E-book
16.38
drukowana A5
67.99
drukowana A5
Kolorowa
103.62
Szpieg. Najstarszy zawód świata

Bezpłatny fragment - Szpieg. Najstarszy zawód świata

Objętość:
487 str.
ISBN:
978-83-8155-889-1
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 67.99
drukowana A5
Kolorowa
za 103.62

Wstęp

Żyjemy w czasach, gdzie dostęp do informacji jest łatwy i osiągalny dla każdego jak nigdy wcześniej w historii ludzkości. Wiadomość o wydarzeniu w najdalszym zakątku ziemi w ciągu kilku sekund dociera do odbiorców na całym świecie. Jednak nadmiar informacji niesie ze sobą zagrożenie — dezinformację. Społeczeństwo staje się coraz bardziej nieświadomym konsumentem zafałszowanej rzeczywistości. Brak refleksji nad przekazem mediów powoduje, że zamiast starać się szukać wielu odpowiedzi, wybieramy te najłatwiejsze do zrozumienia. Niski współczynnik świadomości społecznej jest zagrożeniem, że do władzy mogą dojść oszuści i socjopaci, którym udało się kupić nieświadomych obywateli.

Kilka lat temu prowadziłem prelekcje o Kresach Wschodnich dla pewnej organizacji. Wspomniałem moim słuchaczom o zamachu na cara Aleksandra II z 1881 roku. Niewielu z nich wiedziało, że dokonał go młody polski szlachcic Ignacy Hryniewiecki. Zarówno on, jak i car zginęli. Wtedy wśród słuchaczy zawiązała się dyskusja. Część z nich stwierdziła, że tylko Polacy są zdolni do tak heroicznych czynów i potrafią walczyć o wolność, gdy inni nie mają odwagi. Według niektórych Rosjanie po prostu się nas boją, bo nie dość, że kiedyś jako jedyni zdobyliśmy Moskwę, to jeszcze zabiliśmy im cara. Na sali zaczęły pojawiać się coraz bardziej radykalne poglądy. Żaden ze słuchaczy nie próbował poznać szczegółów tej historii. Nikt nie wiedział, że car Aleksander II rozpoczął reformy, które miały stopniowo wprowadzać w Rosji zmiany ustrojowe, odchodząc od absolutyzmu. Po jego śmierci syn Aleksander III cofnął reformy ojca, umacniając władzę absolutną. Fakt ten był przyczyną powstawania coraz większych dysproporcji społecznych, a w konsekwencji w przyszłości utorował komunistom drogę do objęcia władzy. Hryniewiecki stał się pożytecznym idiotą, który karmiony skrajnymi rewolucyjnymi poglądami nieświadomie zmienił bieg historii. Dyskusja w grupie zakończyła się na jałowym sporze o nieistotne fakty.

Kiedy 10 kwietnia 2010 roku byłem w Smoleńsku podczas katastrofy prezydenckiego tupolewa, nie przypuszczałem, że wydarzenie to zostanie w przyszłości wykorzystane do gry politycznej bez zachowania zdrowego rozsądku. Nie spodziewałem się, że duża część Polaków będzie wierzyć w najbardziej abstrakcyjne historie podsuwane im przez polityków. Tak samo jak słuchający historii Hryniewieckiego radykalizują swoje poglądy, nie zadając obiektywnych pytań, by poznać cały kontekst wydarzenia. Niestety niski współczynnik świadomości społecznej polskiego społeczeństwa jest faktem. Niesie ze sobą wielkie zagrożenie. Daje wielki oręż obcym wywiadom do manipulacji i kreowania rzeczywistości pod swoje dyktando.

Pomysł powstania tej książki zrodził się kilka lat temu, kiedy zacząłem zajmować się kwestiami ogólnie rozumianego bezpieczeństwa państwa. Poznałem osoby związane z tą branżą — byłych oficerów wywiadu, nauczycieli akademickich i pisarzy. Przede wszystkim miałem zaszczyt poznać dr Edwarda Kotowskiego — rezydenta wywiadu PRL w Watykanie. Jednego z najsłynniejszych szpiegów na świecie. Stał się on nie tylko moim przewodnikiem po świecie wywiadu, ale także mentorem i nauczycielem.

Poprosiłem go, by to jego historia stała się tematem przewodnim książki i została opowiedziana przez niego osobiście jako świadka wydarzeń. Chciałbym, aby czytelnik po lekturze tej książki poznał i zrozumiał, jak wygląda świat z perspektywy szpiega. Świat, w którym nic nie jest takie, na jakie wygląda. Przedstawione zostaną nie tylko fakty z czasów przed rokiem 1989, ale także to, co stało się w 2009 roku, kiedy to gra aktami IPN-u doprowadziła do dekonspiracji Kotowskiego i niesłusznych oskarżeń. Wydarzenie to według moich dziennikarskich badań mogło być szeroko zakrojoną operacją obcych służb, na co wskazują pewne poszlaki przedstawione w książce. Wierzę, że niniejsza publikacja stanie się przyczynkiem do dyskusji o roli służb w zapewnianiu bezpieczeństwa państwa. Uświadomi rolę polityków, których nieudolność jest w stanie zaprzepaścić osiągnięcia nawet najlepszego wywiadu na świecie.

Rafał Barnaś

Rozdział I 
Kiedy i jak narodziło się szpiegowanie?

Rafał Barnaś
Opracowane na podstawie wybranych zdarzeń z historii szpiegostwa

Wydaje się, że szpiegowanie narodziło się na etapie homo sapiens, kiedy to człowiek uświadomił sobie, że uważna obserwacja zjawisk, jakie zachodzą w przyrodzie, daje możliwości ich wykorzystania do przetrwania w świecie, gdzie najmniejszy błąd decydował o tym, czy dane zdarzenie przeżyje, czy też nie.

Znajdowało to wyraz w obserwacji nie tylko zjawisk wielkich, ale i tych, które działy się blisko, wokół, a miały wpływ na skuteczne zbieractwo pożywienia, polowania czy zabezpieczanie się przed żywiołami natury.

Później to szpiegowanie przeniosło się na więzi rodzinne, a jego celem było budowanie wzajemnej lojalności służącej przetrwaniu rodziny i budowaniu jej pozycji wśród innych.

Następnie kształtowało podstawowe komórki plemienne jako zalążki życia społecznego, stopniowo ewoluując w kierunku państwa. Celem tego szpiegowania było, wzorem szpiegowania rodzinnego, dbanie o lojalność grupową, wewnątrzplemienną i strzeżenie bezpieczeństwa plemienia w aspekcie wewnętrznym i zewnętrznym.

To szpiegowanie polegało głównie na wzajemnej obserwacji, czy to członków rodziny, czy plemienia, i korygowaniu wykrytych nielojalnych zachowań. W interesie tych grup i zbiorowości oraz w obronie tych interesów przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi w trakcie bytowania.

Jak widać, szpiegowanie jest sztuką tak starą jak sam homo sapiens. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest to najstarszy zawód świata. Można się domyślać, że przedstawicielki zawodu powszechnie uważanego za najstarszy najpierw musiały szpiegować, by wiedzieć, gdzie najlepiej sprzedać swoje wdzięki. Stąd tytuł niniejszej książki — Szpieg. Najstarszy zawód świata.

Dzisiaj również każdy przedstawiciel gatunku w sposób indywidualny i właściwy sobie szpieguje na własny użytek, czy to w rodzinie, czy w miejscu pracy, lub ma w tym inny cel, np. zawodowy. Stało się to immanentną cechą ludzi i tak długo, jak będzie trwał homo sapiens, będzie istnieć szpiegowanie.

Profesja szpiega była znana ludzkości od momentu powstania pierwszych cywilizacji — jak tylko powstały organizmy państwowe, ich władcy marzyli, by wiedzieć, co dzieje się u ich sąsiadów. Najlepiej było pozyskiwać informacje niezbyt oficjalnymi kanałami, a więc za pomocą szpiegów.

Historia szpiegowania nie jest tak dobrze znana jak inne wydarzenia historyczne, które były przedmiotem oddziaływania licznych szpiegów i ich organizacji. Jest to zrozumiałe, gdyż ta działalność była tajna i nikt w odróżnieniu od naszego IPN-u nie ujawniał publicznie dokumentów, jakie wytwarzali szpiedzy, bo mogły być wykorzystane przez przeciwników, nawet wiele lat po zdarzeniach, których dotyczyły. Nieprzypadkowo mówi się, że szpiedzy innymi szpiegami interesują się aż do końca ich dni, a nawet i dłużej, bo w swoich zapiskach mogą pozostawić informacje, które da się spożytkować wiele dziesiątków lat później.

Nie roszcząc sobie pretensji do naukowego puszenia się i posługiwania aparatem naukowym, bo nie taki jest cel tej publikacji, warto jednak przytoczyć, korzystając już z istniejących opracowań, trochę wiadomości na temat historii szpiegowania. Z góry tym autorom dziękuję, co prawda nie imiennie, bo to niemożliwe, ale szczerze.

Warto zacząć od Aleksandra Wielkiego, o którym wiadomo, że przeglądał korespondencję swoich żołnierzy: „Jeden z największych, jeśli nie największy wódz w dziejach ludzkości Aleksander Wielki miał swój sposób na sprawdzanie lojalności podległych mu żołnierzy i dowódców. Jego zaufani czytali ich listy. Podczas oblężenia Halikarnasu w 334 roku p.n.e. zezwolił żołnierzom pisać listy do rodzin, po ich lekturze przez zaufanych wodza odsyłano do domów tych, którzy wyrażali swoje niezadowolenie oraz krytykowali Aleksandra Wielkiego”. Trzeba też wspomnieć i o tym, że starożytni Rzymianie — do czasu — nie doceniali roli szpiegów, a za to Hindusi wiedzieli, jak ma wyglądać dobry szpieg, nawet fizycznie, nie mówiąc o predyspozycjach psychicznych: „W hinduskich poematach znajdują się instrukcje, co do wyglądu szpiega. Przede wszystkim mieli się nie rzucać w oczy, wcześniej winni być dokładnie sprawdzeni pod kątem nie tylko lojalności, ale także wytrzymałości na trudy podróży, głód i inne niedogodności. Kolejne rady dla władców były takie, aby posyłał on szpiegów nie tylko do wrogów, ale także do ludzi ze swojego najbliższego otoczenia, a nawet członków rodziny, bo winien on pamiętać o podstawowej zasadzie: nie ufać nikomu”. Hindusi „jako pierwsi wykorzystali kobiety do najbardziej niebezpiecznych zadań, kiedy to jako szpiedzy miały najpierw uwodzić mężczyzn, a potem ich zabijać. Legendy krążyły o japońskich wojownikach i szpiegach ninja, którzy tak naprawdę nie nosili czarnych strojów, jak to widzimy na sensacyjnych filmach, bo rzucaliby się wtedy w oczy, tylko przebierali się za kapłanów i muzyków, wyciągając potem potrzebne im informacje”. Nic dziwnego, że i dzisiaj ten koloryt szpiegowskiego zawodu jest tematem filmów fabularnych.

Jeden ze znanych badaczy tego problemu pisze następująco: „Bardzo znany był francuski szpieg Chevalier d’Eon, dyplomata, mason, który podawał się za kobietę, nosił damskie stroje i tak się idealnie kamuflował, iż wielu za jego życia uważało, że naprawdę jest niewiastą. O szpiegach mówiło się sporo już w starożytnej Grecji, a w czasach imperium rzymskiego każdy arystokrata miał swoją siatkę agentów. Co ciekawe, nawet szefowie współczesnych służb wywiadowczych chętnie sięgają do klasyki, radząc adeptom szkół szpiegowania, by zapoznali się z dziełami rzymskiego poety Juwenala, historyka Swetoniusza i gen. Sulli. Starożytni przykładali ogromną wagę do szkolenia szpiegów, uczono ich wnikania w psychikę tych, których mieli rozpracować, dziś nazwano by to korzystaniem z psychologicznego portretu wroga. Uczono też spostrzegawczości i wyciągania wniosków z prowadzonych obserwacji. W 405 roku przed Chrystusem spartański szpieg w Aegospotami donosił, że Ateńczycy nie postawili straży przy flocie, którą dzięki tej informacji zaatakowano i zniszczono. Początkowo Rzymianie uważali, że są zbyt szlachetni, by brudzić sobie ręce szpiegowaniem, szybko jednak uznali, że muszą stworzyć całą siatkę szpiegów, tego wymagał interes imperium. Jednak początki były trudne, skoro — jak pisze Liwiusz — Gallowie podeszli pod Rzym niezauważeni i dopiero gęganie gęsi kapitolińskich zaalarmowało obrońców. Tego błędu nie popełnili Kartagińczycy: podczas drugiej wojny punickiej ich słynny wódz Hannibal miał swoje wtyczki w Rzymie. Uznawany za militarnego geniusza rzymski cesarz Juliusz Cezar popełniał błędy, jeśli chodziło o rozpoznanie wroga, nie postawił mocno na szpiegowskim zwiadzie. Kiedy więc Cezar chciał podbić Brytanię, zarządził tajną operację, której celem było zebranie informacji o brytyjskich zwyczajach, portach i taktyce wojskowej. W tym celu wysłano statek dowodzony przez Gaiusa Volusenusa. Jakiś czas potem Volusenus przysłał pierwszy raport, był on jednak niedokładny, niepełny i jego efektem było to, że pierwsza inwazja Cezara zakończyła się niepowodzeniem właśnie w dużej mierze ze względu na nieodpowiednie przygotowanie wywiadowcze. Natomiast szpiedzy imperatora w samym Rzymie byli sprawniejsi, skuteczniejsi, ale okazało się ostatecznie, że oni też w jakimś stopniu zawiedli. Gdyby bowiem prowadzili dobrze swoją robotę uchroniliby cesarza przed skrytobójczym mordem, a porwali się na Juliusza Cezara ludzie z jego najbliższego otoczenia. Choć trzeba oddać sprawiedliwość, że szpiedzy na krótko przed zamachem dysponowali nazwiskami spiskowców, powiadomili o tym cesarza, ten jednak nie zarządził akcji, która miałaby uratować mu życie. Zamiast wysyłać tajnych agentów, którzy donosiliby o poczynaniach sąsiednich plemion, do 100 roku n.e. Rzymianie woleli opierać się na budowie systemu obronnego, doraźnych działaniach wywiadowczych na terytorium wroga. Szpiegowanie pleniło się na terenie samego Rzymu — każdy arystokrata miał prywatną siatkę informatorów i agentów. Dopiero w II wieku po Chrystusie Rzymianie powołali instytucję, którą można nazwać tajną służbą. Byli to frumentarii, czyli zbożownicy, przodkowie współczesnych CIA, KGB i MI6. Ich pierwotną funkcją było skupowanie zboża i jego dystrybucja, a później łączyli role poborcy podatkowego, kuriera, tajnego policjanta, politycznego skrytobójcy i szpiega”.

Jak powszechnie wiadomo, a warto to powtórzyć, szpiegowanie jest tak stare jak historia świata, a wykradanie sekretów i dezinformacja przeciwników to działania znane od najdawniejszych czasów. W związku z tym nie ma możliwości ustalić, kto pierwszy trudnił się tym zawodem ani kto pierwszy świadomie, w ramach zaplanowanych działań, użył szpiegów w akcji. Pisze się, że z usług szpiegów miał korzystać już Mojżesz, który miał wysłać dwunastu szpiegów do Kanaan z zadaniem wszechstronnego rozpoznania tej krainy pod względem geograficzno-przyrodniczym, ludnościowym, a także jej zdolności obronnych. Interesowało go: „Jaki jest kraj, w którym on mieszka: dobry czy zły, i jakie miasta, w których on mieszka: obronne czy bez murów? Potem były bardziej konkretne instrukcje dla tych, którzy mieli ocenić żyzność ziem, ilość zwierząt tam trzymanych itd.”.

Byłoby truizmem powtarzanie, że zawód szpiega był znany ludzkości już na etapie zrodzenia się pierwszych cywilizacji, w momencie utworzenia się zrębów państwowych. Z uzasadnionych interesów rządzonego przez siebie państwa ci, co władali państwami, pragnęli bowiem poznać prawdziwe wiadomości na temat tego wszystkiego, co się działo w krajach sąsiednich. A najlepiej było to zrobić w sposób tajny, a więc z udziałem siatek szpiegowskich.

W tej sytuacji naturalna jest ciekawość, kim są szpiedzy? Jakie osoby najbardziej się do tego nadają? I oto padają takie odpowiedzi: „Tak naprawdę każdy może zostać szpiegiem. Pamiętajmy jednak, że istnieją szczególne profesje, które sprzyjają szpiegowaniu. Najbardziej ułatwioną sprawę mają tutaj kupcy, którzy w ramach swojej profesji podróżują po różnych krajach, zatem mogą swobodnie zbierać informacje w trakcie wykonywania swojego zawodu”. Ale także i ta: „Nie brakuje również szpiegów wśród przedstawicieli innych niż mieszczanie stanów społecznych. Znane są liczne przypadki, w których rycerze, zwłaszcza ci posiadający dobra przygranicznie (albo położone po dwóch stronach granicy, co nie jest w średniowieczu jakoś szczególnie dziwne), działali jako wywiadowcy. Szpiegowali również duchowni, co pewnie nie zadziwi, bo księża mają całą masę możliwości pozyskiwania informacji. Funkcje szpiegów niejednokrotnie pełnili również dyplomaci. Co ciekawe w źródłach niewiele informacji jest o artystach, którzy zabawiali się w szpiegów, choć teoretycznie ich profesja mogłaby sprzyjać działaniom wywiadowczym”.

W tym miejscu, niejako na marginesie, warto wspomnieć, sięgając głębiej do historii, o tym, że Sobór Laterański w 1116 roku ustanowił spowiedź „na ucho”. Taka forma spowiedzi pozwalała na sprawowanie większej kontroli nad ludźmi oraz na „wywiad środowiskowy”.

No dobrze, ale warto zastanowić się, jakie cechy powinien posiadać idealny szpieg. Oto odpowiedź oparta na wynikach badań przeprowadzonych przez badacza w średniowieczu, ale aktualnych również dziś: „Przede wszystkim dobrze jest, jeśli potencjalny wywiadowca zna język, jakim posługują się w szpiegowanym kraju. Prychniecie pewnie pod nosem, myśląc, że to w średniowieczu nie trudne, bo przecież wszyscy równo, jak jeden mąż mówili po łacinie. Niestety to znaczne uproszczenie i jeden z mitów, jakie gdzieś się tam wpaja na etapie szkoły podstawowej. Średniowiecze to okres, w którym powstają i rozwijają się języki narodowe, zaś łacina jest językiem wykształconych. Warto zatem, żeby szpieg znał jakiś język obcy, najlepiej język narodowy kraju, w którym będzie szpiegował. Jeśli jedzie do Królestwa Polskiego na misję — świetnie, jeśli zna polski, przynajmniej nie będzie musiał szukać tłumacza. Drugą sprawą są kontakty. Dobrze mieć w kraju szpiegowanym kontakty, zwłaszcza wśród ludzi na wysokich stanowiskach. Ze źródeł znane są przykłady dotyczące szpiegów krzyżackich, którzy mieli w swojej rodzinie, mieszkającej w Królestwie Polskim, osoby blisko współpracujące z najważniejszymi dostojnikami państwowymi. Takie osoby są cennym źródłem informacji — przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie podejrzewał własnego brata/kuzyna/wuja/krewnego o szpiegowanie dla sąsiedniego państwa, więc dlaczego by nie powiedzieć mu o ruchach wojsk, zamiarach monarchy czy czymkolwiek takim”.

Skoro mowa o tym okresie naszych dziejów, to warto zacytować jeszcze jeden fragment, którego wymowa ma także uniwersalny charakter. Cytat ten odnosi się do kategorii superszpiegów: „W historii zdarzają się postacie wybitne. I nie zaskoczę raczej nikogo stwierdzeniem, że również wśród średniowiecznych wywiadowców zdarzały się jednostki wyjątkowe, można ich określić mianem niemal superszpiegów. Zdecydowanie warto w tym miejscu wspomnieć o Pietraszu Czyresie z rodu Szeligów, który przez prawie dwadzieścia (!) lat szpiegował na rzecz Zakonu Krzyżackiego. Człowiek ten, mimo że pochodził z polskiego rodu szlacheckiego, osiedlił się w krzyżackim Toruniu, gdzie początkowo próbował swoich sił w administracji miejskiej, jednak nie wiodło mu się tam za dobrze. W pewnym momencie sam, z nieprzymuszonej woli zaproponował miejscowym urzędnikom zakonnym, że będzie szpiegował na rzecz Krzyżaków. Jak zapowiedział tak zrobił, aktywnie zbierał informacje, a miał do tego warunki idealne, bo nie dość, że znał język polski, był kupcem, to jeszcze w swojej rodzinie miał człowieka, który był w bliskich stosunkach z jednym z ważniejszych możnowładców w kraju. Co ciekawe informacje dostarczane przez niego były dla Krzyżaków tak istotne i tak ważne, że człowiek ten utrzymywał osobiste kontakty z jednym z wielkich mistrzów, otrzymując bezpośrednio od niego misje i zdając jemu raporty. Oczywiście za wszystko był sowicie opłacany, co możemy wywnioskować z licznych dokumentów (w tym rachunków) pozostawionych przez Krzyżaków. Innym, jeszcze ciekawszym przykładem, superszpiega jest człowiek, który podpisywał się w listach i raportach inicjałem „N.S.” bądź jako „N.S. Arman”, który działał w przededniu wojny trzynastoletniej na dworze króla Kazimierza Jagiellończyka. Człowiek ten najprawdopodobniej przedostał się do otoczenia polskiego monarchy i stamtąd na bieżąco donosił o sytuacji politycznej w Królestwie. Tajemnicą dla nas pozostają jego personalia — nigdy nie udało się potwierdzić, kim był ten człowiek, jakiego był stanu społecznego ani skąd pochodził. Można więc śmiało powiedzieć, że nigdy nie został wykryty (gdyby tak się stało pewnie zachowałyby się przekazy w kronikach polskich, u takiego Długosza na przykład)”.

I inny ciekawy cytat: „Wśród znanych wzmianek pojawia się jedna dotycząca muzyków, dokładnie pewnego flecisty, działającego w otoczeniu Witolda. Profesja muzykanta w średniowieczu mogłaby się wydawać idealna dla celów szpiegowskich, jednak warto zwrócić uwagę, że taka osoba miałaby ograniczoną możliwość kontaktów ze swoimi przełożonymi. Jak książę Mieszko pierwsze „służby” przyszłej Polsce budował…”.

W Rzeczypospolitej aż do rozbiorów nigdy nie doszło do instytucjonalnego ukształtowania się służby wywiadu. Nie znaczy to jednak, że nie prowadzono różnorakich działań szpiegowskich. Każdy szanujący się władca chciał mieć swoje oczy i uszy na dworach najważniejszych graczy politycznych oraz potencjalnych i aktualnych wrogów. Od dobrego rozpoznania sytuacji zależały udane operacje wojskowe, spiski oraz liczne aranżowane małżeństwa. Możemy śmiało założyć, że ilość potrzebnych informacji nie odbiegała od tego, co dziś jest potrzebne do sprawnego funkcjonowania państwa. Operacje wywiadowcze realizowane były na różnych szczeblach władzy i z różnym natężeniem — w zależności od bieżących potrzeb państwa, jego możliwości organizacyjno-finansowych, a także indywidualności władców i dowódców. Na uwagę zasługuje w tym kontekście unikalność i rozmach działań informacyjno-wywiadowczych pierwszych Piastów.

Mieszko I, ten książę „odziany w kożuch” — jak pisał niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga — miał wiedzę wystarczającą, aby objąć swoimi zainteresowaniami i działaniami obszar sięgający od Skandynawii poprzez tereny Związku Wieletów po Księstwo Czeskie, Królestwo Niemieckie, Królestwo Węgierskie i Rzym. Wiedza jego syna, Bolesława, była dużo szersza i głębsza, zważywszy chociażby na jego kontakty w Bizancjum i we Włoszech czy interwencje na Rusi. Skąd takie umiejętności? Należy przede wszystkim pamiętać o tym, że państwo Polan jednoczyło ziemie głównie metodą podboju wewnętrznego, a następnie kontrolowało je i zarządzało nimi w oparciu o drużynę, system grodów i ponadplemienne instytucje centralne.

Aby zabezpieczyć jedność młodego państwa pierwsi Piastowie musieli dysponować zaufanym kanałem informacji, aby właściwie reagować na wszelkie tendencje odśrodkowe lub zagrażające ich władzy. Od czasów antycznych wojny wymagały przede wszystkim sprawnego wywiadu, który dziś nazwalibyśmy wojskowym. Pierwsza wzmianka o jego istnieniu odnosi się do zapisków na temat komesa Wichmana, który występował kilkakrotnie przeciwko królowi Niemiec — Ottonowi II, ale za każdym razem pokonany znajdował schronienie wśród plemion słowiańskich na północy. Według kronikarza saskiego Widukinda Wichman „króla Mieszka (…) dwukrotnie pokonał, zabił jego brata, wielki łup od niego wycisnął”.

Polski władca szybko wyciągnął wnioski ze swoich porażek i ostatecznie położył kres działalności Wichmana m.in. dzięki swojemu wywiadowi. Według Widukinda Wichman wrócił do swoich wieleckich sojuszników i „tutaj zmawiał się ze Słowianami, którzy nazywali się Wolinianami, jak mogliby Mieszka… nawiedzić wojną; co doszło do jego [Mieszka] wiadomości”.

Polski książę, dysponując z wyprzedzeniem tego typu informacją (najprawdopodobniej miał swoich szpiegów wśród Wolinian lub coś, co dziś nazwiemy „osobowymi źródłami informacji”), postawił natychmiast swoją drużynę w stan gotowości, wzmacniając ją jeszcze dwoma hufcami jazdy czeskiej. Do bitwy z Wolinianami doszło 21 września 967 roku. Mieszko odniósł pełne zwycięstwo, a Wichman stracił życie. W kontekście potencjalnych działań wywiadowczych Mieszka I zwraca także uwagę bitwa pod Cedynią, do której doszło 24 czerwca 972 roku między wojskami polskiego księcia a margrabiego Marchii Łużyckiej Hodona.

Wojska Hodona wyruszyły z Magdeburga i przeszły przez terytoria słowiańskich plemion Wieletów i Obodrzyców. Głębokie rozpoznanie Mieszka I działało sprawnie, gdyż jego wojska, prawdopodobnie uprzedzone, czekały już u brodu na Odrze nie tylko w gotowości, ale i z obmyśloną koncepcją przeprowadzenia bitwy (wciągnięcie wojsk niemieckich w pułapkę, kontratak przy pomocy sił dowodzonych przez brata Mieszka, Czcibora). Nie dowiemy się, czy Mieszko uzyskał informacje o wyprawie Hodona już w momencie wymarszu jego wojsk z Magdeburga, czy dopiero gdy przechodziły one przez terytoria neutralnych Wieletów i Obodrzyców (bardziej wiarygodna wydaje się ta druga wersja).

Doświadczenia ojca wykorzystał i na niespotykaną skalę rozwinął Bolesław Chrobry, tocząc długotrwałe wojny z Henrykiem II. Już Mieszko I „mącił i knuł” w Niemczech, popierając przeciwników Ottona II i Ottona III. Bolesław rozwinął te wszystkie działania, wchodząc w bliskie kontakty z licznymi wielmożami niemieckimi opozycyjnymi wobec Henryka II, którzy dostarczając mu kluczowych danych, wiązali się z władcą Polski na śmierć i życie. W rezultacie miał on informatorów w najbliższym otoczeniu Henryka II. Gdy w 1007 roku król Niemiec po tajnej naradzie zdecydował o zerwaniu pokoju z Polską, Bolesław — jak pisze Thietmar — dowiedział się o tym „od pośredników”, jeszcze zanim na dwór polski przybył oficjalny wysłannik z Niemiec.

Bolesław znał też w zarysie plany kolejnych wypraw Henryka II na Polskę (za wyjątkiem pierwszej), skutecznie je niwecząc. Henryk II zdawał sobie sprawę z wywiadowczych możliwości polskiego księcia. Potwierdzają to jego różne posunięcia, w tym prośba skierowana do najbliższych współpracowników, aby „wywiadywali się o tajnych spiskach Słowianina i, o ile możliwości, starali się dostać w swoją moc jego szpiegów”. Najczęściej pozostawał jednak wobec działań Bolesława bezsilny. Niezadowolony z rezultatów wyprawy w 1005 roku kazał powiesić w Fallersleben rycerza Bruncjona z Merseburga, a spośród Słowian „możnego Borysa i Wszemysła”. Natomiast przed wyprawą w 1017 roku, chcąc uchronić się przed szkodliwym przeciekiem informacji, zakazał przyjmowania i wysyłania posłów do polskiego księcia oraz polecił „wyśledzić tych, którzy ośmielili się tak dotychczas postępować”. Nie można tu wykluczyć, że wymienieni powyżej skazańcy to pierwsi znani z nazwiska polscy szpiedzy lub TW. Powieszenie było bowiem karą hańbiącą, stosowaną wobec zdrajców. Skoro nie zginęli od miecza, musiano im dowieść zdrady. W kronice Thietmara z Merseburga pojawia się Niemiec (kronikarz pisze „jeden z naszych”) szpiegujący dla Bolesława. Jest to kapelan biskupa Reinberna, niestety nieznany z nazwiska, który w 1004 roku uprzedzał przebywającego w Pradze Bolesława o wysłanych potajemnie przez Henryka II wojskach mających pochwycić lub zabić polskiego księcia.

O zdumiewającym zakresie działań wywiadowczych Bolesława świadczy następujący fakt: gdy po zawarciu pokoju z Polską w 1013 roku Henryk II udał się do Papieża, aby koronować się na Cesarza Rzymskiego, polski władca podjął próby przeszkodzenia w koronacji. W tym celu wysłał szpiegów do Rzymu i „wywiadywał się po cichu, jak stoją sprawy króla w tamtych stronach oraz starał się zbuntować kogo mógł przeciw niemu”. Wielka operacja wywiadowcza towarzyszyła również dyplomatycznej akcji uwolnienia syna Bolesława, Mieszka II, najpierw z rąk czeskich, a później niemieckich.

Warto poświęcić kilka słów współpracownikom Bolesława w prowadzeniu działań wywiadowczych. Był nim z pewnością opat Tuni (Antonius, uczeń św. Brunona), „mnich z powierzchowności, a chytry jak liszka z czynów swoich, za co był przez swojego pana tak lubiany”. Posłował on kilkakrotnie w imieniu Bolesława i był wprost posądzany o szpiegostwo. To samo dotyczy rycerza Stoigniewa. Posłował on dwukrotnie w 1015 roku do Niemiec, aby poprawić stosunki bilateralne, ale według Thietmara jego rzeczywistym celem było „sianie zamętu”. Interweniował w sprawie uwolnienia Mieszka II, nawiązywał tajne kontakty z antyhenrykowską opozycją, badał sytuację w przeddzień wybuchu kolejnego konfliktu zbrojnego pomiędzy oboma państwami. W końcu należy tu wymienić biskupa kołobrzeskiego Reniberna, którego kapelan tak przytomnie ostrzegał Bolesława w Pradze. Towarzyszył on córce Bolesława, która została wydana za księcia Świętopełka, patronował powstaniu silnego lobby propolskiego na Rusi, a w 1012 roku został uwięziony wraz z Bolesławówną przez Włodzimierza Wielkiego pod zarzutem, że „spiskują przeciwko niemu”, za namową władcy Polski. Zmarł w więzieniu w niewyjaśnionych okolicznościach.

Najważniejszą figurą w tej talii kart był jednak sam Bolesław Chrobry. Przyjaciele mówili o nim, że cechowały go przenikliwość, bystrość, orientacja w terenie, szybkość działania, a wrogowie, że był przebiegły, „chytry jak lis”, w „tysięcznych biegły sztuczkach”. Kroniki zgodnie podają, że był hojny, potrafił pozyskiwać sobie przyjaciół i sojuszników.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 67.99
drukowana A5
Kolorowa
za 103.62