatrzymanie krążenia! — krzyknęła Anna, automatycznie przełączając się w tryb działania. — Beata, wołaj reanimacyjny! Defibrylator! Teraz!

Beata wybiegła na korytarz, krzycząc:

— Reanimacja na dwieście cztery! Reanimacja!

Anna ułożyła dłonie na klatce piersiowej Kordeckiego, dokładnie na środku mostka. Zaczęła uciskać. Raz, dwa, trzy… rytm jak metronom, którego nikt nie słyszy, ale od którego zależy wszystko.

W takich chwilach nie myślisz o człowieku. Myślisz o przepływie. O perfuzji. O tym, żeby mózg nie umarł szybciej niż serce.

— Trzydzieści! — warknęła Anna, nawet nie wiedząc do kogo.

Ktoś pojawił się w drzwiach. Sanitariusz z wózkiem reanimacyjnym. Pielęgniarka z defibrylatorem.

— Rytm? — ktoś zapytał.

— Sprawdzam! — Anna przestała uciskać na sekundę, a pielęgniarka przyłożyła elektrody. — Migotanie komór!

— Ładujemy!

W szpitalu w takich momentach wszystko dzieje się jednocześnie, a jednak w idealnej kolejności: ktoś podaje adrenalinę, ktoś zakłada dostęp, ktoś wentyluje workiem Ambu, ktoś liczy uciśnięcia.

Anna czuła pot spływający po skroni. Jej ramiona paliły. Osiemnaście godzin dyżuru sprawiało, że każdy mięsień protestował.

— Wszyscy od pacjenta! — krzyknął sanitariusz.

Wyładowanie. Ciało Kordeckiego szarpnęło się gwałtownie, jak kukła pociągnięta za sznurki.

Anna wróciła do uciśnięć.

— Adrenalina, jeden miligram dożylnie — powiedziała, choć głos brzmiał jak z daleka.

Ktoś odpowiedział:

— Podane.

Kolejne dwie minuty. Kolejne sprawdzenie rytmu. Kolejne wyładowanie.

Drzwi sali otworzyły się szerzej. Wszedł doktor Ryszard Kaliński, ordynator chirurgii, z twarzą człowieka, który widział już tysiące takich scen i żadna nie przestała go męczyć, nawet jeśli udawał inaczej.

— Ile czasu? — zapytał.

— Osiem minut — wydyszała Anna. — Dwa wyładowania. Bez ROSC.

Kaliński spojrzał na pacjenta, potem na monitor, potem na Annę.

— Kontynuujemy jeszcze dwie minuty — polecił spokojnie. — Potem oceniamy.

Anna zacisnęła zęby. Kontynuowała uciśnięcia. Jej dłonie były pewne, ale w środku czuła narastającą wściekłość. Nie na siebie. Na to, że to nie powinno się wydarzyć. Na to, że człowiek po rutynowym zabiegu nie powinien umierać o czwartej nad ranem jak skazaniec.

Dwie minuty minęły jak wieczność.

— Stop. Rytm — Kaliński uniósł rękę.

Pielęgniarka spojrzała na monitor.

— Asystolia.

Cisza była nagła i niewłaściwa. Nawet monitory jakby przestały oddychać.

Kaliński spojrzał na zegarek nad drzwiami.

— Czwarta dziewięć — powiedział. — Stwierdzam zgon.

W sali przez moment nikt się nie ruszał. Potem zaczęła się druga część rytuału: odłączanie kabli, zdejmowanie elektrod, uporządkowanie łóżka. Śmierć musiała wyglądać schludnie.

Anna odsunęła się od pacjenta. Czuła, że ręce ma ciężkie jak kamień. Wzrok utkwił jej w twarzy Kordeckiego. Wciąż wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć.

„Przemek… wie.”

Kaliński spojrzał na Annę, jego twarz była twarda.

— Proszę wypełnić dokumentację zgonu. Rodzina do powiadomienia rano. To niedziela, ale dyżurny administracyjny jest.

— Ordynatorze — Anna przełknęła ślinę. — To był pacjent stabilny godzinę temu. Coś tu…

— Powikłania się zdarzają — przerwał jej Kaliński. — Proszę nie filozofować. Pani ma osiemnastą godzinę. Idź pani na chwilę usiąść.

To „nie filozofować” zabolało bardziej, niż powinno. Anna kiwnęła głową, choć w środku coś jej mówiło, że to nie jest zwykłe powikłanie.

Beata podeszła do niej, dotykając jej ramienia.

— Doktor, wszystko w porządku?

— Tak — skłamała Anna. — Zajmijcie się nim.

Wyszła z sali jak automat.


W dyżurce lekarskiej panował półmrok. Ktoś zostawił włączoną małą lampkę, która rzucała światło na stos dokumentów. Anna usiadła, wzięła formularz zgonu.

Rubryki były zawsze takie same. Imię, nazwisko, PESEL. Godzina zgonu. Przyczyna.

Przyczyna. To słowo miało w sobie obietnicę sensu. A sens w szpitalu był dobrem luksusowym.

Anna zaczęła pisać:

„Nagłe zatrzymanie krążenia.”

To była formuła, którą wpisywało się, kiedy prawda była zbyt skomplikowana albo zbyt niewygodna.

Zatrzymała długopis. Westchnęła.

Wzięła kartę obserwacji pielęgniarskiej, tę z zapisem parametrów pacjenta. Przesunęła palcem po wpisach z ostatnich godzin.

03:00 — ciśnienie 128/78, tętno 82, saturacja 97, temperatura 36,6.

03:30 — ciśnienie 124/80, tętno 85, saturacja 96.

03:40 — ciśnienie…

Anna zmarszczyła brwi.

W rubryce przy 03:40 była plama. Drobna, mlecznobiała, jakby ktoś użył korektora. Ale korektor w dokumentacji medycznej? To było formalnie niedopuszczalne. Nie poprawia się w ten sposób. Skreśla się, parafuje, datuje. Każdy student medycyny znał tę zasadę od pierwszego roku zajęć klinicznych.

Anna nachyliła się nad kartą. W świetle lampki widać było, że pod białą warstwą jest coś jeszcze. Ciemniejszy ślad, jak cień liter.

Ktoś coś tu zamazał.

Anna poczuła, jak zmęczenie odpływa w sekundę, zastąpione przez zimną czujność.

Wzięła kartę i podniosła ją pod światło. Zmiana kąta ujawniła zarysy cyfr.

Wyglądało jak „90/50”. Albo „80/…”.

To nie była korekta pomyłki. To była próba ukrycia, że funkcje życiowe pacjenta pogarszały się wcześniej. Że ktoś to widział. Że ktoś nic nie zrobił. Albo zrobił coś, czego nie wpisał.

Anna odłożyła kartę i otworzyła historię choroby. Przewertowała ostatnie zlecenia. Leki przeciwbólowe, płyny, profilaktyka przeciwzakrzepowa.

Wszystko wyglądało… zbyt czysto.

Jak dobrze wyprasowany fartuch na brudnym oddziale.

— Doktor? — Beata zajrzała do dyżurki. — Robert już czeka.

— Robert? — Anna uniosła głowę.

— Z kostnicy. Przyszedł po ciało. Mówi, że ma zlecenie na natychmiastowy transport.

Anna poczuła ukłucie niepokoju.

— Teraz?

Beata wzruszyła ramionami.

— Tak. Mówi, że ma papier.

Anna wstała. Zmęczenie wróciło jak fala, ale nie mogła odpuścić. Nie mogła pozwolić, żeby ciało Kordeckiego zniknęło w tej szpitalnej machinie bez śladu.

Wyszła na korytarz.

Robert Mazur stał przy windzie z wózkiem transportowym. Był młody, może dwadzieścia osiem lat, w ciemnym uniformie, z wyrazem twarzy człowieka, który za szybko przyzwyczaił się do widoku śmierci.

Uśmiechnął się, gdy zobaczył Annę. Uśmiech miał trochę za szeroki.

— Dobry wieczór. To znaczy… dzień dobry, pani doktor — poprawił się. — Mam odebrać pana Kordeckiego.

— Już? — Anna spojrzała na zegarek. 04:18. — Zwykle ciało czeka.

— Dostałem zlecenie — Robert wyciągnął kartkę. — Ma być przewieziony od razu.

Anna wzięła kartkę. Był na niej nagłówek szpitalny, pieczątka administracji, podpis.

„Zlecenie transportu do chłodni — pilne.”

Podpis: Zenon Wróbel.

Anna spojrzała na Roberta.

— Dyrektor Wróbel? O tej porze?

Robert wzruszył ramionami z miną: ja tu tylko pracuję.

— Tak jest na zleceniu.

— Dyrektor jest w szpitalu?

— Nie wiem. Przyszło mailem do dyżurki kostnicy.

Anna oddała kartkę.

— Proszę poczekać minutę.

— Oczywiście.

Anna odwróciła się do Beaty.

— Beata, od kiedy dyrektor osobiście zleca transporty ciał w niedzielę o czwartej nad ranem?

Beata zmarszczyła brwi.

— Nie wiem. Może jakaś kontrola? Może chcą mieć porządek.

— Porządek — powtórzyła Anna, czując narastającą irytację. — A kto go wezwał?

— Nikt go nie wzywał.

Anna spojrzała na salę dwieście cztery. Drzwi były przymknięte. Za nimi leżał człowiek, którego nie powinna była zabić żadna „rutyna”.

— Idę zobaczyć ciało — powiedziała.

Beata uniosła brwi.

— Po co?

— Bo to mój pacjent.

Nie czekała na odpowiedź. Weszła do sali.

Ciało Kordeckiego było już przygotowane. Ktoś wygładził prześcieradło, jakby przykrywał śpiącego. Twarz pacjenta była spokojniejsza. Tak czasem bywało — śmierć potrafiła wygładzić człowieka, zrobić z niego posąg, w którym nie ma już walki.

Anna podeszła i spojrzała na jego dłonie. Wciąż miały ślady po wkłuciach. Standard. Nic dziwnego.

Ale coś ją uwierało.

Wróciła wzrokiem do twarzy. Usta lekko rozchylone, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć.

Anna nachyliła się. To była głupota, irracjonalny odruch, ale w głowie wciąż brzmiało:

„Przemek… wie.”

Wzięła głębszy oddech i wyszła.

Robert czekał przy windzie.

— Możemy? — zapytał.

Anna skinęła głową.

Robert pchnął wózek. Prześcieradło poruszyło się lekko jak żagiel.

Kiedy wózek ruszył w stronę windy, Anna poczuła, że robi coś wbrew rozsądkowi.

— Pójdę z panem — powiedziała.

Robert spojrzał na nią zaskoczony.

— Pani doktor? To… nie trzeba.

— To mój pacjent.

Beata popatrzyła na Annę z miną: po co ci to?.

Anna nie odpowiedziała.

Winda zjechała na parter. Kiedy drzwi się otworzyły, uderzył ich chłód i zapach starych kafli. Robert ruszył korytarzem w stronę bocznego wyjścia prowadzącego do przybudówki kostnicy.

Anna szła obok.

Korytarz był pusty. Nocna cisza miała w sobie coś nieprzyjemnego — jakby ściany podsłuchiwały.

Przy wejściu do łącznika Robert zatrzymał się.

— Dalej już tylko personel kostnicy — powiedział niepewnie.

— Jestem lekarzem — odparła Anna. — Mam dostęp.

Robert przełknął ślinę. W końcu skinął głową.

Weszli do łącznika. Był słabo oświetlony, z jednym migającym neonem. Na ścianach widać było pęknięcia farby. Ktoś kiedyś próbował je zamalować, ale nowa warstwa farby odchodziła jak skóra po oparzeniu.

Po drugiej stronie były drzwi do kostnicy. Kod. Robert wpisał go pewnie, jak ktoś, kto robi to setki razy.

Drzwi otworzyły się.

W środku było chłodniej. Anna poczuła, jak na jej skórze staje gęsia skórka.

Robert wprowadził wózek do pomieszczenia, kierując się w stronę chłodni. Otworzył metalowe drzwi jednej z komór.

— Tu — powiedział.

Anna zrobiła krok bliżej. W chłodni były inne ciała, przykryte, ułożone równo. Rutyna śmierci.

Robert wsunął ciało Kordeckiego do komory. Metal zgrzytnął.

Anna obserwowała każdy ruch. Robert był sprawny, pewny. Za pewny jak na kogoś, kto powinien czuć respekt.

Kiedy zamknął komorę, Anna zapytała:

— Kto będzie wykonywał sekcję?

Robert wzruszył ramionami.

— Nie wiem, pani doktor. Sekcje są rzadko.

— A jeśli rodzina zażąda?

— To wtedy.

Anna przygryzła wargę.

— Dziękuję.

Odwróciła się, żeby wyjść, ale wtedy zobaczyła coś, co sprawiło, że zatrzymała się w pół kroku.

Na biurku w rogu pomieszczenia leżała kartka papieru. Świeża. Z nadrukiem.

Zlecenie transportu.

Zauważyła na niej ten sam podpis: Zenon Wróbel.

Ale obok, w rubryce „powód pilności”, było coś dopisanego ręcznie.

Jedno słowo.

„Źródło”.

Anna zmrużyła oczy. Zrobiła krok w stronę biurka.

— Co to znaczy? — zapytała.

Robert od razu zasłonił kartkę dłonią.

— Nic. To… wewnętrzne oznaczenie.

— „Źródło”? — Anna powtórzyła wolno. — Jakie źródło?

Robert się spiął. Uśmiech zniknął mu z twarzy.

— Pani doktor, ja naprawdę nie wiem.

Anna spojrzała mu w oczy i zobaczyła coś, czego wcześniej nie widziała.

Strach.

Nie strach przed nią. Strach przed tym, że mówi za dużo.

— Robert — powiedziała cicho, zniżając ton. — Ten człowiek umarł po rutynowej operacji. Funkcje życiowe były stabilne. Coś jest nie tak.

Robert patrzył na nią przez chwilę, jakby rozważał, czy może jej zaufać.

W końcu pokręcił głową.

— Proszę iść, pani doktor. Naprawdę.

To nie była prośba. To było ostrzeżenie.

Anna skinęła głową, odwróciła się i wyszła, czując, że w gardle rośnie jej twardy, nieprzyjemny guzek.

Kiedy wróciła na oddział, Beata czekała na nią przy dyżurce.

— Wszystko okej? — zapytała.

Anna spojrzała na nią i przez moment chciała powiedzieć prawdę. Chciała powiedzieć: coś tu śmierdzi. Chciała powiedzieć: ktoś fałszuje dokumentację, dyrektor zleca pilne transporty, a w kostnicy są kartki z dziwnymi dopiskami.

Ale Beata była zmęczona, miała swoje życie, swoje dyżury, swoje dzieci. Była częścią systemu, który nauczył ją jednego:

nie zadawaj pytań, jeśli nie chcesz kłopotów.

— Tak — powiedziała Anna. — Wszystko okej.

Wróciła do dyżurki, usiadła i jeszcze raz spojrzała na kartę obserwacji. Plama korektora była jak oko. Jak rana na papierze.

Zrobiła zdjęcie telefonem. Potem jeszcze jedno, zbliżenie.

To też była rutyna — Anna lubiła mieć dowody, nawet jeśli nie wiedziała jeszcze, po co.

Telefon zawibrował. Powiadomienie z aplikacji pogodowej: „Toruń: 4°C. Wschód słońca 06:01”.

Anna popatrzyła na ekran i pomyślała, że słońce wzejdzie niezależnie od tego, co dzieje się w piwnicach tego szpitala.

W medycynie jest taka ciekawostka, którą opowiada się studentom na pierwszych zajęciach z anatomii, żeby oswoić ich z tematem:

W ludzkim ciele jest około sześćdziesięciu tysięcy kilometrów naczyń krwionośnych. Gdyby je rozciągnąć, można by dwa razy okrążyć Ziemię.

Anna znała tę anegdotę. Kiedyś wydawała jej się fascynująca. Dziś brzmiała jak ponury dowcip.

Bo w tym szpitalu ktoś mógł robić z ludzkiego ciała mapę. Trasę. Szlak dostaw.

Wciąż słyszała w głowie słowa Kordeckiego.

„Przemek… wie.”

Przemek.

Ksiądz Przemysław Czerny.

Anna widziała go kilka razy na korytarzu. Zawsze uśmiechnięty, zawsze z różańcem w dłoni, zawsze życzliwy. Personel mówił o nim „ksiądz Przemek”, jak o kimś bliskim, niemal rodzinnym. Pacjenci podobno czuli się przy nim bezpieczniej.

Anna nigdy nie przywiązywała wagi do kapelana. W szpitalu kapelan był jak element wyposażenia: krzyż na ścianie, obrazek w kaplicy, zapach kadzidła w niedzielę.

Tylko że dziś w nocy to imię padło z ust umierającego człowieka.

I padło jak ostrzeżenie.

Anna wstała. Zaczęła przeglądać dokumentację Kordeckiego dokładniej. Nie w trybie „muszę to wypełnić”, tylko w trybie „muszę znaleźć, co tu nie pasuje”.

Jej wzrok przeskakiwał po stronach:

Zgoda na zabieg — podpis pacjenta i lekarza.

Karta zleceń — leki, płyny, obserwacja.

Wyniki badań — morfologia w normie, CRP nieznacznie podwyższone.

I znowu… dziwny ślad.

Tym razem przy rubryce „grupa krwi”.

Anna zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że widzi tam delikatne przetarcie. Jakby ktoś poprawiał wpis.

Podniosła kartę pod światło, jak wcześniej.

Pod spodem dało się dostrzec inny znak. Inny zapis.

Tak, to był korektor. Ktoś zamazał fragment i wpisał coś nowego.

Anna poczuła, jak w skroniach pulsuje jej krew.

Grupa krwi to nie jest coś, co się poprawia „dla porządku”. To nie jest literówka w nazwisku. To informacja krytyczna. W szpitalu grupa krwi jest jak kod dostępu do życia.

I ktoś go zmienił.

Anna zrobiła kolejne zdjęcie.

Jej telefon miał już kilka fotografii, które same w sobie nic nie znaczyły. Ale razem zaczynały układać się w coś niepokojącego.

Słońce jeszcze nie wzeszło, ale na korytarzu pojawiły się pierwsze dźwięki dziennej zmiany. Ktoś śmiał się cicho. Ktoś przeklinał pod nosem. Ktoś przesuwał wózek z lekami.

Życie wracało.

Anna powinna była iść do domu.

Powinna była się położyć. Zamknąć oczy. Udawać, że to była tylko ciężka noc, jak setki innych.

Zamiast tego wyjęła telefon i wybrała numer.

Bartek Zieliński odebrał po kilku sygnałach. Jego głos był zaspany, wkurzony.

— Anna? Wiesz, która jest godzina?

— Wiem — powiedziała cicho. — Bartek, potrzebuję przysługi.

— Jeśli to znowu konsultacja przypadków o czwartej rano, to ja…

— Zmarł pacjent. Stanisław Kordecki. Dziwna sprawa.

Na drugim końcu zapadła cisza.

— Co znaczy „dziwna”?

— Funkcje życiowe były stabilne godzinę wcześniej. Ktoś poprawiał dokumentację. Ciało zabrali do kostnicy natychmiast. Zlecenie podpisał dyrektor.

Bartek zamilkł na dłużej.

— Anna… co ty sugerujesz?

— Nic jeszcze. Ale chcę, żebyś… rzucił okiem, jak będziesz w pracy. Tylko tyle. Zobacz, czy coś nie gra.

— Nie mogę robić nic bez zlecenia sekcji.

— Nie proszę o sekcję. Proszę o spojrzenie.

Bartek westchnął.

— Dobra. Przyjdę wcześniej. Ale jeśli mnie w to wkręcisz, to przynajmniej postawisz mi porządną kawę.

— Postawię ci nawet dwie.

— Anna… — jego głos nagle stał się poważniejszy. — Uważaj. Naprawdę.

— Wiem.

Rozłączyła się.

Na korytarzu rozległ się dźwięk otwieranych drzwi kaplicy. Anna podniosła wzrok od dokumentów i spojrzała przez szybę w drzwiach dyżurki.

Korytarzem szedł ksiądz.

Ksiądz Przemysław Czerny.

W czarnej sutannie, z brewiarzem w dłoni. Szedł powoli, jak ktoś, kto ma czas. Jak ktoś, kto nigdy nie biega, bo nie musi.

Zatrzymał się na moment, jakby nasłuchiwał. Potem odwrócił głowę w stronę dyżurki.

Ich spojrzenia spotkały się przez szybę.

Anna poczuła w żołądku zimny ciężar. Nie dlatego, że bała się księdza. Nie bała się ludzi w sutannach. Bała się tego, co wyczytała w umierających oczach Kordeckiego. Bała się sensu, który zaczynał się rysować tam, gdzie wcześniej była tylko rutyna.

Czerny uśmiechnął się do niej.

Uśmiech był ciepły, spokojny, taki, jakim obdarza się ludzi w trudnych chwilach.

Anna miała wrażenie, że uśmiecha się nie do niej, tylko do jej niewiedzy.

Ksiądz skinął głową, jakby mówił: dzień dobry, pani doktor. Jakby wszystko było w porządku.

I poszedł dalej.

Anna siedziała nieruchomo przez dłuższą chwilę, czując, że noc nie skończyła się wraz ze świtem. Że ona dopiero się zaczyna.

Wypełniła dokumentację zgonu, wpisując „nagłe zatrzymanie krążenia”. Podpisała się. Wydrukowała. Włożyła do teczki.

Papier był gotowy.

Prawda jeszcze nie.

Kiedy w końcu wstała i założyła kurtkę, z głośników na korytarzu popłynął cichy komunikat o porannej mszy w kaplicy. Ktoś ustawiał krzesła, ktoś zapalał świece. Zapach kadzidła wpełzł do oddziału, mieszając się z zapachem chlorheksydyny.

Sacrum i chemia. Modlitwa i protokół.

Anna przystanęła na chwilę przy drzwiach, zanim wyszła.

Zgodnie z procedurą powinna była powiadomić rodzinę Kordeckiego. Ale była zbyt zmęczona, a w jej głowie było zbyt dużo pytań, by wypowiadać te słowa: „Przykro mi, nie udało się”.

Powiadomi rano ktoś inny, pomyślała. Albo ona sama, kiedy będzie miała w sobie mniej chaosu.

Wyszła na zewnątrz. Powietrze było zimne, świeże. Świt miał kolor ołowiu. Nad Toruniem wisiały chmury jak ciężkie zasłony.

Anna stała chwilę na parkingu i patrzyła na bryłę szpitala. Betonowy moloch, który miał leczyć, a często tylko przechowywał ludzi w oczekiwaniu.

W medycynie jest jeszcze jedna ciekawostka, taka, którą mówi się studentom, żeby zrozumieli, jak cienka jest granica między życiem a śmiercią:

Wystarczy około czterech minut bez tlenu, żeby zaczęły się nieodwracalne zmiany w mózgu.

Cztery minuty.

Anna pomyślała, że ktoś w tym szpitalu mógł mieć bardzo precyzyjny zegarek.

Wsiadła do samochodu, przekręciła kluczyk, ale nie ruszyła od razu. Siedziała z rękami na kierownicy i patrzyła w lusterko wsteczne na wejście do szpitala.

Jej telefon zawibrował. Wiadomość od nieznanego numeru.

Jedno zdanie:

„Proszę nie robić sobie wrogów, doktor Morawiec.”

Anna poczuła, jak serce ściska się jej w piersi.

Nie odpisała.

Odłożyła telefon, wrzuciła bieg i wyjechała z parkingu, mając świadomość, że to, co wydarzyło się tej nocy, nie było pojedynczym incydentem.

To było zaproszenie.

A w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Toruniu zaproszenia rzadko oznaczały coś dobrego.

ROZDZIAŁ 2: Portret bohaterki

Anna Morawiec dotarła do swojego mieszkania na Bydgoskim Przedmieściu o szóstej czterdzieści pięć rano. Jechała prawie automatycznie, nie pamiętając większości trasy. Jej umysł wciąż był w kostnicy, w sali dwieście cztery, przy ciele Stanisława Kordeckiego.

„Przemek… wie.”

Zaparkowała hondę civic pod blokiem z lat siedemdziesiątych, którego elewacja przypominała mozaikę odpadających tynków. Kiedyś próbowano go odnowić — widać było pasma nowszej farby, ale i one już oblazły, jakby budynek odrzucał każdą próbę naprawy.

Weszła po schodach na trzecie piętro. Winda nie działała od listopada. Nikt nie wiedział kiedy zacznie.

Drzwi do jej kawalerki miały numer dwadzieścia trzy. Anna zawsze myślała, że to odpowiedni numer — nie szczęśliwy, nie przeklęty, po prostu… nijaki.

Przekręciła klucz w zamku i weszła do środka.

Czterdzieści dwa metry kwadratowe. Jeden pokój, aneks kuchenny, łazienka wielkości szafy. Okno wychodzące na parking i suszarnię na dachu sąsiedniego budynku. Widok nie był piękny, ale w nocy, kiedy nie było widać detali, dawał dziwny spokój.

Anna zrzuciła kurtkę na kanapę — jedyny mebel godny tej nazwy. Kanapę dostała od rodziców trzy lata temu, kiedy wprowadzała się tutaj po rozwodzie. Matka płakała, kiedy pomagała jej pakować rzeczy z poprzedniego mieszkania. Ojciec milczał, bo nigdy nie wiedział, co powiedzieć w trudnych momentach.

Poszła do łazienki i spojrzała w lustro.

Kobieta, która patrzyła na nią z odbicia, miała trzydzieści cztery lata, ale wyglądała na więcej. Nie dlatego, że była brzydka — nie była. Miała regularne rysy, ciemne blond włosy, szare oczy, które kiedyś ktoś nazwał „inteligentnymi”. Ale coś w tej twarzy wyglądało na… zmęczone. Nie tylko fizycznie. Zmęczone tym, że codziennie musi rano wstać i udawać, że wszystko ma sens.

Anna odkręciła wodę w prysznicu, czekając, aż się nagrzeje. Zajęło to dwie minuty — w bloku zawsze wszystko trwało dłużej, niż powinno.

Kiedy weszła pod strumień wody, poczuła, jak ciepło rozpuszcza napięcie w mięśniach. Osiemnaście godzin dyżuru robiły swoje. Ale w głowie wciąż krążyły pytania:

Dlaczego Kordecki umarł tak szybko?

Kto zamazał wpisy w dokumentacji?

Co oznacza słowo „Źródło”?

I dlaczego dostała anonimową wiadomość ostrzegającą ją, żeby „nie robiła sobie wrogów”?

Anna stała pod prysznicem tak długo, aż woda zaczęła stygnąć. Potem wyszła, wytarła się szybko i założyła stare, wygodne spodnie od dresu i koszulkę.

W lodówce było tylko mleko, pół bochenka chleba i słoik dżemu. Standardowy zestaw kogoś, kto nie gotuje, bo i tak je na mieście albo wcale.

Zrobiła sobie kanapkę, usiadła przy stoliku w kuchni i włączyła laptopa.

Dell Inspiron, sześć lat na karku, wolny jak żółw z nadwagą, ale wciąż działający. Anna używała go głównie do jednej rzeczy: do gromadzenia notatek.

Otworzyła folder zatytułowany „Przypadki”.

W środku były dziesiątki plików tekstowych, zdjęć, skanów dokumentacji. To był jej sekret. Coś, o czym nikt w szpitalu nie wiedział, choć pewnie podejrzewali.

Anna od lat zbierała przypadki, które jej nie pasowały. Pacjenci, którzy umierali zbyt szybko. Wyniki badań, które nie miały sensu. Sekcje zwłok, które wykazywały coś innego niż rozpoznanie kliniczne. Wszystko, co budziło w niej niepokój, trafiało do tego folderu.

Koledzy mówili o niej: „Anna ma bzika na punkcie spisków”.

Ordynator Kaliński kiedyś powiedział jej wprost: „Doktor Morawiec, medycyna to nie kryminał. Czasem ludzie po prostu umierają”.

Marek, jej były mąż, wyśmiewał to jeszcze brutalniej: „Ty nie jesteś detektywem, Anno. Jesteś lekarzem. A lekarze mają leczyć, nie wymyślać teorii spiskowych”.

Może mieli rację.

A może nie.

Anna otworzyła nowy plik i zaczęła pisać:

PRZYPADEK: Stanisław Kordecki

Data zgonu: 16.03.2024, godz. 04:09

Rozpoznanie: Nagłe zatrzymanie krążenia, powikłanie pooperacyjne

Podejrzane elementy:

— Funkcje życiowe stabilne godzinę przed zgonem

— Zamazane wpisy w dokumentacji (korektor)

— Zmieniona grupa krwi (?)

— Transport do kostnicy natychmiast po zgonie, zlecenie podpisane przez dyrektora Wróbla

— Oznaczenie „Źródło” na zleceniu transportu

— Ostatnie słowa pacjenta: „Przemek… wie”

Anna przygryzła wargę. Wiedziała, jak to wygląda. Wiedziała, że gdyby ktoś to przeczytał, pomyślałby: „kobieta po nocnym dyżurze, przemęczona, widzi rzeczy, których nie ma”.

Ale ona nie widziała rzeczy, których nie ma.

Widziała rzeczy, które ktoś próbował ukryć.

Zamknęła laptopa i spojrzała przez okno. Świt już całkiem rozjaśnił niebo. Toruń budził się do życia — pierwsze tramwaje, pierwsi ludzie spieszący do pracy, studenci w drodze na uczelnię.

Normalne życie.

Anna zastanawiała się czasem, kiedy ostatni raz miała normalne życie. Może nigdy.

Może od zawsze była kimś, kto widzi zbyt wiele.


Trzy lata wcześniej

Anna leżała na łóżku w szpitalu ginekologiczno-położniczym, patrząc w sufit. Sufit był biały, z delikatną plamą wilgoci w rogu. Anna obserwowała tę plamę już trzeci dzień i wiedziała dokładnie, jak wygląda — jak mapa wyspy, która nie istnieje.

Obok łóżka siedział Marek. Miał na sobie garnitur, bo przyjechał prosto z sądu. Był prawnikiem cywilnym, jednym z najlepszych w Toruniu. Ludzie mówili o nim: „Marek Morawski zawsze wygrywa”. Tylko że w szpitalu nie można było wygrać sprawy sądowej. Tutaj wygrywało się albo przegrywało życie.

I oni właśnie przegrali.

— Anno — Marek mówił cicho, jakby bał się, że jego głos może ją złamać. — Musisz jeść coś. Przyniosłem ci zupę.

Anna nie odpowiedziała. Patrzyła w sufit.

— Anno, proszę. Musisz być silna.

Silna. To słowo brzmiało jak kpina.

Anna była w dwudziestym ósmym tygodniu ciąży, kiedy przestała czuć kopnięcia. Najpierw myślała, że dziecko po prostu śpi. Potem, że może jest mniej aktywne. Potem… potem pojechała na USG.

Lekarz prowadzący badanie — młody rezydent, może dwadzieścia osiem lat — spojrzał na ekran, zmarszczył brwi i powiedział:

— Pani poczeka chwilę. Wezwę konsultanta.

Anna wiedziała już wtedy. Wiedziała po jego tonie, po tym, jak unikał jej wzroku, po tym, jak zbyt długo szukał czegoś na ekranie, czego nie było.

Konsultant przyszedł, spojrzał, pokręcił głową.

— Przykro mi — powiedział. — Akcja serca płodu jest nieobecna.

„Akcja serca płodu jest nieobecna”. To była medyczna formuła na: „pani dziecko umarło”.

Anna była lekarzem. Znała tę formułę. Sama ją używała dziesiątki razy, mówiąc do innych kobiet.

Ale nigdy nie myślała, że usłyszy ją skierowaną do siebie.

Leżała teraz na łóżku po porodzie martwego dziecka — procedura nazywała się „indukcja porodu w przypadku obumarcia płodu”. Dziewczynka. Ważyła osiemset gramów. Anna nigdy jej nie widziała. Nie chciała. Bała się, że jak zobaczy, to już nigdy nie będzie mogła przestać widzieć.

Marek siedział obok niej, trzymając jej dłoń, i mówił rzeczy, które miały pomóc:

— Jesteś młoda. Możemy spróbować jeszcze raz.

— Lekarze mówią, że to się zdarza. Że nikt nie jest winny.

— Będzie dobrze, Anno. Zobaczysz.

Ale Anna wiedziała, że nie będzie dobrze.

Coś w niej pękło. Nie fizycznie — fizycznie wszystko się goiło zgodnie z planem. Ale w środku coś się rozpadło, jak konstrukcja z klocków, której nie można już złożyć.

Pół roku później Anna wróciła do pracy. Wszyscy mówili, że to za wcześnie. Lekarz psychiatra, do którego wysłał ją Marek, powiedział:

— Pani organizm potrzebuje czasu na żałobę.

Ale Anna nie chciała czasu. Chciała pracy. Chciała pacjentów, zleceń, dokumentacji, operacji. Chciała czegoś, co zapełni pustkę w głowie, gdzie wcześniej były plany na przyszłość z dzieckiem.

Marek próbował ją zatrzymać.

— Anno, nie możesz uciekać w tę pracę. Musisz przejść przez to, co się stało.

— Ja już przez to przeszłam — odpowiadała.

— Nie przeszłaś. Nawet ze mną o tym nie rozmawiasz.

— Bo nie ma o czym rozmawiać. Dziecko umarło. To się stało. Koniec.

Marek patrzył na nią jak na obcą osobę.

I miał rację. Anna stała się obca. Nawet dla samej siebie.

Rok później złożyli papiery rozwodowe. To był cywilizowany rozwód, bez krzyków, bez rzucania talerzami, bez walki o pieniądze. Po prostu dwoje ludzi, którzy przestali do siebie pasować.

Marek dostał większość majątku — mieszkanie, samochód, sprzęty. Anna wzięła tylko kanapę, laptop i część książek.

Nie walczyła. Nie miała siły.

Przy podpisywaniu papierów Marek zapytał:

— Anno, co się z tobą stało? Byłaś kiedyś… inna.

Anna spojrzała na niego i pomyślała: „Ty też byłeś inny. Byliśmy małżeństwem. A teraz jesteśmy tylko dwoma ludźmi, którzy kiedyś się kochali i już nie potrafią”.

Ale powiedziała tylko:

— Nie wiem.

I to była prawda. Nie wiedziała, co się z nią stało. Wiedziała tylko, że wróciła z tego szpitala ginekologicznego jako ktoś inny. Jako ktoś, kto przestał wierzyć w dobre zakończenia.


Teraźniejszość

Anna zamrugała, wyrwana z wspomnień dźwiękiem telefonu.

Spojrzała na ekran. Nieznany numer.

Odebrała.

— Słucham?

— Doktor Morawiec? — głos po drugiej stronie był kobiecy, starszy, lekko drżący.

— Tak, to ja.

— Dzwonię w sprawie mojego męża. Stanisława Kordeckiego. Mówili mi, że pani była przy nim, kiedy… kiedy umarł.

Anna poczuła, jak coś ściska jej gardło.

— Pani Korórecka?

— Tak. Zofia Korórecka. — Kobieta mówiła powoli, jakby każde słowo sprawiało jej ból. — Przepraszam, że dzwonię tak wcześnie. Dostałam pani numer od pielęgniarki. Chciałam zapytać… co się stało? Wczoraj wieczorem rozmawiałam z mężem. Był słaby, ale… mówił, że czuje się lepiej. A dziś rano zadzwonili ze szpitala i powiedzieli, że…

Urwała, nie mogąc dokończyć.

Anna zacisnęła palce na telefonie.

— Pani Zofio, bardzo mi przykro. Pani mąż miał nagłe zatrzymanie krążenia. Robiliśmy wszystko, co możliwe, ale…

— Ale to nie wystarczyło — dokończyła Zofia. Nie było w jej głosie oskarżenia. Tylko rezygnacja.

— Nie. Nie wystarczyło.

Cisza po obu stronach.

Potem Zofia zapytała:

— Czy on cierpiał?

To było najgorsze pytanie, jakie można zadać lekarzowi. Bo prawda była taka, że Anna nie wiedziała. Nie wiedziała, co czuł Kordecki w tych ostatnich minutach. Wiedziała tylko, że był przerażony.

— Nie sądzę — skłamała. — Był pod opieką. Nie cierpiał.

Zofia westchnęła.

— Dziękuję. To… to przynajmniej coś.

Anna przełknęła ślinę.

— Pani Zofio, mogę zapytać o coś?

— Oczywiście.

— Czy pani mąż wspominał komuś o… o księdzu? O kimś, kto się nim opiekował w szpitalu?

Zofia zastanowiła się przez moment.

— Tak, faktycznie. Mówił, że był taki miły ksiądz. Ksiądz Przemek, chyba. Rozmawiał z nim długo. Stasiek powiedział, że ksiądz pomógł mu… uporządkować sprawy.

Anna poczuła lodowaty dreszcz.

— Uporządkować sprawy? Co pani mąż miał na myśli?

— Nie wiem dokładnie. Coś o tym, że podpisał jakieś papiery. Że chce, żeby po śmierci… — Zofia urwała, a potem dodała ciszej: — Przepraszam. To dziwne mówić „po śmierci”, kiedy jeszcze wczoraj był żywy.

— Czy pani wie, jakie papiery podpisał?

— Nie. Nie pytałam. Myślałam, że ma jeszcze czas.

Anna zacisnęła zęby.

— Pani Zofio, czy pani rozważała sekcję zwłok?

Cisza po drugiej stronie była długa.

— Sekcję? Po co?

Anna wiedziała, że powinna być ostrożna. Nie mogła wprost powiedzieć: „Myślę, że pani mąż został zamordowany”.

— Czasem sekcja pomaga ustalić przyczynę zgonu — powiedziała ostrożnie. — Zwłaszcza w przypadkach nagłych.

— Ale przecież lekarze powiedzieli, że to było powikłanie pooperacyjne.

— Tak, ale…

— Doktor Morawiec — Zofia przerwała jej łagodnie. — Mój mąż miał siedemdziesiąt trzy lata. Chorował. Wiedziałam, że to się może zdarzyć. Nie chcę… nie chcę przedłużać tego. Chcę go po prostu pochować. W spokoju.

Anna zamknęła oczy.

— Rozumiem.

— Dziękuję za opiekę nad nim. Naprawdę. Wiem, że pani robiła, co mogła.

Zofia rozłączyła się.

Anna siedziała przez długą chwilę z telefonem w dłoni, czując, jak złość miesza się w niej z bezradnością.

Bez sekcji nie będzie dowodów. Bez dowodów nie będzie śledztwa. Ciało Kordeckiego zostanie skremowane albo pochowane, a prawda — jeśli w ogóle istniała — zostanie zakopana razem z nim.

Anna otworzyła laptop ponownie i dopisała do notatki:

Żona nie będzie wnioskować o sekcję.

Spojrzała na zegar. Siódma czterdzieści. Za dwadzieścia minut miała umówioną wizytę u psychologa — comiesięczny rytuał, który zaczęła trzy lata temu, kiedy Marek wymógł na niej, że musi iść „porozmawiać z kimś”.

Anna nigdy nie lubiła tych wizyt. Ale psychiatrka — doktor Hanna Kręcisz — była jedną z niewielu osób, które nie próbowały jej naprawiać. Po prostu słuchała.


Gabinet doktor Kręcisz mieścił się w prywatnej przychodni na starówce, w kamienicy z XVIII wieku. Wchodziło się po skrzypiących schodach, mijając drzwi z mosiężną tabliczką: „Dr n. med. Hanna Kręcisz — psychiatria, psychoterapia”.

Anna weszła o ósmej. Poczekalnia była pusta. W rogu stało sztuczne drzewko, które wyglądało, jakby przeżyło już wiele sesji terapeutycznych.

Drzwi gabinetu otworzyły się. Stanęła w nich doktor Kręcisz — kobieta po sześćdziesiątce, w okularach na końcu nosa, z krótkimi siwymi włosami i wyrazem twarzy kogoś, kto słyszał już wszystko.

— Anno, proszę wejść.

Anna weszła do środka. Gabinet był ciasny, ale przytulny. Półki pełne książek, fotel dla pacjenta, fotel dla terapeutki, stolik z pudełkiem chusteczek. Standardowy zestaw.

Anna usiadła.

— Jak się czujesz? — zapytała Kręcisz, zajmując swoje miejsce.

— W porządku.

— „W porządku” to nie jest uczucie.

Anna uśmiechnęła się blado.

— Zmęczona. Miałam ciężki dyżur.

— Chcesz o tym porozmawiać?

Anna przez moment zastanawiała się, czy powiedzieć prawdę. Czy opowiedzieć o Kordeckim, o zamazanych wpisach, o księdzu Czernym.

Ale wiedziała, co usłyszy: „To brzmi jak projekcja. Może szukasz problemu tam, gdzie go nie ma, żeby odwrócić uwagę od własnych?”.

— Nie — powiedziała w końcu. — To była tylko długa noc.

Kręcisz spojrzała na nią uważnie.

— Wiesz, że możesz mi powiedzieć prawdę?

— Wiem.

— Ale nie chcesz.

Anna wzruszyła ramionami.

Kręcisz westchnęła i odłożyła notes.

— Anno, spotykamy się już trzy lata. I za każdym razem robisz to samo. Przychodzisz, mówisz, że wszystko jest „w porządku”, i nie pozwalasz mi wejść głębiej.

— Bo wszystko jest w porządku.

— Naprawdę? Bo nie wygląda na to, żebyś była szczęśliwa.

Anna zaśmiała się cicho.

— Nikt nie jest szczęśliwy, doktor Kręcisz. To iluzja.

— To nie jest iluzja. To wybór.

Anna spojrzała na nią.

— A co, jeśli nie chcę wybierać szczęścia? Co, jeśli chcę tylko robić swoją pracę i żyć dalej?

Kręcisz przez moment milczała.

— Anna — powiedziała w końcu. — Czy ty w ogóle pamiętasz, kim byłaś przed utratą dziecka?

Pytanie uderzyło Annę jak cios. Poczuła, jak coś ściska jej gardło.

— Nie — wyszeptała. — Nie pamiętam.

— A chciałabyś pamiętać?

Anna zamknęła oczy.

— Nie wiem.

To była prawda. Nie wiedziała. Może tamta Anna — ta sprzed trzech lat, która wierzyła, że świat ma sens, że ludzie są dobrzy, że życie jest piękne — umarła razem z jej dzieckiem. Może to, co zostało, to tylko postać usiłująca odgrywać rolę kogoś, kim już nie jest.

Kręcisz wyjęła notes.

— Chcę, żebyś pomyślała o czymś — powiedziała. — O tym, co daje ci energię. Co sprawia, że chcesz wstać rano.

Anna zastanowiła się.

Praca? Nie. Praca była ucieczką, nie pasją.

Ludzie? Nie miała przyjaciół. Miała znajomych, kolegów z pracy, ale nikt, z kim dzieliłaby prawdziwe życie.

Rodzina? Rodzice mieszkali w Bydgoszczy, dzwonili raz w tygodniu, pytali, czy wszystko w porządku. Anna zawsze mówiła „tak”, choć nie było.

— Nie wiem — przyznała w końcu.

Kręcisz skinęła głową.

— To jest problem, Anno. Jeśli nie masz nic, co daje ci energię, prędzej czy później wypalisz się całkowicie.

Anna spojrzała na nią.

— Może już się wypaliłam.

Kręcisz uśmiechnęła się smutno.

— Wiem, że tak ci się wydaje. Ale widzę w tobie coś, czego ty nie widzisz.

— Co?

— Gniew.

Anna zmarszczyła brwi.

— Gniew?

— Tak. Gniew na to, co się stało. Gniew na świat, który pozwolił twojemu dziecku umrzeć. Gniew na siebie, że nie mogłaś tego powstrzymać. — Kręcisz nachyliła się lekko. — I ten gniew jest dobry, Anno. Daje ci energię. Problem w tym, że nie wiesz, jak go wykorzystać.

Anna milczała.

— Wiesz, co robią ludzie z gniewem? — ciągnęła Kręcisz. — Albo go tłumią, i wtedy zamienia się w depresję. Albo go wyrażają destrukcyjnie, i wtedy niszczy wszystko wokół. Albo… wykorzystują go konstruktywnie. Przekształcają w działanie.

— Ja działam. Pracuję.

— Uciekasz. To nie to samo.

Anna zacisnęła pięści.

— To co mam robić? Przestać pracować? Zacząć malować akwarele? Zapisać się na jogę?

Kręcisz pokręciła głową.

— Nie. Masz znaleźć coś, co ma dla ciebie sens. Coś, co sprawia, że czujesz, że robisz różnicę.

Anna pomyślała o Kordeckim. O zamazanych wpisach. O księdzu Czernym.

Pomyślała o tym, że może — tylko może — znalazła właśnie to, czego szukała.

Cel.


Po wyjściu z gabinetu Anna poczuła dziwną lekkość. Nie dlatego, że terapia jej pomogła. Ale dlatego, że zrozumiała coś ważnego:

Przestała udawać, że jej nie obchodzi, co się stało z Kordeckim.

Obchodziło ją. Bardzo.

I zamierzała to wyjaśnić.

Wróciła do mieszkania, otworzyła laptop i zaczęła przeglądać swoje notatki z ostatnich dwóch lat.

Ile było takich przypadków jak Kordecki? Ile razy widziała dziwne zgony, podejrzaną dokumentację, zbyt szybkie transporty ciał?

Po godzinie miała listę.

Dwadzieścia trzy przypadki.

Dwadzieścia trzy osoby, które umarły w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Toruniu w okolicznościach, które jej nie pasowały.

Anna zaczęła szukać wzorów.

Większość to byli starsi pacjenci — powyżej sześćdziesięciu lat.

Większość nie miała bliskiej rodziny — albo byli sami, albo rodzina mieszkała za granicą.

W większości przypadków ciała były transportowane do kostnicy bardzo szybko.

I w większości przypadków — Anna przewertowała notatki — pojawił się jeden wspólny element:

Kontakt z księdzem Przemysławem Czernym.

Anna poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz.

To nie mógł być przypadek.

Otworzyła przeglądarkę i wpisała: „Ksiądz Przemysław Czerny Toruń”.

Wyników było niewiele. Kilka wzmianek w kościelnym biuletynie. Jedno zdjęcie z uroczystości szpitalnych — Czerny stał w otoczeniu pacjentów, uśmiechnięty, wyglądał jak wzór kapelana.

Anna wpisała: „Ksiądz Przemysław Czerny Włocławek”.

I znalazła coś.

Artykuł z lokalnej gazety sprzed pięciu lat:

„Kontrowersje wokół kapelana szpitalnego”

Anna kliknęła.

Artykuł był krótki:

„Ksiądz Przemysław Czerny, kapelan Szpitala Wojewódzkiego we Włocławku, został oskarżony przez rodziny kilku pacjentów o „niewłaściwe zachowanie”. Zarzuty dotyczyły nacisków na podpisywanie dokumentów dotyczących zgody na transplantację organów. Prokuratura umorzyła sprawę z braku dowodów. Ksiądz Czerny poprosił o przeniesienie do innej placówki.”

Anna czytała artykuł trzy razy, czując, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

Niewłaściwe zachowanie. Zgoda na transplantację organów. Brak dowodów.

I przeniesienie do Torunia.

To nie był przypadek.

Czerny robił to wcześniej. We Włocławku. A może jeszcze wcześniej, w innych miejscach.

Ile ofiar? Ile ciał?

Anna zamknęła laptopa i spojrzała przez okno.

Wiedziała, że powinna to zgłosić. Powinna pójść na policję, opowiedzieć wszystko, pokazać notatki.

Ale co powie? Że ma podejrzenia? Że widzi wzory w zgonach pacjentów? Że ksiądz szpitalny może być mordercą?

Policja wyśmieje ją. Albo gorzej — wyśle do psychiatry.

Potrzebowała dowodów. Twardych, niepodważalnych dowodów.

I wiedziała, gdzie ich szukać.

W archiwum szpitala.


Anna sięgnęła po telefon i wybrała numer.

— Bartek? — powiedziała, kiedy odebrał. — Potrzebuję twojej pomocy. I to nie może czekać.

ROZDZIAŁ 3: Rutyna pożerania

Anna Morawiec wróciła do szpitala następnego dnia o czternastej. Tym razem świadomie — nie miała dyżuru, ale potrzebowała zobaczyć miejsce na trzeźwo, bez osiemnastogodzinnego zmęczenia w oczach.

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Toruniu wyglądał w świetle popołudniowego słońca jeszcze bardziej ponuro niż w nocy. Nocą przynajmniej ciemność ukrywała detale. Za dnia widać było wszystko: odpadający tynk na elewacji, pęknięcia w szybach, zardzewiałe rynny, z których skapywała brudna woda.

Budynek miał dziewięć pięter, ale wyglądał, jakby miał ich więcej — jakby ciężar lat i ludzkich tragedii dodawał mu niewidzialnych kondygnacji. Był zbudowany w latach siedemdziesiątych, w stylu, który miał być „funkcjonalny i nowoczesny”, ale okazał się po prostu brzydki. Beton, szkło, płaski dach, okna jak czarne dziury.

Anna zaparkowała i przez moment siedziała w samochodzie, obserwując wejście główne.

Ludzie wchodzili i wychodzili: pacjenci o kulach, starsze panie z torbami pełnymi leków, młode matki z płaczącymi dziećmi, sanitariusze pchający wózki inwalidzkie. Wszyscy wyglądali tak samo — zmęczeni, zrezygnowani, jakby od samego przekroczenia progu tego budynku człowiek tracił część energii życiowej.

Anna wiedziała, że to nie tylko wrażenie.

W medycynie istnieje pojęcie „syndrom wypalenia szpitalnego” — nie tylko wśród personelu, ale i pacjentów. Otoczenie ma wpływ na zdrowie. Badania wykazały, że pacjenci w ładnych, jasnych szpitalach z dostępem do światła i zieleni wychodzili do zdrowia szybciej niż ci w szarych, przygnębiających blokach.

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Toruniu należał do drugiej kategorii.

Anna wzięła głębszy oddech i wyszła z samochodu.


Hol główny szpitala był zatłoczony. Ludzie siedzieli na plastikowych krzesłach wzdłuż ścian, czekając na rejestrację, na wyniki, na cokolwiek. Niektórzy wyglądali, jakby czekali od godzin.

Recepcja była za szybą z pleksi — taki rodzaj barier, który miał chronić personel przed agresywnymi pacjentami, ale w praktyce tylko pogarszał komunikację. Pielęgniarka za szybą mówiła do kogoś przez telefon, gestykulując nerwowo.

Anna minęła halę i skierowała się w stronę wind. Jedna z nich miała kartkę: „Nie działa”. Druga: „Tylko dla personelu medycznego”. Trzecia działała, ale jechała tak wolno, jakby sama potrzebowała hospitalizacji.

Anna weszła do windy razem z sanitariuszem wożącym starszego pana na wózku inwalidzkim. Pan miał gips na nodze i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Sanitariusz — chłopak może dwudziestoletni, chudy, w za dużym uniformie — gwizdał pod nosem jakąś melodię.

— Na które piętro? — zapytał, widząc, że Anna nie naciska żadnego przycisku.

— Trzecie — odpowiedziała.

Chłopak nacisnął „3” i wrócił do gwizdania.

Winda jechała w górę z metalicznym zgrzytem. Anna obserwowała tabliczkę z numerami pięter. Każde piętro było jak osobny świat: pediatria, kardiologia, chirurgia, ortopedia, wewnętrzny, neurologia.

Każde piętro miało swoje reguły, swoich bogów (ordynatorów), swoich kapłanów (starszych lekarzy) i swoich wyznawców (rezydentów i pielęgniarki). I każde piętro miało swoje ofiary.

Winda zatrzymała się na trzecim piętrze z cichym dzwonkiem. Anna wyszła.

Korytarz chirurgii ogólnej wyglądał dokładnie tak, jak pamiętała: długi, wąski, z linoleum w kolorze, który kiedyś mógł być beżowy, ale teraz był po prostu brudny. Ściany pomalowane na ten sam odcień żółci, który miał być „ciepły”, ale przypominał raczej nicotynę na palcach palacza.

Na ścianach wisiały obrazki — reprodukcje słynnych dzieł: „Słoneczniki” van Gogha, „Krzyk” Muncha, „Gwiaździsta noc”. Ktoś kiedyś pomyślał, że sztuka poprawi nastrój. Ale obrazy były wyblaknięte, za szybami kurz, a rama jednego pękła i nikt nie zadał sobie trudu, żeby ją naprawić.

Anna szła korytarzem, mijając sale pacjentów. Przez otwarte drzwi widziała łóżka, monitory, ludzi leżących nieruchomo. W jednej sali ktoś płakał. W innej telewizor grał za głośno.

Zapach.

To był jeden z elementów, który zawsze uderzał Annę najsilniej. Szpital miał swój unikalny zapach — mieszankę środków dezynfekcyjnych (głównie chlorheksydyny), leków, potu, strachu i czegoś jeszcze. Czegoś, co nie miało nazwy, ale co każdy czuł: zapachu choroby.

Nie chodziło o konkretną chorobę. Chodziło o sam fakt gnicia, rozkładu, walki organizmu z czymś, co go niszczyło.

Anna dotarła do dyżurki pielęgniarskiej. Siedziała tam Beata Szymańska — ta sama, która była z nią, kiedy umierał Kordecki.

— Doktor Morawiec? — Beata uniosła wzrok znad komputera, zaskoczona. — Nie miała pani dziś dyżuru.

— Nie mam — Anna uśmiechnęła się. — Przyszłam sprawdzić jednego pacjenta. Pan Wiśniewski, sala dwieście dziesięć. Jak się czuje?

Beata zmarszczyła brwi, jakby próbowała sobie przypomnieć.

— Wiśniewski… zapalenie płuc, tak?

— Tak.

Beata przejrzała dokumentację na ekranie.

— Jest stabilny. Antybiotyki zaczynają działać. Saturacja osiemdziesiąt dziewięć procent, gorączka spadła do trzydziestu siedmiu.

— To dobrze — Anna skinęła głową. — Mogę go zobaczyć?

— Oczywiście.

Anna ruszyła w stronę sali dwieście dziesięć, ale Beata ją zatrzymała:

— Doktor Morawiec, czy wszystko w porządku?

Anna odwróciła się.

— Tak, czemu pytasz?

Beata zawahała się, jakby nie wiedziała, czy powinna mówić.

— Bo pani… pani wygląda, jakby pani czegoś szukała. Jak wtedy, gdy…

— Gdy co?

— Gdy ma pani obsesję na punkcie jakiegoś przypadku. — Beata uśmiechnęła się, ale był to uśmiech pełen troski. — Ludzie mówią, że pani czasem za bardzo się angażuje.

Anna poczuła lekką irytację, ale powstrzymała się.

— Ludzie mówią różne rzeczy.

— Wiem. Ale ja tylko mówię, że czasem trzeba odpuścić. Nie możemy uratować wszystkich.

Anna spojrzała jej w oczy.

— A jeśli nie chodzi o ratowanie? Jeśli chodzi o to, żeby zrozumieć, dlaczego umierają?

Beata nie odpowiedziała. Tylko pokręciła głową i wróciła do komputera.

Anna poszła dalej.


Sala dwieście dziesięć była tym samym małym, ciaśniejszym pokojem, w którym leżał Zygmunt Wiśniewski — starszy mężczyzna, którego widziała wczoraj. Kiedy Anna weszła, Wiśniewski leżał z zamkniętymi oczami, podłączony do tlenu przez kaniulę nosową. Oddychał płytko, ale regularnie.

Anna podeszła bliżej i spojrzała na monitor. Parametry były lepsze niż wczoraj. Może naprawdę wracał do zdrowia.

— Panie Zygmuncie? — powiedziała cicho.

Wiśniewski otworzył oczy. Spojrzał na nią, przez moment zdezorientowany, potem rozpoznał.

— Pani doktor… — wyszeptał. — To pani.

— Tak. Przyszłam sprawdzić, jak się pan czuje.

— Lepiej… chyba.

Anna uśmiechnęła się.

— To dobrze. Antybiotyki zaczynają działać.

Wiśniewski skinął głową słabo.

— Ksiądz był dziś rano.

Anna zamarła.

— Ksiądz?

— Tak. Ksiądz Przemek. Rozmawialiśmy.

Anna poczuła, jak coś ściska jej żołądek.

— O czym rozmawialiście?

Wiśniewski zamknął oczy, jakby próbował sobie przypomnieć.

— O życiu… o śmierci. Powiedział, że nie powinienem się bać. Że ciało to tylko… naczynie.

Anna zacisnęła pięści.

— Czy prosił pana, żeby pan coś podpisał?

Wiśniewski zmarszczył brwi.

— Podpisał? Nie… chyba nie. — Zawahał się. — A może tak? Nie pamiętam dobrze. Miałem gorączkę.

Anna nachyliła się bliżej.

— Panie Zygmuncie, to ważne. Jeśli ksiądz przyniesie panu jakieś dokumenty do podpisania, proszę o nic nie podpisywać bez konsultacji ze mną. Dobrze?

Wiśniewski spojrzał na nią zaskoczony.

— Dlaczego? Ksiądz jest… miły. Wszyscy go lubią.

— Wiem. Ale czasem ludzie nie są tym, na co wyglądają.

Wiśniewski nie odpowiedział. Zamknął oczy i po chwili oddech stał się głębszy — zasnął.

Anna wyszła z sali i przez moment stała na korytarzu, próbując uspokoić oddech.

Czerny był tu dziś rano. Rozmawiał z Wiśniewskim. O „naczyniu”. O śmierci.

To był ten sam wzór, który widziała przy Kordeckim.

Musiała znaleźć coś więcej. Musiała poznać Czernego lepiej.


Anna ruszyła korytarzem w stronę kaplicy szpitalnej. Kaplica mieściła się na parterze, w starej części budynku. Nie była duża — może dwadzieścia metrów kwadratowych — ale miała w sobie coś, co wyróżniało ją od reszty szpitala.

Spokój.

Kiedy Anna otworzyła drzwi, poczuła zapach kadzidła i wosku. W środku było cicho. Ławki puste. Na ołtarzu stał prosty drewniany krzyż, obok wazon z białymi liliami.

Anna weszła i rozejrzała się. Po lewej stronie była mała zakrystia — tam zapewne kapelan przechowywał swoje rzeczy.

Podeszła bliżej i zajrzała przez szybę w drzwiach.

W zakrystii stało biurko, na nim komputer, stosy papierów, brewiarz. Na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wszystko wyglądało… normalnie.

Może za normalnie.

Anna spróbowała klamki. Zamknięte.

— Szuka pani czegoś, doktor Morawiec?

Anna podskoczyła. Odwróciła się gwałtownie.

W drzwiach kaplicy stał ksiądz Przemysław Czerny.

Był wysoki — może metr osiemdziesiąt pięć — szczupły, w czarnej sutannie, z koloratką pod szyją. Włosy miał siwe, krótko przystrzyżone. Twarz regularną, szlachetną, z delikatnymi zmarszczkami wokół oczu. Wyglądał jak ktoś, kto dużo się uśmiecha.

I rzeczywiście — uśmiechał się teraz.

— Ksiądz Czerny — Anna szybko odzyskała równowagę. — Przepraszam, nie chciałam…

— Nie ma za co przepraszać — Czerny wszedł do kaplicy, zamykając za sobą drzwi. — To miejsce jest otwarte dla wszystkich. Czy chciała pani się pomodlić?

Anna zawahała się.

— Nie. Ja tylko… szukałam pana.

Czerny uniósł brwi, zaskoczony.

— Mnie? To zaszczyt. Czym mogę służyć?

Anna nie była pewna, co powiedzieć. Nie mogła wprost zapytać: „Czy pan zabija pacjentów?”.

— Chciałam porozmawiać o jednym z moich pacjentów — powiedziała ostrożnie. — Zygmunt Wiśniewski. Rozumiem, że odwiedził go pan dziś rano.

Czerny skinął głową.

— Tak. Pan Zygmunt jest bardzo samotny. Pomyślałem, że przyda mu się towarzystwo.

— I rozmawialiście o… śmierci?

Czerny spojrzał na nią uważnie, jakby próbował ocenić, dokąd zmierza ta rozmowa.

— Rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Pan Zygmunt jest w trudnym momencie życia. Potrzebuje pociechy.

— Ale mówił pan mu, że ciało to „naczynie”. Co pan przez to rozumiał?

Czerny uśmiechnął się szerzej.

— Doktor Morawiec, czy to przesłuchanie?

— Nie — Anna starała się brzmieć spokojnie. — Po prostu jestem ciekawa pańskiej… filozofii.

Czerny przez moment milczał, obserwując ją. Potem podszedł do ławki i usiadł, gestem zapraszając Annę, żeby dołączyła.

Anna usiadła obok, zachowując dystans.

— Ciało jest naczyniem — zaczął Czerny, jego głos był głęboki, kojący. — To nie moja filozofia. To nauka Kościoła. Święty Paweł pisał: „Czyż nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią Ducha Świętego?”. Ale co się dzieje, gdy Duch odchodzi? Gdy dusza opuszcza ciało?

Anna nie odpowiedziała, czekając.

— Wtedy ciało staje się pustym naczyniem — ciągnął Czerny. — Ale nawet puste naczynie może służyć dobremu celowi. Może dać życie innym. Przez transplantację, przez donację, przez… ofiarowanie.

— Ofiarowanie — powtórzyła Anna powoli. — Co pan ma na myśli?

Czerny spojrzał na nią, a w jego oczach pojawił się błysk czegoś, co Anna nie mogła zidentyfikować.

— Że nic w świecie Bożym nie powinno się marnować, doktor Morawiec. Wszystko ma swój cel. Nawet śmierć.

Anna poczuła lodowaty dreszcz.

— Czy pan namawia pacjentów do podpisywania zgód na donację organów?

Czerny zaśmiał się cicho.

— Namawiam? Nie. Edukuję. Pokazuję im, że mogą zrobić coś dobrego nawet po śmierci.

— Ale niektórzy z tych pacjentów… umierają niedługo po podpisaniu takich zgód.

Cisza, która zapadła, była gęsta.

Czerny przestał się uśmiechać. Patrzył na Annę z wyrazem twarzy, który trudno było odczytać.

— Doktor Morawiec — powiedział w końcu, jego głos stał się chłodniejszy. — Czy pani sugeruje coś?

Anna wiedziała, że weszła na niebezpieczny teren. Ale nie mogła się cofnąć.

— Sugeruję, że to dziwny zbieg okoliczności.

Czerny skinął głową powoli.

— Rozumiem. Pani jest lekarzem. Szuka pani wzorów, przyczyn, logiki. — Wstał, jego sylwetka rzucała długi cień na ścianę. — Ale życie — i śmierć — nie zawsze podlegają logice. Czasem ludzie po prostu odchodzą, bo taki jest plan Boży.

Anna wstała również.

— A jeśli to nie jest plan Boży? Jeśli ktoś pomaga im odejść?

Czerny patrzył na nią przez długą chwilę. Potem uśmiechnął się znowu, ale tym razem uśmiech nie dotarł do jego oczu.

— Pani jest bardzo przenikliwa, doktor Morawiec. Ale uważam, że czasem… ciekawość może być niebezpieczna.

To nie było ostrzeżenie.

To była groźba.

Anna poczuła, jak serce zaczyna jej walić w piersi, ale zmusiła się, żeby zachować spokój.

— Dziękuję za rozmowę, księże.

Odwróciła się i wyszła z kaplicy, czując na plecach jego wzrok.


Anna wróciła na oddział chirurgii, próbując uspokoić oddech. Rozmowa z Czernym potwierdziła jej najgorsze obawy: ten człowiek był niebezpieczny. Może nie w sposób, który można by udowodnić, ale Anna czuła to instynktownie.

Musiała poznać więcej szczegółów o funkcjonowaniu szpitala. O ludziach, którzy tu pracowali. O hierarchii władzy.

Wróciła do dyżurki, gdzie Beata wciąż siedziała przy komputerze.

— Beata, mogę zapytać o coś?

Beata uniosła wzrok.

— Oczywiście.

— Jak długo ksiądz Czerny pracuje w tym szpitalu?

Beata zastanowiła się.

— Chyba… dwanaście lat? Może trzynaście. Był tu, kiedy ja zaczynałam.

— A skąd przyszedł?

— Nie wiem dokładnie. Chyba z Włocławka? Albo z Bydgoszczy? Nie pamiętam.

Anna skinęła głową.

— A jak go oceniasz? Jako człowieka?

Beata zmarszczyła brwi.

— Księdza Przemka? Jest świetny. Wszyscy go kochają. Pacjenci, personel. Zawsze ma czas, zawsze słucha. To naprawdę dobry człowiek.

— Wszyscy tak mówią?

— Tak. Dlaczego pytasz?

Anna wzruszyła ramionami.

— Ciekawość.

Beata spojrzała na nią podejrzliwie.

— Anno, co ty kombinujesz?

— Nic. Naprawdę.

Beata westchnęła.

— Wiesz co, jeśli masz jakieś pytania o szpitalu, to może powinnaś porozmawiać z kimś, kto tu jest dłużej. Z ordynatorem Kalińskim albo z siostrą Marią.

Anna skinęła głową.

— Dobry pomysł.


Ordynator Ryszard Kaliński miał gabinet na końcu korytarza. Był to mały pokoik z widokiem na parking, pełen dokumentacji, książek medycznych i starych dyplomów.

Anna zapukała.

— Proszę — usłyszała z drugiej strony.

Weszła do środka.

Kaliński siedział za biurkiem, przeglądając jakieś wyniki badań. Miał na nosie okulary do czytania, które sprawiały, że wyglądał jeszcze starszy, niż był.

— Doktor Morawiec — powiedział, nie podnosząc wzroku. — Co mogę dla pani zrobić?

— Chciałam porozmawiać.

— O czym?

— O Kordeckim.

Kaliński podniósł wzrok. Zdjął okulary.

— Znowu? Anno, rozmawialiśmy już o tym. To było powikłanie pooperacyjne.

— Wiem, co pan powiedział. Ale ja… mam wątpliwości.

Kaliński westchnął głośno, odłożył dokumenty i splótł dłonie.

— Jakie wątpliwości?

Anna usiadła naprzeciwko niego.

— W dokumentacji Kordeckiego były poprawki. Ktoś zamazał wpisy dotyczące jego parametrów życiowych.

— Poprawki się zdarzają.

— Nie takie. To nie były pomyłki. To było celowe ukrywanie, że stan pacjenta się pogarszał.

Kaliński patrzył na nią przez moment, jego twarz była nieodgadniona.

— I co z tego wynika?

— Że ktoś chciał ukryć, że Kordecki mógł być ratowany. Albo że jego śmierć nie była… naturalna.

Kaliński zaśmiał się cicho, ale bez wesołości.

— Anno, czy ty słyszysz, co mówisz? Sugerujesz, że ktoś celowo doprowadził do śmierci pacjenta?

— Nie wiem. Może.

Kaliński pokręcił głową.

— To absurd. Po co ktoś miałby to robić?

Anna zawahała się, potem powiedziała:

— Może po to, żeby pobrać jego organy.

Cisza, która zapadła, była ogłuszająca.

Kaliński patrzył na nią jak na kogoś, kto zwariował.

— Anno — powiedział w końcu, jego głos był spokojny, ale twardy. — Czy ty zdajesz sobie sprawę, co mówisz? To są bardzo poważne oskarżenia.

— Wiem.

— Oskarżenia bez dowodów.

— Mam… podejrzenia.

Kaliński wstał z krzesła.

— Podejrzenia to nie dowody. A ty, jako lekarz, powinnaś wiedzieć, że w medycynie opieramy się na faktach, nie na spekulacjach.

Anna również wstała.

— A co, jeśli fakty są fałszowane?

Kaliński podszedł do okna, patrząc na parking.

— Anno — powiedział, nie odwracając się. — Pracuję w tym szpitalu czterdzieści lat. Widziałem wszystko. Błędy medyczne, zaniedbania, konflikty, korupcję. Ale nigdy… nigdy nie widziałem niczego, co sugerowałoby celowe zabijanie pacjentów.

— Może dlatego, że nikt nie szukał.

Kaliński odwrócił się do niej.

— Albo dlatego, że tego nie ma.

Anna zacisnęła pięści.

— Doktorze Kaliński, proszę mnie wysłuchać. Mam listę dwudziestu trzech przypadków z ostatnich dwóch lat. Pacjenci, którzy umierali w dziwnych okolicznościach. Wszyscy mieli kontakt z księdzem Czernym. Wszyscy…

— Dość — przerwał jej Kaliński, jego głos był ostry. — Nie chcę tego słuchać.

Anna zamarła.

— Dlaczego?

Kaliński podszedł do niej bliżej, jego twarz była zmęczona, pełna zmarszczek.

— Ponieważ jeśli zaczniesz zadawać takie pytania, Anna, zniszczysz swoją karierę. Nikt ci nie uwierzy. Wszyscy pomyślą, że zwariowałaś. A ja… — zawahał się — ja nie mogę ci w tym pomóc.

— Nie proszę o pomoc. Proszę tylko, żeby pan…

— Żebym co? Zgodził się, że masz rację? Że w moim szpitalu dzieją się rzeczy, o których nie wiem? — Kaliński pokręcił głową. — Nie mogę tego zrobić, Anno. Jestem za stary, żeby walczyć z wiatrakami.

Anna poczuła rozczarowanie mieszające się ze złością.

— Więc będzie pan udawał, że nic się nie dzieje?

Kaliński spojrzał jej w oczy.

— Będę robił swoją pracę. Tak jak ty powinnaś robić swoją.

To był koniec rozmowy.

Anna wyszła z gabinetu, czując, jak frustracja narasta w jej piersi.


Postanowiła spróbować jeszcze raz. Tym razem z siostrą Marią Górską.

Siostra przełożona miała swój mały gabinet na końcu oddziału. Anna zapukała.

— Proszę — usłyszała zimny, opanowany głos.

Weszła do środka.

Siostra Maria siedziała za biurkiem, przeglądając grafiki dyżurów. Miała na sobie nienagannie biały fartuch, włosy spięte w ciasny kok, twarz pozbawioną makijażu. Wyglądała jak ktoś, kto nigdy nie pozwala sobie na słabość.

— Doktor Morawiec — powiedziała, nie podnosząc wzroku. — Czym mogę służyć?

Anna usiadła.

— Chciałam zapytać o księdza Czernego.

Maria podniosła wzrok. Jej szare oczy były chłodne, przenikliwe.

— Co pani chce wiedzieć?

— Jak długo go pani zna?

— Od dwunastu lat. Przyszedł do szpitala mniej więcej w tym samym czasie, co ja.

— I jak pani go ocenia?

Maria odłożyła długopis.

— Jako człowieka czy jako kapelana?

— Jedno i drugie.

Maria przez moment milczała, jakby zastanawiając się, ile może powiedzieć.

— Ksiądz Przemysław jest… oddany swojej pracy. Poświęca się pacjentom. To rzadkość w dzisiejszych czasach.

— Ale?

Maria uniosła brew.

— Słucham?

— Czuję, że chce pani dodać „ale”.

Maria uśmiechnęła się blado.

— Nie ma żadnego „ale”, doktor Morawiec. Ksiądz Czerny jest wzorowym kapelanem.

Anna nachyliła się bliżej.

— Siostro Mario, czy pani nie zauważyła niczego… dziwnego? W przypadkach pacjentów, którzy umierają po kontakcie z księdzem?

Maria zmrużyła oczy.

— Co pani sugeruje?

— Nic konkretnego. Po prostu pytam.

Maria wstała z krzesła, podeszła do okna.

— Doktor Morawiec — powiedziała, patrząc na zewnątrz. — W szpitalu umierają ludzie. To część naszej pracy. Ksiądz Czerny odwiedza tych, którzy potrzebują pociechy. To naturalne, że jest przy nich, kiedy odchodzą.

— Ale czy to nie dziwne, że tyle osób umiera krótko po jego wizycie?

Maria odwróciła się do niej.

— Nie — powiedziała zimno. — To nie jest dziwne. To jest statystyka.

Anna poczuła, jak złość narasta.

— Statystyka? Dwadzieścia trzy przypadki w dwa lata to nie statystyka. To wzór.

Maria podeszła bliżej, jej twarz była twarda.

— Doktor Morawiec, nie wiem, co pani kombinuje, ale radzę uważać. Ksiądz Czerny to szanowany członek naszego zespołu. Jeśli zacznie pani rzucać oskarżenia, będzie miała pani poważne kłopoty.

To była kolejna groźba.

Anna wstała.

— Dziękuję za rozmowę.

Wyszła z gabinetu, czując, jak serce wali jej w piersi.


Anna wróciła do swojego samochodu i usiadła za kierownicą, próbując uspokoić oddech.

Wszyscy ją ostrzegali. Kaliński, siostra Maria, nawet Beata.

Ale Anna wiedziała, że ma rację.

Coś się działo w tym szpitalu. Coś złego.

I jedyną osobą, która mogła to powstrzymać, była ona.

Wzięła telefon i napisała wiadomość do Bartka:

„Musimy porozmawiać. Pilnie.”

Odpowiedź przyszła po minucie:

„Jestem w kostnicy. Przyjdź, jeśli możesz.”

Anna włączyła silnik i ruszyła.

Nie wiedziała jeszcze, co dokładnie odkryje.

Ale wiedziała, że nie ma odwrotu.

Rutyna pożerania trwała.

I Anna Morawiec postanowiła ją przerwać.

ROZDZIAŁ 4: Druga ofiara

Anna dotarła do kostnicy szpitala dwadzieścia minut później. Parking był prawie pusty — popołudnie w środku tygodnia, większość personelu na oddziałach, pacjenci w salach, a kostnica… kostnica zawsze była cicha.

Budynek kostnicy był osobną przybudówką z lat osiemdziesiątych, połączoną z głównym gmachem szpitala krótkim, zadaszonym korytarzem. Miał niskie okna, prawie na poziomie ziemi, co dawało dziwne wrażenie, jakby budynek chował się przed światem.

Anna weszła przez boczne drzwi, używając swojej karty dostępu. Elektroniczny zamek kliknął, wpuszczając ją do środka.

W środku było chłodno — klimatyzacja działała nawet wtedy, gdy reszta szpitala się gotowała. Zapach formaliny i środków dezynfekcyjnych uderzył Annę natychmiast. To był zapach, do którego nigdy się nie przyzwyczaiła, choć spędziła setki godzin w prosektoriach podczas studiów.

— Bartek? — zawołała.

— Tutaj! — usłyszała głos dobiegający z głównej sali.

Anna przeszła przez wąski korytarz i pchnęła metalowe drzwi.

Bartłomiej Zieliński stał przy jednym ze stołów sekcyjnych, przeglądając dokumentację. Miał na sobie biały fartuch ochronny, lateksowe rękawiczki i wyraz twarzy kogoś, kto właśnie zobaczył coś, czego wolałby nie widzieć.

Bartek miał trzydzieści dwa lata, był szczupły, nosił okulary w metalowej oprawce i zawsze wyglądał, jakby spał o trzy godziny za mało. Był patologiem — specjalistą od badania zwłok — co według większości ludzi było „dziwnym” wyborem kariery. Ale Bartek zawsze mówił, że prawda o życiu kryje się w śmierci.

— Anno — powiedział, patrząc na nią poważnie. — Mamy problem.

Anna podeszła bliżej.

— Jaki problem?

Bartek wskazał na dokumentację, którą trzymał.

— Dostałem dziś rano ciało do sekcji. Kobieta, dwadzieścia osiem lat, po wypadku samochodowym. Karolina Nowak.

Anna poczuła, jak coś ściska jej żołądek.

— Nowak? Nie znam tego nazwiska.

— Była na neurologii, potem przeniesiona na OIOM. Śpiączka farmakologiczna po urazie czaszkowo-mózgowym. Stan ciężki, ale stabilny.

— I?

Bartek odłożył dokumentację.

— I umarła wczoraj w nocy. Oficjalnie: „nagłe zatrzymanie krążenia”.

Anna poczuła déjà vu. To było dokładnie to samo, co przy Kordeckim.

— Robiłeś sekcję?

— Właśnie ją rozpocząłem — Bartek skinął głową w stronę stołu. — I znalazłem coś dziwnego.

Anna podeszła do stołu. Ciało Karoliny Nowak leżało przykryte białym prześcieradłem. Bartek odsłonił górną część klatki piersiowej.

Anna widziała już setki ciał na stołach sekcyjnych podczas studiów i praktyk. Wiedziała, że śmierć pozbawia człowieka osobowości, redukując go do biologii. Ale zawsze czuła dziwny dyskomfort, patrząc na martwe ciała — jakby naruszała coś intymnego.

Karolina Nowak była młoda. Miała długie ciemne włosy, delikatne rysy twarzy, dłonie z zadbanymi paznokciami — ślady życia, które się skończyło.

Bartek wskazał na klatkę piersiową.

— Zobacz tutaj.

Anna spojrzała uważniej. Na skórze, tuż poniżej obojczyka, widoczny był mały ślad — niewielki siniec, jakby po wkłuciu.

— Wkłucie pod…? — zapytała Anna.

— Nie — Bartek pokręcił głową. — Pacjentka miała założony cewnik centralny, ale po drugiej stronie. Ten ślad jest świeży. Powstał na kilka godzin przed śmiercią.

Anna zmrużyła oczy.

— Może ktoś próbował założyć dodatkowy dostęp?

— Możliwe. Ale nie ma tego w dokumentacji. Żadnego wpisu o próbie założenia wkłucia.

Anna poczuła, jak zimny dreszcz przebiega po jej kręgosłupie.

— Co jeszcze znalazłeś?

Bartek wziął głębszy oddech.

— Płuca. Są… dziwne.

— Dziwne jak?

— Obrzęk płucny, ale nietypowy. Wygląda, jakby został wywołany sztucznie.

Anna spojrzała na niego.

— Sztucznie? Co masz na myśli?

Bartek zdjął rękawiczki i podszedł do komputera stojącego w rogu sali. Otworzył plik z wynikami toksykologicznymi.

— Czekam jeszcze na pełne wyniki, ale wstępne badanie krwi wykazało podwyższony poziom chlorku potasu.

Anna zamarła.

— Chlorek potasu?

— Tak. Dużo powyżej normy.

Anna wiedziała, co to oznacza. Chlorek potasu w odpowiednich dawkach jest lekiem ratującym życie — stosuje się go przy niedoborach potasu w organizmie. Ale w dużych dawkach, podany dożylnie, może wywołać zatrzymanie krążenia.

I prawie niemożliwe jest wykrycie go podczas rutynowej sekcji, bo potas naturalnie wzrasta w organizmie po śmierci.

Prawie niemożliwe.

Chyba że ktoś wie, czego szukać.

— Bartek — powiedziała Anna cicho. — Czy ty sugerujesz, że ktoś podał jej śmiertelną dawkę chlorku potasu?

Bartek spojrzał jej w oczy.

— Nie sugeruję. Mówię wprost. Ta kobieta została zamordowana.


Cisza, która zapadła w prosektorium, była gęsta. Anna czuła, jak serce wali jej w piersi.

— Jesteś tego pewien? — zapytała.

— Tak pewien, jak mogę być bez pełnych wyników toksykologicznych. Ale Anna… to pasuje do wzoru, który mi pokazałaś. Nagła śmierć, brak resuscytacji, szybkie zabranie ciała.

Anna podeszła do okna i spojrzała na zewnątrz. Parking był pusty. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie.

— Kto zlecił sekcję Nowak? — zapytała.

— Mąż. Adam Nowak. Nie mógł uwierzyć, że żona umarła. Mówił, że lekarze zapewniali go, że jest stabilna, że jest szansa na wybudzenie.

Anna odwróciła się.

— Rozmawiałeś z nim?

— Nie osobiście. Ale był tu dzisiaj rano, zanim zacząłem sekcję. Wyglądał… zdruzgotany.

Anna zacisnęła pięści.

— Musimy to zgłosić na policję.

Bartek skinął głową.

— Wiem. Ale Anna… jeśli to zgłosimy, zaczną się problemy. Dla ciebie, dla mnie, dla szpitala. Będą pytać, dlaczego zaczęliśmy w ogóle podejrzewać. Będą szukać winnych.

— Nie obchodzi mnie to — powiedziała Anna stanowczo. — Ta kobieta została zamordowana. Miała dwadzieścia osiem lat. Miała męża, dziecko. Ktoś musi za to odpowiedzieć.

Bartek westchnął.

— Zgadzam się. Ale musimy być ostrożni. Jeśli osoba, która to zrobiła, ma dostęp do pacjentów… może być niebezpieczna.

Anna pomyślała o księdzu Czernym. O jego chłodnym uśmiechu, o słowach: „ciekawość może być niebezpieczna”.

— Bartek — powiedziała. — Czy Karolina Nowak miała kontakt z kapelanem szpitalnym?

Bartek zmarszczył brwi.

— Z księdzem Czernym? Nie wiem. Mogę sprawdzić w dokumentacji.

Podszedł do komputera i otworzył elektroniczną kartę pacjentki.

— Jest — powiedział po chwili. — Ksiądz Czerny odwiedził ją dwa dni przed śmiercią. Jest wpis w karcie: „Rozmowa duszpasterska. Pacjentka nieprzytomna, rozmowa z rodziną”.

Anna poczuła, jak zimno rozlewa się po jej ciele.

— Z rodziną. Z mężem?

— Tak. Adam Nowak i ksiądz Czerny rozmawiali przy łóżku pacjentki przez około godzinę.

Anna zamknęła oczy. Widziała wzór coraz wyraźniej. Czerny wybierał pacjentów, rozmawiał z rodzinami, „pocieszał” ich. A potem…

Potem pacjenci umierali.

— Musimy porozmawiać z mężem — powiedziała Anna.

— Teraz?

— Tak. Teraz.


Adam Nowak mieszkał na osiedlu Rubinkowo, w bloku z wielkiej płyty. Anna i Bartek pojechali tam razem — Anna prowadziła, Bartek siedział obok, nerwowo stukając palcami w kolano.

— Anno — powiedział po chwili. — Czy ty zdajesz sobie sprawę, w co się pakujemy?

— Tak.

— Jeśli masz rację… jeśli naprawdę ktoś zabija pacjentów w szpitalu… to znaczy, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą.

Anna skinęła głową.

— Wiem.

— A jeśli to nie jest pojedyncza osoba? Jeśli to jest… coś większego?

Anna spojrzała na niego.

— Co masz na myśli?

Bartek zawahał się.

— Myślę o tym, co powiedziałaś o „Źródle”. O tym, że ciała są gdzieś wywożone. Co, jeśli to nie chodzi tylko o zabijanie? Co, jeśli chodzi o… handel organami?

Anna poczuła mdłości.

— Myślisz, że ktoś pobiera organy od tych pacjentów?

— To by miało sens. Chlorek potasu nie uszkadza organów. Pacjent umiera, ale jego serce, wątroba, nerki… wszystko pozostaje w dobrym stanie. Idealne do transplantacji.

Anna zacisnęła palce na kierownicy.

— Ale transplantacje są ściśle kontrolowane. Są listy oczekujących, są procedury…

— Oficjalne transplantacje — przerwał jej Bartek. — Ale na czarnym rynku? Narządy są warte fortunę. Zdrowa nerka może kosztować sto tysięcy dolarów. Wątroba jeszcze więcej.

Anna milczała, próbując przetworzyć tę informację.

Dotarli pod blok Nowaka. Anna zaparkowała i przez moment siedzieli w milczeniu.

— Gotowy? — zapytała.

Bartek skinął głową.

Weszli do budynku. Klatka schodowa pachniała stęchlizną i papierosami. Ściany były pokryte graffiti. Winda, jak zwykle, nie działała.

Mieszkanie Nowaków było na czwartym piętrze. Anna zapukała.

Drzwi otworzyły się po chwili. W progu stanął mężczyzna — może trzydzieści lat, szczupły, z ciemnymi włosami i podkrążonymi oczami. Wyglądał, jakby nie spał od dni.

— Tak? — zapytał.

— Pan Adam Nowak? — Anna pokazała legitymację służbową. — Jestem doktor Anna Morawiec, a to doktor Bartłomiej Zieliński. Chcielibyśmy porozmawiać o pana żonie.

Twarz Nowaka natychmiast się zmieniła — pojawił się na niej ból, świeży, surowy.

— Karolina — wyszeptał. — Znaleźli państwo coś?

— Czy możemy wejść? — zapytała Anna łagodnie.

Nowak skinął głową i wpuścił ich do środka.

Mieszkanie było małe, ale czyste. Widać było ślady życia rodzinnego — zdjęcia na ścianach, zabawki dziecka w kącie, kwiaty w wazonie. Wszystko wyglądało, jakby ktoś spróbował utrzymać pozory normalności w świecie, który się rozpadł.

Usiedli w małym salonie. Na stoliku stała filiżanka z niedopitą kawą i paczka chusteczek.

— Panie Adamie — zaczęła Anna. — Bardzo nam przykro z powodu pana straty.

Nowak skinął głową, nie ufając swojemu głosowi.

— Chcielibyśmy zadać kilka pytań — ciągnęła Anna. — O ostatnie dni przed śmiercią pana żony.

— Pytajcie — powiedział cicho.

— Czy lekarze informowali pana o stanie Karoliny?

— Tak. Mówili, że jest stabilna. Że jest szansa na wybudzenie. Że mózg się regeneruje. — Jego głos załamał się. — A potem zadzwonili i powiedzieli, że nie żyje.

— Kto pana powiadomił?

— Dyżurny lekarz. Nie pamiętam nazwiska. Powiedział, że… że miała zatrzymanie krążenia. Że próbowali ją reanimować, ale się nie udało.

Anna i Bartek wymienili spojrzenia.

— Panie Adamie — Bartek nachylił się lekko. — W dokumentacji nie ma wpisu o próbie resuscytacji.

Nowak spojrzał na niego, zaskoczony.

— Jak to? Lekarz powiedział…

— Wiem, co powiedział — przerwał mu Bartek łagodnie. — Ale to nie zgadza się z dokumentacją.

Nowak zakrył twarz dłońmi.

— Nie rozumiem. Co się dzieje?

Anna położyła rękę na jego ramieniu.

— Panie Adamie, sądzimy, że śmierć pana żony mogła nie być… naturalna.

Nowak podniósł głowę, jego oczy były czerwone.

— Co pan mówi?

— Badania wykazały podwyższony poziom chlorku potasu w jej organizmie. To może sugerować, że ktoś… podał jej coś.

Nowak wpatrywał się w nią, jakby nie rozumiejąc słów.

— Ktoś ją zabił? — wyszeptał.

Anna skinęła głową.

— To jedna z możliwości, którą badamy.

Nowak wstał gwałtownie, zaczął krążyć po pokoju.

— Ale kto? Dlaczego? Ona nikomu nic złego nie zrobiła! Była dobrym człowiekiem, kochającą matką!

— Wiem — powiedziała Anna cicho. — Dlatego chcemy dowiedzieć się prawdy.

Nowak zatrzymał się, patrząc przez okno.

— Co mam zrobić?

— Proszę nam pomóc. Odpowiedzieć na kilka pytań.

Nowak skinął głową, siadając z powrotem.

— Czy pamięta pan, czy pana żonę odwiedził kapelan szpitalny? Ksiądz Przemysław Czerny?

Nowak zmarszczył brwi.

— Tak. Był dwa dni przed jej śmiercią. Rozmawialiśmy przy łóżku Karoliny.

— O czym rozmawialiście?

— O… o nadziei. O tym, że Bóg ma swój plan. — Nowak zacisnął pięści. — Mówił, że czasem musimy zaakceptować, że bliscy odchodzą. Że to naturalna kolej rzeczy.

Anna poczuła, jak złość narasta w jej piersi.

— Czy ksiądz prosił pana o podpisanie czegoś?

Nowak zastanowił się.

— Tak. Jakiegoś dokumentu. Powiedział, że to zgoda na… na wsparcie duchowe w ostatnich chwilach.

— Czy to był formularz zgody na donację organów?

Nowak zbladł.

— Nie… nie sądzę. Nie czytałem dokładnie. Byłem… byłem w szoku.

Anna wyjęła telefon.

— Czy ma pan kopię tego dokumentu?

— Nie. Ksiądz go zabrał.

Oczywiście, że zabrał.

Anna spojrzała na Bartka. W jego oczach widziała to samo, co czuła ona: pewność, że mieli rację.

— Panie Adamie — powiedziała. — Musimy to zgłosić na policję. Czy jest pan gotów złożyć zeznania?

Nowak skinął głową zdecydowanie.

— Tak. Jeśli ktoś zabił moją żonę… chcę, żeby za to odpowiedział.


Anna i Bartek wyszli z mieszkania Nowaka pół godziny później. Słońce zaszło już całkowicie, a ulice Torunia tonęły w ciemności.

— Co teraz? — zapytał Bartek.

— Teraz idziemy na policję — odpowiedziała Anna.

Pojechali do komendy przy ulicy Grudziądzkiej. Budynek był szary, betonowy, z małymi oknami. Wyglądał jak wszystkie polskie komendy — ponuro i niesprzyjająco.

W środku byli przyjęci przez dyżurnego policjanta — starszego mężczyznę z wąsami i wyrazem twarzy kogoś, kto widział już wszystko.

— Słucham? — zapytał, nie podnosząc wzroku znad komputera.

— Chcemy zgłosić podejrzenie morderstwa — powiedziała Anna.

Policjant podniósł wzrok.

— Morderstwa?

— Tak. W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym.

Policjant westchnął i sięgnął po notatnik.

— Nazwisko ofiary?

— Karolina Nowak. Dwadzieścia osiem lat. Zmarła wczoraj w nocy.

Policjant zapisywał, jego twarz była obojętna.

— I dlaczego państwo sądzą, że to morderstwo?

Bartek wyjął wyniki badań toksykologicznych.

— Ponieważ w jej organizmie znaleziono śmiertelną dawkę chlorku potasu.

Policjant spojrzał na wyniki, potem na nich.

— Czy państwo są rodziną?

— Nie — odpowiedziała Anna. — Jestem lekarzem, on jest patologiem. Przeprowadziliśmy sekcję.

— Rozumiem. — Policjant odłożył notatnik. — Muszę przekazać to inspektorowi. Proszę chwilę poczekać.

Wyszedł z dyżurki, zostawiając ich samych.

Anna i Bartek siedzieli na plastikowych krzesłach, czekając. Minuty mijały powoli.

W końcu policjant wrócił, a za nim szedł wysoki mężczyzna w cywilnym ubraniu — około czterdziestu pięciu lat, z siwiejącymi włosami i twarzą zmęczoną życiem.

— Inspektor Jacek Kowalczyk — przedstawił się. — Rozumiem, że chcą państwo zgłosić morderstwo?

— Tak — Anna wstała. — Mamy dowody, że pacjentka szpitala została zamordowana przez podanie śmiertelnej dawki chlorku potasu.

Kowalczyk skinął głową, wskazując na gabinet obok.

— Chodźmy porozmawiać w spokoju.

Weszli do małego pokoju z biurkiem, dwoma krzesłami i oknem wychodzącym na parking. Kowalczyk usiadł za biurkiem, Anna i Bartek naprzeciwko.

— Proszę opowiedzieć wszystko od początku — powiedział Kowalczyk, otwierając notes.

Anna zaczęła mówić. Opowiedziała o Kordeckim, o zamazanych wpisach, o Karolinie Nowak, o chlorku potasu. Opowiedziała o księdzu Czernym, o jego wizytach u pacjentów, o dokumentach, które kazał podpisywać.

Kowalczyk słuchał w milczeniu, robiąc notatki.

Kiedy Anna skończyła, inspektor odłożył długopis i spojrzał na nich.

— Rozumiem — powiedział. — To poważne zarzuty.

— Mamy dowody — Bartek pokazał mu wyniki badań.

Kowalczyk przejrzał je uważnie.

— Podwyższony poziom chlorku potasu — powiedział w końcu. — To faktycznie może sugerować celowe działanie. Ale…

— Ale? — Anna poczuła rosnący niepokój.

— Ale potrzebujemy więcej niż podejrzenia. Potrzebujemy konkretnych dowodów, że ktoś podał ten lek. Świadków, zapisów z kamer, dokumentacji.

— Dokumentacja została sfałszowana — powiedziała Anna. — Pokazywałam panu.

— Wiem. Ale to nie wystarcza do wszczęcia śledztwa. Musimy mieć coś więcej.

Anna poczuła frustrację.

— A co z drugą ofiarą? Stanisławem Kordeckim? Tam też były nieprawidłowości.

— Czy było przeprowadzone badanie toksykologiczne?

— Nie. Ciało zostało skremowane.

Kowalczyk westchnął.

— Wtedy nie możemy nic udowodnić.

— Ale możemy sprawdzić inne przypadki! — Anna pochyliła się bliżej. — Mam listę dwudziestu trzech podejrzanych zgonów z ostatnich dwóch lat. Wszystkie miały podobny wzór.

Kowalczyk spojrzał na nią uważnie.

— Dwudziestu trzech?

— Tak.

— I pani uważa, że wszystkie to morderstwa?

— Nie wiem. Ale warto sprawdzić.

Kowalczyk zamknął notes.

— Doktor Morawiec, zrozum mnie. Nie mogę wszcząć śledztwa na podstawie podejrzeń. Potrzebuję twardych dowodów.

— Ale…

— Ale — przerwał jej Kowalczyk — mogę poprosić prokuratora o zgodę na ekshumację ciała Kordeckiego i przeprowadzenie badań toksykologicznych post mortem. Jeśli znajdziemy coś podejrzanego, wtedy będziemy mogli działać dalej.

Anna skinęła głową.

— To lepsze niż nic.

Kowalczyk wstał.

— Dam pani znać, gdy będę miał odpowiedź. Ale proszę być cierpliwą. To może potrwać.

Anna i Bartek wyszli z komendy z mieszanymi uczuciami.

— Myślisz, że on nam pomoże? — zapytał Bartek.

— Nie wiem — odpowiedziała Anna. — Ale przynajmniej ktoś nas wysłuchał.


Następnego dnia Anna wróciła do szpitala na swój regularny dyżur. Starała się zachowywać normalnie, ale czuła na sobie wzrok innych. Jakby wszyscy wiedzieli, że grzebie w czymś, w czym nie powinna.

O trzynastej została wezwana do gabinetu dyrektora.

Zenon Wróbel siedział za wielkim biurkiem, przeglądając dokumenty. Był mężczyzną po pięćdziesiątce, z rzadkimi siwymi włosami i twarzą biurokraty — bez wyrazu, bez emocji.

— Doktor Morawiec — powiedział, nie podnosząc wzroku. — Proszę usiąść.

Anna usiadła.

Wróbel odłożył dokumenty i spojrzał na nią.

— Słyszałem, że zgłosiła pani na policję podejrzenie morderstwa w naszym szpitalu.

Anna poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

— Tak. Mam dowody…

— Dowody — przerwał jej Wróbel. — Pani Morawiec, czy pani zdaje sobie sprawę, co to oznacza dla reputacji szpitala?

— Reputacji? — Anna poczuła gniew. — Kobieta została zamordowana!

— Kobieta zmarła z powodu powikłań — poprawił ją Wróbel chłodno. — Tak wynika z dokumentacji.

— Dokumentacja została sfałszowana.

Wróbel spojrzał na nią ostro.

— To poważne oskarżenie. Czy ma pani dowody?

— Mam wyniki badań toksykologicznych.

— Które mogą być interpretowane na różne sposoby — Wróbel wstał. — Doktor Morawiec, rozumiem, że jest pani zaangażowana w swoją pracę. Ale proszę nie niszczyć reputacji szpitala bez konkretnych dowodów.

Anna również wstała.

— A jeśli mam rację? Jeśli ktoś naprawdę zabija pacjentów?

Wróbel podszedł do okna.

— Wtedy policja to ustali. Ale do tego czasu proszę zachować dyskrecję. Nie chcę plotek, nie chcę paniki. Jasne?

To nie była prośba. To był rozkaz.

Anna wyszła z gabinetu, czując się przytłoczona.

System bronił się. Jak zawsze.

Ale ona nie zamierzała odpuścić.

Nie tym razem.

ROZDZIAŁ 5: Pierwsze podejrzenia

Anna Morawiec spędziła następne dwa dni, wykradając każdą wolną chwilę na przeglądanie dokumentacji. Robiła to po dyżurach, w nocy, kiedy większość personelu spała albo była zbyt zmęczona, żeby zwracać uwagę na samotną lekarkę, która siedziała w archiwum przy słabym świetle biurowej lampki.

Archiwum szpitalne mieściło się w piwnicy głównego budynku — pomieszczenie wilgotne, ciemne, pełne metalowych regałów uginających się pod ciężarem tysięcy teczek. Powietrze pachniało stęchlizną i kurzem. Nikt tu nie zaglądał, chyba że musiał — a większość lekarzy wolała unikać papierkowej roboty, delegując ją młodszym rezydentom albo sekretarkom.

Anna lubiła to miejsce. Było w nim coś kojącego — cisza, samotność, poczucie, że przeszłość jest bezpiecznie zamknięta w teczkach i nikt jej nie zmieni.

Ale teraz wiedziała, że to nieprawda.

Przeszłość można było zmieniać. Wystarczyło zamazać kilka cyfr, poprawić datę, dopisać coś w rubryce „przyczyna zgonu”.

Anna siedziała przy małym stoliku, otoczona stosami dokumentacji. Miała przed sobą laptopa, notes i kilka karteczek samoprzylepnych w różnych kolorach — system, który wypracowała przez lata. Żółty — przypadki podejrzane. Czerwony — przypadki wymagające dalszej weryfikacji. Zielony — przypadki, które można było wykluczyć.

Na razie większość karteczek była żółta.

Zaczęła od ostatnich trzech miesięcy. To był arbitralny wybór — Anna nie wiedziała, jak daleko sięgać, więc postanowiła zacząć od okresu, który obejmował śmierć Kordeckiego.

Trzy miesiące to dziewięćdziesiąt dni. W tym czasie w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Toruniu odnotowano dwieście czterdzieści siedem zgonów.

To była statystyka. W szpitalu ludzie umierają. To normalne.

Ale Anna nie szukała normalnych zgonów. Szukała tych, które wyróżniały się z tła.

Przeszła przez listę systematycznie, zapisując każdy przypadek, który wzbudził jej uwagę:

1. Stanisław Kordecki, 73 lata — zgon 16.03.2024, godz. 04:09

Powikłanie pooperacyjne. Zamazane wpisy w dokumentacji. Szybki transport do kostnicy. Kontakt z księdzem Czernym.

2. Karolina Nowak, 28 lat — zgon 22.03.2024, godz. 02:15

Nagłe zatrzymanie krążenia. Chlorek potasu w organizmie. Kontakt z księdzem Czernym.

3. Henryk Zalewski, 78 lat — zgon 09.03.2024, godz. 03:20

Zapalenie płuc. Brak sekcji. Szybka kremacja. Kontakt z księdzem Czernym.

4. Maria Kowalska, 52 lata — zgon 08.02.2024, godz. 03:45

Arytmia serca. Zamazane wpisy. Brak sekcji. Kontakt z księdzem Czernym.

Anna zapisywała dalej, jej palce latały po klawiaturze. Z każdym kolejnym przypadkiem wzór stawał się coraz wyraźniejszy.

Wszystkie zgony miały miejsce w nocy — między drugą a piątą rano.

Wszystkie ciała były transportowane do kostnicy w ciągu godziny od zgonu.

Większość pacjentów nie miała bliskiej rodziny albo rodzina mieszkała za granicą.

I wszystkie — absolutnie wszystkie — miały w dokumentacji wzmiankę o wizycie księdza Przemysława Czernego w ciągu czterdziestu ośmiu godzin przed śmiercią.

Po czterech godzinach pracy Anna miała listę jedenastu przypadków, które pasowały do wzoru.

Jedenaście osób.

Jedenaście ofiar.

Anna odchyliła się na krześle, czując, jak napięcie narasta w jej karku. Przymknęła oczy, próbując rozładować stres.

W medycynie jest taki fenomen zwany „clustering” — grupowanie się przypadków w czasie i przestrzeni. Na przykład nagły wzrost liczby zachorowań na określoną chorobę w danym regionie. Clustering może być przypadkowy albo może wskazywać na wspólną przyczynę — zakażenie, trucizna, zanieczyszczenie środowiska.

To, co Anna widziała w dokumentacji, było clusteringiem zgonów.

I wspólną przyczyną był ksiądz Przemysław Czerny.

Anna otworzyła oczy i spojrzała na swój notes. Potrzebowała więcej informacji. Potrzebowała porozmawiać z kimś, kto miał dostęp do danych, których ona nie mogła zdobyć.

Potrzebowała Bartka.


Anna zadzwoniła do Bartka Zielińskiego o jedenastej wieczorem. Wiedziała, że o tej porze jest na dyżurze w kostnicy — patolog pracował w innych godzinach niż większość lekarzy, jego pacjenci nie narzekali na czas oczekiwania.

— Anno? — Bartek odebrał po trzecim sygnale. — Znowu? Dajesz mi spokój.

— Bartek, potrzebuję twojej pomocy.

— Jasne. Zawsze potrzebujesz.

Anna usłyszała zmęczenie w jego głosie, ale też coś jeszcze — troskę.

— Przeglądam dokumentację zgonów z ostatnich trzech miesięcy — powiedziała. — Mam już jedenaście przypadków, które pasują do wzoru.

— Jedenaście? — Bartek gwizdnął cicho. — To dużo.

— Za dużo — zgodziła się Anna. — I wszystkie mają wspólny mianownik. Ksiądz Czerny.

Cisza po drugiej stronie.

— Anno — powiedział w końcu Bartek. — Czy ty zdajesz sobie sprawę, co sugerujesz?

— Tak.

— Że ksiądz szpitalny zabija pacjentów?

— Tak.

Kolejna cisza.

— Jezu — wyszeptał Bartek. — Anno, to brzmi jak scenariusz taniego thrillera.

— Wiem. Ale to prawda.

Bartek westchnął głośno.

— Dobra. Co ode mnie potrzebujesz?

Anna poczuła ulgę.

— Potrzebuję, żebyś sprawdził, które z tych jedenastu przypadków miały sekcję zwłok.

— Mogę to zrobić. Ale…

— Ale co?

— Ale większość zgonów w szpitalu nie ma sekcji. Rodzina musi wnioskować, a większość nie chce. To drogi, długi proces. Ludzie wolą po prostu pochować swoich bliskich i iść dalej.

— Wiem — Anna zacisnęła pięści. — Ale jeśli chociaż kilka miało sekcję, może znajdziemy coś w protokołach.

— Dobra. Sprawdzę jutro rano i dam ci znać.

— Dziękuję, Bartek.

— Nie dziękuj. Po prostu… uważaj na siebie.

Anna rozłączyła się i spojrzała na zegarek. Dwudziesta trzecia piętnaście. Powinna była wrócić do domu, ale coś kazało jej zostać.

Wstała, przeciągnęła się i wyszła z archiwum. Korytarze szpitala były puste o tej porze. Tylko pojedyncze dźwięki — pikanie monitorów, kroki pielęgniarki na odległym oddziale, szum wentylacji.

Anna ruszyła w stronę kaplicy.

Nie wiedziała, czego szuka. Może chciała po prostu zobaczyć miejsce, w którym Czerny spędzał swój czas. Może liczyła na jakąś podpowiedź.

Kaplica była zamknięta o tej porze, ale drzwi były lekko uchylone. Anna pchnęła je ostrożnie i weszła do środka.

W środku było ciemno, tylko świece na ołtarzu rzucały migotliwe światło. Zapach kadzidła wciąż unosił się w powietrzu.

Anna podeszła do ołtarza i stanęła, patrząc na drewniany krzyż.

Nie była religijna. Straciła wiarę dawno temu — może w dniu, kiedy dowiedziała się, że jej dziecko umarło, może wcześniej. Ale stała teraz przed tym krzyżem i myślała o jedenastu ludziach, którzy zmarli w tym szpitalu. O ich rodzinach. O ich nadziejach.

I o człowieku, który nosił sutannę i mówił o Bogu, a zabijał ludzi.

— Czy potrzebuje pani czegoś, doktor Morawiec?

Anna podskoczyła. Odwróciła się gwałtownie.

W drzwiach kaplicy stał ksiądz Przemysław Czerny.


Czerny wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Miał na sobie czarną sutannę, w dłoni trzymał brewiarz. Wyglądał spokojnie, niemal uprzejmie.

— Przepraszam, jeśli panią zaskoczyłem — powiedział. — Widziałem światło i pomyślałem, że ktoś tu jest.

Anna starała się opanować drżenie w głosie.

— Ja tylko… przyszłam się pomodlić.

Czerny uśmiechnął się.

— To piękne. Rzadko widuję lekarzy w kaplicy. Większość z was uważa, że medycyna zastąpiła wiarę.

— Nie zastąpiła — odparła Anna. — Po prostu… odpowiada na inne pytania.

Czerny skinął głową, jakby rozważał jej słowa.

— To prawda. Medycyna odpowiada na pytanie „jak”. Wiara odpowiada na pytanie „dlaczego”.

Podszedł bliżej, siadając w jednej z ławek. Gestem zaprosił Annę, żeby dołączyła.

Anna zawahała się, ale usiadła, zachowując dystans.

— Doktor Morawiec — zaczął Czerny. — Czy mogę pani zadać osobiste pytanie?

— Proszę.

— Dlaczego pani tu jest? Naprawdę.

Anna spojrzała mu w oczy.

— Co pan ma na myśli?

— Nie sądzę, żeby przyszła pani się modlić. Sądzę, że szuka pani czegoś.

Anna poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

— Szukam… odpowiedzi.

— Na jakie pytanie?

Anna nie odpowiedziała od razu. Potem powiedziała:

— Dlaczego ludzie umierają, gdy nie powinni.

Czerny skinął głową powoli.

— To stare pytanie. Teodyceja. Dlaczego dobry Bóg pozwala na cierpienie.

— A jaka jest pana odpowiedź?

Czerny uśmiechnął się.

— Że Bóg nie pozwala. Bóg pozwala ludziom być wolnymi. A wolność oznacza możliwość wyboru — dobra i zła, życia i śmierci.

Anna zacisnęła pięści.

— A co z ludźmi, którzy wybierają za innych? Którzy decydują, kto żyje, a kto umiera?

Czerny patrzył na nią długo, a w jego oczach pojawił się błysk czegoś, co Anna nie mogła zidentyfikować.

— Doktor Morawiec — powiedział w końcu, jego głos stał się chłodniejszy. — Czy pani coś sugeruje?

Anna wiedziała, że weszła na niebezpieczny teren. Ale nie mogła się cofnąć.

— Sugeruję, że niektórzy ludzie nadużywają swojej pozycji. Że wykorzystują zaufanie pacjentów, żeby robić rzeczy, których nie powinni.

Czerny wstał. Jego sylwetka rzucała długi cień na ścianę.

— To bardzo poważne oskarżenie.

— To nie oskarżenie. To obserwacja.

Czerny podszedł bliżej. Anna czuła zapach jego wody kolońskiej — drogiej, wyrafinowanej.

— Pani jest bardzo przenikliwa, doktor Morawiec — powiedział cicho. — Ale czasem przenikliwość może być… niebezpieczna.

To było drugie ostrzeżenie. Albo trzecie. Anna przestała liczyć.

— Nie boję się — powiedziała, choć jej serce waliło jak oszalałe.

Czerny uśmiechnął się.

— Może powinna. Świat jest pełen niebezpieczeństw. Zwłaszcza dla tych, którzy zadają niewygodne pytania.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się przy wyjściu i spojrzał na nią przez ramię.

— Dobrej nocy, doktor Morawiec. Niech Bóg pani błogosławi.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Anna siedziała przez długą chwilę, próbując uspokoić oddech.

To nie była zwykła rozmowa. To była gra.

I Anna właśnie pokazała swoje karty.


Następnego dnia rano Anna spotkała się z Bartkiem w kawiarni niedaleko szpitala. Była to mała knajpka na starówce, pełna studentów i turystów, hałaśliwa i anonimowa — idealne miejsce na dyskretną rozmowę.

Bartek siedział już przy stoliku w rogu, popijając kawę i przeglądając dokumenty na tablecie.

Anna usiadła naprzeciwko niego.

— Sprawdziłeś? — zapytała bez wstępów.

Bartek skinął głową.

— Tak. Z tych jedenastu przypadków, które mi podałaś, tylko trzy miały sekcję zwłok.

Anna poczuła rozczarowanie.

— Tylko trzy?

— Tak. Reszta była pochowana albo skremowana bez sekcji. Rodziny nie wnosiły o badanie.

— A te trzy, które miały sekcję? Co wykazały?

Bartek zawahał się, unikając jej wzroku.

— Bartek — Anna nachyliła się bliżej. — Co znalazłeś?

Bartek westchnął i otworzył plik na tablecie.

— Oficjalnie? Nic. Wszystkie trzy sekcje wykazały przyczyny zgonu zgodne z dokumentacją kliniczną. Zawał, niewydolność oddechowa, sepsa.

— Oficjalnie — powtórzyła Anna. — A nieoficjalnie?

Bartek spojrzał jej w oczy.

— Nieoficjalnie? Są rzeczy, które mnie niepokoją.

— Jakie rzeczy?

Bartek pokazał jej pierwszy przypadek na tablecie.

— To jest pan Jerzy Malik, siedemdziesiąt dwa lata. Zmarł na zapalenie płuc z powikłaniami. Sekcja wykazała obrzęk płucny, co pasowało do rozpoznania.

— Ale?

— Ale kiedy dokładniej przyjrzałem się protokołowi sekcji, zauważyłem, że płuca miały nietypowe cechy. Obrzęk był bardzo równomierny, jakby został wywołany sztucznie.

Anna zmrużyła oczy.

— Podobnie jak u Karoliny Nowak.

— Dokładnie — Bartek skinął głową. — I to nie wszystko. W protokole jest wzmianka, że krew pobrana do badań toksykologicznych została „zniszczona przez pomyłkę laboratoryjną”.

Anna poczuła, jak złość narasta.

— Przez pomyłkę?

— Tak pisze. Ale to bardzo wygodna pomyłka, prawda?

Anna zacisnęła pięści.

— Ktoś celowo zniszczył próbki, żeby nie można było wykryć chlorku potasu.

— Tego nie możemy udowodnić — Bartek podniósł rękę w geście uspokojenia. — Ale tak, to bardzo podejrzane.

Anna spojrzała na pozostałe przypadki.

— A co z dwoma innymi?

Bartek przewinął ekran.

— Drugi przypadek to pani Helena Kowalczyk, osiemdziesiąt jeden lat. Zgon z powodu niewydolności serca. Sekcja potwierdziła.

— I?

— I nic. Protokół jest czysty. Ale… — Bartek zawahał się.

— Ale co?

— Ale zauważyłem, że sekcję przeprowadził doktor Nowicki. Ten sam, który był dyżurny, kiedy umarła Karolina Nowak.

Anna zapamiętała to nazwisko.

— Paweł Nowicki?

— Tak. Lekarz wewnętrzny, czasem pomaga w prosektorium, kiedy brakuje rąk do pracy.

— Czyli nie jest patologiem?

— Nie. Ma certyfikat do przeprowadzania sekcji, ale nie jest specjalistą.

Anna poczuła, jak puzzle zaczynają się układać.

— A trzeci przypadek?

Bartek pokazał jej ostatni plik.

— Pan Adam Zieliński, sześćdziesiąt osiem lat. Zgon z powodu sepsy. Sekcja wykazała rozsiane zakażenie bakteryjne, co pasowało do dokumentacji.

— Bez zastrzeżeń?

Bartek skinął głową.

— Bez zastrzeżeń. Ale…

— Znowu „ale”?

Bartek uśmiechnął się blado.

— Znowu „ale”. Zauważyłem, że dokumentacja medyczna pacjenta ma luki. Brakuje kart zleceń z ostatnich dwudziestu czterech godzin przed zgonem.

Anna zamknęła oczy.

— Brakuje. Oczywiście, że brakuje.

— Anna — Bartek dotknął jej dłoni. — Wiem, co myślisz. Ale to wciąż nie są twarde dowody. To są tylko… nieprawidłowości.

Anna otworzyła oczy.

— Nieprawidłowości, które pojawiają się we wszystkich przypadkach. To nie może być przypadek, Bartek.

— Wiem — przyznał. — Ale co zamierzasz z tym zrobić?

Anna wyjęła telefon i pokazała mu zdjęcia, które zrobiła w archiwum — dokumentacja z zamazanymi wpisami, zmienionymi grupami krwi, podejrzanymi adnotacjami.

— Zamierzam zebrać wszystkie dowody i przedstawić je policji. A potem… — zawahała się.

— A potem co?

— A potem zamierzam znaleźć sposób, żeby udowodnić, że ksiądz Czerny zabija pacjentów.

Bartek pokręcił głową.

— Anno, to niebezpieczne. Ten człowiek ma wpływy. Ma zaufanie personelu, pacjentów, dyrekcji. Jeśli zaczniesz walczyć z nim bez twardych dowodów, zniszczy cię.

Anna spojrzała mu w oczy.

— A jeśli tego nie zrobię, będzie zabijał dalej. Ile jeszcze osób musi umrzeć, zanim ktoś go powstrzyma?

Bartek milczał przez długą chwilę. Potem westchnął.

— Dobra. Pomogę ci. Ale pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Że będziemy ostrożni. Że nie będziemy działać pochopnie. Że zdobędziemy prawdziwe, niepodważalne dowody, zanim pójdziemy dalej.

Anna skinęła głową.

— Zgoda.

Bartek wyciągnął rękę.

— Umowa?

Anna uścisnęła jego dłoń.

— Umowa.


Następne dni Anna spędziła na dalszym gromadzeniu informacji. Rozmawiała z pielęgniarkami, które pracowały na nocnych dyżurach. Pytała ostrożnie, starając się nie budzić podejrzeń.

Większość z nich mówiła to samo:

„Ksiądz Przemek to święty człowiek”.

„Zawsze jest przy pacjentach w trudnych chwilach”.

„Nie wiem, co byśmy bez niego zrobili”.

Ale jedna z pielęgniarek — młoda dziewczyna, Kasia Nowak, która pracowała na oddziale intensywnej terapii — powiedziała coś interesującego:

— Wie pani, doktor Morawiec, czasem mam wrażenie, że ksiądz Przemek… wie, kiedy pacjent umrze.

Anna uniosła wzrok znad notatek.

— Jak to „wie”?

Kasia wzruszyła ramionami.

— No wie pani, przychodzi do pacjenta, rozmawia z nim, a potem mówi: „Będę się modlił”. I zawsze, zawsze ten pacjent umiera tej samej nocy albo następnego dnia.

Anna poczuła dreszcz.

— Zawsze?

— No, prawie zawsze. Może to przypadek, ale… — Kasia urwała. — To brzmi głupio, prawda?

— Nie — powiedziała Anna cicho. — To nie brzmi głupio.

Kasia spojrzała na nią uważnie.

— Doktor Morawiec, czy dzieje się coś, o czym powinnam wiedzieć?

Anna zawahała się. Ile mogła powiedzieć? Ile powinna?

— Nie — skłamała. — Po prostu… interesuję się statystykami zgonów.

Kasia nie wyglądała na przekonaną, ale skinęła głową.

— Dobra. Ale jeśli mogę coś pomóc…

— Dam znać.


Wieczorem tego samego dnia Anna siedziała w swoim mieszkaniu, przeglądając notatki. Miała już osiemnaście stron zapisanych odręcznie — nazwiska, daty, godziny, szczegóły.

Wzór był jasny:

Czerny wybierał pacjentów, którzy byli sami — bez rodziny, bez bliskich.

Rozmawiał z nimi, „pocieszał” ich, czasem kazał podpisywać dokumenty.

Pacjenci umierali w ciągu dwudziestu czterech do czterdziestu ośmiu godzin od jego wizyty.

Ciała były szybko transportowane do kostnicy, często bez sekcji.

Dokumentacja była fałszowana — zamazywane wpisy, zniszczone próbki krwi, brakujące karty.

To był systemowy proceder.

Ale kto jeszcze był w to zamieszany?

Anna otworzyła laptop i zaczęła sprawdzać nazwiska osób, które pojawiały się przy każdym podejrzanym zgonie:

Robert Mazur — pracownik kostnicy. Zawsze on odbierał ciała.

Siostra Maria Górska — pielęgniarka przełożona. Często była na dyżurze w nocy, kiedy pacjenci umierali.

Doktor Paweł Nowicki — lekarz wewnętrzny. Przeprowadzał niektóre sekcje, zawsze bez zastrzeżeń.

Dyrektor Zenon Wróbel — podpisywał zlecenia transportu ciał, często o dziwnych godzinach.

Anna czuła, jak strach miesza się w niej z fascynacją.

To nie był jeden człowiek.

To była grupa.

Spisek.

Telefon zawibrował. SMS od Bartka:

„Sprawdziłem archiwum. Znalazłem jeszcze pięć przypadków pasujących do wzoru. Łącznie mamy już szesnaście. Anno, to jest poważne”.

Anna odpisała:

„Wiem. Spotkajmy się jutro. Musimy coś z tym zrobić”.

Odpowiedź przyszła natychmiast:

„Dobra. Ale bądź ostrożna”.

Anna odłożyła telefon i spojrzała przez okno. Toruń tonął w ciemności. Gdzieś tam, w tym mieście, było jedenaście rodzin, które straciły swoich bliskich. Jedenaście rodzin, które nie wiedziały, że ich bliscy zostali zamordowani.

Anna pomyślała o Zofii Kordeckiej, która powiedziała: „Nie chcę przedłużać tego. Chcę go po prostu pochować”.

Pomyślała o Adamie Nowaku, który płakał nad ciałem żony.

Pomyślała o wszystkich tych ludziach, którzy ufali szpitalowi, ufali lekarzom, ufali księdzu.

I zostali zdradzeni.

Anna zacisnęła pięści.

Nie mogła tego odpuścić.

Nie tym razem.

Tym razem zamierzała walczyć do końca.

Nawet jeśli miało ją to kosztować karierę.

Nawet jeśli miało ją to kosztować życie.

Bo niektóre rzeczy były ważniejsze niż bezpieczeństwo.

Sprawiedliwość była jedną z nich.

ROZDZIAŁ 6: Zapiski starego pielęgniarza

Anna Morawiec nie planowała odwiedzać oddziału geriatrii. To była część szpitala, do której chirurdzy zaglądali rzadko — starsi pacjenci z przewlekłymi chorobami, powolnym umieraniem, bez spektakularnych operacji czy dramatycznych działań ratujących życie. Geriatria była miejscem, gdzie czas płynął inaczej, wolniej, jakby sam się starał.

Ale tego popołudnia, po kolejnej bezowocnej rozmowie z siostrą Marią, Anna potrzebowała odetchnąć. Potrzebowała porozmawiać z kimś, kto nie był częścią machiny szpitalnej biurokracji, kto nie miał nic do stracenia.

I wtedy usłyszała o Zbigniewie Tomczaku.

Jedna z młodszych pielęgniarek, Kasia, wspomniała o nim przy kawie:

— Pani doktor, jeśli chce pani wiedzieć, jak naprawdę działa ten szpital, powinna pani porozmawiać ze Zbyszkiem. On tu pracuje od… nie wiem, trzydziestu lat? Może dłużej. Wie wszystko o wszystkich.

Anna podniosła wzrok znad kubka.

— Zbyszek?

— Zbigniew Tomczak. Pielęgniarz na geriatrii. Za trzy miesiące przechodzi na emeryturę. — Kasia uśmiechnęła się. — Ma już w nosie wszystkie zasady. Mówi, co myśli. Ludzie go lubią, bo jest… autentyczny.

Anna skinęła głową.

— Myślisz, że zechciałby ze mną porozmawiać?

Kasia wzruszyła ramionami.

— Zbyszek rozmawia ze wszystkimi. Uwielbia plotki. I uwielbia narzekać na szpital. Pewnie będzie zachwycony, że ktoś go posłucha.


Oddział geriatrii mieścił się na siódmym piętrze, w najstarszej części budynku. Windy kończyły się na szóstym, więc trzeba było iść schodami — wąskimi, stromymi, z linoleum, które pamiętało lata siedemdziesiąte.

Anna wspinała się po schodach, czując zapach, który był charakterystyczny dla tego typu oddziałów — mieszanka środków dezynfekcyjnych, leków, potu i czegoś jeszcze. Czegoś, co nie miało nazwy, ale co każdy rozpoznawał instynktownie: zapachu starości.

Nie było to obraźliwe. To była po prostu biologia. Ludzkie ciało w procesie starzenia wydziela inne zapachy — zmieniają się hormony, zmienia się metabolizm, zmienia się skóra. W geriatrii ten zapach był wszechobecny.

Anna pchnęła drzwi prowadzące na oddział.

Korytarz był wąski, ściany pomalowane na brudnożółty kolor. Podłoga pokryta starym linoleum w brązowo-beżowy wzór, który miał ukrywać plamy, ale przez lata sam stał się jedną wielką plamą. Po obu stronach korytarza znajdowały się sale — większość czteroosobowych, niektóre sześcioosobowe.

Przez otwarte drzwi Anna widziała starszych pacjentów: niektórych siedzących na łóżkach, innych leżących nieruchomo, podłączonych do kroplówek. Telewizory grały za głośno. Ktoś płakał. Ktoś krzyczał o coś niezrozumiałego.

To była rutyna geriatrii: powolne gaśnięcie.

Anna podeszła do dyżurki pielęgniarskiej. Siedziała tam starsza kobieta — może sześćdziesiąt lat, w okularach, z twarzą zmęczoną życiem.

— Dzień dobry — powiedziała Anna. — Szukam pana Zbigniewa Tomczaka.

Kobieta uniosła wzrok.

— Zbyszek? Jest w sali sto dwanaście. Pomaga pacjentom przy kolacji.

Anna podziękowała i ruszyła dalej korytarzem.

Sala sto dwanaście była na końcu oddziału. Anna zajrzała przez szybę w drzwiach.

W środku było sześciu pacjentów, wszyscy starsi, wszyscy w różnym stopniu niepełnosprawności. Przy jednym z łóżek stał mężczyzna w niebieskim uniformie pielęgniarza.

Zbigniew Tomczak miał około sześćdziesięciu pięciu lat, był niski, krępy, z siwymi włosami i okrągłą twarzą. Wyglądał jak ktoś, kto całe życie ciężko pracował i nie narzekał na to — przynajmniej nie głośno.

Anna weszła do sali.

— Pan Zbigniew Tomczak?

Mężczyzna odwrócił się, trzymając w ręku łyżkę z zupą, którą karmił jednego z pacjentów.

— Tak, to ja. A pani to…?

— Doktor Anna Morawiec, chirurgia ogólna. Czy mogłabym porozmawiać z panem przez chwilę?

Zbigniew zmarszczył brwi.

— Ze mną? O czym?

— O szpitalu. O… rzeczach, które pan zaobserwował przez lata pracy.

Zbigniew spojrzał na nią uważnie, jakby oceniał, czy może jej ufać. Potem skinął głową.

— Jasne. Dajcie mi dziesięć minut, dokończę tu i pani znajdę.

Anna czekała na korytarzu, obserwując ruch na oddziale. Pielęgniarki biegały między salami, rozwożąc leki, zmieniając pościel, uspokajając pacjentów. Wszystko odbywało się mechanicznie, bez emocji — to była obrona. Jeśli pozwoliłoby się każdemu przypadkowi dotknąć serca, człowiek by się załamał.

Po piętnastu minutach Zbigniew wyszedł z sali, wycierając ręce w papierowy ręcznik.

— Chodźmy do świetlicy — powiedział. — Tam będzie spokojniej.

Świetlica była małym pokojem na końcu oddziału, z kilkoma krzesłami, stolikiem i starym telewizorem. Nikt tam nie był.

Usiedli naprzeciwko siebie.

— Więc o co chodzi, doktor Morawiec? — zapytał Zbigniew, wyciągając z kieszeni papierosa i zapalając go, mimo że palenie w szpitalu było zabronione. — Ktoś się na mnie poskarżył?

Anna uśmiechnęła się.

— Nie. Chciałam po prostu porozmawiać. Słyszałam, że pan pracuje tutaj od bardzo dawna.

Zbigniew zaciągnął się papierosem.

— Trzydzieści dwa lata. Zacząłem w osiemdziesiątym dziewięćdziesiątym drugim. Jeszcze za komuny, jak to mawia młodzież.

— To długo.

— Za długo — Zbigniew zaśmiał się krótko. — Ale co miałem robić? Człowiek się przyzwyczaja. Poza tym za trzy miesiące emerytura. Można wytrzymać.

Anna skinęła głową.

— Musi pan mieć mnóstwo wspomnień. Mnóstwo historii.

Zbigniew spojrzał na nią podejrzliwie.

— Pani doktor, przyszła pani tu słuchać moich historii, czy chodzi o coś innego?

Anna zdecydowała się być szczera.

— Chodzi o coś innego. Ale najpierw muszę wiedzieć… czy mogę panu ufać?

Zbigniew wypuścił dym przez nos.

— Zależy, o co pani chce zapytać. Jeśli chodzi o plotki — jasne, uwielbiam plotki. Jeśli chodzi o coś poważnego… — zawahał się. — To zależy, jak poważnego.

Anna spojrzała mu w oczy.

— Zauważył pan kiedyś coś dziwnego? W tym szpitalu? Coś, co panu nie pasowało?

Zbigniew przez długą chwilę milczał, patrząc na żarzący się koniec papierosa.

— Pani doktor — powiedział w końcu. — W tym szpitalu dzieje się tyle dziwnych rzeczy, że gdybym miał je wszystkie wyliczyć, siedzielibyśmy tu do rana.

— Proszę spróbować. Chociaż kilka przykładów.

Zbigniew zgasił papierosa w popielniczce, którą wyciągnął z szafki (najwyraźniej świetlica była jego tajnym miejscem do palenia).

— Dobra — powiedział. — Ale niech to zostanie między nami.

— Oczywiście.

Zbigniew odchylił się na krześle.

— Za moich czasów — zaczął — ludzie umierali normalnie. To znaczy, nie było w tym nic dziwnego. Starość, choroby, powikłania. Wszystko miało swój czas, swój rytm. Ale od jakichś… nie wiem, może dziesięciu lat? Zaczęło być inaczej.

Anna nachyliła się lekko.

— Inaczej jak?

— No wie pani, ludzie zaczęli umierać… za szybko. Albo za wolno. Albo w dziwnych okolicznościach.

— Może pan podać przykład?

Zbigniew zastanowił się.

— Pamiętam jednego pacjenta, pan Kowalski, osiemdziesiąt sześć lat. Miał cukrzycę, niewydolność serca, ale był stabilny. Przyjechał do nas na rehabilitację po udarze. Robił postępy. A potem, pewnej nocy, umarł. Tak po prostu. Pielęgniarka znalazła go rano, zimnego jak lód.

— I co wykazała sekcja?

Zbigniew zaśmiał się gorzko.

— Jaka sekcja? Nie było sekcji. Rodzina mieszkała w Niemczech, nie chcieli czekać. Powiedzieli: kremacja i już. A dokumentacja mówiła: „niewydolność serca”. Wszystko czyste, wszystko w porządku.

Anna zapisała w notesie.

— A były inne przypadki?

— Mnóstwo. Ale wie pani, co jest najdziwniejsze? — Zbigniew nachylił się bliżej, ściszając głos. — To, że wszyscy ci ludzie, którzy umierali dziwnie… wszyscy byli odwiedzani przez księdza Przemka.

Anna poczuła, jak serce przyspiesza.

— Księdza Czernego?

— Tak. Nasz kapelan. Wszyscy go uwielbiają, ja też go lubię, nie zrozum mnie źle. To miły człowiek, zawsze ma czas dla pacjentów. Ale… — urwał.

— Ale?

Zbigniew wyciągnął kolejnego papierosa, ale nie zapalił go, tylko bawił się nim w palcach.

— Ale zauważyłem, że kiedy ksiądz Przemek spędza dużo czasu z jakimś pacjentem, ten pacjent… często niedługo potem umiera.

Anna przełknęła ślinę.

— Jak często?

Zbigniew wzruszył ramionami.

— Nie prowadziłem statystyk. Ale często. Zbyt często, żeby to był przypadek.

Anna odłożyła notes.

— Panie Zbigniewie, czy rozmawiał pan o tym z kimś? Z przełożonymi? Z dyrekcją?

Zbigniew zaśmiał się.

— Z dyrekcją? Pani doktor, dyrekcja nie dba o to, co dzieje się na oddziałach. Dyrekcja dba o budżet. A ja jestem tylko pielęgniarzem. Kto by mnie słuchał?

— A z innymi pielęgniarzami?

— Rozmawiałem. Niektórzy mówią to samo. Inni myślą, że jestem paranoikiem. — Zbigniew zapalił w końcu papierosa. — Wie pani, po trzydziestu dwóch latach człowiek się przyzwyczaja. Przestaje zadawać pytania. Po prostu robi swoją robotę i czeka na emeryturę.

Anna zrozumiała to doskonale. System miał sposób na tłumienie niewygodnych pytań: zmęczenie, rutyna, strach przed konfliktami.

— Panie Zbigniewie — powiedziała ostrożnie. — Wspomniał pan o innych dziwnych rzeczach. Co jeszcze pana niepokoiło?

Zbigniew zaciągnął się głęboko.

— Dostawy.

— Dostawy? Czego?

— Nie wiem — przyznał. — Ale w nocy, czasem widzę furgonetki parkujące przy bocznym wejściu. Nieoznakowane. Przychodzą między drugą a czwartą nad ranem. Ludzie coś ładują, coś wyładowują. Wszystko bardzo dyskretnie.

Anna poczuła, jak dreszcz przebiega jej po kręgosłupie.

— Jakie furgonetki?

— Białe. Bez napisów. Wyglądają jak zwykłe busy, jakie używa się do transportu medycznego.

— A kto je obsługuje?

— Nie wiem. Nigdy nie podchodziłem blisko. Ale widziałem raz Roberta Mazura z kostnicy. Pomagał ładować jakieś pojemniki.

Robert Mazur. Znowu.

Anna zapisała w notesie.

— Czy wie pan, co było w tych pojemnikach?

Zbigniew pokręcił głową.

— Nie. Ale były oznaczone jakimiś czerwonymi nalepkami. Takie, jakie się stosuje do transportu materiałów biologicznych.

Anna pamiętała takie nalepki. Używano ich do przewożenia próbek krwi, tkanek, organów.

— Panie Zbigniewie — powiedziała cicho. — Czy słyszał pan kiedyś o czymś, co nazywa się „Źródło”?

Zbigniew zmarszczył brwi.

— „Źródło”? Nie, nie sądzę. A co to ma być?

— Nie wiem. Ale widziałam to słowo w dokumentacji przy jednym z pacjentów, który zmarł.

Zbigniew zastanowił się przez moment.

— Nie, nigdy nie słyszałem. Ale… — urwał.

— Ale?

— Ale słyszałem, jak ksiądz Przemek raz mówił do pacjenta coś o „źródle życia”. To było w kontekście religijnym, o Bogu jako źródle wszystkiego. Może to ma związek?

Anna skinęła głową.

— Może.

Zbigniew zgasił papierosa.

— Pani doktor, mogę zapytać, dlaczego pani pyta o te wszystkie rzeczy? Czy dzieje się coś, o czym powinniśmy wiedzieć?

Anna wahała się. Ile mogła mu powiedzieć?

— Podejrzewam — powiedziała ostrożnie — że w tym szpitalu dzieje się coś złego. I próbuję to udowodnić.

Zbigniew skinął głową powoli.

— Rozumiem. Cóż, jeśli mogę jakoś pomóc…

— Może pan. Chciałabym, żeby pan opowiedział mi więcej o starych częściach szpitala. Miejscach, do których ludzie już nie zaglądają.

Zbigniew uśmiechnął się.

— O, tego to ja znam mnóstwo. Ten szpital ma więcej zakamarków niż labirynt. — Wstał. — Chodźmy, pokażę pani coś ciekawego.


Zbigniew poprowadził Annę przez labirynt korytarzy, schody w dół, przez stare łączniki, które łączyły różne części budynku. Niektóre korytarze były oświetlone, inne pogrążone w półmroku.

— Większość ludzi nie wie — mówił Zbigniew, prowadząc ją pewnie, jak ktoś, kto zna każdy centymetr tego miejsca — że ten szpital był budowany w trzech etapach. Pierwszy w latach siedemdziesiątych, drugi w osiemdziesiątych, trzeci w dziewięćdziesiątych. Każdy etap miał swoją architekturę, swoje pomieszczenia. A potem, jak wszystko łączono, niektóre części zostały… zapomniane.

— Zapomniane? — Anna szła za nim, starając się zapamiętać drogę.

— Tak. Stare pomieszczenia, które przestały być używane. Magazyny, kotłownie, praczki. Nawet stare prosektorium.

Anna zatrzymała się.

— Prosektorium?

Zbigniew odwrócił się do niej.

— Tak. Stare prosektorium było w piwnicy głównego budynku, zanim wybudowano nową kostnicę. Zostało zamknięte jakieś piętnaście lat temu. Może więcej. Nikt tam nie zagląda.

— Ale pomieszczenie wciąż istnieje?

— Tak. Jest zamknięte, opłombowane. Oficjalnie ze względu na zły stan techniczny.

Anna poczuła rosnące napięcie.

— Czy może pan mnie tam zaprowadzić?

Zbigniew zawahał się.

— Mogę. Ale po co pani tam chce iść?

— Bo — Anna spojrzała mu w oczy — myślę, że to miejsce może mieć związek z tym, co się dzieje w szpitalu.

Zbigniew skinął głową powoli.

— Dobra. Chodźmy.

Zeszli jeszcze niżej, do poziomu, gdzie korytarze były wąskie, sufity niskie, a ściany pokryte starą farbą olejną w kolorze brudnej zieleni. Światło było słabe, jarzeniówki migotały.

— Tutaj prawie nikt nie przychodzi — mówił Zbigniew. — To stara część piwnicy. Kiedyś były tu kotłownie, teraz wszystko jest scentralizowane.

Szli dalej, aż dotarli do masywnych stalowych drzwi. Były zamknięte, a na nich wisiała tabliczka: „Wstęp wzbroniony — pomieszczenie nieczynne”.

— To tutaj — powiedział Zbigniew.

Anna podeszła bliżej. Drzwi były pokryte patyną, klamka zardzewiała. Wyglądało na to, że nikt ich nie otwierał od lat.

Ale wtedy zauważyła coś dziwnego.

Przy klamce, na podłodze, leżał świeży ślad — odcisk buta w kurzu. Ktoś tu był niedawno.

— Panie Zbigniewie — powiedziała. — Mówił pan, że nikt tu nie zagląda. Ale ktoś tu był. Niedawno.

Zbigniew nachylił się, patrząc na ślad.

— Racja — powiedział cicho. — To dziwne.

Anna spróbowała klamki. Drzwi były zamknięte.

— Ma pan klucz?

Zbigniew pokręcił głową.

— Nie. Ale kiedyś miałem. — Zastanowił się. — Czekaj, może wciąż jest gdzieś w starym magazynie kluczy.

— Może pan sprawdzić?

— Mogę. Ale nie dzisiaj. Magazyn jest zamknięty, a dozorczyni ma wolne.

Anna skinęła głową.

— Rozumiem. Ale jak pan zdobędzie klucz, proszę mi dać znać.

Zbigniew spojrzał na nią poważnie.

— Pani doktor, czy pani myśli, że coś złego dzieje się w tym starym prosektorium?

Anna spojrzała na drzwi.

— Nie wiem. Ale zamierzam się dowiedzieć.


Wracali w milczeniu. Zbigniew prowadził Annę z powrotem na górę, przez labirynt korytarzy. Kiedy dotarli do holu głównego, zatrzymał się.

— Pani doktor — powiedział. — Jeszcze jedno. Wspomniała pani o światłach.

Anna zmarszczyla brwi.

— Światłach?

— Tak. W starym prosektorium. Czasem, kiedy pracuję na nocnym dyżurze i przechodzę koło tych piwnic… widzę światło. Przez szczeliny w drzwiach.

Anna poczuła, jak włosy stają jej dęba.

— Kiedy ostatnio pan to widział?

Zbigniew zastanowił się.

— Tydzień temu. Może dwa. Byłem na nocnym, szedłem do kotłowni, bo grzejnik w świetlicy się popsuł. I widziałem cienką smugę światła pod drzwiami prosektorium.

— Czy wszedł pan?

— Nie. Nie chciałem się wtrącać. Pomyślałem, że może konserwator coś tam naprawia.

— O trzeciej nad ranem?

Zbigniew wzruszył ramionami.

— W szpitalu wszystko jest możliwe.

Anna zapisała w notesie.

— Panie Zbigniewie, bardzo panu dziękuję. To, co pan mi powiedział, jest bardzo ważne.

Zbigniew skinął głową.

— Proszę uważać na siebie, doktor Morawiec. Jeśli naprawdę dzieje się tu coś złego… ludzie, którzy za tym stoją, mogą być niebezpieczni.

— Wiem.

Zbigniew wyciągnął wizytówkę — zwykłą kartkę, na której odręcznie napisał swój numer telefonu.

— Jeśli będzie pani czegoś potrzebować, proszę dzwonić. Nawet w nocy.

Anna wzięła wizytówkę.

— Dziękuję.

Zbigniew uśmiechnął się smutno.

— Wie pani, pani doktor, ja za trzy miesiące kończę pracę w tym szpitalu. I szczerze? Nie mogę się doczekać. Ale jeśli mogę coś zrobić, żeby to miejsce stało się lepsze… chętnie pomogę.

Anna ścisnęła jego dłoń.

— Pomoże pan. Obiecuję.


Anna wróciła do swojego mieszkania późnym wieczorem, zmęczona, ale z głową pełną myśli.

Otworzyła laptop i zaczęła zapisywać wszystko, co usłyszała od Zbigniewa:

— Dziwne zgony po wizytach księdza Czernego.

— Nocne dostawy przy bocznym wejściu — białe furgonetki, pojemniki z materiałami biologicznymi.

— Robert Mazur zaangażowany w transport.

— Stare prosektorium oficjalnie zamknięte, ale ktoś tam zagląda.

— Światło w prosektorium w nocy.

Anna spojrzała na notatki i poczuła, jak puzzle zaczynają się układać.

Jeśli Czerny zabijał pacjentów i kradł ich organy, potrzebował miejsca, gdzie mógł je przygotowywać do transportu. Miejsce dyskretne, odizolowane, gdzie nikt nie zaglądał.

Stare prosektorium było idealnym miejscem.

Anna otworzyła przeglądarkę i zaczęła szukać informacji o nielegalnym handlu organami.

To, co znalazła, sprawiło, że poczuła mdłości.

Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia z 2023 roku, nielegalny handel organami był jednym z najbardziej dochodowych przestępstw na świecie. Szacowano, że rocznie przeprowadzano około dziesięciu tysięcy nielegalnych transplantacji, głównie nerek, wątroby i serca.

Narząd mógł kosztować nawet sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów na czarnym rynku.

A w szpitalu był doskonały „zapas”.

Anna zamknęła laptopa, czując, jak strach miesza się w niej z determinacją.

Musiała dostać się do starego prosektorium. Musiała zobaczyć na własne oczy, co się tam dzieje.

Ale wiedziała też, że jeśli tam pójdzie sama, może już nie wyjść.

Potrzebowała pomocy.

Wzięła telefon i napisała wiadomość do Bartka:

„Znalazłam coś ważnego. Musimy się spotkać. Jutro rano, kawiarnia na starówce. To pilne”.

Odpowiedź przyszła po kilku minutach:

„Dobra. Będę o ósmej”.

Anna odłożyła telefon i spojrzała przez okno.

Toruń tonął w ciemności. Gdzieś tam, w podziemiach szpitala, kryła się prawda.

I Anna Morawiec zamierzała ją odkryć.

Nawet, jeśli miało ją to kosztować wszystko.


Tej nocy Anna śniła o piwnicy. O długich, ciemnych korytarzach. O stalowych drzwiach, które otwierały się same. O światłach migających w ciemności.

I o głosie, który szeptał:

„Źródło. Źródło życia. Źródło śmierci”.

Obudziła się w środku nocy, zlana potem, serce walące jak oszalałe.

Wiedziała, że to był tylko sen.

Ale wiedziała też, że prawda, która czekała w podziemiach szpitala, była o wiele gorsza niż najgorszy koszmar.

ROZDZIAŁ 7: Ksiądz Przemysław Czerny

Anna Morawiec spędziła następny dzień, obserwując księdza Przemysława Czernego.

Nie było to trudne — Czerny był widoczny. Poruszał się po szpitalu jak ktoś, kto należy do tego miejsca bardziej niż większość lekarzy. Pacjenci rozjaśniali się na jego widok. Pielęgniarki witały go ciepło. Nawet ordynatorzy, zazwyczaj powściągliwi wobec „niemedycznego” personelu, traktowali go z szacunkiem.

Anna rozpoczęła swoją obserwację o dziesiątej rano, kiedy zobaczyła Czernego wchodzącego do kaplicy szpitalnej. Stanęła w pewnej odległości, udając, że przegląda dokumentację na tablecie, ale w rzeczywistości obserwowała go przez szybę w drzwiach.

Czerny klęczał przed ołtarzem, głowa pochylona, dłonie złożone do modlitwy. Jego postawa wyrażała całkowite skupienie. Niemal… pokora. Anna miała wrażenie, że patrzy na kogoś autentycznie wierzącego.

Ale wiedziała, że pozory potrafią być najbardziej oszukańcze.

Po dziesięciu minutach Czerny wstał, przeżegnał się i wyszedł z kaplicy. Anna szybko odwróciła wzrok, udając zainteresowanie tabletem.

— Dzień dobry, doktor Morawiec — usłyszała jego głos.

Anna uniosła głowę. Czerny stał tuż obok, uśmiechnięty, z brewiarzem w dłoni.

— Dzień dobry, księże — odpowiedziała, starając się brzmieć obojętnie.

Czerny miał czterdzieści osiem lat, ale wyglądał młodziej. Był wysoki — może metr osiemdziesiąt sześć — szczupły, z sylwetką kogoś, kto dba o kondycję. Włosy siwe, krótko przystrzyżone, z elegancją, która pasowała do jego twarzy. Miał regularne rysy: wysoki czoło, mocną szczękę, niebieskie oczy, które patrzyły z intensywnością sprawiającą, że rozmówca czuł się… widziany.

Ale najbardziej uderzający był jego głos. Głęboki, aksamitny, z tym rodzajem ciepła, które sprawiało, że ludzie chcieli mu się zwierzać.

— Cieszę się, że panią widzę — powiedział. — Mam wrażenie, że nasze drogi ostatnio często się krzyżują.

Anna skinęła głową.

— Pracuję tutaj. To naturalne.

— Oczywiście — Czerny uśmiechnął się szerzej. — Ale mam wrażenie, że ostatnio jest pani… szczególnie czujna. Jakby pani czegoś szukała.

To było bezpośrednie. Anna poczuła napięcie.

— Szukam? Czego?

Czerny wzruszył ramionami lekko.

— Nie wiem. Może odpowiedzi. Wszyscy lekarze szukają odpowiedzi, prawda? Na pytania o życie, śmierć, cierpienie.

Anna nie odpowiedziała. Czerny kontynuował:

— Wiem, że straciła pani dziecko kilka lat temu. Bardzo mi przykro.

Anna zamarła. Skąd on to wiedział?

— Skąd…?

— Ludzie mówią — powiedział cicho Czerny. — W szpitalu wszyscy wszystko o sobie wiedzą. To małe środowisko.

Anna poczuła gniew, ale powstrzymała się.

— To osobista sprawa.

— Oczywiście — Czerny skinął głową z szacunkiem. — Nie chciałem być niedelikatny. Po prostu… rozumiem, że może to wpływać na pani sposób patrzenia na śmierć. Na to, jak pani odbiera odchodzenie pacjentów.

Anna zacisnęła pięści.

— Moja praca polega na ratowaniu życia, nie filozofowaniu o śmierci.

Czerny uśmiechnął się łagodnie.

— Ale czy można jedno od drugiego oddzielić? Medycyna i teologia od wieków zadają te same pytania. Tylko używają innych języków.

Anna spojrzała mu w oczy.

— Nie sądzę, żebyśmy mówili tym samym językiem, księże.

Czerny pochylił głowę lekko.

— Może pani ma rację. Ale czasem warto spróbować się zrozumieć. — Spojrzał na zegarek. — Muszę iść. Umówiłem się z pacjentem na oddziale neurologii. Życzę miłego dnia, doktor Morawiec.

Odwrócił się i odszedł, jego kroki były lekkie, pewne.

Anna stała przez moment, próbując uspokoić oddech.

Czerny wiedział. Wiedział o jej dziecku, wiedział, że go obserwuje, wiedział o jej podejrzeniach.

I bawił się nią jak kot z myszą.


Anna postanowiła kontynuować obserwację. Przez resztę dnia śledziła Czernego z dystansu, notując, do kogo zagląda, z kim rozmawia, ile czasu spędza z poszczególnymi pacjentami.

Pierwsza wizyta: oddział neurologii, sala 304.

Anna zajrzała przez szybę. W sali leżała starsza kobieta, może osiemdziesiąt lat, podłączona do respiratora. Czerny siedział przy jej łóżku, trzymając ją za rękę. Mówił coś cicho — Anna nie słyszała słów, ale widziała jego twarz. Wyrażała autentyczną troskę.

Po piętnastu minutach Czerny wstał, przeżegnał pacjentkę i wyszedł.

Druga wizyta: oddział onkologii, sala 210.

Pacjent: mężczyzna po pięćdziesiątce, chory na raka trzustki w stadium terminalnym. Anna znała jego historię — to był pan Andrzej Kowalczyk, prognoza: kilka tygodni życia.

Czerny spędził z nim prawie pół godziny. Przez szybę Anna widziała, jak rozmawiają, jak Kowalczyk płacze, jak Czerny podaje mu chusteczkę, jak obaj się modlą.

To wyglądało… prawdziwie.

Trzecia wizyta: oddział geriatrii, sala 112.

Anna rozpoznała to miejsce — to była sala, w której wcześniej rozmawiała ze Zbigniewem Tomczakiem.

Czerny wszedł do środka i podszedł do jednego z łóżek. Pacjent: starszy mężczyzna, może siedemdziesiąt pięć lat, wychudzony, z zapadniętymi policzkami. Anna sprawdziła w systemie: Leon Mazurek, siedemdziesiąt osiem lat, niewydolność nerek, bez rodziny.

Czerny usiadł przy jego łóżku. Rozmawiał. Pacjent słuchał, kiwiąc głową. Potem Czerny wyciągnął z teczki jakiś dokument i długopis.

Anna poczuła, jak napięcie narasta.

To było to. Czerny podawał pacjentowi dokument do podpisania.

Anna nie mogła widzieć, co było napisane na papierze, ale widziała, jak pacjent bierze długopis drżącą ręką i podpisuje.

Czerny uśmiechnął się, poklepał go po ramieniu i schował dokument do teczki.

Anna musiała wiedzieć, co było na tym papierze.

Czekała, aż Czerny wyjdzie z sali, a potem szybko weszła do środka.

Pan Mazurek leżał z zamkniętymi oczami, oddychając ciężko.

— Panie Leonie? — powiedziała Anna cicho.

Staruszek otworzył oczy.

— Tak?

— Jestem doktor Morawiec. Chciałam sprawdzić, jak się pan czuje.

— Źle — wyszeptał Mazurek. — Bardzo źle.

Anna podeszła bliżej.

— Widziałam, że był u pana ksiądz. Rozmawialiście?

Mazurek skinął głową słabo.

— Tak. Ksiądz Przemek jest… dobry. Powiedział, że… że nie powinienem się bać.

— Bać czego?

— Śmierci.

Anna przełknęła ślinę.

— I dał panu coś do podpisania?

Mazurek zmarszczył brwi, jakby próbując sobie przypomnieć.

— Tak… jakiś dokument. Powiedział, że to… zgodă. Że mogę pomóc innym.

— Zgoda na co?

— Nie pamiętam. Nie miałem okularów.

Anna poczuła frustrację.

— Panie Leonie, proszę mi powiedzieć dokładnie, co ksiądz powiedział.

Mazurek zamknął oczy.

— Powiedział, że… że moje ciało może być użyteczne. Że nawet po śmierci mogę dać życie komuś innemu. Że to… piękny gest.

Anna zacisnęła pięści.

— Czy ksiądz wspomniał coś o „Źródle”?

Mazurek otworzył oczy, wyglądając na zdezorientowanego.

— Źródle? Nie… nie sądzę. Mówił coś o… o Bogu jako źródle życia. Ale to było w kontekście modlitwy.

Anna skinęła głową.

— Dziękuję, panie Leonie. Proszę odpoczywać.

Wyszła z sali, czując, jak serce wali jej w piersi.

Czerny znowu zrobił to samo. Namówił pacjenta do podpisania dokumentu, którego treści pacjent nie znał. Wykorzystał jego strach przed śmiercią, jego samotność, jego zaufanie.

To było manipulacja.

I prawdopodobnie — morderstwo z premedytacją.


Anna postanowiła porozmawiać z kimś, kto znał Czernego lepiej niż ona. Kimś, kto mógł powiedzieć coś więcej o jego przeszłości.

Wybrała siostrę Beatę Szymańską — pielęgniarkę, która pracowała w szpitalu od dwudziestu lat i znała wszystkich.

Znalazła Beatę w dyżurce pielęgniarskiej na chirurgii.

— Beata, mogę cię o coś zapytać?

Beata uniosła wzrok znad komputera.

— Jasne. Co się dzieje?

Anna usiadła obok niej.

— Chciałam zapytać o księdza Czernego. Jak długo go znasz?

Beata uśmiechnęła się.

— Księdza Przemka? Od dwunastu lat. Przyszedł do szpitala mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałam tutaj pracować.

— I jak go oceniasz?

Beata zmarszczyła brwi.

— Oceniam? To świetny człowiek. Najlepszy kapelan, jakiego miałam okazję poznać. Zawsze ma czas dla pacjentów, zawsze ich wysłucha. Ludzie go uwielbiają.

— Wszyscy?

— No, prawie wszyscy. Dlaczego pytasz?

Anna zawahała się.

— Ciekawi mnie… jego podejście do pacjentów. Wydaje mi się, że spędza dużo czasu z tymi, którzy są… samotni.

Beata skinęła głową.

— To prawda. Ksiądz Przemek ma szczególny dar. Potrafi dotrzeć do ludzi, którzy są odizolowani, którzy nie mają rodziny. Daje im pocieszenie.

— A nie wydaje ci się to… podejrzane?

Beata spojrzała na nią zaskoczona.

— Podejrzane? Co masz na myśli?

Anna zdała sobie sprawę, że za daleko zaszła.

— Nic. Po prostu… zastanawiam się, jak on to robi. Jak potrafi być tak cierpliwy.

Beata uśmiechnęła się.

— To powołanie, Anno. Niektórzy ludzie są po prostu stworzeni do pomagania innym.

Anna skinęła głową, wiedząc, że nie dowie się nic więcej.


Popołudniu Anna postanowiła zrobić coś zuchwałego: podążyć za Czernym, kiedy opuści szpital.

Czekała przy wyjściu dla personelu, ukryta za rogiem budynku. O siedemnastej trzydzieści Czerny wyszedł, ubrany w czarną sutannę, z torbą na ramieniu.

Wsiadł do starego, ale zadbanego volkswagena passata i odjechał.

Anna ruszyła za nim swoją hondą, zachowując bezpieczny dystans.

Czerny jechał przez centrum Torunia, mijając starówkę, most na Wiśle, kierując się w stronę dzielnicy Mokre. Zatrzymał się przed niewielkim domem jednorodzinnym — skromnym, ale schludnym, z małym ogródkiem.

Anna zaparkowała kilka domów dalej i obserwowała.

Czerny wszedł do środka. Przez okno Anna widziała, jak zapala światło, zdejmuje sutannę, zakłada zwykłe ubranie — dżinsy i koszulę.

Przez godzinę nic się nie działo. Czerny najwyraźniej przygotowywał kolację, oglądał telewizję.

Wyglądał jak… zwykły człowiek.

Anna czuła rosnącą frustrację. Co ona właściwie robiła? Śledziła księdza jak jakaś szalona stalkerka?

Ale potem, o dziewiętnastej, Czerny wyszedł z domu. Tym razem był ubrany w ciemną kurtkę i czapkę. Wsiadł do samochodu i odjechał.

Anna znowu ruszyła za nim.

Tym razem jechali na obrzeża miasta, w stronę przemysłowej dzielnicy Wrzosy. Czerny zatrzymał się przed starym magazynem — budynkiem z czerwonej cegły, z wybitymi oknami i zardzewiałą bramą.

Anna zaparkowała w cieniu, obserwując.

Czerny wysiadł i rozejrzał się nerwowo. Potem podszedł do bocznych drzwi i zapukał.

Drzwi otworzyły się. W progu stanął mężczyzna — Anna nie widziała jego twarzy, ale rozpoznała sylwetkę.

Robert Mazur.

Czerny wszedł do środka. Drzwi zamknęły się.

Anna siedziała w samochodzie, czując, jak adrenalina płynie w jej żyłach.

Co Czerny robił w opuszczonym magazynie? I dlaczego spotykał się z Robertem?

Anna wiedziała, że powinna wezwać policję. Ale co by im powiedziała? Że ksiądz spotyka się z pracownikiem szpitala w magazynie? To nie było przestępstwo.

Postanowiła poczekać.

Godzinę później drzwi magazynu otworzyły się. Czerny i Robert wyszli, niosąc coś — duże, białe pojemniki, takie, jakie używa się do transportu materiałów biologicznych.

Anna poczuła, jak serce zaczyna jej walić.

Załadowali pojemniki do samochodu Czernego — passata miał duży bagażnik — i rozeszli się. Robert wszedł z powrotem do magazynu, Czerny odjechał.

Anna musiała podjąć decyzję: jechać za Czernym czy sprawdzić, co jest w magazynie?

Wybrała drugie.

Czekała, aż Czerny zniknie za rogiem, potem cicho wyszła z samochodu i podeszła do magazynu.

Drzwi były lekko uchylone. Anna pchnęła je ostrożnie.

W środku było ciemno, tylko jedno światło paliło się w głębi pomieszczenia. Anna weszła, starając się nie robić hałasu.

Magazyn był wielki, pełen starych skrzyń, palet, gratów. Pachniało wilgocią i rdzą.

Anna szła w stronę światła, serce waliło jej jak oszalałe.

W końcu dotarła do źródła światła — małego pomieszczenia oddzielonego od reszty magazynu plastikowymi zasłonami.

Przez szczelinę Anna zajrzała do środka.

I zobaczyła coś, co sprawiło, że poczuła mdłości.

W pomieszczeniu stały wielkie lodówki — przemysłowe, z metalu. Obok lodówek stał stół — metalowy, z odpływem, podobny do stołów sekcyjnych.

I na stole… Anna widziała narzędzia. Skalpele, piły, pojemniki.

To było przenośne prosektorium.

Miejsce, gdzie można było przeprowadzać sekcje. Albo… pobierać organy.

Anna cofnęła się, czując, jak nogi robią się ją miękkie.

Musiała stąd wyjść. Musiała to zgłosić.

Odwróciła się, żeby uciec.

I wpadła prosto na Roberta Mazura.


Robert stał przed nią, blokując drogę. Miał w ręku latarkę i wyraz twarzy kogoś, kto właśnie złapał intruza.

— Doktor Morawiec — powiedział spokojnie. — Co pani tu robi?

Anna próbowała zachować zimną krew.

— Mogłabym zapytać o to samo.

Robert uśmiechnął się, ale był to uśmiech bez ciepła.

— Pracuję. A pani?

— Szukam prawdy.

Robert skinął głową.

— Prawdy. Oczywiście. — Zrobił krok bliżej. — Ale czasem prawda jest niebezpieczna, doktor Morawiec.

Anna cofnęła się.

— Proszę się odsunąć.

— Obawiam się, że nie mogę. Nie mogę pozwolić, żeby pani stąd wyszła i opowiedziała wszystkim, co pani zobaczyła.

Anna poczuła panikę.

— Ludzie wiedzą, gdzie jestem. Jeśli coś mi się stanie…

— Nikt nie wie — przerwał jej Robert. — Nie mówiła pani nikomu, że jedzie pani za księdzem. Prawda?

Anna milczała.

Robert zrobił kolejny krok.

— To było głupie, doktor Morawiec. Bardzo głupie.

W tym momencie Anna usłyszała głos dobiegający z głębi magazynu:

— Robert, co się dzieje?

To był głos Czernego.

Robert odwrócił się.

— Mamy gościa.

Czerny pojawił się zza rogu. Kiedy zobaczył Annę, jego twarz nie wyrażała zaskoczenia. Tylko… rozczarowanie.

— Doktor Morawiec — powiedział cicho. — Naprawdę nie powinno pani tu być.

Anna spojrzała mu w oczy.

— Co wy tutaj robicie? Co jest w tych lodówkach?

Czerny westchnął.

— Myślałem, że pani zrozumie. Myślałem, że pani, jako lekarz, doceni… racjonalność naszego działania.

— Racjonalność? — Anna poczuła gniew. — Zabijanie ludzi to racjonalność?

Czerny pokręcił głową.

— My nie zabijamy, doktor Morawiec. My… pomagamy przejść tym, którzy i tak już umierają. I dajemy ich ciałom cel. Szlachetny cel.

— Jaki cel? Handel organami?

Czerny uśmiechnął się smutno.

— To nie jest handel. To jest… redystrybucja. Ci ludzie, którzy umierają w szpitalu — starzy, chorzy, samotni — ich organy by się zmarnowały. My dajemy im szansę uratować kogoś innego.

Anna była wstrząśnięta.

— Słuchacie siebie? To są ludzie! Nie części zamienne!

Czerny zrobił krok bliżej.

— Ależ to właśnie są części zamienne, doktor Morawiec. W sensie biologicznym. I społecznym. Te osoby już nie miały nic do zaoferowania światu. Ale ich ciała… ich ciała mogą dać życie bogatym, produktywnym ludziom, którzy mają jeszcze lata przed sobą.

Anna poczuła obrzydzenie.

— Jesteście potworem.

Czerny pokręcił głową.

— Jestem realistą. I jestem kapłanem nowej religii — religii, która nie marnuje nic. Nawet śmierci.

Robert podszedł bliżej, trzymając coś w ręku. Anna zobaczyła strzykawkę.

— Co zamierzacie zrobić? — zapytała, czując rosnącą panikę.

Czerny spojrzał na Roberta, potem na Annę.

— Nie chcę pani krzywdzić, doktor Morawiec. Naprawdę. Ale nie mogę pozwolić, żeby pani zniszczyła to, co budowaliśmy przez lata.

— Ludzie będą mnie szukać!

— Będą — zgodził się Czerny. — I znajdą panią. Za kilka dni. W pani mieszkaniu. Oficjalna przyczyna zgonu: przedawkowanie leków. Tragiczna śmierć młodej lekarki, która nie poradziła sobie z depresją po stracie dziecka.

Anna poczuła, jak świat wiruje wokół niej.

Robert zbliżył się, strzykawka gotowa.

Anna zrobiła jedyną rzecz, która przyszła jej do głowy.

Krzyknęła.

Głośno, przenikliwie, z całych sił.

Robert zawahał się.

I w tym momencie Anna pchnęła go mocno, rzucając się w stronę drzwi.

Wybiegła z magazynu, słysząc za sobą krzyki Roberta i Czernego.

Dobiegła do samochodu, wskoczyła, zamknęła drzwi i włączyła silnik z piskiem opon.

Odjechała, nie oglądając się za siebie.

Dopiero gdy dotarła do centrum miasta, zatrzymała się na poboczu i pozwoliła sobie na łzy.

Wiedziała, co zobaczyła.

Wiedziała, że ma dowody.

I wiedziała, że właśnie zaczęła walkę o życie.

ROZDZIAŁ 8: Menu degustacyjne

Anna Morawiec nie spała tej nocy. Siedziała w swoim mieszkaniu z wszystkimi zamkami pozamykanymi, zasłonami zasuniętymi, ze światłem zgaszonym, patrząc przez wizjer w drzwiach na klatkę schodową.

Czekała, aż Robert lub Czerny przyjdą po nią.

Ale nikt nie przyszedł.

Nad ranem, kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez szczeliny w zasłonach, Anna w końcu pozwoliła sobie zasnąć. Sen był krótki, pełen koszmarów — widziała pojemniki z organami, słyszała głos Czernego: „części zamienne”.

Obudziła się o jedenastej, czując się gorsza niż przed snem.

Telefon wibrował. Wiadomość od Kaśki — Katarzyny Wiśniewskiej, starej koleżanki ze studiów, która teraz pracowała jako dziennikarka śledcza w lokalnej gazecie.

„Anno, dawno się nie widziałyśmy! Mam dzisiaj wolny wieczór. Może kolacja? Słyszałam o nowej restauracji na starówce — „U Źródła”. Podobno genialna. Znam tam kogoś, mogę załatwić rezerwację. Co ty na to?”

Anna patrzyła na wiadomość, czując dziwne uczucie déjà vu.

„U Źródła”.

To było to słowo. To, które widziała w dokumentacji Kordeckiego. To, które przewijało się przez jej śledztwo jak złowroga nić.

Odpowiedziała:

„Dobry pomysł. O której?”

Odpowiedź przyszła natychmiast:

„19:00. Spotykamy się tam. Adres: Rynek Staromiejski 14. Ubierz się ładnie — to eleganckie miejsce 😊”

Anna odłożyła telefon.

To mogła być pułapka. Czerny mógł wiedzieć o jej przyjaźni z Kaśką. Mógł to zaaranżować.

Ale z drugiej strony… to mogła być szansa. Szansa, żeby zobaczyć, co kryje się za nazwą „Źródło”. Żeby odkryć kolejny element układanki.

Anna wzięła prysznic, ubrała się i wyszła z mieszkania. Przez resztę dnia próbowała funkcjonować normalnie — poszła do pracy, odbyła rundę, rozmawiała z pacjentami. Ale w głowie wciąż wirowały myśli.

Wieczorem, o osiemnastej trzydzieści, Anna wróciła do domu, przebrała się w jedyną elegancką sukienkę, którą miała — ciemną, prostą, do kolan — i pojechała na starówkę.


Rynek Staromiejski w Toruniu o dziewiętnastej wieczorem był piękny. Gotyckie kamienice oświetlone ciepłym światłem latarni, brukowane uliczki, turyści spacerujący wolno, podziwiając architekturę.

Anna zaparkował nieopodal i ruszyła w stronę numeru czternaście.

Restauracja „U Źródła” mieściła się w jednej z najstarszych kamienic na rynku — budynku z XIV wieku, z czerwonej cegły, z małymi oknami i masywnym drewnianym drzwiami.

Nad drzwiami wisiała dyskretna mosiężna tabliczka: „U Źródła — Haute Cuisine”.

Anna pchnęła drzwi i weszła do środka.

Wnętrze restauracji było… zachwycające. Ściany z odkrytej cegły, drewniane belki stropowe, białe obrusy na stolikach, kryształowe kieliszki, delikatne oświetlenie ze świec. W tle ciche dźwięki jazzu. W powietrzu unosił się zapach rozmarynu, czosnku, czegoś pieczonego.

Wyglądało jak miejsce, które mogłoby mieć gwiazdkę Michelin.

Przy wejściu stała młoda kobieta w czarnym garniturze — hostessa, z uśmiechem wyćwiczonym do perfekcji.

— Dobry wieczór. Czy ma pani rezerwację?

— Tak. Na nazwisko Wiśniewska.

Hostessa sprawdziła w komputerze.

— Oczywiście. Pani koleżanka już czeka. Proszę za mną.

Anna ruszyła za nią przez salę. Restauracja była pełna — może dwadzieścia stolików, wszystkie zajęte. Klienci wyglądali na zamożnych: eleganckie ubrania, cicha, dyskretna rozmowa, kieliszki z drogim winem.

Kaśka siedziała przy stoliku w rogu, uśmiechnięta, machająca ręką.

— Anno! Nareszcie!

Katarzyna Wiśniewska miała trzydzieści pięć lat, była niższa od Anny, z krótkimi, rudymi włosami i zielonymi oczami pełnymi życia. Pracowała jako dziennikarka śledcza od dziesięciu lat i miała opinię kogoś, kto nie odpuszcza, dopóki nie odkryje prawdy.

Anna usiadła naprzeciwko niej.

— Cześć, Kaśka. Dawno się nie widziałyśmy.

— Za długo! — Kaśka nalała jej wina z butelki już otwartej na stole. — Musisz spróbować. To chianti z dziewięćdziesiątego ósmego. Genialne.

Anna wzięła kieliszek, ale nie piła. Chciała mieć jasny umysł.

— Jak się masz? — zapytała Kaśka. — Wyglądasz… zmęczona.

— Ciężki tydzień — odpowiedziała Anna. — Dużo dyżurów.

— Rozumiem. — Kaśka spojrzała na menu. — Ale dzisiaj odpuść sobie pracę. Jesteśmy w najlepszej restauracji w Toruniu! Wiedziałaś, że mają rezerwacje na trzy miesiące w przód? Miałam szczęście, że znałam kogoś.

Anna wzięła menu. Było eleganckie, w skórzanej oprawie, z kaligrafią wypisaną ręcznie.

„U Źródła — Filozofia kuchni”

W naszej restauracji wierzymy, że jedzenie jest sztuką. Każde danie opowiada historię. Każdy składnik pochodzi z etycznych, lokalnych źródeł. Szanujemy tradycję, ale tworzymy nowe smaki.

Anna przewertowała strony. Dania brzmiały luksusowo:

— Carpaccio z młodego cielęcia z rozmarynem i parmezanem

— Risotto z grzybami leśnymi i truflami

— Filet z jelenia w sosie borówkowym

— Befsztyk wołowy z grilla z karmelizowaną cebulą

— Wszystko wygląda pysznie, prawda? — Kaśka uśmiechnęła się. — Ale słyszałam, że prawdziwa specjalność to danie firmowe. Nie ma go w menu. Musisz zapytać kelnera.

Anna zmarszczyła brwi.

— Danie firmowe?

— Tak. Podobno serwują je tylko wybranym klientom. — Kaśka nachyliła się bliżej, ściszając głos. — I podobno jest… niezwykłe.

W tym momencie podszedł kelner — młody mężczyzna w białej koszuli i czarnej muszce, z wyrazem twarzy profesjonalnego uśmiechu.

— Dobry wieczór, panie. Czy mogę przyjąć zamówienie?

Kaśka zamówiła risotto. Anna zawahała się.

— Słyszałam — powiedziała — że macie danie firmowe. Coś, czego nie ma w menu.

Kelner spojrzał na nią uważnie.

— Tak, mamy. Ale to danie jest serwowane tylko… na specjalne zamówienie.

— Chciałabym je spróbować.

Kelner zawahał się.

— Czy pani jest… zarejestrowana w naszym klubie stałych klientów?

Anna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ale wtedy Kaśka wtrąciła się:

— Moja koleżanka przychodzi na moje zaproszenie. Jestem członkiem klubu.

Kelner skinął głową.

— W takim razie proszę chwilę poczekać. Zapytam szefa kuchni.

Odszedł.

Anna spojrzała na Kaśkę.

— Jesteś członkiem klubu?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 89.8