E-book
16.38
drukowana A5
72.06
drukowana A5
Kolorowa
111.25
Szpieg. Najstarszy zawód świata

Bezpłatny fragment - Szpieg. Najstarszy zawód świata

Objętość:
487 str.
ISBN:
978-83-8155-889-1
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 72.06
drukowana A5
Kolorowa
za 111.25

Wstęp

Żyjemy w czasach, gdzie dostęp do informacji jest łatwy i osiągalny dla każdego jak nigdy wcześniej w historii ludzkości. Wiadomość o wydarzeniu w najdalszym zakątku ziemi w ciągu kilku sekund dociera do odbiorców na całym świecie. Jednak nadmiar informacji niesie ze sobą zagrożenie — dezinformację. Społeczeństwo staje się coraz bardziej nieświadomym konsumentem zafałszowanej rzeczywistości. Brak refleksji nad przekazem mediów powoduje, że zamiast starać się szukać wielu odpowiedzi, wybieramy te najłatwiejsze do zrozumienia. Niski współczynnik świadomości społecznej jest zagrożeniem, że do władzy mogą dojść oszuści i socjopaci, którym udało się kupić nieświadomych obywateli.

Kilka lat temu prowadziłem prelekcje o Kresach Wschodnich dla pewnej organizacji. Wspomniałem moim słuchaczom o zamachu na cara Aleksandra II z 1881 roku. Niewielu z nich wiedziało, że dokonał go młody polski szlachcic Ignacy Hryniewiecki. Zarówno on, jak i car zginęli. Wtedy wśród słuchaczy zawiązała się dyskusja. Część z nich stwierdziła, że tylko Polacy są zdolni do tak heroicznych czynów i potrafią walczyć o wolność, gdy inni nie mają odwagi. Według niektórych Rosjanie po prostu się nas boją, bo nie dość, że kiedyś jako jedyni zdobyliśmy Moskwę, to jeszcze zabiliśmy im cara. Na sali zaczęły pojawiać się coraz bardziej radykalne poglądy. Żaden ze słuchaczy nie próbował poznać szczegółów tej historii. Nikt nie wiedział, że car Aleksander II rozpoczął reformy, które miały stopniowo wprowadzać w Rosji zmiany ustrojowe, odchodząc od absolutyzmu. Po jego śmierci syn Aleksander III cofnął reformy ojca, umacniając władzę absolutną. Fakt ten był przyczyną powstawania coraz większych dysproporcji społecznych, a w konsekwencji w przyszłości utorował komunistom drogę do objęcia władzy. Hryniewiecki stał się pożytecznym idiotą, który karmiony skrajnymi rewolucyjnymi poglądami nieświadomie zmienił bieg historii. Dyskusja w grupie zakończyła się na jałowym sporze o nieistotne fakty.

Kiedy 10 kwietnia 2010 roku byłem w Smoleńsku podczas katastrofy prezydenckiego tupolewa, nie przypuszczałem, że wydarzenie to zostanie w przyszłości wykorzystane do gry politycznej bez zachowania zdrowego rozsądku. Nie spodziewałem się, że duża część Polaków będzie wierzyć w najbardziej abstrakcyjne historie podsuwane im przez polityków. Tak samo jak słuchający historii Hryniewieckiego radykalizują swoje poglądy, nie zadając obiektywnych pytań, by poznać cały kontekst wydarzenia. Niestety niski współczynnik świadomości społecznej polskiego społeczeństwa jest faktem. Niesie ze sobą wielkie zagrożenie. Daje wielki oręż obcym wywiadom do manipulacji i kreowania rzeczywistości pod swoje dyktando.

Pomysł powstania tej książki zrodził się kilka lat temu, kiedy zacząłem zajmować się kwestiami ogólnie rozumianego bezpieczeństwa państwa. Poznałem osoby związane z tą branżą — byłych oficerów wywiadu, nauczycieli akademickich i pisarzy. Przede wszystkim miałem zaszczyt poznać dr Edwarda Kotowskiego — rezydenta wywiadu PRL w Watykanie. Jednego z najsłynniejszych szpiegów na świecie. Stał się on nie tylko moim przewodnikiem po świecie wywiadu, ale także mentorem i nauczycielem.

Poprosiłem go, by to jego historia stała się tematem przewodnim książki i została opowiedziana przez niego osobiście jako świadka wydarzeń. Chciałbym, aby czytelnik po lekturze tej książki poznał i zrozumiał, jak wygląda świat z perspektywy szpiega. Świat, w którym nic nie jest takie, na jakie wygląda. Przedstawione zostaną nie tylko fakty z czasów przed rokiem 1989, ale także to, co stało się w 2009 roku, kiedy to gra aktami IPN-u doprowadziła do dekonspiracji Kotowskiego i niesłusznych oskarżeń. Wydarzenie to według moich dziennikarskich badań mogło być szeroko zakrojoną operacją obcych służb, na co wskazują pewne poszlaki przedstawione w książce. Wierzę, że niniejsza publikacja stanie się przyczynkiem do dyskusji o roli służb w zapewnianiu bezpieczeństwa państwa. Uświadomi rolę polityków, których nieudolność jest w stanie zaprzepaścić osiągnięcia nawet najlepszego wywiadu na świecie.

Rafał Barnaś

Rozdział I 
Kiedy i jak narodziło się szpiegowanie?

Rafał Barnaś
Opracowane na podstawie wybranych zdarzeń z historii szpiegostwa

Wydaje się, że szpiegowanie narodziło się na etapie homo sapiens, kiedy to człowiek uświadomił sobie, że uważna obserwacja zjawisk, jakie zachodzą w przyrodzie, daje możliwości ich wykorzystania do przetrwania w świecie, gdzie najmniejszy błąd decydował o tym, czy dane zdarzenie przeżyje, czy też nie.

Znajdowało to wyraz w obserwacji nie tylko zjawisk wielkich, ale i tych, które działy się blisko, wokół, a miały wpływ na skuteczne zbieractwo pożywienia, polowania czy zabezpieczanie się przed żywiołami natury.

Później to szpiegowanie przeniosło się na więzi rodzinne, a jego celem było budowanie wzajemnej lojalności służącej przetrwaniu rodziny i budowaniu jej pozycji wśród innych.

Następnie kształtowało podstawowe komórki plemienne jako zalążki życia społecznego, stopniowo ewoluując w kierunku państwa. Celem tego szpiegowania było, wzorem szpiegowania rodzinnego, dbanie o lojalność grupową, wewnątrzplemienną i strzeżenie bezpieczeństwa plemienia w aspekcie wewnętrznym i zewnętrznym.

To szpiegowanie polegało głównie na wzajemnej obserwacji, czy to członków rodziny, czy plemienia, i korygowaniu wykrytych nielojalnych zachowań. W interesie tych grup i zbiorowości oraz w obronie tych interesów przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi w trakcie bytowania.

Jak widać, szpiegowanie jest sztuką tak starą jak sam homo sapiens. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest to najstarszy zawód świata. Można się domyślać, że przedstawicielki zawodu powszechnie uważanego za najstarszy najpierw musiały szpiegować, by wiedzieć, gdzie najlepiej sprzedać swoje wdzięki. Stąd tytuł niniejszej książki — Szpieg. Najstarszy zawód świata.

Dzisiaj również każdy przedstawiciel gatunku w sposób indywidualny i właściwy sobie szpieguje na własny użytek, czy to w rodzinie, czy w miejscu pracy, lub ma w tym inny cel, np. zawodowy. Stało się to immanentną cechą ludzi i tak długo, jak będzie trwał homo sapiens, będzie istnieć szpiegowanie.

Profesja szpiega była znana ludzkości od momentu powstania pierwszych cywilizacji — jak tylko powstały organizmy państwowe, ich władcy marzyli, by wiedzieć, co dzieje się u ich sąsiadów. Najlepiej było pozyskiwać informacje niezbyt oficjalnymi kanałami, a więc za pomocą szpiegów.

Historia szpiegowania nie jest tak dobrze znana jak inne wydarzenia historyczne, które były przedmiotem oddziaływania licznych szpiegów i ich organizacji. Jest to zrozumiałe, gdyż ta działalność była tajna i nikt w odróżnieniu od naszego IPN-u nie ujawniał publicznie dokumentów, jakie wytwarzali szpiedzy, bo mogły być wykorzystane przez przeciwników, nawet wiele lat po zdarzeniach, których dotyczyły. Nieprzypadkowo mówi się, że szpiedzy innymi szpiegami interesują się aż do końca ich dni, a nawet i dłużej, bo w swoich zapiskach mogą pozostawić informacje, które da się spożytkować wiele dziesiątków lat później.

Nie roszcząc sobie pretensji do naukowego puszenia się i posługiwania aparatem naukowym, bo nie taki jest cel tej publikacji, warto jednak przytoczyć, korzystając już z istniejących opracowań, trochę wiadomości na temat historii szpiegowania. Z góry tym autorom dziękuję, co prawda nie imiennie, bo to niemożliwe, ale szczerze.

Warto zacząć od Aleksandra Wielkiego, o którym wiadomo, że przeglądał korespondencję swoich żołnierzy: „Jeden z największych, jeśli nie największy wódz w dziejach ludzkości Aleksander Wielki miał swój sposób na sprawdzanie lojalności podległych mu żołnierzy i dowódców. Jego zaufani czytali ich listy. Podczas oblężenia Halikarnasu w 334 roku p.n.e. zezwolił żołnierzom pisać listy do rodzin, po ich lekturze przez zaufanych wodza odsyłano do domów tych, którzy wyrażali swoje niezadowolenie oraz krytykowali Aleksandra Wielkiego”. Trzeba też wspomnieć i o tym, że starożytni Rzymianie — do czasu — nie doceniali roli szpiegów, a za to Hindusi wiedzieli, jak ma wyglądać dobry szpieg, nawet fizycznie, nie mówiąc o predyspozycjach psychicznych: „W hinduskich poematach znajdują się instrukcje, co do wyglądu szpiega. Przede wszystkim mieli się nie rzucać w oczy, wcześniej winni być dokładnie sprawdzeni pod kątem nie tylko lojalności, ale także wytrzymałości na trudy podróży, głód i inne niedogodności. Kolejne rady dla władców były takie, aby posyłał on szpiegów nie tylko do wrogów, ale także do ludzi ze swojego najbliższego otoczenia, a nawet członków rodziny, bo winien on pamiętać o podstawowej zasadzie: nie ufać nikomu”. Hindusi „jako pierwsi wykorzystali kobiety do najbardziej niebezpiecznych zadań, kiedy to jako szpiedzy miały najpierw uwodzić mężczyzn, a potem ich zabijać. Legendy krążyły o japońskich wojownikach i szpiegach ninja, którzy tak naprawdę nie nosili czarnych strojów, jak to widzimy na sensacyjnych filmach, bo rzucaliby się wtedy w oczy, tylko przebierali się za kapłanów i muzyków, wyciągając potem potrzebne im informacje”. Nic dziwnego, że i dzisiaj ten koloryt szpiegowskiego zawodu jest tematem filmów fabularnych.

Jeden ze znanych badaczy tego problemu pisze następująco: „Bardzo znany był francuski szpieg Chevalier d’Eon, dyplomata, mason, który podawał się za kobietę, nosił damskie stroje i tak się idealnie kamuflował, iż wielu za jego życia uważało, że naprawdę jest niewiastą. O szpiegach mówiło się sporo już w starożytnej Grecji, a w czasach imperium rzymskiego każdy arystokrata miał swoją siatkę agentów. Co ciekawe, nawet szefowie współczesnych służb wywiadowczych chętnie sięgają do klasyki, radząc adeptom szkół szpiegowania, by zapoznali się z dziełami rzymskiego poety Juwenala, historyka Swetoniusza i gen. Sulli. Starożytni przykładali ogromną wagę do szkolenia szpiegów, uczono ich wnikania w psychikę tych, których mieli rozpracować, dziś nazwano by to korzystaniem z psychologicznego portretu wroga. Uczono też spostrzegawczości i wyciągania wniosków z prowadzonych obserwacji. W 405 roku przed Chrystusem spartański szpieg w Aegospotami donosił, że Ateńczycy nie postawili straży przy flocie, którą dzięki tej informacji zaatakowano i zniszczono. Początkowo Rzymianie uważali, że są zbyt szlachetni, by brudzić sobie ręce szpiegowaniem, szybko jednak uznali, że muszą stworzyć całą siatkę szpiegów, tego wymagał interes imperium. Jednak początki były trudne, skoro — jak pisze Liwiusz — Gallowie podeszli pod Rzym niezauważeni i dopiero gęganie gęsi kapitolińskich zaalarmowało obrońców. Tego błędu nie popełnili Kartagińczycy: podczas drugiej wojny punickiej ich słynny wódz Hannibal miał swoje wtyczki w Rzymie. Uznawany za militarnego geniusza rzymski cesarz Juliusz Cezar popełniał błędy, jeśli chodziło o rozpoznanie wroga, nie postawił mocno na szpiegowskim zwiadzie. Kiedy więc Cezar chciał podbić Brytanię, zarządził tajną operację, której celem było zebranie informacji o brytyjskich zwyczajach, portach i taktyce wojskowej. W tym celu wysłano statek dowodzony przez Gaiusa Volusenusa. Jakiś czas potem Volusenus przysłał pierwszy raport, był on jednak niedokładny, niepełny i jego efektem było to, że pierwsza inwazja Cezara zakończyła się niepowodzeniem właśnie w dużej mierze ze względu na nieodpowiednie przygotowanie wywiadowcze. Natomiast szpiedzy imperatora w samym Rzymie byli sprawniejsi, skuteczniejsi, ale okazało się ostatecznie, że oni też w jakimś stopniu zawiedli. Gdyby bowiem prowadzili dobrze swoją robotę uchroniliby cesarza przed skrytobójczym mordem, a porwali się na Juliusza Cezara ludzie z jego najbliższego otoczenia. Choć trzeba oddać sprawiedliwość, że szpiedzy na krótko przed zamachem dysponowali nazwiskami spiskowców, powiadomili o tym cesarza, ten jednak nie zarządził akcji, która miałaby uratować mu życie. Zamiast wysyłać tajnych agentów, którzy donosiliby o poczynaniach sąsiednich plemion, do 100 roku n.e. Rzymianie woleli opierać się na budowie systemu obronnego, doraźnych działaniach wywiadowczych na terytorium wroga. Szpiegowanie pleniło się na terenie samego Rzymu — każdy arystokrata miał prywatną siatkę informatorów i agentów. Dopiero w II wieku po Chrystusie Rzymianie powołali instytucję, którą można nazwać tajną służbą. Byli to frumentarii, czyli zbożownicy, przodkowie współczesnych CIA, KGB i MI6. Ich pierwotną funkcją było skupowanie zboża i jego dystrybucja, a później łączyli role poborcy podatkowego, kuriera, tajnego policjanta, politycznego skrytobójcy i szpiega”.

Jak powszechnie wiadomo, a warto to powtórzyć, szpiegowanie jest tak stare jak historia świata, a wykradanie sekretów i dezinformacja przeciwników to działania znane od najdawniejszych czasów. W związku z tym nie ma możliwości ustalić, kto pierwszy trudnił się tym zawodem ani kto pierwszy świadomie, w ramach zaplanowanych działań, użył szpiegów w akcji. Pisze się, że z usług szpiegów miał korzystać już Mojżesz, który miał wysłać dwunastu szpiegów do Kanaan z zadaniem wszechstronnego rozpoznania tej krainy pod względem geograficzno-przyrodniczym, ludnościowym, a także jej zdolności obronnych. Interesowało go: „Jaki jest kraj, w którym on mieszka: dobry czy zły, i jakie miasta, w których on mieszka: obronne czy bez murów? Potem były bardziej konkretne instrukcje dla tych, którzy mieli ocenić żyzność ziem, ilość zwierząt tam trzymanych itd.”.

Byłoby truizmem powtarzanie, że zawód szpiega był znany ludzkości już na etapie zrodzenia się pierwszych cywilizacji, w momencie utworzenia się zrębów państwowych. Z uzasadnionych interesów rządzonego przez siebie państwa ci, co władali państwami, pragnęli bowiem poznać prawdziwe wiadomości na temat tego wszystkiego, co się działo w krajach sąsiednich. A najlepiej było to zrobić w sposób tajny, a więc z udziałem siatek szpiegowskich.

W tej sytuacji naturalna jest ciekawość, kim są szpiedzy? Jakie osoby najbardziej się do tego nadają? I oto padają takie odpowiedzi: „Tak naprawdę każdy może zostać szpiegiem. Pamiętajmy jednak, że istnieją szczególne profesje, które sprzyjają szpiegowaniu. Najbardziej ułatwioną sprawę mają tutaj kupcy, którzy w ramach swojej profesji podróżują po różnych krajach, zatem mogą swobodnie zbierać informacje w trakcie wykonywania swojego zawodu”. Ale także i ta: „Nie brakuje również szpiegów wśród przedstawicieli innych niż mieszczanie stanów społecznych. Znane są liczne przypadki, w których rycerze, zwłaszcza ci posiadający dobra przygranicznie (albo położone po dwóch stronach granicy, co nie jest w średniowieczu jakoś szczególnie dziwne), działali jako wywiadowcy. Szpiegowali również duchowni, co pewnie nie zadziwi, bo księża mają całą masę możliwości pozyskiwania informacji. Funkcje szpiegów niejednokrotnie pełnili również dyplomaci. Co ciekawe w źródłach niewiele informacji jest o artystach, którzy zabawiali się w szpiegów, choć teoretycznie ich profesja mogłaby sprzyjać działaniom wywiadowczym”.

W tym miejscu, niejako na marginesie, warto wspomnieć, sięgając głębiej do historii, o tym, że Sobór Laterański w 1116 roku ustanowił spowiedź „na ucho”. Taka forma spowiedzi pozwalała na sprawowanie większej kontroli nad ludźmi oraz na „wywiad środowiskowy”.

No dobrze, ale warto zastanowić się, jakie cechy powinien posiadać idealny szpieg. Oto odpowiedź oparta na wynikach badań przeprowadzonych przez badacza w średniowieczu, ale aktualnych również dziś: „Przede wszystkim dobrze jest, jeśli potencjalny wywiadowca zna język, jakim posługują się w szpiegowanym kraju. Prychniecie pewnie pod nosem, myśląc, że to w średniowieczu nie trudne, bo przecież wszyscy równo, jak jeden mąż mówili po łacinie. Niestety to znaczne uproszczenie i jeden z mitów, jakie gdzieś się tam wpaja na etapie szkoły podstawowej. Średniowiecze to okres, w którym powstają i rozwijają się języki narodowe, zaś łacina jest językiem wykształconych. Warto zatem, żeby szpieg znał jakiś język obcy, najlepiej język narodowy kraju, w którym będzie szpiegował. Jeśli jedzie do Królestwa Polskiego na misję — świetnie, jeśli zna polski, przynajmniej nie będzie musiał szukać tłumacza. Drugą sprawą są kontakty. Dobrze mieć w kraju szpiegowanym kontakty, zwłaszcza wśród ludzi na wysokich stanowiskach. Ze źródeł znane są przykłady dotyczące szpiegów krzyżackich, którzy mieli w swojej rodzinie, mieszkającej w Królestwie Polskim, osoby blisko współpracujące z najważniejszymi dostojnikami państwowymi. Takie osoby są cennym źródłem informacji — przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie podejrzewał własnego brata/kuzyna/wuja/krewnego o szpiegowanie dla sąsiedniego państwa, więc dlaczego by nie powiedzieć mu o ruchach wojsk, zamiarach monarchy czy czymkolwiek takim”.

Skoro mowa o tym okresie naszych dziejów, to warto zacytować jeszcze jeden fragment, którego wymowa ma także uniwersalny charakter. Cytat ten odnosi się do kategorii superszpiegów: „W historii zdarzają się postacie wybitne. I nie zaskoczę raczej nikogo stwierdzeniem, że również wśród średniowiecznych wywiadowców zdarzały się jednostki wyjątkowe, można ich określić mianem niemal superszpiegów. Zdecydowanie warto w tym miejscu wspomnieć o Pietraszu Czyresie z rodu Szeligów, który przez prawie dwadzieścia (!) lat szpiegował na rzecz Zakonu Krzyżackiego. Człowiek ten, mimo że pochodził z polskiego rodu szlacheckiego, osiedlił się w krzyżackim Toruniu, gdzie początkowo próbował swoich sił w administracji miejskiej, jednak nie wiodło mu się tam za dobrze. W pewnym momencie sam, z nieprzymuszonej woli zaproponował miejscowym urzędnikom zakonnym, że będzie szpiegował na rzecz Krzyżaków. Jak zapowiedział tak zrobił, aktywnie zbierał informacje, a miał do tego warunki idealne, bo nie dość, że znał język polski, był kupcem, to jeszcze w swojej rodzinie miał człowieka, który był w bliskich stosunkach z jednym z ważniejszych możnowładców w kraju. Co ciekawe informacje dostarczane przez niego były dla Krzyżaków tak istotne i tak ważne, że człowiek ten utrzymywał osobiste kontakty z jednym z wielkich mistrzów, otrzymując bezpośrednio od niego misje i zdając jemu raporty. Oczywiście za wszystko był sowicie opłacany, co możemy wywnioskować z licznych dokumentów (w tym rachunków) pozostawionych przez Krzyżaków. Innym, jeszcze ciekawszym przykładem, superszpiega jest człowiek, który podpisywał się w listach i raportach inicjałem „N.S.” bądź jako „N.S. Arman”, który działał w przededniu wojny trzynastoletniej na dworze króla Kazimierza Jagiellończyka. Człowiek ten najprawdopodobniej przedostał się do otoczenia polskiego monarchy i stamtąd na bieżąco donosił o sytuacji politycznej w Królestwie. Tajemnicą dla nas pozostają jego personalia — nigdy nie udało się potwierdzić, kim był ten człowiek, jakiego był stanu społecznego ani skąd pochodził. Można więc śmiało powiedzieć, że nigdy nie został wykryty (gdyby tak się stało pewnie zachowałyby się przekazy w kronikach polskich, u takiego Długosza na przykład)”.

I inny ciekawy cytat: „Wśród znanych wzmianek pojawia się jedna dotycząca muzyków, dokładnie pewnego flecisty, działającego w otoczeniu Witolda. Profesja muzykanta w średniowieczu mogłaby się wydawać idealna dla celów szpiegowskich, jednak warto zwrócić uwagę, że taka osoba miałaby ograniczoną możliwość kontaktów ze swoimi przełożonymi. Jak książę Mieszko pierwsze „służby” przyszłej Polsce budował…”.

W Rzeczypospolitej aż do rozbiorów nigdy nie doszło do instytucjonalnego ukształtowania się służby wywiadu. Nie znaczy to jednak, że nie prowadzono różnorakich działań szpiegowskich. Każdy szanujący się władca chciał mieć swoje oczy i uszy na dworach najważniejszych graczy politycznych oraz potencjalnych i aktualnych wrogów. Od dobrego rozpoznania sytuacji zależały udane operacje wojskowe, spiski oraz liczne aranżowane małżeństwa. Możemy śmiało założyć, że ilość potrzebnych informacji nie odbiegała od tego, co dziś jest potrzebne do sprawnego funkcjonowania państwa. Operacje wywiadowcze realizowane były na różnych szczeblach władzy i z różnym natężeniem — w zależności od bieżących potrzeb państwa, jego możliwości organizacyjno-finansowych, a także indywidualności władców i dowódców. Na uwagę zasługuje w tym kontekście unikalność i rozmach działań informacyjno-wywiadowczych pierwszych Piastów.

Mieszko I, ten książę „odziany w kożuch” — jak pisał niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga — miał wiedzę wystarczającą, aby objąć swoimi zainteresowaniami i działaniami obszar sięgający od Skandynawii poprzez tereny Związku Wieletów po Księstwo Czeskie, Królestwo Niemieckie, Królestwo Węgierskie i Rzym. Wiedza jego syna, Bolesława, była dużo szersza i głębsza, zważywszy chociażby na jego kontakty w Bizancjum i we Włoszech czy interwencje na Rusi. Skąd takie umiejętności? Należy przede wszystkim pamiętać o tym, że państwo Polan jednoczyło ziemie głównie metodą podboju wewnętrznego, a następnie kontrolowało je i zarządzało nimi w oparciu o drużynę, system grodów i ponadplemienne instytucje centralne.

Aby zabezpieczyć jedność młodego państwa pierwsi Piastowie musieli dysponować zaufanym kanałem informacji, aby właściwie reagować na wszelkie tendencje odśrodkowe lub zagrażające ich władzy. Od czasów antycznych wojny wymagały przede wszystkim sprawnego wywiadu, który dziś nazwalibyśmy wojskowym. Pierwsza wzmianka o jego istnieniu odnosi się do zapisków na temat komesa Wichmana, który występował kilkakrotnie przeciwko królowi Niemiec — Ottonowi II, ale za każdym razem pokonany znajdował schronienie wśród plemion słowiańskich na północy. Według kronikarza saskiego Widukinda Wichman „króla Mieszka (…) dwukrotnie pokonał, zabił jego brata, wielki łup od niego wycisnął”.

Polski władca szybko wyciągnął wnioski ze swoich porażek i ostatecznie położył kres działalności Wichmana m.in. dzięki swojemu wywiadowi. Według Widukinda Wichman wrócił do swoich wieleckich sojuszników i „tutaj zmawiał się ze Słowianami, którzy nazywali się Wolinianami, jak mogliby Mieszka… nawiedzić wojną; co doszło do jego [Mieszka] wiadomości”.

Polski książę, dysponując z wyprzedzeniem tego typu informacją (najprawdopodobniej miał swoich szpiegów wśród Wolinian lub coś, co dziś nazwiemy „osobowymi źródłami informacji”), postawił natychmiast swoją drużynę w stan gotowości, wzmacniając ją jeszcze dwoma hufcami jazdy czeskiej. Do bitwy z Wolinianami doszło 21 września 967 roku. Mieszko odniósł pełne zwycięstwo, a Wichman stracił życie. W kontekście potencjalnych działań wywiadowczych Mieszka I zwraca także uwagę bitwa pod Cedynią, do której doszło 24 czerwca 972 roku między wojskami polskiego księcia a margrabiego Marchii Łużyckiej Hodona.

Wojska Hodona wyruszyły z Magdeburga i przeszły przez terytoria słowiańskich plemion Wieletów i Obodrzyców. Głębokie rozpoznanie Mieszka I działało sprawnie, gdyż jego wojska, prawdopodobnie uprzedzone, czekały już u brodu na Odrze nie tylko w gotowości, ale i z obmyśloną koncepcją przeprowadzenia bitwy (wciągnięcie wojsk niemieckich w pułapkę, kontratak przy pomocy sił dowodzonych przez brata Mieszka, Czcibora). Nie dowiemy się, czy Mieszko uzyskał informacje o wyprawie Hodona już w momencie wymarszu jego wojsk z Magdeburga, czy dopiero gdy przechodziły one przez terytoria neutralnych Wieletów i Obodrzyców (bardziej wiarygodna wydaje się ta druga wersja).

Doświadczenia ojca wykorzystał i na niespotykaną skalę rozwinął Bolesław Chrobry, tocząc długotrwałe wojny z Henrykiem II. Już Mieszko I „mącił i knuł” w Niemczech, popierając przeciwników Ottona II i Ottona III. Bolesław rozwinął te wszystkie działania, wchodząc w bliskie kontakty z licznymi wielmożami niemieckimi opozycyjnymi wobec Henryka II, którzy dostarczając mu kluczowych danych, wiązali się z władcą Polski na śmierć i życie. W rezultacie miał on informatorów w najbliższym otoczeniu Henryka II. Gdy w 1007 roku król Niemiec po tajnej naradzie zdecydował o zerwaniu pokoju z Polską, Bolesław — jak pisze Thietmar — dowiedział się o tym „od pośredników”, jeszcze zanim na dwór polski przybył oficjalny wysłannik z Niemiec.

Bolesław znał też w zarysie plany kolejnych wypraw Henryka II na Polskę (za wyjątkiem pierwszej), skutecznie je niwecząc. Henryk II zdawał sobie sprawę z wywiadowczych możliwości polskiego księcia. Potwierdzają to jego różne posunięcia, w tym prośba skierowana do najbliższych współpracowników, aby „wywiadywali się o tajnych spiskach Słowianina i, o ile możliwości, starali się dostać w swoją moc jego szpiegów”. Najczęściej pozostawał jednak wobec działań Bolesława bezsilny. Niezadowolony z rezultatów wyprawy w 1005 roku kazał powiesić w Fallersleben rycerza Bruncjona z Merseburga, a spośród Słowian „możnego Borysa i Wszemysła”. Natomiast przed wyprawą w 1017 roku, chcąc uchronić się przed szkodliwym przeciekiem informacji, zakazał przyjmowania i wysyłania posłów do polskiego księcia oraz polecił „wyśledzić tych, którzy ośmielili się tak dotychczas postępować”. Nie można tu wykluczyć, że wymienieni powyżej skazańcy to pierwsi znani z nazwiska polscy szpiedzy lub TW. Powieszenie było bowiem karą hańbiącą, stosowaną wobec zdrajców. Skoro nie zginęli od miecza, musiano im dowieść zdrady. W kronice Thietmara z Merseburga pojawia się Niemiec (kronikarz pisze „jeden z naszych”) szpiegujący dla Bolesława. Jest to kapelan biskupa Reinberna, niestety nieznany z nazwiska, który w 1004 roku uprzedzał przebywającego w Pradze Bolesława o wysłanych potajemnie przez Henryka II wojskach mających pochwycić lub zabić polskiego księcia.

O zdumiewającym zakresie działań wywiadowczych Bolesława świadczy następujący fakt: gdy po zawarciu pokoju z Polską w 1013 roku Henryk II udał się do Papieża, aby koronować się na Cesarza Rzymskiego, polski władca podjął próby przeszkodzenia w koronacji. W tym celu wysłał szpiegów do Rzymu i „wywiadywał się po cichu, jak stoją sprawy króla w tamtych stronach oraz starał się zbuntować kogo mógł przeciw niemu”. Wielka operacja wywiadowcza towarzyszyła również dyplomatycznej akcji uwolnienia syna Bolesława, Mieszka II, najpierw z rąk czeskich, a później niemieckich.

Warto poświęcić kilka słów współpracownikom Bolesława w prowadzeniu działań wywiadowczych. Był nim z pewnością opat Tuni (Antonius, uczeń św. Brunona), „mnich z powierzchowności, a chytry jak liszka z czynów swoich, za co był przez swojego pana tak lubiany”. Posłował on kilkakrotnie w imieniu Bolesława i był wprost posądzany o szpiegostwo. To samo dotyczy rycerza Stoigniewa. Posłował on dwukrotnie w 1015 roku do Niemiec, aby poprawić stosunki bilateralne, ale według Thietmara jego rzeczywistym celem było „sianie zamętu”. Interweniował w sprawie uwolnienia Mieszka II, nawiązywał tajne kontakty z antyhenrykowską opozycją, badał sytuację w przeddzień wybuchu kolejnego konfliktu zbrojnego pomiędzy oboma państwami. W końcu należy tu wymienić biskupa kołobrzeskiego Reniberna, którego kapelan tak przytomnie ostrzegał Bolesława w Pradze. Towarzyszył on córce Bolesława, która została wydana za księcia Świętopełka, patronował powstaniu silnego lobby propolskiego na Rusi, a w 1012 roku został uwięziony wraz z Bolesławówną przez Włodzimierza Wielkiego pod zarzutem, że „spiskują przeciwko niemu”, za namową władcy Polski. Zmarł w więzieniu w niewyjaśnionych okolicznościach.

Najważniejszą figurą w tej talii kart był jednak sam Bolesław Chrobry. Przyjaciele mówili o nim, że cechowały go przenikliwość, bystrość, orientacja w terenie, szybkość działania, a wrogowie, że był przebiegły, „chytry jak lis”, w „tysięcznych biegły sztuczkach”. Kroniki zgodnie podają, że był hojny, potrafił pozyskiwać sobie przyjaciół i sojuszników.

Podsumowując, można stwierdzić, że Mieszko I był spadkobiercą doświadczeń swoich przodków i wzbogacał je, w miarę jak rozrastało się jego państwo, a Bolesław Chrobry wyniósł działania na „tajnym froncie” na wyżyny niespotykane w ówczesnej Europie: „Najcenniejsi szpiedzy w okresie średniowiecza wywodzili się z mieszczaństwa. Zakon Krzyżacki dużą część swoich „donosicieli” werbował wśród mieszczan i kupców. Dlatego, że byli to ludzie posiadający rozległe kontakty w wielu krajach, często podróżujący i znający osobiście wiele osób, w tym również znamienitych i wpływowych rycerzy, książąt, a nawet monarchów. Poza tym, wielu z nich znało obce języki, potrafiło czytać i pisać. Ludzie ci byli więc „pierwszorzędnym materiałem” na szpiegów. Do grona najlepszych krzyżackich szpiegów w latach 1410–1430 należał mieszczanin toruński Pietrasz Czyres (Czyris) z Sieradza (w polskich ówczesnych źródłach określany mianem Pietrasza Szeliga lub Scheliga). Pochodził ze szlacheckiego rodu Szeligów. Mieszkał w Toruniu od 1398 roku, w 1407 roku był ławnikiem, a w latach 1409–1411 rajcą miejskim. Początkowo nie cieszył się zaufaniem władz krzyżackich (w 1411 roku został usunięty z rady miejskiej), ale potem jego relacje z Zakonem zmieniły się na lepsze. Zaczął współpracować z Krzyżakami. Wielokrotnie pełnił misje szpiegowskie na obszarze Królestwa Polskiego. W swych podróżach kupieckich dotarł nawet na dwór króla Jagiełły, który zakupił od niego na sumę 1000 grzywien materiał na ubrania dla dworzan. Pierwsza wzmianka o szpiegowskiej misji Czyresa do Polski pochodzi z 1412 roku. Wielokrotnie mieszczanin toruński donosił Krzyżakom we własnoręcznie pisanych listach o sytuacji w Polsce, o działaniach króla Jagiełły i księcia Witolda, o ruchach wojsk polsko-litewskich. Były to informacje prawdziwe, pewne, niezwykle cenne dla Krzyżaków. Czyres był tak ważnym dla Zakonu szpiegiem, że wielokrotnie składał swe relacje osobiście wielkiemu mistrzowi (nie było to wówczas powszechnie stosowaną praktyką). Do czołowych krzyżackich szpiegów pochodzących z mieszczaństwa należał też Mikołaj Menczel z Łomży. Posiadał tartak nad Narwią na ziemiach należących do Krzyżaków (1405–1406). W lipcu 1409 roku informował Zakon o przygotowaniach Litwinów i Polaków do wojny z braćmi zakonnymi (na Litwę mieli wówczas przybyć Tatarzy przygotowujący się do walki z Krzyżakami). Dobrze zakonspirowany Menczel cały czas obracał się w otoczeniu księcia Witolda. Prowadził też działalność wywiadowczą na Mazowszu i na całej Litwie. Na rzecz Krzyżaków szpiegowała również cała mieszczańska rodzina Grunefeldów. Część jej członków mieszkała na Litwie, część na Rusi, inni w państwie krzyżackim (Działdowo). Ta doskonale rozwinięta i funkcjonująca „rodzinna siatka szpiegowska” dostarczała Krzyżakom cennych informacji o tym, co działo się w państwie Witolda, nawet na jego dalekich, wschodnich rubieżach. Działalność szpiegowską na rzecz Zakonu prowadził także mieszczanin toruński Albrecht Rebber. Przebywał on m.in. w Krakowie jako kupiec, skąd donosił Krzyżakom o nieudanej wyprawie Władysława Warneńczyka przeciwko Turkom w latach 1443–1444 i stratach rycerstwa polskiego i węgierskiego. Przesyłał też Krzyżakom skopiowane listy mające trafić do wysokich polskich urzędników m.in. do wojewody krakowskiego Jana z Tęczyna. W jaki sposób do tej korespondencji dotarł szpieg krzyżacki i jak udało mu się ją skopiować, nie wiadomo. Z przykładów tych jasno wynika, że grupą społeczną, którą najczęściej można było podejrzewać o kontakty z nieprzyjacielem i szpiegowanie, byli mieszczanie, zwłaszcza kupcy. Już od czasów starożytnych byli oni najczęściej podejrzewani o szpiegostwo i jak widać nie bez racji. Niewiele się przez setki lat zmieniło w tej kwestii. Jeszcze w XX stuleciu służby specjalne do zadań wywiadowczych w obcych krajach często wykorzystywały dyplomatów lub biznesmenów, ludzi prowadzących interesy w obcych krajach, mających międzynarodowe powiązania i znajomości”.

A jak wygląda sprawa wynagrodzenia szpiega? I znowu nieocenioną pomocą jest już cytowany powyżej autor. Twierdzi on, że: „Jak wynika z zachowanych źródeł szpiedzy nie pracowali za darmo. Co więcej — otrzymywali oni zapłatę za pozyskane informacje i to zapłatę na tyle wysoką, by zachęcić ich do dalszej współpracy. Niejednokrotnie w źródłach możemy znaleźć informację, że mieszczanin A z miasta X, znajdującego się w przykładowym państwie Y, był zadłużony u przedstawicieli władzy państwowej. Po kilku misjach szpiegowskich nie dość, że taki mieszczanin A spłacił swoje długi to jeszcze zarobił na tyle by móc kupić jedną czy drugą wioskę z przyległościami. Oprócz wypłaty wynagrodzenia za wykonane misje zdarzało się również, że osobie, która pełniła funkcję szpiega dla danego państwa wypłacano również pewną kwotę na wykonanie zadania. Przyjmijmy sytuację, że rzeczony mieszczanin A udaje się na przeszpiegi (oczywiście oficjalnie może to być wizyta u krewnych albo zwykła misja handlowa) do państwa Z. Zanim jednak wyjedzie przedstawiciel władzy państwa Y wręcza mu pewną kwotę pieniędzy — na pokrycie kosztów podróży (jeśli nie jest to podróż uzasadniona profesją szpiega A), na niezbędne przygotowania czy inne wydatki”.

W niedawno opublikowanej książce rosyjskiego autora poświęconej pamięci wybitnych kobiet szpiegów znalazłem takie oto zdanie: „Если разведчик или разведчица являются профессионалами, то риск у них не более чем у водителей автомашин”. Zdanie, z którym zgadzam się w stu procentach. Oznacza, że działania kontrwywiadu na ogół nie przynoszą sukcesu w przypadku oficera wywiadu, który jest prawdziwym profesjonalistą i konsekwentnie przestrzega zasad sztuki szpiegowskiej.

A jak było z tą kwestią w dawnych czasach? Podobnie. Co więcej, stosowano podobne metody, aby wykryć szpiegów lub zniwelować czy osłabić skutki ich działań. Czytamy: „Skoro w średniowieczu istnieje wywiad, to również musi istnieć kontrwywiad, który zajmuje się demaskacją wrogich szpiegów, weryfikacją informacji czy też nawet dezinformacją. Istnieją ciekawe przykłady źródłowe dotyczące demaskowania wrogich wywiadowców. Zdarzyło się na przykład tak, że w okolicy Ostródy złapano polskiego szpiega. Jak go rozpoznano? Ano już wyjaśniam — polski szpieg podróżował w przebraniu księdza (tak, już w średniowieczu znano pojęcie kamuflażu), podając się jednocześnie za lekarza. Mężczyzna ten został zdemaskowany, gdyż jak się okazało nie potrafił czytać, ani nie potrafił odprawiać obrzędów mszalnych. Dalsze jego losy możecie sobie wyobrazić — został zabrany na tortury, gdzie wydał całą siatkę polskich wywiadowców w państwie krzyżackim. Ważną funkcją kontrwywiadu była dezinformacja. Wiadomo w średniowieczu, okresie, gdzie wojny wybuchały dość często, najistotniejszymi informacjami, jakie można było pozyskać dzięki wywiadowcom, były wiadomości dotyczące ruchów wojsk. Często zdarzało się jednak, że obie skonfliktowane strony stosowały dezinformacje, to znaczy dzięki działaniom kontrwywiadu szerzyły fałszywe informacje — i tak w trakcie powstania na Żmudzi Krzyżacy mieli zamiar przechytrzyć Witolda poprzez specjalnie zredagowany list, który miał wpaść w ręce Żmudzinów. Pomysł prosty i jakże w swej prostocie skuteczny, prawda? No ale przecież druga strona również może stosować dezinformację? I co teraz? Jak zweryfikować doniesienia szpiegów? Jedną z częstszych praktyk w średniowieczu było wykorzystywanie dla rozpracowania jednej sprawy większej liczby osób. Co kryje się pod tym tajemniczo brzmiącym zdaniem? Na przykład to, że zdarzało się, iż w jedno miejsce, w tym samym celu wysyłało się kilku szpiegów, nie mających o sobie najmniejszego pojęcia. Mamy zatem po ich powrocie dwa raporty, które możemy porównać i wyciągnąć jakieś wnioski. Metoda ta skutecznie stosowana jest do dziś”.

(Powyższe fragmenty, logicznie z siebie wynikające i powiązane, na podstawie: S. Jóźwiak, Na tropie średniowiecznych szpiegów: wywiad i kontrwywiad w polsko-litewsko-krzyżackich stosunkach politycznych w XIV i pierwszej połowie XV wieku, Inowrocław 2005).


I w tym miejscu mała dygresja na temat, który bym określił jako „sztuczki szpiegowskie” czy ciekawostki związane z tym zawodem. I tak najmniejszym szpiegiem w historii był Richebourg (1768–1858). Miał podobno tylko 58 cm wzrostu. Często był przemycany jako niemowlę przenoszone przez nianię. Z kolei Austriacy na początku XIX wieku mieli ciekawą metodę przemycania meldunków. Otóż szpieg pisał na niewielkim skrawku papieru wiadomość, po czym zawijał ją w kulkę wosku i połykał. Według innej legendy podczas wojen napoleońskich w brytyjskim porcie Hartlepool rozbił się francuski statek. Nikt nie przeżył oprócz małpy ubranej w jakiś mundur — najprawdopodobniej maskotki załogi. Anglicy złapali małpę pod zarzutem szpiegowania. Mieszkańcy Hartlepool nigdy nie widzieli żadnego Francuza, ale słyszeli, że byli niscy i włochaci. Nie mogli się też dogadać z biednym zwierzęciem, więc uznali, że małpa mówi po francusku. Małpa została powieszona.

Sarah Emma Edmonds to kobieta szpieg w czasach wojny secesyjnej, która została uznana za wiarygodną. Szpiegowała przebrana za murzynkę — skórę przyciemniła azotanem srebra, a na głowie miała perukę. Edmonds dostała się do obozu konfederatów, a tam podczas ciężkiej pracy na budowie szańców zaczęła się pocić. Jeden z niewolników zauważył, że skóra pod wpływem potu bieleje. Dziewczyna odpowiedziała, że spodziewała się, że kiedyś wybieleje, bo jej matką była biała kobieta. Odpowiedź została uznana za prawdziwą.

Z innych przekazów i legend na uwagę zasługuje ta, że Histiajos ogolił głowę swojemu posłańcowi, by na niej zapisać wiadomość. Kiedy posłańcowi odrosły włosy, wyruszył w podróż. Nie wzbudził żadnych podejrzeń, a informacja bez problemu dotarła do adresata.

W poemacie hinduskim Mahabharata możemy przeczytać porady, z których korzystali władcy: „Powinien on [król] zatrudniać jako szpiegów ludzi wyglądających jak idioci lub jak ślepi i głusi. Powinny to być osoby dokładnie sprawdzone (co do swoich zdolności), które wykazują się mądrością i zdolne wytrzymać głód i pragnienie. Król winien ostrożnie rozpuścić szpiegów wśród swoich doradców, przyjaciół i synów, w swym mieście i prowincjach, oraz w posiadłościach swych wodzów (…)”.

Trzeba dodać, że Hindusi wykorzystywali tzw. zatrute panny. Były to nierządnice, które od dziecka dostawały niewielkie dawki trucizny. Organizm stopniowo się do niej przyzwyczajał. Później kobiety te były wykorzystywane, by zabić wybraną osobę poprzez kontakt płciowy.

Mitem jest, że japońscy szpiedzy ninja nosili czarne stroje, które znamy z wielu filmów sensacyjnych. Przecież tak ubrany mężczyzna wzbudzałby wielkie zainteresowanie, a szpiegom chodziło o to, by być jak najmniej widocznymi. Ninja po prostu stosowali kamuflaż — przebierali się za tancerzy, kapłanów, muzyków itd.

Bardzo znany był szpieg d’Eon. Za jego życia uważano, że jest kobietą, jednak już po urodzeniu nosił męskie ubrania. W XVIII wieku spekulacje na temat jego płci były tematem zakładów, a największe z nich trafiły nawet na giełdę.

W interesujący sposób zginął Georgi Markow na Waterloo Bridge w Londynie. Zamachowcami najprawdopodobniej byli przedstawiciele radzieckich tajnych służb działających za zgodą bułgarskiego premiera Todora Żiwkowa. Pewnego razu nogę Markowa potrącił parasolem jeden z przechodniów. Okazało się, że z parasola wystrzelona została kapsułka z rycyną.

(Na podstawie: T. Crowdy, Historia szpiegostwa i agentury, Warszawa 2010).


Istnieje też przekaz na temat udziału templariuszy, zakonu znanego z działalności szpiegowskiej, w zamachu na króla Polski Przemysława II. Otóż wkrótce po koronacji Przemysława II zaskoczyła śmierć w tajemniczych okolicznościach. W 1296 roku wynajęci przez Brandenburczyków bandyci usiłowali porwać króla, który został ranny w czasie walki. Osłabionego upływem krwi Przemysława zbójcy porzucili na drodze. Gdy go odnaleziono, był martwy. Zbrodnia dokonana w Rogoźnie spowodowała gwałtowny wzrost nastrojów antyniemieckich w Polsce, zaś Przemysława II uczyniła męczennikiem sprawy zjednoczenia. Trzeba w tym kontekście zauważyć, że Przemysław II w ciągu dwudziestu lat panowania przebył długą drogę od pozycji awanturniczego księcia dzielnicowego do władcy noszącego tytuł króla Polski. Panował na zaledwie części dawnego państwa polskiego. Jego władza obejmowała Wielkopolskę i Pomorze Gdańskie oraz okresowo Kraków. Za swojego panowania zmagał się z trzema istotnymi problemami: walką z ekspansją niemiecką na południu, próbami przywrócenia zwierzchności książąt piastowskich na Pomorzu i odrodzeniem myśli o zjednoczeniu rozdrobnionej na dzielnice Polski i przywróceniu instytucji króla Polski. Dokonania te, mimo że były w znacznym stopniu dziełem abpa Jakuba Świnki, zadecydowały o znaczącej pozycji Przemysława II wśród władców Polski.

Jak wiadomo, zakon templariuszy prowadził bardzo ciekawe operacje polityczne i wywiadowcze. Miał się stać papieskim oddziałem elitarnym. Powodowani tym pragnieniem papieże obsypywali zakon licznymi przywilejami mającymi uniezależnić go od władzy świeckiej i uczynić potężnym instrumentem ich polityki. Templariusze nie musieli płacić podatków, posiadali własnych kapelanów, u których się spowiadali. Władze Kościoła utraciły wszelką kontrolę nad zakonnikami. Ich ośrodki rozsiane były po całej Europie, nawet w Polsce. Majątek templariuszy liczony był w milionach kilogramów srebra. Templariusze na podstawie reguły św. Augustyna składali się przede wszystkim z ludzi, którzy nie mieli święceń kapłańskich, a ich celem nie było duszpasterstwo, tylko działanie na rzecz wspólnoty wiernych dla jakiegoś pożytecznego celu. Jedna z legend mówi, że szkocka masoneria niejako wywodzi się z tradycji zakonu templariuszy. Część lóż masońskich rzeczywiście posługuje się nawet flagami Rycerzy Chrystusa. W 1307 roku król Francji Filip IV Piękny dokonał masowych aresztowań templariuszy. Mający długi u zakonników Filip IV zbuntował przeciw templariuszom innych władców europejskich i samego papieża Klemensa V. Ten uległ naciskom władcy i w 1312 roku zawiesił działalność zakonu. Część rycerzy udała się do Portugalii i tam utworzyła nowy zakon, ale czasy świetności mieli już za sobą.

Warto też poświęcić kilka zdań historii szpiegostwa francuskiego w XVII wieku. Jak wiadomo z najnowszych opracowań, za panowania Ludwika XIV (1643–1715) nastąpił niezmiernie dynamiczny rozwój francuskiej służby dyplomatycznej, a epokę tę uznaje się za podstawę nowożytnej dyplomacji we Francji. Między innymi dlatego, że w owym czasie rozwinęła się nie tylko dyplomacja, ale i świat wywiadu. Powstanie nowoczesnej dyplomacji doprowadziło także do rozwoju struktur wywiadowczych. Wynikało to z faktu, że dyplomacja była związana ze światem szpiegowskim. Zawsze oficjalni dyplomaci Ludwika XIV korzystali z usług anonimowych szpiegów. Bez ich udziału dyplomacja nie byłaby w stanie wydajnie funkcjonować. Świat wywiadu francuskiego tworzyli anonimowi szpiedzy, korespondenci, oficjalni dyplomaci, specjaliści w ministerstwie spraw zagranicznych oraz kurierzy. Te struktury wywiadowcze były mocno zhierarchizowane, a na ich szczycie stało francuskie ministerstwo spraw zagranicznych. Agenci i dyplomatyczni reprezentanci króla podlegali temu ministerstwu, a minister spraw zagranicznych był odpowiedzialny za prowadzenie korespondencji zarówno z dyplomatami, jak i szpiegami przebywającymi w misjach. Był zobowiązany do wydawania poleceń tym służbom. Natomiast poza Francją przedstawicielami Ludwika XIV byli dyplomaci w randze ambasadorów zwyczajnych, nadzwyczajnych, pełnomocnych, rezydentów oraz posłów. Ci dyplomaci tworzyli siatki szpiegowskie w krajach swojej akredytacji, a oficjalna dyplomacja łączyła się organicznie ze światem szpiegów. Na czele tych siatek szpiegowskich stali więc wysocy dyplomaci królewscy: „Co do metod działania, to praktycznie wszystkie były dopuszczalne. Szpieg musiał zrobić wszystko, aby zdobyć ważną informację. Przekupstwo, okrucieństwo, oszustwo, morderstwo, seks były normalnymi metodami pracy francuskich szpiegów. Warto dodać, że użycie pieniędzy przy realizacji jakiegoś celu w świecie szpiegowskim było uznawane za posługiwanie się łagodnymi środkami. W środowisku szpiegowskim o żadnej demoralizacji nie mówiono. Szpieg uznawany był za zwolnionego z rygorystycznych zasad obowiązujących w chrześcijańskim społeczeństwie francuskim”.

Warto podkreślić, że metody pracy szpiegów wykorzystywane w drugiej połowie XVII wieku stosowane były przez ich następców przez kolejne długie dziesięciolecia, a epoka Ludwika XIV stanowi fundament rozwoju nowoczesnych francuskich służb wywiadowczych.

(Na podstawie: Izabela Karwat, Mroczny świat wywiadu francuskiego w latach siedemdziesiątych XVII wieku).

Rozdział II
Zamach na Jana Pawła II

Edward Kotowski

Za czasów mojej obecności w Rzymie doszło do wielce dramatycznego wydarzenia — do zamachu na papieża Jana Pawła II. Było to 13 maja 1981 roku. Wiadomość o zamachu zastała mnie w siedzibie Zespołu ds. Stałych Roboczych Kontaktów Między Rządem PRL a Stolicą Apostolską (Rzym, Via Pietro Paolo Rubens 20), gdzie, po przerwie obiadowej, od godziny 15 pracowałem razem ze swoim współpracownikiem Jerzym Jopą, również członkiem Zespołu w randze II sekretarza ambasady. Ponieważ była to środa, a więc dzień audiencji generalnych papieża, o godzinie 17 włączyliśmy odbiornik radiowy i słuchaliśmy transmisji. W związku z tym, że to był rok bardzo ważnych wydarzeń dla Polski, pełen wewnętrznych napięć, zgodnie z poleceniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych byliśmy zobowiązani do tego, aby w oficjalnych wystąpieniach Jana Pawła II odczytywać odniesienia do wewnętrznej sytuacji w Polsce i w formie clarisu, a więc otwartego tekstu, informować o tym Departament IV tegoż Ministerstwa. Departament ten zajmował się sprawami Europy Zachodniej, a więc i watykańskimi. Trzeba dodać, że władze polskie przywiązywały wielką wagę do tego, co papież mówił na tematy krajowe, bo jego wypowiedzi mocno oddziaływały na polskie społeczeństwo i światową opinię publiczną. Dlatego wszystkie wypowiedzi papieskie były wszechstronnie analizowane. Tak miało być i w ten dramatyczny dzień. W pewnym momencie, tuż po rozpoczęciu audiencji papieskiej, usłyszeliśmy w radiu (była to Rozgłośnia Watykańska) o zamachu na Jana Pawła II. Przez jakiś czas staraliśmy się zasięgnąć bardziej szczegółowych informacji również z innych radiostacji. Gdy dowiedzieliśmy się, że w Klinice Gemelli, do której papież został przewieziony, kuria rzymska zorganizowała dyżur swoich przedstawicieli, którzy przyjmują różne delegacje, natychmiast udaliśmy się do naszego ambasadora. Był nim wtedy już Emil Wojtaszek, który niedawno zastąpił Stanisława Trepczyńskiego. (W tym czasie szef polskiej misji przy Watykanie, Radca Minister Pełnomocny, Kazimierz Szablewski, był w Polsce). Uznaliśmy, że ambasador, jako najwyższy przedstawiciel naszego kraju we Włoszech, powinien być jak najszybciej zorientowany w sytuacji. Ambasada później także śledziła informacje o stanie zdrowia papieża. Jako pracownicy polskiej misji przy Watykanie poinformowaliśmy ambasadora, że wzorem innych przedstawicielstw dyplomatycznych akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej zamierzamy jak najszybciej udać się do Kliniki Gemelli. Ambasador natychmiast zaakceptował naszą inicjatywę i oddał do dyspozycji swój samochód służbowy z kierowcą, Józefem Fedorowiczem.

Pamiętam, że w tym czasie Rzym był wyjątkowo zatłoczony i gdyby nie to, że kierowca łamał wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego, nie udałoby się dotrzeć do kliniki stosunkowo szybko, a więc po kilkudziesięciu minutach. Po wejściu do kliniki, na parterze, w specjalnie zaaranżowanym miejscu, ujrzeliśmy zgromadzonych wysokich przedstawicieli Stolicy Apostolskiej. W ich gronie był bodajże Zastępca Sekretarza Stanu, abpa Agostino Casaroliego — abp E. Martinez Somalo (Hiszpan), którego zapamiętałem z nader ciepłych kontaktów z polską misją przy Watykanie. Było też kilku polskich duchownych zatrudnionych w Watykanie. Dobrze zapamiętałem sylwetkę o. Konrada Hejmo, który zajmował się organizowaniem audiencji generalnych z punktu widzenia potrzeb polskich pielgrzymów, a wyróżniał się postawną sylwetką i białym habitem zakonnym. Byli też i inni, ale nie zapamiętałem ich nazwisk.

Atmosfera była napięta. Wszystkim udzielał się dramatyzm wydarzenia. Strona watykańska przyjmowała życzenia zdrowia dla papieża, a przybyli wyrażali zatroskanie. My, jako dyplomaci polscy, złożyliśmy życzenia bezpośrednio po tym, jak to uczyniła delegacja rządu włoskiego. Z tego, co się mówiło jakiś czas po zamachu, wynikałoby, że byliśmy pierwsi spośród dyplomatów akredytowanych przy Watykanie, którzy pojawili się w klinice. Po powrocie do naszej ambasady (na jej terenie znajdowała się siedziba naszego Zespołu) zredagowaliśmy depeszę na temat sytuacji po zamachu i wspomnieliśmy w niej o inicjatywie, jaką była wizyta w klinice. W odpowiedzi na depeszę otrzymaliśmy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych polecenie, aby w Sekretariacie Stanu, na ręce przedstawicieli Stolicy Apostolskiej, przekazać dla papieża życzenia od najwyższych władz Polski oraz rządową propozycję przyjścia z natychmiastową pomocą medyczną. Władze proponowały natychmiastowe wysłanie specjalnego samolotu z ekipą chirurgów i lekarzy innych specjalności, zależnie od potrzeb. Oferowały też wszelką inną pomoc, jaka byłaby potrzebna. Natychmiast więc skontaktowałem się telefonicznie z ks. prałatem Józefem Kowalczykiem, kierownikiem Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu (odpowiednik dyrektora departamentu) i jako pełniący obowiązki kierownika Zespołu, już w zasadzie wieczorem, w siedzibie Sekretariatu Stanu przekazałem mu te wiadomości. Ksiądz prałat (do niedawna Nuncjusz Apostolski w Polsce, a później Metropolita Gnieźnieński i Prymas Polski) wyraził serdeczne podziękowanie władzom polskim za życzenia oraz gotowość okazania pomocy papieżowi. Z oferty władz polskich jednak nie skorzystano, gdyż nie zaszła taka potrzeba.

Kiedy opuszczałem siedzibę Sekretariatu Stanu i przemierzałem opustoszały Pałac Apostolski, zrobiło się już niemal całkowicie ciemno. Po powrocie do siedziby Zespołu przygotowałem depeszę o treści tego spotkania i wysłałem ją do naszego MSZ-u. Gdy wróciłem do domu, zastałem swoją rodzinę pogrążoną w smutku. Potem całą noc oglądaliśmy wspólnie w telewizji włoskiej relację z tego wydarzenia.

Informacji, które w jakikolwiek sposób miałyby służyć przygotowaniu zamachu, ani ja, ani inni oficerowie polskiego wywiadu nigdy nie uzyskiwaliśmy, bo polski wywiad nie miał nic wspólnego ani z przygotowywaniem zamachu, ani z jego dokonaniem. Dowiodła tego treść Postanowienia Pionu Śledczego IPN w Katowicach o umorzeniu śledztwa prowadzonego od 2006 roku. Ci wszyscy, co twierdzili inaczej, powinni teraz sobie posypać głowę popiołem na znak pokuty.

Na uwagę zasługuje również wywiad, jakiego udzieliłem Jackowi Tacikowi, autorowi dobrze znanej publikacji Zamach. Jan Paweł II — 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 247 — 267). Poniżej znajduje się jego przedruk:


Przyprowadził ją ksiądz Kazimierz Przydatek, dyrektor Domu Pielgrzyma i Ośrodka „Corda Cordi”. Miała około dwudziestu pięciu lat. Ładna. Inteligentne oczy, delikatny uśmiech. Trochę nieśmiała. Przedstawiła się: „Basia”. Pochodziła z okolic Bydgoszczy. Przyjechała na pielgrzymkę do Rzymu, odłączyła się od grupy i została. Pomagała polskim duchownym opiekować się turystami: oprowadzała ich po mieście, załatwiała noclegi i bilety na papieskie audiencje. Zapukali do drzwi mojego gabinetu przed południem. Był kwiecień 1981 roku. Już wtedy pracowałem w ceglanym budynku przy ambasadzie Polski. Nad wejściem zawiesiłem tabliczkę: „Misja Polska przy Stolicy Apostolskiej”. Zajmowałem się sprawami stricte związanymi z Watykanem: wizy dla duchownych czy pozwolenia na pobyt. Ksiądz Przydatek poprosił o pomoc: „Dziewczynie skończył się okres ważności paszportu, a ma nagły wyjazd na Cypr. Nietypowa sprawa. Tylko pan może zaradzić.” Przeszedłem przez dziedziniec i znalazłem się na parterze ambasady — w Wydziale Konsularnym. Dostałem plik dokumentów, które młoda kobieta miała wypełnić, ale nigdy tego nie zrobiła. Spotkałem ją przypadkiem kilka tygodni później, na początku maja, przy via della Conciliazione, kilkadziesiąt metrów od placu św. Piotra. Była z grupą polskich pielgrzymów. Usiedliśmy w kawiarni: „Za chwilę jadę na Cypr. Muszę czym prędzej przyjść do pańskiego biura i załatwić sprawę z paszportem”. Uśmiechnąłem się, pokiwałem dobrotliwie głową. Otworzyła się: opowiedziała o sobie i o „miłości życia, którą poznała w Rzymie”: „Jest Turkiem. Lekarzem. Ma ogromny dom z widokiem na morze. Jego rodzina mieszka na Cyprze, w tureckiej części Nikozji. Planujemy ślub”. Jej przyszły, niedoszły mąż, jak wynikało z opowieści, był nadgorliwie zainteresowany Janem Pawłem II. Od miesiąca, razem z tureckimi przyjaciółmi, uczestniczył we wszystkich audiencjach generalnych i publicznych spotkaniach z papieżem. Młoda kobieta była jego przewodniczką. Skąd takie zainteresowanie muzułmanina głową Kościoła katolickiego? Uśmiechnęła się od ucha do ucha: „Naszego Ojca Świętego nie sposób nie kochać!”.


Dostała paszport?


Nie, ponieważ nie pojawiła się już w moim biurze. Kilka dni po naszym przypadkowym spotkaniu doszło do zamachu na papieża. Mass media opublikowały zdjęcia niedoszłego zabójcy: Mehmeta Alego Agcy. Turka. Skojarzyłem fakty. Młoda kobieta została najprawdopodobniej wykorzystana przez „tureckiego lekarza” i jego kompanów do rozpoznania terenu. Sami nie weszliby na plac św. Piotra, a tak — z przewodniczką — wtopili się w tłum turystów i mogli obserwować co tam się dzieje.


Poinformował Pan śledczych?


Skądże, nie chciałem „spalić” dziewczyny. Może pomogła zamachowcy, ale nie zrobiła tego świadomie. Trudno ocenić, jak włoski wymiar sprawiedliwości mógłby ją potraktować? Przypomniałem sobie o niej trzydzieści lat później. Polska żyła już sprawą domniemanej współpracy arcybiskupa Józefa Kowalczyka, byłego nuncjusza apostolskiego w Polsce, z wywiadem PRL w Rzymie. Skontaktowała się ze mną siostra Ewa Bońkowska, która — na polecenie Episkopatu Polski — miała przekopać archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Pomogłem jej odnaleźć się w gąszczu tajnych teczek, wytłumaczyłem mechanizm ich tworzenia, pracy agenta i opowiedziałem między innymi o spotkaniu z młodą Polką, która zakochała się „w przystojnym lekarzu z Turcji”. Siostra Ewa, której zdarzało się rzucić ostre słowo, tym razem zachowała kamienną twarz: „Znam tę kobietę. Zrezygnowała z wyjazdu na Cypr. Po zamachu na papieża wstąpiła do zakonu Sióstr Urszulanek w Rzymie”.


Żyje?


Tak. I ponoć ma się dobrze. Nie próbowałem odnawiać kontaktu. Po co? Powrót do przeszłości mógłby być dla niej bolesny. Musiała zorientować się, że została wykorzystana przez terrorystów.


Agca nie był sam?


Nikomu nie udałoby się zorganizować zamachu na papieża w sercu chrześcijaństwa bez finansowego i logistycznego zaplecza. Zresztą Agca musiał zdawać sobie sprawę, że zostanie złapany, zlinczowany i zginie. I może na to liczył? Śmierć męczeńska to honor dla muzułmanina. A on wierzył w islam! Dlatego nie wierzę, że był płatnym zabójcą, któremu obiecano górę pieniędzy za wykonanie zadania. Agca groził papieżowi już w 1979 roku podczas jego dwudniowej pielgrzymki do Ankary. Konflikt między islamem a chrześcijaństwem tlił się od dziesiątków lat. I miał ponownie eksplodować trzynastego maja 1981 roku.


Śledztwo nie potwierdziło wątku islamskiego a skupiło się na śladzie bułgarskim który prowadzi do Moskwy.


Brednie, które spreparowało CIA. Amerykanie chcieli wykorzystać zamach do propagandowego ataku na Związek Radziecki. Zimna wojna rządziła się swoimi prawami — jej areną były mass media. Jan Paweł II — jak mówiło się w naszym żargonie — był czynnikiem stabilizującym sytuację w Polsce. Skinieniem palca mógł przeważyć szalę na korzyść jednej lub drugiej strony. A na Kremlu liczyła się chłodna kalkulacja. Zamach inspirowany przez Związek Radziecki byłby kontrproduktywny. Ludzie wyszliby na ulice, zapłonęłyby budynki rządowe, pojawiłoby się wojsko i czołgi.


I może z tego powodu — żeby oddalić od siebie podejrzenia — bułgarskie służby zleciły zabójstw papieża tureckiej mafii?


Bułgaria należała do Układu Warszawskiego. Turcja, z którą graniczy, była członkiem wrogiego NATO. Z tego powodu bułgarskie służby miały obowiązek zajmowania się „odcinkiem tureckim”. Bułgarzy zeszli do tureckiego podziemia. Żeby pozyskać informacje i niejawne dane, musieli robić interesy z grupami przestępczymi: przemyt papierosów i alkoholu. Agca mógł już wcześniej nawiązać kontakty z bułgarskimi oficerami, dzięki czemu poznał ich zwyczaje i sposoby działania. Oskarżając ich o udział w zamachu, potrafił stworzyć spójną legendę spotkań, w którą uwierzył zmanipulowany włoski wymiar sprawiedliwości. Ksiądz Janusz Bolonek, pracownik Rady Do Spraw Publicznych Kościoła, powiedział mi pod koniec 1982 roku, że „Ojciec Święty nie wierzy w ślad bułgarski”. Moje źródło operacyjne potwierdziło informację duchownego.


To dlaczego rezydentura wywiadu PRL w Rzymie o kryptonimie „Baszta” interesowała się śladem bułgarskim?


Zwykła solidarność z bratnim narodem, który został oskarżony o czyn, którego nie popełnił.


A może strach przed ujawnieniem „śladu polskiego”? Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa byli na placu św. Piotra w czasie zamachu?


Gdyby istniał „polski ślad”, obok bułgarskiego, musiałbym o nim wiedzieć. Miałem doskonałe kontakty wywiadowcze w Stolicy Apostolskiej. Znałem infrastrukturę watykańską, zrobiłem rozpoznanie terenu, moja wiedza byłaby kluczowa w przygotowaniu zamachu na papieża. A nigdy od nikogo nie usłyszałem nawet sugestii, która mogłaby świadczyć o spiskowych planach usunięcia Jana Pawła II. Jedynymi ludźmi z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy przyjeżdżali regularnie do Rzymu, byli kurierzy. Pojawiali się co trzy tygodnie w środę, około godziny trzynastej, na dworcu Roma Termini. Odbierał ich kierowca polskiej ambasady i zawoził do mieszkania na Via Flaminia Vecchia. Przekazywali korespondencję i ruszali zwiedzać miasto. Żelaznym punktem wycieczki była papieska audiencja generalna na placu św. Piotra. Nie mam wiedzy, czy „ich środa” wypadła akurat trzynastego maja? Możliwe, że kurierzy przyjechali tydzień wcześniej lub dwa tygodnie później?


Jak Pan dowiedział się o zamachu?


Byłem w biurze „Misji Polskiej”. Razem ze mną Jurek Jopa, mój współpracownik. Ustawiliśmy radioodbiornik i słuchaliśmy transmisji z papieskiej audiencji generalnej. Ministerstwo Spraw Zagranicznych domagało się od nas stałego monitoringu przemówień Jana Pawła II. Wyłapywaliśmy aluzje dotyczące wewnętrznej sytuacji Polski i w formie clarisu — otwartego tekstu — przesyłaliśmy je do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie były rozkładane na czynniki pierwsze. Kilkanaście minut po siedemnastej, głośne wiwaty dobiegające z radia, przerwał tubalny głos spikera. Poinformował o zamachu na papieża. Popatrzyłem zdezorientowany na Jopę. Był blady. Jan Paweł II został ranny. Trafił do Polikliniki Gemelli. Zerwaliśmy się na równe nogi i przebiegliśmy przez dziedziniec do budynku ambasady. Emil Wojtaszek, ambasador Polski we Włoszech, pracował u siebie w biurze na trzecim piętrze. O niczym nie wiedział. Ruszyliśmy do szpitala. Ambasador dał nam swoje auto i kierowcę — Józefa Federowicza, który złamał wszystkie możliwe przepisy, żeby dowieźć nas jak najszybciej do celu. Złożyłem w imieniu polskiego rządu życzenia dla papieża na ręce arcybiskupa Eduardo Martineza Somalo, Zastępcy Sekretarza Stanu, czyli — według naszej gradacji — wicepremiera Watykanu. Na korytarzu szpitala była już grupa włoskich polityków: między innymi Arnaldo Forlani, premier Republiki Włoskiej. Jan Paweł II był operowany. Trwała walka o życie. Nie mogliśmy nic zrobić, dlatego wróciliśmy do biura. Zredagowałem depeszę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w której poinformowałem o naszej misji i podróży do szpitala. Byłem już w domu, gdy zadzwonił telefon z ambasady. Przyszedł szyfrogram z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Podpisał się pod nią Józef Czyrek, szef polskiej dyplomacji. Zaproponował pomoc medyczną — wysłanie samolotu z ekipą chirurgów i lekarzy innych specjalności. Włoska medycyna nie miała dobrej renomy na świecie. Skontaktowałem się z księdzem Kowalczykiem, który pracował wtedy w sekcji polskiej Sekretariatu Stanu. Poprosił, aby przyjechać. Zaparkowałem na watykańskim dziedzińcu Belvedere. Szeroki plac, na którym zawsze było pełno samochodów. Tym razem był pusty. Wsiadłem do windy, która prowadziła na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego. Nie było windziarza. Idąc na lewo trafiłbym do papieskich apartamentów. Skręciłem w prawo. Szedłem w kierunku pomieszczeń Sekretariatu Stanu. Nie spotkałem nikogo. Zazwyczaj korytarz był pełen ludzi. Za oknem szarzało, zrobiło się ponuro. Było mi nieswojo. Zabrakło jednej osoby, a niewielkie państwo w środku Rzymu jakby przestało działać. Złapałem za klamkę. Ksiądz Kowalczyk siedział przy biurku przy zapalonej lampce. Przywitaliśmy się. Podziękował za chęć pomocy i obiecał, że po konsultacji z sekretarzem stanu, da mi odpowiedź.


Dał?


Zadzwonił kilka dni później. Kardynał Agostino Casaroli, jego przełożony, który sprawował władzę pod nieobecność papieża, uznał, że interwencja polskich lekarzy jest zbyteczna.


Policzek?


Nie, nic z tych rzeczy. Kardynał Casaroli był taktowny i koncyliacyjny. Poznałem go wiosną 1979 roku w Warszawie. Przyjechał z delegacją Stolicy Apostolskiej, żeby ustalić program pierwszej papieskiej wizyty w Polsce. Jego wpływy rosły. Miał posłuch w Kurii. Był swój. A nie wszystkim podobał się wybór papieża „z dalekiego kraju”, który obrał zdecydowany, mocny kurs w polityce wschodniej. Dialog z Moskwą miał odbywać się na jego zasadach. Casaroli był inny — bardziej cierpliwy. Nie zaogniał sytuacji. Spekulowano po zamachu, że — w razie śmierci Jana Pawła II — mógłby zająć jego miejsce. Różne źródła donosiły, że pod nieobecność papieża, który był w Poliklinice Gemelli, kardynał Casaroli usiadł na jego tronie. A nikt nie był do tego upoważniony. I nikt nigdy nie odważył się na taką zuchwałość. Symboliczny gest, który spuentował jeden z hierarchów: „Jego eminencja wygląda doprawdy dostojnie”.


Ile miał Pan takich „źródeł”?


Osiemnaście. Spotykaliśmy się w restauracjach i kawiarniach. Płaciłem rachunki, dostawałem informacje. Notatki wysyłałem do Centrali, która rejestrowała źródło, otwierała teczkę i nadawała kryptonim. Informator go nie znał. Nie domyślał się nawet, że jestem oficerem wywiadu. Za granicą nie werbuje się świadomych współpracowników. Jeśli potencjalne źródło odmówi współpracy, może zdekonspirować agenta. Byłem dyplomatą. Oficjalnie — II sekretarzem ambasady polskiej w Rzymie i członkiem Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych Między Rządem PRL a Stolicą Apostolską. Jeszcze wtedy nie istniała polska ambasada przy Watykanie. Jej rolę pełniło biuro „Misji Polskiej”. Interesowałem się polityką zagraniczną Stolicy Apostolskiej: jej stosunkiem do Moskwy i Warszawy. Byłem wrażliwy na planowane spotkania formalne i nieformalne między przywódcami Kościoła i krajów Bloku Wschodniego. Mało pytałem. Dużo słuchałem. Duchowni byli bardzo wylewni. Trzeba było ich umiejętnie ustawić, pozwolić się pochwalić wiedzą. Mówili więcej, niż chciałbym usłyszeć.


Kto na przykład? Ksiądz Kowalczyk?


Był tylko moim kontaktem dyplomatycznym, ale część przekazywanych przez niego informacji wykorzystywał wywiad, dlatego założono mu teczkę, stworzono numer i nadano kryptonim „Cappino”. Nigdy nie był świadomym źródłem informacji naszego wywiadu.


A ojciec Konrad Hejmo?


Dominikanin. Opiekun polskich pielgrzymów w Rzymie. Kryptonim „Vox”. Pomagałem mu załatwić paszport i inne, papierkowe sprawy w polskiej ambasadzie. Zapraszałem do restauracji. A on opowiadał. Nie należał jednak do najbliższego otoczenia papieża. Nie miał dostępu do kluczowych informacji. Nie wyrządził szkody Kościołowi, a nasze kontakty służyły także pomocy dla pielgrzymów, którzy z różnych racji wpadli w tarapaty na ziemi włoskiej.

Po roku dostałem polecenie od szefa rezydentury wywiadu, żeby „rozluźnić kontakty” z ojcem Hejmo. Przestałem odbierać telefony. Nie znajdowałem dla niego czasu, unikałem spotkań.


Żałuje Pan, że oszukiwał ludzi?


Każdy zawód ma swoją specyfikę. Obowiązki oficera wywiadu są niemal takie same od początku jego istnienia: służą państwu, dla którego pracuje. I nie chodzi o konkretny rząd czy ludzi, ale ojczyznę. Dlatego tak postawione pytanie jest bezzasadne. Nie mogę na nie odpowiedzieć w kategoriach uproszczonych.


Kto Panu wymyślił kryptonim „Pietro”?


Sam na niego wpadłem. Trochę z przekory. Z chwilowego nastroju. To nawiązanie do św. Piotra i jego imienia, które po łacinie brzmi „petra” i oznacza skałę. A ja chciałem być mocny jak głaz: nie do zdarcia, pewny siebie i skuteczny w działaniu pro publico bono. Rzym był ziemią nieznaną, terra incognita dla polskiego wywiadu. Generał Konrad Straszewski, dyrektor departamentu IV MSW, powiedział mi przed wyjazdem do Włoch, że informacje spływające z rzymskiej placówki są „mało wiarygodne, nieaktualne i nie pozwalają na wypracowanie obiektywnego stanowiska”. Miałem to zmienić. Zacząłem misję na przełomie lipca i sierpnia 1979 roku. Rozwinąłem biały wywiad, który do tej pory był traktowany po macoszemu. Kupiłem w watykańskiej księgarni Annuario Pontificio za pięćdziesiąt tysięcy lirów włoskich. Dla Polaka — majątek, który miał się szybko zwrócić. Dwa tysiące stron drobnego druku. Adresy i numery telefonów do hierarchów. Podział i opis dykasterii, czyli kościelnych ministerstw. Prenumerowałem także watykańskie gazety. Ich regularna lektura, czytanie między wierszami, pomagała rozeznać się w sytuacji. Jeśli pan wyjrzy przez okno, zobaczy drzewo, siedzącego na nim ptaka i ustawione w rzędzie samochody. Jeśli pan będzie regularnie przez nie wyglądał, dostrzeże minimalne, ale istotne zmiany: oderwany listek, pisklę i przestawione auto.


Żona znała Pana tajemnicę?


Nikt z rodziny nie wiedział o moim podwójnym życiu. A ja nie miałem potrzeby dzielenia się nim. Trzymałem je dla siebie. Takie były reguły gry. Zresztą nasze rzymskie mieszkanie było nafaszerowane aparaturą podsłuchową włoskiego kontrwywiadu, a może i służb specjalnych innych państw. Moja przeszłość wywiadowcza wyszła na jaw dopiero w 2009 roku, gdy ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski opublikował dokumenty IPN i oskarżył mnie o zbieranie informacji przydanych do zamachu na Jana Pawła II. Sprawa trafiła do sądu. Rodzina była w szoku. Żona miała pretensje. Dzieci nie mogły uwierzyć.


Nikt się nie domyślał?


Byłem ostrożny. Unikałem ryzykownych sytuacji. Żona pokazywała się ze mną publicznie tylko raz w roku — podczas noworocznych spotkań papieża z korpusem dyplomatycznym. Na uroczyste przyjęcia, gdzie pozyskiwałem informacje wywiadowcze, chodziłem bez niej. Mimo że nalegała, nie wziąłem jej na bankiet zorganizowany przez polską ambasadę z okazji przyjazdu delegacji „Solidarności”.


Był na nim Lech Wałęsa.


Piętnastego stycznia 1981 roku grupa związkowców i ich doradców miała zostać przyjęta przez Jana Pawła II na prywatnej audiencji w Pałacu Apostolskim. Zostaliśmy poinformowani o ich przyjeździe z dużym wyprzedzeniem. I zareagowaliśmy. Ambasador Stanisław Trepczyński, którego cztery miesiące później zastąpił Wojtaszek, zorganizował dzień wcześniej uroczystość na cześć delegacji. Byli przedstawiciele polskiego duchowieństwa i reprezentanci włoskich związków zawodowych oraz włoskiego świata polityki. Wałęsa sprawiał złe wrażenie, był podekscytowany a nawet butny. Skarcił kelnera, który krążył między gośćmi z tacą pełną kieliszków wódki: „Co to ma być?! Proszę dać szampana!”. Trepczyński, już lekko wstawiony, chciał wypić z nim bruderszaft: „Panie Lechu, panie Lechu…”. Wałęsa go zestrofował: „Z panem pić nie będę!”.

Kilka dni później spotkałem księdza z Domu Polskiego przy Via Cassia 1200: „Dlaczego upiliście Lecha Wałęsę?”. Zamurowało mnie: „Jak to upiliśmy?”. Duchowny zdradził, że przewodniczący „Solidarności” został przywieziony do niego w „bardzo złym stanie”: „Pijany, z problemami żołądkowymi”. Noc spędził w toalecie. Ksiądz opiekował się nim. Zagadywał, pytał o politykę i przemówienia, których „treść była bardzo przenikliwa”. Wałęsa odrzekł: „To nie są moje mądrości. To co mówię, jest tylko powtarzaniem słów, które w danej chwili dyktuje mi Matka Boska”.


Upiliście go?


Kelner, którego zrugał, zemścił się: zmieszał wódkę z szampanem. Wałęsa nie zorientował się i najwyraźniej wypił o jeden kieliszek za dużo. Ale nie przypominam sobie, żeby chwiał się na nogach podczas bankietu. Spotkaliśmy się następnego dnia w Sali Konsystorza Pałacu Apostolskiego. Nic nie było po nim widać. Skupiony i poważny. W swoim stylu, bez kartki, dość krótko podziękował papieżowi za zaproszenie i wspieranie solidarnościowych dążeń narodu polskiego. Jan Paweł II nawiązał do naszej kultury i historii, która powinna łączyć, a nie dzielić. Pod koniec wymiana prezentów i wspólne zdjęcie. Miła, rodzinna atmosfera, którą zaburzył Wałęsa. Zrugał Annę Walentynowicz, działaczkę „Solidarności”, która poprosiła papieża o dedykację na jakimś zdjęciu: „Tak się nie robi!”. Jan Paweł II zerknął na niego zdziwiony i dał mu do zrozumienia, żeby nie przeszkadzał.


Zdenerwował się?


Papież był zasadniczy. Raczej zamknięty w sobie. Potrafił się irytować. Dziesiątego października 1982 roku przyjechała do Rzymu delegacja państwowa PRL na mszę kanonizacyjną ojca Maksymiliana Kolbego, pierwszego polskiego męczennika z okresu okupacji niemieckiej w Auschwitz. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie na placu św. Piotra. Obok mnie: Jerzy Ozdowski, wicemarszałek Sejmu, Zenon Komender, wicepremier, Kazimierz Morawski, członek Rady Państwa i Adam Łopatka, kierownik Urzędu do Spraw Wyznań. Po uroczystości mieliśmy spotkać się z papieżem. Ksiądz Stanisław Dziwisz, jego sekretarz, zaprowadził nas do bazyliki św. Piotra. Czekaliśmy w nawie bocznej, oddzielonej od reszty brązową kotarą. Jan Paweł II miał duże krople potu na czole. Był zdenerwowany. Podziękował każdemu z osobna za przyjazd do Rzymu. I dodał, że władze polskie wyrządziły mu ból zawieszając działalność związków zawodowych, w tym także „Solidarności”, przed uroczystością kanonizacyjną. Ozdowski, próbując ratować sytuację, zaprosił go do Polski. Papież zerknął na niego złowrogo: „Władze nie muszą mnie zapraszać, bo czuję się od dawna zaproszony. I to przez cały naród”. Pożegnał się i wyszedł.


Ile trwała „audiencja”?


Cztery minuty. Zrezygnowano z oprawy protokolarnej. Nie było fotografa. Nikt nie zadbał o medale pamiątkowe pontyfikatu, które rozdaje się gościom po spotkaniu z papieżem. Delegacja poczuła się upokorzona. Jeszcze długo, po powrocie do kraju, komentowała konfrontacyjne zachowanie Jana Pawła II.


Relacje znalazły się na ostrzu noża?


Rząd zabiegał o dobre stosunki ze Stolicą Apostolską. Trzynastego października 1981 roku, dwa miesiące przed wprowadzeniem stanu wojennego, generał Wojciech Jaruzelski — I sekretarz KC PZPR — wysłał do Watykanu zaufaną osobę, Józefa Czyrka. Jan Paweł II dochodził do siebie po zamachu w letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Zgodził się jednak przyjąć szefa polskiej dyplomacji. Rozmowa, zaplanowana na czterdzieści pięć minut, wydłużyła się do dwóch i pół godziny. Czekaliśmy na jej zakończenie przed drzwiami papieskiego apartamentu z kilkoma prałatami. Niepokoili się: „Muszą rozmawiać o bardzo ważnych sprawach”. Ksiądz Bolonek zaczepił mnie kilka dni później w Watykanie: „Czy pan się orientuje, jaki był cel wizyty pana Czyrka?”. Zrobiłem duże oczy. Czyrek, jak mu przekazał papież, miał mówić oględnie o polityce i sytuacji wewnętrznej kraju, ale nie wyjawił żadnego problemu, który usprawiedliwiałby jego nagły przyjazd do Rzymu. Dwa miesiące rozmyślałem nad sensem tajemniczej misji polskiego ministra spraw zagranicznych. Zagadka rozwiązała się sama. Trzynastego grudnia generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Czyrek miał poinformować papieża o planach jego wprowadzenia, ale najprawdopodobniej stchórzył.


Jaruzelski o tym wiedział?


Mógł się domyślać. Poprosił mnie o spotkanie w 1991 roku. Pracował nad książką „Stan Wojenny. Dlaczego?”. Pytał o Czyrka. Zrelacjonowałem mu rozmowę z księdzem Bolonkiem. Nic nie powiedział. Ale jego milczenie było bardziej wymowne, niż milion niepotrzebnych słów.


Bali się papieża?


Ministrowie peerelowskiego rządu mieli do niego duży respekt. Stał się rasowym politykiem, globalnym strategiem. Miał realną władzę. I środki do jej realizacji. Szykując się do drugiej pielgrzymi do Polski w 1983 roku, zagroził, że ją odwoła, jeśli rząd przeszkodzi mu w spotkaniu z Wałęsą. Trwał stan wojenny. Przywódca zdelegalizowanej „Solidarności” był internowany. Dostałem pilną depeszę z Warszawy: „Nie ma przyzwolenia na rozmowy Jana Pawła II z Lechem Wałęsą”. Jechałem przerażony przez zatłoczone rzymskie ulice na spotkanie z arcybiskupem Achille Silvestrinim, sekretarzem Rady Do Spraw Publicznych Kościoła. Nie chciałem być posłańcem złej nowiny. Projektowałem sobie zachowanie papieża: zdenerwuje się i nie przyjedzie do Polski. Zachodnia prasa napisze o lodowatych stosunkach między PRL-em a Stolicą Apostolską.

Żeby nie oberwać z obu stron: papieskiej i rządowej, wymyśliłem fortel. Przekonałem Silvestriniego, że punkt dotyczący spotkania z Wałęsą może zostać uzgodniony po przylocie papieża do Polski. Skłamałem, ale w słusznej sprawie. Czekałem czterdzieści pięć minut w jego gabinecie. Duży, przestronny pokój z ogromnym, drewnianym biurkiem, na którym leżały sterty dokumentów. Arcybiskup Silvestrini i kardynał Casaroli rozmawiali w tym czasie w apartamencie papieskim Janem Pawłem II. Był uparty, ale stopniowo uległ namowom. Dwudziestego drugiego czerwca, w szósty dzień pielgrzymki, papież spotkał się z Wałęsą w Dolinie Chochołowskiej. Otrzymałem depeszę z Centrali, że dojdzie do rozmowy między nimi. No cóż, historia nagle przyspieszyła. Ja wróciłem na stałe do Polski. Jaruzelski odwołał stan wojenny. Kilka lat później zaczęły się obrady Okrągłego Stołu.

Rozdział III
Wspomnienia i refleksje

Edward Kotowski

Zachęcony przez współautora niniejszej publikacji — Rafała Barnasia — postaram się w tej części książki opisać najważniejsze problemy i wydarzenia, z jakimi zetknąłem się w mojej działalności wywiadowczej i dyplomatycznej, a później także i urzędniczej, które nie wyczerpały się w momencie zakończenia mojej misji watykańskiej. Po powrocie do kraju, jako urzędnik wyznaniowy, nadal utrzymywałem kontakty z moimi partnerami zagranicznymi i krajowymi, o czym będzie dalej mowa. Aby uporządkować narrację, wyodrębnię poszczególne okresy, a także podzielę się refleksjami na różne tematy aktualne zarówno wówczas, jak i później. Tak, aby każdy mógł poznać, jak wygląda świat widziany oczami oficera wywiadu i innych służb specjalnych. Jest to spojrzenie o wiele głębsze, niż się powszechnie wydaje. Oficer wywiadu jest wyczulony na wiele kwestii pozornie mało istotnych, a w rzeczywistości niezmiernie ważnych do opracowania ocen mających znaczenie dla decyzji państwowych w każdym wymiarze. Nawet wtedy, gdy ten oficer jest już na emeryturze, jego wiedza i doświadczenie są zawsze wykorzystywane w państwach mądrze zarządzających zasobami ludzkimi. Niestety u nas jest inaczej. Opiszę też moje losy po przejściu na emeryturę oraz to, co wiąże się z dramatycznymi skutkami dwukrotnego odebrania mnie i moim kolegom emerytur w ramach tzw. ustaw represyjnych. To niesprawiedliwa konsekwencja tego, że w dawnych latach pracowaliśmy jako oficerowie służb specjalnych, w tym i wywiadu, na rzecz powszechnie uznawanego przez społeczność międzynarodową państwa, jakim była PRL. Jeśli ta praktyka się utrwali, to podobny los czeka oficerów służb specjalnych obecnego państwa, a to skutkować będzie jego osłabieniem wewnętrznym i zewnętrznym, z groźnymi konsekwencjami teraz i w przyszłości.

1. Rzym, Watykan (1979–1983)
Trudny początek…

Po zdanym pomyślnie egzaminie państwowym z języka włoskiego jesienią 1978 roku rozpocząłem praktykę w Departamencie IV Ministerstwa Spraw Zagranicznych na stanowisku eksperta ds. watykańskich. Miałem tam swoje biurko i zajmowałem się rozdzielaniem zadań i koordynowaniem działalności na tym odcinku, naszego przedstawiciela przy Watykanie, według reguł i standardów przyjętych w tym ministerstwie. Na bieżąco też śledziłem informacje napływające z Rzymu oraz brałem udział w rozmowach z delegacjami watykańskimi przyjmowanymi w Polsce. Szczególnie dobrze wspominam rozmowy z delegacją, na której czele stał abp Agostino Casaroli, później kardynał i Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej. Miała ona miejsce wczesną wiosną 1979 roku. Wtedy to, na wydanym przyjęciu z tej okazji, poznałem Stanisława Kanię.

Brałem też udział w przygotowywaniu pierwszej wizyty w Polsce Jana Pawła II w 1979 roku, doradzając osobiście Wiceministrowi Spraw Zagranicznych — Józefowi Czyrkowi. Praktyka ta trwała do końca lipca 1979 roku, a więc do czasu mojego wyjazdu do Włoch, gdzie miałem objąć stanowisko II sekretarza ambasady, członka Zespołu ds. Stałych Roboczych Kontaktów Między Rządem PRL a Stolicą Apostolską. Przedtem, rzecz jasna, drogą dyplomatycznych konsultacji Ministerstwo Spraw Zagranicznych uzyskało dla mnie stosowną akredytację, zarówno watykańską, jak i włoską. Przed wyjazdem nie udzielono mi żadnej instrukcji ze strony Departamentu I MSW. Jedynie gen. Konrad Straszewski, dyrektor Departamentu IV MSW, żegnając się ze mną, powiedział mi, że powinienem pamiętać o tym, że najwyższe władze państwowe dążą do tego, aby doprowadzić do pełnej normalizacji relacji państwo-Kościół i do wznowienia pełnych stosunków dyplomatycznych z Watykanem. Podkreślił, że dotychczasowe informacje, jakich dostarcza wywiad, są niedostateczne, mało aktualne i nie pozwalają na wypracowanie wyważonego stanowiska władz państwowych w tych kwestiach.

Odebrałem to jako wyraźną wskazówkę, że moja działalność ma służyć sprawom, o których wtedy mówił, a w żadnym przypadku nie może zaszkodzić procesom normalizacyjnym ani na linii państwo-Kościół, ani Polska-Watykan. Dodał też, że tam, gdzie będzie ku temu okazja, należy przeciwstawiać się klimatowi ewentualnej nieufności polskiego duchowieństwa przebywającego w Rzymie w związku z toczącymi się rozmowami rządu polskiego z kurią rzymską. Problem ten krótko po wyborze Polaka na papieża przestał być ze zrozumiałych przyczyn aktualny.

To była moja ostatnia merytoryczna rozmowa z gen. Konradem Straszewskim. Od tej pory, po objęciu misji w Rzymie, nie miałem już żadnych oficjalnych kontaktów z Departamentem IV MSW, gdyż z natury rzeczy nie byłoby to możliwe ani zgodne z regułami pracy wywiadowczej. Nie miałem też bezpośredniego kontaktu, nawet podczas pobytów wakacyjnych w Polsce, z Centralą, czyli z Departamentem I MSW. Spotykałem się jednak na stopie prywatnej z gen. Konradem Straszewskim.

Podróż do Rzymu odbyłem na przełomie lipca i sierpnia 1979 roku. Wyruszyłem tam własnym fiatem 126p. O dziwo nie sprawił mi zawodu i jadąc przez Czechosłowację i Austrię, pokonując trudne wówczas odcinki alpejskie, przybyłem do Rzymu o jeden dzień wcześniej, niż zaplanowałem. Pierwszą noc spałem na sofie w salonie reprezentacyjnym ambasady. Później było znacznie gorzej, bo zakwaterowano mnie w mieszkaniu, w którym nocowali nasi kurierzy z MSZ. Było to ponure mieszkanie w wiekowej kamienicy, z oknami wychodzącymi na podwórze-studnię, położone przy Via Flaminia Vecchia.

W pierwszych dniach po podjęciu pracy skontaktował się ze mną Szef Rezydentury Wywiadu, radca ambasady — Fabian Dmowski, później dyrektor Departamentu I MSW — i podczas krótkiego spaceru do baru na kawę omówił krótko zasady i metody naszych kontaktów. Jednocześnie polecił mi, aby pierwsze miesiące poświęcić na dobre wdrożenie się w obowiązki dyplomatyczne i wywiadowcze rozpoznanie „terenu”, zaaklimatyzowanie się, a dopiero po tym okresie podjąć, a raczej zorganizować, kontakty informacyjne przydatne wywiadowi.

Ze strony rezydentury wywiadu spotkałem się z pewną niechęcią już na początku pobytu, jako że Departament I MSW był przymuszony przez kierownictwo państwa do przyjęcia mnie w swoje szeregi, ale udało mi się temu zaradzić. Jak wiadomo, aby coś zneutralizować, to trzeba to najpierw rozpoznać. Bardzo mi pomógł w tym zakresie Jerzy Jopa o kryptonimie „Garda”, również oficer wywiadu. Dowiedziałem się o tym, że był oficerem wywiadu zaledwie kilka lat temu od jednego z lustratorów, który udostępnił mi nawet świadczący o tym dokument.

Uprzedzał mnie o specyficznych zasadzkach i przygotowywanych prowokacjach. Gdybym o nich nie wiedział, to pewnie po kilku miesiącach odesłano by mnie do kraju z opinią, że nie nadaję się do tej pracy. Trzeba też dodać, że na samym początku wyjawił mi, kto jest oficerem wywiadu pod przykrywką dyplomaty, a kto agentem. Znakomicie mi naświetlił charakterystyki tych oficerów. Dlaczego to zrobił? Z kilku powodów. Jednym z nich było jego przekonanie o tym, że jestem człowiekiem Stanisława Kani, i pewnie liczył, że udzielona mi pomoc kiedyś mu pomoże w jego karierze.

Ponadto był słabym oficerem operacyjnym i miał trudności z uzyskiwaniem informacji. Na jego prośbę udostępniałem mu mniej istotne informacje, których nie wykorzystywałem, a które posiadałem. Jak je puszczał w obieg, nie wiem. W każdym razie w ten sposób uzależniłem go od siebie i w rewanżu na bieżąco informował mnie o sytuacji w rezydenturze naszego wywiadu.

Rozpoczynając pracę w Rzymie, zdawałem sobie sprawę, że nie będzie łatwo, tym bardziej, że moja wiedza na temat Watykanu miała raczej charakter książkowy i bazowała na wiedzy historyka sztuki ze specjalizacją w zakresie sztuki sakralnej. Departament IV, pozbawiony dopływu dobrych informacji z wywiadu, praktycznie nie orientował się w tym, jak wyglądały struktury watykańskie ani czym się zajmowały.

Wizyty, spotkania

Jedną z pierwszych wizyt oficjalnych, jakie złożyłem polskim duchownym na stałe przebywającym w Rzymie, była wizyta u ks. infułata Franciszka Mączyńskiego, który od dziesięcioleci pełnił tam funkcję rektora Papieskiego Instytutu Polskiego przy Via Pietro Cavallini 34. Instytut ten był rodzajem bursy polskich księży studiujących w Rzymie, a także stanowił rzymską rezydencję dla polskich prymasów. Jak podkreślał, był rówieśnikiem, a także jak powszechnie wiadomo, przyjacielem i powiernikiem kard. Stefana Wyszyńskiego. Podobnie bliskie relacje miał z kard. Józefem Glempem. Mimo już wtedy sędziwego wieku był w doskonałej formie psychicznej i fizycznej i tryskał humorem.

Podczas pierwszego naszego spotkania wykazywał zrozumiałą w tej sytuacji rezerwę, ale kolejne całkowicie usunęły ją w cień. Cieszył się z nawiązanych roboczych kontaktów między Polską a Stolicą Apostolską. Stał na stanowisku, że Polska powinna pożytecznie wykorzystać ten czas, kiedy to Polak jest papieżem, i jak najszybciej doprowadzić do pełnej regulacji stosunków z Kościołem i Watykanem. Dość szczegółowo nakreślił on zakres działalności innych polskich kościelnych instytucji w Rzymie. Doradzał, z kim warto rozmawiać, a z kim nie. Zapamiętałem, że z rezerwą wyrażał się o Papieskim Kolegium Polskim, którego rektorem był ks. prałat Józef Michalik, późniejszy arcybiskup przemyski i do niedawna przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Wręcz nieprzychylnie był nastawiony do Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych, którego rektorem był ks. dr Hieronim Fokciński, jezuita.

Księdzu prałatowi Józefowi Michalikowi złożyłem potem wizytę zapoznawczą i mimo że przyjął mnie gościnnie, to nie miałem wewnętrznego przekonania do kontynuowania tej znajomości. Była to moja pierwsza i zarazem ostatnia wizyta w kierowanym przez niego Papieskim Kolegium Polskim.

Pracując później w Urzędzie do Spraw Wyznań, dość często spotykałem ks. Franciszka Mączyńskiego na lotnisku w Warszawie, kiedy podróżując między Polską i Włochami, wraz z innymi duchownymi korzystał z saloniku dla VIP-ów. Zawsze go było stać na dowcipne skomentowanie bieżącej sytuacji czy to politycznej, czy też kościelnej. Znajomość z nim uważam za bardzo pożyteczną, a także niezmiernie miłą.

Pracując w Rzymie, bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że wypracowanie pozytywnej, dobrze uargumentowanej oceny, gdy chodzi o stosunki Polska-Watykan i państwo-Kościół, może być podstawą do podjęcia przez władze takich decyzji, które dobrze będą służyć procesowi demokratyzacji w naszym kraju, i powodować to, że przemiany ustrojowe nie stracą ewolucyjnego charakteru. Gdy doszedłem do takich wniosków, moja misja nabrała nowego sensu, a cele, jakie z niej wynikały, były przeze mnie realizowane w różnorodny sposób, zależnie od okoliczności i możliwości.

Widocznie dobre rezultaty mojej działalności informacyjnej sprawiły, że szefowie rezydentury, zarówno radca Fabian Dmowski, jak i późniejszy radca Jerzy Porowski, nie ingerowali w moją działalność. Ograniczyli się praktycznie do odbierania ode mnie informacji i ich przekazywania do Centrali oraz pokrywania kosztów ich pozyskiwania, czyli w praktyce do pokrywania kosztów spotkań (obiady lub kolacje). Informacje uzyskiwałem z pozycji dyplomaty, a moi liczni rozmówcy nie mieli świadomości, że jestem pracownikiem wywiadu. Po tylu latach można z pewnością stwierdzić, że uzyskiwane wtedy informacje, przekazywane na bieżąco kierownictwu państwa, w dużej mierze przyczyniły się do stopniowej zmiany optyki władz w zakresie relacji polsko-watykańskich. Doszło do pozbycia się wielu wzajemnych uprzedzeń, klimatu nieufności i podejrzeń, które w dużej mierze wynikały z braku obiektywnego rozeznania intencji stron, co z kolei przyczyniło się do pogłębienia dialogu państwa z Kościołem i w dalszej perspektywie, tj. w maju 1989 roku, doszło, na bazie wspólnych ustaleń i rozwiązań, do uchwalenia ustawy sejmowej w sposób trwały regulującej wzajemne stosunki.

Z przyjemnością mogę stwierdzić, że mam swój, wcale nie mały, udział w rozmowach, jakie na ten temat toczyły się w tym czasie, jako dyrektor Urzędu do Spraw Wyznań. Trzeba dodać, że mimo upływu ponad 29 lat, jak dotąd żadna ze stron tej ustawy nie kwestionuje. Oznacza to, że wspólnie przyjęte rozwiązania odpowiadają normom demokratycznego państwa.

Ponadto pod koniec 1989 roku, kiedy to jeszcze pełniłem swoją funkcję w tymże Urzędzie, doszło do wznowienia pełnych stosunków dyplomatycznych między PRL-em a Watykanem, co jest kolejnym potwierdzeniem mojego pozytywnego udziału w tym procesie, zarówno w latach 1979–1984, jak i w późniejszym okresie, który omówię w dalszej części tej publikacji. W tej sytuacji stawianie przez niektórych lustratorów dziwacznej i karkołomnej tezy o zwalczaniu przez wywiad PRL Jana Pawła II jest chyba nieporozumieniem i zabiegiem propagandowym i zapewne służy jakimś bieżącym celom politycznym, które mają niewiele wspólnego z prawdą.

Niektórym trudno to będzie wytłumaczyć, ale Stolica Apostolska w świetle prawa międzynarodowego jest takim samym podmiotem tego prawa jak inne państwa i obiektem zainteresowań wywiadowczych, co nie dziwi jej przedstawicieli. Co więcej, sama prowadzi intensywną działalność wywiadowczą, a ja miałem przyjemność utrzymywania kontaktów z domniemanym szefem tego wywiadu, nieżyjącym już kardynałem, a wówczas arcybiskupem. Przed moim wyjazdem z Włoch wspólnie zjedliśmy obiad w restauracji rzymskiej.

To były takie czasy, że liczyły się nie wybujałe emocje, ale chłodna kalkulacja interesów. Co więcej, Stolicą Apostolską interesowały się i nadal interesują wszystkie wywiady świata, bo fakt jej oddziaływania duszpastersko-społecznego i politycznego na ponad miliard i dwieście milionów ludzi na całym świecie nie jest dla nikogo obojętny.

Miałem się okazję o tym przekonać, bo robocze i towarzyskie kontakty dyplomatów-oficerów kwitły w ramach korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej, a dobrym do tego miejscem były przyjęcia dyplomatyczne wydawane z różnych okazji, również przez Stolicę Apostolską. Ale jak do tej prawdy przekonać nawiedzonych, co to nie tylko nie orientują się w tym temacie, ale uznają to za coś karygodnego? Signum temporis?

Często zastanawiam się, co spowodowało, że zostałem skierowany do pracy w Watykanie jako rezydent polskiego wywiadu? Najpewniej jednak jakaś ocena, że posiadałem odpowiednie kwalifikacje do tej pracy, zarówno dyplomatyczne, jak i wywiadowcze. Wiem, że wiele na rzecz mojego wyjazdu zdziałali Stanisław Kania i gen. Konrad Straszewski. Zwykle tak jest, że obie te funkcje się łączy, aby efekty rozpoznania były bardziej skuteczne. Oznacza to, że pełniąc zarówno funkcję dyplomatyczną, jak i wywiadowczą, można w sposób najbardziej efektywny spełniać zadania postawione przez władze państwa wysyłającego.

To jest praktyka nadal stosowana we współczesnym świecie, również i przez RP. Nie ma więc się czemu dziwić. Wykonując dyplomatyczną misję, ma się także doskonałe miejsce do prowadzenia działalności wywiadowczej. Ważne potrafić ją tak prowadzić, aby nie doszło do powstania niepotrzebnych napięć z władzami państwa przyjmującego, które przy pomocy służb kontrwywiadu stara się poddać kontroli działania wywiadowcze. Czasami zdarza się, że kontrwywiad odsłania taką działalność i wówczas dochodzi do napięć we wzajemnych stosunkach.

Nie było czegoś takiego w relacjach PRL-Stolica Apostolska. Oznacza to, że wywiad polski umiał prowadzić swoją działalność w sposób kompetentny i z tego powodu nie można mu teraz stawiać zarzutów.

Jak wiadomo, od początku lat 70. zarówno Stolica Apostolska, jak i PRL podjęły rozmowy na temat stopniowej normalizacji wzajemnych stosunków w aspekcie międzynarodowym i relacji państwo-Kościół w Polsce. Ponieważ od momentu zerwania stosunków dyplomatycznych narosło wiele nieporozumień, nieufności, konfliktów i niejasności oraz dominowała wzajemna nieufność stron, trzeba było rozpoznać te sprawy przy pomocy wywiadu i na podstawie nowego rozpoznania prowadzić stopniowy dialog służący poprawie tych wzajemnych relacji, co w końcu się udało.

Jeszcze za czasów PRL, 17 lipca 1989 roku, przywrócono pełne stosunki dyplomatyczne po ponad półwiekowej przerwie — nie wolno o tym zapominać. Gdyby przeważyła linia „zwalczania”, to przecież by do tego nie doszło. Pamiętajmy też, że 17 maja 1989 roku doszło do pełnej normalizacji stosunków państwo-Kościół w Polsce i wywiad PRL oddał wielkie zasługi dla obu kwestii. Nie można więc rozważać sprawy, nie biorąc pod uwagę tych dwóch wielkich osiągnięć, których efekty są widoczne do dzisiaj.

Rzecz jasna w tym procesie, jak w każdym skomplikowanym, miało też miejsce wiele cofnięć, ale w sumie wszystko szło do przodu. W tej sytuacji stawianie dziwacznej i karkołomnej tezy o zwalczaniu przez wywiad PRL Jana Pawła II jest bezpodstawne.

Lektury rzymskie

Wyjeżdżając do Rzymu, nie miałem zbyt dużego specjalistycznego przygotowania do pracy na odcinku watykańskim. Moja wiedza o Watykanie w dniu przyjazdu do Rzymu 3 sierpnia 1979 roku, miała głównie charakter książkowy i bazowała też na tym, co jako historyk sztuki mogłem wiedzieć na ten temat. Z innymi materiałami, poza bieżącymi depeszami i sprawozdaniami, jakie poznałem podczas pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w latach 1978–1979, się nie zapoznawałem. W związku z tym zaraz po przyjeździe do Włoch na własny użytek opracowałem pewną strategię uzupełniania niezbędnej wiedzy. W pierwszej kolejności rozpocząłem kupowanie, własnym sumptem, w księgarniach watykańskich i rzymskich niezbędnych opracowań na temat Watykanu i Stolicy Apostolskiej jako podmiotu prawa międzynarodowego i centralnej instytucji chrześcijaństwa, w tym na temat funkcjonowania jej poszczególnych dykasterii. W tym zakresie nie było większych trudności, oczywiście poza finansowymi. W pierwszym miesiącu wydałem na ten cel niemal połowę mojego uposażenia, co było możliwe, bo moja rodzina była jeszcze w Warszawie.

W następnych miesiącach również systematycznie ponosiłem duże wydatki na ten cel. Ale warto to było robić, gdyż moja wiedza rosła w szybkim tempie, z tygodnia na tydzień. Niezależnie od tego, co już stwierdziłem, celem dokształcania się odwiedzałem czytelnie biblioteczne uniwersytetów papieskich, gdzie jako Polak spotykałem się z dużą życzliwością i pomocą. Nie piszę szerzej tutaj, że systematyczna i dogłębna lektura treści „L’Osservatore Romano” — dziennika watykańskiego — poddana stosownej interpretacji zawsze była źródłem wielu istotnych informacji.

To samo można odnieść do prasy włoskiej, w której można było znaleźć artykuły wybitnych watykanistów. Z niektórymi miałem dobre relacje do końca mojego pobytu w Rzymie.

Generalnie rzecz ujmując, bieżąca lektura publikacji, o których wspominam, nie mówiąc o aktualnych oficjalnych dokumentach papieskich (takich jak encykliki, adhortacje, listy apostolskie, oficjalne wystąpienia papieskie: kilka razy w tygodniu), dawała duży wgląd w problemy, które mogły mnie interesować i z dnia na dzień poszerzało to moją wiedzę. W związku z tym powstawały realne warunki i możliwości do podejmowania dialogu z osobami kompetentnymi w kurii rzymskiej. Trzeba podkreślić, że obowiązywał pewien niepisany zwyczaj w rozmowach z kurialistami, że w trakcie rozmowy rzadko zadawało się pytania wprost. Podczas odpowiednio aranżowanych i prowadzonych dyskusji można było dowiedzieć się więcej i nie narażać na zbędne podejrzenia.

Wysłanie mnie do Watykanu z taką skromną wiedzą nie świadczyło jednak o braku profesjonalizmu ze strony MSZ. Po prostu innych, powiem to nieskromnie, lepszych ode mnie kandydatów nie było. Warto pamiętać o tym, że robocze kontakty z Watykanem nawiązano dopiero w 1974 roku, a więc tradycja pracy dyplomatycznej na tym odcinku nie była jeszcze duża i MSZ nie miało dobrej własnej kadry w tym zakresie. Chodzi o to, że zwykły dyplomata niemający doświadczenia w kontaktach z duchowieństwem mógłby sobie nie dać rady z bardzo specyficzną problematyką i rozwijaniem koniecznych kontaktów z kurialistami rzymskimi. Trzeba było też znać problemy, jakimi zajmowała się Stolica Apostolska we współczesnym świecie.

Moja praca w Departamencie IV MSW dała mi jednak pewne podstawy do tego, aby to wyzwanie podjąć przy założeniu, że na miejscu, w Rzymie, będę musiał zbudować o wiele głębsze podstawy do tej działalności — i to udało się. A co do owej protekcji, o której czasami się mówi, to wiem, że wiele na rzecz mojego wyjazdu zdziałali Stanisław Kania i gen. Konrad Straszewski. Ale na pewno nie kierowali się w tej sprawie żadnymi przesłankami pozamerytorycznymi, bo takich nie było.

Partnerzy watykańscy

Jak już wielokrotnie wypowiadałem się publicznie, szybko zorientowałem się, że najwdzięczniejszymi partnerami do rozmów są „międzynarodowi” pracownicy kurii. W odróżnieniu od niektórych duchownych polskiego pochodzenia mieli oni nie tylko wielką wiedzę, ale wyróżniali się też większą otwartością oraz krytyczną postawą wobec wielu różnych zjawisk w życiu Kościoła. Stąd, i to od początku, przykładałem większą wagę do kontaktów z nimi, ograniczając w tym aspekcie kontakty z Polakami do minimum. Między innymi też dlatego, że w ich zachowaniu można było obserwować zbyt wiele podejrzliwości wobec polskich przedstawicieli dyplomatycznych, ale również i zagubienie w nowej sytuacji (początek polskiego pontyfikatu), w jakiej się znaleźli.

W moim odczuciu byli też izolowani ze strony „międzynarodówki” kurialnej, a zwłaszcza Włochów, którzy zapewne z niechęci wynikającej z tego, że to nie ich rodak został papieżem, uważali polskich duchownych za „prowincjuszy”. Nie zawsze to była ocena adekwatna do sytuacji. Niektórzy polscy duchowni swoją wiedzą i wykształceniem znacznie ich przewyższali. Mam na myśli chociażby obecnego już kard. Zenona Grocholewskiego, abpa Józefa Kowalczyka czy abpa Janusza Bolonka.

Zachowywałem się jak dyplomata, większość dnia przebywając w siedzibie misji, składając wizyty w Watykanie oraz spotykając się z dyplomatami akredytowanymi przy Stolicy Apostolskiej, a także z duchownymi polskimi zamieszkałymi w Rzymie. Wieczorami lub w porze obiadowej spotykałem się ze swoimi źródłami informacji. Żadnych agentów w Watykanie nie pozyskiwałem.

Lektura publikacji lustratorów wskazuje na to, że demonizuje się moje kontakty operacyjne w Watykanie. Niektórym moim rozmówcom Centrala nadawała pseudonimy, ale oni nigdy nie byli przeze mnie pozyskani w charakterze źródeł wywiadu. Nie informowano mnie też, w jaki sposób Centrala traktowała te osoby. Ponieważ byłem tylko tzw. pracownikiem zewnętrznym wywiadu i nigdy nie pracowałem jako oficer w strukturach Centrali, nawet nie zastanawiałem się nad znaczeniem tych procedur. Dla mnie nie to było ważne.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że korpus dyplomatyczny akredytowany przy Watykanie bardzo często spotykał się we własnym gronie i w towarzystwie pracowników kurii rzymskiej, najczęściej na przyjęciach, które dobrze służyły wzajemnej wymianie informacji i poglądów nie tylko dotyczących sytuacji w Watykanie, ale i sytuacji Kościoła w wielu rejonach świata. Dało się też zauważyć, że problematyką watykańską interesowali się dyplomaci akredytowani przy państwie włoskim. Te zainteresowania były czymś naturalnym, zważywszy na wielką rolę Stolicy Apostolskiej, zwłaszcza za pontyfikatu Jana Pawła II, na arenie międzynarodowej.

Żadne państwo bowiem nie może nie zauważać tego, że tenże podmiot prawa międzynarodowego ma wpływ na postawy społeczno-polityczne ponad miliarda obywateli żyjących w ogromnej większości państw. Nawiązywaniu korzystnych kontaktów w środowisku dyplomatów sprzyjało też ich naturalne zainteresowanie sytuacją w naszej części Europy, a zwłaszcza w Polsce. Dodam, że Stolica Apostolska prowadziła, i nadal prowadzi, otwartą politykę informacyjną, gdyż leżało to w jej interesie. Dlaczego? Uzasadnię to nieco później.

Niektórzy badacze problematyki działań wywiadu polskiego na odcinku watykańskim twierdzą, że byłem człowiekiem, który nadał właściwe znaczenie w korzystaniu z tzw. białego wywiadu przy rozpoznawaniu tamtejszej sytuacji. Tak rzeczywiście było i podam na to przykłady.

Otóż na początku mojej misji w Rzymie w jednej z księgarń watykańskich ujrzałem Annuario Pontificio i go kupiłem za około 50 000 lirów włoskich. Stwierdzam ze wstydem, że wówczas nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Wstępne przewertowanie opasłego tomu ujawniło, że ta corocznie aktualizowana publikacja licząca ponad 2000 stronic bardzo drobnego druku w sposób niezmiernie skrupulatny i metodyczny obrazowała strukturę Kościoła Rzymskokatolickiego na całym świecie, a jednocześnie była doskonałym przewodnikiem po wszystkich dykasteriach kurii rzymskiej, w tym po komórkach technicznych i gospodarczych Watykanu. Zawierała też informacje dotyczące zakresu działania instytucji watykańskich i ich krótki rys historyczny. Co więcej, można tam było znaleźć wykaz wszystkich pracowników, adresy ich miejsca pracy i zamieszkania oraz numery telefonów.

W tym opracowaniu znajdowały się również kompletne i szczegółowe dane dotyczące przedstawicielstw watykańskich na całym świecie, a także przedstawicielstw państw akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej. Oczywiście wśród wielu widniał też adres polskiej misji oraz adres mojego rzymskiego mieszkania i numer telefonu.

Można tam też było znaleźć niezbędne dane dotyczące zakonów, męskich i żeńskich, ze szczególnym uwzględnieniem domów generalnych. To samo dotyczyło wszystkich biskupów, którzy w danym roku sprawowali swoje funkcje w diecezjach całego świata. Nie muszę specjalnie podkreślać, że umiałem spożytkować to, co się tam znajdowało, bo niezwykle ułatwiało mi pracę.

W porównaniu z tym, co było, gdy chodzi o trudność w zdobyciu podobnego rodzaju przewodnika, w odniesieniu do struktur Kościoła w Polsce, to sytuacja w Rzymie była sielanką. I to nie są puste słowa. To stwierdzenie naprawdę zasadne! Porównując obie sytuacje, nie trudno było dojść do wniosku, że Kościół w Polsce jawił się jako zamknięta od wewnątrz twierdza, a Stolica Apostolska była strukturą otwartą w sposób wręcz niewiarygodny, ale przecież słuszny i uzasadniony. Chodzi o to, że prowadzenie zamkniętej, limitowanej polityki informacyjnej nie prowadziłoby do zakładanego celu, jakim jest powszechna ewangelizacja. Kwestie doktrynalne muszą być znane wiernym w jak najszerszym zakresie. O to mi chodziło w tej interpretacji otwartości polityki informacyjnej Stolicy Apostolskiej.

Nie mówię tego o tajnych archiwach watykańskich, ale do wypracowania tych ocen, o jakie mi chodziło, ich zawartość nie była mi do niczego potrzebna. Trudno przecież, aby centrala struktury religijnej obejmującej swoim oddziaływaniem nie tylko ponad miliard i dwieście milionów ludzi, ale geograficznie cały świat, mogła z sukcesem rozwijać się, konspirując najważniejsze, z tego punktu widzenia, działania.

Dlatego nietrudno było wyciągnąć wniosek, że uważnie studiując wszystkie bieżące publikacje i dokumenty watykańskie, można z nich precyzyjnie wyinterpretować najważniejsze cele i kierunki działalności strategicznej i taktycznej Stolicy Apostolskiej we współczesnym świecie. Nie tylko w aspekcie duszpasterskim, który mnie najmniej interesował, ale społecznym i politycznym. I to bez zaglądania do tajnych archiwów watykańskich. Z tego też względu w mojej działalności główny nacisk położyłem na tzw. biały wywiad i oficjalne kontakty z pozycji dyplomatycznej, zarówno z funkcjonariuszami kurii rzymskiej, jak i dyplomatami akredytowanymi przy Watykanie.

Biały wywiad

Każdy oficer posługuje się białym wywiadem, ale i prowadzi osobowe źródła informacji. Kwestia polega na tym, że u każdego przedstawia się to w różnych proporcjach. Bez dobrego białego wywiadu nie ma możliwości dobrego wykorzystania informacji zbieranych przez osobowe źródła. To pierwsze źródło najczęściej służy wyrabianiu ogólnego poglądu na sytuację w obiekcie pod kątem zachodzących tam różnych zmian. To tak, jakby się patrzyło codziennie przez okno na teren, który znajduje się poza oknem, aż po horyzont. Jeśli będziemy patrzeć systematycznie i uważnie, to dostrzeżemy pewne zmiany w jego oglądzie, które się jednak, wbrew pozorom, bez przerwy dzieją. To samo możemy dostrzec przy pomocy białego wywiadu, gdy chodzi o zachodzenie drobnych zmian ilościowych, które z czasem przechodzą w istotne zmiany jakościowe. Rzecz jasna to wszystko jest weryfikowane informacjami z wielu innych źródeł, które wcale nie muszą mieć charakteru agenturalnego. I odwrotnie. To z grubsza tyle.

Kierunki zainteresowania

Ponieważ minęło już sporo lat od mojego pobytu w Rzymie, więc mogę wymienić kierunki mojego zainteresowania na odcinku watykańskim.

Otóż w trakcie ponadczteroletniego pobytu na placówce dyplomatycznej w Rzymie, poza rutynowymi, protokolarnymi czynnościami przynależnymi funkcji dyplomaty, moja merytoryczna praca była ukierunkowana na rozpoznawanie oraz ocenę działalności Stolicy Apostolskiej jako podmiotu prawa międzynarodowego, w zakresie spraw związanych z pokojem i odprężeniem międzynarodowym, rozbrojeniem, konfliktami regionalnymi oraz współpracą na forum ONZ i innych organizacji międzynarodowych.

Ponadto interesowałem się tzw. polityką wschodnią Watykanu, ze szczególnym uwzględnieniem naszego kraju, a także stosunkiem papieża i kurii rzymskiej do sytuacji wewnętrznej w PRL oraz procesu przemian demokratycznych w całej ich złożoności i swoim skomplikowaniu.

Ważnym zagadnieniem było też rozpoznawanie stanowiska Stolicy Apostolskiej względem procesu postępującej normalizacji stosunków państwa z Kościołem oraz perspektyw wznowienia relacji dyplomatycznych między tymi podmiotami. Trzeba przyznać, że nie działo się to w próżni, ale w obrębie skomplikowanych relacji Wschód-Zachód, a ten proces rozpoznawania był obarczony różnymi wpływami i działaniami wynikającymi z tych relacji, również ze strony innych wywiadów, zarówno zachodnich, jak i wschodnich. Po tylu latach można jednak stwierdzić, że uzyskiwane wtedy przeze mnie i moich kolegów informacje, przekazywane na bieżąco kierownictwu państwa, w dużej mierze przyczyniły się do tego, że stopniowo zmieniała się optyka władz odnośnie do relacji polsko-watykańskich.

Doszło do pozbycia się wielu wzajemnych uprzedzeń, klimatu nieufności i podejrzeń, które często wynikały z braku obiektywnego rozeznania intencji stron. To z kolei przyczyniło się do pogłębienia dialogu państwa z Kościołem, a w dalszej perspektywie do uchwalenia ustawy sejmowej w sposób trwały regulującej wzajemne stosunki (1989).

Trzeba przyznać, że mimo upływu ponad 29 lat, jak dotąd żadna ze stron nie kwestionuje tej ustawy. Oznacza to, że wspólnie przyjęte rozwiązania odpowiadają normom demokratycznego państwa.

Ponadto17 lipca 1989 roku doszło do wznowienia stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską, co jest kolejnym potwierdzeniem również mojego pozytywnego udziału w tym procesie, który być może stanie się przedmiotem oddzielnego i bardziej szczegółowego omówienia w przyszłości, gdy i dla mnie materiały archiwalne ze zbiorów IPN staną się dostępne. Niektórzy zagraniczni znawcy problemu twierdzą, że obie regulacje to jedyny projekt polityczny z czasów PRL, który został zrealizowany skutecznie i to tak, że służy dobrze społeczeństwu w nowych warunkach ustrojowych (Peter Raina).

Strona watykańska zauważyła mój wkład w ten proces, bo kończąc moją misję, otrzymałem liczne podziękowania ze strony przedstawicieli kurii rzymskiej. Wyrażano je za całokształt pracy, a abp Luigi Poggi, później mianowany kardynałem, wraz ze swoim współpracownikiem wziął udział w uroczystym obiedzie wydanym w restauracji z tej okazji. Dodam, że moja działalność nie była powodem jakichkolwiek napięć w relacjach polsko-watykańskich ani stosunkach państwo-Kościół. Nie było też żadnych zastrzeżeń władz włoskich, które w ramach stosownych porozumień zajmowały się ochroną kontrwywiadowczą Watykanu.

Przypominam, że przed wyjazdem do pracy w Rzymie przekazano mi jasno intencję władz: działać rozważnie i tak, aby bez narażania się na ryzyko komplikacji dyplomatycznych rozpoznać właściwe intencje Stolicy Apostolskiej w kwestii przywrócenia pełnych stosunków dyplomatycznych; zdefiniowania warunków tego kroku oraz możliwego terminu. I bardzo się starałem, aby to zalecenie stale realizować. Stwierdzono też, co podkreślam jeszcze raz, że dotychczasowe rozeznanie było dalece niewystarczające, bo prowadzono je z niezbyt dogodnych pozycji, jakie dawała nasza ambasada przy Kwirynale.

Moja pozycja, umocowana akredytacją przy Watykanie, stwarzała inną perspektywę i nie można było w żadnym razie tej pozycji skompromitować jakimś nierozsądnym działaniem czy nieodpowiednią postawą osobistą. Będąc już w Rzymie, w pełni zdałem sobie sprawę, że typowa agenturalna działalność wywiadowcza nie przyniesie w tym przypadku pożądanych rezultatów, bowiem poszczególne źródła informacji siłą rzeczy posiadałyby jedynie dostęp do wycinkowych ocen, a brak szansy na ich pozyskanie w krótkim czasie, gdy chodzi o węzłowe punkty poszczególnych dykasterii watykańskich, uniemożliwiłby uzyskanie pełnej oceny celów strategicznych odnośnie do Polski i innych państw, realizowanych w ramach tzw. polityki wschodniej Stolicy Apostolskiej.

W tym przypadku czas miał istotne znaczenie, zważywszy na to, co się działo w Polsce w latach 80. ubiegłego wieku. Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że wypracowanie pozytywnej i dobrze uargumentowanej generalnej oceny wobec stosunków Polska-Watykan i państwo-Kościół, widzianych z tej perspektywy, może być podstawą do podjęcia przez władze decyzji, które będą dobrze służyć procesowi demokratyzacji w naszym kraju i powodować, że przemiany ustrojowe nie stracą swojego ewolucyjnego charakteru.

W tej sytuacji nie interesowało mnie kto z kim ani dlaczego. Myślę, że czytelnicy zrozumieją kontekst tego sformułowania. Moja misja miała inny wymiar i cel. Bardzo ważne informacje uzyskiwałem z pozycji dyplomaty, a moi liczni rozmówcy nie mieli świadomości, że jednocześnie jestem pracownikiem wywiadu, co jest teraz powszechną praktyką na całym świecie, chociaż nikt tego oficjalnie nie potwierdzi.

Dodam, że zwyczajem przyjętym w korpusie dyplomatycznym rozpocząłem też składanie kurtuazyjnych wizyt we wszelkich możliwych dykasteriach, dbając o to, aby spełniały one właściwy standard pod względem protokolarnym, gdy chodzi o relacje między moją funkcją a stanowiskiem urzędowym osób wizytowanych. Jeśli przebieg wizyt był, w mojej ocenie, pozytywny i rokował dalsze podtrzymywanie kontaktów, bez zbędnej zwłoki je ponawiałem, ustalając stopniowo systematyczne robocze kontakty. W efekcie zapewniałem sobie bieżący dopływ informacji o ważnych kwestiach, które te dykasterie podejmowały.

Szybko zorientowałem się, że najwdzięczniejszymi partnerami do tego typu rozmów, o czym już wspominałem, a teraz chcę to podkreślić raz jeszcze, są „międzynarodowi” pracownicy kurii. W odróżnieniu od niektórych duchownych polskiego pochodzenia mieli oni nie tylko wielką wiedzę, ale wyróżniali się też większą otwartością oraz krytyczną postawą wobec wielu różnych zjawisk w życiu Kościoła.

Na temat mojej działalności watykańskiej sporo już napisano. Generalnie rzecz biorąc, treści tych publikacji wymagają, w imię prawdy, oddemonizowania. Bo nie tak było, jak na podstawie strzępów zachowanych dokumentów wyobrażają sobie autorzy zafascynowani działalnością wywiadów w wersji upowszechnionej w filmach szpiegowskich. To było coś innego! Bo były inne okoliczności, inny wymiar i inna waga problemu wymagające przede wszystkim pracy intelektualnej, a nie stosowania procedur i sztuczek szpiegowskich, bo to byłoby antyproduktywne, czego do dziś zwolennicy tych metod jeszcze też w pełni nie rozumieją.

W kontaktach z innymi byłem aktywny. Trzeba się bowiem uczyć od każdego, kto może wiedzieć więcej. A historyczna ciągłość Kościoła jako instytucji, wiadomo, jest długa. Kościół też zawiera w sobie tradycję antyczną, co nie jest powszechnie znane. Dlaczego więc pewnych kwestii nie uczyć się i tam? Nie było w tym względzie żadnych obiekcji. Tym bardziej, że w kurii rzymskiej pracują ludzie z całego świata posiadający najwyższe kompetencje. To osoby bez uprzedzeń i otwarte na dialog, szczególnie wobec ludzi o innych formacjach światopoglądowych, kulturowych i politycznych. Osobiście czułem się tam lepiej niż w Polsce. Zarówno tej poprzedniej, jak i tej dzisiejszej. Natchnieniem były przecież nie tylko piękne pejzaże, ciepły klimat, ale i to, że spadkobiercy antycznej kultury zachowują do wszystkiego większy dystans. A w relacjach są bardziej tolerancyjni i wyrozumiali. Tam się oddycha lepiej i można o wszystkim rozmawiać bez zaperzania się — jak to u nas bywa — nosicieli jedynie słusznej prawdy wobec tych, którzy tej ich prawdy nie podzielają. I dlatego „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”.

Od pracowników kurii rzymskiej nauczyłem się przede wszystkim patrzenia na sprawy z dalekiej perspektywy, a także umiejętności dogłębnej analizy zastanej sytuacji w jej różnorodnych aspektach; dystansu do wielu spraw oraz odpowiedzialności za zgodność słów z czynami. Ponadto sztuki dyplomatycznej w różnych jej przejawach. Trudno tutaj wymienić wszystkie zalety kontaktowania się z ludźmi wyselekcjonowanymi spośród wiernych całego Kościoła, ale trzeba stwierdzić, że to przyglądanie się pracy kurii rzymskiej dużo mi dało w odczytywaniu jej intencji i działań na płaszczyźnie ogólnokościelnej i międzynarodowej.

Będę cały czas pamiętać o Rzymie, Watykanie i ludziach tam poznanych. Przede wszystkim z uwagi na panujące relacje. Otóż Włosi są bardziej tolerancyjni i wyrozumiali. Tam się żyje swobodniej i można o wszystkim rozmawiać. Przebywając długi czas poza granicami Polski, miałem możliwość porównania zachodnich standardów politycznych z polskimi. Generalnie rzecz biorąc, u polityków zachodnich uderzają pragmatyzm i racjonalność działania. Nie są tak emocjonalni, jak nasi politycy, i znakomicie opanowują sztukę gry politycznej i dyplomatycznej. Swoje argumenty przedkładają w sposób niezmiernie klarowny, unikając ideologizmów, i dążą do osiągania kompromisów. Wynika to najpewniej z długich tradycji demokratycznych, zgodnie z którymi rozstrzyganie sporów wewnętrznych następuje jedynie w drodze dialogu, a nie walki. W swojej działalności kierują się przede wszystkim pragmatycznym interesem własnego narodu. Szczegółowe porównanie naszych standardów z zachodnimi, gdzie tradycje demokratyczne są bardzo długie, byłoby zajęciem karkołomnym i niemożliwym w ramach tej książki. Stąd się go nie podejmuję. Mam tylko nadzieję, że obecność Polski w Unii Europejskiej pozwoli z czasem zbliżyć się do norm tam już od wieków utrwalonych.

W swojej działalności watykańskiej siłą rzeczy spotykałem się z polskimi duchownymi. To były spotkania z różnych okazji. Służbowe, towarzyskie, a także okazjonalne. Polskich duchownych zatrudnionych w kurii rzymskiej nie było zbyt wielu i niemal wszystkich znałem osobiście. Większość z nich przybyła do Rzymu w związku z wyborem na papieża kard. K. Wojtyły. Większość tych duchownych utrzymywała kontakty z naszą ambasadą w Rzymie bądź polską misją przy Watykanie. Zawsze więc była możliwość wymiany myśli, a co za tym idzie — uzyskania informacji.

Jeżeli jesteśmy przy temacie różnych kontaktów, to pragnę zauważyć, że działał tam również nasz wywiad wojskowy w ramach II Zarządu Sztabu Generalnego i w Rzymie miałem okazję się zetknąć z oficerami attachatu wojskowego naszej ambasady. Byli to moi koledzy: komandor Czesław Warzyniaki i płk Zdzisław Żyłowski. Późniejszy kontradmirał Czesław Wawrzyniak większość służby spędził w Zarządzie II Sztabu Generalnego WP, a w latach 1991–1992 kierował Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Jednak problematyka watykańska interesowała ich w mniejszym zakresie.

Przy okazji dodam, że przed wyjazdem do Rzymu miałem jeden kontakt telefoniczny z oficerem innej służby specjalnej wojska, a mianowicie WSW. Oficer ten przekazał mi informacje o kontaktach ówczesnego ks. prałata Józefa Glempa z jedną z rodzin wojskowych i sugerował dalsze działania WSW, które miały udokumentować fakt mogący posłużyć do zintensyfikowania działań operacyjnych względem tego duchownego. Celowo i świadomie nie podjąłem tego wątku i kariera przyszłego prymasa nie uległa załamaniu, o czym pisałem w jednej z moich publikacji.

Agenci

Utarł się niesłuszny pogląd, że wywiad PRL za pontyfikatu Jana Pawła II miał około stu agentów w jego otoczeniu. Nie jest to prawdą. Powiedziałbym raczej, że chodzi tu o różne kategorie źródeł informacji. Agentów w Watykanie nie pozyskiwałem, ale utrzymywałem tam bardzo szerokie i wielopoziomowe kontakty oficjalne dające często większe korzyści informacyjne niż źródła wywiadowcze sensu stricto. Prowadziłem kilka źródeł krajowych przekazanych mi na kontakt i nawiązałem dialog operacyjny z kilkunastoma osobami mającymi sposobność operacyjnego dotarcia do potrzebnych informacji.

Zamach

Za czasów mojej obecności w Rzymie doszło do wielce dramatycznego wydarzenia, to jest do zamachu na papieża Jana Pawła II. Było to 13 maja 1981 roku. Sprawa ta jest opisana szerzej w innym miejscu tej książki, więc tylko wspomnę, że w październiku 1981 roku w Castel Gandolfo, gdzie papież przyjmował, przebywając na rekonwalescencji, ministra Józefa Czyrka, podczas krótkiego spotkania ze mną i Jerzym Jopą jako osobami towarzyszącymi ministrowi podziękował nam za nasze działanie mające na celu niesienie papieżowi ewentualnej pomocy medycznej ze strony władz polskich.

Informacji, które w jakikolwiek sposób miałyby służyć przygotowaniu zamachu, nigdy nie uzyskiwałem, bo polski wywiad nie miał nic wspólnego ani z przygotowywaniem zamachu, ani z jego dokonaniem. Dowiodło tego Postanowienie Pionu Śledczego IPN w Katowicach o umorzeniu śledztwa prowadzonego od 2006 roku.

Arlekino: usiłowanie ośmieszenia papieża

Podczas mojego pobytu w Rzymie miało miejsce wiele bardzo ważnych wydarzeń, których byłem świadkiem lub w których brałem udział. Podczas przeszło czteroletniej pracy w Zespole ds. Stałych Roboczych Kontaktów Między Rządem PRL a Stolicą Apostolską (1979–1983) niejednokrotnie przyszło mi się zetknąć z bardzo ciekawymi ludźmi, wydarzeniami i sytuacjami. W ówczesnych warunkach, za pontyfikatu Jana Pawła II, Rzym jako stolica europejska leżąca na skrzyżowaniu wielu szlaków, także tych politycznych, dyplomatycznych i wywiadowczych, dawał wiele okazji ludziom, którzy umieli patrzeć, słuchać i nawiązywać kontakty, do wyrabiania istotnych ocen co do biegu spraw nie tylko w skali europejskiej, ale i światowej.

To tu były dwa korpusy dyplomatyczne. Jeden akredytowany przy Kwirynale, czyli przy państwie włoskim, a drugi przy Stolicy Apostolskiej. Stąd nawet wydarzenia na pierwszy rzut oka błahe miały szerszy kontekst.

Opiszę na początek jedno z nich, tym bardziej, że wydarzyło się w pierwszym roku mojej misji watykańskiej. Otóż pewnego dnia złożył mi wizytę ks. Stefan Zagrodzki pełniący funkcję Prokuratora Generalnego w Zakonie Kanoników Regularnych w Rzymie (Piazza San Pietro In Vincoli, 4-A). Mocno zirytowany mówił, że zwierzył mu się pewien włoski ksiądz, w którego parafii ma odbyć się wizytacja papieża w roli biskupa Rzymu, że jest z tej okazji przygotowywany pewien rodzaj prowokacji medialnej. Tenże ksiądz nie miał jednak pojęcia, że rozmawia z Polakiem.

Zaplanowano, że do tej parafii papież ma przybyć specjalnym pociągiem ze stacji San Pietro znajdującej się przy Watykanie rzymską obwodnicą kolejową. Pociąg miał mieć stosowną do okoliczności dekorację, ale w ostatniej chwili na przodzie lokomotywy miał zostać zawieszony napis ARLEKINO. Dawało to wizycie kontekst cyrkowy i mogło być podchwycone przez mass media, a zwłaszcza telewizję. Dodał, że w tej parafii działają intensywnie lewicujące kolejarskie związki zawodowe i powodzenie tej prowokacji jest mocno realne.

Zdałem sobie sprawę, że to bardzo poważna kwestia, która ugodzi w wizerunek polskiego papieża. Doradziłem mu gorąco, aby niezwłocznie udał się do Watykanu i koniecznie o tym uprzedził polskie otoczenie papieża. Na to stwierdził, że nikogo z Polaków tam nie zna, a do Włochów w tej sytuacji nie ma zaufania. Doradziłem, aby informację tę przekazał Polskiej Sekcji Sekretariatu Stanu, a ściślej jej kierownikowi — ks. prałatowi Józefowi Kowalczykowi. Dałem mu stosowny numer telefonu. Ksiądz Stefan Zagrodzki postąpił zgodnie z naszymi uzgodnieniami w całej rozciągłości.

Jakiś czas potem odwiedził mnie i powiedział, że udało się w porę ostrzec polskie otoczenie papieża. Nie wszystkim wiadomo, że wybór Polaka na Stolicę Piotrową, wbrew oficjalnym deklaracjom, nie wszystkim przypadł do gustu. Wśród oponentów znajdowała się też spora cześć duchowieństwa włoskiego, która nie mogła się pogodzić z tym, że papieżem jest ktoś innej narodowości. Ten wówczas już starszy ksiądz od wielu lat nie miał bliskiego kontaktu z krajem. Nie znał nikogo z duchownych polskich, którzy przybyli do Watykanu razem z polskim papieżem. Dowiedział się, że istnieje misja polska przy Watykanie, więc tu przyszedł, aby podzielić się pewną informacją o zdarzeniu, które — jeśli się mu nie przeszkodzi — zaszkodzi wizerunkowi medialnemu polskiego papieża.

Dzięki niemu do prowokacji nie doszło, ponieważ papież zrezygnował z podróży pociągiem i udał się samochodem. Zdaniem ks. Stefana Zagrodzkiego ta jego informacja uczuliła organizatorów papieskich pielgrzymek na potrzebę uważniejszego przygotowywania wizyt papieskich nie tylko na terenie Włoch, ale także i poza granicami. Ksiądz Stefan Zagrodzki zawsze dopytywał się, kiedy zostaną przywrócone pełne stosunki dyplomatyczne między Polską a Stolicą Apostolską. Mówił, że miałoby to wielkie znaczenie dla naszego kraju. Jak wiadomo, te stosunki dyplomatyczne przywrócono jeszcze w PRL-u, 17 lipca 1989 roku. Niestety on tego dnia nie doczekał.

Lech Wałęsa w Watykanie

Wydarzeń interesujących z różnych punktów widzenia było w tym czasie bardzo wiele, ale z uwagi na potrzeby tego opracowania ograniczam się jedynie do kilku najważniejszych. Zacznę jednakże od pewnego spotkania, które mogło mieć duży wpływ na sytuację w naszym kraju w roku 1981.

Otóż Jerzy Jopa, Kazimierz Szablewski i ja, jako pracownicy misji dyplomatycznej akredytowanej przy Stolicy Apostolskiej, zostaliśmy odpowiednio wcześnie poinformowani przez dyplomatów watykańskich o tym, że Jan Paweł II zgodził się przyjąć na uroczystej audiencji delegację NSZZ „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele 15 stycznia 1981 roku. Podkreślono przy tym, jak mówił nam Radca Minister-Pełnomocny, Kazimierz Szablewski, nasz szef, że jest to sygnał, że papież chce, aby zmiany w Polsce dokonywały się w ramach szczerego porozumienia władz z „Solidarnością” i odwrotnie — związkowców z władzami.

Rada Do Spraw Publicznych Kościoła wystosowała jednocześnie zaproszenie do całego personelu misji na to spotkanie, które odbyło się z podniosłością właściwą dla głowy państwa. Audiencja miała miejsce w Sali Konsystorza Pałacu Apostolskiego. Trzeba dodać, że po powitaniu Lecha Wałęsy wraz z osobami towarzyszącymi, kierując swój wzrok ku pierwszemu rzędowi krzeseł, gdzie wraz z ks. bpem Szczepanem Wesołym, ks. infułatem Franciszkiem Mączyńskim i ks. prałatem Bogumiłem Lewandowskim siedzieliśmy my, powiedział: „Cieszę się, że w tym spotkaniu bierze również udział Kierownik i współpracownicy Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych Między Rządem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i Stolicą Apostolską”. Później komentowano to w tym samym duchu, jak wcześniej zinterpretowała ten fakt naszego zaproszenia dyplomacja watykańska.

Lech Wałęsa, w swoim stylu, bez kartki, dość krótko, wygłosił słowa podziękowania pod adresem papieża i prosił o dalsze wspieranie solidarnościowych dążeń narodu polskiego. Papież zaś wskazał na łączące go z rodakami więzy języka i kultury, wspólnej historii, wspólnych doświadczeń, w obrębie których rodziła się i kształtowała w ciągu stuleci solidarność Polaków sprawdzona zwłaszcza w trudnych i ciężkich chwilach. Potem krótko zamienił po kilka zdań z każdym z członków delegacji i wręczył im różańce. Z gestów było widać, że zaistniał jakiś konflikt między Anną Walentynowicz a Lechem Wałęsą, ponieważ zwróciła się ona do papieża o jakiś wpis na trzymanej w ręku kartce lub fotografii. Papież stanowczo uspokoił przeszkadzającego w tym Lecha Wałęsę.

Warto podkreślić, że dzień przedtem, wieczorem, w budynku ambasady PRL, ambasador Stanisław Trepczyński wydał przyjęcie dla delegacji. Wśród zaproszonych gości byli przedstawiciele duchowieństwa polskiego pracujący w Watykanie i w Rzymie, reprezentanci włoskich związków zawodowych, dziennikarze i politycy. Atmosfera była wyjątkowo serdeczna, a przyjęcie trwało do późnych godzin wieczornych. Na przyjęcie, poza delegacją „Solidarności”, zostały zaproszone liczne osoby ze świata politycznego, związkowego i dziennikarskiego Włoch.

Przyjęcie to miało charakter rutynowy, odbyło się na stojąco i poza przekąskami ograniczało się do podania polskiej wódki, którą włoscy goście bardzo sobie cenili. Przebiegało w bardzo dobrej atmosferze poza jedną sytuacją, którą zresząt szybko udało się załagodzić. Otóż ambasador Stanisław Trepczyński, mający już tego dnia za sobą inne przyjęcie, dość szybko się upił i nalegał na Lecha Wałęsę, aby ten z nim wypił bruderszaft. Wałęsa odmówił i na krótko się obraził, ale całą sytuację rozładował jeden z gości włoskich, który nawiązał z Wałęsą rozmowę, a w międzyczasie jeden z pracowników ambasady zajął się ambasadorem. Po chwili sytuacja wróciła do normy i pobyt delegacji „Solidarności” przeciągnął się do późnych godzin wieczornych, przebiegając w dobrej atmosferze.

Kilka dni później na terenie ambasady spotkałem przypadkowo dyrektora Domu Polskiego im. Jana Pawła II w Rzymie (Via Cassia 1200). Jego pierwsze pytanie brzmiało: Dlaczego upiliście Lecha Wałęsę podczas wczorajszego spotkania w ambasadzie? Odpowiedziałem, że byłem na tym spotkaniu i nie widziałem, aby Wałęsa był pijany. Na co on zaczął opowiadać, jakie miał kłopoty tamtej nocy. Powiedział, że Lech Wałęsa został przywieziony do niego w stanie mocno nietrzeźwym, miał problemy żołądkowe i dlatego, aby go doprowadzić do jakiegoś przyzwoitego stanu, musiał się nim zajmować całą noc. Dodał też, że w momencie, gdy Lech Wałęsa zaczynał trzeźwieć, to aby wypełnić jakoś czas, próbował z nim rozmawiać na tematy związane z jego działalnością polityczną, podkreślając jego mądrość i charyzmę. Między innymi zadał mu pytanie, skąd czerpie treści do swoich różnych wypowiedzi publicznych, gdyż są wyjątkowo przenikliwe. W odpowiedzi usłyszał: „To nie są moje mądrości! To co mówię, to jest tylko powtarzaniem słów, które mi w danej chwili dyktuje Matka Boska”.

Relacjonując tę rozmowę, ksiądz był mocno poruszony i powiedział, że po usłyszeniu tego wyznania zdał sobie sprawę z tego, że sprawy polskie nie ułożą się najlepiej. Nie chciał dalej tego komentować, a rozmowę zakończył niedopowiedzianym do końca zdaniem: „Jeśli on naprawdę słyszy głosy, to (…)”. Informację tę zatrzymałem dla siebie, nie przekazując jej do kraju z uwagi na to, że mogłaby zaszkodzić Wałęsie i reprezentowanej przez niego sile politycznej.

Delegacja władz PRL na uroczystość kanonizacyjną o. Maksymiliana Kolbego

Ciekawym i mało znanym wydarzeniem było spotkanie Jana Pawła II z delegacją państwową PRL 10 października 1981 roku po mszy kanonizacyjnej o. Maksymiliana Kolbego, która miała miejsce na placu św. Piotra.

W skład delegacji państwowej na uroczystość kanonizacyjną wchodzili: Jerzy Ozdowski — Wicemarszałek Sejmu, Zenon Komender — Wicepremier, Kazimierz Morawski — członek Rady Państwa, Adam Łopatka — Minister Kierownik Urzędu do Spraw Wyznań. Pod nieobecność mojego przełożonego, który od dłuższego czasu z powodu choroby przebywał w Polsce, na kilka dni przed uroczystością zaawizowałem przybycie delegacji w składzie jak wyżej i jej wolę odbycia rozmów w Stolicy Apostolskiej. W tej ostatniej kwestii strona watykańska udzieliła odpowiedzi dopiero w ostatniej chwili, to jest bezpośrednio po zakończeniu mszy kanonizacyjnej, która odbywała się na placu św. Piotra.

Otóż podszedł do mnie ks. prałat Stanisław Dziwisz, obecnie kardynał i były metropolita krakowski, i poprosił, aby delegacja udała się za nim, bo za chwilę odbędzie się spotkanie z papieżem. Ksiądz prałat zaprowadził nas do nawy bocznej, na prawo od wejścia w bazylice św. Piotra, której część w tym celu była oddzielona kotarą od pozostałej części świątyni.

Po chwili oczekiwania wszedł Jan Paweł II i witając się ze wszystkimi członkami delegacji, bardzo krótko podziękował za przybycie na uroczystość kanonizacyjną, a następnie mocno poruszony wyrzucił z siebie, że władze polskie uczyniły mu wielki ból, zawieszając działalność związków zawodowych, w tym i aktywność „Solidarności”, w bezpośredniej bliskości kanonizacji. Nie ukrywał przy tym znacznego zdenerwowania, a jego czoło pokrywały duże krople potu, co stwierdziłem, gdy się ze mną żegnał. Przewodniczący delegacji — Jerzy Ozdowski — próbując dojść do głosu, zaczął zapraszać papieża do przybycia z pielgrzymką do Polski. Jan Paweł II przerwał mu w pół zdania, stwierdzając, że władze nie muszą go zapraszać, bo on czuje się od dawna zaproszony i to przez cały naród. Po czym, podając wszystkim rękę, pożegnał się i odszedł.

Na tym się zakończyła ta osobliwa audiencja na stojąco, nietrwająca dłużej niż cztery minuty. Trzeba dodać, że papież chyba w tym dniu nie czuł się najlepiej, co było skutkiem zamachu, jaki miał miejsce w maju tegoż roku. W czasie tego spotkania, jak nigdy, nie było fotografa papieskiego ani żadnej asysty protokolarnej poza ks. prałatem Stanisławem Dziwiszem. Nieco później, we własnym gronie, członkowie delegacji dawali wyraz swojego niezadowolenia z takiego potraktowania przez stronę watykańską i trafnie odczytali, że był to wyraz dezaprobaty papieża wobec decyzji Sejmu o zawieszeniu między innymi działalności „Solidarności”. Myślę, że po powrocie do kraju delegacja mało przychylnie oceniała postawę papieża, co nie przyczyniło się do polepszenia atmosfery na linii „Solidarność” — władze państwowe.

Wysłannik gen. Wojciecha Jaruzelskiego u papieża Jana Pawła II

W tych gorących czasach nietrudno było o napięcia. Ale były też zauważalne wysiłki z obu stron, aby nie doprowadzić do frontalnego starcia na linii „Solidarność”-władze rządowe. Świadczy o tym fakt odbycia misji wysłannika gen. Wojciecha Jaruzelskiego u Jana Pawła II 13 października 1981 roku. Otóż pod nieobecność mojego szefa, Kazimierza Szablewskiego, który od połowy kwietnia 1981 roku przebywał w Polsce na leczeniu, otrzymałem z Ministerstwa Spraw Zagranicznych pilne polecenie uzyskania zgody Stolicy Apostolskiej na specjalną audiencję u Jana Pawła II dla Józefa Czyrka. Była to sprawa pilna i do spotkania musiało dojść w ciągu kilku dni.

Udało się to na zasadzie specjalnego wyjątku, ponieważ papież przebywał w tym czasie w swojej rezydencji letniej w Castel Gandolfo, przechodząc rekonwalescencję po majowym zamachu na swoje życie, i nie przyjmował żadnych oficjalnych gości. Audiencja udzielona Józefowi Czyrkowi była pierwszą. Przybył on do Rzymu w towarzystwie wicedyrektora Departamentu IV MSZ, Andrzeja Jedynaka. Po przyjeździe delegacji do Castel Gandolfo w rozmowie z papieżem brał udział jedynie Józef Czyrek. Była to rozmowa w cztery oczy, bez udziału innych osób, także ze strony watykańskiej.

Andrzej Jedynak, Jerzy Jopa i ja zostaliśmy tylko krótko przyjęci przez papieża w końcowej części spotkania, jak to zazwyczaj bywa w odniesieniu do osób towarzyszących.

Spotkanie papieża z Józefem Czyrkiem było wyjątkowo długie. Mimo zapowiedzi, że potrwa ono nie dłużej niż 45 minut, trwało co najmniej 2,5 godziny. Przedłużające się spotkanie wywoływało u nas, i u towarzyszących nam duchownych watykańskich, komentarze, że Józef Czyrek musi omawiać z papieżem niezmiernie ważne problemy i tylko dlatego, mimo nie najlepszego stanu zdrowia, papież tak długo kontynuuje tę rozmowę.

Jakież wielkie było moje zdziwienie, kiedy kilka dni później, podczas rozmowy z ks. prałatem Januszem Bolonkiem, pracownikiem Rady Do Spraw Publicznych Kościoła Stolicy Apostolskiej, w miejscu jego urzędowania usłyszałem od niego pytanie: Czy Pan orientuje się, jaki był cel wizyty Pana Czyrka u papieża? Dodał od razu, że papież, dzieląc się z otoczeniem refleksjami związanymi z tym spotkaniem, zadawał właśnie sobie to pytanie, bo mimo że rozmowa trwała wyjątkowo długo, to w wypowiedziach Józefa Czyrka nie znalazł myśli przewodniej.

Według ks. Prałata Janusza Bolonka, później arcybiskupa i emerytowanego nuncjusza apostolskiego, Józef Czyrek nie postawił jasno problemu, który usprawiedliwiałby nagłość jego wizyty u papieża. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie znam odpowiedzi na jego wątpliwości. O przebiegu tej rozmowy poinformowałem pisemnie szefa rezydentury. Pytanie księdza prałata nurtowało mnie przez dłuższy czas i dopiero dwa miesiące później, już po wprowadzeniu stanu wojennego, pomyślałem, że być może Józef Czyrek miał jakieś polecenie od gen. Wojciecha Jaruzelskiego związane z przekazaniem papieżowi jakiegoś wyraźnego przesłania łączącego się z tą kwestią i z różnych powodów nie był w stanie tego zrealizować. Wydaje się, że tak!

Co najmniej dziesięć lat od tego wydarzenia na temat tej wizyty Józefa Czyrka u Jana Pawła II osobiście zadał mi pytanie gen. Wojciech Jaruzelski, a miało to miejsce w następujących okolicznościach.

Otóż pod koniec 1991 roku, albo trochę później, zatelefonował do mnie do domu w Warszawie pewien mężczyzna, który oznajmił, że czyni to w imieniu gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który chciałby wiedzieć, czy zechcę się z nim spotkać na prywatnej rozmowie. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie.

Po ustaleniu terminu na następny dzień w godzinach wieczornych rozmówca podał mi miejsce spotkania. Okazała się nim siedziba firmy wydawniczej mieszczącej się w budynkach stanowiących zaplecze stadionu, gdzieś w pobliżu ulicy Racławickiej w Warszawie. Sam byłem tym bardzo zdziwiony.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że w dość niewielkim i ciasnym pomieszczeniu biurowym był już generał w towarzystwie dwóch mężczyzn. Generał, z którym teraz spotkałem się już po raz drugi w moim życiu, przywitał się ze mną serdecznie i po grzecznościowej wymianie zdań powiedział, że obecnie pracuje nad książką dotyczącą okoliczności wprowadzenia stanu wojennego i chciałby usłyszeć ode mnie coś więcej na temat przebiegu spotkania Jana Pawła II z Józefem Czyrkiem, które miało miejsce w październiku 1981 roku w Castel Gandolfo. W tym momencie pomyślałem, że moje ówczesne przypuszczenia o tym, że Józef Czyrek miał wtedy coś bardzo ważnego do przekazania papieżowi od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, a do czego, być może, nie doszło, stają się wyjątkowo mocno uprawdopodobnione. W odpowiedzi stwierdziłem, że nie znam wprost przebiegu spotkania papieża z Józefem Czyrkiem, bo nikt inny, poza nimi, w nim nie uczestniczył.

Przekazałem mu jedynie to, czego na ten temat dowiedziałem się od ówczesnego ks. prałata Janusza Bolonka, wiernie przytaczając jego wypowiedź. Generał nie skomentował w żaden sposób tego, co powiedziałem, i na tym w zasadzie nasza rozmowa się zakończyła. Jakiś czas później ukazała się książka gen. Wojciecha Jaruzelskiego o tytule Stan wojenny. Dlaczego?. Nie znalazłem w niej jednak żadnej wzmianki, która miałaby związek z tematem naszej rozmowy. Nie było też ani słowa o audiencji Józefa Czyrka w Castel Gandolfo.

Po latach red. Tomasz Pompowski ujawnił mi, że według kard. Andrzeja Marii Deskura po spotkaniu z ministrem Józefem Czyrkiem papież raczej był zadowolony. Natomiast tenże kardynał wielokrotnie podkreślał, że papież nie był szczegółowo poinformowany o tym, na czym będzie polegał stan wojenny, i że po informacji o jego wprowadzeniu był bardzo zaniepokojony. Jak dziś wiadomo, na prośbę R. Reagana, z papieżem skontaktował się Zbigniew Brzeziński, który — jak ktoś powiedział Tomaszowi Pompowskiemu — „dzielił się swoją niewiedzą”. I ta rozmowa ze Zbigniewem Brzezińskim, zamiast trochę uspokoić papieża, jedynie spotęgowała jego niepokój.

Misja Romualda Kukołowicza

W 1981 roku było więcej tego rodzaju spotkań. Jednymi z nich było spotkanie środowisk polonijnych z papieżem, które odbyło się 7 listopada 1981 roku, i misja doc. Romualda Kukołowicza, osobistego wysłannika Lecha Wałęsy. Zestawiam te dwie sprawy, bowiem druga z nich wynikła, być może w sposób naturalny i spontaniczny, z tej pierwszej. Uprzedzam, sprawa ta jest niezmiernie ciekawa.

Otóż w audiencji papieskiej dla Polonii uczestniczyło ponad 3,5 tysiąca osób ze wszystkich państw świata. Szczególny udział miała Polonia amerykańska. Byli obecni niemal wszyscy przywódcy tej Polonii i kongresmeni amerykańscy polskiego pochodzenia. Tak się złożyło, że na podium w Auli Pawła VI, obok tronu papieskiego, usadowiono najważniejszych przedstawicieli tych środowisk, w tym amerykańskiego kard. J. Króla i przedstawicieli polskiego episkopatu. Do zajęcia miejsca wśród tych osób poproszono mnie i mojego współpracownika — Jerzego Jopę, bowiem pod nieobecność Kazimierza Szablewskiego reprezentowaliśmy polskie przedstawicielstwo dyplomatyczne przy Watykanie. Co więcej, w przemówieniu Jana Pawła II wygłoszonym z tej okazji znalazły się słowa powitania zaadresowane do nas. Było to szczególne wyróżnienie odnotowane następnego dnia przez oficjalny dziennik watykański „L’Osservatore Romano” na pierwszej stronie. Nie zdarzyło się bowiem do tej pory, aby papież tak oficjalnie witał przedstawicieli dyplomatycznych o niezbyt wysokiej randze, na co od razu z kolegą zwróciliśmy uwagę. Być może następstwem tego publicznego wyróżnienia było to, że bezpośrednio po audiencji, po wyjściu z Auli Pawła VI, gdy utworzyły się liczne grupki rozmawiających ze sobą osób, w pewnym momencie jeden z księży przedstawił nam doc. Kukołowicza, po czym zostawił nas samych.

Ponieważ nazwisko doc. Kukołowicza było mi znane jeszcze z czasów mojej pracy w MSW jako pełniącego funkcję doradcy kard. Stefana Wyszyńskiego, więc bez specjalnej rezerwy podjąłem z nim wymianę zdań i opinii, która na początku miała charakter ogólny, zapoznawczy, a później, z jego inicjatywy, przyjęła obrót wręcz zaskakujący. Otóż oświadczył on, że przy okazji pobytu w Rzymie, z upoważnienia Lecha Wałęsy, ma wypełnić istotną misję w roli jego wysłannika ds. zagranicznych i w związku z tym chciałby nas prosić o pomoc.

Z rozmowy wynikało, że dobrze zdawał sobie sprawę z pełnionych przez nas funkcji. Nagle stwierdził, że dialog między władzami państwowymi a „Solidarnością” znalazł się w impasie z winy władz, które, jego zdaniem, dążą do konfrontacji i rozwiązania siłowego. Gdy do tego dojdzie, to „poleje się krew, a wielu z nas znajdzie się na Syberii”. Aby tego uniknąć, Lech Wałęsa poprosił go, by podczas pobytu w Rzymie, w jego imieniu, nawiązał kontakt z ambasadą ZSRR we Włoszech i ewentualnie ustalił jakiś termin rozmów Lecha Wałęsy z ambasadorem. Stwierdził też, że wybór Rzymu ma związek z tym, że istniałaby naturalna możliwość łatwego kontaktowania się z papieżem, gdyby zaszła taka potrzeba. Wyraźnie powiedział, że Wałęsa widzi konieczność bezpośredniego porozumienia się z władzami ZSRR ponad głowami obecnych władz w Polsce.

Muszę przyznać, że to, co usłyszeliśmy, całkowicie nas zdumiało i zaskoczyło i aby to przemyśleć, powiedziałem mu, że musimy się zastanowić, jak to zrobić, gdyż posiadamy wolę wsparcia tej inicjatywy, ale nie wiemy, jak daleko sięgają nasze możliwości w tej kwestii. W związku z tym wysunąłem propozycję, aby spotkać się wspólnie następnego dnia w siedzibie naszej misji. Przekazaliśmy mu też numer telefonu służbowego, na wypadek gdyby chciał przełożyć termin tego spotkania.

Po rozstaniu się z doc. Kukołowiczem Jerzy Jopa nabrał podejrzeń, że to jakaś prowokacja ze strony krajowych polskich służb specjalnych, a nasz rozmówca jest ich agentem. Ja, mając pewną wiedzę na temat tej osoby i jego działalności na rzecz kard. Stefana Wyszyńskiego oraz wiedząc, że próby uwikłania go we współpracę raczej by się nie powiodły, oceniłem, że chyba mamy do czynienia z jakimś desperackim działaniem w związku z niebezpiecznie rozwijającą się sytuacją w kraju i dlatego nie możemy uchylić się od okazania mu pomocy. Po uspokojeniu Jerzego Jopy ustaliłem z nim plan działania. Ponieważ nikt z nas nie miał osobistych kontaktów z pracownikami ambasady radzieckiej, zaczęliśmy typować kolegów z naszej ambasady, z którymi można by było bez zbytniego ryzyka podjąć rozmowy sondażowe. Uznaliśmy, że jakieś kontakty może mieć Adam Szymczyk, III sekretarz Wydziału Politycznego, a na tyle z nami zaprzyjaźniony, że nie poinformuje o naszych działaniach swoich przełożonych.

Ponadto jego postawa polityczna była nam bliska, i odwrotnie. W tym miejscu trzeba podkreślić, że sytuacja społeczno-polityczna w kraju, o której rozwoju byliśmy na bieżąco informowani, wpływała też na kształtowanie się postaw politycznych pracowników dyplomatycznych. Tu też uwidoczniały się zarówno postawy opowiadające się za transformacją ustrojową, jak i bardziej zachowawcze. Tak się złożyło, że my trzej dość otwarcie opowiadaliśmy się za dialogiem, porozumieniem i transformacją ustrojową, bardziej niż inni. U mnie odezwały się też reminiscencje związane z okrutnym potraktowaniem przez olsztyńskie władze partyjne i wojewódzkie w związku ze sprawą wyrzucenia mnie z pracy za ujawnienie błędów Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie, które doprowadziły do zniszczenia cennych XVIII-wiecznych malowideł w oranżerii biskupa Ignacego Krasickiego w Lidzbarku Warmińskim. W tym czasie pełniłem też funkcję przewodniczącego komórki ambasadzkiej związków zawodowych.

Następnego dnia rano zaprosiliśmy do naszej siedziby Adama Szymczyka i stopniowo, prosząc go o dyskrecję, przedstawiliśmy mu problem tak, aby był skłonny podjąć działania, na których nam zależało. Po dłuższym zastanowieniu się oświadczył, że ten problem może przedstawić swojemu dobremu znajomemu, dyplomacie radzieckiemu, który jest osobistym sekretarzem ambasadora ZSRR w Rzymie. Dodał też, że podejmując tę inicjatywę, wszyscy wiele ryzykujemy i powinniśmy tę kwestię wziąć mocno pod uwagę. Oświadczyliśmy, że to rozważyliśmy i prosimy go o podjęcie rozmów. Odpowiedział, że umówienie się z tym dyplomatą i odbycie z nim rozmowy może mu zająć kilka dni. Wkrótce po tej rozmowie przyjechał do naszej siedziby doc. Kukołowicz. Z Jerzym Jopą przedstawiliśmy mu krótko, co zrobiliśmy, zwracając uwagę na to, że sfinalizowanie sprawy może zająć jeszcze kilka dni. Odpowiedział, że pozostanie w Rzymie tak długo, jak tylko będzie trzeba. Po tej rozmowie wspólnie z Jerzym Jopą odwieźliśmy go samochodem służbowym w pobliże placu św. Piotra, bowiem w jego sąsiedztwie znajdował się Polski Ośrodek Duszpasterski, gdzie zapewne mieszkał. Podczas jazdy doc. Kukołowicz, zapewne zadowolony z tego, co dotychczas w tej sprawie zrobiliśmy, roztaczał przed nami wizje co do naszych wielkich perspektyw zawodowych w służbie zagranicznej po objęciu władzy przez „Solidarność”.

W odpowiedzi usłyszał, że robimy to jedynie z pobudek patriotycznych, nie licząc na zaszczyty ani nagrody. Aby utrzymać z nami kontakt, doc. Kukołowicz wysunął propozycję, abyśmy się spotkali też i następnego dnia. W związku z tym umówiliśmy się na spotkanie na Piazza del Popolo, aby tam, w jednej z pobliskich restauracji, zjeść jakiś obiad. W dniu zaplanowanego spotkania mój współpracownik, Jerzy Jopa, pod jakimś pretekstem wycofał się i w związku z tym spotkanie z doc. Kukołowiczem odbyłem tylko ja. Nie pamiętam, czy już wtedy, czy też następnego dnia zakomunikowałem mu z żalem wiadomość, jaką przekazał Adam Szymczyk. Otóż przekazał mi, że wykonał to, o co go prosiliśmy, ale zaprzyjaźniony z nim pracownik ambasady radzieckiej po rozmowie ze swoim ambasadorem powiedział mu, co następuje: „Ambasador ZSRR w Rzymie nie może podjąć rozmów z Lechem Wałęsą i proponuje, aby te rozmowy podjąć z właściwą terenowo ambasadą, tj. ambasadą ZSRR w Warszawie”. Mój rozmówca był rozczarowany tym stanowiskiem, dodając: „Widocznie inaczej być nie może”. Podziękował mi za to, że okazaliśmy mu pomoc „ryzykując przy tym wiele”. Chyba też dodał, że teraz przynajmniej jest jasne, że „nie da się rozmawiać z władzami radzieckimi ponad głowami polskich władz, bo przecież kontakty „Solidarności” z ambasadą ZSRR w Warszawie zostaną natychmiast wychwycone”.

Dodam, że publikując relacje na ten temat w jednym z portali internetowych apelowałem, że jeśli Pan Kukołowicz przeczyta ten tekst, proszę uprzejmie o nawiązanie ze mną kontaktu poprzez Redakcję Niezależnego Serwisu Informacyjnego — Iskry Polskości. Później dowiedziałem się, że od pewnego czasu już nie żył. Ale odnalazł się inny świadek i uczestnik tego wydarzenia, który nie tylko potwierdził to zdarzenie, ale i je doprecyzował.

Otóż 13 października 2014 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie Adam Szymczyk jako świadek według dokumentu sądowego w sprawie o sygn. akt XIII U 7428/10 zeznał, co następuje: „(…) jeden z ważnych doradców Wałęsy i prymasa Wyszyńskiego, pan Kukołowicz zwrócił się m.in. do pana Kotowskiego z pytaniem, czy byłby zdecydowany pomóc mu w podjęciu bezpośredniego kontaktu z ówczesną ambasadą radziecką w Rzymie. Pan Kotowski zgodził się na to. Po omówieniu różnych aspektów takiego przedsięwzięcia, które było tajne, które było znane tylko panu Kukołowiczowi i otoczeniu świadka, E. Kotowski i jego kolega już nieżyjący zwrócił się do świadka, który był III sekretarzem ds. politycznych ambasady polskiej w Rzymie i z tego tytułu posiadał kontakty z ambasadą radziecką w Rzymie (…)”.

I dalej: „(…) Kolega, z którym świadek miał kontakt był sekretarzem ambasadora. Świadek zgodził się, aby porozmawiać z kolegą na ten temat tego, czy by nie ułatwił on kontaktu prof. Kukołowicza z ambasadorem (…)”. Kolejny fragment: „(…) Pan profesor poprosił świadka za pośrednictwem pana Kotowskiego, czy nie mógłby się spotkać osobiście ze świadkiem na mieście, poza murami placówki, najlepiej w restauracji, na jego zaproszenie i na jego koszt. Takie spotkanie odbyli przed postawieniem sprawy stronie radzieckiej. Na tym spotkaniu powiedział, że szuka możliwości jako doradca ds. politycznych Solidarności, otwarcia kanału dialogu między Solidarnością a stroną radziecką. By uspokoić stronę radziecką, że Solidarność nie ma zamiaru wychodzić z bloku państw socjalistycznych. Związek pragnie reform, zmian, współpracy, współdziałania. Głównie chodzi o uspokojenie sytuacji, bo rozmowy z rządem w Polsce się załamują, te rozmowy miały doprowadzić do ochrony Polski przed rozlaniem się krwi. Chciał poinformować stronę radziecką o pokojowych zamiarach Solidarności i zapobiec interwencji bezpośredniej militarnej radzieckiej w Polsce, co byłoby katastrofą. Świadek nie mógł tego podnosić bezpośrednio. Profesor Kukołowicz prosił tylko o kontakt fizyczny (…)”.

Tytułem doprecyzowania spotkanie Adama Szymczyka z doc. Kukołowiczem (wtedy jeszcze nie był profesorem) miało za zadanie, po poprzedniej nieudanej próbie ustalenia spotkania Lecha Wałęsy z ambasadorem radzieckim, ułatwienie wysłannikowi „Solidarności” wyjazdu na Litwę pod pretekstem odwiedzin grobu matki w Wilnie, aby tam wejść w kontakt z odpowiednimi władzami radzieckimi i prowadzić z nimi rozmowy. Stylistyka dokumentu sądowego trochę zaciemnia rzeczywisty kontekst tego spotkania Adama Szymczyka z Kukołowiczem. O tym, że doszło ono do skutku, dowiedziałem się dopiero 13 października 2014 roku w sądzie. Stało się tak może dlatego, że w tym czasie, gdy miało ono miejsce, nie było mnie przez kilka dni w Rzymie. „Przedstawił tę wersją humanitarną swojemu koledze, prosił, aby ambasada radziecka dała jakąś odpowiedź, pilną, pozytywną (…)”. „Odpowiedź była taka, żeby prof. Kukołowicz zwrócił się z taką prośbą do ambasady radzieckiej w Warszawie”.

Zastanawiam się i teraz, podobnie jak wtedy, jak ocenić to zachowanie Lecha Wałęsy i jego doradcy? Co do samego Wałęsy to mam swoje dość dobrze wyrobione zdanie, bo zetknąłem się z nim podczas jego pobytu w Rzymie w styczniu 1981 roku, jako że zajmowałem się też organizacją jego wizyty u Jana Pawła II. Dzień przed tą wizytą, na jego cześć i przybyłej z nim delegacji, nasza ambasada wydała przyjęcie koktajlowe, o którego szczegółach nie piszę w tym miejscu, bo znajdują się we Wspomnieniach (1971–1990) (IPN) zdeponowanych przeze mnie w IPN-ie. Człowiek, który na dziesięć godzin przed tak bardzo ważnym spotkaniem jest pod wpływem alkoholu, moim zdaniem, nie może być najlepszym mężem opatrznościowym narodu mimo posiadania wszelkich innych możliwych zalet.

Romuald Kukołowicz w listopadzie 1981 roku powoływał się, że jest w Rzymie w charakterze wysłannika Wałęsy z konkretnym upoważnieniem do rozpaczliwego szukania kontaktu z władzami ZSRR poprzez zorganizowanie roboczego spotkania z ambasadorem radzieckim akredytowanym we Włoszech. Wyczuwam w tym jakąś podpowiedź kościelną, ale nic konkretnego nie mogę zadeklarować. Faktem jest, że Kukołowicz został doprowadzony do mnie i Jopy, przed Aulą Pawła VI, przez księdza, który momentalnie zniknął i stąd nie za bardzo pamiętam, kto to był.

Próba nie powiodła się, bo pewnie radziecki ambasador wiedział, że nie może tak postąpić, bo to mogłoby świadczyć o nielojalności ZSRR wobec ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego, i dla mnie było to oczywiste. Na pewno też poinformował swoje Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Czy Wałęsa nie zdawał sobie z tego sprawy? Chyba tak! Jego doświadczenie w sprawach stosunków międzynarodowych było wtedy niezbyt duże i w pewnym sensie to go usprawiedliwiało. Ponadto załamał się dialog w kraju i w takiej sytuacji jego reakcja obronna była zrozumiała. Ale fakt miał miejsce i należało zareagować tak, jak zareagowaliśmy, w związku z czym nie poinformowaliśmy o tym szefa rezydentury wywiadu. Jopa i Szymczyk to też oficerowie wywiadu.

Jakie ryzyko nam groziło? Ogromne! I nie chodzi tu o samo odwołanie z placówki, ale być może i o sprawę sądową z zarzutem zdrady najwyższych władz PRL, nie mówiąc o sprzeniewierzeniu się obowiązkom wynikającym z pragmatyki służbowej. Proszę pamiętać o tym, że miesiąc później wprowadzono stan wojenny. Ponieważ my trzej nie byliśmy zainteresowani tym, aby nasza tajemnica wyszła na jaw, a więc jej skrupulatnie strzegliśmy, jednak obawialiśmy się, że strona reprezentowana przez Romualda Kukołowicza lub kościelna może popełnić jakiś błąd i wpadniemy. Okazało się jednak, że oni też zdali swój egzamin, a ambasador radziecki zrobił z tego użytek, jak przystało na profesjonalistę, aby nie „topić” Wałęsy. I wcale nie dziwię się temu, że w momencie, gdy już pracowałem w Urzędzie do Spraw Wyznań, to zaprzyjaźniony Radca-Minister Ambasady ZSRR w Warszawie, Jurij Rindin, a może już Anatolij Kowaljow, poinformował mnie o tym, że jego ambasador odbywał akurat wtedy spotkanie z Wałęsą gdzieś na Pomorzu. Było to pewnie pod koniec 1988 roku, ale dokładnej daty nie pamiętam. Rosjanie są dobrymi fachowcami w tej materii i na pewno mieli swoje tajemnice przed gen. Wojciechem Jaruzelskim. Jedna z nich to najpewniej ta „tajemnica rzymska”.

Uważam, że nasza postawa podczas spotkania rzymskiego z doc. Romualdem Kukołowiczem mogła przyczynić się do stosunkowo łagodniejszego przebiegu stanu wojennego. Ale byłaby na to większa szansa, gdyby doszło do spotkania Lecha Wałęsy z ambasadorem radzieckim w Rzymie. Rosjanie, gdy trzeba, potrafią prowadzić politykę rozmów i osiągania kompromisu. Gdy trzeba, są twardzi i nieustępliwi. Dobre w tym było to, że otrzymali sygnał, że z „Solidarnością”, gdyby zaszła taka potrzeba, da się rozmawiać. Z kolei „Solidarność” otrzymała od nich sygnał, że nie da się rozmawiać z Moskwą bez wiedzy gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Mogła więc wyciągnąć wniosek, że wszelka próba obejścia władz w tej kwestii skończy się niepowodzeniem. W zasadzie te dwa elementy powinny działać moderująco zarówno na stosunek władz ZSRR do „Solidarności”, jak i „Solidarności” do ekipy stanu wojennego. Czy ten fakt wpłynął na złagodzenie stanu wojennego? Tego nie wiem i raczej na poparcie tej tezy nie znajdziemy dowodów? Ale pomyśleć można…

W celu naświetlenia pełnego obrazu tej sytuacji należy dodać, że ambasada ZSRR w Rzymie miała swój zespół ds. kontaktów z Watykanem i jak wiem od Watykańczyków, miała tam znakomite wejścia. Z tego co pamiętam, był to zespół w składzie trzech osób. W tym czasie na jego czele stał, nomen omen, Radca-Minister Pełnomocny Bogomazow. Skoro oni nie zabiegali o kontakty z nami, to może oznaczać jedynie to, że nie narzekali na brak wiarygodnych informacji zza Spiżowej Bramy, w tym na temat misji doc. Kukołowicza.

Z kolei polska ambasada przy Kwirynale utrzymywała robocze kontakty z ambasadą radziecką. To normalna procedura i nie trzeba się temu dziwić. Zresztą dlatego szukaliśmy w naszej ambasadzie takich osób, które tam miały kontakty, gdy trzeba było zrealizować prośbę wysłannika „Solidarności”, którym był doc. Romuald Kukołowicz. Jak wiadomo, Adam Szymczyk 13 października 2014 roku to potwierdził, bo był człowiekiem, który miał ten kontakt. Oczywiście inni też go mieli, jak na przykład jego przełożony — Radca-Minister Kazimierz Rozalicz.

Anteny antypodsłuchowe w sercu Watykanu

Skoro pisałem o tej tajemnicy, to nie sposób nie wspomnieć i o okolicznościach technicznych przed spotkaniem Jana Pawła II z Ronaldem Reaganem. Daty tego spotkania niestety nie pamiętam. Odbyło się ono w Pałacu Apostolskim po uprzednim założeniu specjalnej instalacji antypodsłuchowej, co pośrednio świadczyłoby o nadzwyczajnej wadze omawianych wówczas spraw odnoszących się zapewne i do Polski. Na dzień przed audiencją Jana Pawła II dla prezydenta USA po odbytej rozmowie z pewnym młodym prałatem watykańskim, którego nazwiska ze zrozumiałych względów nie ujawnię, a dzisiaj kardynała zajmującego ważne stanowisko w kurii rzymskiej, zaproponował mi on wspólny spacer na tarasie położonym tuż pod oknami apartamentów papieskich, z widokiem zarówno na plac św. Piotra, jak i na dziedziniec wewnętrzny św. Damazego. Przechadzając się, zobaczyłem, że nad tym tarasem zamontowano system odpowiednio ze sobą połączonych anten, którego nigdy tam nie było. Instalacja była też rozpięta nad dziedzińcem św. Damazego.

Ów ksiądz prałat, widząc, że przyglądam się tym instalacjom, powiedział, że są to anteny urządzeń antypodsłuchowych zainstalowane przez specjalną ekipę amerykańskich specjalistów w związku z wizytą prezydenta Reagana. Wyraziłem zdumienie i zapytałem, czy tak zawsze dzieje się w przypadku wizyt głów państw u papieża, na co odpowiedział, że nigdy tak nie było, jak sięga pamięcią on oraz jego znacznie starsi współpracownicy. Pomyślałem wówczas, i chyba nie byłem w błędzie, że sprawy, jakie będą omawiane, z pewnością będą dotyczyć nie tylko relacji pomiędzy USA a Stolicą Apostolską, ale muszą mieć szczególnie ważny charakter względem stosunków międzynarodowych i nie wiadomo, czy kiedykolwiek świat dowie się, o czym tak naprawdę tam rozmawiano.

Można wnioskować, że Amerykanie zabezpieczali się przed podsłuchem radzieckim z leżącego nieopodal terenu, tj. Villi Abamelek, należącego do ZSRR, gdzie znajdowały się rezydencja ambasadora tego kraju i kilka innych budynków. Jest to teren bardzo rozległy, być może większy od tego, który zajmuje Watykan, i doskonale są z niego widoczne obiekty watykańskie. Niegdyś była to własność generała carskiego o nazwisku Abamelek, który później podarował ją rządowi radzieckiemu. Widać, że tematy, jakie miały być poruszane między papieżem i prezydentem amerykańskim, dotyczyły spraw, które w żadnym razie nie powinny być znane ambasadzie radzieckiej w Rzymie. Nieraz zastanawiałem się nad tym, dlaczego ten ksiądz prałat właśnie wtedy zaproponował mi spacer akurat na tym niewielkim tarasie widokowym i to w przeddzień spotkania tych ważnych osób. Czy to był tylko przypadek?

Ksiądz Adam Boniecki

Moje znajomości z polskimi duchownymi w Watykanie były bardzo przydatne także i do rozwiązywania skomplikowanych problemów w zakresie relacji państwo-Kościół w Polsce. Tak było w przypadku ks. dra Adama Bonieckiego. Zresztą trudno było się z nim nie spotkać na terenie Rzymu. Prawie w jednym czasie obaj przybyliśmy do Rzymu. Była to postać dobrze znana w środowisku polskich duchownych i w Watykanie. Spotykaliśmy się wiele razy, aby omawiać różne kwestie. I tak na przykład tę. Na początku lat 80. XX wieku kierownictwo episkopatu polskiego uzyskało zgodę władz państwowych na rozpowszechnianie w Polsce polskiej edycji „L’Osservatore Romano” w formie miesięcznika, którego on był redaktorem naczelnym. Wydaną zgodę obwarowano koniecznością uzyskiwania każdorazowego zezwolenia cenzury na wwóz do kraju przygotowanej w Watykanie partii pisma. Rodziło to pewne komplikacje, gdyż aby zapobiec ewentualnym stratom, polska redakcja „L’Osservatore Romano” musiała, na potrzeby cenzury, drukować najpierw egzemplarze do okazania, a następnie, dopiero po uzyskaniu zgody, uruchamiać druk całego nakładu. Ta procedura rodziła pewne napięcia między redakcją a drukarnią i groziła tym, że pismo może nie docierać do Polski w spodziewanym terminie.

Ksiądz Adam Boniecki, redaktor naczelny tego pisma, w trakcie rozmów ze mną często wracał do tej kwestii i wspólnie zastanawialiśmy się, jak ją rozwiązać. Doszliśmy do wniosku, że najlepiej byłoby, aby misja rządu polskiego przy Watykanie wzięła na siebie obowiązek wstępnej lektury i opiniowania tego pisma, a następnie wyrażania tej opinii za pośrednictwem MSZ wobec cenzury, która na tej podstawie wydawałaby Głównemu Urzędowi Ceł odpowiednią decyzję w sprawie wwozu do Polski miesięcznika. To rozwiązanie, naszym zdaniem, znacznie skróciłoby dotychczasowe procedury, gdyż oczekiwanie na decyzję cenzury trwało niejednokrotnie kilka tygodni i mocno komplikowało proces druku.

Na odpowiednio uzasadniony wniosek skierowany do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a następnie przesłany do właściwych władz uzyskałem decyzję pozytywną, co usatysfakcjonowało ks. Adama Bonieckiego. Dokumentacja w tej sprawie jest zapewne zachowana w komplecie. Gdy mój współpracownik i ja wzięliśmy na siebie odpowiedzialność za obowiązek wstępnej lektury, sprawa przybrała pozytywny obrót i nie było już żadnych problemów z terminowym rozpowszechnianiem edycji w kraju, ponieważ proces druku odbywał się bez zbędnych komplikacji i umożliwiał wysyłkę przygotowanej partii pisma we właściwym czasie. Dodam, że byliśmy bardzo liberalni i w zasadzie nie zgłaszaliśmy większych uwag co do zawartych tam treści, a z biegiem czasu po cichu odstąpiliśmy od lektury, a opinię wydawaliśmy jako niewnoszącą zastrzeżeń.

Z ks. Adamem Bonieckim co jakiś czas spotykaliśmy się w restauracjach rzymskich położonych w pobliżu Watykanu. Były to ciekawe rozmowy pod każdym względem. Sondowałem jego stanowisko w różnych kwestiach watykańskich, a on moje. Podrzucałem mu pewne informacje, a on mnie. Coś za coś! Szybko zorientowałem się, że będzie trudno go pozyskać w formie źródła informacji, ale podczas wielu spotkań, czasami w ferworze dyskusji, udawało mu się powiedzieć o wiele więcej, niżby zapewne chciał. W sumie miły, dobrze wykształcony duchowny z wielkim poczuciem humoru i dystansem do wielu kwestii.

Czasami widywaliśmy się również na przyjęciach dyplomatycznych. Były one wydawane przy szczególnych okazjach. Najczęściej w hotelu Colombus, jeśli nie przekręciłem nazwy, położonym po lewej stronie Via della Concillazione, patrząc w kierunku placu św. Piotra. Jest to elegancki, przestronny hotel z dużą recepcją.

Przyjęcia miały formę koktajlową i odbywały się na stojąco. Pozwalało to na odbycie wielu krótkich lub dłuższych rozmów z wieloma osobami i uzyskanie ciekawych informacji. Bezpośrednie położenie przy Watykanie spowodowało, że na te koktajle przybywało bardzo wielu kurialistów rzymskich. Jest to znana formuła spotkań dyplomatycznych. Niczym nie różniły się od tych watykańskich.

Podczas jednego z takich przyjęć miałem okazję poznać ks. prof. Józefa Tischnera i odbyć z nim pogawędkę. Miał wówczas znakomity humor i rozweselał grupki osób, które z nim rozmawiały. Z jakiej okazji wydano przyjęcie, nie pamiętam. Kojarzy mi się jednak ono z jakimś sympozjum, które odbyło się w Watykanie i w którym aktywnie uczestniczył ten uczony. Po sympozjum odbył się wspomniane spotkanie.

Nie wiem, jak układały się kontakty służbowe ks. Adama Bonieckiego z moim następcą, ale chyba nieco gorzej, bo w czasie, gdy już pracowałem w Urzędzie do Spraw Wyznań, byłem świadkiem interwencji abpa L. Poggiego w sprawie zatrzymania kilku partii pisma. Trzeba podkreślić, że edycja polska „L’Osservatore Romano” zajmowała się upowszechnianiem w Polsce poprzez kolportaż za pośrednictwem parafii, w nakładzie 100 000 egzemplarzy, nauczania Jana Pawła II, które, jak wiadomo, odegrało olbrzymią rolę w procesie przemian w naszym kraju.

Moje spotkania z Janem Pawłem II

W tym miejscu chciałbym krótko skreślić swoje wrażenia z bezpośrednich spotkań z Janem Pawłem II. Otóż podczas pełnienia funkcji członka Zespołu ds. Stałych Roboczych Kontaktów Między Rządem PRL a Stolicą Apostolską miałem możliwość bezpośrednio spotkać się z Janem Pawłem II co najmniej kilkanaście razy. Miało to miejsce przy okazji dorocznych spotkań papieża z korpusem dyplomatycznym akredytowanym przy Stolicy Apostolskiej czy gdy towarzyszyłem polskim delegacjom państwowym w ich spotkaniach z głową Kościoła. To właśnie przy okazji tych ostatnich otrzymałem od papieża po kilka srebrnych i brązowych medali upamiętniających jego pontyfikat. Bezpośrednie spotkania z Janem Pawłem II zostawiały zawsze silne wrażenia. Mimo że papież czasem jedynie tylko podał rękę, uścisnął dłoń i zadał kilka pytań, to wydawało się, że w danej chwili koncentrował na tej osobie całą swoją uwagę. Na pożegnanie zawsze życzył dobra, zachowywał się naturalnie i skromnie i nigdy nie okazywał dystansu do osób o innym światopoglądzie czy odmiennych przekonaniach politycznych. Szkoda, że już go nie ma. Myślę, że gdyby jeszcze żył, to sprawy polskie układałyby się lepiej.

Ostatnie moje spotkanie z papieżem miało miejsce w maju 1989 roku na placu św. Piotra, kiedy towarzyszyłem delegacji kapelanów Wojska Polskiego w pielgrzymce szlakiem polskich cmentarzy wojennych we Włoszech. Przy tej okazji doszło do udzielenia nam audiencji u papieża w ramach audiencji generalnej. Gdy witał się ze mną, to mimo upływu sześciu lat od momentu zakończenia mojej misji przy Watykanie mnie pamiętał i powiedział mi kilka ciepłych i ważnych słów, które pozostawię tylko dla siebie.

Rzecz jasna podczas mojej misji w Rzymie poznałem wiele ciekawych osób; wiele się od nich nauczyłem oraz zetknąłem się z interesującymi problemami. Nie sposób jednak tych wszystkich spraw omówić w krótkich wspomnieniach, które tylko zarysowuję czytelnikom.

Rozmowa z przyszłym papieżem Benedyktem XVI

Chciałbym jeszcze kilka słów poświęcić zdarzeniu związanemu z późniejszym papieżem Benedyktem XVI, obecnie emerytem. Otóż miałem okazję poznać go jeszcze jako arcybiskupa świeżo przybyłego do Rzymu, celem objęcia funkcji prefekta Kongregacji Doktryny Wiary z nominacji swojego przyjaciela Jana Pawła II. Z tej okazji ambasador niemiecki przy Stolicy Apostolskiej wydał na jego cześć przyjęcie w ogrodach swojej ambasady, na które ja i mój kolega, Jerzy Jopa, zostaliśmy zaproszeni. Zwyczajem rzymskim na tego typu przyjęcia raczej nie przychodzi się zbyt punktualnie. My natomiast, sądząc, że gdzie, jak gdzie, ale do Niemców przywykłych do punktualności należy przyjść o czasie, zjawiliśmy się jako pierwsi. Nie tylko zostaliśmy powitani osobiście przez ambasadora i abpa J. Ratzingera, ale jeszcze do tego spotkaliśmy się z dużym zainteresowaniem z ich strony i mieliśmy okazję do kilkunastominutowej rozmowy.

Później nieraz widywałem abpa J. Ratzingera w jednej z restauracji rzymskich w pobliżu Watykanu, gdzie spożywał posiłki. Czasami i ja tam bywałem. Widziałem, że obsługa lokalu darzyła go wielką atencją, a on zachowywał się bardzo skromnie i nie rzucał się w oczy. Osobiście odebrałem przyszłego papieża jako człowieka niezwykle skromnego, serdecznego, przystępnego, otwartego i miłego w sposobie bycia. Rozmowa z nim, aczkolwiek dotyczyła spraw ogólnych i okolicznościowych, pozostała w mojej pamięci do dzisiaj. Dlatego też wiele lat później, gdy dowiedziałem się o jego wyborze na papieża, autentycznie ucieszyłem się i dzieliłem ze swoimi znajomymi wrażeniami dotyczącymi okoliczności mojego spotkania z tak wielkim człowiekiem.

Wydarzenia bydgoskie w optyce watykańskiej

W 1981 roku w Watykanie odbierano wydarzenia polskie z wielką uwagą i troską. Jak wiadomo, w marcu 1981 roku miały miejsce znane wydarzenia w Bydgoszczy, które w zasadniczym stopniu przyczyniły się do wzmożenia napięcia społeczno-politycznego w Polsce i odbiły szerokim echem także w Watykanie. Od jednego z duchownych, który sam siebie zaliczał do najbliższego polskiego otoczenia papieża w Watykanie, uzyskałem ciekawą opinię na ten temat. Nazwiska jego nie mogę jednak upublicznić, bo nie jestem w stanie go obecnie odnaleźć, aby to uzgodnić. Nazwisko to jednak jest w maszynopisie moich Wspomnień (1971–1990), które już tu były przywoływane. Usłyszałem więc od niego bardzo interesującą opinię oraz upoważnienie, aby ją przekazać gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu.

Twierdził on, że wydarzenia bydgoskie były tematem burzy mózgów urządzanej zwyczajowo podczas kolacji z udziałem papieża i jego polskiego najbliższego otoczenia. Usłyszałem, że wypracowano następujące stanowisko: „W związku z tym, że sytuacja w kraju zaczyna się wymykać spod kontroli, zarówno ze strony władz, jak i działaczy „Solidarności”, to korzystając z wyjątkowego i korzystnego zbiegu sytuacji, charakteryzującej się tym, że Polak jest papieżem, Zbigniew Brzeziński jest doradcą prezydenta USA, kard. Stefan Wyszyński stoi na czele polskiego Kościoła, Lech Wałęsa przewodzi „Solidarności”, a gen. Wojciech Jaruzelski kieruje polską armią, to ten ostatni powinien porozumieć się z tymi pozostałymi osobami i przy pomocy wojska odsunąć PZPR od władzy, rozpiąć parasol ochronny nad „Solidarnością” i stopniowo uniezależnić się od ZSRR”. Na moje ponowne pytanie, czy ta informacja ma dotrzeć do gen. Wojciecha Jaruzelskiego, otrzymałem odpowiedź twierdzącą, gdyż „jest to wyjątkowy w historii Polski zbieg okoliczności i jeśli tej sytuacji nie wykorzysta się teraz, to nie wiadomo, czy taka sytuacja powtórzy się kiedykolwiek jeszcze”. Z rozmowy tej sporządziłem notatkę i przekazałem ją szefowi rezydentury.

O dalszych losach tego dokumentu nic mi nie wiadomo. Być może naukowcy z IPN-u poszliby tym tropem i sprawdzili, jaki był los tego dokumentu i czy ta sugestia znalazła odbicie w wewnętrznej polityce władz państwowych. Dodam, że to była jedyna informacja tego typu i nie byłem w stanie potwierdzić jej wiarygodności. Znamienne jest, że tego typu sugestia została przekazana mnie jako przedstawicielowi polskich władz przy Watykanie. Nie wydaje się, z uwagi na kontekst sprawy, że była to samodzielna inicjatywa tego duchownego.

Stan wojenny

Wiele moich spotkań watykańskich było poświęconych sprawom związanym z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce. Warto więc i z dzisiejszej perspektywy ocenić tę decyzję. Z całą pewnością była ona bardzo dramatyczna. W tym czasie przebywałem w Rzymie, ale na bieżąco śledziłem rozwój sytuacji w Polsce. Wcześniej już opowiedziałem o moim spotkaniu z doc. Romualdem Kukołowiczem, specjalnym wysłannikiem Lecha Wałęsy. Przypomnę, że spotkanie to miało miejsce na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego i mój rozmówca nie ukrywał, że sytuacja w Polsce zmierza do rozlewu krwi na gigantyczną skalę. Z jego narracji wynikało, że interwencja radziecka jest oczywista i realna jak nigdy.

Kilkanaście lat później pojawia się narracja zupełnie inna. Jakoby ZSRR nie miało zamiaru interweniować. A ja przecież zarówno w roku 1980, jak i 1981 w telewizji włoskiej niemal codziennie widziałem mapę Polski i naszego sąsiada (ZSRR), gdzie na podstawie informacji wywiadowczych NATO przy naszej granicy wschodniej umieszczano na niej makiety i symbole dywizji radzieckich grzejących silniki czołgów oraz czekających na rozkaz wkroczenia.

I oto w 33. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego pojawia się wypowiedź byłego oficera GRU, uciekiniera na Zachód w 1978 roku znanego jako Wiktor Suworow, który twierdził, że wojska radzieckie wkroczyłyby w 1981 roku, gdyby gen. Wojciech Jaruzelski nie wprowadził stanu wojennego. Do tej pory badacze z IPN-u przywoływali jego różne wypowiedzi przeczące temu, co powiedział ostatnio. Bazowano też na innych dokumentach, takich jak zeszyty gen. Wiktora Anoszkina, adiutanta marszałka Kulikowa oraz protokoły Biura Politycznego KC PZPR, z których miałoby wynikać, że władze ZSRR nie miały wrogich zamiarów wobec Polski ani samej „Solidarności”.

Jak więc wygląda prawda? Wypowiedź Suworowa, na którego tak licznie powoływano się w przeszłości, teraz ma szczególne znaczenie z uwagi na to, że kilka lat przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce był on funkcjonariuszem GRU, a więc wiele wiedział. To, że zdecydował się teraz ujawnić zdanie na ten temat, też wiele mówi. Jego wypowiedź musi doprowadzić do zmiany spojrzenia na inne okoliczności wprowadzenia stanu wojennego i na samą postać gen. Wojciecha Jaruzelskiego, chyba że skrywa się za tym zupełnie inny zaskakujący kontekst.

W tej sprawie wymieniliśmy listy z red. Tomaszem Pompowskim mieszkającym obecnie w USA, znanym publicystą, pisarzem i redaktorem naczelnym eksperckiego portalu Ofensywa Wolności. Oto jego refleksja: „Rzeczywiście bardzo interesująca (sprawa). To jednak przewrót kopernikański także w wypowiedziach Suworowa. O ile sobie przypominam na premierze książki Władimira Bukowskiego w Londynie w połowie lat 90., w którym są te słynne transkrypcje posiedzenia Komitetu Centralnego KPZR, Suworow twierdził iż nikt z ówczesnych, tamtejszych decydentów nie wyobrażał sobie wysłania Armii Czerwonej, która utknęła na dobre w Afganistanie… Ten tekst, który mi przesłał Pan Doktor zupełnie zmienia postać rzeczy. Ja widziałem dokumenty amerykańskie, które wskazują na to że ówczesna Rada Bezpieczeństwa była informowana przez CIA, iż nic się nie wydarzy w grudniu ani w stycznie. Z dokumentów wynika, że to co się stało zaskoczyło tych, których, jak sądzę, nie powinno było zaskoczyć. Albo znów są to jakieś dziwne gry”.

No właśnie „dziwne gry”. Podzielam ten punkt widzenia. Zastanawiam się jednak, dlaczego Suworow nie ujawnił tego wcześniej.

Z drugiej strony Rosjanie ujawniali zapiski mało znaczącego gen. Wiktora Anoszkina w formie zeszytowej, z których wynikało, że ich interwencja nie wchodzi w grę. Zważywszy na to, że już było po 1990 roku, to może wychodzili z założenia, że podgrzewanie w kociołku polskim atmosfery politycznej takim paliwem służy waśniom polskim, co osłabia nasz kraj. Na pewno po przewrocie ustrojowym dokonanym ewolucyjnie nie mogło im zależeć na stabilizacji sytuacji w Polsce ani na stworzeniu mitu generała jako człowieka, który wybrał drogę chroniącą przed interwencją radziecką. Jak widać, zatruło to atmosferę na kilkadziesiąt lat. Gdyby nowe elity wybrały inny kurs oceny odnośnie do generała, to pewnie nasz kraj wyglądałby zupełnie inaczej, bo była szansa na to, aby w imię głównych celów narodowych dogadać się i żyć w zgodzie. A stało się zupełnie inaczej. Odpowiednie wydaje się stwierdzenie: is fecit cui prodest (łac., prawn. uczynił ten, komu to przyniosło korzyść). Analizując meldunki składane przez Ryszarda Kuklińskiego dla CIA, trzeba także stwierdzić, że jego działania w żaden sposób nie przełożyły się na zmianę sytuacji politycznej w Polsce w tamtym czasie, ale za to mogły znacznie przyczynić się do wzrostu agresji ZSRR wobec działań polskich polityków i wojskowych. Zachodzi uzasadnione pytanie, kto odniósł więcej korzyści politycznych, przede wszystkim operacyjnych, z tego działania. Gdy wyciągnie się właściwe wnioski, można domniemywać, że GRU prowadziło i prowadzi nadal swoje doskonałe gry operacyjne.

Sposób przekazania zeszytów przez gen. Wiktora Anoszkina to typowa dla specsłużb akcja dezinformacyjna. Uważam, że podobnie jest z owymi protokołami z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR. Dziwię się, że IPN otacza je taką admiracją. Mamy bowiem najpewniej do czynienia z tzw. toksycznymi wrzutkami. Summa summarum, zawsze tak było, a szczególnie w dobie tak mocno rozwiniętej działalności mass mediów, że historia jest paliwem bieżącej polityki. I ta tendencja będzie się nasilać.

W tej perspektywie racjonalne i naukowe oceny zdarzeń historycznych będą mocno utrudnione i zapewne możliwe dopiero w dalszej przyszłości. W takich żyjemy czasach, że prawd na bieżące zapotrzebowanie polityczne będzie multum, w zależności od potrzeb opcji politycznych. I w tej materii wszystko jest względne. W tej sytuacji najlepiej zachować dystans i nie dać się manipulować.

Wizyta Jana Pawła II w Polsce zagrożona

Czasem pojawiają się enuncjacje, że w 1983 roku mogła nie dojść do skutku wizyta papieża Jana Pawła II w Polsce. W związku z tym chciałbym napisać kilka zdań i na ten temat. Oczywiście, że tak było, bo podjąłem działania, aby uratować tę bardzo ważną wizytę przygotowywaną od wielu miesięcy. Miałem wpływ na stanowisko w tej kwestii zarówno w przypadku Stolicy Apostolskiej, jak i władz Polski. Było to działanie nietypowe, ale skuteczne.

Zanim opiszę konkrety, kilka słów wstępu. Nie sposób w tym opracowaniu omówić wszystkich ważnych wydarzeń, nawet te najważniejsze, w których brałem udział, a które miały swój pozytywny wpływ na rozwój stosunków państwo-Kościół. Niektóre z nich są warte przybliżenia choćby z tego powodu, że miały szersze znaczenie i być może wpływ na rozwój wydarzeń w Polsce.

I tak zimą na przełomie lat 1988/1989 podczas rozmów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych z delegacją watykańską abp Francesco Colasuonno, przekazując ministrowi celem dostarczenia gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu książkowe wydanie dokumentów i przemówień papieża, powiedział: „Ojciec Święty, przekazując Panu Generałowi to opracowanie, prosił mnie o przekazanie Mu Jego prośby, aby Pan Generał wywiązał się z danej Mu obietnicy”. Widać było, że na uczestnikach spotkania słowa te zrobiły duże wrażenie. Często zastanawiałem się nad tym, co to była za obietnica. Być może się mylę, ale ponieważ wydarzenie to miało miejsce na kilka miesięcy przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu, to wiążę je z tym procesem rozpoczętego dialogu władz z opozycją właśnie w ramach tych obrad. Czy ta obietnica była dana przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego podczas wizyty Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1983 roku? Istnieje pewne domniemanie, że tak mogło być. Pamiętam, jak dramatycznie rozwijała się wówczas sytuacja w Watykanie na niewiele godzin przed odlotem papieża do Polski. W tym dniu, około godziny 10, otrzymałem pilną depeszę z kraju z poleceniem natychmiastowego udania się do Watykanu i zakomunikowania abpowi Achille Silvestriniemu, sekretarzowi Rady Do Spraw Publicznych Kościoła (odpowiednik ministra spraw zagranicznych) stanowiska władz odnośnie do planowanego spotkania Jana Pawła II z Lechem Wałęsą. Stanowisko to było negatywne i stanowcze. Władze nie godziły się na to spotkanie, a papieżowi bardzo na nim zależało.

Po przybyciu do Pałacu Apostolskiego podczas rozmowy z A. Silvestrinim, przekazując to stanowisko, jednocześnie wyraziłem swoją opinię, że „może coś się uda zrobić z tą sprawą po przylocie do Warszawy”, bowiem intuicja mówiła mi, że papież może zająć takie stanowisko, że ta wizyta się nie odbędzie i na cały świat pójdzie wiadomość o drastycznym zaostrzeniu stosunków Polski z Watykanem. Pamiętam, że arcybiskup zostawił mnie samego w swoim gabinecie i natychmiast udał się do papieża. Nie było go około 45 minut.

Po powrocie powiedział, że papież jest bardzo zdenerwowany z powodu takiego stanowiska władz. I to do tego stopnia, że powiedział, że w tej sytuacji nie uda się do Polski. Dopiero po długich namowach kard. Agostino Casaroliego i jego samego, że „może lepiej jechać do Polski, a ten problem rozstrzygnąć w Warszawie”, ostatecznie uległ i kilka godzin później samolot papieski odleciał do Warszawy.

W tym duchu sporządziłem natychmiast depeszę do MSZ-u i jak się potem dowiedziałem, do spotkania papieża z Lechem Wałęsą jednak doszło. Czyżby wtedy w Warszawie podczas spotkania z gen. Wojciechem Jaruzelskim w tej gorącej atmosferze Jan Paweł II otrzymał od niego jakąś daleko idącą deklarację („obietnicę”) na temat dialogu z opozycją, która zmaterializowała się sześć lat później na skutek przypomnienia podczas spotkania z delegacją watykańską, które przywołałem? Nie jestem tego pewny. Jeśli tak nie było, to deklaracja padła podczas wizyty gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Watykanie na początku 1987 roku.

Z moich rozmów służbowych, jakie miałem systematycznie z dwoma sekretarzami gen. Wojciecha Jaruzelskiego, nieodmiennie odnosiłem wrażenie, że był on żywo zainteresowany w jak najlepszym ułożeniu stosunków z Kościołem. Potwierdzenie znalazłem też w niespodziewanej dla mnie osobistej rozmowie z gen. M. Janiszewskim, szefem Kancelarii Prezydenta RP, na którą mnie osobiście zaprosił jesienią 1989 roku.

Jak wiadomo, gen. Wojciech Jaruzelski od kilku miesięcy pełnił wtedy funkcję prezydenta Polski. Być może już wtedy doszły do Kancelarii Prezydenta jakieś opinie i spekulacje, w tym ze środowisk kościelnych, że należałoby doprowadzić do skrócenia jego prezydentury, bowiem gen. M. Janiszewski zapytał, jak episkopat ocenia generała jako prezydenta. Ponieważ wtedy byłem świeżo po rozmowie z bpem Jerzym Dąbrowskim, zastępcą sekretarza episkopatu, powiedziałem otwarcie, że według tego biskupa środowiska solidarnościowe nie pogodziły się z tym wyborem i będą dążyć do tego, aby ta prezydentura trwała krótko. I tak się stało.

A wracając do kwestii wizyty papieskiej w 1983 roku, w grudniu 2014 roku doktorant Daniel Wójcik z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, piszący pracę doktorską na temat działalności Mieczysława Franciszka Rakowskiego, potwierdził, że rzeczywiście do tej wizyty mogło nie dojść. W pamiętnikach M. F. Rakowskiego odnalazł następujący fragment w tej kwestii: „16 czerwca. Dzień przyjazdu papieża do Polski. Prasa zachodnia podaje, że wobec Wałęsy zastosowano areszt domowy. Wyjaśniłem z Łopatką. Otóż sytuacja przedstawia się następująco: wczoraj Łopatka poinformował Kościół, że w trosce o bezpieczeństwo Wałęsy otrzymuje on ochronę SB. W przypadku gdyby się chciał spod tej opieki uwolnić, władze przestają ponosić odpowiedzialność za jego życie. A tak naprawdę pewnie chodzi o to, żeby 17 Wałęsa nie mógł się spotkać z papieżem. O 16:30 Wojtaszek przekazuje szyfrogramem oficjalne pisemne oświadczenie Watykanu (wręczył je Silvestrini). „1. Stolica Apostolska ponawia gorącą prośbę, aby władze PRL nie czyniły trudności w audiencji Ojca Świętego dla L. Wałęsy. Audiencja jest przewidziana jako ściśle prywatna i Stolica Apostolska oraz Episkopat Polski zadbają o to, na ile to ich dotyczy, że ten charakter będzie zagwarantowany. 2. Stolica Apostolska uważa, że w czasie spotkania z Jego Ekscelencją gen. Wojciechem Jaruzelskim, także jeśli chodzi o tematy rozmów powinna być zachowana zasada, że jest to rozmowa na najwyższym szczeblu rozmówców i że wizyta Ojca Świętego w Polsce ma charakter historyczny”. W trakcie rozmowy S. odbywał konsultacje z Casarolim i z papieżem, był zdenerwowany. Jeżeli władze utrzymają swoje stanowisko, to „wizyta może stać się dramatem, mimo że tak wiele zrobiono (przemówienia, koncepcje — chyba koncesje?, gesty), aby udała się jak najlepiej i przyniosła pozytywne skutki tak w sensie wewnętrznym, jak i zewnętrznym”. Stolica Apostolska jest atakowana m.in. za to, że zgodziła się na to, żeby katolicy świeccy związani z władzami, otrzymali prawo bycia na lotnisku podczas przylotu papieża. W tej sytuacji Stolica Apostolska musi uczynić gest równoważący spotkanie z Wałęsą. Uwaga Olszowskiego: proponuję utrzymać ustalenie z 15 czerwca przekazane przez Kotowskiego Silvestriniemu oraz przez Łopatkę abpowi Dąbrowskiemu. Wydaje się, że WJ zbyt poważnie potraktował spotkanie papieża z Wałęsą”. (Mieczysław F. Rakowski, Dzienniki polityczne 1981–1983, s. 560).

Dodam tylko, że Emil Wojtaszek jako ambasador PRL w Rzymie jedynie podpisał ten szyfrogram sporządzony przeze mnie na podstawie mojej rozmowy z abpem Achille Silvestrinim. Okazało się, że po kilkudziesięciu latach otrzymałem dowód na wiarygodność mojej relacji. Uderzyło mnie to, że M. F. Rakowski bardzo dokładnie opisał treść mojej depeszy. Pewnie tak jest i w innych kwestiach, które tu omawiam. Upływający czas na pewno zrzuci kurtynę z wielu wydarzeń.

Brałem udział w przygotowywaniu tej wizyty z 1983 roku, będąc jeszcze w Rzymie, a takim materialnym wkładem było m.in. załatwienie, w sposób operacyjny we Włoszech, zakupu urządzeń wykrywających metale, co było konieczne do zapewnienia bezpieczeństwa papieża. Trzeba pamiętać bowiem o tym, że to była pierwsza wizyta papieska po zamachu. Po otrzymaniu polecenia z Centrali, aby zakupić te urządzenia, które wówczas jeszcze były objęte embargiem, zorientowałem się, że jest to niezmiernie trudny problem, bowiem rezydentura wywiadu PRL w Rzymie nie posiadała ani informacji odnośnie do producenta, ani tym bardziej źrodła, które mogłoby takiego zakupu dokonać. W tej sytuacji wybrałem najprostsze rozwiązanie, licząc na to, że któryś z moich partnerów watykańskich mi pomoże. I tak się stało. Podczas wizyty w Watykanie otwarcie postawiłem kwestię i poprosiłem o pomoc. Hierarcha wysokiego szczebla obiecał, że da mi odpowiedź w ciągu kilku dni. Rzeczywiście tak się stało i w trakcie spotkania wręczył mi karteczkę z nazwiskiem dyrektora firmy produkującej sprzęt elektroniczny dla wojsk NATO i adres miejsca odbioru tychże urządzeń. Miałem go tylko poinformować o dacie, kiedy mógłybym pojechać dość daleko na północ od Rzymu. I tak się stało. W określonym miejscu i godzinie czekał na mnie pewien człowiek, który wręczył mi paczkę z detektorami do wykrywania metalu, a ja wręczyłem mu pieniądze. W sumie zakupiłem 70 lub 90 urządzeń za poważną kwotę. Naturalnie bez żadnych rachunków i faktur. Tego samego dnia szybkim samochodem wróciłem do Rzymu, a jedno z urządzeń wykorzystałem do skutecznego sprawdzenia w moim mieszkaniu, czy nikt nie zainstalował mi podsłuchu. Być może w dokumentacji byłego Biura Ochrony Rządu zachował się jakiś dokument, który poświadcza to moje działanie, które w wielkiej mierze przyczyniło się do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa Jana Pawła II podczas jego wizyty w Polsce w 1983 roku. Trzeba jeszcze raz podkreślić, że to była pierwsza wizyta papieska po zamachu. Tę kolejną z 1987 roku przygotowywałem już w Polsce, pracując w Urzędzie do Spraw Wyznań.

Giovanni Barberini

Podczas pełnienia swojej funkcji zetknąłem się w Rzymie z inną bardzo interesującą osobowością. Był nią prof. Giovanni Barberini. Prawdziwy przyjaciel Polski.

Zacznę od tego, że w kwestii instytucjonalizacji stosunków państwo-Kościół i PRL- Stolica Apostolska, począwszy od 1987 roku, niemal pełną inicjatywę przejął Urząd do Spraw Wyznań, głównie w wyniku mojej postawy. W tym zakresie nie prowadzono żadnych konsultacji z Departamentem IV MSW, a w kwestii normalizacji stosunków polsko-watykańskich MSZ odgrywało jedynie formalną, protokolarną rolę. Na szczególne wspomnienie zasługuje rola, jaką w tym procesie odegrał prof. dr Giovanni Barberini, przyjaciel abpa Achille Silvestriniego i dobry znajomy kard. Józefa Glempa oraz mój. Włoch, wykładowca prawa publicznego Uniwersytetu w Perugii i były duchowny od wielu lat interesował się naukowo historią stosunków państwo-Kościół w Polsce. Poznałem go w Rzymie i pomogłem mu w uzyskaniu wizy wjazdowej do Polski, a pośrednio umożliwiłem dostęp do źródeł archiwalnych dotyczących tego tematu.

Często spotykaliśmy się w Rzymie. Bywałem też u niego w domu w Perugii. Już wtedy dzielił się ze mną bardzo racjonalnymi przemyśleniami na tematy, które nas interesowały. Odwoływał się też do rozmów prowadzonych z abpem Achile Silvestrinim, który wówczas pełnił kluczową rolę w kurii rzymskiej. Mam powody sądzić, że moje poglądy mógł przekazywać swojemu przyjacielowi w Watykanie, bowiem z czasem nie ukrywał, że chciałby odegrać misję dobrej woli, zwłaszcza w procesie pełnego uregulowania stosunków polsko-watykańskich. A ja to akceptowałem.

Po moim powrocie do Warszawy często przyjeżdżał do Polski i był ze mną w kontakcie oraz dzielił się swoimi cennymi przemyśleniami na temat stosunków między państwem a Kościołem. Był także w stałym kontakcie z polskimi profesorami, znawcami problematyki wyznaniowej, a często posługiwał się argumentacją uzyskiwaną nie tylko od nich, ale, jak mówił, od prymasa. Pośrednio odegrał on pewną rolę inspirującą, jeśli chodzi o kształt projektu konwencji polsko-watykańskiej opracowanej wspólnie przez przedstawicieli episkopatu ze stroną rządową. Istotne założenia tego dokumentu stanowiły później podwaliny konkordatu, chociaż uważał on, że ani Polska, ani Stolica Apostolska nie powinny obierać konkordatu jako podstawy znormalizowania wzajemnych stosunków. Twierdził, że konkordat w nowej sytuacji Kościoła we współczesnym świecie jest formułą przestarzałą. Według niego lepszym rozwiązaniem byłaby konwencja. Zarówno dla Watykanu, jak i drugiej strony. W momencie, gdy później obie strony wybrały konkordat, nie ukrywał wobec mnie poglądu, że ta formuła, jako „zbyt sztywna” i „niezgodna z opinią Sekretariatu Stanu”, się nie sprawdzi, a w dłuższej perspektywie może być kłopotliwa dla obu stron. W tym czasie już nie pracowałem, bo Urząd do Spraw Wyznań został wcześniej zlikwidowany, ale dochodziło do naszych spotkań z okazji jego przyjazdów do Warszawy jako konsultanta włoskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i KBWE.

Trzeba dodać, że prof. Giovanni Barberini, w czasach gdy pracowano nad projektem konwencji, udzielił bardzo ważnego wywiadu dla tygodnika „Polityka”, gdzie naświetlił sprawę nowoczesnych rozwiązań w zakresie regulacji prawnych, zarówno w odniesieniu do stosunków państwowo-kościelnych, jak i relacji ze Stolicą Apostolską. Wywiad z nim przeprowadziła redaktor Ewa Nowakowska, niegdyś autorka znakomitego reportażu na temat odkrycia przeze mnie cennych fresków w oranżerii lidzbarskiej. Giovanni Barberini jest autorem wielu wybitnych prac naukowych z tego zakresu. Przed kilkoma laty opracowywał dokumenty prywatnego archiwum kard. Agostino Casaroliego, byłego Sekretarza Stanu, twórcy tzw. polityki wschodniej Watykanu.

Korpus dyplomatyczny

Na podkreślenie zasługuje fakt, że korpus dyplomatyczny, akredytowany przy Watykanie, bardzo często spotykał się, z różnych okazji we własnym gronie i w towarzystwie pracowników kurii rzymskiej. Najczęściej były to przyjęcia, które dobrze służyły wzajemnej wymianie informacji i poglądów nie tylko na temat sytuacji w Watykanie, ale i położenia Kościoła w wielu rejonach świata. Dało się też zauważyć, że problematyką watykańską interesują się też dyplomaci akredytowani przy państwie włoskim. Te zainteresowania były czymś naturalnym, zważywszy na wielką rolę Stolicy Apostolskiej, zwłaszcza za pontyfikatu Jana Pawła II, na arenie międzynarodowej. Żadne państwo nie może nie zauważać tego, że tenże podmiot prawa międzynarodowego ma wpływ na postawy społeczno-polityczne ponad miliarda obywateli żyjących w ogromnej większości państw. Nawiązywaniu korzystnych kontaktów w środowisku dyplomatów sprzyjało też ich naturalne zainteresowanie sytuacją w naszej części Europy, a zwłaszcza w Polsce. Dodam, że Stolica Apostolska prowadziła, i nadal prowadzi, otwartą politykę informacyjną, gdyż to leżało w jej interesie.

Podsumowanie

Oczywiście oprócz białego wywiadu zajmowałem się zbieraniem informacji przy pomocy osobowych źródeł. Nie dałoby się rozwiązać tej kwestii prenumeratą watykańskich wydawnictw i przesyłaniem ich do kraju. Tych publikacji było mnóstwo i aby się w nich rozeznać, trzeba było ciągłej lektury i poszerzania zestawu tytułów. Konieczne było także codzienne studiowanie bardzo obszernego „L’Osservatore Romano”, oficjalnego dziennika watykańskiego, i konfrontowanie tak uzyskanych wiadomości poprzez posiadane źródła informacji. A to wszystko trzeba było odczytywać w ramach specyficznego klimatu, jaki panował w kurii rzymskiej. W ten klimat należało się wpisać personalnie i stać się nieodłącznym elementem tego watykańskiego pejzażu. I to mi udało się.

Mój stosunek do przemian w Polsce był pewnie taki sam jak większości Polaków. Zdawałem sobie wtedy sprawę z konieczności zmian w kraju, też śledziłem z perspektywy rzymskiej to, co się działo na linii władze -„Solidarność”, i martwiłem się, gdy dialog załamywał się, a cieszyłem, gdy dochodziło do consesusu.

Wiele się teraz pisze o możliwościach agenturalnych wywiadu PRL w Watykanie. Formułowane są opinie przesadne. Mówi się nawet o stu agentach w Watykanie. Uściślając, nie wszyscy byli agentami. Było ich o wiele mniej. Można jedynie mówić o różnych kategoriach źródeł informacji. Cezary Gmyz, jak słyszę, od wielu lat opracowuje historię rezydentury wywiadu PRL w Rzymie. Może jak ukończy pisanie książki na ten temat, dowiemy się, jak naprawdę było?

Przypominam, że przed wyjazdem do pracy w Rzymie przekazano mi jasno intencję władz: działać rozważnie i tak, aby bez narażania się na ryzyko komplikacji dyplomatycznych rozpoznać właściwe intencje Stolicy Apostolskiej w kwestii przywrócenia pełnych stosunków dyplomatycznych; zdefiniowania warunków tego kroku oraz możliwego terminu. I bardzo się starałem, aby to zalecenie stale realizować. Stwierdzono też, co podkreślam jeszcze raz, że dotychczasowe rozeznanie było dalece niewystarczające, bo prowadzono je z niezbyt dogodnych pozycji, jakie dawała nasza ambasada przy Kwirynale.

Moja pozycja, umocowana akredytacją przy Watykanie, stwarzała inną perspektywę i nie można było w żadnym razie tej pozycji skompromitować jakimś nierozsądnym działaniem czy nieodpowiednią postawą osobistą.

Będąc już w Rzymie, w pełni zdałem sobie sprawę, że typowa agenturalna działalność wywiadowcza nie przyniesie w tym przypadku pożądanych rezultatów, bowiem poszczególne źródła informacji siłą rzeczy posiadałyby jedynie dostęp do wycinkowych ocen, a brak szansy na ich pozyskanie w krótkim czasie, gdy chodzi o węzłowe punkty poszczególnych dykasterii watykańskich, uniemożliwiłby uzyskanie pełnej oceny celów strategicznych odnośnie do Polski i innych państw, realizowanych w ramach tzw. polityki wschodniej Stolicy Apostolskiej.

W tym przypadku czas miał istotne znaczenie, zważywszy na to, co się działo w Polsce w latach 80. ubiegłego wieku. Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że wypracowanie pozytywnej i dobrze uargumentowanej generalnej oceny wobec stosunków Polska-Watykan i państwo-Kościół, widzianych z tej perspektywy, może być podstawą do podjęcia przez władze decyzji, które będą dobrze służyć procesowi demokratyzacji w naszym kraju i powodować, że przemiany ustrojowe nie stracą swojego ewolucyjnego charakteru.

W tej sytuacji nie interesowało mnie kto z kim ani dlaczego. Myślę, że czytelnicy zrozumieją kontekst tego sformułowania. Moja misja miała inny wymiar i cel. Bardzo ważne informacje uzyskiwałem z pozycji dyplomaty, a moi liczni rozmówcy nie mieli świadomości, że jednocześnie jestem pracownikiem wywiadu, co jest teraz powszechną praktyką na całym świecie, chociaż nikt tego oficjalnie nie potwierdzi. Na przykład spotykając się z jakimś duchownym, przedstawiałem się jako pracownik ambasady, a następnie uzyskane informacje przekazywałem do Polski. Nie mieli pojęcia, że pełnię jednocześnie i inną misję. Nikt tego nie ujawnia podczas pracy operacyjnej w tzw. terenie, bo samodekonspiracja na ogół prowadzi do wpadki i zakończenia misji wywiadowczej.

Jakkolwiek niektórym moim rozmówcom Centrala nadawała pseudonimy, to ci nigdy nie byli przeze mnie pozyskani w charakterze źródeł wywiadu. Nie informowano mnie też, w jaki sposób Centrala traktuje te osoby. Ponieważ byłem tylko tzw. pracownikiem (oficerem) zewnętrznym wywiadu i nigdy nie pracowałem w strukturach Centrali, nawet nie zastanawiałem się nad znaczeniem tych procedur. Dla mnie to nie było najistotniejsze. Bycie pracownikiem zewnętrznym wywiadu oznacza tylko tyle, że nie pracuje się w Centrali wywiadu, a wyłącznie w rezydenturze zagranicznej.

W Centrali były prowadzone teczki obiektowe oznaczone określonymi kryptonimami, a oficerowie znali ich symbole i w ten sposób oznaczali to w części tytułowej notatek czy szyfrogramów, a następnie Centrala je odpowiednio segregowała i wykorzystywała. Koszty uzyskiwania informacji były niewielkie, bo ponosiłem jedynie koszty obiadów czy kolacji podczas spotkań ze źródłami informacji.

Spotkania odbywały się w lokalach gastronomicznych. Nie wypłacałem wynagrodzeń w żadnej innej postaci. Kuria rzymska nie zgłaszała zastrzeżeń ani uwag wobec sposobu pracy polskiej misji przy Stolicy Apostolskiej. Po prostu nie dawaliśmy im ku temu powodów. Podobnie żadnych zastrzeżeń nie zgłaszały władze włoskie odpowiedzialne za ochronę kontrwywiadowczą Watykanu.

Generał Konrad Straszewski w Watykanie i Kwirynale

Wczesną wiosną 1983 roku miała miejsce nieoczekiwana wizyta gen. Konrada Straszewskiego u ministra spraw wewnętrznych Włoch. W trakcie wizyty polskiego wiceministra spraw wewnętrznych w Watykanie w związku z przygotowaniami do wizyty Jana Pawła II w Polsce w czerwcu tegoż roku, któremu towarzyszył gen. Olgierd Darżynkiewicz, szef BOR-u, strona watykańska poinformowała mnie, że włoski minister chętnie spotkałby się z generałem. Natychmiast mu przekazałem to zaproszenie i wieczorem tego samego dnia odbyło się spotkanie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Włoch w Rzymie.

Było to pierwsze spotkanie na Zachodzie wysokiego przedstawiciela władz polskich po wprowadzeniu stanu wojennego. Rzecz jasna przedmiotem zainteresowania ministra włoskiego był rozwój sytuacji wewnętrznej w Polsce i perspektywa normalizacji stosunków z Zachodem. Tłumaczyłem to spotkanie i widziałem, że argumentacja generała wywarła na nim pozytywne wrażenie. Również rozmowy w Watykanie miały podobnie wysoką ocenę, a generał był przyjmowany na coraz wyższych szczeblach, kończąc na osobie Zastępcy Sekretarza Stanu, abpie Martinezie Somalo.

Zainteresowanie Polską

Jak już pisałem, z racji, że papieżem został Polak, na Zachodzie ogromnie wzrosło zainteresowanie naszym krajem i jego przedstawicielami przy Watykanie. Nie było tygodnia, aby nie zapraszano mnie na salony różnych ambasad akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej. To dawało okazję do wielowątkowych rozmów i uzyskiwania różnych ważnych informacji. Było też sposobnością do naświetlania tego, co się dzieje w Polsce. A skoro są spotkania i rozmowy, to poszerza się wiedza rozmówców i ich krąg. To chyba zjawisko naturalne i nie wymaga specjalnego omawiania.

Pamiętam dobrze, jak wówczas oceniano zachowanie „Solidarności”, na przykład gdy chodziło o groźbę zarządzenia strajku generalnego w całej Polsce. Moim, i nie tylko, zdaniem to zachowanie było nieproduktywne, bowiem tylko przyśpieszyło wprowadzenie stanu wojennego, a zatem nie spowodowało niczego dobrego dla pomysłodawców tej inicjatywy, a umożliwiło zwolennikom stosowania twardej polityki wobec „Solidarności” przeforsowanie zamysłu wprowadzenia tego stanu, wykorzystując pretekst stworzony przez przeciwnika politycznego. Więcej nie ma sensu gdybać, bo faktów się nie cofnie. Jednak z tej sytuacji trzeba też wyciągać wnioski o konieczności kierowania się zasadą produktywności w działaniach politycznych i każdej innej aktywności człowieka w ogóle.

Transfer Zbigniewa Bońka

Przy okazji dodam, że brałem udział w transferze Zbigniewa Bońka do włoskiej ekstraklasy piłkarskiej. Był on jednak dość skromny i zawdzięczam to pewnemu zbiegowi okoliczności. Tak się bowiem złożyło, że miałem bardzo dobre relacje z pewnym włoskim dyplomatą, a ten z kolei był w bardzo dobrych kontaktach z prezydentem klubu piłkarskiego Roma, Panem Violą, i jego synem. Ponieważ były im znane bardzo dobre opinie o piłkarzu polskim, poprosili mnie o skontaktowanie ich z PZPN celem rozpoczęcia ewentualnych pertraktacji. Proponowali za transfer 3 000 000 dolarów.

Informacja w tej sprawie, kanałem wywiadu, została przekazana do Warszawy i wkrótce rozpoczęły się rozmowy. Ponieważ strona polska zażądała wyższej sumy, a klub Roma nie zaakceptował tej oferty, do sfinalizowania rozmów nie doszło. Niemniej jednak w wyniku dość licznych enuncjacji prasowych Zbigniewem Bońkiem zainteresował się równorzędny klub z Turynu i do transferu, za wyższą sumę, jednak doszło.

Jak wiadomo Zbigniew Boniek w lidze włoskiej grał wiele lat i przyniósł rozgłos i Polsce, i polskiej piłce nożnej. Poznałem go osobiście w trakcie przerwy w meczu na stadionie olimpijskim w Rzymie. Nie pamiętam, kto był inicjatorem tego spotkania, ale pamiętam, że wówczas przedstawiłem go moim znajomym z klubu Roma. Być może nasz znakomity piłkarz nie ma do dziś świadomości, że w sprawie jego transferu do ligi włoskiej brał udział wywiad PRL?

W Rzymie z rodziną

W Rzymie przebywałem z całą rodziną. Żona nawet pracowała jakiś czas w Wydziale Konsularnym Ambasady, a dzieci chodziły do miejscowych szkół włoskich. Szybko nauczyły się języka i dobrze radziły sobie z edukacją. Równolegle uczęszczały do polskiej szkoły, która działała w ambasadzie jako punkt konsultacyjny. Wielu pracowników dyplomatycznych było nauczycielami tej szkółki. Z oczywistych względów nie informowałem mojej rodziny o podwójnej roli. Praca w służbach specjalnych wymaga, aby unikać rozgłosu. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Moja rodzina o tym nie wiedziała i pewnie nigdy by się nie dowiedziała, gdyby nie publikacje lustratorów.

Dnia 15 października 1983 roku zakończyłem misję w Watykanie i Rzymie, mimo że Minister Jerzy Kuberski wnioskował do MSZ o przedłużenie mojego pobytu, o czym dowiedziałem się wiele lat później. Tak rzeczywiście było. Odnalazłem kartkę dokumentu, którego kserokopię otrzymałem od dra Andrzeja Grajewskiego. Oryginał tego dokumentu znajduje się w MSZ. Moim następcą został Janusz Czekaj. Tak jak i ja został II sekretarzem ambasady oraz podtrzymywał i rozwijał relacje polsko-watykańskie.

2. Warszawa (1983–1993)

Z dniem 15 października 1983 roku zakończyłem misję dyplomatyczną przy Stolicy Apostolskiej i powróciłem do kraju. Wracając miałem nadzieję, że moja wiedza, doświadczenie i umiejętności tam zdobyte dadzą się spożytkować w kraju dla dobra normalizacji stosunków państwo-Kościół i Polska-Stolica Apostolska Tak się stało.

Po powrocie z Rzymu do Warszawy podjąłem starania, aby zmienić miejsce pracy, gdyż nie wyobrażałem sobie, aby mając nabyte tam doświadczenie, nadal pracować w Departamencie IV MSW. Gdy po wykorzystaniu zaległego urlopu wypoczynkowego umówiłem się na zasadniczą rozmowę w tej sprawie z ówczesnym dyrektorem tego departamentu, myślałem, że się na to nie zgodzi i że będę musiał używać różnych argumentów, a nawet rozstać się z MSW w sposób mało przyjemny.

Okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione, bo gdy powiedziałem mu, że chcę przejść do Urzędu do Spraw Wyznań lub do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, do komórki prowadzącej sprawy watykańskie, natychmiast wyraził na to zgodę, pod warunkiem że pozostanę na tzw. etacie niejawnym MSW. Nie miałem innego wyjścia, bo gdybym tę propozycję odrzucił, to z całą pewnością zablokowano by przyjęcie mnie do tych instytucji.

Czasami później zastanawiałem się, dlaczego wyrażono natychmiastową zgodę na opuszczenie tego departamentu. Myślę, że nie widziano mnie już w tych strukturach, ponieważ byłem skażony pobytem zagranicznym. Może obawiano się, że podczas pobytu za granicą zainteresowały się mną służby specjalne państw NATO i w gruncie rzeczy mógłbym stanowić jakieś zagrożenie dla tej struktury działającej na odcinku Kościoła? Tak rzeczywiście było. Dr Andrzej Grajewski w rozmowie ze mną wspominał także, że widział dokument opracowany przez kogoś z kierownictwa Departamentu IV MSW, według którego pozostawienie mnie w tym departamencie po powrocie z Rzymu groziłoby dekonspiracją celów i kierunków pracy operacyjnej departamentu. Wyglądało na to, że decyzja o tym, aby się mnie pozbyć z departamentu zapadła już wcześniej, bo dyrektor nie wspomniał o tym, że musi tę kwestię uzgodnić ze swoim przełożonym, i wykazał wyraźne zadowolenie z mojej decyzji o zmianie miejsca pracy.

Od tego momentu rozpocząłem starania, aby zatrudnić się w Urzędzie do Spraw Wyznań, bowiem uznałem, że praca tam da mi lepsze możliwości do oddziaływania na kształtowanie stosunków państwo-Kościół. Przed wyjazdem do Rzymu odbyłem przecież niemal roczną praktykę w MSZ i stąd wiedziałem, że tam nie ma zbyt wiele przestrzeni do działań tego typu jak w instytucji zajmującej się polityką wyznaniową. Dnia 15 lutego 1984 roku zostałem zatrudniony w Urzędzie do Spraw Wyznań na stanowisku głównego specjalisty. Powierzono mi do prowadzenia następujące sprawy: obsługa merytoryczna Komisji Wspólnej Rządu PRL i Kościoła Rzymskokatolickiego, sprawy odwoławcze kurii biskupich oraz kontakty polsko-watykańskie.

Po kilku miesiącach okazało się, że departament jakby zapomniał o mnie i nie utrzymywał ze mną kontaktów służbowych. Natychmiast wykorzystałem to do swoistego usamodzielnienia się. Sytuacja ta trwała aż do końca mojej pracy w tym Urzędzie mimo kilkakrotnej zmiany dyrektorów tego departamentu, poza jedną sytuacją, którą opiszę za moment.

Podobnie jak podczas pracy w naszym przedstawicielstwie dyplomatycznym przy Watykanie tak i tutaj przyjąłem, że moim zadaniem jest takie wypełnianie obowiązków jako urzędnika państwowego, aby sprzyjało rzetelnemu układaniu stosunków władz z Kościołem, a w efekcie końcowym dawało też pewien pozytywny wkład w proces demokratyzacji naszego społeczeństwa. Starałem się też, aby moja postawa oddziaływała pozytywnie na realizację zadań również i przez innych urzędników w myśl włoskiego powiedzenia, że racjonalne jest tylko takie działanie, które nie jest antyproduktywne. W tym też duchu oddziaływałem na stanowisko strony rządowej Komisji Wspólnej poprzez przygotowywanie sugestii, tez czy stosownych opracowań w zakresie merytorycznych zadań tej komisji.

Po 5–6 miesiącach pracy na tym stanowisku departament podjął próbę storpedowania mojej samodzielności, ale ostatecznie się ona nie powiodła. Otóż w pewnym momencie zostałem telefonicznie wezwany do MSW, gdzie w gabinecie dyrektora, gen. Zenona Płatka, i w jego obecności płk Adam Pietruszka zarzucił mi ostro i dość brutalnie, że moja informacja sporządzona dla kierownictwa państwa, a firmowana przez Urząd do Spraw Wyznań pozostaje w rażącej sprzeczności z informacją Departamentu IV MSW na ten sam temat. Zarzucił przede wszystkim, że moja informacja jest zbyt korzystna dla Kościoła, a przez to nieprawdziwa. Według niego rozbieżności powstałe na tym tle postawiły Departament w niekorzystnej sytuacji, ponieważ kierownictwo państwa uznało za wiarygodną informację Urzędu do Spraw Wyznań. Zagroził mi, że jeśli taka sytuacja powtórzy się jeszcze raz, to zostanę dyscyplinarnie zwolniony. Zarządził, że od tej pory wszystkie informacje, jakie będę sporządzał w Urzędzie do Spraw Wyznań dla kierownictwa państwa, mam uzgadniać z departamentem.

Ponieważ wkrótce potem, w związku ze sprawą ks. Jerzego Popiełuszki, płk Adam Pietruszka został aresztowany i odwołany ze stanowiska, jego decyzja pozostała martwa. Nadal uważałem, że mam pełne podstawy do sporządzania niezależnych informacji w oparciu o wiedzę zgromadzoną w Urzędzie do Spraw Wyznań i własne możliwości interpretacyjne. Jak wiadomo, jakiś czas potem gen. Zenon Płatek również został odwołany ze swojego stanowiska, co dało mi jeszcze większą samodzielność, zwłaszcza że jego następca wkrótce po nominacji zmarł, być może nie wiedząc nawet o moim istnieniu.

O porwaniu ks. Jerzego Popiełuszki, pewnie tak jak moi wszyscy współpracownicy, dowiedziałem się z telewizji, a potem z komunikatów innych mass mediów. Dla nas ta sprawa była bardzo niejasna i bezsensowna. Od razu wyczuwaliśmy, że to porwanie będzie mieć negatywny wpływ na sytuację społeczno-polityczną w kraju w sensie antyproduktywnym z punktu widzenia interesu państwa i jego relacji z Kościołem. Na szczęście szybko wykryto i osądzono sprawców.

Ostatni dyrektor departamentu, gen. Tadeusz Szczygieł, nie ingerował w moją pracę i utrzymywał ze mną bardzo rzadkie kontakty o charakterze konsultacyjnym, liczył się z moją opinią, zwłaszcza gdy zostałem mianowany dyrektorem zespołu.

Cofając się w czasie, chcę wspomnieć o pewnym zdarzeniu mającym związek z porwaniem ks. J. Popiełuszki. Otóż niedługo po ukazaniu się wiadomości o jego porwaniu złożył mi wizytę ks. prałat Bronisław Piasecki, niegdyś jeden z dwóch sekretarzy i kapelanów kard. Stefana Wyszyńskiego, a wtedy proboszcz jednej z warszawskich parafii. Siłą rzeczy rozmowa zeszła i na to wydarzenie. Spekulując, kto za nim stoi, wysunął kilka hipotez. Wśród nich na czołowym miejscu znajdowała się ta, że porwanie ks. J. Popiełuszki może być wymierzone przeciwko „Solidarności” i siłą rzeczy kierownictwu państwa. Było ono według niego prowokacją zorganizowaną „przez ludzi z aparatu władzy”, a jej celem mogło być zaostrzenie sytuacji politycznej w kraju, doprowadzenie do zamieszek, a w wyniku przejęcie władzy przez tzw. beton partyjny.

Po tym, jak ks. B. Piasecki się ze mną pożegnał, zdając sobie sprawę z wagi jego słów, natychmiast napisałem notatkę, w której krótko przedstawiłem przebieg rozmowy i zatelefonowałem „rządówką” do gen. Zenona Płatka, informując o tym i prosząc o pilne przysłanie kierowcy po odbiór tej notatki. Po przeczytaniu notatki gen. Zenon Płatek natychmiast oddzwonił i zapytał o to, w jakich okolicznościach doszło do tej rozmowy. W tle naszej rozmowy słyszałem wyraźnie głos mocno zdenerwowanego płka Adama Pietruszki, który domagał się, aby „ksiądz Piasecki własnoręcznie napisał doniesienie, bo tylko wówczas może ono być brane pod uwagę”, co dla mnie wydało się absurdem i wzbudziło moje podejrzenie, że płk Adam Pietruszka może mieć jakiś związek z tym porwaniem. Generał Zenon Płatek jakby nie słyszał tego, co wykrzykiwał płk Adam Pietruszka, i po odebraniu ode mnie wyjaśnień zakończył rozmowę i już nigdy do niej nie wrócił. Pamiętam, że krótko po tej rozmowie nastąpiły aresztowania pracowników Departamentu IV MSW. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z moją notatką.

Pełniąc stanowisko dyrektora Zespołu ds. Kościoła Rzymskokatolickiego, samodzielnie podejmowałem wszelkie decyzje administracyjne i finansowe dotyczące struktur tego Kościoła, co pozbawiło Departament IV MSW możliwości wykorzystywania ewentualnych informacji do celów operacyjnych. Czyniłem to świadomie, aby uniknąć wmieszania w jakieś nieodpowiedzialne zagrywki pracowników operacyjnych.

Było to też korzystne i dla Kościoła, i dla państwa, jeśli się zważy skutki prowokacji z ks. J. Popiełuszką. Tego typu spraw było bardzo wiele, poczynając od odwołań od decyzji budowlanych poprzez decyzje w sprawach wydawnictw kościelnych, zwolnień od opłat celnych, erygowania nowych jednostek kościelnych (w odniesieniu do zakonów, jak i struktur diecezjalnych), a kończąc na opiniowaniu kwestii spornych związanych z problemami na linii Kościół-cenzura, a nawet w sprawach paszportowych.

W ten sposób stopniowo, nie tylko się usamodzielniałem, ale też tworzyłem warunki do samodzielnego funkcjonowania Urzędu do Spraw Wyznań, nie mówiąc o poszerzaniu strefy uniezależniania się Kościoła od pewnego zakresu oddziaływań Departamentu IV MSW.

Jako nowość w praktykach Urzędu do Spraw Wyznań wprowadziłem inną formułę w kwestii zwracania uwagi episkopatowi na negatywnie polityczną działalność niektórych duchownych. Tą nową formułą było tzw. pro memoria w miejsce uprzednio stosowanych, mocno oficjalnych protestów władz państwowych. Formułę pro memoria przeniosłem na nasz grunt z dyplomacji watykańskiej. Jak wynika z samej nazwy, zwalniała ona stronę kościelną z obowiązku odpowiedzi, a z kolei strona rządowa w ramach tej samej formuły, we wstępie i zakończeniu takiego dokumentu, była niejako zobligowana do używania sformułowań bardziej oględnych, a przez to mniej stanowczych. W sumie przyczyniało się to do łagodzenia napięć między stronami. W związku ze stosowaniem tej formuły wydźwięk informacji, jakie były zamieszczane w pro memoria, a jak wiadomo były one nadsyłane przez Departament IV MSW, stawał się mniej uciążliwy dla episkopatu. Wykazując dobrą wolę w zakresie pozytywnego załatwiania stronie kościelnej różnorodnych spraw, jakie trafiały do Zespołu, którym kierowałem — a były to na ogół sprawy odwoławcze od decyzji terenowych wydziałów do spraw wyznań — jednocześnie zwracałem uwagę tym wydziałom, aby w województwach załatwiać tak sprawy diecezji i zakonów, by tych odwołań było jak najmniej, co rzeczywiście z biegiem czasu stało się faktem.

Sprawy związane ze stosunkami polsko-watykańskimi, jakie trafiały do Urzędu do Spraw Wyznań, zwykle miały charakter interwencyjny i dotyczyły różnorodnych problemów, a były sformułowane pod postacią pro memoria. O ile dobrze pamiętam, to każda z tych spraw została załatwiona pozytywnie.

Dość częste przyjazdy do Polski abpa L. Poggiego wraz ze współpracownikami i związane z tym wizyty w Urzędzie do Spraw Wyznań dawały mi możliwość podtrzymywania z nim dobrych relacji z okresu mojej działalności w Rzymie i tworzyły dobry klimat i atmosferę do dalszego pomyślnego rozwoju stosunków polsko-watykańskich.

Jak wspominałem wcześniej, moja pozycja w Urzędzie dość szybko rosła, czego wyrazem było to, że w niedługim czasie mianowano mnie doradcą ministra, a po przejściu na inne stanowisko dyrektora Aleksandra Wołowicza zostałem mianowany dyrektorem Zespołu ds. Kościoła Rzymskokatolickiego. Dawało mi to nieporównywalnie wyższą pozycję, tak do oceny sytuacji na odcinku państwo-Kościół, jak i wypracowania, a następnie realizacji tych założeń, które stopniowo doprowadziły do widocznego polepszenia tych relacji.

Uznałem, że normalizacja stosunków na linii państwo-Kościół w nowych warunkach wymaga zasadniczej zmiany dotychczasowej polityki państwa w następujących głównych kwestiach: budownictwo sakralne i kościelne, organizowanie i obsadzanie stanowisk kościelnych, uznanie prawa Kościoła do swobodnego prowadzenia działalności wydawniczej oraz tworzenia własnych mediów.

Natomiast w odniesieniu do innej kwestii, jaką było polityczne zaangażowanie części duchowieństwa w działalność opozycji, to reprezentowałem pogląd, że z punktu widzenia Urzędu do Spraw Wyznań nie może ona być traktowana pierwszoplanowo, ponieważ jej rozwiązanie leżało w zasadniczej zmianie podejścia władz politycznych do życia społeczno-politycznego, a nie w działaniach perswazyjnych Urzędu.

Wizyta w Moskwie

Aby doprowadzić do zmiany podejścia władz do spraw Kościoła, trzeba było najpierw stworzyć jakąś quasi-teoretyczną podstawę zarówno w skali ogólnej, jak i w sprawach konkretnych, które zostały wymienione wyżej. Biorąc pod uwagę, że z bliska przyglądałem się strategicznej linii Stolicy Apostolskiej we współczesnym świecie, czułem się zobligowany do sporządzenia słynnego wtedy opracowania na ten temat, którego głównym przesłaniem było to, że z racji różnych procesów społecznych, jakie zachodzą we współczesnym świecie i w samym Kościele, następuje stopniowa „przeprowadzka” Kościoła do krajów tzw. trzeciego świata, co pociąga za sobą konieczność modyfikacji jego linii społeczno-politycznej, bowiem tam sytuacja społeczno-polityczna będzie rozwijać się raczej w kierunku lewicowym. To z kolei będzie wymagać od Kościoła adaptacji, co do której pewnych przesłanek nabywać może w oparciu o doświadczenia z tzw. krajów socjalistycznych, głównie z Polski. Zapewne opracowanie to zachowało się w archiwach państwowych, m.in. z uwagi na to, że było przedmiotem dyskusji nie tylko w Urzędzie do Spraw Wyznań, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale i w KC PZPR, stąd ograniczam się tylko do krótkiej i uproszczonej wzmianki o jego głównej tezie. Dodam też, że na zaproszenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR (sic!), w towarzystwie Adama Szymczyka (MSZ, Departament IV) i Andrzeja Habrajskiego (Wydział Administracyjny KC PZPR), zostałem oddelegowany przez moich przełożonych do Moskwy, aby przedstawić treść tego opracowania i wynikające z niego wnioski. Spotkałem się tam z dobrym przyjęciem i być może miało to jakiś wpływ na ewolucję tamtejszych poglądów na temat Watykanu i Kościoła w Polsce.

Na marginesie i z satysfakcją dodam, że moje przewidywania odnośnie do tzw. przeprowadzki Kościoła potwierdza najnowsze wydanie Annuario Pontificio. Wiele lat później otrzymałem informację od osoby, która była moim podwładnym w Urzędzie do Spraw Wyznań, że ma kopię tego dokumentu w prowadzonych przez siebie aktach.

Oto fragment jego e-maila z Chin:

Ze wszystkim zapoznałem się i bardzo dobrze że coś rozsądnego zaczynają pisać. Chwała Panu Pawłowi Kowalowi za taką mozolną pracę. Myślę, że jeszcze zostało dużo do ujawnienia prawdy historycznej dla potomnych. Ja w dalszym ciągu jestem w Chinach i być może jeszcze będę do następnego roku. Niestety poczta gmail nie działa w Chinach najlepiej i nie często tu zaglądam. Chińczycy mają stare porachunki z Google i od czasu do czasu skutecznie ich blokują. Stąd moja zwłoka w odpowiedzi. Myślałem że będzie Pan na skype, ale nie miałem szczęścia Pana spotkać. Może w jakiś weekend przełączy się Pan na skype. Oczywiście potwierdzam fakt istnienia Pana opracowania na temat strategii i taktyki Stolicy Apostolskiej we współczesnym świecie. W jakiej formie pragnie Pan otrzymać to potwierdzenie? Czytałem to jak każde inne Pana opracowania (było tego przecież sporo), które pilnie były przesyłane do tych najważniejszych w owym czasie w państwie. Jestem przekonany, że na pewno znajduje się to w Archiwum Akt Nowych, bowiem tam przeniesiono akta Urzędu ds. Wyznań. (ale może być też w innym miejscu). Tymczasem pozdrawiam serdecznie i do ewentualnego usłyszenia. K.

(E-mail od Krzysztofa Poźniaka, wówczas konsula RP w Ambasadzie RP w Chinach, z 4 czerwca 2013 roku, 17:55).


Dzisiaj praktycznie nie utrzymuję żadnych stałych kontaktów z byłymi pracownikami MSW, MSZ ani Urzędu do Spraw Wyznań, rzecz jasna poza sporadycznymi i to najczęściej o charakterze korespondencyjnym. Po prostu moi koledzy na ogół już nie żyją albo są w takim wieku, że zdrowie im na to nie pozwala. Niektórzy sami mnie odnaleźli, jak na przykład Krzysztof Poźniak, od kilkudziesięciu lat pracownik dyplomacji RP. Oto jego miły list odnawiający naszą znajomość:


Szanowny Panie Edwardzie,

Oczywiście, że to ja, ten sam, który w tym pewnym Pałacu na Krakowskim Przedmieściu przez kilka lat zastanawiał się, razem z Panem co tu można dobrego zrobić dla dobra wspólnego… Minęło od tego czasu ponad 22 lata (…). Dotarłem też do strony Iskry.pl i zatopiłem się w Pana artykułach dot. polityki i stosunków z Watykanem. Gratuluję jak zawsze u Pana dobrego stylu i głębokiej treści. Nawet nie wiedziałem, że taki niezależny serwis informacyjny działa. To jest bardzo dobra platforma do wymiany wolnej myśli. Podziwiam Pana za to, że ma Pan takie ogromne zasoby energii, aby starać się przekonywać to nasze „otumanione” społeczeństwo. Ale z drugiej strony, biorąc po uwagę niemałą liczbę wejść na stronę (kilka, kilkanaście tysięcy) tematyka ta cieszy się niezłą popularnością i rozumiem, że i Pan również. Może to także oznaczać pozytywne przemiany, jakie zachodzą, na skutek lektury Pańskich artykułów, w najbardziej zatwardziałych umysłach. Jeszcze raz gratuluję i życzę powodzenia, zarówno w działalności publicystycznej jak i na niwie sądowej, bowiem i tego wątku dopatrzyłem się na tej stronie. Jak zrozumiałem Pana przeciwnikiem procesowym jest ks. T. I-Z (…). I to niestety mnie smuci, że zmuszony jest Pan z (…) potykać się (…).


Rzecz jasna podziękowałem mojemu dawnemu współpracownikowi, pisząc:

(…) Dzięki za list z dalekiego Pekinu. Tak dalekiego, że aż trudno to wyobrazić. Miło otrzymać taki list od kogoś z dawnych czasów, gdy to i owo twórczego robiło się, aby unormować to, co było nienormalne. To zresztą udało się i ja, wszędzie gdzie to możliwe podkreślam, że to się stało w końcówce PRL i w ten sposób drażnię tych, którzy chcieliby o tym zapomnieć. Co do tego Bonda, to jak Pan wie jest to „bohater” bajkowy dla naiwnych, w tym wydaniu w jakim ogląda się w telewizji i w kinie. Prawdziwa rzeczywistość tego zawodu wygląda o wiele inaczej, bo jest to praca intelektualna, w dodatku musi być inteligentna. Wtedy coś się osiąga. Bond pracował przy pomocy pistoletu i innych zabawek. Oficerowie liniowi tego nigdy nie mają i „pracują” głową (…).

Podobne opracowania, jak to o taktyce i strategii Stolicy Apostolskiej we współczesnym świecie, zostały przeze mnie spisane, a następnie upowszechnione w kierownictwie państwa w odniesieniu do kwestii budownictwa sakralnego i kościelnego, polityki koncesyjnej władz względem działalności Kościoła na odcinku wydawnictw i środków społecznego przekazu, a także w sprawie konieczności zmiany podejścia do problemu organizowania i obsadzania stanowisk kościelnych.

Myślą przewodnią tych opracowań było wykazanie, że dotychczas stosowane rozwiązania i podejście do tych kwestii są przestarzałe, nie odpowiadają aktualnym wymogom społeczno-politycznym i zamiast korzyści przynoszą efekt antyproduktywny, bo w ostatecznym rezultacie prowadzą do tego, że konflikty na linii władze państwowe-władze kościelne przeradzają się w otwarte konflikty polityczne między społeczeństwem a państwem, co prowadzi do pogłębiania się samoizolacji władz, stwarzając przy tym wiele niepotrzebnych, dodatkowych trudności oraz napięć również w innych obszarach życia społecznego. To, że moi poprzednicy nie podjęli takich działań — a dla mnie było sprawą oczywistą, że trzeba było to zrobić — być może wynikało z ich przyzwyczajenia i braku potrzeby zmian w dotychczasowej rutynie postępowania na linii władze państwowe-władze kościelne, a być może także z braku odwagi.

Muszę dodać, że moje propozycje, na ogół bardzo dobrze uargumentowane i poparte różnymi danymi statystycznymi, stopniowo znajdowały aprobatę zarówno kierownictwa Urzędu do Spraw Wyznań, w osobach ministra Adama Łopatki i ministra Władysława Loranca, jak i władz nadrzędnych. Z kolei to dawało podstawę do przenoszenia tychże nowych treści na działania władz wojewódzkich poprzez inspirowanie wydziałów do spraw wyznań do zmiany myślenia, a tym samym działania. Temu celowi służyły również narady krajowe dyrektorów tych wydziałów. Ale czasem było i tak, że notowało się pewien opór ze strony niektórych z nich. I tak na przykład dyrektor z Leszna wystosował do Wydziału Administracyjnego KC PZPR skargę na moje postępowanie, zarzucając mi „brak pryncypialnego podejścia” oraz „politykę ustępstw wobec Kościoła”. Szczególnie krytykował „zbyt liberalną politykę” w zakresie wydawania zezwoleń na budownictwo sakralne i kościelne. Skarga ta trafiła potem do mnie jedynie „do wiadomości”, bowiem zarówno kierownik tego wydziału — Marek Wieczorkiewicz — jak i jego zastępca — Jerzy Klica — znali i podzielali moje poglądy w kwestii polityki wyznaniowej, ponieważ byliśmy ze sobą w dobrych i stałych kontaktach roboczych. Skarga ta wzbudziła u nich jedynie politowanie dla jej autora nienadążającego za zmianami.

Chcę jasno podkreślić, że w moim stosunku do Kościoła nie należy się dopatrywać jakiegokolwiek podejścia emocjonalnego, ani w sensie pozytywnym, ani negatywnym, gdyż było to podejście jedynie r a c j o n a l n e i tylko z niego wynikały moje przemyślenia, gdy chodzi o politykę wyznaniową państwa i stosowanie jej w praktyce.

Efekty zmian w polityce wyznaniowej państwa

Szczególnie widocznym efektem zmiany polityki wyznaniowej było to, że w drugiej połowie lat 80. XX wieku nastąpił niezwykły rozwój budownictwa sakralnego. Wręcz mówiło się, że w Polsce powstawało najwięcej tego typu budowli na skalę światową. Po dziesięcioleciach zakazów i szykan budowano setki nowych kościołów i obiektów im towarzyszących. Powstało wówczas wiele nowych parafii, zwłaszcza w wielkich miastach. Wydawano liczne zgody na erygowanie nowych zakonów poprzednio w Polsce nieistniejących. Wielce wymownym przykładem na to jest chociażby zakon Matki Teresy z Kalkuty, zakon oo. barnabitów czy zakon oo. kombonianów. Wymieniam tylko te, które zostały mi w pamięci, chociaż faktycznie było ich o wiele więcej. W porównaniu z latami poprzednimi była to wręcz rewolucyjna zmiana na lepsze.

Matka Teresa z Kalkuty odwiedziła mnie dwukrotnie, aby osobiście podziękować mi za wspieranie, w różnej formie, rozwoju jej placówek zakonnych w Polsce. Te nowe zakony z moją pomocą osiągnęły wysoki stopień infrastruktury materialnej, o czym tylko przykładowo świadczy np. baza materialna zakonu barnabitów, która powstała pod kierownictwem ks. dra Kazimierza Lorka w Warszawie.

Przed objęciem przeze mnie stanowiska dyrektora Zespołu obowiązywały ograniczenia przy nominacjach na niektóre stanowiska kościelne, co w gruncie rzeczy było kłopotliwe dla obu stron, zwłaszcza odnośnie do obsady stanowisk biskupów ordynariuszy. W praktyce przyjęto, że Prymas Polski przedstawia władzom trzech potencjalnych kandydatów, tzw. terno, na objęcie tego urzędu, a władze wskazują spośród nich tego kandydata, co do którego nie mają zastrzeżeń. Przy tej okazji dochodziło do wielu zgrzytów i konfliktów. Chociaż ta praktyka nie była już tak rygorystycznie przestrzegana po precedensie, do którego doszło przy wyborze następcy kard. Karola Wojtyły na metropolitę krakowskiego, to przecież nie została uregulowana formalnie do czasu, aż nie ujęto tego w Ustawie z dnia 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jako współprzewodniczący Zespołu Redakcyjnego Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu ds. Duszpasterstwa Ogólnego stanowczo działałem na rzecz przyjęcia rozwiązania nowego, bezkonfliktowego, które obowiązuje obecnie.

Układ Okrągłego Stołu

Osiągnięty pod koniec lat 80. XX wieku postęp w stosunkach państwo-Kościół spowodował, że Kościół mógł już wystąpić skutecznie w roli mediatora rozmów, do których przystąpiły „Solidarność” i władze państwowe. Co prawda w tej roli nie był całkiem bezstronny, gdyż wyraźnie sympatyzował ze stroną społeczną, jednak miał swój wielki udział w moderowaniu co bardziej radykalnych pomysłów działaczy opozycyjnych.

Tylko w takich realiach możliwy był układ Okrągłego Stołu ze wszystkimi konsekwencjami dla Polski, na ogół dobrymi, chociaż ostatnio zauważa się jednie te „złe”. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że bez udziału Kościoła nie byłoby Okrągłego Stołu. Gwoli prawdy historycznej muszę dodać, że podkreślając wielkie znaczenie porozumień „okrągłostołowych”, a także rolę Kościoła w ich osiągnięciu, moi najczęstsi rozmówcy z kierownictwa episkopatu, tj. abp Bronisław Dąbrowski i bp Jerzy Dąbrowski, dodawali jednak, że działacze tzw. lewicy laickiej, jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski i Adam Michnik oraz inni, mieli nadmierny wpływ na to, co się dzieje w „Solidarności”. Dlatego z biegiem czasu musiało dojść do trwałego oddzielenia tego nurtu od nurtu narodowo-katolickiego, czyli głównego rdzenia tego ruchu, reprezentowanego przez Lecha Wałęsę.

Działania normalizacyjne w stosunkach państwo-Kościół i ich znaczenie

Opracowania przeze mnie sporządzone były upowszechniane w kierownictwie państwa, jak zaznaczałem, m.in. odnośnie do kwestii budownictwa sakralnego i kościelnego, polityki koncesyjnej władz względem działalności kościelnej na odcinku wydawnictw i środków społecznego przekazu, a także w sprawie konieczności zmiany podejścia do problemu organizowania i obsadzania stanowisk kościelnych. Myślą przewodnią tych opracowań, co jeszcze raz podkreślę, było wykazanie, że dotychczas stosowane rozwiązania i podejścia do tych kwestii są przestarzałe, nie odpowiadają aktualnym wymogom społeczno-politycznym i zamiast korzyści przynoszą efekt antyproduktywny, bo w ostatecznym rezultacie prowadzą do tego, że konflikty na linii władze państwowe-władze kościelne przeradzają się w otwarte konflikty polityczne między państwem a społeczeństwem, co prowadzi do pogłębienia samoizolacji władz, stwarzając przy tym wiele niepotrzebnych i dodatkowych trudności oraz napięć również w innych obszarach życia społecznego. Stopniowo, jak pokazało życie, argumenty te trafiły do przekonania i stały się podstawą do zmiany praktyki i polityki wyznaniowej państwa.

W swoim czasie, jak wiadomo, znany lustrator ks. T. Isakowicz-Zaleski w swoim stylu próbował podważać moją rolę w wykreowaniu nowej praktyki i polityki wyznaniowej państwa. Być może w tamtych czasach był tak zajęty konspiracją, że umknęło to jego uwadze. Ale jako historyk mógł przecież sięgnąć do dokumentów znajdujących się w Archiwum Akt Nowych i przyswoić tę wiedzę. Jest to o tyle dziwne, że dr Paweł Kowal, w swoim czasie wiceprezes PiS, obiektywnie zauważył w swoim artykule w „Gościu Niedzielnym” (chyba w 2009 roku lub nieco później), że byłem autorem zmiany strategii i taktyki polityki wyznaniowej państwa, co doprowadziło do znanych regulacji prawnych względem Kościoła w Polsce i wznowienia stosunków dyplomatycznych z Watykanem. Co więcej, według niego byłem jedynym urzędnikiem średniego szczebla, którego propozycje w tej kwestii gen. Wojciech Jaruzelski zalecał czytać członkom Biura Politycznego PZPR. Twierdzi też, że byłem autorem fragmentu dokumentu na temat zmiany polityki wyznaniowej państwa, co zostało zaaprobowane przez X Zjazd PZPR. Jak się czegoś nie wie, to nie wypada księdzu dworować, a wziąć się do pracy i to i owo przeczytać. (Aluzja do jego wypowiedzi w rozmowie z red. Lichocką w Telewizji RAZEM).

Również podstawowe tezy artykułu naukowego znanego historyka i polityka — dra Pawła Kowala — PRL — Watykan: o wznowieniu stosunków dyplomatycznych 1986–1989 opublikowanego w Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym (nr 2 (48) marzec–kwiecień 2009, s. 81–124), a wydawanego pod patronatem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, świadczą o tym, że brałem aktywny udział w kreowaniu nowej polityki i praktyki wyznaniowej państwa w latach 1986–1989 zakończonym normalizacją stosunków państwo-Kościół Rzymskokatolicki i przywróceniem stosunków dyplomatycznych Polska- Stolica Apostolska.

Treść fragmentu na stronie 91 dowodzi, że autor zdaje sobie sprawę z tego, że dopiero zaakceptowanie przez X Zjazd PZPR nowych zasad polityki wyznaniowej państwa wypracowanych głównie przy moim udziale mogło realnie zapoczątkować ten proces i go pozytywnie zakończyć. Uszczegółowienie tej tezy znajduje wyraz w innej publikacji tegoż autora, gdzie stwierdza, że gen. Wojciech Jaruzelski, za moją sugestią, odrzucił konfrontacyjny kurs wobec Kościoła, co znalazło swój wyraz w kluczowym dokumencie, jakim były tezy na X Zjazd PZPR. („Niemniej jednak generał — ku zdziwieniu niektórych działaczy — zdecydował o wzmocnieniu swoistego ducha realizmu w relacjach z Kościołem (między innymi pod wpływem porad Kotowskiego i zapewne po konsultacjach z Kiszczakiem”)).

Przygotowane przy moim udziale tezy wyznaczyły nowy kierunek tej polityki i praktyki, którego zwieńczeniem była pełna normalizacja stosunków między państwem a Kościołem i między PRL-em a Watykanem, a skutki społeczno-polityczne obowiązują do dnia dzisiejszego, jako że ich regulacja odbyła się w pełnym porozumieniu ze stroną kościelną. (Chodzi o znaną i bardzo wartościową publikację Pawła Kowala, Koniec systemu władzy. Polityka gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986–1989, Warszawa 2012).

Skoro stwierdził to ten wybitny badacz, badając wiele opracowanych przeze mnie dokumentów, to uznaję, że musiał mieć ku temu powody. Osobiście uważam, że wynika to też z tego, że odgrywając istotną rolę w kreowaniu nowej praktyki i polityki wyznaniowej państwa, działałem w półcieniu, a nawet w cieniu. Nie eksponowałem mojej osoby ponad niezbędne minimum. Odgrywałem też pewną nieformalną rolę w koordynacji polityki wyznaniowej państw ówczesnego bloku socjalistycznego, na co Paweł Kowal znalazł dowody. Sprawa ta dotyczyła też ogólnych relacji z Watykanem. We Wspomnieniach (1971–1990) (IPN) znajdują się informacje o mojej misji do Moskwy (czasy Michaiła Gorbaczowa), z polecenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego, której celem było zasugerowanie władzom tego kraju zmiany dotychczasowego podejścia do Kościoła i Stolicy Apostolskiej. Mój przyjazd do Moskwy pilotowała ambasada PRL w Moskwie, a towarzyszyli mi, jak kilkakrotnie już pisałem, Adam Szymczyk (z MSZ) i Andrzej Habrajski (z Wydziału Społeczno-Prawnego KC PZPR). Te osoby jeszcze żyją i potwierdziły ten fakt przed Sądem Okręgowym w Warszawie (sprawa o sygn. akt XIII U 7428/10).

Nie jestem megalomanem, ale i pewnie pod wpływem moich rozmów moskiewskich pewne treści znalazły jakieś odzwierciedlenie w pierestrojce Gorbaczowa. Można sądzić, że to wystarczyło, aby przypisać mi atrybut „najbardziej tajemniczej postaci epoki”. Czy czułem się „najbardziej tajemniczą postacią epoki”? Nie, ale teraz mi ten osąd nie przeszkadza. Ważne, że coś mogłem zrobić pro publico bono, w skali polskiej i nieco szerzej. I to zostało. Wystarczy spojrzeć, jak się zmieniły relacje z Watykanem pod koniec lat 80. ubiegłego wieku.

Skoro papież Jan Paweł II dał bezpośredni i pisemny sygnał episkopatowi polskiemu, aby finalizować porozumienie, to chyba należy przyjąć, że uznał tę kwestię za niezmiernie ważną?

Bo tak w istocie było. Zwieńczeniem tego procesu była ustawa o stosunku państwa do Kościoła z 17 maja 1989 roku, która niewątpliwie spełniała standardy demokratycznego państwa. Dowodem pośrednim na to jest chociażby to, że od jej uchwalenia minęło już ponad 29 lat i jak dotąd nikt nie zgłasza potrzeby jej nowelizacji. W tym samym czasie postępowały też intensywne prace na rzecz wznowienia pełnych stosunków dyplomatycznych między Polską a Watykanem. Wspólnie z episkopatem wypracowano założenia prawne w tym zakresie. W rezultacie końcem listopada 1989 roku powitano w Warszawie nuncjusza apostolskiego, abpa Józefa Kowalczyka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 72.06
drukowana A5
Kolorowa
za 111.25