E-book
16.38
drukowana A5
36.39
Szczypce do kurczaków

Bezpłatny fragment - Szczypce do kurczaków

Powieść satyryczna


Objętość:
222 str.
ISBN:
978-83-8126-957-5
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.39

Rozdział 1

„Zatem, czy człowiek naprawdę może porzucić drugiego człowieka, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za czyn, którego się dopuścił, a następnie przejść do porządku dziennego nad swoją nieumiejętnością budowania związku i bezrefleksyjną zdolnością do rujnowania go, kiedy już pierwsza faza (zakochanie) zaczyna nieubłagalnie wkraczać w etap odpowiedzialności? Może trzeba nam jakiegoś arbitralnego (w pozytywnym znaczeniu) gremium mędrców, zdolnych orzekać o winie takiego człowieka i wymierzać mu sprawiedliwą karę? Czas najwyższy uświadomić w końcu młodym ludziom, że miłość nie jest zjawiskiem tranzytowym, a relacja z drugim człowiekiem to nie zabawa najnowszym modelem iPhone’a…” — Amorowicz skończyła właśnie kolejny felieton, gdy srebrny poblask ziemskiego satelity wyłonił się niespodziewanie zza dębu w Smutnym Ogrodzie i odciągnął jej uwagę od monitora. Z właściwą sobie egzaltacją podeszła do tarasowych drzwi i doznała podobnego uczucia, co wczoraj: potworny strach obleciał kobietę od stóp do głów i owładnęło nią przekonanie, że poza pracą naukową zostało jej jeszcze coś, co koniecznie musi doprowadzić w swoim życiu do końca. To coś stawało się jednak coraz bardziej niepokojące, zaś Aniela Amorowicz, jak przystało na szanującą się panią profesor, za wszelką cenę musiała powstrzymać w sobie żądzę wymierzania sprawiedliwości. Przyjrzała się raz jeszcze krągłemu księżycowi, którego prawą krawędź poszarpał i zaorał bezceremonialnie stuletni dąb, po czym usiała przed sześćdziesięciocalową paletą LED, służącą do odtwarzania reklam i podprogowej indoktrynacji (tudzież do ubezwłasnowolniania mas i lansowania populistycznych haseł), po czym, dotknąwszy pilota, którego design przypominał obecnie smukły dżojstik do wibratora, włączyła peowskie media i… dzięki bogu akurat nie było żadnej reklamy!

Mimo iż wśród akademickiego gremium uchodziła za kobietę niebywale egzaltowaną, w tej chwili — wolna od znudzonych spojrzeń studentów pierwszego roku — podrapała się wulgarnie w kroczu, poderwała kieckę i podwinąwszy pod siebie nogi, usiadła w fotelu przed cyfrową paletą. Felieton skończyła na poły wstawiona i jak zawsze w takich chwilach — nim jeszcze podprogowa fala tefałenowskiej dezinformacji zdążyła na moment zdestabilizować jej szare komórki — usłyszała monolog starej papugi, której były mąż nie miał serca jej odbierać. „Skurwysyn! Przecież on w ogóle nie miał serca” — pomyślała Amorowicz, patrząc na to wredne ptaszysko.

— Amorrrowicz, Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Zostawił cię sto lat temu! Zostawił cię sto lat temu! Amorrrowicz pisze durrrne felietony! Amorrrowicz pisze durrrne felietony! Srrra winem wytrrrawnym! Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!

Profesor chwyciła właśnie za płaski laczek i z impetem rzuciła nim w drucianą klatkę. Ptaszysko zaskrzeczało przeraźliwie i łomocząc skrzydłami, poturbowało się na własne życzenie.

— Stul pysk, cholerna wiedźmo! — wrzasnęła kobieta, kiedy w Tefałenie podpierający się łokciem o stół cwaniakowaty pan podawał właśnie najświeższego newsa:

— Kolejny przypadek gwałtownego zgonu w trakcie wykonywania obowiązków publicznych. Tym razem, wczesnym popołudniem, w warszawskim sądzie okręgowym na Żoliborzu, doszło między innymi do zatrzymania akcji serca u pięćdziesięcioletniej sędzi prowadzącej słynną sprawę Gambel Srolt. Podczas wydawania wyroku trzydziestu lat pozbawienia wolności dla Jacka Ściemniacza, wiceprezesa spółki, sędzia doznała gwałtownego paraliżu prawej połowy ciała, oddała pod siebie kał i ześliznęła się z fotela sędziowskiego, uderzając głową o posadzkę. Śmierć nastąpiła na skutek natychmiastowego pęknięcia czaszki i wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego. Obecne na sali osoby utrzymują, że tuż przed zdarzeniem ukazał im się księżyc w pełni nad głową samej sędzi. To już kolejny przypadek gwałtownego zgonu w trakcie wykonywania obowiązków służbowych, na oczach dziesiątek ludzi, w trakcie którego świadkowie widzieli nad głowami ofiar światło do złudzenia przypominające księżyc. Policja próbuje ustalić, czy osoby, które poniosły śmierć w tych niecodziennych wydarzeniach, nie padły ofiarą seryjnego mordercy. Sprawą zajęła się również Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Ministerstwo Obrony Narodowej, bowiem — jak utrzymuje minister Antoni Dostojny — może chodzić o inwazję kosmitów z planety S.

Sędzia Jędza Bezduszna osierociła dwójkę dorosłych już dzieci, absolwentów prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz dwugłowego jamnika, o którym ostatnio rozpisywała się prasa brukowa przy okazji szeroko relacjonowanego rozwodu znanej sędzi. W kwietniu Jędza Bezduszna skończyłaby pięćdziesiąt jeden lat.

— Ale już nie skończy — spuentowała Aniela Amorowicz, dopijając butelkę otwartego wcześniej wina. — Ta wredna baba powinna wisieć za wargi sromowe na trzepaku pod śmietnikiem! — dodała, wykonując głową nieskoordynowane ruchy i machając butelczyną do szklanej ledowej palety.

— Zabił kurrrwę, zabił! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!

Rozdział 2

Profesor obudziła się tego dnia z silnym bólem głowy i zakwasem na drodze krzyżowej, promieniującym przez pośladek aż ku pachwinie i ściankom pochwy. Była biegła w dziedzinie etyki i psychologii relacji międzyludzkich, nie miała jednak szerszej wiedzy z zakresu medycyny, co skutecznie uniemożliwiało jej konstruktywną analizę dopadających ją ostatnimi czasy boleści. Gdyby mąż ją teraz wymasował w pewnych miejscach — tak jak to robił niegdyś co poniedziałek i czwartek — zapewne zakwasy puściłyby jak ręką odjął; teraz jednak była zdana na samą siebie.

W porannym pośpiechu włożyła drżącego przyjaciela odwrotną stroną do komina i po tym, jak niespodziewanie wystrzeliła zeń bateria paluszek, ostatecznie zagnieżdżając się chyba gdzieś w jajowodzie (Amorowicz próbowała ją od razu wyjąć szczypcami do kurczaków, jednak bezskutecznie), dała sobie spokój z poranną terapią przeciwbólową i z bolącym krzyżem zamówiła taksówkę. Na wykład nie musiała się szczególnie przygotowywać. Treść swoich dwudziestu trzech publikacji w formie książek miała w głowie jak amen w pacierzu.

Taksówka przyjechała po dziesięciu minutach. Kiedy profesor wsiadła do auta, przyuważyła, że kolejny raz trafił jej się ten sam nieuczesany kierowca z włosami w uszach, któremu jadaczka nie zamykała się ani na chwilę. Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, gdy dobiegło ją przygłupawe…

— Widza, że bez noc zaś żeście co wypili?

Egzaltacja nakazała jej nie reagować: zresztą w jajowodzie, jak jej się zdawało, miała chyba paluszek, bo ból zamiast schodzić, nasilał się.

— Oglondołech wczora w nocy dziennik i widziołech, że zaś tyn ksiynżyc sie ukazoł tym ludziyom, co to staro syndzina widzieli, jak se obulyła na ziemio. Widzieliście to bez noc na Tyfałyni?

Amorowicz udawała, że próbuje coś wypatrzyć przez szybę przemieszczającej się taksówki, i niepomiernie zajęta jest czym innym niż śmierć Bezdusznej Jędzy.

— Jo się tymu nie dziwia. Jak mnie się ostatnio na hasioku ukazoł ksiynżyc, to mi Pon Bóczek wzion se do siebie staro oma, co na jesiyni by kończyli dziewindziesiunt osim lot. Do kouńca gorzołka se popijała na noc. Oba dwa — ona a starzik, co majom teroski sto trzi lata.

— Mam baterię w jajowodzie!

— Że co to godocie? Kaj co mocie?

— Już nic.

Rozdział 3

Przyjechawszy na uczelnię (zwróćcie uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni), profesor Amorowicz była zła jak pieprz: niezaspokojona dowewnętrznie, wedle jej przekonania — z baterią w jajowodzie, lekko na kacu i z głową wypchaną frazesami w znienawidzonej przez nią gwarze śląskiej („Widza, że bez noc zaś żeście co wypili…”). Nerwowym chodem podążała do głównego wejścia, nad którym ktoś ukrzyżował rząd neonowych liter układających się w nic nieznaczącą nazwę własną: Uniwersytet Śląski. „Równie dobrze ktokolwiek mógłby ukrzyżować na tej fasadzie nazwę Uniwersytet Warszawski, Wyższa Szkoła Ściemniania, Fabryka Dyplomów lub Kabaret XXI wieku” — profesor skonstatowała w myślach rzeczywistość i stanąwszy przed obrotowymi drzwiami (zwróćcie uwagę na ten staromodny imiesłów przysłówkowy uprzedni) — zapomniała, jak się nazywa.

„Jak ja się nazywam?” — rzekła do samej siebie profesor Amorowicz, a przypomniawszy sobie wpierw imię, a następnie nazwisko, pozwoliła, by obrotowa tuba wciągnęła ją do swego środka i przeniosła z zimnych i brudnych Kattowitz do ciepłego i odnowionego budynku rektoratu UŚ (notabene również w mieście Trzeciej Rzeszy…).

Katedra Relacji Miłosnych Uniwersytetu Śląskiego (lub jak kto woli — Fabryki Dyplomów…) mieściła się na ostatnim piętrze, tuż za Katedrą Bajek dla Dorosłych. Z obiema sąsiadowały: Katedra Wyzysku Człowieka, Katedra Samorealizacji, Katedra Akwizycji Asertywności oraz Katedra Analizy Merkantylizmu Cielesnego, zajmująca się propagowaniem operacji plastycznych i autopromocją jednostki. Amorowicz szczerze nienawidziła tych wszystkich katedr, które z psychologią i człowiekiem miały tyle wspólnego, co dupa z okiem — jak mawiała. Będąc kierownikiem Katedry Relacji Miłosnych i prekursorem Teorii Odpowiedzialnego Współżycia (kretyni myśleli, że Amorowicz pisze o seksie!), nie umiała pogodzić się z faktem, że w dzisiejszych czasach na Wydziale Psychologii durnowaci decydenci (pożal się boże dziekani!) wymyślali tak bzdurne kierunki, katedry, zakłady — a wszystko po to, by mieć jak najwięcej punktów i studentów i by za tymi (pożal się boże!) studentami od siedmiu boleści, od iPhone’ów i czego tam jeszcze, płynęły strumieniem elektroniczni Władysławowie Drudzy Jagiełłowie czy Zygmuntowie Pierwsi Starzy. „Elektroniczni — nadmieniam!” — grzmiała w myślach Amorowicz. „A ci wszyscy studenci od iPhone’ówfacebooków — które na wykładzie zawsze były ważniejsze od samego profesora — ci wszyscy studenci to motłoch, niemal zamiatany z ulicy i wsypywany do jednego zsypu, żeby tam tego śmiecia najwięcej się nazbierało i dało zrecyklingować!” — grzmiała w myślach Amorowicz, gdy nagle uderzył ją w twarz rażący promień słońca. Oto bowiem doktor Asertywniak otworzył na oścież drzwi od Katedry Akwizycji Asertywności, znajdującej się dokładnie vis-à-vis Katedry profesor Amorowicz, i wrzasnął:

— Pani profesor!… Jeśli jeszcze raz będzie pani tłukła do łba moim seminarzystom, że związków nie można zakańczać, to — jak boga kocham — poruszę tę kwestię u dziekana! Na miłość boską, jak długo jeszcze będzie pani lała takie farmazony?! Oni mają być asertywni, na boga! — pieklił się. — Boże jedyny, no oszaleć można z tą kobietą…

Amorowicz słyszała tę śpiewkę chyba po raz setny.

— Boga wspomina co drugie słowo, a diabeł mu szepcze każde z nich — burknęła do siebie profesor.

— No jak boga kocham!… No ileż można?!… — zrzędził dramatycznie młody Asertywniak, wywijając rękoma jak baletnica z Jeziora Łabędziego, nim łaskawie zamknął drzwi i wtaszczył za sobą słońce z powrotem do pokoju.

— Ciota! — syknęła profesor i weszła do katedry.

W zacienionym pomieszczeniu, w którym unosiła się woń martyrologicznej miłości aż po grób, zapach zmartwień i staroświeckich sloganów, siedziała już doktor habilitowana Miłosierdzia Julio Iglesias i zatroskanym wzrokiem patrzyła w stronę Amorowicz. Profesor Miłosierdzia była jej popleczniczką i orędowniczką tych samych idei, które obie proklamowały przed dwudziestoma laty w jednej ze swoich wspólnych książek. Miłosierdzia była wówczas żoną Bartolomégo Julia Iglesiasa, hiszpańskiego prekursora Teorii Asertywności i Hedonizmu.

— Anielko! Kochana ty moja! Coś ty znowu taka zatroskana? — spytała Miłosierdzia.

— Eh… Ten cholerny Asertywniak, szczeniak jeden… — Amorowicz rzuciła torebką w kąt. — Chyba mam coś w jajowodzie…

— Rak? — Miłosierdzia zrobiła przerażone oczy i wstała zza biurka.

— Oj, daj spokój. Jaki tam rak. Nic takiego. Ten smarkacz od Akwizycji znowu urządza swoje gody. Pedał jeden…

Miłosierdzia zrobiła jeszcze większe oczy i aureola troski i zaniepokojenia pojawiła się nad jej trwałą za sto dwadzieścia złotych.

— To on ci to zrobił? To z jajowodem. On, tak?…

— Oj, Miłosierdzia, proszę cię, nie gadaj głupot. Wszystko przez tego mojego Rzucariusza. Sama powiedz: wytrzymałabyś bez niczego przez dwadzieścia pięć lat?

— No… ja dopiero pięć, kochana. Bo ja tam wiem?… Ale co z tym Asertywniakiem? Coś ci zrobił?

— Sama sobie zrobiłam — odparła zawstydzona. — Rano włożyłam sobie wibr…

— Chyyyy!… — Miłosierdzia nabrała powietrza w płuca, które z krwią powędrowało ku osierdziu i wsierdziu. — Santo dios!

— Cholera, Miłośka, daj mi skończyć!

— No dobrze, no ale…

— No ta cała Kryśka Samowystarczalińska z Katedry Samorealizacji poleciła mi, bym sobie w końcu kupiła takie… no wiesz… no takie urządzenie na baterie i cholera — źle to włożyłam… — dodała ściszonym głosem. — No, próbowałam wyjąć tym… no… szczypcami do kurczaków, ale tylko se krzywdę zrobiłam.

— Anielko kochana!… To może do ginekologa? Tam na Mickiewicza przy tym liceum…

— A, cholera! Co ja się będę przejmować! Gdzie moja teczka, Miłośka?

— Y… przy komputerze dałaś, wczoraj… No ale…

— A, cholera jasna, idę na wykład. Mam seminarium z pierwszym rocznikiem. Potem pogadamy.


Amorowicz już otwiera drzwi…

— No ale co ty tam masz z tym jajowodem, Anielko?! — krzyczy za nią Julio Iglesias.

— Paluszek! — odkrzykuje Amorowicz i zamyka za sobą drzwi.

— Czekaj! — krzyczy Julio Iglesias do zamkniętych drzwi.

Amorowicz łapie z powrotem za klamkę.

— Co? — wsadza głowę do pokoju.

— Ale, taki do jedzenia? — przyjaciółka robi wielkie oczy.

Amorowicz rozgląda się po korytarzu i szepcze, artykułując wyraźnie głoski:

— Nie, głupia. Taki z Oszołoma, akumulatorek do ładowarki…

— A to są takie? — szepcze Miłosierdzia.

— No są. Później ci pokażę.

— Dobrze, tylko nie zapomnij, Anielko. Bo ty…

Amorowicz zamyka drzwi.

Rozdział 4

Początek października był tego roku pełen soczystych promieni słońca, resztek poświaty po pełni księżyca, lekko już kolorowych liści na koronach drzew wokół wydziału i jakichś takich niespokojnych quasi huraganów, sprawiających, że — mimo hulającego słońca — temperatura nie przekraczała ośmiu stopni.

„A do tego ten wiatr, tak zdradliwy, i tak cholernie zimny” — irytowała się Amorowicz, wchodząc do auli, w której ta bezmyślna młodzież pootwierała wcześniej wszystkie okna, zupełnie jakby za tymi oknami rozciągała się upalna plaża naturystów. Nim Amorowicz zdążyła dobiec do okiennicy przy samej katedrze i zatrzasnąć ją z hukiem, przeciąg zaczesał jej włosy w tył, obnażył coraz to wyższe z wiekiem czoło, a na domiar złego do oka wleciał jej jakiś paproch w akompaniamencie wirusów, grzybów i bakterii, które wdarły się agresywnie prosto do lewej dziurki w nosie (prawą miała zatkaną przez polip). „No, pięknie!” — pomyślała. Teraz uwierało ją już nie tylko w jajowodzie.

— Na moich zajęciach nie otwiera się okien! — rzuciła nagle profesor do niskiego trójnożnego mikrofonu, stojącego na śmiesznej ambonie. — I nadmieniam, drodzy państwo, że to, przy czym stoję, to nie jest ambona, tylko katedra lub (państwo lubicie takie nowsze słówka) co najwyżej pulpit! — sprostowała po tym, jak kiedyś jeden ze studentów pierwszego roku zapytał ją, czy uczelnia nie szuka konserwatora mebli, bo „ambona, na której pani stoi, wymagałaby konserwacji impregnatem”…). — A teraz pozamyka pani tam z tyłu te okna, bo się tu wszyscy pochorujemy! — dodała do trójnożnego mikrofonu, rozłożyła teczkę, wyjęła z szuflady pudełko wielkości paczki papierosów z jakimś kabelkiem i klamrą, po czym podpięła kabelek do żakietu. Od teraz słychać ją było wyraźnie w całej auli:

— Moje nazwisko Aniela Hipochondria Amorowicz-Skurwiel. (To drugie nazwisko po mężu — tak wyszło… Używam pierwszego).

Z tyłu sali rozległ się nagły chichot, środkowe rzędy lekko się poruszyły, zaś w pierwszych — słuchacze udawali zainteresowanych, lecz w policzki napierało im od środka powietrze z zadymionych od fajek płuc. Rzędy były zajęte wybiórczo: w każdym po parę samotników lub jakaś para (wyglądały jak szczerbate szczęki), co któraś fila była zupełnie pusta, a przedostatnia — zawalona od przejścia do okna łańcuchem żujących gumę Irokezów w czarnych lub brązowych skórach — zapewne jakimś klanem anarchistów, którego do tej pory Amorowicz nigdy nie miała okazji gościć na swoich wykładach. Wśród spóźnialskich, w tym czasie wchodzących jeszcze do sali, profesor przyuważyła jakąś długonogą Lafiryndę z gołym tyłkiem (w spódniczce węższej nić jej pasek), przystojnego młodzieńca o pięknych dłoniach i smukłych paznokciach („Ach, te dłonie!” — mimo paprochu w oku, profesor od razu je przyuważyła) oraz jakiegoś Jołmena w spodniach zwisających do kolan („Ten to dopiero musi mieć wielką mosznę” — pomyślała uszczypliwie Amorowicz).

— W skrócie: profesor Amorowicz. Będę z państwem miała seminarium z etyki relacji miłosnej i mam nadzieję, że za jakieś cztery lata z większością z państwa będę mogła się ponownie spotkać na seminarium magisterskim. Państwo lubicie rozmawiać o miłości, prawda?…

Cisza.

Z tyłu sali Irokezy żują gumę, ale patrzą w Amorowicz jak w słup soli. Miny mają niewybredne, jakieś takie — bezpłciowe.

Cisza.

W środku sali Jołmen gra w „Fuck this girl” — ostatni krzyk mody wśród androidowych gier, gdzie Antonio Banderas musi zaliczyć jak największą ilość transek w jak najkrótszym czasie i bez kasy na koncie.

Cisza.

Z przodu sali Lafirynda jeszcze się nie do końca umalowała w domu, bo teraz smyra taką mini miotłą pod rzęsą, nastraszając ją do górnych granic, jakby na znak, że Amorowicz prawi jakieś farmazony, a rzęsy się temu dziwią.

Głośno.

— Buahahahahahaha! Kurwa! Jebać GKS! Jebać GKS!…

— No proszę! Mówiłam tam pani z tyłu, żeby pani zamknęła to okno! — poderwała się nagle Amorowicz. — Proszę je zamknąć raz a dobrze! No przecież słyszą państwo, co się dzieje. Proszę spojrzeć: przy samej uczelni — gimnazjum sobie zrobili.

— Hehe… To gimba, psze pani.

— Słucham?! — pyta profesor.

— No gimba. Kolesie z lekcji zwiali i jarają, bo tu taki z dredami marychę popycha…

I nagle Amorowicz zrozumiała, że już od kilku dobrych lat gimbę to ona ma przecież na swojej auli: mogłaby równie dobrze uczyć, jak się maluje rzęsy i zalicza transki w „Fuck this girl”, a to stado baranów byłoby święcie przekonane, że to etyka relacji miłosnej, zaś do kolokwium trzeba znać podstawy makijażu i gry na androidzie.

Nie mogła się jednak poddać. Musiała nie tylko zachować pozory, ale dołożyć wszelkich starań, by tym młodym ludziom przemycić choć ułamek propedeutyki relacji międzyludzkich albo zmusić do choćby najpłytszej refleksji, nim tefałenowska propaganda zdezinformuje te ich zdredziałe kaski i te irokezowe pióropusze.

Amorowicz poczuła ukłucie w podbrzuszu i subtelnie przemieściła się w miejsce, gdzie katedra zasłoniła ją od stóp do ramion. Złapała obiema rękami za brzegi pulpitu — co sprawiło, że z uwagi na swój wzrost przypominała trochę kaczkę z rozpierzchniętymi skrzydłami — niezręcznie uśmiechnęła się do audytorium i świadoma, że nikt nie usłyszy, delikatnie wypuściła gazy z odbytnicy. „Żenujący jest ten fragment prozy” — rzekła w myślach Amorowicz. „Tej prozy życia” — dodała i choćby miała teraz zrzędzić sobie a muzom, zdecydowała się przemówić merytorycznie. Zdredziałe kaski, irokezowe pióropusze, Lafirynda i Jołmen — wszyscy jak jeden mąż wpatrywali się właśnie w pooraną zmarszczkami twarz sześćdziesięcioletniej profesor, a ta prawiła o największych w jej mniemaniu wartościach:

— Zapewne czytali państwo w liceum jeden z wierszy Alexandra Hausa pod tytułem „Pojęcia szlachetne”?

Jołmen chyba wrócił wzrokiem do „Fuck this girl”, a Lafirynda słuchała jak zaczarowana.

— Otóż w trzyczęściowym utworze, który widzicie państwo teraz na rzutniku…

POJĘCIA SZLACHETNE


Szacunek

Szacunek w związku

to nienakazywanie drugiemu

człowiekowi, by wpasował się w

globalne wzorce!

Jeśli przyjęło się go

z kurzą klatką,

to nie zmusza się go do tułaczki

na siłownię.


Współzależność

Z szacunku wyrasta

współzależność w związku.

Zdrowa współzależność!


Lojalność

Lojalność to dziś Śpiąca Królewna.

Obudzić ją może tylko… (?)

— Książę z Bajki?

[…] tylko… (?)

— Jezus Chrystus?

[…] tylko… (?)

— Pocałunek?

Szacunek! Prawdziwy szacunek,

do tego, którego się oswoiło!

…autor próbuje wywołać do tablicy trzy kluczowe pojęcia, na które powinno się zwrócić szczególną uwagę, jeśli pragniemy, by nasza relacja z drugim człowiekiem była udana, i jeśli marzymy o tym, by nasz partner pozostał z nami do samego końca… Musimy sobie przede wszystkim najpierw postawić pytanie, czym jest właściwie szacunek do naszego partnera, czym jest tak zwana współzależność w związku i czym jest albo czym powinna być lojalność… Proszę, może pani… — profesor wskazała dłonią na siedzącą w pierwszej ławce Lafiryndę, gdy ni stąd ni zowąd na auli rozległ się niebywale głośny dźwięk najnowszego samsunga galaxy w odsłonie jednego z najambitniejszych utworów muzycznych XXI wieku. Śpiewała znamienita polska śpiewaczka operowa, Kłoda Robaczywa, w utworze „Dwa grajki”.

Jeden z Irokezów podniósł się z krzesła i pomachał grającym samsungiem w kierunku katedry.

— Pani profesor, ja na chwilkę do toalety! — po czym przerwał gwałtownie koncert Robaczywej, przyłożył płaskie pudełko do ucha i zasłaniając nieudolnie ręką swój otwór gębowy, wykrzyczał: — Daj mi już spokój, kobieto! Nawet na wykładzie musisz do mnie dzwonić?! Nie wrócę do ciebie!… Czekaj, tylko wyjdę do kibla…

samsunga Jołmena wydobyło się w tym czasie głośne: „You’re a lucky man! Game over!”, okraszone jakimiś świstami, dzwonkami, skrzekami i muzyczką rodem z Dzikiego Zachodu, a zaraz potem młodzieniec z długą moszną obrócił się — niejako nafaszerowany ADHD — do jakiegoś ugrzecznionego chłopca, który siedział tuż za jego plecami, szturchnął go po bratersku i z wymalowanym na zębach szczenięcym uśmiechem, od ucha do ucha, szepnął:

— Kuźwa, stary, trzy i pół tysiąca punktów. Piąty etap, ziomek. Czaisz to?

I kiedy Amorowicz, doskonale już zaznajomiona z podobnymi występami, uparcie i konsekwentnie kontynuowała wykład, z każdym kwadransem zacne gremium studenckie (o jakże to uprzejme z ich strony, że raczyli oni zaszczycić Amorowicz swoim ciałem na wykładzie) oddawało się coraz bardziej własnym sprawunkom, zasypiało, wybudzało się, patrzyło, słuchało, myślało… (zaraz — myśleć, to na pewno nie myślało) — więc kiedy tak letargowało mniej lub bardziej samozachowawczo, do auli wrócił Irokez z toalety, usiadł w przedostatnim rzędzie, schował samsunga i nagle stało się coś, co wszystkim zmroziło krew w żyłach. Oto bowiem nad głową Irokeza ukazał się… księżyc w pełni…


Nim jeszcze księżyc w pełni ukazał się był nad głową Irokeza, profesor Amorowicz doświadczyła krępującej sytuacji. Podniecona bowiem niezmiernie swoim rutynowym akademickim występem, przechadzała się energicznie wzdłuż auli, gdy w pewnym momencie o mało się nie wywróciła, zahaczając o coś butem. O coś, co pierwsze zahaczyło o metalowy łącznik na schodkach wzdłuż audytorium i mogło stać się przyczyną tragedii.

— Proszę pani!… — zawołał wówczas młodzieniec o pięknych dłoniach, tuż po tym jak Amorowicz udało się jednak zachować twarz i spokojnie dotrzeć za katedrę. — Coś pani wypadło z kieszeni!… — Nieopierzony przystojniak, któremu na imię było Przecudowniś, nie zastanawiając się ani przez chwilę, natychmiast schylił się po zgubę, podniósł ją z ziemi i… nagle dało się zauważyć na jego twarzy taki grymas, jakby ktoś włożył mu do tej pięknej buzi całą główkę cytryny i wcale nie miał zamiaru wyciągać jej stamtąd szczypcami do kurczaków.


Student schodzi schodkami w dół auli i czuje, jak te jego piękne, anielskie paluszki ze smukłymi paznokciami trzymają coś obślizgłego. To coś ma chyba trochę taki zapach, jaki unosi się w domu jego babci z nad morza, gdy dziadek wraca z połowów. Niepojęte, co to może być. Woli się nawet temu nie przyglądać, jednak dziwi go fakt, że to coś o specyficznym zapachu jest dość twarde i szorstkie. Jakby zakrętka z butelki… Podchodzi do katedry i daje zgubę Amorowicz.

— A co to? — pyta zdziwiona Aniela. — To moje? — pyta jeszcze bardziej zdziwiona.

— Tak — odpowiada zawstydzony Przecudowniś i jego anielskie kwadratowe dłonie o smukłych paznokciach dotykają wyschniętej dłoni Amorowicz, kiedy ta — rozanielona na wskroś — w jednej chwili czerwieni się i uświadamia sobie, że teraz to ona trzyma w dłoni zakrętkę od dziurki na baterie do jej drżącego przyjaciela.

Rozdział 5

„Zatem, czy człowiek naprawdę może porzucić drugiego człowieka, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za czyn, którego się dopuścił, a następnie przejść do porządku dziennego nad swoją nieumiejętnością budowania związku i bezrefleksyjną zdolnością do rujnowania go, kiedy już pierwsza faza (zakochanie) zaczyna nieubłagalnie wkraczać w etap odpowiedzialności? Może trzeba nam jakiegoś arbitralnego (w pozytywnym znaczeniu) gremium mędrców, zdolnych orzekać o winie takiego człowieka i wymierzać mu sprawiedliwą karę? Czas najwyższy uświadomić w końcu młodym ludziom, że miłość nie jest zjawiskiem tranzytowym, a relacja z drugim człowiekiem to nie zabawa najnowszym modelem iPhone’a…” — profesor doczytywała właśnie końcówkę wczoraj spłodzonego felietonu, gdy srebrny poblask ziemskiego satelity wyłonił się znów niespodziewanie zza dębu w Smutnym Ogrodzie i kazał jej podejść do tarasowych drzwi. Doznała podobnego uczucia co wczoraj: otóż jeszcze bardziej potworny strach obleciał kobietę od stóp do głów i owładnęło nią przekonanie, że poza pracą naukową faktycznie zostało jej jeszcze coś, co koniecznie musi doprowadzić w swoim życiu do końca. To coś stawało się jednak coraz bardziej niepokojące, zaś Aniela Amorowicz, jak przystało na szanującą się panią profesor, za wszelką cenę musiała powstrzymać w sobie żądzę wymierzania sprawiedliwości. Przyjrzała się więc raz jeszcze krągłemu księżycowi, którego prawą krawędź poszarpał i zaorał znów stuletni dąb, po czym usiała przed sześćdziesięciocalową paletę LED, służącą do odtwarzania reklam i podprogowej indoktrynacji (tudzież do ubezwłasnowolniania mas i lansowania populistycznych haseł), po czym, dotknąwszy pilota, którego design przypominał obecnie smukły dżojstik do wibratora, włączyła peowskie media i… dzięki bogu akurat nie było żadnej reklamy!

Mimo iż wśród akademickiego gremium uchodziła za kobietę niebywale egzaltowaną, w tej chwili wolna od znudzonych spojrzeń studentów pierwszego roku, podrapała się wulgarnie w kroczu, poderwała kieckę i podwinąwszy pod siebie nogi, usiadła w fotelu przed cyfrową paletą. Skończyła czytać na poły wstawiona i jak zawsze w takich chwilach — nim jeszcze podprogowa fala tefałenowskiej dezinformacji zdążyła na moment zdestabilizować jej szare komórki — usłyszała monolog starej papugi, którą były mąż nie miał serca jej odbierać. „Skurwysyn! Przecież on w ogóle nie miał serca” — pomyślała Amorowicz, patrząc na to wredne ptaszysko.

— Amorrrowicz, Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Zostawił cię sto lat temu! Zostawił cię sto lat temu! Amorrrowicz, czyta durrrne felietony! Amorrrowicz, czyta durrrne felietony! Wibrrratorrr wsadza w cipsko! Wibrrratorrr wsadza w cipsko i nie umie wyjąć szczypcami do kurrrczaków! Szczypcami do kurrrczaków! Amorrrowicz, ty starrra krrrowo! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!

Profesor chwyciła znowu za płaski laczek i z impetem rzuciła nim w drucianą klatkę. Ptaszysko zaskrzeczało przeraźliwie i łomocząc skrzydłami, poturbowało się na własne życzenie.

— Zaraz ci ten wibrator do dupy wsadzę! — wrzasnęła kobieta, kiedy w Tefałenie podpierający się łokciem o stół cwaniakowaty pan podawał właśnie najświeższego newsa:

— Kolejny przypadek gwałtownego zgonu w tajemniczych okolicznościach. Tym razem, w godzinach porannych, na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, doszło między innymi do zatrzymania akcji serca u dziewiętnastoletniego studenta biorącego udział w wykładzie u słynnej profesor Anieli Amorowicz, prekursorki nauk o relacjach miłosnych. W ostatnich minutach wykładu młody student doznał gwałtownego paraliżu prawej strony ciała, oddał pod siebie kał, a następnie wyrzuciło go z ławki, w której siedział, na odległość kilku metrów, tarmosząc nim po ziemi tuż pod nogami prowadzącej wykład przy ambonie… przepraszam: przy katedrze. Śmierć nastąpiła najprawdopodobniej na skutek natychmiastowego pęknięcia czaszki i wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego. Obecne na auli osoby utrzymują, że tuż przed zdarzeniem ukazał im się księżyc w pełni nad głową młodego mężczyzny. Niepokoi fakt, że podobna sytuacja miała miejsce zaledwie dwadzieścia kilka godzin wcześniej, a dodatkowo na oczach dziesiątek ludzi, którzy widzieli nad głową ofiary światło do złudzenia przypominające księżyc. Świadkom udało się tym razem zarejestrować zdarzenie, jednakże na nagraniu nie widać, jakoby jakikolwiek księżyc zawisł uprzednio nad ofiarą. W tej chwili pokazujemy państwu materiał filmowy z miejsca tragedii. Uprzedzamy, że nagranie zawiera drastyczne sceny.

Amorowicz nie mogła na to po raz kolejny patrzeć. Zamknęła oczy i dopiła szybko resztę wina.

— Niewątpliwie, szanowni państwo, mamy tutaj niechybnie do czynienia z inwazją kosmitów z planety S. Pozwolę sobie wysunąć supozycję, iż najprawdopodobniej miał miejsce wybuch na planecie S, za który odpowiedzialność ponosi Federacja Rosyjska. Co do tego nie ma, drodzy państwo, żadnych wątpliwości — profesor patrzyła znowu w ledową platformę, gdy minister Antoni Dostojny wypowiadał się dostojnie przed kamerą.

— Irokez Asertywny, który dzisiejszego przedpołudnia poniósł tragiczną śmierć na auli Uniwersytetu Śląskiego, w kwietniu skończyłby dwadzieścia lat — ciągnął prezenter.

— Ta… Ale już nie skończy — spuentowała Aniela Amorowicz, kładąc butelkę po winie na podłodze. — Ten dzieciak powinien wisieć za napletek na trzepaku pod śmietnikiem! — dodała, wykonując głową nieskoordynowane ruchy, uprzednio beknąwszy swobodnie barytonem.

— To Wielki Barrrtek! To Wielki Barrrtek! Ten chuj moczy dźwignię w smarrrach!

— Ta… Strachu się dzisiaj najadłam i szok przeżyłam… Wielki Bartek. — W głowie Amorowicz szumiało, kręciło się, bujało; w jamie ustnej — śmierdziało.

Zasnęła.

— To Wielki Barrrtek! To Wielki Barrrtek! Idź do niego! Idź!

Rozdział 6

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.39