E-book
14.18
drukowana A5
52.14
Szczurzy Azyl

Bezpłatny fragment - Szczurzy Azyl


5
Objętość:
211 str.
ISBN:
978-83-8455-574-3
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 52.14

Kamil Jabłoński

Szczurzy Azyl


Wrocław 2026

Rozdział 1

Majowe promienie słońca rozgrzewały zatłoczony rynek. Jak w każdą sobotę przystało, tłumy przemieszczały się po tej handlowej i kipiącej życiem części miasta Ilter. Dzień po dniu szukają możliwości zakupu podstawowych artykułów jak i tych bardziej wykwintnych. Rennard, szczupły brązowowłosy młodzieniec stał oparty o jedną z latarni ustawionych obok głównego deptaka i przyglądał się motłochowi. Lewą dłonią próbował wygrzebać resztki monet z kieszeni swojego lekko podartego płaszcza.

— No cóż, trzeba zacząć — cicho powiedział do siebie patrząc na swoją dłoń, w której widniały tylko dwie monety.

Udał się w kierunku straganów, wtapiając się w chmarę ludzi chodzących między stoiskami. Jego brzuch zaczął nieprzyjemnie burczeć, przypominając mu, że od ostatniego posiłku minęło już całkiem sporo czasu. Przechodził obok straganu z owocami, który prowadziła kobieta w średnim wieku z młodym jasnowłosym chłoptasiem, zapewne jej synem. Liczne wózki, beczki, skrzynie wypełnione były różnymi owocami i warzywami, od pospolitych aczkolwiek dorodnych buraków, po egzotyczne żółte i pomarańczowe cytrusy. Niemniej nie stan i wygląd tych owoców przykuł uwagę Rennarda, ale stojąca przed tym stoiskiem grupa ludzi, przeglądająca wystawowy asortyment. Przecisnął się przez tłum, chcąc dostać się do skrzyń z zielonymi jabłkami, delikatnie lecz pewnie włożył dłoń do kieszeni płaszcza stojącego obok mężczyzny z krótką rudą bródką. Jego palce dotknęły czegoś gładkiego i okrągłego. Szybkim ruchem zacisnął to w palcach i wyciągnął monetę z kieszeni nic nieświadomego, mężczyzny, który bardziej był skupiony wertowaniem w owocach. Złodziejaszek podszedł do wystawowych skrzyń z jabłkami, wciskając się między starszą zgarbioną kobietę, a krępego, wysokiego faceta w średnim wieku.

— Proszę wybaczyć — rzekł do starszej kobiety, którą delikatnie szturchnął, aby podejść bliżej.

Starucha wydała z siebie jakiś ledwo zrozumiały bełkot, zapewne wyzwała go w jakiś typowy dla wiekowych ludzi sposób i wróciła do rozmowy z handlarką, prosząc ją o pół kilo ziemniaków. Masz szczęście, że kieszeń i torbę masz z drugiej strony, pomyślał złodziejaszek przyglądając się stojącym przed nim jabłkom, wziął po jednym w dłoń i zaczął im się przyglądać.

— A dla Ciebie co? — spytał jasnowłosy chłopak, który pomagał handlarce w prowadzeniu tego straganu, spoglądając na Rennarda.

— A potrzebowałbym kilka tych większych ogórków, tak za dwie Korony — pokazał stojące obok handlarza warzywa.

Sprzedawca obrócił się lekko w swoje lewo, biorąc w do garści cztery ogórki, tymczasem zadowolony kradziej, drugą ręką włożył sobie do kieszeni jedno, dorodne, zielone jabłko.

— Jabłko też chcesz? Pyta wyraźnie wynudzony i zniechęcony swoją pracą pomocnik handlarki.

— Nie, tylko się przyglądałem. Liche coś te jabłka — odłożył owoc do skrzyni. — Dwa dni temu za dwie korony daliście mi pięć ogórków — dodał spokojnym głosem.

— A dzisiaj są cztery, jak się nie podoba coś, to idź poszukaj sobie na innych straganach taniej — odpowiedział mu opryskliwie chłoptaś.

— Nie no, wezmę, dziękuję — Rennard zakończył niezbyt interesującą wymianę zdań, podając gnojowi dwie korony do dłoni.

No nic, jedno wystarczy, powiedział sobie w myślach, kierując się w stronę piekarni. Po drodze, przechodził obok mięsnego stoiska, z którego udało mu się całkiem sprawnie zakosić jedną laskę kiełbasy, korzystając z okazji, że grubszy sprzedawca tłumaczył coś równie obfitej kobiecie na temat wybitnego smaku wieprzowiny w połączeniu z papryką. Kawałek dalej stał duży wóz, otoczony licznymi skrzyniami, pudłami i gablotami. Wóz ten należał do znanego mieszkańcom goblina i jego małej świty. Co jakiś czas do Ilter przybywa ten niewysoki osobnik, sprzedając bardzo eleganckie i egzotyczne rzeczy z całego kontynentu. Damy mogą znaleźć tam cholernie drogie perfumy, wisiorki czy elementy garderoby. Męskich klientów zadowolić mogą pięknie zdobione i solidnie wykonane szable, katany, kusze czy też buty ze skóry zwierząt o których pojęciu większość ludzi nawet nie ma pojęcia. Zaglądają wyłącznie do niego ludzie bogaci, gdyż to co sprzedaje jest poza zasięgiem zwykłego mieszczanina. Kradzież również wydaje się karkołomnym zadaniem, oprócz trzech swoich prywatnych najemników, którzy przepędzają biedaków, jego spore stoisko zabezpiecza dodatkowo dwóch miejskich strażników. Również sam handlarz jak i jego cały gatunek jest z natury bardzo czujny i przebiegły, także kradzież nie wchodziła w grę. No chyba, że chce się w szybkim tempie pozbyć kończyny lub całego żywota. Rennard zerknął tylko w stronę tej wystawy, niewiele mógł zobaczyć przez odgradzających wóz strażników, zamożniejszych i elegancko ubranych klientów oraz całkiem spory tłum biedoty chcącej tylko zerknąć na coś na co nigdy sobie nie pozwolą. Puścił wyłącznie smętne spojrzenie i poszedł dalej.

Piekarnia do której dotarł, była bardziej pusta niż zazwyczaj. Stare półki nie uginały się już pod ciężarami bochenków, a w środku była tylko jedna kobieta, która właśnie kupowała pieczywo. Złodziejaszek stanął za nią, czekając na swoją kolej przy okazji przysłuchując się żaleniem kobity o tym, że jej synowie nie chcą już tak chętnie pomagać przy zwierzętach, gdyż w głowie mają tylko machanie kijami i psoty.

— Ćwierć bochenka dla mnie — powiedział znudzony jęczeniem staruchy złodziejaszek, która na szczęście kierowała się już ku wyjściu.

Piekarz odwrócił się, wziął bochen z półki, szybkim ruchem przekroił go długim nożem, nie świadomy, że w tym czasie, zapas jego bułek pomniejszył się o dwie sztuki. Znalazły się one w kieszeni płaszcza jego niezbyt uczciwego klienta. Wychodząc z piekarni, uprzednio dając piekarzowi swoją ostatnią koronę, Rennard zaczął zajadać się na przemian zdobyczną kiełbasą, chlebem i ogórasem. Następnym celem jego podróży była pobliska rzeka, przy której w ciszy od mieszczańskiego zgiełku i zbędnych pierdoleń ludzi, może usiąść pod drzewem. Usiąść i pomyśleć nad swoją egzystencją oraz pozazdrościć ludziom, którym los pozwolił mieszkać na wzniesieniu Ilter, z którego znad rzeczki ma dobry widok. W górnej części miasta, mieszkają ludzie szlachetnie urodzeni i wysoko postawieni. Ludzie, których problemem nie jest to, czy będą mieli co włożyć do garnka, lecz to, że służba ociąga się z podaniem im kolejnego posiłku. Ludzie, którzy mogą całymi dniami zatracać się w książkach, sztuce, przyjęciach i rozrywce, a nie tarzać się w gównie ze zwierzętami, czy tyrać w palącym słońcu na polu. Ta grupa ludzi, potocznie nazywana przez resztę Wysokimi od wielu, wielu lat jest enklawą, oddzielającą się od pospólstwa i zajmująca się swoimi sprawami. Owszem, spacerują oni często po miejscach po których i pospólstwo się włóczy, ale nie przykładają specjalnej uwagi do biedoty, a raczej traktują to jako dodatkową rozrywkę, polegającą na patrzeniu na innych co mają gorzej. Dużo gorzej. Jednakże społeczeństwo ich się lęka, gdyż większość z nich dysponuje siłami, które dla zwykłych szarych ludzi są nieosiągalne i niepojęte. Siłami, które pozwalają im w dłoni wykreować emanującą, barwną kulę, oświetlającą ich drogę. Potrafią też podczas marszu wysuszyć kałużę, byle tylko nie zamoczyć swoich drogich, skórzanych butów. Dysponują mocami, które ludzie nazywają potocznie magią bądź demonami. Licho wie, co dokładnie Ci ludzie jeszcze potrafią. O ile wciąż można ich nazywać jeszcze ludźmi… Kończąc pałaszować kiełbasę i ogórki, złodziejaszek kierował się w stronę wspomnianej rzeki, ale jego uwagę przykuło dosyć duże zgromadzenie ludzi, przy straganach kowala i sąsiedniego płatnerza. Uznał, że taka okazja nie może się zmarnować, gdyż ludzie, którzy tam oglądają te zacne oręże, tarcze czy hełmy często mają całkiem nieźle wypchane sakwy. Bądź w kieszeni dużo ciekawsze rzeczy niż garść drobniaków. Raz udało mu się nawet wyciągnąć srebrny pierścień, który sprzedał przejezdnym lichwiarzom, dzięki czemu jedzeniem i winem nie musiał się przejmować przez dobrych kilka dni. Ponownie wtapiając się w tłum, który oglądał pokaz kowala prezentujący swój wykuty miecz, Rennard wybrał ofiarę, której wzrok był aż wręcz zahipnotyzowany na rzemieślniku. Włożył rękę do kieszeni jego czarnego, długiego płaszcza. Dłoń posuwała się coraz niżej i niżej, aż nagle poczuł mocny ucisk na dłoni. Zerknął na mężczyznę, którego próbował okraść, a ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna ten, gdzieś koło trzydziestego piątego no może czterdziestego roku życia, z krótkimi kruczymi włosami i krótką czarną bródką, popatrzył na niego swoimi bystrymi, zielonymi oczyma i się uśmiechnął. Złodziej bardzo chciał wyrwać swoją dłoń z jego uścisku, ale było to daremne. Drugi facet, trochę wyższy z dłuższymi brązowymi włosami i piwnymi oczami stojący obok, również zerknął w jego stronę i podszedł bliżej. Złodziejaszek szybko znalazł się pomiędzy nimi, wiedząc, że w każdej chwili, jego ręka może widowiskowo znaleźć się w imadle kowala, żeby dostarczyć dodatkowych atrakcji gapiom.

— Zapraszam z nami, nie próbuj jakiś swoich innych sztuczek bo też nie wypalą, a efekt może być znacznie gorszy — powiedział ten, którego próbował okraść Rennard, zaciskając jeszcze bardziej swój uchwyt.

Udali się w kierunku bocznych, mniej uczęszczanych przez mieszkańców uliczek. Zmierzali do coraz węższych i mniej zadbanych przejść. Jeden mężczyzna, wyraźnie wstawiony, który wyszedł im naprzeciw, na ich widok od razu zawrócił. W pewnym momencie kieszonkowiec został pchnięty na kamienną ścianę jednego z domostw. Nieznajomi stanęli przed nim, jeden z nich wyciągnął długi sztylet.

— Wiesz co w tym mieście robi się z takimi jak ty? — zapytał ze spokojem mężczyzna z czarnymi włosami.

— Coś tam słyszałem — odpowiedział niepewnie lecz również niezbyt poważnie Rennard.

— Żartowniś, tak? — kontynuował nieznajomy i przeszukał kieszenie swojej ofiary. — Bieda doskwiera co? Głód też nie pomaga? Jakoś trzeba zaspokoić swoje prymitywne potrzeby?

— Nie miałem wyboru…

— To widzimy — przerwał mu ten drugi facet, zbliżając swój sztylet do jego twarzy. — Słuchaj, nie mamy na Ciebie wybitnie dużo czasu, ale chętnie udzielimy ci szybkiej lekcji. Zastanów się, czy to co robisz oraz w jaki sposób to robisz, jest dobrym rozwiązaniem, bo w przeciwnym razie — dodał i delikatnie lecz boleśnie przeciął policzek Rennarda sztyletem. — Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. Nawet nie jesteś świadomy, w jak dobrym nastroju dzisiaj jesteśmy i byle ochłap nam tego nie popsuje!

Mężczyźni zerknęli na siebie nawzajem, wymienili się spojrzeniami, a na ich twarzach pojawiły się delikatne uśmiechy.

— Nie bój się — zaczął mówić ten pierwszy. — Nie zabijemy Cię, ani nie uszkodzimy. Zbytnio…

W tej chwili przyparty do ściany oprych poczuł mocne uderzenie w brzuch, cholernie mocne. Osunął się po ścianie na glebę i skulił z bólu.

— Tylko nie leż za długo, żeby Ciebie nikt nie ogołocił — dodał drugi z oprawców, dobijając leżącego na ziemi złodziejaszka kopniakiem w ramię.

Jedyne co widział leżący na ziemi Rennard to były oddalające się kroki obu mężczyzn. Złodziejaszek zwijał się z bólu jeszcze dobre parę minut, w końcu udało mu się wyprostować i nabrać solidny wdech. Ciosy były zaskakująco bolesne. Rozejrzał się po uliczkach, które były kompletnie puste. Chwytając się za brzuch udał się ponownie nad rzeczkę. Nie przykładał w ogóle uwagi do tego co się działo obok niego, nie zerknął nawet na jedno stanowisko. Ból, który wciąż odczuwał był jedynym o czym myślał. Po paru minutach opuścił mury miasta i znalazł się przy rzeczce. Usiadł pod jedną z topoli i próbował ochłonąć i nabrać sił, ale wciąż wracały do niego myśli sprzed paru minut i jego krótkiej kary za próbę kradzieży. Sprawdził swoje kieszenie, w których znalazł jedno jabłko i kawałek niedojedzonego chleba. Podszedł nabrać sobie wody do sparciałego bukłaku. Mimo iż wciąż bolał go brzuch po ciosie tego faceta, którego próbował okraść, głód też robił swoje, więc przełamał się i zaczął jeść wszystko co tylko miał. Po kilkunastu minutach siedzenia połączonego z bolesną konsumpcją, napełnił jeszcze raz bukłak i uznał, że najwyższa pora wracać do domu, tym bardziej, że zaczynało się już się ściemniać. Ponownie szedł przez rynek, gdzie sprzedawcy już zamykali powoli swoje stanowiska, ludzi również było już znacznie mniej niż wcześniej. Kierował się w stronę domu swojego wuja, gdzie miał nieprzyjemność mieszkać. Rodzice złodziejaszka zaginęli bez wieści, gdy miał piętnaście lat. Byli drobnymi handlarzami, sprzedawali dosłownie wszystko co mogli, od ziół i warzyw po wątpliwej jakości tkaniny i odzież. Pewnego dnia udali się z asortymentem na wschód do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasta Varloz, niestety już nie wrócili. Wedle informacji, które dostał od swojego wuja, kilka tygodni po ich wyjeździe, zostali prawdopodobnie napadnięci i zabici. Ciał nie odnaleziono. Przez wiele dni Rennard nie wierzył w słowa zapijaczonego wuja, ale z każdym kolejnym dniem, kiedy jego rodzice nie wracali, dochodziło do niego, że to może być jednak prawda. Bardzo nie chciał wierzyć w śmierć rodziców mimo iż coraz częściej słyszał od ludzi, że jego rodzice zostali napadnięci na szlaku i zamordowani. Mieszka od tamtej pory z bratem swojego ojca — Tilo, zasranym pijakiem, który sprzedał dom jego rodziców. Wuj nie przykładał zbytnio uwagi do bratanka, zdarzały się sytuacje, że młody nie miał co jeść, jednak nie przeszkadzało to Tilo w regularnym zachlewaniu mordy i uciechach z tanimi kurwami. Dosyć szybko roztrwonił pieniądze ze sprzedaży domu swojego brata, których zresztą nie było jakoś wybitnie dużo.

Rennard szedł w kierunku biedniejszej okolicy, gdzie kamienne i solidne domy, zamieniały się w drewniane chaty, wozy bez kół i namioty. Zbliżając się do chaty wuja, rozmyślał jak jutro będzie wyglądał jego dzień. Może pomoże swojemu sąsiadowi w nie do końca uczciwych, aczkolwiek mniej ryzykownych robotach. W jakiś sposób trzeba będzie pozyskać parę miedziaków, a po ostatnim zajściu odczuwa niepokój przed grzebaniem ludziom po kieszeniach. Wcześniej w sumie nie został nakryty. Mimo iż od paru lat, regularnie okrada przechodniów czy sklepy nie zdarzyło się, że ktoś by go tak perfidnie przyłapał. Nieskromnie nawet twierdził, że jest w tym całkiem niezły. Przechodząc obok starego i drewnianego domu, zauważył znajomą twarz. Była to Jana, chuda, jasnowłosa dziewczyna w zbliżonym do niego wieku, która mieszkała niedaleko. Widywał ją dużo częściej jak byli młodsi, często razem bawili się i rozrabiali z rówieśnikami. Teraz dziewczyna zajmuje się pomocą u karczmarza i próbuje wyżywić jakoś swoje dziecko. Ucięli sobie pogawędkę o tym jak się im żyje, Jana opowiadała o tym, że ma nadzieję, że jej mąż, który pracuje w tartaku, dostanie obiecywane dodatkowe korony za swoją ciężką pracę. Padły również nostalgiczne wspomnienia dzieciństwa. Rennard był znacznie mniej wylewny od swojej rozmówczyni, głównie przytakiwał, albo odpowiadał ogółami. Gdy ich rozmowa dobiegła końca, dziewczyna wróciła do swojego domu, a wymęczony oprych kontynuował podróż do domu wuja. Z przyzwyczajenia oglądał się za siebie i na boki, w tej okolicy lepiej mieć oczy dookoła głowy, przebywają tu osobniki dużo gorsze niż drobny kieszonkowiec. Nagle jego wzrok przykuła trójka mężczyzn, których dostrzegł po swojej prawej stronie. Rozmawiali przy małym, zaniedbanym, drewnianym domku przed którym stało kilka beczek. Mężczyźni wydawali mu się dziwnie znajomi. Podszedł trochę bliżej, wytężył wzrok i serce zaczęło mu trochę szybciej bić. Z dwojgiem z tych gości miał okazję odbyć jakiś czas temu, krótką i bolesną pogawędkę, zakończoną mocny ciosem w brzuch. Zakradł się bliżej, za sąsiedni dom, żeby mieć pewność, że to na pewno oni. Podchodząc bliżej, miał już pewność. Te same czarne długie płaszcze, te same sylwetki i jak mu się wydawało, te same mordy. Ciemność trochę utrudniała zadanie, ale po chwili miał już pewność. Obserwował ich, ale po paru minutach, towarzystwo się rozdzieliło i znana mu wcześniej dwójka mężczyzn poszła w jedną stronę, a ten trzeci w drugą. Nic nie jest w stanie tego wyjaśnić, ale Rennard poczuł olbrzymią potrzebę dowiedzenia się kim są Ci dwaj i co oni tutaj w ogóle robią. Nigdy wcześniej ich chyba nie widział ani na mieście, ani tym bardziej w tej okolicy. Aczkolwiek w Ilter żyje kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a może i nawet ponad sto tysięcy, więc nie wszystkich idzie skojarzyć. Postanowił skradać się za nimi, oczywiście robił to ze stosownym dystansem, regularnie kryjąc się za przydrożnymi domami. Jego nowi znajomi, przemieszczali się w kierunku granicy tej ubogiej dzielnicy i wchodzili już w bardziej zadbaną i bezpieczniejszą część miasta, już nie tak oddaloną od rynku. Oczywiście regularnie odwracali się za siebie, co było normalnym zachowaniem w tych stronach o tej porze. W końcu doszli do niewielkiego, parterowego kamiennego domu, niczym nie wyróżniającym się od innych stojących w okolicy. Zatrzymali się przed nim, chyba kończyli jeszcze jakąś rozmowę i weszli. Po chwili Rennard podszedł bliżej, nie dostrzegł żadnego światła od świecy w oknie. Minęła dłuższa chwila, a w tym domu wciąż było ciemno. Czyżby poszli od razu spać? Pomyślał. Podszedł jeszcze bliżej. Ciekawość nie dawała mu spokoju, wiedział, że to co robi jest kompletnie bezsensu i nic mu to konkretnie nie da, ale chciał zobaczyć cokolwiek co pozwoli mu dowiedzieć się czegoś o tych facetach. Obejrzał się dokładnie po uliczkach, przewinął się tylko jakiś mężczyzna, który zapewne kierował się do swojego domu, a oprócz niego ulice te wypełniał wyłącznie majowy, lekki wiaterek. Podszedł pod dom, do którego weszli śledzeni przez niego nieznajomi. Zakradł się pod malutkie okno, i delikatnie wychylił. Nic nie widział, było kompletnie ciemno. Dostrzegł tylko zarysy jakiegoś stołu i innych mebli. Nic szczególnego i nic co mogłoby w jakimś większym stopniu zaspokoić jego niezrozumiałą ciekawość. Przyglądał się jeszcze chwilę, aż nagle poczuł olbrzymi ból z tyłu głowy, a wszystko stało się jeszcze ciemniejsze…

Rozdział 2

Powieki Rennarda z trudem się podniosły, wszystko wokół niego było bardzo rozmazane, jednakże z każdą chwilą łapał coraz więcej ostrości. Dostrzegał skupiska światła i zarysy przypominające ludzkie postury. W głowie cholernie mu szumiało, ale wyłapywał też w tym męskie głosy. Zorientował się, że leży gdzieś na ziemi, a ręce, którymi miał wielką nadzieję złapać się za bolącą głowę ma związane za swoimi plecami.

— O proszę, obudził się w końcu — oznajmił ktoś donośnie.

Młodzieniec zaczął powoli dochodzić do siebie. Był świadomy, że w tym pomieszczeniu jest znacznie więcej osób.

— Nie wypada, żeby nasz gość tak leżał na tej zimnej podłodze, posadźcie go — usłyszał głos zza swoich pleców i po krótkiej chwili poczuł, jak dwóch osobników wzięło go pod ręce i rzuciło niedbale na twarde, drewniane krzesło. Czuł olbrzymi ból z tyłu głowy, ręce też nie były w najlepszej kondycji, zapewne za sprawą sznura którym były związane. Ciężko stwierdzić jak długo leżał tak na ziemi…

— Przyjacielu wstajemy, szkoda marnować tak piękną i ciepłą noc — powiedział jakiś facet stojący przed nim, zwieńczając to solidnym plaskaczem w prawy policzek Rennarda.

Trzeba jednak przyznać, że ożywiło to trochę złodziejaszka. Podniósł głowę, a szum w uszach był już znacznie mniejszy, wzrok stał się wyraźniejszy i w końcu mógł w lepszym stopniu zobaczyć w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Usadzony na krześle, ze związanymi dłońmi, a przed nim stoi sześcioro mężczyzn, pomyłka, pięcioro mężczyzn i ewidentnie jedna kobieta. Wszyscy mieli wzrok skierowany wyłącznie na niego, co nie sprawiało, że ta sytuacja była bardziej komfortowa. O ile w ogóle mogłaby taka być…

— Coś taki skromny? Nie bój się, lubimy słuchać naszych gości, nawet tych nieproszonych — ponownie usłyszał głos tego faceta od plaskacza.

— Nie… nie zabijajcie mnie, proszę — z trudem wykrztusił z siebie związany młodzieniec.

Gdzieś ktoś się zaśmiał, a przed Rennardem stanął inny mężczyzna, troszkę się nad nim nachylił i zaczął mu się przyglądać.

— Chyba nie myślisz — powiedział spokojnie. — Że, gdybyśmy chcieli Ciebie zabić to byśmy czekali aż się tu obudzisz? To było by pojebane przecież, nie uważasz?

Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmieszek. Już gdzieś widział ten uśmieszek. No tak, to przecież on, pomyślał i przypomniał sobie, o sytuacji, kiedy został przyłapany przez nieznajomego na grzebaniu mu w kieszeni.

— No spokojnie — kontynuował mówca. — Nie zrobimy Ci nic złego, no chyba, że niestety nas do tego zmusisz. Chcemy tylko porozmawiać. Może nam powiesz coś ciekawego przy okazji?

W tym momencie mężczyzna stojący przed nim wyprostował się, poszedł po drugie krzesło i postawił je z pół metra od swojego związanego gościa.

— Zrobić takie dwie głupoty w tak krótkim czasie, nie powiem imponujący wynik. Ale i może nasza lekcja nie była zbyt skuteczna — kontynuował oprawca. — Dobra, skończmy to pierdolenie, po co za nami szedłeś? Ktoś Ciebie na Nas nasłał?

Rennarda w tym wszystkim chyba najbardziej przerażał spokojny ton mówcy. Spokój, który wskazywał na kompletne panowanie nad sytuacją, co w sumie akurat miało miejsce. Związany, otoczony sześciorgiem nieznanych mu ludzi i wciąż lekko otumaniony złodziej, wiedział, że w tym momencie jedyne co może zrobić, to pod siebie.

— Naprawdę… to no… nie potrafię tego wyjaśnić…

— Może liczyłeś na jakąś pomstę? — zapytał siedzący przed nim mężczyzna. — Czułeś, że twój honor musi zostać uratowany? A może uznałeś, że jednak dasz radę nas okraść, co?

— Nie miałem zamiaru się na Was mścić, zresztą co sam bym Wam zrobił — odpowiedział troszkę pewniej Rennard. — Naprawdę ja… nie potrafię tego wyjaśnić. Zauważyłem Was przypadkiem jak wracałem do…

— Powiedz mi, jak długo tak żyjesz?

— W sensie jak?

— Okradając innych.

— Z siedem lat…

— Regularnie widuję jak okrada biednego piekarza — usłyszał damski głos. — Zresztą nie tylko jego.

Młody Rennard nie do końca wiedział jak ma interpretować sytuację w której się znalazł. Tym bardziej nie wiedział, co będzie z nim dalej. Zabiją go w końcu czy nie? Czy może trafił na jakąś zbieraninę przyzwoitych ludzi, który zacznie się nad nim znęcać za jego wszelkie nieprawe występki. Niepokój coraz mocniej mu doskwierał.

— A więc złodziej — kontynuował dalej siedzący przed nim mężczyzna. — W dodatku, bardzo ciekawski złodziej. Jest jakiś sensowny powód, dla którego jednak nie powinniśmy Ciebie zabić?

— Kim wy jesteście? — spytał związany gość.

— A może ty nam się przedstawisz? To, że jesteś złodziejem, to już wiemy, ale imieniem wciąż się nam nie pochwaliłeś?

— Jestem Rennard — odrzekł niepewnie.

— O widzisz, tak lepiej. Dobrze, słuchaj Renny, pozwolisz, że tak będę się do Ciebie zwracał? — zapytał kompletnie ironicznie. — Trochę nam twoja obecność tutaj, krzyżuje plany, ale nie bardzo wiem co mógłbym z Tobą zrobić. Nie jesteśmy mordercami lecz drugiej strony za dużo już niestety widziałeś…

— Większość czasu to jednak oczy miałem zamknięte — przerwał mu złodziej.

Mężczyzna ponownie się uśmiechnął, podszedł do całkiem obficie zastawionego stołu i nalał sobie wina do kielicha. Wina i to nie byle jakiego! Trunek opisany „Winnica Merlana” jest dobrze rozpoznawany i zawsze kojarzony z dobrobytem.

— Gdzie moje maniery, nasz gość zapewne jest również spragniony — powiedział rozczarowanym głosem „gospodarz”, nalał trochę wina do drugiego kielicha i podsunął Rennardowi do ust, delikatnie przechylając. Ten, wziął solidnego łyka. Nigdy wcześniej nie kosztował tego wina, jest bardzo drogie i niestety nie stoi na ladzie u pierwszych lepszych handlarzy, których ogałaca łotrzyk. Nie do końca rozumiał, gdzie się znajduje, wyglądało to na jakąś kompletną norę, w dodatku bez okien, zapewne piwnica, pomyślał. Mimo iż pomieszczenie wskazywało zwykłą ruderę, to obficie zastawiony stół, drogie wina, czy dębowe skrzynie z brązowymi zamkami trochę z tym kontrastowały.

— To pozwolisz Panie — zaczął złodziejaszek. — Że spytam jeszcze raz, kim jesteś ty i twoi przyjaciele?

— Powiedzmy — wtrącił inny mężczyzna, podchodząc bliżej niezapraszanego gościa. — Że jesteśmy… lepszą wersją Ciebie. Czy taka odpowiedź jest dla Ciebie satysfakcjonująca?

— Nie bardzo rozumiem…

— Zastanów się — wtrącił ten, który poczęstował go winem. — Ile razy zostałeś przyłapany na kradzieży przez te kilka lat.

— Może na początku z raz czy dwa, ale to jeszcze byłem młodym gnojem…

— Nie żebyś nadal nim nie był — przerwał mu nieznajomy. — Lecz chyba zaczynasz już łączyć fakty? No chyba, że jesteś jednym z tych, no wiesz, którym główka wolno mieli.

Złodziej, rzeczywiście zaczynał rozumieć. Nie przyłapałby go na kradzieży byle kto. Ten ktoś musiał być albo bardzo czujny, albo po prostu sam mieć do tego smykałkę. Zaczął również rozumieć, że to nie poprawia jego sytuacji, bo najzwyczajniej znalazł się w norze zamieszkałej przez jakiś szemranych ludzi.

— Co ze mną zrobicie? — spytał Rennard. — Zabijecie mnie?

— O, to będzie zależało wyłącznie od Ciebie — oprawca nalał sobie kolejny kielich wina Merlana. — Nie jesteśmy mordercami, ale z drugiej strony jak już słyszałeś, za dużo widziałeś i za dużo wiesz.

— Jak to zależy ode mnie? — zapytał wciąż związany gość.

— Słuchaj, trochę o tobie wiemy. Wiemy czym się zajmujesz, gdzie żyjesz, z kim żyjesz, gdzie kradniesz, generalnie bardzo dużo wiemy o tym mieście. Te nasze pytanie o twoją tożsamość było wyłącznie kontrolne. Nie uważasz, że mógłbyś sobie pozwolić na coś lepszego niż kradzież jabłek, czy tam wyciąganie paru monet staruchom z kieszeni?

— Co ty robisz? — wtrącił się jakiś wysoki facet. — Nie mamy na niego czasu, a ty się nad nim tak rozczulasz. Może jeszcze go weźmiemy ze sobą?

— To w sumie nie jest taki głupi pomysł — odpowiedział mu z uśmiechem „gospodarz”. — Czy już zapomnieliście — zwrócił się donośnie w kierunku reszty swoich towarzyszy — jak wy zaczynaliście? Każdy z Was dołączył tutaj z ulicy i każdy z Was tutaj wszystkiego się nauczył i wszystko osiągnął tutaj. Właśnie dla takich ludzi funkcjonujemy i właśnie takim ludziom proponujemy polepszenie ich nędznego żywota. Nie bądźcie aż tacy samolubni i uprzedzeni, każdego z Was życie strawiło i wysrało. Czemu on miałby nie dostać tej szansy? Widać chłopak jest zdeterminowany, albo głupi, to się jeszcze okaże. Przypomina mi… a z resztą, ktoś kwestionuje moje słowa? Przypominam, że ja tu dowodzę!

Zapadła cisza, a mężczyzna który jeszcze całkiem niedawno powalił Rennarda uderzeniem w brzuch, wstał z krzesła i podszedł do niego bliżej, spoglądając na niego swoimi bystrymi zielonymi oczami.

— Wiesz czas nas trochę pogania, a ty jesteś w tym momencie trochę zbędny. Zbędny, ale może nie całkiem bezużyteczny. Słuchaj uważnie to co teraz Ci powiem bo to ważne. Opowiem Ci jak wygląda Twoja sytuacja, a ty sam ocenisz jak rozwiążemy ten problem. Chyba rozumiesz, że trafiłeś na nieodpowiednich ludzi i znalazłeś się w kiepskiej sytuacji? Ale mam dla Ciebie dwa rozwiązania tego incydentu. Pierwsze i najkrótsze, no to, że jednak Cię zabijemy. Drugie rozwiązanie, uważam osobiście za bardziej interesujące, pozwolę Tobie na poprawienie twojego żenującego życia.

Związany złodziej poczuł jak jego serce zaczęło dużo szybciej bić, a na jego twarzy pojawiły się drobne kropelki potu. Sytuacja z każdą chwilą była dla niego coraz bardziej stresująca i przerażająca.

— Co dokładnie masz na myśli? Z tą poprawą życia — spytał bardzo zaniepokojonym głosem Rennard.

— Widzę, że bardziej interesuje Cię moja druga propozycja, bardzo rozsądnie — poklepał złodziejaszka po włosach. — Chyba nie chcesz do końca życia, albo przynajmniej do momentu, aż ktoś ci w końcu utnie te łapy za kradzieże, wertować po sakwach biedakom czy kraść kiełbasę ze straganów? Nie uważasz, że jesteś w stanie zrobić coś, hm bardziej ambitnego? Dziś powiedzmy natrafiła Ci się niepowtarzalna okazja na to, żeby w końcu zrobić coś bardziej wymagającego i zarazem opłacalnego niż okradanie naszego poczciwego piekarza. Jak sam wspomniałeś jakieś doświadczenie już masz, wiec na pewno będzie Ci trochę łatwiej.

— Kim wy jesteście? Jakieś bractwo honorowych złodziei? Jakaś cholerna sekta czy co?

— Jak wspomnieliśmy wcześniej, jesteśmy lepszą wersją Ciebie, tyle na razie Ci wystarczy. Więc rozumiem, że się zgadzasz na to, żebyśmy Ci pomogli?

— Drugim rozwiązaniem jest moja śmierć?

— Zgadza się.

— W takim razie chyba przystanę na to rozwiązanie, gdzie jednak jeszcze trochę sobie pożyję — odpowiedział związany opryszek. — Czego ode mnie chcecie?

Mężczyzna którego kilka godzin temu próbował okraść Rennard, dolał sobie wina do kielicha, wziął solidne dwa łyki trunku i odpowiedział spokojnym głosem:

— Wybieramy się niebawem na małą wycieczkę, a ty nam pomożesz. Jak zrobisz wszystko to co Ci będziemy mówić to przeżyjesz. Tylko od razu zaznaczę, będziemy mieć na Ciebie oko, zwłaszcza ja. Także nie próbuj robić jakiś głupot, bo myślę, że moi przyjaciele bez większych skrupułów chętnie sobie poćwiczą wbijanie sztyletów na Tobie. Ucieczka — dodał wyciągając swój sztylet. — Też nie będzie najlepszym rozwiązaniem.

Ktoś z obecnych w piwnicy przeciął sznur, którym Rennard miał związane ręce. Główny mówca zaczął wymieniać parę uwag z dwojgiem swoich kompanów.

— Dajcie mu jakaś czarną szatę — powiedział „gospodarz” jak to zaczął myśleć o nim złodziejaszek. — Te jego łachmany za bardzo się rzucają w oczy.

Jedyna w grupie kobieta wręczyła Renemu długi, czarny płaszcz z kapturem. Mimo iż zapewne wiekowy, był w całkiem dobrym stanie.

— Dobra młody, musimy zasłonić Tobie oczy, chyba, że zamiast opaski wolisz, żeby nasz kolega ponownie zdzielił Cię pałką w łeb?

Ktoś założył wciąż nieco zdezorientowanemu złodziejaszkowi opaskę na oczy, gdzieś usłyszał, żeby podał swoją rękę i czuł jak się przemieszcza. Wpierw doszli do drabiny, potem szli po kamiennej drodze. Każdemu krokowi towarzyszyło silne, męskie szarpnięcie. Szli jeszcze tak z dobre kilka minut, regularnie skręcając to w lewo to w prawo. Dwa razy został całkowicie obrócony wokół swojej osi, także w żadnym stopniu nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić gdzie i jak szli. W końcu doczekał się ściągnięcia opaski i po chwili zorientował się, że znajduje w podgrodziu Ilter. Znał te rejony całkiem nieźle, zamieszkiwane głównie przez farmerów i biedaków, ale jest też kilka bardziej dostojnych posiadłości i właśnie niedaleko jednej z nich stali. Za dwu metrowym murkiem stał ładny piętrowy pałacyk z dużym ogrodem. Zbiorowisko stało z bocznej strony tej posiadłości, parę kroków od odgradzającego ją muru. Renny zauważył również, że jest ich znaczniej mniej, bo oprócz mężczyzny którego kilka godzin temu próbował okraść, było jeszcze dwóch nieznajomych.

— Dobra, ja pójdę z naszym nieproszonym gościem tędy, wy wejdźcie od północnej strony. Sprawdźcie tereny za domem, my przeszukamy przedni ogród i stajnię. Widzimy się potem w ustalonym miejscu.

Mężczyźni kiwnęli głowami potwierdzając, że przyjęli wszystko do wiadomości i udali się chaszczami w stronę północnej części muru.

— Dobra Rennard, teraz udowodnisz czy się do czegoś nadasz. W skrócie powiem tyle, że gospodarzy nie ma, pozostała tylko nieliczna służba, która zapewne jest już zalana w trupa. Musimy sprawdzić ten ogród i stajnię i znaleźć niewielki pakunek. Jego zawartość jest dla Ciebie kompletnie nieistotna. Sprawdzimy wpierw ogrody, a jakbyśmy tam tego nie znaleźli, udamy się w kierunku stajni. Do pałacyku nie wchodzimy i przede wszystkim, nie rób hałasu i nie daj się zauważyć. Najlepiej to trzymaj się blisko mnie i rób to co Ci mówię, jasne?

— Wydaje mi się, że tak — odparł Renny.

— Świetnie, to co, wspinaj się na mur i jak przejdziesz, schowaj się za którymś z drzew.

Rennard zrobił lekki rozbieg i odbił się jedną nogą od muru, jego dłonie złapały się górnej części zapory, podciągnął się najszybciej jak tylko potrafił i znalazł się na murze. Równie szybko, opuścił się z niego i przykleił się do najbliższego drzewa. Jego towarzysz, chwilę po nim również znalazł się za sąsiednim drzewem. Następnie zakradali się za kolejnymi roślinami, aż znaleźli się niedaleko małego, białego posążku przedstawiającym jakiegoś małego gnojka z piórem trzymanym w lewej dłoni. Posążek niestety stał całkiem na widoku i podejście do niego mogłoby zostać łatwo zauważone.

— Słuchaj — powiedział szeptem „gospodarz”. — Podejdę do tego posążka i będę musiał coś przy nim sprawdzić, jeżeli ktoś wyjdzie z pałacu, bądź pojawi się w tych oknach — wskazał palcem na obszar czterech najbliższych okien. — Przełam szybko ten patyczek, na pewno to usłyszę — dokończył i wręczył złodziejaszkowi, krótki czarny patyk z rodzaju drewna, którego młodzieniec wcześniej raczej nie spotkał.

Jego kompan, szybkimi lecz bezszelestnymi ruchami znalazł się przy posążku, przyczepił się do jego kolumny i zaczął ją obmacywać. Próbował coś podważyć sztyletem, ale bezskutecznie. Po niecałej minucie, wrócił do Rennarda, i oznajmił, że tam tego nie ma i muszą się udać do kolejnego posążka, który znajduje się przy stajni. Wrócili tym samym szlakiem drzew, którym szli do pierwszego miejsca, sprawnie przebiegli przez nieosłonione miejsce przy bramie wjazdowej i kontynuując spacer za roślinami ogrodowymi znaleźli się niedaleko stajni co ewidentnie było czuć. Młody opryszek szedł jak cień za swoim przewodnikiem, starając się zachować przy tym jak najwięcej uwagi i jak najmniej hałasu. A przede wszystkim niczym nie narazić się na jego gniew. W pewnym momencie stojący przed nim towarzysz podniósł rękę i skulił się jeszcze bardziej za drzewkiem. Rennard również, kucnął i obserwował co się dzieje. Zza rosnących przed drzewami krzewów, dostrzegł obrys jakiejś postaci przemieszczającej się chwiejnym krokiem w stronę stajni.

— Musimy chwilę poczekać — szepnął.

Po jakimś czasie ze stajni wyszła ta osoba, która okazała się po prostu pijanym członkiem służby. Podeszli jeszcze parę kroków bliżej, nieustannie będąc schowani za wszelkimi rosnącymi po drodze krzaczorami i drzewkami. W końcu się zatrzymali przy ostatnim drzewie, gdzie dalej zaczynała się wydeptana, ziemista dróżka na środku której stała studnia. Towarzysz Rennarda, szybkim ruchem wyskoczył zza drzewa, podbiegł skulony te parę kroków i przykleił się do dolnej, kamiennej części studni. Zrobił również miejsce dla swojego kompana, co było ewidentnym znakiem tego, żeby złodziejaszek powtórzył jego ruchy. Młodzieniec równie sprawnie znalazł się za studnią i oczekiwał na dalsze polecenie.

— Wysuń się delikatnie zza studnie — pokazał palcem do góry. — Lekko po twojej lewej stronie, ze trzy kroki od nas jest kolejny biały posążek. Ta sama procedura, obserwuj uważnie, a gdy tylko kogoś lub coś zobaczysz, złam ten patyczek. Masz go jeszcze co?

Rennard wyciągnął go z kieszeni, jego towarzysz przytaknął, zerknął zza studni czy nikogo nie ma i sprawnie zakradł się za posążek. Młodzieniec z delikatnie wysuniętą głową ponad kamienna zabudowę studni obserwował teren i swojego współpracownika. Nagle ze stajni, która stała parę kroków od posążku wyszła jakaś kobieta. Złodziejaszek szybko schował głowę, złamał patyczek i wychylił się delikatnie z prawej części studni. Zobaczył jak „gospodarz” kuca bezruchu za posążkiem i patrzy na niego. Ten wysunął się jeszcze bardziej i był w stanie zauważyć jak kobieta idzie dalej z jakimś wiadrem. Pokazał kciukiem swojemu towarzyszowi, że jest już bezpiecznie, ten osobiście zerknął jeszcze i wrócił do podważania części kolumny swoim sztyletem. Renny zauważył, że jego towarzyszowi udało się jakby otworzyć kolumnę posążku i coś z niej wyciąga. Włożył ponownie część kolumny na swoje miejsce, poczekał na sygnał od swojego młodszego kompana, że jest czysto i wrócił za studnie.

— Dobra, mam to co trzeba, chodź za mną. Wyjdziemy bocznym wejściem.

Chowając się za stajnią, szli w kierunku wschodniej części posiadłości, później znowu ukryli się za drzewami i znaleźli się przy niewielkiej bramie, która wyraźnie była przeznaczona dla wyjeżdżających stąd. Jeszcze tylko parę spojrzeń, czy na pewno nikogo za nimi nie ma, „gospodarz” również wychylił się delikatnie zza krat bramy, żeby zobaczyć czy teren za nią jest czysty i oboje przeszli przez nią, opuszczając teren pałacyku. Skręcili w stronę dróżki prowadzącej do Ilter i szli w kompletnej ciszy. Będąc przy wysokim dębie na uboczu drogi, zatrzymali się i bardziej doświadczony złodziej powiedział, że poczekają tu chwilę na pozostałych.

— Masz ze sobą ten patyk?

— Tak — Rennard wyciągnął z kieszeni przełamany na dwie części patyczek.

Jego towarzysz wziął go od niego, wbił w ziemie i zakopał, uśmiechając się do Rengo.

— Lepiej, żeby nikt go nie widział tutaj.

Stali w krępującej ciszy jeszcze parę minut, aż na dróżce pojawiły się dwie postaci, które później okazały się dwójką członków bandy, która miała się udać do północnej części pałacu. Złodzieje wymienili ze sobą parę zdań, zerkając sporadycznie na młodzieńca.

— Cóż, na dzisiaj to by było tyle, mamy to co mieliśmy zdobyć. Nie spierdoliłeś nic, więc, nawet coś ode mnie dostaniesz.

Mężczyzn podszedł do Rennarda i dał mu sakiewkę w której było kilkanaście koron.

— Teraz się rozdzielimy i ty pójdziesz tą drogą — wskazał na drogę z której przyszła przed chwilą dwójka jego współpracowników. — A my tamtą. Dojdziesz do podgrodzi, lepiej tam się prześpij w karczmie i nad ranem wejdź do Ilter. Mam też dla Ciebie propozycję. Przyjdź jutro do Karczmy Josfela, wiesz gdzie to? Chciałbym zamienić z Tobą parę słów i przedstawić Ci moją skromną ofertę na poprawę twojego nędznego życia. A te parę koron potraktuj jako niewielki przedsmak tego, co możesz zarobić. To byłoby na tyle, a i oddaj płaszcz.

— Poczekaj, zdradzisz mi chociaż swoje imię?

— Na to przyjdzie czas, bądź jutro w południe, tam gdzie mówiłem — odparł mu mężczyzna w kruczych włosach i wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach. Rennard zgodnie z tym co mu zostało przekazane kierował się do jedynej karczmy w podgrodziu, gdzie przed snem gulnął trochę taniego piwa i zjadł kawałek kurczaka z ziemniakami, a i jeszcze trochę miedziaków mu zostało w kieszeni. Rozmyślał czy mimo takiego obrotu zdarzeń, trafiła mu się wyśmienita okazja na wstąpienie i zarobienie porządnej kwoty w świecie złodziei i oszustów, czy może został właśnie wplątany w jakieś brudy z których już żywy się nie wywinie.

Rozdział 3

Noc minęła bardzo niespokojnie. Pomijając niewygodne łoże w taniej karczmie, głównym problemem było jego rozmyślanie do późnych godzin o tym, czy to co zaczął robić złodziejaszek jest dobrym rozwiązaniem. Kim są w ogóle Ci ludzie? Nie znał imienia nawet jednego z nich. Dla kogo oni pracują? Jak duża jest szansa, że z którejś akcji nie wróci żywy? Takie pytania dręczyły go niemalże pół nocy. Zdał sobie sprawę, że Ci ludzie, dysponują na pewno znacznymi wpływami i informacjami. Wiedzieli wszystko i gdzie tego szukać. Bo właśnie co oni tam wyciągnęli z tego pomniczka? Wiedzieli też, że będzie tylko służba, a i nawet to, że będą nieźle wstawieni, co zapewne jak domyślał się Rennard też nie było kwestią przypadku. Poranek był całkiem przyjemnie ciepły, a wiedząc, że złodziejaszek ma jeszcze trochę czasu udał się na spacer po rynku, który bardzo szybko go znudził, a i nawet niespecjalnie miał ochotę kogoś pozbawić jakiś drobnych z kieszeni. Po krótkim i bezcelowym szwendaniu się po zatłoczonym rynku, udał się nad swoje ulubione miejsce nad rzeką. Oprócz kobiety, która napełniała wiadra wodą i grupy gówniarzy, którzy bawili się przy rzece nie było nikogo. Na szczęście Ci drudzy byli w takiej odległości od złodziejaszka, że mógł on spokojnie zasiąść pod drzewem i ponownie rozmyślać. Teraz bardziej koncentrował się nad tym jak wyglądałoby jego życie, gdyby rzeczywiście koron w jego kieszeni nie brakowało i mógłby przestać widywać na oczy swojego zapijaczonego wuja. Myśl, że mógłby nie mieszkać już z tym człowiekiem była dla niego bardzo budująca na duchu. Lecz w sumie nie ma co się ekscytować, nic zasadniczo nie wiadomo. Renny myślał również nad scenariuszem, że po prostu został jakimś kozłem ofiarnym, gdzie po wpakowaniu się w solidne gówno, jego „znajomi” przy pierwszej lepszej okazji wypną się na niego i to on będzie odpowiedzialny za wszystkie brudy. Na właśnie takich rozmyślaniach minął mu czas do południa. Słońce zaczęło być coraz wyżej nad horyzontem, co było oznakom, że trzeba udać się we wskazane miejsce. Karczma Josfela nie była jakimś ekskluzywnym miejscem, aczkolwiek skrajna biedota też tam nie gościła. Była raczej miejscem, gdzie ciężko pracujący mieszkańcy Ilter mogli wypić sobie w spokoju parę piw, przy tym jedząc coś co nie jest paskudne. Wchodząc do karczmy rozejrzał się po jej wnętrzu i szybko zlokalizował znaną mu twarz. Pod ścianą w rogu siedziała trójka złodziei z którymi miał okazję ostatniej nocy kręcić się przy pałacyku. Siedzący akurat twarzą do niego „gospodarz”, gdy tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnął się delikatnie do Rennarda, wyraźnie go zapraszając do ich stolika, gdzie nawet czekało na niego wolne krzesło.

— Widzę, że zaczynasz w końcu podejmować odpowiednie decyzje, dobrze. Siadaj młody, musimy troszkę porozmawiać. Josfel — zwrócił się do karczmarza — przynieście proszę jeszcze jeden kufel tego pszenicznego!

— Chyba tak — odpowiedział mu nie całkiem pewnie złodziejaszek. — Co prawda nie była to lekka noc dla mnie, ale bywało gorzej.

— Oj no nie przesadzaj młody — wtrącił się drugi facet, którego twarz złodziejaszek kojarzył ze swojego incydentu, gdzie zarobił kopniaka. — Tamtą noc bardziej byśmy określili mianem przystawki niż jakieś roboty. Znaczy i tak dobrze, że nic nie spartoliłeś.

W tym momencie młoda i piękna dziewczyna przyniosła zamówiony wcześniej kufel, wypełniony niemalże po brzegi pszenicznym piwem. Rennard uważnie się jej przyglądał i z każdą sekundą wydawała mu się coraz piękniejsza mimo iż kompletnie nawet na niego nie zerknęła.

— Wiesz — dodał „gospodarz” po tym jak dziewczyna odeszła. — Bardzo mnie cieszy to, że przyszedłeś. Chętnie z Tobą porozmawiamy, a i nawet odpowiemy na twoje pytania, bo coś czuję, że masz ich trochę. No chyba, że będą wybitnie głupie to wtedy pozwolisz, że sobie odpuścimy. Może na początek, w końcu Ci się przedstawimy. Mnie możesz mówić Finn, nieskromnie dodam, że to ja tutaj dowodzę, kolega obok, którego powinieneś pamiętać — wskazał dłoniom na twarz, którą Renny pamiętał ze swojej nieudanej kradzieży na rynku. — To Edar, a ten Pan siedzący po twojej lewej to Szept. Nie mówi zbyt dużo, ale na szczęście posiada masę innych przydatnych umiejętności.

Złodziejaszek zerkając na Szepta skojarzył, że on również był podczas ich nocnej kradzieży w pałacyku. Chudy, z zimnymi, niebieskimi oczami i bardzo krótkimi czarnymi włosami i jeszcze krótszym zarostem. Dostrzegł też bliznę na jego lewym policzku, która uciekała w stronę żuchwy. Twarz sprawiała wrażenie pozbawionej jakichkolwiek emocji, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, aczkolwiek powodowała dyskomfort. Przynajmniej dla Rennarda.

— Powiedz mi — kontynuował Finn. — Czy orientujesz się w ogóle z kim przyszło Ci siedzieć przy stole?

— Jedynie co to mogę się domyślać.

— No i czego się domyślasz? Kim jesteśmy?

Rennard przez chwilę zastanawiał się jak dobrze to ubrać w słowa, żeby jakimś przypadkiem nie narazić się na jakiś niespodziewany cios za obraźliwe słowa.

— No spokojnie — dodał Finn. — Tutaj możemy rozmawiać bez żadnych problemów, to miejsce jest nam bardzo przyjazne.

— Nie jesteście pierwszymi lepszymi kieszonkowcami z ryneczku. Tacy nie piją wina Merlana… Jesteście jakąś grupą, bandą, myślę, że raczej dobrze zorganizowaną i na pewno z poważnymi znajomościami. Pytanie po co Wam ja? Zwykły obdartus, który okrada staruchy i marchewki z targowisk.

— Uwierz mi, niektórzy z naszej grupy jak nas określiłeś, zaczynali w podobny sposób. Gnijąc w biedzie, codziennie walcząc o to, żeby mieć co do mordy włożyć.

W tej chwili złodziejaszek zauważył, że każdy z jego rozmówców posiada na swojej lewej dłoni, gruby, bodajże srebrny sygnet. Kompletnie gładki i bez żadnych inskrypcji bądź grawerów.

— Widzę, że zainteresowały Ciebie nasze błyskotki — zauważył to Finn. — Może też się kiedyś takiej dorobisz, o ile będziesz nadal zainteresowany współpracą z nami.

— Sądzę, że chyba wyjścia nie mam. Ale co dokładnie chcecie bym robił? Domyślam się, że nasza współpraca jak to ładnie określiłeś, do zgodnych z prawem nie będzie należała.

— Tu masz rację — wtrącił się Edar. — Wyjścia jak sam już wiesz nie masz, możesz tylko i wyłącznie pomóc sobie i nam przy okazji.

— A jeżeli chodzi o to — dodał Finn. — Co miałbyś robić, odpowiedź jest prosta. Musisz wyłącznie robić to co Ci powiemy i to bez żadnych oporów i zawahań. Oczywiście, wpierw trzeba będzie Cię odpowiednio przygotować.

— W jakim sensie, przygotować?

Finn sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął z niej wytrych, który położył na stole.

— Wiesz co to? I czy potrafisz z tego korzystać? — spytał Szept, którego głos był nieco przerażający.

— Nie miałem okazji wcześniej się tym bawić — odparł Renny.

— No to jak sam widzisz — odparł Finn — będzie czekać nas trochę pracy, a wytrychem zajmiemy się już jutro. Chcę, żebyś był świadomy, że trochę będziesz musiał się nauczyć zanim zaczniesz być tutaj traktowany poważnie. Czytać potrafisz?

— Coś tam potrafię, ojciec mnie trochę uczył, ale dawno to było.

— Nie szkodzi nadrobimy — odparł ze swoim wydaje się, że klasycznym uśmieszkiem „gospodarz”. — Czy jesteś w ogóle gotów na zmianę swojego życia? To nie będzie łatwa i przyjemna droga, ale mogę zapewnić, że jeżeli okażesz się lojalny i pracowity na pewno będzie to korzystny wybór.

Renny ponownie zerknął na sygnet Finna, a później delikatnie na niego. Czuł, że jest wyraźnie zdominowany przez rozmówcę, że pozycja przywódcy tych złodziei jest tak pewna i silna, że młodzieniec przy nim jest kompletnie nikim. Od tego człowieka wręcz kipiało pewnością siebie. Przy nim czuł się jakby rozmawiał z kimś z „Wysokich”.

— Finn, jeżeli naprawdę chcecie mi zaoferować to o czym mówisz — wziął solidny łyk piwa. — Ja zrobię wszystko i to najlepiej jak będę potrafił, byleby spełnić wasze oczekiwania.

— Widzicie, mówiłem — w tym momencie przywódca zwrócił się do swoich towarzyszy — Że coś w tym młodym jest. Myślę, że się odnajdzie pośród Nas. Chciałbym — tutaj skierował się do wciąż lekko speszonego złodziejaszka — Żebyś pamiętał, że odwrotu już nie masz i, że jakakolwiek niesubordynacja, albo jakieś knucie przeciw nam, może się źle dla Ciebie skończyć.

Renny poczuł jak przy jego żebrach znalazło się ostrze sztyletu. Nawet nie zauważył kiedy Szept przyłożył go do jego ciała.

— Bo jeżeli zrobisz coś głupiego — kontynuował Finn. — Nasz kochany chudzielec się Tobą zajmie, a to na pewno nie będzie nic przyjemnego. Szczerze mówiąc, to sam go się nawet boję — dodał zamieszczając swój uśmieszek.

Po tych słowach również Szept schował swój sztylet. Młodzieniec ponownie spojrzał na siedzącego obok niego mężczyznę, ale szybko odwrócił głowę, gdyż chłodny wzrok milczącego złodzieja był dla niego bardzo niekomfortowy i lekko przerażający. Rzeczywiście w tym człowieku jest coś, co odradza w ogóle jakąkolwiek interakcje z nim.

— Skoro wiemy już na czym stoimy, pozwolisz, że zaprowadzimy Ciebie w pewne miejsce — powiedział Edar kończąc swoje piwo — Reszta, chętnie pozna nowego szczura na pokładzie. A raczej w norze.

Odeszli od stolika nie dając Rennardowi dopić swojego piwa. Finn położył parę koron na stole, machnął do karczmarza i wyszli.

Udali się za mury miasta, przechodząc przez znaną i lubianą przez złodziejaszka rzeczkę, kierowali się w stronę podmiejskiego tartaku, jednakże na rozwidleniu udali się na drogę prowadzącą do dębowego lasku przez który, wędrując jeszcze długi czas można dostać się do pobliskiego miasteczka Varloz. Po drodze Finn wypytywał Rennarda o różne rzeczy, typu czy ma jakieś obawy, jak mu się układa z kobietami bądź mężczyznami. Raz nawet padło pytanie jak się mieszka z jego wujkiem Tilo. Skąd on w ogóle o tym, że niestety mieszkam z tym zapijaczonym farfoclem?

W pewnym momencie zboczyli ze szlaku i zaczęli przedzierać się przez gęste chaszcze i krzaczory, jednakże po chwili znaleźli się na wydeptanej dróżce, którą szli jeszcze dobre parę minut, aż im oczom ukazała się niewielka, drewniana chatka. Finn zapukał dwukrotnie, po chwili jego pięść wybiła jeszcze trzy szybkie uderzenia i otworzył drzwi. Weszli do chaty, która była kompletnie pusta i zapuszczona. Gdzieś na ziemi leżały dwa zniszczone stołki, pod niewielkim oknem stał drewniany stół z paroma śmieciami, a pod jedną ścianą stała niewielka szafa z wyłamanymi drzwiczkami, których część zapewne znalazła się kiedyś w malutkim palenisku obok.

— Pukałeś w jakimś konkretnym celu? — zapytał Rennard. — Nikogo tutaj nie ma przecież.

— Widzisz młody, musisz się jeszcze sporo poduczyć — odparł Finn i udał się w kierunku uszkodzonej szafy.

— No nie mów, że sobie jakoś magicznie przejdziemy przez szafę do jakiegoś azylu złodziei?

Szept i Edar parsknęli śmiechem, „gospodarz” również przybrał dziwny wyraz twarzy, wskazujący na jego drobne zażenowanie tym pytaniem.

— Oczywiście, że kurwa nie, po prostu patrz.

Finn schylił się przy szafie, zaczął obmacywać coś przy podłodze i podniósł jedną deskę, potem kolejną. Pod deskami pojawiło się zejście do którego wskoczył Finn.

— To jest to twoje magiczne przejście, a teraz lepiej wskakuj bo nie mamy zbyt dużo czasu. Edar wejdź jako ostatni i zamknij to.

Rennard posłusznie wskoczył do ciemnego dołu, niewiele większego niż on sam stojący na wyprostowanych nogach. Gdzieś w oddali widział delikatne żółtawe światełko i gdy tylko ostatni Edar znalazł się w dole i włożył deski ponownie w ich miejsce, światło te zaczęło być odrobinę intensywniejsze i można było dostrzec zarys ścieżki. Grupa szła w kierunku jedynego źródła światła w tym tunelu, gdzie na samym końcu czekały na nich solidne drewniane drzwi, obok których przymocowany był lampion, w środku którego znajdowała się emitująca żółte światło roślina, przypominająca różę. Renny nigdy wcześniej nie widział takiego kwiatu, przyglądał mu się w zachwycie w tle słysząc ponowne rytmiczne pukanie Finna.

— Botaniku, wchodzimy.

Przywódca otworzył drzwi do kolejnego pomieszczenia, którego środek zupełnie nie przypominał tego z chaty. Na ścianach rozmieszczone były te same lampiony co przed wejściem, sprawiając, że podziemna kryjówka była bardzo dobrze oświetlona. W pomieszczeniu było jeszcze parę osób, solidny stół zastawiony przeróżnym jedzeniem i drogim winem Merlana. Lokum było znacznie większe niż górna część, było tutaj również miejsce na parę krzeseł, dwa kufry i masę innych szpargałów. Były również tam kolejne drewniane drzwi, wskazujące, że jest tu jeszcze jedno pomieszczenie. Rennard zerknął po trzech osobach znajdujących się w środku, wydawało mu się, że są to te same twarze, które widział wtedy, kiedy ocknął się związany na krześle. Rozpoznał na pewno wyróżniającą się w tym towarzystwie kobietę, która jak teraz miał okazję zauważyć w dobrym świetle i bez zawrotów głowy po ogłuszeniu, była całkiem ładna. Dwójka pozostałych zapewne też była podczas jego poprzedniej wizyty u złodziei.

— Witam towarzystwo — rzekł donośnie Finn, nalewając sobie wina ze stołu. — Chciałbym Wam przedstawić Rennarda. Mieliście go już okazję poznać, kiedy wpadł do Nas z niezapowiedzianą wizytą w Ilter. Renny, chciałbym, żebyś poznał resztę naszej cudownej rodzinki. Ten Pan — wskazał ręką na siedzącego na krześle, dobrze zbudowanego blondyna z krótkim zarostem i zielonymi oczami– to Gary, nasza złota rączka, wszystko potrafi naprawić, spieprzyć również — dodał ze swoim typowym uśmieszkiem.

Finn podszedł parę kroków do drugiego faceta, trochę niższego od niego, ale raczej w podobnym wieku i położył rękę na jego ramieniu.

— Ten tutaj, to Talbot, praca z nim to olbrzymia przyjemność i zapewne równie z wielką przyjemnością pomoże mi przeszkolić Ciebie, czyż nie Talbocie?

Mężczyzna wymienił z Finnem niejasne spojrzenie i odparł:

— No skoro tak uważasz…

— Cieszę się, że się dogadujemy — dodał „gospodarz” i poklepał go po ramieniu. — Ależ, gdzie moje maniery?

Finn szybkim krokiem podszedł do jedynej w lokum kobiety i objął ją jedną ręką za ramię.

— Ta urocza, Pani to Clio, nasza cudowna kurtyzana.

Ktoś tam parsknął śmiechem, a po krótkiej chwili Finn dostał pięścią w żebra od wspomnianej dziewczyny i rozlał trochę wina ze swojego pucharka.

— Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, albo zrobisz coś równie głupiego, a przysięgam, że Cię zabije — powiedziała wyraźnie zdenerwowana, czarnowłosa kobieta z niebieskoszarymi oczami.

— No przepraszam, przepraszam — odparł Finn wciąż utrzymując swój uśmieszek. — Clio nie jest naszą kurtyzaną, aczkolwiek nikt by się nie obraził, gdyby była. Ale odradzam robienia sobie z tej pięknej Pani jakichkolwiek żartów, no chyba, że naprawdę chcesz szybko zakończyć swój żywot. Jest naszą piękną wspólniczką i od niej też wiele mógłbyś się nauczyć. Bije się też nie najgorzej — dodał Finn łapiąc się za swoje żebro.

— Czasami się zastanawiam — wtrącił z uśmiechem Edar. — Jak to możliwe jeszcze nikt Ciebie nie zajebał za te szopki?.

— Co nie? — Finn wziął solidny łyk wina. — Też jest to dla mnie niebywała zagwozdka..

— A więc jednak postawiłeś na swoim — przerwał mu Gary. — I postanowiłeś go tutaj przyprowadzić. No nic, skoro taka twa wola, to mam nadzieję, że wiesz co robisz i nie pożałujemy tego.

— Jakby twoje zdanie miało jakieś większe znaczenie — odparł. — Więcej zaufania przyjacielu. Ale dobra, skoro przedstawienie mamy za sobą, siądźcie proszę. Mamy parę rzeczy do omówienia w związku z naszym pisklakiem.

Złodzieje ustawili krzesła i ławkę coś na kształt okręgu, Renny zajął miejsce na niewielkiej ławeczce obok Szepta, siedząc centralnie na wprost samego „gospodarza”, który wlewał w siebie kolejną porcję wina.

— Musisz tyle chlać? — spytała go Clio.

— Miałem ciężki i pracowity dzień, jeżeli jest to dla Ciebie sensowne wytłumaczenie, ale mniejsza o to — Finn wstał od krzesła, podszedł do jednego z kufrów, zaczął coś w nim grzebać i wyciągnął niewielkie pudełeczko, obite w szarą skórę, zapewne wilczą.

Wracając do swoich towarzyszy dolał sobie jeszcze trochę wina, umyślnie patrząc na Clio, która stwierdziła, że jest cholernym pijakiem. Finn wręczył Talbotowi to pudełko i zajął swoje miejsce w kręgu.

— Dobrze, więc zaczynajmy. Lecz zanim porozmawiamy z naszym Rennardem, wpierw chciałbym się dowiedzieć czy wykonaliście to o co Was prosiłem. Clio, Gary?

Rozdział 4

Dobre kilka minut Rennard przysłuchiwał się opowieści Clio i Garego. Nie wszystko było dla niego jasne i zrozumiałe, złodzieje zapewne celowo wtrącali nieznane mu słowa i określenia będące zapewne częścią ich kryminalnej nomenklatury. Z grubsza rozumiał, że ta dwójka miała okraść jakiegoś bogacza, ale niestety nie udało im się znaleźć wszystkich wymaganych fantów, gdyż ofiara pojawiła się w domu znacznie wcześniej niż się tego spodziewali. Podczas tej rozmowy można było zauważyć drugie oblicze Finna. Zadawał parę pytań mających na celu doprecyzowanie sytuacji, dopowiadał swoje uwagi na temat ich akcji. Sprawiał takie wrażenie jakie można, a nawet trzeba oczekiwać od przywódcy. Zainteresowanie, zrozumienie oraz wsparcie. Ogólnie był zadowolony z rezultatu i stwierdził, że ten jeden brakujący przedmiot raczej nie będzie problemem. W trakcie tej rozmowy Clio wręczyła mu też niewielki worek, którego zawartości niestety Renny nie był w stanie dojrzeć, gdyż Finn obejrzał jego zawartość bez wyciągania niczego z wora. „Gospodarz” wspomniał coś jeszcze o jakieś nowej robocie, wręczył Edarowi niewielki skrawek papieru, a ten po przeczytaniu go kiwnął głową w kierunku Szepta i oboje wyszli, oznajmiając, że spotkają się z Finnem wieczorem w karczmie Josfela. Później zgromadzenie zaczęło rozmawiać na temat, który Rennardowi wydawał się najbardziej krępujący. Zaczęli rozmawiać o nim.

— Zanim z młodego będzie jakiś większy pożytek, trzeba będzie go odpowiednio przeszkolić. Chciałbym, żebyśmy podzieli się tym odpowiednio. Proponuję — przerwał Finn, żeby wlać do swojego gardła solidny łyk wińska. — Żebyś ty Clio nauczyła Rennego jak ma się poruszać, żeby nie był cholernym słoniem w składzie porcelany. Jakbyś dorzuciła jeszcze od siebie parę elementów z obsługi sztyletu, byłbym wdzięczny. Od Ciebie Talbocie oczekuję, że poświecisz trochę swojego cennego czasu i nauczysz go jak korzystać z napinacza i wytrychów. Gary jakbyś mógł zorganizować mu jakieś szmaty, żeby nie rzucał się tak w oczy to też byłoby świetnie. Żeby nie było — tutaj zwrócił się bezpośrednio do nowicjusza — ode mnie też się trochę nauczysz, a pierwszą lekcję zaczniemy za chwilę. Chciałbyś o coś spytać?

Mimo iż młodzieniec miał dosyć sporo myśli w głowie, zarówno ze stresu jak i lekkiego podekscytowania, nie miał sił by wykrztusić z siebie więcej niż niezbyt pewne raczej nie.

Finn jego odpowiedź odwzajemnił uśmieszkiem, powiedział, że musi jeszcze chwilę porozmawiać z resztą ekipy i poprosił Rennego o wejście i poczekanie w drugim pomieszczeniu. Ten posłusznie wykonał polecenie i przeszedł do kolejnego pokoju. Był on znacznie mniejszy i zorganizowany bardziej na kształt jakiejś spiżarni. Po obu stronach wisiały półki, które były upchane co do centymetra różnymi rzeczami. Pomieszczenie również oświetlały lampiony z żółtymi roślinami, na drugim końcu były kolejne drzwi. Cholerny podziemny labirynt, ileż tego oni tutaj mogą mieć, spytał sam siebie w myślach Rennard i zaczął przeglądać rzeczy, które stały na półkach. Część była w niewielkich drewnianych skrzynkach bądź workach, więc złodziejaszek uznał, że lepiej nie będzie w nich grzebać, nie wiedząc z jaką reakcją może się to spotkać, ale pozostałą część mógł śmiało sobie pooglądać i pomacać. Złodzieje trzymali tutaj masę różnorakich fiolek opisanych wyłącznie cyframi od 1 do 5, swoje miejsce miały też tutaj różnej wielkości sztylety, oczywiście nie mogło zabraknąć wina i paru mięsnych przysmaków. Książki, pochodnie, talerze i inne różne szpargały nie przykuły uwagi młodzieńca tak bardzo jak metalowe kule z delikatnym srebrnym zdobieniem w połowie. Wziął jedną do dłoni, była dosyć ciężka i ewidentnie coś w niej było. Przyglądał się jej z każdej strony, niezbyt wiedział co to jest i do czego służy, próbował ją jakoś otworzyć, ale kula obróciła się wyłącznie do pewnego poziomu, wydając dziwny dźwięk i potem nie szło już z nią nic zrobić.

— Przekręciłeś ją?! — wykrzyknął Finn wchodząc do pomieszczenia.

— Tak, ale nie widziałem co jest w środku, nie potrafię tego otworzyć.

— Kurwa na chwilę Cię zostawić samego! Daj mi to. Bawiłeś się resztą?

— Niee, tylko tą — odpowiedział lekko zdezorientowany młodzieniec. — Co to właściwie jest?

— Daj mi to i chodź za mną to sam zobaczysz.

Rennard podał mu kulę i oboje wyszli ze spiżarni, w biesiadnym pomieszczeniu jak zaczął je określać w myślach złodziejaszek nie było już nikogo, a on razem z Finnem kierowali się w kierunku wyjścia. Schemat wyjścia był dokładnie taki sam jak wejścia, trzeba usunąć tylko parę desek nad drabiną i już się było w zaniedbanej, małej chatce. Wyszli z niej na świeże powietrze, odeszli parę kroków i Finn oddał mu tę kulę z powrotem.

— Rzuć tym teraz w te drzewa.

Łotrzyk bez jakiegoś większego namyślenia rzucił kulą w oddalone o parę metrów drzewo i z chwilą, gdy metal zderzył się z pniem drzewem, nastąpił niewielki huk i pojawiła się spora ilość gęstego dymu, który kompletnie zasłonił widoczność między kilkoma drzewami. Wybuch lekko wystraszył nic nie spodziewającego się młodzieńca.

— Lekcja pierwsza, warta zapamiętania. Nie ruszaj czegoś co nie wiesz czym jest. Może się to bardzo źle skończyć dla Ciebie lub co gorsza twoich wspólników.

— Co to było właściwie?

— To są mój drogi goblińskie granaty, bardzo przydatna rzecz. Aczkolwiek lepiej, żebyś nie musiał ich używać, bo robi się to tylko wtedy, gdy sytuacja zaczyna być nienajlepsza. Schemat jest taki jak miałeś okazję zobaczyć, przekręcasz tym samym uwalniając jakieś substancje i z chwilą jak ta kula uderzy w coś, wybucha tworząc zasłonę dymną. Tylko, żeby nie przyszło Ci do głowy bawić się tym w naszej kryjówce bo wsadzę ci to do mordy, a dym ci dosłownie z dupy poleci.

— Rozumiem, szefie. Okradacie nawet gobliny?

— Oj Renny, lekcja druga. Tych gnojków lepiej nie okradać, widziałeś kiedykolwiek ich obstawę? Zresztą te dranie z natury są cwane i uwierz mi, cholernie ciężko byłoby im cokolwiek zabrać. Oczywiście, że nie okradamy ich. Wręcz przeciwnie, trzymamy z nimi stosunki handlowe. A skoro już jesteśmy w temacie ich wynalazków — Finn zaczął grzebać w kieszeni — pamiętasz to?

Wyciągnął parę niewielkich patyczków, które młodzieniec miał już okazję zobaczyć podczas swojej pierwszej wspólnej wyprawy ze złodziejami.

— No patyki, nie chcesz mi chyba powiedzieć, ze one też wybuchają? Miałem to w kieszeni…

— Co ty masz z tymi wybuchami? Nie, to nie służy do robienia „bum”… Ma znacznie ciekawsze i praktyczniejsze zastosowanie. Weź proszę jeden i oddal się parę metrów ode mnie.

Młodzieniec poszedł kawałek w kierunku drzew, gdzie jeszcze unosiły się lekkie smugi dymu, usłyszał tylko, że ma iść jeszcze dalej bo Finn wciąż widział jego mordę. Szedł jeszcze dobre kilkanaście kroków aż w końcu usłyszał, że wystarczy. Chwilę później, usłyszał dźwięk, jakby pod jego stopą pękł jakiś kompletnie wysuszony badyl mimo iż stał kompletnie bezruchu, wiec jego stopy nie mogły być twórcą tego dźwięku.

— Dobra wróć do mnie — powiedział Finn.

Gdy tylko uczeń podszedł do swojego mentora, ten kontynuował swój wykład

— Te patyki to jest dopiero ciekawa rzecz, słyszałeś ten dźwięk, co nie? Te badyle służą nam do ostrzegania, przed zauważeniem. Działają nawet do jakiś dwudziestu metrów w dobrych warunkach. Proszę oddaj mi teraz tego patyka.

Finn wziął od niego patyczek i na jego oczach go połamał, nie było nawet delikatnie słychać jak on pęka

— Widzisz, niezbyt wiemy jak to działa, a gobliny nam oczywiście nic nie powiedzą lecz te patyki są słyszalne wyłącznie jak druga osoba ma go przy sobie. W sytuacji jakbyśmy wybrali się gdzieś razem z Edarem i tylko, ja z nim byśmy je mieli przy sobie, to ty już byś tego nie usłyszał, nawet, gdybyś miał ucho tuż nad pękającym patykiem. Ciekawe co nie? Warto zaznaczyć, że wszystkie osoby muszą mieć ten sam rodzaj drewna, a jest ich parę. Nie różnią się one w działaniu, ale po prostu, gdybyś miał brązowe patyczki nie usłyszałbyś jak ktoś łamie te nasze czarne. Nie pytaj jak to działa, sam chciałbym wiedzieć, ale te zielone gnoje nam nie zdradzą tego sekretu. Nie zmienia to faktu, że jest to cholernie przydatna rzecz i liczę, że zapamiętałeś cokolwiek z tego co do ciebie mówiłem.

— No tak spokojnie, aż taki tępy nie jestem…

Finn odwzajemnił to swoim charakterystycznym uśmieszkiem.

— Bardzo mnie to cieszy, chodź wrócimy do środka i omówimy jeszcze parę rzeczy. Nie miałem w planach Ci pokazywać naszych fantów, ale skoro już zacząłeś się bawić granatem w spiżarni to w sumie nawet dobrze, że już poznałeś te rzeczy.

— A macie tego więcej?

— W swoim czasie młody, w swoim czasie. Wpierw mniej przyjemne tematy.

Wrócili do głównego pomieszczenia, Finn polał im trochę tego pysznego wina Merlana

— Generalnie zanim weźmiemy Ciebie na coś poważniejszego musisz się trochę podszkolić z paru tematów. Widziałem jak się ruszasz, walczysz zapewne nie lepiej, wiec jutro z rana Clio pokaże Ci co nieco naszego fechtunku. Nie prowokuj jej głupimi docinkami, podrywanie też raczej się nie uda. Nikomu z naszej załogi jeszcze się nie oddała, znaczy wiesz nieskromnie mówiąc, ja byłem najbliżej… Także z samego rana trochę się z nią pogimnastykujesz, a później Talbot pokaże Ci jak się otwiera zamki. Wytrychów mamy dużo, więc się nie przejmuj jak Ci się jakieś połamią, aczkolwiek słuchaj uważnie tego co on będzie mówić. Lubi się szybko denerwować jak musi się powtarzać. Również, żeby nie było, że nasz uniwersytet nie dba o twój rozwój umysłowy, w wolnych chwilach nauczysz się czytać, no i też dorzucę od siebie parę praktycznych rzeczy, które powinieneś potrafić. A teraz przerobimy sobie coś, co jest zapewne najnudniejsze, ale musisz to wiedzieć. Zaczniemy od teorii. Powiedzieć Ci co sprawiło, że przyłapałem Cię na grzebaniu w mojej kieszeni? Zapewne zawsze wkładałeś tylko łapę do kieszeni biednych staruszek, a drugą sobie w majtach trzymałeś co?

Rennard poczuł szturchnięcie na swoim prawym ramieniu — i gdy się obrócił ponownie w kierunku rozmówcy jego dłoń była w jego kieszeni.

— No w końcu, normalnie to bym już ją dawno wyciągnął razem z jakimś przedmiotem, ale ty tam kurwa nic nie masz. Ale sam rozumiesz, chodzi o to, żeby w miarę możliwości rozproszyć ofiarę, odwrócić jego uwagę. Drugą ręką możesz śmiało na przykład kogoś szturchnąć jak stoicie w tłumie. Mniej zdolni złodzieje muszą robić to w parach, co oczywiście w wielu sytuacjach się dobrze sprawdza. Zawsze też jak masz czas możesz, jedną ręką odsunąć trochę kieszeń jeśli jest ciasna, na przykład tymi patyczkami i wtedy wsunąć swoją łapę. A i Renny nie gap się na tego, którego próbujesz okraść. Ostatnim co chciałem zobaczyć poza twoją ręką w mojej kieszeni, była twoja morda. Generalnie najważniejsze jest to, żebyś potrafił ocenić sytuację. Czy dasz radę coś ukraść, czy ta osoba się nie zorientuje, bo na przykład ma ciasne ubranie na sobie i raczej poczuje twoją dłoń, czy może ktoś inny przypadkiem tego nie zobaczy. Zrobimy sobie niebawem mały test, pospacerujemy sobie po ryneczku, ja wrzucę jakimś ludziom monetę do kieszeni, a ty będziesz musiał ją wyciągnąć. Ale spokojnie do tego czasu popracujemy trochę nad twoją zręcznością. Kolejnym aspektem, który chciałbym z tobą umówić jest generalnie twoje życie.

— Co masz konkretnie na myśli? — spytał lekko zdezorientowany Rennard.

— No wiesz, trochę czasu z nami spędzisz, do domu raczej nie będziesz miał potrzeby często wracać, wujaszek to zniesie?

— Raczej zbytnio mu to różnicy nie zrobi czy będę czy nie. Skąd w ogóle wiesz, że mieszkam z wujkiem?

— A no bo widzisz, lekcja mhm trzecia? Zagubiłem się trochę, chyba trzecia. Musisz zapamiętać, że informacja jest najcenniejszą rzeczą. Bez niej nie podejmujemy się tych trudniejszych zadań, a im więcej takowych informacji posiadamy tym lepiej możemy się przygotować i tym większy wpływ możemy mieć na wydarzenia

— Jaki wpływ?

— Odwołam się do naszego wspólnego buszowania po pałacyku. Wiedzieliśmy, że nie będzie gospodarza, to co prawda nie jest Bóg wie jak ciężka do uzyskania informacja, ale czy myślisz, że to absolutny przypadek, że cała służba urządziła sobie srogą popijawę? Czasami trzeba coś zainwestować, żeby się dorobić w tym przypadku wystarczyły akurat najtańsze i najbardziej obskurne wina, ale liczę, że pojąłeś sedno.

— Tak, pojmuję. Powiedz mi, bo zakładam, że masz kontakty w mieście i nie tylko oraz że wiele informacji do Ciebie trafia. Słyszałeś coś może na temat moich rodziców? Dwóch kupców, którzy zginęli parę lat temu podróżując do Varloz? Dość głośno o tym było…

— Mhm, obawiam się, że wiem tyle co ty, że zostali napadnięci. Niestety nic więcej na ten temat mi nie wiadomo.

— Może kiedyś uda mi się coś dokładniejszego dowiedzieć…

— Może, aczkolwiek radziłbym Ci skupić się na przyszłości, a nie na wracaniu do przeszłości. Nic już nie zmienisz, więc po co miałbyś zadręczać swój umysł? Tym bardziej, że przed tobą będzie trochę nauki.

Renny myślał chwilę nad tym co usłyszał, chciał już nawet odpowiedzieć, że w sumie chodzi o jego rodziców i, że to nie jest przecież jakaś błahostka, ale Finna raczej by to niezbyt interesowało.

— Wiesz — dodał. — Muszę jeszcze dzisiaj coś załatwić, masz tutaj dziesięć koron, przeznacz je nie wiem na żarcie, nocleg czy tam chlanie. Mnie to bez różnicy. Bądź jutro przed południem przy fontannie na rynku dobrze? Podejdziemy razem na szkolenie z Clio. Do tego czasu w sumie odpocznij czy co tam kurwa chcesz. Bylebyś był jutro sprawny i rześki bo coś czuję ta kobitka da Ci popalić. A teraz chodź, idziemy stąd bo jak wspomniałem mam pewne interesy do załatwienia, a sam z naszymi granatami nie zostaniesz w kryjówce…

Rozdział 5

Resztę dnia Rennarda można śmiało opisać jako kompletnie nijaką. Szwendał się tu i tam, znalazł również czas na przesiadywanie nad swoją ulubioną rzeczką. Wciąż myślał nad tym czy faktycznie dobrze robi powierzając swoje dalsze życie Finnowi i reszcie jego ludzi. Bardzo chciał zmienić swoje życie i przede wszystkim w końcu wybić się z biedy i nie martwić się o to co przyniesie kolejny dzień. Po tym co widział w ich kryjówce, jakimi rzeczami się stołują, co mają pochowane w podziemiach, wiedział, że niedobór złota raczej nie będzie mu grozić. Oczywiście pod warunkiem, że okaże się chociaż w najmniejszym stopniu przydatny złodziejom. Wciąż jednak zadręczało go jakiego rozmiaru są te ich „prace”. Czy rzeczywiście każda z nich będzie się wiązała z potencjalnym ryzykiem utraty życia? Czy przez te towarzystwo nie narazi siebie na ciągłe problemy ze strażnikami? Tym czy by to wpłynęło jakoś na jego najbliższe osoby w ogóle się nie przejmował. Koleżki, z którymi ostatnio nie spędzał zbyt dużo czasu byli mu w sumie już obojętni. Jego jedynego przyjaciela Rofusa nie ma w Ilter już od ponad roku, gdyż wyjechał do Salzos, jak to określił „w poszukiwaniu lepszego życia” i słuch po nim przepadł. Na myśl o potencjalnych konsekwencjach, które przez działalność Rennarda mógł doświadczyć jego wujaszek, na twarzy złodziejaszka pojawił się wyłącznie niewielki uśmieszek i gdzieś w myślach padł komentarz typu „w sumie dobrze, gdyby mu się coś takiego przydarzyło”. Nie byłoby mu go w ogóle szkoda i w sumie nie warto marnować swoich przemyśleń na ten temat. Chociaż młodzieniec na noc nie miał gdzie się udać, więc musiał wrócić do domu swojego wuja, który zachlany i tak spał.

Następnego dnia Rennard udał się pod wskazane miejsce, gdzie oczekiwał na nadejście Clio i Finna. Po przywitaniu i krótkiej niezbyt konkretnej rozmowie udali się w stronę swojej leśnej kryjówki. Idąc jeszcze kawałek za nią dotarli na niewielką polankę, której w gąszczu tych drzew złodziejaszek się w ogóle nie spodziewał.

— Jesteśmy na miejscu, chętnie sprawdzę jak posługujesz się tym — Finn wręczył mu całkiem sporej długości sztylet. — Tylko uważaj, ostry jest. Ona w sumie też…

Clio odeszła od niego parę kroków i wyciągnęła swój sztylet.

— No dawaj nowy!

Renny zerknął na Finna, który wzrokiem zachęcił go do rozpoczęcia, wiec chwycił mocniej swój sztylet i ruszył na Clio. Wyprowadził jak mu się wydawało całkiem ładne uderzenie, ale nie spodziewał się z jaką szybkością i łatwością złodziejka odskoczy. Sparowała jego kolejny cios i na koniec sprzedała mu solidnego kopa w brzuch, że aż się odsunął.

— To nie jest rycerki miecz, weź chłopie wykorzystaj jego rozmiary, a nie wal na pałę — dodał, podśmiechując Finn.

Złodziejaszek wykonał kolejne podejście, skracając znacznie dystans i próbując dźgnąć Clio sztyletem, ale ta parowała bądź unikała każdy z jego ataków. Po pewnym czasie Renny czuł, że już prawie to ma i że jeszcze parę ruchów i w końcu jego przeciwniczka ulegnie i popełni błąd, lecz dostał niespodziewane kopnięcie w swoją męskość i zwijając się z bólu poczuł jak przed swoim gardłem ma sztylet.

— Chcesz spróbować jeszcze raz? — zapytała z kpiącym tonem Clio.

— Nie chcę po prostu uszkodzić twojej pięknej twarzyczki, ale chyba będę musiał — odparł prostując się.

— Spokojnie, to się nie wydarzy. No, pokaż na co tam potrafisz, Rennardzik.

Popatrzył na swoją oponentkę. Przecież to szczupła kobieta, wystarczy, że wykorzystam swoją przewagę fizyczną i skutecznie zamknę jej mordę. Po chwili gwałtownie rzucił się w kierunku Clio, odpychając całą swą siłą jej ataki, złapał za jej rękę która trzymała sztylet i kierował ją w stronę jej twarzy, uprzedzając jej kopnięcie swoim. Przepychanki trwały nadal, widać było, że przeciwniczka zaczyna tracić siły i robi coraz więcej kroków w tył pod naporem siły młodzieńca. Gdy Renny użył jeszcze więcej siły, Clio szybkim ruchem obróciła się. Złodziejaszek pod wpływem własnego ciężaru przechylił się do przodu i na zakończenie tych tańców dostał rękojeścią sztyletu w plecy.

— Zawsze to mógł być ten ostrzejszy koniec.

— Ma rację Renny, muszę bezstronnie stwierdzić — Finn przerwał wypowiedź łykiem wina. — Że skopała Ci tyłek.

— Jajca też — dodała z uśmieszkiem.

— Jest dobra — odparł młodzieniec dotykając swoich bolących pleców. — Nie widziałem wcześniej, żeby kobieta potrafiła tak walczyć…

— Dlatego uważam, że będzie dla Ciebie świetną mentorką. Piękna, zajmij się naszym uczniem, pokaż mu podstawy, a ty Renny słuchaj uważnie i kto wie, może po jakimś czasie praktyk uda Ci się pokonać twojego adwersarza w spódnicy.

Finn zerknął ostentacyjnie na dziewczynę.

— Chociaż w spódnicy to ja Ciebie nigdy nie widziałem…

— Idź już jak masz iść i nie przeszkadzaj nam — przerwała jego wywody Clio.

— Dobrze, dobrze madame, już wam nie przeszkadzam — odparł Finn.– Jak skończycie, odprowadź nowego do azylu, tam przejmie go Talbot.

I odszedł w kierunku gąszczu.

— Więc Renny omówimy teraz wszystkie twoje błędy, a trochę ich było.

Dziewczyna tłumaczyła i pokazywała złodziejaszkowi jak powinien wyprowadzać ciosy, jak skracać dystans i jak powinien się poruszać. Młodzieniec uważnie jej słuchał, powtarzał jej ruchy. To, że przegrał z kobietą nie było dla niego żadną ujmą na honorze. Twierdził nawet, że ta dziewczyna spokojnie by sobie poradziła z większością silniejszych i lepiej zbudowanych od niego strażników. Clio też sprawiała wrażenie jakby rzeczywiście chciała mu przekazać swoją wiedzę, co tylko bardziej motywowało Rennarda do nauki. Spędzili całkiem sporo czasu na trenowaniu, a nawet znaleźli czas na rzucanie sztyletem w drzewo, co akurat Rennemu szło całkiem dobrze, bo jako młody chłopiec często rzucał swoją finką w pień starej jabłoni, która rosła niedaleko ich domu. Na koniec nauczycielka zaproponowała ostatni pojedynek, który dosyć szybko się skończył, kiedy to po niezbyt przemyślanym dźgnięciu sztyletem złodziejaszek został kopnięty w rękę i wypuścił sztylet, a Clio zdążyła podsunąć swój pod jego gardło zanim ten cokolwiek zdążył zrobić.

— Musisz jeszcze sporo poćwiczyć — powiedziała już wyraźnie zmęczona złodziejka. — Aczkolwiek ja Ci w tym pomogę, może chociaż ty będziesz potrafił walczyć z ich męskiego grona.

Udali się do kryjówki, gdzie oprócz Finna, który dłubał coś przy fiolkach, siedział Talbot ostrząc swój sztylet.

— O, chyba nawet się zmęczyli — powiedział na ich widok.

— Wciąż bym Ci skopała tyłek…

Talbot zerknął na Clio z niezbyt zrozumiałym spojrzeniem, machnął ręką i poprosił Rennego lub jak to określił „nowego” o to, żeby usiadł przy nim, gdyż czas zaznajomić go z otwieraniem zamków.

— Miałeś kiedyś z tym styczność? — spytał otwierając skórzany futerał z wytrychami.

— Niezbyt…

— W takim razie zaczniemy od samego początku. Mamy tutaj przepołowioną kłódkę, zasada generalnie jest prosta. Jeżeli włożysz klucz, te zapadki się podniosą. Każdy klucz ma odpowiednio ułożone rowki, które pasują do zamka i podnoszą zapadki do odpowiedniego poziomu. Kiedy te wszystkie zapadki będą na równym poziomie, wystarczy przekręcić klucz i voilà! Zamek się otworzy. Zauważ –zamknął ponownie kłódkę i włożył do niej klucz.- Że jeżeli nie włożysz klucza do końca i tym samym nie podniesiesz wszystkich zapadek, to nie otworzysz zamka. Widzisz te dwie tutaj blokują przekręcenie klucza. Z racji, że rzadko mamy możliwość, tak o po prostu otworzenia sobie zamka kluczem, musimy sobie radzić przy pomocy innych zabawek. Tutaj mamy wytrych, popatrz jeżeli włożę go do końca zamka, mogę podnieść tę zapadkę jednak, jeżeli będziemy chcieli podnieść kolejną i przesuniemy nasz wytrych to ta pierwsza opada i blokuje cały mechanizm i generalnie nic nie zrobisz. Musimy wpierw odrobinę obrócić zamek, przy pomocy tego oto napinacza. Jeżeli włożysz go do zamka, i z odpowiednią siłą przekręcisz i go napniesz, będziesz mógł…

— Cholera! — krzyknął Finn, dalej grzebiąc coś na stole z fiolkami.

Talbot zerknął w jego stronę, wzruszył ramionami i wrócił do tłumaczenia.

— Więc jeżeli napniesz już odpowiednio ten zamek, teraz jak włożysz wytrych i zaczniesz podważać te zapadki, widzisz, pyk, podniosłem ją, przechodzę do kolejnej i nie opadła. Teraz podnoszę kolejną i kolejną. Na napinaczu będziesz czuć takie drobne drgania i kiedy dojdziesz do ostatniej, będziesz mógł obrócić napinacz i otworzyć kłódkę. Oczywiście, nie jest tak dobrze, kiedy nie widzisz tego co jest w środku zamka, ale nie ma co wybrzydzać. Także trzymaj nowy i pobaw się tym. Nie używaj zbyt dużo siły bo złamiesz wytrych i jak Ci niefortunnie zostanie w zamku to masz już przesrane. Dotarło?

Rennard kiwnął głową, wziął potrzebny zestaw i zaczął dłubać w zamku. Dużo czasu zajęło mu odpowiednie ułożenie napinacza, a gdy już zabrał się za operowanie wytrychem i podnoszenie zapadek, przy drugiej mu się złamał.

— Mówiłem nowy, nie używaj dużo siły, to zadanie wymaga finezji, zręczności. Nie rób tego jakbyś był jakimś skończonym osiłkiem. Tu trzeba dokładności.

— Ekhem — wtrącił się Finn. — To jest Rennard, nie musisz ciągle zwracać się do niego „nowy”. Wiem, że z twoją pamięcią…

— Jest nowy i tak będzie — odparł. — Baw się lepiej dalej z tymi truciznami, bo coś ostatnio…

— Co ostatnio? — oburzył się przywódca. — Źle trafiłeś, wiec nie zwalaj wszystkiego na te biedne strzałki. Nie umiesz przycelować i tak to się kończy. Nie martw się Renny na szczęście, to później pokaże ci odpowiednia osoba — czyli ja.

Talbot ponownie machnął od niechęcenia ręką, wyciągnął resztki wytrychu, który na szczęście nie złamał się tak, że permanentnie by utknął w zamku i wręczył Rennardowi kolejne wytrychy. Złodziejaszek próbował ponownie otworzyć kłódkę, ponownie łamiąc wytrych na drugiej zapadce, ale już za trzecim podejściem udało mu się dostać do trzeciej, potem do czwartej i przy ostatniej za mocno przechylił napinacz i wytrącił sobie kłódkę z rąk, zaprzepaszczając swój cały wysiłek.

— Haha — zaśmiał się Talbot — a już witałeś się z gąska! No nic próbuj dalej, masz to dzisiaj otworzyć.

— Renny, finezja i gracja — wtrącił się ponownie Finn. — Tego oczekują od Nas inni.

— Czyli w zasadzie kto?

— Na to też przyjdzie czas…

Złodziejaszek pod czujnym okiem nauczyciela, próbował jeszcze parę razy otworzyć kłódkę, czasami użył za dużo siły, raz złamał jeszcze jeden wytrych, ale po kilku próbach i wielu docinkach „gospodarza” w końcu udało mu się otworzyć nieszczęsną kłódkę.

— No, w końcu Ci to wyszło — powiedział Finn, poklepując młodzieńca po ramieniu — teraz zamknij to i otwórz jeszcze raz. A najlepiej ze 3 razy jeszcze otwórz tę kłódkę. Im więcej tym lepiej dla Ciebie, Talbot może kielich Merlana?

— Eh… — westchnął Renny, niezadowolony z myśli jeszcze dłuższego męczenia się z tą cholerną kłódką

— Przepraszam, wybacz jestem beznadziejnym gospodarzem, dla Pana też kielich wina?

— Nowy niech się lepiej skupi na otwieraniu — powiedział Talbot. — My zajmiemy się degustacją. Co ty krawędzi nie widzisz? Lej jeszcze trochę…

W międzyczasie jak Finn i Talbot wlewali w siebie kolejne kielichy pysznego wina i gadali o pierdołach, Renny siedział nad kłódką i ją otwierał. Trochę to trwało, ale zaczął już powoli łapać jak musi to robić, ile siły na to przeznaczyć, jakie ruchy wykonać i finalnie trzeci i czwarty raz udało mu się otworzyć bez złamania wytrychu bądź popełnienia jakiegoś innego błędu.

— Noo, pisklak zaczyna już coś kumać, bardzo dobrze — Finn poklepał go po plecach. — Masz tutaj gulnij sobie i coś zagryź bo chyba od paru godzin nic w papsku nie miałeś? Na dzisiaj wystarczy, odpocznij sobie i jutro przed południem Clio znowu chętnie Ci skopie dupę.

— Czy mógłbym tu zostać na noc? Mogę spać nawet tu na ziemi, po prostu nie chce mi się wracać do tego zapijaczonego farfocla…

— W sumie zostanę tu z tobą — oznajmił Finn. — Samego i tak bym Cię tutaj nie zostawił, za krótko się znamy kolego.

— Jeżeli pozwolicie to przerwę wasze flirty i udam się gdzie indziej na spoczynek — dodał Talbot.

— A idź w cholerę! Tylko też bądź nad ranem, jest parę szczegółów do omówienia w związku z jutrzejszą akcją.

Kiwnął głową i wyszedł rzucając za sobą jakiś niezrozumiały przez Rennarda komentarz.

— Dobra, tu masz koc, znajdź sobie miejsce i odpocznij — powiedział Finn rzucając w nowego zwiniętym kocem. — Oczywiście możesz się częstować tym co stoi na stole, musisz przecież mieć siły na jutro, co? Tylko, żebyś mi nie wpadł na pomysł, żeby lać tutaj! Od tych spraw to jest dwór, tylko kurwa pamiętaj żeby zawsze po sobie układać te deski od wyjścia! To jest cholernie ważne. Mimo, iż to miejsce nie powinno być nikomu znane, nie możemy ryzykować. A teraz jak pozwolisz, poleję sobie jeszcze jeden kielich…

Rozdział 6

Przyjemny sen złodziejaszka w którym zabawiał się w gospodzie z nieznajomymi, zgrabnymi kobietami, przy hucznej muzyce i stołach niemalże uginających się od alkoholu i jadła, niestety brutalnie przerwała Clio szturchając go długim kijem.

— Chyba najwyższa pora wstać, nie uważasz? Ogarnij się szybko i zaczynamy poranny trening.

Zaspany młodzieniec przeciągnął się, rozejrzał po pomieszczeniu, przy stole siedział Finn zajadając kiełbasę z chlebem, który uprzejmym ruchem zaprosił go na posiłek. Złodziejaszek aż sam nie dowierzał, że dowódca tej bandy do śniadania nie popijał wina czy nawet piwa, a sok z antonówek.

— Chyba nie myślisz, że ciągle tylko wino chleje? Jedz lepiej, dzisiaj cały dzień spędzisz z Clio, faceci mają pewną robotę.

Chwilę po tych słowach do pomieszczenia weszli Szept i Edar i po krótkim przywitaniu z resztą oznajmili Finnowi, że wszystko jest już gotowe i mogą zaczynać. „Gospodarz” jak to czasami w myślach nazywał go Renny, oznajmił, że na niego już czas i opuścił kryjówkę.

— Zakładam, że nie powiesz mi dokąd poszli?

— Wybacz, ale sam wiesz — odpowiedziała Clio. — Na tym etapie im mniej wiesz, tym lepiej dla wszystkich. Kończ to śniadanie i przebiegniemy się trochę.

— Biegi? Nie będziemy walczyć? — spytał zaskoczony Rennard.

— Haha, a co odrobina ruchu Ciebie aż tak dziwi? Zresztą uwierz mi, w tym fachu lepiej jednak szybciej biegać niż machać tym sztyletem. No chodźmy, szkoda takiego pięknego poranku na siedzenie w tej norze.

Złodziejaszek był również mocno zdziwiony faktem jak wcześnie jest. Słońce nawet nie zdążyło w pełni się pojawić, a delikatny półmrok jeszcze oplatał wszystko wokół. Dawno aż tak wcześnie nie wstawał, był pewien, że nawet koguty jeszcze sobie smacznie śpią… Jednak z racji braku zbyt dużego wyboru, posłusznie zaczął biec za Clio między drzewami. Przez bycie zaspanym zdarzało mu się potknąć o konar, czy tam jakiś badyl, ale na szczęście nie wytrąciło go to z równowagi, bo zapewne wiązałoby się to z jakimś szyderczym komentarzem ze strony Clio. Dobre kilka minut biegali po lesie, młodzieniec kompletnie nie wiedział gdzie są lecz później znaleźli się na polanie, gdzie dostał lanie od kobiety i tam jego nauczycielka zarządziła jeszcze chwilę rozciągania przed walką.

— Masz napij się wody i zaczynamy.

Ustawili się naprzeciw siebie, Clio wyciągnęła swój sztylet i oznajmiła, żeby Renny próbował ją zaatakować.

— Tyle, że ja nie mam żadnej broni…

— Finn Ci nic nie dał? No nic, musisz sobie jakoś poradzić.

Młodzieniec chwilę rozejrzał się po polanie i dorwał jakiegoś większego w miarę prostego kija.

— Widzisz jak chcesz to potrafisz — oznajmiła Clio. — A teraz udowodnij, że jesteś facetem i pokonaj mnie.

Młodzieniec ruszył z kijem na ruchliwą kobietę, dla picu machnął nim intensywnie parę razy i gdy był już naprawdę blisko, wyprowadził porządne uderzenie, które niestety, a może i stety jego oponentka uniknęła. Złodziejaszek już podczas pierwszej batalii z nią miał obawy, że przecież to tylko drobna kobieta i jedno mocniejsze uderzenie może ją porządnie uszkodzić, a ten cios który przed chwilą wyprowadził był całkiem solidny.

— Skup się może bardziej na celności niż na sile…

Renny przytaknął i ponownie ruszył do ataku, tym razem chciał trafić w nogę swojego przeciwnika, lecz Clio znowu zrobiła unik i w momencie jak chciał wyprowadzić kolejny cios tym razem w górną partię ciała, dostał niespodziewanie garścią ziemi po oczach, a jego rywalka szybko oznajmiła koniec walki przykładając mu sztylet pod gardło.

— Kurwa, co jest?! — krzyknął Rennard, ciągle grzebiąc w swoich oczach.

— Warto sobie zdawać sprawę z tego, że prawdziwe walki nie są honorowe. Nie ma tu jakiś rycerskich zasad, pokłonów i szacunku. Liczy się przetrwanie — oznajmiła dumna z siebie dziewczyna. — Warto żebyś to zapamiętał, bo czasami jak zrobi się gorąco i będziesz zdany na siebie, będziesz musiał zrobić cokolwiek, żeby wyjść z potyczki zwycięsko. I chyba nie jest ważne w jaki sposób to zrobisz, grunt, żeby działało? Na ukłony i okazywanie honoru my tutaj nie mamy ani czasu, ani chęci.

Młodzieniec musiał przyznać jej racje, kogo obchodzi jak w kryzysowej sytuacji pokona jakiegoś farfocla? Aczkolwiek i tak był wkurzony faktem, że dostał w twarz ziemią.

— No co, próbujesz dalej?

Złodziejaszek przełamał kija, na dwie części i udając, że są to sztylety ruszył na Clio, tym razem zasypując ją gradem ciosów, których nie wszystkich jego przeciwniczka dała radę ominąć, a na koniec podciął jej jedną nogę szybkim kopnięciem i dziewczyna wylądowała na plecach. Już miał jej przyłożyć badyla to twarzy, dumnie oznajmiając, że wygrał kiedy to dostał solidnego kopa w swoją męskość i gdy się wyprostował przed swoimi oczami widział sztylet swojej rywalki i jej uśmiech połączony z wyraźnym zmęczeniem na twarzy.

— Jak mówiłam, zero zasad. Zróbmy sobie małą przerwę…

Usiedli na polanie, Clio miała nadzieje, że nie jest na nią wybitnie zły przez te jej zagrania. Chciała mu pokazać, że w walce bardziej istotne jest to czy wygrasz, a nie w jaki sposób to zrobisz. Renny rozumiał co chce osiągnąć tymi swoimi naukami, nie miał jej tego za złe, aczkolwiek obawiał się co będzie następne jak już te „sztuczki” z kopaniem po kroczu przestaną robić na nim wrażenie i do czego jeszcze posunie się ta kobieta. Zastanawiało go również to jak i gdzie taka piękna i szczupła czarnowłosa dziewczyna nauczyła się tak walczyć, ale uznał, że nie będzie jej pytać bo i tak pewnie nie uzyska odpowiedzi. Jeszcze zbyt krótko się znają. Tak przynajmniej uważał. Siedzieli na trawie rozmawiając i później Clio zarządziła kolejną walkę, którą po długich i męczących wymianach postanowili zakończyć remisem, gdyż żadna ze stron nie miała albo chęci albo sił dokończyć to w jakiś sensowny sposób. Oponentka oznajmiła, że muszą zostawić jeszcze trochę sił na kolejną przebieżkę.

— Oj no nie rób takich min, ze mną się trochę poruszasz, nie tak jak z tym starym dziadem Finnem. Raczej dobrze ci to zrobi, a bynajmniej nie zaszkodzi. No, ruszaj tyłek i dotrzymaj mi kroku.

Na szczęście, zapewne z racji zmęczenia te biegi nie były tak długie jak te wcześniejsze, aczkolwiek i tak w mniemaniu Rennarda przebiegli stanowczo za dużo by finalnie dobiec do kryjówki. Tam jeszcze postanowili chwilę odpocząć i zjeść coś przed kolejnymi zajęciami.

— Nie pijesz wina? — spytał młodzieniec.

— Czasami mi się zdarzy — odparła Clio. — Chociaż nie jestem jak te moczymordy, które świata bez tego nie widzą. Zapewne twoje nauki z Finnem głównie będą polegały na chlaniu, ale cóż…

— Chyba nie miałbym nic przeciwko — odparł Renny i dostał kuksańca w głowę.

— Nie bądź taki cwany — odparła z uśmiechem.

W czasie kiedy opryszek delektował się wędliną i przepysznym serem, jego partnerka, a właściwie mentorka, udała się do drugiego pomieszczenia i wróciła z niewielką szkatułką, w której były dwie kłódki oraz masa wytrychów i napinaczy.

— No, wiesz co robić, zacznij od tej przepiłowanej.

Uczeń posłusznie zabrał się za otwieranie kłódki, ku jemu zaskoczeniu już za drugim podejściem udało mu się ją otworzyć, a co najważniejsze, nie ułamał nawet centymetra wytrychu. Clio również dostrzegła to, że sztuka otwierania zamków coraz sprawniej mu idzie.

— Dobrze, myślę, że możemy użyć teraz zwykłej kłódki, zobaczymy jak Ci z tym pójdzie.

Bez wglądu na to, gdzie dokładnie jest wytrych oraz jak ułożone są zapadki, zadanie już nie było już takie oczywiste, Renny dawał z siebie wszystko, ale nie szło już tak sprawnie jak z wcześniejszym obiektem.

— Musisz wyczuć te zapadki i gdy już pierwszą podważysz, wycofaj wytrych i przesuń powoli w swoją stronę, aż poczujesz kolejną. Tu mogę ci podpowiedzieć — dodała Clio. — To jest dokładnie ta sama kłódka, którą wcześniej otwierałeś. Baw się z tym, muszę na chwilę wyjść, wrócę to ma być otwarta.

— A co jak nie będzie?

— Dostaniesz w pysk — odparła złodziejka. — Czy taka odpowiedź Cię satysfakcjonuje?

— Ta… powiedzmy.

Opuściła kryjówkę, w mniemaniu Rennarda zapewne poszła się wylać, lecz nie przykładał do tego większej uwagi, skupiał się wyłącznie na otwarciu tej cholernej kłódki. Z racji, że był sam w pomieszczeniu, przy każdym niepowodzeniu pozwolił sobie na głośne przekleństwo w kierunku tego metalowego gówna, ale za którymś podejściem w końcu mu się udało ją otworzyć. Chwilę później wróciła Clio, której Renny dumnie pokazał swój owoc pracy.

— Nie licz, że będę z tego powodu Ci składać pokłony czy coś, zamknij ją i powtórz tak jeszcze ze 3 razy, po każdym otwarciu masz mi pokazać. Ja tymczasem zajmę się swoją robotą.

Po tych słowach ponownie udała się do drugiego pomieszczenia po jakieś buteleczki i strzałki do dmuchawki. Renny w tym czasie dalej siłował się z tą cholerną kłódką, lecz po całkiem niedługim czasie udało mu się ją otworzyć, podszedł do Clio, pokazując jej to.

— Dobrze — ta zamknęła kłódkę ponownie — wróć na tamtą ławkę i otwórz jeszcze raz.

— Co ty właściwie robisz? — zapytał ją młodzieniec.

— Każdą z tych strzałek smaruję trucizną. Jedne mają właściwości paraliżujące, drugie usypiające, a tą trzecią nie chciałbyś dostać w szyję bo mógłbyś zdechnąć. Później sobie podmuchamy, a teraz nie kręć mi się tutaj i rób co masz robić. Muszę się na tym dziadostwie skupić, zwykle zajmuje się tym Finn albo Talbot, ale pod ich nieobecność, to fascynujące zajęcie należy do mnie…

Renny posłusznie wrócił na swoje miejsce, tylko po to, żeby po minucie wstać i pokazać Clio otwartą kłódkę. Ta ponownie ją zamknęła, a złodziejaszek znowu ją otworzył tym razem zrobił to tuż za jej plecami. Dosiadł się później do towarzyszki i przypatrywał się temu co robi.

— Co jest w tej butelce?

— Jad z gruczołów kumaka połączony z jakimś cholerstwem — odparła dziewczyna. — Wybacz, nie znam się dobrze na tych alchemicznych zagadnieniach, wiem tyle, że by ci sparaliżowało dłoń na jakiś czas.

— Taka mała strzałka?

— No tak, wystaw dłoń to się przekonasz, że nie gadam głupot.

Rennard zerknął na Clio, ale ta wyraźnie nie żartowała.

— No daj rękę, nic Ci się nie stanie, za jakieś pół godziny wszystko wróci do normy.

Z pewnymi obawami jednak się na to zgodził, gdyż był cholernie ciekaw czy faktycznie taka mała pierdółka jest w stanie wyłączyć jego dłoń z użytku.

— Poczujesz delikatne ukłucie… — po tych słowach, dziewczyna wbiła mu ostrą strzałkę w lewą dłoń.

— Auu, faktycznie delikatne…

Clio odparła na to wyłącznie uśmiechem i wróciła do swoich czynności. Renny był bardzo zdziwiony jak szybko trucizna zaczęła działać na jego dłoń i po chwili nie był w stanie już ruszać palcami.

— Kuźwa, faktycznie nie mogę już ruszać palcami. A to dobre…

— O cholera! — krzyknęła Clio zerkając na jego dłoń. –Musiałam pomylić fiolkę i dostałeś wzmocniony jad kobry! Śmiertelnie trujący!

— Co ty pierdolisz?! — odparł przerażony młodzieniec. — Zrób coś, nie chcę tutaj zdechnąć!

Złodziejka patrzyła na niego z politowaniem i bezsilnością, ale chwilę później buchnęła śmiechem.

— Żałuj, że nie widziałeś swojej miny! Haha! Jestem prawie pewna, że w gacie też już narobiłeś. Spokojnie dostałeś tylko tym środkiem paraliżującym, nie umrzesz. Tylko idź sobie przepłukać tą łapę i nie dotykaj oczu. Siurkiem lepiej też się nie baw, bo trucizna też może na niego wpłynąć. A z relacji chłopaków, wcale to nie jest przyjemne…

— Świetny żart… — odparł zniesmaczony Renny.

— Oj tam — Clio wciąż się chichotała. — Ta twoja mina była zdecydowania warta tego! No, ale jak wspomniałam za pół godziny już wszystko powinno być w normie. Idź sobie usiądź, skończę tutaj i sobie przećwiczymy strzelanie z dmuchawki.

Młodzieniec usiadł na ławce na której wcześniej otwierał kłódkę, nieustannie przyglądając się swojej dłoni. Nigdy wcześniej nie miał styczności z truciznami. W pobliskich lasach czy na polach, nie trafił nigdy wcześniej na jakieś jadowite zwierzę, mimo, że takowe tutaj występują, ale są bardzo rzadkim zjawiskiem. Nie mógł w ogóle ruszać palcami, dłoń mu zamarła w takiej pozycji w jakiej Clio wbiła mu strzałkę. Na szczęście drugą dłoń miał całkowicie sprawną, więc wykorzystał to, żeby nalać sobie kielich przepysznego wina Merlana.

— Alkohol wydłuża działanie trucizny chłopcze.

Renny zerknął na nią z kielichem tuż przy swoich ustach, skrzyżowali swoje spojrzenia i wypił solidny łyk wina.

— Dobre sobie…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 52.14